Droga skruszonego serca. Odnaleźć pełnię życia

Droga skruszonego serca. Odnaleźć pełnię życia

Autorzy: Ann Voskamp

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 18.55 zł

Detoks od świata, który wymaga doskonałości

Zanim sięgniesz po tę książkę, zastanów się: co czujesz na myśl o swoich zranieniach? Próbujesz się od nich odciąć? Wtedy pozornie wszystko jest w porządku, ale w głębi serca czujesz złość i coraz bardziej pogrążasz się w smutku. A może zaprzeczasz ich istnieniu? A co jeśli to zranienia są drogą do bogatego życia?

Ann Voskamp, autorka wielkiego bestsellera Tysiąc darów, w intymnej i dodającej otuchy opowieści, która pokazuje, że cierpliwość, czułość i szacunek wobec siebie są możliwe. Książka podbiła serca czytelników na całym świecie. Nic dziwnego – każdy potrzebuje głębokiego oddechu w rozpędzonej rzeczywistości.

Dla Mine… niestrudzonej obrończyni kruchości, a także dla każdego, kto nosi w sobie złamane serce.

Te strony powstały dla Was, niech staną się śladem Waszych blizn

JEDEN

Co począć z tym jednym, rozdartym sercem

Właśnie to, czego się obawiamy, a więc nasza kruchość, stanowi drzwi do serca naszego Ojca.

Paul Miller

Tego dnia, gdy przecięłam intymną miękkość ręki odłamkiem szkła, czułam, że moją pierś uciska przemożny ciężar piekieł.

Z krzewu bzu rosnącego na tyłach domu, opodal drzwi, żałośnie kwiliła gołębica. Za stodołą, od zachodniej strony, ojciec ostro skręcił starym ciągnikiem marki International, zmienił bieg i zawrócił, dotarłszy do końca zagonu.

Miałam zaledwie szesnaście lat, stałam tam, na otaczającej tył domu werandzie i nagle wypuściłam z rąk słoiki, które trzymałam. Były ich dziesiątki. Stałam, a u moich stóp rozciągało się pobojowisko tłuczonego szkła. I nie było nikogo, kto mógłby mi powiedzieć, jak posłać do wszystkich diabłów ten cały mrok, lęk i ból. Nikt nie mógł mi powiedzieć, jak znaleźć miejsce, gdzie zawsze czujemy się bezpiecznie, pewnie i pod dobrą opieką. Kiedy uklęknęłam, podniosłam jeden z odłamków i przeciągnęłam ostrą krawędzią po skórze, czując ulgę, gdy czerwona linia wydłużała się powoli, jak gdyby można było odsączyć ból do ostatniej kropli. Tym cięciem, przez cierpienie, chciałam utorować sobie drogę do istoty rzeczy. Któż z nas nie wie, jak to jest układać twarz w wymuszony uśmiech, mówiąc, że z nami wszystko w porządku, choć przecież wcale tak nie jest? Nie ma wśród nas nikogo, kto nie nosiłby śladów ran po własnych krwawych walkach.

I nie ma nikogo, kto nie zostałby zraniony już w pierwszej chwili życia.

Wszystkich nas wypchnięto z bezpiecznego łona matki w ten święty rozgardiasz. Wszystkim nam potrzeba kogoś, kto od samego początku złapałby nas i trzymał, abyśmy przynajmniej przez tę jedną świętą chwilę bezpiecznie odpoczęli w troskliwych dłoniach. Potem odcinają tę podtrzymującą nas w istnieniu pępowinę. I możesz przeżyć życie, czując się odepchniętym, niechcianym i porzuconym, niewytłumaczalnie samotnym.

I co zrobisz, kiedy poczujesz się rozbity i poraniony, gdy będziesz miał wrażenie, że zawiodła cię miłość, i ty także zawiodłeś…? A przede wszystkim, gdy będziesz czuł, że zawiodła cię Czyjaś miłość?

Tymczasem ojciec nadal rozrywał ziemię, wytrwale siejąc ziarna pszenicy, tysiące ziaren. A one rosły.

Pszenica na polach od zachodniej strony wciąż czeka, skwapliwie poddając się nieuniknionemu.

Później nadszedł czas zbiorów, czas cięcia. O moim własnym cięciu nie wspomniałam ojcu ani razu. Ani razu nie powiedziałam mu, że ta chwila, gdy trzaska szkło, gdy lśniąca krawędź sunie po skórze, to właśnie ten upajający moment ulgi, gdy już nie trzeba niczego ukrywać. Nie trzeba grać, przynajmniej nie w tej jednej minucie, gdy drwisz sobie z tego i wszystko jest tak cholernie wspaniałe.

Przykucnęłam i wciąż trzymając w dłoni odłamki szkła, przyjrzałam się ich krawędziom.

Nie ma w życiu niczego ważniejszego niż nauczyć się trwać w obliczu niewymownego bólu.

Od czasu tych nastoletnich cięć, którymi wówczas torowałam sobie drogę, minęło już ponad dwadzieścia lat. Wciąż jednak, gdy tak stoję w kuchni i obejmuję wzrokiem nasze pola pszenicy – będąc o wiele starszą, zmęczoną stoczonymi bitwami, bardziej poranioną kobietą – czuję, jak niepohamowane jest pragnienie skóry, czuję jej głód cięć i ponownego spotkania z wyzwalającą, ostrą krawędzią szkła. Moje nadgarstki chcą poczuć tę ostrą, krwawiącą ulgę, wraz z którą odchodzi cały ból.

NIE MA W ŻYCIU NICZEGO WAŻNIEJSZEGO NIŻ NAUCZYĆ SIĘ TRWAĆ W OBLICZU NIEWYMOWNEGO BÓLU.

I tu oto pojawia się ostra jak brzytwa istota rzeczy, a więc nasza starsza córka, która właśnie, nie owijając w bawełnę, uświadomiła nam, jak dojmująco bliskie są jej te same zmagania i dławiące doświadczenie tłumionego lęku podszytego kłamstwami o braku własnej wartości. Właśnie tego, z którym sama walczyłam przez całe życie. Widzę niemal, jak otwierają się drzwi mojego najbardziej osobistego koszmaru, a ja stoję z otwartymi ustami, ledwie chwytając oddech. Byle tylko nie upaść, byle ustać, chwytając się tego, co pod ręką, byle wytrzymać i w końcu się uwolnić. Ciężar własnej porażki wydaje się gorszy od ciosu w niezahartowane jeszcze serce. Dlaczego kiedy pozwalasz, by twoją kruchość zobaczyli najbliżsi, dotyka cię to bardziej niż fizyczny ból? Od tygodni zamykałam się w sobie, w sposób trudno uchwytny nawet dla mnie samej, nie znajdując słów, które mogłyby to wyrazić. Odkrywałam głębię mojej dezintegracji w sposób zupełnie niewyobrażalny. Jakby w gardle utknęła żarząca się pochodnia. Łan pszenicy pochyla się pod naporem wiatru, faluje wraz z nim. Nie wiem, jak wybrnąć z tego wszystkiego.

Zmieniłam się. Życie się zmieniło. Pięć lat temu nie wiedziałam, jak kochać. Musiałam powtarzać sobie wielokrotnie, że Bóg zawsze mnie kocha, by w ogóle zacząć się uczyć, jak pozwolić sobie na bycie kochaną. I jakoś po drodze, raniąc się w zetknięciu z krzywdzącymi ludźmi, miejscami i historiami, stałam się kobietą, która poddała się miłości tak wielkiej, że jej serce rozkruszyło się na tysiąc obolałych kawałków. Czyż nie jest tak, że wszyscy chcemy się zmienić? Co robisz, gdy okazuje się, że wszystko się zmieniło? Jakie to dziwne odkryć, że twoje serce może zapłonąć miłością i cierpieniem, a także przekonać się, że te uczucia są sobie pokrewne. Nie wiem, jak ponownie scalić te wszystkie rozbite kawałki. Może chodzi właśnie o tę niewiedzę?

Może ta droga skruszonego serca odnowi wszystko. On czyni wszystko nowe1.

Tylko jak uciszyć demony-kłamstwa, które nieustannie mnożą się w zakamarkach twojego umysłu i naprawdę w to uwierzyć? Czy można powstrzymywać powolne krwawienie tego jednego, rozdartego serca i nadal wierzyć w zwycięstwo rannych wojowników? A także w to, że odpuszczenie grzechów czy przekroczenie linii mety zawsze okupione jest ogromnym krwawieniem? Że blizny, rany i ślady złamań mogą stać się tobą, czyniąc cię tym, kim jesteś? Może właśnie w ten sposób wszyscy ci ze złamanym sercem, którzy nie potrafią znaleźć dla siebie miejsca, ostatecznie je odnajdują… Teraz jednak czuję tylko ten niewymowny, rozdzierający ból. Co właściwie robisz, gdy walczysz o to, by pamiętać, kim naprawdę jesteś?

Nie jestem na tyle wystarczająca, by temu podołać. Nie na tyle, by uporać się z tym, co robię, z tym, co mnie spotyka, z tymi ludźmi, których spotykam. Nie na tyle, by żyć moim życiem.

Kiedy tak stoję w kuchni, ogarniając wzrokiem pola pszenicy, nie wiem jeszcze, że niebawem będę na pogrzebie, że przede mną pożegnanie. A jeszcze wcześniej przyjdzie diagnoza, z którą trzeba się będzie zmierzyć i od której nie da się uciec. I że nadejdą jeszcze bardziej wyniszczające dni rodzicielstwa. Wiem jednak, że dla matki poród i narodziny nigdy nie mają końca.

Wówczas nie znałam jeszcze tej drogi, z jej wzlotami i głębią, nie wiedziałam, że ta wrażliwość była zaproszeniem do otwartości i zaufania. Pozwól objawić się Bożej obfitości.

Oto co wiem: dawne blizny mogą się otworzyć jak żywe rany, a twoje nigdy niewypowiedziane urazy mogą wywołać bolesne rozdarcie. Może więc wszystkie pytania sprowadzają się do tego, jak żyć z tym jednym, rozdartym sercem?

Cięcie cienkiej bieli skóry w latach mojej nastoletniej nieporadności było milczącym wołaniem o najważniejsze pisane krwią odpowiedzi.

Cora-Beth Martin przecięła sobie żyły w szkole, kilkakrotnie przeciągając nadgarstkami po ostrej krawędzi zasobnika z papierowymi ręcznikami. Wszystko to w rozpaczliwej próbie ucieczki przed podstarzałym facetem ocierającym się o nią każdej nocy w zamkniętym na klucz pokoju.

Ema Winters przestała jeść. Może myślała, że jeśli nie otworzy ust, ból w nią nie wejdzie, a dojmujące cierpienie zetrze na proch jej kości.

Siedziałam w ohydnym gabinecie szkolnej psycholog, w gorące czerwcowe popołudnie, obracając zawzięcie na palcu pokrzywiony sygnet z herbem naszego liceum. Patrzyłam, jak się ku mnie pochyla, a pasma jej brązowych włosów opadają przy tym jak welon. Usłyszałam wtedy, jak wali prosto z mostu, że wykazuję wszystkie objawy podszytego cierpieniem zagubienia emocjonalnego powiązanego z symptomami wykorzystywania. Jej słowa trafiały we mnie jak ciosy w przeponę, a ja w odpowiedzi mogłam tylko potrząsać głową. Nie. Nie. Nie. Gdy wracałam do domu kamienistymi drogami, bolał mnie każdy oddech. Jeśli nie zaczerpnę powietrza, słowa tej kobiety nie będą miały do mnie dostępu. Zostawiłam pikapa koło stodoły i rzuciłam się w stronę kosza na śmieci, grzebiąc w nim desperacko w poszukiwaniu szkła.

Do gładkiej skóry moich przegubów.

Tata zawsze wspominał, że w dniu, gdy zabito moją siostrzyczkę, któryś z Terpstrów wyjechał ciągnikiem marki John Deere, by orać pole tuż za domem. Było to niedaleko od miejsca, z którego widzieliśmy, jak samochód dostawczy przewrócił moją siostrę niczym jakiś źle osadzony słup, a potem zmiażdżył. Staliśmy tam jak bezsilne cienie, patrząc, jak od nas odchodzi. Tata mówił też, że gdy jego świat się zatrzymał, Terpstrowie nadal odkładali skiby. Powiedział, że chciał im skręcić karki, bo żaden z nich nie wysiadł z maszyny ani nawet jej nie zatrzymał. Wtedy, kiedy on stał zupełnie bezradny nad zmasakrowanym ciałem. Nie mógł też zejść z drogi tej sile, która wdarła się w jego życie, rozbijając je na kawałki. Bywa, że możesz poczuć, jak siła ta miażdży ci kruchą klatkę piersiową. Wielki żal nie daje się zamknąć w ciele. To dlatego pęka ci serce. Jeśli dotąd tego nie doświadczyłeś, możliwe – choć niech Bóg broni – że jeszcze cię to czeka.

Nie ma żadnych odgórnych zasad określających, komu przyjdzie cierpieć, a kto będzie mógł cieszyć się spokojem. Jak mogłam się nie zorientować, że w tym świecie kruchość jest wszechogarniająca, że może dotknąć każdego z nas?

Łan pszenicy za sadem staje się czystym złotem.

Cierpienie czeka nas wszystkich. Zagwarantowano je nam. Znajdzie każdego. Jest już w drodze, niepowstrzymane, jak czas.

Możemy spodziewać się pogrzebów, ciemności, zdarzeń łamiących serce. Nie panujemy nad tym, nigdy nie panowaliśmy. W jednej chwili podnosisz z podłogi porozrzucane w sypialni brudne, zwinięte w kłębek skarpety, a w następnej zbierasz kawałki własnej rozbitej egzystencji.

Co więc zrobisz z tym jednym, rozdartym sercem?

Pszenica wygląda teraz jak morze onyksu. Drzewa u krańców pola strzelają w górę, kreśląc na niebie poemat. Przypomina to zdanie z Nędzników Wiktora Hugo: „Jest widok ogromniejszy od widoku morza – niebo; jest widok ogromniejszy od widoku nieba – wnętrze ludzkiej duszy”2. Jak wnętrze twojej duszy żyje pośród tego i dzięki temu, co rozbite?

Jezus umarł, płacząc.

Jezus umarł, bo pękło mu serce. Na Jego spieczonych wargach nie ostygły jeszcze słowa: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”3. Życie wiarą to nieustanne dążenie, by znaleźć odpowiedź na to szczególne pytanie. Spójrz na nagłówki w gazetach. Na nekrologi. Popatrz ludziom w oczy. Czy istotą chrześcijańskiego życia nie jest odpowiedź na to jedno, przenikające na wskroś pytanie: Boże, dlaczego zostawiłeś mnie samego w tym zdewastowanym świecie?

Widzę, jak to pytanie unosi się nad naszym wiejskim stołem, jak jest zawieszone u powały, jak spływa z oprawionych w ramy płócien z tysiącem maleńkich, rozłamanych kwadracików koloru. W tym półabstrakcyjnym obrazie nie ma wyraźnie uchwytnych figur czy kształtów, pojawiają się zaledwie załamania światła i cienia; subtelnie sugerują zarys Jezusa zawieszonego na krzyżu. Ochrypł już od błagania, za siebie, za nas: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. I widzimy, jak spośród plam koloru, z rwanych pociągnięć pędzla, wyłania się Jego postać, wyraźnie odcinająca się od otaczającego chaosu – Chrystus wkraczający w cały ten zgiełk.

Znamy tę prawdę: błogosławieni – czyli szczęśliwi – ci, którzy płaczą. Błogosławieni ci, którzy się smucą, którzy rozpaczają, którzy boleją nad stratą tego, co kochali – bo to oni właśnie znajdą się w objęciach Tego, który ich kocha. Istnieje więc dziwne, a przy tym bolesne poczucie szczęścia, które znane jest jedynie cierpiącym, bo to oni właśnie doznają pociechy.

A przecież, na Boga, jesteśmy cierpiącymi żebrakami błagającymi: bądź blisko tych o złamanym sercu, uratuj upadłych na duchu oraz spraw, aby cierpienie, z całym swoim złem, obróciło się w dobro, by z ciemności wyłoniło się o wiele wspanialsze życie. Boże, uczyń to, jakkolwiek.

Miałam osiemnaście lat i szramy na nadgarstkach, kiedy usłyszałam pastora opowiadającego całemu zgromadzeniu o tym, że kiedyś „mieszkał blisko domu wariatów”. Wszyscy się śmiali, a ja patrzyłam w podłogę. Nikt z obecnych nie wiedział, że kilkakrotnie zostawiałam moją ukochaną mamę za zamkniętymi drzwiami oddziału dla psychicznie chorych. Oni się śmiali, a ja czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Chciałam stanąć tam przed nimi i krzyknąć: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”4.

Chciałam stanąć tam i zawołać: gdy w Kościele nie ma miejsca dla cierpiących i upadłych na duchu, nie ma w nim także miejsca dla Chrystusa. Bo Jezus, z Jego przebitym bokiem, stoi zawsze po stronie cierpiących i złamanych życiem. Jezus zawsze kieruje się tam, gdzie serca porusza żal. Jezus zawsze podąża w kierunku miejsc, gdzie jest cierpienie, i tam też pozostaje. Rana w Jego boku świadczy o tym, że Jezus jest zawsze po stronie cierpiących, zranionych, skrzywdzonych i przybitych. Wierzyłam w to dawniej, wierzę teraz i wiem, że to prawda. Jednak sama wiara to nie wszystko – trzeba jeszcze nią żyć. Czy rzeczywiście nią żyję?

Mając osiemnaście lat, siedziałam we wspomnianą niedzielę w naszym kościele, otoczona śmiechem, który drwił z cierpiących. Chciałam, by wszyscy złamani życiem wykrzyknęli to wspólnie, jednym głosem, w imieniu wszystkich cierpiących. Bo przecież nie ma wśród nas nikogo, kto czegoś by nie stracił, kto kogoś by się nie bał, kto nie zmagałby się z niewymownym bólem. Chciałam, żebyśmy nawzajem powtarzali to sobie, dopóki te słowa nie przerodzą się w więź przyrzeczenia, którego nie będzie można złamać:

Ciało Chrystusa nie jest czymś abstrakcyjnym, lecz czymś, do czego możesz przylgnąć – jest tu, w naszych pokrytych szramami rękach.

Jego ciało nie jest gołosłowną obietnicą, lecz schronieniem dla twojego bólu – właśnie tu i właśnie teraz, w czasie, jaki nam dano.

Jego ciało to nie przyzwolenie na wymówki, to dzięki niemu stajemy się przykładem – tu, gdzie jesteśmy, pochylając się i przemywając rany.

Bo my jesteśmy Jego, tak jak On jest nasz, jesteśmy więc dla siebie i nigdy się od tego nie odwrócimy.

Tymczasem zamiast tego słyszałam kazanie, w którym nie było niczego z nauki Jezusa: jakieś pozornie dobre nowiny o tym, że jeśli będziesz się dobrze modlić, śpiewać, czcić, dobrze żyć i dużo dawać na tacę, wrócisz do domu z poczuciem, że wszystko z tobą w porządku. A przecież nie tak objawia się nam zawiłe piękno życia.

Jezus odpowiada na nasze dylematy „dlaczego” – dlaczego ta klęska, dlaczego ciemność – mówiąc, że to nie są właściwe pytania. Rozglądamy się często, kogo by tu obwinić, a tymczasem nie ma prostej zależności przyczynowo-skutkowej. „Stało się tak, aby się w nim objawiły sprawy Boże”5.

Są klęski niezawinione. Takie, dzięki którym ożywamy w promieniach Bożego światła. Klęski, które otwierają na oścież okna duszy. Dotykają duszę, by mogła się w niej objawić moc Boża.

Czyż nie o tym właśnie mówiła Matka Teresa z właściwą sobie prostotą: „Jest we mnie taka straszna ciemność, jakby wszystko umarło […]. Nie wiem, jak długo jeszcze będzie trwać ta próba – jak wiele jeszcze przyniesie mi bólu i cierpienia. Już się tym nie martwię. Zostawiłam to Jemu, tak jak wszystko inne […] Zgadzam się, by czynił ze mną, co chce, jak chce i jak długo Mu się podoba, o ile tylko moja ciemność może być światłem dla jakiejś duszy”6.

Niebo nad polami przybiera odcień wyblakłej szarości, pustoszeje nad falistą linią wzgórz. Jednak języki światła wciąż jeszcze rzucają ognie na poddające się wiatrowi łany pszenicy i rozpłomieniają klony na skraju lasu.

Jasno oświetlone drzewa stoją nieruchomo mimo wiatru, pewne, że są bezpieczne, że wszyscy jesteśmy bezpieczni.

Jestem w kuchni, myję i wycieram biały porcelanowy dzbanek. I czuję własną kruchość, w tej właśnie chwili, gdzieś na krawędzi mnie samej. Nie chcę, żeby pękło coś jeszcze. Jeszcze coś więcej.

Czy jakaś łaska może mnie uwolnić od lęku, że moja wiara nie jest dostatecznie mocna, a moje winy są zbyt liczne? Łaska, która oczyszcza twoje rany, także i te zadane przez diabelskie kłamstwa? Łaska, która podtrzymuje cię, zanim jeszcze okażesz się jej godny – nawet wtedy, gdy wszystko, cokolwiek uczyniłeś, okazało się pomyłką? Łaska, dzięki której trwasz, gdy wszystko wokół pęka i rozpada się – a ona szepce, że to właśnie wolność i jest tak, jak powinno być.

Bardzo chciałam, by właśnie wtedy, gdy miałam osiemnaście lat, ktoś mnie zauważył, usiadł przy mnie w tej kościelnej ławce, dotknął uspokajająco mojego ramienia i rzekł: „Strach to dręczyciel, ale łaska jest tarczą. Jesteś tu bezpieczna”.

A gdyby tak rozdarte i zrozpaczone serca mogły poczuć, że jest łaska, która nas podtrzymuje, dla której każdy jest Umiłowanym i która mówi, że nie jesteśmy sami oraz że żadna klęska nigdy nie zdoła pozbawić nas poczucia bezpieczeństwa? Gdybyśmy doświadczyli cudu łaski, która uzdrawia wszystkie nasze rany?

Chciałam wypisać to przesłanie na ścianach i na rękach naznaczonych szramami, uczynić z niego refren śpiewany w ciemności i w miejscach klęski czy zniszczenia: Nie trzeba się wstydzić. Nie trzeba się bać. Nie trzeba się ukrywać. Wszystko jest łaską. Ktokolwiek tu cierpi, zawsze jest bezpieczny. Czy walczysz, czy się zmagasz, czy cierpisz – jesteśmy tu. Tu właśnie spotkasz łaskę, tu zawsze będziesz mógł ją otrzymać – łaskę, tę doskonałą pociechę.

Jak to zrobić, by pamiętać, że jest z nami Lekarz, który „opatruje rany serc złamanych”7, Zraniony Uzdrowiciel, który gwoździami płaci za wolność, a krzyżami za zmartwychwstanie nadziei. Ten, który nigdy nie uważa cierpiących z powodu wewnętrznych ran za gorszych od tych, którzy dręczeni są cierpieniem zewnętrznym. Ach, jak dobrze to pamiętam: „Serce można rozbić na dziesiątki tysięcy sposobów, bo to właśnie jest świat, który łamie serca, lecz Chrystus wszakże potrafi uzdrowić każde z nich”8. I pamiętam tysiąc nocy na poskrzypującej werandzie, gdy oparta na sosnowej balustradzie patrzyłam w niebo – ta sama ręka, która rozpina firmament pełen uskrzydlonych gwiazd, nakłada balsam na rany naszych serc. On, z którego tchnienia rodzą się galaktyki, sprawia, że cud uzdrowienia ożywia zmartwiałe serca.

Odstawiłam porcelanowy dzbanek na półkę z drewnianych desek. My wszyscy, którzy żyjemy w tym łamiącym serca świecie, jesteśmy drużyną dotkniętych cierpieniem, dokładnie jak na obrazie wiszącym nad stołem. Nad nami wszystkimi jest obraz zranionego Boga, Boga, który cierpi i broczy krwią wraz z nami.

Co zrobić z tym jednym, rozdartym sercem? Oto co przychodzi mi na myśl – tylko rany Boga mogą uleczyć nasze rany. Taka jest prawda i czuję, jak we mnie wzbiera: cierpienie leczy się cierpieniem, rany zabliźniają się dzięki ranom. Poraża mnie to, rozbija w pył moje lęki i zamiast nich jest już tylko Jego łagodność. Jego ożywiająca kruchość uzdrawia naszą wyniszczającą kruchość. Wyniszczająca kruchość ustępuje przed kruchością dającą życie.

Co to w ogóle miałoby znaczyć? I czy mogłabym znaleźć odpowiedź, po prostu decydując się na to, aby podjąć tę nową próbę?

Próbując drogi skruszonego serca, która wiedzie ku… pełni?

Przyszła do mnie Shalom i usiadła tuż obok, przy ubrudzonym lekko stole.

Przyszła z wyciętym z białego papieru sercem, przyniosła też rolkę taśmy klejącej i zapytała:

– Zrobisz to, Mamusiu? Jakoś mi nie wychodzi. I podała mi kawałki nierówno pociętej, przezroczystej taśmy.

Siedziałam pochylona nad jej bratem i nad słowami, które miał przeliterować.

– A co chcesz z tym zrobić, kochanie? Złożyć na pół i skleić? Czy może przykleić do ściany?

– Po prostu chcę je sobie przykleić taśmą do ubrania, o tu – powiedziała, stukając palcem w swoją pierś.

Tymczasem jej brat przez zbyt mocne tarcie gumką zrobił w kartce wielką dziurę. Chciał usunąć wszystko i przeliczył się.

– Po prostu przyczep to tu. – Shalom wskazała miejsce tuż ponad jej miarowo poszeptującym sercem.

– A właściwie dlaczego to robimy? – Uklęknęłam przed nią i lekko się uśmiechając, spojrzałam w jej oczy, wygładzając jednocześnie kciukiem taśmę przytrzymującą odsłonięte serce.

Zapytałam, choć przecież przy śniadaniu rozmawiałyśmy o tym, jak bardzo potrzebujemy obdarzać innych miłością. Jasne jest więc, że moja córeczka próbowała zastosować w praktyce to, co zrozumiała z tej rozmowy. Ja natomiast chciałam powiedzieć jej, jakie to śmiałe i genialne, że stała się żywym symbolem mojej porannej pogadanki.

Zwykle to ja tulę jej twarz w dłoniach, teraz jednak to ona chwyciła mnie za serce, więc kiedy klęczałam przed nią, powtórzyła mój gest. Pochyliła się przy tym tak, że czułam ciepło jej oddechu.

– Powinniśmy, mamo, przyczepić sobie takie serca, żebyśmy zawsze o tym pamiętali. – Głaszcze mnie po policzku. – Żebyśmy zawsze wiedzieli, że Jego miłość otacza nas ze wszystkich stron.

Jego miłość otacza nas ze wszystkich stron.

Gdybyśmy tylko mogli wszyscy nosić serce w samym środku nas samych, żeby zawsze towarzyszyła nam pewność, że Bóg o nas nie zapomniał, nie opuścił, że Boża miłość otacza nas zewsząd. Kiedy całym sobą czujesz, że jesteś Jego Umiłowanym, stać cię na więcej niż wypatrywanie w świecie oznak Jego miłości, na więcej niż zadowalanie się nimi – sam stajesz się takim znakiem.

Przez ciepło jej dłoni na moich policzkach i dzięki tej jednej przedłużającej się chwili poczułam, że znowu możemy odzyskać tę pewność. Chciałabym, aby nigdy nie przestała być dla mnie oparciem. Może tak właśnie objawia się prawdziwa miłość – niewielkie pęknięcie serca i lekkie, zapierające dech zdziwienie, że oto na powrót staliśmy się całością. Shalom.

Shalom spojrzała na mnie, wygładziła swoje papierowe serce, białe i większe niż życie (czy miłość nie jest zawsze większa niż życie i czy nie o to właśnie zawsze chodzi?). A potem, jak zawsze, zdarzyło się to, co nieuniknione – serce pękło, rozerwało się w samym środku, właśnie tam, gdzie starała się wszystko wygładzić. Z trudem przełknęłam łzy.

Cóż więc można począć z tym jednym, rozdartym sercem?

Shalom popatrzyła na nie, a ja czekałam, jak to przyjmie, jak sobie z tym poradzi.

– Och, to nic takiego – powiedziała, z namysłem dobierając słowa. Podała mi obdarty kawałek swojego papierowego serca, mówiąc:

– Może miłość łatwiej dostaje się do serca, gdy jest rozdarte?

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem, chciałam zatrzymać tę chwilę.

Może miłość łatwiej dostaje się do serca, gdy jest rozdarte?

Przyciągnęłam ją do siebie, łagodnie całując jej śliczne czoło. Po chwili pobiegła już z tym jednym, rozdartym sercem. A ja siedziałam tam, próbując złapać ją wzrokiem i zastanawiałam się, czy może dałoby się żyć prawdziwie i pięknie, mimo tych wszystkich trudnych chwil, które tylko czekają, by się objawić w twoim wnętrzu. A właściwie może to dzięki tym chwilom stajesz się pełniejszy. Może nasze serca mają być rozdarte. Rozdarte na wskroś. Ku wolności. Może z najgłębszych ran rodzi się najgłębsza mądrość.

Stworzono nas na obraz Boga. Czy Jego serce nie miało także być rozdarte? Rany mogą się otwierać, aby powstało w nas piękno. A nasze słabości mogą być naczyniem Bożej chwały.

Anna zakosztowała słonych łez niepłodności. Eliasz wołał do Boga, by odebrał mu życie. Dawid po tysiąckroć zaglądał w duszę, pragnąc poznać przyczynę swego smutku. Bóg czyni wielkie rzeczy przez tych najciężej doświadczanych. Złamani życiem są dla niego najcenniejsi, a klęska to w Jego oczach najlepsze, co może im się przydarzyć. Dlatego właśnie wzywa poranionych, by przemieniali świat.

Nad naszymi głowami wisi obraz Jezusa łamiącego wszystko, Tego, który łamie nas, Jezusa wykrwawiającego się pośród naszego chaosu: Jego święta kruchość scala naszą kruchość przyziemną.

Czy gdyby udało mi się to zrozumieć i tym żyć, mogłabym wówczas doświadczyć łaski, która nauczy, jak żyć w pełni, nawet z rozdartym sercem?

Farmer wrócił ze stodoły, zostawiając za progiem buty do pracy w polu oraz wiadro przyniesione z kurnika. Słyszę, jak myje się w sieni, rozchlapując wodę z porcelanowej miski. Wchodzi do kuchni. Spoglądam na niego znad talerza. Zdążył już do tego przywyknąć. Potrafił czytać z moich oczu lepiej niż z obłoków na niebie. Czasem całe to nasze niewymowne poranienie przemawia głośniej niż wszystko, cokolwiek moglibyśmy powiedzieć. Widział, jak zmagam się z tym, co dla dziecka jest niczym grom z jasnego nieba – z własnym poczuciem, że „nie jestem dość dobra”, z którego tak naprawdę ledwo zdaję sobie sprawę, bo nie mogę nawet przebić się przez ból szukania słów, którymi mogłabym to odczucie wyrazić.

Przyciągnął mnie ku sobie i objął. A potem, w zapadłej ciszy, powiedział – tak łagodnie, że niemal uszło to mojej uwadze – coś, co od tamtego czasu powtarzałam sobie przynajmniej tysiąc razy.

– Wszystko dookoła nas mówi o tym samym, wiesz o tym, prawda? – Czekał, aż spojrzę mu w oczy, aż pozwolę mu zajrzeć w głąb, aby zobaczył te wszystkie pęknięcia i rysy. – Ziarno otwiera się, by dać nam pszenicę. Ziemia otwiera się, by dać nam plon, niebo otwiera się, by dać nam deszcz, pszenica otwiera się, by dać nam chleb. A chleb otwiera się, żebyśmy mieli święto. Kiedyś było nawet alabastrowe naczynie, które rozbito, by oddać Mu całą należną chwałę.

Patrzył na moje pęknięcia i rysy. Pachniał stodołą, ziemią, niebem i miał w sobie coś z klonów na skraju lasu – jakieś pradawne światło. Mówił powoli i bardzo poważnie:

– Nigdy nie bój się rozbicia swojego serca.

Nie wiem, nawet nie wiem, co to znaczy. Boję się. I myślę, że ta podróż, ta droga, nie oszczędzi nikogo z nas. Ale może to właśnie jest droga do wolności? Muszę tylko pamiętać, żeby oddychać – żeby wierzyć.

W Chrystusie – bez względu na drogę, bez względu na burzę, bez względu na historię – zawsze znamy wynik.

Nasz Zbawiciel jest przy nas.

Nasza przyszłość jest bezpieczna.

Nasza radość – pewna.

Gdy znamy Chrystusa, zawsze wiemy, co będzie się działo, zawsze dla naszego dobra i zawsze na Jego chwałę.

Miłość znajdzie sposób, by rany promieniały światłem.

Stał w kuchni, przy oknie, a za nim chyliło się ku zachodowi ciepłe, wiosenne słońce. Na polu, po wschodniej stronie, aż po horyzont, jak wzniosła obietnica, falowały kłosy pszenicy.

Przyjmuję to. Przyjmuję jego słowa z odwagą, jak przymierze, nie wiedząc nawet, co mnie czeka. Nie ma wzrastania bez zmiany, nie ma zmian bez poddania się, nie ma poddania się bez ran – i nie ma pełni bez pęknięć i złamań. Dzięki ranom dusza otwiera się, by przyjąć ziarna głębszego rozwoju.

Tata mi to kiedyś powiedział. Ziarno musi całkowicie obumrzeć, by to, czego jest obietnicą, mogło się w pełni objawić. Musi pęknąć łupina, to, co w niej, musi znaleźć się na zewnątrz, wszystko musi się zmienić. Jeśli nie rozumiesz, czym jest życie, może ci się wydać, że na tym koniec.

Szepnęłam więc Farmerowi te słowa, które otwierają się jak pełne oczekiwania, złożone w kielich dłonie:

– Kruchość może być źródłem obfitości.

I przemożny ciężar piekieł prawie niezauważalnie stał się niczym zapowiedź chwały, choć przecież jeszcze nie jestem pewna, czy spotka mnie ta wielka łaska.

1 Por. Ap 21, 5. Cytaty z Pisma Świętego podano za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Poznań 2006 [przyp. tłum.].

2 W. Hugo, Nędznicy, tłum. K. Byczewska, t. I, Warszawa 2009, s. 130.

3 Mt 27, 46.

4 Mt 9, 12.

5 J 9, 3.

6 Matka Teresa. „Pójdź, bądź moim światłem”. Prywatne pisma „Świętej z Kalkuty”, oprac. B. Kolodiejchuk, tłum. M. Habura, Kraków 2015.

7 Iz 61, 1.

8 Ch.H. Spurgeon, Christ’s Hospital: A Sermon on Psalm 147:3, w: Metropolitan Tabernacle Pulpit, www.spurgeon.org.

DWA

Przypominanie – scalanie okruchów siebie

Jednak najpierw pamiętaj, pamiętaj, pamiętaj…

Clive Staples Lewis

Następnego dnia po tym, kiedy się tak do siebie zbliżyłyśmy, nadeszła przesyłka z napisem: „Otwieraj mnie ostrożnie”. Wiedziałam, że w środku będzie coś niezwykłego.

Nie mam pojęcia, jak to się dzieje. Jak można zamknąć w sobie taki przejmujący ból. Oto nagle z radia dobiegają cię dźwięki piosenki albo spostrzegasz światło w szczególny sposób padające na podłogę, czy też otwierasz skrzynkę na listy i nagle przesyłka sama wpada ci w ręce. A już po chwili wszystko, co straciłeś, daje o sobie znać i znowu jesteś rozdarty.

Może jest tak, bo nigdy nie przestajemy liczyć na pomyślny obrót spraw, spodziewamy się najlepszego, jakby nasze szczęście tylko na chwilę utknęło gdzieś na poczcie. I oto któregoś dnia pojawia się nieoczekiwanie, opatrzone naszym nazwiskiem.

Przyglądam się atramentowi na wierzchu przesyłki i nie poznaję pisma. Paczka z jednej strony jest duża, a z drugiej zbyt mała, by unieść ciężar pytań, które przytłaczają mnie w związku z jej przybyciem. O co tu właściwie chodzi? Ciągle zapominam – cała ja, z chroniczną amnezją duszy.

W klonie po zachodniej stronie domu żałośnie kwili gołębica. Poczyna sobie śmiało, zapamiętała w swojej skardze.

Cierpienie jest zaraźliwe. Gdy ktoś w rodzinie cierpi, ból dotyka wszystkich. I zawsze trzeba wybierać, ponieważ ból domaga się albo uwagi, albo zupełnej obojętności.

Rozcinam opakowanie. W środku jest coś ciasno owinięte w bibułkę. Wyjmuję to z pudełka i na stół wypada ozdobna kartka. Jest z Peru, zdaje się, że znalazła ją przyjaciółka buszująca w sklepie. W poprzek strony znajduje się napis: „Zobaczyłam to i pomyślałam o tobie”. Cienki papier przywodzi na myśl zmumifikowane bandaże otulające coś pradawnego, co mogłoby opowiedzieć najpiękniejszą opowieść. Czy nie mówi się, że najlepsze są opowieści, których chce się słuchać bez końca, które zapraszają cię, byś ponownie odnalazł własną pełnię?

Pełna nadziei, powoli rozpakowuję podarek. I oto jest – coś glinianego. Czerwona glina. Podstawa długa na jakieś dwadzieścia centymetrów. Na krawędziach pomalowana tak, że wygląda, jakby zrobiono ją z niewielkich cegieł. Przywodzi na myśl fundament i poniekąd także podstawę opowieści, która ponownie scala rozbite niegdyś kawałki. Powoli, delikatnie, zdejmuję kolejne warstwy bibułki, ponieważ nie chcę niczego uszkodzić. Trzynaście niewielkich glinianych figurek, o ledwie zarysowanych kształtach, klęczy wokół podstawy. Po chwili już wiem.

To ostatnia wieczerza. Wielka opowieść. Pochylony Jezus wraz z uczniami, a każdy z nich klęczy przed własnym, niewielkim kielichem oraz bochenkiem ciemnego chleba.

To właśnie jest pełnia, tu, w moich dłoniach, niczym mój własny początek, środek i koniec. Oto jest wielka opowieść kładąca kres zagubieniu i samotności, od której rośnie serce. Może nawet tak bardzo, że mogłoby się całkowicie otworzyć.

Czy w pudełku jest coś jeszcze? Ze środka wypada kilka kawałków. I wówczas widzę rękę.

Jezus ma odłamane ręce. Ten Jezus nie ma rąk.

Usiadłam. Ręce Jezusa spoczywają przed Nim, przed wszystkimi jego uczniami, dwie odłamane ręce, o otwartych, jakby zapraszających dłoniach.

Przed Nim przewrócony dzban. Opróżniony.

Ile razy dostarczono Ostatnią wieczerzę prosto do twoich drzwi? Czy nie tę właśnie opowieść próbowałam zrozumieć przez pięć ostatnich lat? Czy nie szukałam odpowiedzi na to właśnie pytanie: co począć z tym jednym, rozdartym sercem? Gdzie podziało się życie, jego pełnia? Jak miałabym je odnaleźć?

„Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie, połamał go i podał im…”1

Pierwszy raz przeczytałam to, powoli i uważnie, lata temu – dowiedziałam się wtedy, że „dziękować” to po grecku eucharisteo i że forma ta wywodzi się z charis, co oznacza „łaskę”. Jezus wziął chleb, dostrzegł, że jest on błogosławieństwem, i podziękował.

Ale to nie wszystko. Eucharisteo, dziękczynienie, mieści w sobie greckie słowo chara oznaczające „radość”. Radość – to o nią zawsze chodziło w dążeniu do czegoś więcej. Tak jak twierdził Augustyn „[…] wszyscy – gdyby ich zapytano – zgodnie by stwierdzili, że pragną radości […]”2.

Głęboką chara znajdujemy tylko u stołu euCHARisteo – stołu dziękczynienia.

Siedziałam nad tym długo, w zadumie… Czy to naprawdę takie proste? Czy wielkość mojej chara (radości) zależy od głębi mojej eucharisteo (wdzięczności)?

Dopóki jest możliwa wdzięczność, jest także możliwa radość. Kielich radości nie znajduje się w jakimś egzotycznym miejscu, nie trzeba wspinać się po niego na szczyty wzniosłych uczuć. Cud radości może spełnić się tu, w rozgardiaszu przeszywająco bolesnej teraźniejszości. Tu i teraz, w jednym miejscu, którego nam trzeba, by dostrzec Boga zanim, nie widząc Go, umrzemy.

Wyszeptałam to wyraźnie, tak by język posmakował tych dźwięków, a ucho usłyszało ich prawdę.

Charis. Łaska. Eucharisteo. Dziękczynienie. Chara. Radość3.

Trzy gwiazdy wskazujące sekret życia w jego pełni, sekret dziękczynienia i radości. Pięć lat życia wdzięcznością, doceniania tysiąca codziennych darów i dziękowania za nie, za zmagania, za godne politowania upadki. Wreszcie wciąż ponawiane postanowienie przyjmowania wszystkiego jako błogosławieństwa, daru (charis) oraz dziękowania Mu za to (eucharisteo) i ostatecznie znajdowanie w Nim radości (chara).

Ale w takim razie, gdzie tu jest miejsce na kruchość? Co miałoby znaczyć to pokonywanie wyniszczającej kruchości kruchością ożywiającą? Czyżbym zaledwie dotknęła problemu? A jeśli, by żyć obfitością, potrzeba czegoś więcej? I czy odpowiedź nie leży dosłownie w moich rękach?

Trzymam przed sobą kawałki Ostatniej wieczerzy, Jezusa z odłamanymi rękami. Co zrobił Jezus, kiedy już podziękował?

„Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie, połamał go i podał im”4.

Wziął go i podziękował. Eucharisteo.

Następnie łamał go i rozdawał.

Ile razy powiedziałam już: „Eucharisteo poprzedza cud”? Dziękczynienie poprzedza cud, cud tego, że już wszystko się wie, wystarczy. Ile razy czytałam, jak Jezus „wziął siedem chlebów i ryby, i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom”?5

Eucharisteo – Jezus godzi się, że to, z czym przychodzi, nie wystarcza, i dziękuje, zanim wydarzy się cud. Czemu jednak sama nie przebudziłam się wcześniej na grzmiący dźwięk tego objawienia? Co właściwie było cudem?

Cud wydarza się tam, gdzie następuje przełom.

Przełomem było pogodzenie się z własnym ograniczeniem oraz wdzięczność za nie – i wtedy stał się cud: przełamywanie i dzielenie się, źródło jedności i zaczątek wspólnoty, w której każdy otrzymuje w obfitości. Cud wydarza się tam, gdzie następuje przełom.

Zastanawiam się, czy… to właśnie ta prawda mogłaby być odpowiedzią na tyle naszych pytań, na nasz ból? I nie chodzi o to, że przeczuwam, co to właściwie znaczy albo jak można by się o tym przekonać. Jednak coś w tej nieoczekiwanej chwili, dar, jaki ze sobą niesie, sprawia, że chcę spróbować…

Jeśli eucharisteo byłoby pierwszym aktem odwagi, rekonesansem w poszukiwaniu życia, w którym mogłabym pozwolić, by Bóg mnie kochał, a ja potrafiłabym docenić wszystkie tego przejawy, to czy byłby to zarazem kolejny śmiały krok ku następnemu etapowi tej podróży? Czy byłaby to droga wiodąca wzwyż i w głąb, którą mogłabym kroczyć z pustymi dłońmi, odważnie porzuciwszy wszystkie ograniczenia? Czy nie dość byłoby takiego przełomu? Odważyć się zostawić za sobą całą moją kruchość i przemienić ją w obfitość. Przełamać i oddać. Oto droga skruszonego serca.

A gdyby to było najbezpieczniejsze wyjście czy sposób, by stać się upragnionym i otoczonym opieką, by znaleźć wytchnienie, gdy wszystko się rozpada? Co zrobił Jezus? W swoich ostatnich godzinach, gdy wszyscy Go opuścili, Jezus nie szuka pociechy ani nie broni się przed odrzuceniem. Nie szuka schronienia, ale zwalcza tę pokusę, składając w ofierze własną wrażliwość. Gdy przeszywa Go ostrze żalu, Jezus nie rozgląda się za czymś, co wypełniłoby Jego samotność i ulżyło Mu w cierpieniu. Przyjmuje to wszystko i dziękuje, po czym przychodzi pora na czyny w najwyższym stopniu sprzeczne z ludzką naturą: nie zatrzymuje niczego ani w niczym nie szuka oparcia, lecz uwalnia się od wszystkiego i wszystko oddaje. Gdy zdradzają Go najbliżsi, nie broni się ani nie szuka pociechy u innych. Poddaje się, czyniąc z siebie dar – ofiarowuje własne życie. Bo czym jest fakt, że je oddaje?

Czerpiąc z pełni łaski, Jezus dziękuje, łamie i rozdaje – pokazuje, jak tworzy się życiodajną wspólnotę. Oto droga kruchości.

Czy miałoby to jakikolwiek racjonalny sens? Nie. Może jednak tylko tak odkrywa się te największe prawdy. Największe prawdy to zawsze największe paradoksy. A cóż mogłoby być większym paradoksem niż to? Oto ktoś, poruszony ogromem Bożej miłości, może się dzięki niej przemienić i przekazać innym ten dar, jednocześnie w pełni jej doświadczając.

Cud wydarza się tam, gdzie następuje przełom.

Wydaje się, że cud wspólnoty, jedności, pełni i obfitości spełnia się we własnym przeciwieństwie – w łamaniu i rozdawaniu.

Wydaje się, że intymny cud jedności i wspólnoty wydarza się dzięki łamaniu.

Wyczuwam palcami trzy pęknięcia zarysowujące podstawę rzeźby.

Czy to możliwe, że swoista jedność opiera się na potrójnej kruchości: miejsc, ludzi oraz rzeczy połamanych i rozdanych?

Czuję, jakby poprzez dotknięcie twardej gliny coś uobecniało się w moich dłoniach. Jak gdyby Ktoś muskał szorstkość pulsującej bólem rany.

Kiedy nasza własna kruchość spotyka się z kruchością świata, czy nie doświadczamy wówczas, czym jest cierpienie i dobroć Chrystusa?

I czy nie tym jest przeobfita pełnia będąca darem jedności?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Łk 22, 19.

2 Św. Augustyn, Wyznania X, 21, tłum. Z. Kubiak, Kraków 2000, s. 287.

3 Ten paragraf i sześć poprzednich opierają się na fragmencie mojej książki Tysiąc darów, tłum. E. Stępkowska, wyd. II, Kraków 2018, s. 36–83.

4 Łk 22, 19.

5 Mt 15, 36.

TRZY

Kiedy chcesz się dzielić własną kruchością

Dostępne w wersji pełnej

CZTERY

Jak rozłamać czas na dwoje

Dostępne w wersji pełnej

PIĘĆ

Stać się darem, którego potrzeba zarówno światu, jak i tobie

Dostępne w wersji pełnej

SZEŚĆ

Coś lepszego niż bucket list

Dostępne w wersji pełnej

SIEDEM

Miłość jest schronieniem naszej kruchości

Dostępne w wersji pełnej

OSIEM

Rozdarte serce jest niczym wobec miłości

Dostępne w wersji pełnej

DZIEWIĘĆ

Kieszonkowy cud, który potrafi skruszyć twój stres

Dostępne w wersji pełnej

DZIESIĘĆ

Jak kochać żarliwie z rozdartym sercem

Dostępne w wersji pełnej

JEDENAŚCIE

Rozkruszyć się, by stać się prawdziwym

Dostępne w wersji pełnej

DWANAŚCIE

Przełamać własną kruchość

Dostępne w wersji pełnej

TRZYNAŚCIE

Niewygodna prawda, o której nikt nie mówi

Dostępne w wersji pełnej

CZTERNAŚCIE

Rozkruszyć kłamstwa o samym sobie

Dostępne w wersji pełnej

PIĘTNAŚCIE

Jak być Esterą i wyłamać tysiąc bram

Dostępne w wersji pełnej

SZESNAŚCIE

O uwodzeniu Boga i zabliźnianiu ran

Dostępne w wersji pełnej

SIEDEMNAŚCIE

Jak znaleźć bohaterów w świecie pełnym cierpienia

Dostępne w wersji pełnej

OSIEMNAŚCIE

Dlaczego nie musisz bać się własnej kruchości

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Originally published in the USA under the title:

The Broken Way

Published by arrangement with The Zondervan Corporation L.L.C., a division of HarperCollins Christian Publishing, Inc.

www.zondervan.com

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Esprit 2018

PROJEKT OKŁADKI: Małgorzata Bocian

ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Ru_, iStock by Getty Images

REDAKCJA: Maria Mazurowska, Zofia Latawiec, Marzena Lipińska, Maja Jankowiak

ISBN 978-83-66061-30-9

WYDAWNICTWO ESPRIT SP. z O.O.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Karol Ossowski

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Droga skruszonego serca. Odnaleźć pełnię życia Tysiąc darów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu