Kluseczka

Kluseczka

Autorzy: Julie Murphy

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.47 zł

Szesnastoletnia Willowdean zawsze akceptowała swoje ciało. Choć mama – zwyciężczyni konkursu piękności – nazywała ją „Kluseczką”.  Wspierana przez przyjaciółkę, uosobienie amerykańskiej urody, i ciotkę z potężną nadwagą, nie zwracała uwagi na to, ile sama waży. Nie miała z tym problemu.

Aż spotkała przystojnego chłopaka, który jej się spodobał i, co ważniejsze, któremu ona też się spodobała. Zakochała się i wtedy straciła pewność siebie…

Żeby ją odzyskać, postanawia zrobić najbardziej przerażającą rzecz, jaka przychodzi jej do głowy: wziąć udział w konkursie piękności!

Korekta

Halina Lisińska

Hanna Lachowska

Tytuł oryginału

Dumplin’

Copyright © 2015 by Julie Murphy.

Published by arrangement with Folio Literary Management, LLC

and GRAAL Literary Agency.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

Copyright © Netflix, Inc. 2018. Artwork used with permission from Netflix, Inc.

ISBN 978-83-241-6929-0

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Wszystkim dziewczynom z grubymi pupami

1

Najlepsze rzeczy w moim życiu zaczęły się od Dolly Parton. Włącznie z przyjaźnią z Ellen Dryver.

Tu akurat główną rolę odegrała piosenka Dumb Blonde z debiutanckiego albumu Hello, I’m Dolly, z 1967 roku. Latem, zanim poszłam do szkoły, moja ciocia Lucy zaprzyjaźniła się z panią Dryver. Połączyło je uwielbienie dla Dolly. One piły słodką herbatę w jadalni, a my z Ellen siedziałyśmy na kanapie, oglądałyśmy kreskówki i nie za bardzo wiedziałyśmy, co ze sobą zrobić. Aż pewnego dnia pani Dryver włączyła tamtą piosenkę. Ellen zaczęła rytmicznie stukać nogą w podłogę, ja nuciłam i zanim Dolly doszła do refrenu, my już tańczyłyśmy jak szalone i śpiewałyśmy, ile sił w płucach. Na szczęście nasza miłość do siebie i do Dolly nie skończyła się na tym jednym utworze.

Czekam na Ellen przy dżipie jej chłopaka, a stopy zapadają mi się w rozgrzanym asfalcie szkolnego parkingu. Widzę, jak wychodzi ze szkoły i to znika w tłumie uczniów, to znów się pojawia.

El jest moim kompletnym przeciwieństwem. Wysoka blondynka, roztrzepana w ten niewiarygodny, seksowny sposób, który powinien się zdarzać tylko w komediach romantycznych. Zawsze dobrze się czuła w swojej skórze.

Nie widzę Tima, jej chłopaka, ale jestem pewna, że idzie parę kroków za nią z nosem w komórce i nadrabia mecze, które przegapił, siedząc w szkole.

Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, jak go poznałam, to że jest o co najmniej siedem centymetrów niższy od El, ale jej to kompletnie nie przeszkadza. Jak kiedyś coś o tym napomknęłam, uśmiechnęła się, zarumieniła aż po szyję i stwierdziła:

– Wiem! To słodkie, prawda?

Teraz zatrzymuje się przede mną zdyszana.

– Wieczorem pracujesz, tak?

– Tak. – Odchrząkuję.

– Nigdy nie jest za późno na znalezienie pracy w centrum handlowym. – Opiera się o dżipa i trąca mnie łokciem. – Ze mną!

Kręcę głową.

– Lubię pracować w Harpy’s.

Duża ciężarówka pędzi alejką przed nami.

– Tim! – wrzeszczy Ellen.

On hamuje w miejscu i macha do nas, a ciężarówka mija go o zaledwie kilka centymetrów. Gdyby nie ona, zostałaby z niego krwawa miazga.

– Na litość boską! – mamrocze El, ale tak, żebym tylko ja słyszała.

Uważam, że są dla siebie stworzeni.

– Dzięki! – krzyczy Tim.

To taki typ, że choćby się zaczęła inwazja kosmitów, on i tak powiedziałby tylko: „Spoko!”.

Gdy wreszcie dociera na naszą stronę parkingu, wkłada komórkę do tylnej kieszeni dżinsów i całuje Ellen. To nie jest obrzydliwy pocałunek z otwartymi ustami, tylko buziak, który wyraża coś w stylu: „Cześć, tęskniłem za tobą, wyglądasz tak samo ślicznie jak na naszej pierwszej randce”.

Wzdycham. Gdybym mogła nie zobaczyć już ani jednej całującej się pary, głowę daję, że poziom mojego zadowolenia z życia wzrósłby o jakieś dwa procent.

Nie chodzi o to, że im zazdroszczę czy że się wściekam, bo Ellen więcej czasu spędza teraz z Timem albo że Tim mi się podoba. Chciałabym po prostu mieć to co oni. Kogoś od buziaków na powitanie.

Żeby na nich nie patrzeć, zerkam na bieżnię.

– Co tam robią te panny? – Grupka dziewczyn w różowych spodenkach i pasujących do nich koszulkach maszeruje mimo upału.

– Obóz treningowy dla kandydatek na miss – odpowiada Ellen. – Trwa całe lato. Jest tam jedna z lasek ode mnie z pracy.

Nawet się nie staram powstrzymać i przewracam oczami. Nasze miasto, Clover City, nie bardzo ma się czym pochwalić. Co parę lat drużynie futbolowej udaje się dostać do rozgrywek play-off, a czasem komuś się poszczęści i się stąd wyrwie, żeby zrobić coś, co i nam przynosi chlubę. Ale z całą pewnością nasze małe miasteczko jest znane z jednej rzeczy: z najstarszego konkursu piękności w Teksasie. Pierwsze wybory Miss Nastolatek Niebieskiego Łubinu odbyły się w latach trzydziestych XX wieku i z każdym rokiem robią się coraz popularniejsze i bardziej absurdalne. Wiem o tym lepiej niż ktokolwiek, w końcu moja mama jest od piętnastu lat przewodniczącą komitetu organizacyjnego.

Ellen wyciąga kluczyki z przedniej kieszeni spodenek Tima, a potem mnie obejmuje.

– Baw się dobrze w pracy. Nie pochlap się tłuszczem! – Otwiera sobie drzwi od strony kierowcy i instruuje Tima, żeby wsiadł z drugiej. – Tim, życz Will miłego dnia.

On podnosi głowę i widzę uśmiech, w którym Ellen jest tak zakochana.

– Will… – Przez większość czasu trzyma nos w komórce, ale kiedy już się odezwie, dziewczynom takim jak El miękną kolana. – Mam nadzieję, że czeka cię miły dzień. – Składa mi lekki ukłon.

El podnosi brwi, siada za kierownicą i pakuje do ust nową gumę.

Macham im i ruszam do swojego auta. Jestem w połowie drogi, gdy mijają mnie z piskiem opon i Ellen jeszcze raz się żegna, przekrzykując piosenkę Dolly Parton, tym razem Why’d You Come On Here Lookin’ Like That.

Przegrzebuję torbę, żeby znaleźć kluczyki, ale kątem oka zauważam kaczkowaty chód Millie Michalchuk.

Wiem, co się zaraz stanie. O minivana jej rodziców opiera się Patrick Thomas, który jest chyba największym debilem na świecie. Ma jakąś koszmarną zdolność wymyślania ludziom przezwisk, które do nich przylegają. Czasem są fajne, ale częściej to coś w stylu odgłosu końskiego parskania, który teraz określa dziewczynę mającą pełne usta końskich zębów. Super śmiesznie, prawda?

Niestety, muszę ze wstydem przyznać, że całe życie patrzę na Millie i myślę sobie: Mogło być gorzej. Też jestem gruba, ale to Millie musi nosić spodnie z gumką, bo nikt nie produkuje dżinsów w jej rozmiarze. Oczy ma osadzone za blisko siebie, a czubek jej nosa jest zadarty. Ubiera się w koszulki ze szczeniaczkami albo kociątkami i robi to całkiem serio.

Patrick zasłania drzwi od strony kierowcy, a jego kumple już chrząkają jak świnie. Millie ma prawo jazdy od kilku tygodni i zasuwa swoim minivanem, jakby to był chevrolet camaro.

Już ma wyjść zza rogu i nadziać się na tych kretynów, ale wtedy wołam:

– Millie! Chodź na chwilę!

Ściąga paski plecaka i zmienia kierunek. Uśmiecha się i czerwieni tak, że rumieniec sięga prawie jej powiek.

– Siemka, Will.

Też się uśmiecham.

– Cześć. – W zasadzie nie wiem, co mogłabym jej powiedzieć, ale przecież sama ją zawołałam. – Słyszałam, że masz prawko? Gratuluję!

– Dziękuję! – Znów się uśmiecha. – Kochana jesteś.

Patrzę ponad jej ramieniem na Patricka Thomasa, który przykłada palec do nosa i podciąga do góry, żeby wyglądał jak świński ryjek.

Millie opowiada, jak zmieniała zapisane w pamięci radia stacje słuchane przez jej mamę i jak pierwszy raz nalewała paliwo. Patrick na mnie łypie. Każdy by chciał, żeby nigdy nie zwrócił na niego uwagi, ale akurat ja nie mam szans, żeby się przed nim schować. Nie tak łatwo ukryć słonia.

Millie nawija jeszcze przez kilka minut, aż w końcu Patrick daje za wygraną i odchodzi. Ona tymczasem wymachuje rękami i wskazuje na samochód stojący za nią:

– Nie wiem, czemu na kursach dla kierowców nie uczą tankowania…

– Wiesz co? – przerywam. – Przepraszam, ale spóźnię się do pracy. – Kiwa ze zrozumieniem głową. – Ale jeszcze raz gratulacje!

Idzie do samochodu. Obserwuję, jak starannie ustawia wszystkie lusterka, a dopiero potem wycofuje z miejsca pośrodku niemal pustego parkingu.

Parkuję za budynkiem restauracji Burgery i Hot Dogi od Harpy’ego i wciskam dzwonek przy służbowym wejściu. Nikt nie odpowiada, więc dzwonię jeszcze raz. Teksańskie słońce pali mnie w głowę.

Sterczę pod drzwiami, a facet w kapeluszu wędkarskim i w brudnym podkoszulku akurat przejeżdża przez drive-thru i wygłasza do mikrofonu koszmarnie konkretne zamówienie, zawierające nawet liczbę pikli na burgerze. Głos z głośnika podaje mu sumę do zapłaty. Facet na mnie zerka, zsuwa okulary z pomarańczowymi szkłami i mówi:

– Cześć, ślicznotko!

Obracam się, łapię sukienkę, żeby na pewno nie uniosła mi się na udach i cztery razy wciskam dzwonek. Czuję się niepewnie aż mnie ściska w żołądku.

Nie muszę nosić do pracy sukienki, jest też uniform ze spodniami, ale spodnie są z poliestru, nie dość elastycznego, żeby pomieścić moje biodra. Uważam, że to wina spodni. Nie lubię myśleć o swoich biodrach jak o ułomności, traktuję je raczej jak zaletę. Umówmy się, gdyby był rok na przykład 1642, moje wymarzone do rodzenia dzieci szerokie biodra byłyby warte stado krów czy czego tam.

Drzwi się otwierają i odzywa się Bo:

– Pierwsze trzy razy też słyszałem.

Czuję, jakby mnie załaskotało w kościach. Widzę go, dopiero gdy otwiera na tyle szeroko, żebym weszła. Na jego twarz pada naturalne światło. Na brodzie i policzkach ma lekki zarost. To symbol wolności. Szkoła, do której chodzi – droga, katolicka szkoła z mundurkami – skończyła się o tydzień wcześniej niż nasza.

Samochód odjeżdża od okienka, a ja wchodzę do środka. Chwilę trwa, zanim oczy przyzwyczają się do półmroku.

– Spóźniłam się, przepraszam, Bo. – Ta sylaba pulsuje mi w piersi. Podoba mi się zasadniczość tak krótkiego imienia. To imię, które mówi: „Tak, na pewno”.

Czuję, jak robi mi się gorąco. Dostaję wypieków Przesuwam palcem po brodzie, a stopy zapadają mi się w beton jak w ruchomy piasek.

Prawda jest taka: od pierwszej chwili jestem beznadziejnie zabujana w Bo. W tych nieuczesanych brązowych włosach, które układają się na czubku głowy w doskonały nieład… W służbowym biało-czerwonym uniformie wygląda niedorzecznie. Jak niedźwiedź w spódniczce baleriny. Rękawki z poliestru opinają jego ramiona i myślę sobie, że może jego bicepsy i moje biodra mają z sobą coś wspólnego. No, ale na pewno nie jest to podatność na wyciskanie na siłowni. Pod kołnierzykiem widzę fragment cienkiego, srebrnego łańcuszka, a usta ma mocno czerwone, bo bez przerwy zajada się czerwonymi lizakami.

Wyciąga rękę, jakby chciał mnie objąć.

Głęboko wciągam powietrze.

Ale zaraz je wypuszczam, bo jego ręka mnie mija i tylko przesuwa zasuwkę w drzwiach.

– Ron jest chory, więc jestem ja, ty, Marcus i Lydia. Może być ciężko.

– Dobra. Widzę, że koniec szkoły?

– Tak! Nie mam już zajęć.

– Podoba mi się, że zawsze mówisz o zajęciach, nie o szkole. Jakbyś był już w college’u i spędzał na uczelni tylko parę godzin pomiędzy spaniem na kanapie i… – Powstrzymuję się. – Pójdę zostawić rzeczy.

Zaciska usta, które niemal układają się w uśmiech.

– Jasne.

Idę do szatni i zamykam torebkę w szafce.

Nie będę udawać, że kiedykolwiek byłam jakoś szczególnie elokwentna, ale to, co się ze mną dzieje na widok Bo Larsona, to nawet nie jest potok słów. To werbalna biegunka, najobrzydliwsza z możliwych.

Przy pierwszym spotkaniu, gdy zaczynał u nas pracę, wyciągnęłam rękę i się przedstawiłam: „Willowdean, kasjerka, fanka Dolly Parton i miejscowa grubaska”. Czekałam na odpowiedź, ale milczał, więc zapewniłam, że mam też inne cechy. Bo, odparł sucho, ale z uśmiechem. „Nazywam się Bo”. Uścisnął mi dłoń, a przez moją głowę przebiegła rzeka wspomnień sytuacji, które się nigdy nie wydarzyły: my trzymający się za ręce w kinie. Albo idący ulicą. Albo jadący samochodem.

Po chwili puścił rękę.

W nocy, kiedy odtwarzałam nasze pierwsze spotkanie, dotarło do mnie, że się nie skrzywił, kiedy powiedziałam o sobie „grubaska”.

Spodobało mi się to.

Jakoś tak się dzieje, że to słowo ludzi stresuje. A przecież jak ktoś mnie nie zna, pierwsze, na co zwraca uwagę, to ciało. A ciało jest grube. Dokładnie na tej samej zasadzie ja zauważam, że inne dziewczyny mają duże cycki, lśniące włosy albo pałąkowate kolana. I takie rzeczy można mówić na głos. Ale słowo „gruba”, które przecież najlepiej mnie określa, sprawia, że czoła się marszczą, a twarze bledną.

To jestem ja. Jestem gruba. To nie przekleństwo ani wyzwisko. W każdym razie nie wtedy, kiedy ja to mówię. Więc czemu miałabym się powstrzymywać?

2

Właśnie pucuję blat, kiedy wchodzi dwóch chłopaków i dziewczyna. Prawie nic się dzisiaj nie dzieje, więc o mało co nie zedrę lakieru.

– Co podać? – pytam, nie podnosząc głowy.

– Bo! Początkującego rozgrywającego Buldogów ze Świętego Krzyża! – krzyczy chłopak z prawej, który złożył dłonie w trąbkę i udaje komentatora sportowego.

Ale Bo nie wychodzi, więc obaj chłopcy zaczynają skandować jego imię:

– Bo! Bo! Bo!

Dziewczyna między nimi przewraca oczami.

– Bo! – woła w końcu Marcus. – Chodź tu, żeby twoi głąbowaci koledzy się zamknęli.

Bo wychodzi zza rogu, a firmowy daszek wpycha do tylnej kieszeni. Krzyżuje ramiona na umięśnionej piersi.

– Cześć, Collin. – Kiwa głową do dziewczyny: – Amber. Rory. – Opiera się o bar i zwiększa przestrzeń między sobą a znajomymi. – Co tu robicie?

– Wycieczka – odpowiada Collin.

Bo odchrząkuje, ale nic nie mówi. Powietrze aż wibruje od napięcia.

Drugi chłopak, Rory, przygląda się menu wiszącemu nad barem.

– Hej – mówi do mnie. – Mógłbym prosić dwa hot dogi? Tylko z musztardą i sosem.

– Jasne. – Wstukuję jego zamówienie do komputera i staram się nie zerkać na boki.

– Dawno się nie widzieliśmy – zagaja Amber.

Jak to możliwe? W jednym roczniku w szkole Świętego Krzyża jest pewnie nie więcej niż trzydzieści osób.

Collin ją obejmuje.

– Brakuje nam ciebie na boisku. Gdzie się ostatnio podziewasz?

– Tu i tam – mówi na odczepnego Bo.

– Napój w zestawie? – pytam.

– Może być – zgadza się Rory i wciska mi prawie w twarz banknot pięćdziesięciodolarowy.

– Nie mogę rozmieniać nominałów większych niż dwadzieścia dolarów. – Wskazuję na przyklejoną do kasy karteczkę z odręcznym napisem.

– Mam tylko kartę. – Collin zwraca się do Bo. – Może mógłbyś rozmienić pięćdziesiątkę?

Na chwilę zapada lodowata cisza.

– Nie mam przy sobie portfela.

Collin parska.

Amber, Mistrzyni Wywracania Oczami, wyjmuje z kieszeni dychę.

Wydaję resztę i mówię Rory’emu, że zamówienie będzie za chwilę gotowe.

Collin wskazuje brodą w moją stronę.

– Jak się nazywasz?

Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ale odzywa się Bo:

– Willowdean. Ma na imię Willowdean. Muszę wracać do pracy. – Idzie z powrotem do kuchni i nawet się nie odwraca, kiedy go wołają.

– Fajna broda! – woła Amber. – Pasuje do ciebie. – Ale jego już nie ma.

Dziewczyna patrzy na mnie pytająco, ale mogę tylko wzruszyć ramionami.

Wracam do domu i idę od razu na tył do przesuwnych drzwi ogrodowych. Frontowe są od wielu lat zablokowane. Mama cały czas mówi, że musimy znaleźć jakiegoś mężczyznę, który je naprawi, ale ciocia Lucy zawsze twierdziła, że to doskonały pretekst, żeby nikomu nie otwierać. Ja się z nią w sumie zgadzam.

Mama siedzi przy stole w kuchni, wciąż w fartuchu, jasne włosy ma wysoko upięte. Ogląda wiadomości w przenośnym telewizorze. Odkąd pamiętam, zawsze oglądała telewizję tutaj, bo Lucy zajmowała kanapę w salonie. Umarła pół roku temu, ale mama nadal ogląda telewizję w kuchni.

Kręci głową do prezentera, a do mnie mówi:

– Cześć, Kluseczko. Kolacja w lodówce.

Kładę torebkę na stole i sięgam po owinięty folią talerz. Ostatnie dni szkoły oznaczają początek okresu przygotowań do konkursu piękności, a to z kolei znak, że mama zaczyna się odchudzać. A kiedy mama jest na diecie, wszyscy inni też. W związku z tym na kolację jest sałatka z grillowanym kurczakiem.

Nieźle. Bywało gorzej.

Mama cmoka.

– Masz pryszcza na czole. Chyba nie jesz tych tłustych paskudztw, które sprzedajesz?

– Wiesz, że nie lubię burgerów i hot dogów. – Nie wzdycham, chociaż mam ochotę, bo wiem, że usłyszy. Zawsze słyszy, bez względu na to, jak głośno gra telewizor. Za dwa lata mogę wyjechać do szkoły w jakimś innym mieście i być setki kilometrów od domu, a ona i tak będzie wiedziała. I zadzwoni, żeby powiedzieć: „Dobrze wiesz, Kluseczko, że nie cierpię, kiedy wzdychasz. Nie ma nic bardziej zniechęcającego niż niezadowolona młoda kobieta”.

Wydaje mi się, że coś jest z tą teorią nie tak.

Siadam i hojnie zlewam sałatkę sosem czosnkowym, bo okazuje się, że ósmego dnia Bóg stworzył dressing.

Mama krzyżuje nogi i przygląda się odpryskującemu lakierowi na paznokciach u nóg.

– Jak było w pracy?

– Dobrze. Jakiś starszy facet podrywał mnie na parkingu. Nazwał mnie „ślicznotką”.

– Och! – Jest zachwycona. – Moim zdaniem to urocze!

– Mamo, błagam cię. To obrzydliwe.

Wyłącza telewizor.

– Uwierz mi, skarbie, im się jest starszym, tym mniej facetów zostaje do wyboru. I nieważne, jak dobrze jest się zakonserwowanym.

Nie na taką rozmowę liczyłam.

– Ron jest chory.

– Biedaczek. – Mama wybucha śmiechem. – W liceum był we mnie zakochany po uszy.

Odkąd tam pracuję, mama wspomina o tym średnio raz w tygodniu. Kiedy się starałam o pracę, w okolicy Święta Dziękczynienia, Lucy zdradziła, że jej zdaniem było dokładnie odwrotnie. Ale z relacji mamy wynika, że leciał na nią każdy facet w mieście. „Wszyscy chcieli uszczknąć kawałek Miss Nastolatek Niebieskiego Łubinu z Clover City”, wybełkotała kiedyś po kilku kieliszkach wina.

Wygrana w tym konkursie to jej największe życiowe osiągnięcie. Wciąż mieści się w tamtą suknię, o tym fakcie też nie pozwala nikomu zapomnieć. Dlatego też, jako przewodnicząca komitetu organizacyjnego, co roku wychodzi z siebie, żeby się w nią wbić i zachwycić rzeszę oddanych fanów.

Czuję, że Riot, kot Lucy, układa mi się na stopach. Poruszam palcami, a on mruczy.

– Po szkole widziałam jakieś ćwiczące do konkursu dziewczyny.

Mama się szeroko uśmiecha.

– Mówiłam ci. Co roku konkurencja jest ostrzejsza.

– A co u ciebie? Jak było w pracy?

– Ech, to był jeden z tych dni. – Przegląda książeczkę czekową, a potem zaczyna się masować po skroniach. – Dzisiaj straciliśmy Eunice.

– O nie! Tak mi przykro.

Raz do roku życie mojej mamy zmienia się w baśń o Kopciuszku. Żyje tak, jak kiedyś sobie wymarzyła. Ale przez resztę czasu pracuje w domu starców Buena Vista, gdzie zajmuje się tak pasjonującymi sprawami, jak podawanie leków, karmienie staruszków i podcieranie im tyłków. Eunice była jedną z jej ulubienic. Zawsze myliła mamę z jedną ze swoich sióstr i za każdym razem, gdy mama się pochylała, żeby jej pomóc, szeptała jej do ucha dziecinne sekrety.

– Po lunchu zamknęła oczy. – Mama lekko się kiwa. – Pozwoliłam jej tak przez chwilę siedzieć, bo myślałam, że drzemie. – Wstaje i całuje mnie w czubek głowy. – Idę spać, Kluseczko.

– Dobranoc.

Czekam, aż zamknie drzwi, a potem wyrzucam kolację do śmieci i nakrywam jedną z darmowych gazet. Biorę garść ciastek, napój w puszce i idę na górę. Gdy mijam zamknięte drzwi do pokoju Lucy, zatrzymuję się na chwilę i opuszkami palców muskam klamkę.

3

Chyba tego lata wreszcie pójdę z Timem do łóżka – oznajmia Ellen, wygrzebuje ze śniadaniówki kostkę sera i wrzuca do ust. Analizuje tę kwestię w każdy piątek od początku zeszłego roku. Serio, co tydzień przed weekendem mamy zaliczoną dyskusję na temat za i przeciw.

– To dziwne. – Nie podnoszę wzroku znad notatek. Nie jestem złą przyjaciółką, ale rozmawiałyśmy o tym już tyle razy! Poza tym to ostatni dzień szkoły, a ja mam przed sobą jeszcze jeden egzamin. Usiłuję się czegoś nauczyć w ostatniej chwili, El już nie musi, bo zaliczyła wszystko.

Z ustami pełnymi karmelizowanych orzeszków pekan, pyta:

– Co?

– Przepytaj mnie. – Zjadam kilka winogron i podaję jej notatki dotyczące systemu władzy. – Dziwne, bo przecież pierwszy raz to nie ślub. Nie chodzi o to, że uwielbiam letnie kolory i zrobię to latem, żeby dobrać kreację do moich ulubionych barw. Powinnaś to zrobić, bo tego chcesz i już.

Marszczy nos.

– Ale lato to czas przemian. Mogłabym wrócić do szkoły jako kobieta! – Ostatnie słowo dramatycznie podkreśla.

Kręcę głową z deaprobatą. Nie znoszę czczej gadaniny. Gdyby El naprawdę zamierzała to zrobić, czołgałabym się po stole, żeby znaleźć się jak najbliżej i obgadać każdy szczegół. Ale nie rozumiem, jakim cudem ona daje radę tak dużo mówić jedynie o możliwości uprawiania seksu.

Widzi, że nie złapałam przynęty, więc patrzy w moje notatki:

– Podział władz.

– Wykonawcza, ustawodawcza i sądownicza. – Potem postanawiam rzucić jej okruszek. – Poza tym sam seks nie sprawi, że się staniesz kobietą. To jest jakiś idiotyczny frazes. Jeśli chcesz uprawiać seks, rób to, ale nie przypisuj temu aż tak wielkiej wagi, bo się rozczarujesz.

Kurczy się trochę w sobie i marszczy brwi.

– Ilu senatorów i reprezentantów liczy Kongres?

– Czterystu trzydziestu pięciu oraz stu.

– Tak, ale nie. Odwrotnie.

– Dobra. – Powtarzam liczby pod nosem. – Zresztą, nieważne, jaka jest pora roku, jeśli moment wydaje się odpowiedni, prawda? Zima też jest fajna, bo zimą jest zimno i ogrzewanie się ciepłem swoich ciał ma sens.

El się śmieje.

– Masz rację.

Nie zależy mi na przytakiwaniu. Nie chcę, żeby zaczęła wcześniej niż ja. Może i jestem egoistką, ale nie wiem, jak zniosę, że zrobiła coś, czego ja jeszcze nie. Chyba się boję, że nie będę potrafiła być dobrą przyjaciółką. W tym sensie, że seks to jednak poważna sprawa i ja nie dam rady dotrzymać jej kroku w dziedzinie, na której się nie znam.

Mam ochotę poradzić, że powinna poczekać. Ale ona i Tim spotykają się już prawie półtora roku, a ona wciąż się rumieni, kiedy o nim mówi. Nie wiem, w jakich jednostkach mierzy się miłość, ale to chyba dobra wytyczna. Poza tym poprosiłabym ją o wstrzymanie się wyłącznie z mojego powodu.

Przeglądam notatki, a obok naszego stolika przechodzi Millie z tacą pełną jedzenia. Za nią idzie jej najlepsza przyjaciółka, Amanda Lumbard. Millie i Amanda razem to jeden wielki ruchomy cel z napisem: „Nabijaj się z nas!”.

Amanda ma nogi różnej długości, więc nosi toporne korekcyjne buty, w których wygląda jak Frankenstein. (W każdym razie tak uważa Patrick Thomas). Jak byłyśmy młodsze, nie miała tych butów, więc po prostu kulała, a jej biodra kołysały się przy każdym kroku. Ona się chyba nie przejmowała, ale ludzie i tak się gapili. Swoją drogą to przezwisko jest idiotyczne, bo Frankenstein był przecież lekarzem, a nie potworem.

Millie do mnie macha, więc ja też podnoszę rękę.

– Nowa koleżanka? – prycha El.

Wzruszam ramionami.

– Czasem mi jej żal.

– E tam, wydaje się zadowolona z życia. – Do końca przerwy śniadaniowej przepytuje mnie z organów władzy: – Co sprawia, że rząd nie ma zbyt dużej swobody?

– Mechanizmy gwarantujące zachowanie równowagi.

– Dobra, to teraz powiedz, co się działo wczoraj w pracy. Jak tam chłopiec z prywatnej szkoły?

Wpycham palec w spiralne kółka skoroszytu.

– W pacy okej. – Patrzę na swoją tacę. – On też w porządku.

Chciałabym jej opowiedzieć o jego głupkowatych kumplach i zaroście, ale nie wiem, jak zacząć, żeby nie wyjść na psychofankę, która przechowuje obcięte paznokcie w słoiku pod łóżkiem. Wczoraj musiałam trzy razy od nowa podliczać wpływy do kasy, bo mnie rozpraszał.

– Lubię Sweet 16 i w ogóle, ale zazdroszczę ci, że pracujesz z kolesiami. – Wrzuca do woreczka do połowy zjedzoną marchewkę. – I w ogóle ciągle nie mogę uwierzyć, że nie pracujemy razem.

El nigdy mi nie wybaczy, że zrujnowałam jej plany naszej wspólnej pracy, idąc do Harpy’s, ale jeśli nie dociera do niej, że nie miałam ochoty pracować w sklepie z ciuchami, w którym nawet nie ma mojego rozmiaru, nie wiem, jak to wytłumaczyć.

– Dlaczego tak ci zależy na pracy z chłopakami? Przecież rozważasz pójście do łóżka z Timem.

Wzrusza ramionami.

– Oj dobra, ale przynajmniej byłoby śmiesznie.

Kończymy jedzenie i idę na ostatni egzamin. I już. Koniec dziesiątej klasy. Na parkingu słychać wiwaty i pisk opon. Ale ja wcale nie czuję, że zaczyna się coś nowego. Zupełnie nie. Ja tkwię w miejscu i czekam, aż moje życie ruszy.

4

Ostatniego dnia szkoły wracam do domu i widzę na podjeździe samochód mamy. Parkuję i zaciągam ręczny, a potem opieram głowę o zagłówek. Uwielbiam mój samochód. Ma na imię Jolene, to wiśniowy pontiac grand prix z 1998 roku. Dostałam go od Lucy.

Wchodzę i ruszam na górę śladem hałasów dochodzących z jej pokoju. Szamocze się po nim turkusowy tyłek mojej mamy. Ma na sobie designerski dres, który dostała od byłego, sześć lat temu. Twierdzi, że to jej strój domowy i otacza go niemal taką samą czcią jak koronę Miss Nastolatek Niebieskiego Łubinu.

– Wróciłam! – oznajmiam, ale w swoim głosie słyszę panikę. – Co robisz?

Prostuje się i sapie. Odgarnia z czoła włosy. Jest czerwona od wysiłku, a jasne kosmyki wokół twarzy skręciły jej się w loczki.

– Dom pogrzebowy wreszcie dostał tę urnę, którą zamówiłyśmy, więc uznałam, że to dobry moment, żeby wrócić wcześniej i się za to zabrać.

Zostawiam plecak na korytarzu i wchodzę do pokoju.

– Za co?

Mama opada na łóżko obok stosu wykrochmalonych sukienek zawieszonych na owiniętych włóczką wieszakach.

– No wiesz, chcę posprzątać rzeczy Luce. Chryste, jaka z niej była zbieraczka, szuflad się nie da otworzyć! W ogóle, to znalazłam welon twojej babci! Szukałam go od lat!

Nie mogę się nie uśmiechnąć.

– Tak?

Kiedy babcia trafiła do hospicjum, mama ogłosiła, że zabiera jej ślubną suknię. Lucy i tak by się w nią nie zmieściła, więc nie było o czym dyskutować. Ale welon? Welon pasuje na każdego. Kłóciły się o to przez całe miesiące, aż Lucy nie wytrzymała i się poddała. A potem, parę lat temu, welon zginął.

Większość potyczek wygrywała i tak mama, więc pomyślałam, że tym razem Lucy miała ostatnie słowo.

Nie zawsze były na wojennej ścieżce, ale jakoś te chwile pamiętam lepiej niż piątkowe wieczory, kiedy wracałam do domu i zastawałam je siedzące na kanapie i zaśmiewające się ze swoich ulubionych starych filmów.

– Co zamierzasz z tym zrobić?

– Chyba przekażę jakiejś organizacji. Kobietom noszącym większe rozmiary trudno znaleźć ubrania, więc na pewno ktoś to doceni.

– A może ja bym coś z tego chciała? Nie, żeby nosić, ale żeby mieć.

– Daj spokój, Kluseczko, po co ci te starocie? W tych szufladach jest tylko bielizna, halki i wycinki z gazet.

Wiem, że powinnam się pogodzić z tym, że Lucy już nie ma. Minęło sześć miesięcy. Ale ja cały czas mam nadzieję, że zobaczę ją na kanapie z Riotem na kolanach albo siedzącą w kuchni i rozwiązującą krzyżówki. Ale jej nie ma. Odeszła. Nie mamy nawet zdjęć. Nie chciała, żeby uwieczniać jej ciało.

Boję się. Wydaje mi się, że jeśli jej nie zobaczę albo nie usłyszę, zapomnę o niej.

Umarła w wieku trzydziestu sześciu lat. Ważyła dwieście dwadzieścia pięć kilogramów. Dostała rozległego zawału serca na tej kanapie, oglądając jeden z ulubionych programów. Nikt nie wiedział, że umiera. Ale z drugiej strony, poza nami chyba, nikt też nie wiedział, że żyje. A teraz nikt już jej nie będzie pamiętał. Nie tak, jak chciałaby być zapamiętana. Bo kiedy moja mama myśli o Lucy, myśli od razu o jej śmierci.

To, że moja mama pakuje jej pokój jak jakąś obwoźną wystawę, przywołuje echo bólu i sprawia, że staje się nowy i świeży.

Otwiera szufladę szafki przy łóżku i zaczyna sortować papiery na różne kupki. Widzę, jak jej umysł pracuje. „Zatrzymać”, „Wywalić”, „Do namysłu”. Czasami się zastanawiam, w jakiej przegródce ja się znajduję.

– Możesz przestać? – pytam. – To jej pokój.

Mama się do mnie odwraca i patrzy z niedowierzaniem.

– Oj Kluseczko, ten pokój tylko zbiera kurz. Zaraz się zacznie sezon konkursu, będę pracować całe lato. Chciałabym mieć miejsce do szycia kostiumów i składania scenografii, żeby nie zawalić całego domu.

– Pracownia? – Czuję na języku gorycz tego słowa. – Chcesz zmienić pokój Lucy w biuro?

Mama otwiera usta, ale nie słucham, co ma do powiedzenia, wychodzę.

Bo stoi przy grillu, w uszach ma słuchawki. Jak przechodzę, macham mu.

– Miłych wakacji, Willowdean – mówi trochę za głośno. Usta ma lepkie i czerwone. Chciałabym spróbować, jak smakują.

Całowanie się z Bo. Sama myśl mnie zawstydza. Chciałabym się zmienić w kałużę, żeby ktoś mnie zgarnął do kuchennego odpływu.

Marcus siedzi już za kasą.

– Jesteś pierwszy!

– Tiff mnie podrzuciła wcześniej, bo ma praktyki.

Marcus i ja zawsze istnieliśmy w swojej świadomości. Jest ode mnie rok starszy i od początku chodziliśmy do tej samej szkoły. Znałam go na takiej zasadzie, jak się zna kuzyna najlepszej przyjaciółki: twarz i imię. Ale jak zaczęłam pracować w Harpy’s, miło było spotkać znajomego, którego się kojarzy. Teraz można chyba powiedzieć, że się kumplujemy. Zaczął się spotykać z Tiffanie, kapitanką drużyny softbolowej, na początku roku i w ciągu paru tygodni dopasowali się do siebie dosłownie jak dwie przyssawki.

– Jak tam egzaminy końcowe? – pyta Marcus.

Wzruszam ramionami i zauważam, że Bo nas obserwuje. Widzi, że go widzę, ale nie odwraca wzroku. Ściska mnie w żołądku.

– Stawiłam się – odpowiadam. – Powinni to docenić. A u ciebie?

– Dobrze. Uczyłem się z Tiff. Ona w wakacje będzie sprawdzać college’e.

Wiem, że prawdopodobnie już czas na zastanawianie się nad życiem po szkole, ale zupełnie nie umiem siebie zobaczyć w college’u, a nie wiem, jak się zabrać za planowanie czegoś, czego nie da się nawet wyobrazić.

– A ty? Też będziesz badał grunt?

Przekręca daszek na bok i w zamyśleniu kiwa głową.

– No chyba tak. – Dzwoni dzwoneczek nad drzwiami, bo weszło paru chłopaków, ale jeszcze czytają menu, więc Marcus wygląda przez okno i stwierdza: – Moja dziewczyna wyjeżdża z tego miasta. Wiem tyle, że jadę z nią.

Clover City to miejsce, z którego się wyjeżdża. Miłość może tu człowieka uziemić albo go stąd wyrwać. Choć niewielu udaje się uciec i wytrwać. Reszta pije, rozmnaża się i chodzi do kościoła. To wystarczy, żeby się utrzymać przy życiu.

W piątki i soboty zmykamy późno, więc jak wracam, mama już śpi. Gaszę wszystkie światła, sprawdzam, czy drzwi są zamknięte, a potem wchodzę na górę, na palcach podchodzę pod drzwi mamy i nasłuchuję. Słyszę ciche chrapanie, więc wchodzę do pokoju Lucy, unikam trzeszczących desek i zaczynam grzebać w poukładanych przez mamę kupkach.

Jest tu sporo śmieci i stosy wycinków dotyczących ludzi i miejsc, których znaczenia nigdy nie zgłębię. Nie mogę znieść myśli, że są tu rzeczy, takie zwyczajne, jak choćby informacja o autorze książek kucharskich, odwiedzającym miejscową bibliotekę, o które nigdy nie spytałam Lucy.

Najgorszy był jej pogrzeb. I nie tylko z tego najoczywistszego powodu. Przyszło pół miasta, co zrozumiałe, bo co innego, na litość boską, mieli do roboty? Obstawiam, że wszyscy liczyli na widok Lucy upchniętej do trumny, jakby była jakąś przestrogą przed obżeraniem się. Ale smutna prawda jest taka, że nie było nas stać na droższą, większą trumnę, więc mimo totalnej rozpaczy mamy, że nie może wyprawić swojej starszej siostrze „godziwego pogrzebu”, Lucy została skremowana.

Nie lubię tego wspominać. Wolę myśleć, jak w trzeciej klasie zabrała mnie na pierwszą lekcję tańca. Trykot rozciągał mi się na brzuchu, a moje uda się stykały, chociaż z całych sił je zaklinałam, żeby przestały. Byłam za gruba. Nie wyglądałam, jak inne dziewczynki czekające na zajęcia.

Odmówiłam wyjścia z samochodu, więc Lucy przyszła do mnie na tylne siedzenie.

– Will. – Głos miała miękki jak rozpuszczony miód. Włożyła mi kosmyk włosów za ucho i wyjęła z kieszeni domowej sukienki chusteczkę do nosa. – Ja straciłam w życiu strasznie dużo czasu na zastanawianie się, co ludzie powiedzą albo pomyślą. Czasem dotyczyło to zupełnie prostych spraw, jak pójście do warzywniaka albo na pocztę. Ale bywało, że rezygnowałam ze zrobienia czegoś wyjątkowego. Bo się bałam, że ktoś na mnie spojrzy i pomyśli, że się nie nadaję. Ale ty nie musisz się przejmować bzdurami. Idź, a jeśli uznasz, że to nie dla ciebie, więcej tam nie wrócisz. Ale zasługujesz, żeby dać sobie szansę, słyszysz?

Wytrzymałam tylko do jesieni, ale nieważne.

W szufladzie ze skarpetkami znajduję pudełko z kasetami Dolly Parton. Wybieram jedną na chybił trafił i wkładam do odtwarzacza na szafce nocnej. Kładę się na łóżku i słucham, choć głos ściszyłam tak bardzo, że brzmi jak szept. Kochała Dolly chyba najbardziej na świecie. Ja też jej dużo zawdzięczam, bo bez niej nigdy nie zaprzyjaźniłabym się z Ellen.

Pani Dryver jest chyba najlepiej znaną sobowtórką Dolly Parton w naszej części Teksasu. Ma taką samą jak ona drobną posturę, a do tego głos. A ponieważ Lucy była wiceprezeską regionalnego fanklubu Dolly Parton, ich drogi często się przecinały. Trudno mi uwierzyć, że moja przyjaźń z Ellen nie została zaplanowana przez los jeszcze przed naszym urodzeniem. Może nawet jeszcze wtedy, gdy Dolly była zupełnie nieznaną, biedną mieszkanką Tennessee. Myślę o El jak o prezencie, który Lucy od zawsze miała mi podarować.

Kochamy Dolly nie tylko za jej wygląd, ale i za pewność siebie. Ludzie uważali, że wygląda idiotycznie, wiedziała o tym, ale nigdy się nie zmieniła, bo czuła się ze sobą dobrze. Dla nas jest… niepokonana.

5

Jak byłam mała, wakacje to było coś. Już tak nie jest. Kiedy chodziłyśmy z El do podstawówki, Lucy zabrała nas do Avalanche Snocones. Siedziałyśmy w ciemnym pokoju, syrop spływał nam po rękach, wiatrak nad naszymi głowami szalał, a Lucy skakała po kanałach aż trafiła na tandetne talk-showy, których mama na pewno nie pozwoliłaby nam oglądać.

Ale teraz, w pierwszy weekend wakacji nie dzieje się nic wyjątkowego. W poniedziałek rano budzę się i widzę, że mój telefon miga.

SMS-y od Ellen:

„Idziemy. Pływać. Szybko. Gorąco. Umieram”.

„Szybko”.

„Szybko”.

Nie mogę się nie uśmiechnąć. Ellen mieszka na nieogrodzonym osiedlu, na którym jest niespecjalnie zadbany basen dla mieszkańców. Latem to oaza.

Wiem, że grubaski powinny mieć alergię na basen, ale ja uwielbiam pływać. Chociaż nie jestem przecież głupia, wiem, że będą się gapić, ale trudno, nie odmówią mi prawa do ochłody. Zresztą, jakie to ma w ogóle znaczenie? Muszę przepraszać, bo mam wielkie, tłuste uda?

Gdy podjeżdżam pod dom El, ona już siedzi na ganku. Jest ubrana w bikini, a ręcznik ma zawiązany w pasie.

Idziemy trzy ulice dalej, na basen, a nasze japonki klapią po chodniku. Chociaż jest dopiero dziesiąta rano, jesteśmy całe mokre (albo, jak to mówi moja mama, namaszczone).

– Boże – jęczy El, gdy się ustawiamy w kolejce. – Tu jest chyba całe miasto. – Krzyżuje ramiona na brzuchu.

Biorę ją pod rękę.

– No chodź.

Jest taki tłum, że dostaje nam się tylko jeden leżak. El zrzuca ręcznik i biegnie do wody. Ja ściągam sukienkę przez głowę, zdejmuję buty i idę na palcach.

Gdy się zanurzam po pas, woda sięga El aż do ramion. Czuję chłód i taką ulgę, że aż przymykam oczy. Noo, teraz to jest lato!

Unosimy się na plecach jak rozgwiazdy i przypominamy sobie, że jak byłyśmy małe, wkładałyśmy okularki do pływania, zanurzałyśmy głowy i pod wodą wykrzykiwałyśmy nasze sekrety. Tyle że wtedy nie miałyśmy przed sobą tajemnic, więc krzyczałyśmy to, co już wiedziałyśmy: „Chase Anderson jest słodki!”, wołała El. „Ukradłam mamie dziesięć dolarów z portfela!”, odkrzykiwałam.

Dryfuję, aż dotykam ramieniem ścianki basenu i czuję, że zawisa nade mną cień. Odrobinę unoszę powieki i widzę kucającego nad krawędzią małego chłopca. Coś mówi.

Staję i atakują mnie dźwięki. Mój mózg prawie eksploduje. Na sekundę zamykam oczy. Wydaje mi się, że moja głowa jest owinięta przezroczystą, kurcząca się folią.

– Co mówisz?

Czerwone kąpielówki chłopca są mokre, kapie z nich woda i zbiera się pod nim kałuża.

– Myślałem, że umarłaś – powtarza. – Jesteś cała czerwona. – Potem wstaje i jak gdyby nigdy nic, odchodzi.

Dotykam policzków i czuję, jakbym wilgotnymi palcami dotykała suchej, popękanej ziemi. Nie mam pojęcia, jak długo pływałam. Rozglądam się za El i dostrzegam ją na naszym leżaku. Rozmawia z jakąś parą. Powoli przemieszczam się do płytkiego końca, w nadziei, że sobie pójdą, ale po kilku minutach nadal tam są.

Zbieram się na odwagę i wychodzę. El siedzi na jednym końcu, dziewczyna, której nie znam, na drugim, a chłopak za nią, jakby jechali na motorze i ona prowadziła.

– Cześć – odzywam się pierwsza.

Mija sekunda, w czasie której El milczy, a dziewczyna patrzy na mnie z miną wyrażającą coś w stylu: „Jak mogę pomóc, potrzebujesz czegoś, jeśli nie, to idź stąd”.

– Poznajcie moją najlepszą przyjaciółkę, Will – przedstawia mnie wreszcie El. Potem zwraca się do mnie: – To Callie i jej chłopak… – Na moment zawiesza głos i strzela palcami.

– Bryce – podpowiada Callie. Bryce kiwa głową zza jej pleców. Na nosie ma kompletnie idiotyczne okulary, w których wygląda jak bohatera Star Treka. Obejmuje Callie i od razu widzę, że są tym typem pary, która zawsze pozostaje w kontakcie cielesnym.

– Miło was poznać – mamroczę.

Nie chodzi o to, że nie lubię poznawać nowych ludzi. Ogólnie, nie lubię nowych ludzi. I to chyba cecha, za którą najbardziej mnie nie lubi El. Odkąd pamiętam, usiłowała wcisnąć do naszej idealnej dwójki trzecią osobę. Nie wiem, może jestem nienormalna, ale nie potrzebuję drugiej najlepszej przyjaciółki. Zwłaszcza takiej, która nie może się przestać na mnie gapić, jakbym była jakimś wybrykiem natury.

El macha, żebym usiadła obok niej, ale zostaję na swoim miejscu.

– Callie startuje w wyborach.

Bryce obejmuje ją mocniej, a ona po dziewczyńsku chichocze.

– No tak – potwierdza. – Parę lat temu moja siostra była wicemiss. Chyba mam to w genach.

– Super – odpowiadam oschle i gorzko, choć przecież bez powodu.

El zmusza się do uśmiechu.

– Callie bierze udział w przygotowaniach, które widziałyśmy w zeszłym tygodniu po szkole.

Nie wiem, co miałabym na to odpowiedzieć. Cała ta rozmowa od początku śmierdzi hasłem „ślepy zaułek”.

– Callie, a wiesz? – kontynuuje Ellen. – Mama Will organizuje te wybory.

Na Południu bogami są gracze w futbol. Cheerleaderki też zajmują wysoką pozycję w hierarchii, ale u nas sławę dziedziczą potomkinie królowych piękności. Niestety, jako pyzata córka ukochanej miss Clover City, nie mam z tego zbyt dużych korzyści.

Callie osłania oczy od słońca i patrzy na mnie.

– Czekaj. To jest twoja mama?

– Tak. – Gdybym mogła w mamie zmienić jedną rzecz, wyeliminowałabym te wybory. Jestem pewna, że moje życie układałoby się doskonale, gdyby zniknął z niego ten coroczny cyrk.

Callie wybucha śmiechem.

– Ale ty chyba nie będziesz startować, co?

Odczekuję sekundę. Dwie. Trzy. Cztery. Ellen nic nie mówi.

– A czemu nie? – Jasne, w życiu nie zgłosiłabym się do tego wstrętnego konkursu popularności, ale mimo wszystko. Jakim trzeba być ćwokiem, żeby mówić takie rzeczy?

– Wydaje mi się, że nie jesteś takim typem. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu.

Natychmiast uświadamiam sobie, jaki mały jest mój kostium kąpielowy. Otwory na nogi wrzynają mi się w uda, a ramiączka w ramiona. Wstyd oplata mnie jak pędy winorośli.

– Za to – kontynuuje Callie – Bekah Cotter będzie poważną konkurencją. Jest uosobieniem amerykańskiej dziewczyny.

Czuję pulsowanie w nogach, chcę uciekać.

A oczywiście Callie korzysta z mojej sukienki jak z ręcznika plażowego, żeby jej cudowna skóra przypadkiem nie dotknęła rozgrzanego plastiku.

Odwracam się do Ellen.

– Skoczę do ciebie do domu, skorzystać z toalety. – Wsuwam japonki na nogi, łapię pierwszy z brzegu ręcznik i odchodzę jak mogę najszybciej.

– Coś się stało? – słyszę jeszcze Callie, która zadaje to pytanie takim tonem, jakby pytała: „Coś z nią jest nie tak?”.

– Tutaj są toalety! – woła El.

Końce ręcznika, którym się owinęłam w pasie, prawie się nie stykają, ale nieważne. I tak idę.

Mija mnie auto pełne chłopaków, którzy chrumkają.

– Odpieprzcie się! – krzyczy zza moich pleców El.

Odwracam się. W samym kostiumie biegnie chodnikiem z moją sukienką i torbą.

– Nie mogę cię dogonić! – wyjaśnia.

Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale przypominam sobie, że jestem na nią zła. Więc idę dalej. My się nie kłócimy. Wiem, że najlepsze przyjaciółki powinny się kłócić, ale El i ja nigdy tego nie robimy. No, oczywiście nie licząc dyskusji o głupich programach telewizyjnych albo na temat stroju, w którym Dolly wygląda najlepiej, ale nic poważniejszego. Za to teraz jestem naprawdę wściekła, że mnie zostawiła, żeby schnąć na słońcu z tą całą Callie. I nic nie powiedziała.

Może robię z igły widły. Może to taka rzecz, na którą tylko ja zwracam uwagę. Jak wtedy, kiedy ma się pryszcza i wydaje nam się, że wszyscy tylko na niego zwracają uwagę.

Ale przecież widziałam, jak Callie mnie obcinała wzrokiem od stóp do głów. Jakbym była jakąś anomalią. A tak naprawdę jestem zła na siebie, że poczułam się tak niezręcznie, bo przecież niby czemu? Dlaczego nagle zaczęło mi się wydawać, że powinnam potajemnie wbiegać do wody i wychodzić z niej tak, żeby nikt przypadkiem nie zauważył moich obleśnych ud?

– Will! Na litość boską, zaczekaj na mnie!

Nie zatrzymuję się, tylko mówię, że muszę jechać.

– Możesz mi powiedzieć, co się stało? Zachowałaś się jak psychopatka! O co chodziło?

Teraz się zatrzymuję, bo dotarłam już do domu El, a ponieważ nie mam dokąd dalej iść, zaczynam trajkotać.

– O co chodziło? – wrzeszczę. – O to, że mnie zostawiłaś samą w basenie. Porzuciłaś mnie tam. I kim, do jasnej cholery, jest ta wychudzona pipka? – Jak tylko słyszę swoje słowa, zaraz ich żałuję. Przez całe życie padały komentarze na mój temat i jeśli życie w mojej skórze czegokolwiek mnie nauczyło, to tego, że jeśli jakieś ciało nie należy do mnie, nie wypowiadam się na jego temat. Grube. Chude. Niskie. Wysokie. Nieważne.

Ale El odpowiada:

– Widziałam, że się wyluzowałaś. Od kiedy wyjście samej z basenu robi ze mnie złą przyjaciółkę? Masz szesnaście lat, a wściekasz się, że wyszłam z basenu bez ciebie?

Wystarczająco wiele razy słyszałam kłótnie El i Tima, żeby się zorientować, że to jej specjalność. Potrafi każdą sytuację sprowadzić do poziomu takiej oczywistości, że jej przeciwnik czuje się jak debil. Chciałoby się mieć ją w dyskusji po swojej stronie, to na pewno. Ale nie przeciwko sobie.

Kręcę głową, bo nie chcę powiedzieć na głos, o co tak naprawdę jestem zła. Mianowicie o to, że mnie zostawiła bez ochrony. Czyli bez siebie. I że powinna była stanąć po mojej stronie.

– A ta „wychudzona pipka” to moja koleżanka z pracy. Nie musisz się z nią przyjaźnić, ale mogłabyś przynajmniej być miła.

Podnoszę ręce.

– Dobra, nieważne. Nie chcę się kłócić.

El rzuca torbę i sukienkę na bagażnik mojego auta.

– Dobra.

Wkładam sukienkę i oddaję jej ręcznik, a potem sięgam po torebkę, żeby z niej wygrzebać kluczyki.

– Odezwę się. – Podchodzę do drzwiczek od strony kierowcy, ale ona się nie rusza z miejsca.

– Poczekaj – mówi. – Wejdź na chwilę.

Wydaję głośne westchnienie przez nos.

– Jezu, przestań wzdychać i chodź. Potrzebuję pomocy.

Wchodzę do pokoju Ellen i siadam po turecku na podłodze.

– Daj mi Jake’a.

Ona zamyka drzwi i idzie prosto do szafy.

– Następnym razem, teraz ma wylinkę.

Jak każda inna zdrowa na umyśle osoba, zawsze bałam się węży, ale jak miałyśmy po jedenaście lat, rodzice El na jakiś czas się rozstali, a ona nie mogła się w tym odnaleźć. Żeby ją jakoś zabawić, pan Dryver obiecał jej zwierzątko. Nie miał tylko pojęcia, że jego córka zażąda węża.

Jak dostała Jake’a, węża zbożowego, albinosa, miał długość ołówka, ale ja i tak przestałam do niej przychodzić. Nie mogłam znieść przebywania pod tym samym dachem z wężem. Ale dwunastych urodzin El nie mogłam przegapić. Lucy zabrała mnie do sklepu zoologicznego, żebym popatrzyła na węże i nawet załatwiła, żebym mogła któregoś z nich potrzymać. Ja stchórzyłam, więc ona go wzięła. Widziałam, jak jej się trzęsą ręce, ale i tak jakimś cudem mnie to uspokoiło.

Teraz, jak całymi godzinami oglądamy filmy, Jake przepełza z moich rąk do Ellen, jakby nas z sobą łączył.

Ellen wyciąga z głębin szafy torbę z logo Sweet 16.

– Musisz mi pomóc w podjęciu decyzji. – Podnoszę się na kolana, a ona wysypuje na łóżko stos koronkowych majtek i pasujących do nich staników. – To dla Tima. – Przysiada na brzegu materaca. – Chcę dobrze wyglądać.

Podnoszę na końcu małego palca zestaw purpurowej bielizny.

– Kupiłaś to wszystko w pracy?

– Callie pomogła mi wybrać, ale jeden zestaw zostawię, a resztę oddam.

– Aha. – Mam ochotę spytać, czy Callie wie, że to bielizna z okazji pierwszego razu. Przekopujemy się przez stos. Różowe, białe, czarne, czerwone. Nawet zielone. Oczywiście, że wie. A ja wyolbrzymiam. Przecież nie mam monopolu na rozmowy o seksie Ellen z Timem, ale mimo wszystko czuję się zdradzona.

– No dobra – zaczynam. – Biel odpada. Jesteś dziewicą i to jest super. Oczywiście gdybyś nie była, też byłoby super, ale nie powinnaś wyglądać jak ktoś, kogo nie można skalać. Przecież o to chodzi, żeby cię skalał, tak?

– Tak. – Stanowczo odrzuca biały zestaw. – Czyli jakaś zdecydowana barwa?

Kręcę głową.

– Też nie. Powinna dawać sygnał, że jesteś gotowa, ale nie wywierać zbyt dużej presji.

– Zginęłabym bez ciebie.

Uśmiecham się szeroko.

– Czarna będzie onieśmielająca. To znaczy, jasne, jest mega seksowna, ale zostaw ją na później.

Wrzuca zestaw do dolnej szuflady szafki nocnej.

– Zielona mi się podoba, ale nie pasuje. – Odrzucam też kolor nude, czerwień, purpurę i błękit. – To. – Wyciągam rękę i odsuwam na bok wszystkie komplety z wyjątkiem opalizującego, cielistego zestawu w prążki. – On mówi: „Jest lato, a ja jestem dziewicą, ale już niedługo”.

El plaska mnie w ramię, ale sięga po ten zestaw. Jest obszyty koronką, a gdzieniegdzie są maleńkie perłowe guziczki. Przyciska bieliznę do piersi i osuwa się na podłogę obok mnie. Odwracam się i chciałabym się stopić z podłożem.

Kładzie mi głowę na ramieniu. Uwielbiam nasz zapach po basenie. Chlor i pot. Zapach lata.

– To dzisiaj. Zrobimy to dzisiaj – oznajmia.

6

Jestem wyczerpana po wyjściu od Ellen i nie mogę sobie wyobrazić, że przez cały wieczór przyjmuję zamówienia na fastfoodowe żarcie.

Z wysiłkiem wkładam służbowy daszek i wyciągam kucyk nad gumkę. Potem zasiadam przy kasie.

– Siema, Will – woła Marcus od stanowiska z przyprawami. – Spiekłaś się. Było opalanie?

– Coś w tym stylu.

Sprawdzam, czy mam dość drobnych. Inaczej będę musiała iść do biura po nowe monety zapakowane w rolki.

– Słuchaj, zastanawiam się, czyby nie postawić na wynik wyborów miss. Myślisz, że mogłabyś zapewnić jakieś przecieki?

Kręcę głową i zamykam kasę.

– No co? Już nigdy się nie będziesz odzywać? Zaraziłaś się od naszego Clinta Eastwooda? – Chodzi mu o Bo.

Oddycham głęboko i sprawdzam, czy pod kasą jest zapas torebek do zamówień na wynos.

– Miałam ciężki dzień. Potrzebuję przestrzeni.

Marcus mamrocze coś o PMS-ie, ale ku mojemu zaskoczeniu z kuchni odzywa się Bo:

– Nie może mieć po prostu kijowego dnia? Musisz dorabiać do tego jakąś idiotyczną filozofię?

Z biura Rona dochodzi cichy gwizd.

Marcus się śmieje.

– Oberwało mi się!

– Może po prostu zobaczyła twoją twarz – dorzuca Bo – i już wie, że ten dzień będzie marny.

Mruga do mnie przez okienko do wydawania potraw. Odwracam się i posyłam mu uśmiech.

Nawet jak nie ma klientów, jestem zajęta. Dokładam serwetek i uzupełniam pojemniki na przyprawy. Bo słucha muzyki, ale w uchu ma tylko jedną słuchawkę. Marcus cały wieczór wgapia się w komórkę i chyba SMS-owo kłóci się z Tiffanie.

Przychodzi Bekah Cotter z przyjaciółkami. Ma długie, złote włosy i idealną figurę. Zakładają obóz nad górą frytek i napojów z wielkiej dolewki. Callie miała rację. Mało, że Bekah zakwalifikuje się do konkursu, to prawdopodobnie go wygra. Jest jedną z tych ślicznych dziewczyn, których mimo wysiłków nie da się znienawidzić. Jest miła i nawet utalentowana. Jeśli potraktujemy akrobacje drążkiem jako talent.

Bo ma dzisiaj dyżur w części jadalnej, a kiedy się pojawia z bezprzewodowym odkurzaczem, Bekah szybko zbiera porzucone naczynia ze stolików wokół. Mówi coś do niego, ale nie słyszę. On się uśmiecha, a ja, nie zaprzeczę, czuję się, jakbym połknęła garść kamieni. Nie wiem, czemu ktoś nazwał ten stan zauroczeniem. Dla mnie to raczej przekleństwo.

Dzwoni dzwoneczek nad drzwiami i wchodzi Millie ze swoją przyjaciółką Amandą w ortopedycznych butach Frankensteina. Millie jest ubrana w jasnożółty T-shirt, a do tego ma spodenki i top ze świecidełkami w kształcie serduszek przyklejonych dookoła dekoltu. Chętnie dowiedziałabym się, jak nie wychodząc na wredną, przekazać jej, że mogłaby sobie ułatwić życie, ubierając się inaczej.

Czoło ma mokre od potu, ale uśmiech nie schodzi jej z twarzy.

– Cześć, Will! Nie wiedziałam, że tu pracujesz!

Amanda kiwa głową. Wygląda, jakbym jej zaimponowała. Ona jest ubrana w spodenki do piłki nożnej i koszulkę z nadrukowanym zdjęciem braciszka grającego w Małej Lidze. Takie koszulki noszą rodzice na mecze dzieci.

– Pewnie masz tu jedzenie za darmo? – pyta Amanda, a potem wskazuje w kierunku Bo: – I widoki też nie najgorsze.

Usiłuję się nie roześmiać.

– Nie jest źle.

Zamawiają jedzenie na wynos, a Amanda trochę za długo zwleka z wyjściem, bo chce popatrzeć, jak Bo wraca do kuchni.

Po nim i Marcusie czas na moją przerwę. Otwieram szafkę, żeby wziąć balsam do ust i znajduję czerwonego lizaka. Takiego fajnego, z drewnianego stojaka przy kasie supermarketu. Przez chwilę zagryzam wargę, a potem wsuwam go do kieszeni. Na wypadek gdyby jakimś cudem mnie teraz widział, staram się nie okazywać emocji.

Jak byłam mała, na Walentynki robiliśmy w szkole skrzynki pocztowe z pudełek po butach. Przez cały dzień stały na naszych ławkach. Nie lubiłam, kiedy ktoś patrzył, jak opróżniam swoją, Nie chodziło o to, że się bałam, że nie dostanę ani jednej walentynki. Każdy zostawiał kartkę każdemu, takie były zasady. Po prostu ja zawsze miałam ochotę na więcej. Chciałam być tą dziewczyną, która dostanie wyjątkową kartkę z podpisem „Cichy wielbiciel”.

Ten lizak to nie kartka w pudełku po butach, ale i tak wydaje mi się, że moje serce skacze na sprężynie.

Odwijam go z folii i mam ochotę napisać do Ellen, ale nie wiem co, więc w końcu odkładam telefon. Ciężko siadam na krześle i rozkoszuję się lizakiem. Ona może teraz uprawiać seks. Może już oficjalnie nie jest dziewicą, a ja nic o tym nie wiem.

Zastanawiam się, czy jak wyszłam, rozmawiała z Callie. Pewnie tak. Ona wiedziała, co radzić. Kończę lizaka i wyrzucam patyczek i folię do kosza. Wtykam telefon do stanika i już mam wychodzić z szatni, gdy moje cycki wibrują. Zatrzymuję się i sprawdzam SMS-y – Ellen.

„Denerwuję się, zadzwonię”.

„Potem”.

Szybko odpisuję: „Będziesz teraz kociakiem. Miaaaaau!”

Dostaję odpowiedź: „Kocham cię. Może przyjdę na noc, to pogadamy”.

Układam lepkie wargi w blady uśmiech, a jak podnoszę wzrok, widzę, że Bo się na mnie gapi, kiedy wpycham telefon do stanika. O dwie sekundy za późno uświadamiam sobie, że to musi dziwnie wyglądać, gdy przed takim kolesiem jak on, sama sobie pcham rękę za koszulkę.

Ludzie często się na mnie gapią. I wiem, że kiedy kogoś się na tym przyłapie, on instynktownie odwraca wzrok. Ale Bo patrzy dalej. Nie czuje żadnego skrępowania.

Robię się czerwona. Grzbietem dłoni ocieram usta i zaczynam się przygotowywać do zamknięcia.

Ron wypuszcza Marcusa trochę wcześniej, bo Tiffanie czeka i jest wściekła. On sam siedzi w biurze zagrzebany w jakichś papierach, Bo zmywa mopem podłogę w kuchni, a ja szoruję blaty.

– Uważaj – ostrzega Bo – umyłem właśnie za tobą.

Idę ostrożnie, żeby się nie poślizgnąć, i zmywam z rąk tłuszcz w dużym, przemysłowym zlewie.

Zrobiłam już wszystko, co należy do moich obowiązków, ale szukam nowych zajęć, podczas gdy Bo kończy podłogi. Napełniam dla niego zlew wodą, żeby mop mógł się przez noc odmoczyć, jak lubi Lydia.

– Idźcie już! – woła Ron. – Widzimy się jutro.

Pędzę do szafki po rzeczy, jakbym się obawiała, że Bo wyjdzie beze mnie. Idę za nim do tylnego wyjścia, a on przytrzymuje drzwi, więc muszę zanurkować pod jego ramieniem. Co, swoją drogą, nie jest nawet takie straszne. Jakim cudem po całym wieczorze przewracania burgerów na grillu nie cuchnie jak całe fastfoodowe menu???

W milczeniu idziemy do naszych samochodów. W pewnej chwili on przypadkiem ociera się o mnie, a ja się zastanawiam, jakby to było, gdyby mnie wziął za rękę i gdyby się splotły nasze palce.

Już mam wsiadać, kiedy się odwracam i mówię:

– Dzięki za lizaka.

On się nie odwraca, tylko podnosi trochę głowę.

– Dobranoc, Willowdean.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kluseczka Konkurs 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy