Rzeczpospolita Obojga Narodów. Calamitatis regnum. Tom 2

Rzeczpospolita Obojga Narodów. Calamitatis regnum. Tom 2

Autorzy: Paweł Jasienica

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.90 zł

"Calamitatis regnum", druga część trylogii "Rzeczpospolita Obojga Narodów" (opublikowana w 1967 roku), opowiada o burzliwych latach 1648-1696, znanych z kart powieści Sienkiewicza. Zakończone abdykacją panowanie syna Zygmunta III Wazy, Jana II Kazimierza (1648-1668), który zmagał się z wojną z Kozakami (powstanie Chmielnickiego), z Rosją i Szwecją (tzw. potop, 1655-1660), przyniosło wyniszczenie kraju, chaos w życiu politycznym, rozpanoszenie sobiepaństwa i anarchii, utratę terytoriów i osłabienie znaczenia Rzeczypospolitej. Po rządach Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1669-1677), władcy nieudolnego i uległego wobec magnatów, chwilowo tylko poprawiło sytuację wstąpienie na tron Jana III Sobieskiego, znakomitego wodza i przewidującego polityka, który starał się, z miernym skutkiem, wzmocnić władzę królewską. Jasienica szczególnie ceni tego ostatniego - "króla, który walczyć musiał z rodzimymi królewiętami, lecz nie słuchał obcych ambasadorów. Gdyby losy umieściły indywidualność Jana III wśród bardziej sprzyjających okoliczności, może dziejom naszym przybyłby trzeci tytuł wielkiego mocarstwa".

Paweł Jasienica - Leon Lech Beynar, ps. Jasienica (ur. 10 listopada 1909 roku w Symbirsku, zm. 19 sierpnia 1970 roku w Warszawie) - polski pisarz historyczny, eseista i publicysta "Tygodnika Powszechnego". W czasie II wojny światowej oficer Armii Krajowej. W lipcu 1948 roku został aresztowany przez komunistyczny Urząd Bezpieczeństwa i wypuszczony na wolność dzięki interwencji Bolesława Piaseckiego. Wstąpił do Stowarzyszenia Pax, z ramienia którego w 1950 roku zarządzał stowarzyszeniem Caritas. Od grudnia 1959 roku jeden z wiceprezesów Związku Literatów Polskich. Był również współredaktorem "Tygodnika Powszechnego" oraz działaczem i ostatnim prezesem Klubu Krzywego Koła (1962).

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński

3 maja 2007 r. w uznaniu zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej

odznaczył pośmiertnie Pawła Jasienicę

Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski

W 2007 roku Paweł Jasienica

został laureatem – przyznanej po raz pierwszy pośmiertnie

– Nagrody Kustosz Pamięci Narodowej

ustanowionej przez Prezesa IPN

Copyright © Ewa Beynar Czeczott, 2007

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Ilustracja na okładce

© macrovector/iStockphoto.com

Indeks

Tadeusz Nowakowski

Olga Klecel

Redakcja

Maria Domańska

Korekta

Mariola Będkowska

ISBN 978-83-8169-548-0

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Wilcy wyli na zgliszczach dawnych miast

i kwitnące niegdyś kraje były jakby wielki grobowiec.

Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem

Śmiele rzekę, że skrzydła rozpięte

Orła polskiego jednym nieszczęściem obcięte.

Łukasz Opaliński, Coś nowego, 1652

SPRAWA CZTERECH MIESIĘCY

Los jakby się zasadził na dzieje Rzeczypospolitej. Z nagła wymierzył cios główny i jednocześnie rozdał kilka szturchnięć, z pozoru – to znaczy w teorii – mało ważnych, bo dotyczących osób.

Zabrakło króla, obydwaj wodzowie wojsk koronnych znaleźli się w niewoli. Ich kolega z Wilna, hetman wielki litewski Janusz Kiszka – ostatni z potężnego rodu – nie mógł już nowymi dokonaniami potwierdzić swej dawnej opinii wybitnego oficera. Schorowany, do działania niezdolny, dożywał swoich lat.

Nad samym niemal grobem stał wsławiony pod Chocimiem Stanisław Lubomirski, możny pan, równie znaczny autorytet moralny i umysł nietuzinkowy.

Na czas bezkrólewia władza przeszła w ręce prymasa. Arcybiskup, Maciej Łubieński, był człowiekiem rozumnym i dobrej woli. Kiedy zebrał się sejm konwokacyjny, mowy interreksa odczytywać musiał lektor. Głos zgnębionego wiekiem i cierpieniami starca nie dolatywał bowiem do tonących w żałobnej czerni ław poselskich. W chwili najgorszego kryzysu, zaraz po klęsce korsuńskiej, Maciej Łubieński zaniemógł tak ciężko, że nie mógł się ruszyć ze swego Łowicza. Kanclerz musiał opuścić ogarniętą przerażeniem stolicę, aby się z nim naradzić.

Wieść o zgonie Władysława IV na czas pewien odjęła Jerzemu Ossolińskiemu władzę w obu rękach, sprowokowała ataki nieznośnych bólów wątroby. Nazajutrz – dosłownie nazajutrz! – po nadejściu do Warszawy wiadomości o zagładzie wojsk koronnych, skonał jedyny syn kanclerza, starosta bydgoski, Franciszek.

Sparaliżowane dłonie zdołały jednak utrzymać polityczne cugle. Jerzy Ossoliński nie załamał się ani na jedną chwilę, nie przestał być trzeźwym, usiłującym przewidywać mężem stanu. Nie odstąpił od swych wielkich zamierzeń. Nadal całą siłą umysłu i woli zmierzał do przetworzenia Rzeczypospolitej w monarchię absolutną.

Zaczął od opanowania paniki w samej Warszawie. Zagroził konfiskatą mienia każdemu, kto by się poważył uciekać ze stolicy do Prus, na zachód kraju czy gdziekolwiek indziej. Nie mógł zapobiec temu, że Wołoszczyzna zaludniła się nagle polskimi zbiegami. Łacińska oraz z Lachami trzymająca szlachta porzucała majętności i ufortyfikowane dworzyszcza na Rusi, szukała schronienia w znaczniejszych miastach, za Bugiem lub za Dniestrem. Wraz z nią uchodzili spod noża członkowie innej jeszcze nacji. „A Żydów aż do Wisły racz Wasza Książęca Mość zawrócić, bo ta wina zaczęła się od Żydów. Bo oni i was z rozumu wywiedli” – napisał wówczas do Dominika Zasławskiego Maksym Krzywonos, przywódca najbardziej radykalnego odłamu powstańców, wyznawca – jakeśmy się właśnie przekonali – niezbyt precyzyjnych poglądów politycznych. Obok podpisu skreślił Krzywonos swój tytuł: „pułkownik wojska Jego Królewskiej Mości Zaporoskiego”.

Przekonanie kanclerskie, że wcale nie wszystko zostało stracone u Żółtych Wód i pod Korsuniem, było jak najbardziej słuszne. Rzeczpospolita jeszcze się nie wyzbyła swych atutów. Dobiegła tylko kresu praktyka samowoli w stosunku do Ukrainy, traktowania tego kraju jako pola do rozrostu fortun...

W tym samym mniej więcej czasie, w którym Krzywonos pisał do Zasławskiego, senat otrzymał orędzie będące poniekąd wyrazem poglądów nieprzejednanego odłamu szlachty, czyli zwolenników utrzymania dotychczasowego stanu rzeczy. U spodu dokumentu widniało pięć podpisów: wojewody kijowskiego Janusza Tyszkiewicza, wojewody ruskiego Jeremiego Wiśniowieckiego, strażnika koronnego Samuela Łaszcza, oboźnego litewskiego Samuela Osińskiego oraz podsędka bracławskiego Krzysztofa Tyszkiewicza.

Obraz niepozostawiający chyba miejsca na wątpliwość. Ukraina była dotychczas traktowana jako pole do rozrostu fortun szlachty wywodzącej się ze wszystkich trzech narodów Rzeczypospolitej, a wiarą i kulturą już jednakowo obcej ludowi ruskiemu. Bohdan Chmielnicki ani w ogóle myślał o znoszeniu pańszczyzny. Pragnął wypędzić znad Dniepru jezuitów, lecz surowo nakazywał chłopom odrabiać powinności należne klasztorom prawosławnym. Sam wraz ze swym kozackim otoczeniem rad był się zrównać przywilejem i znaczeniem ze szlachtą polską i litewską. Kształtująca się dopiero, lecz już fizycznie potężna narodowość ukraińska nie znajdowała dla siebie wygodnego miejsca w państwie dwojga narodów. Mogła dochować wierności królowi, lecz tylko pod warunkiem awansu na równouprawniony trzeci człon Rzeczypospolitej. Równouprawniony – to w danym wypadku znaczy także: na swój własny rachunek wyposażony we wszystkie nędze ówczesnego ustroju społecznego. Pańszczyzna miała być nadal odrabiana, lecz na rzecz szlachetnie urodzonych własnego chowu, a nie dla Lachów, Litwinów, Żydów oraz „wyzuwitów”. Jeśli występowało wtedy zjawisko zbliżone do dzisiejszego nacjonalizmu, to przede wszystkim po stronie ukraińskiej. Był to objaw zrozumiały, usprawiedliwiony i pożyteczny, bo zdolny do wczesnego wzbogacenia Europy o jeden więcej samodzielny kulturalnie czynnik. Mowa naturalnie o samym dążeniu, nie zaś o niektórych metodach walki... równie zresztą okrutnej, jak i sposoby przeciwdziałania ze strony dotychczas uprzywilejowanej.

4 czerwca 1648 roku, czyli w dwa tygodnie niespełna po klęsce korsuńskiej, pisano ze Lwowa do Warszawy: „To pewna, że ludzie religiej greckiej z ochotą nieprzyjaciela wyglądają”. Z biegiem czasu wieści stawały się coraz gorsze, lecz nie zmieniał się ich zasadniczy, historyczny – rzec by można – ton: „Już rebelia ruska i sprzysięgła z pogany colluvies chłopstwa” – opanowała ogromne obszary, a to

więcej przez zdradę chłopską niżeli przez miecz [...] Co dzień, co godzina, ta perfidia bezecna nienasycona krwie naszej serpit i pożarem tu idzie pod same już lwowskie mury [...] Już i w samym mieście odkrywają się jawnie zdrady, konspiracje nocne codzienne...

Takie oto głosy i opinie dolatywały ze Lwowa. A Bohdan Chmielnicki myślał na razie o wyzwoleniu „z niewoli lackiej” Ukrainy... po Białą Cerkiew. I ten obraz wydaje się zatem jasny i pozbawiony luk. Skromny chwilowo program hetmana uznać trzeba za akt wstępny dopiero. Na porządku dziennym stanęła kwestia wskrzeszenia pod berłem króla Księstwa Ruskiego w jego historycznych, to znaczy kijowskich granicach. Gdyby Rzeczpospolita sprostała temu zadaniu, zostałaby wielkim mocarstwem związkowym.

W niczym nie ubliżając talentom Chmielnickiego, przyznać trzeba, że oszałamiające sukcesy w znacznej mierze zawdzięczał hetman działaniu tak zwanej teraz piątej kolumny. Kozacy rejestrowi i dragoni przechodzili z obozu wojsk koronnych wprost pod jego sztandary. Tak się stało na Dnieprze, u Żółtych Wód i pod Korsuniem również, gdzie w początkowej fazie bitwy – zanim jeszcze kolumna doszła do Krutej Bałki – tysiąc kilkuset żołnierzy nagle zmieniło front. Współcześni zupełnie dobrze zdawali sobie sprawę z przyczyn takiego stanu rzeczy. Nasz dragon – pisywali – to strojem Niemiec, wiarą Grek, a z rodu Rusin.

Tortury wymuszały zeznania z pochwytanych wysłanników kozackich. Okazywało się, że powstanie wszędzie – aż po Łuck i Halicz – może liczyć na poparcie ze strony kleru prawosławnego. Wkrótce sam Chmielnicki upomnieć się miał o zwrot cerkwi odebranej poprzednio błahoczestju... w Lublinie. Terminy „Grek” i „Rusin” znaczyły wtedy u nas jedno i to samo.

Nie grzeszyło przesadą twierdzenie, że prawosławie było dla Rzeczypospolitej sprawą życia lub śmierci, problemem ważniejszym od wszystkich wyznań reformowanych razem wziętych. Kalwinista Mikołaj Rej Polakiem być nie przestawał. Prawosławie występowało w praktyce życia jako ideowa reprezentacja narodowości, z której się wywodziła lub do której się poczuwała połowa chyba obywateli państwa.

Socjalne poruszenie chłopskie ogromnie wzmogło siły Chmielnickiego i – jak się wkrótce okaże – spętało mu ręce pod względem politycznym. Lecz samego powstania nie wolno uważać za czysto ludowe. Karol Szajnocha dziewięćdziesiąt bez mała lat temu pisał obszernie o kłopotach z pomniejszą szlachtą, „przedającą się bez różnicy płci do Kozaków, nawet i panny”. Nie brakowało i takich herbowych, co wypuszczeni z niewoli zaporoskiej po prostu odmawiali powrotu na stronę polską. Inni działali w polu, dowodząc szeregowymi Kozakami przeciwko wojskom koronnym. Trudno nazywać to zdradą, skoro i najbardziej autentyczni Zaporożcy wcale jeszcze nie zrywali z Rzecząpospolitą, której w teorii jednako uprzywilejowana warstwa składała się ze szlachty polskiej, litewskiej oraz ruskiej.

Minęło zaledwie dwanaście lat od pewnego zbrojnego zatargu w ziemi przemyskiej. Sylwester Hulewicz-Wojutyński, tamtejszy biskup prawosławny, z pochodzenia zamożny ziemianin, musiał skrzyknąć pod broń około dziesięciu tysięcy współwyznawców, aby przy ich pomocy odzyskać klasztory, wbrew świeżej ustawie dzierżone przez unitów. Cel osiągnął, lecz tylko w dwóch trzecich, zarobiwszy przy okazji wyrok infamii, zniesiony po pewnym czasie. Wolno przypuszczać, że skupiająca się przy Chmielnickim szlachta ruska miała dosyć tego rodzaju równouprawnienia. Pragnęła wywalczyć w Rzeczypospolitej lepsze warunki dla swojego wyznania. Prawo do pańszczyzny nie wystarczało widać prawosławnym panom i półpankom. Żądali... czegoś ponadto.

Najbystrzejsi z ówczesnych statystów głosili, że nie należy przyjmować programu nieprzejednanych, takich jak Jeremi Wiśniowiecki. Wielcy panowie ukrainni stali się bowiem właśnie zupełnymi bankrutami. Potęgę swą czerpali wszak z Rusi, która tłumnie powstała. Stłumić rebelię można by więc tylko siłami zza Buga i Prypeci – polskimi i litewskimi.

Tak było naprawdę. Wytwarzało się położenie groźne w stopniu najwyższym. Wewnętrzna, domowa granica Rzeczypospolitej – ta, która oddzielała Ukrainę od Polski i Litwy – mogła się w tych warunkach rychło przetworzyć w przepaść moralną. Przeznaczone do zgniecenia Rusi Kijowskiej pułki nadejść miały z zachodu lub z północy – za każdym razem z zewnątrz.

Chmielnicki wymógł na Tatarach przyrzeczenie, że brać będą w łyka i łupić tylko Lachów, Rusinów zostawiając w spokoju. Niekiedy rzeczywiście to się przytrafiało... Kiedy indziej ordyńcy rąbali szablami i takich, co wylegali na drogi, aby powitać zwycięskich sprzymierzeńców. Tłumy jasyru składały się wcale nie tylko z łacinników. Krym żył z wojny, każdy z mahometańskich wojowników na własną rękę szukał zysku, a podczas wyprawy niezbyt się liczył z najwyższymi nawet autorytetami. „Pili wszędzie Tatarowie haniebnie. Kiedy którego wzięto, tedy pijanego bardzo” – zapisał naoczny świadek. W pewnej majętności wojewody Tyszkiewicza od jednego zamachu wychłeptali pięćdziesiąt beczek... nie wódki wcale, lecz surowo zabronionego przez Koran wina.

Chan Islam Girej napisać miał wkrótce do wodzów kozackich, że dotrzyma obietnic, lecz stanowczo prosi, aby przestali się upijać podczas działań wojennych. Srebrny Wiek już mówił o nałogu Mikołaja Potockiego, który w najbardziej krytycznych chwilach bywał „ustawnie” pijany. Podkomendni zbytnio się od wodza nie różnili. Szlachta polska zarówno podczas pokoju, jak i na wojnie słynęła z zamiłowania do kielicha. Janusz Tyszkiewicz pijał zawsze na stojąco, bo uważał, że w ten sposób więcej się w nim zmieści. Dworzanie mieli obowiązek pomagać panu wojewodzie w utrzymywaniu pozycji pionowej.

Hasał po Ukrainie jednakowo rozbestwiony, a często i pijany w dodatku żołnierz stron wszystkich. Położenie wymagało największej trzeźwości politycznej, rozwaga była deską ratunkową. Perswazje ludzi myślących miały utrudnioną drogę do mózgów oczadziałych od nienawiści i wódki.

Gorzko zawiedli się ci chłopi, którzy mniemali, że można będzie żyć spokojnie, skoro Kozacy wygnali ekonomów, dzierżawców i dziedziców. Wojna domowa ogarnęła cały kraj, dotarła wszędzie, odegnała od sochy i pługa wszystkich. Chmielnicki był doskonałym organizatorem, wojsko jego nie uskarżało się na brak żywności. Lecz Ukrainie zagroził głód, gdyż na wielkich jej połaciach nie zebrano ani nie zasiano niczego.

Każda z płynących godzin zmniejszała szansę rozsądku i umiaru. Bo każda powiększała cierpienia, rozdmuchiwała złe emocje.

Czego żądał Bohdan Chmielnicki latem 1648 roku, kiedy „miasta ogniem i mieczem wojując, drugie osadzając”, doszedł do Białej Cerkwi i tam „siedzibę wojny zasadził”? Nieoficjalnie zaczynał się już mianować księciem ruskim. Słane do Warszawy listy podpisywał jednak oględnie, jako „na ten czas starszy wojska Jego Królewskiej Mości Zaporoskiego”, w epistołach przeznaczonych dla poszczególnych senatorów przybierał tytuł hetmana. Wyraźna, bijąca w oczy przezorność wynikała chyba nie z tego tylko powodu, że główne siły ordy musiały odejść na Krym, aby odprowadzić zagarnięty na Ukrainie jasyr i odwieźć w domowe pielesze bogaty łup.

Już 3 kwietnia, czyli grubo przed wybuchem wojny, sędzia podolski, Łukasz Miaskowski, wysłał z Baru list, zawierający bezcenną wiadomość o warunkach, od których Chmielnicki uzależniał spokój. Niechaj – powiedział Bohdan na Zaporożu posłowi hetmana – „pan krakowski z Ukrainy znijdzie [oczywiście nie sam, lecz z armią koronną] i niechaj assekuruje, iż żaden Lach nad wojskiem zaporoskim nie będzie starszym”. Potocki doskonale o tych żądaniach wiedział i nie żywił wątpliwości, że Chmielnicki działa „z konspiracyjej wszystkich pułków kozackich i wszystkiej Ukrainy”.

W czerwcu 1648 roku, już w niewoli tatarskiej, zyskał okazję przekonania się o stałości dążeń kozackich. Sam Tuhaj bej powiedział mu otwarcie o celach Zaporożców:

Naprzód, aby po Białą Cerkiew udzielne mieli i ograniczone państwo; druga, żeby do dawnych byli przypuszczeni wolności; trzecia, aby do miast, zamków i dzierżaw ani starostowie, ani wojewodowie żadnego prawa nie mieli.

Wiadomość o tych warunkach powiózł na zachód wypuszczony z niewoli szlachcic, sługa hetmana Potockiego. Dotarła do Warszawy mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Chmielnicki wysyłał z Białej Cerkwi list do Moskwy. Wzywał w nim cara Aleksego Michajłowicza do ubiegania się o opróżniony tron polski. Wódz kozacki już się oglądał na wschód, lecz jeszcze nie zamierzał zrywać z Rzecząpospolitą. Wysuwając kandydaturę moskiewską, nie przekraczał praw służących mu jako szlachcicowi. Aleksy odrzucił propozycję.

Polityczny sens wcześnie wysuniętych żądań Chmielnickiego był zatem jasny, pomimo ich dość mgławicowej i mało sprecyzowanej formy. Ukraina miała się stać wyodrębnioną, autonomiczną częścią składową Rzeczypospolitej Trojga Narodów. Suwerenem Księstwa Ruskiego pozostawałby nadal król namaszczony w Krakowie, a rezydujący w Warszawie. Moskwa na razie nie myślała o popieraniu powstania, traktowała je wrogo.

Zawarty na tych warunkach układ natychmiast postawiłby na porządku dziennym kwestię udziału przedstawicieli Ukrainy w senacie i w sejmie – obok i na równi z reprezentantami Polski oraz Litwy. Taki rozwój wypadków leżałby w samej logice rzeczy i jak najbardziej odpowiadałby interesom władzy centralnej.

Chmielnicki żądał rzeczy pożytecznych zarówno dla swej ojczyzny, jak i dla całego państwa. Nieszczęście polegało na tym, że nie mógł, w żaden sposób nie mógł osiągnąć celu siłami samej tylko Ukrainy. Bez tatarskiego sojusznika nie wywalczyłby nawet dotychczasowych przewag.

„Ordy haniebnie potężne idą!” – trwożnie pisał hetman Potocki przed klęską korsuńską. We dwa tygodnie po niej donoszono z Baru Warszawie:

Chłopstwo wszystko w Ukrainie rzuciło się do buntu i żadnego nie będzie takowego miasta, które by Chmielnickiemu bronić się miało. Tatarom chcą się opierać. Kozakom otwierają i poddają się dobrowolnie.

Chan Islam Girej wkrótce osobą własną przybył do Białej Cerkwi. Kiedy odjechał, został przy Chmielnickim pewien murza, który śledził każdy krok hetmana i natychmiast donosił o wszystkim koczującemu nad Siną Wodą Tuhaj bejowi.

Jakże wspaniale brzmiała oficjalna tytulatura władcy z Bachczysaraju:

Wielkiej Ordy, wielkiej Monarchii, wielkiej prowincji Kipczackiej stolicy Krymskiej, nieogarnionych Tatarów, niezliczonych Nohajów, górnych Czerkiesów, wojennej Tugacyjej Wielki Cesarz, wysoki Monarcha, Potentat od wschodu słońca, Islam Girej, Chan, którego żywot i szczęśliwe panowanie niechaj trwa na wieki...

Tuhaj bej wyniośle opowiadał Potockiemu o wieczystym przymierzu Tatarów z Kozakami. Stworzyć ono miało siłę, która nie ulęknie się nikogo – nawet sułtana.

„Potentat od wschodu słońca” co rychlej pchnął do Stambułu posłów z radosną wieścią o Żółtych Wodach, Korsuniu, łupach i jeńcach.

Przeczytawszy wezyr ten list – informował Warszawę hospodar wołoski, Wasyl Lupul1 – sromotnie i z wielką indygnacją posłańców chańskich ze dworu swego wygnać rozkazał, i miasto kaftanów, których się na znak wdzięczności spodziewali, kijem ich dobrze obłożono.

Islam Girejowi przypomniano los tych jego przodków, którzy się buntowali przeciwko padyszachowi i źle skończyli. Turcja wojny z Rzecząpospolitą nie chciała i w dość bezceremonialny sposób okazywała podwładnym swą wolę.

Przymierze ze światem muzułmańskim nie rokowało chyba Ukrainie zbytnich swobód. Bo skoro wysłannicy chana, wyznawcy Proroka, traktowani byli kijami, to czegóż spodziewać się mogli nędzni giaurowie? Odpowiedzi udzielają tragiczne dzieje ludów bałkańskich.

Jeszcze nie wszystkie pragnienia kozackie zostały omówione.

Z oblężonego Kudaku przekradał się na zachód szlachcic nazwiskiem Sobieski, który wpadł w ręce nieprzyjaciół, przebywał u nich przez pięć dni, rozmawiał z samym Chmielnickim oraz z innymi przywódcami i odszedł wolny pod warunkiem powtórzenia władzom Rzeczypospolitej wszystkiego, co usłyszał. Chmielnicki powiedział mu: chwyciłem za broń,

bom z towarzystwem moim był wielce utrapiony i uciśniony, i ukrzywdzony, a sprawiedliwości nie mogłem dostąpić. Nalazłoby się suplik wielkie pudło do Króla Jego Mości, ale Król Jego Mość, choćby był chciał uczynić sprawiedliwość, nikt go u was nie słucha.

Atamanowie zaś mówili:

Wy, chudzi pachołcy, co się teraz szlachtą chrzcicie, będziecie bojarami, a tylko panowie wasi szlachtą będą, a król jedyną głową, którego wy i my wszyscy słuchać będziecie samego.

Program ten pozwala uznać Zaporoże za sprzymierzeńca Jerzego Ossolińskiego, któremu demokracja szlachecka była nienawistna. Kanclerz wielki koronny dążył do przemiany Rzeczypospolitej w monarchię absolutną, z tłumu herbowego pragnął wydzielić arystokratyczno-urzędniczą elitę.

Tron warszawski mógł zyskać na Ukrainie oddanych i wiernych pretorianów. Wcześniej i w formie o wiele bardziej wolnościowej osiągnąć to, co służyło później caratowi, który na każde zawołanie miał szable swych jedenastu wojsk kozackich.

Ani osobiste, ani państwowe nieszczęścia nie złamały kanclerza. Jerzy Ossoliński nadal chciał zmiany ustroju i wcale się nie wyrzekał już na zawsze z pozoru pogrzebanych planów wojny na południowym wschodzie. Z niezachwianym uporem dążył do zniweczenia „ligi” kozacko-tatarskiej, do wspólnej z Zaporożcami wyprawy na ich obecnych sprzymierzeńców. Osiągniętego poprzednio przymierza z Moskwą strzegł pilnie. Pragnął ją zachęcić do uderzenia na Krym, którego siły wiązała właśnie wojna na Ukrainie.

Króla nie było. Kanclerz, podejrzany o wspólne z nieboszczykiem sprowokowanie buntu, działać musiał w warunkach dwakroć trudniejszych od i tak przecież niełatwej normy. Głos należał do zebranego w Warszawie sejmu i senatu. Wobec izb obu, w obecności wszystkich obdarzonych mandatami wielmożnych i najwielmożniejszych, Sobieski opowiedział nie tylko o skargach, lecz i o zamierzeniach kozackich.

Pomimo zacietrzewionych wrzasków opozycji, w Warszawie przeważył rozsądek.

W orędziu do sejmiku proszowickiego pisał w czerwcu stary Stanisław Lubomirski, że zwyciężyć czy przegrać w wojnie domowej – jednakowa hańba. „Dać się pobić, straszne! swoich zaś wybić, siebie jest zniszczyć”. Jeszcze wcześniej, bo przed wojną, biadał wspomniany już sędzia podolski: „Co to pułkowników chciwość narobiła i tyrańskie z Kozakami obchodzenie!”.

17 lipca prymas Łubieński pierwszy opowiedział się za polubownym załatwieniem zatargu domowego, za amnestią. Zaraz podtrzymał go biskup łucki. Później Adam Kazanowski wypalił zebranym słowa gorzkiej prawdy:

A że się Kozacy do takiej ligi z Tatarami udali, za złe im mieć nie trzeba. Podobno i do samego piekła udaliby się byli, aby tylko takiej niewoli i opresyjej, którą znać niebożęta cierpieli, zbyli.

Marszałek nadworny odważył się to powiedzieć tego samego dnia, w którym przeczytano izbom list Dominika Zasławskiego. Książę wzywał szlachtę do zemsty. Opisywał, jak w kościele jezuickim w Winnicy Kozacy pomordowali księży, deptali Najświętszy Sakrament, przepijali do siebie z kielichów mszalnych, wyrzucali z trumien trupy.

Przeciwieństwa rysowały się ostro, ale coraz wyraźniej brał górę Ossoliński, wręcz po mistrzowsku prowadzący swą grę. Kanclerz sam się początkowo naprzód nie wysuwał, wypuszczał na harc polityczny innych, zwłaszcza prymasa. A kiedy już niemal pewien był swego, rzucił argument godny prawdziwego męża stanu. W zamiarach kozackich nie dopatrzył się niczego sprzecznego z godnością państwa.

Gdyby – wywodził – żądali jakiejś prowincji lub oderwania jakichś dóbr od ciała Rzeczypospolitej, wtedy oprzeć się należy choćby z bronią w ręku.

Wyodrębnienie Ukrainy nie oznaczało oderwania jej od federacji.

Podczas burzliwych debat obecni byli w Warszawie posłowie kozaccy. Fiodor Jakubowicz-Wiśniak, Hrehory Bołdar z przydomkiem But, Łukian Mozera i pisarz Wojska Zaporoskiego Iwan Pietruszeńko zaraz po przybyciu do stolicy złożyli hołd zwłokom Władysława IV, nazajutrz zaś prymas Maciej Łubieński podjął ich bankietem.

Przyjazd tych wysłanników miał swoją ciekawą historię, dla przedstawienia której trzeba troszeczkę cofnąć się w czasie.

W senacie Rzeczypospolitej zasiadał wtedy jeden już jedyny tylko prawosławny. Był nim wojewoda bracławski, Adam z Brusiłowa Kisiel. Ród jego pamiętał podobno czasy Włodzimierza Wielkiego, herb zaś mieścił wizerunek w heraldyce polskiej niespotykany. Widniał na nim biały namiot w polu czerwonym.

Obecność innowiercy szpeciła oczywiście senat pod względem ideologicznym, ale pod politycznym okazała się okolicznością nad wyraz pożyteczną. Zachęcony przez kanclerza, wysłał Kisiel ze swej Huszczy do Kozaków mnicha prawosławnego i szlachcica, ojca Petroniego Łaskę, proponując zaprzestanie działań wojennych i układy. Stało się to w początkach czerwca 1648 roku.

Mości Panie Starszy Wojska Rzeczypospolitej Zaporoskiego, z dawna mnie miły panie i przyjacielu! – pisał wojewoda do zbuntowanego hetmana. – Gdy wielu jest takich, którzy o WMości jako o nieprzyjacielu Rzeczypospolitej rozumieją, ja nie tylko sam zostawam cale upewnionym o WMości wiernym afekcie ku Rzeczypospolitej, ale i inszych w tym upewniam Ich Mość panów senatorów, kolegów moich. Trzy rzeczy mnie upewniają. Pierwsza, iż od wieku, lubo wojsko dnieprowe sławy i wolności swoich przestrzega, ale wiary swojej zawsze królom, panom Rzeczypospolitej dotrzymywa. Druga, że naród nasz ruski w prawowiernej sławie swojej jest za łaską Bożą tak stateczny, że woli każdy z nas zdrowie pokładać swoje niż tę wiarę świętą czymkolwiek naruszyć. Trzecia, że lubo różne bywają, jako i teraz się stało, żal się Boże, wnętrzne krwi rozlania, przecie jednak Ojczyzna nam wszystkim jest jedna, w której się rodzimy, wolności naszych zażywamy, i nie masz prawie we wszystkim świecie inszego państwa i drugiego podobnego Ojczyźnie naszej w wolnościach i swobodach. Dlatego zwykliśmy wszyscy jednostajnie tej matki naszej Ojczyzny, Korony polskiej, całości przestrzegać; a chociaż bywają różne dolegliwości, jako to na świecie, to jednak rozum każe uważać, że łatwiej domówić się w państwie wolnym, co którego z nas boli, niżeli straciwszy tę Ojczyznę naszą, już drugiej takiej nie naleźć w chrześcijaństwie ani w pogaństwie. Wszędzie niewola, sama tylko Korona polska wolnościami słynie.

Kisiel używał terminów ludziom ówczesnym powszednich i w pełni zrozumiałych. Przecież nie do Polski pojmowanej w dzisiejszym, narodowym sensie tego słowa odnoszą się zachwyty prawosławnego senatora, którego nikt nigdy za Polaka nie uważał, inaczej niż Rusinem nie nazywał! Byli i tacy, co krzyczeli, że wojewoda tłumaczy i wybrania rebelizantów, ponieważ jest jednej z nimi krwi. Przeczytaliśmy przed chwilą jego własne wyznanie: „naród nasz ruski”.

Wielonarodowe państwo rozporządzało jednym tylko tytułem królewskim, a ten był polski. Dlatego w ówczesnym słownictwie politycznym majestatyczny zwrot „Korona polska” zastępował niekiedy miano Rzeczypospolitej. To ona wszak – zarówno Polska właściwa, jak Litwa – słynęły wolnościami, zupełnie jednakowymi w Warszawie i w Wilnie. Adam Kisiel wyraża się ściśle wtedy, gdy nazywa Zaporożców jej wojskiem. Sami Kozacy domagali się precyzji jeszcze większej, uznawali siebie za żołnierzy królewskich.

Wojewoda wysłał kopię listu do prymasa i zwierzył mu się smętnie ze swych obaw. Przed dziesięciu laty – po bitwie pod Kumejkami – Kozacy raz już byli zaufali słowu dostojnego rodaka, wydali wodzów, których stracono w Warszawie. Teraz, kiedy wzięli górę na Ukrainie, łatwo mogą sobie o tym przypomnieć.

Chmielnicki życzliwie przyjął ojca Petroniego. Zgodził się na zawieszenie broni, cofnął swą kwaterę główną do Czehrynia, a do Warszawy wysłał wspomnianych już posłów, wręczając im instrukcję uderzającą w tony uległości i pokory. Prosił o dotrzymanie obietnic, poczynionych ongi przez Władysława IV.

Istnieje tendencja do upraszczania motywów, którymi się kierował ciągle dotychczas zwycięski wódz Kozaków. Sułtan surowo zganił postępowanie Islam Gireja, Tatarzy powieźli na Krym łupy, mówi się więc, że zaskoczony przez okoliczności hetman chciał zyskać na czasie i dlatego oburącz uchwycił nastręczoną przez Ossolińskiego i Kisiela sposobność. Zdolny wojownik musiał jednak pojmować, że nie tylko sam zyskuje na czasie, lecz daje identyczną szansę przeciwnikowi, którego możliwości znał dobrze. Polski właściwej, czyli najludniejszej i najbardziej zasobnej połaci państwa, wojna jeszcze nie dotknęła, od północy przeskrzydlało Ukrainę Wielkie Księstwo Litewskie. Jego armia nie doznała żadnych w ogóle strat, a dowodził nią człowiek twardy. Chmielnicki zapowiedział podówczas w chwili rozterki, że pójdzie na Don, jeśli go zanadto przycisną na Ukrainie.

Nie wolno odmawiać inicjatywie pokojowej cech realizmu. Porozumienie na zasadzie kompromisu było możliwe. Leżało ono w interesach samej starszyzny kozackiej, bo masowy ruch chłopski zaczynał brać górę, o czym wkrótce powie się obszerniej.

Adam Kisiel przyjechał do Warszawy na obrady konwokacji. Polityczne znaczenie wojewody wzrosło nagle do tego stopnia, że wielu ludzi zaczęło się wprost lękać niezbyt groźnej postaci pana z Brusiłowa. Podejrzewano go o wybujałe ambicje. Wyrażano obawy, że zbrojna protekcja Zaporoża może swemu wybrańcowi zapewnić nawet koronę.

Kisiel o berle nie myślał. Rola, którą odegrał, oraz obawy, jakie wzbudził w zwolennikach dotychczasowego stanu rzeczy, usprawiedliwiają tylko mniemanie, kilkakroć z maniackim niemal uporem powtarzane przez Srebrny Wiek.

W chwili rozstrzygającego o całej przyszłości państwa kryzysu senat Rzeczypospolitej rozporządzał usługami i osobą jednego tylko dostojnika prawosławnego. I ten samotny człowiek od razu zwrócił na siebie oczy całej Rzeczypospolitej, wyrósł ogromnie. Okazał się bowiem zdolny do funkcji pośrednika w sporze, który rozdzielił składowe narodowości państwa.

Wojewodę, dziedzica licznych włości, oburzały oczywiście uroszczenia i gwałty zbuntowanego chłopstwa. W listach do kolegów zwał Kisiel Chmielnickiego buntownikiem i Tamerlanem, a możemy być pewni, że czynił to po części szczerze. Wzywał do rozsądku i układów, lecz jednocześnie zalecał szykować wojsko. Pomimo to wszystko... „Pan Kisiel w traktatach ekskuzuje złości kozackie i tym traktaty stanowi; i wrogów tłumaczy jako Rusin” – napisano czarno na białym w roku 1648.

Wielki pan kochał Ukrainę prawosławną i ruską. To go moralnie łączyło z Bohdanem Chmielnickim, nawet z Maksymem Krzywonosem. Gdyby w senacie zasiadało więcej takich jak Adam Kisiel, gdyby nie spolszczyli się doszczętnie Zbarascy, Zasławscy i Wiśniowieccy, domowy, wewnętrzny spór Rzeczypospolitej nigdy by nie przybrał form równie ostrych, nie wyrwałby z jej organizmu Ukrainy.

Pańszczyzna dolegała bardzo. Pańszczyzna na rzecz obcych mową i wiarą stawała się nieznośna.

W dziedzinie niesprawiedliwości społecznej Rzeczpospolita nagrzeszyła najwyżej tyleż co jej sąsiedzi. W beznadziejnie trudnej sprawie zgody narodów stały przed nią zadania, jakich nikt nie znał i nie myślał nawet sobie wytyczać. Nie zdołała rozwiązać ich w pełni i w porę, gdyż przerastały one miarę możliwości ludzkich... nie tylko ówczesnych.

Nic nie mogło zapobiec temu, że zachodnia kultura zabrała Ukrainie warstwę kierowniczą, magnacką.

Prymas Maciej Łubieński zaprosił więc Zaporożców do swego wicemonarszego stołu. Senatorowie domyślili się bystro, że przydługie z musu pertraktacje sejmowe mogą obudzić podejrzenia na Ukrainie, pozbawionej wiadomości ze stolicy, a pamiętającej los Nalewajki i Pawluka. Zaproponowali więc Kozakom, by jeden z nich pojechał do Chmielnickiego z raportem i w ten sposób zapobiegł nieporozumieniom. Spotkali się z odmową. Wysłannicy bali się wszelkiej osobistej inicjatywy jak ognia. Wobec tego ruszył w podróż, wioząc odpowiedni list, niejaki pan Wolski, „rotmistrz piechotny, wiadomy humorów ich”, to jest Kozaków. Nie słychać, co się stało z ambasadorem zdrowego rozsądku. Ci z powstańców, którym pomysł ugody nie odpowiadał, nie zmarnowali sposobności do jątrzenia. Rozgłaszali, że posłowie pokończyli w Warszawie na palach czy też pod mieczem katowskim.

22 lipca izby uchwaliły tekst rezolucji w sprawie kozackiej. Dokonana przez Ludwika Kubalę analiza tego dokumentu była chyba zupełnie słuszna. Na podstawie równie ogólnikowego, a przez to samo elastycznego, tekstu można było dać bardzo dużo lub nic prawie. Wyznaczeni do pertraktacji komisarze Rzeczypospolitej otrzymali kompletne pełnomocnictwo zawarcia układu. Interpretacja rezolucji należała więc do nich. Komisja składać się miała z „ludzi wielkich”. Podstoli poznański Aleksander Sielski, podkomorzy przemyski Franciszek Dubrawski i podkomorzy mozyrski Teodor Michał Obuchowicz sami się pewnie zdziwili własnemu awansowi do wspomnianej kategorii. Przewodniczącym delegacji został Adam Kisiel, więc on, a nie kto inny, miał układać się z Bohdanem Chmielnickim i postanawiać.

Warszawa półgębkiem tylko uznała własną winę, lecz w niedwuznaczny sposób wyciągnęła rękę do zgody. Zaniosło się na to, że o losie Rzeczypospolitej rozstrzygnie rozmowa dwóch Ukraińców. Nie zapomnijmy jednak, że ten z nich, który piastował godność senatorską, urzeczywistniał właściwie zamierzenia Jerzego Ossolińskiego, kanclerza koronnego.

Rozpoczęła się teraz krzyżowa droga wojewody. A powracający ze stolicy posłowie kozaccy musieli wędrować przez Polesie. Kto chciał, ten mógł nadal opowiadać o ich okrutnej doli.

Zadziwiająco trafnie wyraził się Chmielnicki w liście skierowanym do Kisiela „i innych komisarzów pacis”, których złe okoliczności zatrzymały na Wołyniu: „Jako z naszej strony, tak i u WMościów siła popędnych ludzi...”.

Dwaj sławni mężowie najlepiej reprezentowali wówczas kierunki nieprzejednane. Po stronie ukraińskiej był to pułkownik Maksym Krzywonos, po polskiej – Jeremi Michał książę Wiśniowiecki. Wskutek ich roboty, wspieranej de facto przez niesłuchające nikogo tłumy, przez luźne watahy oraz przez zwyczajnych opryszków, Fiodor Jakubowicz-Wiśniak zamiast jechać z Warszawy drogą najkrótszą, wlókł się przez Polesie, pan z Brusiłowa musiał siłą torować sobie przejście i doznawał udręczeń moralnych.

Mówiło się wtedy, że przeciwko szlachcie działa na Ukrainie wojsko kozackie, a oprócz niego chłopskie i rozbójnicze. Każde z osobna! Powstańcy zaś musieli się liczyć z armią państwową Rzeczypospolitej oraz z prywatnymi regimentami kniazia z Łubniów, który nie respektował świeżo powziętych postanowień warszawskich.

W sierpniu 1648 roku – wtedy właśnie, kiedy Adam Kisiel usiłował przepchać się na wschód – w Stambule nastąpił kolejny przewrót pałacowy. Sułtanem został małoletni Mehmed IV. Nowy wezyr porzucił pokojową politykę poprzednika. Wkrótce Tatarzy otrzymać mieli pozwolenie wspierania Kozaków.

O Jeremim Wiśniowieckim rozeszły się najpierw pogłoski, że z kilkunastu zaledwie towarzyszami uszedł w granice Moskwy, stamtąd zaś podążył na Podlasie. W rzeczywistości książę wycofał się z Łubniów, przekroczył Desnę, Dniepr oraz Prypeć i od strony północnej wtargnął na Wołyń ze swym wojskiem, którego miał niewiele ponad cztery tysiące. Kiedy zaraz po klęsce korsuńskiej chłopi chwycili za broń na Zadnieprzu, Chmielnicki nie tylko nie poparł ich, ale wydał kniaziowi przywódców, a to dla podkreślenia, że nie on wcale, lecz niesforna czerń burzy „państwo wiśniowieckie”.

Surrealistyczne wrażenie sprawiają wypowiedzi szlacheckie zawierające przekonanie, że tylko Chmielnicki zdoła dopomóc w zgnieceniu chłopstwa. Wolno twierdzić, że w razie zawarcia układu hetman wcale by się nie cofnął przed taką pacyfikacją. W tym samym miesiącu sierpniu jego przyboczni Tatarzy ścinali prowodyrów „czerni”, a Maksym Krzywonos został zawezwany do obozu i wraz z czterema towarzyszami przykuty za szyję do armaty. Naprawdę, w bardzo oryginalny sposób zareagował Chmielnicki na wiadomość o wzięciu Baru tudzież o innych wielkich, stanowczo zbyt wielkich, bo krzyżujących plany hetmańskie sukcesach! Pochwytana przez oddziały Krzywonosa do niewoli, a pozostała przy życiu szlachta odzyskała teraz wolność.

Wysłannik Kisiela, ksiądz Łasko, znowu przybywszy do Kozaków, własnymi oczyma oglądał przykutego do działa pułkownika Maksyma. Ojciec Petroni już był widać powrócił do zdrowia po okrutnej przygodzie, jaką przeżył w Huszczy. Powstańcy przychwycili go tam, nie zważając na godność duchowną rozciągnęli pośrodku ludnej ulicy i nieludzko zbili kijami.

Niestety, tylko Chmielnicki mógł – na razie! – karać odpowiedzialnych za przeszkadzanie usiłowaniom pokojowym. Po stronie polskiej brakowało w ogóle władzy zdolnej do tej zbawiennej czynności.

Dziwne szczęście służyło kniaziowi Wiśniowieckiemu, który u samego schyłku niedługiego żywota, na trzy lata przed zgonem, stał się osobistością sławną. Jeremi przeszedł do historii dzięki Bohdanowi. Powstanie kozackie stało się życiową szansą człowieka, który jako dowódca nikł dawniej w wielkim cieniu Stanisława Koniecpolskiego, a jako senator niczym się nigdy nie odznaczył, nie wygłosił ani jednego przemówienia godnego uwagi. Nawet jako warchoł ustępował znacznie fenomenom pokroju Diabła z Łańcuta czy Samuela Łaszcza.

Karol Szajnocha w następujący sposób wyraził się o Wiśniowieckim:

I pozostała mu ta sława u wszystkich ówczesnych poetów i krasomówców dziejowych, zachowała się w natchnionej nimi pamięci synów i wnuków, ale nie przyniósłszy żadnego rzeczywistego pożytku swojej teraźniejszości, nie przejdzie też zapewne w przyszłość daleką.

To zostało wydrukowane w roku 1877, na kilka lat przed ukazaniem się Ogniem i mieczem.

Imię Wiśniowieckiego rozsławiał w Rzeczypospolitej znaczny odłam szlachty, w Europie zaś całej z powodzeniem dokonywali tego Żydzi. W dziejach ich narodu zaczynał się tragiczny rozdział, o którego treści do dziś świadczy przejmujący ton pieśni chasydzkich. Poszczególni Izraelici służyli w wojsku kozackim, zamieszkałym na Ukrainie ich współbraciom groziła zagłada bardzo okrutna. Pomordowanych liczono na dziesiątki tysięcy. Setki rodzin uratowały się jednak dzięki lotnym zagonom księcia Wiśniowieckiego. Tabory zbiegów czepiały się jego podjazdów i doznawały od nich pomocy.

Wkroczywszy od północy na Wołyń kniaź Jeremi staczał rozmaite bitwy i potyczki, z których żadna nie oznaczała przewagi operacyjnej nawet, że się już nie wspomni o strategii. Tylko słabo rozgarnięty oficer rębajło szlachecki lub mówca odpustowy mogli się zachwycać tym, że po szarży pod Konstantynowem „za łaską Bożą trup na trupie gęsto aż do przeprawy leżał, jako białym suknem okrył pole”. Korpus Maksyma Krzywonosa nie uległ zniszczeniu, a wódz jego zgarniał zyski polityczne. Jakiej były natury, wyjaśnia nam list tegoż Krzywonosa, skierowany do Dominika Zasławskiego:

nam zajadł książę Jeremi, że ludzi mordował, ścinał i na pal wbijał, wszędzie w każdym mieście na środku rynku szubienica; i teraz pokaże się, że na palu byli niewinni ludzie. Popom naszym oczy świdrem kręcił. My też, stojąc, broniąc wiary i zdrowia swego, musieliśmy stać za swoją krzywdą.

Okrucieństwo Krzywonosowe nie ustępowało wprawdzie kniaziowskiemu, ale wezwań i skarg pułkownika słuchały tłumy chłopów, garnące się pod jego dowództwo, Jeremi zaś liczyć mógł tylko na swe szczuplutkie wojsko, bo większość szlachty dawno już uciekła za Bug. W obozie kozackim rośli w siły najzajadlejsi, żądni dalszej wojny z Lachami. Ulegając ich naciskowi, Chmielnicki znowu ruszył na zachód, wysunął się za Białą Cerkiew. Jednakże nie wyrzekał się myśli o ugodzie. Wspomniane już przykucie Krzywonosa do armaty oraz ścinanie przywódców chłopskich nastąpiło w sierpniu, na początku drugiej połowy miesiąca. Na ten sam czas przypadły jednak dwa wyczyny, które udaremniły trudy Adama Kisiela.

Wojewoda bracławski jechał na wschód w asyście pułku wojska, które musiało orężem torować drogę komisarzom pokoju, jeżeli perswazje nie pomagały. Tak dotarł orszak do Ostroga, zajętego właśnie przez luźną watahę, którą dowodził szlachcic nazwiskiem Głowacki. Kisiel wyjaśnił powstańcom, że niesie gałązkę oliwną, a nie miecz, umówił się co do swobodnego przejścia i dał dziesięciu zakładników, samych herbowych. Byli już w mieście, kiedy nieoczekiwanie uderzył na nich wątły, bo z siedmiu chorągwi zaledwie się składający oddział żołnierzy księcia Jeremiego Wiśniowieckiego pod buławą pana Sokoła. Zaskoczeni i rozjuszeni Kozacy, zanim jeszcze go odparli, zabrali się do ścinania nieszczęsnych zakładników. Spadło już pięć głów, kiedy wyszło na jaw z zeznań jeńców, że atakujący nie mają nic wspólnego z wojewodą Kisielem. Ukraińcy umitygowali się nieco, wzbronili posłom drogi przez Ostróg, lecz zostawili przy życiu i zatrzymali u siebie trzech innych zakładników. Nie wiadomo, co się stało z dwoma pozostałymi. Pewnie też tragicznie przypłacili niewczesny poryw wojacki.

Kisiel zawrócił ku Lachowcom, gdzie znajdował się obóz Jeremiego. Ledwie tam stanął, oficer książęcy, pan Wolski Rzemyk, siłą porwał znajdujących się w orszaku poselskim trzech znacznych Kozaków – jeńców, którzy mieli być oddani samemu Chmielnickiemu – i kazał ich pościnać w oczach wojewody. Bardzo beztroskim tonem pisał o tym do matki Marek Sobieski, starszy brat Jana, przyszłego króla.

Adam Kisiel już zupełnie niemal zwątpił o pomyślnym wyniku swej misji. Wysłał jednak do Chmielnickiego jeszcze jeden list, utrzymany w tonie dramatycznym. Hetman odpowiedział w sposób rokujący nadzieje, zwolnił wszystkich przetrzymywanych dotychczas gońców i wyznaczył Konstantynów jako miejsce pertraktacji.

Komisarze znowu ruszyli na wschód. W początkach września już tylko parę mil dzieliło ich od kwatery Chmielnickiego.

Ale wcześniej nieco Wiśniowiecki pchnął na Ostróg drugi, znacznie silniejszy zagon pod dowództwem rotmistrzów Hołuba i Aksaka. Żołnierze książęcy wtargnęli na przedmieścia, Ostroga nie wzięli i cofnęli się ze stratami. Osiągnęli jednak cel główny swego pana, uniemożliwili układy.

Stało się teraz to, czego Kisiel od dawna się lękał i o czym sporo wzmianek w pismach ówczesnych. „Choćby Chmiel chciał, czerń, to jest pospólstwo, nie dopuszcza” do traktatów, głosił słusznie arcybiskup lwowski.

Podjazdy przyniosły wieści o poważnych rozruchach w obozie kozackim. Kilku przywódców straciło podobno życie. Tym razem jednak lała się krew przedstawicieli odłamu umiarkowanego, pod miecz czy też pod nóż trafiali zwolennicy ugody. Rozeszły się pogłoski o gwałtownej śmierci samego hetmana.

Chmielnicki ocalał. „Wybrał życie” – jak powiedział Karol Szajnocha. Przestał się opierać żądaniom najniżej stojących, szeregowych mołojców oraz masy uzbrojonego chłopstwa. Tych wszystkich, słowem, którym pokój wróżył powrót do służb pańszczyźnianych, wojna zaś otwierała widoki na awans, pozwalała żywić nadzieję zrównania się znaczeniem ze starszyzną, szlachtą kozacką.

Na początku września dwa poselstwa opuściły obóz zaporoski, zdążając na południe. Jedno jechało do Islam Gireja, drugie do Stambułu. Wielki wezyr niezbyt łaskawie powitał przybyłych. „Zdradziliście pany wasze i wiarę, i nas zdradzicie!” – miał wycedzić, ale „ligę z Tatary approbował”. Obiecano mu podobno dostarczać niewolników na galery, pomoc zbrojną w razie potrzeby, w zastaw zaś i w dowód rzetelności – Kamieniec Podolski, pozostający na razie w ręku Rzeczypospolitej.

O jej przyszłości miało więc rozstrzygnąć starcie orężne, dotychczasowe usiłowania pokojowe padły ofiarą sabotażu. Rozsądek nie stracił jednak wszystkich szans, droga ocalenia nie została szczelnie przegrodzona, przybrała tylko postać wąskiej i karkołomnej ścieżki. Owo starcie mogło drogo kosztować obie strony i za tę wysoką, lecz wcale nie nadmierną cenę zaszczepić w opornych mózgach przekonanie, że najrozumniej i najzdrowiej będzie... rozmawiać.

Wojewoda bracławski nie zeszedł z pola swoich dotychczasowych nie tyle działań, co udręk. Wodzowie gromadzącego się wojska koronnego zdążyli go już byli pomówić o tajne konszachty z Kozakami, z których każdy przyrzec mu miał talara bitego łapówki, oraz z Tatarami, którzy obiecali rzekomo wprowadzić go na tron polski. Teraz, kiedy zdecydowanie zapachniało wojną, ciż sami wodzowie zachowywali się tak, jakby chcieli wystawić na sztych komisarzy pokoju, przebywających w pobliżu głównych sił wroga. Nie śpieszyli im z osłoną ani nie wzywali do własnego obozu. „Nas w takim zostawili terminie, że na każdą godzinę impetu nieprzyjaciela wyglądamy” – pisał do prymasa Adam Kisiel, który postanowił przyłączyć się pomimo wszystko do wojska i wziąć osobisty udział w nadchodzącym starciu, lecz jednocześnie nadal być gotowym do pośredniczenia.

Istnieje i mocno rozpowszechniony jest pogląd, że Chmielnicki brzydko oszukał Rzeczpospolitą, łudził ją oraz naiwnego Kisiela i zgarnął wszystkie korzyści kulawego zawieszenia broni. Zyskał na czasie i ogromnie wzrósł w potęgę. Zdaje się jednak, że opinia ta nie jest zbyt słuszna. Podzielał ją na przykład Ludwik Kubala, który sam przytoczył opinie cudzoziemców zdumiewających się szybkością i energią przygotowań wojennych Rzeczypospolitej, mówiąc ściśle – polskich ziem Korony. W rezultacie stanęło przeciwko Chmielnickiemu trzydzieści tysięcy wojska wraz z kilkakroć większą liczbą uzbrojonych sług. Była to siła, o jakiej Jan Karol Chodkiewicz i Stanisław Żółkiewski mogli tylko marzyć.

Dając Rzeczypospolitej czas i możność ochłonięcia po wstrząsie wiosennym, Bohdan Chmielnicki ryzykował strasznie. Wojsko jej zdążyło się wszak skupić, zanim Tatarzy nadeszli Kozakom z pomocą. W dodatku jeszcze obóz zaporoski wrzał po niedawnych rozruchach, przezwyciężał dopiero poważny kryzys polityczny. Pod namiotami wodzów polskich pojawiali się zbiegowie, z których jeden mianowany nawet został hetmanem zaporoskim, przewidziany na następcę Chmielnickiego.

Przyszły na Ukrainę pułki magnackie oraz zaciągnięte za pieniądze poszczególnych ziem i powiatów. Dział było podobno około setki, stanęli bardzo liczni ochotnicy, „wolontariusze”, i oni to nadawali wyprawie pozór pospolitego ruszenia.

Dobrze zaopatrzony w żywność obóz pękał od dostatku. Najlepszy wół kosztował cztery złote, baran szesnaście groszy, wieprz o dwa mniej. Furażu ani ziarna nie brakowało. Z chlebem tylko był kłopot, bo w okolicznych młynach „żelaza powyjmowano”, pewnie dla potrzeb wojny domowej, a może celowo. Za garniec piwa płacili panowie bracia po sześć groszy, za miód po szesnaście. Najdroższa była gorzałka. Bazarnicy sprzedawali kwartę po dwadzieścia groszy.

Przekupnie robili pewnie doskonałe interesy, bo wątpić należy, czy ktokolwiek z ciągnącej na potrzebę szlachty targował się lub oszczędzał. Tysiące wozów taborowych mieściło prawdziwe skarby, wojownicy świecili złotem, srebrem i aksamitami. Szlachta chciała olśnić czerń bogactwem, w ten sposób złamać moralnie buntowników, skłonić ich do uderzenia w pokorę... Pogląd ten uznaje się powszechnie za prawdziwy. Nie przecząc mu całkiem, przypomnieć jednak wypadnie, że popisywanie się przepychem należało wówczas do reguły, stanowiło znamienny składnik stylu epoki. Konie posłów Rzeczypospolitej gubiły po brukach stolic europejskich złote podkowy. Zrewoltowanego chłopa ruskiego nie trzeba było przekonywać o lackich bogactwach. Po Żółtych Wodach, Korsuniu, po zdobyciu tylu zamków i dworów wojsko kozackie zmieniło wygląd. Znikły raczej zgrzebne świtki, pułki barwiły się karmazynami zdobycznych kontuszy, złotogłowiem żupanów.

To wynik jesiennej wyprawy 1648 roku sprawił, że tak dokładnie zapamiętano jej pychę.

Wojsko przyszło na Ukrainę silne, dobrze we wszystko zaopatrzone i z góry skazane nie na przegraną nawet, lecz na pogrom. Dotknięte bowiem było schorzeniem, z którego dla armii nie ma ratunku. Cierpiało mianowicie na paraliż głowy. Wolno nawet twierdzić, że ta właśnie głowa była mu najgorszym wrogiem.

Wkrótce po śmierci króla, kiedy w całym kraju odbywały się zjazdy szlachty, Jerzy Ossoliński zwołał do Warszawy kongres przedstawicieli Mazowsza. Obok senatorów zasiedli na ławach proboszczowie i szaraczkowie. Nie licząc się zbytnio z prawem, kanclerz nadał prowincjonalnemu zebraniu pozór konwokacji. Rzeczpospolita zaprotestowała później przeciwko temu, ale ogłoszone w Warszawie nominacje ostały się, zatwierdzone przez legalnie działające izby. W państwie magnackim trudno było cofać awans dany wielkim panom. Kanclerz nie chciał zresztą zawracać z raz obranej drogi, a przeprowadzać swe zamysły umiał.

Wobec nieobecności obydwu hetmanów koronnych dowódcami wojsk polskich zostali trzej regimentarze – Dominik Zasławski, Mikołaj Ostroróg i Aleksander Koniecpolski. Pierwszy z nich – uważany za zwierzchnika pozostałych – słynął z głupoty i z zamiłowania do wygód. Drugiemu – rozumnemu statyście i świetnemu mówcy – brakowało najlżejszego pojęcia o wojowaniu. Trzeci – syn wielkiego hetmana, jeden z głównych winowajców rozruchu na Ukrainie – miał pewne zadatki na żołnierza, dwadzieścia osiem lat i odpowiednie do wieku doświadczenie.

Pierzyna, łacina i dziecina... Zwięzła kpina kozacka zawierała charakterystykę słuszną.

Ossoliński miał rację, kiedy uparł się przy swoim i nie dopuścił do buławy Wiśniowieckiego. Książę nie należał do tych, którzy potrafią zapanować nad trudnym położeniem i narzucić swą wolę. Był zdolnym dowódcą w małej, partyzanckiej raczej skali, najbardziej się odznaczał pod cudzą komendą. Jego pryncypia polityczne pozostawały w idealnej sprzeczności z dobrem Rzeczypospolitej, która stanęła wobec zagadnienia Ukrainy i musiała je rozwiązać trzeźwo, jeśli nie chciała popaść w nieszczęście. W nadsyłanych do senatu ówczesnych listach Jeremiego pełno było patetycznej deklamacji, rozumu brakowało. Wystąpienia starego Lubomirskiego górowały w tym względzie o całe niebo.

Ludwik Kubala napisał o śmiertelnie wtedy chorym Lubomirskim, że otrzymawszy nominację kazałby się nieść na czele armii, a swoje by zrobił. Pewnie tak, lecz można było przecież ogłosić wodzem któregoś z ludzi zdrowych i jak najbardziej się nadających.

Andrzej Firlej, wychowanek uniwersytetu w Heidelbergu, posiadał potrzebną wiedzę, talent i charakter. Nie był młody, do mogiły zstąpił w rok czy dwa lata później, ale w tym krótkim czasie zdążył się pięknie odznaczyć. Trzydzieści sześć lat dopiero liczył sobie za to hetman polny litewski, Janusz Radziwiłł, syn Krzysztofa II, wnuk Krzysztofa I Pioruna, dziedzic więc i przedstawiciel rodowych tradycji militarnych.

Był to człowiek zdolny, ujmujący i straszny, taki poniekąd, o jakiego chwila wołała wielkim głosem. Radziwiłł odznaczał się wyjątkową umiejętnością trzymania ludzi w garści. Zdarzyło się raz, że jakiś pachołek złamał zakaz brania łupów. Książę kazał go powiesić, a obok szubienicy położyć dowód rzeczowy, rzecz zrabowaną – lnianą chustkę. Kiedy indziej – w kilka miesięcy po opisywanych teraz wypadkach – zdobywszy Mozyrz pozwolił tam wejść tylko swej piechocie i dragonii, chorągwiom zaś szlacheckim kazał pozostać po wioskach i biwakach, na lutowym mrozie. Nikt z towarzystwa nie ośmielił się złamać rozkazu hetmana, aczkolwiek wszyscy wiedzieli, o co chodziło: w Mozyrzu „cyna, miedź, złoto, pieniądze etc., wszystko to na księcia poszło”. Nieco później zawiodły niektóre oddziały. „Jutro egzekucja – pisał Radziwiłł do króla. – Sześciu lub ośmiu oficerów i żołnierze z tych kompanii będą grać w kostki o śmierć...”. Zwięzła proza jego książęcej mości!

Temu panu wojsko by nie bruździło, nie rozłaziło się w ręku. Dodać jednak potrzeba, że jeśli chodzi o surowość represji przeciwko zbuntowanym, Radziwiłł był jeszcze okrutniejszy od Wiśniowieckiego.

I Firlej, i Radziwiłł uparcie wyznawali błędne teorie Jana Kalwina. Liczyli się nawet do bardzo wybitnych kacerzy. Mowa, wygłoszona w Genewie nad trumną Teodora Bezy, w druku dedykowana została Firlejowi oraz jego bratu. Podczas konwokacji 1648 roku Jerzy Ossoliński raz jeszcze powiedział, że nienawidzi wszelkiej herezji niczym żmii.

Kontrreformacja robiła swoje, nie oglądając się ani na Chmielnickiego, ani na dobro Rzeczypospolitej. W senacie zasiadał jeden już tylko prawosławny, względy wyznaniowe wpływały na nominacje w wojsku. Czad ideologiczny truł mózgi.

Inne jednak, ponad wszelkimi ideologiami górujące, naprawdę żelazne prawo historii podyktowało złe decyzje co do buław regimentarskich. Wszystko, o czym traktuje ten rozdział, odbywało się podczas bezkrólewia. W najbliższej przyszłości, jeszcze w tym samym roku 1648, nowy człowiek nie miał, lecz musiał przyjść do władzy. Walka o nią stanowi nieubłaganie i monotonnie działający motor dziejów, od kiedy ludzie ludźmi właśnie się stali.

Było jasne, że dowódca armii koronnej wyrośnie na potęgę nawet wtedy, gdyby dojść miało do kompromisu z Kozakami. Cóż dopiero w razie zwycięstwa! Kanclerz zabezpieczył się wcześnie i przezornie. Wywalczył awans dla trzech zer. Jednego niedołęgę pozory i okoliczności mogłyby wywyższyć do roli męża opatrznościowego i niebezpiecznego na polu elekcyjnym. Trzej regimentarze neutralizowali się nawzajem.

Jerzy Ossoliński chciał rządzić, zmiana na tronie rokowała nadzieję wzmocnienia pozycji, lecz groziła również utratą znaczenia. Kanclerz był człowiekiem bardzo ambitnym, lecz po-nadto żywił zamysły wielkie i dla kraju na pewno pożyteczne. Pragnął ugody z Zaporożem, rozstrzygnięć na południowym wschodzie, pchał Rzeczpospolitą na tę samą drogę absolutyzmu monarszego, po której już ładny kawał uszły państwa zachodu Europy. Wynik elekcji mógł tym zamysłom sprzyjać albo je utrudnić. Jerzy Ossoliński walczył o władzę, lecz także o program. Jego postępki nie mogą być uznane za prywatę. Strasznym, śmiertelnym błędem były na pewno.

Kanclerz przeliczył się w rachubach na pośrednictwo pokojowe Kisiela, które miało poważne widoki, ale padło ofiarą sabotażu ze strony „popędnych ludzi”. Wojsko zamiast zademonstrować tylko, musiało teraz walczyć... pod komendą pierzyny, łaciny i dzieciny.

Szlachta i sejm nie pochwalili tych nominacji. Odzywały się głosy za Lubomirskim, za Wiśniowieckim, Radziwiłłem i innymi. Ostatecznie dodano regimentarzom trzydziestu pięciu komisarzy wojskowych, do których zaliczano rozmaitych pominiętych, zawistnych i ambitnych, wśród nich Hieronima Radziejowskiego, starostę z Łomży. Osiągnięto zatem szczyty absurdu.

Nieoczekiwany wypadek sprzed dwóch lat, czyli zgon Stanisława Koniecpolskiego, przytrafił się w chwili najgorszej z możliwych. Los zdmuchnął wybitnego wodza i w jednej osobie trzeźwego polityka. A w dodatku jeszcze: na wiosnę zabrał króla, obdarzonego znacznym talentem militarnym, jesienią dał drugiego, nie całkiem obcego rzeczy wojennej. Na samo zaś bezkrólewie wyznaczył chwilę krytyczną, podczas której o sprawach wojskowych, czyli technicznych, rozstrzygała koniunkturalna gra polityczna.

Takie układy okoliczności też czasem rozstrzygają o przyszłości narodów.

Wojsk polskich na Ukrainie było początkowo dwa. Wiśniowiecki rozbił namioty niedaleko od obozu regimentarskiego, lecz z osobna. Boczył się na Zasławskiego o Samuela Łaszcza, z którym się był poróżnił, to znów o jakichś obskurnych dragonów, co porzucili służbę u kniazia Jeremiego, by przejść na żołd księcia Dominika. Dowódcy przybywających z głębi państwa oddziałów swobodnie wybierali sobie zwierzchników lub nie słuchali nikogo. Działy się rzeczy z wojskowego punktu widzenia będące wprost zbrodnią. „Komisarzów siła, rady mało, emulacje wielkie i prywaty”. Brakowało „rady” w sensie decyzji, bo narady, kolokwia i dyskursy trwały ciągle. Pomiędzy obu obozami krążyli dostojni pośrednicy, usiłujący godzić poróżnionych wodzów. Dopiero 11 września nastał mir, książę Jeremi raczył podporządkować się Zasławskiemu i przybyć pod jego namiot, gdzie zaraz wyprawiono huczną ucztę.

Żadna zdrada nie dyktowała tego postępowania, które w praktyce militarnej równało się wyczekiwaniu na Tatarów. Tymczasem każda pogłoska o nadciąganiu ordy siała lęk podobny do paniki.

Szlachta zachowywała się buńczucznie, zamierzała samą grozą swej postawy pańskiej poskromić zbuntowany motłoch. Takie gesty maskują najczęściej spychany w podświadomość strach. Wspomnienie o Żółtych Wodach i Korsuniu, gdzie przepadł kwiat zawodowej armii koronnej, było zupełnie świeże. Cała kampania 1648 roku zaczęła się dla strony polskiej w sposób fatalny, żołnierz został źle wprowadzony do akcji, doznać więc musiał szoku nerwowego udzielającego się nie tylko uczestnikom przegranych bitew. Przeciwnik zanadto urósł w osobistej wyobraźni większości powołanych pod broń. Powszechny naówczas lęk przed ordą wskazuje na tego rodzaju sytuację moralną. Upłynęły zaledwie cztery lata od chwili pogromienia pod Ochmatowem tego samego Tuhaj beja, który teraz szedł z Chmielnickim, wysyłając popłoch jako swoją straż przednią. Zjawisko to nigdy dotychczas nie występowało w podobnie wielkiej skali. Trwoga ogarniała poprzednio ludność cywilną, lecz nie paraliżowała psychicznie wojska. Zresztą dawniej i chłopi potrafili bohatersko walczyć z Tatarami, jak na przykład sławny wójt Pyrz w Nowosielcach pod Przeworskiem. Duszą oporu bywali z reguły wysłużeni żołnierze, weterani... Twierdzami zaś – obwiedzione wałami, murowane kościółki...

Uleczyć wojsko z psychozy może tylko dowódca. Tromtadrackie z pozoru zachowanie się Napoleona na moście pod Arcole czy Józefa Poniatowskiego na grobli raszyńskiej to w praktyce nic innego niż skuteczna terapia. Postępowanie dowództwa armii polskiej na Ukrainie w roku 1648 musiało do reszty zdemoralizować żołnierza. „Panowie książęta trzy dni się pod Światczem jednali, trzy dni pod Czołhańskim, a cztery dni deliberowali, jeśli bić Kozaków, niżeli ordy przyszły...”.

Armia ruszyła wreszcie na wschód, wlokąc za sobą olbrzymi tabor wozów z dostatkami. Wzięła Konstantynów, z którego nieprzyjaciel sam uszedł nocą po krótkiej obronie. Bezmyślnie ruszyła dalej ku Piławcom, gdzie Chmielnicki od dawna trwał okopany, na wylot przeznawszy okolicę. Obóz rozbito w terenie obcym i tak, że nie można było ani obwarować stanowisk, ani utrzymać łączności wewnętrznej.

23 września – we środę – któryś z mnóstwa komisarzy wojskowych rzucił do szarży kilka chorągwi Adama Kisiela, zajmującego najbardziej wysuniętą pozycję. Zawiązał się nieskoordynowany bój, w którym wzięły udział roty Wiśniowieckiego oraz pułk sandomierski. Sukces odnieśli Kozacy, zepchnęli nieco przeciwników i zdobyli czołowe szańce. Żołnierz polski bił się jednak twardo, zdolność do dalszych działań zachował. Nie było jeszcze przegranej. Główne siły tatarskie nie nadążyły Chmielnickiemu z pomocą.

Nocą, na samym polu rozpoczętej bitwy, odbyła się „rada na koniach”. Zapadła decyzja cofania się taborem pod Konstantynów. Zaraz potem wodzowie doszli do wniosku, że ratować winni przede wszystkim siebie.

Wszystką siłą poczęli uciekać, i odbiegli chorągwi bez znaków, armaty, taborów i wozów niezliczonych [...] Wojsko to postrzegłszy, że nie masz wodzów, rzuciwszy o ziemię zbroje, pancerze, kopie, wszystkie poszło...

Ostatni ustąpił z placu Adam Kisiel, tragiczny głosiciel ugody. Dopiero nad ranem dowiedział się o tym, co zaszło za plecami jego poszczerbionego oddziału. „Zaczem – pisał do prymasa – ja nie pieszcząc pedogry, dopadłszy konia, z pułkiem moim na ostatku w tęż drogę puściłem się”.

Najciężej przypłacili popłoch ci, którzy nie mieli ani skarbnych wozów, ani bystrych wierzchowców. Piechota. Broniła się w rejteradzie do ostatka i doszczętnie niemal wyginęła na jakichś przeprawach.

Opowiadano, że Kozacy przez dzień cały stali przed wyludnionym obozem, nie śmiejąc atakować. Brali martwotę za pozór, wietrzyli podstęp. Trudno się dziwić, jeśli naprawdę tak było. To, co podczas jednej nocy zaszło pod Piławcami, o wiele przekraczało granice marzeń zaporoskich i wyobraźni ludzkiej. Faktem jest, że nikt zupełnie nie ścigał umykających rycerzy, wojska skutecznie pobitego przez własnych dowódców.

Nikt również nie ustalił, który z nich pierwszy rzucił myśl ucieczki i sam obrócił rumaka na zachód. „Nieszczęsny Belzebub książę Dominik” czy starosta łomżyński Hieronim Radziejowski?

Lwów zaczął się zaludniać rozbitkami. Wraz ze zwykłym żołnierstwem chronili się w jego mury wojewodowie, cała plejada starostów i pułkowników. Jeremi Wiśniowiecki – zanotował świadek naoczny –

osobliwie komizeracji godzien, bo wszystko, co miał na świecie, stracił i sługi nawet, i dragony z piechotą, kilkanaście tylko z nim rękodajnych; z towarzystwem na przedmieściu stanął, Ormianin jeden sprawił mu obiad i pościeli dał.

Karol Szajnocha twierdzi, że książę nie przyjął naczelnego dowództwa, które mu owej strasznej nocy, już podczas paniki, ofiarowywali odporni na nią żołnierze, ludzie z charakterem. Nie dorósł do wysokości zadania, które sam w znacznej mierze stworzył, prowokując poprzednio wojnę.

Kałga Krym Girej z główną siłą ordy przybył pod Piławce, kiedy dawno było już po wszystkim. Dopiero w piątek. Bohdan Chmielnicki na razie nie rwał się do dalszego pochodu, lecz nie marudził w innej sprawie. Pilnie zajął się ekspediowaniem na wschód baśniowej zdobyczy, „purpurowych ze złotymi węzłami nie tylko rydwanów, ale skarbnych wozów, szat, srebra, złota, klejnotów, obicia...”. Takich łupów jeszcze Ukraina nie widziała. Nigdy Niżowcy nie zwieźli tyle dobra z najbardziej nawet pomyślnych wypadów na porty tureckie. Dotychczasowe od czterech zaledwie miesięcy trwające działania przeciwko Lachom przyniosły Wojsku Zaporoskiemu, starszyźnie i szeregowym Kozakom, jak również tłumom chłopskim, zysk namacalny i aż zanadto oszałamiający.

„Hańba plugawiecka” stanowi w naszych dziejach granicę bardzo wyraźną. Rzeczpospolita bezpowrotnie utraciła dane na odegranie roli głównego mocarstwa na wschodzie Europy. Nie była nim i dotychczas, lecz posiadała możliwości zdobycia owej rangi. Obecna jej degradacja tak biła w oczy, że w przeciągu lat najbliższych osłabły organizm przynęcił napaść, która go okrutnie wykrwawiła.

W lutym następnego roku posłowie Rzeczypospolitej usłyszeli w Perejasławiu słowa trudne do strawienia. Mówił pułkownik kozacki, Jaszewski:

Doznaliśmy pod Piławcami: nie oni to Lachowie, co przedtem bywali i bijali Turki, Moskwę, Tatary i Niemce. Nie Zamoyscy, Żółkiewscy, Chodkiewiczowie, Chmieleccy, Koniecpolscy, ale Tchórzowscy, Zajączkowscy, dzieciny w żelazo poubierane. Pomerli od strachu, skoro nas ujrzeli i pouciekali, choć Tatar nie było zrazu więcej we środę, tylko trzy tysiące. Kiedy by ich byli do piątku poczekali i jeden by do Lwowa żyw nie uszedł.

Diagnoza była słuszna, ale miała krótki oddech. To samo pokolenie, ci sami ludzie nawet, którzy w roku 1648 doznawali haniebnych porażek, mieli w najbliższej przyszłości odnosić przewagi głośne w całej Europie. Działo się to zgodnie ze znaną zasadą, że ten, co dzisiaj uciekał, jutro może dorównać męstwem Achillesowi – i odwrotnie. Nastrój człowieka, jego psychiczna odporność to zjawisko falujące.

Ale upojone wygraną wojsko ukraińskie – zarówno kozackie, jak i znacznie liczniejsze chłopskie – myślało tak jak Jaszewski. Widziało przed sobą otwartą i łatwą drogę do dalszych tryumfów i zdobyczy. Odwieczna tradycja zaporoska była barwna, lecz i prymitywna zarazem. Sławiła wyprawy wojenne, odprawiane bez żadnego celu politycznego – dla samego tylko łupu. Ten szlachecki, polski, okazał się nie tylko znacznie obfitszy od tureckiego. Był przede wszystkim dostępniejszy. Obłowić się nim mogły dziesiątki tysięcy wojowników, a nie szczupłe drużyny mołojców, jak na czajkach dawniej bywało.

Wojna musiała trwać. Stanisław Lubomirski okazał się prorokiem, kiedy zawczasu ostrzegał, że zaniosło się na długie lata walk, i wzywał do powściągliwości – póki pora. Po Piławcach zabrakło wprost siły zdolnej do powstrzymania rozhuśtanych tłumów. Bohdan Chmielnicki mógł je tylko prowadzić zgodnie z ich wolą, lecz już nie hamować.

W pierwszych dniach października poddał się Kudak. Warunki kapitulacji zostały brutalnie złamane, załoga znalazła się w niewoli bardzo ciężkiej. Stracił w niej życie Stanisław Koniecpolski, rotmistrz królewski, imiennik i krewny wielkiego hetmana. Ocaleli inni oficerowie, jak Krzysztof Grodzicki i sam Stefan Czarniecki. Za to szeregowcy szli pod nóż, mordowani byli w sposób okrutny, i to niekiedy wprost w oczach posłów polskich. Los nieszczęsnych „dragonów kudackich” świadczy, że drogowskazem stała się irracjonalna nienawiść. Doraźnie złagodzić jej skutki mogła tylko nadzieja bogatego okupu. Obydwaj hetmani koronni – Mikołaj Potocki i Marcin Kalinowski – odzyskali wkrótce wolność, aczkolwiek z góry było wiadomo, że wrócą do wojska. Plebejscy szeregowcy z Kudaku oddawali ducha w męczarniach.

Znajdujący się w obozie kozackim jeńcy polscy marzyli o przejściu w ręce Tatarów. Modlili się do Boga i ludzi błagali o tę łaskę.

A w programach i zamierzeniach politycznych nic się tymczasem radykalnie nie zmieniło. W Polsce wstąpić miał wkrótce na tron człowiek popierany przez obóz umiarkowany. Ukraińcy stali niezachwianie przy decyzji zdobycia i utrzymania niezawisłości narodowej. „Pierwej języki ludzkie w tył się obrócą, niżeli Lachowie nad nami będą panować” – mawiali ich oficjalni przedstawiciele. Na wiosnę 1649 roku polski wywiad wojskowy doniósł z samego obozu Chmielnickiego, że Wojsko Zaporoskie „przy udzielnym Księstwie Ruskim, jeżeli przyjdzie do zgody, ma się wolą koniecznie zasadzić i co postanowi, żeby mu król poprzysiągł”.

Co więcej, Kozacy nie przestali być tym czynnikiem, na który mogła liczyć władza warszawska. 23 lutego 1649 roku Chmielnicki soczyście odpowiedział na pojednawcze przemówienie Adama Kisiela:

Jużem dokazał, o czymem nie myślił zrazu, i dalej com umyślił. Wybiję z lackiej niewoli naród ruski wszystek; a com pierwej o szkodę moją i krzywdę wojował, teraz wojować będę o wiarę prawosławną naszą. Pomoże mi tego czerń wszystka, po Lublin, po Kraków, której ja nie odstąpię, bo to prawa ręka nasza [...] Za granicę na wojnę nie pójdę, szabli na Turki i Tatary nie podniosę; dosyć mam na Ukrainie i Podolu a Wołyniu teraz; dosyć wczasu, dostatku i pożytku w ziemi i księstwie moim po Lwów, Chełm i Halicz. A stanąwszy nad Wisłą powiem innym Lachom: „Sedyte, a mołczyte, Lachy”. I diuków, i kniaziów tam zahonię; a będą li z Zawiśla krzykać, znajdę ja ich tam pewnie. Nie postoi mi noga żadnego kniazia i szlachetki na Ukrainie; a zachoczet li chleba który z najmniejszych, niechaj Wojsku Zaporoskiemu posłuszny będzie, a na Korola nie krzyka.

Oracja utrzymana była w duchu odległym od dyplomatycznej układności, lecz tym cenniejsza, że szczera. Zbuntowany, tryumfujący i podpity hetman nadal widział w królu pana. Na jego rozkaz mógłby może rzeczywiście i na Zawiślu zmusić diuków oraz kniaziów do milczenia.

Ale w tej samej mowie oświadczył Chmielnicki:

Tuhaj bej na hawrani blisko mnie jest, mój brat, moja dusza, jedyny sokół na świecie, gotów wszystko uczynić zaraz, co ja zechcę. Wieczna z nim nasza kozacka przyjaźń, której świat nie rozerwie.

Hetman nie mógł osiągnąć swych politycznych celów siłami samej tylko Ukrainy, musiał szukać sojuszników. Tej prawdy nie odmieniły ani Korsuń, ani Piławce. Wojna trwała, przybierała na zaciętości i okrucieństwie, i z biegiem czasu coraz większą rolę grały w niej czynniki zewnętrzne, zagranica – mówiąc najdobitniej. W miarę jej zakotwiczania się o Naddnieprze obywatele Rzeczypospolitej – Polacy, Litwini i Ukraińcy – bezpowrotnie tracili możność załatwienia sprawy wielkim nawet kosztem, lecz między sobą.

Jeszcze w 1649 roku miał się Chmielnicki w niemiły dla siebie sposób przekonać, czy Tatarzy rzeczywiście gotowi są „wszystko uczynić zaraz”, co on zechce. W pięć lat później dowiedział się poniewczasie, że tylko król z Warszawy przysięga poddanym, car natomiast moskiewski nie robi tego nigdy.

Piławce dlatego uznać trzeba za wyraźną granicę w naszych dziejach, że wynik bitwy, do której właściwie nie doszło, stanowił idealną zachętę, podnietę czy bodziec do dalszej wojaczki, rozsadzającej spójność Rzeczypospolitej, rozwalającej jedną z jej ścian. Moralne i psychologiczne skutki pogromu otumaniły mózgi, uśmierciły racjonalizm na czas wystarczająco długi, by klamka zapadła. Decydującą rolę odegrało to, co zaszło w umysłach i sercach ludzkich. Bo realnych możliwości przezwyciężenia kryzysu przed Piławcami nie brakło.

Polityka Rzeczypospolitej dopuściła się na Ukrainie bardzo ciężkich błędów. Spolszczenie się magnaterii ruskiej było procesem, któremu nic na świecie zapobiec nie mogło, ale z imienia i nazwiska znani ludzie odpowiadają za to, że za długo dla szwedzkich oraz innych chimer odkładano program aktywności na południowym wschodzie, walkę o ukraińskie przymorze. Dokładnie wiadomo, jak, kiedy i z czyjej woli pokrzywdzono i rozjątrzono prawosławie.

Los chciał, że napięcia ukraińskie wyładowały się w chwili kryzysu władzy w samej Warszawie, podczas bezkrólewia. Tylko ten zbieg okoliczności sprawił, że silna armia koronna znalazła najgorszego wroga w osobach własnych dowódców, a nie w Kozakach. Za wiele uwagi ludzkiej pochłaniała nieuchronnie się przybliżająca, żadnym prawem nieogrodzona wolna elekcja. Walka o przyszły rząd wchodziła w fazę rozstrzygającą.

Jeśli wrześniowa katastrofa 1648 roku wyniknęła z konieczności dziejowej, to z tej przede wszystkim, którą nieubłaganie dyktuje socjologia władzy. Nikt nie zrachuje błędów, śmiesznych niedorzeczności, szaleństw zbrodni popełnianych przez takich, co nie chcieli odejść od steru. Popęd płciowy z czasem wygasa w człowieku. Głód, pragnienie i żądza władzy towarzyszą mu do grobowej deski.

Zagranica zdecydowanie wmieszała się w sprawy Ukrainy. Czyniła to przecież nie z miłości do tego kraju, lecz po to, aby zagarnąć go w swą moc, zwiększyć własną potęgę państwową! Krwawa gra skończyła się po paru dziesięcioleciach w sposób banalny i ordynarny nawet. Zwyczajnym podziałem Ukrainy pomiędzy Polskę i Rosję. Ta ostatnia posiadła z czasem przewagę druzgoczącą, lecz aż do drugiego rozbioru godziła się z granicą oddzielającą Kijów od Białej Cerkwi. Gdzież tu przychylność dla narodowych aspiracji Księstwa Ruskiego, gdzie szacunek dla jego praw? Ambasador carski de facto rządził w Warszawie, nie raziło więc Petersburga, że pan polski rozpiera się w Tulczynie.

Stojące przed Rzecząpospolitą zadania były w najwyższym stopniu skomplikowane i trudne. Nikt nie znał wtedy podobnych – trzeba tę prawdę powtarzać bez końca, bo straciwszy ją z oczu, niczego się nie pojmie. Państwo, kolejno po sobie przychodzące pokolenia jego obywateli okazały się zdolne do rozwiązania tych zadań dokładnie w dwóch trzecich. Osiągnięto równouprawnienie Polski i Litwy. Nie zdołano tą samą drogą pokojowego ujawniania się i rozładowywania konfliktów rozstrzygnąć sprawy Ukrainy. Wolno twierdzić, że przerosło to granice możliwości ludzkich. Nie wynika z tego wcale, że wszystkie drogi ratunku zostały zamknięte przez Korsuń i Piławce. Pozostawała jedna, całkiem prosta i zgodna z tradycjami Europy oraz innych części świata, dla wszystkich zrozumiała i do przekonania trafiająca. Należało przemocą odeprzeć wdzierające się przez rozwaloną ścianę ukraińską siły zagranicy.

Droga ta istniała, niestety, tylko w teorii. W 1648 roku historia wyłożyła na stół długi rachunek spraw niezałatwionych w Złotym i Srebrnym Wieku naszej przeszłości. Upomniała się o brak praw regulujących elekcję i obrady sejmów. Lecz przede wszystkim o to, że od czasów Kazimierza Wielkiego, czyli od trzech stuleci bez mała, nie było u nas ani jednej reformy skarbowej i wojskowej, dopasowanej do potrzeb państwa. Przyszło teraz jutrem Trojga Narodów dopłacić do owych milionów, roztrwonionych na fortuny magnackie lub wyrzuconych w krwawe błoto, czyli na niepotrzebne wojny szwedzkie.

Najbystrzejsi z ludzi ówczesnych zdawali sobie sprawę z rozmiarów tego, co zaszło w roku 1648. Wiersz, z którego pochodzi motto niniejszego rozdziału, opisujący „fragmentum wojny piławieckiej”, zawiera słowa:

Niech się przynajmniej wstydzą, co nam wstyd i hańbę

W oczach całego świata bezecnie sprawili,

A podobno tymczasem wiecznie Ruś zgubili.

Bo stąd początek złego, stąd upadły siły

Wszystkie oraz, które w nas do ratunku były

Ojczyzny...

To zostało napisane w roku 1652, czyli po wielkim zwycięstwie pod Beresteczkiem, które – jak widać – nie zamydliło Łukaszowi Opalińskiemu oczu. Samo zakończenie jego poematu brzmi następująco:

Lecz trzymam pióro, które dobrowolnie leje

Rytm i źle wróżyć każe...

Wróżba w porę, przyznajmy. Na trzy lata przed potopem szwedzkim.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

SPRAWA CZTERECH MIESIĘCY

JOANNES CASIMIRUS REX

TYLKO ODRUCHY

O SARMACIE TRAGICZNYM

ILUSTRACJE

1 Właśc. Bazyli Lupul (Lupu), hospodar Mołdawii w latach 1634–1653, zwany był w Rzeczypospolitej hospodarem wołoskim (por. np. Autobiografię Bogusława Radziwiłła) (przyp. red.).

Spis treści

SPRAWA CZTERECH MIESIĘCY

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii. Tom 3 Rzeczpospolita Obojga Narodów. Calamitatis regnum. Tom 2 Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny wiek. Tom 1 Polska Jagiellonów Polska Piastów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie Wielka Księga Armii Krajowej