Ucieczka ze snu

Ucieczka ze snu

Autorzy: Jayne Krentz

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.39 zł

Adelaide Blake zjawia się w Burning Cove nie wiadomo skąd. Jest zdecydowana zacząć w tym kalifornijskim miasteczku wszystko od początku. I nie pozwolić, by ktoś odkrył jej przeszłość.
Zaczyna pracę w herbaciarni, gdzie codziennie spotyka stałych gości nadmorskiego kurortu: słynnych aktorów i hollywoodzkie grube ryby.
Jednym z klientów jest Jake Truett, tajemniczy młody biznesmen, który przyjechał tu odzyskać siły. A przynajmniej tak twierdzi…

W Burning Cove nikt nie jest tym, kim się wydaje. W ten świat pozorów wkracza medium i wróżka filmowych gwiazd, madame Zolanda – i staje się ofiarą własnej krwawej przepowiedni. Kiedy ginie zamordowana, Adelaide i Blake zostają wciągnięci w krąg fałszu i podstępów.
Żadne z nich nie przypuszcza, że w tym mrocznym podziemiu natrafią na ślady wiodące do kobiety, którą Adelaide była kiedyś...

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Nejron | Dreamstime.com

Zdjęcie autorki

© Marc von Borstel

Tytuł oryginału

The Other Lady Vanishes

Copyright © 2018 by Jayne Ann Krentz

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6917-7

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydanie elektronicznego

P.U. OPCJA

Frankowi, z miłością

Rozdział 1

Krzyki pacjentów oddziału powiedziały Adelaide Blake, że nie ma więcej czasu.

Przestała szukać kluczyka do szafki z dokumentami i podeszła do drzwi niewielkiego gabinetu. Nie miała odwagi włączyć żadnej z lamp w laboratorium. Przez wysokie łukowate okna wpadało światło księżyca, wydobywając z mroku długie blaty robocze i złowieszcze kształty narzędzi i sprzętów.

Dzikie wrzaski i zawodzenia piętro niżej nagle przybrały na sile. Coś, czy też co bardziej prawdopodobne, ktoś, wyraźnie zaniepokoił pacjentów. Oddział na piątym piętrze był zarezerwowany dla najbardziej obłąkanych i skrajnie zaburzonych. Pozamykane na klucz sale zapełniali ludzie na zawsze uwięzieni w swoich prywatnych piekłach. Niektórych nękały dzikie, paranoiczne wizje i halucynacje. Inni walczyli z przerażającymi potworami, których nigdy nie widział nikt poza nimi. Niedługo po tym, jak została zamknięta w jednym z tych przypominających więzienne cele pokoików, Adelaide zauważyła, że inni pacjenci stanowią doskonały system alarmowy, zwłaszcza nocą. Noce zawsze były najgorsze.

Szarpiący nerwy chór potępionych odbijał się echem od kamiennej klatki schodowej. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ich uspokoić. Pracownicy oddziału zamkniętego mieli tej nocy wolne. Nie mogła dłużej zwlekać. Wiedziała, że jeśli nie ucieknie teraz, być może nie uda jej się to nigdy. Musiała zostawić dokumenty w szpitalu. Wyszła z gabinetu i ruszyła przed siebie, klucząc między stołami.

Opracowała plan ucieczki w najdrobniejszych szczegółach, lecz podjęta w ostatniej chwili decyzja, by odszukać dokumenty, postawiła cały plan pod znakiem zapytania. Jeśli chciała uciec, musiała natychmiast opuścić laboratorium.

Pierwotnie Szpital Psychiatryczny w Rushbrook był prywatną rezydencją bogatego, ekscentrycznego przemysłowca, który zamierzał zabawiać swoich gości na prawdziwie wielką skalę. W rezultacie powstał neogotycki koszmar – pięć pięter, plątanina niekończących się korytarzy i wieża, w której obecnie mieściło się laboratorium. Jedyną architektoniczną zaletą budowli, zdaniem Adelaide, było mnóstwo ukrytych dyskretnie klatek schodowych, przeznaczonych do użytku licznej służby.

Większość z tych przejść została pozamykana dawno temu i była teraz niedostępna. Inne znikły podczas kolejnych przebudów i renowacji budynku. Z kilku jednak można było nadal korzystać. Adelaide miała klucz do jednej z tych rzadko używanych klatek schodowych.

Była już na środku laboratorium, kiedy usłyszała czyjeś spłoszone kroki na schodach wiodących na wieżę. Ktoś zbliżał się do laboratorium. Ktokolwiek to był, zobaczy ją na pewno, kiedy tylko włączy światło.

Mogła się schować tylko za biurkiem Ormsby’ego; nie było tu innej kryjówki. Jeśli ktoś ją zauważy, jej los będzie przesądzony. Doktor Gill zaostrzy jej ochronę i być może już nigdy nie będzie miała szansy na ucieczkę.

Jej strach zagłuszyła absolutna, zimna pewność – będzie walczyła o wolność, jeśli okaże się to konieczne. Nie może wrócić – nie wróci – do swojej celi na piątym piętrze. Prędzej zginie.

Odwróciła się szybko, szukając wzrokiem w ciemności czegoś, czego mogłaby użyć jako broni. Znała laboratorium aż za dobrze, bo tu ją właśnie sprowadzano, kiedy Gill i Ormsby chcieli zaaplikować jej kolejną dawkę narkotyku. Desperacko usiłując zachować zdrowie psychiczne, skupiała się zawsze na planie ucieczki i starała dokładnie zapamiętać rozkład pomieszczenia.

Podeszła do najbliższej szafki, otworzyła drzwiczki i wyjęła kilka słoików stojących na półce. Nie miała pojęcia, co wzięła – było zbyt ciemno, by mogła odczytać napisy na etykietach – ale widziała nie raz, jak Ormsby wyciągał z tej szafki różne chemikalia. Wiele z nich było łatwopalnych; niektóre były silnie żrące.

Z dwoma słojami w rękach wróciła szybko do gabinetu. Biurko doktora Ormsby’ego było czyste i schludne. Ormsby był małym nerwowym człowiekiem, z obsesją na punkcie swoich badań, jednak porządek znajdował się wysoko na liście jego priorytetów.

Na biurku – poza zwykłymi biurowymi akcesoriami, takimi jak telefon, bibuła i kałamarze – znajdował się jeszcze jeden przedmiot. Czarne aksamitne puzderko, które wyglądało jak szkatułka na damską biżuterię. Adelaide wiedziała jednak, że w środku nie ma naszyjników, bransoletek ani pierścionków. Aksamitne pudełeczko zawierało tuzin eleganckich fiolek na perfumy z rżniętego kryształu.

Skryła się za biurkiem ze słoikami w chwili, kiedy doktor Harold Ormsby wpadł, zataczając się, do ciemnego laboratorium. Dyszał, jakby z trudem chwytał powietrze. Nie włączył żadnego ze świateł.

– Odejdź! – krzyknął chrapliwie. – Nie dotykaj mnie!

Adelaide usłyszała kroki na kamiennych schodach, powolne, stanowcze kroki drapieżnika czającego się na swoją ofiarę.

Zdała sobie sprawę, że Ormsby nie dyszy ze zmęczenia – dyszał, bo był nieprzytomny z przerażenia.

Jego prześladowca nie odpowiedział, a w każdym razie nie odpowiedział słowami. Przykucnięta za biurkiem Adelaide zdjęła pokrywki ze słoików. Ostry odór, który natychmiast się z nich wydobył, sprawił, że odruchowo wstrzymała oddech. Odwróciła głowę. Miała nadzieję, że wrzaski pacjentów zagłuszyły wydawane przez nią dźwięki.

Starała się oddychać tak płytko i cicho, jak tylko potrafiła, ale nie było to łatwe. Oblał ją zimny pot. Zadrżała, czując, jak jej puls przyspiesza gwałtownie.

Ormsby znowu krzyknął, tym razem głośniej. Ten nienaturalnie wysoki, piskliwy głos podziałał na Adelaide jak piorun z jasnego nieba. Przez chwilę miała wrażenie, że serce stanęło jej w piersi.

A potem zaczęła się zastanawiać, czy w laboratorium naprawdę nie uderzył piorun. Ciemność przeszył nagle ognisty błysk. Wyjrzała zza rogu biurka i zobaczyła jak ostre światło mija drzwi gabinetu.

Przenikliwe wrzaski Ormsby’ego wzniosły się ponad kakofonię głosów z oddziału poniżej. Był to krzyk człowieka, który właśnie został wysłany do piekła.

W pokoju na wieży zadudniły szybkie kroki. Zaraz potem rozległ się huk tłuczonego szkła i do laboratorium wpłynęło chłodne nocne powietrze.

Bezsilny głos Ormsby’ego rozbrzmiewał jeszcze przez sekundę czy dwie; nagła cisza, która potem nastąpiła, mówiła wszystko o końcu jego historii.

Adelaide zmartwiała, kiedy dotarło do niej, co się właśnie wydarzyło. Doktor Harold Ormsby rzucił się z jednego z tych wysokich łukowatych okien. Nikt nie zdołałby przeżyć takiego upadku.

W mroku laboratorium zgasł płomień. Może ktoś użył palnika Bunsena, by zmusić Ormsby’ego do skoku z okna? Nie, to nie miało sensu. Ormsby był wyraźnie przerażony, ale przecież trochę go już znała. Potrafiła bez trudu wyobrazić go sobie błagającego o życie czy kulącego się ze strachu w kącie, ale samobójczy skok z okna wydawał się zupełnie nie pasować do jego osobowości. Z drugiej strony jednak Adelaide nie bardzo znała się na ludziach. Przekonała się o tym w bardzo bolesny sposób.

Krzyki na oddziale z piątego piętra stały się głośniejsze. Pacjenci wyczuli, że stało się coś strasznego. Adelaide usłyszała szybkie, zdecydowane kroki na kaflowej posadzce; zbliżały się do gabinetu. Chwyciła słoiki z chemikaliami i czekała. Wiedziała, że teraz chronią ją już tylko głosy pacjentów piętro niżej. Ich krzyki i zawodzenia powinny utrudnić, jeśli nie uniemożliwić zabójcy dosłyszenie jej oddechu.

Intruz zatrzymał się dokładnie przed biurkiem. Błysnęło światło latarki. Adelaide przygotowała się na walkę o życie. Ale intruz odwrócił się i szybko wyszedł z gabinetu. Kilka sekund później jego kroki rozległy się na schodach.

Głosy pacjentów to słabły, to przybierały na sile, ale teraz dołączyły się inne krzyki. Ktoś znalazł ciało Ormsby’ego i zaalarmował innych.

Adelaide odczekała jeszcze kilka sekund, po czym wstała. Drżała tak mocno, że z trudem utrzymywała równowagę. Znowu pomyślała o kluczu do szafki, ale zwyciężył zdrowy rozsądek. Teraz najważniejsza była ucieczka ze szpitala. Podniosła ręce, żeby poprawić pielęgniarski czepek przypięty do zwiniętych w ciasny węzeł włosów. Spojrzała na biurko i zobaczyła, że aksamitne pudełko zniknęło. Intruz je zabrał.

Wybrała jeden z otwartych słoików z chemikaliami i wzięła go ze sobą jako broń; drugi zostawiła za biurkiem. Przeszła przez zalane światłem laboratorium, dotarła do klatki schodowej i ostrożnie ruszyła w dół.

U stóp schodów zatrzymała się i wyjrzała za róg.

Pacjenci nie przestawali zawodzić za kratami wstawionymi we framugi drzwi, ale korytarz był pusty. Ani śladu intruza.

Pokój Adelaide znajdował się przy samym końcu poprzecznego korytarza. Poza nią nie było tam sali żadnego innego pacjenta. Wcześniej tak ułożyła koce i poduszki na swoim łóżku, by przypominały leżącą postać, wyglądało jednak na to, że niepotrzebnie zadała sobie tyle trudu. Podniecenie innych pacjentów i zamieszanie na podwórcu wystarczająco odwracały uwagę od jej poczynań. Biały czepek i długi niebieski fartuch pielęgniarki dokonają reszty. Przy odrobinie szczęścia każdy, kto zobaczy ją z pewnej odległości, pomyśli, że jest pracownicą szpitala.

Wejście na dawną klatkę schodową dla służby znajdowało się w składziku po drugiej stronie holu. Odsuwała się ostrożnie od schodów, gotowa za chwilę puścić się pędem w stronę składziku, kiedy krzyki pacjentów wzniosły się w kolejnym piekielnym crescendo. To było jedyne ostrzeżenie. Tylko to ją uratowało.

Cofnęła się na ciemną klatkę i czekała. Kiedy krzyki trochę przycichły, odważyła się wyjrzeć na korytarz.

Jakiś mężczyzna w lekarskim fartuchu, białej czapce i chirurgicznej masce na twarzy wyszedł właśnie z korytarza prowadzącego do jej pokoju. W lewej dłoni trzymał czarne aksamitne pudełko. W prawej – strzykawkę.

Nie zauważył jej tylko dlatego, że bardzo szybko skręcił i ruszył w przeciwnym kierunku. Zniknął za zamkniętymi drzwiami tuż za dyżurką pielęgniarek.

Nie sądziła, że cokolwiek może wystraszyć ją jeszcze bardziej, ale na widok zamaskowanego lekarza wyłaniającego się z korytarza, w którym znajdował się jej pokój, krew ścięła jej się w żyłach z przerażenia. Może ją też zamierzał zabić.

Wysiłkiem woli wzięła się w garść. Nie mogła przecież kryć się na tych schodach bez końca. Musiała zacząć działać, w przeciwnym razie wszystko zaprzepaści.

Wzięła głęboki oddech, zacisnęła palce na słoiku i ruszyła przed siebie korytarzem. Otworzyła drzwi składziku.

Brodata twarz ukazała się nagle za kratą w drzwiach tuż obok. Obłąkany mężczyzna spojrzał na nią dzikimi oczami należącymi do innego świata.

– Jesteś teraz duchem, prawda? – powiedział głosem ochrypłym od ciągłego krzyku i zawodzenia. – Wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, aż cię zabiją, tak jak tę drugą.

– Do widzenia, panie Hawkins – odparła łagodnie.

– Masz szczęście, że już nie żyjesz. Teraz będzie ci lepiej, bo możesz opuścić to miejsce.

– Tak, wiem.

Wśliznęła się do składziku, zamknęła drzwi i włączyła światło. Drzwi na schody dla służby znajdowały się na tyłach pomieszczenia. Były zamknięte. Ku jej niewypowiedzianej uldze klucz, który wcześniej dostała, pasował do zamka.

Kiedy zeszła schodami do mrocznej kuchni, usłyszała wyjące w oddali syreny. Ktoś zawiadomił już miejscową policję. Szpital znajdował się kilka kilometrów za niewielkim miasteczkiem Rushbrook. Dotarcie tu zajmie policji i karetce kilkanaście minut.

W pobliżu nie było nikogo, więc nikt nie widział, kiedy wymykała się z kuchni. Wsunęła kolejny skradziony klucz do zamka w wielkiej bramie z kutego żelaza, z której korzystały samochody dostawcze.

I wreszcie była wolna. Ruszyła przed siebie spiesznie bitą drogą, oświetloną tylko przez księżyc.

Ani przez chwilę nie żałowała, że Ormsby zginął, jednak jego śmierć mogła skomplikować jej i tak rozpaczliwą sytuację. Policja może dojść do wniosku, że pacjentka, która uciekła ze szpitala w noc tajemniczej śmierci lekarza, jest w rzeczywistości oszalałą zabójczynią.

Wiedziała, że musi oddalić się od szpitala tak bardzo, jak to tylko możliwe, zanim któryś z pracowników zorientuje się, że uciekła.

Uświadomiła sobie nagle, że jest już przynajmniej jeden człowiek, który wie o jej zniknięciu – lekarz w masce, który był w jej pokoju ze strzykawką.

Miała ochotę puścić się biegiem, ale się nie odważyła. Gdyby potknęła się w ciemności o jakiś kamień czy gałąź, mogłaby skręcić nogę albo zrobić sobie coś gorszego.

Wkrótce minęły ją samochody policyjne i karetka. Nikt nie zauważył jej jednak, skrytej za gęstymi krzewami na poboczu.

Świt zastał ją stojącą przy autostradzie – miała nadzieję, że jakiś kierowca zlituje się nad pielęgniarką, której zabrakło paliwa na tym pustkowiu.

Podniosła rękę, żeby zatrzymać furgonetkę. Złota obrączka na jej dłoni zalśniła złowieszczo w świetle poranka.

Rozdział 2

Burning Cove, Kalifornia,

dwa miesiące później…

Wrócił twój nowy sąsiad – powiedziała Florence Darley przyciszonym głosem. Zdjęła czajnik z kuchenki i zalała wrzątkiem liście w imbryku. – To już ósmy dzień z rzędu, nie licząc niedzieli.

Adelaide nie podniosła wzroku znad małej wagi, na której odmierzała właśnie dziesięć deka mieszanki Uspokojenie.

– W niedziele mamy zamknięte.

– Co tylko potwierdza moją tezę. Pan Truett stał się naszym stałym klientem. Widzę, że czyta poranne wydanie „Heralda”, jak zwykle. Stawiam dziesiątkę, że zamówi też to samo, co zawsze – dzbanek tej bardzo drogiej mieszanki zielonych herbat, którą kupiłam za twoją radą od hurtownika z San Francisco. Bez cukru, bez ciasta, bez ciastek, bez ciasteczek.

– Pan Truett wyraźnie lubi rutynę – zauważyła Adelaide.

Nie dodała, że trzymanie się przez pana Truetta ustalonego harmonogramu dnia pozwalało przewidzieć też dokładną godzinę jego porannych spacerów po plaży. Każdego dnia bez wyjątku pojawiał się tam o siódmej trzydzieści i spacerował dokładnie przez pół godziny. Był czerwiec i rano nad plażą często unosiła się mgła, nie powstrzymywało go to jednak. To raczej ją irytowała ta mgła. Pozwalała jej tylko przelotnie dostrzegać jego sylwetkę podczas spacerów. A musiała przyznać, że poranna obserwacja Jake’a Truetta zaczęła sprawiać jej przyjemność. Miał być może swoje przyzwyczajenia, ale nie poruszał się jak człowiek sztywno trzymający się zasad i zaleceń. Przeciwnie, przemierzał plażę z siłą i pewnością drapieżnego kota.

Florence zachichotała znacząco.

– Nie sądzę, żeby przychodził tu codziennie ze względu na twoją kosztowną herbatkę. Ani dlatego, że lokal stał się ostatnio modny. To nie ten typ, któremu zależy, żeby przy stoliku obok siedziała jakaś sława czy dziennikarz. Coś mi się zdaje, że pan Truett nabrał zwyczaju zaglądania do nas każdego ranka z twojego powodu.

Adelaide zarumieniła się. Bardzo lubiła swoją nową szefową, nie mówiąc już o tym, jak bardzo była jej wdzięczna za pracę, ale nowo odkryta przez Florence pasja do swatania trochę ją niepokoiła.

Po dwóch miesiącach w Burning Cove zaczynała dopiero nieco lżej oddychać. Na razie nikt nie ruszył w pościg za zbiegłą pacjentką. W prasie nie było żadnej wzmianki o jej nocnej ucieczce ze szpitala psychiatrycznego w Rushbrook.

Wyglądało na to, że nikt jej nie szuka, nie mogła jednak pozwolić sobie na ryzyko związane z chodzeniem na randki. A w każdym razie to właśnie powtarzała sobie w duchu każdego dnia, kiedy do herbaciarni wchodził Jake Truett ze swoją skórzaną teczką, zasiadał przy tym samym co zawsze stoliku i zamawiał zieloną herbatę – bez cukru, bez ciasta, bez ciastek, bez ciasteczek.

Florence miała na to inne zapatrywania. Była to pulchna lecz proporcjonalnie zbudowana kobieta dobrze po sześćdziesiątce. Otworzyła herbaciarnię prawie dziesięć lat wcześniej, tuż przed wielkim kryzysem, i zdołała jakoś przetrwać najgorsze czasy.

Herbaciarnia utrzymała się dlatego, że Burning Cove było ekskluzywnym kurortem, popularnym wśród bogatych i sławnych – dwóch grup w większości odpornych na skutki finansowej katastrofy, która wstrząsnęła krajem. Jednak nawet w tak dobrze sytuowanej społeczności trzeba było mieć sporo szczęścia i smykałki do interesów, by utrzymać się na powierzchni. Florence nie brakowało ani jednego, ani drugiego. Adelaide wiele się od niej uczyła.

Poza tym, że Florence zatrudniła kelnerkę bez żadnego doświadczenia w takiej pracy i referencji, pomogła jej też znaleźć niedrogie zakwaterowanie – mały domek nad Crescent Beach. Kiedy Adelaide wyjaśniła, że nie ma pieniędzy na czynsz za pierwszym miesiąc, Florence tylko machnęła ręką. „Nie martw się, zajmę się tym, oddasz mi później. Coś mi mówi, że zarobisz na swoje utrzymanie”.

Adelaide była bardzo zadowolona, że istotnie zaczęła zarabiać na swoje utrzymanie. Bardzo chciała spłacić dług. Kiedy zaproponowała, by herbaciarnia zaczęła tworzyć i propagować specjalistyczne mieszanki herbat i ziół, Florence odniosła się do tego z powątpiewaniem, ale zgodziła się na eksperyment. W ciągu miesiąca herbaciarnia, która od lat radziła sobie dobrze, ale bez fajerwerków, wzniosła się na zupełnie inny poziom.

Ostatnio kilka znanych osób z towarzystwa i grubych ryb finansjery, spędzających w Burning Cove wakacje, zaczęło zamawiać ekskluzywne mieszanki dla zaspokojenia swoich indywidualnych potrzeb. Adelaide spędziła kilka ostatnich tygodni na opracowywaniu herbatek i mieszanek ziołowych na różne dolegliwości – bezsenność, niepokój, spadek energii. Jednym z najpopularniejszych był napar łagodzący objawy kaca – problemu typowego dla hollywoodzkiego towarzystwa, które często balowało do białego świtu.

Interesy szły tak dobrze, że Florence zaczęła myśleć o zatrudnieniu nowej kelnerki, by Adelaide mogła się skupić tylko na tworzeniu i pakowaniu swoich specjalnych mieszanek.

Wszystko to bardzo utrudniało przedstawienie jakiejś wiarygodnej wymówki dla faktu, że nie przejawia należytego zainteresowania atrakcyjnym, godnym uwagi mężczyzną. Jake Truett nie nosił obrączki, ale Adelaide przypomniała sobie, że to nic nie znaczy. Ona też nie nosiła obrączki.

Napełniła małą torebeczkę mieszanką Uspokojenie, którą właśnie odmierzyła.

– Naprawdę nie wydaje mi się, żeby pan Truett był mną zainteresowany, Flo. Zbyt wiele nas różni. On jest bogatym biznesmenem, obytym w świecie. Ja jestem kelnerką w herbaciarni. Nigdy nie wyjeżdżałam nawet z Kalifornii. Niewiele mamy ze sobą wspólnego.

– Moim zdaniem pan Truett jest po prostu nieśmiały – odparła Florence. – Próbuje zebrać się na odwagę, żeby cię gdzieś zaprosić. Powinnaś go trochę zachęcić.

– Nie jest nieśmiały, wierz mi. Jestem pewna, że gdyby czegoś chciał, umiałby po to sięgnąć.

– Mówiłam ci, kilka miesięcy temu owdowiał. Co oznacza, że jeśli chodzi o randki, wyszedł zapewne z wprawy.

– Prawdopodobnie ciągle opłakuje żonę – zauważyła Adelaide. – To by wyjaśniało, dlaczego nigdy się nie uśmiecha.

– Może po prostu potrzebuje jakiegoś powodu, żeby się uśmiechnąć. – Florence zmrużyła oko, wzięła imbryk i wyszła szybko z kuchni.

Nie miało sensu się z nią spierać. Adelaide stłumiła westchnienie, otrzepała dłonie z herbaty, zawinęła górną część torebeczki i wyszła z kuchni. Klientka, młoda, zaaferowana kobieta w kostiumie, czekała niespokojnie przy kontuarze.

– Proszę, panno Moss – powiedziała Adelaide. – Specjalna mieszanka dla panny Westlake, Uspokojenie.

Vera Westlake była sławą Hollywood, która ostatnio odkryła Herbaciarnię. Florence, która z entuzjazmem pochłaniała plotkarskie magazyny, była zachwycona, kiedy aktorka okrzyczana Najpiękniejszą Kobietą Hollywood została jej klientką.

– Dziękuję. – Panna Moss otworzyła torebkę i wyjęła portfel. – Panna Westlake będzie bardzo zadowolona. Zabrakło jej dzisiaj tej herbaty, akurat kiedy czytała nowy scenariusz. Uparła się, żeby szofer natychmiast zawiózł mnie do miasta po kolejną porcję. Mówi, że ta specjalna mieszanka pomaga jej się skupić.

– Zawsze do usług – odparła Adelaide.

Panna Moss zapłaciła za herbatę i wybiegła z nieco już tłocznej herbaciarni. Na zewnątrz czekała na nią limuzyna Usiadła na tylnym siedzeniu i kierowca ruszył w dół ulicy.

Adelaide wzięła notatnik i ołówek. Nadszedł czas przyjąć zamówienie od Jake’a Truetta. Zielona herbata. Bez cukru. Bez ciasta. Bez ciastek. Bez ciasteczek.

Truett został stałym bywalcem wkrótce po swoim przyjeździe do miasteczka osiem dni temu. Florence natychmiast zadała kilka pytań komu trzeba. Dowiedziała się, że Truett jest biznesmenem, który do niedawna posiadał własną firmę importowo-eksportową z siedzibą w Los Angeles. Po śmierci żony sprzedał firmę i przeszedł w stan spoczynku.

Według Florence krążyły plotki, że Truett ma pewne problemy zdrowotne – coś związanego z wyczerpaniem nerwowym. Zapewne więc lekarz zalecił mu spędzenie kilku miesięcy nad morzem w nadziei, że oceaniczne powietrze i długie spacery po plaży pomogą mu wrócić do zdrowia.

Jednak pomijając nerwy, Truett sprawiał wrażenie bardzo sprawnego fizycznie. W przeciwieństwie do wielu celebrytów, spędzających wakacje w Burning Cove, nie miał wychudłego ponad miarę ciała, które było hollywoodzkim ideałem – osiąganym zwykle przez odpalanie jednego papierosa od drugiego i nadmierną konsumpcję alkoholu. Truett był szczupły, ale dobrze umięśniony.

Zresztą wszystko w jego wyglądzie było równie intrygujące. Był dość wysoki, ale nie w sposób, który wyróżniałby go w tłumie. Nie górował nad nią tak jak Conrad. Miał ciemne włosy, krótko ostrzyżone, z przedziałkiem z boku. Nie był brzydki, ale rysy jego twarzy były zbyt surowe i ascetyczne, by można go było nazwać przystojnym. Oczy miał w interesującym kolorze bursztynowego brązu – wydawały się chłodne, czujne i inteligentne; trudno było z nich cokolwiek wyczytać. Czuła, że zawsze wiedział, co się wokół niego dzieje, ale nie miała pojęcia, co o tym myślał. Był kimś, kto obserwuje wszystko zza kulis, a nie aktorem na scenie.

Było w nim coś nieubłaganego i posępnego. Miała wrażenie, że trudno go rozgniewać, jednak przyparty do ściany mógł stać się przerażającym wrogiem. Potrafiłby się zemścić na zimno i bez litości.

Nie było w nim nic, co mogłoby wskazywać na wyczerpanie nerwowe. Pomyślała jednak, że osoby cierpiące na zaburzenia nerwowe często wydają się pozornie całkiem normalne. Sama była tego przykładem. Od dwóch miesięcy uchodziła w Burning Cove za normalną; nikt nie przypuszczał nawet, że poprzednie dwa miesiące spędziła w zamkniętym zakładzie w Rushbrook.

Z notesem i ołówkiem w ręce wyszła szybko zza lady i podeszła do stolika, przy którym Jake Truett czytał egzemplarz „Burning Cove Herald”. Na podłodze obok jego krzesła stała skórzana teczka. Po ośmiu dniach obserwacji Adelaide wiedziała już, że w środku jest żółty kołonotatnik i cztery idealnie zaostrzone ołówki. Wiedziała też, że po przeczytaniu gazety od pierwszej do ostatniej strony pan Truett otworzy teczkę, wyjmie kołonotatnik i zrobi notatki.

Miał na sobie swój zwykły strój: sztywno wykrochmaloną koszulę, elegancko zawiązany krawat, kremową marynarkę i ciemnobrązowe spodnie.

Wiedziała, że zauważył, jak podchodziła do stolika, ale zaczekał, aż przystanęła, z ołówkiem zawieszonym tuż nad notesem, i dopiero wtedy podniósł na nią wzrok znad gazety. Adelaide przygotowała się na lekki dreszcz, który przeszywał ją zawsze, kiedy znajdowała się tak blisko tego mężczyzny.

Skinął głową, z posępną uprzejmością.

– Dzień dobry, panno Brockton.

– Dzień dobry, panie Truett. – Zaprezentowała mu pogodny, przeznaczony dla klientów uśmiech. – Czy podać to co zwykle?

– Tak, proszę. Zielona herbata. Bez cukru. Bez ciasta. Bez ciastek. Bez ciasteczek.

Jego głos, niski, dźwięczny i bardzo męski, przyprawił ją o kolejny dreszcz.

– Oczywiście – odparła. – Czy to wszystko, sir?

Jake Truett rzucił okiem na notes i ołówek, które trzymała w ręce.

– Nie zapisała pani mojego zamówienia.

– Nie ma potrzeby. – Postukała ołówkiem w bok kelnerskiego czepeczka, który miała na głowie. – Mam dość dobrą pamięć.

– A ja jestem przewidywalny do znudzenia.

Przeraziła się.

– Nie zamierzałam sugerować, że jest pan nudny. W żadnym razie. Bardzo przepraszam.

– Nie ma za co przepraszać. Jestem przewidywalny do znudzenia. Prawdę mówiąc, wychodzę ze skóry, by być nudnym i przewidywalnym. Mój lekarz zalecił mi bardzo regularny tryb życia, rozumie pani. Podobno to pomaga przy wyczerpaniu nerwowym.

Adelaide odchrząknęła.

– Z moich doświadczeń wynika, że tak zwani specjaliści nie zawsze wiedzą, co jest najlepsze na wyczerpanie nerwowe.

– Skłonny jestem zgodzić się z panią. Zielona herbata, którą tu pani podaje, działa na mnie lepiej niż wszelkie środki na nerwy.

Zmarszczyła brwi.

– Bierze pan środki na nerwy?

– Cóż, nie. Lekarz przepisał mi jeden, ale nie biorę go. Obieca mi pani, że mu nie powie?

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie żartował. Nie była jednak pewna, więc wolała nie ryzykować.

– Oczywiście, że mu nie powiem – odparła.

– Dziękuję. Przyszło mi do głowy, że powinienem wspomnieć mu o pani specjalnych herbatkach i mieszankach ziołowych. Może chciałby je przepisywać innym swoim pacjentom.

– Nie. – Ogarnęła ją panika. Ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzyła, było przyciągnięcie uwagi lekarza specjalizującego się w leczeniu zaburzeń nerwowych. Opanowała się wysiłkiem woli. – To znaczy, to chyba nie jest najlepszy pomysł, wspominać pańskiemu lekarzowi o mieszankach, które tu podajemy. Nie są niczym niezwykłym, to tylko tradycyjne zioła i herbaty z importu. Żaden nowoczesny lekarz nie uzna ich za skuteczny środek na problemy nerwowe.

– Rozumiem. – Jake przyjął pozę uprzejmego zainteresowania. – Wyraźnie sporo pani wie na ten temat. Czy mogę zapytać więc, gdzie nauczyła się pani tyle o ziołach i herbatach?

Zawahała się. W miasteczku była tylko jedna osoba, która wiedziała coś o jej przeszłości. Raina Kirk. Raina Kirk także niedawno tu zamieszkała i było jasne, że także ukrywa wiele ze swojej przeszłości. Obie starały się zacząć w Burning Cove wszystko od nowa, a fakt, że obie miały sporo do ukrycia, stworzył między nimi niezwykłą więź.

Ale nawet Raina nie wiedziała o szpitalu w Rushbrook i ślubnej obrączce, schowanej teraz bezpiecznie pod podłogą pod łóżkiem Adelaide.

– Można powiedzieć, że to rodzinne – powiedziała. – Moja matka była botaniczką.

– A ojciec?

– Chemikiem. – Rozmowa przybierała niebezpieczny obrót. – Dziękuję za zamówienie, panie Truett. Zaraz wracam.

– Doskonale. Muszę się trochę uspokoić po tych trzech kawach, które wypiłem do śniadania.

Zaskoczona, spojrzała na niego, szeroko otwierając oczy.

– Wypił pan rano trzy filiżanki kawy?

– Lubię napić się rano kawy.

– Panie Truett, zdaję sobie sprawę, że to nie moja sprawa, ale jeśli ma pan problem z nerwami, na pewno nie powinien pan pić tak dużo kawy.

– Proszę nazywać mnie Jake. Mam odpoczywać nad morzem, czyż nie? Kiedy ktoś nazywa mnie „panem Truett” od razu myślę o pracy. A lekarz zabronił mi zajmować się teraz sprawami zawodowymi.

Adelaide odchrząknęła.

– Odniosłam wrażenie, że sprzedał pan swoją firmę z L.A.

Coś, co można by wziąć za rozbawienie, pojawiło się w jego oczach i zaraz znikło.

– Nieraz słyszałem, że w takich małych miasteczkach plotki rozchodzą się szybko.

Zmieszała się.

– Przepraszam. Nie chciałam być wścibska.

– Proszę się nie przejmować. To prawda. Moja historia jest podobna do pani. To była rodzinna firma. W moim przypadku handlowa. Import-eksport. Prowadziły ją kolejno trzy pokolenia Truettów. Ja odziedziczyłem ją po śmierci ojca. Miałem dziewiętnaście lat. To jedyna branża, jaką znam.

– A teraz ją pan rzucił?

– Na to wygląda.

– Ponieważ źle wpływała na pańskie nerwy.

– Zgadza się.

– I co będzie pan robił teraz? – spytała, zanim zdążyła się powstrzymać.

– Nie mam pojęcia. To właśnie jedna z tych rzeczy, o których mam teraz nie rozmyślać.

– Do czasu, aż pańskie nerwy wrócą do normy?

– Tak sądzę. W tym czasie nie umrę z głodu. Interesy szły mi całkiem dobrze. Teraz, kiedy zna już pani historię mojego życia, mam nadzieję, że będzie tak miła i zacznie mówić mi po imieniu. Jake.

Adelaide była absolutnie pewna, że nie zna historii jego życia. Ale on też nie poznał jej historii. W porządku. Zastanowiła się krótko i podjęła decyzję.

– Dobrze – powiedziała. – Jake.

– To brzmi znacznie lepiej. Przyjaźniej. W końcu jesteśmy sąsiadami.

Więc wiedział, że Adelaide mieszka w jednym z małych domków na urwisku nad Crescent Beach. Właściwie nie powinno jej to zaskoczyć, ale z jakiegoś powodu zaskoczyło. Dotarło do niej, że w pewien sposób zwracał na nią uwagę, co było jednocześnie dziwnie ekscytujące i bardzo niepokojące. Ale może znowu przesadzała. W ciągu kilku ubiegłych miesięcy nauczyła się, że często bardzo cienka linia dzieli ostrożność od paranoi.

Jake przyglądał jej się tak, jakby na coś czekał. Uświadomiła sobie, że nie powiedziała mu, jak ona ma na imię. Z jakiegoś powodu wydało jej się to czymś bardzo znaczącym.

– Adelaide – powiedziała. – Nazywam się Adelaide Brockton.

Zapewne nie jest dobrze zaczynać nową znajomość od kłamstwa, ale właściwie nie miała przecież wyboru. Tak czy inaczej, było wielce nieprawdopodobne, że ta znajomość kiedykolwiek przerodzi się w prawdziwy związek.

– Adelaide – powtórzył. Brzmienie jej imienia zdawało się sprawiać mu przyjemność. – Ładne imię. Pasuje do ciebie.

Wiedziała, że powinna wrócić do kuchni i zaparzyć dla Jake’a zamówioną herbatę, ale odkryła, że się waha. Miała ochotę zostać przy jego stoliku dłużej.

– Podoba ci się w Burning Cove? – zapytała.

– Chcesz znać prawdę? Nie mam pewności, ale wydaje mi się, że popadam w obłęd.

Spojrzała na niego w osłupieniu.

– Och, nie brzmi to zbyt dobrze…

– Z nudów.

Uspokoiła się.

– To absolutnie zrozumiałe. Jesteś zdrowym, silnym mężczyzną, który potrzebuje działania i kontaktów ze światem. Jeśli się nudzisz, zapewne nadszedł czas zacząć planować nowe przedsięwzięcia, mimo zaleceń lekarza.

– Tak sądzisz?

– Bardzo możliwe, że lekarz miał rację, kiedy zalecał ci chwilową zmianę scenerii. Nie znaczy to jednak, że przedłużający się okres bezczynności i nudnej rutyny są dla ciebie zdrowe.

– Często udzielasz porad?

– Przepraszam, udzielanie porad i serwowanie herbaty zdają się iść ręka w rękę. Ludzie często pytają mnie o herbaty i zioła na różne przypadłości. Utratę wagi. Bezsenność. Napięcie. Brak…

Urwała w ostatniej chwili.

– Brak…? – ponaglił ją.

Wzięła głęboki oddech.

– Brak zainteresowania różnymi… aktywnościami.

– Aktywnościami.

– Czasami ludziom brakuje energii czy chęci, by angażować się w pewne aktywności natury osobistej. Aktywności, które są zupełnie… naturalne.

– Rozumiem. – Jake znacząco pokiwał głową. – Aktywności, które niegdyś uważali za stymulujące.

Adelaide miała okropne wrażenie, że się czerwieni. Rozmowa przybierała niewłaściwy obrót. Musiała z tego jakoś wybrnąć.

– Właśnie – powiedziała, siląc się na rzeczowy, naukowy ton. – Aktywności takie jak spacery po plaży czy pływanie w oceanie.

– Często spaceruję po plaży, a czasami pływam.

– Właśnie.

– Może powinienem przestać to robić – powiedział Jake.

– Dlaczego miałbyś przestać? To bardzo zdrowe, energetyzujące ćwiczenia fizyczne.

– Są też stymulujące – odparł Jake. – Lekarz zalecił mi powstrzymywanie się od wszystkiego, co stymuluje moje nerwy.

– Moja matka uważała, że pewne rodzaje stymulacji są dla zdrowia korzystne.

– Jaką konkretnie terapię masz na myśli?

Przez sekundę miała pustkę w głowie. Potem wpadła na pewien pomysł.

– W miasteczku jest bardzo przyjemne muzeum sztuki – powiedziała. – Nowa wystawa miejscowych artystów miała bardzo dobre recenzje w „Heraldzie”.

– Nie sądzisz, że wystawa sztuki może być zbyt stymulująca dla moich delikatnych nerwów?

Pomyślała, że z niej żartuje. Florence nie miała racji. Jake Truett nie jest nią zainteresowany, nie w żaden romantyczny sposób. Jest po prostu znudzony. W takim razie może znaleźć sobie kogoś innego, żeby go zabawiał i dostarczał mu rozrywki.

– Przepraszam – rzuciła chłodno. – Sądziłam, że mówisz poważnie. Przyniosę herbatę.

– Zaczekaj – powiedział szybko Jake. – Myślałem, że żartujesz.

– Kiedy tematem rozmowy są silne, zdrowe nerwy, nie żartuję nigdy.

– Rozumiem. I przepraszam. A wracając do wystawy sztuki, może zechciałabyś…

– Bez obaw, panie Truett, nie udzielę panu już żadnej porady. – Rzuciła mu swój najzimniejszy, najbardziej oficjalny uśmiech. – Przyniosę pańską herbatę. – Ma pan rację. Jest pan bardzo przewidywalny. Jest pan też znudzony. Nie wątpię, że jeśli się pan przyłoży, znajdzie pan coś odpowiednio stymulującego w Burning Cove, ale na pewno nie znajdzie pan tego tu, w tej herbaciarni.

Jake Truett zmrużył lekko oczy. Nie był już rozbawiony. Odniosła wrażenie, że jej odpowiedź bardzo go zaskoczyła. Nie spodziewał się z jej strony ostrej reakcji. Zaczynał pojmować, że się przeliczył. A najwyraźniej nie był przyzwyczajony do popełniania tego rodzaju błędów.

Rozdział 3

Minęły dwa miesiące – warknął ze złością Conrad Massey po drugiej stronie telefonu. – Jak mogłeś ją zgubić na dwa cholerne miesiące? Mówiłeś, że znajdziesz ją w ciągu kilku godzin. Że nie mogła oddalić się bardziej niż o dwa czy trzy kilometry od Rushbrook. A ona zniknęła.

Ethan Gill mocno zacisnął palce na słuchawce i przypomniał sobie, że przede wszystkim musi zachować spokój; musi mówić w kojący, uspokajający sposób. Według sfałszowanego dyplomu na ścianie był lekarzem. Wiedział, jak postępować ze zdenerwowanym pacjentem. Przede wszystkim nie może dać Masseyowi żadnego powodu do podejrzeń, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.

– Naprawdę bardzo mi przykro z powodu tego opóźnienia – powiedział najuprzejmiej, jak potrafił. Tego tonu używał w stosunku do bogaczy, którzy sprowadzali do Rushbrook swoich szalonych krewnych, żeby ich tam bezterminowo zamknąć. Ten ton zapewniał ich, że wybrali dla nich najlepsze rozwiązanie i że on zdejmie z ich barków ciężar – za odpowiednią cenę. – Obawiam się, że wystąpił mały problem, ale nie ma się czym martwić. Wkrótce wszystko zostanie załatwione.

– Mówiłeś, że wszystko jest pod kontrolą. – W głosie Masseya pobrzmiewały frustracja i gniew, i coś jeszcze, coś bardzo zbliżonego do paniki. – Mówiłeś, że już udało ci się ją namierzyć. Że to tylko kwestia czasu, jak znowu zostanie bezpiecznie zamknięta w Rushbrook. Nie mogę bez końca ukrywać jej nieobecności. Wcześniej czy później ktoś zacznie zadawać pytania. Co się dzieje, do diabła, Gill?

– Wystąpiły pewne… komplikacje – odparł Gill, starając się mówić spokojnie, choć prawda była taka, że nie tylko Massey był już na krawędzi paniki. – Ale nic, z czym nie można by sobie szybko poradzić. Zapewniam, że panuję nad sytuacją.

– Komplikacje? Jakie komplikacje?

– Pacjentka się ukryła. To bardzo chora kobieta, ze skłonnością do ostrych stanów paranoicznych.

– Jak może się ukrywać? – warknął Massey. – Nie ma pieniędzy. Nie ma rodziny. Nie ma żadnych środków. Jeśli pójdzie na policję…

– Trudno dokładnie powiedzieć, jak udaje jej się przetrwać finansowo, ale jestem absolutnie pewny, że nie pójdzie na policję. Wie, że gdyby władze odkryły, iż jest uciekinierką ze szpitala psychiatrycznego, zostanie natychmiast tam odesłana. Proszę się odprężyć, panie Massey. Dam znać, jak tylko zdobędę więcej informacji.

– Nie mogę uwierzyć, że pozwoliłeś jej zniknąć.

Gill z trudem stłumił własny gniew i strach. Nie zamierzał informować Masseya, że Pacjentka B została odnaleziona dwa tygodnie temu. Mieszkała w eleganckim kurorcie Burning Cove, w Kalifornii, jako Adelaide Brockton, i pracowała w miejscowej herbaciarni. Massey był zdesperowany. Należało postępować z nim z największą ostrożnością. Gdyby się dowiedział, gdzie przebywa aktualnie poszukiwana, prawdopodobnie próbowałby wziąć sprawy we własne ręce. A wtedy cały plan mógłby wziąć w łeb.

W tej chwili Massey, choć uciążliwy, był niezbędny. Był nie tylko źródłem bardzo potrzebnej gotówki, ale miał też wiele powodów, by trzymać język za zębami.

– Zapewniam, że sprawa wkrótce zostanie załatwiona – powiedział Gill.

– Zdajesz sobie sprawę, ile mnie to może kosztować?

Nie tyle, ile mnie. Gill miał wielką ochotę wykrzyczeć te słowa do telefonu, ale musiał opanować wściekłość i panikę.

– Jak już mówiłem, zajmę się tą sprawą – powtórzył stanowczym, autorytatywnym tonem, którego używał w stosunku do podekscytowanych pacjentów.

Na Masseyu nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia.

– Musimy natychmiast sprowadzić ją z powrotem do Rushbrook – powiedział. – Wcześniej czy później będzie próbowała przejąć swój spadek. Kto wie, co zrobią prawnicy, kiedy się z nimi skontaktuje? Jeśli poznają prawdę o tym małżeństwie…

– Mówiłem już, pacjentka nie odważy się skontaktować z policją ani prawnikiem. Sytuacja jest pod kontrolą. Niedługo ją znajdziemy. Muszę się teraz rozłączyć, panie Massey. Mam spotkanie.

– Daj mi znać, jak tylko będziesz miał jakieś informacje.

– Proszę się nie martwić, o wszystkim dowie się Pan pierwszy.

Gill zmusił się, by bardzo delikatnie odłożyć słuchawkę na widełki. W jego elegancko urządzonym gabinecie zapadła cisza. Siedział jeszcze przez jakiś czas za wielkim drewnianym biurkiem, rozpamiętując katastrofę, która go spotkała. Był pewny, że Massey mu uwierzył, nie rozwiązywało to jednak wszystkich problemów.

Rzucił okiem na zegarek. Nadszedł czas, żeby zadzwonić do wspólnika w Burning Cove. Podniósł słuchawkę i wykręcił 0. Kiedy pod drugiej stronie odezwał się głos telefonistki z centrali, podał jej numer.

Calvin Paxton odebrał po pierwszym sygnale.

– Doktor Paxton.

Gill zmełł przekleństwo. Głos Paxtona był jeszcze niższy i dźwięczniejszy niż jego głos. Znali się od czasu studiów medycznych. Żaden z nich nie miał najłatwiejszego startu. Obaj pochodzili z małych miasteczek w północnej Kalifornii i rozpoczęli studia, mówiąc z akcentem, który natychmiast zdradzał pochodzenie.

Podobne pochodzenie i fakt, że obu im nie szło na studiach medycznych najlepiej, sprawiły, że od początku łączyła ich luźna więź. Ale to inna wspólna cecha zmieniła tę więź w wieloletnie partnerstwo w interesach – ambicja.

Odpadli ze studiów, bo szybko zrozumieli, że są łatwiejsze sposoby na zarabianie pieniędzy. Literki przed nazwiskami mogły się jednak przydać – ludzie ufają lekarzom – zapłacili więc człowiekowi, który drukował fałszywe banknoty dla mafii za wykonanie dwóch bardzo autentycznie wyglądających dyplomów. Nikt ich nigdy nie zakwestionował.

Na jakiś czas ich drogi się rozeszły. Gill zajmował się trochę znachorstwem, a potem dostał stanowisko dyrektora szpitala w Rushbrook. Kiedy już je objął, odkrył, że można zarobić naprawdę duże pieniądze, zarządzając wysokiej klasy zakładem psychiatrycznym. Bogate rodziny chętnie skrywały swych obłąkanych członków w dyskretnym miejscu. Co z oczu, to z serca – brzmiało niewypowiedziane na głos motto szpitala w Rushbrook.

Zakład działał od przełomu stuleci. Kiedy ostatni właściciel zmarł, jego rodzina nie zamierzała dłużej się nim zajmować. Sprzedali wszystko nowemu dyrektorowi za grosze. On zaś natychmiast podwoił opłaty ponoszone przez rodziny pacjentów, a że nikt nie zaprotestował, wkrótce je potroił. Szybko stało się oczywiste, że bogaci ludzie zapłacą każdą cenę, by utrzymać swoich szalonych krewniaków pod kluczem.

Paxton osiągnął sukces finansowy inną drogą, wykorzystując swoją hollywoodzką aparycję i styl. Wyjechał do Los Angeles, gdzie szybko przekonał się, że celebryci zapłacą każdą cenę, by utrzymać szczupłą sylwetkę i urodę. Kiedy plotkarskie magazyny podały informację, że sekretem wyglądu hollywoodzkich gwiazd jest Tonik Dietetyczny doktora Paxtona, biznes rozkwitł.

Paxton okazał się tym sprytniejszy, pomyślał Gill. Nie tylko zarabiał kupę forsy, ale pławił się też w blasku Hollywood. Ocierał się o sławy. Chadzał na najlepsze przyjęcia i spędzał wieczory w najbardziej ekskluzywnych klubach nocnych.

Szpital w Rushbrook przynosił pieniądze, ale był położony na wsi, pod małym miasteczkiem na kalifornijskim wybrzeżu, w odludnej okolicy – co sprawiało, że bardzo niewielu ludzi zdawało się sprawę z jego istnienia. Z tego akurat rodziny pacjentów były bardzo zadowolone. Gill jednak przez większą część tygodnia musiał tkwić w tej zapyziałej mieścinie. Żeby dotrzeć do San Francisco, pełnego eleganckich restauracji, teatrów, nocnych klubów i bogatych kobiet, trzeba było jechać dwie godziny krętą drogą, która często tonęła we mgle. Czuł, że utkwił w pułapce.

Trzy lata wcześniej poważnie myślał o tym, by sprzedać szpital i przenieść się do San Francisco albo Los Angeles. I właśnie wtedy Paxton zadzwonił do niego z fascynującą propozycją. Jego zdaniem można było zarobić fantastyczne pieniądze, sprzedając narkotyki hollywoodzkiej śmietance. Gill obiema rękami uchwycił się tej okazji.

Narkotykowy biznes kręcił się naprawdę doskonale, ale nie wyzwolił go z pułapki Rushbrook. Potrzebowali laboratorium, takiego, które nie przyciągnęłoby uwagi FBI. Szpital był miejscem, w którym można było takie, w pełni wyposażone laboratorium zainstalować, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Oznaczało to jednak, że przez większość czasu Gill musiał odgrywać rolę dyrektora szpitala, wciąż był więc uwięziony na odludziu.

Wszystko się zmieniło, kiedy dowiedzieli się o istnieniu środka o nazwie Sen. Obaj natychmiast pojęli, że związane z nim możliwości wprost zapierają dech w piersi. Tak, na tym można było zbić fortunę, ale środek ten krył w sobie obietnicę czegoś bardziej jeszcze kuszącego – obietnicę władzy. Udoskonalony Sen mógł być wykorzystywany do kontrolowania każdego, od gangsterów do prezydentów.

Ucieczka Pacjentki B zagroziła tym planom.

– Mamy coraz mniej czasu – powiedział. – Massey zaczyna się niecierpliwić. Jeśli szybko jej nie schwytamy, trzeba będzie zakończyć eksperyment.

– To nie takie proste – powiedział Paxton. – Pacjentka B miała dość czasu, żeby wniknąć w miejscową społeczność. Ma tam już przyjaciół. Jeśli zniknie, ludzie zaczną pytać. To ostatnia rzecz, jakiej sobie życzymy.

– Mówiłeś, że pracuje jako kelnerka w herbaciarni. Kto by szukał zaginionej kelnerki?

– Tak się składa, że jej najbliższą przyjaciółką w Burning Cove jest kobieta, która pracuje jako prywatny detektyw.

– Co? Jak ona się skumała z prywatnym detektywem, do diabła?

– Nie mam pojęcia, ale tak się stało.

– Cholera – syknął Gill. – Musisz coś z tym zrobić. Nie możemy ryzykować, że ona pójdzie na policję albo do FBI i opowie im o Śnie. Oni jej nie uwierzą, ale jeśli do tej historii dorwie się prasa…

– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę – odparł Paxton.

– Musimy nad tym zapanować, natychmiast. Może nie zauważyłeś, ale sytuacja się pogarsza. Najpierw Ormsby przypadkiem wziął ten środek i skoczył z okna, potem uciekła pacjentka, na której prowadziliśmy eksperymenty. Mówiłeś, że wszystkim się zajmiesz.

– Powiedziałem ci, że sytuacja jest bardziej skomplikowana, niż wydawało się z początku – odparł Paxton. – Ale mam już nowy plan. Nie dam rady jednak przeprowadzić go sam. Potrzebuję twojej pomocy. Będziesz musiał przyjechać do Burning Cove.

Gill zerknął na zegar na ścianie.

– To trzy godziny drogi. Mogę być tam dzisiaj wczesnym wieczorem. Zarezerwuj mi hotel.

– Zaproponowałbym ci Burning Cove Hotel. Sam się tu zatrzymałem. Ale biorąc pod uwagę okoliczności, lepiej, żeby nie widywano nas razem. Znajdę jakieś mniejsze, bardziej odosobnione miejsce, gdzie będziesz mógł zamieszkać.

– W porządku.

Gill rzucił słuchawkę na widełki. Pewnie skończy w jakimś tanim motelu, gdzie nie będzie nawet śniadań do pokoju ani porządnej kanalizacji.

Paxton natomiast mieszka w Burning Cove, legendarnym hotelu, w którym zatrzymują się sławni i bogaci. Jakby tego było mało, sypia z Verą Westlake, aktorką, którą prasa okrzyknęła Najpiękniejszą Kobietą Hollywood.

W jakiś sposób w każdym ich wspólnym przedsięwzięciu Paxton zawsze umiał się lepiej urządzić.

Gill rzucił okiem na zegarek. Pora pójść do domu i się spakować. Ale najpierw musi wymyślić jakiś dobry powód swojego wyjazdu, który przedstawi pracownikom.

Znowu zaczął się zastanawiać, czy śmierć Ormsby’ego rzeczywiście była wynikiem wypadku. Ale jak inaczej można ją było wyjaśnić? Paxton nie miał żadnego powodu, by zabić chemika, który produkował dla nich narkotyczne środki.

Rozdział 4

Calvin Paxton rzucił słuchawkę na widełki. Gill był problemem. W końcu trzeba będzie go usunąć, ale teraz priorytetem była Pacjentka B.

Przeszedł przez salon i przystanął przed otwartymi oszklonymi drzwiami, które prowadziły na prywatne patio. Na zacienionym leżaku spoczywała tam Najpiękniejsza Kobieta Hollywood.

Vera Westlake uważnie czytała scenariusz. Butelka Toniku Dietetycznego Doktora Paxtona stała obok na stoliku, a przy niej szklanka z kostkami lodu.

Vera nie mieszkała w Burning Cove Hotel. Przybyła tu, by spędzić z Paxtonem popołudnie. Wytwórnia wynajęła dla niej prywatną willę w innej części miasteczka. Wymagał tego publiczny wizerunek Very – wyniosłej, nieosiągalnej gwiazdy, spragnionej dyskrecji. Jej PR-owiec uznał, że aby utrzymać to wrażenie, nie powinna mieszkać w najsłynniejszym hotelu w Kalifornii.

Mimo iż celebryci twierdzili, że przyjeżdżają do Burning Cove, by uciec przed wymaganiami Hollywood, tak naprawdę wybierali ten hotel właśnie ze względu na jego reputację enklawy sław. Specjaliści od wizerunku zawsze starali się dopilnować, by gwiazdy zostały sfotografowane podczas wjazdów i wyjazdów przez ozdobną bramę. Na terenie hotelu zawsze były dobrze widoczne przy basenie czy w barze. Wille dla gości, takie jak ta, którą zajmował obecnie Paxton, zapewniały chwile prywatności, ponieważ znajdowały się w nich osłonięte ze wszystkich stron dziedzińce. Podczas odwiedzin u niego Vera pozostawała więc niewidzialna, z wyjątkiem tych chwil, kiedy przechodziła przez elegancki, urządzony w hiszpańskim stylu kolonialnym hotelowy hol. Wtedy przyciągała uwagę każdego, kto znajdował się w pobliżu. Szofer wywoził ją później przez wielką bramę, przy której czaili się reporterzy z aparatami z rękach. PR-owiec Very zawsze się o to postarał. Nic nie wpływało tak dobrze na sprzedaż plotkarskich magazynów jak zdjęcia Najpiękniejszej Kobiety Hollywood, starającej się uciec przed prasą.

Przez chwilę napawał się zapierającym dech w piersi widokiem Very Westlake na leżaku. Miała na sobie zielone szorty z wąskimi mankietami, które odsłaniały jej długie, kształtne nogi, i bluzkę bez pleców w tym samym kolorze. Kapelusz z bardzo szerokim rondem osłaniał jej śliczną twarz przed kalifornijskim słońcem.

Paxton uśmiechnął się do siebie. Daleko zaszedł z małego miasteczka, w którym dorastał. Teraz nie tylko bywał na przyjęciach pełnych gwiazd, ale pieprzył Najpiękniejszą Kobietę Hollywood. Jej pierwszy film, Droga w ciemności, z dnia na dzień zrobił z niej wielką sensację. Wytwórnia natychmiast obsadziła ją w głównych rolach w dwóch kolejnych filmach. Ostatni, Kobieta w cieniu, dwa miesiące wcześniej wszedł na ekrany, za kilka tygodni miały się zacząć zdjęcia do jej czwartego filmu.

Vera zarabiała pieniądze nie tylko dla swojej wytwórni, zarabiała też kupę forsy dla niego. Pilnował, by – kiedy tylko było to możliwe – fotografowie mogli uchwycić ją z butelką Toniku Dietetycznego Doktora Paxtona w dłoni.

Vera dostrzegła go i podniosła na niego oczy z zatroskanym wyrazem twarzy. Nie po raz pierwszy zdumiało go, że jej piękne brązowe oczy – oczy, które potrafiły wyrazić każdą emocję, jakiej zażądał reżyser – w rzeczywistości wydawały się tak zupełnie pozbawione wyrazu.

– Rozwiązałeś swój problem z pracą? – zapytała.

Głos pasował do jej twarzy – ciepły, niski, zmysłowy. Ten głos fascynował publiczność od wybrzeża do wybrzeża.

– Tak sądzę. – Podszedł i usiadł na drugim leżaku, obok Very. – Fabryka już nie wyrabia. Będę ją musiał rozbudować. Powiedziałem kierownikowi, żeby architekt zaczął już pracę nad projektem.

– To znaczy, że interesy idą dobrze, prawda?

Zaśmiał się.

– Interesy idą doskonale, dzięki tobie, skarbie.

– Po tym, co dla mnie zrobiłeś, cieszę się, że mogę zrobić coś dla ciebie, kochanie.

Dziennikarze często zastanawiali się, dlaczego Vera nie związała się z żadnym ze sławnych hollywoodzkich aktorów. Ale Paxton dobrze to rozumiał. Romans dwóch wielkich gwiazd rzadko był udany. Tacy ludzie zawsze pozostają w gruncie rzeczy rywalami. Konkurują o uwagę prasy – miejsce na okładkach magazynów i pierwszych stronach gazet.

Zawodowa zazdrość to wszechobecny kwas, zdolny skorodować każdy taki związek. Hollywood to dżungla, pomyślał Paxton. Tylko ci, skłonni wydzierać w niej sobie drogę pazurami, mają jakieś szanse na przetrwanie. Miłość i przyjaźń były na tej drodze pierwszymi ofiarami.

Jednak, w przeciwieństwie do znanych aktorów, Paxton nie stanowił dla Very bezpośredniego zagrożenia. Czuła się przy nim bezpieczna. Udało mu się przekonać ją, że jest jej potrzebny.

Za parę lat jej uroda oczywiście przygaśnie. Prasa okrzyknie mianem Najpiękniejszej Kobiety Hollywood inną, młodszą aktorkę. Nie będzie miał z niej wtedy żadnego pożytku. Ale na razie ufała mu. Był jej najbliższym powiernikiem. A to sprawiało, że była dla niego naprawdę bardzo użyteczna.

Była jeszcze jedna korzyść z tego związku. Za każdym razem, kiedy pomyślał, że to właśnie on pieprzy Najpiękniejszą Kobietę Hollywood, miał fantastyczną erekcję.

Pod wpływem impulsu pochylił się i pocałował ją, rozmazując ciemną szminkę, którą miała starannie pomalowane wargi. Nie szkodzi, będzie mogła poprawić makijaż, zanim znowu pojawi się w hotelowym holu.

– Calvin – wyszeptała niespokojnie – obiecaj, że nigdy mnie nie zostawisz. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

Wsunął dłoń między jej ciepłe uda.

– Nie martw się, skarbie. Zawsze będę się tobą opiekował.

Był pewny, że mu uwierzyła. Najpiękniejsza Kobieta Hollywood prawdopodobnie nigdy nie zdobędzie tytułu Najinteligentniejszej Kobiety Hollywood.

Rozdział 5

Adelaide przeszła szybko przez salę herbaciarni. Spotkanie z Jakiem Truettem w dziwny sposób dodało jej energii. Uświadomiła sobie, że od tak dawna żyła w kłamstwie – najpierw w szpitalu w Rushbrook, a potem, od ponad dwóch miesięcy tutaj, w Burning Cove – że zapomniała już, jak to jest okazywać swoje prawdziwe uczucia. Krótki wybuch emocji sprzed kilku chwil był bardzo autentyczny, a także stymulujący. Florence, która najwyraźniej obserwowała całą scenę zza kontuaru, przewróciła oczami. Adelaide udała, że tego nie zauważyła.

Była w połowie drogi, kiedy usłyszała niski, ciężki ryk samochodowego silnika. Spojrzała w okno i zobaczyła znajomą zieloną limuzynę marki Packard, która zatrzymała się na ulicy przed wejściem do herbaciarni. Madam Zolanda została ich stałą klientką wkrótce po swoim przybyciu do Burning Cove dwa tygodnie wcześniej.

Zza kierownicy szybko wyskoczyła dziewczyna w eleganckiej liberii szofera. Thelma Leggett sięgnęła dłonią w rękawiczce do klamki i zamaszyście otworzyła drzwiczki z tyłu samochodu.

Madam Zolanda – kobieta, którą prasa nazwała Wróżką Gwiazd – wyłoniła się z wnętrza limuzyny. Podeszła do wejścia herbaciarni takim krokiem, jakby grała na scenie. Telma skoczyła do przodu, żeby otworzyć drzwi. Zolanda zrobiła wejście; wszyscy na sali odwrócili głowy w jej stronę.

Była postacią równie barwną jak jej słynne klientki i nigdy – przynajmniej wtedy, kiedy pojawiała się publicznie – nie wychodziła z roli. Miała nieco mniej niż trzydzieści lat i jak na kobietę była bardzo wysoka. Była też bardzo ładna – miała pełne życia niebieskie oczy i gęste jasne włosy, opadające jej bujnymi falami na ramiona. Brwi, wyskubane niemal do ostatniego włoska, miała namalowane ołówkiem i wygięte w eleganckie łuki. Usta umalowała szminką w najmodniejszym odcieniu czerwieni.

Jak zwykle była ubrana zgodnie z wybraną przez siebie rolą, w długi, powłóczysty kaftan w egzotyczne czerwone i pomarańczowe wzory, który wyglądał tak, jakby został uszyty z mnóstwa fantastycznie wzorzystych szali. Na jej rękach połyskiwały szerokie złote bransoletki.

Niewielki zebrany w herbaciarni tłumek patrzył, zafascynowany, na Zolandę, która zatrzymała się tuż za drzwiami, przymknęła oczy i wyglądała, jakby wpadła w trans.

– To miejsce ma tak dobrą energię – oznajmiła śpiewnie.

Adelaide natychmiast zmieniła kierunek i podeszła, by ją powitać.

– Czy mogę zaprowadzić panią do jej zwykłego stolika, Madam?

Zolanda otworzyła mocno umalowane oczy i obdarzyła Adelaide anielskim uśmiechem.

– Dziękuję ci, moja droga. Potrzebuję nieco mojej specjalnej herbatki. Przygotowuję się właśnie do występu w miasteczku jutro wieczorem. Może słyszałaś już o tym?

– Tak, oczywiście – odparła Adelaide. Nie była aktorką, ale była kelnerką, a dobra kelnerka wie, jak rozumieć wskazówkę klienta. – Wystąpi pani na scenie w Palace.

– O siódmej trzydzieści – sprecyzowała Zolanda dźwięcznym głosem, który miał dotrzeć do wszystkich na sali. – Bilety zostały już niemal wyprzedane.

– Zupełnie mnie to nie dziwi – zauważyła Adelaide. – Tędy, proszę.

Zolanda zwróciła się do dziewczyny w liberii.

– To na razie wszystko, panno Leggett. Przyślę kogoś z wiadomością, kiedy będę wychodziła.

– Tak, proszę pani.

Telma przyłożyła rękę do czapki i wyszła, zmierzając do długiego zielonego packarda.

Adelaide odprowadziła Zolandę do małego stolika przy oknie.

– Przynieść mi, proszę, duży imbryk mojej mieszanki Oświecenie – powiedziała Zolanda. – Dziś będę potrzebowała dwóch filiżanek. Och, i poproszę jeszcze jeden czy dwa z waszych wspaniałych herbatników.

– Oczywiście – odparła Adelaide; postanowiła dopilnować, by na talerzyku Madam Zolandy znalazły się trzy herbatniki.

– Herbatka Oświecenie pomaga mi przygotować się na stres związany z otwieraniem drzwi do innych wymiarów – oznajmiła Zolanda.

– Bardzo się cieszę – powiedziała Adelaide. – Zaraz wracam z dzbankiem Oświecenia.

– Dziękuję, panno Brockton.

Adelaide weszła za kontuar i wybrała imbryk. Wymieniła spojrzenia z Florence, która poruszyła swoimi cienkimi brwiami. Obie wiedziały, że Madam Zolanda dobrze wpływa na interesy. Ona nie była gwiazdą filmową, ale jej klienci – tak. Prasa i klienci świetnie o tym wiedzieli.

W herbaciarni znowu rozległ się gwar rozmów. Adelaide ustawiła na tacy imbryk z naparem, filiżankę i spodeczek. Dodała trzy cienkie herbatniki i zaniosła tacę do stolika Madam Zolandy.

– Dziękuję – powiedziała Zolanda. – A tak przy okazji, mam dla ciebie małą niespodziankę.

Adelaide postawiła tacę i wyprostowała się. W pierwszej chwili pomyślała, że Zolanda chce zaproponować, że jej powróży, i zaczęła się zastanawiać, jak uprzejmie odmówić.

– To nie jest konieczne… – zaczęła.

Zolanda przerwała jej, podnosząc głos tak, żeby wszyscy mogli ją usłyszeć.

– Jak już wspomniałam jutro wieczorem wystąpię w the Palace. Byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś przyszła.

Adelaide rozpaczliwie szukała jakiejś wymówki. Miała teraz bardzo niewielki budżet. Pozwalał od czasu do czasu na kolację i kino z przyjaciółką, Rainą Kirk, Adelaide nie miała jednak ochoty wydawać pieniędzy na kosztowny bilet, by obejrzeć jeden z występów Madam Zolandy.

– Byłoby wspaniale – powiedziała słabo – ale jestem pewna, że nie będzie już biletów i…

– Oczywiście, że nie będzie – odparła Zolanda i wykonała dramatyczny ruch ręką, przy czym bransoletki na jej ręce zabrzęczały dźwięcznie. – Zawsze występuję przy pełnej widowni. Mam jednak zwykle kilka specjalnych miejsc dla specjalnych osób. Jutro wieczorem w kasie będzie na ciebie czekał bilet. Pamiętaj, występ zaczyna się dokładnie o siódmej trzydzieści.

– To niezwykle uprzejmie z pani strony, ale jutro spodziewamy się tutaj dużego ruchu. Pewnie będę zbyt zmęczona, by iść gdzieś wieczorem.

– Przyjdź z przyjaciółką. – Zolanda wykonała kolejny teatralny gest. – W kasie będą czekały dwa bilety. Z pewnością znasz kogoś, kto będzie zachwycony, mogąc obejrzeć z tobą mój występ?

W herbaciarni znowu przycichły rozmowy. Adelaide zdała sobie sprawę, że właśnie znalazła się w centrum uwagi. Wszyscy łącznie z Jakiem, byli ciekawi, jak przyjmie tę hojną propozycję. Nie było sposobu, by z wdziękiem wybrnąć z tej sytuacji.

– Dziękuję – powiedziała cicho. – Już nie mogę się doczekać.

– Doskonale! – Zolanda była wyraźnie zadowolona. – Tak się cieszę. Czuję, że moja łączność z duchami będzie dziś szczególnie silna. Już niemal pełnia, rozumiesz. Pełny lub niemal pełny księżyc zawsze wzmacnia takie doświadczenia.

– Doprawdy? – spytała Adelaide trochę słabym głosem. – To interesujące.

Personel szpitala w Rushbrook zawsze twierdził, że obłęd u pacjentów nasila się w czasie pełni księżyca. Tamtej nocy, kiedy uciekła, też była pełnia.

– Mam nadzieję, że będzie wam się podobał mój występ, tobie i osobie, którą zaprosisz – powiedziała Zolanda.

Adelaide przeszła przez salę. Florence znowu poruszyła brwiami.

– Z kim zamierzasz pójść? – zapytała.

– Nie wiem. Nie miałam jeszcze okazji, żeby o tym pomyśleć. Miałabyś ochotę iść?

– Nie. Powinnaś zaprosić Truetta.

– Żartujesz?

– Nie, nie żartuję. Zaproś go.

– Jestem pewna, że ma lepsze rzeczy do roboty niż oglądanie występów fałszywych mediów, które udają, że kontaktują się ze światem duchów.

– Nie – odezwał się tuż za nią głos Jake’a Truetta. – Nie mam nic lepszego do roboty.

Zaskoczona Adelaide odwróciła się szybko. Jake opierał się o kontuar i wyglądał jak ktoś, kto właśnie przyszedł zapłacić rachunek. Adelaide spojrzała na niego gniewnie.

– Musi pan być naprawdę bardzo znudzony, jeśli chce pan iść na występ Madam Zolandy – powiedziała, zniżając głos do szeptu.

– Miałem zamiar zaprosić panią do muzeum sztuki, ale występ Madam Zolandy wydaje się ciekawszy.

Florence uśmiechnęła się z aprobatą.

– Jestem pewna, że będzie bardziej zajmujący.

Co jest, do diabła, pomyślała Adelaide. Florence twierdziła, że Truett będzie tu jeszcze tylko kilka tygodni, jeśli nie krócej. Wyraźnie dał jej do zrozumienia, że się nudzi. Kiedy będzie miał dość odpoczynku nad brzegiem morza, wróci do Los Angeles. Ona nigdy go już nie zobaczy. Nie ma ryzyka nawiązania dłuższej znajomości. Nie ma ryzyka, że będzie zadawał zbyt wiele pytań, na które będzie jej trudno odpowiedzieć. Jakkolwiek na to patrzeć, był towarzyszem idealnym.

Poza tym Adelaide była już znużona samotnymi wieczorami.

Spojrzała na Jake’a chłodno.

– W porządku, panie Truett. Może pan skorzystać z drugiego biletu na jutrzejszy występ. Spotkamy się przy kasie.

– Mam na imię Jake, pamiętasz? I nie ma potrzeby brać dwóch samochodów – odparł Jake. – Przyjadę po ciebie.

Zawahała się, ale nie przychodził jej do głowy żaden powód, by odmówić. Nie była nawet pewna, czy chciała odmawiać. Miała starego forda, który w każdej chwili mógł się zepsuć, a wtedy utkwiłaby pewnie gdzieś na środku drogi.

– Doskonale – powiedziała. – Będę gotowa o siódmej. A teraz, czy zechce pan wrócić do swojego stolika, zanim ludzie zaczną się zastanawiać, co się tu dzieje?

– Dobry pomysł – odparł i uśmiechnął się uprzejmie, ale w oczach miał wyrachowany błysk. – Jeszcze jedna filiżanka herbaty dobrze mi zrobi. Mam wrażenie, że moim nerwom grozi nadmierna stymulacja.

– Nie chcielibyśmy, żeby do tego doszło – odpaliła Adelaide.

– Oczywiście, że nie. Strach pomyśleć, do czego by to mogło doprowadzić.

Odwrócił się ze swym typowym, drapieżnym wdziękiem i ruszył z powrotem do stolika.

Florence spojrzała na Adelaide.

– Nadmierna stymulacja nerwów? O czym mówił?

– Nie mam pojęcia i na pewno nie zamierzam go o to pytać. Może mam zdolność jasnowidzenia, bo coś mi mówi, że odpowiedź by mi się nie spodobała.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ucieczka ze snu Jej ostatni obraz Dziewczyna, która wiedziała za dużo Kiedy wszystkie dziewczyny odejdą Siostrzyczki Nie ufaj nikomu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy