Ich gwiazdy

Ich gwiazdy

Autorzy: Tessa Dare

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 27.39 zł

Kiedy Alexandra Mountbatten traci pracę, podejmuje się iście niewykonalnego zadania: wychowania dwóch osieroconych rozpuszczonych dziewczynek na damy. Lecz dzieci wcale nie potrzebują dyscypliny.
Potrzebują miłości. Ale ta prosta prawda nie dociera do ich opiekuna, Chase’a Reynauda – dziedzica książęcego tytułu i wcielonego diabła w łóżku. Alexandra musi przemówić mu do serca… i nie stracić swego.
Jak każdy szanujący się libertyn Chase ma tylko jedną zasadę: żadnych związków. Kiedy uparta guwernantka zaczyna reformować jego życie, on też postanawia ją czegoś nauczyć – to, co sam umie najlepiej: rozkoszy. Żadne z nich nie zamierza się poddać.

Ale jak to zwykle bywa, wszystko idzie nie tak!

Korekta

Hanna Lisińska

Magdalena Stachowicz

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Daria_Cherry/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Governess Game

Copyright © 2018 by Eve Ortega.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6919-1

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Dla moich dzieci. Zdaje się, że dla tej serii powstała pewna reguła – dedykuję kolejne książki osobom, które nigdy ich nie przeczytają, a przynajmniej taką mam nadzieję. Moja córka była genialną konsultantką w kwestii charakterków Rosamund i Daisy, a mój mądry synek przekonał mnie, że niektóre dzieci najlepiej się uczą w niekonwencjonalny sposób. Dzieciaki, bardzo Was kocham. Obiecuję, że z całej książki każę Wam przeczytać tylko tę dedykację i nic więcej.

(Bonus: Właśnie zawstydziłam Was przed mnóstwem obcych ludzi. Czyli kolejne mamuśkowe osiągnięcie!)

Prolog

Alexandra Mountbatten miała zdrowy rozsądek. A przynajmniej tak uważały jej przyjaciółki.

W rzeczywistości Alex była go kompletnie pozbawiona, gdy chodziło o szarmanckich dżentelmenów o przekornym spojrzeniu zielonych oczu. Bo gdyby miała go choć odrobinę, nie zrobiłaby z siebie takiej idiotki przed Donżuanem z Księgarni.

Nawet teraz, gdy minęło ponad pół roku od ich spotkania, wciąż przypominała sobie tę żenującą scenę i w myśli przeżywała wszystko, co się wydarzyło, jakby patrzyła na teatralną sztukę.

Miejsce akcji: księgarnia Hatcharda.

Czas akcji: środowe popołudnie w listopadzie.

Osoby: Naturalnie, sama Alexandra. Do tego trzy jej najbliższe przyjaciółki: Nicola Teague, lady Penelope Campion i Emma Pembrooke, księżna Ashbury. Oraz, po raz pierwszy na scenie, znany gwiazdor (tu głośne fanfary) – Donżuan z Księgarni.

A oto, jak się to odbyło:

Alexandra trzymała w jednej ręce stos książek wybranych przez Nicolę, a w drugiej – czytany właśnie skarb, który wypatrzyła – egzemplarz Katalogu gromad gwiazd i mgławic Messiera wyszukany na półce z używanymi książkami. To była prawdziwa perełka. Na nowy Katalog nie było jej stać, więc od lat polowała na egzemplarz z drugiej ręki.

W jednej chwili trzymała w dłoni bezcenny tom i niebotycznie szczęśliwa przeglądała opisy mgławic, a w następnej…

Bang. Kolizja na kosmiczną skalę.

Przyczyna do dziś pozostaje niejasna. Może cofnęła się o krok, może nieopatrznie się odwróciła. Nieważne. Niezależnie od tego, kto kogo trącił łokciem, prawa fizyki zażądały, by reakcja była równa akcji. Potem wystarczyła już tylko grawitacja. Wszystkie książki znalazły się na podłodze. Kiedy przestała się na nie gapić i podniosła wzrok – stał przed nią On.

Zmierzwione kasztanowe włosy, modny strój, woda kolońska, która pachniała jak grzech w szklanej fiolce, i uśmiech, który bez wątpienia doskonalił od dziecka, żeby zawsze dostawać od kobiet, co tylko zechce.

Z miłym uśmiechem pozbierał książki. Ona nie była w stanie.

Spytał, jak się nazywa. Wydukała coś niewyraźnie.

Potem poprosił, by mu poleciła książkę dla dwóch małych dziewczynek. Bąknęła coś bez ładu i składu.

Przysunął się tak blisko, że odetchnęła aromatem wody kolońskiej – żywicznej, ziemskiej i męskiej ponad wszelkie wyobrażenie. O mało nie padła zemdlona na półkę ze starodrukami.

Wtedy rzucił jej ciepłe spojrzenie zielonych oczu – naprawdę na nią spojrzał. Mało kto się na to odważał, bo takie spojrzenie sprawia, że ludzie otwierają się na innych. Akcja równa się reakcji.

Sprawił, że poczuła się jedyną kobietą w księgarni. A może nawet na całym świecie. Albo raczej we wszechświecie.

Ta chwila trwała w nieskończoność… a zarazem skończyła się aż nazbyt szybko.

Potem skłonił się zamaszyście, pożegnał i odszedł z katalogiem Messiera w dłoni, pozostawiając Alexandrę z tomikiem nudnych opowiadań dla grzecznych dziewczynek.

Koniec bajki.

A przynajmniej powinien to być koniec.

Alex próbowała zetrzeć ją z tablicy swego umysłu, ale Penny – ta nieuleczalna romantyczka – nie pozwoliła jej na to. Ponieważ nieznajomy się nie przedstawił, nadawała mu coraz zabawniejsze przezwiska. Z początku był tylko Donżuanem z Księgarni, ale w miarę upływu tygodni błyskawicznie wspinał się po szczeblach drabiny społecznej. Wkrótce został Sir Molem Książkowym, potem Lordem Literatury, a w końcu Udzielnym Księciem na Hatchard.

Przestań, powtarzała sobie Alex bez przerwy. Było, minęło. Od dawna o nim nie myślę. A już na pewno on nie myśli o mnie. To była chwila bez znaczenia.

Z tym, że nie do końca. Wspomnienie zakorzeniło się w jakimś idiotycznym zakątku jej pamięci i rozbłysło tęczą oraz romantycznymi iskierkami, aż… stało się czymś znaczącym. Tak krępującym, że nie sposób było się do tego przyznać na głos. Nawet przed Penny, Emmą i Nicolą. Szczerze mówiąc, nawet przed sobą samą.

Rozglądała się za nim zawsze, gdy zachodziła do księgarni Hatcharda. Szczerze mówiąc, nawet w Świątyni Muz i w Bibliotece Minerwy. Wyobrażała sobie, że znowu się zderzą, że usiądą razem przy popołudniowej herbatce, która przedłuży się do kolacji i wtedy on wyzna, że też szukał jej po wszystkich księgarniach. Bo, oczywiście, przez te dwie minuty żenującej, jednostronnej konwersacji zrozumiał, że przez całe życie marzył o takiej speszonej, niezgrabnej dziewczynie z dołów społecznych… tak niskiej, że spokojnie może się zmieścić w kuchennej szafce.

Przez całe życie szukałem kogoś takiego, jak ty.

Wreszcie cię odnalazłem i nigdy nie pozwolę ci odejść.

Alexandro, jesteś mi potrzebna.

Do diabła ze zdrowym rozsądkiem.

Alex zarabiała na życie, regulując zegary w domach bogatych klientów, więc nie miała czasu na marzenia. Dla niej liczyły się cele, nie marzenia, i ciężko pracowała, by je osiągnąć. Mocno stąpała po ziemi, zaciskała pięści i maszerowała prosto przed siebie.

W żadnym razie – absolutnie w żadnym – nie pozwalała sobie na romantyczne fantazje.

Szkoda, że jej wyobraźnia lekce sobie ważyła takie kategoryczne stwierdzenia. W snach na jawie herbatka we dwoje prowadziła do spacerów po parku, pocałunków pod gwiazdami, a nawet do ślubu. I niech diabli porwą poczucie godności.

Właśnie. Do ślubu.

Alexandro, czy bierzesz sobie za męża tego anonimowego Donżuana z Księgarni który nie potrafi nawet wybrać sensownej książki dla dziewczynek?

Co za absurd.

Po kilku miesiącach walki z tym szaleństwem poddała się w końcu. Przynajmniej miała wreszcie jakiś sekret. Przecież nikt nie musi wiedzieć o tych głupich marzeniach. Najprawdopodobniej nigdy więcej nie spotka Donżuana z Księgarni i już.

Tak jej się przynajmniej wydawało. Do chwili, gdy go spotkała.

1

Ostatnio wszystkie poranki Chase’a zaczynały się tak samo – od tragicznego zejścia z tego świata. Ten także nie był wyjątkiem.

– Umarła.

Przewrócił się na drugi bok i zamrugał. W ciemności zamajaczyła buzia Rosamund.

– Na co tym razem?

– Na tyfus.

– Jak miło.

Podniósł się z trudem i usiadł na sofie. Na moment ogarnął go niesmak, gdy przez budzący się mózg przepłynęły wspomnienia z poprzedniej nocy. Oraz porannej rozpusty. Potarł skronie i uznał, że przy okazji może pożałować całej swojej zmarnowanej młodości. Dzięki temu będzie miał trochę więcej wolnego czasu po południu.

– Moglibyśmy to odłożyć na później – oświadczył. Do czasu, aż ustanie dzwonienie w uszach i wywietrzeje piżmowy aromat francuskich perfum, dodał w myśli.

– W żadnym razie, bo zaraza może się rozprzestrzenić. Tak twierdzi Daisy. Już przygotowuje ciało.

Chase jęknął i uznał, że nie warto się sprzeciwiać. Najlepiej mieć to już za sobą.

Kiedy wspinali się po schodach do pokoju dziecinnego na trzecim piętrze, zapytał swoją dziesięcioletnią podopieczną:

– Nie możesz czegoś z tym zrobić?

– A ty?

– To twoja młodsza siostra.

– A twoja podopieczna.

Skrzywił się i potarł pulsujące skronie.

– Dyscyplina nigdy nie była moją mocną stroną.

– A posłuszeństwo naszą – odpaliła Rosamund.

– Zauważyłem. Tylko nie wyobrażaj sobie, że nie widziałem, jak chowasz do kieszeni tego szylinga ze stolika.

Doszli do szczytu schodów i skręcili w korytarz.

– Słuchaj, musicie z tym skończyć. Dobre szkoły z internatem nie przyjmują drobnych złodziejaszków ani seryjnych morderczyń.

– To nie było morderstwo, tylko tyfus.

– Jasne.

– Wcale nie chcemy iść na pensję.

– Rosamund, czas, żebyś odebrała twardą lekcję życia. – Otworzył drzwi do pokoju dziecinnego. – Nie zawsze układa się tak, jak byśmy chcieli.

Sam wiedział o tym najlepiej. Wcale nie chciał być opiekunem dwóch osieroconych dziewczynek. Ani odziedziczyć tytułu księcia Belvoir. A już na pewno nie miał ochoty uczestniczyć w czwartym pogrzebie w ciągu czterech dni. A jednak to robił.

Daisy odwróciła się ku nim. Jej jasne włosy przykrywała czarna woalka.

– Okażcie szacunek zmarłej.

Gestem poleciła Chase’owi, by się zbliżył. Posłusznie podszedł do niej i pochylił się, by mogła przyszpilić czarną opaskę do rękawa.

– Przykro mi z powodu twojej straty – powiedział, dodając w myśli: Naprawdę mi przykro. Nie masz pojęcia, jak bardzo…

Zajął miejsce u wezgłowia łóżka i spojrzał na zmarłą. Była trupio blada i zawinięta w biały całun. Na powiekach leżały dwa guziki. Dzięki Bogu. Czuł się dziwnie nieswojo, kiedy napotykał spojrzenie tych otwartych, szklanych, pustych oczu.

Daisy ujęła go za rękę i pochyliła głowę. Odmówiła z nimi Ojcze nasz, a potem trąciła go łokciem.

– Panie Reynaud, proszę uprzejmie powiedzieć kilka słów pożegnania.

Chase podniósł wzrok ku sufitowi, niemo prosząc o pomoc z niebios.

– Wszechmogący Ojcze – zaczął smętnie – polecamy ci duszę zgasłej Millicent. Proch z prochu. Trociny z trocin. Była lalką małomówną i niezbyt ruchliwą z natury, zapamiętamy ją wszyscy za uśmiech – można by go określić jako malowany – który nigdy nie schodził z jej twarzy. Wiemy, że zmartwychwstanie z łaski Zbawcy, może nawet już przed lunchem. Niestety – zakończył ledwie słyszalnym szeptem.

– Amen – zaintonowała Daisy i z powagą złożyła lalkę w drewnianym pudle na zabawki, przykrywając je wiekiem.

Rosamund przerwała ciężkie milczenie.

– Chodźmy do kuchni, Daisy. Na śniadanie będą bułki z masłem i dżemem.

– Zjecie tutaj – sprostował. – W waszym pokoju. Guwernantka przyniesie…

– Guwernantka? – Daisy posłała mu słodkie, niewinne spojrzenie. – Przecież na razie nie mamy guwernantki.

Jęknął.

– Nie mów mi tylko, że już zrezygnowała. Przecież dopiero wczoraj zaczęła pracę.

– Pozbyłyśmy się jej w siedemnaście godzin i kwadrans. To nowy rekord – odparła dumnie Rosamund.

Nie do wiary.

Chase podszedł do mapy świata na ścianie i wyciągnął szpilkę z ramy.

– Tutaj. – Wbił ją w pierwszy lepszy, niepodejrzewający nic złego kraj, a potem władczo wskazał go palcem. – Tu wyślę was do szkoły. Dobrej zabawy na… Malcie – zakończył, zezując na mapę.

Wściekły wyszedł z pokoju i zszedł dwa piętra w dół, a potem jeszcze niżej, do kuchni, stamtąd zaś korytarzem do swojego osobistego azylu. Wszedł, zamknął drzwi i dopiero potem westchnął z irytacją.

Był wykończony, choć teoretycznie prowadził beztroski żywot dżentelmena. Powinien się wykąpać, ogolić, przebrać i wziąć proszek od bólu głowy. Za godzinę miał przyjść Barrow z plikiem dokumentów do przejrzenia i czekami do podpisania. Wieczorem w klubie zapowiada się szampańska zabawa. A on musi teraz szukać kolejnej guwernantki.

Przede wszystkim jednak należy mu się kieliszek czegoś mocniejszego.

Po drodze do barku ominął karciany stolik przykryty ścierką od kurzu i kilka obrazów opartych o ścianę i czekających na powieszenie. Pokój nie był jeszcze urządzony. Na górze miał oczywiście elegancką sypialnię, ale uznał, że potrzebuje schronienia w możliwie jak największej odległości od pokoju dziewczynek. Również dla ich własnego dobra. Wcale nie miał ochoty wiedzieć, co knują te psotnice na wysokości czwartego piętra, a one w żadnym wypadku nie powinny odkryć bezeceństw, którym zamierzał się oddawać na parterze.

Otworzył butelkę wina i napełnił duży kielich. Było trochę za wcześnie na burgunda, ale mniejsza o to. W końcu był w żałobie. Równie dobrze może wychylić kieliszek za nieodżałowaną Millicent.

Był ledwie w połowie, kiedy przerwało mu ciche stukanie do drzwi. Nie do tych, które prowadziły z jego azylu do kuchni, lecz tych wychodzących na boczną ulicę.

Zaklął prosto do kieliszka. To pewnie Colette. Nieźle się zabawili poprzedniej nocy, ale widać ani jego ogólnie znana reputacja, ani bukiet, który jej przesłał na pożegnanie, nie były wystarczająco wymowne. Co oznaczało, że trzeba będzie z nią odbyć „rozmowę na serio”.

To nie twoja wina, kochanie. Tylko moja. Jestem beznadziejny i nigdy się nie zmienię. Zasługujesz na kogoś lepszego.

W sumie to była prawda, choć sztampowa. Chase miał jedną jedyną zasadę, która przyświecała mu we wszystkich relacjach i seksualnych i innych.

Żadnych sentymentów.

To dobry kierunek w życiu i w miłości. I dla jego podopiecznych również. Zaprowadzi je prosto do szkoły z internatem. Lepszy niż obietnice, które zawsze sprawiają ból.

– Proszę wejść – powiedział, nie odwracając się nawet. – Jest otwarte.

Poczuł na szyi zimny podmuch, kiedy drzwi się otworzyły, a potem zamknęły. Jak dotyk palców na szyi.

Wziął drugi kieliszek i nalał jej wina.

– Wróciłaś po więcej, co? Ty nienasycona lisico. Wiedziałem, że nie przypadkiem zostawiłaś wczoraj tę pończochę… – Odwrócił się wreszcie i z łobuzerskim uśmiechem podał jej kieliszek.

Ciekawe. To wcale nie była Colette.

W żadnym razie.

W drzwiach stała drobna, ciemnowłosa, młoda kobieta. W dłoniach ściskała brązową, sfatygowaną torbę. Po jego słowach krew odpłynęła jej z twarzy, a po chwili wróciła, okrywając ją płomiennym rumieńcem.

– Dzień dobry – powiedział życzliwie.

W odpowiedzi głośno przełknęła ślinę.

– Proszę – wyciągnął rękę, podając jej wino. – Niech się pani napije. Zdaje się, że to się pani przyda.

To był on.

Na pewno. Poznałaby go wszędzie. Jego twarz wryła jej się w pamięć. Był niewiarygodnie przystojny. Przekorne zielone oczy, zmierzwione ciemne włosy i ten krzywy uśmieszek, tak uwodzicielski, że mógłby pozbawić kobietę cnoty na odległość.

Alexandra stała zatem stopa w stopę (bo była za niska, żeby stanąć z nim twarzą w twarz) z Donżuanem z Księgarni we własnej osobie.

Niezmiernie atrakcyjnej osobie.

Podwinięte rękawy rozpiętej koszuli, bez fulara… Spuściła wzrok, żeby się na niego nie gapić. Wielki Boże. Nawet stopy miał bose.

– Ja.. ja.. Przepraszam, myślałam, że to wejście dla służby. Już wychodzę.

Pochyliła głowę, by ukryć twarz, i modliła się, żeby jej nie rozpoznał. Jeśli uda jej się od razu wyjść, może jakoś przetrwa to nieoczekiwane spotkanie.

– Nie pomyliła się pani. Do niedawna to rzeczywiście było wejście do służby. Ale przebudowuję tę część domu na moje potrzeby. Chcę tu sobie zrobić coś w rodzaju męskiego azylu.

Rozejrzała się wokół. Bez trudu dostrzegła, jakie są te jego „potrzeby”. Bogato wyposażony barek. Pluszowa leżanka. Fioletowe, aksamitne zasłony. Zamiast dywanu skóra jakiegoś kosmatego zwierzaka. Na ścianie jelenie poroża.

I wspomniana poprzednio pończocha. Udrapowana w rozwidleniu jednego z rogów, jak biała flaga oznaczająca kapitulację.

Weszła do jaskini rozkoszy.

Czuła, jak rumieni się ze wstydu. Na brwiach zaperlił się pot.

– Nie będę panu przeszkadzać. Przyjdę kiedy indziej. – Mocniej zacisnęła dłonie na torbie i ruszyła ku drzwiom, starając się go obejść.

Ale nie pozwolił jej na to. Był za szybki i za wysoki. Za bardzo umięśniony i męski. Przesunął się i zablokował jej drogę ucieczki.

– Proszę mi wierzyć, jestem szczęśliwy, że panią widzę.

A ja byłabym szczęśliwa, gdyby było wręcz przeciwnie.

Alex zasłoniła twarz dłonią i spojrzała z ukosa na jeden z obrazów pod ścianą. Przedstawiał nagą kobietę, zasłoniętą tylko strategicznie przytrzymywanym wachlarzem.

– Zostawiłam tu w zeszłym tygodniu wizytówkę. Chciałam porozmawiać z gospodynią o pracy.

– Oczywiście.

– Może mnie pan do niej skierować?

– Sam rozmawiam z kandydatami do pracy. Przekonałem się, że to oszczędza czas.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. To było bardzo dziwne. Panowie domu rzadko kiedy prowadzili takie rozmowy – a już na pewno nie z osobami, które miały tylko raz w tygodniu przyjść i wyregulować zegary według Greenwich.

– Proszę wybaczyć. Zapomniałem się. – Pochylił głowę w ukłonie. – Chase Reynaud.

Chase Reynaud.

Pan Charles Reynaud.

Pani Alexandra Reynaud.

Przestań, na litość boską.

Odstawił kieliszki i wytarł dłoń o spodnie.

– Mogę panią zatrudnić od zaraz. Niech pani siada i porozmawiamy.

Zamiast siadać, wolałaby zniknąć. Podeszła do okna, jakby mogła schować się za zasłoną. Choć tak naprawdę, jej uwagę przykuł błysk mosiądzu.

Czyżby to był…

Tak. Odsunęła aksamitną zasłonę barwy bakłażana. Krył się za nią obiekt jej marzeń.

Teleskop.

Od dziecka fascynowało ją nocne niebo. Na pokładzie handlowej fregaty raczej nie było szansy na inne rozrywki po zmierzchu. Tak często pożyczała od ojca lunetę, że w końcu kupił jej drugą. Tu, w Londynie, musiała posługiwać się składanym kieszonkowym teleskopem, który kupiła za szesnaście szylingów u optyka. Zabawka dla hobbysty.

Ale to?

To był bez wątpienia najbardziej zdumiewający sprzęt, jakiego miała kiedykolwiek okazję dotykać.

Bez zastanowienia pochyliła się, by zajrzeć w okular. Okazało się, że instrument wycelowano w okno na strychu domu naprzeciwko. Pewnie mieszkała tam jakaś ładna służąca, albo dwie.

Alex odwróciła obiektyw z tego wstydliwego kierunku i skierowała go na skwer pośrodku placu. Wielkie nieba! Mogła przez niego dojrzeć pojedyncze źdźbła żółtozielonych kiełków trawy!

Za jej plecami zabrzęczało szkło. Odskoczyła od teleskopu, trącając obrotowy mechanizm, tak że tubus strącił stojący obok wazon. Na szczęście zdążyła go złapać, zanim upadł na podłogę. Co za pokaz zawodowej zręczności. Ależ tak, chcę polecić swoje usługi jako konserwatora kosztownych, precyzyjnych mechanizmów.

– Przepraszam. Nie dosłyszałem pani nazwiska, panno…

Język miała związany na supeł.

– Mountbatten – wykrztusiła. – Alexandra Mountbatten.

Wtedy spojrzał na nią, przekrzywiając głowę. Naprawdę na nią spojrzał – pytająco i przenikliwie, jak wtedy w księgarni.

Jej serce zamarło w oczekiwaniu.

Oczywiście, że nie spodziewała się wyznania miłości. Ale mógłby przecież zapytać: „Czy my się przypadkiem gdzieś nie spotkaliśmy?” albo: „Widzieliśmy się u Hatcharda, prawda?”.

– Panna Mountbatten. Bardzo mi miło.

Och. W ogóle nie pamiętał tamtego spotkania.

Na całe szczęście. Gdyby ją pamiętał, pewnie zapadłaby mu we wspomnienie jako niezgrabna, jąkająca się miłośniczka książek – a nie jako kobieta godna podziwu. Los jej sprzyjał. Naprawdę. Teraz może już przestać o nim myśleć i marnować czas.

W żadnym razie nie powinna odczuwać rozczarowania. A już na pewno nie żal.

Szkoda tylko, że na pierwszą myśl o tym mężczyźnie opuszczał ją zdrowy rozsądek. Po tym, co powiedział, zrobiło jej się przykro, wprawdzie tylko trochę, ale jednak. Ten dowód własnej głupoty był irytujący i drażnił jej dumę.

Sprzątnął ze stolika lichtarz i dwie puste szklaneczki po brandy. Zgarnął zapomnianą pończochę z jeleniego rogu, przez chwilę szukał odpowiedniego miejsca, gdzie by mógł ją wetknąć, a potem zwinął ją w kłębek i wsadził pod poduszkę.

– Naprawdę powinnam już iść – stwierdziła. – Zdaje się, że panu w czymś przeszkadzam, a ja…

– W niczym mi pani nie przeszkadza. W każdym razie w niczym ważnym. Proszę siadać – powiedział i poklepał oparcie fotela.

Potulnie zajęła na nim miejsce. On opadł na szezlong naprzeciwko. Sądząc po tym, jak miękko wylądował wśród poduszek, siedzisko nieraz uginało się pod ciężarem splecionych ze sobą ciał.

Przeczesał palcami zwichrzone kasztanowe włosy. Jeśli chciał w ten sposób odzyskać powagę, to jego wysiłki spełzły na niczym.

– Trzeba je naprawdę dobrze wyregulować.

Zegary.

Tak jest. Skup się na zegarach. To takie tykające cudeńka z cyferblatami, kółkami zębatymi i cyframi. Dzięki nim zarabiasz na życie.

Alex od lat stukała do kuchennych drzwi niemal wszystkich bogatych rezydencji w Mayfair, obsługując swoich klientów. Nie przyszła tu, żeby przyglądać się jego owłosionej piersi ani zastanawiać się, dlaczego nosi żałobną opaskę. Ani po to, by karcić się w myślach za głupie fantazjowanie, że on zaraz porwie ją w ramiona i wyzna, że kocha ją od miesięcy, cierpi i jest gotów porzucić swoje grzeszne nawyki, bo teraz nareszcie ma jakiś powód, by zacząć żyć.

Zamknęła swoją wyobraźnię na trzy spusty, wyjęła klucz i zrzuciła go z urwiska.

To przecież tylko kolejna rozmowa w sprawie pracy.

Mówił dalej:

– Niewiele wiem o ich przeszłości. Różni moi krewni przekazywali je sobie z rąk do rąk, aż wreszcie na jesieni wylądowały u mnie.

Rodowa spuścizna.

– Muszą być bardzo wartościowe.

– Jak najbardziej – odparł sucho. – Są zupełnie niezwykłe. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co z nimi zrobić. Odziedziczyłem je razem z tytułem.

– Z tytułem? – zdziwiła się.

– Belvoir. – Kiedy nie zareagowała, dodał: – Jestem teraz księciem Belvoir.

Wybuchnęła śmiechem.

Księciem? Penny spuchnie z dumy, że się tego domyśliła.

– Słowo honoru, ja też uważam, że to absurdalne. Szczerze mówiąc, jestem na razie tylko dziedzicem tego tytułu. Od czasu choroby wuja jestem pełnomocnikiem z mocy prawa. Co oznacza same obowiązki i żadnych korzyści. – Z rezygnacją machnął ręką w jej kierunku. – To by było tyle. A teraz niech mnie pani czegoś nauczy.

– Słucham?

– Mógłbym panią zacząć wypytywać o wykształcenie i doświadczenie, ale szkoda na to czasu. Zróbmy zamiast tego demonstrację.

Demonstrację? Ma mu pokazać, jak działa zegar, czy co? A może po prostu chce zobaczyć chronometr. Może trzeba mu wyjaśnić, dlaczego się nie późni, choć pozostałe zegary potrafią opóźniać się nawet kilka minut w ciągu dnia.

– O jaką naukę panu chodzi?

Wzruszył ramionami.

– Proszę wybrać coś, co pani zdaniem mogłoby mi się przydać.

Tego już nie wytrzymała. Ukryła twarz w dłoniach i jęknęła.

Natychmiast pochylił się nad nią.

– Źle się pani czuje? Miejmy nadzieję, że to nie tyfus.

– To z powodu rozczarowania. Spodziewałam się czegoś innego. A nie powinnam.

Uniósł brew.

– A czego konkretnie się pani spodziewała?

– Nie chce pan tego wiedzieć. A ja nie mam ochoty tego mówić.

– Właśnie, że chcę.

– Właśnie że nie. Mówię poważnie.

– Akurat. Takie sprzeciwy tylko pogłębiają męskie zainteresowanie. Niech mi pani wszystko wygarnie.

– Myślałam… myślałam, że jest pan dżentelmenem – wyrzuciła z siebie.

– I nie myliła się pani. Jestem dżentelmenem. A za jakiś czas będę nawet arystokratą.

– Nie o to mi chodziło. Myślałam, że jest pan prawdziwym dżentelmenem – godnym szacunku, troskliwym i honorowym.

– Ach, to. W takim razie rzeczywiście się pani pomyliła.

– Niewątpliwie. Wystarczy na pana spojrzeć.

Przy tych słowach jej wzrok nieświadomie powędrował ku jego szerokim ramionom. Potem skupił się na pogniecionej płóciennej koszuli. I na męskiej piersi, którą odsłaniał rozpięty kołnierzyk. Skóra była gładka, napięta, a pod nią rysowały się mięśnie i…

Koniec z gapieniem się.

– Proszę się tylko rozejrzeć. Kieliszki po winie na stoliku. W powietrzu zapach perfum. Jaki dżentelmen prowadzi rozmowy o pracę w tej… – Rozejrzała się, szukając odpowiedniego słowa. – W tej… jaskini uciech cielesnych?

– Jaskinia uciech cielesnych… – powtórzył z rozbawieniem. – Podoba mi się ta nazwa. Każę ją wygrawerować na tabliczce.

– To znaczy, że pan rozumie, o co chodzi. – Słowa płynęły bez zastanowienia, wartko jak strumień wina z butelki i nie sposób było ich zawrócić. Ani nawet znaleźć korka. – Byłam głupia, bo myślałam, że spotkam tu kogoś innego. Mężczyznę, który nigdy w życiu nie wypuściłby na ulicę kobiety w jednej pończosze. I na dobitkę twierdził, że to jest „bez znaczenia”. Pończochy mają znaczenie, panie Rey-naud. Podobnie jak kobiety, które je noszą.

Znużonym gestem wskazała czarną opaskę na jego ramieniu.

– I to wszystko dzieje się, kiedy jest pan w żałobie.

– Spokojnie, to akurat mogę wytłumaczyć.

– Proszę się nie fatygować. Moja nauka jest i tak wystarczająco okrutna. – Potrząsnęła głową. – I do tego jeszcze teleskop.

– Zaraz, chwileczkę. – Pochylił się ku niej. – Co ma do tego teleskop?

– To jest prawdziwy Dollond – poinformowała go sucho, wskazując instrument ręką. – Achromatyczna czterdziestkaszóstka z potrójnym obiektywem i przysłoną trzy i trzy czwarte cala. Drewniany, polerowany tubus, mosiężny okular. Sześćdziesięciokrotne powiększenie przedmiotów, maksymalne powiększenie ciał niebieskich do stu osiemdziesięciu razy. Większość ludzi może tylko marzyć o posiadaniu takiego skarbu, a pan pozwala mu się tu kurzyć. Od czegoś takiego…. od czegoś takiego może pęknąć serce.

Tak jest. Serce.

W sumie mogła winić tylko samą siebie. Wszystko na to wskazywało. Jego okropny gust w doborze książek. Ten uroczy uśmiech, w którym kryły się obietnice, jakich żaden mężczyzna nie jest w stanie dotrzymać. I te oczy… Była w nich jakaś potężna magia, od której mieszało się w głowie kobietom. A on chodził z tymi oczami po świecie i wpadał na młode kobiety w księgarniach, zamiast zdobyć się na odrobinę przyzwoitości i przysłonić je choćby rondem kapelusza.

Jedyna pociecha, że natychmiast po jej wyjściu ten lowelas zapomni na zawsze o całej rozmowie. Tak samo jak o poprzedniej.

– Dziękuję, panie Reynaud. Potrzebowałam takiej lekcji prawdziwego życia. – Westchnęła ciężko i spojrzała na ścianę. – Poroża. Serio?

Zapadło milczenie. Po dłuższej chwili cicho gwizdnął przez zęby.

Wstała i sięgnęła po torbę.

– Proszę mnie nie odprowadzać.

– Nic z tego, nie puszczę pani. – Wstał. – Panno Mountbatten, to było genialne.

– Słucham?

– Po prostu fantastyczne. Z wielką chęcią panią zatrudnię.

Chyba źle go oceniła. Wcale nie był Donżuanem z Księgarni, tylko Szaleńcem z Księgarni.

Potem podszedł i zrobił coś jeszcze dziwniejszego. Zajrzał jej w oczy, uśmiechnął się tak, że na jego policzku pojawił się zabójczy dołeczek i powiedział słowa, o jakich – głupia – marzyła przez ten cały, długi czas:

– Jest pani wszystkim, czego szukałem. Za nic nie pozwolę pani odejść.

Och.

Och, Boże…

– Chodźmy więc. Moje podopieczne będą zachwycone swoją nową guwernantką.

2

Guwernantką?

Alexandrze odebrało mowę.

– Zaprowadzę panią na górę. – Z typowo samczą pewnością siebie wyjął jej torbę z zaciśniętych rąk. Ich dłonie spotkały się ze sobą i ten przelotny, ciepły dotyk kompletnie ją oszołomił. Reynaud ruszył w kierunku drugich drzwi. – Tędy, proszę.

Poruszyła odrętwiałymi ramionami, by powróciło do nich życie, i ruszyła za nim. Nie mogła inaczej. Zabrał przecież jej torbę, w której miała chronometr i zeszyt z adresami klientów i terminami wizyt. Jej życie było w jego rękach. Dosłownie.

– Panie Reynaud, ja..

– Nazywają się Rosamund i Daisy. Starsza ma dziesięć lat, młodsza siedem. To siostry.

– Chwileczkę, panie Reynaud. Czy moglibyśmy…

Poprowadził ją przez kuchnię, a potem w górę, schodami na pierwsze piętro, potem korytarzem o ścianach pokrytych tapetami ze szmaragdowego jedwabiu w paski. Pod stopami poczuła sprężystą miękkość dywanu. Dzięki swojej pracy bywała w wielu wspaniałych londyńskich rezydencjach, ale ich luksus nie przestawał jej zachwycać.

Reynaud poprowadził ją na górę głównymi schodami, biorąc po dwa stopnie naraz.

– Mają na nazwisko Fairfax, ale podejrzewam, że jest przybrane. Są nieślubnymi dziećmi jakiegoś mojego dalekiego kuzyna, który uznał, że opieka nad nimi powinna przypaść księciu.

Alexandra z trudem dotrzymywała mu kroku, gdy wspinali się na kolejne piętra, nie przerywała więc jego przemowy.

– Jesienią wyślę je do szkoły – dodał ze znużeniem. – Oczywiście, jeśli zdołam przekupić jakąś dobrą pensję dla panien, żeby je tam przyjęli.

W końcu dotarli do szczytu schodów. Alex złapała go za rękaw.

– Panie Reynaud, obawiam się, że zaszło nieporozumienie. I to poważne.

– Skądże znowu. Świetnie się oboje rozumiemy. Ma pani rację, jestem marną namiastką dżentelmena. Ale nie jestem głupi. Bura, którą od pani dostałem na dole, była genialna. Dziewczynki potrzebują twardej ręki. Dyscypliny. A ja jestem ostatnią osobą, która nauczy ich manier. Za to pani, panno Mountbatten… Jest pani idealną osobą do tej pracy. – Wskazał gestem pokoje na końcu korytarza. – Naturalnie, będzie pani miała własną sypialnię. Pokój dziecinny jest tutaj.

– Chwileczkę.

– Jesteśmy na miejscu. – Otworzył szeroko drzwi.

Umysł Alexandry odmówił przyjęcia do wiadomości sceny, która rozgrywała się w pokoju. Po obu stronach łóżka stały dwie lnianowłose dziewczynki. Łóżko było piękne – ogromne, z malowanymi na złoto słupkami, koronkowym baldachimem w kolorze lawendy i zasłonami tej samej barwy, związanymi różowym sznurem. Takie łoże było marzeniem każdej dziewczynki. Tylko że w pościeli wydarzył się jakiś horror. Białe płótno było obficie splamione czerwienią.

– Przyszliście za późno. – Młodsza dziewczynka odwróciła się do nich. Jej twarzyczka był przerażająco poważna. – Właśnie umarła.

– Do jasnej cholery. – Reynaud westchnął ciężko. – Znowu?

Chase nie wierzył własnym uszom.

Dwa razy w ciągu jednego poranka. To się robi nie do wytrzymania.

Odłożył torbę panny Mountbatten, podszedł do łóżka i przesunął palcem po splamionym prześcieradle. Sądząc z wyglądu, galaretka z czerwonych porzeczek.

– Krwawa biegunka – wyjaśniła Rosamund.

Jasne. Chase zacisnął zęby.

– Od tej pory koniec z galaretkami. Wszystkimi, słyszycie? Żadnych kompotów, konfitur, dżemów i innych przetworów.

– Żadnych galaretek? – spytała smętnie Daisy. – Czemuż to?

– Bo nie zamierzam wygłaszać mowy pogrzebowej dla kolejnej ofiary trądu, z której ran sączy się marmolada! Oto dlaczego. Aha, do tego koniec z purée z groszku. Dyspepsja Millicent do reszty zniszczyła dywan w salonie.

– Ale…

– Żadnego ale. – Wymierzył palec w smętne żałobnice. – Bo zamknę was na klucz w tym pokoju i będę wam dawał tylko suche skórki od chleba.

– Co za średniowiecze – wypaliła Rosamund.

– Przepraszam, ale muszę już iść. – Przerwał im cichy głos panny Mountbatten, która wciąż stała w progu.

A teraz właśnie sięgnęła po swoją torbę i zniknęła w korytarzu.

Niech to szlag.

Podszedł do mapy i wbił znacznik w pierwsze lepsze puste miejsce.

– Możecie już zacząć się pakować.

– W Laponii nie ma pensji dla panien – zauważyła Rosamund.

– Sfinansuję budowę – odpalił, kierując się ku drzwiom. – Mam nadzieję, że lubicie śledzie.

Potem pobiegł za swoją najnowszą – i miejmy nadzieję, że wciąż chętną do pracy – guwernantką.

– Niech pani poczeka. – Biegł po trzy stopnie, a potem przeskoczył przez poręcz, żeby dogonić ją na następnym półpiętrze. – Panno Mountbatten, niech pani zaczeka. – Złapał ją za ramię i przyciągnął.

Stali tuż obok siebie na tych schodach. Ona niska, on wysoki. Sięgała mu głową do mostka. W ten sposób nie dało się rozmawiać, to byłoby komiczne. Puścił ją i zszedł dwa stopnie niżej, żeby móc zaglądać jej w oczy.

Zmierzyła go takim spojrzeniem, że o mało nie poleciał w dół. Jak na taką drobną kobietkę, miała w sobie niezwykłą siłę. Delikatny nosek, oliwkowa cera i węzeł czarnych jak noc włosów. I ciemne, przepastne oczy, których spojrzenie poruszyło nim do głębi. Do tego stopnia, że potrzebował kilku chwil, by dojść do siebie.

– Millicent to lalka Daisy. Mała wykańcza ją przynajmniej raz dziennie, ale… – Psiakrew, pobrudził jej rękaw na czerwono. A ona pewnie nie ma pojęcia, co to za substancja. – To nie było to, o czym pani myśli. To tylko dżem z czerwonej porzeczki. – Pokazał jej swój ubrudzony słodką mazią palec. – Niech pani sama spróbuje.

Zamrugała rzęsami.

– Czy ja dobrze słyszę? Chce pan, żebym oblizała pana palec?

Wytarł rękę o koszulę. Do diabła, wszystko szło nie tak. Jeśli bała się o swoją cnotę, to pewnie ją dodatkowo wystraszył. Każda rozsądna, młoda kobieta poważnie by się zastanawiała, czy przyjąć posadę w domu znanego skandalisty – nawet gdyby jego podopieczne były prawdziwymi aniołeczkami. A podopieczne Chase’a były niepoprawnymi diablicami, chorobliwie zafascynowanymi śmiercią.

Owszem, ta posada miała sporo zalet. Z jednym wyjątkiem.

– Dobrze pani zapłacę – obiecał. – Astronomiczną sumę.

– Zaszła pomyłka. Przyszłam oferować swoje usługi jako zegarmistrzyni. Nie jestem guwernantką. Nie mam ani odpowiedniego wyszkolenia, ani doświadczenia. Poza tym guwernantki zwykle pochodzą z dobrych rodzin, prawda? Tego warunku również nie spełniam.

– Nie obchodzi mnie, czy pani pochodzi z dobrej rodziny, czy ze złej albo kompletnie zwariowanej. Jest pani wykształcona, dobrze wychowana i… z krwi i kości.

– Jestem pewna, że znajdzie pan inną kandydatkę na tę posadę.

– Owszem, znalazłem. A potem straciłem. Potem znowu znalazłem, straciłem i tak w kółko. Czasem parę razy dziennie.

Nie przedstawiasz tej pracy w zachęcającym świetle, Reynaud.

– Ale pani nie jest taka jak inne kandydatki – dodał pośpiesznie. – Pani jest zupełnie inna.

Naprawdę była inna.

Oto kobieta, która przed chwilą dała mu burę, nie zważając na jego godność. Uważała, że jest niewychowanym, tępym ladaco. Smętną namiastką szlachcica, która na darmo maskuje się świetnie skrojonymi ubraniami. W związku z tym panna Mountbatten nie chciała mieć z nim nic wspólnego. I słusznie.

Natomiast Chase koniecznie chciał być blisko niej.

Pożądanie, jakie w nim wzbierało, nie było fizycznej natury. A raczej nie tylko fizycznej. Była ładna, a on cenił sobie bezpośrednie kobiety, które wiedziały, czego chcą. Ale chodziło mu o coś więcej niż sama atrakcyjność. Chciał zrobić na niej wrażenie, zdobyć jej akceptację.

Sprawiła, że chciał być lepszy. A to potrafią tylko najlepsze guwernantki, nieprawdaż? Koniecznie musiał ją zatrudnić.

– Tylko do końca lata – kusił. – Zapłacę pani roczną pensję za kilka miesięcy pracy.

– Przykro mi. – Minęła go i ruszyła w dół po schodach.

– Dwuletnią. Albo trzyletnią.

– Panie Reynaud…

Chase zatrzymał ją przy drzwiach.

– Powiedzmy to sobie wprost. Te dziewczynki pani potrzebują.

Poczekał, aż na niego spojrzy a potem sięgnął do swego arsenału perswazji.

Przełknął ślinę, co sugerowało męską walkę z zalewającymi go emocjami.

Spojrzał głęboko w jej oczy.

Potem zwierzył jej się gardłowym szeptem:

– Panno Mountbatten. – Och do diabła, czemu by nie pójść na całość? – Alexandro. Ja też cię potrzebuję.

Tak jest. Te słowa działały na każdą kobietę.

Z jednym wyjątkiem.

– Nie sądzę – odparła i przez jej twarz przemknął grymas ironii. – Zaraz pan o mnie zapomni.

A potem zrobiła coś, o czym Chase mógł tylko pomarzyć. Otworzyła drzwi, wymknęła się na ulicę i odeszła, nie oglądając się za siebie.

3

W dwie godziny później stała na nabrzeżu w Billingsgate.

I trzęsła się ze strachu.

Był słoneczny, czerwcowy poranek, ale ona szła jak we mgle. Miała w głowie taki zamęt po wyjściu od pana Reynauda, że dwa razy skręciła w niewłaściwą ulicę, pomyliła doskonale znaną trasę na Most Londyński i spóźniła się na odchodzący w południe dyliżans do Greenwich.

Najrozsądniej byłoby popłynąć promem w dół rzeki. Tylko że na sam widok łódki przeszywał ją dreszcz od stóp do głów.

Nie dam rady. Po prostu nie dam rady.

Tylko czy miała jakiś wybór?

Jeśli zaryzykuje i poczeka na następny dyliżans, most będzie już okropnie zatłoczony wozami i powozami. Nie zdąży przed zmrokiem do domu.

Mogłaby zrezygnować z tej podróży. Tyle że gwarantowała wszystkim klientom cotygodniowe kalibrowanie swojego chronometru w Greenwich. Płacili za to, że ich zegary wskazują dokładny czas, i nie mogła ich zawieść

Zrób to w końcu, skarciła się w duchu. Już najwyższy czas się z tym uporać, mięczaku jeden. Wychowałaś się na statku, czy nie? Twoją kołyską była handlowa fregata.

Fakt. I o mało co nie stała się jej trumną.

Mniejsza o to. Przeżyła i teraz, dziesięć lat później, stała sobie bezpiecznie na nabrzeżu Tamizy. Zapewne przeżyje też krótki rejs promem do Greenwich.

Na pewno się uda.

Przewoźnik układał pakunki i pomagał pasażerom przy wsiadaniu, ale ona trzymała się z tyłu, czekając do ostatniej chwili.

– Wsiada panienka czy nie?

– Wsiadam. – Wspierając się na jego ramieniu, wsiadła na pokład i przycupnęła między dwiema starszymi kobietami, kurczowo ściskając swoją torbę.

Kiedy pomagier zrzucił cumy z pachołków na nabrzeżu, postanowiła pomyśleć o czymś innym. Teraz, kiedy wiedziała już, że nie warto marzyć o Chasie Reynaudzie, spore zasoby jej umysłu znowu stanęły do dyspozycji. Mogła się zająć czymś innym. Na przykład wymienić wszystkie konstelacje sąsiadujące z Wielką Niedźwiedzicą.

Cholera. Za łatwe. Wyrecytowała całą listę w jednej chwili: Smok, Żyrafa, Ryś, Mały Lew, Warkocz Bereniki, Psy Gończe, Wolarz – i w tym momencie jej koncentracja nagle się rozwiała. Kiedy pierwsze wiosło dotknęło wody, wszystkie myśli się rozpierzchły.

Zacisnęła dłonie w pięści i wbiła paznokcie w skórę, żeby ból odwrócił jej uwagę od tego, co się działo. Bez powodzenia. Czuła tylko kołysanie wody pod kilem. To przerażające uczucie swobodnego unoszenia się na powierzchni, dryfowania bez kontroli.

Nie. Nie zniesie tego dłużej.

Wstała gwałtownie i przepchnęła się do burty. Jeszcze nie oddalili się od nabrzeża. Dzieliła ich od niego prawie stopa.

– Proszę zaczekać – powiedziała do sternika. – Coś sobie właśnie przypomniałam. Muszę wysiąść.

– Za późno, panienko. Może pani przeprawić się za chwilę z powrotem. – Przesunął się, żeby odepchnąć łódź wiosłem od nabrzeża.

– Bardzo pana proszę – błagała łamiącym się głosem. – To pilna sprawa. Koniecznie muszę wysiąść. Ja…

– Siadaj, kobieto – warknął i zaparł się wiosłem o nabrzeże, by się od niego odsunąć.

Alex wpadła w dziką panikę. Wspięła się na reling, balansując na palcach. Pasażerowie zaczęli krzyczeć ze strachu, bo prom niebezpiecznie się przechylił. Sternik złapał ją za skraj sukni, chcąc ją ściągnąć z powrotem na pokład, ale przeraził ją tym jeszcze bardziej.

Szybko oceniła odległość między promem a nabrzeżem. Nie była duża, ale można ją było pokonać tylko skacząc.

I to niezwłocznie.

Dała więc porządnego susa.

Doskonale wyliczyła odległość. I gdyby nie pośliznęła się na skraju pomostu, pewnie wylądowałaby tam, gdzie chciała. Zamiast tego wylądowała z pluskiem w wodzie. Nieświadomie otworzyła usta i napiła się paskudnej wody z Tamizy.

Kiedy się wynurzyła, jeden z portowych robotników złapał ją za ramię, wyciągnął i pomógł stanąć na nogi.

Bezpieczna na pomoście, rozkaszlała się na dobre. Nogi się pod nią ugięły z ulgi.

Dopiero wtedy zorientowała się, że czegoś jej brak. Torby. Z chronometrem. Pewnie zsunęła jej się z ramienia i zatonęła w głębinach.

A wraz z nią jej narzędzie pracy.

Z jej piersi wyrwało się łkanie, jak kropla wody z tkaniny, którą ktoś wyżyma.

Nienasycona woda znowu jej coś zabrała. Była prawdziwym przekleństwem jej życia, jak wieloryb Jonasza. Odbierała jej wszystko, co kochała, ale ją samą wypluwała na brzeg, raz za razem, coraz bardziej samotną i zagubioną.

Cóż, trzeba będzie wziąć się w garść i jeszcze raz zacząć wszystko od nowa.

– No i co? Jak ci się podoba? – Chase rozłożył ramiona i odwrócił się powoli, prezentując swój niedokończony gabinet. – Robię z tego pokoju męski azyl.

Barrow przyglądał się pobojowisku, w które zmienił się pokój gospodyni domu.

– Gdzie są rzeczy pani Greeley?

– Przeniosłem ją do sypialni na drugim piętrze. O wiele lepsze warunki mieszkalne.

– Czy mogę zapytać o przyczyny tych zmian?

Chase nalał im po szklaneczce brandy.

– Do momentu, kiedy Rosamund i Daisy wyjadą do szkół, potrzebuję schronienia.

– Dorosły mężczyzna chowa się przed dwiema dziewczynkami. Trochę śmieszne, prawda?

– Daj spokój, ja się nie znam na dzieciach. Nie ma sensu, żebym się tego uczył. Nie zamierzam płodzić własnych potworków. Nawet gdybym chciał się ożenić, nie znajdę odpowiedniej żony, bo ty już zagarnąłeś najlepszą kobietę w Anglii.

– To prawda.

John Barrow senior był prawnikiem ojca Chase’a i wszyscy oczekiwali, że Chase i John junior będą współpracować w podobny sposób. Powód był powszechnie znany, choć nikt nie mówił o nim głośno: chłopcy byli przyrodnimi braćmi. Ojciec Chase’a zrobił dziecko córce sąsiada – szlachcica, a jego lojalny prawnik zgodził się z nią ożenić i wychować chłopca jak własnego syna.

Tak więc Chase i John dorastali razem, mieli tych samych nauczycieli, wzdychali do tych samych dziewcząt, sprzeczali się o konie i o swoje wybranki. Pomimo różnic w pozycji społecznej, serdecznie przyjaźnili się podczas nauki szkolnej i później, w dorosłym życiu. Chase uważał to za wyjątkowe szczęście. Tym bardziej że teraz, mając tytuł książęcy w perspektywie, potrzebował zaufanego przyjaciela do pomocy w zarządzaniu majątkiem.

– Jak tam mój chrześniak? – spytał Chase. – Skoro wspomnieliśmy o małych potworach.

– Charles niestety bierze przykład ze swego imiennika.

– Aha. Podbija serca wszystkich pań w okolicy.

– Leni się i czeka, aż ktoś zrobi wszystko za niego.

– Może nie zauważyłeś, ale ciężko pracowałem podczas twojej nieobecności – odparł Chase z urazą. – Rozejrzyj się i zobacz, ile zrobiłem. Ten barek to moje dzieło. Co ty na to? Trzeba go tylko polakierować. A jeśli ci mało, to uprzejmie informuję, że w zeszłym tygodniu przebiłem się przez księgi bankowe z ostatniej dekady, doprowadziłem do siedmiu orgazmów i rozmawiałem o pracy z pięcioma guwernantkami. I, uprzedzając pytanie, żadna z guwernantek nie miała nic wspólnego z tymi orgazmami, choć trzeba przyznać, że paru z nich pewnie by się przydały.

– Pięć kandydatek, a ty nie zatrudniłeś żadnej z nich?

– Zatrudniłem wszystkie, co do jednej. Żadna nie wytrwała dłużej niż dwa dni. Szczerze mówiąc, ostatnia nawet nie przeszła przez próg pokoju dziecinnego. Szkoda. Wiązałem z nią pewne nadzieje. Była inna niż wszystkie.

Jak dotąd, Chase musiał nakłaniać kobiety, żeby wreszcie od niego odeszły. A teraz żałował, że nie udało mu się zatrzymać Alexandry Mountbatten.

Barrow przyjrzał mu się spod oka.

– Zaskoczyłeś mnie.

– Czym?

– Westchnąłeś.

– To wcale nie jest zaskakujące. Przynajmniej ostatnio.

– To było inne westchnienie. Ani znużone, ani zirytowane. Takie, jakbyś czegoś żałował.

Chase odpowiedział podobnym spojrzeniem.

– Nigdy w życiu niczego nie żałowałem. Niczego ani nikogo. – Obciągnął kamizelkę. – A teraz, za pozwoleniem, umówiłem się na dzisiejszy wieczór. Londyńskie kobiety same się nie zadowolą, myślę, że to rozumiesz. To znaczy, w sumie mogłyby. Ale przeważnie są tak uprzejme, że pozwalają mi się tym zająć.

– Kim ona jest? Tym razem?

– Naprawdę cię to obchodzi?

– Nie wiem. A ciebie? – Barrow zmierzył go ostrym spojrzeniem. – Kiedyś będziesz musiał dać sobie z tym spokój.

Chase się zjeżył.

– Jesteś prawnikiem, nie sędzią. Oszczędź mi morałów. Nie składam kobietom żadnych próżnych obietnic.

Właściwie w ogóle im niczego nie obiecywał. Jego kochanki doskonale wiedziały, że mogą od niego dostać tylko jedno – rozkosz – i nic poza tym. Żadnych uczuć, romansów, miłostek.

A już na pewno nie ślub.

Wojna, choroby i popełniony przez niego, niewybaczalny błąd doprowadziły do tego, że Chase w ciągu niespełna trzech lat z czwartego z kolei kandydata do książęcego tytułu stał się jedynym spadkobiercą. Mało kto spodziewał się takiego obrotu rzeczy i mało kto sobie tego życzył, włączając w to samego Chase’a. Ale było oczywiste, że kiedy pęknie cienka nić łącząca jego wuja z życiem, Chase zostanie księciem Belvoir, przyjmując pełną odpowiedzialność za majątki, inwestycje i dzierżawców.

Był tylko jeden obowiązek, którego nie zdecydował się przyjąć.

Nie zamierzał spłodzić dziedzica.

Tytuł księcia Belvoir należał się prawnie Anthony’emu, a Chase nie zamierzał uzurpować dziedzictwa swego kuzyna. On był spróchniałą, pokrzywioną gałęzią rodowego drzewa i chciał ją usunąć, kiedy nadejdzie czas. Obciąć ją raz na zawsze. Niech to będzie jego pokutą.

A ponieważ nie czekało go ani małżeństwo, ani życie rodzinne, to mógł sobie chyba pozwolić na trochę kradzionych rozkoszy? Na odrobinę bliskości. Na słowa szeptane do ucha, na gorąco kobiecego ciała przy swoim. Na zapach, smak i miękkość w chwili rozkoszy.

Na kilka błogosławionych godzin, kiedy mógł zapomnieć o wszystkim.

– Który z nich będzie lepiej wyglądać nad barkiem? – Podniósł dwa obrazy. – Tancerka z wachlarzem, czy kąpiące się nimfy? Mają śliczne, gołe tyłeczki, ale to bezczelne spojrzenie tancerki chyba bardziej przykuwa uwagę.

Barrow pominął pytanie milczeniem.

– Skoro nie udało ci się znaleźć guwernantki, a raczej zatrzymać jej na dobre, to kto zajmuje się dziewczynkami?

– Jedna z pokojówek. Zdaje się, że Hattie.

Ledwie zdążył to powiedzieć, na klatce schodowej rozległy się krzyki i donośny tupot.

W drzwiach stanęła Hattie, rozczochrana i w podartym fartuchu.

– Panie Reynaud, przykro mi, ale muszę zrezygnować z pracy u pana.

Przerwał jej.

– Wystarczy. Dostaniesz odprawę, a rano będzie na ciebie czekał list z referencjami.

Wybiegła, bełkocąc podziękowania.

Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, Chase opadł na fotel i ukrył twarz w dłoniach. Właśnie diabli wzięli jego plany na wieczór.

– To było westchnienie rozpaczy. Nie wmówisz mi – skomentował Barrow.

Ktoś zadzwonił do frontowych drzwi.

– Sam otworzę. – Chase wstał i ruszył do wejścia. – Nie jestem pewny, czy zostali mi jeszcze jacyś służący.

Otworzył drzwi i stanął twarzą w twarz z panną Alexandrą Mountbatten. Przemoczoną do suchej nitki, z włosami ociekającymi wodą.

Starał się nie patrzeć niżej, ale i tak mu się nie udało. Powiedział sobie, że robi to z troski o jej zdrowie. Naprawdę. Chciał się tylko zatroszczyć o jej dobro. O to szczególne dobro, którym były jej piersi.

Owszem, zobaczył sutki. I co z tego? Każdego dnia sporo czasu schodziło mu na myśleniu o kobiecych sutkach. Te znalazły się po prostu dość blisko i były zmarznięte. Ukryte pod staniczkiem i twarde jak klejnoty. Czerwone jak rubiny. A może jak różowe topazy? Albo blade ametysty? Nie. Przy takiej karnacji najpewniej przypominały polerowane bursztyny o głębokiej barwie.

Zaszczękała zębami, więc przeniósł uwagę na jej postać. Boże wielki, miała rację, naprawdę był okropny. Albo jeszcze gorszy.

Zagryzła zębami niebieską z zimna dolną wargę.

– Czy ta posada jest jeszcze do wzięcia?

Nie zawahał się ani na chwilę.

– Proszę podać cenę.

– Dziesięć funtów tygodniowo. I sto, kiedy pójdą do szkoły.

– Pięć tygodniowo – odparował. – I dwieście, kiedy pójdą do szkoły.

– Jeszce jedno. – Spojrzała mu w oczy spod wilgotnych rzęs. – Chcę móc korzystać z pana teleskopu. Tego na dole w pańskiej…

Skrzyżował ramiona i oparł się o drzwi.

– Jaskini uciech cielesnych?

– Właśnie.

Chase pomyślał, że i tak zatrudnia ją za kosmiczne pieniądze. Poza tym teleskop nie był mu do niczego potrzebny.

– Oczywiście.

Pociągnęła nosem.

– Stawię się do pracy jutro rano.

Ujął ją za ramię, gdy odwróciła się, by odejść.

– Dobry Boże, niech pani przynajmniej wejdzie i trochę się ogrzeje.

Sam cię ogrzeję…

Przegonił tę swawolną myśl jak rozbrykanego szczeniaka. Była teraz jego pracownicą, więc koniec z takimi pomysłami. Nawet on miał dość przyzwoitości, by tego od siebie wymagać.

– Dziękuję, ale nie. Muszę spakować rzeczy.

Odeszła, zostawiając na posadzce mokre ślady. Chase rozejrzał się w poszukiwaniu parasolki, ale nic nie znalazł. Płaszcza też nie było co szukać. Nie w połowie czerwca.

Zaklął, wyskoczył na dwór z pustymi rękami i pobiegł jej śladem.

– Panno Mountbatten!

Zatrzymała się i odwróciła ku niemu.

– Słucham?

– Nie może pani tak iść.

Ściągnął z ramion surdut.

– Nie mogę tego przyjąć.

– Owszem, może pani.

Zarzucił jej surdut na ramiona i owinął ją ciasno połami. Była taka drobniutka, że sięgały jej prawie do kolan. Wyglądała na poły zabawnie, na poły żałośnie.

– Ale…

Obciągnął klapy surduta, zbliżając je do siebie.

– Dobrze, dobrze. Wiem, że lubi pani rządzić. I bardzo dobrze, bo jest pani guwernantką. A ja jestem pani szefem, choć dopiero od dwóch minut. I ponieważ pani płacę, oczekuję, że będzie się mnie pani słuchać. – Zapinając guziki, mówił dalej. – Zważywszy, jak pośpiesznie zrezygnowała pani dziś rano z mojej oferty, musiało się zdarzyć coś poważnego, skoro zmieniła pani zdanie. Gdybym był porządnym człowiekiem, zapytałbym o przyczynę i zrobił z tym porządek. Ale ponieważ jestem samolubnym łajdakiem, zamierzam bezpardonowo wykorzystać sytuację.

Doskonale. Pozapinał wreszcie te guziki. Odsunął się, żeby się jej przyjrzeć. Wyglądała jak pasztecik z mięsem.

W dodatku mokry.

Mokry, speszony pasztecik z mięsem. A na nim, nie wiedzieć czemu, pasma gładkich, hebanowych włosów. Gdyby wsunął w nie palce, pewnie byłyby jedwabiste w dotyku.

Dość tego. Trzeba wziąć się w garść.

– Potrzebuję guwernantki, ale nie byle jakiej, panno Mountbatten. Potrzebuję pani i nikogo innego. Dlatego nie pozwolę pani wrócić do domu bez płaszcza, bo jeszcze złapie pani grypę.

– Ale wcale nie…

– Nalegam. Zdecydowanie.

Zamrugała.

– Niech i tak będzie.

W końcu go posłuchała. Ruszyła przed siebie i po chwili zniknęła za rogiem.

Po powrocie do domu Chase zorientował się, że coś mu tu nie pasuje. Panna Mountbatten przyszła przemoknięta do nitki, a on przed chwilą wyszedł z nią na dwór i wrócił kompletnie suchy.

Spojrzał w niebo. Dziwne. Żadnych gęstych chmur, tylko pomarańczowe smugi na wieczornym niebie.

Wcale nie padało.

Szczerze mówiąc, jeśli się dobrze zastanowić, od rana nie spadła ani kropla deszczu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ich gwiazdy Powiedz „tak” markizowi Romantyczny książę Miłosne szyfry Póki starczy nam książąt Dama o północy. Tom 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy