Wezwanie do zemsty

Wezwanie do zemsty

Autorzy: David Weber Timothy Zahn Thomas Pope

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.25 zł

Trzeci tom „Kronik Manticore”, serii Davida Webera i Timothy’ego Zahna, osadzonej w realiach świata Honor Harrington. Jeśli chcecie wiedzieć, co się działo przed erą słynnej bohaterki, sięgnijcie po tę książkę!

Royal Manticoran Navy przeżywa poważny kryzys po ataku najemników na królestwo. Nie wiadomo, kto stał za próbą najazdu i co chciał osiągnąć, na dodatek różne frakcje w parlamencie i rządzie starają się zdyskredytować marynarkę wojenną i osłabić ją dla własnych zysków politycznych.

Oficerowie, tacy jak Travis Long i Lisa Donnelly, na których spoczywa ostateczny ciężar ochrony Gwiezdnego Królestwa Manticore, muszą zmierzyć się ze wszystkimi tymi przeciwnościami. Staje się to szczególnie trudne, gdy dochodzi do tragedii, która dotyka panujący ród Wintonów. Teraz wszystko zależy od wewnętrznej równowagi sił i rozsądku tych, którzy mogą jeszcze coś zdziałać.

Gwiezdne Królestwo Manticore nie może czuć się bezpieczne i wszyscy powinni wyciągnąć z tego wnioski, aby pokazać intruzom ich miejsce.

David Weber, literacki fenomen XXI wieku, bestsellerowy autor militarnej SF i popularnych na całym świecie cykli „Honor Harrington”, „Starfire” i „Schronienie”. Trzydzieści tytułów Webera trafiło na listę bestsellerów „New York Timesa”, a łączny nakład jego książek przekroczył już 8 milionów egzemplarzy.

Timothy Zahn, laureat nagrody Hugo, autor kilkudziesięciu powieści SF, m.in. ze świata Gwiezdnych wojen (trylogia Thrawna i dylogia „Ręka Thrawna”), cykli „Kobra”, „Zdobywcy”, „Wyzwolenie”. Napisał kilka opowiadań ze świata Honor Harrington.

Thomas Pope jest współtwórcą House of Steel i gry Saganami Island Tactical Simulation.

David Weber

Timothy Zahn, Thomas Pope

HONOR HARRINGTON

Wezwanie do zemsty

Przełożył Radosław Kot

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: A Call to Vengeance

Copyright © 2015 by Words of Weber, Inc., Timothy Zahn and Thomas Pope

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Agnieszka Horzowska

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński

Ilustracja na okładce: © Dave Seeley

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Wezwanie do zemsty, wyd. I, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-986-8

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

KSIĘGA DRUGA

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Rozdział XXVIII

Rozdział XXIX

Rozdział XXX

Rozdział XXXI

Rozdział XXXII

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIV

Rozdział XXXV

Rozdział XXXVI

EPILOG

Cykl Honor Harrington

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

KSIĘGA PIERWSZA

1543 PD

Rozdział I

Hiszpańska inkwizycja nie była pierwszą spośród politycznych i religijnych instytucji w historii Ziemi, które uprawiały polowania na czarownice, nie była też ostatnią ani najbardziej krwawą z nich, ale z jakiegoś powodu pamięć o jej potwornych praktykach przetrwała aż do czasu Diaspory i nie wygasła nawet setki lat później.

Porucznik Travis Uriah Long, jeszcze niedawno członek załogi krążownika HMS Casey, nie miał pojęcia, dlaczego tak się stało. Może za sprawą nazwy, która wpadała w ucho i oddziaływała na wyobraźnię, może wiązało się to z powiedzeniem ukutym przez pewnego starożytnego filozofa, iż „nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji”. Jakkolwiek było, Travis wiedział coś o tamtym ponurym rozdziale ludzkiej historii i zawsze się zastanawiał, jak się czuli ludzie stający przed równie bezlitosnymi prześladowcami.

I chyba właśnie się dowiedział.

– …co uroczyście przysięgam – podpowiedział mu urzędnik sądowy.

– Co uroczyście przysięgam – powtórzył Travis.

Urzędnik kiwnął energicznie głową.

– Niech żyje król – dodał nieco głośniej.

– Niech żyje król – powtórzył Travis i to samo uczynili wszyscy siedzący naprzeciwko niego w sali przesłuchań.

Bez wątpienia musieli wyczuć ponurą ironię tej chwili.

Niech żyje król…

Siedzący pośrodku długiego, zaokrąglonego stołu premier Davis Harper, diuk Burgundy, odchrząknął znacząco.

– Zebraliśmy się dzisiaj, aby zbadać przebieg wydarzeń z trzydziestego trzeciego dnia dwunastego miesiąca bieżącego roku, wydane wówczas rozkazy i podjęte w tamtych chwilach decyzje, które doprowadziły do utraty korwety Jego Królewskiej Mości Hercules… – zawiesił na chwilę głos… – i tym samym do śmierci księcia Korony Richarda Wintona. Czy rozumie pan powagę chwili, poruczniku Long?

– Tak, wasza wysokość – odparł Travis. Nikt nie oczekuje hiszpańskiej inkwizycji, pomyślał.

Może i nie, ale i tak zdarza się ją czasem spotkać, nie ma na to rady.

I nieważne było, że w tej samej bitwie Royal Manticoran Navy straciła jeszcze cztery inne jednostki z całymi załogami. Nie liczyło się, że sześć innych doznało uszkodzeń, z czego niektóre miały rannych i zabitych na pokładzie. Bitwa o Manticore była aż nadto dramatyczna i dostarczyła wielu powodów do smutku i żałoby.

Niemniej większość poległych nie była szerzej znana i opłakiwano ich niejako prywatnie, w domach rodzinnych, w kręgach przyjaciół. Co innego Richard, który był postacią publiczną. Wszyscy go kojarzyli, stał się wręcz symbolem walki i poświęcenia Royal Manticoran Navy i tym samym dochodzenie w sprawie jego śmierci przyćmiło wszystkie inne.

Gwiezdne Królestwo żyło ostatnio tylko tym. Było to szczególnie dostrzegalne w parlamencie, przy czym dla członków Komisji do spraw Marynarki Wojennej sprawa urosła do rangi obsesji.

Travis nie miał wątpliwości, że przynajmniej połowa tego grona dążyła do uznania dowódcy, komodora Rudolpha Heissmana, bezpośrednio winnym śmierci następcy tronu.

Było to wysoce osobliwe i całkiem bez sensu. Strata czasu. Komisja dochodzeniowa RMN oczyściła już Heissmana ze wszystkich zarzutów. Ostatnie przesłuchania w tej sprawie zakończyły się tydzień temu. To, co działo się tutaj, było wyłącznie politycznym przedstawieniem.

Travis nie cierpiał podobnych szopek.

Burgundy wygłosił tymczasem zwyczajowe powitanie i równie zwyczajowo podziękował Travisowi za wierność w służbie Korony, po czym podkreślił, jak wielką wagę mogą mieć jego zeznania. Porucznik słuchał go tylko jednym uchem, przesuwając spojrzeniem po twarzach osób siedzących po drugiej stronie stołu. Zastanawiał się, kto z tego grona może się okazać szczególnie groźny.

Kanclerz skarbu Anderson L’Estrange, earl Breakwater, wyraźnie pragnął krwi. Nie tyle dlatego, żeby miał coś przeciwko komodorowi Heissmanowi, którego najpewniej w ogóle nie znał, ale dlatego, że wszystko, co pogarszało reputację Royal Manticoran Navy, stawiało podległy mu Manticoran Patrol and Rescue Service w lepszym świetle. Jego formacja patrolowa i ratunkowa odegrała w trakcie bitwy marginalną rolę, co wynikało głównie z faktu, że tylko dwie jej jednostki znajdowały się akurat wystarczająco blisko. Niemniej ich udział został szeroko nagłośniony.

Breakwater zebrał pochwały, ale nadal było mu za mało. Zamierzał wykorzystać sytuację do pognębienia przeciwników politycznych.

Najważniejszym z nich był minister obrony James Mantegna, earl Dapplelake, któremu z oczywistych powodów zależało na czymś dokładnie przeciwnym. Marynarka wojenna poniosła w trakcie tej bitwy duże straty i Dapplelake nie zamierzał pozwolić, aby skromny potencjał stoczniowy Manticore został w tej sytuacji zawłaszczony przez MPARS.

Rywalizowali ze sobą już od dawna, co najmniej od czternastu lat (a zapewne dłużej, ale Travis nie wiedział za bardzo, jak wyglądało to przed jego wstąpieniem do RMN), i to praktycznie na każdym polu. Większość pozostałych członków komisji też zajmowała się polityką nie od dzisiaj i podobnie mieli swoje powody, aby wspierać jedną czy drugą stronę. Sekretarz bioinżynierii Lisa Tufele, baronessa Coldwater, i nadzorca przemysłu stoczniowego John Garner, baron Low Delhi, trzymali zwykle z ministrem obrony. Low Delhi przez przyjaźń ich rodzin, Coldwater przez świadomość, że zwiększenie budżetu marynarki wojennej oznaczało zwykle przypływ funduszy także i dla jej działu. Minister sprawiedliwości Deborah Scannabecchi, księżna New Bern, i Carolynne Jhomper, dyrektor konsorcjum zajmującego się działalnością wydobywczą w pasie asteroidów, wolały sprzyjać Breakwaterowi. Scannabecchi za sprawą głębokiej wiary w równowagę prawną i przekonanie, że marynarka wojenna zbytnio ją naruszała, Jhomper zaś uważała, że im więcej jednostek patrolowych i ratowniczych znajdzie się w pasie kopalnianym, tym lepiej. Sekretarz do spraw przemysłu Julian Mulholland, baron Harwich, i minister spraw zagranicznych Susan Tarleton nie trzymali z żadną ze stron. Harwich przez prosty fakt, że dla niego każda inwestycja w stocznie była zjawiskiem pozytywnym, Tarleton zaś świetnie wiedziała, iż jej stanowisko jest w dużej mierze honorowe i tak naprawdę mało kto liczy się z jej zdaniem.

Co do samego premiera, który przewodniczył komisji, należało oczekiwać, iż postara się zachować neutralność. Z drugiej strony był jednak mocno zaprzyjaźniony z królem Edwardem, co bez wątpienia mogło wpływać na jego ocenę sytuacji.

W jaki jednak sposób, to niezbyt dawało się przewidzieć. Sam król unikał publicznych wypowiedzi na temat śmierci syna. Ogłosił to oficjalnie, ale bez komentarzy, oceniających czy innych. Co mówił prywatnie, mogło obecnie wiedzieć tylko kilka osób.

– Zacznijmy od początku, poruczniku – powiedział Burgundy. – Gdzie znajdował się pan w chwili, gdy stało się oczywiste, że zagrożenie, na które reagujecie, to w istocie próba inwazji?

– To nie była jakaś konkretna chwila, ekscelencjo, do tej wiedzy dochodziliśmy stopniowo – odparł Travis. – Ale odpowiadając na pańskie pytanie, przez cały ten czas znajdowałem się na mostku Caseya.

– Rozumiem – stwierdził Burgundy i Travis dostrzegł błysk aprobaty w oku premiera. Wiele może się wydawać oczywiste po walce, ale w jej trakcie rzadko ma się naprawdę klarowny obraz. Komisja mogła mieć problemy z pojęciem tego prostego faktu. – Gdy już stało się oczywiste czy też co najmniej wysoce prawdopodobne, że to inwazja, jaka była reakcja komodora Heissmana?

– Najbardziej interesuje nas, jak doszło do przypisania konkretnych pozycji jednostkom zespołu Janus – wtrącił się Breakwater. – Dlaczego to Gorgon został skierowany do tyłu, na pozycję przekaźnikową, a nie Hercules, jednostka księcia?

Przez chwilę Travis miał ochotę podpuścić Breakwatera w nadziei, że otrzymawszy dość liny, sam się na niej powiesi, ale zdołał się opanować. Kanclerz był mistrzem manipulacji i w razie konfliktu pożarłby porucznika na surowo. Najlepiej było więc trzymać się prawdy.

– Hercules był korwetą, Gorgon zaś niszczycielem – powiedział. – Tym samym posiadał uzbrojenie rufowe, konkretnie działko automatyczne, którego korweta była pozbawiona. Ponieważ jeszcze przed odwrotem i rozpoczęciem deceleracji znajdował się najdalej od przeciwnika, zwiększało to jego szanse na przetrwanie pierwszej salwy i przekazanie kompletu danych zespołowi Aegis. Dlatego właśnie komodor Heissman zdecydował się pozostawić jednostkę na pozycji przekaźnikowej.

– Doprawdy – mruknął Breakwater z udawanym zdumieniem. – Sądziłbym, że to raczej Casey, mający na rufie nie tylko działko, ale i laser, mógł w największym stopniu liczyć na przetrwanie. Dlaczego więc komodor Heissman nie przesunął własnego okrętu na tę pozycję? – Rozejrzał się po obecnych, jakby oczekiwał ich aprobaty. – Wcześniej na ten przykład przejmując następcę tronu na swój pokład?

Dapplelake nie wytrzymał.

– Taki transfer wymaga od całego zespołu wyłączenia napędów na czas przejścia szalupy między jednostkami. Nie mieli na to czasu. Strata godziny mogła spowodować…

– Co? – przerwał mu Breakwater. – Komodor Heissman stracił trzy czwarte swoich sił. Trzystu pięćdziesięciu ludzi. W tym następcę tronu.

Travis wyprostował się na krześle. Tego było już za wiele.

– Za pozwoleniem, wasza lordowska mość – odezwał się, gdy Dapplelake otwierał usta do riposty.

Breakwater odwrócił się do niego i przez sekundę Travis miał wrażenie, że mu przyłoży za to, że ośmielił się przerwać im tę prywatną wymianę zdań. Musiał jednak przypomnieć sobie, gdzie jest i co tu robi, gdyż jego oblicze błyskawicznie się rozpogodziło.

– Oczywiście, poruczniku – odezwał się. – Co chciał pan powiedzieć?

– Chciałem wyjaśnić, jakie były podstawy decyzji komodora Heissmana. Przede wszystkim, jak wspomniał już earl Dapplelake, przeniesienie księcia Richarda na pokład Caseya oznaczałoby godzinną zwłokę, przy czym większość tego czasu musielibyśmy wisieć w próżni z wyłączonymi ekranami. Naszym zadaniem w tamtej chwili było utrzymanie się jak najdłużej pomiędzy przeciwnikiem a Manticore. Przy krótszej deceleracji ten czas zostałby jeszcze bardziej ograniczony i mielibyśmy mniejsze szanse na zadanie strat przeciwnikowi.

– Właśnie – mruknął Dapplelake i premier znowu jakby gotów był się z nim zgodzić.

– Jeszcze bardziej istotne były taktyczne uwarunkowania – kontynuował Travis. – Casey dysponował antyrakietami, Gorgon, Hercules i Gemini zaś miały tylko działka. Przesunięcie Caseya na tyły formacji oznaczałoby, że jego antyrakiety nie mogłyby zostać użyte do ochrony pozostałych jednostek.

Wstrzymał oddech, oczekując, że Breakwater lub ktoś z jego popleczników zaprzeczy tym słowom. W teorii miał rację, ale w praktyce takie działania osłonowe stosowano bardzo rzadko, chyba że chodziło o krążownik liniowy albo inną, szczególnie wartościową jednostkę. W sytuacji, gdy to Casey był największym okrętem skromnego zespołu, sam mógł najbardziej potrzebować własnych antyrakiet.

Nikt się jednak nie odezwał. Większość nie miała zapewne pojęcia o podobnych subtelnościach taktyki i przyjęła słowa Travisa na wiarę. Dapplelake, który na pewno wiedział, jak to działa, nie miał żadnego powodu, aby podejmować dyskusję.

– Sugeruje pan zatem, że komodor Heissman skupił całą swoją uwagę na bliskiej bitwie – zauważył po chwili Breakwater. – I że osoba księcia Korony nie liczyła się w jego planie.

– W każdej walce bierze się pod uwagę życie wszystkich oficerów i marynarzy na pokładzie, wasza lordowska mość – odparł Travis. – Jednak ważniejsze jest wówczas Królestwo Manticore i jego mieszkańcy. Wszyscy ślubowaliśmy poświęcić własne życie w jego obronie, gdy zajdzie taka potrzeba. – Spojrzał na Breakwatera. – To samo robi każdy wkładający mundur. Książę nie był wyjątkiem.

Nie oczekiwał oklasków, ale sarkastyczna reakcja rozmówcy i tak go zaskoczyła.

– Tak, jestem pewien, że książę Richard powiedziałby to samo, gdyby był tutaj z nami – stwierdził Burgundy. – Tyle że go tu nie ma. Ja zaś odnoszę wrażenie, że komodor Heissman został raczej zaskoczony pojawieniem się tego drugiego zespołu przeciwnika. Tych dwóch niszczycieli, którymi zajęły się ostatecznie korwety Aries i Taurus. Z sił Emparsu, nie marynarki.

Travis zacisnął zęby. To nie całkiem tak wyglądało.

– Te jednostki zbliżyły się z wyłączonymi ekranami – stwierdził oschłym tonem. – W takiej sytuacji sensory dają odczyty dopiero z niewielkiego dystansu.

– A jednak komodor Heissman wiedział o ich obecności – rzucił Breakwater. – Czy nie powinien zachowywać większej czujności?

– Nasza uwaga była już skoncentrowana na głównym zespole atakujących.

– To nie można wówczas podzielić uwagi na dwa zagrożenia?

– Nie w samej uwadze problem, ale w sile ognia – powiedział Travis. – Szliśmy już w kierunku głównego zespołu przeciwnika i nagły zwrot przeciwko zespołowi, który pojawił się na flance, wystawiłby nas na ostrzał dotychczasowego przeciwnika. – Zawahał się lekko. – Prawdę mówiąc, wasza lordowska mość, komodor Heissman nie oczekiwał zapewne, że ktokolwiek z nas przeżyje to starcie. W tamtej chwili dążył do zadania przeciwnikowi jak największych strat i przekazania jak najpełniejszego zestawu danych zespołowi Aegis.

Breakwater aż parsknął.

– Zatem oficerowie RMN wyruszają teraz do walki, oczekując śmierci?

– Czasem nie ma wyboru – odparł Travis, czując wzbierającą złość. – Zwłaszcza wówczas, gdy nasze jednostki nie są wystarczająco wyposażone i nie mają pełnych załóg. Gdy niektórzy zdecydowanie nie doceniają ich znaczenia.

Siedzący za stołem wyraźnie się ożywili i Travis skrzywił się w duchu. Zapewne posunął się za daleko.

– Przepraszam szanownych zebranych – powiedział. – Nie chciałem nikogo urazić.

– Ale jednak pan to zrobił – zarzucił mu Breakwater. – Może powinniśmy dać sobie chwilę oddechu, zanim przejdziemy do następnych kwestii. – Spojrzał na premiera. – Za pańskim pozwoleniem oczywiście.

– Chyba możemy odłożyć ciąg dalszy rozmowy z porucznikiem Travisem do jutra – powiedział Burgundy. – Jutro o dziewiątej, poruczniku. Jest pan wolny.

– Tak, ekscelencjo – odparł Travis. Zbeształ się w duchu, że jednak go poniosło, i wstał z krzesła.

– Jeśli można, jeszcze jedno pytanie – odezwał się nagle Breakwater. – Ten pomysł na zniszczenie krążownika liniowego przeciwnika. To było bystre. Kto dokładnie to zaproponował?

Travis poczuł chłód na karku. Breakwater świetnie wiedział, czyj to był pomysł.

– Ja, wasza lordowska mość.

– Nie komodor Heissman? – drążył Breakwater. – I nie komandor Belokas czy oficer taktyczny Woodburn? Właśnie pan?

– Tak, milordzie.

– Rozumiem. – Breakwater przechylił głowę. – Dziękuję, poruczniku. Może pan odejść.

Półtorej minuty później Travis podążał szerokim korytarzem w kierunku parkingu dla gości i zastanawiał się, o co mogło chodzić z tym ostatnim pytaniem.

Chyba nazbyt go to pochłonęło, ponieważ w pierwszej chwili w ogóle nie usłyszał, że ktoś go woła.

– Cały świat masz w poważaniu czy tylko mnie?

Travis drgnął zaskoczony.

– W żadnym razie – wymamrotał z zakłopotaniem. – Ja tylko…

– Już dobrze – powiedziała komandor porucznik Lisa Donnelly z szerokim uśmiechem, który jednoznacznie dawał do zrozumienia, że wcale nie poczuła się urażona. – I tak dobrze, że zachowałeś po tym wszystkim poczucie kierunku. – Spojrzała w korytarz za jego plecami. – Niech zgadnę: kanclerz Breakwater praktykował swoje zwykłe sztuczki?

– Ta… ma’am – odparł Travis, przypominając sobie właściwy ton. Wprawdzie już cztery lata temu zostali dobrymi przyjaciółmi i dogadywał się z nią jak z nikim przedtem, była jednak starsza stopniem i publicznie należało o tym pamiętać. Nawet gdy i ona czuła się chyba całkiem swobodnie w jego towarzystwie. – I nie ma żadnych wątpliwości, że postawił na swoim.

– Żadnych?

– No, prawie. Rzecz w tym, że nie wiem, co dokładnie rozgrywał.

– Aha. – Lisa rozejrzała się i wskazała na niszę z boku korytarza, gdzie dojrzała stolik z kilkoma krzesłami. – Usiądźmy. Powiesz mi, jak to wyglądało. Jeśli masz czas.

– Tak, ma’am, bez problemu – odpowiedział Travis. Zdążył się już uspokoić. Ostatni raz miał okazję rozmawiać z Lisą kilka tygodni temu i nawet godzinka w jej towarzystwie wydawała mu się bardzo atrakcyjną perspektywą. – Oczekują mnie dopiero jutro.

– Dobrze. – Ponownie zerknęła wkoło. – I wiesz, jeśli nie będziemy gadać za głośno, to chyba nic się nie stanie, jeżeli darujesz sobie to „ma’am”.

Travis aż się zaczerwienił. Lisa rzadko miewała mu za złe ścisłe trzymanie się regulaminu, ale gdy już jej się to zdarzało, czyniła to nad wyraz jednoznacznie.

– Tak, ma… To znaczy… tego… dobra.

– Zatem masz się zjawić dopiero jutro – powtórzyła z zamyśleniem. – To sugeruje, że Breakwater dostał to, na co liczył. W porządku, może uda nam się odtworzyć, co kombinuje. W jakiej chwili wyglądał na najbardziej zadowolonego?

– Chyba przy ostatnim pytaniu, które zadał, gdy już miałem wychodzić – odparł Travis, gdy usiedli. – A wcześniej przy napomknieniu, jak to dwa jego patrolowce wyeliminowały jeden z niszczycieli Tamerlane’a.

– Nie pozwoli, abyśmy o tym zapomnieli – zgodziła się Lisa. – Zwłaszcza że Cazenestro kazał wszystkim jednostkom Emparsu trzymać się z dala od walki. Gdyby Hardasty i Kostava go posłuchali, sprawy przybrałyby o wiele gorszy dla nas obrót. – Spojrzała gdzieś ponad ramieniem Travisa. – O wilku mowa. Townsend? – zawołała i pomachała ręką. – Chodź do nas!

Travis obrócił się zaskoczony. Tak, to był pochodzący ze Sphinksa i wielki niczym drwal podoficer Charles Townsend. Dla kumpli Chrup.

Dawno temu byli przyjaciółmi, ale potem… wszystko się popsuło.

Chrup był jednak na tyle rozsądny, aby nie okazywać wprost niechęci do oficera. Uśmiechnął się do Lisy, podszedł i tak samo serdecznie powitał Travisa. Po czym stanął na baczność i zasalutował.

– Komandor Donnelly, poruczniku Long. Czy wolno mi spytać, jakąż to zbrodnię popełniliście, że ściągnięto was w owe progi chaosu i politycznych machinacji?

– Tak? A co ty możesz o tym wiedzieć? – spytała Lisa.

– Też mnie tu ostatnio przeczołgali, ma’am – odparł Townsend. – W sumie jestem tu od dwóch dni i zwolnią mnie pewnie dopiero po lunchu.

– To przynajmniej załapiesz się na bufet – stwierdziła Lisa. – I pewnie wezwali cię z tego samego powodu co nas.

– Czyli?

– Porucznik Long i ja próbujemy właśnie to ustalić. Przyłączysz się?

– Dziękuję, ma’am. Ale jak wspomniałem, mamy porę lunchu i może poszlibyśmy jednak coś przekąsić? Oczywiście ja stawiam.

– Hm – mruknęła niezdecydowanie Lisa. – Nie wiem. Oficerowie liniowi i Empars. Co sądzisz, Travis? Wolno nam przyjąć takie zaproszenie?

– Jeśli to coś pomoże, proszę potraktować to jako przeprosiny za publiczne zwrócenie się do pani po imieniu, ma’am.

– Że jak? – spytał niepewnie Travis.

– Nic takiego – uspokoiła go Lisa z rozbawioną miną. – To była Casca, a tamtejsi niezbyt przejmują się etykietą.

– Próbowałem wtedy wyjść cało z tarapatów, poruczniku – wyjaśnił Chrup, zwracając się do Travisa. – Co też chyba specjalnie ich nie obeszło.

– Ale jakoś nam się udało – powiedziała Lisa i wstała. – Dobrze, niech będzie. Do kafeterii?

– Albo do takiego jednego przybytku zaraz za rogiem, ma’am – zasugerował Chrup i spojrzał na Travisa. – To chyba przybytek we włoskim stylu. O ile pamiętam, to jest pan włoskiego pochodzenia, poruczniku.

– Tak – przytaknął czujnie Travis, próbując wyczuć, czy Townsend nadal ma do niego żal za złożenie raportu o nielegalnych poczynaniach z użyciem kompa. Ostatecznie to właśnie złamało karierę wojskową Chrupa.

Jeśli jednak tamten żywił wciąż jakieś animozje, to starannie je ukrywał. Wydawał się całkiem przyjaźnie nastawiony i w dobrym humorze. I wcale się nie wstydził, że przyszło mu nosić mundur służby patrolowej.

Z drugiej strony Travis nigdy nie był dobry w odczytywaniu cudzych emocji. Gdyby nawet Chrup planował wpakować mu nóż między żebra, też pewnie by się nie połapał.

– Travis?

Spojrzał na Lisę. Czekała na jego decyzję, jakby to jego przede wszystkim zaproszono, a nie ją.

Wyprostował się i zerknął na Chrupa. Jeśli tamtemu marzyła się jakaś zemsta, to lepiej będzie załatwić sprawę teraz.

– Brzmi dobrze – powiedział. – Prowadź.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wezwanie do zemsty Na znak tryumfu Misja Honor Fundamenty piekła drżą Bitwa o Torch Niczym potężna armia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha