Polska Piastów

Polska Piastów

Autorzy: Paweł Jasienica

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.16 zł

Pierwsza część znanego cyklu esejów historycznych Pawła Jasienicy to - według słów samego autora - "swobodne literackie opowiadanie" o dziejach Polski w okresie formowania się jej państwowości. Oglądamy tu losy kraju i narodu, który - rządzony przez przedstawicieli jednego rodu królewskiego - zdobywa sobie poczesne miejsce na mapie Europy. Jasienica wysuwa na plan pierwszy dzieje dynastii, sugestywnie ukazując zmagania, osiągnięcia i koleje życia piastowskich władców Polski.

Paweł Jasienica - Leon Lech Beynar, ps. Jasienica (ur. 10 listopada 1909 roku w Symbirsku, zm. 19 sierpnia 1970 roku w Warszawie) - polski pisarz historyczny, eseista i publicysta "Tygodnika Powszechnego". W czasie II wojny światowej oficer Armii Krajowej. W lipcu 1948 roku został aresztowany przez komunistyczny Urząd Bezpieczeństwa i wypuszczony na wolność dzięki interwencji Bolesława Piaseckiego. Wstąpił do Stowarzyszenia Pax, z ramienia którego w 1950 roku zarządzał stowarzyszeniem Caritas. Od grudnia 1959 roku jeden z wiceprezesów Związku Literatów Polskich. Był również współredaktorem "Tygodnika Powszechnego" oraz działaczem i ostatnim prezesem Klubu Krzywego Koła (1962).

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński

3 maja 2007 r. w uznaniu zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej

odznaczył pośmiertnie Pawła Jasienicę

Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski

W 2007 roku Paweł Jasienica

został laureatem – przyznanej po raz pierwszy pośmiertnie

– Nagrody Kustosz Pamięci Narodowej

ustanowionej przez Prezesa IPN

Copyright © Ewa Beynar Czeczott, 2007

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Ilustracja na okładce

© macrovector/iStockphoto.com

Indeks

Tadeusz Nowakowski

Redakcja

Maria Domańska

Korekta

Mariola Będkowska

ISBN 978-83-8169-535-0

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

PRZEDMOWA

Nie jest łatwo pisać przedmowę do książki ojca! Polska Piastów powstała między majem 1957 a lutym 1958 roku. Mieszkaliśmy wtedy we czworo: ojciec, mama, ciotka Stanisława (siostra mamy) i ja na ulicy Dąbrowskiego w Warszawie. W dwóch pokojach z kuchnią. Niby byłam świadkiem powstawania tej książki, ale szczegóły dawno wyleciały mi z głowy. Pamiętam tylko stukot maszyny do pisania od godziny 9 do 14, potem obiad i rozmowy rodziców o tym, co się udało napisać, z czym są kłopoty; do jakiej pójść biblioteki, aby posprawdzać szczegóły. Wreszcie zakończenie, oddanie dzieła do wydawnictwa Ossolineum i oczekiwanie na werdykt cenzury. W liście z 1960 roku z życzeniami wielkanocnymi do przyjaciół, państwa Jasieńskich, znajduję zdanie: „«Piastów» nareszcie cenzura puściła, może wyjdą na 3 maja. Teraz w robocie są «Jagiellonowie»”. „Piastowie” rzeczywiście ukazali się dwa lata po napisaniu, i to w nakładzie 17 800 egzemplarzy, a w roku następnym dodrukowano kolejne 30 000. Książka znikała z księgarń w ciągu paru dni, do czego niewątpliwie przyczyniały się recenzje poprawnych politycznie znawców historii, zarzucających autorowi „personalistyczne pojmowanie dziejów” i inne grzechy niezgodne z obowiązującą filozofią. A autor po prostu pisał tak, jak sam widział i odczuwał to, co się kiedyś na ziemiach polskich działo. O wielkich i małych ludziach tych czasów, o zwyczajach, twórcach, kronikarzach. Nie brakło refleksji nad przywarami i zaletami narodu. Tak podanej historii brak było na rynku w latach sześćdziesiątych. Dzieje Polski Jasienicy miały przeróżnych czytelników. Wiele osób mówi mi dziś, że historię przyswajało się właśnie z książek ojca. Zresztą oficjalnie obowiązujące szkolne podręczniki nie stanowiły specjalnej konkurencji. Jeśli chodzi natomiast o ukazujące się w prasie recenzje z książek Jasienicy, mogą one stanowić odrębne studium postaw ludzi w tamtych latach – szczególnie nagonka na autora, jaka rozpętała się po wydaniu „Jagiellonów”.

Ojciec miał zamiar relacjonować dzieje Polski mniej więcej do czasów, które mógł uczciwie opisać, umiejętnie poczynając sobie z cenzurą. Czasy późniejsze, kiedy budziła się w narodzie „socjalistyczna” świadomość, nie nadawały się do oficjalnego obiegu nawet dla takiego specjalisty od pisania między wierszami, jakim był ojciec. A podziemie wydawnicze jeszcze za jego życia nie istniało. Niestety, epoka rozbiorów oraz refleksje nad powstaniem styczniowym to ostatni okres dziejów, jaki został w jego dziełach zawarty.

Pomimo ogromnego zapotrzebowania na książki Jasienicy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pojawiały się znaczące przerwy między kolejnymi edycjami spowodowane „nagannym” zachowaniem autora. Jego działalność w Klubie Krzywego Koła, wypowiedzi podczas oficjalnych prelekcji, podpisanie słynnego Listu 34, a przede wszystkim wystąpienia w obronie represjonowanych studentów, protestujących przeciwko zakazowi wystawienia Dziadów w Teatrze Narodowym, oraz przeciwstawienie się antysemickiej nagonce w 1968 roku pociągnęły za sobą całkowity „zapis” urzędu cenzury nie tylko na książki, ale też na samo wymienianie w prasie czy radiu nazwiska Jasienicy.

Przy okazji ówczesny wódz narodu – I sekretarz PZPR Władysław Gomułka – odnosząc się do tych wydarzeń podczas przemówienia na zjeździe swojej partii, wytknął Jasienicy jego powojenną, rzekomo zbrodniczą, działalność w AK-owskim podziemiu. W ślad za tym ruszyła ostra kampania prasowa z serią niewybrednych artykułów, donoszących o szczegółach owej działalności. W wielu zakładach pracy odbyły się „spontaniczne” wiece, podczas których domagano się usunięcia Jasienicy i innych niepokornych pisarzy ze Związku Literatów Polskich. Oczywiście służba bezpieczeństwa w osobach różnych tajnych wywiadowców zadbała skutecznie o to, by każdy krok ojca i jego bliskich znajomych był znany, a każda rozmowa zanotowana. Ojciec dość ciężko przeżył nagonkę rozpętaną przez Gomułkę. O skali inwigilacji prawdopodobnie nie miał pojęcia, gdyż nielojalność ze strony osób niekiedy bardzo mu bliskich dotknęłaby go niewątpliwie mocniej niż słowa towarzysza „Wiesława”. Zmarł w 1970 roku, nie mając możliwości odpowiedzenia na czynione mu zarzuty, chociaż prawdziwą wersję swojej powojennej działalności rozesłał do wielu instytucji i redakcji z prośbą o upublicznienie. Wiele lat musiało upłynąć, zanim jego książki, na które zapotrzebowanie nie zmalało, zaczęły się znowu ukazywać, i to w znacznych nakładach.

Niestety i po 1989 roku na proces wydawniczy nadal padał cień służb bezpieczeństwa z epoki PRL, odbierając mi wyłączność na rozporządzanie spuścizną po moim ojcu. Z tym stanem rzeczy nie mogłam się pogodzić i byłam przekonana, że ojciec też takich układów by nie akceptował. Dopiero więc po uzyskaniu prawomocnego orzeczenia sądowego, zgodnie z którym tylko ja mam prawo podejmować decyzje dotyczące wydawania dzieł Pawła Jasienicy, zgodziłam się na opublikowanie jego dorobku w wydawnictwie Prószyński i S-ka.

WSTĘP

Polska Piastów, pierwsza z cyklu opowieści Pawła Jasienicy o dziejach Polski przedrozbiorowej, powstała niemal pół wieku temu i od razu stała się wydarzeniem wydawniczym. Takich książek od dawna w Polsce brakowało. Zbliżała się tysięczna rocznica chrztu Polski, wzrastało zainteresowanie jej przeszłością. Pojawiały się poważne prace naukowe historyków i archeologów, znane też były powieści historyczne. Nie było natomiast książek przedstawiających dzieje Polski w sposób przystępny, a zarazem zgodny z ustaleniami badaczy. Tę lukę wypełnił właśnie Paweł Jasienica.

Polska Piastów oparta została na solidnej wiedzy. Jej autor ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, znał prace licznych badaczy tej dziedziny nauki. Chcąc zaś ukazać czasy, których nie oświetlają przekazy pisane, wykorzystał też zdobycze badań archeologicznych. Wyniki badań archeologów stały się podstawowym materiałem przy omawianiu pradziejów Słowian oraz przedchrześcijańskich początków państwa polskiego.

Historia, zwłaszcza ta wcześniejsza, zmusza badaczy do stawiania licznych hipotez. Jest to konieczne, gdyż wiadomości przekazywane przez rozmaite nieliczne źródła są bardzo fragmentaryczne, nie oświetlają całego przebiegu dziejów. Również wykopaliska archeologiczne nie pozwalają wyjaśnić wszystkich problemów. Siłą rzeczy opisy dawnych epok zawierają więc wiele hipotez, te zaś, stawiane przez różnych historyków, niejednokrotnie różnią się między sobą. W tej sytuacji, zarówno badacz tworzący syntetyczny obraz dziejów, jak i pisarz, jakim był Jasienica, muszą dokonywać wyborów, z bogatego materiału dostarczonego przez naukę wybierają zatem te rozwiązania, które budują logiczny ciąg wydarzeń i wyjaśniają ich przyczyny. Książka Jasienicy w taki właśnie logiczny sposób przedstawia powstanie i rozwój państwa polskiego w średniowieczu.

Autor zakreślił szerokie ramy chronologiczne, ukazując, jak plemiona żyjące na ziemiach między Bugiem a Odrą zjednoczyły się i jak pod rządami pierwszych Piastów weszły do chrześcijańskiego świata Europy. Na dalszych stronach książki możemy śledzić losy państwa piastowskiego aż po świetne czasy Kazimierza Wielkiego. Dzieje Polski zostały tu opisane poprzez działania ludzi, przede wszystkim władców, potomków Mieszka I. To oni rządzili Polską, nadawali bieg jej historii. Gdy tylko, dzięki większemu bogactwu źródeł, stało się to już możliwe, na kartach Polski Piastów pojawiają się również wybitni przedstawiciele społeczeństwa, którzy przecież także wpływali na losy państwa. Tak ujęta historia jest atrakcyjna dla czytelników, atrakcyjna również dlatego, że Jasienica nie krył swych poglądów, sympatii czy antypatii. Jednych spośród opisywanych ludzi podziwiał, innych ostro krytykował. Do pozytywnych postaci jego książki należą więc dwaj pierwsi chrześcijańscy Piastowie, Mieszko I i Bolesław Chrobry, z wielkim uznaniem wypowiada się na temat Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego. Pod ich rządami Polska wzrastała, zyskiwała międzynarodowe znaczenie. O takich natomiast władcach, jak Władysław Herman czy zwłaszcza Bolesław Rogatka, wyraża się zdecydowanie nieprzychylnie. Czujemy, że ich nie lubił. Ale też ich nieudolne rządy czy też szkodliwe dla Polski decyzje powodują, że takie oceny są uzasadnione.

Opisując kolejne okresy dziejów Polski piastowskiej, autor zwraca baczną uwagę na dążenie poszczególnych władców do utrzymania lub – gdy wymagała tego sytuacja – do odzyskania pełnej suwerenności przez pozostające pod ich władzą państwo. Temu służyły wojny Bolesława Chrobrego z Niemcami, do suwerenności dążył i osiągnął ją Bolesław Śmiały. Nie wszyscy jednak władcy, którzy uznawali zwierzchność niemiecką, zostali za to przez autora skrytykowani. Tak więc doceniał wielkość Kazimierza Odnowiciela, który nie mógł sobie pozwolić na konflikty z Niemcami, gdyż jego zadaniem była odbudowa państwa po kryzysie lat trzydziestych XI wieku. Jasienica ukazał też Polskę w kręgu kultury zachodnioeuropejskiej; weszła w ten krąg wraz z przyjęciem chrztu i pozostaje w nim do dziś. Inną rzeczą, którą podkreśla, był patriotyzm średniowiecznych Polaków – dostrzegł go już we wczesnych okresach historii, i to nawet wśród chłopów.

Jasienica skoncentrował się na historii politycznej, nie znajdziemy więc w jego książce omówienia rozwoju gospodarczego i przekształceń społecznych, jakie następowały w ciągu niemal pięciuset lat opisywanych dziejów. Oceniając przebieg wydarzeń z punktu widzenia działań politycznych, mógł uznać czasy rozbicia dzielnicowego za szczególnie mroczny okres historii państwa Piastów. Istotnie w XIII wieku doszło do załamania sił Polski i strat terytorialnych. Należy jednak dodać, że w tym trudnym okresie przeprowadzone zostały jedne z najbardziej radykalnych reform gospodarczych, które ukształtowały Polskę na wiele stuleci. Dały one podstawy odrodzenia królestwa za Łokietka i umożliwiły zajęcie ważnej pozycji na arenie międzynarodowej za Kazimierza Wielkiego.

Można oczywiście nie zgadzać się z wieloma twierdzeniami Pawła Jasienicy. Nie podzielam na przykład jego krytycznej oceny wieku XIII, nie zawsze też uważam za trafne charakterystyki poszczególnych postaci. Tak więc nie sądzę, by Władysław Herman był złym władcą, nie cenię tak, jak Jasienica, Przemysła II wielkopolskiego, który w 1295 roku koronował się na króla Polski. Jednak jest to moje zdanie. Jasienica, jak każdy historyk, mógł mieć własne, nie wszystkie problemy można też jednoznacznie wyjaśnić.

Trzeba jednak wspomnieć o zmianie poglądów naukowych, jaka nastąpiła w wyniku postępu badań i nowych odkryć archeologicznych w ostatnim ćwierćwieczu, czyli długo po śmierci autora Polski Piastów.

Zgodnie z poglądami z połowy XX wieku Słowianie żyli na naszych ziemiach od bardzo dawnych czasów. Archeolodzy, językoznawcy, a wraz z nimi także historycy dowodzili, że Słowianie stanowili ludność autochtoniczną na tych terenach. Tak też tę sprawę przedstawił Jasienica. Dlatego uważał odkryty w Biskupinie gród sprzed ponad dwóch i pół tysięcy lat za dzieło naszych przodków. Dzisiaj badacze nie są już tacy pewni, skąd się wzięli Słowianie; od lat toczy się dyskusja, kiedy pojawili się na ziemiach obecnej Polski, i problem ten do tej pory nie został rozwiązany. Wiadomo tylko na pewno, że mieszkali tu już w V wieku po Chrystusie.

Jasienica ukazał też w Polsce Piastów stopniowy rozwój form ustrojowych, który w końcu doprowadził do powstania państwa polskiego. Uczeni w jego czasach uważali, że kształtowało się ono w sposób ewolucyjny. Małe plemiona, w jakie zorganizowali się pierwotni Słowianie, w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia po Chrystusie zaczęły się łączyć w większe struktury, a jedna z nich, pod wodzą Polan, utworzyła państwo polskie. Dla udowodnienia tej koncepcji wskazywano na stopniowy rozwój osadnictwa i stopniową budowę grodów. Sądzono na przykład, że w Gnieźnie pierwsze obwarowania istniejącej tam w VII wieku osady powstały w VIII, a może nawet pod koniec VII wieku; wraz z upływem czasu obwarowania grodu stawały się coraz większe, w końcu przekształcono je w potężne wały obronne odkryte przez archeologów. Podobny rozwój dostrzegano w Poznaniu i innych ważnych grodach.

Tymczasem w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, w wyniku zastosowania nowych metod badawczych, doszło do całkowitej zmiany tego obrazu. Dziś wiemy, że potężny gród w Gnieźnie powstał około 940 roku – i to w miejscu, gdzie przedtem nie było żadnych obwarowań ani osadnictwa; zapewne istniało tam wcześniej pogańskie sanktuarium. Również inne wielkie grody w Wielkopolsce powstawały w latach 920–970; przed nimi budowano tylko małe gródki plemienne. Wzniesienie w tak krótkim czasie wielu ogromnych grodów na ziemiach pomiędzy Gnieznem i Poznaniem wskazuje na przełom, jaki wtedy nastąpił. W pierwszej połowie X wieku musiało powstać tam państwo, możemy powiedzieć, że było to już państwo piastowskie. Zaskakujące, że nie widać śladów stopniowego jego budowania, nic nie wskazuje na to, że wcześniej istniało tam jakieś polańskie państwo wielkoplemienne.

Zmiana koncepcji na temat początków państwa polskiego nie zmienia jednak wymowy książki Jasienicy. Autor Polski Piastów kładł duży nacisk na rolę jednostki w historii, podkreślał zasługi, ale też i błędy książąt. Wyniki ostatnich badań archeologicznych zdają się potwierdzać taki pogląd, wskazując, że istotnie poprzednicy Mieszka I, którzy najprawdopodobniej byli jego przodkami, stworzyli to państwo.

Nowe odkrycia naukowe zmieniły nieco poglądy historyków. Niewątpliwie w przyszłości ulegną one dalszym ewolucjom, gdyż ludzi interesować będą wtedy inne problemy, być może pojawią się nieznane dziś jeszcze źródła. Mimo to wartość dzieła Pawła Jasienicy się nie zmieni. Jak w połowie XX wieku, tak i w przyszłości będzie on inspirować swoich czytelników, niejednego zachęcając do dalszego studiowania historii i do zastanowienia się nad dziejami Polski. Nie tylko tymi, o których pisał. Do zastanowienia się nawet nad losem Polski współczesnej.

Mojej żonie, Władysławie

POCZĄTKI PAŃSTWA POLSKIEGO

I

Od bardzo dawnych czasów postać naszego kraju zmieniała się już niewiele. Urocze wzgórza Mazur, Suwalszczyzny i Pomorza usypał i porzeźbił lodowiec, który grubym płaszczem spełzającym ze Skandynawii pokrywał ongi Polskę i jakieś dziesięć tysięcy lat temu cofnął się ostatecznie. Nieco – to znaczy około dwóch tysięcy zim – później Bałtyk, będący przez czas pewien ogromnym jeziorem śródlądowym o wodzie słodkiej, odzyskał połączenie z Atlantykiem i znowu stał się morzem.

Dawniej więcej było bagien, mokradeł i lasów, chociaż już tysiące lat temu człowiek zaczął uprawiać urodzajne pola dzisiejszej Wielkopolski i Kujaw, Małopolski, Śląska, Pomorza, Lubelszczyzny i ziemi sandomierskiej. Rzeki bardzo zmieniały koryta, wody rzeźbiły powierzchnię ziemi, żłobiąc wąwozy i jary. Wiecznie bura od piachu Wisła ukształtowała z niego całą, własną deltę. Południowe wybrzeże Bałtyku wznosiło się kiedyś wyżej i sięgało dalej na północ niż obecnie.

Przemiany te, pozornie uderzające, mało jednak znaczą w porównaniu z tamtymi wstrząsami w dziejach globu, które wydźwignęły Karpaty i Góry Świętokrzyskie.

Dla badaczy i miłośników przeszłości narodu najważniejsze są jednak inne zmiany na licu ziemi – zmiany drobne, gołym okiem niemal niedostrzegalne, lecz dziejące się ciągle. One właśnie zrodziły zjawisko, którego przez setki lat nie umiały rozwikłać najtęższe umysły ludzkie.

Sławny historyk polski Jan Długosz, piszący w wieku XV, na początku swojego dzieła umieścił krótki rozdział: „Dwie rzeczy osobliwe w Polsce”. Trzeba go przytoczyć w całości:

Dwie zaś rzeczy ma Polska cudowne i podziwienia godne, o których nie pojmuję, dlaczego milczy Solinus, opisujący bardzo starannie inne ciekawości świata, ile że są prawdziwe i zasługują na wzmiankę, jako dzieła twórczej potęgi przyrodzenia, nie pośledniejsze bynajmniej od tych, które rzeczony Solin wymienia. Naprzód, iż na polach wsi Nochowa, blisko miasteczka Szremu, w diecezji poznańskiej, tudzież we wsi Kozielsko, w obwodzie Pałuk, niedaleko miasteczka Łekna, rosną garnki wszelkiego rodzaju, same przez się, sztuką wyłączną przyrody i bez wszelkiej pomocy ludzkiej, kształtów rozmaitych, podobne do tych, jakie ludziom służą do domowego użycia; słabe wprawdzie i miękkie, dopóki spoczywają w ziemi i w swoich jamach rodzinnych, ale gdy z nich wydobyte, na wietrze albo słońcu stwardnieją, dosyć mocne. Są one rozmaitej postaci i objętości, niemal jakby sztuką garncarską wyrabiane; a co mi jeszcze dziwniejszym się wydaje, że płodność ich przyrodzona, jak uważano, nigdy się nie zmniejsza, chociaż ziemia nie była otwierana. Po wtóre, że w lasach, polach i borach miasteczka Potylicz tudzież wsi Hrabienie i Prośnie, w okolicy bełskiej, diecezji chełmskiej, drzewa sosnowe taką własność mają i przyrodę, że jeśli się z nich część jaką, np. gałąź lub prątek, utnie albo odłamie, bądź całe drzewo spuści, po kilku latach to, co było drzewem z życiem roślinnym, przybiera postać i własności krzemienia i jak krzemień rodzimy za uderzeniem ogień wydaje, zachowując objętość i kształt, w jakim było ucięte, przyrodę zaś głazu i krzemieńca.

Zostawmy przyrodnikom tajemnice chełmskich sosen, zajmijmy się za to ową niezwykłą właściwością gleb polskich, które oprócz pszenicy i żyta od niepamiętnych czasów „rodzą” także gliniane naczynia.

Co zima butwieją miliardy i miliardy szczątków roślinnych. Warstwa życiodajnej próchnicy pokrywającej pola rośnie w sposób niedostrzegalny, lecz niepowstrzymany i stały. Wiatry przynoszą pył, dna wód podnoszą się ciągle od mułu i obumarłych resztek ziela. We Wrocławiu podnóże wału wzniesionego blisko tysiąc lat temu pokrywa dziś Odra na chłopa głęboka. W Biskupinie skrawek ziemi, który był ongi wyspą, od dawna przyrósł do stałego lądu, a lustro jeziora podniosło się bardzo znacznie.

Grubiejący ciągle zewnętrzny płaszcz ziemi wchłania i kryje ślady prastarej działalności człowieka. Potrafią się w nim znakomicie przechować rzeczy znacznie bardziej wiotkie od wypalonych w ogniu i bądź co bądź twardych garnków.

Piszący te słowa przyglądał się kiedyś w Wielkopolsce, jak specjaliści badali jamę, która kilkaset lat temu służyła ludziom za wędzarnię ryb. Wykop poprowadzono tak, aby jego pionowa ściana przecięła ową jamę wzdłuż osi i ukazała cały jej przekrój. Podobny był do dużego i szerokiego worka, od dawna rzecz jasna szczelnie wypełnionego ziemią, znacznie ciemniejszą od otaczającej żółtawej gleby. Od brzegu do brzegu dawnej wędzarni – poziomo – w nieregularnych odstępach widniały delikatne, liczne i niemal czarne prążki – całkiem, jakby ją kto naumyślnie w poprzek pokreślił połyskującymi pasemkami. Były to ślady wielkich deszczów spadłych przed wiekami, gwałtownych ulew, po których w miejscach zaklęśniętych zostają kałuże, a potem warstewki wyschłego błota. Pył i kurz grubo pokryją taką czarną skorupkę, przechowają ją w łonie ziemi. Później zdarzy się inna wielka burza, w płytszej już jamie zostanie po niej znowu tafelka szkliwa i jeszcze... i jeszcze jedna... Aż kopiąc dół, człowiek przetnie je wszystkie i pokaże widok boczny.

„Ziemia gromadzi prochy” i strzec ich potrafi zadziwiająco wiernie.

Kto zwiedzał stare kościoły Krakowa, ten wie, że schody wejściowe wiodą w nich nie w górę, lecz w dół. Tak jest w kościele Mariackim, podobnie u Dominikanów, Franciszkanów, u św. Wojciecha i w tylu innych świątyniach całej Polski. Bo powierzchnie, na których je ongi budowano, znikły już dawno pod kolejno nakładającymi się na siebie słojami bruków, gruzów, zgliszcz, popiołów i nowo zakładanych podwalin. Podłoga kościoła stanowi więc jak gdyby wysepkę dawności, zapadłą w głąb gruntu i ogrodzoną zewnętrznymi murami. Lecz zdarza się często, że pod tą posadzką leżą przez wszystkich już zapomniane odziomki ścian i kolumn jeszcze bardziej sędziwych gmachów. Tak było zwłaszcza w Poznaniu.

Jeszcze dwieście lat temu powszechnie mniemano za Długoszem, że ziemia sama, „sztuką wyłączną przyrody”, rodzi gliniane garnki oraz inne dziwa. Dopiero współczesny Adamowi Mickiewiczowi Adam Czarnocki, używający pseudonimu Zoriana Dołęgi Chodakowskiego, pierwszy u nas jął się systematycznego, naukowego badania przechowywanych przez nią „prochów”.

Zabezpieczmy przypadkowe, dość częste odkrycia z ziemi, te różne małe posągi, obrazki, narzędzia kruszcowe, naczynia, garnki z popiołami – pisał. – Zliczmy i poznajmy wymiarem dokładnym wszystkie potężne mogiły... zdejmijmy plany położeń z miejsc zaleconych znakomitością starodawną dla objaśnienia starego sta1, nie dozwalając żadnemu uroczysku pójść w zapomnienie.

Zorian Dołęga Chodakowski był najpierwszym polskim archeologiem, czyli badaczem, który odtwarza historię, wieści o niej czerpiąc nie z pisanych dokumentów, roczników i kronik, lecz z rzeczy materialnych, z samych zabytków przeszłości.

Dzięki archeologii wiedza nasza sięgnęła w czasy zupełnie zamierzchłe. Odżyły w niej społeczeństwa wymarłe przed setkami stuleci, zapomniane i bezimienne. Nie dotarło do nas ani jedno ich słowo, nie zachowała się żadna wiadomość o jakiejkolwiek dziejowej postaci. Nazwy nadawane dziś tym prastarym plemionom są umowne, uczeni sami je tworzą, biorąc pod uwagę najbardziej charakterystyczne cechy znalezisk lub miejscowości, gdzie je wykryto.

Wiedza dostarczona nam przez archeologię jest ogromna i bezcenna, lecz jakby niema. Ukazuje wcale szczegółowe obrazy epok dawno minionych, zaznajamia z zasadniczymi liniami przemian, z zadziwiającą wyrazistością odsłania działanie samych motorów postępu. Dzięki archeologii na przykład możemy się przekonać, jak ogromną rolę dziejową odegrała zwykła motyka, jak bardzo podniosło się i udoskonaliło życie szczepów uprawiających rolę.

Jednakże nauka sięgająca w epoki, które jeszcze nie znały pisma, nie może dostarczyć nam wiadomości o poszczególnych ludziach i stwarzanych przez nich faktach. Głucho w niej o głównej sile dziejotwórczej – o żywej osobie człowieka.

Pomimo to archeologia, interesująca się zabytkami, mówi nam nie o nich tylko, lecz o historii ludzkości. Wprowadza nas w tajemnice jej dziejowego rozwoju, trwającego już kilkaset tysięcy lat.

1 Czyli dawnych wspólnot terytorialnych.

II

Można bardzo długo cofać się w przeszłość, poszukując najdawniejszych śladów człowieka. Prawdopodobnie już dwieście tysięcy lat przed Chrystusem, kiedy klimat u nas był ciepły, niczym dziś w okolicach podzwrotnikowych, pojawiły się na naszych ziemiach pierwsze istoty praludzkie.

Związek pomiędzy dobą dzisiejszą a bardzo dawnymi czasami tak już całkiem się nie zerwał, skoro faktem jest, że w młodszej epoce kamiennej (3000–1700 przed Chr.) hodowano u nas te same gatunki bydła domowego, które występują i dziś.

Przed czterdziestu pięciu wiekami przywędrowało na nasze ziemie plemię, które od charakterystycznych ozdób na jego glinianych garnkach zwiemy „ludem ceramiki wstęgowej”. Przyszło z południa. Tajemniczy szczep, który grzebał swych zmarłych w pozycji skurczonej – przed pochówkiem krępując zwłoki sznurem i układając je na boku – dokonał wielkiego dzieła historycznego: przyniósł ze sobą umiejętność uprawy roli – na razie tylko drewnianą lub kamienną motyką.

Rolnictwo bardzo potężnie, aż do gruntu, przeobraziło życie ludzi ówczesnych. Wzrosła gęstość zaludnienia. Wędrowne dotąd gromady łowców i pasterzy jęły się osiedlać, na stałe wiązać z ziemią i krajem. Niepostrzeżenie i z wolna zaczęły się odtąd wytwarzać warunki, z których wyłonić się miały pojęcia narodu i ojczyzny.

Jakieś cztery tysiące lat temu – czyli mniej więcej wtedy, kiedy biblijny Abraham wywędrował z miasta Ur – po obu brzegach Wisły żyło „plemię pucharów lejkowatych”. Nazwa pochodzi znowu od wyglądu glinianych garnków, które uczeni wykopali w wielu miejscach Polski. Były piękne, kształtne, o charakterystycznych gardłach rozszerzających się ku górze na kształt lejka. Lud ten zostawił nam po sobie nie lada jakie pamiątki.

W województwie kieleckim, w dolinie rzeki Kamiennej – koło wsi Krzemionki Opatowskie – znajdują się doskonale zachowane szczątki kopalni. Do dziś trwają rozległe podziemne komory i chodniki, z których ówcześni górnicy narzędziami z rogu wyłamywali najcenniejszy wtedy surowiec przemysłowy – krzemień. Jest on w tamtych stronach pięknie pręgowany. Zrobiona z niego siekierka była znamieniem zamożności i dostojeństwa właściciela, stanowiła towar poszukiwany w rozległym handlu.

Inne, bardziej na północ zamieszkałe grupy „pucharowców” pierwsze w dziejach zwróciły uwagę na bursztyn bałtycki, zaczęły go gromadzić i sprzedawać w dalekie strony. Tak zapoczątkowany został słynny w historii szlak bursztynowy, który w przyszłości miał wzbogacać mieszkańców ziem polskich. Jantar bowiem – zwany po łacinie genitum terrae – był bardzo ceniony i poszukiwany w najpotężniejszych państwach ówczesnego świata, nad Morzem Śródziemnym: w Grecji, Kartaginie i w samym Rzymie.

W rozmaitych miejscach – na przykład na Pomorzu i na Kujawach – dotąd przetrwały potężne mogiły „pucharowców”. Mają kształt ziemnych nasypów, długich nieraz na sto metrów i szerokich na dziesięć, a obstawionych dokoła ogromnymi głazami. Jak gromadzono te kamienie o wadze tysięcy kilogramów, kiedy nikt u nas nie znał wtedy wozu?

W takim olbrzymim grobie składano zwłoki jednego człowieka. A więc już cztery tysiące lat temu nie było równości między ludźmi. Uroczysty pogrzeb należał się tylko najpotężniejszym.

W grobach ówczesnych znajdują się niekiedy rzeczy, od których i dziś jeszcze wieje groza. Odnajdywano szkielety z połamanymi kośćmi, zmasakrowane, z kamieniami wtłoczonymi między szczęki – i obstawione wokół bogatymi darami. Zdarza się, że nad głównym, ułożonym na wznak nieboszczykiem jakby czuwają trzy siedzące kościotrupy – może niewolników czy sług, oddanych władcy na pośmiertną ofiarę. Ponure te zabiegi miały pewnie ułagodzić duszę zmarłego, za wszelką cenę uniemożliwić jej powrót ze świata cieni i nagabywanie żywych.

Takie były religijne wyobrażenia plemion, które potrafiły budować rozległe kopalnie i organizować dalekosiężny handel bursztynem!

Mniej więcej tysiąc siedemset lat przed Chrystusem kończy się dla naszych ziem młodsza epoka kamienna. Narzędzia zrobione z gładzonego krzemienia pomału wychodzą z użycia i ludzie zaczynają się posługiwać bronią i przedmiotami z brązu. Epoka jego trwa pełne tysiąclecie, do 700 roku p.n.e., kiedy przychodzi kolej na żelazo.

Pamiętajmy jednak, że rachunek odnosi się tylko do naszych ziem. W Syrii i w Azji Mniejszej odkryto żelazo już w XV wieku p.n.e. Kiedy u nas „wstęgowcy” przynieśli ze sobą pierwsze motyki – w takim Egipcie od dawna już stały sławne piramidy faraonów oraz Sfinks. W rozmaitych krajach historia rozwijała się bardzo niejednolicie. W Australii do dziś żyją plemiona używające tylko kamiennych narzędzi.

W epoce brązu zaczęły się wytwarzać formy życia mające już bezpośredni związek z najstarszymi dziejami Słowiańszczyzny.

Przodkowie jej żyli we wspólnocie z praszczurami ludów bałtyckich, czyli Litwinów i Łotyszy oraz wymarłych lub wymordowanych Prusów i Jadźwingów. W epoce brązu wśród szczepów zamieszkałych między Odrą a Dnieprem poczęła się wykształcać ich własna, zupełnie odrębna kultura.

W tych czasach do odległych wspomnień zaliczał się już okres tak zwanego matriarchatu, kiedy to najważniejszą osobą była matka rodu. Prasłowianie albo – mówiąc ostrożniej – ich praprzodkowie żyli w ustroju patriarchalnym, pod władzą ojców rodzin, łączących się na podstawie pokrewieństwa oraz gospodarki w rody. Te ostatnie mogły już wtedy jednoczyć się w plemiona, w razie potrzeby wybierające sobie przywódców.

Pomiędzy 1300 a 400 rokiem przed Chrystusem na ziemiach późniejszej Polski rozwinęła się i bogato rozkwitła kultura, zwana „łużycką” i uważana za sam świt dziejów Słowiańszczyzny. Nazwa stąd pochodzi, że pierwsze odkrycie jej zabytków nastąpiło na Łużycach. Ale kolebką tej kultury są ziemie Polski zachodniej. Wpływy jej sięgały daleko na zachód, południe i południowy wschód, także na Warmię i Mazury, nigdy jednak nie przekroczyły Niemna i Pregoły.

Kultury tej znikąd do nas nie przyniesiono, była wytworem rodzimym. W zupełnie naturalny sposób, w drodze stopniowego udoskonalania i rozwoju wyrosła z jeszcze dawniejszych prac, umiejętności i zwyczajów.

W całej Polsce wykryto wiele grodów „kultury łużyckiej”, będących ongi siedzibami rodów szczególnie zasobnych i potężnych. Najwspanialszym odkryciem naukowym jest jednak odnalezienie i zbadanie osiedla na półwyspie Jeziora Biskupińskiego w powiecie żnińskim, niedaleko na północ od Gniezna.

Gród tamtejszy zbudowano późno, w epoce żelaza, między 500 a 400 rokiem przed Chrystusem. Zaludniony był niedługo, bo zaledwie przez kilkadziesiąt lat. Mieszkańcy opuścili go nagle, porzucając nietknięte obwarowania i domy, a w nich liczne narzędzia, sprzęty i ozdoby. Nie odnaleziono w Biskupinie porąbanych szkieletów, które by świadczyły o stoczonej walce, nie wykryto śladów pożaru. Osada opustoszała z powodów, które na zawsze pewnie zostaną tajemnicą, a drewniane jej budowle z czasem zniszczały. Ich znakomicie zachowane szczątki odkopano w dwa i pół tysiąca lat później, po pierwszej wojnie światowej.

Teren, na którym wznosiło się osiedle, był wysepką na głębokim jeziorze. Budowniczowie połączyli ją z lądem za pomocą specjalnego pomostu. „Miasto” zbudowano od razu, według jednolicie opracowanego planu. Domy, obwarowania i moszczone dranicami ulice pochłonęły siedem tysięcy metrów sześciennych drewna, zrąbanego po okolicznych wzgórzach i dostarczonego na wyspę drogą wodną.

W około stu jednakowych obszernych domostwach krytych trzciną mieszkać musiało jakieś tysiąc ludzi. Był to lud rolników i pasterzy, dobrze znających też rzemiosło. Hodowano krowy, owce i świnie, prócz tego kozy, konie i psy. Parano się rybołówstwem i łowiectwem. Na polach, które uprawiali ludzie tutejsi, rosły cztery gatunki pszenicy, dwa jęczmienia, proso i len, na grzędach ogrodów mak, bób, soczewica i groch.

Niczego nie wiemy o fizycznym wyglądzie „łużyczan”. Lud ten daleko bowiem odszedł od pierwotnej dzikości, która kazała kaleczyć trupa lub wiązać go sznurem. (Ślady takiego właśnie obyczaju wykryto opodal półwyspu biskupińskiego, na lądzie stałym. Pochodziły z epoki „ceramiki wstęgowej”). Panowały już pojęcia o duszy opuszczającej po śmierci martwe ciało. Powszechny u Prasłowian obyczaj palenia zwłok na stosach sprawił, że nie mogły się do naszych czasów dochować szczątki ludzkie.

Dary składane do grobu wraz z urną zawierającą popioły zmarłego, były skromniejsze niż dawniej i przeważnie mieściły się w naczyniach, których kształty świadczą o bardzo wysokim poziomie sztuki garncarskiej.

Lud „kultury łużyckiej” otaczał czcią religijną słońce. Dowody tych obrządków, mające postać charakterystycznych krążków glinianych, znaleziono i na tym półwyspie, i w wielu innych miejscowościach Polski. W Biskupinie ptakiem świętym był łabędź.

Uczeni, którzy drobiazgowo zbadali prastare domy na półwyspie, zwrócili uwagę, że w dzisiejszym Biskupinie, odległym o półtora kilometra od półwyspu, stoi drewniana chałupa wzniesiona w taki sam sposób, zwany łątkowo-sumikowym. Obwarowania „łużyckiego” grodu składały się z ogromnych skrzyń drewnianych – izbic – ustawionych zwartym szeregiem i wypełnionych ziemią oraz kamieniami. Zupełnie takie same odkrywano w późniejszych o całe tysiąclecie ruinach twierdz piastowskich. – Związki „kultury łużyckiej” z prapolską, a nawet z polską, są więc niekiedy po prostu namacalne. Umysłowe i techniczne zdobycze dawnych budowniczych okazały się dziedzictwem cenionym przez dziesiątki pokoleń.

Bujne, ciekawe musiało być życie plemion ówczesnych, ich obyczaje i wzajemne stosunki. Niezbyt daleko od Biskupina, na półwyspie Jeziora Wolskiego, zalegają gruzy innego osiedla „łużyckiego”. Może były to grody żyjące ze sobą w ścisłym związku bliźniaczym, mieszkańcy jednego brali z drugiego żony i odwrotnie. Nieco ku północy, w Sobiejuchach, odkryto w roku 1955 resztki innej, trochę starszej i znacznie bardziej rozległej osady. Wśród jej rozwalin leżały pokaleczone szkielety, niewątpliwe dowody stoczonej walki. Mogło być i tak, że plemię wyparte stąd przez nieznanego wroga przeniosło się bardziej na południe i wzniosło sobie nowy gród, w dzisiejszym Biskupinie. Organizację musiało mieć sprawną, umiejętności niemałe, skoro potrafiło dokonać dzieła, które i teraz zdumiewa badaczy rozmachem w wykonaniu całości i pomysłowością szczegółów takich, jak najeżone zaostrzonymi palami falochrony, dodatkowo wzmagające obronność wysepki.

Dzieje tych ludzi poznawać możemy tylko w najogólniejszych zarysach, czerpiąc wiadomości z materialnych pamiątek wykopanych z ziemi. Życia ich nie obserwował bowiem nikt znający pismo. Dopiero w V wieku przed Chrystusem wielki historyk grecki Herodot, który odbył łodzią podróż w górę Bohu, zanotował pierwsze dane o Słowianach. Wspomniał mianowicie o tajemniczych Neurach, z których każdy raz do roku przemieniał się w wilka, a wszyscy razem przywędrowali na południe, wyparci ze swych dawnych siedzib przez ogromnie rozplenione węże. Istnieją domysły, że Neurowie ci pochodzili z dzisiejszej Wielkopolski, znad Neru. Legendy o ich czarodziejstwach do żywego przypominają rdzennie słowiańskie baśnie o wilkołakach.

Jednak nie tylko pismo, lecz i szczątki leżące w ziemi mogą wiele opowiedzieć, nawet o dziejach politycznych. A więc na przykład o tym, że między VII a V wiekiem przed Chrystusem odbyło się pierwsze w historii polityczne zjednoczenie ziem późniejszej Polski. Było krótkotrwałe, przelotne, ale jednak było! Dokonał go nieznany z imienia lud, który miał zwyczaj grzebać popioły swoich zmarłych w grobach podobnych do skrzynki zbudowanej z kamienia i w urnach, ozdobionych od zewnątrz wizerunkiem twarzy ludzkiej. W mogiłach tych widnieją też rysunki jeźdźców lub paro- i czterokonnych wozów.

Tego podboju i zjednoczenia naszych ziem dokonały plemiona rodzime, same należące do „kultury łużyckiej”, te mianowicie, które zamieszkiwały dzisiejsze Pomorze Kaszubskie. Silnie rozwinęły się u nich metalurgia i handel. Rozbój morski też pewnie był źródłem dostatków. Mogiły Prapomorzan kryją wielkie bogactwa i zdradzają, że nie tylko kobiety lubiły się wtedy przystrajać biżuterią. Materialna zasobność pozwoliła najmożniejszym wytworzyć jakąś organizację i władzę, która powiodła szczepy pomorskie na podbój słabszych pobratymców, zamieszkałych bardziej na południu. Nie jest wykluczone, że groza ich najazdu zawczasu wyludniła gród na Jeziorze Biskupińskim.

W IV i III wieku p.n.e. od południowego zachodu zaczęły się wdzierać plemiona celtyckie, których ojczyzną były ziemie dzisiejszej Francji. W odróżnieniu od Słowian Celtowie nie palili zwłok. Zbyt daleko się u nas nie zapuścili, dochodząc najwyżej do zachodniej Małopolski. Uczynili jednak wiele dla postępu technicznego, byli bowiem prawdziwymi mistrzami w obróbce metali, odlewnictwie i garncarstwie.

Walki i najazdy zachwiały tysiącletnią „kulturą łużycką”. Wykopaliska świadczą o stopniowej przemianie obyczajów i sposobu życia ludności. Rozległe ziemie słowiańskie zaczynają się coraz wyraźniej dzielić na dwie części, jakby przełamywać wzdłuż osi Bugu. Na zachód od tej rzeki wytwarza się tak zwana kultura grobów jamowych. Ludy tamtejsze mają zwyczaj wysypywać prochy zmarłego wraz z popiołami stosu do specjalnie na ten cel wykopanego dołu. Za Bugiem rozciąga się kultura pól grzebalnych. Tak na samym przedprożu naszej ery kształtuje się wyraźny podział na Słowiańszczyznę Zachodnią i Wschodnią.

Z tych czasów mamy już pamiątki i w mowie naszej. Znakomity znawca tych spraw, profesor Tadeusz Lehr-Spławiński, utrzymuje, że z epoką ustalania się kultury grobów jamowych „wiąże się prawdopodobnie także utrwalenie większości starych słowiańskich nazw geograficznych, przede wszystkim rzecznych”.

Nazwy Wisły, Warty, Wdy, Widy, Świdra i wielu innych są więc równie stare jak sama Słowiańszczyzna Zachodnia, mają znacznie więcej niż dwa tysiące lat.

III

Od I do IV wieku po Chrystusie trwa okres zwany w nauce epoką rzymską. Nie znaczy to wcale, że ziemie nasze weszły w skład ogromnego imperium cezarów, władających wszystkimi pobrzeżami Morza Śródziemnego. Nawet wykopany w Polsce miecz żołnierza rzymskiego nie świadczy o tym, że legia, w której służył jego właściciel, poiła konie w Wiśle. To tylko jakiś kupiec z południa, nabywszy gdzieś na Węgrzech ów cenny oręż, przywiózł go do nas i sprzedał, otrzymując w zamian bryłkę bursztynu, wiązkę futer, a może niewolnika. Ówczesne związki ziem polskich ze światem rzymskim były natury gospodarczej, handlowej. W ślad za kupcami docierać też mogły wpływy kulturalne.

Handlarze wywozili od nas nie tylko towary, lecz także wiadomości o nieznanych dotychczas oświeconym społecznościom krajach i ludziach. Wieści te musiały się szeroko rozchodzić, skoro w II stuleciu po Chrystusie uczony Ptolemeusz z egipskiej Aleksandrii mógł zapisać nazwę Kalisza, który w ten sposób stał się pierwszym osiedlem polskim znanym całemu ówczesnemu światu. Ponieważ zaś wiemy, że Ptolemeusz czerpał dane z dzieł wcześniejszego o lat kilkadziesiąt Marynusa z Tyru, więc słuszny jest chyba domysł, że już w samych początkach naszej ery imię Kalisza nieobce było starożytnym Rzymianom, Grekom, nawet Egipcjanom. Bo też przez Kalisz wiodło jedno z odgałęzień wspomnianego już szlaku bursztynowego, który dostarczał bogatemu Południu jantaru, cenionego na wagę złota.

Prapolacy nie walczyli więc z legionami rzymskimi. Musieli za to już wtedy bronić swych ziem przed ludami, których dzieje miały się odtąd ciągle ścierać z naszą historią.

W ostatnich stuleciach przed naszą erą na Pomorzu Zaodrzańskim pokazały się germańskie szczepy Burgundów i Wandalów. W I wieku po Chrystusie nadpłynęli łodziami ze Skandynawii i wylądowali przy ujściu Wisły Goci, a w ślad za nimi Gepidowie. Pobyt ich na Pomorzu nie trwał zbyt długo. W paręset lat później oba te szczepy znalazły się aż nad Morzem Czarnym. Droga, która je zawiodła w tak odległe strony, prowadziła – być może – przez ziemie polskie. Ale niektórzy uczeni przeczą temu i twierdzą, że Germanowie posuwali się wzdłuż Dunaju.

Najazdy plemion obcych nie powstrzymały rozwoju rodzimej kultury.

Nieco na wschód od Krakowa, na polach wsi Igołomia, Cło, Kościelniki, Wyciąże, Tropiszów, Zofipole oraz tam, gdzie dziś wznosi się Nowa Huta, dokonano nadzwyczajnych odkryć archeologicznych. Znaleziono mianowicie mnóstwo pieców garncarskich, które według wszelkiego prawdopodobieństwa wytwarzały nie tylko na zaspokojenie miejscowych potrzeb, lecz także i na wywóz. W tych odległych czasach Wisła płynęła tuż u podnóża zbocza, na którym stały piece zwrócone otworami na południe.

Gdy upadało przed 1500 laty cesarstwo rzymskie, stworzyli Słowianie na lewym brzegu górnej Wisły wielki ośrodek przemysłu garncarskiego, którego ślady w drobnej części tu odsłonięto

– głosi napis w muzeum polowym w Igołomi.

Dalsze badania dowiodły, że ośrodek ów stanął w takim miejscu, gdzie garncarstwo rozwijało się już od dawna, od ostatnich stuleci przed naszą erą. Wykryto również w Igołomi wiele pieców hutniczych, tak zwanych dymarek, służących do wytopu żelaza, a pamiętających I i II stulecie po Chrystusie.

Lud, który umiał tak urządzać przemysł, nie mógł być pierwotny i dziki. Musiał posiadać wiele doświadczenia i umiejętności technicznych, wytworzył też chyba organizację polityczną. Jakaś władza i siła troszczyła się na pewno o bezpieczeństwo ośrodka pracy, jak również dróg przywozu surowca i wywozu gotowych wyrobów. Same rozmiary tej „centrali fabrycznej” świadczą, że znaczna część ludności musiała w niej pracować stale, zawodowo. Nie jest wykluczone, że powinność tę pełnili jacyś ówcześni niewolnicy.

Potężne osiedle przemysłowe było szeroko rozrośnięte, lecz niskie. Nikt jeszcze nie wyobrażał sobie wtedy piętrowych domów ani kominów fabrycznych. Piece garncarskie, same też wylepione z gliny, miały kształt baniastych kopułek. Stały gęsto, jeden przy drugim, niemal się stykając krawędziami. Całe zbocze rzeki obrosło żółtymi kopczykami, z których snuł się dym. Piece hutnicze, ciągnące się równymi szeregami, podobne były do glinianych, u dołu rozszerzonych rur wkopanych w ziemię. Zajęte przez nie pola tak musiały wyglądać, jakby sam grunt buchał ogniem i kopcił sadzą. Nocami cała przestrzeń świeciła łuną. Widać ją było z siół rolniczych, szerokim wieńcem opasujących ośrodek. Wielkie skupisko robotników bez ustanku chłonęło plon ich pracy – żywność.

Nie tylko nad górną Wisłą pleniło się podówczas życie urozmaicone już i wcale bogate. Badania dowiodły, że wielkie połacie kraju brały wtedy udział w handlu zagranicznym. W wielu miejscach wykopywali uczeni monety rzymskie. Nie były one u nas obiegowym pieniądzem, ale posiadając wielką wartość i cenę, znakomicie nadawały się jako środek skupiania bogactw. Łatwo je było trzymać w jednym miejscu, przenosić i w razie potrzeby ukryć. Tak powstawały „skarby”, w chwili niebezpieczeństwa zakopywane przez właścicieli w ziemi, gdzie wiele z nich przetrwało do naszych czasów. Największy, bo liczący aż dwa tysiące monet, odszukano w Kaliszu.

Oprócz pieniędzy przechowała ziemia moc innych rzeczy, a więc broń, biżuterię, naczynia, ozdoby, posążki bóstw – rzymskiego Marsa i egipskiej Izydy. Groby ówczesne kryły nieraz wielkie bogactwa, wymownie świadczące, że nie lada kim musiał być ten, czyje prochy spoczęły w mogile. Wspaniałości te niekoniecznie musiały pochodzić z samego Rzymu. Częściej ojczyzną ich były prowincje imperium.

Przeważna część odszukanych u nas pieniędzy rzymskich pochodzi z czasów nieco późniejszych niż panowanie znanego z Quo vadis Nerona.

Okolice, w których najwięcej znaleziono skarbów, musiały się wyróżniać bogactwem, wskutek tego lepiej rozwijać i przodować reszcie kraju. Na południu był to dzisiejszy Kraków oraz Wiślica i Sandomierz. Idąc dalej ku zachodowi, natrafimy na Opole, po którym następowały: Wrocław, Oława, Oleśnica i Głogów. Największe skupiska monet znaleziono jednak w samym Kaliszu i wokół niego, a także w powiecie tureckim, Łęczycy, Kruszwicy, Inowrocławiu, w ziemi chełmińskiej i dobrzyńskiej. W nadmorskich stronach górowały Białogard i Kołobrzeg oraz kraj między Regą a Prośnicą.

A więc już w okresie rzymskim widnieją na mapie „wewnętrzne granice późniejszej Polski”, jak powiedział profesor Kazimierz Tymieniecki. Wyraźnie kształtują się kontury przyszłej Małopolski, Śląska, Pomorza, Wielkopolski, która i wtedy wysuwała się na samo czoło. Położone nad środkowym biegiem Wisły późniejsze obszary mazowieckie niczym się nie wyróżniały, pozostawały w cieniu. To samo zjawisko ujrzymy potem i w Polsce najzupełniej historycznej, znanej już z imienia, która także całym frontem zwrócona była na zachód.

Kraj rozwijał się wcale dobrze, uprawiał rolę i przemysł, kupczył z dalekimi stronami. Można się domyślać, że istniały w nim pierwociny jakichś terytorialnych organizacji politycznych. W pisanych za granicą dokumentach i kronikach nie znajdujemy o nich żadnych wieści. Ale czy wielmoże, którym dawano do grobu drogocenne rzymskie pierścienie, szkatuły i amfory, czy bogacze ci za życia nie sprawowali żadnej stałej władzy nad uboższym ludzkim pogłowiem, rzemieślnikami i chłopami, czy nie mieli niewolników?

Stosunki panujące u nas w epoce rzymskiej wcale już nie przypominały łużyckiego Biskupina, w którym zawartość i wyposażenie domów dowodnie świadczą o majątkowej równości mieszkańców grodu. Minęły stulecia, znacznie wzrosły produkcja i zamożność, społeczeństwo musiało się podzielić na warstwy. Najbogatsi, najpotężniejsi zwykle sięgają po władzę polityczną, a tam gdzie jej brak – po prostu ją tworzą.

Można twierdzić, że już w epoce rzymskiej zaczynała Polska rosnąć. Lecz tym razem jeszcze nie wyrosła w państwo. Złożyło się na to wiele przyczyn.

W IV wieku koczowniczy i nader bitny lud Hunów rozpoczął wielkie pochody zdobywcze, uderzając na sąsiednie plemiona w zlewisku Morza Czarnego, między innymi na Gotów. Do naszych ziem sami Hunowie raczej nie docierali. Wyjątek stanowił poległy czy zmarły wojownik, po którym pozostało tylko okucie łuku, znalezione w powiecie pińczowskim. Inny zagon porzucił lub zgubił w powiecie oławskim kocioł i złote ozdoby. Południe Polski spustoszyli więc podczas wielkich wędrówek nie sami Hunowie, lecz inne, uciekające przed nimi ludy.

W tym samym mniej więcej czasie załamało się i upadło cesarstwo zachodniorzymskie, z którym ziemie nasze od stuleci prowadziły wymianę. Zabrakło dostawców luksusowego towaru i zarazem odbiorców tych bogactw, jakich mógł dostarczyć nasz kraj – futer, wosku, niewolników, a zwłaszcza tylekroć już wspomnianego bursztynu. Opustoszały drogi handlowe i targi. Schyłek i ostateczny zanik wymiany, czynnej od wieków, musiał wywołać u nas potężny kryzys gospodarczy. Mniej zapewne odczuł go lud, żyjący z pracy własnych rąk – bardziej natomiast krajowa starszyzna i możni. Groby pochodzące z V i VI stulecia nie zawierają już tych klejnotów i dostatków, jakich nie braknie w mogiłach dawniejszych. Również i wytwórczość miejscowa słabnie, naczynia i narzędzia są gorsze, mniej ozdobne, uboższe.

Jeśli istniały w kraju jakieś organizacje polityczne, to w tym trudnym okresie musiały przybrać formę plemiennych związków łupieżczych. Południe przestało dostarczać skarbów, osłabło za to i wyludniło się potężnie. Kto więc nadal tęsknił do złotych pierścieni i łańcuchów, ten musiał sam się po nie zbrojnie wyprawiać.

W V i VI stuleciu wielka fala słowiańska przewala się przez Karpaty, zalewa i na stałe zajmuje Kotlinę Czeską, Morawy, sięga aż do Dalmacji nad Adriatykiem. Jednocześnie inne plemiona opanowują całą Połabszczyznę, potężnie napierając na Germanów i wraz z nimi uderzając na prowincje cesarstwa rzymskiego. Słowianie rzucają się również na Bałkany.

W przeciągu ostatnich stuleci przed Chrystusem wytworzył się, jak pamiętamy, podział na Słowiańszczyznę Zachodnią i Wschodnią. Wielkie wędrówki pozostawiły po sobie trwały dorobek historyczny w postaci Słowiańszczyzny Południowej.

Z tego wniosek, że właściwa ojczyzna Słowian – ziemie między Odrą a Dnieprem – już w pierwszych stuleciach naszej ery musiała być nie najgorzej zaludniona, skoro stać ją było na tak znaczny wylew poza dotychczasowe granice. A jednak nie wystarczyło sił na zorganizowanie u siebie własnych państw już w okresie rzymskim. Miało się to dokonać dopiero w epoce następnej, zwanej wczesnym średniowieczem.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

PRZEDMOWA

WSTĘP

POCZĄTKI PAŃSTWA POLSKIEGO

PIERWSZY ROZDZIAŁ DZIEJÓW

PIERWORODNI

JEDNOŚĆ BEZ KORONY

WYBÓR DROGI

ROZBICIE DZIELNICOWE

PRÓBY ZJEDNOCZENIA

WŁADYSŁAW ŁOKIETEK

CORONA REGNI POLONIAE

KONIEC DYNASTII

POSŁOWIE

NOTA WYDAWNICZA

ILUSTRACJE

Spis treści

PRZEDMOWA

WSTĘP

POCZĄTKI PAŃSTWA POLSKIEGO I

II

III

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii. Tom 3 Rzeczpospolita Obojga Narodów. Calamitatis regnum. Tom 2 Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny wiek. Tom 1 Polska Jagiellonów Polska Piastów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie