Bohaterowie najdłuższych dni. Desanty morskie II wojny światowej

Bohaterowie najdłuższych dni. Desanty morskie II wojny światowej

Autorzy: Maciej Franz

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Edukacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 372

cena od: 36.00 zł

Podczas II wojny światowej przeprowadzono kilkadziesiąt dużych operacji inwazyjnych. Wybrzeża stały się polami zażartych bitew - pierwszą linią obrony przed nacierającymi siłami desantowymi. Żołnierze musieli niekiedy zdobywać plaże metr po metrze, ponosząc w walce ogromne straty. W nadmorski piasek wsiąkała krew dziesiątków tysięcy walczących.

Autor opisuje wszystkie najważniejsze bitwy na plażach całego świata: planowany, ale nigdy nie zrealizowany desant wojsk niemieckich na Półwysep Helski w 1939 roku, niemieckie lądowania w Skandynawii rok później, japońskie operacje desantowe na Pacyfiku i w Azji Południowo-Wschodniej czy wreszcie walki Armii Czerwonej i aliantów zachodnich podczas operacji desantowych w różnych częściach świata - w Europie, Azji, Afryce i na Pacyfiku.

Sytuacja na brzegu była daleka od oczekiwanej. Nie tylko czołgi zostały rozbite, ale także oddziały piechoty zostały przygniecione ogniem przeciwnika. Walki na brzegu prowadzone były w dramatycznych warunkach, a przewaga wojsk niemieckich była ogromna. W tej sytuacji generał J.H. Roberts nakazał lądowanie żołnierzom Fusiliers Mont-Royal, którzy pełnili funkcję odwodu bojowego dla sił desantowych. O godzinie 7.00 znaleźli się na brzegu i natychmiast weszli do walki. Niestety także oni ponieśli ogromne straty, a ogień niemiecki nadal prowadzony był bardzo sprawnie. Szybko zorientowano się, że utrzymanie nawet tych pozycji, które udało się uzyskać w pierwszych chwilach desantu, będzie niemożliwe.

(Fragment książki)

Projekt okładki i stron tytułowych

Przemysław Spiechowski

Ilustracja na okładce

Archiwum magazynu wojennomorskiego „Okręty Wojenne”

Opracowanie kartograficzne

Stanisław Kryciński

Redaktor inicjujący

Robert Gucman

Redaktor

Piotr Chojnacki

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN

Karol Ossowski/Woblink

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN SA

Warszawa 2011

ISBN 978-83-01-20394-8

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2011 r., (wyd. I)

Warszawa 2018

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl

www.pwn.pl

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1. Operacje desantowe na europejskim teatrze działań wojennych w pierwszym okresie II wojny światowej Niemieckie plany desantu na Półwysep Helski w 1939 r.

Operacja „Weserübung” – lądowanie w Danii i Norwegii

Plany operacji „Seelöwe”

Operacja „Menace” – desant na Dakar

Lądowanie na Krecie

Rozdział 2. Japońskie operacje desantowe na Pacyfiku Pierwsze japońskie operacje desantowe

Operacje na Filipinach

Lądowanie na Malajach

Zajęcie Holenderskich Indii Wschodnich

Operacje przeciw Port Moresby, Aleutom i Midway

Rozdział 3. Radzieckie operacje desantowe Działania desantowe na Bałtyku i Dalekiej Północy w 1941 r.

Operacja desantowa kerczeńsko-teodozyjska

Operacje desantowe na Morzu Azowskim w latach 1942–1944

Operacja noworosyjska

Operacja kerczeńsko-eltigeńska

Operacje desantowe prowadzone w fazie ofensyw w 1944 r.

Operacje desantowe w 1945 r.

Rozdział 4. Amerykańskie operacje desantowe na Pacyfiku Lądowanie na Guadalcanal

Amerykanie na południowym i północnym Pacyfiku

Makin – Tarawa – lądowanie na Wyspach Gilberta

Operacje na Marianach – Kwajalein – Eniwetok

Lądowanie na Marianach i Filipinach

Iwo Jima

Okinawa

Rozdział 5. Alianckie operacje desantowe na obszarze europejskiego teatru działań wojennych Lądowanie pod Dieppe

Operacja „Torch”

Operacja „Husky”

Inwazja na Włochy

Lądowanie w Normandii

Operacja „Dragoon”

Zakończenie

Aneksy

Fotografie

Przypisy

Summary

Bibliografia

Wstęp

Dążenie do panowania nad światem było często jedyną racjonalną przyczyną wybuchu wojen. Starano się nie tylko o zdobycie terytorium, ale także próbowano realizować marzenia o zapanowaniu nad morzami i oceanami. „Wojny morskie były zawsze elementem szerszego konfliktu i jedynie towarzyszyły wydarzeniom rozgrywającym się na lądzie, nigdy nie mając dla nich decydującego znaczenia. Ani w przeszłości, ani dziś nie da się wygrać wojny nie zajmując terytorium wroga, a zajęcie go na morzu, na stałe, było i jest po prostu niemożliwe”1. Ocena ta nie tylko nie traci na wartości, ale ponadto w najpełniejszy sposób da się ją uzasadnić podejmując problem operacji desantowych prowadzonych w czasie II wojny światowej.

Operacje desantowe prowadzono na przestrzeni dziejów bardzo często. Wynikało to nie tylko z oddalenia wrogich terytoriów, ale także z tego, że człowiek budował własne ośrodki cywilizacyjne właśnie w rejonie wybrzeży, nad brzegami mórz i oceanów. Już legendarne oblężenie Troi rozpoczęło się od wielkiego desantu Greków, którego dopiero dalszym rezultatem było zdobycie murów samej Troi. Także późniejsze epoki obfitowały w operacje desantowe, prowadzone z coraz doskonalszych okrętów. Wilhelm I Zdobywca, przybywając w 1066 r. na Wyspy Brytyjskie, także musiał dokonać desantu swoich wojsk. Był to skądinąd jeden z niewielu skutecznych desantów na te wyspy2. Rozwój flot wojennych, w tym zwłaszcza rewolucja, która dokonała się w drugiej połowie XIX w., kiedy w miejsce okrętów drewnianych upowszechniły się jednostki budowane ze stali, a dodatkowo napęd żaglowy zastąpiony został przez napęd maszynowy, pozwoliła okrętom na większą autonomiczność, a wskutek tego także swobodne działania w rejonie samych wybrzeży, u ujścia rzek, czyli tam, gdzie manewrowanie okrętami wojennymi bywa szczególnie trudne. Doszło więc do takich działań floty japońskiej w toku wojny z Rosją w latach 1904–19053, a podczas I wojny światowej prowadziły je wszystkie floty wojenne głównych uczestników walk4. Wykazały one nie tylko, że wielkie operacje desantowe są możliwe, ale także że przynoszą one w wielu wypadkach pozytywne skutki. Dowodem były choćby działania niemieckie na Morzu Bałtyckim5 lub rosyjskie na Morzu Czarnym6. W obu przypadkach okazało się, że niezbędne jest posiadanie wyspecjalizowanych jednostek, które dostarczą desant na brzeg, a ponadto takowy desant nie jest możliwy bez wsparcia ogniowego ze strony wielkich okrętów artyleryjskich. Wzrastała także rola lotnictwa, które było w stanie doskonale osłonić lądujące wojska. Całość takich operacji desantowych nie tylko była coraz bardziej skomplikowana, ale wymagała zaangażowania coraz większej ilości sił i środków. Wymuszały one gromadzenie różnorodnych komponentów sił zbrojnych. W okresie międzywojennym wszystkie najważniejsze mocarstwa światowe dokonywały analizy wydarzeń z czasu wojny światowej. Ocenom podlegały nie tylko zwycięskie operacje, ale także te zakończone niepowodzeniem, jak aliancka w rejonie Dardaneli7. Chciano unikać takich krwawych, nieudanych operacji.

Podczas II wojny światowej operacje desantowe miały się stać nieodzownym elementem pola walki. Trudno określić, które z przeprowadzonych operacji morskich miały decydujące znaczenia dla zwycięstwa w wojnie, jednakże wojny nigdy nie można wygrać tylko na morzu. Konieczne jest opanowanie terytorium wroga, a uderzenie z morza bywa najtrudniejsze do zatrzymania.

Nowoczesna wojna, a taką była II wojna światowa, to konflikt, w którym głównym orężem stają się przemysł, technika, rezerwy żywnościowe poszczególnych państw, możliwości produkcyjne stron konfliktu. To, ogólnie rzecz ujmując, wojna gospodarki. Ta myśl odnosi się także do działań morskich, w tym wielkich operacji desantowych prowadzonych w latach 1939–1945. II wojna światowa, podobnie zresztą jak i poprzednia, była przede wszystkim wojną potencjałów ekonomicznych przeciwników8. Bohaterstwo, odwaga, wyszkolenie, profesjonalizm wojenny nie mogły sprostać ekonomii. Wojna na morzach w latach 1939–1945 była wojną o handel, o panowanie nad surowcami, rynkami zbytu, liniami zaopatrzeniowymi. To właśnie często w tym celu przeprowadzano kolejne wielkie operacje desantowe. Żołnierze piechoty morskiej idący w bój, rozpoczynający kolejny „najdłuższy dzień” w swoim życiu, szli walczyć także o zasoby surowcowe tego świata, by móc kontynuować wojnę i ostatecznie ją wygrać. O wszystkim podczas ostatniej wojny decydowała ekonomia. Szczególnie mocno uwidoczniało się to w działaniach morskich. Flota nie stanowiła o potędze państwa samym swoim istnieniem, była już tylko elementem wielkiego mechanizmu wojennego. Często tym najcenniejszym fragmentem sił lądowych, rzucanym na najtrudniejszy odcinek, stawali się żołnierze lądujący na obcej ziemi.

Prezentowana praca podzielona została na pięć rozdziałów, próbujących ukazać całość dramatycznych morskich operacji desantowych prowadzonych na wszystkich teatrach ostatniej wojny światowej. Rozdział pierwszy ukazuje pierwsze miesiące działań wojennych. II wojna światowa rozpoczęła się od uderzenia III Rzeszy na Polskę. Jej symbolicznym początkiem było otwarcie ognia z niemieckiego szkolnego okrętu liniowego „Schleswig-Holstein” na polską placówkę na Westerplatte. Walki na Pomorzu Gdańskim nie przyniosły wielkiej operacji desantowej, ale kompletne ich pominięcie nie wydaje się zasadne9. Pierwszą operacją desantową, która swoim rozmachem zaskoczyła wszystkie strony konfliktu, stało się niemieckie uderzenie na Danię i Norwegię. To właśnie te działania, wraz z późniejszymi przygotowaniami do lądowania na Wyspach Brytyjskich czy też morskimi elementami lądowania na Krecie, stanowią główne fragmenty tej części pracy. W pierwszym okresie wojny inicjatywa należała bowiem do strony niemieckiej, także na morzu. Rozdział uzupełnia pierwsza aliancka próba operacji desantowej, czyli nieudane uderzenie na Dakar, podjęte z inicjatywy Wolnych Francuzów, za zgodą i ze wsparciem sił brytyjskich.

Rozdział drugi przenosi nas na Ocean Spokojny, najważniejszy akwen dla działań morskich w tej wojnie. Tu konflikt wybuchł dopiero 7 grudnia 1941 r., po ataku floty japońskiej na amerykańską bazę Pearl Harbor10. Początkowo inicjatywa należała do Japonii, która przeprowadzała kolejne operacje desantowe i zajęła Półwysep Malajski z Singapurem, Filipiny, Holenderskie Indie Wschodnie, wyspy Guam i Wake. Te sukcesy pozwoliły Japończykom na kolejne operacje prowadzone w strefie Nowej Gwinei, Nowej Brytanii, czy też na obszarach bliższych Australii, Hawajom czy Aleutom. Rozdział ten ma pokazać nie tylko rozmach japońskiej machiny wojennej, ale podjąć próbę odpowiedzi na pytanie, jak Japonia mogła odnieść tak znaczące sukcesy w tak krótkim czasie. Czy był to efekt wypracowanej koncepcji prowadzenia wojny, rozwijanych rodzajów sił zbrojnych, czy też całkowitego nieprzygotowania do wojny przeciwników Cesarstwa Japonii?

Atak III Rzeszy na Związek Radziecki doprowadził nie tylko do przetasowań w systemie sojuszy, w tym zwłaszcza do pozyskania ZSRR dla koalicji antyfaszystowskiej, ale także nagle zasadnicze działania wojenne w wojnie światowej przeniosły się na rozległe tereny równiny europejskiej. Ogromne obszary państwa radzieckiego wchłonęły zasadniczy wysiłek zbrojny obu stron w tej wojnie. Strona niemiecka skupiła się na działaniach lądowych. W ten sposób zdobywała wybrzeża Morza Bałtyckiego lub Morza Czarnego. Jednak i na tym froncie toczyły się operacje desantowe. Podejmowała je głównie strona radziecka, która nie unikała morskich desantów, by skuteczniej zaskoczyć przeciwnika, przejąć inicjatywę albo wyprzeć wroga ze strategicznie ważnych pozycji. Desanty te miały charakter bardziej ograniczony, zwłaszcza w porównaniu z operacjami na Pacyfiku, jednak przyczyniły się w dużym stopniu do sukcesu w tym teatrze działań.

Rozdział czwarty poświęcony został wielkim i mniejszym amerykańskim operacjom desantowym w pacyficznym teatrze działań wojennych. To właśnie one na wiele lat zdominowały sposób postrzegania takich operacji. Od lądowania na Guadalcanal po zdobycie Okinawy, amerykańskie oddziały zdobywając kolejne wyspy, przybliżały się do Japonii. Ogromny wysiłek włożony w operacje prowadzone na Pacyfiku przyczynił się do rozbicia potęgi japońskiej. Koncepcja „żabich skoków” okazała się nie tylko skuteczna, ale udowodniła możliwości prowadzenia wojny w sposób nowoczesny, przy ekonomicznym wykorzystaniu posiadanych sił. Równocześnie na żadnych z frontów II wojny światowej żołnierzom uczestniczącym w desantach nie było dane spotkać przeciwnika tak fanatycznego, jak żołnierze japońscy. Nigdzie więc nie dochodziło do równie dramatycznych walk, jak na wyspach Pacyfiku.

Rozdział ostatni poświęcony zostanie ofensywie alianckiej na europejskim teatrze działań wojennych. Tam wspólnymi siłami podjęte zostały nie tylko operacje w północnej Afryce, ale także na Sycylii i we Włoszech. Uwaga skupiona zostanie na operacji normandzkiej i powiązanych z nią działaniach, na przykład na francuskiej Riwierze. Te ostatnie akordy wojny morskiej, ostatnie wielkie operacje desantowe przyniosły także nowe rozwiązania, pokazały ogromną rolę współdziałania wszystkich rodzajów sił zbrojnych.

Przedstawione działania z okresu II wojny światowej mają nie tylko pokazać bohaterstwo żołnierza, ale także znaczenie tego wycinkowego wysiłku zbrojnego w ramach ogólnej aktywności na wszystkich frontach, we wszelkich jej przejawach. Praca nie ma bowiem być tylko próbą ukazania samych operacji, ale także wskazywać na rozwój sił przeznaczonych do tych działań, wprowadzanych koncepcji operacyjnych czy taktycznych. Ukazane zostaną więc nie tylko same desanty, ale także przygotowania do nich, wskazane zostaną najważniejsze elementy współpracy różnych sił zbrojnych, tak by zaprezentowany obraz był możliwie jak najdokładniejszy.

W książce wykorzystano szeroki zasób źródeł i literatury. W Polsce dotychczas ukazała się jedna pozycja dążąca do objęcia całości problematyki, która zachowała swą wartość mimo upływu lat: jest to praca Witolda Glińskiego11.

Pozostałe dokonania polskiej historiografii należy podzielić na opracowania naukowe i popularnonaukowe o charakterze ogólnym, bardziej monograficznym, a także prace popularyzatorskie, ale o jednak dużym znaczeniu poznawczym dla interesujące nas tematyki. Wśród prac ogólnych warto zasygnalizować nadal cenną, choć dość starą książkę Jerzego Lipińskiego12, będąca pierwszą wielką syntezą ostatniej wojny światowej. Równie ważna jest praca Andrzeja Perepeczki13, będąca próbą ogarnięcia działań wojennych na Atlantyku, Bałtyku i Morzu Śródziemnym. Praca ta nawiązuje, choćby tylko tytułem, do znanego opracowania Zbigniewa Flisowskiego14, które pozostaje podstawowe dla opisu wojny na Pacyfiku. Do tychże prac ogólnych warto dodać także wielotomowe dzieło Zbigniewa J. Krali15.

Ważne było sięgnięcie do możliwie jak najszerszej literatury obcej, głównie anglojęzycznej, ale także do dokonań historiografii francuskiej, włoskiej, rosyjskiej czy też niemieckiej.

Przydatna okazała się nowoczesna rosyjska synteza działań wojenno-morskich Witalija D. Docenki16, pokazująca co prawda szerszą perspektywę, ale przedstawiająca także prowadzone w czasie ostatniej wojny światowej operacje desantowe. Nie można pominąć również syntezy Johna F.C. Fullera17, G. Deborina18, czy Raoula Castex’a19. Te wielkie syntezy ostatniej wojny światowej pozwalają właściwie postrzegać kwestie operacji desantowych. Prace te były istotne także dlatego, że ukazywały tło wielkich operacji podejmowanych na morzach, które zawsze pozostawały powiązane z przebiegiem walk prowadzonych na lądzie.

Obok tych prac podstawowych spore znaczenie miały także dwie znakomite syntezy Claya Blaira20, poświęcone wojnie podwodnej. Działania okrętów podwodnych były istotne dla planowania, prowadzenia i zabezpieczania przyszłych operacji desantowych w II wojnie światowej.

Jedną z najważniejszych prac odnoszących się do dziejów drugiej wojny światowej na morzu pozostaje wielotomowe opracowanie Samuela E. Morisona21, oficjalnego historyka US Navy, choć praca ta z perspektywy czasu wydaje się niewolna od pewnych uproszczeń i schematów w przedstawianiu wydarzeń wojennych. Równie cenne, zwłaszcza dla działań Royal Navy i jej terenów operacyjnych, pozostają opracowania Stephena W. Roskilla22 i Nathana Millera23, a także Trevora N. Dupuy’a24. W toku prac nad tą rozprawą często powracano też do dzieł Edwina P. Hoyta25. Ten jeden z ważniejszych badaczy amerykańskiego wysiłku zbrojnego w XIX i XX w. w swoich monografiach nie ogranicza się tylko do działań militarnych, ale także ukazuje ich polityczne i kulturowe tło. Często są to rozważania pozwalające lepiej zrozumieć specyfikę wydarzeń na Pacyfiku podczas ostatniej wojny. Autor ten starał się zrozumieć także odmienność japońskiego społeczeństwa i jego ukształtowania w obrębie specyficznej kultury militarystycznej.

Każdy z akwenów miał swoją specyfikę, także w odniesieniu do prowadzonych na nim operacji desantowych. W rezultacie należało korzystać z literatury i źródeł dobranych indywidualnie do każdego z morskich teatrów działań wojennych. Było to spowodowane dążeniem do pracy na najlepszym materiale, tak by jak najbardziej zbliżyć się do opisywanej przeszłości.

Działania wojenne w rejonie Morza Śródziemnego w toku ostatniej wojny światowej nie doczekały się dotychczas opracowania, które obejmowałoby wszelkie ich aspekty. Próba ukazania prowadzonych na tym akwenie operacji desantowych możliwa stała się dzięki opracowaniom Rolanda de Belota26, Davida Macintyre’a27, czy Luisa de la Sierry28. Równie ważne, choć często niedoceniane, pozostają polskie szkice o działaniach na tym akwenie, szczególnie autorstwa Andrzeja Perepeczki29. Istotne okazały się także artykuły i prace ogólne, również pozwalające lepiej odtworzyć tamte wydarzenia.

Szczególnie trudne było odtworzenie działań wojennych na wschodnim teatrze wojny. Większość opracowań powstałych przed 1991 r. trudno uznać za wiarygodne. Tak więc do opisów w nich zawartych trzeba podchodzić z dużą ostrożnością. Aby jednak przedstawić operacje desantowe prowadzone na Morzu Bałtyckim, Czarnym, Azowskim czy też na dalekiej Północy, właściwie nieobecne w polskiej historiografii, a zarazem słabo znane w ogóle, konieczne okazało się oparcie na najnowszych opracowaniach rosyjskich, ujawniających często nieznane aspekty tamtych operacji. Dzięki temu udało się stworzyć pierwszy w miarę pełny obraz operacji desantowych prowadzonych nie tylko przez armię radziecką, ale także wojska niemieckie. Do najważniejszych opracowań należą prace Mirosława Morozowa, Andrieja Płatonowa, Władisława Gonczarowa30 oraz też unikalne i bardzo słabo znane przyczynki pióra Aleksandra Kuzniecowa31, a także niezwykle ciekawe studium Siergieja Gorszkowa32. Wartościowe okazały się szkice Michała Glocka33 i Davida M. Glantza34. Z każdym miesiącem wojny rosło znaczenie lotnictwa, dotyczyło to także frontu wschodniego. Bezcenna okazała się więc praca Roberta Bocka35.

Istotna część prezentowanej rozprawy dotyczy działań wojennych na Oceanie Spokojnym. Wymagały one przepracowania całych zbiorów źródłowych, w tym zwłaszcza tych odnoszących się do amerykańskiego wysiłku zbrojnego w toku ostatniej wojny36, jak też ogromnej liczby opracowań niezbędnych dla prawidłowego zarysowania zarówno japońskich37, jak i amerykańskich działań wojennych na tym akwenie38. Większość tych prac to monograficzne opracowania kolejnych operacji desantowych i działań całości lub poszczególnych jednostek Korpusu Piechoty Morskiej39. Dzięki temu udało się spojrzeć na dzieje tych operacji nie tylko poprzez pryzmat walk na plaży, ale również działań w powietrzu i na morzu. Celem było bowiem ukazanie tych operacji wojennych z ich całym tłem, tak by nic nie umknęło z dramatyzmu tych wyjątkowych chwil, gdy żołnierze z jednostek desantowych wychodzą na brzeg.

Podobne zamiary przyświecały koncepcji odtworzenia działań desantowych na froncie europejskim. Tu w pierwszej fazie wojny, gdy inicjatywa strategiczna znajdowała się w rękach państw faszystowskich, operacje te prowadziła głównie strona niemiecka40. Stąd konieczność wykorzystania literatury nie tylko omawiającej te operacje, ale także odnoszącej się do niemieckiej koncepcji działań wojennych41. Wraz z przejęciem inicjatywy ostatecznie przez państwa alianckie, głównie w wyniku operacji „Torch”, nacisk położono na właściwe ukazanie alianckiego wysiłku zbrojnego42.

Nie do przecenienia są teksty drobne, publikowane na łamach czasopism historyczno-wojskowych. To one często zawierały najprecyzyjniejsze informacje, pozwalające lepiej poznać specyfikę wydarzeń. Często bowiem autorzy swoje najnowsze, najcenniejsze ustalenia publikują właśnie w formie rysów drobnych. Bez tego wsparcia tekst ten nie miałby szansy na uzyskanie takiego charakteru, jaki ostatecznie został osiągnięty. Szczególnie warto podkreślić rolę i znaczenie opracowań historycznych zamieszczanych na łamach „Okrętów Wojennych” i czasopisma „Morza, Statki i Okręty”, czołowych pism o tematyce marynistycznej.

Nie można przy opisie bazy źródłowej pominąć wspomnień z okresu wojny, które pozostają bezcennym materiałem dla poznania tamtych czasów. Warto tu wskazać na wspomnienia Dwighta D. Eisenhowera43, Siergieja Gorszkowa44, Bernarda L. Montgomery’ego45, Franciszka Skibińskiego46, Charles’a de Gaulle’a47, Ericha M. Raedera48, Chestera W. Nimitza49, Matsuo Fuchidy50, Tameichi Hary51 i innych dowódców52. Miały one ogromne znaczenie nie tylko dlatego, że pochodzą od osób, które brały udział w opisywanych wydarzeniach, ale także dlatego, że pozwalają z różnych poziomów dowodzenia patrzeć na koncepcję samych operacji morskich czy desantowych. Ten różny punkt widzenia, z jakiego oceniane są wydarzenia wojenne, pozwala obserwatorowi zewnętrznemu, jakim pozostaje zawsze historyk starający się zrekonstruować minione wydarzenia, na bardziej samodzielne oceny. Nie są te oceny tak bardzo nacechowane emocjami typowymi dla wspomnień i relacji żołnierzy z pierwszej linii frontu. Wspomnienia te pozwalają także lepiej weryfikować zachowane dokumenty. Co prawda, rozkazy, sprawozdania, w swym założeniu powinny oddawać realność wydarzeń z przeszłości, ale często pozbawione są one ludzkiego wymiaru. On nader często dokumentowi umyka. W tej sytuacji wspomnienia i relacje pozwalają te wady zniwelować. Dzięki temu pojawiła się szansa na pełniejsze ukazanie zarówno przebiegu samych operacji desantowych, jak i towarzyszących im wydarzeń.

Stając wobec problemów morskich operacji desantowych przeprowadzonych w czasie II wojny światowej, trzeba odpowiedzieć na podstawowe pytanie, co wchodzi w zakres morskiej operacji desantowej i kiedy się ona kończy, przekształcając w klasyczną operację lądową. To kwestia niezwykle ważna, także i dlatego, że działania wojenne zawsze, a w czasie ostatniej wojny światowej szczególnie, charakteryzuje ogromna dynamika przemian. W rezultacie koncepcje prowadzenia działań wojennych oparte na doświadczeniach poprzednich konfliktów błyskawicznie się dezaktualizowały, ustępując nowym sposobom prowadzenia wojny. Chociaż w I wojnie światowej lotnictwo odgrywało początkowo jedynie rolę pomocniczą, by z czasem uzyskać samodzielność, to nie zdołało wywalczyć tak dominującej pozycji nad morzami i oceanami świata, jak w latach 1939–1945. Można wręcz uznać, że to właśnie lotnictwo, a dzięki niemu przewaga w powietrzu, decydowało o możliwości sprawnego przeprowadzenia morskiej operacji desantowej. Jego rola wzrastała z każdym kolejnym miesiącem walk. W drugiej fazie wojny, już po 1943 r., trudno było sobie wyobrazić działania desantowe bez wsparcia z powietrza. Rozważania będą więc pokazywały rolę lotnictwa, ale także to, jak bardzo potrzebne było współdziałanie różnych sił dla osiągnięcia ostatecznego, planowanego rezultatu. Dotyczy to także współdziałania okrętów marynarki wojennej i sił lądujących. Od początku wszelkich operacji desantowych była to kwestia ważna, a w latach ostatniej wojny tylko zyskiwała na znaczeniu. Oczywiście jednym z najważniejszych pytań pozostaje to, kiedy kończy się właściwa operacja desantowa i kiedy nabiera ona cech normalnej, regularnej operacji lądowej. To – jak się wydaje – podstawowa kwestia, decydująca nie tylko o ocenie samych działań, ale także o właściwym ich przedstawieniu. Dlatego praca dąży nie tylko do nakreślenia przyczyn prowadzenia działań desantowych, czy też ukazania całokształtu przygotowań przed samym lądowaniem, ale także do wskazania, kiedy sama operacja się kończy. Przy działaniach prowadzonych na stałym lądzie, zwłaszcza przy wielkich operacjach, przeprowadzanych z ogromnym rozmachem, niemożliwe jest ukazywanie ich do końca. W tym wypadku mogłoby to prowadzić do ukazania walk na całym froncie zachodnim od lądowania w Normandii do dotarcia wojsk alianckich do Łaby, chociaż walki w Belgii, Holandii czy Francji nie miały nic wspólnego z morskimi operacjami desantowymi. Trudno też uznać za konieczne omawianie całości działań wojennych na przykład na Guadalcanal w 1942 r. albo w Norwegii w 1940 r.

W prezentowanej monografii uwaga zostanie więc skupiona na przygotowaniu samej operacji desantowej, zgromadzeniu odpowiednich sił i środków po obu stronach, zarysowaniu wszelkich uwarunkowań przyszłych walk, a także całej otoczki samego desantu. Stąd tak ważne staną się działania flot wojennych dążących do zabezpieczenia lądowania sił własnych lub też dokonania operacji kontrdesantowej, a więc próby zerwania takiej operacji właśnie poprzez użycie sił z morza. Podjęta zostanie również próba ukazania działania lotnictwa wszystkich stron konfliktu, które nie tylko wspierało i osłaniało operacje inwazyjne, ale także odgrywało często rolę siły destrukcyjnej. Było to coraz lepiej widoczne zwłaszcza w końcowych miesiącach wojny na Pacyfiku, gdzie wobec malejących możliwości operowania floty japońskiej, właśnie lotnictwo, w tym szczególnie siły samobójcze, czyli kamikadze, dążyło do zerwania operacji desantowej. Podjęta zostanie też ocena zasadności użycia lotnictwa na ówczesnym polu walki.

Tak zarysowany zestaw problemów powinien pozwolić na prawidłowe omówienie tak skomplikowanej i wielowątkowej operacji, jaką było lądowanie desantu w warunkach wojennych. Nie bez znaczenia będzie tu ukazywanie środków bojowych używanych przez wszystkie strony konfliktu. Będą one nie tylko wskazywane, ale także oceniane pod kątem ich znaczenia na polu walki. Nie jest jednak celem autora przekształcenie tej historycznej opowieści w katalog technicznych walorów kolejnych rodzajów broni, chociaż podczas II wojny światowej czynniki techniczne odgrywały coraz większą rolę. Jednak w momencie lądowania żołnierzy na brzegu decydujące okazywało się ich wyszkolenie, umiejętności, osobista odwaga i dążenie do zrealizowania postawionych przed nim zadań. W takich chwilach technika miała drugorzędne znaczenie. Mogła wspierać samo lądowanie, jednak nie zastępowała odwagi samych żołnierzy. Te najbardziej dramatyczne wydarzenia na samym brzegu stawały się udziałem tych nielicznych, którzy na tym brzegu się znaleźli. Ich los pozostawać będzie w toku kreowania tej przeszłości historycznej najważniejszy.

Walki prowadzone w lata 1939–1945 na wszystkich frontach charakteryzowały się dążeniem do zdobycia terenu, a nie likwidacji siły zbrojnej przeciwnika. Dokonując próby odtworzenia walk na wyspach Pacyfiku, można odnieść wrażenie, że tam ta zasada nie obowiązywała jednak w pełni. Zarówno strona japońska dążyła do odniesienia sukcesu, nie licząc się ze stratami ludzkimi, jak i żołnierze amerykańscy coraz częściej decydowali się na likwidację kolejnych punktów oporu do ostatniego żołnierza. Oznaczałoby to, że omawiane działania były bardzo nietypowe, wręcz szczególnie trudne dla stron walczących. Podobnie wyglądała sytuacja na froncie wschodnim, gdzie zwłaszcza strona radziecka nie dążyła do ochrony czynnika ludzkiego w czasie walk, a jedynie szukała możliwości jak najszybszego osiągnięcia zaplanowanych celów operacyjnych. To nadawałoby, w wypadku potwierdzenia się właśnie takiego charakteru operacji desantowych, szczególnie tragicznego charakteru tego rodzaju operacjom.

Druga wojna światowa była okresem największych zmagań wojennych w historii ludzkości. Wskutek tego, fascynowała i fascynuje nadal historyków wielu krajów. Ostatnia wojna światowa objęła swoim zasięgiem lądy, morza i powietrze, wkraczają wszędzie tam, gdzie tylko człowiek potrafił dotrzeć. Wojna morska prowadzona w latach 1939–1945 była jedną z najkrwawszych w historii. Wielkie zespoły wielu flot wojennych, złożone z ogromnej liczby niezwykle nowoczesnych i bardzo groźnych okrętów wojennych, prowadziły działania wojenne nieprzerwanie, od pierwszego do ostatniego dnia walk. Jednym z elementów tych działań stały się morskie operacje desantowe. To one przełamywały w pewnym stopniu niemoc flot wojennych, które nigdy nie były w stanie samodzielnie wygrywać wojen. Połączenie dążenia do dominacji na morzu z panowaniem w powietrzu, a także podjęciem ataku na ląd z morza, dawało wreszcie marynarce wojennej szansę na realne odniesienie sukcesu wojennego.

Wydaje się więc, że dla jasności tworzonego obrazu przeszłości ważne będzie przedstawienie także planów wojennych głównych państw morskich z okresu poprzedzającego każdą kolejną operację desantową prowadzoną w toku II wojny światowej. Można bowiem przyjąć, że podejmowane kolejne operacje nie miały charakteru tylko przypadkowego, ale były konsekwencją całego planu prowadzenia wojny i stanowiły jego immanentną część. Może to stać się podstawą do sformułowania wniosków dotyczących znaczenia tych operacji dla ogólnego wysiłku zbrojnego stron walczących w ostatniej wojnie światowej. Wielkość wydatkowanych na nie środków finansowych nie budzi wątpliwości, za to często pojawiają się wątpliwości co do skali uzyskanych korzyści i to nie tylko w sferze militarnej.

Interesować nas będzie również przemiana samej koncepcji operacji desantowej. Prześledzony zostanie jej rozwój od niemieckich koncepcji opanowania Półwyspu Helskiego we wrześniu–październiku 1939 r. do operacji lądowania na Okinawie w 1945 r. Ilość sił, środków, metod prowadzenia walki najprawdopodobniej ulegała poważnym zmianom. Kolejne działania tego typu powodowały, że uczyły się wszystkie strony, zarówno atakujący, jak i obrońcy. To zaś musiało prowadzić do pojawiania się nowych metod walki. Każdy nowy pomysł wprowadzany w kolejnych fazach lądowania desantu musiał wywoływać odpowiedź drugiej strony. Ta swoista rywalizacja prowadzona była nie tylko przez żołnierzy na brzegu, ale również przez sztabowców, logistyków, planistów i konstruktorów sprzętu wojennego. Jej weryfikatorem, ostatecznym, w każdym tego słowa znaczeniu, było pole walki, te najdłuższe w życiu tych ludzi minuty i godziny spędzone na plażach w czasie desantu.

Tak zarysowany kompleks zagadnień, jak można mieć nadzieję, powinien pozwolić znaleźć odpowiedź na pytanie, czym była morska operacja desantowa i jaką rolę odegrała w działaniach morskich i lądowych podczas II wojny światowej. Prezentowane rozważania nie mają ambicji wyczerpania tematu, a raczej będą próbą możliwie szerokiego zaprezentowania tej niezwykle skomplikowanej kwestii, jaką były desanty morskie.

Rozdział 1

Operacje desantowe na europejskim teatrze działań wojennych w pierwszym okresie II wojny światowej

Niemieckie plany desantu na Półwysep Helski w 1939 r.

Dnia 1 września 1939 r. rozległy się pierwsze strzały II wojny światowej. Rozpoczynając ostrzał polskiej placówki na Westerplatte, artyleria główna niemieckiego szkolnego okrętu liniowego „Schleswig-Holstein” zapoczątkowała ponad pięcioletnie zmagania na wielu frontach, w tym i na oceanach. W tych dramatycznych bojach swoje karty chwały zapisały także oddziały desantowe. Druga wojna światowa miała obfitować w działania tego rodzaju. To o ich uczestnikach często mówiono jako o bohaterach najdłuższych dni.

Już 3 września wojnę III Rzeszy wypowiedziały Wielka Brytania i Francja, jako formalni sojusznicy państwa polskiego. Od tego momentu regionalny konflikt wojenny między Polską a Niemcami przekształcił się w wojnę światową.

Wybuch II wojny światowej nie był aż tak wielkim zaskoczeniem. Od momentu dojścia Hitlera do władzy w Niemczech dawały się dostrzec symptomy tego, że pokój jest zagrożony. O ile kolejne z tzw. pokojowych podbojów Hitlera w Europie, czyli Nadrenia,Anschluss Austrii, wcielenie Sudetów czeskich, zajęcie Kłajpedy, a potem także całej Czechosłowacji, dokonywały się bez konieczności użycia siły, to żądania przedstawione Polsce uniemożliwiały kontynuowanie takiej polityki. Rząd polski pomimo dostrzegalnej różnicy potencjałów militarnych, mając za sobą jednak poparcie sojuszników, zdecydowanie odrzucił możliwość jakichkolwiek ustępstw. W rezultacie strona niemiecka przystąpiła do prac nad planem operacyjnym agresji na Polskę, zwanym „Fall Weiss”. Oddziały niemieckie zgodnie z rozkazami szefa Naczelnego Dowództwa Sił Zbrojnych (OKW) gen. płk. Wilhelma Keitla miały doprowadzić do izolacji polskiego wybrzeża od strony morza, przerwać wszelkie morskie linie komunikacyjne, zablokować polskie bazy wojenne w Gdyni i na Helu, zniszczyć stacjonujące tam okręty wojenne RP, a także zająć wybrzeże, wcześniej odciąwszy je od reszty terytorium Polski1. Zadanie to powierzone zostało zasadniczo dwóm jednostkom. Od zachodu uderzać miał improwizowany korpus, nazwany Grenschutz-Abschnitts-Kommando 1, dowodzony przez gen. Leonharda Kaupisha, formalnie podporządkowany 4 Armii Ogólnej gen. Günthera von Kluge2. Od wschodu działania powierzono specjalnej, kombinowanej jednostce na poziomie brygady pod dowództwem gen. Friedricha-Georga Eberhardta, która początkowo miała zająć polskie placówki na terenie Wolnego Miasta Gdańska, a następnie podjąć walki w rejonie Gdyni i Kępy Oksywskiej. Działała ona z rejonu Prus Wschodnich, a więc kierunku operacyjnego niemieckiej 3 Armii Ogólnej dowodzonej przez gen. Georga von Kuchlera, chociaż formalnie nie została jej podporządkowana.

Równocześnie do działań wojennych przygotowywała się także niemiecka marynarka wojenna. Już 16 maja 1939 r. Grossadmiral Erich Raeder wydał pierwsze szczegółowe wytyczne w związku z przygotowywanym uderzeniem na Polskę: „Przewidywaną w Fall Weiss dużą przewagę niemiecką w stosunku do polskich sił zbrojnych należy wykorzystać w ten sposób, aby powierzone marynarce zadanie zrealizować z taką siłą i z taką konsekwencją, by zostało one wypełnione w jak najkrótszym czasie gruntownie i kompletnie”3. Wytyczne przewidywały także m.in. zaminowanie polskich portów, blokadę Zatoki Gdańskiej i zwalczanie wszelkiej żeglugi na tym akwenie4. Do działań przeciwko państwu polskiemu postanowiono skierować specjalnie do tego powołaną Grupę Marynarki „Wschód”. W jej skład weszły: 2 szkolne okręty liniowe, 4 krążowniki lekkie, 11 niszczycieli, 10 torpedowców, 2 szkolne okręty artyleryjskie, 8 ścigaczy torpedowych, 10 okrętów podwodnych, 4 eskortowce, 21 ścigaczy okrętów podwodnych, 25 trałowców, 20 kutrów trałowych, 2 okręty-bazy, a także liczne uzbrojone parowce (zmobilizowane jako okręty strażnicze) i kutry rybackie (pomocnicze trałowce). Jak widać, nie mobilizowano żadnych specjalnych jednostek przystosowanych do operacji desantowych5. Wynikało to oczywiście z tego, że zasadnicze działania wojenne w strefie polskiego wybrzeża miały być prowadzone od strony lądu. Wyjątkiem mógł być Półwysep Helski, który – jak wiedziano – stanowił ważny element polskiego systemu obronnego, miał rozbudowane instalacje wojskowe, w tym port wojenny i elementy fortyfikacji. Co prawda strona niemiecka nie miała pełnego i dokładnego rozpoznania skali prac fortyfikacyjnych na Półwyspie Helskim, ale doskonale orientowała się, że zainstalowane zostały tam baterie artylerii nadbrzeżnej, artylerii przeciwlotniczej, a zapewne też przeciwdesantowej. Spodziewano się, że strona polska, która już wcześniej zamknęła dostęp do półwyspu osobom postronnym, przeprowadziła także prace inżynieryjne i fortyfikacyjne. Nie odrzucano więc koncepcji desantu na ten skrawek polskiego wybrzeża, zwłaszcza wobec wyczerpania innych możliwości jego zajęcia. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że w dwudziestoleciu międzywojennym Niemcy prowadzili odpowiednie prace studyjne. O tych niemieckich koncepcjach nie musiała wiedzieć strona polska. Część historyków polskich usprawiedliwia tym zasadność koncepcji operacji „Worek”6. Uznają oni, że celowe było gwiaździste rozłożenie polskich okrętów podwodnych wokół Półwyspu Helskiego, gdzie czatować miały na niemieckie okręty z ewentualnym desantem na pokładzie7. Nie zachowały się oryginalne dokumenty planu „Worek”, ani realne prace koncepcyjne, które przygotowały grunt pod ten plan. Możliwe jednak, że właśnie obawa przed niemieckim desantem na Hel stała za bardzo defensywną i skrajnie nieracjonalną koncepcją użycia polskich okrętów podwodnych we wrześniu 1939 r.

W czasie kampanii wrześniowej Niemcy prowadzili działania głównie ze stałego lądu. W ten sposób zajmowali Westerplatte8, Gdynię9 i Kępę Oksywską10. Podobnie miała wyglądać większość operacji na Półwyspie Helskim11. Plany niemieckie początkowo nie zakładały wielkiego oporu strony polskiej. Jednak ciężkie walki o Kępę Oksywską12 spowodowały, że w naczelnym dowództwie niemieckim zdecydowano się na zmianę koncepcji uderzenia na Hel, a wśród zaplanowanych zmian znalazła się także operacja desantowa13. Założono, że w pierwszej kolejności lotnictwo i okręty wojenne wyeliminują polskie baterie artylerii nadbrzeżnej, zwłaszcza baterię cyplową im. H. Laskowskiego. Jej cztery działa kal. 152,4 mm od 1 września stale niepokoiły stronę niemiecką. Jednocześnie chciano także zmusić do zaprzestania oporu wszystkie pozostałe baterie, także te przeciwdesantowe14. Druga faza działań miała skupić polskie siły lądowe w rejonie Wielkiej Wsi, gdzie Niemcy planowali przeprowadzić atak siłami dwóch pułków. Miało to doprowadzić do ściągnięcia w ten rejon polskich odwodów i jednocześnie osłabienia obrony przeciwdesantowej na pozostałej długości półwyspu. Dopiero w tym momencie miała nastąpić operacja desantowa15.

Strona niemiecka zaplanowała pozorowany desant na cyplu helskim, który miał ściągnąć na siebie interwencję polskich sił, a także prawdziwą operację w rejonie Jastarni. Wojska przewidziane do udziału w tej akcji miały zostać przerzucone w planowany rejon desantowania przez okręty wojenne. Z jednostek tych, pinasami (łodziami okrętowymi) miały zostać przerzucone na brzeg. Strona niemiecka chciała osiągnąć pełne zaskoczenie i sukces. Desant miał doprowadzić do rozcięcia polskich sił, a tym samym złamać ich wolę oporu. Plan nie zakładał zdobywania polskich fortyfikacji na Helu, o których istnieniu wiedziano16, jednak nie znano ich prawdziwego zakresu możliwości bojowych. Niemcy tak naprawdę nie byli specjalnie przygotowani do dużej operacji desantowej. Organizowano ją z konieczności. Był to skutek oporu strony polskiej. Ta po 20 września musiała się liczyć na wodach Zatoki Gdańskiej jedynie z polskimi okrętami podwodnymi i baterią cyplową. Z zachowanych zdjęć oraz planów widać, że do końca działań strona niemiecka nie zdołała dobrze zlokalizować stanowisk baterii cyplowej17. To mogło, ale nie musiało przeszkodzić w ewentualnym desancie.

W polskiej literaturze utrwaliła się opinia, że wojska niemieckie nie zamierzały zdobywać Helu desantem, ale wobec zachowanych źródeł niemieckich, ewidentnie wskazujących na przygotowania do takiej operacji, opinię tę należałoby jednak zweryfikować18. Warto bowiem pamiętać, że od 30 września, a więc od chwili wysadzenia wielkiej zapory minowej, Półwysep Helski stał się prawie wyspą, a jego ewentualne zdobycie mogło okazać się jeszcze trudniejsze niż dotąd. Desant niemiecki zaplanowany został na 1 października, jednak z powodu braku satysfakcjonujących efektów ostrzału polskich pozycji przez niemieckie szkolne okręty liniowe, planowano jego przesunięcie na dalszy termin19.

Wobec kapitulacji załogi Helu 2 października 1939 r. operacja desantowa została odwołana. Jak można sądzić, strona niemiecka była nie tylko w stanie ją przeprowadzić, ale doprowadzić dzięki niej do zakończenia walk. Polska obrona przeciwdesantowa była dość słaba, brakowało pozycji wyposażonych w broń maszynową. Baterie artylerii przeciwdesantowej prawdopodobnie nie oparłyby się sile ognia okrętów wspierających desant. Warto także przywołać tu słowa dowódcy Rejonu Umocnionego Hel kmdr. Włodzimierza Steyera: „Wyobrażaliśmy sobie wściekłość Niemców i stale spodziewaliśmy się o zmroku lub o świcie operacji desantowych”20. Polskie dowództwo miało świadomość, że taka operacja jest możliwa. Oczekiwano jej już po upadku polskiej placówki na Westerplatte: „Po upadku Westerplatte wpłynął do Gdańska, używając zasłony dymnej pod brzegami Prus Wschodnich, drugi pancernik – »Schlesien« […]. Desantu nadal nie było”21. Według Steyera Niemcy nie zdecydowali się na desant, gdyż już wcześniej zobowiązali się wobec Hitlera, że porty będą zdobywać od strony lądu i unikać operacji desantowych. Opinia ta powstała po wojnie, ale jednak, patrząc na wydarzenia, które rozegrały się w Danii i Norwegii w 1940 r., trudno uznać, że był to podstawowy argument.

Wydarzenia towarzyszące walce o Półwysep Helski były tylko drobnym wstępem do wielkich operacji desantowych na wszystkich frontach II wojny światowej.

Operacja „Weserübung” – lądowanie w Danii i Norwegii

Po błyskawicznym zwycięstwie nad Polską III Rzesza musiała poradzić sobie z drugim frontem. Gdy 3 września 1939 r. Francja i Wielka Brytania wypowiedziały Niemcom wojnę, w Polsce liczono na wielką ofensywę z Zachodu. Tymczasem tam rozpoczęła się „dziwna wojna”, która nie tylko Polsce nie pomogła, ale dowodziła głębokiego kryzysu obu mocarstw zachodnich. Francja i Wielka Brytania zrezygnowały z inicjatywy w wojnie i oddały ją bez walki w ręce niemieckie. Dla Hitlera i jego współpracowników wojna z tymi państwami oznaczała możliwość rozszerzenia niemieckiej strefy wpływów. A w tej znajdowały się już Dania i Norwegia, mające strategiczne znaczenie dla Niemiec nie tylko jako doskonałe bazy wojskowe, ale także jako miejsca, z których można by osłaniać transporty surowców strategicznych ze Skandynawii. Dla gwałtownie rozwijającej się gospodarki niemieckiej dostęp do znakomitych szwedzkich rud żelaza miał podstawowe znaczenie22. W rezultacie i strona niemiecka, i Brytyjczycy zamierzali zagwarantować sobie kontrolę nad kluczowym portem w Narwiku23. Ponadto objęcie przez Brytyjczyków kontroli nad Norwegią miałoby katastrofalne skutki dla niemieckiej marynarki wojennej, której groziłoby faktyczne zamknięcie we własnych portach. Tymczasem wobec trwającej wojny radziecko-fińskiej Skandynawia nabierał coraz większego znaczenia. Strona brytyjsko-francuska prowadziła przygotowania do operacji w Norwegii i nawet jeśli Niemcy nie mieli o tym żadnych informacji wywiadowczych, to na pewno doskonale rozumieli strategiczne znaczenie tego północnego kraju24.

Adolf Hitler wydał dyrektywę do realizacji planu „Weserübung” 1 marca 1940 r. Operacja przewidywała pełne współdziałanie wszystkich trzech rodzajów sił zbrojnych, tj. lotnictwa, sił lądowych i marynarki wojennej. Dla III Rzeszy oznaczało to podjęcie sporego ryzyka. Nie tylko odsłaniano większość swoich sił na, jak mogłoby się wydawać, pomocniczym kierunku, ale także narażano je na poważną kontrakcję ze strony Brytyjczyków i Francuzów. Chociaż można było założyć, że „dziwna wojna” na froncie zachodnim będzie trwała nadal, to jednak przewaga Royal Navy była niepodważalna. Jednym zaś z podstawowych warunków powodzenia desantu w toku nowoczesnej wojny jest zapewnienie mu odpowiedniej osłony, zabezpieczenie go przed możliwym przeciwdziałaniem sił przeciwnika, szczególnie morskich. Tymczasem Kriegsmarine mogła wydzielić do tego zadania jeden zespół okrętów liniowych, złożony z „Scharnhorsta” i Gneisenaua”25. Takie siły osłony nie mogły zatrzymać żadnego poważnego zespołu brytyjskiego26. Trzeba było więc nie tylko skoordynować działania flot inwazyjnych, ale także uderzenia lotnictwa, przy zachowaniu absolutnej tajemnicy. Ponadto do jednoczesnego uderzenia od morza na Danię i Norwegię konieczne było wykorzystanie wszystkich posiadanych sił morskich, wszystkiego, co mogło zastąpić jednostki desantowe.

Do przeprowadzenia operacji w Norwegii stronę niemiecką zachęcał także przywódca tamtejszych faszystów Vidkun Quisling, który oferował nie tylko pomoc, ale także wystąpienie po stronie wojsk niemieckich w momencie ich lądowania w kraju27. Wątpliwości budziła jednak realność takiej operacji. Niemcy były w stanie skierować do wykonania zadania ok. 250 okrętów wojennych, mobilizując wszystko, co miało jakąkolwiek wartość bojową. Istniała oczywiście możliwość wsparcia desantu z morza desantem wojsk powietrznodesantowych, ale te nie były zbyt liczne i tak naprawdę jeszcze nie miały okazji się sprawdzić w boju. Na przyspieszenie procesu decyzyjnego wpłynął incydent z niemieckim statkiem zaopatrzeniowym „Altmark”, na którego pokładzie znajdowali się brytyjscy jeńcy. „Altmark” współpracował z pancernikiem kieszonkowym „Admiral Graf Spee” podczas jego kampanii korsarskiej na południowym Atlantyku i Oceanie Indyjskim, zaopatrując go w wodę słodką, żywność, amunicję i przejmując jednocześnie jeńców wojennych28. Niemiecki okręt korsarski zakończył swój rejs na wodach Montevideo po bitwie u ujścia La Platy29, „Altmark” natomiast uniknął brytyjskich jednostek i dążył do portów macierzystych w Niemczech. Dnia 16 lutego został zauważony i zatrzymany przez siły brytyjskie, chociaż próbował ukryć się na norweskich wodach terytorialnych. Na wody fiordu Jossing wszedł niszczyciel „Cossack” dowodzony przez kmdr. Philipa Viana. Grupa uderzeniowa wdarła się na pokład niemieckiego statku i uwolniła blisko 300 brytyjskich jeńców wojennych30. Akcja wywołała dyplomatyczne zamieszanie, a w Niemczech wzmocniła tendencję do rozwiązania problemu skandynawskiego31.

Ostatecznie 20 lutego 1940 r. Adolf Hitler powierzył gen. Nicolausowi von Falkenhorstowi przygotowanie operacji zajęcia Danii i Norwegii. Całość koncepcji uderzenia oparto na współdziałaniu wszystkich rodzajów wojsk, dążeniu do uzyskania całkowitego zaskoczenia, wykorzystaniu działań tzw. „piątej kolumny” czyli zwolenników V. Quisilinga oraz zwykłej inercji Norwegów, przekonanych, że atak na ich kraj nie jest możliwy.

Dla wykonania tejże operacji powołano tzw. Gruppe XXI, która miała skupiać siły inwazyjne. W ich składzie znalazły się 2 okręty liniowe, 3 pancerniki kieszonkowe, 8 krążowników, 50 niszczycieli i torpedowców, 70 okrętów podwodnych i wiele mniejszych jednostek oraz statki handlowe. Całość sił morskich podzielona została na jedenaście grup morskich pod ogólnym dowództwem adm. Wilhelma Marschalla. Każda z nich miała wyraźnie określone zadania. Dowodzona przez kmdr. Friedricha Bontego 1 Marine Gruppe składała się z 10 niszczycieli, których zadaniem było dostarczenie desantu do portu Narwik. Zespół ten szedł w osłonie jedynych ówcześnie gotowych do służby niemieckich okrętów liniowych. Na pokładach niszczycieli kmdr. Bontego znaleźli się żołnierze z jednostki strzelców górskich dowodzeni przez gen. por. Eduarda Dietla. Zadanie Bontego było najtrudniejsze, także ze względu na odległość Narwiku od baz niemieckich. Wskutek tego okręty 1 i 2 Marine Gruppe musiały wyjść w morze wcześniej niż pozostałe zespoły32. Drugi zespół, dowodzony przez kmdr. Helmuta Heye, miał zdobyć portu w Trondheim. W jego składzie znalazł się ciężki krążownik „Admiral Hipper” i 4 niszczyciele. Oba zespoły wyszły z bazy już 7 kwietnia 1940 r.

Dowodzona przez kadm. Huberta Schmundta 3 Marine Gruppe składała się z lekkich krążowników „Köln” i „Königsberg”, stawiacza min „Bremse”, tendera „Karl Peters”, 2 torpedowców i 5 ścigaczy. Jej zadaniem było zajęcie z zaskoczenia Bergen. Bardziej pomocnicze zadanie wyznaczono 4 Marine Gruppe, która miała zająć porty Kristiansand i Arendal. W jej składzie znalazły się lekki krążownik „Karlsruhe”, tender „Tsingtau”, 2 torpedowce i 7 ścigaczy. Dowodzenie nad tymi jednostkami objął kmdr Friedrich Rieve. Podobnie pomocnicze zadanie miały wykonać 3 trałowce tworzące 6 Marine Gruppe pod dowództwem kpt. Kurta Thomy, zajmując port w Egersund.

Jedno z najważniejszych zadań postawiono przed 5 Marine Gruppe dowodzoną przez kadm. Oskara Kummetza, która miała zdobyć bazę norweskiej marynarki wojennej w Horten oraz wysadzić desant w Oslo. Do forsowania Oslofiordu zdecydowano się skierować pancernik kieszonkowy „Lützow”33, ciężki krążownik „Blücher”, lekki krążownik „Emden”, 3 torpedowce i 8 małych trałowców. Działania tego zespołu musiały zostać szczególnie dobrze skoordynowane z uderzeniem wojsk powietrznodesantowych oraz działaniami lotnictwa transportowego. Właśnie w stolicy Norwegii spodziewano się największego oporu. Możliwie szybkie jego stłumienie, pochwycenie rodziny królewskiej czy też rządu norweskiego dawało Niemcom szanse na błyskawiczne zakończenie kampanii poprzez wymuszenie kapitulacji armii norweskiej.

Pozostałe Marine Gruppe skierowano do działań przeciwko Danii. W ramach duńskiej części operacji zdecydowano się użyć raczej sił pomocniczych. Oprócz szkolnego okrętu liniowego „Schleswig-Holstein” i jednego stawiacza min skierowano do niej tylko mniejsze jednostki34. Miały zająć z zaskoczenia Kopenhagę oraz porty Nyborg, Korsør, Esbjerg, Thyboroøn, Fredericia i Middelfart.

Niemcy nie spodziewali się oporu Norwegów, a ich zespoły floty nawodnej i podwodnej uważali za niewielkie zagrożenie dla swojej operacji35. Najważniejszą przeszkodą mogła okazać się Royal Navy, która była w stanie, o ile odpowiednio wcześniej wyszłaby w morze, zerwać tę operację desantową. Strona niemiecka właściwie nie miała sił osłonowych. Takiej roli zapewnić nie mogło także niemieckie lotnictwo, nieoperujące w pierwszych chwilach desantu nad większością zaplanowanych miejsc lądowania wojsk niemieckich. Co prawda skierowano do działań blisko 1300 samolotów w składzie 5 Floty Powietrznej, ale mogły one aktywnie operować tylko nad Danią36 oraz nad południową częścią Norwegii. Wcale lub w ograniczonym stopniu mogły osłaniać lądowania w Narwiku, Trondheim czy nawet Bergen. Ponadto należało się liczyć z przeciwdziałaniem lotnictwa norweskiego i duńskiego. Wskutek tego Luftwaffe musiała skupić się początkowo na neutralizacji lotnisk obu atakowanych państw i zniszczeniu możliwie dużej liczby samolotów przeciwnika na ziemi.

Bezpośrednio do działań zdecydowano się skierować ok. 140 000 żołnierzy niemieckich w ramach 7 dywizji piechoty, 2 dywizji strzelców górskich; wspierały ich jednostki pancerne i zmechanizowane. Warto zauważyć, że Niemcy nie dysponowali żadną specjalistyczną jednostką, która byłaby szkolona do operacji desantowych. Przygotowywana operacja miała charakter eksperymentalny. Brakowało także specjalistycznych okrętów przeznaczonych do transportowania i desantowania piechoty37.

Brytyjczycy także przygotowywali desant w Norwegii. Miał mieć on charakter prewencyjny, ale – jak można sądzić – nie spotkałaby się z ciepłym przyjęciem władz norweskich. Brytyjczycy mieli absolutną przewagę na morzu, więc mogli spokojnie zaplanować zajęcie głównych norweskich baz i tym samym sparaliżować wszelkie niemieckie plany. Plan „R4” opierał się jednak na założeniu, że uda się przekonać władze norweskie do sojuszniczego (!) charakteru tej inwazji. Ponadto plan był mało realny, gdyż w pierwszej połowie 1940 r. zasadnicza większość brytyjskich sił lądowych znajdowała się na terenie Francji, w ramach Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego, i przygotowanie odpowiednich sił inwazyjnych nie było możliwe. Dlatego konieczne stało się pozyskanie wsparcia sił francuskich, a nawet odbudowujących się we Francji po klęsce 1939 r. oddziałów Wojska Polskiego. Wskutek tego Brytyjczycy w ramach przygotowań także wykorzystywali wszystko, co tylko się dało. Podobnie jak strona niemiecka nie mogli zapewnić swoim siłom osłony lotniczej. Najważniejsze rejony przyszłych działań znajdowały się poza zasięgiem lotnictwa bazowego, a brytyjskie lotniskowce były zbyt nieliczne i źle wyposażone w nowoczesny sprzęt lotniczy, by wywalczyć panowanie w powietrzu nad rejonami przyszłych lądowań i późniejszych walk.

Planowana operacja „R4” powiązana była z koncepcją całkowitego zaminowania podejść do najważniejszych baz norweskich, czyli operacją „Wilfred”. Mimo iż Brytyjczycy przygotowywali ją od końca 1939 r., to cały czas przekładali termin jej rozpoczęcia, głównie ze względu na brak odpowiednich sił. Co prawda ostatecznie przyjęty termin 5 kwietnia dla operacji „Wilfred”38 i tak pozwoliłby uprzedzić niemieckie działania, ale stronie alianckiej zabrakło zdecydowania w najważniejszym momencie. W chwili wyjścia w morze niemieckich zespołów desantowych na wodach Morza Północnego znajdowało się już pięć brytyjskich zespołów bojowych, w tym dwa prowadzące minowania wód norweskich. Na morzu Royal Navy miała 4 okręty liniowe („Renown”, „Valiant”, „Repulse” i „Rodney”), 6 krążowników i 35 niszczycieli. Były one w stanie nie tylko zerwać niemiecką operację desantową, ale także zdziesiątkować Kriegsmarine. Ponadto Brytyjczycy wiedzieli o wyjściu niemieckich okrętów w morze. Już pierwszego dnia marszu zespołów 1 i 2 Marine Gruppe zostały one wykryte przez brytyjskie samoloty, a następnie nieskutecznie atakowane przez dywizjony Blenheimów i Welligtonów39. Równocześnie informacje o pojawieniu się dużej liczby niemieckich statków transportujących żołnierzy Brytyjczycy pozyskali dzięki akcji polskiego okrętu podwodnego „Orzeł”, który zatopił transportowiec „Rio de Janeiro”40. W ogóle w toku tej operacji okazało się, że obie strony słabo potrafią wykorzystać swoje siły podwodne. Brytyjczycy wyraźnie działali nadmiernie defensywnie, strona niemiecka zaś nie była w stanie rzucić do walki dużych ilości U-Bootów. Pomimo tego postawiono przed nimi bardzo szeroko zakrojone zadania. Jak pisze o tym w swoich wspomnieniach Karl Dönitz: „Głównym zadaniem broni podwodnej, z uwagi na możliwe działania wroga, było zabezpieczenie sił własnych od strony morza, po ich wejściu do wyznaczonych portów”41. Nawet uznając, że właśnie takie zadanie powinno stawiać się najbardziej myśliwskiej części floty, jaką były U-Booty, to nawet ono nie zostało wykonane. Do Narwiku, w rejon szczególnie ważny i zagrożony przez działania Royal Navy, zdecydowano się skierować cztery okręty podwodne z bardzo doświadczonymi załogami42. Również cztery jednostki skierowano na wody w pobliżu Bergen, a dwie kolejne trafiły w strefę osłony Trondheim43. Okręty te wyszły z baz już 16 marca, tak by na wyznaczonych pozycjach znaleźć się z wyprzedzeniem i zabezpieczyć operację przed ewentualnym kontratakiem sił brytyjskich.

Całość niemieckiej operacji desantowej przeciwko Norwegii i Danii podzielona została na kilka faz. W pierwszej porty niemieckie opuściły zespoły tankowców i transportowców, które miały przedostać się do norweskich portów i tam dostarczyć materiały potrzebne w przyszłości zespołom bojowym. Całość tej fazy operacji musiała zostać zrealizowana w ścisłej tajemnicy i przy pełnym zakamuflowaniu właściwego celu pobytu niemieckich statków w wybranych portach. Następnie w morze wyszły okręty podwodne, które miały pozostawać w sektorach bojowych i oczekiwać na jednostki brytyjskie. Potem, w różnym czasie, w morze wyszło jedenaście grup inwazyjnych, złożonych głównie z okrętów wojennych załadowanych żołnierzami, przeznaczonymi do wykonania pierwszego uderzenia desantowego. Dopiero po nich w morze wyszły nowe zespoły transportowców, przewożące na swoich pokładach dalszych żołnierzy, ale także sprzęt bojowy i materiały konieczne dla kontynuowania walki. Jednocześnie w stronę wybranych portów ruszyły kolejne niemieckie tankowce z paliwem niezbędnym dla zachowania przez okręty Kriegsmarine zdolności efektywnego działania44. Niezależnie od tego cały czas operować miał specjalny zespół minowy floty niemieckiej, którego zadaniem było zasłonić specjalną zaporą minową rejon cieśnin Skagerrak i Kattegat, odgrywających bardzo dużą rolę45.

Warto zauważyć, że strona niemiecka nie zdecydowała się ani na wyjście jednym wielkim zespołem, ani na dokonanie jednego punktowego desantu. Celem operacji wymierzonej w Danię było umożliwić przeprowadzenie koncentrycznego uderzenia, które sparaliżowałoby wolę obrony i pozwoliło na swobodny marsz armii lądowej w głąb zajmowanego terytorium. W przypadku Norwegii uznano za właściwe podjąć operację desantową na szerokim froncie od Narwiku do Oslo, przejmując główne porty, a w wyniku tego dezorganizując wszelką możliwość obrony i dając czas na transport, głównie drogą lotniczą, kolejnych jednostek, które bez trudu mogłyby już złamać wszelki opór armii norweskiej.

Dla powodzenia operacji decydujące znaczenie miały walki na północy, zwłaszcza opanowanie Narwiku, oraz na południu, gdzie celem było opanowanie Oslo.

Zespół skierowany do Narwiku46 szczęśliwie ominął wszelkie brytyjskie okręty operujące na Morzu Północnym47, dzięki czemu pojawił się na wodach fiordu Vest bez strat48. Na jego pokładach znajdowało się 2 tys. strzelców górskich wraz z bronią. Podróż minęła fatalnie, wysoka fala i sztormowa pogoda sprawiły, że większość zupełnie nieprzygotowanych żołnierzy chorowała przez cały rejs49. W wyniku trudnych warunków na morzu uszkodzenia odniósł niszczyciel „Erich Giese” i pozostał w tyle za resztą zespołu. Wchodząc w głąb fiordu, kmdr Bonte zdecydował się odesłać „Diethera von Roedera” w stronę opóźnionej jednostki; nakazał, by obie zajęły pozycję przy wyspie Baröy, patrolując jednocześnie wejście do fiordu. Chciał w ten sposób zabezpieczyć się przed niezauważonym wejściem brytyjskich jednostek do fiordu50. Kolejne dwie jednostki, „Hans Lüdemann” i „Anton Schmitt” dostały rozkaz wysadzenia swoich desantów w rejonie miejscowości Ramnes i Hammesholm, gdzie miały znajdować się nowoczesne baterie artylerii nadbrzeżnej. Desant przebiegł bez zakłóceń, oba miasteczka zostały zajęte. Informacje wywiadu okazały się jednak nieścisłe i żołnierze niemieccy znaleźli jedynie przygotowane stanowiska pod baterie, ale bez uzbrojenia51.

Główny zespół niemiecki wszedł na redę portu w Narwiku. Tu oczekiwały na każdego nieproszonego gościa dwa norweskie pancerniki obrony wybrzeża „Eidsvold” i „Norge”. Na okrętach formalnie obowiązywał alarm bojowy i rozkaz zatrzymania niemieckich okrętów wojennych za wszelką cenę. Wobec pojawienia się trzech niszczycieli nieznanej przynależności z „Eidsvolda” oddano strzał ostrzegawczy. Wydawało się, że Niemcy nie zdołali uzyskać zaskoczenia. Niestety dowódcy norweskich okrętów nie wykazali się zdecydowaniem. Niepotrzebnie podjęto rokowania zakończone atakiem torpedowym z niemieckich niszczycieli52. Po ataku na dno poszły oba norweskie okręty i desant został wysadzony bez żadnego dalszego przeciwdziałania ze strony Norwegów. Żołnierze gen. Dietla bez większych problemów opanowali miasto. Jako pierwsi na brzegu znaleźli się żołnierze z 2 batalionu 139 pułku strzelców górskich. W mieście stacjonowały dwie kompanie wojsk norweskich, ale, na odgłos wybuchów torped oraz hałasu lądowania Niemców bez walki wycofały się z miasta. Dowodzący formalnie obroną Narwiku płk Konrad Sundlo poddał miasto po przybyciu do jego siedziby gen. Dietla53. Zadanie zostało wykonane, ale jednocześnie Niemcy znaleźli się w pułapce. Zespół kmdr. Bontego został odcięty od reszty sił niemieckich, a strzelcy górscy Dietla już wkrótce znaleźli się w roli obrońców mających odpierać desantujące się wojska alianckie.

Lądowanie w Narwiku, podobnie jak i w innych miejscach, zakończyło się sukcesem. Największe problemy pojawiły się w Oslo. Stolica Norwegii broniona była nie tylko przez bazę morską w Horten, w której stacjonował duży, jak na flotę norweską, zespół okrętów, ale także przez potężne fortyfikacje z bateriami artylerii nadbrzeżnej i wyrzutniami torped. Zdobycie stolicy i sparaliżowanie ośrodka decyzyjnego przeciwnika okazało się warte podjęcia ryzyka, ale forsowanie Oslofiordu było od początku obciążone bardzo dużym ryzykiem54.

Obrona stolicy Norwegii była rozbudowana i utrzymywana w dobrym stanie. Na Oscarborgu znajdowało się łącznie ok. 30 dział kalibrów od 150 do 305 mm, kolejne znajdowały się w Oslofiordzie. Do tego dochodziły także lądowe wyrzutnie torpedowe. Systemu obronny był modernizowany i doskonale rozlokowany55. To świetne przygotowanie do obrony zaskoczyło niemiecką grupę uderzeniową. Udało się jednak bez problemu przejść obok zewnętrznych baterii norweskich, które milczały56. Niemcy uzyskali efekt zaskoczenia, a Norwedzy nie wyłączyli świateł nawigacyjnych w fiordzie. Dowodzący niemieckim zespołem kadm. Oskar Kummetz nakazał wysadzenie desantu na wysepkach Rauöy i Bolaerne, na których znajdowały się baterie artylerii nadbrzeżnej. Nie otworzyły one ognia, ale uznano za właściwe opanowanie tych umocnień. Desantu dokonano od północnej, niebronionej strony obu wysp. Przeprowadził go oddział liczący 180 żołnierzy, który zaokrętowano na cztery kutry torpedowe. O ile Rauöy została zajęta bez problemu, o tyle norweska załoga Bolaerne stawiła desantującym się żołnierzom zaciekły opór i to już w chwili ich wyjścia na brzeg. Zaskoczyło to Niemców. Pod gęstym ogniem, także z broni maszynowej, desant został zepchnięty do morza i to pomimo wsparcia z pokładów kutrów torpedowych. Tego dnia zrezygnowano ze zdobycia tej wysepki. Ponowną próbę jej zajęcia podjęto następnego dnia. Do ataku skierowano ponad 250 żołnierzy wspartych przez okręty. Walki trwały cały dzień i z powodu wyczerpania dalszych możliwości oporu, a także wieści o utracie większości punktów strategicznych w Norwegii załoga poddała się oddziałowi niemieckiemu. Walki o Bolaerne pokazały jednak, że Niemcom można stawić opór. Strona niemiecka nie była przygotowana do tego typu operacji, przeprowadzała je siłami zorganizowanymi pospiesznie, które nie miały koniecznego przeszkolenia. Sukcesy, jakie Niemcy odnosili w pierwszych godzinach desantu, wynikały głównie z jej zdecydowania w realizowaniu założonych działań.

O godz. 3.00 kadm. Kummetz podzielił swój zespół bojowy. Z sił głównych zdecydował się wydzielić podzespół złożony z torpedowców „Kondor” i „Albatros”, dwóch kutrów torpedowych, trałowca z 340 żołnierzami desantu na pokładzie, by opanowali bazę norweskiej marynarki wojennej w Horten. Skierowanie tak małych sił przeciwko tej bazie było bardzo ryzykowne. To przecież tam stały m.in. 2 norweskie pancerniki obrony wybrzeża „Tordenskjöd” i „Harald Haarfagre”57. Wejście zespołu niemieckiego na redę Horten, potem odważne podejście do brzegu kutra torpedowego „R-17”, wysadzenie desantu (60 żołnierzy), zajęcie dowództwa bazy i zagrożenie jej zbombardowaniem z powietrza, sparaliżowało wolę obrony. Norweska baza została bez większego problemu zdobyta szturmem. Opór stawił okręt „Olaf Tryggvason”, którego dowódca kmdr Tryggve Briseid wykorzystał fakt, że okręt znajdował się pod parą58 i zdecydował się na otwarcie ognia. Celem stał się kuter „R-17”, który po kilku trafieniach, płonąc, poszedł na dno wraz ze sprzętem bojowym grupy desantowej59. Norweska jednostka następnie przeniosła ogień na inne niemieckie torpedowce znajdujące się w pobliżu bazy; trafiony „Albatros” został uszkodzony i musiał oddalić się od Horten. Działania „Olafa Tryggvasona” co prawda zaburzyły przebieg desantu, ale nie mogły zablokować podjętych już działań na lądzie60. Baza została zdobyta, wobec czego kmdr Briseid podjął decyzję o zatopieniu swojego okrętu. Do Horten już bez przeszkód ponownie weszły niemieckie jednostki.

W czasie gdy trwały walki o bazę w Horten, główny zespół desantowy szedł w głąb Oslofiordu, dążąc do pełnej realizacji postawionych przed nim zadań. Trudno było liczyć na uzyskanie zaskoczenia, zwłaszcza że odgłosy walk z południowej części fiordu docierały do kolejnych stanowisk norweskiego systemu obronnego. Szczególnie ważnym elementem tego systemu była twierdza Oscarsborg i jej baterie artylerii nadbrzeżnej oraz lądowe wyrzutnie torpedowe. Dowodzący twierdzą na Oscarsborgu płk Birger Ericsen już wcześniej postawił swe siły w stan alarmu, czekając na zbliżające się wrogie okręty. Już nad ranem, w szarej poświacie wstającego dnia, w okularach lornetek norweskiego dowódcy pojawił się niemiecki zespół bojowy. O godz. 5.18 czołowa niemiecka jednostka61 oświetlona została przez potężny zespół reflektorów rozlokowanych na brzegu wysepki Kaholm, z dala od pozycji artylerii nadbrzeżnej62. Pozwoliło to wydać w minutę później rozkaz otwarcia ognia. Dwa potężne działa kal. 280 mm „Anton” i „Mojżesz” od razu uzyskały trafienia. „Blücher” dostał w nadbudówkę pomostu bojowego oraz hangar dla wodnosamolotu na śródokręciu. Na te pierwsze pociski cała artyleria „Blüchera” odpowiedziała natychmiast, jednak całkowicie na ślepo, bez większych szans na sukces. Do ostrzału niemieckiej jednostki dołączyły kolejne działa. Na niemieckim okręcie rozpętało się piekło. Dla żołnierzy przygotowywanych do desantu były to koszmarne chwile. „Blücher” w ogniu norweskich dział był tylko kilka chwil, jednak i tak trafiony został kilkanaście razy. Okręt szedł dalej w głąb fiordu, na śródokręciu szalał pożar. Liczono jednak na to, że główne zagrożenie już minęło, a właściwie przeniosło się na następny w szyku pancernik kieszonkowy „Lützow”, który już prowadził ostrzał norweskich pozycji63. Załoga „Blüchera” zajęta walką z pożarem nie spodziewała się, że właśnie wchodzi pod celowniki norweskiej wyrzutni torpedowej. Ta stara wyrzutnia, posiadająca dwie rury, nieużytkowana od dawna (że nie było nawet pewności, czy odpali), miała zadać ostateczny cios w tym boju. Dwie torpedy idealnie trafiły w już i tak uszkodzony okręt, na którym o 5.30 wybuchły także komory amunicyjne dział przeciwlotniczych64. Los jednostki był przesądzony. O godz. 6.00 wydany został rozkaz jej opuszczenia65. Okręt zatonął. Wraz z jednostką na dno poszła część żołnierzy z sił desantowych. Łączne straty wyniosły ok. 1200 ludzi, w tym wielu żołnierzy i oficerów wyznaczonych do zajęcia Oslo. Walki w rejonie twierdzy Oscarborg załamały koncepcję zajęcia stolicy norweskiej od strony morza. O godz. 7.00 z pokładów „Lützowa” i towarzyszących mu jednostek zszedł desant w rejonie Son i Moss. Żołnierze z 4 batalionu 139 pułku strzelców górskich mieli uderzyć na Dro/ bak, natomiast żołnierze z 2 batalionu 307 pułku piechoty skierowani zostali intensywnym marszem na Oslo66. Działania te nie dały jednak spodziewanego efektu67. Zadanie zajęcia i zdobycia Oslo udało się wykonać dopiero następnego dnia, 9 kwietnia, po serii nalotów na główne bazy wojskowe położone w Oslo lub na jego obrzeżach, wskutek czego udało się zająć lotnisko Fornebu i przerzucić na nie siły lądowe samolotami transportowymi68. Tą drogą przerzucano również wsparcie dla sił piechoty. To właśnie w walkach o Oslo wzięły symboliczny udział eksperymentalne niemieckie czołgi ciężkie. Niemieckie okręty wycofały się z Oslo już 10 kwietnia69. W czasie odwrotu 11 kwietnia ciężko uszkodzony został pancernik kieszonkowy „Lützow”, storpedowany przez brytyjski okręt podwodny „Spearfish”70. Mimo ogromnych uszkodzeń okręt dzięki pomocy holowników zdołał dociągnąć do Kolonii. Jego remont miał trwać do początków 1941 r., co wobec kolejnych planów inwazyjnych Niemiec nie było bez znaczenia.

Zajęcie Narwiku i Oslo nie kończyło operacji desantowej w Norwegii. Równie ważne było zajęcie portu w Trondheim. Zadanie to powierzono 2 Grupie Bojowej. Po starciu z brytyjskim niszczycielem „Glowworn” niemiecki zespół działał nadal z dużym zdecydowaniem. Tym bardziej, że Trondheim nazywano kluczem do całej norweskiej linii brzegowej. Niemcy postanowili wejść do tego portu udając okręty brytyjskie, których przybycia Norwedzy mogli się spodziewać. Podstęp się udał, dzięki czemu udało się minąć twierdzę Hysnes, stanowiąca największe zagrożenie dla niemieckich okrętów. Mijając twierdzę, krążownik „Admiral Hipper” otworzył do niej ogień z baterii rufowych; sam nie odniósł uszkodzeń pomimo odpowiedzi ze strony Norwegów. O godz. 6.25 okręty niemieckie osiągnęły nadbrzeże portu71 i rozpoczęły wyładunek żołnierzy z 2 Dywizji Górskiej72. Żołnierze zajęli port, miasto i natychmiast zaczęli przygotowywać tymczasowy pas startowy, by przyjąć samoloty transportowe z kolejnymi oddziałami piechoty, artylerią i wsparciem dla zespołu desantowego. Port natychmiast po pojawieniu się wsparcia objęto silną obroną przeciwlotniczą. Powoli strona niemiecka dostrzegała rosnące straty w okrętach wojennych, więc w miarę możliwości starano się zabezpieczyć przed ewentualnym uderzeniem lotniczym ze strony Brytyjczyków.

Zajęcie portu w Bergen powierzono 3 Grupie Morskiej, złożonej z lekkich krążowników. Na każdej z jednostek rozlokowano ok. 600 żołnierzy przeznaczonych do przeprowadzenia desantu. Celem desantu było najpierw zajęcie umocnień nadbrzeżnych, a następnie samego portu. Pierwsza faza operacji nie mogła zostać przeprowadzona z pokładów dużych jednostek bojowych, zwłaszcza że dokonywać się on miał w warunkach polowych, a nie przy nadbrzeżach. Należało więc skorzystać z małych okrętów wojennych, którym łatwiej podejść w pobliże brzegu. Z ich pokładów oddziały szturmowe uderzyły na baterie artylerii nadbrzeżnej w Kvaren i Sandiviken. Dowodzący operacją kadm. H. Schmundt liczył, że zdołają one unieszkodliwić norweską obronę. Dlatego skierował swoje okręty w głąb fiordu. W chwili mijania baterii na Kvaren jej trzy działa kal. 210 mm otworzyły ogień i trafiły krążownik lekki „Königsberg”, który został poważnie uszkodzony. Na okręcie wybuchł pożar, zmuszając go do rzucenia kotwicy. Straty poniósł także zaokrętowany na pokładzie krążownika oddział desantowy. Te straty spowodowały zatrzymanie całego zespołu. Nad ranem nad portem i fiordem pojawiły się niemieckie bombowce, które dokonały nalotu na norweskie umocnienia. Dopiero potem rejs podjął „Bremse”, jako pierwszy wchodząc do portu. To z jego pokładu zeszli pierwsi niemieccy żołnierze, w tym gen. mjr Hermann Tittel, dowódca 69 Dywizji Piechoty, wraz ze swoim sztabem, by kierować zajęciem Bergen. W drugiej kolejności wysadzono na brzeg dwa bataliony z 159 pułku piechoty. Działania te dokonywały się już bez przeciwdziałania ze strony Norwegów. Miasto i port zostały opanowane. Niemcy czuli się dość bezpiecznie. Jak się miało okazać, przedwcześnie.

Dnia 10 kwietnia Brytyjczycy przeprowadzili udany nalot na Bergen, zatapiając uszkodzonego „Königsberga”. Ataku dokonało szesnaście załóg z dywizjonów 800 i 803, stacjonujących w tym czasie formalnie na lotniskowcu „Furious”, a przebazowanych na czas ataku do Hatson na Wyspach Orknejskich. Bombowce nurkujące typu Skua73 będące na wyposażeniu obu dywizjonów, były w tym czasie jedynymi tego typu samolotami pokładowymi w Royal Navy. Tym nowoczesnym maszynom w fazie konstrukcji postawiono zbyt wygórowane wymagania74, nie spełniały więc w pełni żadnej z planowanej funkcji. Początkowo używano ich głównie jako samolotów rozpoznawczych. Tym razem jednak odegrały rolę bombowców, próbując wykorzystać swe pełne, projektowane możliwości. Odległość między Hatson a Bergen, wynosząca 600 km, stanowiła granicę ich zasięgu operacyjnego; samoloty nie miały paliwa na nic więcej poza jednym podejściem do ataku. Wszelkie dodatkowe czynności groziły przedwczesnym wyczerpaniem się paliwa i wodowaniem gdzieś na falach Morza Północnego. Mimo fatalnych warunków atmosferycznych (szalał sztorm ze śnieżycą) piloci o 7.00 bezbłędnie nadlecieli nad Bergen. Trzy bomby trafiły bezpośrednio w „Königsberga”, a następnych dwanaście obramowało cel. Okręt wkrótce przełamał się wpół i zatonął75. Straty własne ograniczyły się do jednego samolotu. Ten bezprecedensowy sukces udowodnił wysokie kwalifikacje brytyjskich pilotów morskich i ich znakomite wyszkolenie. Akcja dowiodła również, że Brytyjczycy mieli możliwości i siły do zablokowania i zerwania niemieckiej operacji desantowej. Anglicy jednak po raz kolejny zlekceważyli własny sukces i niebawem wycofali samoloty Skua ze służby czynnej, uznając je za bezwartościowy sprzęt. Zabrakło też zdecydowania i konsekwencji w podejmowaniu działań. Dla Niemców atak na Bergen był dowodem, że operacja w Norwegii nie będzie miała tylko jednej, niemieckiej fazy.

Niemieckie operacje przeprowadzone przez pozostałe zespoły uderzeniowe wyglądały dość podobnie. Wkraczając w rejon lądowania, 4 Grupa Uderzeniowa musiała sforsować obronę złożoną z baterii artylerii nadbrzeżnej. Pod brzeg podeszła pod osłoną mgły. Gdy ta opadła, baterie otworzyły ogień. Niemiecki lekki krążownik „Karlsruhe” znalazł się w kłopotach i musiał podjąć walkę. O godz. 6.32 padła pierwsza salwa. Norwegowie szybko uzyskali nakrycie. Niemiecka jednostka mogła odpowiedzieć tylko z dział dziobowych i trzykrotnie podejmowała próbę forsowania wejścia do portu. Ostatecznie postanowiono przenieść żołnierzy na mniejsze jednostki i wedrzeć się do portu; liczono, że baterie nadbrzeżne nie zaangażują się w walkę. Tak się stało, miasto i port zostały opanowane przy stracie dwóch żołnierzy76. Los „Karlsruhe” dopełnił brytyjski okręt podwodny „Truant”77.

Jeszcze mniej kłopotów sprawiło Niemcom zajęcie terytoriów duńskich. Opór stawiany przez armię, flotę wojenną i lotnictwo Królestwa Danii był symboliczny. Władze podjęły decyzję o kapitulacji po niecałym dniu walk.

Pierwsza faza operacji „Weserübung” zakończyła się dla strony niemieckiej bezsprzecznym sukcesem. Wykazując dużą odwagę, zdecydowanie, czasami wręcz brawurę graniczącą z brakiem rozsądku w planowaniu i realizowaniu operacji wojennych Niemcy zdołali w krótkim czasie opanować najważniejsze porty i bazy w obu państwach skandynawskich. Dania skapitulowała niemal bez walki, w Norwegii zaś podjęto opór, ale był on chaotyczny, pozbawiony szans na sukces. Jednakże, z drugiej strony, Niemcy nie przewidzieli że Brytyjczycy i ich sojusznicy zdecydują się na kontroperację na terenie Norwegii. Zainteresowanie obu stron skupiło się na Narwiku78.

Mapa 1 Operacja „Weserübung”

Już w momencie, gdy zajmował go zespół kmdr. Bontego, sytuacja niemieckich okrętów była dość skomplikowana. W Narwiku okazało się, że znajduje się tu tylko jeden z tankowców, które wcześniej wysłano do Norwegii jako zabezpieczenie materiałowe przyszłej operacji desantowej. Druga jednostka została zatrzymana w drodze przez pomocniczą jednostkę strażniczą floty Norwegii i nigdy nie dotarła do portu przeznaczenia. Ponadto w zbiornikach niemieckich niszczycieli znajdowały się resztki paliwa. Narwik leżał prawie na granicy ich zasięgu działania. Ze znajdującego się w porcie tankowca „Jan Wellem” mogły pobierać paliwo równocześnie tylko dwie jednostki79. W tym czasie desantowane na brzeg oddziały powoli i skutecznie opanowywały nie tylko sam Narwik, ale także pobliskie bazy wojskowe. Wobec braku oporu żołnierze niemieccy przejmowali również broń, amunicję i cenne zaopatrzenie80.

Dla Brytyjczyków utrata kontroli nad Narwikiem, na którego podejściach przed 8 kwietnia zaczęli stawianie min, była szczególnie dotkliwą porażką. Natychmiast podjęli działania w celu zneutralizowania poniesionych straty. Rozpoczęli od próby unieszkodliwienia niemieckiego zespołu, który znalazł się w Narwiku. Z jednej strony Brytyjczycy zdawali sobie sprawę, że ich ewentualny desant w Narwiku będzie możliwy dopiero po oczyszczeniu portu z wrogich okrętów, a z drugiej rozbicie niemieckiej eskadry, choćby tylko częściowe, pozwalało wyciągnąć korzyści z poniesionej klęski. Inicjatywa znalazła się w rękach kmdr. Bernarda A.W. Warburtona-Lee, dowodzącego w tym czasie 2 flotyllą, która znalazła się na patrolu w rejonie wejścia do fiordu Vest. Tam zastał go rozkaz od dowódcy Home Fleet, by wszedł do Narwiku i sprawdził, czy znajdują się w nim niemieckie okręty81. Brytyjski zespół złożony z pięciu niszczycieli wszedł w głąb fiordu, całkowicie zaskakując Niemców. Atak nastąpił 10 kwietnia około godz. 4.30. Jego konsekwencją było zatopienie kilku statków w porcie w Narwiku oraz poważne straty wśród niemieckich niszczycieli82. Podczas tej bitwy zatopione lub tak mocno uszkodzone, że nie były zdolne do dalszej walki, zostały trzy niemieckie niszczyciele83. Straty brytyjskie ograniczyły się do jednego niszczyciela, flagowego „Hardy’ego”. Reszta niemieckich jednostek została zablokowana w Narwiku. Ich los przypieczętowała tzw. druga bitwa w Narwiku, gdy do fiordu 13 kwietnia wszedł okręt liniowy „Warspite” w osłonie niszczycieli84. Tym razem na dno posłano wszystkie niemieckie jednostki. Żołnierze gen. Dietla w tym czasie panowali na lądzie. Jednak byli osamotnieni, pozostając „wyspą” niemieckiego panowania na północy Norwegii. Jeśli alianci chcieli odwrócić losy tej operacji, to właśnie tam mieli szukać sukcesu.

Natychmiast po zniszczeniu eskadry kmdr. Bontego zastanawiano się nad desantowaniem w Narwiku oddziałów 24 brygady gwardii, która była przygotowywana do desantu w Norwegii w ramach zarzuconej operacji „Wilfred”. Uznano jednak, że ryzyko jest zbyt duże, a sama koncepcja niedopracowana. To pozwoliło stronie niemieckiej na okrzepnięcie, zwłaszcza że siły lądowe zostały wzmocnione przez marynarzy i oficerów uratowanych z zatopionych okrętów. Uzbrojenie dla nich zapewniły nienaruszone magazyny norweskie. Jednocześnie Niemcy przystąpili do budowy umocnień, jednak kopanie w zamarzniętej ziemi nie było łatwe85. Z Berlina nadchodziły jasne rozkazy: Narwik ma być utrzymany za wszelką cenę86. Żołnierze gen. Dietla mogli liczyć na wsparcie z południa, w tym zwłaszcza na 181 Dywizję Piechoty gen. mjr. Kurta Woytascha, przerzuconą ogromnym wysiłkiem drogą lotniczą i morską do Trondheim, skąd miała ona podjąć marsz na północ, w stronę Narwiku. Z działań strony niemieckiej zdawano sobie sprawę w Londynie, także dzięki meldunkom z Norwegii. Uznano, że należy odkomenderować do Narwiku natychmiast dwie brygady (24 Gwardii i 146 Terytorialną). Jednostki zaokrętowano na 5 transportowców, które w osłanianym przez okręty wojenne konwoju skierowano w stronę Norwegii. Nadmierny optymizm po sukcesach w obu bitwach morskich w Narwiku sprawił, iż Brytyjczycy byli przekonani, że do zdobycia miasta i rozbicia oddziałów niemieckich wystarczy jedna brygada i to desantowana bezpośrednio w mieście. Zupełnie nie doceniano niemieckich sił i ich przygotowania do obrony. Równocześnie zdecydowano o skierowaniu 146 brygady do Namsos, które miała zająć; następnie powinna pomaszerować na Trondheim, aby je odzyskać87. Trudno uważać to za dokładnie zaplanowaną operację. Raczej był to ciąg decyzji, które wynikały z wykorzystywania przypadkowo pozyskiwanych jednostek. Po tych trzech brytyjskich jednostkach w stronę Norwegii skierowano francuską 5 Półbrygadę Strzelców Alpejskich, która na 4 transportowcach miała dotrzeć do Namsos. W tym czasie zdekompletowane brytyjskie pododdziały ruszyły już na Trondheim88. Obok Namsos aliantom udało się także poprzez desant opanować Steinkjer. Niestety nie mieli oni na terenie Norwegii dostatecznych sił lotniczych, by zabezpieczyć zdobyte bazy i uchronić desantowane wojska od gwałtownych nalotów Luftwaffe89. Wskutek działań niemieckiego lotnictwa oddziały alianckie zostały zdziesiątkowane, zatrzymane, a ostatecznie także zablokowane. Ich szanse na przedarcie się w rejon Trondheim były zerowe. W takiej sytuacji postanowiono dwa bataliony 148 brygady załadować na pokłady krążowników i niszczycieli brytyjskich, by dokonać desantu w A° ndalsnes, co miało uruchomić tzw. południowe skrzydło uderzenia na Trondheim90. Zdobycie brzegu powierzono 725 żołnierzom Royal Marines. Całością desantu dowodził bryg. Harold de R. Morgan. Niestety, zarówno wsparcie ze strony oddziałów norweskich, jak i własnego lotnictwa oraz okrętów wojennych zawiodło. Wskutek tego siły brytyjskie, mimo odniesienia początkowego sukcesu, znalazły się opłakanej sytuacji91. Ich ewakuacja przeprowadzono pomiędzy 1 a 3 maja 1940 r.92

Brytyjczycy nie chcieli uznać swojej porażki w rejonie Trondheim. Podjęli decyzję o skierowaniu do walk 15 brygady ze składu 5 Dywizji Piechoty, znajdującej się w tym czasie we Francji w ramach Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego. Jednostka ta przybyła do A° ndalsnes 23 kwietnia. Jednak i to wsparcie nie mogło już zmienić ogólnego przebiegu walk93.

Ogromne znaczenie miało nie tylko chaotyczne wprowadzanie do walki kolejnych sił, ale także niemożność uzyskania panowania w powietrzu, a nawet realnego całkowitego panowania na morzu. Będą to konieczne elementy w wypadku każdej operacji desantowej prowadzonej w czasie II wojny. Brytyjczycy znajdowali się w odwrocie, tylko nie do końca chcieli to uznać. Ich lotnictwo nie zdołało wywalczyć nawet równowagi nad Norwegią. W wyniku tego żołnierzom cały czas groziły bombardowania. Podobnie Royal Navy nie mogła działać swobodnie u wybrzeży norweskich. Nie tylko zagrażało jej niemieckie lotnictwo94, ale także operujące na wodach Morza Północnego niemieckie okręty podwodne. Pomimo ogromnej przewagi Royal Navy i strat floty niemieckiej o pełnym panowaniu Brytyjczyków na morzu nie można mówić95.

Działania w rejonie Narwiku wywoływały takie same problemy. Poza tym, zanim alianci zdołali zorganizować siły desantowe, strzelcy górscy gen. Dietla opanowali Björnfjell na granicy ze Szwecją – dzięki czemu mogli liczyć na przewóz zaopatrzenia przez ten kraj96. Przygotowywany aliancki Korpus Ekspedycyjny był więcej niż kombinowany. Obok sił brytyjskich i francuskich, znalazła się w nich organizowana we Francji polska Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich dowodzona przez gen. Zygmunta Szyszko-Bohusza97. Brakowało odpowiedniego ekwipunku, map, środków transportu, środków desantowych, a nawet wiedzy o warunkach atmosferycznych panujących w rejonie Narwiku. W tej sytuacji szanse na sukces były niewielkie. Dużo zależało od zaangażowania żołnierzy i zapewnienia im później wsparcia z powietrza i morza.

Desant wojsk alianckich rozpoczął się 14 kwietnia w rejonie Harstadt. Łącznie na brzegu znalazło się ok. 24 tys. żołnierzy. Udało się także opanować lotnisko Barduffos, a także aktywnie wykorzystać lądowisko w Skaanlandzie. Dzięki temu uzyskano wsparcie lotnicze dla sił alianckich98, które mogły także wyjątkowo liczyć na stałe wsparcie artyleryjskie z okrętów wojennych. Strona niemiecka nie przeszkodziła w lądowaniu, dzięki czemu desantujące się wojska mogły spokojnie przygotować się do dalszych działań, zreorganizować się i po miesiącu podjąć one dalsze działania99. Oddziały niemieckie 28 maja, po rozpoczęciu alianckiej ofensywy, wycofały się z Narwiku wzdłuż linii kolejowej w stronę granicy szwedzkiej100. Zdobyty Narwik pozostał w rękach aliantów tylko przez dziesięć dni i to pomimo ogromnego bohaterstwa żołnierzy101. Wobec jednak gwałtownie zmieniającej się sytuacji na froncie francusko-niemieckim utrzymywanie korpusu alianckiego w Norwegii było niemożliwe. Konieczna stała się ewakuacja tych sił z rejonu Narwiku.

Ostatecznie ewakuacja zakończyła się 8 czerwca, a niedobitki wojsk norweskich poddały się dwa dni później. Niemieckie panowanie nad terytoriami norweskimi miało trwać do maja 1945 r.

Kampania norweska była pierwszą wielką kampanią II wojny światowej, w której ramach doszło do operacji desantowej, a nawet całej serii operacji i kontroperacji desantowych. Działania strony niemieckiej oparte zostały na współdziałaniu wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Wykorzystywano też element zaskoczenia, jednocześnie stosując wiele operacji wspierających, np. wcześniejsze wyjście w morze okrętów podwodnych, statków zaopatrzeniowych, czy też zorganizowanie „piątej kolumny” w rejonie planowanego lądowania. Nie zabezpieczono jej jednak odpowiednio od strony wywiadowczej, wskutek czego brakowało informacji o gotowości bojowej części systemu obronnego Norwegii, czy też o warunkach atmosferycznych, jakie czekać będą żołnierzy niemieckich. Strona norweska w czasie tej operacji odegrała marginalną rolę. W czasie lądowania z rzadka podejmowano wysiłek obronny, a w kolejnych tygodniach oddziały norweskie nie stanowiły poważnej siły bojowej. Nie odegrały nawet istotnej roli jako wsparcie dla działań brytyjsko-francusko-polskich. Alianci przygotowywali własne plany zajęcia Norwegii, z jednoczesnym zaminowaniem podejść do głównych portów. Wskutek uprzedzających działań niemieckich Sprzymierzeni utracili inicjatywę strategiczną. Próby jej odzyskania, podejmowane także w ramach własnych operacji desantowych, nie przyniosły spodziewanych efektów. Okazało się, że w 1940 r. alianci byli w stanie uzyskać przewagę na poziomie taktyczno-operacyjnym, ale nie mieli odpowiednich atutów strategicznych. Operacja norweska pokazała, jak duże znaczenie ma uzyskanie przewagi w powietrzu i zapewnienie swobody operacyjnej siłom desantowym i morskim, które pozostawały ważnym elementem wsparcia artyleryjskiego lądujących sił. Kolejne operacje desantowe potwierdzały te obserwacje. Operację wyróżniało też to, że żołnierzy desantowano dość swobodnie, bez energiczniejszego przeciwdziałania ze strony obrońców. Nie wykorzystywano również specjalnie przygotowanych okrętów desantowych. W porównaniu więc z innymi wydarzeniami z lat 1939–1945 operacja w Norwegii pozostała jednak nietypowa.

Plany operacji „Seelöwe”

Po zakończeniu działań w Danii i Norwegii, po rozgromieniu sił alianckich w Belgii, Holandii, a następnie Francji, Niemcy panowali nad zasadniczą częścią kontynentu europejskiego. Do pełnego i zwycięskiego zakończenia działań wojennych brakowało tylko zdobycia Wielkiej Brytanii. Jednak tutaj siła niemieckich dywizji pancernych miała mniejsze znaczenie. By mogły one pokazać swoją niszczycielską siłę, musiały zostać przerzucone przez kanał La Manche. To zaś nie było takie proste w obliczu przewagi Royal Navy oraz doświadczeń z poprzedniej tego typu operacji. Niemcy wiedzieli, że tym razem uzyskanie zaskoczenia nie będzie możliwe. Powtórzenie koncepcji norweskiej także nie wchodziło w grę. Niemcy uznali, że w celu przeprowadzenia desantu muszą uzyskać panowanie w powietrzu, by zneutralizować marynarkę wojenną Wielkiej Brytanii i zapewnić własnym siłom spokojny wyładunek i dostarczenie później koniecznego zaopatrzenia.

Z tego względu właściwą operację desantową miała poprzedzić wielka lotnicza bitwa o panowanie na niebie nad Anglią. Operacja „Adler” stawała się więc wstępem do operacji desantowej oznaczonej kryptonimem „Seelöwe”. Od początku przygotowań oraz podjęcia prac koncepcyjnych zakładano, że będzie to operacja wyjątkowa, nieporównywalna z lądowaniem w Norwegii. Po operacji norweskiej flota niemiecka utraciła czasowo lub na stałe ponad 1/3 swojego potencjału bojowego. To uniemożliwiało jej wykorzystanie na wodach kanału La Manche. Tymczasem, jak słusznie zauważa w swoich wspomnieniach wielki admirał Erich Raeder, by zrealizować takie zadanie konieczne byłoby wykorzystanie nie tylko wszystkich ocalałych okrętów wojennych, ale także wszystkich „statków oceanicznych, przybrzeżnych i rzecznych, co bardzo niekorzystnie wpłynęłoby na gospodarkę Niemiec”102. Ponadto wskazywał on nie tylko na konieczność wywalczenia przez niemieckie lotnictwo panowania w powietrzu w strefie kanału, ale także na poprzedzające samą operacje wydatne zmniejszenie potencjału brytyjskiej floty wojennej, poprzez intensywne naloty. Argumenty te, choć zasadne, okazały się być niewystarczające. Adolf Hitler był przekonany o konieczności operacji desantowej w Wielkiej Brytanii po odrzuceniu przez rząd premiera Winstona Churchilla jego propozycji pokojowych103. Wydał więc 16 lipca 1940 r. dyrektywę nr 16, nakazującą rozpoczęcie przygotowań do operacji zajęcia Wysp Brytyjskich104. Zakładała ona zgromadzenie wszelkich potrzebnych środków transportu morskiego do połowy sierpnia, tak by dało się przerzucić przez Kanał 25 dywizji, czyli dwie pełne armie105. Poza tym w dyrektywie uznano za właściwe przygotowanie lądowania na szerokim froncie od Ramsgate do wyspy Wight106. Zakładała ona także wcześniejsze uzyskanie panowania w powietrzu, czyli częściowo wychodziła naprzeciw wskazaniom Raedera.

Ta ogólna koncepcja była następnie opracowywana w szczegółach. Dla niemieckiej floty oznaczało to nie tylko gromadzenie wszelkich środków transportowych, włącznie ze wszystkimi statkami państw podporządkowanych, ale także skierowanie w rejon kanału La Manche wszystkich sprawnych jednostek floty wojennej. Niemieckie lotnictwo przygotowywało się do wielkiej bitwy o panowanie nad przestworzami, siły lądowe zaś musiały przygotowywać się do nowej operacji. Od początku założono, że na plażach angielskich piechota niemiecka ma uzyskać wsparcie broni pancernej. Liczono, że użycie czołgów pozwoli na całkowite rozbicie sił brytyjskich już w początkowej fazie operacji. Niemcy nie mieli własnych czołgów pływających, zaczęli więc przebudowę posiadanych modeli, tak by mogły zostać wykorzystane w momencie lądowania107. Niemcy nie dysponowali również wyspecjalizowanymi siłami desantowymi. Można było wykorzystać te jednostki, które lądowały w Norwegii, jednakże były to oddziały dość specyficzne (strzelcy górscy, spadochroniarze) i jak na warunki planowanej operacji, nieliczne. Ponadto inna miała być specyfika lądowania. O ile w Norwegii dominowało lądowanie w portach, z pokładów okrętów wojennych, o tyle na Wyspach Brytyjskich należało zaplanować lądowanie na plażach i to ze statków transportowych108. Brakowało jednak pomysłu na dostarczenie żołnierzy bezpośrednio na brzeg. Problemy wywoływało też ewentualne wsparcie lądowania przez specjalnie przebudowane tzw. czołgi podwodne. Planowano co prawda ich transport na barkach i promach, jednak te najpierw należało przebudować, wyposażając w specjalne rampy w części dziobowej, tak by te czołgi były w stanie z nich zjechać109. Piechota mogła teoretycznie być dowożona na brzeg małymi łodziami motorowymi. Motorówki jednak też należałoby przetransportować, a ich liczba byłaby ograniczona. Inne rozwiązania okazywały się jeszcze mniej realne.

Wszystkie wspomniane wątpliwości sprawiły, że dowódca niemieckiej floty wojennej zgłosił swój sprzeciw, składając memorandum na ręce szefa OKW. W dokumencie tym wysunął następujące wątpliwości co do możliwości przeprowadzenia operacji:

1) fatalny stan baz wyjściowych przyszłej inwazji będący wynikiem niedawnych działań wojennych, uniemożliwiający w praktyce gromadzenie tam sił i środków do operacji desantowej;

2) fatalne warunki atmosferyczne na kanale La Manche, bardzo poważnie utrudniające pomyślne przerzucenie znacznych ilości wojska;

3) brak możliwości lądowania w portach, a w rezultacie konieczność lądowania na plażach, do czego ani flota, ani armia nie są przygotowane;

4) brak rozpoznania minowego wód kanału La Manche, brak możliwości oczyszczenia szerokiego pasa morskiego niezbędnego do przeprowadzenia operacji110;

5) konieczność zapewnienia absolutnego panowania w powietrzu nad flotą desantową w czasie jej marszu przez kanał la Manche, podczas lądowania i później w toku operacji;

6) niemożność zabezpieczenia floty desantowej przed przeciwdziałaniem Royal Navy111;

7) obawa, czy lotnictwo zdoła zniszczyć lub chociaż poważnie naruszyć system umocnień na brzegach brytyjskich oraz osłabić zgromadzone tam siły przeciwnika 112.

Raeder był zdecydowany wykazać, że zaplanowana operacja jest nierealna, tym bardziej że pojawiły się głosy o konieczności przerzucenia na brzeg angielski nie 25, a 40 niemieckich dywizji. Dnia 21 lipca doszło więc do spotkania, podczas którego wszystkie te wątpliwości przedstawione zostały Hitlerowi. Führer jednak nie zdecydował się na odwołanie operacji desantowej, a jedynie na przesunięcie terminu jej rozpoczęcia na 15 września113. Konferencja dała impuls dalszym pracom koncepcyjnym. Bardzo szybko okazało się, że przerzucenie 400 tys. żołnierzy (40 dywizji) nie będzie możliwe. Niemiecki Sztab Generalny po kilku dniach prac postanowił ograniczyć te siły do 260 tys. żołnierzy, a to oznaczało, że do desantu skierowane zostanie 13 dywizji. W tej grupie znalazły się nie tylko jednostki piechoty, ale także dywizje zmotoryzowane i pancerne. Dla potrzeb operacji szef OKW gen. płk Franz Halder uznał za konieczne użycie co najmniej 180 „czołgów podwodnych”114. Oznaczało to wprowadzenie do służby 4–5 samodzielnych batalionów takich czołgów. Pod koniec sierpnia gotowe do działania były już 152 maszyny115.

Niezbędne stało się przygotowanie stanowiska dla baterii dalekonośnych dział po francuskiej stronie kanału La Manche116. Na całym francuskim wybrzeżu kanału La Manche planowano rozpocząć budowę stanowisk dla takich dział, by mogły one stanowić osłonę dla floty desantowej w czasie jej marszu przez kanał, a część z nich także wsparcie już w trakcie desantu117. Cała ta operacja wymagała wielkich nakładów i była niemożliwa do wykonania w tak krótkim czasie. Ponadto Niemcy nie byli w stanie zapewnić przygotowaniom pełnej osłony lotniczej. Na porty francuskie, belgijskie i holenderskie, w których zbierać się zaczęła flota inwazyjna, i na gromadzone wojska zaczęły naloty alianckie dywizjony bombowe118. Brytyjczycy przenieśli też część swoich sił morskich do baz położonych bliżej kanału La Manche119.

Trwająca bitwa o Anglię nie dawała spodziewanych przez stronę niemiecką efektów120. Niemiecki sztab zastanawiał się, czy w ogóle kontynuować przygotowania. W portach, które wskazano jako bazy wyjściowe, udało się zgromadzić 168 statków transportowych, prawie 500 holowników morskich, blisko 1200 barek, w większości bez własnego napędu121 i 1100 motorówek oraz kutrów, głównie rybackich122. Całość tych sił podporządkowano dowódcy Grupy Morskiej „Zachód” generał-admirałowi Saalwächterowi123. W portach północnej Europy udało się zgromadzić wszystkie dostępne, przede wszystkim lekkie, niemieckie okręty wojenne124. Dodatkowym elementem operacji miała być niemiecka flota podwodna. Z powodu niedostatku sprawnych wielkich okrętów artyleryjskich Niemcy mogli podjąć próbę zneutralizowania działań Royal Navy przy pomocy okrętów podwodnych. Niestety ich udział w operacji norweskiej zakończył się całkowitą porażką125. Był to nie tylko skutek użycia ich zbyt małej liczby, ale także kłopotów z wadliwie działającymi nowymi typami torped. Dowodzący flotą podwodną adm. Karl Dönitz nie mógł szybko zmienić tej sytuacji. Jak się wydaje, tylko masowe użycie okrętów podwodnych dawało choćby niewielkie szanse na powodzenie działań floty inwazyjnej126. W tym czasie sprawny był tylko jeden duży okręt artyleryjski, tj. pancernik kieszonkowy „Admiral Scheer”, jednak nie planowano jego użycia bojowego w osłonie floty inwazyjnej127. Co prawda w ciągu najbliższych tygodni do służby wrócić miało kilka innych dużych jednostek, ale dla nich zdecydowano się znaleźć inne zadanie. Powrócono do sprawdzonego wzorca z kampanii norweskiej i zdecydowano się przygotować operację pozorowaną, by zmylić Brytyjczyków. Operację nazwano „Herbstreise”. Włączono w nią potężną flotę transportowców osłanianą przez „Admirala Scheera”, „Admirala Hippera”, „Nürnberg”, „Leipzig”, „Köln” i ”Bremse”128. Siły te zgromadzono w portach południowej Norwegii, gdzie miały one załadować wojska i upozorować operacje desantową na wschodnim wybrzeżu Wielkiej Brytanii129.

W tym czasie kończono plan właściwej operacji desantowej. Z Rotterdamu, Ostendy i Dunkierki miała wyjść flota inwazyjna „B”. Składała się ona z dwóch konwojów osłanianych przez lekkie jednostki marynarki wojennej. Przemieszczałyby się torem wodnym chronionym dodatkowo przez położone na początku września nowe niemieckie pola minowe. Celem lądowania były plaże pomiędzy Folkestone a Dungeness. Druga flota inwazyjna, tzw. zespół „C”, miała wyjść z Antwerpii i Calais, kierując się w rejon Zatoki Rye. Na pokładach tych zespołów inwazyjnych znalazły się oddziały 16 Armii. Trzeci zespół inwazyjny, tzw. flota inwazyjna „D”, operowała z Boulogne. Na jej pokładach znalazła się część żołnierzy 9 Armii130. Oczekiwano, że oddziały te wylądują pomiędzy Bexhill a Beachy Head131. Czwarta flota inwazyjna, czyli zespół „E”, operował z Hawru. Na pokładach jej jednostek znalazła się reszta oddziałów 9 Armii. Lądowanie wyznaczono pomiędzy Brighton a Selsey Hill. Siły uzupełniające, złożone z żołnierzy 6 Armii, miały wyjść z Cherbourga i ewentualnie wyładowywać na plażach w pobliżu Weymouth.

Tak zaplanowana operacja desantowa miała niewielkie szanse na sukces, ale była i tak najbardziej realną wersją. Strona niemiecka wykorzystała wszelkie atuty, jakie posiadała, i chciała konsekwentnie zrealizować swój zamiar. Operację ostatecznie zaplanowano na 21 września, aby wykorzystać najkorzystniejszą pogodę. Warunkiem jednak rozpoczęcia inwazji było wygranie przez Luftwaffe bitwy o Anglię, a to okazało się niemożliwe. Hitler nie chciał dłużej czekać i chociaż nigdy oficjalnie nie odwołał tejże operacji, to jej realizację odłożył na czas nieokreślony, przenosząc swe zainteresowanie militarne najpierw na południe Europy, czyli Jugosławię i Grecję, a następnie na Wschód, gdzie rozpoczął wojnę ze Związkiem Radzieckim132. Jednym z powodów podjęcia decyzji o przerwaniu przygotowań do desantu na Wyspach Brytyjskich były coraz cięższe naloty na porty floty inwazyjnej. W ich wyniku zatopione zostało 21 statków transportowych i 214 barek. Przy przedłużaniu tej sytuacji wkrótce mogło zabraknąć sprzętu do przerzucenia żołnierzy niemieckich na druga stronę kanału La Manche.

Dnia 12 października OKW poinformowało podległe sobie siły o odłożeniu „Seelöwe” na czas nieokreślony. Przygotowywana wielkim wysiłkiem operacja desantowa na Wyspy Brytyjskie przeszła do historii. Była to ostatnia przygotowywana na taką skalę, przez stronę niemiecką, tego typu akcja podczas II wojny światowej. W gabinetach niemieckich sztabowców powstaną jeszcze plany lądowania i zajęcia Islandii (operacja „Icarus”), Gibraltaru (operacja „Felix”), Wysp Kanaryjskich, Wysp Zielonego Przylądka, a nawet Azorów. Żaden z nich jednak nie doczekał się nawet próby realizacji; pozostały tylko papierowym zapisem niemieckich planów i marzeń o panowaniu nad światem.

Operacja „Menace” – desant na Dakar

Klęska Francji w wojnie z Niemcami była jedną z największych niespodzianek pierwszego etapu II wojny światowej. Działania morskie podczas kampanii francuskiej 1940 r. miały niewielkie znaczenie. Podpisanie przez rząd marszałka Philippe’a Petaina rozejmu z Niemcami, a następnie aktu kapitulacji w Compie`gne pod Paryżem, doprowadziło do powstania zależnego od władz hitlerowskich państwa francuskiego ze stolicą w Vichy133. Władzom niemieckim podporządkowano większość sił francuskich, poważnie ograniczono siły pancerne i lotnictwo. Te ograniczenia nie dotknęły jednak floty francuskiej, której dowódca, adm. Jean Darlan, zdołał zachować dużą samodzielność. Francja musiała się tylko zobowiązać do wycofania wszystkich swoich okrętów do baz, gdzie miały pozostać do końca wojny. Takie rozwiązanie było nie do zaakceptowania dla Brytyjczyków, którzy nie tylko nie ufali Niemcom i uważali, że przy pierwszej okazji zawładną francuską flotą, ale także samym Francuzom. Brytyjczycy zdawali sobie sprawę z siły floty francuskiej. Sama myśl, że okręty francuskie mogłyby wpaść w niemieckie ręce i wesprzeć flotę III Rzeszy, spędzała brytyjskim admirałom sen z powiek. Zapewnienia władz francuskich czy nawet samego adm. Darlana, że do tego nie dojdzie były dla Brytyjczyków niewystarczające.

Nie wszyscy francuscy dowódcy pogodzili się z klęską w 1940 r. Jednym z nich był gen. Charles de Gaulle, który nie tylko ewakuował się do Wielkiej Brytanii, ale także zawarł porozumienie z premierem Winstonem Churchillem o utworzeniu Komitetu Wolnych Francuzów134. Miał się on stać ośrodkiem organizującym dalszą walkę Francji i Francuzów u boku brytyjskiego sojusznika135. Początkowe możliwości gen. de Gaulle’a były dość ograniczone także dlatego, że nie uzyskał on szerokiego poparcia w kręgach generalicji francuskiej.

Główną bolączką przywódców Wielkiej Brytanii były dalsze losy floty francuskiej. Miała zbyt duży potencjał, by Brytyjczykom wystarczało jej pozostawienie pod kontrolą rządu Vichy, a tym samym narazić ją na przejęcie przez III Rzeszę. Zdecydowano się wszelkimi dostępnymi środkami do tego nie dopuścić. Podjęto decyzję o natychmiastowym zajęciu i rozbrojeniu wszystkich okrętów francuskich znajdujących się w portach brytyjskich. Operacja ta przebiegła bez większego oporu, choć dla francuskich oficerów i marynarzy była bardzo smutnym wydarzeniem136. W Aleksandrii stacjonował zespół „X”137 dowodzony przez wiceadmirała Rene-Emile’a Godfroya, złożony z okrętu liniowego „Lorraine”, 4 krążowników, 3 niszczycieli i okrętu podwodnego138. Mimo ogromnego napięcia, do jakiego doszło pomiędzy stroną brytyjska a francuską, udało się tam zawrzeć porozumienie, dzięki czemu nie doszło do użycia broni i rozlewu krwi139. Niestety w Mers El-Kebir i Oranie wydarzenia potoczyły się dużo dramatyczniej.

Zespół gibraltarski adm. J. Somervilla, złożony z krążownika liniowego „Hood” i lotniskowca „Ark Royal”140, skierowany został do Mers El-Kebir141 – jednej z największych francuskich baz na wybrzeżu afrykańskim. Miał zmusić zgromadzony tam potężny zespół francuski dowodzony przez adm. Marcela Gensoula142 do przyjęcia jednej z trzech możliwości: przyłączenia się do floty brytyjskiej, przejścia ze zredukowanymi załogami do portów brytyjskich, gdzie miał pozostać do zakończenia walk lub odejścia do portów na Martynice, gdzie okręty przeszłyby pod kontrolę Stanów Zjednoczonych143. Admirał Gensoul odrzucił wszystkie te propozycje i postanowił podjąć walkę. W wyniku tego zatopiony został okręt liniowy „Bretagne”, a kilka innych jednostek odniosło uszkodzenia144. Brytyjczycy postanowili także wyeliminować nowoczesny francuski okręt liniowy „Richelieu” stacjonujący w porcie w Dakarze. Francuskiego olbrzyma 8 lipca 1940 r.145 zaatakowały samoloty torpedowe z lotniskowca „Hermes”146. Okręt trafiony został jedną torpedą, co skutecznie zniweczyło jego gotowość bojową.

To właśnie Dakar stał się celem pierwszej wspólnej brytyjsko-francuskiej operacji desantowej147. Miała ona nie tylko doprowadzić do zajęcia bardzo ważnego portu, ale także wzmocnić Francuski Komitet Narodowy gen. de Gaulle’a, który z trudem budował swoją pozycję w ramach koalicji antyhitlerowskiej. Co prawda podporządkowały mu się terytoria Francuskiej Afryki Równikowej148, jednak dążył on do podporządkowania sobie kolejnych francuskich terytoriach kolonialnych149. Ważną rolę w tych planach odgrywała Francuska Afryka Zachodnia, a zwłaszcza jej stolica Dakar, gdzie znajdowała się siedziba niechętnego de Gaulle’owi gubernatora gen. Pierre’a Boissona150. Operację zajęcia Dakaru określono kryptonimem „Menace”.

Głównodowodzącym całej operacji wyznaczony został wiceadmirał John Cunningham. Desantem miał dowodzić gen. bryg. John Irwing. Siły brytyjskie liczyły 4200 żołnierzy i oficerów, francuskie zaś 2100 ludzi. Liczebność tych oddziałów nie robi wrażenia, jednak należy pamiętać, że Wielka Brytania nie miała zbyt wielu jednostek lądowych, a sama wyprawa na Dakar budziła pewne wątpliwości wśród Brytyjczyków. Operację przygotowywano dość powoli, bez zaangażowania nadmiernych sił i środków151. Ostatecznie nie zdecydowano się na wysłanie jednego wielkiego konwoju i w stronę Dakaru ruszyło kilka zespołów. Dnia 26 sierpnia 1940 r. z Anglii wypłynął pierwszy konwój z czołgami, artylerią, samochodami i samolotami przeznaczonymi dla wojsk desantowych152. Konwój szedł w osłonie lekkich jednostek brytyjskich i francuskiej kanonierki „Savorgnan de Brazza”153. Dnia 31 sierpnia ze Scapa Flow wyszedł drugi konwój, w którym 3 statki transportowe osłaniane były przez krążownik „Fiji”154 i 3 niszczyciele. Tego samego dnia wyruszyły także konwoje z ujścia rzeki Clyde155 i Liverpoolu. Pierwszy z nich tworzyły polski statek transportowy „Sobieski”, idący w osłonie krążownika „Devonshire”156, niszczyciela brytyjskiego oraz francuskich kanonierek „Commandant Duboc” i „Commandant Domine”157. Drugi składał się z 2 holenderskich statków transportowych „Pennland” i „Westerland”158, które eskortowały 3 niszczyciele brytyjskie i 2 patrolowce francuskie „Vaillant” i „Viking”159. Na jednostkach tego zespołu znajdowali się francuscy żołnierze przeznaczeni do wykonania desantu. Były to oddziały Legii Cudzoziemskiej, kompanie piechoty morskiej, skład osobowy kompanii czołgów, baterii artylerii i innych służb pomocniczych160.

Dnia 14 września 1940 r. wszystkie jednostki zespołu inwazyjnego zawinęły do portu Freetown, który według planu był ostatnim punktem postojowym przed dotarciem pod Dakar161. Tam gen. de Gaulle, uważany za ojca duchowego tej operacji, powiadomiony został o wykryciu przez brytyjski wywiad zespołu okrętów francuskich złożonego z 3 lekkich krążowników i 3 niszczycieli. Jednostki te przechodziły z Morza Śródziemnego do portów afrykańskich162. Oznaczało to wzmacnianie przez adm. Darlana sił morskich w koloniach163. Uznano, że jeśli portem docelowym zespołu jest Dakar (a takiej informacji nie posiadano), to poważnie zmieniłyby to warunki przeprowadzenia operacji desantowej, a zwłaszcza stworzyłyby niebezpieczeństwo natknięcia się na opór164.

Jednym z zasadniczych elementów powodzenia wszystkich operacji desantowych jest uzyskanie zaskoczenia w konkretnym teatrze działań operacyjnych. Można oczywiście prowadzić operacje desantowe bez tego czynnika, jak to bardzo często będzie się zdarzało na Pacyfiku, gdzie kolejne amerykańskie operacje desantowe były stosunkowo łatwe do przewidzenia165. Wymagało to jednak zgromadzenia ogromnych sił po stronie wojsk lądujących, a ponad wszystko zapewnienia sobie bezwzględnego panowania na morzu i w powietrzu. Podczas operacji „Menace” sytuacja była odmienna. Strona francusko-brytyjska nie zdecydowała się zaangażować ogromnych sił – dotyczyło to nie tylko lądujących oddziałów, ale także zespołu okrętów wspierających, a poza tym nie miała ona absolutnej przewagi na morzu i w powietrzu. Nowy dowódca zespołu francuskich krążowników w Dakarze wiceadm. Emil Lacroix, wraz z gubernatorem gen. Pierre’em Boissonem oraz kadm. Marcelem Landriau, dowódcą morskim w tej strefie, uznali, że wobec aktywności floty brytyjskiej w rejonie Dakaru oraz obecności na ich pokładach oficerów francuskich związanych z Francuskim Komitetem Narodowym niezwykle prawdopodobne jest podjęcie działań wojennych przeciwko Dakarowi166. Za równie prawdopodobne uznano podjęcie przez Brytyjczyków operacji desantowej w tym rejonie lub jego blokady od strony morza167. Z utraty elementu zaskoczenia zdawali sobie sprawę Brytyjczycy, dlatego premier Churchill wątpił w sens kontynuowania zaplanowanej inwazji. Swoje wątpliwości przedstawił 16 września de Gaulle’owi i adm. Cunninghamowi. Wywołało to ich zdecydowany sprzeciw. O ile de Gaulle w naturalny sposób nie chciał zrezygnować z planów, które mogły wzmocnić potencjał militarny Francuskiego Komitetu Narodowego, o tyle adm. Cunningham był przekonany o zasadności dalszego prowadzenia operacji po uzyskaniu przez siły inwazyjne wsparcia (dołączono do nich silny zespół Force „M” z Gibraltaru z 2 okrętami liniowymi „Barham” i „Resolution”, lotniskowcem „Ark Royal”168, 2 ciężkimi krążownikami „Cornwall” i „Cumberland” oraz 6 niszczycielami169. Pod wpływem przedstawianych argumentów Churchill zgodził się na kontynuowanie operacji170.

Rankiem 23 września aliancki zespół inwazyjny i siły osłony stanęły na podejściach morskich do Dakaru, który okrywała gęsta mgła171. Poważnie utrudniało to samą operacje desantową, ale nie było już możliwości jej odwołania172. O godz. 6.00 gen. de Gaulle zwrócił się przez radio do dowództwa bazy w Dakarze, żołnierzy i mieszkańców z informacją o przybyciu sił Francuskiego Komitetu Narodowego i wezwał do przyłączenia się do walki u boku Brytyjczyków173. Równocześnie nad portem krążyły brytyjskie samoloty z „Ark Royal”, które zaczęły zrzucać ulotki o podobnej treści. Pojawiły się także francuskie samoloty; ich widok, jak sądzono, mógłby pomóc w pozyskaniu stacjonującego na lotniskach pod Dakarem francuskiego lotnictwa wojskowego. Maszyny te wylądowały na podmiejskim lotnisku wojskowym Uakam174. Wobec braku reakcji w Dakarze, postanowiono na okrętach alianckich wysłać do portu parlamentariuszy. Jednocześnie jednak w stronę portu ruszyły statki transportowe „Pennland” i „Westerland” w osłonie 3 kanonierek175. Był to ewidentny wstęp do desantu, co świadczyło o braku nadziei na inne niż militarne rozwiązanie pod Dakarem. Parlamentariuszy przyjął kadm. Landrau, który nakazał im opuścić Dakar, następnie próbował ich aresztować, a później ścigał delegację z pokładu jednego z portowych holowników176. Jednocześnie okręt liniowy „Richelieu” i bateria artylerii nadbrzeżnej z wysepki Goree177 otworzyły ogień do jednostek zbliżających się do portu178, co zmusiło je do natychmiastowego odwrotu na otwarte wody179. Pomimo tego de Gaulle nadal liczył na pokojowe rozwiązanie i uniknięcie rozlewu krwi. Podnosząca się mgła, ukazała flotę aliancką na podejściach do Dakaru. Pozwoliło to wstrzelać się baterii z Goree. Trafiony został ciężki krążownik „Cumberland”180. Ponadto Francuzi postanowili wyprowadzić z portu okręty podwodne. Jako pierwszy w morze ruszył „Persee”. Dowodziło to determinacji przedstawicieli władz Vichy w Dakarze, które dążyły do odpędzenia zespołu inwazyjnego. Po wydarzeniach z poprzednich miesięcy trudno było się temu dziwić. Można wręcz uznać, że mrzonką była aliancka wiara w pokojowe zajęcie Dakaru. „Persee”, idąc jeszcze w wynurzeniu, próbował zaatakować torpedami lekki krążownik „Dragon”181, co wywołało reakcję tej jednostki oraz znajdujących się najbliżej niej niszczycieli „Inglefield” i „Foresight”. Zmusiło to francuską jednostkę do zanurzenia, a następnie do ucieczki przed seriami bomb głębinowych. Próba ta zakończyła się niepowodzeniem. O godz. 10.50 okręt został zatopiony182.

O 12.00 sytuacja sił inwazyjnych stała się jasna. Przyszedł radiotelegram z siedziby gubernatora Dakaru, że podległe mu wojska będą stawiać opór wszelkimi dostępnymi środkami183. W tym czasie adm. Cunningham utrzymywał swoje jednostki w pewnej odległości od Dakaru, czekając na efekty pierwszego desantu sił francuskich z pokładów kanonierek w rejonie Rufisque. Podchodzące do brzegu okręty nagle znalazły się w zasięgu artylerii niszczyciela „L’Audacieux”. Nim jednak jednostka Vichy zdołała otworzyć ogień, sama znalazła się pod ostrzałem krążownika „Australia”. Już jedna z pierwszych salw okazała się celna, wywołując gwałtowny pożar na pokładzie niszczyciela. Okręt francuski ostatecznie wyrzucony został na brzeg, co uratowało go przed zatonięciem.

W tym czasie obie kanonierki podeszły do brzegu. Niestety, ponownie nie udało się zaskoczyć obrońców. Okręty i desant na ich pokładach znalazły się pod ostrzałem baterii nadbrzeżnej z rejonu Rufisque i broni maszynowej. Nad okrętami pojawiły się bombowce, a z portu ruszyły w rejon planowanego desantu 2 ciężkie krążowniki184. Podejście sił brytyjskich i osłonięcie desantu nie było możliwe, także dlatego, że środki ogniowe bazy i jej okrętów w żaden sposób nie zostały osłabione lub zneutralizowane185. Konieczne stało się więc przerwanie desantu, nim jeszcze się rozpoczął. Była to kolejna już porażka aliantów pod Dakarem186. Jednak adm. Cunningham zamierzał zwiększyć nacisk na władze Dakaru. Wystosował ultimatum, wzywające do zaprzestania oporu, i dał sześć godzin na odpowiedź. Odpowiedź była negatywna, czemu nie można się dziwić. Pierwszy dzień działań pokazał, że Dakar nie jest pozbawiony szans obrony. W tej sytuacji rankiem 24 września operacja wkroczyła w nową fazę, w którą w większym stopniu zamierzali zaangażować się Brytyjczycy, pierwszego dnia raczej asystujący poczynaniom gen. de Gaulle’a187.

Do aktywnych działań skierowano oba okręty liniowe oraz ciężkie krążowniki „Devonshire” i „Australia”, które miały podjąć pojedynek artyleryjski z bateriami artylerii nadbrzeżnej oraz ostrzeliwać umocnienia wojskowe w rejonie Dakaru. Równocześnie z „Ark Royal” poderwano samoloty typu Skua z zadaniem zaatakowania „Richelieu”188. Brytyjskie okręty podeszły bliżej do bazy, gdzie natychmiast zaatakowały je francuskie okręty podwodne. Próbę ataku podjął „Ajax”, jednak szybko został wykryty przez brytyjskie niszczyciele i zatopiony189. Pojedynek z bateriami francuskimi, wspieranymi przez okręty wojenne, nie zakończył się dla Brytyjczyków sukcesem, atak na „Richelieu” okazał się wręcz klęską. Nie tylko nie trafiono go żadną torpedą, ale także stracono cztery samoloty190. Działania te trwały do godz. 10.00, kiedy podjęto decyzję o ich przerwaniu i wycofaniu się na otwarte wody.

Po południu brytyjskie jednostki znów zbliżyły się do portu i zdecydowały się podjąć bój artyleryjski, tym razem skupiając się na wyeliminowaniu „Richelieu”. Chociaż ok. 160 najcięższych pocisków kal. 380 mm upadło w jego pobliżu, to żaden nie trafił bezpośrednio w cel. Największe straty poniosło miasto i ludność cywilna, co nie mogło przynieść popularności sprawie Francuskiego Komitetu Narodowego i ewentualnemu desantowi jego wojsk w Dakarze.

Drugi dzień operacji kończył się równie spektakularnym niepowodzeniem jak pierwszy. Brytyjczycy i de Gaulle nie bardzo mieli pomysł na to, jak złamać opór wojsk podległych gubernatorowi Dakaru, a zarazem rosło przekonanie drugiej strony o własnych możliwościach. Każdy kolejny taki dzień prowadził siły inwazyjne do klęski. W nocy z 24 na 25 września na pokładzie okrętu liniowego „Barham” odbyła się narada Cunninghama z de Gaulle’em oraz gen. Irwingiem. Narada potwierdziła wszystkie poczynione dotąd obserwacje. Uznano dotychczasowe bombardowanie za nieskuteczne oraz nie widziano szans na zmianę tej sytuacji, nie dostrzeżono również możliwości wysadzenia desantu, który mógłby osiągnąć sukces. Uznano, że jedynym możliwym wyjściem jest utrzymanie blokady bazy i poszukanie możliwości podjęcia działań na lądzie, ale nie poprzez desant w samej bazie191. Z tymi decyzjami nie zamierzał zgodzić się Churchill, który nakazywał dalsze bezwzględne prowadzenie działań przeciw Dakarowi, w tym utrzymanie ostrzału artyleryjskiego samej bazy.

Tak więc rankiem 25 września brytyjskie okręty wznowiły ostrzał bazy i portu w Dakarze. Obrońcy zareagowali podobnie jak wcześniej. Francuskie jednostki odpowiedziały ogniem, a z portu wyszedł okręt podwodny „Beveziers” dowodzony przez kmdr. ppor. Pierre’a Lancelota. Zajął on dobrą pozycję i zaatakował okręt liniowy „Resolution”. Jedna z torped trafiła, poważnie uszkadzając brytyjską jednostkę192. „Resolution” trafiony został w dziób i natychmiast musiał zostać wycofany z rejonu walk193. Walka artyleryjska ponownie nie przyniosła Brytyjczykom żadnych rezultatów. Tym razem skuteczniejsze okazały się Swordfishe z „Ark Royal”. Jedna z torped trafiła w „Richelieu”, niestety znów za cenę kolejnych czterech zestrzelonych samolotów. Około godz. 10.00 „Barham” został trafiony przez francuski okręt liniowy pociskiem kal. 380 mm, co doprowadziło do podjęcia decyzji o przerwaniu boju i ponownym wycofaniu okrętów na wody otwarte194. Tam adm. Cunningham podjął decyzję o zakończeniu całej operacji.

Po południu 25 września zespół inwazyjny skierował się w kierunku Freetown195. Okręty alianckie dotarły tam 28 września 1940 r.196 Trzydniowa operacja „Menace” zakończyła się niepowodzeniem. Alianci nie zdołali wysadzić desantu, zdobyć Dakaru i przyłączyć Francuskiej Afryki Zachodniej do koalicji antyhitlerowskiej197. Co prawda poniesione straty były niezbyt wysokie, ale przecież nie zrealizowano żadnego z celów. Obrońcy ponieśli spore straty: stracili dwa okręty podwodne i niszczyciel, a uszkodzone zostały prawie wszystkie okręty znajdujące się w bazie i umocnienia wojskowe. Dakar się obronił, ale jego rola militarna poważnie zmalała198. Ta jedna z pierwszych alianckich operacji desantowych dowodziła, że Sprzymierzeni nie są oni jeszcze przygotowani do prowadzenia takich operacji.

Przypisy

Wstęp

1 M. Franz, O panowaniu na morzu jako przyczynie konfliktów i zbrojeń w dziejach, w: Oblicza konfliktów. Zbiór analiz i studia przypadków, red. J.J. Piątek, R. Podgórzańska, Toruń 2008, s. 23.

2 To właśnie kanał La Manche sprawił, że Anglia, a potem Wielka Brytania, ominięta została przez wichury dziejów. Ewentualny desant na wyspy z kontynentu, choć często bywał zagrożeniem, rzadko stawał się realnym niebezpieczeństwem.

3 F. Thiess, Cuszima epopeja wojny morskiej, Gdynia 2005; Graf E. zu Reventlow, Der Russisch-japanische Krieg, t. 1–3, Berlin 1906.

4 D. Gross, Der Krieg zur See 1914–1918, Berlin 1925.

5 E. Kosiarz, Pierwsza wojna światowa na Bałtyku, Gdańsk 1979.

6 M. Herma, Pod banderą św. Andrzeja. Rola Floty Czarnomorskiej w realizacji koncepcji strategicznych (militarnych) Rosji w latach 1914–1917, Kraków 2002.

7 P. Nykiel, Wyprawa do Złotego Rogu. Działania wojenne w Dardanelach i na Morzu Egejskim (sierpień 1914–marzec 1915), Kraków–Międzyzdroje 2008; J. Kłossowski, Walka o Dardanele podczas ubiegłej wojny światowej, „Przegląd Morski” 1930, R. 3, s. 681–727; K. Kubiak, Dardanele, Warszawa 1996; Y. Heřtová, Gallipoli 1915. Místo pro tisíc Britských pušek, Praha 2010.

8 Doskonale było to widać zwłaszcza w kolejnych latach działań wojennych. Siły i środki zgromadzone przez strony konfliktu przed ich wybuchem wyczerpywały się błyskawicznie. Próba ich uzupełniania była nie tylko trudna, ale zależała w ogromnym stopniu od możliwości gospodarczo-społecznych każdego z państw. Tego potencjału nie pozwalały znacząco zmienić nawet kolejne podboje. Boleśnie przekonali się o tym Japończycy, którzy mimo ogromnych sukcesów w pierwszych miesiącach wojny, zajęcia znacznych obszarów dzięki precyzyjnie realizowanej ofensywie opartej na morskich operacjach desantowych, z biegiem czasu musieli uznać wyższość Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników w wojnie. Był to jednak wynik niezwykłych możliwości amerykańskiej gospodarki.

9 Podczas działań wojennych we wrześniu 1939 r. strona niemiecka przygotowywała operację desantową, pierwszą z wielu w toku tej wojny, która ze względu na szybkie złamanie obrony wojsk polskich nie doszła do skutku.

10 Co prawda faktycznie wojna na Pacyfiku trwała od 1937 r., czyli od dokonania przez Japonię agresji na Chiny po tzw. incydencie szanghajskim, ale do momentu wejścia Stanów Zjednoczonych do wojny oraz włączenia w ten konflikt Niemiec, a także europejskich państw koalicji antyhitlerowskiej, uważano te wydarzenia za odosobniony teatr wojenny, niepowiązany z wydarzeniami w Europie.

11 W. Gliński, Morskie operacje desantowe w drugiej wojnie światowej, Gdańsk 1969.

12 J. Lipiński, Druga wojna światowa na morzu, Gdańsk 1970.

13 A. Perepeczko, Burza nad Atlantykiem, t. 1–4, Warszawa 1999–2002. Ten znakomity autor stworzył całą serię małych szkiców, które do dziś zachowały swą wartość, zob. idem, Bitwa na Morzu Koralowym, Warszawa 1996; idem, Bój o Atlantyk, Warszawa 1995; idem, Komandosi w akcji, Gdańsk 1978; idem, Od Mers El-Kebir do Tulonu, Gdańsk 1979; idem, Wojna za kręgiem polarnym, Gdańsk 1973.

14 Z. Flisowski, Burza nad Pacyfikiem, t. 1–2, Poznań 1986–1989. Praca pozostaje szczytowym osiągnięciem tego historyka. Poprzedziła ją cała seria opracowań drobniejszych, które zostały wykorzystane przy pracy nad tą monografią.

15 Z.J. Krala, Kampanie powietrzne II wojny światowej. Daleki Wschód, cz. 1–8, Warszawa 1992–2000.

16 W.D. Docenko, Istorija wojenno-morskogo isskustwa, t. 1–2, Moskwa 2005.

17 J.F.C. Fuller, Druga wojna światowa 1939–1945, Warszawa 1958

18 G. Deborin, Druga wojna światowa, Warszawa 1960.

19 R. Castex, Théories Stratégiques, t. 1–3, Paris 1928–1933.

20 C. Blair, Ciche zwycięstwo. Amerykańska wojna podwodna przeciwko Japonii, Warszawa 2001; idem, Hitlera wojna U-Bootów, cz. 1–2, Warszawa 1998.

21 S.E. Morison, History of United States Naval Operations in World War II, t. 1–15, Boston 1947.

22 S.W. Roskill, The War at Sea, t. 1–2, London 1954–1956.

23 N. Miller, The Navy at War, t. 1–2, London 1956–1961.

24 T.N. Dupuy, The military of World War II, t. 1–18, New York 1963.

25 E.P. Hoyt, Carrier Wars. Naval Aviation from World War II to the Persian Gulf, New York 1989; idem, Japan’s War. The Great Pacific Conflict 1853 to 1956, New York 1986; idem, American’s wars & military excursion, New York 1987; idem, Storm over The Gilberts. War in the Central Pacific: 1943, New York 1978; idem, The GI’s War. The story of American soldiers in Europe in World War II, New York 1988.

26 R. de Belot, The Struggle for the Mediterranean 1939–1945, New York 1969; idem, La guerre aéronavale en Mediterannée, Paris 1949.

27 D. Macintyre, The battle for the Mediterranean, London 1964.

28 L. de la Sierra, La guerra navale nel Mediterraneo 1940–1943, Milano 1987.

29 A. Perepeczko, Morze Śródziemne w ogniu, Warszawa 1995.

30 M. Morozow, A. Płatonow, W. Gonczarow, Diesanty Wielikoj Otieczestwiennoj Wojny, Moskwa 2008.

31 A. Kuzniecow, Riecznyje manki na morie (Broniekamiera na Azowskom i Czornom morjach w 1943–1944 godach), cz. 1, „Morskaja Wojna” 2009, nr 5, s. 32–59, cz. 2, 2009, nr 6, s. 31–64.

32 S. Gorszkow, Diesantnyje opieracii Azowskoj wojennoj flotilli, „Morskij Sbornik” 2000, nr 5, s. 7–17.

33 M. Glock, Desant pod Grigoriewką 1941, „Morza, Statki i Okręty” 2008, nr 3 (75), s. 42–43; idem, Operacja desantowa pod Jużną Ozierejką, „Morza, Statki i Okręty” 2007, nr 2 (62), s. 38–47.

34 D.M. Glantz, Soviet operational and tactical combat in Manchuria 1945, London 2003; idem, The Soviet strategic offensive in Manchuria 1945, London 2003.

35 R. Bock, Sowieckie lotnictwo morskie 1941–1943, Gdynia 1996.

36 U.S.I.S. (Biuro Informacyjne Stanów Zjednoczonych) – Druga wojna światowa, Warszawa; Kraków 1947. Przydatne dla prowadzonych badań okazały się dokumenty zgromadzone w archiwach: US Historical Documents The University of Oklahoma Colege of Law, U.S. Army Military History Instytute, Operational Archives U.S. Naval History Division in Washington i innych.

37 Tu, jak się wydaje, obok wspominanych już wcześniej prac Z. Flisowskiego czy Z.J. Krali, najcenniejsze okazały się: T.M. Gelewski, Singapur 1942. Klęska na Malajach i upadek Singapuru, Gdańsk 2006; M. Ledet, Holenderskie Lotnictwo Morskie w wojnie z Japonią, cz. 1, „Militaria” 1996, nr 1 (96), s. 2–5; cz. 2, 1996, nr 2 (96), s. 36–42; cz. 3, 1997, nr 1 (97), s. 31–37; J. Ledwoch, J. Solarz, Czołgi japońskie 1938–1945, Warszawa 1998. Do tych prac należy doliczyć bezcenne rysy historyczne, które umieszczane były na łamach czasopism historyczno-wojskowych.

38 Literatura na ten temat jest bardzo bogata, obejmująca działania w obrębie kolejnych zdobywanych przez piechotę morską atoli. Całość zaprezentowana została w bibliografii. Użyteczność kolejnych pozycji można ocenić także poprzez przypisy, szczególnie mocno rozbudowane w rozdziałach poświęconych amerykańskim ofensywom na Pacyfiku. Bez znajomości historiografii anglosaskiej, a szczególnie amerykańskiej, opracowanie właściwych fragmentów tej książki nie byłoby możliwe.

39 Dla badań nad dziejami Korpusu Piechoty Morskiej USA za podstawowe i najważniejsze trzeba uznać A history of Marine Corp Roles and Missions 1775–1962, red. T.G. Roe, Washington 1962; J. Millet, Semper Fidelis. The history of the United States Marine Corps, New York 1991; E.H. Simmons, United States Marines: a History, Washington 2003;

40 B. Rolf, Der Kampf um die Nordsee. Chronik des Luft und Seekrieges im Winter 1939/1940 und des norwegischen Feldzuges, Berlin 1941; P. Fleming, Operation Sea Lion. The projected invasion of England in 1940 – An account of the German preparations and the British countermeasures, New York 1957. W związku z tym, że duża część tych działań miała charakter poboczny dla głównych niemieckich operacji, to szczególnie cenne okazały się przy ich omawianiu opracowania drobne, głównie umieszczane w czasopismach historyczno-wojskowych.

41 Ważne okazały się także prace poświęcone działaniom niemieckich wojsk powietrznodesantowych, zwłaszcza w kontekście ich współpracy z podejmowanymi próbami desantów morskich na Krecie lub też wcześniejszych walk w rejonie Norwegii: C. Ailsby, Spadochroniarze Hitlera. Niemieccy spadochroniarze w drugiej wojnie światowej, Ożarów Mazowiecki 2008; J. Lucas, Pikujące orły. Niemieckie wojska powietrznodesantowe w II wojnie światowej, Warszawa 2002; Niemieckie wojska spadochronowe 1936–1945, red. T. Nowakowski, Warszawa 1996; T. Ripley, Elitarne jednostki wojskowe Trzeciej Rzeszy. Niemieckie siły specjalne w drugiej wojnie światowej, Ożarów Mazowiecki 2007.

42 Kolejne alianckie działania wojenne omawiane były na podstawie prac o szerszej tematyce, a także artykułów dotyczących poszczególnych operacji. Oczywiście konieczne było zebranie reprezentatywnej literatury, szczególnie w odniesieniu do lądowania w Normandii.

43 D.D. Eisenhower, Krucjata w Europie, Warszawa 1959.

44 S. Gorszkow, Potęga morska współczesnego państwa, Warszawa 1979.

45 B. Montgomery, Od Normandii do Bałtyku, Warszawa, b.r.w.

46 F. Skibiński, O sztuce wojennej na północno-zachodnim teatrze działań wojennych 1944–1945, Warszawa 1977.

47 C. de Gaulle, Pamiętniki wojenne, t. 1–3, Warszawa 1967.

48 E.M. Raeder, Moje życie, Gdańsk 2001.

49 E.B. Potter, Ch. W. Nimitz, La guerre sur mer (1939–1945), Paris 1962. Nie są to klasyczne wspomnienia, a raczej praca ukazująca autorski obraz wojny z punktu widzenia jednego z najważniejszych dowódców amerykańskich II wojny światowej.

50 M. Fuchida, M. Okumiya, Midway. Historia Japońskiej Marynarki Wojennej, Gdańsk 1996.

51 T. Hara, Dowódca niszczyciela, Gdańsk 2003.

52 W tym warto wspomnieć o wspomnieniach radzieckich dowódców z okresu II wojny światowej. Co prawda wymagają one szczególnej ostrożności w wykorzystywaniu, jednak pozostają często jedynymi relacjami ze wschodniego teatru działań wojennych. Zob. A. Greczko, Bitwa o Kaukaz, Warszawa 1968; S. Gorszkow, Potęga morska współczesnego państwa, Warszawa 1979; N. Kuzniecow, Zwycięskim kursem, Warszawa 1978.

Rozdział 1. Operacje desantowe na europejskim teatrze działań wojennych w pierwszym okresie wojny

1 T. Borówka, Kriegsmarine 1939, b.m.w., s. 1.

2 W skład tego korpusu weszły 207 Dywizja Piechoty (18 000 ludzi) powiększona o 2 bataliony piechoty i 2 dywizjony artylerii ze składu 12 Dywizji Piechoty (2600 żołnierzy), 2 pułki straży granicznej (6000 osób), 5 Pułk Kawalerii (1000 osób). Łącznie w korpusie znalazło się 27 600 ludzi, 868 lekkich i 314 ciężkich karabinów maszynowych, 18 granatników kal. 50 mm i 54 moździerze kal. 81 mm, 96 dział przeciwpancernych kal. 37 mm, 30 dział piechoty kal. 75 mm, 48 haubic kal. 105 mm i 12 haubic kal. 150 mm (E. Kosiarz, Obrona Gdyni 1939, Warszawa 1976, s. 48–49).

3 A. Rzepniewski, Obrona Wybrzeża w 1939 r., Warszawa 1970, s. 205.

4 Erich Raeder zezwolił U-Bootom na zatapianie polskich i neutralnych statków handlowych bez ostrzeżenia. Było to pierwszym sygnałem, że międzynarodowe zapisy chroniące żeglugę handlową w czasie wojny miały nie obowiązywać. Co ciekawe, nie znajdziemy na ten temat żadnej wzmianki w później spisanych i opublikowanych wspomnieniach admirała, zob. E. Raeder, Moje życie, Gdańsk 2001, s. 368–372.

5 Notabene takich specjalistycznych jednostek strona niemiecka w tym czasie nie posiadała, czego najlepszym dowodem było zmobilizowanie wszystkiego, co potrafiło utrzymać się na wodzie na potrzeby operacji „Seelöwe”, czyli planowanego desantu i lądowania w Wielkiej Brytanii jesienią 1940 r.

6 Część informacji o tej operacji odnajdujemy w Narodowe Archiwum Cyfrowe, 33-T-1413, Relacja kpt. B. Karnickiego – oficera Polskiej Marynarki Wojennej – na temat operacji morskich polskiego okrętu podwodnego „Wilk” prowadzonych w czasie II wojny światowej.

7 A. Rzepniewski, Obrona Wybrzeża w 1939 roku, Warszawa 1958, s. 34.

8 Westerplatte. Wspomnienia – relacje – dokumenty, zebrał, oprac. i wstęp Z. Flisowski, Warszawa 1959; Z. Flisowski, Tu na Westerplatte, Warszawa 1969.

9 E. Kosiarz, Obrona Gdyni 1939...

10 Idem, Obrona Kępy Oksywskiej, Warszawa 1973.

11 Idem, Obrona Helu w 1939, Warszawa 1979.

12 Ciekawe informacje o prowadzonych tam walkach znajdujemy w Narodowym Archiwum Cyfrowym, 33-T-1416, Wielkie dni polskiej bandery – „Samotny półwysep”, „Inwazja w Normandii”, „Kępa Oksywska” – wspomnienia oficerów i marynarzy na temat walk polskich okrętów wojennych w czasie II wojny światowej. Głos zabierają: komandor Julian Ochman, komandor Ludwik Zaborski, komandor Stefan de Walden, komandor Leopold Tomczyk, komandor Ludwik Wilczyński.

13 Pierwsze rozmowy na ten temat podjęte zostały 20 września. To wtedy zapadła decyzja o utworzeniu Grupy Uderzeniowej dla działań lądowych i zdecydowano się koncentrować siły morskie na wodach Zatoki Gdańskiej.

14 Zadanie to miały wykonać 2 szkolne okręty liniowe („Schlesien”, „Schleswig-Holstein”), 2 szkolne okręty artyleryjskie, 2 okręty strażnicze, 16 trałowców, 1 torpedowiec, 30 uzbrojonych kutrów trałowych i 2 okręty-bazy. Dysproporcja sił miała być więc ogromna.

15 Koncepcja taka pojawia się także we wspomnieniach jednego z głównych niemieckich dowódców Krigsmarine na Bałtyku we wrześniu 1939 r., zob. F. Ruge, Die Minensuchwaffe im Kampf gegen Polen, Berlin 1941, s. 26.

16 Niemcy dobrze znali możliwości polskiej obrony na Helu. Zachowały się nawet oficjalne niemieckie dokumenty, zob. Militärarchiv Freiburg, RM 7-3018, za: A.F. Komorowski, A. Szulczewski, „Inwazja” na Półwysep Helski w 1939 r. w świetle źródeł niemieckich, w: Półwysep Helski. Historia orężem pisana, red. A. Drzewiecki, M. Kardas, Toruń 2009, s. 290.

17 Militärarchiv Freiburg RMD 4-601, za A.F. Komorowski, A. Szulczewski, „Inwazja” na Półwysep Helski w 1939 r. w świetle…, s. 303.

18 Widać to doskonale w pracy A. Rzepniewskiego, Obrona Wybrzeża w 1939 r., Warszawa 1970, s. 517–518, i R. Witkowskiego, Hel na straży Wybrzeża, Warszawa 1974, s. 292–293. Koncepcje te popiera także M. Domagała, Mało znany aspekt kapitulacji Helu w 1939 roku, b.m.d.w., s. 46.

19 F. Ruge, Die Minensuchwaffe im Kampf gegen Polen…, s. 28.

20 W. Steyer, Samotny półwysep, Poznań 1969 s. 22.

21 Ibidem, s. 23.

22 Strona niemiecka była zmuszona eksportować ponad 15 mln ton rudy żelaza, jej większość pochodziła ze Szwecji.

23 Niemcy mogli sprowadzać szwedzkie rudy także przez wody bezpiecznego dla nich Morza Bałtyckiego. Na tym akwenie po zakończeniu wojny z Polską nie musieli obawiać się żadnych wrogich sił, a ewentualne wejście na te wody brytyjskich okrętów podwodnych poprzez Cieśniny Duńskie było bardzo mało prawdopodobne. Niestety zimą wody Zatoki Botnickiej bardzo często były całkowicie zamarznięte, co uniemożliwiało wszelką żeglugę. Jedyny brany pod uwagę port Lulea zamarzał. Ponadto od najlepszych złóż w Kirunie poprowadzono specjalną linię kolejową do Narwiku, a nie w stronę portów w Zatoce Botnickiej.

24 Nie odnajdujemy na ten temat żadnej wzmianki w pracy, która powstała tuż po zakończeniu operacji w Danii i Norwegii. Z jednej strony jest to prawdopodobnie efekt działania cenzury niemieckiej, a z drugiej jednak dość ograniczonej analizy tej kampanii w toku wojny (R. Bathe, Der Kampf um die Nordsee. Chronik des Luft- und Seekrieges im Winter 1939/1940 und des norwegischen Feldzuges, Berlin 1941.

25 H. i W. Trojca, Pancerniki „Scharnhorst” „Gneisenau”, Warszawa 1994.

26 R.C. Stern, German Battleships of World War II, Carltton 2004, s. 22.

27 W grudniu 1939 r. doszło do osobistego spotkania Adolfa Hitlera z Vidkunem Quislingiem. Pomimo obietnic poczynionych przez Norwega przywódca III Rzeszy nie zdecydował się wtedy na jednoznaczną deklarację wsparcia pomysłu zajęcia Norwegii przez wojska niemieckie, a w rezultacie tego przyłączenia się tego państwa do państw Osi, już pod nowym przywództwem.

28 Działaniom tego statku poświęcono małą książeczkę: S.B. Bicker, „Altmark” okręt widmo, Warszawa 1958.

29 Losy tego starcia zob. A. Perepeczko, Bitwa u ujścia Rio de la Plata, Warszawa 1994.

30 Idem, Burza nad Atlantykiem, t. 1, Warszawa 1999, s. 218–220.

31 Dobrze oddają to wspomnienia Ericha Raedera, który napisał, że właśnie po tej akcji brytyjskich marynarzy uznano w Berlinie, że Norwegia nie jest w stanie się bronić przed jakimikolwiek działaniami Royal Navy. Jak można mniemać, uważano też, że nie będzie ona w stanie powstrzymać Kriegsmarine (E. Raeder, Moje życie..., s. 396–397). Podobną opinie odnajdujemy w pracy złożone po części z wojennych wspomnień Chestera Nimitza (E.B. Potter, C.W. Nimitz, La guerre sur mer (1939–1945), Paris 1962, s. 17).

32 Była to dodatkowa trudność, zwłaszcza że działania prowadzone były na wodach, które penetrowały alianckie okręty podwodne i lotnictwo. W takiej sytuacji utrzymanie ścisłej tajemnicy do momentu równoczesnego rozpoczęcia działań na wszystkich zaplanowanych punktach wybrzeża norweskiego i duńskiego było niezwykle trudne.

33 W. Danielewicz, M. Skwiot, Pancerniki kieszonkowe, cz. 1: Deutschland/Lützow, Gdynia 1997, s. 24–25. Początkowo okręt miał się znaleźć w grupie uderzeniowej skierowanej do Trondheim, ale awaria silnika pomocniczego spowodowała skierowała go do grupy mającej zdobyć Oslo (Ł. Pacholski, „Pancerniki kieszonkowe” typu Deutschland. Kalendarium służby, „Morze, Statki i Okręty” 2009, nr 10, s. 39.

34 7 Marine Gruppe – szkolny okręt liniowy „Schleswig-Holstein”, 2 transportowce, 2 trałowce, 6 trawlerów – dow. kmdr Gustav Kleikamp; 8 Marine Gruppe – stawiacz min, lodołamacz, 2 trałowce – dow. kpt. Wilhelm Schroeder; 9 Marine Gruppe – frachtowiec, 2 holowniki, 7 trałowców – dow. kpt. Helmut Leissner; 10 Marine Gruppe – slup eskortowy, 20 trałowców – dow. kmdr Friedrich Ruge; 11 Marine Gruppe – okręt baza i 14 trałowców – dow. kpt. Walter Berger. Skład grup bojowych i ich dowódcy za: D.C. Dildy, Dania i Norwegia 9140. Front skandynawski, Poznań 2009, s. 28, 31 i 35.

35 Flota Norwegii nie wyglądała źle. W jej składzie znajdowały się 4 pancerniki obrony wybrzeża, ok. 30 torpedowców, 9 okrętów podwodnych, 11 stawiaczy min i sporo jednostek pomocniczych. Niestety w większości były to okręty przestarzale, małe i nieodpowiadające warunkom nowoczesnego pola walki. Ponadto flota norweska nie została postawiona w stan pełnej gotowości i nie dostała rozkazu przywitania bezwarunkowo ogniem wszystkich obcych, nieznanych jednostek wchodzących do portów macierzystych. Dużą rolę odgrywała tu aktywność poszczególnych dowódców na norweskich jednostkach, a ta wyglądała bardzo różnie. Flota Danii była jeszcze mniejsza. Obok 2 pancerników obrony wybrzeża, 6 torpedowców, w jej składzie znajdowało się 10 okrętów podwodnych, stawiacz min i kilkanaście mniejszych jednostek. Okręty te również w większości nie należały do nowoczesnych. Odpowiednio użyte, mogły stawić spory opór. W warunkach pełnego zaskoczenia, jakie uzyskali Niemcy, ich rola okazała się znikoma.

36 Lotnictwo duńskie nie było dla Niemców realnym przeciwnikiem, nawet gdyby zdecydowało się na podjęcie działań wojennych (P. Skulski, Lotnictwo duńskie w 1940 roku, „Technika Wojskowa. Historia” 2010, nr 2, s. 38–43).

37 Do operacji skierowano wszystkie zdolne do działań niemieckie okręty wojenne. W portach zostały tylko uszkodzone wcześniej pancernik kieszonkowy „Admiral Scheer”, ciężki krążownik „Prinz Eugen” i 2 lekkie krążowniki „Leipzig” i „Nürnberg” (S.W. Roskill, The War at Sea 1939–1945..., t. 1, s. 163).

38 J. Pertek, Napaść morska na Danię i Norwegię, Poznań 1996, s. 14–15.

39 W ataku wzięły udział samoloty z 82, 107, 9 i 115 dywizjonu RAF, jednak nie zdołały zadać przeciwnikowi żadnych strat, a niemieckie okręty wkrótce skryły się w gęstej mgle. Dalszy rejs przebiegał spokojnie aż do spotkania z niszczycielem „Glowworn”. W starciu z brytyjskim niszczycielem uszkodzony został ciężki krążownik „Admiral Hipper”, który z przeciekiem kontynuował marsz w stronę Trondheim (H. i. W. Trojca, Krążowniki ciężkie klasy „Admiral Hipper”, Warszawa 1993, s. 31).

40 S. Sutowski, Okręty podwodne wczoraj i dziś, cz. 2, Gdynia 1998–2000, s. 52.

41 K. Dönitz, 10 lat i 20 dni. Wspomnienia 1935–1945, Gdańsk 1997, s. 91.

42 Na przykład U-47 dowodzony przez Gunthera Priena, który zasłynął z wejścia do Scapa Flow i zatopienia tam brytyjskiego okrętu liniowego „Royal Oak”.

43 C. Blair, Hitlera wojna U-Bootów. Myśliwi 1939–1942, Warszawa 1998, s. 171.

44 Łącznie użyto w tej operacji 45 transportowców i tankowców o łącznym tonażu 247 700 BRT (A.M. Wasiljew, G.P. Złobin, J.W. Skorochod, Współczesne desanty morskie, Warszawa 1972, s. 18–19).

45 J. Pertek, Od Reichsmarine do Bundesmarine, Poznań 1966, s. 162.

46 Zespół tworzyło 10 niszczycieli: „Wilhelm Heidkamp”, „Georg Thiele”, „Hans Lüdeman”, „Hermann Künne”, „Diether von Roeder”, „Anton Schmitt”, „Wolfgang Zenker”, „Bernd von Armin”, „Erich Giese” i „Erich Koellner”, doskonale uzbrojonych (5x127mm, 4x37mmpl, 8wt 533mm, bardzo szybkich (38,3 węzła) i nowoczesnych (wszystkie weszły do służby w latach 1937–1939) (U. Elfrath, Deutsche Zerströrer 1934–1945, Freidberg, b.r.w., s. 42–47).

47 Dla przedarcia się w rejon Narwiku nieistotne okazało się starcie z brytyjskim niszczycielem „Glowworn”, do którego doszło 8 kwietnia. Brytyjski okręt dostrzeżony został przez „Hansa Lüdemana” i „Bernda von Armina”. Ostatecznie po heroicznym boju został posłany na dno przez ciężki krążownik niemiecki „Admiral Hipper”.

48 Wcześniej rozstał się z zespołem idącym do Trondheim oraz zespołem osłonowym, złożonym z „Scharnhorsta” i „Gneisenaua”. Zespół ten odniósł spory sukces. Przechwycił lotniskowiec „Glorious” (dow. kmdr G. D’Oyly-Hughes) idący w osłonie niszczycieli „Acasta” (dow. kmdr C.F. Glasfurd) i „Arden” (dow. kpt. J.F. Berker) miał w obliczu klęski aliantów w Norwegii ewakuować samoloty myśliwskie Hurricane z bazy w Barduffloss. Doszło do tego w odległości 310 mil na południowy wschód od wyspy Jan Mayen. Już trzecia salwa niemieckich okrętów ulokowana została w celu. Pomimo bohaterskiej obrony obu niszczycieli „Glorious” zatonął z prawie całą załogą o 17.40. Uratowanych zostało 40 marynarzy i oficerów, z tego pięciu ocalił niemiecki wodnosamolot i trafili oni do niewoli (T. Klimczyk, Utrata lotniskowca HMS Gloroius, „Morza, Statki i Okręty” 2004, nr 3, s. 27–32).

49 A. Perepeczko, Zagłada zespołu komandora Bonte, „Morza, Statki i Okręty” 1996, nr 2, s. 29.

50 Po spotkaniu „Glowworna” nie było wątpliwości, że Royal Navy jest na morzu. Niemożliwe wydawało się, by pojedynczy niszczyciel działał tak daleko od baz macierzystych, musiał więc należeć do większego zespołu bojowego.

51 Był to błąd, powodował bowiem dalsze osłabienie oddziału desantowego. W normalnych warunkach, przy zorganizowanej obronie Norwegów, byłby to błąd o katastrofalnych konsekwencjach.

52 R.M. Kaczmarek, Pierwsza bitwa niszczycieli Narwik 1940, „Morza, Statki i Okręty” 2009, nr specjalny 4, s. 15–16.

53 D.C. Dildy, Dania i Norwegia 9140. Front skandynawski…, s. 46–47; Z. Lalak, Bitwa o Narwik, „Technika Wojskowa. Historia” 2010, nr 2, s. 61–62.

54 Spodziewano się, że na podejściach do Oslo mogą operować brytyjskie okręty podwodne. Uznano je za największe zagrożenie nie tylko dla skrytego podejścia do portu, ale także doprowadzenia bez strat całego zespołu desantowego (W. Danielewicz, M. Skwiot, Pancerniki kieszonkowe..., cz. 1, s. 25).

55 J. Chorzępa, Norweska artyleria nadbrzeżna 1875–1940, „Technika Wojskowa. Historia” 2010, nr 2, s. 45–46.

56 Co prawda małe okręty patrolowe stawiły opór niemieckiemu zespołowi inwazyjnemu, ale został on natychmiast złamany. Zatopiony został chociażby okręt patrolowy „Pol III”. Atakowane norweskie jednostki patrolowe nie przekazały informacji o wchodzeniu do Oslofiordu wrogich okrętów. Ich pojawienie się, wraz z desantem, w głębi fiordu było zaskoczeniem dla strony norweskiej.

57 Okręty były już mocno przestarzałe, nawet Norwedzy przesunęli je do sił rezerwy, ale przenoszone na ich pokładzie działa kalibru 210 mm stanowiły poważne zagrożenie dla wszelkich sił próbujących bez zezwolenia wejść na teren bazy w Horten.

58 Okręt przygotowywał się do wyjścia z miejsca bazowania, by podejść do strefy pobierania paliwa.

59 Niemieccy żołnierze znaleźli się na brzegu tylko z bronią osobistą, bez żadnego zabezpieczenia, bez zapasów, także amunicji. Oddział niemiecki miał w tej sytuacji niewielkie możliwości działania, ale pomimo tego dzięki swojemu zdecydowaniu i tak wykonał stawiane przed nim zadania.

60 Okręt później został przez niemieckich specjalistów wydobyty i przywrócony do służby jako stawiacz min „Brummer” (H. Haupt, S. Breyer, Minenschiff Brummer (II) 1940–1945. Das schicksal des norwegischen Minenlegers Olaf Tryggvason, b.m.w. 1999).

61 Okazał się nią najnowszy, dopiero wprowadzany do służby, ciężki krążownik „Blücher”. Na jego pokładzie nadal znajdowała się grupa robotników portowych, którzy jeszcze podczas rejsu bojowego prowadzili ostatnie prace, kontrolując działanie mechanizmów.

62 Był to wynik już pierwszych doświadczeń, kiedy to niemieccy artylerzyści doskonale lokalizowali stanowiska artyleryjskie właśnie po snopie światła z reflektorów, najczęściej rozlokowanych w ich pobliżu. Przeniesienie głównego stanowiska reflektorów z dala od stanowisk dział nadbrzeżnych było osobistą decyzją płk. Birgera Ericsena (J. Pertek, Napaść morska na Danię i Norwegię…, s. 51–52).

63 Także i ta jednostka odniosła uszkodzenia w wyniku boju z norweskimi bateriami artylerii nadbrzeżnej (W. Danielewicz, M. Skwiot, Pancerniki kieszonkowe..., cz 1, s. 25).

64 Ł. Pacholski, Zatopienie krążownika „Blücher”, „Technika Wojskowa. Historia” 2010, nr 2, s. 49.

65 Jerzy Pertek jako moment wybuchu komór amunicyjnych podaje godzinę 6.30, decyzję zaś o opuszczeniu jednostki podjęto według niego o 7.00 (J. Pertek, Napaść morska na Danię i Norwegię…, s. 56–57).

66 Miejsce lądowania desantu było inne niż planowano. Do zmiany doszło wskutek zatopienia „Blüchera” i utraty zespołu dowódczego, który co prawda w większości się uratował, ale utracił możliwość sprawnego dowodzenia zespołem bojowym. Na nieszczęście, to właśnie „Blücher” był jednostką flagową tego zespołu.

67 Pancernik kieszonkowy „Lützow” został w toku tych walk po raz kolejny uszkodzony, otrzymując bezpośrednie trafienia z dział norweskich baterii kalibru 150 mm (Ł. Pacholski, Pancerniki kieszonkowe…, s. 39–40).

68 Do Oslo przerzucono żołnierzy z 1 pułku spadochronowego oraz 324 pułku piechoty. To właśnie te jednostki wykonały główne zadania (D.C. Dildy, Dania i Norwegia 1940…, s. 40).

69 R.C. Stern, German cruisers of World War II, Carollton 2005, s. 10.

70 W. Danielewicz, M. Skwiot, Pancerniki kieszonkowe..., cz 1, s. 28.

71 Część literatury wskazuje na 5.30 jako godzinę wejścia okrętów niemieckich do Trondheim i rozpoczęcia wyładunku żołnierzy.

72 H. i W. Trojca, Krążowniki klasy Admiral Hipper…, s. 31.

73 K. Zalewski, Wydrzyki nad Norwegią, „Technika Wojskowa. Historia” 2010, nr 2, s. 22–30.

74 Miał być to myśliwiec, bombowiec nurkujący i samolot rozpoznawczy jednocześnie.

75 N. Miller, The naval air war 1939–1945, Grenwich 1980, s. 20–21; J. Pertek, Napaść na Danię i Norwegię…, s. 73–77; S. Breyer, Die K-Kreuzer (II), Dorheim 1990, s. 32.

76 S. Brzeziński, Niemiecki lekki krążownik „Karlsruhe”, Warszawa 1998, s. 30.

77 R.C. Stern, German cruisers of World War II…, s. 16.

78 Niemcy po zakończeniu fazy desantowej operacji zajęcia Norwegii zdecydowali się na marsz w głąb kraju, aby zająć wszystkie najważniejsze ośrodki oraz przejąć kontrolę nad liniami kolejowymi, drogami i lotniskami. Operacja ta, prowadzona pomiędzy 12 kwietnia a 3 maja 1940 r., pozwoliła im opanować całość południowej i środkowej Norwegii (D.C. Dildy, Dania i Norwegia 1940…, s. 56–64). Równocześnie przerzucano do Norwegii coraz więcej sił lotniczych, jednostek pancernych oraz oddziałów piechoty. To nasycanie Norwegii wojskami służyło nie tylko zapobieganiu alianckim działaniom w tej strefie Norwegii, ale także miało się przyczynić do jak najszybszego zakończenia operacji i pozwolić na przerzucenie tych sił nad Ren, gdzie szykowano się do zakończenia „dziwnej wojny” uderzeniem na Belgię, Holandię i Francję

79 Tankowiec był jedynie przebudowanym statkiem bazą wielorybniczą, pozbawionym odpowiedniej infrastruktury, by odgrywać rolę nowoczesnego tankowca dla tak dużego zespołu bojowego. Co prawda w jego zbiornikach było dość paliwa dla wszystkich okrętów, ale uzupełnianie go musiało trwać bardzo długo.

80 Tylko część żołnierzy wycofała się pod granicę szwedzką i tam zdecydowała się podjąć obronę.

81 Po tym rozkazie dwie godziny później przyszedł następny, z informacją, że według wywiadu w Narwiku jest jeden niemiecki okręt, który wysadził tam desant. Rozkaz nakazywał zatopienie okrętu (A. Perepeczko, Zagłada zespołu komandora Bonte…, s. 31).

82 Ibidem, s. 31–33; R.M. Kaczmarek, Pierwsza bitwa niszczycieli…, s. 20–26.

83 Były to „Hans Lüdemann”, „Diether von Roeder” i „Hermann Künne”.

84 Zaraz po pierwszej bitwie z Berlina nadszedł rozkaz, by z Narwiku wydostały się wszystkie zdolne do tego okręty. Próbę taką podjęły dwie jednostki („Erich Giese” i „Wolfgang Zenker”), jednak u wyjścia z fiordu ich załogi dostrzegły brytyjskie okręty, w tym lekki krążownik, i zapadła decyzja o zawróceniu.

85 Niemcy byli poważnie zaskoczeni tym, jakie warunki atmosferyczne panowały w Narwiku. Ich oddziały dopiero po pewnym czasie zostały odpowiednio wyposażone, szczególnie w mundury. Początkowo bezcenne okazały się zimowe norweskie mundury przejęte w magazynach w Narwiku.

86 Taki rozkaz dotarł do gen. Dietla 15 kwietnia (J. Odziemkowski, Narwik 1940, Warszawa 1988, s. 57–58).

87 Podczas operacji panował bałagan, który spowodował, że jednostki docierały do Norwegii bez artylerii, dział przeciwlotniczych, a czasami bez właściwych sztabów i dowództw.

88 Wspierały ich pojedyncze oddziały norweskie. Niemcy nie byli w stanie rozbić wszystkich norweskich jednostek, a nie wszyscy skandynawscy dowódcy chcieli poddać się Niemcom bez walki.

89 Był to także efekt braku w tym czasie jakiejkolwiek koncepcji wykorzystania przez Royal Navy lotniskowców, a tylko one, wspierane przez przerzucone z Wielkiej Brytanii dywizjony lotnicze, działające z lotnisk norweskich, mogłyby wykonać tak postawione zadanie (M. Franz, Lotniskowce jako nowa broń na atlantyckim teatrze wojennym w okresie od 03 września 1939 do 06 grudnia 1941, w: Druga wojna światowa w Europie 1939–1945 – aspekty militarne, red. H. Królikowski, P. Matusak, Siedlce 2007, s. 191–210; idem, Lotniskowce w walce o panowanie na Morzu Śródziemnym (1939–1941), w druku.

90 Siły brytyjskie dopuściły się ogromnego błędu, pozwalając, by odległość pomiędzy obydwoma punktami desantu sięgała 280 km. Przy takim dystansie wszelka komunikacja pomiędzy oddziałami i ewentualna współpraca stawały się bardzo trudne.

91 Wskutek prowadzonych walk 148 Brygada przestała istnieć jako jednostka bojowa. Niestety był to częsty wynik źle prowadzonych, chaotycznych operacji desantowych.

92 Podczas ewakuacji doszło do zatopienia trzech brytyjskich niszczycieli przez niemieckie lotnictwo. Potwierdza to, że działania brytyjskie prowadzone były w skrajnie niekorzystnych warunkach taktyczno-strategicznych.

93 D.C. Dildy, Dania i Norwegia 1940…, s. 64.

94 Wystarczy przypomnieć los polskiego niszczyciela ORP „Grom”, który został zatopiony właśnie przez niemieckie samoloty w Rombakenfiordzie (R. Mielczarek, ORP „Grom”, Gdańsk 1970, s. 38–44).

95 Pierwotny plan rozlokowania niemieckiej floty podwodnej w toku planowanej operacji norweskiej, w: W. Gliński, Morskie operacje desantowe w drugiej wojnie światowej, Gdańsk 1969, s. 22, rys. 1.

96 Pierwsze zaopatrzenie dotarło już 23 kwietnia, była to żywność, odzież zimowa, sprzęt sanitarny i 30 osób personelu sanitarnego (J. Odziemkowski, Narwik 1940…, s. 58).

97 Francuzi zdecydowali się skierować brygadę strzelców alpejskich, Brytyjczycy zaś mieli gotowy do działań tylko 1 batalion Scots Guards. Do tego z czasem doszły jednostki Legii Cudzoziemskiej oraz 1 batalion Irish Guards.

98 Warto pamiętać, że Niemcy nie byli w stanie realnie objąć rejonu Narwiku działaniami swojego lotnictwa z południa Norwegii, co dawało na tym konkretnym froncie przewagę stronie alianckiej. Najbliższe opanowane przez Niemców lotnisko znajdowało się 680 km od Narwiku, w rejonie Trondheim. Ta sytuacja nie zmieniła się przez całą operację pod Narwikiem.

99 Odbywały się one w katastrofalnych warunkach atmosferycznych, w śnieżycy, przy silnym wietrze i bardzo ostrym mrozie. Utrudniało to działanie obu stron.

100 Oddziały niemieckie w krytycznej sytuacji miały nawet zgodę swego dowództwa na szukanie schronienia w neutralnej Szwecji (W. Gliński, Morskie operacje desantowe w drugiej wojnie światowej…, s. 35).

101 O działaniach Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich w rejonie Narwiku zob. J. Odziemkowski, Narwik 1940…, s. 90–160; J. Meysztowicz, Polacy w bitwie o Narwik 1940, Warszawa 1968, s. 66–133.

102 E. Raeder, Moje życie…, 416.

103 E.B. Potter, C. Nimitz, La guerre sur mer 1939–1945..., s. 28.

104 Niemiecki przywódca nie dostrzegał, że właśnie zdobyte ogromne terytoria, skandynawskie i kontynentalne, wymagają osłony i ochrony ze strony osłabionej Kriegsmarine. Były to nowe i wielkie zadania, które wymagały zaangażowania sił i środków, a tych po walkach o Norwegię bardzo brakowało.

105 P. Fleming, Operation Sea Lion. The projected invasion of England in 1940 – An account of the German preparations and the British countermeasures, New York 1957, s. 47.

106 Miało to zapewnić lądującym od początku uzyskanie przewagi nad siłami obrony. Niemcy wiedzieli, że Brytyjczycy po klęsce we Francji nie mają wielu oddziałów lądowych, a jeszcze gorzej jest z ich uzbrojeniem. Liczyli, że to ułatwi im lądowanie i odniesienie sukcesu.

107 Z. Rombisz, Czołgi Tauchpanzer III i IV, „Technika Wojskowa. Historia” 2010, nr 4, s. 4.

108 Niemcy nie prowadzili żadnych prac na stworzeniem takich jednostek ani w tym momencie wojny, ani w przyszłości.

109 Z. Rombisz, Czołgi Tauchpanzer III i IV…, s. 4.

110 Już w początkach 1940 r. Brytyjczycy rozpoczęli zrzucanie min magnetycznych za pomocą lotnictwa morskiego. Takie działania w kolejnych miesięcy nasilały się (R. Kaczkowski, Lotnictwo w działaniach na morzu, Warszawa 1986, s. 96).

111 Brytyjczycy w tym czasie dysponowali na Wyspach Brytyjskich 5 okrętami liniowymi, 11 krążownikami, 1 lotniskowcem, 80 niszczycielami, 35 okrętami podwodnymi i ok. 700 mniejszymi okrętami wojennymi. Do działań mogli wprowadzić 19 dywizjonów lotnictwa morskiego z 300 samolotami (E. Kosiarz, Działania flot w drugiej wojnie światowej, Gdańsk 1989, s. 181).

112 J. Pertek, Od Reichsmarine do Bundesmarine…, s. 167; E. Raeder, Moje życie…, s. 419.

113 Raeder we wspomnieniach pisze, że Hitler mocno zmienił swoją postawę wobec planowanej operacji desantowej. Uznał, że sprawi ona wiele kłopotów, jednakże nie chciał rezygnować z jej przygotowania (E. Raeder, Moje życie…, s. 422).

114 Z. Rembisz, Czołgi Tauchoanzer III i IV…, s. 5.

115 Ibidem, s. 6.

116 Niemcy mieli duże doświadczenie w konstruowaniu i wprowadzaniu takich dział do służby. Świadczą o tym potężne działa kolejowe „Dora” i „Gustaw” (R. Lusar, Riesengenschütze und Schwere Brummer, München 2001).

117 Miały to być baterie: „Siegfred” na południe od Gris-Nez – 4 działa kal. 380 mm; bateria „Friedrich-August” na północ od Boulogne – 2 działa kal. 280 mm; bateria „Prinz Kurfürst” między Calais a Blanc-Nez – 2 działa kal. 280 mm; bateria „Oldenburg” na wschód od Calais – 2 działa kal. 240 mm; baterie M1, M2, M3, M4 w rejonie Gris-Nez–Calais – 14 dział kal. 170 mm (A. Perepeczko, Burza nad Atlantykiem…, cz. 1, s. 469). Jedną z takich baterii można zobaczyć, w: P. Fleminng, Operation Sea Lion. The projected invasion of England in 1940…, s. 288–289, wklejka).

118 Swój wkład w te operacje miały również polskie dywizjony bombowe 300, 301 i 304. Polskie załogi latały także nad porty, dążąc do zadania przygotowującej się do inwazji flocie jak największych strat.

119 S.W. Roskill, The war at sea 1939–1945..., t. I, s. 249.

120 Rozpoczęła się 8 sierpnia 1940 r. jako wielka ofensywa niemieckiego lotnictwa. Brytyjczycy i ich sojusznicy rzucili jednak do walki wszystko, czym dysponowali, i nie zamierzali ułatwiać stronie niemieckiej realizacji jej planów (B. Arct, Polacy w bitwie o Anglię, Warszawa 1967; E. Banaszczyk, W bitwie o Anglię, Warszawa 1979; W. Król, Polskie dywizjony lotnicze w Wielkiej Brytanii 1940–1945, Warszawa 1982; idem, W dywizjonie poznańskim, Warszawa 1966; idem, Walczyłem pod niebem Londynu, Warszawa 1982; K. Kubala, Start w nieskończoność. Biografia asa Polskich Skrzydeł, pilota Dywizjonu 303 Mariana Pisarka, Toruń 2005).

121 Były to głównie barki rzeczne, mogące operować na wodach otwartych tylko w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach, przy bardzo niskim stanie morza.

122 Zgromadzone siły, choć ogromne, nie dawały gwarancji bezproblemowego przeprowadzenia operacji desantowej, zwłaszcza przy całkowitym braku sił osłony. Niemiecka marynarka wojenna znajdowała się w rozsypce i w żaden sposób nie mogła takiej osłony zapewnić (P. Fleming, Operation Sea Lion. The projected invasion of England in 1940…, s. 240–241.

123 Faktycznie jednak dowodził miał wiceadmirał Lütjens, który najlepiej zdawał sobie sprawę ze słabości posiadanych sił.

124 W Cherbourgu znalazły się 3 flotylle torpedowców, w Hawrze 2 flotylle niszczycieli, 1 flotylla torpedowców, 2 flotylle dużych trałowców, 1 flotylla kutrów trałowych i 3 flotylle patrolowców, w Calais stacjonowały 2 flotylle trałowców, 1 flotylla kutrów trałowych, 1 flotylla patrolowców, w Dunkierce 1 flotylla trałowców, w Ostendzie 1 flotylla trałowców, w Zeebrüge 1 flotylla ścigaczy okrętów podwodnych wraz okrętem bazą, we Vlissingen 1 flotylla ścigaczy okrętów podwodnych wraz okrętem bazą, w Rotterdamie 1 flotylla ścigaczy okrętów podwodnych wraz z okrętem bazą, 1 flotylla trałowców, w Hoek van Holland 1 flotylla trałowców (J. Pertek, Od Reichsmarine do Bundesmarine…, s. 168).

125 C. Blair, Hitlera wojna U-Bootów..., t. 1, s. 170–182.

126 Można mieć jednak wątpliwości, czy 20–30 okrętów podwodnych mogło skutecznie zatrzymać marsz Royal Navy w stronę floty inwazyjnej.

127 Było to jedynym sensownym rozwiązaniem. Pojedyncza jednostka nie mogła stawić oporu całej Royal Navy, a wyjście w morze groziłoby tylko jej stratą.

128 W pozorowanej flocie transportowej miały się znaleźć dawne wielkie statki pasażerskie „Europa”, „Poczdam”, „Bremen”, „Gneisenau” i 10 mniejszych transportowców.

129 Brytyjczycy nie ulegli tym pozorowanym działaniom Niemców. Właściwie do końca byli przekonani, że ewentualna flota inwazyjna wyjdzie jednak z portów francuskich, belgijskich i holenderskich.

130 Miał to być potężny zespół inwazyjny, dużo większy od dwóch pierwszych. Liczono, że jako znajdujący się w centrum szyku flot inwazyjnych będzie najlepiej chroniony i to on dokona głównego uderzenia na Wyspy Brytyjskie.

131 P. Fleminng, Operation Sea Lion. The projected invasion of England in 1940…, s. 254–255.

132 E.B. Potter, C. Nimitz, La guerre sur mer 1939–1945…, s. 30.

133 J.F.C. Fuller, Druga wojna światowa 1939–1945…, s. 108.

134 C. de Gaulle, Pamiętniki wojenne. Apel 1940–1942, Warszawa 1867, s. 67–75.

135 Był też głównym orędownikiem wyprawy na Dakar (A. Perepeczko, Burza nad Atlantykiem..., t. 1, s. 538–539).

136 Wśród zajętych okrętów znalazł się choćby stary okręt liniowy „Paris”, który później Brytyjczycy zaproponowali Polskiej Marynarce Wojennej do obsadzenia. Obsadzenie tak wielkiej jednostki wymagało ogromnych rezerw kadrowych, którymi Polacy nie dysponowali, a okręt miał niewielką wartość bojową, więc strona polska nie zdecydowała się go przejąć. Przejęte przez Polaków zaś czasowo zostały inne francuskie jednostki, w tym niszczyciel „Ouragan”, patrolowce i mniejsze jednostki.

137 Był to jeden z zespołów powołanych do poszukiwania niemieckich raiderów w pierwszych miesiącach wojny. Zespoły tworzone były przez okręty francuskie i brytyjskie (M. Franz, Lotniskowce jako nowa broń..., s. 191–210).

138 A.B.C. Whiple, Wojna na Morzu Śródziemnym, Warszawa 1999, s. 32.

139 Porozumienie oparto na trzech postanowieniach: z okrętów francuskich należy usunąć całe zapasy paliwa, okręty doprowadzone zostaną do stanu uniemożliwiającego podjęcie walki (wyjęte i zdeponowane w magazynach arsenału aleksandryjskiego zamki od dział oraz głowice torped), a z czasem załogi francuskie miały zostać wyokrętowane. Okręty jednak pozostawały własnością Francji (J. Pertek, Od Dunkierki do Dakaru, Poznań 1987, s. 139).

140 Encyklopedia II wojny światowej. Militaria, nr 65, Poznań, b.r.w., s. 6.

141 S.W. Potjanin, Brytyjski lotniskowiec Ark Royal, cz. 2, „Okręty Wojenne” 2009, nr 93 s. 40–41.

142 Zespół francuski składał się z 2 nowoczesnych okrętów liniowych „Dunkerque” i „Strasbourg”, 2 starszych okrętów liniowych „Provence” i „Bretagne”, transportowca wodnosamolotów „Commendante de Teste”, 6 wielkich niszczycieli „Mogador”, „Volta”, „Tigre”, „Terrible”, „Lynx” i „Kersaint”.

143 A. Perepeczko, Od Mers El-Kebir do Tulonu, Gdańsk 1979, s. 39–55.

144 Francuzi nie chcieli przyznać się do rozmiaru strat poniesionych 3 lipca 1940 r. Wskutek tego zespół admirała J. Somervilla zawrócono i 6 lipca okręty francuskie stały się celem ataku brytyjskich samolotów torpedowych z lotniskowca „Ark Royal”, co tylko spotęgowało straty poniesione przez Francuzów.

145 E. Kosiarz, Działania flot wojennych w drugiej wojnie światowej…, s. 190.

146 Był to jeden z pierwszych brytyjskich lotniskowców, w chwili wybuchu wojny mocno już przestarzały. Operacja przeciwko Dakarowi i „Richelieu” była jedną z ostatnich operacji bojowych przeprowadzonych z jego pokładu (G. Barciszewski, Trudne narodziny lotniskowca Hermes, „Morza, Statki i Okręty” 2000, nr 2, s. 48–55.

147 Pierwszy raz kwestia operacji przeciw Dakarowi podjęta została w rozmowach francusko-brytyjskich 8 sierpnia 1940 r. (S.W. Patjanin, Brytyjski lotniskowiec Ark Royal…, cz. 3, s. 23).

148 Poza Gabonem, który pozostał wierny rządowi z Vichy.

149 C. de Gaulle, Pamiętniki wojenne. Apel 1940–1942…, s. 91.

150 Operację zajęcia Dakaru za ważną uważał także W. Churchill (ibidem, s. 95).

151 W Brytyjczykach ochota do operacji osłabła po tym, jak gen. de Gaulle sprzeciwił się przekazania im depozytów złota rządu polskiego i belgijskiego, które w chwili wybuchu wojny oba rządy zdeponowały w bankach francuskich i które trafiły do Afryki Zachodniej.

152 A. Perepeczko, Burza nad Atlantykiem..., t. 1, s. 541.

153 J. Pertek, Od Dunkierki do Dakaru…, s. 176.

154 Już podczas rejsu okręt został storpedowany przez nieznany niemiecki okręt podwodny i musiał zawrócić do bazy. W jego miejsce brytyjska Admiralicja oddelegowała do sił inwazyjnych ciężki krążownik „Australia”.

155 Formowany był w Clydebank.

156 Była to flagowa jednostka wiceadm. J. Cunninghama.

157 A. Perepeczko, Od Mers El-Kebir do Tulonu…, s. 101–102.

158 Na jego pokładzie znajdował się Charles de Gaulle i jego sztab.

159 J. Pertek, Od Dunkierki do Dakaru…, s. 176. Na pokładach tego zespołu znaleźli się żołnierze francuskiego kontyngentu. To właśnie dla nich operacja była szczególnie ważna, dawała bowiem szansę wzmocnienia swojej pozycji u boku brytyjskiego sojusznika. Dla Brytyjczyków Dakar był cenny jako jeden z najważniejszych portów w tej części świata, pozwalający kontrolować znaczne obszary Oceanu Atlantyckiego. Jednak wobec prowadzonych intensywnych walk na pozostałych frontach tej wojny nie była to dla nich sprawa priorytetowa.

160 C. de Gaulle, Pamiętniki wojenne. Apel 1940–1942…, s. 97.

161 E.B. Potter, Ch.W. Nimitz, La guerre sur mer (1939–1945)…, s. 31.

162 A. Perepeczko, Od Mers El-Kebir do Tulonu…, s. 112–113.

163 Pozostawało wielkim pytaniem dlaczego Brytyjczycy wypuścili z Morza Śródziemnego, faktycznie panując nad cieśniną gibraltarską francuską eskadrę? Dodatkowo podjęte później przeciwko niej działania, prowadzone były dość zachowawczo. Francuzi poważnie wzmocnili swoje siły w Dakarze i w efekcie tego sama operacja została poważnie zagrożona nim jeszcze została ona realnie rozpoczęta.

164 Winnym tej sytuacji uznano adm. D. Northa odpowiedzialnego za ten fragment atlantyckiego teatru działań wojennych, S. W. Roskill, The war at sea 1939–1945…, vol. I, s. 314–315.

165 Dotyczyło to chociażby lądowania na Iwo Jimie i Okinawie w końcowym etapie II wojny światowej.

166 A. Perepeczko, Burza nad Atlantykiem..., t. 1, s. 547–548.

167 Był to wynik spotkania francuskich krążowników operujących z Dakaru w stronę Liberville przez angielski zespół. Podczas tego spotkania, które zmusiło francuskie okręty do zawrócenia do Dakaru, z pokładu „Australii” negocjacje prowadził kmdr por. Thierry d’Argenlieu, który próbował przekonać dowódców francuskich okrętów do przejścia na stronę generała de Gaulle’a i Francuskiego Komitetu Narodowego. Obecność francuskich oficerów, związanych z FKN, na pokładach brytyjskich okrętów operujących na Atlantyku nie było naturalna i musiała prowokować do poszukiwania przyczyn takiej sytuacji. Uznano, że wiąże się ona z działaniami skierowanymi przeciwko Dakarowi.

168 Na pokładzie lotniskowca znajdowała się grupa bojowa złożona z 16 samolotów torpedowych typu Swordfish, 16 bombowców nurkujących typu Skua. Na pokład przyjęto także 2 cywilne maszyny FKN Caudron C 270 „Luciole” (S.W. Patjanin, Brytyjski lotniskowiec Ark Royal…, cz. 3, s. 23).

169 S.W. Roskill, The war at sea 1939–1945…, t. 1, s. 317.

170 Dzień przed wyjściem w morze pojawił się nowy kłopot, gdyż adm. Cunningham zażądał, by generał de Gaulle i jego żołnierze przeszli pod bezpośrednie dowodzenie brytyjskie, a sztab francuski przeniósł się na flagowiec Cunninghama, czyli okręt liniowy „Barham”. Wywołało to ostry sprzeciw francuskiego przywódcy i o mało nie doprowadziło do zerwania całej operacji. Po dość burzliwej rozmowie i pełnej napięcia nocy brytyjski admirał ustąpił i zespół inwazyjny mógł wyjść w morze.

171 E.B. Potter, C.W. Nimitz, La guerre sur mer (1939–1945)…, s. 31.

172 Roli i znaczenia służb meteorologicznych alianci mieli się dopiero nauczyć. W tym pierwszym okresie działań wojennych bardzo często dochodziło do improwizacji. Wielu elementów nie planowano zbyt dokładnie, a rozpoznanie pozostawiało wiele do życzenia.

173 Przykładem działań Wolnych Francuzów mogą być ulotki rozrzucane nad Dakarem (Ministre de la Defence, Archive, MV TT 01, Obtenir la ralliement de Dakar, septembre 1940).

174 Pomimo życzliwego przyjęcia w pierwszych chwilach ostatecznie załogi tych samolotów zostały aresztowane, a próba pozyskania lądowego lotnictwa myśliwskiego zakończyła się niepowodzeniem.

175 A. Perepeczko, Od Mers El-Kebir do Tulonu…, s. 127.

176 Motorówki parlamentariuszy zostały ostrzelane, a część z delegatów odniosła poważne rany, były to pierwsze pociski i pierwsi ranni podczas tej operacji.

177 Znajdowały się na niej działa kalibru 240 mm, które stanowiły dla ewentualnych sił desantowych poważne zagrożenie. Tak naprawdę koncepcja zajęcia Dakaru zakładała, że neutralizacja baterii nadbrzeżnych nie sprawi większych problemów. To zaś po doświadczeniach sił alianckich z I wojny światowej i walk w Dardanelach musi dziwić. Nadal wierzono w siłę dział wielkich okrętów artyleryjskich w starciu z umocnieniami lądowymi. Zupełnie nie uwzględniano doświadczeń z poprzedniej wojny światowej.

178 Dakar miał silną obronę: 5 baterii artylerii nadbrzeżnej dysponującej 9 działami kal. 240 mm, 3 działami kal. 155 mm i 3 działami kal. 138 mm. Baterie te mogły doskonale współpracować z okrętami stacjonującymi w porcie.

179 C. de Gaulle, Pamiętniki wojenne. Apel 1940–1942…, s. 103.

180 Admirała Cunninghama wysłał do władz wojskowych Dakaru radiogram z pytaniem dlaczego jest ostrzeliwany. W odpowiedzi zażądano wycofania okrętów brytyjskich na odległość 20 mil morskich od brzegu.

181 J. Pertek, Krążowniki „Dragon” i „Conrad”, Gdańsk 1969, s. 11.

182 Brytyjskie niszczyciele atakujące francuski okręt podwodny stały się celem dla nadbrzeżnych artylerii, w wyniku czego oba odniosły uszkodzenia; na szczęście nietknięte pozostały najistotniejsze części okrętów.

183 J. Pertek, Od Dunkierki do Dakaru…, s. 192.

184 S.W. Roskill, The war at sea 1939–1945…, t. 1, s. 318.

185 Mało tego, kolejne jednostki alianckie odnosiły uszkodzenia wskutek tych pojedynków z bateriami artylerii nadbrzeżnej (J. Pertek, Krążowniki „Dragon” i „Conrad”…, s. 11).

186 Niepowodzenia pod Dakarem nie doprowadziły do zmiany decyzji Churchilla, co najwyżej podsyciły jego chęć kontynuowania operacji. Takie też polecenia skierował do admirała Cunninghama wieczorem 23 września 1940 r.

187 A. Perepeczko, Burza nad Atlantykiem..., t. 1, s. 556.

188 Sześć maszyn dokonało ataku i pomimo gęstego ognia broni przeciwlotniczej udało im się zrzucić 500-funtowe bomby na „Richelieu”. Niestety bez większych sukcesów, ale też nie ponosząc strat własnych (S.W. Patjanin, Brytyjski lotniskowiec Ark Royal…, cz. 3, s. 24).

189 Jego załoga została odratowana i wzięta do niewoli przez Brytyjczyków. W zatopieniu okrętu udział wziął także Swordfish z „Ark Royal” pilotowany przez por. Everetta (S.W. Patjanin, Brytyjski lotniskowiec Ark Royal…, cz. 3, s. 24).

190 Trzy z nich zostały zestrzelone przez artylerię przeciwlotniczą francuskiego okrętu liniowego, ostatni zaś przez samolot myśliwski obrońców. Był to nie tylko sygnał, że załoga francuska jest dobrze wyszkolona, ale także że brytyjscy piloci mają problem z trafieniem francuskiej jednostki. Jeśli samoloty torpedowe nie potrafią trafić w wielki okręt liniowy stojący bez ruchu w porcie, to można było mieć wątpliwości, czy będą w stanie trafić w jakikolwiek inny cel, zwłaszcza znajdujący się w ruchu.

191 C. de Gaulle, Pamiętniki wojenne. Apel 1940–1942…, s. 105.

192 A. Perepeczko, Od Mers El-Kebir do Tulonu…, s. 136.

193 Okręt został poważnie uszkodzony i musiał zostać skierowany na wielomiesięczny remont do stoczni w Stanach Zjednoczonych.

194 A. Perepeczko, Burza nad Atlantykiem..., t. 1, s. 560.

195 E.B. Potter, C.W. Nimitz, La guerre sur mer (1939–1945)…, s. 32.

196 S.W. Patjanin, Brytyjski lotniskowiec Ark Royal…, cz. 3, s. 25.

197 S.W. Roskill, The war at sea 1939–1945…, t. 1, s. 319–320.

198 I to pomimo propagandy rządu w Vichy i państw faszystowskich, gdzie wydarzenia przedstawiano jako wielkie zwycięstwo wojsk wiernych marsz. Petainowi (C. de Gaulle, Pamiętniki wojenne. Apel 1940–1942…, s. 106).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bohaterowie najdłuższych dni. Desanty morskie II wojny światowej