Welcome to Spicy Warsaw

Welcome to Spicy Warsaw

Autorzy: Patrycja Strzałkowska

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 19.61 zł

Jeśli wolisz nie wiedzieć, do czego są zdolni ludzie zbyt mocno kochający pieniądze, najlepiej odłóż tę książkę.

Sex. Pieniądze. Luksus.

Wieczna impreza, ekskluzywne kluby, najdroższy szampan. Dla pięknych dziewczyn drzwi na końcu czerwonego dywanu zawsze są otwarte. A za nimi granice, które zbyt łatwo przekroczyć, ustawki na ściankach, botoks, sponsoring.

Welcome to spicy Warsaw odsłania kulisy nocnego życia, przypudrowany amfetaminą świat płatnego seksu, dziewczyn z showbizu i mężczyzn, których na nie stać.

Re­dak­cja: Li­dia Za­wie­ru­szan­ka

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Le­mon Stu­dio

Skład: Ja­ro­sław Hess

Zdję­cie na okład­ce: De­nys Hryb (www.hryb.pl)

Zdję­cie au­tor­ki: Pa­try­cja Strzał­kow­ska

© Co­py­ri­ght by Pa­try­cja Strzał­kow­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

ISBN: 978-83-8103-423-4

Przygotowanie eBooka: Mariusz Kurkowski

Dro­gi Czy­tel­ni­ku,

mu­sisz wie­dzieć, że nie­któ­re opi­sa­ne w tej książ­ce hi­sto­rie zo­sta­ły za­in­spi­ro­wa­ne au­ten­tycz­ny­mi zda­rze­nia­mi. Nie wszyst­kie z nich mia­ły jed­nak miej­sce w rze­czy­wi­sto­ści. Jest to zbiór opo­wie­ści mo­ich zna­jo­mych, wła­snych ob­ser­wa­cji i oso­bi­stych prze­my­śleń na ich te­mat.To książ­ka o ży­ciu w wiel­kim mie­ście. W tym wy­pad­ku – w War­sza­wie.

To hi­sto­ria mło­dej dziew­czy­ny, któ­ra zu­peł­nym zrzą­dze­niem losu po­zna­ła świat lu­dzi, dla któ­rych naj­więk­szą war­to­ścią są seks, pie­nią­dze i luk­sus.

Pa­try­cja Strzał­kow­ska

Hi­sto­ria każ­de­go z nas jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­na, niż może się wy­da­wać. Każ­da oso­ba, któ­rą spo­ty­ka­my, ma do prze­ka­za­nia swo­ją wła­sną opo­wieść. Może tak samo skom­pli­ko­wa­ną jak two­ja; tego nie wiesz i pew­nie ni­g­dy się nie do­wiesz. Każ­dy skry­wa w so­bie my­śli i prze­ży­cia, któ­re go ukształ­to­wa­ły. Nie wszy­scy chcą je po­ka­zy­wać świa­tu, dla­te­go każ­dy wy­da­je nam się nor­mal­ny, do­pó­ki go le­piej nie po­zna­my.

Za­wsze, nie­za­leż­nie od sy­tu­acji, ży­cie spraw­dza mnie, jak­by było ja­kimś te­stem, któ­ry po­win­nam na­pi­sać na piąt­kę. Może cza­sa­mi sama tro­chę za wy­so­ko sta­wiam so­bie po­przecz­kę, bo prze­cież to ja dążę do osią­gnię­cia ta­kie­go po­zio­mu ży­cia, ja­kie­go pra­gnę.

W War­sza­wie mu­sisz być ide­al­ną, pięk­ną, za­dba­ną, bo­ga­tą, dro­go ubra­ną, na­pom­po­wa­ną kwa­sem i ostrzyk­nię­tą bo­tok­sem, la­ską. Mu­sisz być jak ko­bie­ta z okła­dek albo po pro­stu być na tej okład­ce. Wte­dy two­je ży­cie sta­nie się ide­al­ne. Oczy­wi­ście pod wa­run­kiem, że chcesz żyć w świe­cie, z któ­re­go trud­no uciec. Bę­dziesz roz­po­zna­wal­na, bę­dziesz by­wać, bę­dziesz wszę­dzie za­pra­sza­na, bę­dziesz bo­gi­nią, ale nie za­znasz nor­mal­no­ści. Ce­le­bry­ci i nowi zna­jo­mi, zna­ni głów­nie ze skan­da­li po­ja­wia­ją­cych się w ak­tu­al­no­ściach bru­kow­ców, sta­ną się two­imi przy­ja­ciół­mi, ale pa­mię­taj, że dla więk­szo­ści z nich ja­kość roz­mo­wy i in­te­li­gen­cja roz­mów­cy się nie li­czą. Zda­rza­ją się wy­jąt­ki, ale to jak zna­leźć sto zło­tych na pu­stej uli­cy: ow­szem, cza­sem się to przy­da­rza, ale nie jest to co­dzien­na sy­tu­acja. Pod­nie­ca­ją­ce? Nar­ko­tycz­ny stan, w jaki wpro­wa­dza obec­ność w tym świat­ku, spra­wia, że trud­no z nie­go zre­zy­gno­wać.

Sły­sze­li­ście to kie­dyś? Kto z kim prze­sta­je, ta­kim się sta­je. Wpa­dłam do głę­bo­kie­go mo­rza peł­ne­go re­ki­nów, w któ­rym żeby prze­trwać, ko­bie­ta musi być nie tyl­ko pięk­na i nie­za­leż­na, ale też musi być cho­ler­nym anio­łem, a przy­naj­mniej stwa­rzać ta­kie po­zo­ry. Ta­kich anioł­ków w war­szaw­skich klu­bach, gdzie leje się naj­droż­szy szam­pan, nie ma zbyt wie­lu. Ocze­ku­ją od cie­bie, że bę­dziesz wy­jąt­ko­wa, naj­lep­sza: po pro­stu bez­kon­ku­ren­cyj­na.

Kon­ku­ren­cja w po­sta­ci pięk­nych ko­le­ża­nek jest bar­dzo sil­na. Wszyst­kie mó­wią do sie­bie słod­ko moje ko­cha­nie, a za ple­ca­mi nie raz moż­na usły­szeć wy­po­wia­da­ne szep­tem ty kur­wo. Bę­dąc ofia­rą plo­tek i drwin, trud­no jest od­na­leźć szczę­ście, a od­po­wied­nie­go part­ne­ra ze świe­cą szu­kać. Pa­no­wie zwy­kle po­ja­wia­ją się w klu­bach w sta­nie cięż­kie­go po­roz­sta­nio­we­go sta­nu de­pre­syj­ne­go i szu­ka­ją w tym to­wa­rzy­stwie wra­żeń w sam raz na raz. Chęt­nie de­kla­ru­ją wier­ność jed­nej ko­bie­cie i chęć ob­da­rze­nia ko­goś uczu­ciem, ale zwy­kle na krót­ko. Tak to wła­śnie wy­glą­da w Spi­cy War­saw.

Za­wsze mia­łam na­dzie­ję, że może w pe­wien po­ra­nek przy uli­cy Żu­ra­wiej, gdzie peł­no jest wczo­raj­szych pa­nów pi­ją­cych na śnia­da­nie ra­tun­ko­we trun­ki, prze­cha­dza­ją­cych się w ciem­nych oku­la­rach za­sła­nia­ją­cych opuch­nię­te oczy, usią­dzie obok mnie ktoś, dla kogo będę waż­na. Ktoś, kto kupi mi ger­be­ry, bo bę­dzie wie­dział, jak bar­dzo je lu­bię. Ktoś, kto bę­dzie mnie zwy­czaj­nie sza­no­wać i lu­bić taką, jaka je­stem o po­ran­ku, a nie wie­czo­rem w szpil­kach, su­kien­ce i ma­ki­ja­żu przy­ćmie­wa­ją­cym moją oso­bo­wość. Wie­rzy­łam w to, że na­wet je­śli bę­dzie mnie za­bie­rał na im­pre­zy czy do re­stau­ra­cji, jak to ro­bią wszy­scy ro­man­ty­cy dzi­siej­szych cza­sów, bę­dzie miał do za­ofe­ro­wa­nia rów­nież coś in­ne­go. Po­wiem wam, że ta­kich aman­tów ro­dem z szek­spi­row­skie­go dra­ma­tu jest bar­dzo dużo, a naj­gor­sze jest to, że oni na­praw­dę my­ślą, że taka po­sta­wa wy­star­czy.

Nie wiem, gdzie się po­dzia­ły cza­sy, w któ­rych było wię­cej spon­ta­nicz­no­ści, szcze­ro­ści i praw­dzi­wych re­la­cji. Dziś oce­nia się lu­dzi po po­zo­rach, po­zo­ra­mi się żyje i trak­tu­je się związ­ki jak trans­ak­cje prze­pro­wa­dza­ne w wia­do­mym celu. Męż­czyź­ni lu­bią chwa­lić się swo­imi zdo­by­cza­mi; trak­tu­ją ko­bie­ty jak tro­feum. Pro­blem w tym, że mają cią­gły nie­do­syt, a w związ­ku z nim – cią­głą po­trze­bę po­lo­wa­nia. To tak jak z za­ku­pa­mi. Cze­goś chcesz. Ku­pu­jesz to so­bie i zno­wu cze­goś chcesz. Taki dresz­czyk emo­cji, któ­ry wy­wo­łu­je tyl­ko na­by­wa­nie. Dla­te­go męż­czyź­ni two­rzą so­bie bab­skie ko­lek­cje i trzy­ma­ją w re­zer­wie ko­lej­ne ko­bie­ty. Co do trans­ak­cji: waż­ne jest też, i to bar­dzo, gdzie miesz­ka i pra­cu­je po­ten­cjal­ny part­ner czy part­ner­ka. Lu­dzie lu­bią się chwa­lić swo­im zdo­by­cza­mi, a tu punk­tów moż­na zdo­być dużo. Tak już jest, że naj­pierw na­le­ży roz­wa­żyć wszel­kie za i prze­ciw i za­sta­no­wić się, czy opła­ca się nam wcho­dzić w re­la­cję. Czy licz­ba przy­zna­nych po­ten­cjal­ne­mu part­ne­ro­wi punk­tów jest na tyle atrak­cyj­na, by w ogó­le my­śleć o bliż­szym po­zna­niu da­ne­go czło­wie­ka? Czy opła­ca się wcho­dzić w głąb czy­jejś du­szy, czy jed­nak po­zo­stać na po­zio­mie pe­ne­tro­wa­nia jego łóż­ka?

Pew­ne­go po­ran­ka po­ło­ży­łam się w mo­jej ulu­bio­nej po­zy­cji: z kom­pu­te­rem na no­gach, koł­drą po pa­chy, włą­czy­łam te­le­wi­zor i tak za­czę­łam dzień. Od rana sły­sza­łam do­bie­ga­ją­ce zza ścia­ny krzy­ki są­siad­ki, któ­ra we­dług mo­ich przy­pusz­czeń jest pół­głu­cha. Po­dej­rze­wam, że jest her­me­tycz­nie za­mknię­ta we wła­snym świe­cie: to dla­te­go, nie przej­mu­jąc się ni­kim i ni­czym, od sa­me­go rana do­pro­wa­dza mnie do sza­łu. Na ko­niec zi­ry­to­wał mnie szcze­ka­ją­cy pies, któ­ry od go­dzi­ny in­for­mo­wał wszyst­kich, że jego wła­ści­ciel opu­ścił miesz­ka­nie i po­zo­sta­wił w nie­sa­mo­wi­tych mę­czar­niach sa­mot­no­ści, a tak­że dzwo­nek do drzwi – to aku­rat ku­rier z prze­sył­ką od fir­my ko­sme­tycz­nej. Jak to dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ka za­lo­go­wa­łam się do Fa­ce­bo­oka i na In­sta­gram. To wła­śnie w tych ser­wi­sach to­czy się te­raz ży­cie. Wszyst­kie­go do­wiesz się w cią­gu mi­nu­ty. Kto z kim jest, kto gdzie jest, na­wet co jadł na śnia­da­nie i jak bar­dzo ubru­dzi­ło się jo­gur­tem jego dziec­ko.

Je­że­li uważ­nie przej­rzysz wszyst­kie kon­ta w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, wli­cza­jąc w to Fa­ce­bo­oka, In­sta­gram, Snap­cha­ta i Twit­te­ra, bę­dziesz mógł spraw­dzić, czy twój plan dnia har­mo­ni­zu­je z war­szaw­ski­mi nor­ma­mi, czy też nie. Je­że­li uwa­żasz, że nie ma opcji, żeby ogar­nąć to wszyst­ko w je­den dzień, to da­ruj so­bie już na star­cie. Otóż we­dług wy­gó­ro­wa­nych ocze­ki­wań war­szaw­skiej śmie­tan­ki, żeby móc mó­wić o przy­na­leż­no­ści, mu­sisz speł­nić w je­den dzień więk­szość punk­tów z ob­szer­nej li­sty. Mo­żesz za­cząć od wsta­wa­nia wcze­śnie rano, by przed śnia­da­niem prze­biec mi­ni­mum 5 ki­lo­me­trów i oczy­wi­ście po­in­for­mo­wać o tym wszyst­kich, bo prze­cież już mo­żesz na­zwać sie­bie spor­tow­cem wy­czy­no­wym. Mo­żesz rów­nież za­ha­czyć o ogól­no­do­stęp­ne ro­we­ry miej­skie i prze­je­chać jed­nym z nich pół War­sza­wy lub za­cząć dzień od ćwi­czeń z tre­ne­rem per­so­nal­nym. Nie za­po­mnij pstryk­nąć so­bie z nim fot­ki! Two­je śnia­da­nie po­win­no wy­glą­dać jak z naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nej re­stau­ra­cji, to zna­czy na ta­le­rzu je­dze­nia ra­czej się szu­ka, bo ma ono wy­łącz­nie im­po­nu­ją­co pre­zen­to­wać się na zdję­ciu. Mo­żesz do­ło­żyć li­stek sa­ła­ty: ona za­wsze do­da­je zdję­ciom uro­ku. Mo­żesz oczy­wi­ście od­wie­dzić pię­cio­gwiazd­ko­wą re­stau­ra­cję, ale dużo ko­rzyst­niej wy­pad­niesz przed są­sia­da­mi, gdy po­ja­wisz się na ta­ra­sie, pi­jąc wodę z cy­try­ną i im­bi­rem. Swo­ją dro­gą, fak­tycz­nie dzia­ła ona na or­ga­nizm oczysz­cza­ją­co. Bę­dziesz po­dzi­wia­ny, je­śli upie­czesz na śnia­da­nie wła­sny chleb na mące przy­wie­zio­nej pro­sto z wy­ciecz­ki na Da­le­ki Wschód. Two­ja pra­ca nie in­te­re­su­je prak­tycz­nie ni­ko­go, więc da­ruj so­bie wsta­wia­nie zdjęć zza biur­ka. Tu li­czą się je­dy­nie eks­klu­zyw­ne lun­che czy zdję­cie łóż­ka do ma­sa­żu z płat­ka­mi róż. Po pra­cy ko­niecz­ne jest wyj­ście z tu­zi­nem przy­ja­ciół na mia­sto, na przy­kład na Żu­ra­wią, Nowy Świat czy Par­kin­go­wą. Ostat­nio mod­ny stał się rów­nież Plac Ban­ko­wy. Oczy­wi­ście przyj­muj moje wska­zów­ki z przy­mru­że­niem oka, ale tak to wła­śnie mniej wię­cej wy­glą­da. Ży­cie na po­kaz.

Ob­ser­wu­jąc swo­je oto­cze­nie, do­szłam do wnio­sku, że je­stem w ta­kim wie­ku, że moi zna­jo­mi albo bio­rą ślu­by i za­kła­da­ją ro­dzi­ny, albo za­ta­cza­ją się w klu­bach, bez świa­do­mo­ści jak się na­zy­wa­ją i jak wró­cić do domu.

Prze­ra­ża­ją­ce jest rów­nież to, że na­wet fa­cet, z któ­rym się kie­dyś spo­ty­ka­łam, za­bro­nił mi do sie­bie dzwo­nić, po­nie­waż nie lubi roz­ma­wiać przez te­le­fon. Mia­łam pi­sać, i to wy­łącz­nie na Fa­ce­bo­oku. Cho­le­ra, se­rio…? Męż­czy­zna wy­ma­ga­ją­cy, doj­rza­ły, do­ro­sły, i na do­da­tek z ba­ga­żem – ma­łym dziec­kiem, któ­re zro­bił in­nej la­sce – ale: Ko­cha­nie, nie lu­bię roz­ma­wiać. Jak to stwier­dzi­ła moja mama: Sor­ry, ale ma pan de­fi­cy­ty w pew­nych ob­sza­rach swo­jej oso­bo­wo­ści. Cze­go oni wszy­scy chcą? Sami są po­pie­prze­ni, a od nas wy­ma­ga­ją cu­dów. Przez duże C.

Szy­ko­wa­ło mi się kil­ka zle­ceń, głów­nie me­dial­nych: wy­wia­dy w pro­gra­mach śnia­da­nio­wych, po­pro­wa­dze­nie kil­ku even­tów, otrzy­ma­łam też wresz­cie wła­sny eks­klu­zyw­ny pro­gram mo­do­wy. Niby do­sta­wa­łam do­kład­nie to, cze­go chcia­łam, wy­pra­co­wy­wa­łam ten swój wy­ma­rzo­ny suk­ces za­wo­do­wy, by­łam roz­po­zna­wal­na, a inni za­zdro­ści­li mi osią­gnięć. Nie by­łam jed­nak do koń­ca szczę­śli­wa, bo w moim ży­ciu cią­gle cze­goś bra­ko­wa­ło. Nie­ustan­nie po­dą­ża­łam za uczu­ciem. Ła­pa­łam się go jak ślicz­ne­go kot­ka, któ­ry wca­le nie ma ocho­ty na piesz­czo­ty i ucie­ka­jąc, dra­pie mnie do krwi.

Sta­łą po­zy­cją w moim pla­nie dnia była oczy­wi­ście si­łow­nia. Kto te­raz nie cho­dzi na si­łow­nię? To wręcz obo­wią­zek w ob­li­czu wszech­obec­ne­go kul­tu cia­ła i dą­że­nia do per­fek­cji. Prze­cież więk­szość męż­czyzn pre­fe­ru­je ko­bie­ty pięk­ne i szczu­płe. A na­wet naj­droż­sze ciu­chy nie wy­glą­da­ją do­brze, kie­dy okry­wa­ją cia­ło z do­bry­mi pię­cio­ma ki­lo­gra­ma­mi nad­wa­gi.

W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści la­le­czek ro­bią­cych so­bie w lu­strze swe­et fo­cie cho­wam się po ką­tach i bie­gam bez tłu­mu ga­piów wle­pia­ją­cych oczy w moje cia­ło. Wie­le razy ćwi­czy­łam w otwar­tej sali, gdzie pod­ta­tu­sia­li biz­nes­me­ni, za­po­mi­na­jąc o ćwi­cze­niach, sta­wa­li z otwar­tą gębą i wy­cie­ra­li ka­pią­cą śli­nę, a pa­no­wie szer­si niż fra­mu­ga drzwi za­cze­pia­li tek­sta­mi: Chcesz zo­ba­czyć, ile bio­rę na kla­tę? Tam­te­go dnia wy­bra­łam za­mknię­tą salę. Do­bra, przy­zna­ję, ozna­cza­łam sie­bie cza­sem na Fa­ce­bo­oku, aż taką out­si­der­ką nie je­stem. Póź­niej mia­łam spo­tka­nie z pro­du­cen­tem te­le­wi­zyj­nym i wy­wiad do­ty­czą­cy mo­je­go no­we­go pro­gra­mu. Tak wszyst­ko się krę­ci­ło jak ko­lo­ro­wa bań­ka my­dla­na, któ­ra w każ­dej chwi­li może pęk­nąć.

Za­cznij­my jed­nak od po­cząt­ku. Jak zna­leźć szczę­ście i uczu­cie, nie tra­cąc przy tym na­dziei? Wie­le razy sły­sza­łam, że ile dasz z sie­bie do­bre­go, tyle do cie­bie wró­ci. Ile mi­ło­ści i tro­ski dasz in­nym, tyle na pew­no do cie­bie wró­ci. Tyl­ko dla­cze­go nie może się to stać do­kład­nie w tym sa­mym cza­sie?

Do­bre­go wzor­ca ro­dzi­ny nie mam. Moja mama roz­wio­dła się z tatą tak daw­no, że na­wet tego nie pa­mię­tam. Nie mam do ni­ko­go żalu. Uwa­żam, że każ­dy chce być szczę­śli­wy, dla­te­go po­dą­ża w stro­nę mi­ło­ści. Sko­ro coś nie wy­cho­dzi, to po co cią­gnąć to da­lej. Ja­sne, za­wsze moż­na zo­stać i mę­czyć się w związ­ku w imię do­bra dziec­ka, ale żyje się tyl­ko raz, i trze­ba o tym pa­mię­tać. Nie­ste­ty na pal­cach jed­nej ręki mogę po­li­czyć uda­ne związ­ki mo­ich ko­le­ża­nek. Za­wsze jed­nak wie­rzy­łam, a wła­ści­wie to mia­łam na­dzie­ję, że ksią­żę na bia­łym ko­niu kie­dyś po mnie przy­je­dzie. Za­pew­ne do­kład­nie wte­dy, kie­dy sam uzna, że to od­po­wied­ni mo­ment.

Kie­dy to wszyst­ko się za­czę­ło, by­łam jesz­cze bar­dzo mło­da. Cho­dzi­łam w gra­na­to­wej pli­so­wa­nej spód­nicz­ce do żeń­skiej, i na do­da­tek ka­to­lic­kiej, szko­ły pod­sta­wo­wej. Bu­dy­nek, w któ­rym się mie­ści­ła, do dziś nie­raz przy­po­mi­na mi o so­bie w snach. Była to prze­pięk­na sta­ra ka­mie­ni­ca, a jej mury pa­mię­ta­ły przed­wo­jen­ną War­sza­wę. Je­że­li mia­ła­bym opi­sać jej wnę­trze, mu­sia­ła­bym przy­znać, że ni­czym nie ustę­po­wa­ło uro­ko­wi ele­wa­cji. Moż­na w nim było zna­leźć peł­no po­są­gów i krę­tych scho­dów, a na­wet drew­nia­ną po­zła­ca­ną ka­pli­cę. To wła­śnie tam uczęsz­cza­ła jako mała dziew­czyn­ka moja świę­tej pa­mię­ci pra­bab­cia. We wnę­trzu szko­ły pa­no­wał chłód; wszę­dzie było sły­chać gwar. Peł­no w niej było po­miesz­czeń, a na­wet ukry­tych przejść. Pa­mię­tam mo­nu­men­tal­ne mar­mu­ro­we scho­dy pro­wa­dzą­ce do kon­kret­nych pię­ter, po któ­rych bie­ga­łam tyle razy. To była bar­dzo ele­ganc­ka szko­ła; przyj­mo­wa­no do niej tyl­ko dziew­czyn­ki z wy­so­ko po­sta­wio­nych ro­dzin. W mo­jej kla­sie było osiem­na­ście dziew­cząt. Li­cząc po dwie kla­sy na rocz­nik, wy­cho­dzi­ło oko­ło czte­ry­sta uczen­nic pod­sta­wów­ki, gim­na­zjum i li­ceum.

Te­mat chło­pa­ków był dla nas tabu. Nie wie­dzia­ły­śmy, jak się przy nich za­cho­wy­wać i jak z nimi roz­ma­wiać. Nie mia­ły­śmy prze­cież z nimi stycz­no­ści. Przez sześć lat pod­sta­wów­ki nie mia­łam na­wet wy­my­ślo­nych ko­le­gów, a co do­pie­ro ta­kich z krwi i ko­ści. Je­dy­nym męż­czy­zną, z któ­rym mia­łam do czy­nie­nia, był mój na­uczy­ciel WF-u. Nie­raz zresz­tą wy­ko­rzy­sty­wa­łam sy­tu­ację, mó­wiąc, że zwy­czaj­nie się go wsty­dzę i nie wy­ko­nam da­ne­go ćwi­cze­nia. Mała cwa­nia­ra za­czy­na­ła się po­wo­li uczyć ra­dze­nia so­bie w ży­ciu i ma­ni­pu­lo­wa­nia męż­czy­zna­mi. Wy­da­je mi się, że na­wet u tak ma­łej dziew­czyn­ki moż­na do­strzec za­cząt­ki przy­szłe­go cha­rak­te­ru. U mnie spraw­dzi­ło się to ide­al­nie.

W domu ro­dzin­nym za­wsze ota­czał mnie wia­nu­szek ko­cha­ją­cych się i sza­nu­ją­cych sie­bie na­wza­jem ko­biet. Miesz­ka­łam wte­dy z moją mamą i bab­cią w bar­dzo ład­nym i du­żym miesz­ka­niu. Bab­ci­na kwa­te­ra sta­ła się dla mnie na­ma­cal­nym do­wo­dem, że ko­bie­ta jest po­tę­gą sama w so­bie. Ani moja mama, ani bab­cia nie po­trze­bo­wa­ły do ży­cia męż­czy­zny. Wie­le razy wi­dy­wa­łam, jak pró­bo­wa­ły na­wią­zać ja­kieś re­la­cje, a gdy prze­sta­wa­ły one speł­niać ich ocze­ki­wa­nia, za­my­ka­ły pa­nom drzwi przed no­sem, bo prze­cież kto by im za­bro­nił. Uwa­żam, że do­pie­ro je­że­li ko­bie­ta sama sie­bie sza­nu­je, może ocze­ki­wać sza­cun­ku od part­ne­ra.

Cza­sa­mi do na­szej szko­ły przy­cho­dzi­li ucznio­wie z in­nych szkół, a my zza rogu ob­ser­wo­wa­ły­śmy ich z wy­pie­ka­mi na po­licz­kach, ot tak, po pro­stu i ma­cha­ły­śmy im, ucie­ka­jąc w prze­ciw­ną stro­nę. Nie wiem, czy to przez chro­nicz­ny nie­do­bór ko­le­gów, czy po pro­stu przez by­cie dia­beł­kiem ubra­nym w su­kien­kę i skar­pet­ki z bia­łą ko­ron­ką, mia­łam chy­ba naj­gor­szy sto­pień z za­cho­wa­nia w ca­łej szko­le i ab­sur­dal­ne po­my­sły. Za­wsze się bun­to­wa­łam i za­wsze wie­dzia­łam, cze­go chcę. Od dziec­ka trak­to­wa­łam sie­bie jak oso­bę do­ro­słą.

Pa­mię­tam do dziś, że jako dzie­się­cio­lat­ka pi­sa­łam pe­ty­cję do dy­rek­tor­ki szko­ły, po­nie­waż chcia­łam do­pro­wa­dzić do wy­rzu­ce­nia jed­nej z na­uczy­cie­lek, z do­syć bła­he­go po­wo­du: po pro­stu jej nie lu­bi­łam. Moje na­zwi­sko było zna­ne w ca­łej szko­le. Sły­nę­łam z nie­zwy­kłej po­my­sło­wo­ści, i to ja wy­my­śla­łam te­ma­ty za­baw. Mia­łam pre­dys­po­zy­cje do dy­ry­go­wa­nia gru­pą, moż­na mnie więc było na­zwać uro­dzo­nym przy­wód­cą lub kró­lo­wą ota­cza­ją­ce­go mnie świa­ta. Zwy­kle nie pod­cho­dzi­łam do ta­bli­cy na we­zwa­nie na­uczy­cie­la, po­nie­waż ko­le­żan­ka z ław­ki bar­dzo lu­bi­ła roz­wią­zy­wać za­da­nia za mnie. Jed­nym z mo­ich po­my­słów było prze­sia­dy­wa­nie w ga­bi­ne­cie szkol­nej pie­lę­gniar­ki i uda­wa­nie cięż­ko, a może i prze­wle­kle cho­rej. W ga­bi­ne­cie była mię­ciut­ka po­dusz­ka i dużo le­piej le­ża­ko­wa­ło mi się na niej, niż roz­wią­zy­wa­ło za­da­nia z ma­te­ma­ty­ki. By­łam mi­strzem ma­ni­pu­la­cji.

Moja mama i bab­cia pra­co­wa­ły w wy­daw­nic­twach, dla­te­go w domu wa­la­ły się za­wsze nie­zli­czo­ne ilo­ści ga­zet. Po­dej­rze­wam, że mia­łam góra dzie­sięć lat, kie­dy za­ło­ży­łam pierw­szy biz­nes, któ­ry cał­kiem nie­źle pro­spe­ro­wał. Do jed­ne­go z ma­ga­zy­nów do­łą­czo­ne były jako gra­tis ze­sta­wy kol­czy­ków na ma­gnes. Mia­ły prze­róż­ne ko­lo­ro­we błysz­czą­ce ka­mie­nie. Były tak tan­det­ne, że nie wiem, ja­kim cu­dem małe dziew­czyn­ki, wi­dząc coś tak pstro­ka­te­go, pra­gnę­ły je mieć. No­si­ły te kol­czy­ki we wszel­kich kom­bi­na­cjach, czy to w uszach, na war­gach, czy w no­sie: do­słow­nie wszę­dzie. Po­pro­si­łam bab­cię o przy­nie­sie­nie mi z pra­cy ca­łe­go pu­deł­ka tych skar­bów. Na­stęp­ne­go dnia sprze­da­wa­łam na ko­ry­ta­rzach szko­ły tę nic nie­war­tą bi­żu­te­rię po 3, 4 czy 5 zło­tych. Mój to­war roz­cho­dził się jak cie­płe bu­łecz­ki, a za ze­bra­ną kwo­tę wy­ku­pi­łam pra­wie wszyst­kie sło­dy­cze ze szkol­ne­go skle­pi­ku i po­czę­sto­wa­łam nimi całą kla­sę.

Kie­dy prze­cho­dzi­łam z pod­sta­wów­ki do gim­na­zjum, mama za­da­ła mi py­ta­nie, czy chcę po­zo­stać w swo­jej szko­le, czy wolę ją zmie­nić. Od­po­wiedź była pro­sta: za­mknię­ty w zło­tej klat­ce pta­szek na­resz­cie mógł roz­ło­żyć skrzy­dła. Czu­łam, że chcę tego naj­moc­niej na świe­cie. Mo­gło­by się wy­da­wać, że bę­dzie mi trud­no, ale nic z tego! Chło­pa­ków rów­nież umia­łam so­bie usta­wić. Uwiel­bia­łam za­ja­dać się ka­nap­ka­mi ko­le­gów z kla­sy. Uda­wa­łam za­smu­co­ną, wy­po­wia­da­łam słod­ko sło­wo pro­szę i tłu­ma­czy­łam, że za­po­mnia­łam z domu dru­gie­go śnia­da­nia. W mgnie­niu oka do­sta­wa­łam pysz­ne ka­na­pecz­ki z sa­ła­tą, se­rem i kin­dziu­kiem. Chłop­cy czę­sto da­wa­li mi spi­sy­wać pra­cę do­mo­wą, a pan dy­rek­tor miał ze mną pie­kło. Był na­uczy­cie­lem WF-u i wy­glą­dał jak wcze­śniej wspo­mnia­ny pan z si­łow­ni. Pod­czas jego za­jęć za­wsze od­ma­wia­łam wy­ko­ny­wa­nia ćwi­czeń, bo ni­g­dy nie lu­bi­łam gier ze­spo­ło­wych i za­pa­chu spo­co­nych blu­zek ko­le­gów. Czy miał coś do po­wie­dze­nia? Miał, i to bar­dzo dużo, ale co mnie to ob­cho­dzi­ło. Nie czu­łam żad­nej oba­wy przed chlap­nię­ciem cze­goś na­uczy­cie­lom, a na­wet sa­me­mu dy­rek­to­ro­wi, na te­mat tego, co my­ślę i dla­cze­go cze­goś nie zro­bię. Wy­my­śla­łam rów­nież omdle­nia w celu zła­go­dze­nia kary za nie naj­lep­sze za­cho­wa­nie. Nie by­łam grzecz­ną dziew­czyn­ką, ale przy­naj­mniej nie by­łam prze­zro­czy­sta. Do gim­na­zjum, do któ­re­go cho­dzi­łam, uczęsz­cza­ło je­dy­nie oko­ło dzie­więć­dzie­się­ciu uczniów, po­nie­waż była to szko­ła po czę­ści pry­wat­na. Nie było mi za­tem trud­no za­ko­le­go­wać się wła­ści­wie z każ­dym. Wszy­scy zna­li sie­bie na­wza­jem albo przy­naj­mniej ko­ja­rzy­li. To tro­chę uła­twi­ło mi wdro­że­nie się w te­mat re­la­cji z osob­ni­ka­mi po­cho­dzą­cy­mi z Mar­sa.

W pierw­szym roku po­by­tu w no­wej szko­le za­uro­czył mnie chło­pak z wyż­szej kla­sy. Pła­ka­łam i pła­ka­łam, po­nie­waż mój wy­bra­nek nie ra­czył mnie za­uwa­żać. Wy­my­śla­łam naj­róż­niej­sze me­to­dy, jak zwró­cić jego uwa­gę, ale bez­sku­tecz­nie. Mu­sia­łam so­bie go od­pu­ścić i po­że­gnać się z my­ślą, że sta­nie ze mną kie­dyś na ślub­nym ko­bier­cu.

Pew­ne­go let­nie­go dnia, zu­peł­nie z za­sko­cze­nia, ode­zwał się do mnie pan A, wła­ści­wie w tym cza­sie chło­piec A. Na­pi­sał do mnie na bar­dzo po­pu­lar­nym w tych cza­sach cza­cie Gadu-Gadu. Być może za parę lat na­wet nikt nie bę­dzie wie­dział, co to, ale po­wiedz­my, że była to ogra­ni­czo­na do mi­ni­mum wer­sja Fa­ce­bo­oka.

Pan A: Hej, co ro­bisz?

Ja: Hej, a z kim ja wła­ści­wie mam przy­jem­ność roz­ma­wiać?

Pan A: Jak to z kim? Z tej stro­ny A z rów­no­le­głej kla­sy.

Ja: Czy Ty przy­pad­kiem nie je­steś by­łym chło­pa­kiem Ane­ty? Wy­da­je mi się, że Cię ko­ja­rzę.

Pan A: Ha ha, tak, do­kład­nie tak. Do­wiem się w ta­kim ra­zie, co dziś ro­bisz?

Ja: Ja­sne, jest bar­dzo ład­na po­go­da i wy­bie­ram się wła­śnie na ro­wer.

Pan A: O, to może wy­bie­rze­my się ra­zem?

Ser­ce za­bi­ło mi tak moc­no, że do­słow­nie je usły­sza­łam. W pierw­szej chwi­li nie wie­dzia­łam, co mam mu od­pi­sać. Po raz pierw­szy chło­pak zwró­cił na mnie uwa­gę nie jak na ko­le­żan­kę. Za­pro­sił mnie na rand­kę! Na­tych­miast za­dzwo­ni­łam do przy­ja­ciół­ki z bła­ga­niem o po­moc. Uspo­ko­iła mnie, że prze­cież on jest miły, za­baw­ny i w za­sa­dzie cze­mu by nie. Mia­łam wy­rzu­ty su­mie­nia wo­bec mo­jej kum­pe­li, z któ­rą wcze­śniej się spo­ty­kał. Prze­ma­wia­ła prze­ze mnie so­li­dar­ność jaj­ni­ków, ale prze­my­śla­łam wszel­kie za i prze­ciw i od­pi­sa­łam:

Ja: Ty tak se­rio?

Pan A: No, oczy­wi­ście, cze­mu mam nie mó­wić se­rio?

Ja: Ok, w ta­kim ra­zie cze­kam o 12 z ro­we­rem przed na­szą szko­łą. Do zo­ba­cze­nia.

Pan A: Pa.

Na­sze spo­tka­nie było tak uda­ne, że prze­mie­ni­ło się w nie­zli­czo­ne roz­mo­wy, uśmie­chy, i tak przez sześć lat, aż do dwu­dzie­ste­go roku ży­cia. My­ślę, że po­dob­nej sym­bio­zy z dru­gim czło­wie­kiem, jak ta na­sza, już ni­g­dy nie bę­dzie mi dane za­znać. Było to lek­kie, po­zba­wio­ne ja­kich­kol­wiek ocze­ki­wań mło­dzień­cze uczu­cie. Wła­ści­wie to był mój je­dy­ny praw­dzi­wy zwią­zek. Po kil­ku la­tach ob­ró­cił się w pył, ale był cu­dow­ny. Nie li­cząc jego koń­ców­ki, by­łam bar­dzo szczę­śli­wa. Pan A był je­dy­ną oso­bą, któ­ra po­tra­fi­ła mnie tro­chę okieł­znać, i na­praw­dę go słu­cha­łam.

Pan A po­siadł ma­gicz­ną moc wy­wo­ły­wa­nia u mnie pa­rok­sy­zmów śmie­chu nie­za­leż­nie od sy­tu­acji. Właś­nie za to ce­ni­łam go naj­bar­dziej. Gdy się kłó­ci­li­śmy, czę­sto wy­ko­rzy­sty­wał ten fakt i ro­bił głu­pie rze­czy, a ja wy­bu­cha­łam śmie­chem, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo by­łam na nie­go zła. Był za­zdro­sny, gdy czu­lej niż do nie­go zwra­ca­łam się do mo­je­go kota, lu­bił trzy­mać mnie za rękę, a na­wet ry­so­wał mi ob­raz­ki, na któ­rych pi­sał, jak bar­dzo mnie ko­cha, ma­lo­wał na ścia­nach ob­ra­zy, do któ­rych miał ogrom­ny ta­lent. Naj­słod­sze uczu­cia po­ja­wia­ją się we mnie, gdy przy­glą­dam się w my­ślach temu, jak pro­sta była kie­dyś mi­łość.

To wła­śnie z nim prze­ży­łam swój pierw­szy po­ca­łu­nek. Póź­niej ca­ło­wa­li­śmy się w każ­dej wol­nej chwi­li, jak­by to była naj­lep­sza rzecz, jaką mo­że­my ob­da­ro­wać dru­gą oso­bę. Coś w ro­dza­ju pre­zen­tu bez wy­da­wa­nia pie­nię­dzy, któ­rych prze­cież obo­je nie mie­li­śmy. Za­bie­rał mnie wie­czo­ra­mi na dłu­gie spa­ce­ry i cho­wał się ze mną ni­czym zło­dziej za ciem­nym ro­giem, by móc mnie ca­ło­wać i po­chła­niać wzro­kiem. Ta­kie rze­czy były wte­dy war­to­ścią, a re­la­cje na­sto­lat­ków opie­ra­ły się głów­nie na spon­ta­nicz­nych ge­stach. Cza­sa­mi, przy­znam, bar­dzo mi ta­kie­go uczu­cia bra­ku­je i ża­łu­ję, że do­ro­słam.

Pew­ne­go dnia cała szko­ła ze­bra­ła się w auli, gdzie od­by­wa­ły się pre­zen­ta­cje se­me­stral­ne, za któ­re moż­na było otrzy­mać do­dat­ko­we oce­ny. Pani od ję­zy­ka pol­skie­go mie­siąc wcze­śniej po­pro­si­ła nas o na­pi­sa­nie wier­szy. Ja i po­et­ka gra­ją­ca w mo­jej du­szy od za­wsze mia­ły­śmy zdol­ność wła­da­nia brzmią­cy­mi dość przy­jem­nie sło­wa­mi. Za­wsze wkła­da­łam w pi­sa­nie całą sie­bie, dla­te­go wy­ko­na­nie tego za­da­nia było dla mnie czy­stą przy­jem­no­ścią. Tam­te­go dnia, ku mo­je­mu zdzi­wie­niu, na­uczy­ciel­ka zro­bi­ła mi nie­spo­dzian­kę: prze­czy­ta­ła mój tekst na głos i po­wie­dzia­ła, że jego au­tor­ka na ko­niec roku otrzy­mu­je piąt­kę. Wiersz na­sto­lat­ki, jak moż­na się spo­dzie­wać, był o mi­ło­ści, smut­ku i, cho­le­ra, o Panu A. On spoj­rzał na mnie i uśmiech­nął się; w kil­ka se­kund ob­rósł w piór­ka, bo wie­dział, że to o nim. Na­stęp­ne­go ran­ka w ra­mach wdzięcz­no­ści po­da­ro­wał mi czer­wo­ną różę. Po­wta­rzał ten gest przez na­stęp­ny ty­dzień, czym spra­wiał mi nie­sły­cha­ną przy­jem­ność. Za­bie­rał mnie też do kina i pew­ne­go razu za­py­tał, czy mo­gli­by­śmy pójść na dru­gi se­ans, bo chciał ze mną spę­dzić wię­cej cza­su. Brzmi to tak ir­ra­cjo­nal­nie, że sama za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy nie po­my­li­łam wła­snych wspo­mnień z któ­rąś z ksią­żek Ni­cho­la­sa Spark­sa.

Nad­szedł czas, że za­czę­li­śmy doj­rze­wać. Co naj­dziw­niej­sze, to wła­śnie ja, dziew­czyn­ka z żeń­skiej pod­sta­wów­ki, by­łam ini­cja­tor­ką pierw­sze­go sto­sun­ku. To ja na­le­ga­łam: chcia­łam jak naj­szyb­ciej po­czuć smak no­wych wra­żeń, stać się w peł­ni ko­bie­tą, po­czuć się jesz­cze bar­dziej do­ro­sła, cze­go tak bar­dzo pra­gnę­łam. Mia­łam dość oglą­da­nia ba­jek dla do­ro­słych, wresz­cie chcia­łam stać się głów­ną bo­ha­ter­ką peł­no­me­tra­żo­we­go fil­mu! Pew­ne­go dnia po pro­stu za­pro­po­no­wa­łam mu seks. Jak wy­glą­dał? Cóż, nie był to naj­wspa­nial­szy akt mi­ło­sny w moim ży­ciu i wła­ści­wie nie ma cze­go wspo­mi­nać. Był jaki był. Za­li­czo­ne, od­ha­czo­ne. Sta­łam się do­ro­sła dzię­ki Panu A, przez co jesz­cze bar­dziej się w nim za­ko­cha­łam.

Nie wiem, czy to do koń­ca nor­mal­ne, że cią­gle pra­gnę­łam no­wych wra­żeń, te­stu­jąc swo­ją wy­trzy­ma­łość. Kto jed­nak po­wie­dział, że je­stem nor­mal­na? Ja na pew­no nie.

Pew­ne­go dnia, już w li­ceum, sie­dzia­łam w ław­ce, roz­ma­wia­jąc z ko­le­żan­ką, i ry­so­wa­łam coś w ze­szy­cie.

– Baba od geo­gra­fii nu­dzi jak cho­le­ra, nie mogę jej słu­chać.

– Je­śli cię to po­cie­szy, zo­sta­ło jesz­cze 28 mi­nut.

– No, nie... – ewi­dent­nie po­wie­dzia­łam to zbyt gło­śno, po­nie­waż pani Mar­ty­na po­pa­trzy­ła na mnie i za­py­ta­ła, czy mi przy­pad­kiem nie prze­szka­dza. Wzię­łam ze­szyt i za­czę­łam ba­zgrać w nim róż­ne esy-flo­re­sy. Tak po­wsta­ły trzy małe ser­dusz­ka.

– Co tam ma­lu­jesz?

– Nic cie­ka­we­go.

– Faj­nie wy­glą­da­ją, jak wzór ta­tu­ażu.

– Zro­bi­ła­byś so­bie kie­dyś ta­tu­aż?

– No co ty! Zwa­rio­wa­łaś? Ni­g­dy, prze­cież to zo­sta­nie do koń­ca ży­cia, i co po­tem? Bę­dziesz mieć sześć­dzie­siąt lat i na­pis To­mek, a two­im mę­żem bę­dzie Pa­weł?

– Ha ha, nikt nie każe ci od razu ro­bić imie­nia, my­ślę, że wzór ser­du­szek jest ład­ny i de­li­kat­ny, ale ja też bym so­bie nie zro­bi­ła ta­tu­ażu.

– To po co się tak głu­pio py­tasz?

Mi­nę­ła geo­gra­fia i za­czę­ła się na­stęp­na lek­cja w tej sa­mej kla­sie. Ko­lej­ny raz sie­dzia­łam w ław­ce z tą samą ko­le­żan­ką i po go­dzi­nie to­tal­nie zmie­nił się mój punkt wi­dze­nia, nie wiem dla­cze­go.

– Wiesz co? Wła­ści­wie to cał­kiem nie­źle wy­szedł mi ten ry­su­nek. Jak my­ślisz? Kto wie, może kie­dyś zro­bię so­bie ta­kie ser­dusz­ka na cie­le.

– Co ty mó­wisz? Ha ha, no, są ślicz­ne. A gdzie byś chcia­ła?

Wy­my­śla­ły­śmy róż­ne miej­sca i po­sta­no­wi­ły­śmy, że pew­ne­go dnia zro­bi­my so­bie iden­tycz­ne ta­tu­aże.

– To co, kie­dy ro­bi­my?

– Może za rok albo za dwa.

– Mamy cze­kać tak dłu­go?

– A w ogó­le ile to kosz­tu­je?

Spraw­dzi­ły­śmy w in­ter­ne­cie nu­mer te­le­fo­nu do sa­lo­nu ta­tu­ażu. Za­dzwo­ni­ły­śmy tam pod­czas prze­rwy i do­wie­dzia­ły­śmy się, że cena wca­le nie jest taka wy­so­ka, jak nam się wy­da­wa­ło. Oka­za­ło się rów­nież, że czas ocze­ki­wa­nia to za­le­d­wie kil­ka mi­nut.

– To może…

– Co może?

– Może by­śmy zro­bi­ły so­bie ten ta­tu­aż dziś?

– O kur­czę! Wła­ści­wie cze­mu nie. Mamy jesz­cze czte­ry lek­cje.

– Ja się tak na­pa­li­łam, że chęt­nie wy­szła­bym na­tych­miast. Co ty na to?

Dziś, pa­trząc na moje cia­ło, moż­na się do­li­czyć aż sze­ściu ta­tu­aży. Nie ża­łu­ję ani tro­chę. Ubo­le­wam na­to­miast nad tym, że nie mo­gli­ście zo­ba­czyć miny Pana A, kie­dy po­chwa­li­łam mu się pierw­szym z nich.

Mia­łam też kol­czy­ki w ję­zy­ku, w pęp­ku, a na­wet w no­sie, któ­ry zro­bi­łam so­bie sama. Moim naj­gor­szym i naj­obrzy­dliw­szym po­my­słem były jed­nak mi­kro­der­ma­le na ple­cach. Oso­bom, któ­re nie sie­dzą w te­ma­cie, tłu­ma­czę, co to jest. Mi­kro­der­ma­le to wsz­cze­pia­ne pod skó­rę im­plan­ty wy­po­sa­żo­ne w ty­ta­no­wą ko­twicz­kę i ozdob­ną na­kręt­kę. Za­wsze chcia­łam się wy­róż­niać, więc wy­my­śli­łam, że w do­łecz­kach na ple­cach zro­bię so­bie dia­men­ci­ki. Po tym wy­czy­nie po­zo­sta­ła mi na ple­cach bli­zna. Pan A to­wa­rzy­szył mi póź­niej pod­czas re­ali­za­cji naj­dziw­niej­szych po­my­słów, a na­wet cza­sa­mi po­wstrzy­my­wał mnie przed po­peł­nia­niem więk­szych błę­dów, za co po­win­nam mu tu­taj po­dzię­ko­wać.

Do­ra­sta­li­śmy i za­czę­ło po­ja­wiać się w nim za­in­te­re­so­wa­nie nie tyl­ko mną, ale też in­ny­mi ko­bie­ta­mi. Czu­łam się wte­dy od­rzu­co­na, bo prze­cież by­łam wy­pa­trzo­na w nie­go jak w ob­ra­zek. W tam­tym cza­sie by­łam w sta­nie zro­bić dla nie­go do­słow­nie wszyst­ko. Nie czu­łam wte­dy po­trze­by my­śle­nia o wła­snym szczę­ściu; za­po­mi­na­łam o swo­ich po­trze­bach i sama dla sie­bie by­łam po­two­rem. Ko­le­dzy na­ma­wia­li go do pró­bo­wa­nia no­wych rze­czy i nie­raz in­for­mo­wa­li mnie, że po pro­stu się mną znu­dził. Roz­sta­wał się ze mną wie­lo­krot­nie, a cza­sem ot tak bez­kar­nie za­rzą­dzał w na­szym związ­ku mie­sięcz­ną prze­rwę. W trak­cie tego cza­su wol­ne­go mógł ro­bić, co mu się żyw­nie po­do­ba. Nie mia­łam pra­wa się na nie­go zło­ścić, bo prze­cież to ja go­dzi­łam się na ta­kie wa­run­ki. Wy­la­łam przez nie­go mo­rze łez, ale ni­g­dy nie po­tra­fi­łam za­koń­czyć tej re­la­cji. Za­wsze wy­bie­ra­łam dużo prost­sze roz­wią­za­nia. Mimo wszyst­ko chło­pak wra­cał do mnie jak bu­me­rang.

Pew­ne­go razu to ja po­sta­no­wi­łam wzbu­dzić w nim za­zdrość. Przy­zna­ję się do tego tyl­ko dla­te­go, że on wy­ra­ził na to zgo­dę. Ni­g­dy nie to­le­ro­wa­łam zdra­dy i uwa­żam, że je­śli dwo­je lu­dzi łą­czy nor­mal­ny zwią­zek, jest ona prze­stęp­stwem, któ­re­go bym so­bie nie wy­ba­czy­ła. Jed­nak w tam­tym cza­sie nie łą­czy­ła nas ty­po­wa re­la­cja. Pan A po jed­nej z na­szych mie­sięcz­nych przerw uznał, że może do mnie wró­cić, ale tyl­ko je­śli przy­sta­nę na otwar­ty zwią­zek. Miał on po­le­gać na tym, że obo­je mo­gli­śmy się spo­ty­kać, z kim tyl­ko chcie­li­śmy. Je­stem pew­na, że wte­dy mógł dać so­bie uciąć rękę, że będę mu bez­gra­nicz­nie wier­na. On za to, w swo­im prze­świad­cze­niu, mógł za­li­czać ko­lej­ne la­ski, a wra­ca­jąc, był pe­wien, że na nie­go cze­kam. Tym ra­zem jed­nak się po­my­lił, i to bar­dzo. Po­wiedz­my, że sama sie­bie nie po­zna­wa­łam.

Po­my­śla­łam so­bie, że sko­ro Pan A za­żą­dał, aby nasz układ miał okre­ślo­ne za­sa­dy, to po pro­stu za­cznę się do nich sto­so­wać.

Tak się aku­rat zło­ży­ło, że wpa­dłam w oko pew­ne­mu chło­pa­ko­wi z mo­je­go li­ceum. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, ta­kie sen­sa­cje nie były mi w gło­wie, ale co mia­łam po­cząć, sko­ro mój zwią­zek wi­siał na wło­sku. Z po­cząt­ku nie re­ago­wa­łam na za­czep­ki Mać­ka, zwłasz­cza że sam był w związ­ku. Tym ra­zem jed­nak nada­rzy­ła się ide­al­na oka­zja, żeby na­mie­szać mo­je­mu chło­pa­ko­wi w gło­wie jesz­cze bar­dziej niż on mnie.

Wy­ko­rzy­sta­łam typa i prze­spa­łam się z nim w jego domu. Naj­lep­szą ak­cję zro­bi­łam jed­nak Mać­ko­wi na sam ko­niec. Aby mieć sto pro­cent pew­no­ści, że nie bę­dzie mi już ni­g­dy za­wra­cać gło­wy, po­wie­dzia­łam mu na po­że­gna­nie, że nie mia­łam z nim or­ga­zmu, a jego pe­nis jest tak mar­nej wiel­ko­ści, że le­d­wo go po­czu­łam. Nu­mer Mać­ka wy­ka­so­wa­łam szyb­ciej, niż go za­pi­sa­łam. Była to tyl­ko chęć ze­msty, czy­sta gra, o któ­rej Pan A zo­stał po­in­for­mo­wa­ny w mgnie­niu oka.

– Jak ci idą pod­bo­je?

– A dla­cze­go py­tasz? Prze­cież jest do­brze. Po co mamy to psuć?

– Ja na przy­kład chcia­ła­bym wie­dzieć, gdy­byś prze­spał się z kimś in­nym.

– Ha ha, i tak ci tego nie po­wiem. Mnie taki układ pa­su­je.

– A nie je­steś cie­kaw, jak u mnie?

– Ko­cha­nie, do­brze wiem, że mnie ko­chasz.

– Jed­no nie ma nic wspól­ne­go z dru­gim.

– Do­brze, nie chciał­bym wie­dzieć.

– Trud­no. Ja nie chcia­łam ta­kie­go ukła­du, więc też nie będę cię słu­chać. Prze­spa­łam się z kimś.

– Nie żar­tuj.

– Nie żar­tu­ję.

– Za­bi­ję gno­ja!

– Prze­cież sam tego chcia­łeś. W czym pro­blem?

– Je­steś moja, do cho­le­ry, tyl­ko moja.

– Je­steś pe­wien?

– Nie chcę żad­ne­go pie­przo­ne­go ukła­du. Je­steś moją dziew­czy­ną. Po­każ mi go!

Od tam­te­go mo­men­tu z jego ust ni­g­dy wię­cej nie pa­dły sło­wa układ czy otwar­ty zwią­zek. Ba­łam się. Ba­łam się jak cho­le­ra tego, co zro­bi­łam, ale jed­no­cze­śnie na­praw­dę mi ulży­ło.

Wte­dy też doj­rza­ło we mnie pra­gnie­nie by­cia po­waż­ną, do­ro­słą ko­bie­tą. Spro­wa­dza­ło się to do za­miesz­ka­nia z dala od ro­dzi­ców, gdy tyl­ko skoń­czy­łam 18 lat. Jed­nym z mo­ich wy­obra­żeń o doj­rza­łej mnie była wi­zja za­miesz­ka­nia z Pa­nem A jak naj­szyb­ciej. Do dziś nie ro­zu­miem, dla­cze­go wy­brał miesz­ka­nie z mamą, a nie ze mną. Fak­tycz­nie, może i go­to­wa­ła le­piej ode mnie, ale bar­dziej cho­dzi­ło mu o wy­god­ne ży­cie i o to, żeby nie do­ra­stać zbyt szyb­ko.

Kłó­ci­łam się z nim co­raz czę­ściej. Gdy u mnie no­co­wał i do­cho­dzi­ło do awan­tur, cho­wa­łam się z klu­cza­mi w ła­zien­ce i pła­ka­łam na pod­ło­dze, a on wy­ry­wał mi je i na­zy­wał kre­tyn­ką. Mó­wił tak do mnie fa­cet, któ­ry wie­lo­krot­nie le­żał pi­ja­ny w mo­jej wan­nie, grze­jąc ty­łek w go­rą­cej wo­dzie z na­dzie­ją na otrzeź­wie­nie. Pa­mię­tam sy­tu­ację, kie­dy Pan A za­ży­czył so­bie po­da­nia do wan­ny bi­go­su. Pech chciał, że dłu­go nie utrzy­mał mi­ski w ręce, za­snął, a cała jej za­war­tość wy­lą­do­wa­ła na jego cie­le, two­rząc efekt wy­mio­cin. To wła­śnie ten sam fa­cet na­zy­wał mnie idiot­ką i to on bał się za­miesz­kać ze swo­ją ko­bie­tą, chro­niąc się pod spód­ni­cą ma­mu­si.

W pew­nym mo­men­cie coś umar­ło bez­pow­rot­nie, a on prze­stał od­bie­rać moje te­le­fo­ny. Nie mia­łam po­ję­cia, co się dzie­je. Nie­któ­rzy fa­ce­ci tak po pro­stu mają, że zni­ka­ją i prze­sta­ją się od­zy­wać. Dla ko­biet to trud­na sy­tu­acja, któ­ra spro­wa­dza naj­gor­sze my­śli, jed­nak chwi­lo­we od­da­le­nie się fa­ce­ta może wy­ni­kać z chę­ci od­po­czyn­ku i nie ozna­cza wca­le bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia. Mogą być zwy­czaj­nie aspo­łecz­ni. Jed­nak w tym wy­pad­ku in­tu­icja mnie nie za­wio­dła. Coś ewi­dent­nie było na rze­czy.

Za­dzwo­ni­łam do jego mamy, żeby wy­ba­dać sy­tu­ację, któ­ra wy­da­wa­ła mi się moc­no po­dej­rza­na.

– Dzień do­bry, bar­dzo prze­pra­szam, że pani prze­szka­dzam, ale nie mogę skon­tak­to­wać się z pani sy­nem i za­czę­łam się tym mar­twić. Czy wszyst­ko z nim ok?

– Dzień do­bry, nie wiem kom­plet­nie, cze­mu nie od­bie­ra. Sie­dzi wła­śnie koło mnie, bawi się te­le­fo­nem i wy­glą­da na cał­kiem zdro­we­go. Po­cze­kaj, spraw­dzę mu tem­pe­ra­tu­rę.

– Czy w ta­kim ra­zie mogę pro­sić go do te­le­fo­nu?

Usły­sza­łam tyl­ko ci­chy szept i po chwi­li od­po­wiedź.

– Nie­ste­ty, mój syn nie może te­raz roz­ma­wiać, gdzieś szyb­ko wy­szedł. Od­dzwo­ni do cie­bie wkrót­ce. Do wi­dze­nia.

– Do wi­dze­nia…

Pierw­szy raz w ży­ciu by­łam tak prze­ra­żo­na; właś­nie za­czę­łam do­świad­czać, jak bar­dzo po­tra­fią zmie­niać się fa­ce­ci. Dla­cze­go po tym wszyst­kim da­lej z nim by­łam? Trud­no mi zna­leźć na to od­po­wiedź. Do tam­te­go mo­men­tu prze­ży­łam na­praw­dę dużo, ale naj­gor­sze było jesz­cze przed nami.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog

Pan A. Pierwsze love story i inne początki

Miło mi, jestem tu nowa

Najlepszy szampan płynie z nieba w Monako

Dziennikarska farsa

Warszawski sen

Internet kłamie

Pan B. Związek na odwyku

Pan C. Pożyczony narzeczony

Red carpet

Kalejdoskop zdarzeń

Epilog

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Welcome to Spicy Warsaw 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy