Szósty sen

Szósty sen

Autorzy: Bernard Werber

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.76 zł

Po raz kolejny Bernard Werber nie tylko prowadzi nas za rękę ku przygodzie, ale też zachęca do zadawania sobie pytań na temat naszej przyszłości i umiejętności czerpania możliwości z otaczającego nas świata.

 

W wieku dwudziestu ośmiu lat Jacques Klein spotyka we śnie człowieka, którym stanie się za lat dwadzieścia dzięki maszynie umożliwiającej podróżowanie w czasie za pośrednictwem snu, wynalezionej przez czterdziestoośmioletniego Jacques’a. Kierując się jego wskazówkami, wyrusza na poszukiwanie zaginionej w Malezji matki. Po spotkaniu z plemieniem Senoi, ludem, który opanował umiejętność świadomego snu, Jacques usiłuje osiągnąć szóste stadium snu – stadium, gdzie wszystko jest możliwe.

Tytuł oryginału:

Le sixième sommeil

Copyright © Éditions Albin Michel et Bernard Werber – Paris 2015

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-8110-767-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Przedmowa

Akt I. Praktykant spania

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

Akt II. Towarzysz we śnie

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

Akt III. Mistrz onironauta

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

Posłowie

Muzyka słuchana podczas pisania powieści

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Amélie

PRZEDMOWA

Wyobraźcie sobie, że możecie cofnąć się w czasie o dwadzieścia lat i odnaleźć, we śnie, osobę, którą byliście w młodości.

Wyobraźcie sobie, że macie możliwość z nią porozmawiać.

Co byście jej powiedzieli?

AKT I

Praktykant spania

1

– Dobrze sypiacie?

Pytanie zaskakuje, niestosowne wydaje się rozmawianie na tak osobisty temat.

– Tak, wy, którzy siedzicie teraz naprzeciwko mnie, tu i teraz. Czy łatwo zasypiacie i budzicie się w formie?

Wobec braku jasnej odpowiedzi Caroline Klein uśmiecha się, zapala cygaretkę ze złotym filtrem, wydmuchuje powoli kilka kółek dymu, po czym oznajmia:

– Posłuchajcie mnie uważnie. Spędzamy jedną trzecią naszego życia na spaniu. Jedną trzecią. I jedną dwunastą na śnieniu. A jednak większości ludzi to nie interesuje. Czas poświęcony na sen jest postrzegany jedynie jako regeneracja. Sny są niemal natychmiast zapominane zaraz po przebudzeniu. Według mnie to, co się dzieje każdej nocy wśród pościeli w wilgotnym cieple naszych łóżek, zakrawa na tajemnicę. Świat snu to nowy kontynent wymagający odkrycia, równoległy wszechświat pełen skarbów, które zasługują na to, aby je wydobyć i wykorzystać. Kiedyś będzie się uczyło dzieci w szkołach, jak dobrze sypiać. Kiedyś na uniwersytecie będzie uczyło się studentów śnić. Pewnego dnia marzenia senne staną się dziełami sztuki oglądanymi przez wszystkich na wielkim ekranie. Wówczas okaże się, że ta trzecia część życia, którą niesłusznie uważaliśmy za niewykorzystaną, jest pożyteczna, że pomnaża nasze możliwości fizyczne i psychiczne. Jeśli uda mi się zrealizować mój „tajny plan”, jeszcze szerzej otworzę drzwi wiodące na niesamowitą drogę do świata snu, drogę, która naprawdę mogłaby wszystko zmienić.

Następuje długa cisza. Po wygłoszeniu tego wyznania Caroline Klein zaciąga się mocniej cygaretką i wypuszcza spomiędzy lśniących warg obłok jasnoszarego dymu. Opary tworzą pionową ósemkę, po czym rozciągają się w kształt wstęgi Möbiusa, aby w końcu rozproszyć się pod sufitem, omijając lampy.

Badaczka potrząsa włosami, zadowolona, że po raz kolejny wywarła wrażenie na swoim synu, dwudziestosiedmioletnim Jacques’u, i jego nowej narzeczonej, którą widzi po raz pierwszy i która, o ile dobrze pamięta, ma na imię Charlotte.

Młodzi ludzie przyglądają jej się, zafascynowani tą niezwykłą osobowością.

Caroline Klein ma pięćdziesiąt dziewięć lat i jest korpulentną blondynką o czarnych figlarnych oczach. Ma na sobie, jak zwykle, czerwoną sukienkę, a na szyi złoty naszyjnik z czerwonym motywem w kształcie drzewa. Jej ruchy świadczą o sile i opanowaniu. Mówi zdecydowanym tonem.

– Na czym polega pani „tajny plan”? – pyta Charlotte.

Słowa niosą się głośno po wnętrzu nowoczesnej willi w Fontainebleau, należącej do narzeczonej syna. Caroline ciągnie jednak, niewzruszona, jak gdyby nie dosłyszała pytania.

– Większość ludzi cierpi w nocy, śpią na nieodpowiednim materacu, miewają ataki bezdechu, okresy bezsenności, ciągle są zmęczeni, wstają obolali. Według najnowszych badań sześćdziesiąt procent osób przyznaje, że źle sypia. Czterdzieści procent zażywa regularnie środki nasenne. Dwadzieścia procent ma chroniczne problemy ze snem. Są one przyczyną zaburzeń systemu odpornościowego, chorób krążenia, skłonności samobójczych, sprzyjają też otyłości. Pary rozwodzą się, ponieważ jeden z partnerów chrapie albo miota się we śnie. Ileż tragedii, wypadków samochodowych i niepowodzeń w szkole spowodowanych jest po prostu… nieudaną nocą.

Jacques nalewa wina, co matka odbiera jako zachętę do kontynuowania wykładu.

– Napoleon twierdził, że niewiele sypia, w rzeczywistości cierpiał na bezsenność. Być może właśnie z tego powodu był bardzo drażliwy, wpadał we wściekłość i podbił tyle sąsiednich krajów. Wśród słynnych osób z problemami snu można również wymienić Vincenta van Gogha, Izaaka Newtona, Thomasa Edisona, Marilyn Monroe, Szekspira, Margaret Thatcher. Wszyscy cierpieli na bezsenność.

– Ta jednak ich inspirowała. Przynajmniej Newtona i Szekspira – zauważa Charlotte.

– Lecz byli nieszczęśliwi. Na tych kilka przypadków, kiedy bezsenne noce sprzyjały tworzeniu (żeby nie oszaleć), ilu anonimowych nietwórców leżało tylko bez ruchu, przygnębionych, zrozpaczonych, patrząc na mijający na tarczy zegara czas, licząc tylko na jedno… żeby normalnie zasnąć?

– Bezsenność to niesprawiedliwa kara.

– Nie, przeciwnie, to dziedzina, w której wszyscy jesteśmy sobie równi. Wobec snu bogaci i biedni, zwycięzcy i przegrani, piękni i brzydcy, ludzie Zachodu i Wschodu, małżonkowie i single leżą na tej samej krnąbrnej poduszce.

Caroline Klein buduje napięcie, przerywając na chwilę.

– Wierzcie mi, złe zarządzanie snem jest jedną z najgorszych plag stulecia, a mimo to rzadko się o tym mówi. Jedynym rozwiązaniem, jakie znaleziono do tej pory, jest zażywanie środków nasennych, czyli tłumienie symptomów zamiast leczenia przyczyny. Współczesne środki nasenne składające się w większości z benzodiazepinów skutkują straszliwymi efektami ubocznymi: 1) eliminują marzenia senne, 2) uzależniają, 3) od niedawna podejrzewa się je o zwiększanie ryzyka zapadnięcia na chorobę Alzheimera.

– Na czym polega pani „tajny projekt”? – nalega Charlotte.

Caroline Klein czuje rozbawienie, zauważywszy, że Charlotte jest do niej podobna. Te same jasne włosy, te same czarne oczy, ta sama obfitsza sylwetka. Wiążąc się z tą młodą kobietą, syn pokazuje, że jest podświadomie zakochany… we własnej matce. Myśl ta wywołuje uśmiech na jej twarzy i niemal niezauważalny tik polegający na potrząśnięciu blond włosami.

Rozgniata cygaretkę zdecydowanym gestem.

– Widzimy się dziś po raz pierwszy, proszę pozwolić mi zachować nienaruszoną pewną część tajemnicy, którą będziemy miały przyjemność badać w trakcie naszych kolejnych spotkań. Szczególnie że posiada pani wiedzę na temat dzisiejszego traumatycznego wydarzenia, dlatego… może przejdziemy do stołu?

Opuszczają salon i zasiadają w przestronnej jadalni. Charlotte przynosi z kuchni potrawę, którą naprędce przygotowała: spaghetti po bolońsku posypane górą tartego sera.

– To lekkie danie, ale gotuję bez glutenu, tak jest najzdrowiej. Musi przecież istnieć związek między trawieniem wieczornego posiłku i snem, jaki po nim następuje, prawda? – Młoda kobieta usiłuje powrócić do zajmującego ją tematu.

– Wszystko wpływa na sen. Jedzenie, pogoda, godzina kładzenia się do łóżka, stres, picie.

Jacques napełnia trzy kieliszki winem w ciemnoczerwonym kolorze.

– Dzięki temu nektarowi zyskujemy gwarancję spokojnej nocy – uzupełnia, żeby rozładować atmosferę.

– Co zrobić, żeby dobrze sypiać? – dopytuje Charlotte, wciąż zaintrygowana.

– Zalecam odpowiednie odżywianie się, udane życie seksualne (co najmniej osiem stosunków na miesiąc), regularne pory zasypiania, kilka głębokich oddechów, nieco lektury. Nie ma nic lepszego nad dobrą książkę, żeby smacznie spać. Sprzyja ona powstawaniu pierwszych scen naszego przyszłego snu. Jacques chętnie pani o tym opowie, przekazałam mu kluczową wiedzę na ten temat.

Na deser jedzą pływające wyspy pokryte różową warstewką likieru Grand Marnier. Wreszcie Caroline zauważa, że jest już po północy: jest zmęczona i chce wracać do domu.

– Po tych wszystkich dzisiejszych zdarzeniach rozumiem, że jest pani wycieńczona, profesor Klein. Jeśli ma pani ochotę, może pani tutaj spać, mamy pokój gościnny na pierwszym piętrze.

– Nie, dziękuję, Charlotte, wolę wrócić do siebie. Moi wrogowie pewnie się już zmęczyli i dadzą mi spokój o tak później porze, poza tym śpi mi się dobrze tylko we własnym łóżku. Mam swój wieczorny rytuał. Co się zaś tyczy okropnego skandalu, jaki miał dzisiaj miejsce, nie martwcie się, sen zmetabolizuje go przez noc. Taka już jestem. Używam snu do przeżuwania, mielenia i trawienia wszystkich dziennych kłopotów.

Mówiąc to, sięga po orzech i kruszy łupinę w dłoni.

– Jedynie we śnie jesteśmy wolni. Tylko we śnie wszystko jest możliwe.

Gryzie dwie połówki miękiszu podobne do maleńkich beżowych półkul mózgu.

– Do widzenia i dziękuję za miłą improwizowaną kolację. Do zobaczenia wkrótce, obiecuję.

Caroline Klein wsiada do czerwonego sportowego samochodu i rusza z piskiem opon, wykonując ostatni gest pożegnania pod adresem syna i jego narzeczonej stojących w progu willi.

Pędzi wśród ciepłej nocy, zadowolona przede wszystkim, że nie zdradziła ani jednego szczegółu swojego „tajnego planu” tej obcej, nieco zbyt ciekawskiej, jak na jej gust, osobie.

Nad nią okrągły błyszczący księżyc uśmiecha się osobliwie, jak gdyby wiedział, że najgorsze ma dopiero nadejść.

2

W lustrze odbija się jej okrągłe oko. Rzęsy trzepoczą.

O drugiej nad ranem Caroline Klein wreszcie wróciła do siebie.

Zmywa makijaż wacikami nasączonymi wodą o zapachu lilii, myje zęby niebieskawą pastą.

Mimo głębokiej nocy na Montmartrze temperatura jeszcze bardziej wzrosła i Caroline otwiera okna mieszkania na szóstym piętrze, żeby przewietrzyć i wychłodzić pomieszczenia.

Zrzuca czerwoną suknię, zdejmuje czarną bieliznę i ostrożnie wślizguje się pod jedwabną pościel.

Dwadzieścia minut po drugiej zasypia.

O wpół do czwartej powoli wstaje i naga, ale z otwartymi oczyma utkwionymi w pustce, kieruje się do kuchni. Wyciąga z zamrażalnika stek, kładzie go na talerzu, siada i usiłuje jeść widelcem. Kiedy jej się to nie udaje, wyciąga z szuflady nóż i nacina zamrożone mięso. Wstaje i nie wypuszczając z ręki lśniącego ostrza, ponownie otwiera po kolei szafki, jak gdyby szukając cudownej przyprawy, którą mogłaby dodać do opornego, twardego jak kamień mięsa. Maca, przewraca kieliszek i rani się, depcząc po rozbitym szkle.

Następnie otwiera okno kuchenne i, wciąż mając puste spojrzenie, wspina się na kredens i szykuje do wyjścia na dach w poszukiwaniu idealnego towarzystwa pasującego do zamrożonego steku.

Stawia jedną stopę na dachówkach, potem drugą. Robi dwa kroki, dziesięć kroków. Lepkie od krwi stopy ślizgają się po dachu, ale kobieta nie traci równowagi.

Nad Paryżem lśnią miriady błyszczących i mrugających punkcików, niczym świetliki, ale ona nie zwraca na nie uwagi. Ma rozszerzone źrenice, nieruchome, zagubione w nieskończoności spojrzenie.

Kolejne dziesięć kroków.

Znajduje się na wysokości dwudziestu metrów nad ziemią i upadek miałby fatalne skutki, ale ona nie jest tego świadoma i idzie dalej, z dłonią zaciśniętą na wielkim nożu. Kroczy naprzód po krawędzi dachu, naga, w świetle księżyca i gwiazd.

O trzeciej trzydzieści siedem w dole rozlega się alarm samochodu, wywołany przez odchody gołębia.

Caroline Klein przeszywa dreszcz, jej źrenice kurczą się. Teraz wyraźnie widzi dachy wokół siebie i uświadamia sobie, że jest całkiem naga. Następnie dostrzega wielki nóż w swojej dłoni i z jej gardła wyrywa się okrzyk przerażenia.

Wokoło zapalają się światła. Ciekawskie i potępiające twarze wyłaniają się zza zasłon w oknach sąsiednich fasad. Caroline upuszcza nóż, który spada sześć pięter w dół i uderza w chodnik z tępym odgłosem. Kobieta zasłania piersi i płeć.

Caroline Klein kręci się w głowie. Opuszcza się na kolana, żeby zminimalizować ryzyko upadku.

O trzeciej trzydzieści dziewięć udaje jej się dotrzeć do kuchennego okna, zaciąga zasłony i umyka przed wzrokiem sąsiadów. Chowa zamrożony stek, zamyka szafki, nakleja plaster na stopę, zakłada pantofle, zbiera rozbite szkło kieliszka. Wreszcie narzuca szlafrok i wypija szklankę lodowatej wody.

O trzeciej pięćdziesiąt siada na kilka minut, żeby przyjrzeć się sobie w lustrze, oszołomiona. Oddycha głęboko, żeby odpędzić z trudem powstrzymywaną wściekłość, która w niej wzbiera. Tysiące myśli napływają jej do głowy. Rośnie w niej napięcie. Drży, twarz ściąga jej się pod wpływem nerwowych tików.

Pochyla się nad swoim odbiciem, przygląda się sobie z bliska, a to, co widzi, przeraża ją.

Tłucze lustro uderzeniem pięści.

O trzeciej pięćdziesiąt siedem podejmuje radykalną decyzję, chcąc, aby ta scena nie mogła nigdy więcej się powtórzyć, decyzję, której konsekwencje będzie musiała ponieść – wszystkie konsekwencje, niezależnie od tego, jak trudne będą.

3

Kobieca dłoń głaszcze go po karku. Paznokieć sunie po tętnicy aż pod brodę.

– Na czym więc polega ten jej „tajny projekt”? – pyta Charlotte. – Na pewno jest związany ze snem i marzeniami sennymi. Musisz coś wiedzieć.

– Prosiła, żebym nikomu o tym nie wspominał. Przykro mi.

Młoda kobieta wzrusza ramionami, rozczarowana, lecz nie nalega więcej i zamyka się w łazience, żeby zmyć makijaż i przygotować się na noc.

Jacques Klein, zostawszy sam w pokoju, otwiera okno i wdycha ciepłe powietrze, uśmiechnięty, rozluźniony i zadowolony.

Widzi księżyc i gwiazdy. Przypomina mu się wszystko, co się wydarzyło w ciągu tego bogatego w emocje dnia.

Moja matka jest taka odważna. Sposób, w jaki stawiła dzisiaj czoło przeciwnościom, zaiste trudnym, jest niesamowity. Spokojna, silna, zrównoważona. Nieugięta. Nieczęsto widuję ją równie swobodną. Jest naprawdę niezniszczalna.

Cieszy się, że udało mu się znaleźć sposób na rozwiązanie ciężkiego kryzysu poprzez zorganizowanie zaimprowizowanej kolacji w Fontainebleau, ma wrażenie, że jego nowa narzeczona, Charlotte, spodobała się matce. Był zachwycony, kiedy Caroline nawiązała do swojej pasji, jaką jest sen.

„Spędzamy jedną trzecią naszego życia na spaniu”.

To oznacza, że ktoś, kto miałby żyć dziewięćdziesiąt lat, będzie spał przez trzydzieści. Trzydzieści lat zapomnienia, straconego, bezowocnego czasu, któremu przypisujemy nieznaczną tylko wagę.

Trzydzieści lat… To więcej niż mój aktualny wiek.

„I jedną dwunastą na śnieniu”. Czyli mniej więcej siedem lat.

Jacques słyszał już te słowa wielokrotnie, ale wciąż nie znudziły go opowieści matki na jej ulubiony temat. Za każdym razem bardziej uświadamia sobie znaczenie jej słów.

Pasja Caroline jest zaraźliwa, a kiedy mówi o tym kontynencie do zbadania, jego przeszywają dreszcze.

Moja matka jest badaczką na miarę nowoczesności.

Zamyka oczy i przypomina sobie podejście, jakie miał we wczesnym dzieciństwie do zwykłego faktu spania… ponieważ urodził się, śpiąc.

4

Wydarzyło się to pewnej soboty, punktualnie o północy, dwadzieścia siedem lat wcześniej.

Ponieważ poród odbywał się pod znieczuleniem, przez cesarskie cięcie, nie było oczekiwania, kleszczy, parcia, ucisku, rozciągania, nacinania krocza. Wszystko przebiegło szybko, łagodnie, bez jakiegokolwiek bólu. Wyciągnięto go tak, jak się wyciąga ciepłe ciasto z pieca, potrząśnięto nieco, żeby zainteresował się sytuacją wokoło, bo wydawał się całkowicie obojętny na to, co się z nim dzieje.

W końcu były to „tylko” jego narodziny.

Zaniepokoiła go zmiana otoczenia.

Przeszkodziły mu hałas, światło i chłód. Jego pierwszą myślą na zewnątrz musiało być: Zatem poza światem brzucha istnieje inny świat, który wreszcie odkrywam, ale wydaje mi się on bardzo zaskakujący.

Wyraził swoje niezadowolenie kopniakami i dał do zrozumienia, że ma ochotę dalej spać spokojnie w swojej wilgotnej, różowej, ciemnej i ciepłej niszy.

Nie podejrzewał jeszcze wówczas, że życie właśnie na tym polega: na kolejnych zmianach otoczenia.

Od brzucha matki po trumnę w ziemi.

W każdym z miejsc będzie musiał się zmierzyć z innym problemem.

Czując podświadomie, że jeśli zapłacze, dadzą mu spokój, zgodził się wydać z siebie kilka jęków. W konsekwencji zaczęto go przerzucać od jednej do drugiej pary lepkich warg, które całowały go w czoło i w policzki.

Ramiona ułożyły go w miękkim i ciepłym inkubatorze pachnącym lawendą. Tam mógł wreszcie dalej odpoczywać.

Jacques Klein odziedziczył cechę, która predysponowała go do interesowania się snem.

Jego ojciec, Francis Klein, był żeglarzem, który wsławił się samotnymi rejsami. Był wysokim, rudym mężczyzną o krótkiej brodzie, dużych stwardniałych dłoniach, zielonych oczach i bardzo jasnej cerze usianej miejscami piegami. Miał już na swoim koncie wiele zwycięstw. Jego najbardziej cenna umiejętność polegała na opanowaniu snu w krótkich sekwencjach, co pozwalało mu unikać zderzeń z okrętami pływającymi po oceanach. Francis Klein nauczył się spać „naukowo” u boku żony, Caroline, słynnej neurofizjolożki, która prowadziła zaawansowane badania nad snem oraz marzeniami sennymi i pracowała już wówczas w szpitalu Hôtel-Dieu w Paryżu.

Dzięki wsparciu małżonki Francis pobił rekord w przepłynięciu Atlantyku jachtem: w pięć dni, godzinę i trzynaście minut. W wieczór zwycięstwa Caroline i Francis Klein kochali się i poczęli małego Jacques’a, jak gdyby dla uczczenia tego triumfu.

Z wnętrza inkubatora noworodek usłyszał rozmowę rodziców, która wówczas wydawała mu się jedynie hałasem, ale którą dorosły Jacques potrafił teraz odtworzyć w swoim umyśle.

„Zrobimy z niego wielkiego odkrywcę”, przepowiedział mu ojciec.

„Zrobimy z niego przede wszystkim wielkiego marzyciela”, odparła matka.

5

Smoczek tkwił, na wpół przylepiony śliną, przy jego prawym policzku. Usta miał otwarte, dłoń zaciśniętą na pomarańczowej przytulance w kształcie kota, a jego powieki lekko drgały.

W wieku dwóch lat Jacques Klein różnił się od tych zadziornych dzieci, które zdawały się czerpać złośliwą przyjemność z budzenia się w środku nocy i wrzeszczenia, płakania, tupania i testowania cierpliwości rodziców.

Caroline i Francis przyglądali mu się czasami.

– Oczy poruszają mu się pod powiekami. Czy to normalne? – dopytywał ojciec.

– Oczywiście, to znaczy, że śni – wyjaśniała matka.

– O czym może śnić dwuletnie dziecko, które nie widziało jeszcze świata?

– O wspomnieniach z poprzedniego życia albo o planowaniu przyszłego.

– A tak na poważnie?

– To zagadka, nawet płody prawdopodobnie śnią o wielu rzeczach. W każdym razie tematyka ich snów wybiega daleko poza pokój, wózek i pluszaka.

Jacques Klein, położony spać o dziewiątej wieczorem, budził się następnego dnia o ósmej, aby gaworzyć radośnie: „TATA-MAMA, OBUDZIŁEM SIĘ”.

Ze swoją czarną czuprynką był tak zwanym uroczym i łatwym w obsłudze szkrabem. Szybko się uczył, wszystko go interesowało, okazał się świetnym pływakiem w sekcji „Kijanek” na miejskim basenie.

W dniu drugich urodzin syna, kiedy dziecko spało głęboko, Caroline Klein, po przeczytaniu fragmentu utworu Edgara Allana Poe, zaczęła opracowywać szalony plan, mający na celu przesunięcie granic znanego snu: „Ci, co śnią za dnia, wiedzą o wielu rzeczach niedostępnych dla tych, co śnią tylko nocą. W mglistych widzeniach miewają oni przebłyski wieczności i budząc się, drżą na myśl, że przebywali na rubieżach wielkiej Tajemnicy”.

Przeczytała te słowa kilkakrotnie, patrząc na śpiące dziecko. Wypowiedziała je następnie na głos, żeby dokładnie je sobie przyswoić i nagle wydało jej się, że tekst ten jest nie tylko szyfrem, lecz także bezpośrednim zaproszeniem. Edgar Allan Poe zwracał się do niej z przeszłości, wskazując to, czego powinna dokonać.

6

Z wody wyłoniła się szczęka uzbrojona w dwa rzędy ostrych zębów i wyszarpała kawałek ciała owinięty w materiał. Szkliste oczy powiększyły się, a ręce usiłowały się wyzwolić, lecz potężne szczęki tylko zwiększyły uścisk. Trysnęła krew, rozległ się krzyk, a muzyka symfoniczna wypełniła pomieszczenie.

W wieku czterech lat Jacques Klein zobaczył przypadkiem (kiedy rodzice oglądali telewizję, a dziecko wstało, żeby patrzeć z ukrycia w ekran, ukryte za kanapą) horror w reżyserii Stevena Spielberga – Szczęki. Pisnął w chwili, w której ostatni bohater, ześlizgnąwszy się z przechylonego statku, wpadł do olbrzymiej paszczy wodnego potwora.

Zaalarmowani krzykiem rodzice położyli go z powrotem spać, ale hollywoodzki film dotknął czegoś w jego podświadomości i spowodował u niego traumę. W następstwie tego zdarzenia chłopiec odmówił kategorycznie kąpieli. Zaczął bać się wody do tego stopnia, że wyrywał się, kiedy tylko próbowano zbliżyć się z nim do jeziora, rzeki czy brzegu morza, gdzie mogłyby czaić się szczęki gotowe go rozczłonkować.

Często też budził się gwałtownie z powodu nocnych koszmarów.

– Śniło mi się, że wielki, okropny rekin zjadł mi nogi – opowiedział ojcu, który przyszedł do niego do pokoju.

Matka pracowała jeszcze o tej późnej porze.

– Słowo „okropny” pochodzi od „kropki”. Rekin nie jest nakrapiany, więc nie może być okropny.

Dziecko nie zrozumiało subtelności etymologicznego wyjaśnienia. Ojciec poszukał innego, czytelniejszego argumentu.

– Nie ma okropnych zwierząt, są tylko takie, które są głodne i takie, które już się najadły. Czy ty jesteś okropny, bo jesz kurczaka?

– Kurczaki są miłe, nie jedzą ludzi.

– W rzeczywistości rekiny nie jedzą ludzi. Jeśli ich atakują, to przez pomyłkę, bo wzięły ich za dużą rybę albo fokę. Ale kiedy czują smak ich mięsa, wypluwają kawałki. Tak samo jak ty, kiedy nie smakuje ci jakaś potrawa.

– Nie smakujemy im?

– Tylko jedno zwierzę jada ludzi, to orka. Rodzaj dużego delfina.

– A zwyczajne delfiny?

– Nie atakują ludzi, gdyż nie mają ku temu odpowiedniej szczęki ani zębów. Więc delfiny nie są miłe, tylko nieodpowiednio „wyposażone”. A rekiny nie są okropne, tylko „krótkowzroczne”.

Dziecko nie dostrzegło ironii ojca.

– Nie chcę zostać pożarty przez rekina – upierał się Jacques.

– Na pięćset gatunków rekinów tylko pięć jest niebezpiecznych dla człowieka. Co roku dochodzi jedynie do dziesięciu śmiertelnych ataków, tymczasem człowiek zabija dziesięć milionów rekinów. Gdyby usunąć rekiny znajdujące się na szczycie łańcucha pokarmowego, morski ekosystem zostałby zdestabilizowany i inne gatunki mogłyby się rozmnożyć, na przykład meduzy.

– Nie lubię rekinów.

– Czy wiesz, że rocznie więcej osób ginie od uderzenia orzecha kokosowego spadającego z drzewa niż w wyniku ataku rekina? Czy to znaczy, że palmy są okropne?

Francis pogłaskał czarną czuprynę syna, mając świadomość, że jego przemowa jest zbyt trudna dla dziecka.

– Opowiem ci pewną historię – powiedział. – Wyobraź sobie, że jesteś na statku, na wielkim żaglowcu, z tatą, i docierasz na przepiękną wyspę, na której nie ma ani rekinów, ani orek. To wyjątkowa wyspa. Jest „twoja”. Poznasz ją po tym, że piasek, zamiast biały lub żółty, ma tam kolor różowy. Jest naprawdę jedyny w swoim rodzaju.

– Czy są tam palmy kokosowe?

– Tak, ale czekają, aż ludzie przejdą, żeby zrzucić ciężkie owoce.

– Możemy je potem zjadać?

– Pewnie, co sobie będziemy żałować! Orzechy są przepyszne! Na wyspie znajdują się też skarby. Piękne wielobarwne muszle. Jedna z nich, o nietypowym kształcie, przynosi rozwiązanie wszystkich twoich problemów.

Jacques zasnął spokojnie w połowie opowieści.

Od tamtego wieczoru Francis Klein nabrał zwyczaju przywożenia synowi z rejsów w najdalsze regiony przeróżnych muszli mieniących się rozmaitymi kolorami. Były wśród nich olbrzymie brzegówki, muszle Świętego Jakuba, muszle Columbelle, muszle skalarne i przydacznie. W pokoju chłopca, na półce nad łóżkiem, zebrała się kolekcja skarbów.

Słuchając historii o Wyspie Różowego Piasku i na wspomnienie pięknych muszli, Jacques zamykał oczy i rozluźniał się.

Jego matka, która w tamtym okresie bardzo dużo pracowała nad „tajnym projektem”, rzadko bywała w domu. Chociaż wracała późno, dbała o to, aby uczestniczyć w seansie usypiania syna.

Całowała go w czoło, po czym opowiadała końcówkę opowieści, którą rozpoczynał mąż:

– Mały chłopiec pobawił się ładnymi muszelkami, a potem odkrył, że na Wyspie Różowego Piasku znajduje się też las. W lesie tym, pośrodku wyspy, rosło szczególne czerwone drzewo. Chłopiec usiadł w cieniu drzewa, usnął i miał cudowne sny.

Ojciec zapoczątkował kolekcję muszli, tymczasem matka umieściła na wyższej półce liczne drzewka bonzai.

– Muszle to tata, drzewa to mama – podsumowała pewnego dnia.

Patrząc na dwa podnoszące na duchu symbole, mały Jacques uśmiechał się, przewracał na prawy bok i zamykał oczy. Pogrążając się w krainie snów, dziecko wciąż jeszcze słyszało ich głosy.

Pewnego wieczoru Francis Klein patrzył na śpiącego syna.

– Sprawia wrażenie tak spokojnego we śnie. Jak gdyby wszystkie napięcia zniknęły.

Jacques westchnął głęboko, odwrócił się i zaczął oddychać inaczej, jak samochód po wrzuceniu wyższego biegu.

Badaczka wyjaśniła:

– Teraz najwyraźniej przeszedł z pierwszego stadium uśpienia do drugiego stadium lekkiego snu. Zaczęło się. Zostawmy go w spokoju.

Rodzice na palcach wycofali się i zamknęli drzwi do pokoju.

7

Kiedy chłopiec skończył osiem lat, półki w jego pokoju wypełnione były dziwnymi muszlami i przystrzyżonymi drzewkami bonzai. Ojciec nie tylko obdarowywał go morskimi minirzeźbami, ale też usiłował wyjaśnić mu ich naturę.

– Nie ma nic doskonalszego w geometrii nad morskie muszle. Spójrz na te łuki i sploty. Obserwuj te fałdy, te kolory. Wszystko powinno przypominać morskie muszle. Nic nie jest bardziej płynne i eleganckie.

Caroline ze swojej strony przekazywała mu wiedzę na temat drzew.

– Każdy liść jest urządzeniem zmieniającym światło w energię. Z każdą gałęzią i każdym liściem drzewo rozpościera nadzieję na lepszą przyszłość. W miarę jak drzewo rośnie, zrzuca stare liście, które nie są mu już niezbędne, rozwija się i wspina wyżej, żeby jeszcze lepiej przechwytywać światło.

– Ale w małej doniczce korzenie nie mogą rosnąć.

– Każda forma życia ma coś, co ją ogranicza. Zamkniętą przestrzeń. Każda forma życia próbuje rozciągnąć się i wydostać z tej przestrzeni, zrozumieć, co znajduje się poza nią. Aby pojąć system, należy się z niego wydostać.

Jacques uwielbiał słuchać rodziców objaśniających mu świat.

Kiedy rozpoczął dziewiąty rok życia, zaczął z trudem budzić się rano. Dużo czasu zajmowało mu wstanie z łóżka, był nieustannie zmęczony. Pogorszyły się jego oceny w szkole. Przestał rosnąć tak szybko jak inne dzieci w jego wieku. Często chorował, rano kaszlał, wieczorem zasypiał z zatkanym nosem.

Zdaniem nauczycieli przysypiał na lekcjach, okazywał zmęczenie na lekcjach gimnastyki, sprawiał wrażenie, jak gdyby ciążyła mu głowa. Zmartwiony dyrektor często wzywał do siebie jego rodziców.

– Państwa syn najwyraźniej ma jakiś problem. Wciąż buja w obłokach. Kiedy jest odpytywany, stoi jak otępiały. Często coś go boli. Z trudem zapamiętuje wierszyki. Sądzę, że należałoby mu podać hormon wzrostu, żeby urósł. Magnez na wzmocnienie systemu odpornościowego. Olej z wątroby dorsza na pamięć. Witaminy. Jakikolwiek lekarz z łatwością przepisze taką kurację, która może mu tylko pomóc.

Po powrocie do domu matka przyznała:

– Przyglądałam się Jacques’owi, kiedy spał: nie porusza długo oczyma. Pozostaje w drugim stadium lekkiego snu, robiąc od czasu do czasu wypady do trzeciego stadium głębokiego snu, ale nie udaje mu się przejść do czwartego stadium. Tymczasem to właśnie w tej fazie głębokiego snu buduje się pamięć, wzmacnia się system odpornościowy i produkuje się hormon wzrostu.

– Dyrektor ma rację, powinniśmy go leczyć, nie można już dłużej zwlekać – oznajmił Francis.

– Wyjaśnimy mu sytuację, żeby zrozumiał, co naprawdę dzieje się podczas snu.

– On ma tylko dziewięć lat!

– Warto spróbować. Jestem pewna, że jest w stanie to zrozumieć.

Tego wieczoru, zamim Jacques położył się spać, ojciec nie opowiedział mu bajki o żaglowcu płynącym w stronę Wyspy Różowego Piasku, za to matka wyjaśniła za pomocą rysunków podstawę mechanizmu snu.

– Posłuchaj mnie. Zamknij oczy, Jacques. Co widzisz?

– Nic.

– Nieprawda, widzisz nieco innego świata.

Chłopiec otworzył oczy.

– „Innego świata”?

– Tego, w który zagłębiasz się co wieczór.

Jacques zamknął oczy na kilka sekund, a kiedy znów je otworzył, matka ciągnęła swoje wyjaśnienia.

– Po zanurzeniu się w wodzie trzeba oddalić się od powierzchni.

Sięgnęła po białą kartkę i ołówek, którym pociągnęła kreskę symbolizującą powierzchnię.

– Gdyby założyć, że sen jest jak wirtualna kąpiel, można porównać zaśnięcie – od momentu, w którym zamykasz oczy – do zanurzenia się w wodzie. Trwa to od pięciu do dziesięciu minut. Potem następuje pierwsze zejście. Głowa znika pod powierzchnią. To pierwsze stadium. Bardzo płytki sen. Ciało się rozluźnia. Zaczynamy regenerować siły. Słyszymy i rozumiemy głosy obok nas, ale nie mamy już ochoty im odpowiadać.

Jacques przytaknął, słuchając uważnie.

– Wchodzimy w drugie stadium. Płytki sen. Słyszymy jeszcze głosy, ale nie jesteśmy już w stanie zrozumieć rozmowy, słowa zmieniają się w szum.

Narysowała małego chłopca, który schodzi pod kolejną warstwę wody morskiej, przy której znajduje się cyfra „2”.

– Potem nadchodzi pora na trzeci poziom. Sen głęboki. Nie słyszymy już nic z tego, co dzieje się na zewnątrz, ciało jest rozluźnione, oddech spowolniony.

Dorysowała pas z cyfrą „3”.

– Jest jeszcze jedna warstwa wody. To czwarte stadium. Bardzo głęboki sen. Wtedy nasze ciało naprawdę wypoczywa, buduje ochronę przed chorobami i tworzy substancje, które pomagają mu rosnąć. Wzmacnia się pamięć. Utrwalamy wszystko, czego nauczyliśmy się w ciągu dnia i co pomaga nam odnosić sukcesy. Zaczynamy śnić.

Caroline dokończyła rysunek, dodając cyfrę „4”, a potem chłopca, który pływa uśmiechnięty w głębi morza.

Następnie na marginesie dorysowała linię oznaczającą upływ czasu i podpisała: „90 minut”.

– Pełne zejście przez wszystkie poziomy odpowiada jednemu cyklowi snu. Trwa on około dziewięćdziesięciu minut. Następnie nadchodzi chwila, w której wzbijamy się w górę, gotowi przebudzić się. Jeśli jednak się nie obudzimy, rozpoczniemy kolejne nurkowanie przez cztery warstwy wody.

Jacques sprawiał wrażenie zaintrygowanego.

– Na siedem i pół godzin nocnych składa się pięć zejść, czyli pięć cykli po dziewięćdziesiąt minut. Jeśli wszystko dobrze się potoczy, za każdym razem schodzisz głęboko, aż do czwartego stadium. Dzięki temu stajesz się silniejszy, masz dobrą pamięć, rośniesz, opierasz się chorobom. Czy rozumiesz teraz, dlaczego tak ważne jest osiąganie czwartego stadium?

Jacques Klein skinął głową.

– W jaki sposób ty tam schodzisz, mamo?

– Założę ci bransoletkę z czujnikiem, która jutro pozwoli ci przyjrzeć się twojemu hipnogramowi na smartfonie.

– Co to jest „hipnogram”?

– To wykres, który pokazuje częstotliwość twoich cykli snu. Pomogę ci zasnąć, opowiadając ci i towarzysząc do świata snów… Oddychaj głęboko, żeby się rozluźnić, zamknij oczy, zanurzymy się w morzu w pobliżu Wyspy Różowego Piasku.

Dziecko nabrało powietrza do płuc, jak gdyby szykowało się do wstrzymania oddechu. Matka przeczesała mu włosy dłonią, po czym położyła ją delikatnie na jego oczach.

– Wyobraź sobie, że zanurzasz się w wodzie.

Jacques zadrżał z niechęcią i dopiero po kilku minutach przezwyciężył to uczucie. Wielokrotnie zmieniał pozycję. Wreszcie pozwolił ciału się rozluźnić.

Zwizualizował pokonanie pierwszej warstwy wody, wejście w pierwsze stadium snu. Oddech mu się zmienił. Powoli dotarł do drugiego stadium, trzeciego i czwartego. Wreszcie ruchy gałek ocznych pod powiekami pokazały Caroline, że jej syn śni, głęboko śpiąc. Jego kark zesztywniał, głowa opadła w tył.

W progu pokoju stanął Francis. Caroline szepnęła:

– Udało się, Jacques wreszcie korzysta ze snu. Dzięki serotoninie szyszynka wydziela melatoninę, naturalna chemia organiczna wreszcie została odtworzona. Chłopak śni. Jego ciało się odbudowuje.

Palce dłoni chłopca zacisnęły się na poduszce, po czym stopniowo zaczęły się rozluźniać.

8

Mijały tygodnie. Księżyc i słońce ścigały się po doskonałym łuku horyzontu. Oczy otwierały się o świcie, mrugały przez cały dzień i zamykały się o zmierzchu. Mięśnie napinały się i rozluźniały.

Z upływem kolejnych miesięcy Jacques Klein sypiał coraz lepiej.

Za dnia korzystał z ciała i umysłu. Nocą pozwalał organizmowi odpocząć i poprawiał architekturę umysłu.

Neurony w jego mózgu tkały koronki z czerwonych nitek, a następnie łączyły się w kępki. Niemal niezauważalne wyładowania elektryczne zmieniały w myśli sygnały przesłane przez źrenice, błonę bębenkową, receptory olfaktyczne i czuciowe. Myśli zmieniały się w rozmyślania, rozmyślania we wspomnienia, a wspomnienia gromadziły się w płatach skroniowych kory mózgowej. Tym sposobem tworzyła się jego pamięć.

Jacques lepiej zapamiętywał teksty, wzory matematyczne, słownictwo, historię i geografię. Wszędzie znajdywał analogie, skojarzenia, rytmy. Do tej pory siadał w głębi klasy przy kaloryferze, teraz przesunął się kilka rzędów do przodu.

Równocześnie zaczął gwałtownie rosnąć („jak gdyby uwolniono drzewko bonzai uwięzione w zbyt małej doniczce”, przyznał lekarz), a skuteczniejszy system odpornościowy sprawniej bronił go przed zarażaniem się chorobami od innych zakatarzonych dzieciaków. Jacques nie kaszlał już rano, nie wycierał wieczorem nosa. Woskowina nie zatykała mu już uszu, powieki nie sklejały się.

Nauczyciele dostrzegali postępy (sądzili jednak, że są one związane z zażywaniem hormonu wzrostu i witamin), a Jacques – do tej pory w klasowym ogonie – nadrobił zaległości i znalazł się w środku stawki.

Ojciec próbował zachęcić go do pokonania lęku przed wodą i wybrał się z nim na basen. Chłopiec, chociaż pełen dobrych chęci, zadrżał, zbliżając się do turkusowej powierzchni. Wstrzymał oddech, zanurzając w wodzie palce stóp.

– Nie bój się. W tym basenie nie ma rekina – żartował ojciec.

– Nie dostrzegam dna! Muszę zobaczyć dno, żeby mieć pewność, że woda mnie nie zakryje – odparł Jacques, wyraźnie zdenerwowany.

– Jestem tutaj, trzymam cię, nie utopisz się.

Chłopiec wszedł do wody po łydki, kolana, po uda. Krzywił się, jak gdyby brodził w kwasie.

– Trzymaj się, smyku, zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Wystarczy chcieć. I chcieć tego teraz. Dokonaj tego wyboru. Pewnego dnia będziesz musiał gdzieś dopłynąć i to cię uratuje. Przypomnisz sobie wtedy to proste zdanie: „Ten, kto nie chciał, kiedy mógł… nie będzie mógł, kiedy zechce”.

Zetknięcie się kąpielówek z lodowatą wodą okazało się w pierwszej chwili nieprzyjemne, ale chłopiec zacisnął szczęki i pięści. Nieco dalej inne dzieci nabijały się z niego, szepcząc, że w jego wieku to nienormalne, żeby bać się wody.

W jego głowie zderzały się różne myśli: chęć sprawienia przyjemności ojcu walczyła z głębokim przekonaniem, że ten płynny nieprzyjazny żywioł kryje w sobie zapewne najgorsze niebezpieczeństwa.

Kiedy woda docierała mu już do klatki piersiowej, Jacques krzyknął, ściągając na siebie uwagę wszystkich pływaków wokoło.

– NIE CHCĘ TAM WCHODZIĆ! NIGDY NIE BĘDĘ CHCIAŁ. NIE LUBIĘ WODY! MOŻE W JAKICHŚ ZAKAMARKACH W GŁĘBI KRYJĄ SIĘ TU REKINY!

Wtedy Francis złapał syna i, trzymając go, zanurzył w wodzie aż po szyję.

– NA POMOC! TONĘ!

Jakiś mężczyzna zbliżył się do nich i skrytykował Francisa:

– Dość obcesowo obchodzi się pan z tym dzieckiem, nie powinien go pan przymuszać.

– Jestem jego ojcem, wiem, co robię. Niech pan się nie miesza w nie swoje sprawy.

– Ach! Poznaję pana: jest pan tym sławnym żeglarzem: Klein! Powinien pan raczej…

– Niech się pan do tego nie wtrąca.

Nie wiedząc, jak zareagować, mężczyzna spojrzał na Francisa nieprzychylnie.

Zadowolony z wywołanego efektu, Jacques krzyczał głośno:

– NA POMOC! TATA CHCE MNIE UTOPIĆ!

Dorośli w kąpielówkach utworzyli wokół nich krąg. Przyglądali się scenie z naganą w oczach, gotowi interweniować, gdyby sytuacja tego wymagała.

W końcu Francis Klein poddał się, uciekł przed triumfującym wzrokiem syna, po czym obaj ruszyli w stronę szatni.

Ostatnią myślą Jacques’a, gdy wychodził z basenu, było:

Lubię pływać we śnie, ale nie na jawie.

9

Najdelikatniejszą chwilą w ciągu dnia jest moment przebudzenia, te kilka sekund, kiedy otwieracie oczy, z trudem przypominacie sobie, kim jesteście, i w jakim momencie istnienia (waszego lub świata) się pojawiacie.

Musicie ze wszystkim się oswoić, ze wszystkim: łącznie z ciałem, w którym spędzicie resztę dnia, łącznie z umysłem, z jego wspomnieniami i pragnieniami, z zaprogramowaną najbliższą przyszłością.

Im sen jest głębszy, tym te chwile powrotu zza drugiej strony muru powiek okazują się trudniejsze.

Jacques przełknął ślinę, przyzwyczaił się ponownie do swojego ciała, wszechświata, planu dnia.

Miał teraz jedenaście lat i uczęszczał do gimnazjum. Uczył się zadowalająco, otrzymywał oceny powyżej średniej. Jednakże, zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu roku szkolnego, wychowawca wezwał do siebie jego rodziców.

– Jacques doskonale zapamiętuje, natomiast muszę z przykrością stwierdzić, że… nie jest ani trochę twórczy. Powtarza tylko jak papuga to, czego się nauczył. Jest dobry w ćwiczeniach pamięciowych, w recytacjach, w przywoływaniu dat albo nazw rzek, ale kiedy tylko proponuje mu się ćwiczenie otwarte, cytuje ostatnią, dokładnie zapamiętaną lekcję i nie wnosi nic osobistego. Jak gdyby nie miał odwagi wyrazić czegoś, co pochodzi od niego samego. Używa jedynie pamięci, a nie własnej inteligencji.

Caroline postanowiła, że nadszedł czas na kontynuację edukacji „onironautycznej” syna. Jeszcze tego samego wieczoru usiadła na jego łóżku i znajomym gestem zwichrzyła mu czarną czuprynę.

– Posłuchaj mnie, Jacques, pamiętasz, jak opowiadałam ci o cyklach snu?

– O nurkowaniu w podmorskich warstwach snu, które odpowiadają stadiom uśpienia?

Pokazał jej swój smartfon, na którym widniał hipnogram z poprzedniej nocy, z wyraźnie zaznaczonymi krzywymi.

– Nie powiedziałam ci wszystkiego. Istnieje jeszcze piąte stadium, którego nie rejestruje czujnik snu w tym urządzeniu.

– Sen jeszcze głębszy niż w stadium czwartym?

– To tak, jak gdybyś nagle, dotarłszy do czwartego stadium, znalazł piąte stadium, które można by sobie wyobrazić jako…

– Jeszcze niżej położoną warstwę?

– Nie, przeciwnie, jako gwałtowny skok w górę. Na tym właśnie polega specyfika tej fazy snu: w niej twoje ciało najbardziej się rozluźnia, nie słyszysz już nic, rytm serca spowalnia, temperatura spada, a jednak to właśnie w tej fazie twój mózg będzie funkcjonował najszybciej i najsprawniej. Wtedy śnisz najbardziej niesamowite i najpiękniejsze sny. Dlatego to piąte stadium nazwano „snem paradoksalnym”.

– „Sen paradoksalny” – powtórzył chłopiec, żeby zapamiętać informację.

– Odkrył go w 1959 roku francuski naukowiec, profesor Michel Jouvet. Do tamtej pory nie rozumiano, co dzieje się z nami w tej delikatnej fazie.

– Czy w trakcie snu paradoksalnego śnimy?

– W stadium czwartym często śni nam się, że jesteśmy nadzy, że ścigają nas wrogowie albo że tracimy zęby…

– Tak, często miewam takie sny – zdziwił się Jacques.

– Są to więc dość nieprzyjemne sytuacje… Tymczasem w fazie snu paradoksalnego śnimy, że lecimy, że się kochamy, że pokonujemy wrogów.

– W czwartym stadium przegrywamy, a w piątym wygrywamy?

– W czwartym stadium znajdujemy się w niebezpieczeństwie – poprawiła go Caroline – a w stadium piątym znajdujemy rozwiązania. Dlatego też sen paradoksalny najskuteczniej wzmacnia nasze zdrowie i umożliwia najlepsze przefiltrowanie wydarzeń z minionego dnia. Podczas snu paradoksalnego zapominamy o kłamstwach i przypominamy sobie o tym, co ważne. Michel Jouvet uważał, że sen paradoksalny służy do przypominania sobie, kim naprawdę jesteśmy, uwolnieni od wszelkich wpływów, kłamstw i zewnętrznych manipulacji. Wracamy do „programu źródłowego” stanowiącego podstawę naszej prawdziwej tożsamości.

– Trochę jak wtedy, gdy się restartuje komputer i wszystkie pliki automatycznie wracają na swoje miejsca?

– Tak. Trwa to od dziesięciu do dwudziestu minut. To piąte stadium.

Jacques Klein spojrzał na hipnogram.

Następnie poprosił matkę, żeby narysowała mu piąte stadium, ponieważ na smartfonie nie dało się go przedstawić.

Wtedy Caroline naszkicowała zejście w głąb wody aż do stadium pierwszego, potem do drugiego, trzeciego i czwartego stadium, a następnie wynurzający się z morza szczyt snu paradoksalnego, ocierający się o powierzchnię przebudzenia.

Jacques był oczarowany, zdobywając informację, o której nie miał pojęcia żaden z jego kolegów z klasy.

Przed zaśnięciem, niczym nurek, szykował się mentalnie do zejścia jak najgłębiej podczas snu, aż do osiągnięcia słynnego szczytu snu paradoksalnego – miał zamiar go zdobyć.

Udało mu się to wielokrotnie, w każdym razie był przekonany, że mu się udaje.

– Teraz, gdy już jesteś gotów pójść dalej we śnie i w marzeniach sennych, powierzę ci to, Jacques.

Caroline wręczyła mu oprawiony w skórę notes z piórem w zestawie.

– To notes marzeń sennych. Twój notes snów. Jutro, po przebudzeniu, przypomnisz sobie sny, które zrodziły się dzięki osiągnięciu stadium snu paradoksalnego i zanotujesz je sobie, żeby ich nie zapomnieć.

– Nigdy ich nie pamiętam. Znikają, kiedy tylko otworzę oczy.

– Wystarczy postanowić, że się ich nie zapomni: to działa. Sny są jak ptaki. Trzeba je złapać, zanim ulecą. Jeśli uda ci się raz, potem już będzie łatwiej, ale musisz przekroczyć tę granicę.

Jacques Klein wciąż miał wątpliwości. Dlatego matka postanowiła zastosować tak zwaną „metodę Salvadora Dalego”.

– Siadasz w fotelu o dwóch podłokietnikach. Między kciukiem a palcem wskazującym trzymasz łyżeczkę nad głębokim talerzem, po czym zamykasz oczy i zasypiasz. Kiedy sen staje się wystarczająco głęboki, dłoń się rozluźnia i wypuszcza łyżeczkę, ta – spadając – powoduje hałas, który cię budzi. Natychmiast powracasz do rzeczywistości, w samym środku swojego snu.

Pod opieką matki Jacques podjął tego wieczoru kilka prób i osiągnął sukces: podskoczył, kiedy łyżeczka uderzyła o talerz. Zamrugał powiekami i przytrzymał ptaka.

– Mam go! – zawołał. – Pamiętam! Pamiętam doskonale całą historię. Sen znalazł się w klatce mojej pamięci.

– Opowiedz!

– Więc… wspinałem się po kręconych schodach w kształcie ósemki. Działały jak schody ruchome, tylko jechały w dół, więc miałem wrażenie, że nigdy nie dostanę się na szczyt.

– Dobrze, ale musisz dotrzeć dalej, przypomnieć sobie cały sen, nie tylko ostatnią scenę. Wreszcie udało mi się znaleźć aplikację w smartfonie zdolną wychwycić piąte stadium, czyli sen paradoksalny. Zainstaluję ci ją i ustawię system tak, żeby budzik włączał się w chwili prawdopodobnego końca twojego snu. Dzięki temu łatwiej ci będzie zapamiętać całą historię.

Jacques przetestował nowe oprogramowanie. Kiedy obudziły go dźwięki harfy, zdołał zachować w pamięci cały film – czym prędzej go zanotował.

– Mamo, udało się! Przypomniał mi się cały sen od początku do końca!

I opowiedział jej, z zachwytem godnym artysty pokazującego swoje najważniejsze dzieło, marzenie senne wyrwane ze snu paradoksalnego.

– W szkole wybuchł pożar. Mój nauczyciel angielskiego znajdował się wewnątrz i wołał „Pomocy!” przez okno. Pojawił się olbrzym, większy od szkoły, który go uratował, chwytając w zagłębienie dłoni. Na koniec nauczyciel powiedział: „Dobrze, daję ci dostateczny, ale stać cię na więcej”. Było bardzo kolorowo, dużo akcji, a nawet muzyka w tle, jak w filmie.

– Dobrze… hm… nieźle, jak na pierwszy pełny sen – przyznała Caroline Klein, stwierdzając, że woli, aby syn śnił o pożarach niż o topieniu się i rekinach. – Staraj się notować jak najwięcej.

Chłopiec gryzmolił notatki i szkice na kartkach notesu.

– Aha! Jeszcze jedno: z natury rzeczy chcemy racjonalizować sen, nadając zdarzeniom logiczny ciąg i spójność. Tymczasem trzeba uszanować jego chaotyczny charakter. Czasami postacie przeobrażają się albo miejsce zmienia się bez powodu.

– Teraz, kiedy o tym mówisz, uświadamiam sobie, że olbrzym miał z początku twarz naszego sąsiada. Potem głowę psa, a na koniec moją własną.

– Zanotuj to sobie. Musisz być uczciwy wobec swoich snów.

– Zatem, jeśli chodzi o samo „zanurzenie się”, moim celem jest nie zatrzymywać się w stadium czwartym, próbować jak najszybciej osiągnąć stadium piąte i zatrzymać się tam jak najdłużej?

– Nasz mózg robi to, o co go prosimy.

Odkąd udało mu się to po raz pierwszy, Jacques zasmakował w zapamiętywaniu snów. Nie chciał żadnego zapomnieć. Programował budzik tak, żeby dzwonił na sam koniec fazy snu paradoksalnego, po czym rzucał się do swojego notesu.

– Nauczę cię jeszcze jednej sztuczki, która pozwoli ci skuteczniej śnić – zaproponowała matka.

Wyciągnęła ukrytą za plecami książkę, zatytułowaną Alicja w krainie czarów.

– Literatura fantastyczna. Jeśli będziesz czytał przed zaśnięciem książki opowiadające o fantastycznych światach, będziesz miał jeszcze piękniejsze sny.

Jacques przyjrzał się ilustracjom z okładki przedstawiającym jasnowłosą dziewczynkę, kota o olbrzymich oczach, gąsienicę w okularach siedzącą na grzybie i wściekłą królową z talii kart.

Caroline wyrecytowała z pamięci:

– „Świat książek jest największy z tych, których człowiek nie otrzymał od natury, lecz wydobył z własnego umysłu”, powiedział pisarz Hermann Hesse. A ja dodałabym: świat książek karmi jeszcze obszerniejszy świat snów.

Jacques przeczytał więc Alicję w krainie czarów i śniły mu się podobne scenerie.

Po dziełach literackich Lewisa Carrolla (Wyprawa na Żmirłaka, Dziaberliada, Alicja po drugiej stronie lustra) Jacques odkrył Rabelais’go, który zainspirował w nim sny o olbrzymich obżartuchach (Pantagruel, Gargantua), a następnie Jonathana Swifta (Podróże Guliwera) i Edgara Poe (Opowieści niesamowite), którzy dorzucili do typowych scenerii kruki, cmentarze, zamki i duchy, a także Juliusza Verne’a (Tajemnicza wyspa, Podróż do środka Ziemi, 20 000 mil podmorskiej żeglugi), Izaaka Asimova (Fundacja, Roboty), Philipa K. Dicka (Ubik, Człowiek z wysokiego zamku). Czytał również poetów: Victora Hugo, Charles’a Baudelaire’a, Artura Rimbauda, Borisa Viana, Préverta, Georges’a Pereca.

Po powieściach i poezji matka doradziła mu dokształcenie się w dziedzinie malarstwa, żeby nakarmić przestrzeń snów: Hieronim Bosch, Francisco de Goya, Rembrandt, Peter Paul Rubens, Jan Vermeer, William Turner, John Martin, Salvador Dalí, René Magritte.

Następnie nadeszła pora na kompozytorów: Vivaldiego, Mozarta, Beethovena, Griega, Faurégo, Debussy’ego.

– Powieści, poezja, malarstwo i muzyka to najlepsze składniki pozwalające na przygotowanie twoich własnych dań onirycznych – wyjaśniła mu matka. – To „świeże” produkty. Ale nie oglądaj telewizji. To fast food, który sprzyja produkcji „przeżutych” snów o sztucznym smaku, nie wspomaga naturalnej kreatywności ani wyczucia estetyki, odwołuje się jedynie do podstawowych emocji. Niech przyświeca ci ta główna zasada: w snach twórz własne filmy, nie odtwarzaj cudzych.

Jacques nabrał zwyczaju zasypiania z powieścią w dłoni. Czytał po kolacji, kiedy inne dzieci oglądały telewizję. Pochłaniał te historie niczym „opał dla snów” – im bardziej książkowe światy były oryginalne i widowiskowe, tym większy przeszywał go dreszcz rozkoszy – wiedząc, że nocą będzie je metabolizował i przetwarzał w zadziwiające przedstawienia.

W szkole poprawił oceny ze wszystkich przedmiotów twórczych. Regenerował ciało dzięki trzeciemu stadium snu, zapamiętywał dzięki zejściu do stadium czwartego i cieszył się wyobraźnią i uniesieniami inspirowanymi przez stadium piąte.

Stał się najlepszym uczniem w klasie.

Francis Klein był pod wrażeniem sukcesów syna związanych z ezoterycznym nauczaniem jego towarzyszki życia. Jako żeglarz, on również poprawiał swoje panowanie nad snem, co miało mu pomóc odbyć samotną podróż dookoła świata żaglówką. Przyda mu się ono do pobicia rekordu Francisa Joyona z 2008 roku na trimaranie: pięćdziesiąt siedem dni, trzynaście godzin i trzydzieści cztery minuty.

Dzięki wskazówkom żony wizualizował idealną trasę, wyobrażał sobie siebie w działaniu, testował scenariusze, najgorsze i najlepsze, znajdywał we śnie odpowiedzi na problemy techniczne. Stopniowo uczył się, jak zredukować czas na niepotrzebny sen, dążąc bezpośrednio do snu paradoksalnego, naprawdę skutecznego i regenerującego.

Pewnego wieczoru Francis Klein przyglądał się śpiącemu synowi i zwrócił uwagę na urządzenie rejestrujące wykres hipnogramu.

– Ciii… obudzisz go – powiedziała żona, podchodząc do niego.

– Wcześnie dzisiaj wróciłaś. Udało ci się posunąć naprzód swój projekt, Caro?

– Nie, to zbyt trudne! Być może będę zmuszona z niego zrezygnować. Stoję w obliczu przeszkody nie do pokonania, Francis.

– Jestem pewien, że uda ci się ją przekroczyć.

– Chyba postawiłam sobie poprzeczkę zbyt wysoko – stwierdziła.

Sięgnęła po smartfon leżący na łóżku syna i przyjrzała się krzywej hipnogramu.

– Jest już w piątym stadium. Nie powinniśmy go teraz obudzić.

– Czy oprócz smartfonu istnieje inny sposób na stwierdzenie, że znajduje się w fazie snu paradoksalnego?

Caroline przytaknęła.

– Gałki oczne poruszają się szybciej pod powiekami, bębenki pulsują, kark sztywnieje, sprawiając, że głowa opada do tyłu. I… jest jeszcze jeden szczegół, który nigdy nas nie zwiedzie.

Delikatnie podniosła kołdrę.

– Jeśli mężczyzna znajduje się w fazie snu paradoksalnego, łatwo to zauważyć.

Jedenastoletni Jacques Klein miał erekcję.

– Jak to możliwe, że piąte stadium powoduje coś tak… fizycznego? – spytał ojciec.

– Odczuwa w tym momencie taką przyjemność ze snu, że jego ciało odbiera to jako… czysty akt miłości.

10

Nóż elektryczny musnął twarz Francisa.

Hałas obudził Jacques’a, który przybiegł do kuchni, przecierając oczy: jego rodzice bili się. Matka, w koszuli nocnej, dzierżyła nóż elektryczny. Chłopiec odniósł wrażenie, że się kłócą, ale Caroline wyszeptała osobliwe zdanie pod adresem ojca ubranego w piżamę:

– Chcę grzanki. Dalej, chlebku, nie uciekaj, pokroję cię, a potem podpiekę, jestem głodna, chcę grzanki. Z masłem i konfiturą.

Caroline ponownie rzuca się naprzód z nożem elektrycznym, Francis osłania twarz ramieniem, dwa ząbkowane ostrza pozostawiają szramę na skórze. Z rany wypływa krew.

– Udało się! To dżem truskawkowy! – woła Caroline zwycięskim tonem.

Wciąż ma spojrzenie zagubione w pustce, rozszerzone źrenice, a jej twarz wyraża zadowolenie wygłodniałej osoby, która wreszcie może zjeść śniadanie. Dwa poplamione czerwienią ostrza noża elektrycznego wciąż poruszają się groźnie, wydając mechaniczny odgłos.

W walce toczącej się w zwolnionym tempie matka używa noża elektrycznego niczym miecza, tymczasem Francis usiłuje osłonić się, używając pokrywki od garnka w charakterze tarczy.

Udaje mu się rozbroić i poskromić żonę, która wciąż jeszcze manifestuje niezaspokojony apetyt.

– Obudź się, błagam, obudź się! – woła do niej.

– Co… co się dzieje? – pyta Caroline, potrząsając głową i mrugając powiekami.

– Znowu miałaś atak, nic się nie stało – odpowiada Francis, ukrywając ranę na ramieniu i wyłączając nóż elektryczny.

– Co zrobiłam?

Rozgląda się wokoło, usiłując zrozumieć, co się wydarzyło.

– Nic. Musisz się teraz położyć, Caro.

Kobieta dostrzega ranę, zauważa nóż elektryczny i zaczyna płakać.

– Czy to ja zrobiłam? Tak mi przykro, Francis!

– To nie twoja wina. To…

– To coś we mnie, czego nie kontroluję i co każe mi popełniać we śnie straszne czyny.

– Nie ponosisz odpowiedzialności za to, co dzieje się podczas ataku. Śnisz na jawie. To się zdarza wielu ludziom, po prostu oni o tym nie mówią.

Przytula ją mocno i oboje płaczą, drżąc.

– Jestem nienormalna. Muszę się leczyć.

– Jesteś normalna, musisz po prostu odpocząć i się uspokoić. Za dużo pracujesz, jesteś wyczerpana psychicznie, stąd te incydenty.

Jacques nie mógł uwierzyć własnym oczom, widząc rodziców bijących się, a następnie płaczących i całujących się. Zrozumiał, że brakuje mu danych, aby zrozumieć świat dorosłych, dane te jednak chwilowo zdają się niedostępne dla niego.

– Dokończę moje badanie – obiecuje Caroline. – Muszę zejść jeszcze niżej, o wiele niżej, żeby powstrzymać ten proces. To wszystko dzieje się w mojej podświadomości, ale wiem, że dzięki prowadzonym przeze mnie badaniom laboratoryjnym znajdę sposób na wyzwolenie się od tego przekleństwa.

– Odpocznij.

– Przeciwnie, muszę znacznie więcej pracować.

– Przestań wywierać na siebie taką presję, właśnie to powoduje ataki.

– Wiesz dobrze, do czego jestem zdolna w takich chwilach. Wiesz dobrze, co już się wydarzyło. I chociaż mnie nie skazano, sama się osądziłam…

– Jesteś wobec siebie zbyt surowa.

– Idź, wytłumacz to tym, których już zaatakowałam w nocy! Idź, wytłumacz to duchowi mojego braciszka!

Ponownie wybuchła płaczem.

Jacques wycofał się po cichu i wrócił do łóżka. Nie mogąc od razu zasnąć, leżał z otwartymi oczyma utkwionymi w plamkę na suficie.

Nic się nie stało. Niczego nie widziałem, niczego nie słyszałem. Ta scena musiała mi się przyśnić. Tata i mama są cudownymi ludźmi, którzy (…walczą z nożem elektrycznym w ręku w kuchni o drugiej nad ranem…) mnie kochają. Mama jest wspaniałą badaczką (…próbowała pokroić tatę na plastry, bo wzięła go za chleb tostowy…), nieco wyczerpaną przez pracę. Wszystko się ułoży (wspominała o „przekleństwie”). Nic się nie stało (mogła go zabić!). Nic (a ja byłem tego świadkiem!). Już o wszystkim zapomniałem (czy kiedykolwiek zdołam?). Muszę zasnąć. Muszę przestać o tym myśleć. Przestaję myśleć. Zapominam o wszystkim. Śpię. Ja…

11

Kolejne noce były zamieszkane przez koszmary. Pościel w łóżku była rozkopywana i układana, gnieciona i prana, suszona i prasowana. Poduszki trzepano i przywracano im formę.

Powoli wszystko wróciło do normy.

Mijały dni.

Dzięki owocnie spędzanym nocom Jacques utrzymywał się na pierwszej pozycji w klasyfikacji ocen i wykazywał się ciekawością, kreatywnością i uważnością.

Nauczyciele doceniali pilnego i odprężonego ucznia. Jego sukces cieszył pedagogów, ale denerwował innych uczniów, którzy widzieli w Jacques’u nadgorliwego mądralę. W ich oczach fakt, że Jacques robił z siebie pośmiewisko podczas każdych zajęć na basenie, niczego nie zmieniał.

Jacques bał się tych chwil. Stał, drżąc w kąpielówkach, wpatrywał się w wodę i słuchał nauczyciela gimnastyki, który powtarzał: „Spróbuj przynajmniej zanurzyć się po kolana”, po czym robił upartą minę, a kiedy nauczyciel nalegał, nieruchomiał niczym posąg.

Kiedy wuefista udał się do toalety, Wilfrid, jeden z kolegów z klasy, dał znak pozostałym, żeby razem zaskoczyli i złapali Jacques’a. Z łatwością go unieruchomili, trzymając za nadgarstki i kostki.

– Jesteś nadgorliwy, Klein. A my nie lubimy nadgorliwych. Zresztą jesteś mały. Masz to w nazwisku. Klein znaczy „mały” po niemiecku. Pochodzę z niemieckiej rodziny i wiem to. Mały Klein! Mały Klein! I na dodatek boisz się wody, jak dzidziusie! Jesteś tchórzliwym dzidziusiem, Klein! Sprawdźmy, czy rozpuszczasz się w wodzie jak aspiryna!

Jacques Klein próbował się wyrwać, ale Wilfrid i jego wspólnicy byli silniejsi. Wykorzystali to, że nauczyciela wciąż nie ma i zanieśli chłopca na brzeg basenu wśród okrzyków zachęty ze strony pozostałych uczniów, którzy widzieli w tym upokorzeniu jedynie odpłatę za sukcesy pupila nauczycieli.

– Pomożemy ci przezwyciężyć lęk przed wodą! Dalej, wrzućcie małego Kleina, zobaczymy, czy jest rozpuszczalny! Raz, dwa, trzy…

Przerażonemu Jacques’owi udało się wyswobodzić jedną nogę. Gwałtownie kopnął chłopca, który trzymał go za łydki. Potem nastąpiła nieudana próba wrzucenia go do wody. Jacques w ostatniej chwili zdołał uniknąć kąpieli. Niestety uderzył czołem o drabinkę i zaczął obficie krwawić.

Zanim zdążył się podnieść, Wilfrid przyłożył mu rękę do gardła.

– Powiesz, że się poślizgnąłeś. Uprzedzam cię, jeśli poskarżysz się nauczycielowi albo rodzicom, utopimy cię.

Kiedy nauczyciel gimnastyki wrócił, polecił odprowadzić Jacques’a do pielęgniarki w celu opatrzenia rany.

Jacques cierpiał, ale groźne spojrzenie Wilfrida, który na migi pokazywał mu topielca, odwiodło go od wskazania winnych.

Kiedy Francis zobaczył rannego syna, chciał się dowiedzieć, co się wydarzyło.

– Nic – odpowiedział po prostu Jacques.

Francis musiał chwilę nalegać, ale w końcu Jacques, łkając, opowiedział mu o upokarzającej sytuacji, jaka miała miejsce.

– To dlatego, że nasze nazwisko oznacza „mały” po niemiecku. Czy to prawda?

– Ale musisz wiedzieć, że ma też inne znaczenia. „Klein” to również wspaniała figura geometryczna w kształcie wypukłej ósemki. „Butelka Kleina” jest figurą przestrzenną, która nie ma ani warstwy wewnętrznej, ani zewnętrznej. Wynalazł ją jeden z naszych przodków, matematyk Felix Klein.

Żeglarz sięgnął po ten sam notatnik, który posłużył jego żonie do wyjaśnienia nurkowania w wodach snu, i nakreślił kształt zbiornika, którego szyjka przechodzi w ścianki, a następnie łączy się z dnem naczynia.

– Czyż to nie piękne?

Ale młody Jacques wciąż jeszcze był w szoku w wyniku napaści i nie miał głowy do geometrii.

– Ten dzieciak, Wilfrid, chodzi z tobą do klasy? – dopytywała Caroline, przybyła z pomocą.

– Nic z tym nie róbcie, bo on mnie utopi.

– Nie możesz wpadać w pętlę strachu: zmienisz się w ofiarę, a wtedy oni już cię nie puszczą.

– Ale ja naprawdę się go boję. Inni uczniowie stoją po jego stronie.

– Strach można kanalizować i wygasić. Nie zdołam ci dzisiaj pomóc w zapanowaniu nad fobią wody, ale mogę nauczyć cię, jak stawić czoło temu chłopcu. Zamknij oczy.

Matka zaproponowała mu wówczas doświadczenie snu akompaniowanego: poleciła, aby zwizualizował sobie Wyspę Różowego Piasku, o której ojciec opowiadał mu od wczesnego dzieciństwa. Następnie zasugerowała, żeby przywołał w wyobraźni postać Wilfrida. Wypełniając polecenia matki, Jacques postawił siebie – olbrzymiego – naprzeciw zamienionego w karła Wilfrida. „Nadal uważasz, że jestem malutki?” – zapytał go w swoim śnie. Przytłoczony i upokorzony napastnik przestraszył się, błagał o łaskę i przeprosił. Caroline obudziła Jacques’a chwilę później.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szósty sen Jutro należy do kotów Głos Ziemi Mikroludzie Trzecia ludzkość Tajemnica bogów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha