Zawsze przy tobie

Zawsze przy tobie

Autorzy: Lucie Whitehouse

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.09 zł

Gdy malarka Marianne Glass ginie, spadając z dachu swojego domu, wszyscy postrzegają jej śmierć jako nieszczęśliwy wypadek. Jedynie Rowan Winter, niegdyś jej najbliższa przyjaciółka, podejrzewa, że prawda jest zupełnie inna. Marianne od zawsze cierpiała przecież na paraliżujący lęk wysokości. Nigdy nie podeszłaby tak blisko krawędzi dachu.

W młodości Marianne i jej rodzina były dla Rowan, osieroconej przez matkę, namiastką świata sławy i nieskończonych możliwości. Gdy drogi dziewcząt się rozeszły, Rowan mogła śledzić życie dawnej przyjaciółki tylko na okładkach magazynów opisujących jej błyskawiczną karierę w londyńskich kręgach artystycznych i romans z właścicielem galerii sztuki. Teraz czuje, że jeśli chce zrozumieć, co naprawdę przytrafiło się Marianne, musi wiedzieć znacznie więcej. Czy artystka zmagała się z depresją? A może groziło jej jakieś niebezpieczeństwo?

Im głębiej szuka, tym bardziej niebezpieczny obrót przybierają sprawy. Tajemnica z przeszłości Marianne, którą znała tylko Rowan, nagle sprawia, że dziewczyna zaczyna martwić się o własny los…

 

„Doskonały thriller psychologiczny o decyzjach, które na zawsze nas definiują.” − Kirkus Review

„Lektura obowiązkowa dla wielbicieli Dziewczyny z pociągu!” − Amanda Eyre Ward

„Pasjonujący, pełen zwrotów akcji thriller psychologiczny, który rozgrywa się na granicy pomiędzy miłością a obsesją.” − Booklist

Tytuł oryginału:

Keep you close

Copyright © 2016 by Lucie Whitehouse.

Originally published by Bloomsbury Publishing.

Translation rights arranged by Anderson Literary Management LLC, and Andrew Nurnberg Associates International Ltd.

All rights reserved.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie autorki na okładce: © Jaime Turner

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-764-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Jeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Sześć

Siedem

Osiem

Dziewięć

Dziesięć

Jedenaście

Dwanaście

Trzynaście

Czternaście

Piętnaście

Szesnaście

Siedemnaście

Osiemnaście

Dziewiętnaście

Dwadzieścia

Dwadzieścia jeden

Dwadzieścia dwa

Dwadzieścia trzy

Dwadzieścia cztery

Dwadzieścia pięć

Dwadzieścia sześć

Dwadzieścia siedem

Dwadzieścia osiem

Dwadzieścia dziewięć

Trzydzieści

Trzydzieści jeden

Trzydzieści dwa

Trzydzieści trzy

Trzydzieści cztery

Trzydzieści pięć

Trzydzieści sześć

Trzydzieści siedem

Trzydzieści osiem

Trzydzieści dziewięć

Czterdzieści

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Pamięci Old Fingera, mojego cudownego taty

Jamesa Paula Whitehouse’a, 1938–2014

Prolog

Zanim otworzy drzwi, nim jeszcze postawi stopę na podjeździe, już zachowuje czujność. Wie, że on tam jest, powiedział, że będzie, a jednak w domu panuje ciemność. Gdyby z jakiegoś powodu wyszedł, posłałby jej esemesa – Poszedłem kupić wino. Wracam za 10 minut – ale kiedy sprawdza telefon, wiadomości nie ma.

Księżyc wsuwa się w lukę pomiędzy chmurami, przelotnie nadając blask ślepym oczom domu. Wciąż jest wcześnie, jeszcze nie ma siódmej, choć przy tej pustce na ulicy, przy braku odgłosów towarzyszących ludzkim poczynaniom wydaje się, że to środek nocy. Jedyny ruch powoduje wiatr szeleszczący liśćmi żywopłotu, grzechoczący cienkimi gałązkami wierzby chylącej koronę nad podjazdem.

Ogląda się przez ramię, potem idzie żwirowaną ścieżką do schodów. Lampa nad drzwiami jest wygaszona, po omacku znajduje więc klucze w torebce.

Dziwny nacisk na drzwi bardziej niż zwykle utrudnia ich otwarcie, jakby ktoś napierał na nie z drugiej strony. Kiedy się odwraca, żeby je zamknąć, odnosi wrażenie, że z domu nadchodzi poryw wiatru i trzaska nimi. W ciszy ten odgłos brzmi brutalnie.

Nie wyobraziła sobie tego: wiatr istotnie wieje ze środka. Gdzieś musi być otwarte okno, ale gdzie? Nie z frontu, przecież by zauważyła. Dlaczego jednak miałby otwierać okno? Na zewnątrz jest poniżej zera.

Coś się stało. W chwili gdy tak myśli, już wie, że ma rację.

– Halo?

Zapala światło i wokół niej materializuje się hol. Uświadamia sobie, że przeciąg dociera od schodów. Staje przy nich i woła, ale znowu nie dostaje odpowiedzi. Salon jest otwarty. Gwałtownie włącza lampę, podbiega do kominka i chwyta pogrzebacz.

Kiedy wchodzi na podest, strach niczym pięść ściska jej żołądek. Zimne powietrze dociera z najwyższego piętra. Z pracowni. Wspina się po ostatnim biegu schodów z pulsem dudniącym jej w skroniach.

W poświacie księżyca dostrzega szkice chaotycznie rozrzucone na stole i podłodze. Na widok otwartego świetlika i rozłożonej pod nim drabiny wypuszcza pogrzebacz, a ten z głośnym szczękiem spada na ziemię. Robi się jej niedobrze ze strachu, ale teraz przerażenia nie wywołuje w niej włamanie ani nawet intruz.

Kiedy wchodzi po drabinie, ręce jej dygoczą.

On czeka na nią na samej górze. Perspektywa sprawia, że jest gigantyczny, stopy ma szeroko rozstawione. Wiatr szarpie arkuszem w jego dłoniach, a ona nie musi patrzeć na papier, by wiedzieć, co to jest. Straciła go na zawsze, to nie ulega wątpliwości – jego twarz jest zamknięta. Twarda. Mściwa.

Papier wydyma się i trzeszczy, miotany wiatrem. Zrobiłaby wszystko, dosłownie wszystko, by wyrwać mu arkusz z rąk i wymazać zawartość z jego pamięci. By cofnąć się choć o jeden dzień.

Za nim jest krawędź dachu. Ona wyczuwa jej moc, wytwarzane przez nią pole siłowe, to dziwaczne przyciąganie i odpychanie. Jest taka surowa, niczym niechroniona – upadek z trzeciego piętra, śmierć niemal pewna. On dostrzega, na co ona patrzy, i przesuwa się w bok.

– Zrób to – mówi.

Jeden

Z opakowaniem ryby z frytkami grzejącym ją pod pachą Rowan kręciła kluczem w zamku.

– No, dalej.

Wyjęła klucz i wepchnęła go ponownie w chwili, gdy zaprogramowana na czas lampa się wyłączyła, pogrążając hol w mroku. Równocześnie rozległ się przeraźliwy dzwonek komórki.

– Na litość boską. – Zostawiając klucz w zamku, wyciągnęła telefon z kieszeni. Jego ekran był jaskrawym prostokątem w ciemności. Numer londyński, ale obcy. – Słucham? – Zniecierpliwienie sprawiło, że stała się opryskliwa.

– Rowan?

Nie słyszała tego głosu od lat, od dekady, a mimo to momentalnie go rozpoznała. Brzmiał niesamowicie, jakby sięgał przez czas i przestrzeń niczym światło z odległej gwiazdy. Uderzenie serca było jak cios w mostek. Dopiero po kilku sekundach zdołała wykrztusić:

– Jacqueline?

– Tak. Tak, to ja. Och, tak się cieszę, że się do ciebie dodzwoniłam, dzięki Bogu. Nie wiedziałam, czy nadal masz ten numer, nie było cię w jej komórce. Znalazłam stary adresownik, ale w większości jest bezużyteczny, wszyscy się poprzeprowadzali i zmienili numery albo…

– Ja nie. – Żołądek Rowan się ścisnął i pomimo zimna nagle poczuła pot na czole. Marianne coś się stało. – Co u ciebie? Co u…

W słuchawce rozległ się niski lament, pojedyncza wiercąca nuta. Trwał i trwał, w rzeczywistości tylko przez pięć lub sześć sekund, choć Rowan wydawało się to nieskończonością. Znała ten odgłos, wiedziała, jak czas wokół niego się rozciąga, traci swą wagę, staje się żartem. Bolesny, pusty rodzaj straty, której nigdy nie da się złagodzić.

– Mam… złamane serce – powiedziała Jacqueline, jakby po raz pierwszy rozumiała prawdziwe znaczenie tego wyrażenia. Po krótkiej przerwie dodała: – Marianne nie żyje, Rowan. – I znowu ten odgłos, upiorna, straszna nuta. – Spadła z dachu do ogrodu. Jej szyja…

Przelotny obraz, ziemia usuwająca się spod nóg i przerażający widok ciała w powietrzu.

Jacqueline mówiła przez łzy:

– To się stało w niedzielę wieczorem, w śniegu, ale znaleziono ją dopiero w poniedziałek rano. Całą noc była na dworze, w ciemności. Przemakała i zamarzała. Jej skóra… Rowan, powiedzieli mi, że palce miała zamarznięte. Nie mogę znieść myśli o tym, ale nie umiem przestać… – Urwała, wybuchając rozpaczliwym szlochem.

Dłonie Marianne: długie palce z krótko obciętymi paznokciami ze względu na pracę, zawsze poplamione tuszem lub farbą. Dłonie: zamarznięte, białe. Rowan zamknęła oczy, czując, jak zalewa ją fala bólu i przerażenia.

W ciemnym holu szloch Jacqueline był straszny, nie do zniesienia. Rowan wyciągnęła rękę i przesunęła po zimnej ścianie. Cholera, gdzie ten kontakt? Sama była na granicy łez, wzbierający żal groził, że przejmie nad nią władzę. Wzięła głęboki wdech, mimo to głos jej drżał, gdy powiedziała:

– Spadła: to znaczy, że… się pośliznęła?

Usłyszała po drugiej stronie wysilone przełknięcie, wyraźną próbę odzyskania kontroli nad sobą.

– Policja powiedziała, że to był wypadek. Marianne wychodziła tam na papierosa, kiedy pracowała, pamiętasz, prawda?

Pamiętam wszystko.

– Nadal tak robiła?

– Zaśnieżony dach był na pewno śliski i… pośliznęła się – odparła Jacqueline, a Rowan z przerażeniem pojęła, że próbuje samą siebie o tym przekonać. – Ale nikt jej nie widział. Nikt nie może nam powiedzieć, co naprawdę się stało. Po śmierci Seba… strasznie się martwiłam, zakazałam jej tam wchodzić, pamiętasz?

– Tak. Tak, pamiętam. – Rowan czuła gęsią skórkę, lodowaty dreszcz na plecach. – Jacqueline, czy istnieje ewentualność, że mogła…? – Słowo nie chciało przejść jej przez gardło. – Ona nie…? To znaczy czy miała nawrót? Nawrót depresji.

– Nie, nie sądzę. Powiedziałaby mi, prawda? Nie ukrywałaby tego? Chociaż sama nie wiem, bo jeśli myślała, że to by mnie zraniło… – I znowu odgłos przełykania. – Jakby coś mogło mnie zranić tak mocno jak to.

– Działo się coś, co mogło ją przygnębić? Spowodować nawrót?

– Nie. Wszystko układało się bardzo dobrze. Przygotowywała się do wystawy w Nowym Jorku, indywidualnej… – Jacqueline umilkła i przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

Z dworu dobiegły kroki i szczękanie kluczy. Zanim Rowan zdążyła się opanować, drzwi otworzyły się szeroko i facet o lisiej twarzy z mieszkania na parterze zapalił światło. Mrugając, podniosła rękę, jakby należało się spodziewać, że będzie stała w ciemności. Czuła jego wzrok na plecach, gdy z wysiłkiem przekręciła klucz w zamku. Drzwi w końcu się otworzyły, odsłaniając znajdujące się tuż za nimi schody.

– Jacqueline – zaczęła Rowan, ale gardło miała wysuszone; odkaszlnęła, próbowała przełknąć ślinę. – Tak strasznie mi przykro. Jak mogę ci pomóc? Nadal jestem w Londynie, na południowym brzegu rzeki. Jeśli czegoś, czegokolwiek będziesz potrzebowała, powiesz mi? – Weszła na górę i skręciła do kuchni, gdzie wrzuciła torbę z rybą i frytkami do kosza na śmieci. – Studiuję, więc jestem elastyczna, znajdę czas.

– Dziękuję. – Nastąpiła kolejna przerwa. Kiedy Jacqueline znowu przemówiła, w jej głosie brzmiała ostra nuta, którą Rowan wcześniej słyszała tylko raz, w tamten straszny wieczór w kuchni. – Rano miałam telefon.

Rowan poczuła lodowatą dłoń na karku.

– Telefon?

– Od jakiegoś obrzydliwego kretyna z „Mail”. Chciał poznać moją „reakcję”. Moją reakcję. Możesz to sobie wyobrazić? – Tamten straszny świszczący lament teraz zmieszał się ze śmiechem. – A jego zdaniem jaka miała być moja reakcja?

– Boże, to… potworne.

– I to nie tylko „Mail”, wszyscy tu są. Jestem oblężona.

– Co?

– Jak w dawnych czasach ludzie z aparatami siedzą w samochodach po drugiej stronie ulicy. Czekają. Nienawidzę ich – powiedziała Jacqueline zapalczywie. – Mam ochotę wyjąć ze schowka pod schodami stary kij do krykieta Adama, pójść tam i rozwalić im czaszki. Zrobiłabym to, gdyby nie on, zrobiłabym. Wyobrażasz to sobie? Moja fotografia na pierwszej stronie „Mail”, na której mam zapadnięte oczy i wyglądam jak szalona. Pogrążona w rozpaczy matka malarki związanej ze skandalem seksualnym atakuje. – Śmiech zmienił się w szloch.

– Jacqueline… – Ale co Rowan mogła powiedzieć? Jakie słowa cokolwiek zdołałyby zmienić?

– Wszystko w porządku. – Jacqueline z wysiłkiem zapanowała nad płaczem. – Sprawa ucichnie, kiedy się zorientują, że nie ma świeżego mięsa. Powtórzą stare historie i przerzucą się na nową sensację. Gdyby jednak trafili do ciebie, czy mogłabyś…?

– Nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby z nimi rozmawiać.

– Dziękuję. – W głosie Jacqueline zabrzmiała prawdziwa ulga. – Rowan, posłuchaj, wiem, że przestałyście się kontaktować z Marianne, ale byłaś bardzo ważną częścią jej życia, nie tylko jej, nas wszystkich także.

– Kochałam ją i was.

– Proszę, przyjdź na pogrzeb. Byłoby dobrze, gdybyś wzięła w nim udział. Odbędzie się w przyszły czwartek w krematorium w Oksfordzie. Wszyscy chcielibyśmy, żebyś na nim była. My… – Urwała, kiedy to do niej dotarło. – To znaczy ja i Adam. Oboje. Brakowało nam ciebie. Mówiłam Marianne, że powinna się z tobą skontaktować, że w przypadku prawdziwej przyjaźni nie liczy się jakaś głupia kłótnia i zerwanie relacji, jakkolwiek długo może trwać.

– To była też moja wina. Powinnam… – Ale co? Czego nie zrobiła, a powinna była zrobić?

Rowan stała z telefonem w dłoni, czując, jak wiadomość wibruje w jej ciele. Marianne nie żyje. Żałoba była coraz bliżej, nabierała mocy, by wreszcie zalać ją falą rozpaczy. Rowan chwiejnie podeszła do sofy, zrzuciła książki na podłogę i położyła się zwinięta w kłębek, jakby ktoś ją bił, jakby ciosy spadały na jej głowę i plecy. Marianne nie żyje. Znalazła się poza zasięgiem. Rowan już nigdy jej nie zobaczy ani z nią nie porozmawia.

Płakała bezgłośnie, jakby smutek był zbyt potężny, żeby wyrazić go dźwiękiem. To była sprawa fizyczna, cielesna: bolały ją plecy, bolały rozciągnięte policzki, bo usta szeroko się otworzyły. Wstrząsnęła nią głębia tej sytuacji: utraciła Marianne jako przyjaciółkę lata temu, przecież po tak długim czasie naprawdę nie mogła myśleć, że się pogodzą, że znowu będą blisko. Teraz wiedziała, że po części nadal miała nadzieję, hołubiła pomysł, że pewnego roku przyjdzie kartka na Boże Narodzenie z ostrożną wiadomością, ale ta możliwość została ostatecznie wykluczona. Na tym to polegało. Kropka. Wyrok ostateczny. A ogłoszenie go – cóż za ironia losu – okazało się jej pierwszym od dziesięciu lat kontaktem z rodziną Glassów.

Kiedy łzy przestały płynąć, usiadła. Czuła się obolała, pusta. Wstając, złapała odbicie swoich podpuchniętych oczu w tanim lustrze z lat sześćdziesiątych nad kominkiem. Skórę miała pożółkłą, ciemne – taki był ich kolor zimowy – odrosty pojawiły się we włosach, które sięgały kilka centymetrów za ramiona, a przy tej długości ciężar zabijał puszystość. Powinna je obciąć przed pogrzebem. Zastanawiała się, czy Jacqueline i Adam pomyślą, że się zmieniła. Wątpiła w to: w gruncie rzeczy wyglądała tak samo. Jej twarz nadal była okrągła i pozbawiona zmarszczek, wprawdzie nie tak przykuwająca uwagę i elegancka jak u Marianne, gdy ta miała szesnaście lat, ale ładna w bezpieczny staroświecki sposób, którego Rowan nigdy szczególnie nie lubiła – jak u dziewczyny z wiktoriańskiej reklamy mydła.

Podeszła do okna i podniosła żaluzję, uwalniając ścianę zimnego powietrza przedzierającego się przez spróchniałą framugę, której właściciel ze skąpstwa nie chciał wymienić. Wiatr gnał podświetlone chmury ponad dachami domów, grzechotał koroną wiśni. Drzewo sprawiło, że Rowan zdecydowała się na wynajem, bo kiedy z agentką oglądały lokal, otaczała je burza zalotnych kwiatów.

– Jak różowe majtki z falbankami z Folies Bergères – powiedziała, a kobieta spojrzała na nią jak na wariatkę.

Po drugiej stronie drogi za zasłoniętymi oknami staruszki, która codziennie rano stała w progu i strofowała swojego nieszczęsnego psa rasy Jack Russell w języku dla Rowan kompletnie nie do zidentyfikowania, migotało niebieskie światło. Ulica wyglądała na pustą.

Po niedzielnym śniegu, odgarnianym i usuwanym właściwie w trakcie spadania, w poniedziałek rano nie został ślad. Teraz świat był namoknięty, błotnisty, śmieci i zeschłe liście kleiły się do chodnika. Rowan wyobraziła sobie ogród przy Fyfield Road: biały trawnik, szerokie kamienne stopnie na patio przykryte czapami puchu, gałęzie srebrnej brzozy niczym koronka na tle kremowego nieba. Obraz był rześki i czysty jak zimowe światło i Rowan poczuła przypływ tęsknoty, ale szybko ją stłumiła. Śnieg przy Fyfield Road nie był doskonały, tylko śmiertelnie niebezpieczny.

Zmusiła się, by zanalizować szczegół, która uderzył ją w chwili, gdy o nim usłyszała. Ta historia nie miała sensu, w każdym razie nie w wersji, w którą chciała wierzyć Jacqueline. Marianne nie mogła się pośliznąć. Miała lęk wysokości, paraliżujące zawroty głowy: nigdy nie zbliżała się do krawędzi dachu na odległość mniejszą niż sześć metrów. Bywały tam niezliczoną ilość razy i nigdy nie oddaliła się – nie odsunęła – na metr od klapy. Ani razu.

Rowan z trzaskiem szarpnęła żaluzję i zamknęła ją. Serce waliło jej o żebra, gdy z frontowego pokoju wyszła na wąski korytarz. Otworzyła drzwi sypialni, jak zwykle czując powiew zimna. Pochylona, delikatnie przesuwała ręką w ciemności, aż natrafiła na jutowy abażur lampy na nocnym stoliku. Uklękła na starym dywaniku i po omacku poszukała pod łóżkiem błyszczącego kartonowego pudła. Znalazłszy je, na sekundę znieruchomiała, po czym wyciągnęła je do światła.

Najpierw przez minutę patrzyła, ale niczego nie dotykała. Pierwotnie zawierało drogi papier do drukarki, w kolorze kości słoniowej, który kupiła u Raymana na ostatnim roku studiów, kiedy zaczęła myśleć o podaniach o pracę. W sierpniu zeszłego roku po zerwaniu z Andersem spakowała rzeczy do samochodu, a pudło ostrożnie ustawiła na siedzeniu pasażera, w zasięgu ręki. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio je otwierała. Wydawało się, że z biegiem lat nabrało ciężaru i teraz miało w sobie moc, znaczenie. Słysząc pulsowanie krwi w uszach, pomyślała, że to nie jej serce bije, ale serce pudełka: otwórz, otwórz, otwórz.

Marianne nie żyje, Rowan.

Pośpiesznie je podniosła i odwróciła do góry nogami. Taśma klejąca pożółkła; kiedy Rowan spróbowała ją oderwać, małe odłamki wbiły się jej pod paznokieć kciuka. Rozległo się ciche pst ssania, gdy podniosła wieko.

Na wierzchu leżała zwinięta bibułka, która trzymała zawartość na miejscu. Zaraz pod nią była dłoń z palcami skierowanymi w stronę wnętrza – jej dłoń: krótkie okrągłe paznokcie, wyraźna żyła na kłykciu palca wskazującego, blizna w kształcie łzy na kciuku, którą miała od piątego roku życia, kiedy to pani Robinson zapewne całą uwagę skupiła na popołudniowym talk-show w telewizorze, a Rowan wbiła pięść w szybę w kuchennych drzwiach. Rysunek był czarno-biały, wykonany tuszem na kartce wyrwanej ze szkicownika, ale miał w sobie energię, realność, ożywiał dłoń. Nawet ktoś, kto wcześniej nie widział prac artystki, wiedziałby, że jest dobry. Nie, nie dobry – wyjątkowy.

Otwarta dłoń spoczywała na pojedynczej linii kończącej się zawijasem jak młode pędy paproci: podłokietnik tamtego pikowanego fotela. W głowie Rowan pojawiło się wyraziste wspomnienie. Sobotni poranek pod koniec maja albo na początku czerwca, ciepło już o dziewiątej. Marianne była ubrana w koszulkę w czerwono-białe paski i dżinsowe ogrodniczki, włosy zwinęła w węzeł na czubku głowy, na bosych stopach miała brudne tenisówki marki Green Flash. Fotel stał na chodniku przed domem przy Observatory Street. Antyk z uroczymi podłokietnikami i nogami zakończonymi łapami, ale obity na nowo jaskrawym wiśniowym aksamitem i wypchany tak bardzo, że przypominał bujny biust. Marianne przystanęła, zawsze doceniała dysonanse.

– Jak byś go scharakteryzowała? – zapytała. Ciągle się w to bawiły, wzajemnie się prowokując: opisz ten kolor, to niebo, tego mężczyznę.

– Uderzająco niestosowny: jak mrugająca gwałtownie królowa nocy wywleczona z domu schadzek na światło chrześcijańskiego poranka – odparła Rowan.

Marianne się roześmiała.

– Trafiłaś w sedno. – Wyciągnęła rękę i pogłaskała aksamit. – Jest cudny. Chcę go namalować.

– Weź go – rozległ się głos. Odwróciły się i zobaczyły mężczyznę w dżinsach i baseballówce, który stał w progu domu. – Mówię poważnie. Należał do mojej ciotki, nigdy go nie lubiłem i dlatego wystawiłem. Jeśli chcesz, możesz go wziąć.

Ciągnąc za podłokietniki, zawlokły fotel na Fyfield Road. Był ogromny i ciężki.

– Jakbyśmy targały starego pijaka – powiedziała Marianne. Pokonanie mniej niż półtora kilometra zajęło im półtorej godziny i wydarzenie nabrało heroicznego wymiaru: Marianne i Rowan kontra Fotel. Była krew, kiedy Marianne zraniła się w palec na nieheblowanym drewnie pod siedzeniem, były pot i łzy histerycznego śmiechu, gdy wreszcie dotarły do domu i Adam, który otworzył im drzwi, powiedział:

– Dlaczego nie zadzwoniłyście? Przyjechałbym po was samochodem.

Nagle obraz się zamazał i Rowan dłonią wytarła oczy. Ból w piersiach narastał. Jak to możliwe, że Marianne nie żyje?

Chwyciła rysunek za rogi, wyjęła z pudła i położyła na dywanie w kręgu światła padającego z lampy. Poniżej znajdował się następny szkic jej dłoni, tym razem trzymający wiktoriańską szklankę rytą w jaskółki w locie, z ogonami tworzącymi zwężające się maleńkie V. Z dwóch kolejnych na jednym ma dłonie złożone jak do modlitwy, na drugim trzyma stare wydanie Jądra ciemności w miękkiej oprawie.

W sumie miała siedem szkiców swoich rąk, choć przez lata Marianne musiała wykonać ich czterdzieści albo pięćdziesiąt, ołówkiem i węglem, atramentem i tuszem, jedne były sporządzone pośpiesznie, impromptu, na odwrocie koperty, inne staranie upozowane i dopracowane. Taki miała warsztat: rysowała obiekty raz po raz, dopóki rezultat jej nie satysfakcjonował, dopóki to, co było na papierze, nie odzwierciedlało w każdym szczególe jej intelektualnej koncepcji. W pudle było też kilka rysunków misternego srebrnego flakonika na sole trzeźwiące odziedziczonego przez Seba, talerza z opadłymi, nadgniłymi owocami oraz szarego pasiastego kota, który często wdrapywał się przez płot z ogrodu Dawsonów. Jacqueline miała alergię, ale pewnego popołudnia Marianne wpuściła zwierzaka do kuchni, gdzie ten od razu umościł się na sofie, na której jej mama lubiła czytać.

Czytać? Nagle z pudła dobiegł głos Marianne, głęboki, suchy i tak bliski, jakby siedziała na łóżku. Drzemać, chciałaś powiedzieć. Bądźmy szczere w tej kwestii.

Rowan poczuła, że się uśmiecha, i oczy zaszły jej łzami. Pośpiesznie wytarła je mankietem, zanim zdążyły spaść i zniszczyć szkice. Po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że poza wymiarem osobistym mogą mieć też wartość finansową. Już obrazy z pierwszej wystawy Marianne sprzedano po kilka tysięcy funtów każdy, a wtedy była niemal nieznana. A teraz oczywiście zbiór jej dzieł był ostatecznie zamknięty, co znacząco wpłynie na ceny.

Na razie rysunki miały format A4 lub mniejszy – tutaj był szkielet liścia ostrokrzewu na jasnoniebieskiej kartce z notatnika Basildon Bond, zarys żyłek tak perfekcyjnych jak w pajęczynie – ale głębiej w pudełku znajdował się kilkakrotnie poskładany gruby arkusz papieru. Rowan delikatnie rozłożyła go na łóżku, był długi na jakieś półtora metra.

Oto ona, narysowane węglem jej nagie dziewiętnastoletnie wcielenie. Siedziała na kuchennym taborecie, bose stopy oparła o drążek, głowę miała odwróconą i pochyloną, przez co twarzy nie było widać, włosy upięte, ponieważ Marianne chciała studiować „maszynerię”, jak to nazwała, jej szyi i pleców: mięśnie, okrągłe kości na czubku kręgosłupa, bliźniacze ścięgna, gdzie kark spotyka się z ramionami. Kości łopatki były narysowane ostrą linią, krawędzie zacienione kreskowaniem. Czy wtedy mniej ważyła? Rowan spojrzała na swoją szyję i pomyślała, jaka była wąska, jaka krucha.

Jej szyja.

Rysunek wykonano pod koniec roku, może w grudniu. Kiedy przed przystąpieniem do pracy jadły lunch w kuchni, doszło do oberwania chmury i grad zbombardował ogród. W domu było zimno, musiały odczekać pół godziny, zanim farelka na tyle nagrzała pokój Marianne, że Rowan mogła się rozebrać.

Rysunek zajął Marianne całe popołudnie. Rowan ze wzrokiem utkwionym w podłodze obserwowała, jak w zmierzchającym zimowym świetle cień trójnoga pogłębia się i rozlewa niczym plama lepkiego tuszu. Marianne pracowała w milczeniu, ciszę przerywały tylko słaby szum grzejnika i szuranie jej stóp, gdy przestawiała sztalugi. Kiedy grzejnik się wyłączał, co zdarzało się często, Rowan słyszała skrobanie węgla po papierze i oddech Marianne. Dostosowała do niego własny, równocześnie brały wdechy i wydechy, przez co pozowanie zmieniło się w medytację. Jej umysł się opróżnił, za to zyskała niezwykłą świadomość ciała: włosków na ramionach, które się podniosły tuż przed kolejnym włączeniem się grzejnika, tego, jak prosty jest jej kręgosłup, ścięgien w stopach napiętych na drążku. Czas stał się płynny, wyobrażała sobie, jak opływa nogi taboretu, a potem do głowy przyszła jej myśl, że to, co robią, jest tworzeniem kogoś innego, trzeciej osoby w przestrzeni pomiędzy nimi dwiema: tego obrazu, który Marianne rysowała na papierze, wykorzystując własny mózg i oczy oraz ciało Rowan.

Klęcząc na dywanie, Rowan pochyliła się i dotknęła czołem rysunku. Ból w piersiach rozprzestrzenił się do brzucha. Usiadła i palcem powiodła po nakreślonej węglem linii własnych pleców, łuku biodra, zaokrąglonym kwadracie ramienia. Ręka Marianne tu była, muskała papier, rysując linie tworzące tę inną osobę, Rowan-cień, która będzie miała dziewiętnaście lat i na zawsze pozostanie jej przyjaciółką.

Usiadła na piętach. Jakąkolwiek te rysunki mogły mieć wartość, nie sprzeda ich, chyba że dosłownie będzie jej grozić śmierć głodowa.

A nawet wtedy jednego w żadnym razie by się nie pozbyła. Nadal leżał na samym dnie pudełka, owinięty w kilka warstw bibułki i starannie oklejony taśmą. Rowan delikatnie go podniosła. Jak pozostałe był leciutki jak piórko, pojedyncza karta wydarta ze szkicownika, kiedy jednak spoczywał teraz na jej rękach, wyczuwała, jaki jest solidny, jaki ciężki. Odwróciła pakunek i przyjrzała się uważnie starej taśmie, chociaż nie było potrzeby jej zrywać, oglądać rysunku. Wystarczyła świadomość, że tu jest.

Dwa

Stos poczty w holu świadczył o częstotliwości, z jaką lokatorzy budynku tędy przechodzili. Był wysoki na czterdzieści centymetrów i wraz z mijającymi tygodniami rozrastał się coraz bardziej wzdłuż ściany. Za każdym razem, kiedy wracała do domu, nim inni zeszli na dół i zabrali pocztę z wycieraczki, znajdowała korespondencję do trzech, czterech poprzednich mieszkańców ze znajomymi nazwiskami, którzy niedawno się przeprowadzili, choć często zdarzały się też nazwiska kompletnie obce. To nie były tylko ulotki i katalogi, ale rzeczy ważne: karty rejestracyjne wyborców, listy z banku, pocztówki urodzinowe. Papierowe dowody chaotycznego życia.

Tego wieczoru nie była pierwsza – na ulicy z kilkuset metrów usłyszała dudnienie basu – i poranna poczta już została rzucona na stos. Nie spodziewała się niczego i pewnie nawet by nie sprawdziła, gdyby na wierzchu nie zobaczyła wyciągu z Barclaysa. Upewniła się – tak, do niej – wzięła go i znieruchomiała.

Pod nim leżała kremowa koperta rozmiaru i kształtu pocztówki z jej nazwiskiem i adresem wypisanym czarnym atramentem. Charakter pisma rozpoznała od razu.

Szok był niczym błysk fleszu. Wąski korytarz zniknął, zastąpiony przez białe światło i ciszę, potem wszystko wróciło: dudniący bas za cienkimi drzwiami, chaotyczny wzór popękanych kafelek na podłodze, nagle wywołujący zawrót głowy. Jak pudło ze szkicami, koperta także pulsowała energią. Tak jak wtedy, kiedy w dzieciństwie Rowan stanęła pod słupem wysokiego napięcia i usłyszała mruczący nad głową prąd elektryczny. Żywy. Śmiertelnie niebezpieczny.

Właśnie teraz, po dziesięciu latach i nazajutrz po telefonie Jacqueline: to nie może być przypadek.

Rowan wahała się sekundę dłużej, potem złapała kopertę, jakby ktoś z parterowego mieszkania mógł wypaść na korytarz i ją zabrać. Przyciskała ją do piersi, otwierając drzwi i odwracając się niezręcznie na pierwszym stopniu, by zamknąć je na klucz i założyć zasuwę.

Gdyby miała papierosy w domu, zapaliłaby. Nie miała, nalała więc wina do kieliszka i wypiła je jak lekarstwo, przemierzając niewielką odległość pomiędzy zlewem a oknem w salonie. Bas dobiegający przez sufit był teraz jak bicie serca. Placebo albo Muse, dudniąca, niespokojna muzyka.

Koperta leżała na stole: magnes o nieustannie zmieniających się biegunach, który to przyciągał, to odpychał. Chciała ją otworzyć, ale na samą myśl robiło się jej niedobrze.

Pismo Marianne: szeroko rozmieszczone litery, ich górne i dolne części wznosiły się i opadały niczym wykres na urządzeniu monitorującym pracę serca. Niezwykle dziwnie było znowu oglądać je po tak długim czasie, jakby dostała korespondencję z innego życia. W czasie studiów pisywały do siebie, listy krążyły pomiędzy Oksfordem a Londynem co kilka dni. Oczywiście wysyłały także esemesy i mejle, ale listy były inne, długie i dygresyjne, pisane późną nocą, jakby nie uzgadniając tego, kontynuowały rozmowy, które prowadziły w pokoju Marianne po zgaszeniu światła, gdy w ciemności leżały w łóżkach. Rowan wypatrywała tego pisma od dziesięciu lat, najpierw codziennie, a potem, chroniąc się przed rozczarowaniem, coraz rzadziej, aż wreszcie pozwalała sobie na nadzieję tylko w okolicy ważnych dat: Bożego Narodzenia, Nowego Roku, urodzin. Rocznicy.

Adres był aktualny – to też wiele mówiło. Marianne wiedziała, dokąd wysłać list, co oznaczało tylko jedno: że dostała kartkę na Boże Narodzenie od Rowan i ją otworzyła. Zachowała. Pomimo wszystko na tę myśl serce wezbrało jej wzruszeniem.

Na stemplu widniała data sprzed pięciu dni – Marianne nadała list na dzień przed śmiercią. Pięć dni. Tyle czasu trwało dostarczenie go z oddalonego o sto kilometrów Oksfordu. A może leżał na stosie już wcześniej? W tym tygodniu Rowan codziennie wracała późno, ani razu nie zabrała poczty z wycieraczki. Może istotnie wcześniej go nie zauważyła. Może przez pomyłkę zabrali go ze swoją pocztą lokatorzy z parteru. Marianne umarła wieczorem – niewykluczone, że leżał u nich w kuchni, kiedy spadła z dachu przy Fyfield Road.

Rowan napiła się wina i wzięła kopertę. Trzęsącymi się rękami rozdarła ją i wyciągnęła kremową kartkę, na której widniało to samo czarne pismo.

Muszę z Tobą porozmawiać.

Nic więcej, żadnego podpisu, nawet inicjału, ale też nie było takiej potrzeby. Rowan po omacku wysunęła krzesło i usiadła. Wpatrywała się w kartkę i słowa zaczęły pulsować, zamazywały się, by zaraz nabrać znowu wyrazistości.

Dlaczego? Co się stało? Ponieważ coś się stało, kartka usuwała wszelkie wątpliwości.

Gwałtownie wstała, o mało nie przewracając krzesła, i kilkoma susami dopadła do zlewu, by zwymiotować wino i resztki lunchu. Kiedy się wyprostowała, warstwa potu na czole zaczęła ją ziębić.

Po tak długim czasie zaczynała wierzyć, że tamta sprawa może pozostać pogrzebana. Z każdym mijającym rokiem wyobrażała sobie, jak coraz bardziej się zapada, jak na wierzchu osiada nowa warstwa ziemi, utrudniając odkrycie. Teraz widziała, że była naiwna. To, co zrobiła Marianne, było tylko pogrzebane, lecz nie odeszło na zawsze. Uśpione, wyczekiwało na chwilę, gdy będzie mogło się poruszyć, przeciągnąć i wydostać na światło.

Trzy

Rowan mieszkała w Oksfordzie przez dwadzieścia lat, ale nigdy nie była w krematorium. Na udział w pogrzebie matki była za mała. Sprawdziwszy w sieci, dowiedziała się, że krematorium znajduje się na wschodnim krańcu miasta na polach za Headington. Jasne, to miało sens, nikt nie umieszcza tego rodzaju instytucji w centrum, mimo to lokalizacja wydawała się okrutna, jakby chodziło o przypomnienie zmarłym, że już są poza, w drodze do nicości.

Skręciła w aleję obrośniętą drzewami i prowadzącą przez namokły, ale nieskazitelnie przystrzyżony pas trawy poznaczony tu i tam krzewami róż i chuderlawymi drzewkami. Bez wątpienia zamierzonym efektem były spokój i porządek, choć zamiast tego odnosiło się wrażenie nieobecności życia. Krematorium było właściwie brzmiącym słowem: ceremonialnym, złowieszczym, ciężkim od ostateczności.

Sam budynek zbudowano z cegieł, którym deszcz nadał barwę kurkumy. Był parterowy i uderzająco prosty, jedyne urozmaicenie ścian stanowił rząd wąskich okien umieszczonych wysoko pod dachem pokrytym brzydkimi glinianymi dachówkami. Wyglądał jak publiczna toaleta.

Ale był komin, szczery i nieprzejednany. Gotowy. Rowan ogarnęło przerażenie: zamierzają ją spalić. Będą siedzieli i patrzyli, jak Marianne wtaczają do ognia.

Zaparkowała i napiła się wody, żeby zwilżyć usta. Koło okna samochodu przechodzili ludzie, jedni w odległości ledwo trzydziestu centymetrów, ale wszyscy garbili się pod parasolami, skupieni na tym, by zachować suche nogi, i niemożliwością było stwierdzenie, czy kogoś z nich zna. We wstecznym lusterku obserwowała, jak gromadzą się na ganku. Dochodziło wpół do pierwszej. Rowan poświęciła chwilę na zebranie się w sobie, po czym otworzyła drzwi i wystawiła parasol. Lodowate powietrze wydawało się rześkie, gdy biegła przez parking.

Czekało tak wielu ludzi, że z trudem znalazła miejsce pod dachem. Hol za wielkimi szklanymi drzwiami także był zatłoczony. Ile osób przyszło? Sto pięćdziesiąt? Dwieście? Mimo to panowała cisza, kilka prowadzonych szeptem rozmów zagłuszał szum deszczu padającego na asfalt.

Powietrze pachniało perfumami i mokrą wełną. Rowan złożyła parasol i się rozejrzała. Z jednej strony miała elegancką parę, oboje byli pod siedemdziesiątkę, jak oceniła, nienagannie wypielęgnowani. Musnęła dłonią płaszcz kobiety – miękki jak puch, na pewno kaszmirowy. Dla kontrastu z drugiej strony kobieta w motocyklowej kurtce i z mnóstwem kolczyków opierała policzek na ramieniu mężczyzny z ogoloną głową otulonego bawełnianym szalem z frędzlami. Tłum dzielił się chyba według takich kryteriów: ludzie dwudziesto-, trzydziestokilkuletni należeli do świata sztuki, a wyglądający na zamożnych starsi byli klientami Marianne, kolekcjonowali jej obrazy. Przyjrzała się uważnie twarzom, szukając Charlesa Saatchiego, słyszała plotki, że jest wielbicielem twórczości Marianne. Nigdzie go nie dostrzegła, ale oczywiście nie stałby na zewnątrz, prawda? Koło filarów rozpoznała człowieka, którego wiele lat temu spotkała na lunchu u Glassów – był kolegą Seba, także wykładowcą w college’u St. John’s – a potem z przerażeniem dostrzegła ciotkę Marianne, Susanne, i jej męża. Susanne była siostrą Jacqueline, podobną do niej jak dwie krople wody.

Tłum lekko zafalował, wszyscy równocześnie się wyprostowali, ciche rozmowy zamarły. Mężczyzna w garniturze otworzył szklane drzwi i Rowan usłyszała melancholijne początkowe nuty Koncertu wiolonczelowego e-moll Elgara. To z pewnością wykonanie Jacqueline du Pré, które Marianne najbardziej lubiła. Urywek wspomnień: leżą na podłodze w salonie domu przy Fyfield Road, za oknem wykuszowym zmierzch rozlewa błyszczące kolory, Marianne raz po raz wstaje, by przestawić igłę na początek utworu. Obie milczą, pozwalają, by muzyka oblewała je niczym woda, rozkoszują się jej dramatyzmem.

Za konturami głów i ramion w holu były wielkie otwarte drzwi, przez które wpadał snop słabego światła, a teraz pracownicy wnosili przez nie na ramionach ciemną trumnę. Czując, jak żołądek się jej ściska, Rowan dołączyła do tłumu wolno posuwającego się do przodu.

Kaplica okazała się o wiele większa, niż wydawało się z zewnątrz. Na podwyższeniu stały organy, solidny drewniany pulpit oraz wysoka na dwa metry kompozycja z lilii Stargazer, poza tym pomieszczenie sprawiało wrażenie gołego, ozdób było tu niewiele. Słabe styczniowe światło padało na białe ściany i dwanaście, może czternaście długich ław, nowoczesnych i bardzo prostych. Kiedy Rowan wreszcie weszła do środka, trumna z zielonymi gałązkami i białymi różami stała już na długim, przykrytym tkaniną krzyżaku. Patrzyła na nią z niedowierzaniem: ona tam jest, Marianne jest w tej skrzyni.

Przesunęła się w przedostatniej ławce, przyciskając się do kobiety obok, żeby jak najwięcej osób mogło usiąść. Spojrzała na przód kaplicy w poszukiwaniu Jacqueline i niemal od razu ją znalazła. Zajmowała miejsce w środku pierwszej ławki, wyprostowana jak struna, z odciągniętymi do tyłu ramionami, z uniesioną brodą, przez co jej profil i sławne czarne włosy podkreślała smuga światła padającego z wąskich okien. Jacqueline Lwie Serce. Po jej prawej z pochyloną głową siedział Adam, brat Marianne. Włosy miał teraz krócej ostrzyżone, fale zniknęły, w każdym razie z tyłu, ale jak wcześniej nadal były ciemne, niemal czarne. Jak włosy jego ojca. Na jego widok Rowan poczuła dziwną mieszaninę emocji, żal i bolesną nostalgię.

Mężczyzny z lewej nigdy na żywo nie widziała – to był nowy partner Jacqueline, irlandzki pisarz i komentator Fintan Dempsey. Partner czy chłopak: jak Jacqueline go nazwała? W wywiadzie, który Rowan niedawno czytała, powiedziała, że ma nadzieję być z nim do końca życia, nie chce jednak ponownie wychodzić za mąż. Po tym, co się stało z Sebem? – naciskał dziennikarz, łaknąc krwi, ale Jacqueline odparła, że nie, ma dzieci i ta część jej życia jest zamknięta, teraz przeszła do innej fazy. Wiek średni, stwierdził dziennikarz, a właściwie późny wiek średni. Czy odczuwa, że jej siła jako kobiety – kobiety, która zawsze była fizycznie atrakcyjna – zaczyna maleć? Rzucić granat, pomyślała wtedy Rowan, i odsunąć się na bezpieczną odległość.

Obok Dempseya siedziała kobieta – nie, dziewczyna – z długimi ciemnoblond włosami, której ramiona obejmował jej drugi sąsiad. Rowan patrzyła, jak dziewczyna przykłada chusteczkę do twarzy. Jej także nigdy wcześniej nie widziała, ale mogła się domyślić, kim jest, ponieważ obejmujące ją ramię należało do Jamesa Greenwooda, partnera Marianne.

Kaszlnięcie z głośników zwróciło uwagę zebranych. Elgar skończył się niezręcznie, stereo wyłączono w połowie akordu. Za pulpitem pulchny mężczyzna w sutannie i ciężkich okularach w kwadratowych oprawkach wygładził notatki i odchrząknął, dopiero potem podniósł wzrok.

– Witajcie, przyjaciele – powiedział z walijskim akcentem. – Zebraliśmy się tu dzisiaj, by uczcić życie Marianne Simone Glass. Już to, że tak tłumnie się zgromadziliście… przepraszam tych, którzy stoją… jest samo w sobie hołdem. – Ludzie się poruszyli, ci, którzy siedzieli, obejrzeli się na dwadzieścia, może trzydzieści osób stłoczonych z tyłu. – Jak wszyscy wiemy – ciągnął wikariusz, o ile nim był – chociaż życie Marianne zostało tak bardzo przedwcześnie tragicznie przerwane, było pełne i niezwykłe dzięki wielkiemu talentowi i osiągnięciom. Usłyszymy mowę matki Marianne, Jacqueline – wykonał coś w rodzaju lekkiego skłonu głową w jej kierunku – zaczniemy jednak od modlitwy i pierwszego z hymnów, Panie wszelkiej nadziei.

Odmówił modlitwę cicho, jakby obietnice wskrzeszenia i odrodzenia kierował bardziej do Marianne w trumnie niż do żałobników. Z pierwszych ławek dobiegł rozpaczliwy płacz, wznoszący się do tej pojedynczej nuty, którą Rowan usłyszała przez telefon. Odgłos sprawił, że oczy zaszły jej łzami, i zaczęła grzebać w kieszeni w poszukiwaniu chusteczek, okazało się jednak, że zostawiła je w samochodzie.

Poczuła ulgę, kiedy drobny blondyn wsunął się na taboret przy organach i bez żadnego wstępu zaczął grać. Zaskoczeni zebrani szybko wstali, ale dopiero po kilku wersach śpiew nabrał przekonującego brzmienia.

– Jacqueline – odezwał się pastor, kiedy ostatnie nuty ucichły i wszyscy znowu usiedli.

Rowan przechyliła się, bo widok zasłaniał jej siedzący przed nią mężczyzna, i patrzyła, jak Jacqueline wstaje. Adam nadal trzymał ją za rękę. Odwróciła się i coś do niego szepnęła. Przez tę chwilę Rowan widziała jej twarz. Poruszenie w sali, szybko stłumione głośne sapnięcia powiedziały jej, że inni też to zobaczyli. Jacqueline wyglądała, jakby ją pobito. Oczy miała tak napuchnięte, skórę wokół nich tak różową, że z pewnej odległości sprawiało to wrażenie skutków silnych ciosów. Dla kontrastu reszta jej twarzy była wychudła, bez kropli krwi w zapadniętych policzkach, a przez to biała jak kreda i dziwnie stara. Jacqueline miała sześćdziesiąt, może sześćdziesiąt jeden lat, ale zwykle wyglądała na dekadę młodszą. Dzisiaj nieznajomy nie zdziwiłby się, gdyby mu powiedziała, że ma siedemdziesiąt.

Wyprostowała się i podeszła do mikrofonu. Po kilku sekundach chwyciła się pulpitu i powiodła wzrokiem po kaplicy.

– Moja córka – zaczęła i zaraz urwała. Nie przyniosła ze sobą nic, żadnych notatek, ale oczy miała spuszczone i trzymała się pulpitu, jakby stała w wodnym wirze.

Rowan wyczuła napięcie w sali, nagły zbiorowy przestrach, że zaraz będą świadkami załamania Jacqueline. No, dalej, pomyślała. Dalej.

Z głośnym wdechem, jakby czerpiąc siłę z powietrza, Jacqueline się wyprostowała.

– Moja córka. Jakże jestem dumna, że mogę tu stać i wypowiadać te słowa, moje kochanie. – Spojrzała na trumnę i lekko kiwnęła głową: tak. – Nikt nie mógłby być dumniejszy z córki, niż ja jestem i zawsze będę z ciebie. – Na moment pochyliła głowę, ale zaraz znowu ją podniosła i spojrzała prosto przed siebie: Patrzcie na moją twarz. Nie wstydzę się. – Co mogę powiedzieć o Marianne? Była cudowna, po prostu cudowna. Wiem, że Angielka nie powinna mówić takich rzeczy o własnych dzieciach, ale ja to zrobię: była cudowna. Co nie znaczy, że doskonała… oczywiście, że nie, daleko od tego… ale miała wielkiego ducha. – Głos się jej załamał i odchrząknęła. – Składała się z przeciwieństw: czasami zapalczywa, ale dobra, bardzo dobra, czasami drażliwa i cholernie uparta, ale niezwykle lojalna. Jeśli kogoś kochała, to kochała, wybaczyłaby wszystko, przeszła po rozżarzonych węglach, żeby pomóc. Niekiedy wybierała samotność, potrzebowała jej, by myśleć i pracować, to było dla niej najważniejsze, lecz była także bardzo zabawna i miała wielu, wielu przyjaciół, którzy odwzajemniali tę miłość. – Rozejrzała się po zatłoczonej kaplicy i się uśmiechnęła. – Jeśli jednak Marianne zostanie zapamiętana, a myślę, że zostaniesz, kochanie, to nie jako córka, siostra, przyjaciółka czy partnerka – jej współczujący wzrok przelotnie spoczął na Jamesie Greenwoodzie – lecz jako artystka. To, że tak wiele osiągnęła w tak krótkim czasie – skończyła dopiero trzydzieści dwa lata – jest niewiarygodne. Talent, owszem, miała go na kopy, ale talent jest niczym bez pracy. Marianne ciężko pracowała. Już jako dziecko, gdy malowała, oddawała się temu bez reszty. Tylko to pragnęła robić. Swoje marzenie zrealizowała. Jak większość z was wie, studiowała na Slade, jej wystawa dyplomowa dostała pierwszą lokatę i dwa obrazy z niej kupiła Dorotea Perling. Dla ludzi niezorientowanych w świecie sztuki, a tutaj jest ich czworo, może pięcioro – Jacqueline podjęła bolesną próbę śmiechu – Doroteę uważa się za twórczynię jednej z najlepszych kolekcji malarstwa współczesnego na świecie. Zakupiła także prace Marianne z pierwszej wystawy indywidualnej, podobnie jak Tate Modern i Museo d’Arte Contemporanea di Rome. Jej obrazy wystawiano we Francji, Włoszech, Niemczech, Hiszpanii i Izraelu. Jedną z jej życiowych ambicji… – Jacqueline wyraźnie straciła wątek. Nastąpiła kilkusekundowa cisza, cała kaplica wstrzymała oddech, potem mikrofon wyłapał odgłos wysilonego przełykania śliny. – Jedną z jej życiowych ambicji była wystawa indywidualna w Ameryce. To miało niedługo nastąpić w galerii Saula Handera w Nowym Jorku. – Jacqueline znowu spojrzała na trumnę, jakby także musiała sobie przypominać, że to dzieje się naprawdę. Trzęsła się, co było widoczne nawet dla Rowan w przedostatnim rzędzie, ale kiedy przemówiła, głos miała silny. – Oczywiście pozostały mi tysiące wspomnień z dzieciństwa Marianne. Część należy do moich ulubionych, ale jedno pokazuje ją najlepiej. Kiedy miała siedem lat, zakochała się w wielkim albumie o malarstwie, które my, jej ojciec Seb i ja, kupiliśmy w Luwrze. Przez wiele miesięcy nie wypuszczała go z rąk. Wszędzie zabierała album ze sobą, choć ledwo potrafiła go unieść, nie zasnęła, jeśli nie leżał otwarty koło jej łóżka, nie chciała jeść, jeśli nie mogła mieć go na stole. Dlatego na urodziny postanowiliśmy zrobić jej niespodziankę i zabrać ją do Luwru. Kiedy jej powiedzieliśmy… Boże, zapomnijcie o Bożym Narodzeniu albo o prezentach, nigdy w życiu nie widziałam takiej ekscytacji. Krótko mówiąc, zgubiliśmy ją. Luwr oczywiście jest ogromny i tyle tam ludzi, w chwili gdy na ułamek sekundy spuściliśmy ją z oczu, zniknęła. To były jedne z najgorszych trzydziestu minut w moim życiu: Seb i ja biegliśmy przez sale, szukając naszej ośmioletniej córki, wyobrażając sobie wszystkie koszmary, jakie mogły ją spotkać. W końcu ją znalazłam. Całkowicie zasłonięta przez stojących za nią ludzi, siedziała po turecku na podłodze przed Świętym Mateuszem z aniołem. Osiem lat: można by pomyśleć, że spodobają się jej baletnice Degasa albo zwierzęta Dürera, ale nie, ona wybrała obraz Rembrandta, w dodatku religijny. Krzyczałam na nią, wyznaję to z przykrością, byłam taka przerażona, że nie potrafiłam się powstrzymać, ale to nie miało znaczenia, ponieważ Marianne przebywała w innym świecie. „Ale popatrz, mamusiu” – powiedziała, jakby kompletnie umykała mi istota sprawy. „Popatrz na książkę. Patrz, jak on namalował książkę”. – Kolejna długa przerwa. – To były jedne z najgorszych trzydziestu minut w moim życiu, dopóki mi nie powiedzieli, moje kochanie. Od tamtej chwili jest tylko seria najgorszych trzydziestu minut następujących po sobie. Do widzenia, Marianne. Dziękuję ci za całą pasję, błyskotliwość, miłość i światło, które wniosłaś w nasze życie. Śpij spokojnie.

Cztery

Jako nastolatka Rowan w każdą sobotę spędzała mniej więcej godzinę w księgarniach Waterstones albo Blackwell. Nigdy nikomu nie powiedziała, że hołubi marzenie, iż pewnego dnia sama napisze powieść, i kiedy stała otoczona rzędami półek z książkami, wdychając ich świeży zapach trocin, miała poczucie rozwoju, możliwości, czekającego na nią świata. Kieszonkowe wystarczało jej na jedną książkę w miękkiej oprawie co tydzień oraz dwie filiżanki cappuccino, przy których spędzała tyle czasu, ile pozwalała przyzwoitość.

Pewnego jesiennego popołudnia, gdy miała piętnaście lat, lało niemal tak mocno jak dzisiaj. Po wyjściu z Blackwell pobiegła do Covered Market. Maleńka kafejka Georgina’s zwykle była zatłoczona, ale tamtego dnia para przy stoliku w kącie wkładała płaszcze w chwili, gdy Rowan weszła.

Po dziesięciu minutach lektury zobaczyła Marianne na szczycie schodów. Był początek października, Marianne od niedawna chodziła do Świętej Heleny i Rowan nigdy dotąd nie widziała jej poza szkołą. Miała na sobie męski tweedowy płaszcz, który wisiał jej na ramionach jak peleryna, tak obszerny, że kieszenie znajdowały się poza zasięgiem jej rąk. Zwinięte w kok włosy przytrzymywały dwa ołówki, spod pachy wystawała torba ze sklepu Blackwell’s Art and Poster. Wyglądała na studentkę.

Tak się złożyło, że zwalniał się kolejny stolik, ale zamówiwszy przy ladzie, Marianne podeszła prosto do Rowan.

– Mogę?

Kiedy Rowan kiwnęła głową, Marianne zrzuciła gigantyczny płaszcz i przewiesiła go przez oparcie krzesła. Pod nim miała cienką bawełnianą koszulę z rodzaju tych, jakie ojciec Rowan nosił do biznesowych garniturów, oraz dżinsowe ogrodniczki poplamione smugami szarej i białej farby przypominającymi pióra młodego łabędzia.

Na tacy przyniosła czekoladę na gorąco i naleśnik z pasem dżemu malinowego w środku, o którym Rowan nadal myślała jako typowym przysmaku oksfordzkich kawiarni. Jak się później dowiedziała, Marianne żyła głównie na ciastkach i ciastach, nie zaprzątała sobie głowy posiłkami. Seb powiedział, że gdyby zostawić ją samej sobie, jak pszczoła egzystowałaby na szczyptach cukru połykanych w przypadkowych momentach dnia. Tamtego popołudnia urwała kawałek naleśnika, zjadła go i głową wskazała książkę Rowan.

– Co czytasz?

Rowan podniosła książkę: Miłość w czasach zarazy.

– Bardzo mi się podobała.

– Czytałaś? Oczywiście, że tak, skoro ci się podobała, głupie pytanie.

– Latem, w czasie wakacji. Oraz Sto lat samotności.

– Też czytałam to w tym roku. Więc lubisz literaturę południowoamerykańską? Ja przechodzę przez tę fazę. Czytałaś Ciotkę Julię i skrybę? Albo coś Borgesa?

Marianne pokręciła głową.

– Szczerze mówiąc, trochę się boję.

– Niepotrzebnie.

– Dużo czytasz. – To było stwierdzenie, nie pytanie. Marianne przełknęła naleśnika i wyjaśniła: – Widuję cię na lunchu w szkole, zawsze siedzisz z nosem w książce.

Rowan mruknęła coś niezobowiązująco, ale była zaskoczona. W szkole z pewnością się wyróżniała, bycie jedną z najlepszych uczennic zwracało uwagę, ale nie należała do paczki tych fajnych. Jeśli jednak miała być sprawiedliwa, Marianne także się nimi nie interesowała.

– Co masz w torbie?

Marianne wyjęła nowy album. Rowan ze zdziwieniem uniosła brwi.

– Co?

– Nic. Tylko że ja też lubię Andrew Wyetha.

– Znasz go? – Marianne patrzyła na nią niemal podejrzliwie. – Skąd?

– Zobaczyłam pocztówkę ze Światem Christiny w sklepie dla plastyków i tak mi się ten obraz spodobał, że wypożyczyłam książkę z biblioteki. Najbardziej lubię jego portrety. Mogę…? – Marianne kiwnęła głową. Rowan otworzyła album i ostrożnie przewracała błyszczące stronice. – Jak ten, Karla Kuernera. – Wskazała reprodukcję ogorzałego mężczyzny, którego pozbawiona ciała głowa zdawała się dryfować pod popękanym sufitem nabitym złowrogimi czarnymi hakami. – Wyeth często go malował, prawda? Kuerner zimą w Pensylwanii, Christina latem w Maine.

Pomiędzy brwiami Marianne pojawiła się zmarszczka.

– Tak.

– To twoja dziedzina, no nie? Sztuka? – To także było głupie pytanie.

Marianne ugruntowała swoją pozycję najlepszej malarki w szkole w ciągu kilku dni od przybycia: pani Orvis, nauczycielka plastyki, umieściła jej szkice węglem na wielkiej sztaludze, po czym przez ostatnie trzy tygodnie analizowała je, tłumacząc klasie, dlaczego są takie dobre i w jaki sposób każdy efekt został osiągnięty. Marianne siedziała na stole i machała nogami, ale uważnie się przysłuchiwała.

– Żenujące – oznajmiła później, by stłumić złe emocje koleżanek, chociaż takich właściwie nie było.

Większość lubiła panią Orvis, co pomogło, choć od samego początku Marianne sama, na swój subtelny sposób, zaskarbiła sobie szacunek. Nie próbowała się wkręcić do żadnej z istniejących paczek, jak zrobiłyby inne nowe uczennice. W stołówce w porze lunchu włączała się w rozmowy, często zabawnie i ironicznie, ale nigdy się nie popisywała. Sprawiała wrażenie samowystarczalnej, jakby wiedziała, co robi, i zamierzała to kontynuować niezależnie od opinii innych.

Tamtego pierwszego popołudnia w kafejce Georgina’s założyła nogę na nogę, wystawiając spod stołu ekscentryczny but z wężowej skórki, i bez cienia zażenowania oznajmiła:

– Będę malarką.

W sobotnie wieczory, kiedy Rowan nie umówiła się z Niamh i Emmą do kina, a zwłaszcza po zmianie czasu, gdy wcześnie robiło się ciemno, często czuła przygnębienie, wracając do domu. Zaczęła się uczyć gotowania z Complete Cookery Course Delii Smith, po części dlatego, że znudziły się jej omlety i zupy, choć głównie chodziło o to, że krzątając się i hałasując, czuła się mniej osamotniona niż przy czytaniu czy oglądaniu telewizji. Od jesieni, kiedy ojca awansowano na szefa firmy farmaceutycznej Sterna Rizera w Ameryce Południowej, coraz częściej weekendy spędzał poza domem. Dzięki Bogu, pozbył się pani Roberts dwa miesiące wcześniej, w tygodniu, kiedy Rowan skończyła czternaście lat, i uznał, że może zostawiać ją samą, nie narażając się na konsekwencje prawne.

Tamtego wieczoru jednak zamiast czuć się samotnie poza kręgiem, do którego w weekendy wszyscy inni należeli, Rowan była podekscytowana i nie mogła usiedzieć na miejscu. Miała przyjaciółki, Niamh i Emmę, a także Rachel, która lubiła czytać, ale z nikim nie rozmawiało się jej tak jak z Marianne. Nawet w obecności Rachel musiała czasami uważać, żeby nie wyglądało na to, że się popisuje, jeśli jednak czegoś potrzebowała tamtego popołudnia, to odwagi. Przeczytała więcej południowoamerykańskich powieści, za to Marianne, jak się okazało, miała na koncie lekturę Flauberta, Zoli i wielu dzieł Dickensa.

W następnym tygodniu trzy razy spotkały się na lunchu w stołówce, a w piątek, kiedy piątej klasie wolno było w czasie przerwy wyjść do Summertown, Marianne na nią poczekała. W kolejny piątek rozmawiały o najnowszych pracach Marianne, która zaproponowała, żeby Rowan odwiedziła ją w sobotę i je obejrzała.

Parkując teraz po drugiej stronie ulicy i słuchając deszczu bębniącego w dach samochodu, Rowan wspominała, jaka wtedy była zdenerwowana, jak stała w pewnej odległości i przez minutę przyglądała się domowi, zanim podeszła do drzwi. Dom jej ojca, szeregowiec w stylu edwardiańskim w Grandpont, miał trzy sypialnie i ogród na tyle duży, by zmieścił się tam zatęchły domek letni, w którym w dzieciństwie się bawiła, ale nie mógł się równać z domem Glassów.

Park Town był najpiękniejszą częścią miasta. Latem rozłożyste drzewa rzucały plamy cienia na ulice i nawet teraz, pod koniec stycznia, wawrzyny i kamelie nadawały ogrodzonym murami frontowym ogrodom wrażenie bujnej zieleni. Domy w większości były wiktoriańskimi rezydencjami z czerwonej cegły, szeregowymi lub bliźniakami, w każdym przypadku jednak na tyle dużymi, by mieć sześć lub siedem sypialń. Z tego powodu wiele z nich uniwersytet wykorzystywał dawniej na akademiki dla studentów i niektóre nadal pełniły tę funkcję, łatwo rozpoznawalne dzięki rowerom przypiętym łańcuchami do ogrodzenia i cienkim zasłonkom. Większość jednak sprzedano i na podjazdach parkowały mercedesy i range rovery.

Fyfield Road była jedną z ulic najdalej położonych od Banbury Road, za to najbliższych rzeki i Lady Margaret Hall. Docierało się do niej przez sieć ulic równie wspaniałych i zamkniętych dla ruchu. Glassowie zajmowali lewy kraniec kompleksu składającego się z kilku czteropiętrowych bliźniaków, które wyglądały na spore z chodnika, ale ujawniały swój prawdziwy rozmiar dopiero po tym, jak przekroczyło się próg. Ile jest warty teraz? Dwa miliony? Trzy? Nawet w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku Seb i Jacqueline musieli zapłacić milion. Ale Seb nie narzekał na brak gotówki: Lwica, która kochała srebrnogrzbietego była bestsellerem na całym świecie.

– Nie są sławni – powiedziała Marianne w pierwszym tygodniu. – To sława książkowa, a ona się nie liczy, bo wiesz, nikt ich nie rozpozna na ulicy.

Co w rzeczywistości nie było prawdą. Jasne, Seb i Jacqueline nie byli Mickiem Jaggerem i Jerry Hall, ale uroda obojga zapadała w pamięć, a w mieście z dużym skupiskiem czytelników „Guardiana” zwłaszcza matka Marianne przyciągała uwagę. Seba irytowało, Rowan rozumiała to nawet w wieku szesnastu lata, że chociaż o wiele więcej zarabiał, a jego pisarstwo było rezultatem innowacyjnych badań psychologicznych, jego akcje w społeczności akademickiej obniżyła komercyjna atrakcyjność. On miał pieniądze, ale to Jacqueline cieszyła się prestiżem intelektualnym.

Na zewnątrz dom nie zmienił się od siedemnastu lat. Stara wierzba nadal kłoniła się nad ścieżką wysypaną jasnym żwirem i pomagała chronić okno wykuszowe przed ciekawskim wzrokiem przechodniów, a winobluszcz wciąż piął się po fasadzie. Jesienią jego liście przybierały barwę ognia, dom wyglądał, jakby płonął, chociaż teraz pnącza były swoim zimowym awatarem, rozległą siecią żyłek rozchodzących się od korzeni pod kuchennym oknem. Paliła się zabytkowa lampa nad drzwiami, światło padało też z wykusza, chociaż okna na piętrach były ciemne i ślepo odbijały pędzące chmury, jakby dom próbował przybrać dzielną minę, ale odpuszczał sobie ten wysiłek, kiedy nikt nie patrzył.

Rowan pojechała okrężną drogą, by mieć pewność, że nie będzie pierwsza, ale ulice były zakorkowane i teraz wyobrażała sobie, że przyjdzie jako jedna z ostatnich. Pośpiesznie się czesząc, we wstecznym lusterku zobaczyła mężczyznę w kurtce przeciwdeszczowej wsiadającego do starego srebrnego audi zaparkowanego za jej samochodem. Dopiero po sekundzie go rozpoznała.

W krematorium doszło do nieprzyjemnej sceny. Po skończonym nabożeństwie deszcz na chwilę przestał padać i żałobnicy, marząc o świeżym powietrzu, wyszli za Jacqueline i Adamem na zewnątrz. Rowan była w drzwiach, kiedy męski głos zawołał: „Jacqueline!”, a po kilku sekundach na obrzeżach tłumu zaczęła się szarpanina. Nie widziała tego, ludzi było za wiele, ale słyszała, jak ci z przodu głośno wciągają powietrze.

Szybko przepchnęła się przez tłum i zobaczyła, jak Adam odciąga Fintana Dempseya od człowieka, któremu z nosa leciała krew. Dziesięć kroków dalej, częściowo zasłonięty przez krzew wawrzynu inny mężczyzna, ten, który teraz wsiadał do audi, robił kolejne zdjęcie: wyrywający się Fintan, odciągający go Adam, Jacqueline jak ranne zwierzę prowadzona w krąg bezpieczeństwa zapewniany przez grupę. W kałuży na asfalcie leżał wielki aparat fotograficzny.

– Kurwa, zostawcie ją w spokoju! – krzyczał Fintan, próbując się uwolnić.

– Daj spokój, Fintan – powiedział cicho i spokojnie James Greenwood. – Tylko pogarszasz sprawę.

– Straciła dziecko. Czy oni to rozumieją? Jej córka nie żyje.

– Tak – potwierdził głucho Greenwood i Fintan uświadomił sobie swoją pomyłkę.

– Przepraszam. Jezu, James, tak strasznie mi przykro.

Fotograf nagle skoczył i szybkim ruchem podniósł z ziemi swój sprzęt, przy czym z nosa poleciał mu nowy strumień krwi. Krzywiąc się, wytarł ją grzbietem dłoni.

– To jest napaść, podam was do sądu.

– Bardzo proszę. – Oddech Fintana tworzył obłoki pary w powietrzu, gdy Adam i Greenwood prowadzili go w kierunku parkingu. – Zrób to! – krzyknął przez ramię.

Rowan wysiadła z samochodu, otworzyła parasol i podeszła do audi. Fotograf jadł bagietkę. Przestraszony podniósł głowę, kiedy zastukała w okno. Nacisnął guzik i szyba się zsunęła.

– Ile pan chce za zdjęcia? – zapytała.

– Co?

– Chcę kupić zdjęcia z pogrzebu. Ile kosztują?

– Nie są na sprzedaż.

– Niech pan da spokój. W przeciwnym razie po co by je pan robił?

– Nie są na sprzedaż, ponieważ już zostały sprzedane i wysłane mejlem. Będą w jutrzejszym „Mailu”, jak chce je pani zobaczyć.

Aparat leżał na siedzeniu pasażera obok laptopa. Rowan wyobraziła sobie, jak wyciąga rękę i łapie go.

– Nie wstyd panu? – zapytała. – Żeruje pan na pogrzebie.

– Nigdy pani takich rzeczy nie ogląda? Zaraz odwraca pani stronę, co? Niech się pani zlituje.

– Jest pan jak sęp.

Wzruszył ramionami.

– Wszyscy musimy jeść.

Głową wskazała jego kanapkę.

– Cóż, życzę smacznego. – Odwróciła się i odeszła.

Po kilku sekundach zawołał:

– Hej!

Kiedy się okręciła na pięcie, w oczy błysnął jej flesz.

Porcelanowy guzik nadal był pęknięty, głos dzwonka tak znajomy, że równie dobrze mogła go słyszeć wczoraj. Ze schodów na ganek przez okno wykuszowe widziała salon, gdzie dziewczyna w czarnej obcisłej sukience i motocyklowych botkach siedziała na podłokietniku starego fotela obitego gobelinem i rozmawiała z mężczyzną w podartych dżinsach. Przez szkło dobiegał stłumiony gwar rozmów licznej grupy ludzi.

Drzwi otworzyły się szeroko i stanęła w nich Jacqueline. Zanim Rowan zdążyła otrzepać parasol, została wciągnięta w uścisk tak mocny, że ugięły się jej żebra. Kręgosłup Jacqueline pod jedwabną bluzką był jak kamyczki: szokujące doznanie. Już wcześniej musiała zeszczupleć, wykluczone, żeby w tak krótkim czasie straciła tyle kilogramów. Ale była ciepła, Jacqueline zawsze wydawała się cieplejsza niż inni ludzie, jakby jej wrodzony termostat nastawiono na wyższą temperaturę. Z kolejnym przypływem nostalgii Rowan wciągnęła w nozdrza dymny aromat bergamoty. Chodzi i pachnie jak imbryk earl grey, w uszach zabrzmiał jej głos Marianne.

– Tak mi przykro – powiedziała Rowan.

Uścisk na sekundę stał się silniejszy, potem Jacqueline puściła ją i się cofnęła. Szok wywołany widokiem jej twarzy z bliska: sieć żyłek znaczyła jej policzki, powieki były tak napuchnięte, że nie otwierały się w pełni. Jacqueline przyjrzała się rysom Rowan, jakby czegoś szukała.

– Nie zmieniłaś się.

– Boże, mam nadzieję, że jednak tak.

Cień uśmiechu.

– No, może odrobinę. Wejdź, wejdź i napij się czegoś.

– Jacqueline? – Koło niej pojawiła się kobieta w długim białym fartuchu. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mogłabym zadać ci pytanie…?

– Idź do salonu, Rowan, zaraz do ciebie dołączę. Znasz mnóstwo ludzi. Jeśli zobaczę Adama, powiem mu, że tu jesteś. – Jacqueline odwróciła się do kobiety w fartuchu, druga, tak samo ubrana, gestem dała Rowan znać, żeby zdjęła płaszcz.

W holu jak zawsze unosił się zapach farby i kurzu, chociaż dzisiaj towarzyszył mu także aromat ciepłego ciasta. Była tapeta z tym samym zielonym wzorem treliażu, ten sam stolik pod telefon z lampą na mosiężnej podstawie w kształcie słonia. Rowan przed oczyma stanął przelotny obraz Marianne siedzącej na najniższym stopniu, okręcającej kabel na palcu i przewracającej oczami. Na drugim końcu linii przypuszczalnie Peter Turk opowiadał jedną ze swoich nudnych historii.

W drzwiach do salonu Rowan wzięła kieliszek wina od człowieka z tacą – widok kelnerów tutaj był dezorientujący – i zaczęła okrążać tłum. Chociaż otwarto podwójne drzwi i jadalnię także wypełniali ludzie, pokój wydawał się klaustrofobicznie zatłoczony. Był ogromny, niemal na całą szerokość domu, meble zsunięto pod ścianę, mimo to jedyny wolny skrawek Rowan dostrzegła przy kominku. Ruszyła w jego kierunku, trzymając kieliszek w górze i starając się nikomu nie wytrącić jego kieliszka, i łapała tu i tam urywki w cichym gwarze rozmów.

Wkrótce zrozumiała, skąd to wolne miejsce. Rozpalono w kominku, by pokój wydawał się przytulny, ale przy tylu ludziach dodatkowe ciepło wręcz przytłaczało i po minucie zakręciło się jej w głowie. Rozpięła kołnierzyk bluzki, korzystając z okazji, by przyjrzeć się tłumowi. Czy w tym morzu twarzy i potylic jest ktoś, kto coś wie? Kto się orientuje, co skłoniło Marianne, by po tak długim czasie skontaktować się z Rowan? Co w ten czy inny sposób kazało jej podejść na krawędź dachu? Pomimo gorąca ta myśl sprawiła, że przeszedł ją dreszcz.

Na kominku stały w rzędach ramki z rodzinnymi fotografiami Glassów. Największa, srebrna, z zaokrąglonymi rogami tak jak podczas ostatniej wizyty Rowan mieściła zdjęcie rodziny na wakacjach na Morzu Śródziemnym – czy to była Korsyka? Zdjęcie miało dwadzieścia lat, może więcej: Marianne wyglądała na dziewięć, dziesięć lat, Adam na dwanaście, chociaż w tamtym czasie był tak kościsty, że z tą wąską klatką piersiową i żebrami jak ksylofon można by go równie dobrze wziąć za dziesięciolatka. Jedli lunch w restauracji na plaży, przed nimi stały talerze z kalmarami, kieliszki z winem i szklanki z coca-colą tworzyły wilgotne kręgi na białym papierowym obrusie. W tle, za kilkoma parasolami, widać było błękitny pas morza. Marianne uśmiechała się szeroko, przednie zęby wyglądały na ogromne, dorosły rozmiar we wciąż dziecięcej buzi. Miała na sobie pasiasty kostium kąpielowy wiązany na szyi, podobny do kostiumu Jacqueline, chociaż jej, pomyślała Rowan, miał o wiele trudniejsze zadanie, musiał bowiem pomieścić piersi.

No i był Seb. Śmiał się, odchylony na płóciennym krześle, z kieliszkiem białego wina w dłoni. Wyglądał jak francuski gwiazdor filmowy robiący sobie przerwę od festiwalu w Cannes, oczy i zęby kontrastowały z opalenizną, pierś porastały gęste czarne włosy. To nie było ciało typowego naukowca, ale Seb zawsze biegał, grał w squasha i pływał w siłowni przy Woodstock Road. Dbał o siebie.

– Rowan.

Odwróciła się pośpiesznie i zobaczyła, że dłoń na jej łokciu należy do drobnej kobiety w granatowym żakiecie z bukli. Minęła sekunda lub dwie, zanim jej umysł rozpoznał twarz okoloną siwymi włosami. Jasne, musiała być po siedemdziesiątce, przeszła na emeryturę w roku, gdy Rowan i Marianne skończyły Świętą Helenę.

– Co u ciebie? – mówiła kobieta. – Miło znowu cię widzieć, chociaż żałuję, bardzo żałuję, że nastąpiło to w takich okolicznościach. To straszne, taka szkoda. Jej talent po prostu… zniknął. – Pstryknęła palcami, puf, sztuczka znikania wykonana przez magika.

– Tak. I biedna Jacqueline.

Pani Orvis także spojrzała na fotografię.

– Mąż i córka, to takie okrutne. Ale ty też będziesz za nią tęsknić. Pamiętam was obie, waszą przyjaźń, zawsze się wami interesowałam. Pod wieloma względami bardzo się różniłyście. Bez urazy, moja droga, ale byłaś jedną z najgorszych uczennic, jakie musiałam uczyć rysunku.

Rowan się uśmiechnęła.

– Choć równocześnie byłyście podobne i rozumiałam, dlaczego jesteście tak blisko. Marianne miała talent, ty umysł i obie byłyście… zdeterminowane. Wzajemnie się inspirowałyście. – Pani Orvis napiła się sherry. – Miałam taką przyjaciółkę, ale już dawno odeszła. Rak piersi.

– Przykro mi.

Pani Orvis lekko przekrzywiła głowę.

– Niektórzy ludzie nas zmieniają. Nie jest ich wielu, może dwoje lub troje w ciągu życia. Mówię to jako osoba sędziwa.

Koło nich przepchnęła się kobieta z tacą kanapek. Pani Orvis – „Proszę, mów mi Rosemary” – wzięła miniaturowe quiche.

– Ale powiedz, co teraz robisz? Miałam nadzieję, że wpadnę na ciebie na którejś z wystaw Marianne, zawsze mnie zapraszała, ale nasze drogi jakoś nigdy się nie skrzyżowały.

– Studiuję.

– Nadal? – Pani Orvis wyglądała na zszokowaną.

Rowan znowu się uśmiechnęła.

– Nie, wróciłam na studia. Od college’u przez kilka lat pracowałam jako producentka telewizyjna przy dokumentach, głównie historycznych, ale to nie było… nie czułam… satysfakcji. Teraz robię doktorat.

– Interesujące. O czym piszesz?

Kątem oka Rowan dostrzegła wchodzącego do pokoju Jamesa Greenwooda.

– Przepraszam, nie dosłyszałam? – Ponownie zwróciła uwagę na swoją rozmówczynię.

– Twoja praca doktorska.

– Och. Katolicka rebelia w siedemnastym wieku.

– Guy Fawkes i przyjaciele?

– Właśnie. Między innymi.

– Tutaj? Magisterium zrobiłaś tutaj, prawda?

– Jejku, wszystko pani pamięta.

– Wiesz, w przeciwieństwie do powszechnego przekonania my, nauczyciele, przejmujemy się uczniami.

– Nastolatkowi to po prostu nie mieści się w głowie. Ale nie, nie tutaj. Jestem w Londynie, na Queen Mary.

– Świetnie.

Pani Orvis – Rowan nie potrafiła mówić do niej po imieniu – dopiła ostatnie lepkie krople ze swojego kieliszka i postawiła go na kominku pomiędzy ramkami.

– Boże, ależ tu gorąco. Jak myślisz, czy pani Glass spodziewała się tylu osób? – Zniżyła głos. – Widać, jak wysoko ceniono Marianne, mamy tutaj całe Who is Who w brytyjskiej sztuce. Tam jest Pennie Muir – schyliła głowę jak kapuś dający znak policji – a tam Jenny Higgins. Charlie Gilpin wziął mnie pod rękę na schodach na ganek. A teraz mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale muszę już iść. Mój mąż ostatnio nie czuje się najlepiej i obiecałam, że niedługo wrócę. Miło było cię widzieć. – Ścisnęła Rowan za ramię. – Życzę powodzenia z doktoratem i dbaj o siebie. Strata kogoś ważnego, zwłaszcza w taki sposób, jest trudna.

Po jej odejściu Rowan zmieniła pozycję, by mieć lepszy widok na pokój. Charliego Gilpina łatwo było zlokalizować dzięki wzrostowi i rudym włosom. Z mężczyzną z ogoloną głową, niemal tak samo wysokim, oglądali wielki oprawny szkic Adama śpiącego w ogrodzie, który Marianne zrobiła latem przed jego wyjazdem na studia do Cambridge. Za nimi z kobietą z równo przyciętymi włosami pofarbowanymi na czarno i palcami obciążonymi turkusowymi pierścionkami rozmawiał inny mężczyzna, o którym Rowan wiedziała, że jest artystą. Po chwili przypomniała sobie jego nazwisko: Simon Freemantle, rzeźbiarz. Mieli z Marianne wspólną wystawę, jej pierwszą profesjonalną, w galerii w Westbourne Grove, która przyjęła Marianne, kiedy ta jeszcze studiowała na Slade. Freemantle tworzył gniewne, seksualnie odważne rzeźby z brązu przedstawiające mityczne postaci. Rowan nadal myślała czasami o jego hojnie wyposażonym Minotaurze wysokim na półtora metra, który stał w kącie, wypychając lędźwie w kierunku widzów niczym pobudzony ekshibicjonista na przystanku autobusowym. Obecnie Freementle mnóstwo zarabiał. Nie tak dawno przedstawiono jego sylwetkę w dziale kulturalnym „Sunday Timesa”.

Przy oknie stali Dawsonowie, sąsiedzi Glassów. Oboje musieli mieć pod siedemdziesiątkę, blond włosy pani Dawson zmieniły się w srebrne, a jej mężowi zgarbiły się ramiona. Dziwnie było widzieć ich po tak długim czasie – Rowan miała wrażenie, jakby oglądała migawki, życie w przyśpieszonym tempie zmierzające do grobu.

Z niejakim wstrząsem rozpoznała Martina Harrimana i Josha Leavisa. Towarzyszyły im dwie kobiety, których Rowan nigdy nie widziała, może ich partnerki. Obaj byli przystojni, jeden bardzo. W tej dziedzinie Martin i Josh nigdy nie mieli problemów: w przeszłości dziewczęta kleiły się do zespołu jak muchy do lepu i wszyscy czterej z tego korzystali, w każdym razie mieli taką możliwość. Oczywiście Turk nie widział nikogo poza Marianne. Josh, pomyślała Rowan, lepiej wygląda teraz niż jako dziewiętnastolatek – wypełnił się. Pamiętała jego brzuch, pasek jasnobrązowych włosów prowadzący od mostka do pępka. Czasami, zanim zjadł śniadanie, jego brzuch wydawał się zapadnięty, kiedy przesuwała po nim dłonią. Odwróciła wzrok, by nie wyczuł na sobie jej oczu.

Ale gdzie jest Turk? W krematorium także go nie widziała, a przecież musi tu być. Odwróciła się, by przyjrzeć się tłumowi w jadalni, i przy tym ruchu w lustrze nad kominkiem napotkała oczy mężczyzny z ogoloną głową, który wcześniej rozmawiał z Charliem Gilpinem. Przez chwilę patrzyli na siebie. Nawet w lustrze wyraz jego twarzy był pytający, niemal konfrontacyjny. Naturalną rzeczą byłby uśmiech, kiwnięcie głową, przerwanie napięcia, ale żadne z nich tego nie zrobiło.

Po kilku sekundach, tyle czasu według niej minęło, on napił się wody, a ona sięgnęła do mijającej ją tacy z kanapkami, głównie po to, by mieć pretekst do zmiany pozycji. Była zakłopotana, jakby przyłapano ją na gapieniu się na niego, i może właśnie tak sobie pomyślał: roztaczał aurę fizycznej pewności siebie, mimo że szerokiej pełnej twarzy i grubych brwi większość ludzi nie uznałaby za atrakcyjne. Ryzykując kolejne spojrzenie – odwrócił się i zmierzał teraz do jadalni – przekonała się, że chociaż miał najwyżej czterdzieści kilka lat, prawie całkiem wyłysiał, golenie resztek włosów było środkiem wyprzedzającym. Należał do mężczyzn, którym jednak było z tym do twarzy, głowę miał ładnie ukształtowaną, kark i ramiona silne, nie sprawiał więc wrażenia przedwcześnie postarzałego, wygląd miał wyrafinowany. Wytworny. Kim był?

Turk na pewno by wiedział. Rowan odstawiła kieliszek i ruszyła ku drzwiom. Nie było go w jadalni, zeszła więc na niższy poziom, mijając trzy kelnerki, którym wyjątkowo śpieszyło się na górę. W kuchni zrozumiała powód. Jacqueline stała przy drzwiach do ogrodu, odwrócona plecami do pomieszczenia, i płakała.

Rowan wahała się przez chwilę, ale potem sobie przypomniała, jak Jacqueline przywitała ją w progu. Podeszła i objęła ją. Jacqueline załkała, zdawało się, że wydobywa głos z dna trzewi. Rowan czuła, jak szloch wznosi się i łamie, cichnie z drżeniem. Próbowała znaleźć jakieś słowa, ale żadne niczego by nie zmieniły, obejmowała ją więc z nadzieją, że z uścisku jej ramion Jacqueline wyczyta solidarność i wsparcie.

Chyba po minucie Jacqueline uniosła głowę i dłonią wytarła oczy. Z rękawa wyjęła kawałek papierowego ręcznika i wydmuchała nos.

– Co zrobiłam źle, Rowan? Co zrobiłam lub czego nie zrobiłam, że do tego doszło? Marianne… cała ta sprawa.

Rozległy się kroki, w progu pojawił się Fintan Dempsey. Na widok twarzy Jacqueline zaniepokoił się.

– Och, skarbie.

Wracając na górę, Rowan wyjrzała przez małe okno na podeście. Peter Turk stał pod dachem szopy ogrodowej, z którego kapała woda, jedną ręką trzymał kołnierz na gardle, z drugiej unosiła się wijąca strużka papierosowego dymu. Cicho otworzyła wejściowe drzwi i pobiegła wzdłuż domu do furtki.

– No proszę, jesteś – powiedział, gdy stanęła obok niego pod dachem, jakby właśnie jej szukał. – Widziałem cię w krematorium.

– Dlaczego się tu chowasz?

– Byłem w środku, ale krótko. Nie umiem tego znieść, to ponad moje siły. – Zaciągnął się głęboko i słupek popiołu dołączył do stosiku namokniętych niedopałków u jego stóp.

– Poczęstujesz mnie? – Później będzie tego żałowała, ale co tam, do diabła, teraz było jej to potrzebne.

Turk zbliżył się i pochylił, żeby przypalić jej papierosa, ich twarze znalazły się w odległości kilku centymetrów. Dla odmiany Turka większość ludzi nazwałaby atrakcyjnym, przez kilka miesięcy w dwa tysiące piątym roku wywoływał przyśpieszone bicie serca u tysięcy, ale dla Rowan był mgliście niepokojący, zawsze tak go odbierała. Nic w nim nie miało sensu. Na przykład był wysoki i mocno zbudowany, muskularny, ale sposób, w jaki się ubierał, graniczył ze zniewieściałością. Nawet dzisiaj posunął ideę czarnego garnituru do granic, wkładając wąskie spodnie i kaftan Nehru w obcisłym stylu lat osiemdziesiątych. Kiedy ostatni raz widziała go na zdjęciu – „Evening Standard” zamieścił fotografie z jakiejś modnej imprezy we wschodnim Londynie – miał na sobie aksamitną marynarkę z gronem wiktoriańskich kamei przypiętych do klapy. Ale to była tylko najnowsza wariacja na ten sam temat – tak wyglądał jako siedemnastolatek, kiedy go poznała. Przechodził fazę malowania paznokci na długo przed tym, zanim mogła to usprawiedliwić jego profesja.

– Co ty tu robisz? – zapytał.

Rowan spojrzała na niego, ale minę miał raczej zaciekawioną niż wrogą.

– Zadzwoniła do mnie Jacqueline, a ja powiedziałam, że przyjdę. – Wydmuchała dym, obserwując, jak w wilgotnym powietrzu rozpada się niczym puch i znika. – Nie tylko dlatego: chciałam tu być. Musiałam, mimo że nie widziałyśmy się z Marianne od tak dawna, mimo że zerwałyśmy kontakty. Stanowiła bardzo ważną część mojego życia.

Pokręcił głową, jakby od długiego czasu rozpaczał nad nimi dwiema.

Rowan pomyślała o liście na swoim kuchennym stole, o piśmie Marianne wyglądającym jak wykres pracy serca.

– Pete, czy ostatnio o mnie wspominała?

Wzruszył ramionami, znowu potrząsnął głową.

– A powinna była?

– Nie, tak się tylko zastanawiałam. Teraz, gdy odeszła, ja…

– Cała ta sprawa to było straszne gówno. Już wtedy powinnyście były to sobie wyjaśnić. – Zaciągnął się papierosem. – W każdym razie teraz szansa przepadła.

Raz po raz spoglądał przed siebie. Podążając za jego wzrokiem, Rowan zobaczyła, że pas trawnika przy stopniach na patio jest całkowicie zniszczony, zamienił się w błoto, i ze wstrząsem uświadomiła sobie, że tam spadła Marianne: trawę zdeptały stopy wszystkich, którzy tam chodzili, ratowników medycznych, policjantów, techników kryminalistycznych.

– Co o tym wiesz? – zapytała.

– O czym?

– O wypadku.

– Spadła, prawda? Dach był śliski i spadła.

– Pamiętasz, jak na niego wchodziliśmy?

– Oczywiście. – Wyglądał na urażonego wynikającą z pytania sugestią, że mógłby zapomnieć o czymś tak świętym. – Nadal czasami to robiliśmy, Marianne i ja, kiedy chcieliśmy o czymś pogadać.

– Nic się u niej nie zmieniło?

Turk się odwrócił i długo przyglądał się Rowan.

– Jeśli pytasz o lęk wysokości, to nie.

Serce jej waliło.

– Kiedy ostatni raz ją widziałeś? Jak się…?

Wewnątrz domu rozległo się głuche tąpnięcie, po czym otworzyły się drzwi kuchenne. W wilgotnym powietrzu zawsze się zacinały, trzeba je było kopnąć. Jacqueline ze starym swetrem z Fair Isle nad głową biegła przez trawnik, obcasy jej butów zapadały się w błoto.

– Masz dla mnie jednego, Peter?

Stali w rzędzie za paciorkową zasłoną deszczu spadającego z dachu szopy. Jacqueline osłoniła dygoczącymi dłońmi płomień, który podał jej Turk, i jej napuchnięta twarz zajaśniała w półmroku. Była najwyżej trzecia, ale dzień już się kończył, ciemność wokół nich się pogłębiała.

– Rowan, przepraszam za to przed chwilą.

– Proszę, nawet nie…

– Chwila słabości. – Jacqueline zwróciła się do Turka. – Tylko że to wszystko po prostu… mnie przytłoczyło.

– Jesteś niewiarygodnie dzielna – odparł.

– Jestem zagubiona. Jestem rozbitkiem.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zawsze przy tobie Zanim się poznaliśmy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer