Czerwony smok

Czerwony smok

Autorzy: Thomas Harris

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.40 zł

„Makabryczny, mocny, porywający thriller… Wstrząsający.” — The Cleveland Plain Dealer

 

Seryjny morderca w czasie pełni zabija całe rodziny w ich własnych domach. Napastnik, któremu policja nadała pseudonim „Zębowa Wróżka”, okalecza swoje ofiary w charakterystyczny sposób. Zabójca opętany jest wizją przemiany w tytułowego czerwonego smoka – przerażającej postaci z akwareli Williama Blake'a Wielki czerwony smok i niewiasta obleczona w słońce. Zabijając szczęśliwe rodziny, utożsamia się z demonem, a także dąży do swojej pełnej metamorfozy. Prowadzący dochodzenie Jack Crawford zwraca się o pomoc do Willa Grahama – nadzwyczaj skutecznego specjalisty od tropienia seryjnych morderców. Największym osiągnięciem Grahama było zdemaskowanie przed kilkoma laty wyjątkowo niebezpiecznego zabójcy – doktora Haniballa Lectera. Zamknięty w szpitalu psychiatrycznym Lecter, wydaje się być jedyną osobą, która może pomóc w złapaniu „Zębowej Wróżki”. Agent Graham nie wie jednak, że przebiegły Lecter prowadzi podwójną grę, a cena za jego wskazówki jest naprawdę wysoka…

Tytuł oryginału:

Red Dragon

Copyright © 1981 by Yazoo Fabrications, Inc.

All rights reserved.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Amber Sp. z o.o. (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga).

Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa Amber Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marta Chmarzyńska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aleksandra Mól

ISBN: 978-83-8110-756-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Przedmowa do zgubnej rozmowy

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Możemy dostrzec tylko to, co widzimy,

a widzimy tylko to, co kryje się w duszy.

ALPHONSE BERTILLON

…Bo Łaska ma człowiecze serce,

Litość twarz człowieczą,

A Miłość człowieczą postać boską,

A Pokój suknię człowieka.

WILLIAM BLAKE

„PIEŚNI NIEWINNOŚCI. BOSKI OBRAZ”

Okrucieństwo ma człowiecze serce,

A Zazdrość człowieczą twarz,

Strach człowieczą postać boską,

A Tajemnica suknię człowieka.

Suknia człowieka jest jak żelazo,

Postać człowieka to gorejąca kuźnia,

Człowiecza twarz jak palenisko,

Człowiecze serce jego głodną gardzielą.

WILLIAM BLAKE

„PIEŚNI DOŚWIADCZENIA. BOSKI OBRAZ”1

Przedmowa do zgubnej rozmowy

Chciałbym opowiedzieć Wam o okolicznościach mojego pierwszego spotkania z doktorem Hannibalem Lecterem.

Jesienią 1979 roku ze względu na chorobę w mojej rodzinie wróciłem do domu, do delty rzeki Missisipi, i zostałem tam przez półtora roku. Pracowałem wówczas nad Czerwonym Smokiem. Mój sąsiad z wioski Rich udostępnił mi małą chatkę pośrodku ogromnego pola bawełny i tam właśnie pisałem, często nocami.

By napisać powieść, należy zacząć od tego, co się widzi, a później dodać to, co wydarzyło się wcześniej i później. W Rich w stanie Missisipi, pracując w trudnych warunkach, ujrzałem detektywa Willa Grahama w domu rodziny, która zginęła. Siedział w środku i oglądał rodzinne nagrania z kamery wideo martwych obecnie ofiar. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, kto popełnił te morderstwa. Usiłowałem rozwikłać tę tajemnicę, zobaczyć, co się wydarzyło wcześniej, a co później. Razem z Willem przeszukałem dom – miejsce zbrodni – w absolutnych ciemnościach, mogłem zobaczyć jedynie to, co widział on sam.

Czasem nocą zostawiałem włączone światła w moim małym domku i wychodziłem na spacer polami. Gdy po jakimś czasie się odwracałem, chatka przypominała łódkę na morzu, a dokoła mnie była tylko ciemna noc.

Wkrótce zaznajomiłem się z półdzikimi psami, które biegały wolno po polach, tworząc coś w rodzaju stada. Niektóre z nich podchodziły czasem do domów farmerów, ale zazwyczaj same musiały zatroszczyć się o jedzenie. Wraz z nastaniem zimy, gdy ziemia wyschła i zamarzła, zacząłem dawać im psią karmę. Pochłaniały jej ponad dwadzieścia kilogramów tygodniowo. Zaczęły za mną chodzić, dotrzymując mi towarzystwa – duże, małe, te stosunkowo przyjacielskie i te, które nie dawały się tknąć. Nocami chodziły ze mną po polach i nawet kiedy nie mogłem ich zobaczyć, słyszałem, że były wokół mnie, dysząc i węsząc w ciemnościach. Gdy pracowałem w chatce, przesiadywały na werandzie, a przy pełni księżyca zaczynały śpiewać.

***

Skonsternowany stałem na szerokim polu przed moją chatką w środku nocy, nasłuchując psich oddechów. Mój wzrok nadal był zamglony przez zapaloną lampkę na biurku. Próbowałem dostrzec to, co wydarzyło się na miejscu zbrodni. Przed oczami widziałem tylko majaki, niewyraźne znaki, czasem blask, gdy w oczach jakiegoś zwierzęcia odbiło się światło księżyca. Coś się wydarzyło, ku temu nie było wątpliwości. Musicie zrozumieć, że gdy pisze się powieść, wcale się niczego nie wymyśla. Wszystko, czego potrzeba, już istnieje. Trzeba to tylko znaleźć.

Will Graham wiedział, że musi poprosić kogoś o pomoc. Wiedział, dokąd powinien pójść, zanim jeszcze pozwolił sobie w ogóle o tym pomyśleć. Podczas poprzedniego śledztwa poważnie ucierpiał. Byłem pewien, że bardzo niechętnie zwróci się do swojego najlepszego źródła. W owym czasie sam codziennie zmagałem się z bolesnymi wspomnieniami, więc podczas wieczornej pracy naprawdę potrafiłem wczuć się w emocje Grahama.

Z obawą podążyłem za nim do szpitala stanowego dla psychicznie chorych przestępców w Baltimore. Tam wpadliśmy na głupca z rodzaju tych, których każdy codziennie spotyka – doktora Fredericka Chiltona, który opóźnił nas o jakieś dwa czy trzy niekończące się dni. Wściekło mnie to bardzo.

Odkryłem jednak, że mogę zostawić Chiltona w chatce, nie gasząc świateł, i spojrzeć na niego raz jeszcze, tym razem stojąc w ciemnościach, w otoczeniu moich psich przyjaciół. Byłem niewidzialny, spowity mrokiem, podobnie jak wtedy, gdy przebywałem z moimi postaciami w tym samym pokoju i, niespostrzeżony, pozwalałem im decydować o własnym losie prawie zupełnie bez mojego udziału.

Skończywszy wreszcie z tym uciążliwym Chiltonem, Graham i ja udaliśmy się na oddział o zaostrzonym rygorze, a stalowe drzwi zatrzasnęły się za nami, hałasując przeraźliwie.

Will Graham i ja zbliżaliśmy się do celi doktora Lectera. Graham był spięty, czułem od niego zapach strachu. Sądziłem, że doktor Lecter śpi, więc aż podskoczyłem, gdy mężczyzna rozpoznał Willa wyłącznie po jego woni, nie otwierając nawet oczu.

Zazwyczaj podczas pracy cieszyłem się moją nietykalnością i niewidzialnością, ale w obecności Lectera czułem się niezręcznie. Nie byłem wcale pewien, czy doktor aby na pewno mnie nie widzi.

Tak samo jak Graham uważałem, i nadal uważam, analizy Lectera za szczególnie niekomfortowe i natarczywe dla pacjenta; przypominały mi brzęczenie, jakie rozlega się często w głowie w trakcie prześwietlania jej promieniami rentgena. Rozmowa Grahama i Lectera poszła szybko niczym pojedynek na miecze; podążałem za nią krok w krok, moje chaotyczne notatki rozlewały się na marginesy kartek, a później jeszcze dalej, na wszystko, co leżało na stole. Kiedy dobiegła końca, byłem wykończony. W uszach dzwoniły mi okazjonalne trzaski i skowyty psychiatryka, a na werandzie mojej chatki w Rich siedziało trzynaście psów i wyło do księżyca, zamykając oczy. Większość nuciła pojedynczą samogłoskę, coś pomiędzy O i U, kilka zaś tylko mruczało do rytmu.

Wracałem do rozmowy Grahama z doktorem Lecterem ze sto razy, zanim ją zrozumiałem i zanim pozbyłem się z niej zbędnych zakłóceń, odgłosów więzienia, krzyków przeklętych osadzonych, które sprawiały, że niektóre słowa trudno było mi usłyszeć.

Nadal nie wiedziałem, kto zabijał, ale po raz pierwszy byłem pewien, że wszyscy się tego dowiemy. Byłem też pewien, że inni bohaterowie książki drogo, może nawet śmiertelnie drogo, zapłacą za tę informację. Tak też się okazało.

Lata później, gdy rozpoczynałem pracę nad Milczeniem owiec, nie wiedziałem jeszcze, że doktor Lecter powróci. Zawsze lubiłem Dahlię Iyad, postać z mojej powieści Czarna niedziela, i chciałem zbudować nową historię wokół silnej kobiecej bohaterki. Zacząłem zatem od Clarice Starling i, nie ukończywszy nawet dwóch stron, odkryłem, że ta dziewczyna musi odwiedzić doktora Lectera. Ogromnie podziwiałem Clarice i chyba nawet trochę zazdrościłem łatwości, z jaką przejrzał ją Lecter – dla mnie było to niezwykle trudne zadanie.

Zanim zarejestrowałem wydarzenia z Hannibala, odkryłem, że doktor, ku mojemu zaskoczeniu, rozpoczął życie na własny rachunek. Zdaje się, że zaciekawił Was równie bardzo jak mnie.

Obawiałem się pisania Hannibala, bałem się zmęczenia materiału, wyborów, których skutki będę musiał obserwować, obawiałem się o losy samej Starling. Koniec końców puściłem ich wolno, bo tak właśnie należy czynić ze swoimi postaciami. Pozwoliłem Lecterowi i Starling samym decydować o tym, co wydarzy się dalej. Była w tym pewna doza uprzejmości.

Jak powiedział kiedyś sułtan: „Ja nie trzymam sokołów – to one żyją ze mną”.

Gdy zimą 1979 roku wszedłem do szpitala stanowego dla psychicznie chorych przestępców w Baltimore, a wielkie metalowe drzwi się za mną zatrzasnęły, nie miałem pojęcia, co czeka mnie na końcu korytarza; jakże rzadko rozpoznajemy dźwięk zamykającego się rygla, gdy nasze przeznaczenie znajduje swój dom.

T. H.

Miami, styczeń 2000

(przełożyła: Katarzyna Wiśniewska)

Rozdział 1

Will Graham posadził Crawforda przy ogrodowym stoliku ustawionym pomiędzy domem a oceanem i podał mu szklankę mrożonej herbaty. Jack Crawford popatrzył na piękny stary dom, którego drewniane ściany, srebrne od soli, lśniły w jasnym świetle.

– Powinienem był złapać cię w Marathonie, gdy wychodziłeś z pracy – powiedział. – Tutaj nie będziesz chciał o tym rozmawiać.

– Nie chcę o tym rozmawiać niezależnie od tego, gdzie by to miało być, Jack. Ale skoro ty musisz, niech to już będzie tutaj. Tylko nie wyciągaj żadnych zdjęć. Jeśli jakieś przyniosłeś, mają zostać w teczce. Molly i Willy zaraz wrócą.

– Ile wiesz?

– Tylko tyle, ile przeczytałem w „Miami Herald” i „Timesie” – oznajmił Graham. – Dwie rodziny zabite we własnych domach w odstępie miesiąca. Birmingham i Atlanta. Okoliczności bardzo podobne.

– Nie podobne. Te same.

– Ilu się do tej pory przyznało?

– Osiemdziesięciu sześciu do dzisiejszego popołudnia, gdy dzwoniłem do biura – powiedział Crawford. – Same świry. Żaden nie znał szczegółów. Sprawca tłucze lustra i używa odłamków. Żaden z nich tego nie wiedział.

– Czego jeszcze nie mówiłeś dziennikarzom?

– Jest blondynem, praworęcznym i bardzo silnym, nosi buty numer jedenaście. Potrafi wiązać węzły. Nie zostawia odcisków, nosi rękawiczki.

– To mówiłeś publicznie.

– Nie za bardzo zna się na zamkach – powiedział Crawford. – Za drugim razem użył diamentu do cięcia szkła i przyssawki, by dostać się do wnętrza. Aha, jego grupa krwi to AB+.

– Ktoś go zranił?

– Tego nie wiemy. Grupę krwi ustaliliśmy na podstawie spermy i śliny. Bardzo się ślini. – Crawford spojrzał na spokojne morze. – Will, chcę cię o coś zapytać. Czytałeś o tym w gazetach. Za drugim razem trąbiła o tym nawet telewizja. Czy pomyślałeś choć raz, by do mnie zadzwonić?

– Nie.

– Dlaczego?

– Za pierwszym razem, tam w Birmingham, nie podano zbyt wielu szczegółów. To mogło być wszystko – zemsta, ktoś z rodziny.

– Ale po drugim morderstwie wiedziałeś już, co to oznacza.

– Tak. Psychopata. Nie dzwoniłem, bo nie miałem ochoty. Wiem, kogo wyznaczyłeś do tej sprawy. Masz do dyspozycji najlepsze laboratoria. Mógłbyś mieć Heimlicha z Harvardu, Blooma z uniwersytetu w Chicago…

– A ty siedzisz tu i naprawiasz pieprzone silniki motorówek.

– Nie wydaje mi się, Jack, bym mógł się bardzo przydać. Przestałem o tym myśleć.

– Naprawdę? Złapałeś dwóch. Dorwałeś ostatnich dwóch, których udało się ująć.

– Ale w jaki sposób? Robiłem to samo co ty i inni.

– To niezupełnie tak, Will. Tylko ty rozumujesz w ten sposób.

– Słyszałem już różne bzdury na temat mojego sposobu myślenia.

– Nigdy nie wytłumaczyłeś niektórych swoich wyskoków.

– Na wszystko były dowody – odparł Graham.

– Pewnie. Pewnie, że były. Mnóstwo dowodów… ale później. Przed zatrzymaniem nie mieliśmy nie tylko dowodów, ale nawet śladów. Zupełnie nie wiedzieliśmy, od czego zacząć.

– Masz ludzi, którzy dadzą sobie radę, Jack. Nie sądzę, żebym mógł wiele zmienić. Zaszyłem się na Florydzie, żeby od tego uciec.

– Wiem o tym. Oberwałeś ostatnim razem. Ale teraz wyglądasz nieźle.

– Nic mi nie jest. To nie dlatego, że mnie porżnął. Ty też byłeś pocięty.

– Owszem, ale nie tak jak ty.

– Nie o to chodzi, że oberwałem. Zwyczajnie zdecydowałem, że się wycofuję. Nie sądzę, bym potrafił wytłumaczyć dlaczego.

– Zrozumiem, jeśli powiesz, że nie możesz znieść widoku krwi.

– Nie. Wiesz, patrzeć na krew, zwłoki… To zawsze straszne, ale jeśli się wie, że są martwi, to człowiek jakoś dochodzi do siebie. Najgorsze są szpitale, przesłuchania. Musisz się otrząsnąć i myśleć. Nie sądzę, bym mógł się tego podjąć. Potrafiłbym zmusić się do patrzenia, ale nie do rozumowania.

– Oni wszyscy nie żyją, Will – powiedział Crawford łagodnie.

Jack Crawford zorientował się nagle, że Graham zaczął mówić tak jak on. Widział już wcześniej, jak Graham naśladuje innych, jak w ważnych dyskusjach przejmuje sposób mówienia rozmówców. Początkowo Crawford myślał, że to taka sztuczka mająca na celu poprowadzenie rozmowy do właściwego punktu.

Później zdał sobie sprawę, że Graham robi to nieświadomie, że czasem próbuje się powstrzymać, ale nie potrafi.

Crawford wygrzebał z kieszeni dwie fotografie. Położył je na stole.

– Wszyscy nie żyją – powtórzył.

Graham spojrzał na niego ostro i wziął zdjęcia do ręki.

To były zwykłe fotografie zrobione kompaktowym aparatem: kobieta niosła koszyk z jedzeniem na brzeg basenu, za nią widać było troje dzieci i kaczkę. Na drugim zdjęciu utrwalono rodzinę zebraną przy torcie urodzinowym.

Po minucie odłożył zdjęcia. Palcem nasunął jedno na drugie i spojrzał na plażę, gdzie chłopiec siedzący w kucki przypatrywał się jakiemuś przedmiotowi wyrzuconemu na brzeg przez fale. Obok stała kobieta, uważnie obserwując małego. Rękę miała opartą na biodrze, dookoła jej kostek pieniły się fale. Pochyliła się i strząsnęła mokre włosy z ramion.

Graham, nie zwracając uwagi na gościa, patrzył na Molly i chłopca co najmniej tak samo długo jak na fotografie.

Crawford odczuł zadowolenie. Powstrzymał się od okazania satysfakcji tak samo świadomie, jak wybrał miejsce na przeprowadzenie tej rozmowy. Pomyślał, że Graham dał się złapać na haczyk. Teraz niech się trochę powierci.

Trzy wyjątkowo brzydkie psy podeszły do nich i klapnęły na ziemię przy stoliku.

– Mój Boże – wyrwało się Crawfordowi.

– Podobno to są psy – wyjaśnił Graham. – Ludzie wciąż tu podrzucają szczeniaki. Na ładniejsze sztuki łatwo znaleźć amatorów, ale reszta zostaje i, niestety, szybko rośnie.

– Są okropnie tłuste.

– Żrą wszystko, co im Molly wrzuci do misek.

– Dobrze ci tutaj, Will. Masz Molly i dzieciaka. Ile ma lat?

– Jedenaście.

– Ładny chłopak. Będzie wyższy niż ty.

Graham skinął głową.

– Tak jak jego ojciec. Jestem tu szczęśliwy i zdaję sobie z tego sprawę.

– Chciałem przywieźć ze sobą Phyllis. Tu, na Florydę. Znaleźć miejsce, gdzie mógłbym przenieść się po przejściu na emeryturę, by cieszyć się życiem. Ona jednak stwierdziła, że wszyscy jej przyjaciele mieszkają w Arlington.

– Zapomniałem jej podziękować za książki, które przynosiła mi do szpitala. Zrób to za mnie.

– Jasne.

Dwa małe ptaszki siadły na stoliku, wydziobując resztki galaretki. Crawford patrzył, jak skaczą po blacie, aż w końcu odfrunęły.

– Will, ta sprawa ma coś wspólnego z fazami księżyca. Rodzinę Jacobich w Birmingham zabił w sobotnią noc dwudziestego ósmego czerwca, podczas pełni. Leedsów w Atlancie wymordował przedwczoraj, dwudziestego szóstego lipca, na dzień przed upływem miesiąca księżycowego. Przy odrobinie szczęścia mamy ponad trzy tygodnie, nim znowu zacznie działać. Nie sądzę, byś chciał czekać tu, w Keys, na następne morderstwo i przeczytać o nim później w „Miami Herald”. Do diabła, nie jestem papieżem, żebym miał prawo mówić ci, jak należy postępować, ale chcę cię zapytać: czy liczysz się z moim zdaniem, Will?

– Tak.

– Uważam, że mamy większe szanse na złapanie go, zanim popełni następne morderstwo, jeśli ty nam pomożesz. Do diabła, Will, siodłaj konia i dołącz do nas. Jedź do Atlanty i Birmingham, a potem przyjedź do Waszyngtonu. Potraktuj to jako jednorazową robotę. Proszę.

Graham nie odpowiedział.

Crawford czekał. Pięć kolejnych fal zalało w tym czasie piasek wybrzeża. Wreszcie wstał i przewiesił płaszcz przez ramię.

– Pogadajmy jeszcze po kolacji.

– Zostań i zjedz z nami.

Crawford potrząsnął głową.

– Wrócę później. Na pewno czekają na mnie nowe wiadomości w Holiday Inn i będę musiał spędzić jakiś czas przy telefonie. Ale podziękuj Molly.

Wynajęty samochód Crawforda wzbił tuman kurzu, który szybko opadł na krzaki rosnące na poboczach żwirowej drogi.

Graham wrócił do stołu. Bał się, że w taki właśnie sposób zapamięta swój ostatni dzień w Sugarloaf Key: lód topniejący w dwóch szklankach, papierowe serwetki sfruwające ze stołu wykonanego z drewna sekwojowego, wiejąca od morza bryza oraz Molly i Willy na dalekiej plaży.

***

Nad Sugarloaf zapadał zmierzch. Na brzegu stały nieruchome czaple. Will Graham i Molly Foster Graham usiedli na wyrzuconej przez morze spłowiałej kłodzie. Czerwone słońce chowało się za horyzont, barwiąc twarze na pomarańczowo i pogrążając plecy w fioletowym cieniu. Molly ujęła dłoń Grahama.

– Crawford wpadł do mnie do sklepu, zanim zjawił się u ciebie – oznajmiła. – Pytał o drogę do domu. Chciałam cię uprzedzić, ale… naprawdę czasem powinieneś podnosić słuchawkę. Gdy wróciliśmy, pod domem stał jego wóz, więc poszliśmy na plażę.

– O co cię jeszcze pytał?

– Jak się czujesz.

– I co mu powiedziałaś?

– Że dobrze i że powinien, do diabła, dać ci spokój. Czego on od ciebie chciał?

– Żebym popatrzył na dowody. Jestem specjalistą sądowym, Molly. Widziałaś mój dyplom.

– Tego swojego dyplomu użyłeś do załatania dziury w suficie, widziałam na własne oczy. – Usiadła okrakiem na kłodzie, twarzą do Grahama. – Gdybyś tęsknił za życiem, które kiedyś prowadziłeś, za swoją pracą, to myślę, że coś byś o tym wspomniał od czasu do czasu. Nigdy mi o tym nie mówiłeś. Jesteś teraz otwarty, spokojny i wyciszony… Uwielbiam cię takiego.

– Jesteśmy tu szczęśliwi, nie sądzisz?

Przelotny grymas na jej twarzy uświadomił mu, że powinien był zastanowić się nad jakąś lepszą kwestią, zanim się odezwał. Nim jednak zdążył naprawić swoją gafę, Molly znowu podjęła temat.

– Praca dla Crawforda skończyła się dla ciebie fatalnie. On ma tylu ludzi, jak znam życie, to nawet cały cholerny rząd, więc dlaczego nie zostawi cię w spokoju?

– Crawford nic ci nie mówił? Był moim przełożonym obydwa razy, kiedy zawiesiłem obowiązki w Akademii FBI, by wrócić do pracy w terenie. Jack miał w swojej karierze tylko dwie takie sprawy, a zajmuje stanowisko w Quantico od dawna, i to ja obie rozwiązałem. Teraz ma nowy przypadek. Tego rodzaju psychopaci zdarzają się bardzo rzadko, a Jack wie, że mam pewne… doświadczenie.

– Owszem, masz – zgodziła się Molly. Rozchylona koszula odsłaniała bliznę wijącą się na brzuchu, szeroką na palec i wypukłą; nie poddawała się działaniu słońca. Biegła na ukos od lewego biodra aż do żeber z przeciwnej strony.

Doktor Hannibal Lecter zrobił to nożem do cięcia linoleum. Zdarzyło się to na rok przed tym, jak Molly poznała Grahama; ledwo z tego wyszedł. Doktor Lecter, w nagłówkach gazet występujący jako Hannibal Kanibal, był drugim z psychopatów ujętych przez Grahama.

Gdy Graham wyszedł ze szpitala, zrezygnował z pracy w Federalnym Biurze Śledczym, wyjechał z Waszyngtonu i znalazł pracę mechanika od silników wysokoprężnych na przystani w Marathonie na Florydzie. Na silnikach znał się zawsze; wyssał chyba tę wiedzę z mlekiem matki. Mieszkał w przyczepie na przystani, dopóki nie poznał Molly i nie przeniósł się do jej starego domu w Sugarloaf Key.

Teraz on usiadł okrakiem na kłodzie i ujął jej dłonie. Molly poruszała palcami stóp przydeptanych jego nogami.

– Dobra, Molly. Crawford myśli, że mam wyjątkowy talent do łapania tych potworów. To taka jego obsesja.

– Uważasz, że ma rację?

Graham odprowadził wzrokiem rządek pelikanów lecących ponad piaskiem opuszczonym przez wody odpływu.

– Widzisz, Molly, inteligentnego psychopatę, szczególnie sadystę, trudno złapać z kilku powodów. Po pierwsze, nie ma motywu, który można by wydedukować. Nie da się więc iść tą drogą. W większości przypadków nie pomogą ci też informatorzy. Wiesz, większość aresztowań odbywa się dzięki żmudnej pracy za biurkiem, a nie widowiskowemu pościgowi po ulicach. Ale w sprawie takiej jak ta informatorzy po prostu nic nie wiedzą. Nawet sam morderca może nie zdawać sobie sprawy, co robi. Musisz więc zebrać do kupy wszystkie dowody i kombinować. Trzeba spróbować wejść w skórę mordercy, myśleć tak jak on – a potem znaleźć człowieka, który pasuje do tego modelu.

– A potem śledzić go i dopaść – dopowiedziała Molly. – Boję się, że jeśli zaczniesz szukać tego maniaka, znowu wylądujesz w szpitalu. Strasznie się o ciebie boję.

– Molly, on nigdy mnie nie zobaczy ani nie dowie się, jak się nazywam. Nie ja go będę łapał, tylko policja. Crawford potrzebuje tylko kolejnego punktu widzenia.

Patrzyła na czerwień rozlewającą się nad morzem. Puszysta chmurka nad nimi zamieniła się w czerwoną mgiełkę.

Graham kochał sposób, w jaki obracała głowę, naturalnym ruchem ukazując lewy, mniej doskonały profil. Widział, jak żyłka pulsuje na jej szyi, i nagle przypomniał sobie smak soli na jej skórze. Przełknął ślinę i odezwał się:

– Więc co, u diabła, mam robić?

– To, co już postanowiłeś. Gdybyś został tutaj, a ten człowiek nadal zabijałby ludzi, nigdy byś sobie tego nie darował. „W samo południe” i te wszystkie bzdury… Nie zadawaj mi takich pytań.

– A co byś odpowiedziała?

– Zostań ze mną. Ze mną i z Willym. Przyprowadziłabym go tutaj, gdybym wierzyła, że to coś pomoże. Ale moja rola to wytrzeć oczy i pomachać ukochanemu na pożegnanie. Jeśli coś pójdzie nie tak, mam mieć satysfakcję, że postąpiłeś właściwie. Ale ta satysfakcja nie potrwa dłużej niż spuszczanie trumny do grobu. Potem wrócę do pustego domu i schowam twoją poduszkę.

– Będę się trzymał za plecami innych.

– Nie wierzę. Ale jestem zaborcza, co?

– Mam to gdzieś.

– Ja też. Prawda, jak tu pięknie? Z twoją przeszłością powinieneś sobie zdawać z tego sprawę. To znaczy doceniać to.

Skinął głową.

– I nie chcieć tego stracić.

– Nigdy tego nie stracimy. Oboje.

Ciemność szybko zapadała; po południowo-zachodniej stronie nieba pojawił się Jowisz.

Poszli z powrotem do domu, nad którym tkwił sierp wschodzącego księżyca. Daleko za linią przyboju małe ryby wyskakiwały z wody, walcząc o życie.

***

Crawford wrócił po kolacji. Zdjął płaszcz i krawat, a potem podwinął rękawy koszuli, dając w ten sposób do zrozumienia, że ta wizyta ma nieoficjalny charakter. Molly pomyślała sobie, że tęgie, blade ramiona Crawforda są odrażające. Nie wiedzieć czemu wydał jej się podobny do diabelnie mądrej małpy. Podała mu kawę, usadziła na werandzie pod wentylatorem i dotrzymywała towarzystwa; Graham i Willy karmili psy w ogrodzie. Nie odezwała się ani słowem. Ćmy miękko uderzały o siatki okien.

– Will świetnie wygląda – odezwał się Crawford. – Oboje dobrze wyglądacie… tacy szczupli i opaleni.

– Bez względu na to, co powiem, i tak go stąd zabierzesz, mam rację?

– Tak. Muszę to zrobić. Ale przysięgam na Boga, Molly, uczynię wszystko, co w mojej mocy, by go nie narażać. On się zmienił. To wspaniale, że wzięliście ślub.

– Jemu wciąż się polepsza. Już nie śnią mu się tak często te koszmary. A teraz ma świra na punkcie psów. I tak dobrze, że przestał o nich bez przerwy mówić. Jack, jesteś jego przyjacielem. Dlaczego nie dasz mu spokoju?

– Ponieważ na jego nieszczęście jest w tym najlepszy. Ponieważ myśli inaczej niż wszyscy. I ponieważ nigdy nie popadł w rutynę.

– On uważa, że ty tylko chcesz, aby przyjrzał się dowodom.

– Tak, musi spojrzeć na to, co już mamy. Nie ma nikogo lepszego. Ale on ma coś więcej. Wyobraźnię, wizję, coś w tym rodzaju. I nie bardzo mu się podoba, że na tę wizję właśnie liczę.

– Też by ci się nie podobało, gdybyś to ty miał takie zdolności. Obiecaj mi coś, Jack. Przyrzeknij mi, że dopilnujesz, by nie znalazł się zbyt blisko. Nie chcę, żeby walczył.

– Nie będzie musiał walczyć. Mogę ci to obiecać.

Gdy Graham skończył karmić psy, Molly pomogła mu się spakować.

Rozdział 2

Will Graham przejechał powoli obok domu, w którym rodzina Charlesa Leedsa żyła i w którym zginęła. Okna były ciemne. Paliło się tylko jedno światło przy podjeździe. Zaparkował dwie przecznice dalej i powoli szedł przez ciepłą noc, niosąc kartonowe pudło z raportem policyjnym.

Graham uparł się, by przyjechać tu samotnie. Obecność kogokolwiek tylko by go rozpraszała – taki przynajmniej powód podał Crawfordowi. Ale istniała jeszcze inna, osobista przyczyna takiej decyzji – nie był pewien, jak się zachowa. Nie chciał, by ktoś mu się przyglądał.

Wizytę w kostnicy zniósł dobrze.

Dwupiętrowy dom z cegły był odsunięty od ulicy i otoczony drzewami. Graham zatrzymał się na chwilę i popatrzył na budynek. Usiłował uspokoić nerwy. Wahadło w jego umyśle było mocno rozkołysane. Musiał poczekać, aż się zatrzyma.

Ulicą przejechało kilku sąsiadów. Obrzucali dom pobieżnym spojrzeniem i szybko odwracali wzrok. Miejsce zbrodni jest dla sąsiadów czymś odrażającym, jak twarz przyjaciela, który zdradził. Gapią się tylko obcy i dzieci.

Rolety były podniesione. Graham ucieszył się z tego – oznaczało to, że wewnątrz nie ma żadnych krewnych. Krewni zawsze opuszczają rolety.

Obszedł dom z boku, poruszając się ostrożnie w ciemności i nie zapalając latarki. Dwukrotnie zatrzymywał się i nasłuchiwał. Policja w Atlancie była uprzedzona o jego wizycie, ale sąsiedzi nic o tym nie wiedzieli. Mogliby zareagować nieco nerwowo, na przykład zacząć strzelać.

Patrząc przez tylne okno, widział całe wnętrze domu, łącznie z zarysami mebli – aż po lampę przy podjeździe. W powietrzu unosił się ciężki zapach jaśminu. Ażurowa weranda zajmowała cały tył domu. Na drzwiach werandy widniała pieczęć policji z Atlanty. Graham zerwał ją i wszedł do środka.

Drzwi prowadzące z werandy do kuchni załatane były sklejką w miejscach, w których policjanci wybili szyby. Przyświecając sobie latarką, otworzył je kluczami, które mu dali w komisariacie. Chciał zapalić światła, chciał wyciągnąć na wierzch błyszczącą odznakę FBI i narobić hałasu, by usprawiedliwić swoją obecność w tym cichym domu, w którym zginęło pięcioro ludzi. Nie uczynił tego. Wszedł do ciemnej kuchni i usiadł przy stole.

Na okapie nad kuchnią gazową jarzyły się w ciemności dwa niebieskie światełka. Czuł zapach jabłek i pasty do czyszczenia mebli.

Ze szczękiem zaskoczył termostat i włączyła się klimatyzacja. Graham, przestraszony, aż podskoczył na ten dźwięk. Cóż, strach to jego dobry znajomy, mógł z nim sobie poradzić. Strach nigdy nie przeszkadzał mu w pracy. Przeciwnie – wyostrzał wzrok i słuch, wzmagał agresję, wyzwalał elokwencję.

Ale w tym domu nie było już nikogo, z kim mógłby porozmawiać, kogo mógłby obrazić.

Do tej kuchni przez drzwi prowadzące na werandę wtargnęło szaleństwo; nosiło buty numer 11. Siedząc w ciemnościach, czuł to szaleństwo tak, jak pies gończy czuje trop.

Graham przez cały dzień aż do wieczoru studiował raport detektywów wydziału zabójstw policji w Atlancie. Przypomniał sobie, że w chwili, gdy policja przybyła na miejsce, na wyciągu kuchenki paliło się światło. Zapalił je.

Na ścianie obok wisiały dwa plakaty oprawione w ramki. Na jednym widniał napis: CAŁOWANIE NIE TRWA DŁUGO, GOTOWANIE TAK. Drugi głosił: NASI PRZYJACIELE NAJBARDZIEJ LUBIĄ PRZEBYWAĆ W KUCHNI; TU SŁYSZĄ BICIE SERCA DOMU, USPOKAJAJĄ SIĘ PRZY JEGO DŹWIĘKACH.

Graham spojrzał na zegarek. Wpół do dwunastej. Patolog oświadczył, że śmierć nastąpiła między jedenastą w nocy a pierwszą nad ranem.

Po pierwsze: wejście. Zastanowił się, jak mogło to nastąpić…

Szaleniec zdejmuje haczyk z zewnętrznych drzwi. Stoi przez chwilę w ciemnościach werandy, po czym wyjmuje coś z kieszeni. Przyssawkę – możliwe, że to zwykła biurowa temperówka z końcówką przysysającą się do powierzchni biurka.

Klęcząc za osłoną dolnej, drewnianej połówki drzwi kuchennych, szaleniec unosi głowę i zagląda przez szybę. Wyciąga język i liże przyssawkę, po czym przyciska ją do szyby i naciska dźwigienkę zasysającą powietrze. Do przyssawki linką jest przymocowany diament do cięcia szkła, którym nacina koło.

Cichy zgrzyt diamentu na szybie, po którym następuje mocne puknięcie; wybija w szkle małe kółko. Jedną ręką uderza, drugą trzyma przyssawkę. Szkło nie może upaść na podłogę. Wycięty fragment szyby ma lekko jajowaty kształt, ponieważ linka przywiązana do przyssawki okręciła się w trakcie cięcia dookoła rączki. Cichy brzęk, gdy odkłada szkło na bok. Nie zwraca uwagi na to, że na przyssawce zostawia ślinę, której analiza pozwoli później na zidentyfikowanie jego grupy krwi.

Ręka w mocno dopasowanej rękawiczce przeciska się przez otwór i odnajduje zamek. Drzwi otwierają się cicho. Jest w środku. Światło na okapie rzuca na ścianę tej obcej kuchni jego cień. W domu panuje przyjemny chłód.

Will Graham wziął dwie kapsułki na niestrawność. Zirytował go szelest celofanowych papierków, które schował do kieszeni. Szedł przez salon, trzymając z przyzwyczajenia latarkę z dala od ciała. Mimo że uważnie przyjrzał się wcześniej planowi domu, pomylił raz drogę, zanim znalazł schody. Stopnie nie zaskrzypiały pod jego ciężarem.

Stał teraz w drzwiach do sypialni rodziców. Słabo widział bez latarki. Cyfrowy zegar na nocnym stoliku oświetlał delikatnie sufit, a przy drzwiach do łazienki świeciło się pomarańczowe światełko kontaktu elektrycznego. Czuł ostry zapach krwi.

Ale oczy przywykłe do ciemności mogły widzieć znacznie lepiej. Szaleniec mógł odróżnić pana Leedsa od jego żony. Miał wystarczająco dużo światła, by przejść przez pokój, chwycić Leedsa za włosy i poderżnąć mu gardło. A co potem? Powrót do włącznika światła przy drzwiach, przywitanie pani Leeds i strzał, który ją okaleczył?

Graham zapalił światło i plamy krwi krzyknęły do niego ze ścian, z łóżka i podłogi. Cały pokój przepełniony był ich krzykiem. Zadrżał od tego hałasu w pustej sypialni pokrytej wysychającymi plamami.

Siedział na podłodze, dopóki się nie wyciszył. Spokojnie, spokojnie, tylko spokojnie.

Liczba i różnorodność plam krwi zaintrygowała detektywów z Atlanty, kiedy chcieli zrekonstruować przebieg zbrodni. Wszystkie ofiary zostały znalezione w swoich łóżkach, ale ich ułożenie nie zgadzało się ze śladami krwi.

Początkowo uważali, że Charles Leeds został zaatakowany w pokoju córki, po czym morderca zaciągnął jego ciało do sypialni. Ale uważniejsza analiza śladów obaliła to przypuszczenie.

Dokładny przebieg wydarzeń nie został więc jeszcze ustalony.

Will Graham dzięki temu, że przestudiował raporty z autopsji i z laboratorium, zaczął domyślać się, jak się to wszystko wydarzyło.

Napastnik poderżnął gardło Charlesa Leedsa, który spał obok żony, wrócił do drzwi i zapalił światło – na kontakcie zostały ślady włosów i tłuszczu z głowy Leedsa pozostawione przez rękę w gładkiej rękawiczce. Strzelił do pani Leeds, kiedy zaczęła się podnosić z łóżka, i poszedł do dzieci.

Leeds wstał mimo poderżniętego gardła. Usiłował bronić dzieci, krwawiąc wokół z przeciętej tętnicy szyjnej. Bez wysiłku odepchnięty na bok upadł i skonał razem z córką w jej pokoju.

Jeden z dwóch synów został zastrzelony w łóżku. Drugiego chłopca również znaleziono w łóżku, ale w jego włosach wykryto kurz. Policja wysunęła przypuszczenie, że morderca wyciągnął go spod łóżka, pod którym się ukrył, i dopiero wtedy zastrzelił.

Gdy już wszyscy byli martwi, może z wyjątkiem pani Leeds, zaczęło się rozbijanie luster, wybieranie odłamków i dalsze znęcanie się nad kobietą.

Graham miał w swoim pudle kopie wszystkich protokołów z oględzin zwłok, również ten dotyczący pani Leeds. Pocisk wszedł przez prawy obojczyk i zatrzymał się w kręgosłupie, ale przyczyną jej śmierci było uduszenie.

Wzrost poziomu serotoniny i histaminy w ranie wskazywał, że po postrzale żyła jeszcze co najmniej przez pięć minut. Poziom histaminy był znacznie wyższy niż serotoniny, czyli umarła najpóźniej po piętnastu minutach. Większość ran najprawdopodobniej – ale nie na pewno – zadano jej po śmierci.

Jeśli szaleniec okaleczał ją po śmierci, to co robił w czasie, gdy pani Leeds umierała?, zastanawiał się Graham. Walczył z panem Leedsem i zabijał dzieci? Tak, ale to musiało mu zająć mniej niż minutę. Rozbijał lustra. I co jeszcze?

Detektywi w Atlancie byli bardzo dokładni. Wszystko wymierzyli i sfotografowali, odkurzaczem pobrali kurz do analizy ewentualnych śladów, wzięli próbki krwi. Ale mimo to Graham uważnie rozglądał się po domu.

Porównując policyjne zdjęcia z narysowanymi na materacach sylwetkami, Graham mógł sobie wyobrazić, jak leżały ciała w chwili ich znalezienia. Dowody – ślady azotanów na prześcieradłach w przypadkach ran postrzałowych – wskazywały, że ofiary zostały znalezione mniej więcej w tych samych pozycjach, w których skonały.

Ale niewyjaśniona pozostawała kwestia obfitych plam krwi i rozmazanych śladów na dywanie w korytarzu. Policyjny detektyw wysunął teorię, że jedna z ofiar usiłowała odczołgać się od mordercy. Graham w to nie wierzył. Uważał, że zabójca już po śmierci ofiar przenosił je, a potem ułożył z powrotem w pozycjach, w jakich zginęły.

To, co uczynił pani Leeds, było jasne. Ale co z pozostałymi? Nie okaleczył ich tak jak kobietę. Każde z dzieci miało tylko jedną ranę postrzałową głowy. Charles Leeds wykrwawił się na śmierć, dusząc się jednocześnie własną krwią. Jedynym dodatkowym śladem na jego ciele było obtarcie na piersi, prawdopodobnie powstałe po śmierci. Co morderca robił z ich ciałami, po tym jak ich zabił?

Graham wyjął ze swego pudła fotografie policyjne, raporty na temat poszczególnych plam krwi i innych substancji w pokoju i standardowe plansze porównawcze trajektorii kropli krwi.

Przyglądał się dokładnie poszczególnym śladom na schodach, usiłując dopasować je do ran, próbując zrekonstruować wydarzenia. Porównywał każdą plamę z policyjnym szkicem i raportami, by oszacować kierunki i ilość krwi wyciekającej z ran członków rodziny. Potem nanosił na papier własną wersję wydarzeń. Miał nadzieję, że w ten sposób zdoła określić pozycję ciał w różnych momentach.

Rząd trzech czerwonych plam widniał na ścianie w rogu sypialni. Pod nimi na dywanie znajdowały się trzy małe plamki. Zakrwawiona była też ściana u wezgłowia łóżka po stronie Charlesa Leedsa, krwawe ślady ciągnęły się wzdłuż listew podłogowych. Szkic Grahama zaczął wyglądać jak nieponumerowana dziecięca układanka. Popatrzył na rysunek, potem na pokój, znowu na kartkę – aż rozbolała go głowa.

Poszedł do łazienki, odkręcił kran i przełknął dwie ostatnie tabletki bufferiny, popijając wodą nabraną w złożone dłonie. Następnie spryskał sobie twarz i wytarł się połą koszuli. Tymczasem woda wylała się z umywalki na podłogę. Zapomniał, że z odpływu usunięto syfon. Poza tym łazienka wyglądała normalnie, z wyjątkiem stłuczonego lustra i śladów czerwonego proszku do zdejmowania odcisków palców, zwanego Krwią Smoka. Szczoteczki do zębów, krem do twarzy, nożyk do golenia – wszystko znajdowało się na swoich miejscach.

Łazienka wyglądała tak, jakby rodzina wciąż jej używała. Rajstopy pani Leeds zwisały z wieszaka na ręczniki, gdzie pozostawiła je do wyschnięcia. Zwrócił uwagę, że z jednej pary odcięła przetartą nogawkę; pewnie zakładała naraz dwie pary jednonogich rajstop, unikając w ten sposób kupna nowych. Rozczuliła go ta skrzętna gospodarność; Molly robiła tak samo.

Graham wydostał się przez okno sypialni na dach werandy i usiadł na zakurzonych gontach. Objął rękoma kolana; przepocona, mokra koszula chłodziła mu plecy. Wciągnął w nozdrza dochodzący z domu zapach rzeźni.

Łuna świateł Atlanty była tak silna, że na niebie trudno było dostrzec gwiazdy. W Keys noc powinna być pogodna. Mógłby teraz oglądać z Molly i Willym spadające gwiazdy i nasłuchiwać gwizdu, który – jak się już wcześniej zgodzili – muszą powodować spadające gwiazdy. Deszcz meteorów z roju delta Akwarydów wszedł w fazę największej aktywności. Willy bardzo lubił obserwować to zjawisko.

Zadrżał i znowu wciągnął powietrze do płuc. Nie chciał teraz myśleć o Molly. Było to w złym guście, bez sensu, w dodatku odciągało jego myśli od ważniejszych rzeczy.

Graham miał wiele problemów z wyczuciem dobrego smaku. Jego myśli często były… w złym guście. Nie potrafił się odizolować. Wszystko, co widział i czego się dowiadywał, miało wpływ na całe jego rozumowanie. Niektóre z tych kombinacji trudno było znieść, ale nie umiał ich przewidzieć, zablokować ani wyrzucić z umysłu. Jego poczucie uczciwości i przyzwoitości często się buntowało, zszokowane jego skojarzeniami, zgorszone snami. Żałował, że nie ma w mózgu żadnego szczelnego schronienia dla wartości, które kochał. Skojarzenia nadlatywały z prędkością światła. Szybkość wartościowania zachowań dorównywała szybkości czytania. Poczucie uczciwości i przyzwoitości nie mogło dotrzymać kroku skojarzeniom i ukierunkować myśli.

Uważał, że jego psychika jest groteskowa, lecz użyteczna jak krzesło zrobione z jelenich rogów. Nic nie mógł na to poradzić.

Graham zgasił światło w domu i wyszedł przez kuchnię na zewnątrz. Na końcu werandy dostrzegł w świetle latarki rower i wiklinowy koszyk dla psa. Na podwórku za domem była buda, a przy schodach stała miska.

Wszystkie dowody wskazywały, że rodzina Leedsów została zaskoczona we śnie.

Przytrzymując latarkę między brodą i ramieniem, zapisał: Jack – gdzie pies?

***

Graham pojechał z powrotem do hotelu. Musiał skoncentrować się na prowadzeniu wozu, chociaż o wpół do piątej nad ranem prawie nie było ruchu. Wciąż bolała go głowa; rozglądał się za apteką czynną całą dobę.

Znalazł ją przy Peachtree. Przy drzwiach chwiał się niechlujny kloszard. Aptekarz w wyświechtanym fartuchu pokrytym łupieżem podał Grahamowi bufferinę. Sprawiał niemiłe wrażenie. Graham nie znosił takich młodych sprzedawców. Wyglądali, jakby wyszli prosto ze śmietnika. Bywali przy tym niezwykle z siebie zadowoleni; Graham przeczuwał, że w domu potrafią się zachować bardzo nieprzyjemnie.

– Coś jeszcze? – zapytał aptekarz z ręką nad przyciskami kasy. – Życzy pan sobie czegoś więcej?

Biuro FBI w Atlancie zarezerwowało mu pokój w przedziwnym hotelu niedaleko nowego Peachtree Center w centrum miasta. Wyposażony był w przeszklone windy o wrzecionowatym kształcie, co miało zapewne podkreślać wielkomiejski styl obiektu.

Graham pojechał na górę razem z dwoma uczestnikami jakiegoś kongresu. Na piersiach mieli przypięte plakietki z nazwiskami i dużym: CZEŚĆ! Trzymali się poręczy i patrzyli podczas jazdy na rozciągający się w dole hol hotelowy.

– Wilma widzi mi się młodsza, kiedy siedzi przy biurku. O, zobacz, teraz wchodzi do środka – powiedział większy z nich. – Do diabła, chciałbym z niej zedrzeć co nieco.

– Pieprzyć ją, aż krew pójdzie jej z nosa – dodał drugi.

Strach i seks, i gniew to podstawy każdego uczucia.

– Wiesz, dlaczego kobieta ma nogi?

– Dlaczego?

– Żeby nie zostawiała śladów jak ślimak.

Drzwi windy się otwarły.

– To już?

– Już – powiedział większy mężczyzna. Wychodząc, zatoczył się na ścianę.

– Prowadził ślepy ślepego – powiedział drugi.

Graham postawił pudło z dokumentami w garderobie w swoim pokoju, ale po namyśle przełożył je do szuflady, żeby nie było na widoku. Miał już dosyć zwłok. Chciał zadzwonić do Molly, ale było jeszcze za wcześnie.

Na ósmą miał wyznaczone spotkanie w komisariacie policji. Nie miał im wiele do powiedzenia.

Musi się trochę przespać. Jego umysł przypominał tłumne przyjęcie; wszędzie dookoła uganiały się argumenty, od czasu do czasu spotykając się, żeby stoczyć ze sobą bójkę. Czuł odrętwienie i pustkę, nalał więc do szklanki do płukania zębów trochę whisky i wypił przed snem. Gdy się położył, ciemność otuliła go mocno – zbyt mocno. Zapalił więc światło w łazience i wrócił do łóżka. Udawał sam przed sobą, że w łazience Molly czesze włosy.

W uszach brzmiały mu słowa z protokołu oględzin zwłok, choć nigdy nie czytał go na głos: „…stolec był uformowany… ślady talku na łydce. Rozerwanie gałki ocznej odłamkiem lustra…”.

Graham starał się myśleć o plaży w Sugarloaf Key, próbował usłyszeć szum fal. Przypomniał sobie wygląd swojego niedużego warsztatu i pomyślał o zegarze wodnym, który budowali razem z Willym. Zaśpiewał półgłosem Whiskey River i próbował przypomnieć sobie Black Mountain Rag. Ulubione piosenki Molly. Molly usiłowała go przy nich uczyć tańca w ogrodzie, a on kiwał się jak pajac… Wreszcie zasnął.

Obudził się po godzinie zesztywniały i spocony; w blasku światła z łazienki widział obok siebie zarys drugiej poduszki – to była pani Leeds. Leżała obok niego pobita i pokaleczona, jej szkliste oczy otoczone były obwódkami z krwi, która ściekała dalej, zasychając na skroniach i za uszami na kształt oprawek okularów. Nie potrafił zmusić się, by spojrzeć jej w twarz. Jego mózg protestował jak włączony alarm, ale przemógł się… i dotknął suchej pościeli.

Po tym akcie odwagi odczuł natychmiastową ulgę. Wstał z bijącym jeszcze mocno sercem i włożył świeżą koszulkę, a mokrą wrzucił do wanny. Nie potrafił położyć się na suchej części łóżka, rozłożył więc ręcznik na przepoconej połowie i położył się na nim. W ręku miał szklankę z whisky. Upił jedną trzecią zawartości.

Postarał się o czymś pomyśleć, o czymkolwiek. O aptece, w której kupował bufferinę – może dlatego, że była to jego jedyna czynność w ciągu całego dnia, która nie miała związku ze śmiercią.

Przypomniał sobie stare drogerie z wodą sodową. Jako chłopiec uważał je za szalenie tajemnicze miejsca. Gdy ktoś tam wchodził, Graham zawsze myślał o kupowaniu prezerwatyw. Na półkach znajdowały się rzeczy, którym nie należało się przyglądać zbyt uważnie.

W aptece, w której kupił bufferinę, środki antykoncepcyjne w kolorowych opakowaniach stały w przezroczystym pudełku na ścianie za kasą, otoczone ramką jak dzieło sztuki.

Wolał stare sklepiki i różnorodne wspomnienia z dzieciństwa. Graham miał prawie czterdzieści lat i właśnie zaczynał odczuwać tęsknotę za tamtym światem. Pociągał go jak kotwica rzucona w szalejącym sztormie.

Przypomniał mu się Smoot. Stary Smoot obsługiwał automat z wodą sodową w sklepie należącym do miejscowego aptekarza. Graham był wtedy dzieckiem. Smoot popijał w czasie pracy; często zapominał zwinąć żaluzje i materiał szarpał się na wietrze. Kiedyś zapomniał wyłączyć czajnik i trzeba było wzywać straż pożarną. Ale za to sprzedawał dzieciom lody na kredyt.

Jego popisowym numerem było zamówienie u miejscowego wytwórcy pięćdziesięciu lalek w czasie, gdy właściciel sklepu wyjechał na wakacje. Gdy wrócił, wyrzucił Smoota z pracy, jednak już po tygodniu przyjął go z powrotem. Potem urządzili wyprzedaż lalek. Pięćdziesiąt lalek ustawili w półkolu na wystawie, tak że wszystkie patrzyły na człowieka, który zatrzymał się przed witryną.

Miały wielkie oczy, niebieskie jak fiołki. Była to niezwykła wystawa i Graham często zatrzymywał się przy niej, gapiąc się dłuższy czas. Wiedział, że to tylko lalki, ale miał wrażenie, że nie spuszczają z niego wzroku, gdy tak stoi przed wystawą. Pięćdziesiąt par oczu. Gipsowe lalki, każda z głupio sterczącym lokiem, ale ich skoncentrowane spojrzenie sprawiało, że przechodziły go ciarki.

Graham zaczął się powoli rozluźniać. Gapiące się lalki. Upił łyk whisky, zakrztusił się i oblał pierś. Poszukał ręką włącznika nocnej lampki i z dolnej szuflady wyciągnął pudło. Wyjął z niego protokoły autopsji zwłok trojga dzieci Leedsów oraz narysowany przez siebie szkic sypialni rodziców i rozłożył to wszystko na łóżku.

Oto trzy plamy krwi znaczące ściany w rogu pokoju, i trzy odpowiadające im plamy na dywanie. Pasowały do rozmiarów dzieci. Brat, siostra, starszy brat. Pasuje, pasuje, pasuje.

Szaleniec ułożył ich w rzędzie, sadzając ich martwe ciała pod ścianą naprzeciwko łóżka. Widownia. Martwa widownia. I Leeds. Przywiązany do oparcia łóżka sznurem przeciągniętym dookoła klatki piersiowej. Ułożony w taki sposób, by wyglądało, jakby siedział na posłaniu. W ten sposób został obtarty naskórek na jego piersi, w ten sposób można było też wytłumaczyć plamy krwi na ścianie ponad oparciem w głowach łóżka.

Na cóż takiego mieli patrzeć? Wszyscy już nie żyli, ale ich oczy były otwarte. Mieli patrzeć na sztukę, w której główne role grali szaleniec i ciało pani Leeds ułożone w łóżku obok zwłok pana Leedsa. Widownia. Ten czubek widział dookoła ich twarze.

Graham zastanowił się, czy szaleniec zapalił świeczkę. Migające światło mogło ożywić nieco martwe oczy. Na miejscu zbrodni nie znaleziono żadnych świec. Może ten psychopata pomyśli o tym następnym razem…

To pierwsze dotarcie do umysłu mordercy zabolało go jak użądlenie pszczoły. Graham wbił zęby w kołdrę, rozmyślając.

Dlaczego przeniosłeś ich ciała z powrotem? Dlaczego nie zostawiłeś ich tak, jak byli? – zapytał Graham w duchu. Jest coś, o czym nie chcesz, żebym się dowiedział. Jest coś, czego się wstydzisz. A może to coś innego – coś, co bardzo chcesz ukryć?

Czy otworzyłeś im oczy?

Pani Leeds była piękną kobietą, prawda? Gdy poderżnąłeś gardło jej mężowi, zapaliłeś światło, by pani Leeds mogła patrzeć, jak on powoli się wykrwawia. Musiało ci być przykro dotykać jej w rękawiczkach, prawda?

Na nodze pani Leeds wykryto ślady talku.

W łazience nie było talku.

Te dwa fakty przyszły mu do głowy mimowolnie – jakby wyszeptała mu je do ucha jakaś obca osoba.

Zdjąłeś rękawiczki, prawda? Talk wysypał się z gumowej rękawiczki, gdy ją zdejmowałeś, by jej dotknąć, mam rację, ty sukinsynu? Dotykałeś jej gołymi dłońmi, po czym z powrotem nałożyłeś rękawiczki i wytarłeś jej ciało. Ale oczy otwierałeś im bez rękawiczek.

Jack Crawford podniósł słuchawkę po trzecim dzwonku. Wiele razy przyjmował telefony w środku nocy i wcale nie był zaskoczony.

– Jack, tu Will.

– Słucham cię.

– Czy Price ciągle pracuje w wydziale daktyloskopii?

– Tak. Ale już nie gania w teren. Pracuje teraz nad pojedynczymi przypadkami.

– Uważam, że powinien przyjechać do Atlanty.

– Dlaczego? Sam powiedziałeś, że ten miejscowy facet zna się na rzeczy.

– Jest dobry, ale nie tak dobry jak Price.

– Co chcesz, żeby robił? Gdzie miałby szukać?

– Paznokcie u rąk i nóg pani Leeds. Są pomalowane i odciski powinny się na nich dobrze trzymać. I rogówki jej oczu. Sądzę, że on zdejmował rękawiczki, Jack.

– Jezu, Price będzie musiał się pospieszyć – powiedział Crawford. – Pogrzeb jest dzisiaj po południu.

Rozdział 3

– Uważam, że on jej dotykał – powiedział Graham zamiast powitania. Crawford wręczył mu puszkę coca-coli z automatu. Była za dziesięć ósma. Znajdowali się w siedzibie policji w Atlancie.

– Pewnie masz rację – zgodził się Crawford. – Jej przeguby i miejsca pod kolanami noszą ślady ucisku. Znaleziono jednak wyłącznie odcinki gładkich rękawiczek. Nie martw się, Price jest tutaj. Stary sukinsyn jedzie teraz do domu pogrzebowego. Kostnica wydała zwłoki wczoraj wieczorem, ale w domu pogrzebowym jeszcze się za nie nie zabrali. Wyglądasz na wykończonego. Spałeś choć chwilę?

– Może z godzinę. Uważam, że ten drań musiał jej dotykać gołymi rękami.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz. Laboratorium policyjne tu w Atlancie upiera się, że on przez cały czas miał na dłoniach rękawiczki chirurgiczne – powiedział Crawford. – Odciski gumy zachowały się na odłamkach lustra. Z jednej strony tego kawałka wbitego między jej wargi znaleźli odcisk palca wskazującego, a z drugiej – kciuka.

– Wytarł lustro, gdy skończył, i to dokładnie, żeby mógł widzieć w nim swoje odbicie – powiedział Graham.

– Ten odłamek w jej ustach był zakrwawiony. To samo z oczami. On ani na chwilę nie zdjął rękawiczek.

– Pani Leeds była bardzo ładną kobietą – zwrócił mu uwagę Graham. – Widziałeś ją na zdjęciach rodzinnych? Gdybym znalazł się z nią w intymnej sytuacji, bardzo chciałbym jej dotknąć, a ty?

– Intymnej? – W głosie Crawforda słychać było niesmak. Nie potrafił go powstrzymać. Nagle zaczął z uwagą przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu drobnych.

– Intymnej. Byli sam na sam, wszyscy pozostali już nie żyli. Mógł im otwierać i zamykać oczy – cokolwiek zamarzył.

– Wymyślił – poprawił go Crawford. – Oczywiście szukali odcisków na jej skórze. Niczego nie znaleźli. Tylko ślady dłoni na jej szyi.

– W raporcie nie było niczego na temat zdejmowania odcisków z paznokci.

– Wydaje mi się, że zamazali, cokolwiek było na jej paznokciach, gdy pobierali spod nich próbki naskórka. Ale znaleźli wyłącznie jej naskórek – zdarła go. Zaciskając pięści i wbijając sobie paznokcie w dłonie.

– Miała ładne stopy – zastanowił się Graham.

– Mhm. Chodźmy na górę – powiedział Crawford. – Wojsko musi się stawić na poranny apel.

***

Jimmy Price przywiózł mnóstwo sprzętu – dwie ciężkie walizki oraz torbę z aparatem i statywem. Zrobił wiele hałasu, wchodząc frontowymi drzwiami Domu Pogrzebowego Lombard w Atlancie. Był kruchym starszym panem, a jego humoru bynajmniej nie poprawiła długa jazda taksówką z lotniska w godzinie szczytu.

Młody urzędnik o starannie ułożonych włosach zaprowadził go do biura urządzonego w kolorach morelowym i kremowym. Biurko było puste z wyjątkiem małej rzeźby, nazwanej Modlące się dłonie.

Price przyglądał się tym dłoniom, gdy do biura wszedł sam pan Lombard. Z wielką uwagą sprawdził dokumenty Price’a.

– Oczywiście, dzwonili z pana biura czy agencji, czy też jak wy to nazywacie. Ale wieczorem musieliśmy wzywać policję, by zabrała natrętnego faceta, który usiłował robić zdjęcia do „National Tattler”, jestem więc bardzo ostrożny. Panie Price, ciała odebraliśmy dopiero o pierwszej nad ranem, a pogrzeb ma się odbyć dzisiaj po południu, o piątej. Po prostu nie możemy tego odłożyć.

– Nie zajmę panom wiele czasu – powiedział Price. – Będę potrzebował jakiegoś niegłupiego asystenta, jeśli ma pan kogoś takiego. Czy dotykał pan ciał, panie Lombard?

– Nie.

– Proszę więc sprawdzić, kto dotykał. Będę musiał zdjąć odciski palców każdej z tych osób.

***

Poranna odprawa policyjnych detektywów pracujących nad sprawą Leedsów dotyczyła głównie zębów.

Szef detektywów komendy w Atlancie, J.R. (Buddy) Springfield, tęgi mężczyzna w samej koszuli, stał przy drzwiach z doktorem Dominikiem Princim, a w wejściu tłoczyło się dwudziestu trzech detektywów.

– Dobra, chłopcy, uśmiechajcie się szeroko, gdy tu wchodzicie – powiedział Springfield. – Pokażcie doktorowi Princiemu swoje zęby. Pięknie, chcemy widzieć je wszystkie. Chryste, Sparks, to twój język czy też połknąłeś wiewiórkę? Wchodźcie.

Na tablicy z przodu sali wisiało wielkie powiększenie zębów. Grahamowi przypominało to gabinet ortodonty. Usiadł razem z Crawfordem z tyłu sali; detektywi zajęli ławki ustawione w dwóch rzędach, jak w szkole.

Komisarz bezpieczeństwa publicznego w Atlancie, Gilbert Lewis, i jego oficer do spraw kontaktów z mediami siedzieli z daleka od nich na składanych krzesełkach. Lewis miał za godzinę konferencję prasową.

Szef detektywów Springfield przejął inicjatywę.

– Dobra, dość tych bzdur. Jeśli czytaliście dzisiaj gazety, to wiecie już, że nasza sprawa nie posunęła się ani na krok. Przesłuchania okolicznych mieszkańców mają być rozszerzone na obszar obejmujący cztery dodatkowe przecznice w każdą stronę od miejsca zbrodni. Firma R&I dała nam do dyspozycji dwóch pracowników, którzy pomogą sprawdzić i dopasować do siebie rezerwacje lotnicze i wynajem samochodów w Birmingham i Atlancie. Znowu zajmiecie się dzisiaj lotniskiem i hotelami. Tak, znowu. Musicie złapać każdą pokojówkę i ciecia, nie zapomnijcie o recepcjonistkach. Ten facet musiał gdzieś doprowadzić się do porządku i może zostawił po sobie jakieś rzeczy. Jeśli znajdziecie kogoś, kto sprzątał w tym czasie jakiś większy syf, wyrzućcie z podejrzanego pokoju zajmującego go aktualnie gościa, zaplombujcie drzwi i pędem na sygnale do pralni. Dobra, teraz mamy wam coś do pokazania. Doktorze Princi?

Doktor Dominik Princi, główny lekarz sądowy okręgu Fulton, wyszedł na środek sali i stanął obok wizerunku zębów. W ręku trzymał odlew dentystyczny.

– Panowie, oto jak wyglądają zęby sprawcy. Instytut Smithsona w Waszyngtonie zrekonstruował je na podstawie śladów, które znaleźliśmy na ciele pani Leeds, i odcisku na kawałku sera z lodówki Leedsów – powiedział Princi. – Jak widzicie, ma koronki na bocznych siekaczach… te zęby tutaj i tutaj. – Princi pokazał najpierw na odlewie, a potem na rysunku. – Zgryz jest krzywy, jeden siekacz ma złamany róg, a drugi bruzdę, o tutaj. Wygląda jak „znak krawca” – uszkodzenie od ciągłego przegryzania nitki.

– Sukinsyn z krzywymi zębami – mruknął któryś z detektywów.

– Skąd masz pewność, że to morderca ugryzł ten ser, doktorku? – zapytał wysoki detektyw z pierwszego rzędu.

Princi nie znosił, gdy mówiono do niego per „doktorku”, ale zniósł to dzielnie.

– Resztki śliny pozostawione na serze i na ranach od ugryzienia wskazują na tę samą grupę krwi – wyjaśnił. – Ślady zębów ofiar i ich grupy krwi są inne.

– Pięknie, doktorze – powiedział Springfield. – Będziemy pokazywać wszystkim rysunki zębów.

– A może dać to do gazet? – zapytał oficer prasowy, Simpkins. – Coś w rodzaju: czy widziałeś te zęby?

– Nie mam nic przeciwko temu – powiedział Springfield. – Co pan na to, komisarzu?

Lewis skinął głową.

Simpkins jeszcze nie skończył.

– Doktorze Princi, dziennikarze będą pytać, dlaczego sporządzenie rysunku zębów zajęło aż cztery dni. I dlaczego musiało to być zrobione aż w Waszyngtonie.

Agent specjalny Crawford patrzył z uwagą na przycisk swojego długopisu.

Princi poczerwieniał, lecz wyjaśnił spokojnie:

– Ślady po ugryzieniach ulegają zniekształceniu po przesunięciu ciała, panie Simpson…

– Simpkins.

– Panie Simpkins. Nie mogliśmy wykorzystać samych śladów zębów na ciele ofiary. Dlatego bardzo ważny był ten kawałek sera. Ser jest dosyć twardy, ale trudno z niego zdjąć odlew. Należy go najpierw natłuścić, żeby wilgoć nie przedostała się z niego do materiału, z którego sporządzany jest odlew. Trzeba szalenie uważać, by nie popełnić błędu, bo można zrobić to tylko raz. Instytut Smithsona robił wcześniej takie rzeczy dla laboratorium kryminalnego FBI. Mają lepszy sprzęt do zapisu łuku twarzy oraz odontologa sądowego. My tego wszystkiego nie mamy. Coś jeszcze?

– Czy zgodne z prawdą będzie wyjaśnienie, że opóźnienie zostało spowodowane nie przez nas, a przez laboratorium FBI?

Princi obrócił się w jego stronę.

– Zgodne z prawdą będzie wyjaśnienie, panie Simpkins, że oficer śledczy FBI, agent specjalny Crawford, znalazł ten ser w lodówce dwa dni temu, już po przeszukaniu domu przez pańskich ludzi. Wysłał go do laboratorium na moją prośbę. Zgodne z prawdą będzie też wyjaśnienie, że na szczęście żaden z pańskich ludzi nie ugryzł tego cholernego sera.

Komisarz Lewis wstał i zagrzmiał na całą salę odpraw:

– Nikt nie podaje w wątpliwość pańskiej opinii, doktorze Princi. Simpkins, do cholery, nie potrzeba nam wyścigu z FBI. Jedźmy dalej.

– Mamy ten sam cel – powiedział Springfield. – Jack, chcesz coś dodać?

Crawford wyszedł na środek. Twarze przed nim nie były specjalnie przyjazne. Musiał coś z tym zrobić.

– Chciałbym tylko oczyścić atmosferę, szefie. Przed laty istniała ostra rywalizacja o to, kto zgarnie laury. Każda ze stron, federalni i miejscowa policja, trzymała informacje dla siebie. Tworzyła się w ten sposób dziura, którą z łatwością wykorzystywali ścigani przestępcy. Polityka biura jest teraz inna; nic nas nie obchodzi, kto zgarnie laury, ani mnie, ani oficera śledczego Grahama. Dla wyjaśnienia: to on siedzi tu ze mną. Jeśli facet, który to zrobił, zostanie rozjechany przez śmieciarkę, nie będę miał nic przeciwko temu, byle tylko nie łaził więcej po ulicach. Mam nadzieję, że myślicie tak samo.

Crawford rozejrzał się po twarzach detektywów i pomyślał z nadzieją, że może ich spacyfikował. Chciał tylko, żeby nie ukrywali przed nim tropów. Komisarz Lewis zwrócił się teraz do niego.

– Graham pracował już, zdaje się, nad podobnymi sprawami?

– Owszem.

– Czy może pan coś dodać, panie Graham, jakieś sugestie?

Crawford uniósł brwi i spojrzał na Grahama.

– Mógłby pan wyjść na środek? – zapytał Springfield.

Graham wolałby porozmawiać ze Springfieldem na osobności. Nie miał ochoty się popisywać. W końcu poszedł z ociąganiem.

Wyraźnie zmęczony, rozczochrany, ogorzały od słońca, Graham nie przypominał oficera FBI. Springfield pomyślał, że wygląda jak murarz, który założył garnitur przed pójściem na rozprawę w sądzie.

Detektywi przesunęli ciężar ciała z jednego pośladka na drugi.

Gdy Graham obrócił się ku nim, ujrzeli lodowato zimne oczy, uderzająco niebieskie w jego brązowej twarzy.

– Tylko kilka spraw – powiedział. – Nie możemy zakładać, że morderca przebywał kiedyś w szpitalu psychiatrycznym lub był zatrzymany za napastowanie seksualne. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że nie był nigdy karany. A jeśli nawet, to raczej za włamania niż za drobne przestępstwa na tle seksualnym. Mogą być w aktach wzmianki o pogryzieniu kogoś w barowej bójce albo przy okazji sprawy o znęcanie się nad dzieckiem. Trzeba poprosić o pomoc personel z oddziałów pierwszej pomocy i pracowników opieki społecznej zajmujących się dziećmi. Warto sprawdzić każdy przypadek pogryzienia – nieważne, kto został pogryziony i co opowiedział w szpitalu. To wszystko.

Wysoki detektyw w pierwszym rzędzie podniósł rękę i równocześnie zadał pytanie:

– Ale dotychczas on gryzł tylko kobiety, mam rację?

– Tyle możemy założyć. Ale wiemy, że gryzie bardzo intensywnie. Sześć głębokich ugryzień na ciele pani Leeds, osiem u pani Jacobi. To dużo więcej niż przeciętnie.

– A ile wynosi przeciętna?

– Przy morderstwie na tle seksualnym? Trzy. On najwyraźniej lubi gryźć.

– I tylko kobiety?

– W większości takich przypadków ugryzienie ma w środku podbiegły krwią ślad po ssaniu, tak zwaną malinkę. Tutaj tego nie było. Doktor Princi wspomniał o tym w raporcie z oględzin zwłok, a ja jeszcze sprawdziłem w kostnicy. Nie ma takich śladów. Gryzienie może dla niego zarówno stanowić sposób na okazanie władzy, jak i wpisywać się w jego model zachowań seksualnych.

– Trochę naciągane – powiedział detektyw.

– Ale warto to sprawdzić – odparł Graham. – Każde ugryzienie warto sprawdzić. Ludzie na ogół kłamią na temat okoliczności, w jakich się to zdarzyło. Ojciec ugryzionego przez siebie dziecka będzie twierdził, że zrobił to pies, i jeszcze każe dzieciakowi wziąć zastrzyki przeciwko wściekliźnie, żeby ukryć swoje zboczenie – znacie to. Warto więc popytać w szpitalach, kto był poddawany takim szczepieniom. To wszystko. – Gdy siadał na krześle, zabolały go ze zmęczenia mięśnie ud.

– Warto o to popytać, i zrobimy to – powiedział szef detektywów Springfield. – Wydział bezpieczeństwa razem z wydziałem włamań bierze na siebie sąsiadów. Musicie też pamiętać o psie. W aktach znajdziecie nowe informacje i zdjęcia. Spróbujcie ustalić, czy nikt nie widział obcego mężczyzny z psem. Wydział specjalny i narkotyki – jak skończycie obchód, weźcie się za nocnych kowbojów i te podejrzane bary. Marcus i Whitman – pójdziecie na pogrzeb. Macie zdjęcia rodziny i przyjaciół, znacie ich twarze? Dobrze. A co z fotografem? W porządku. Przekażcie księgę pamiątkową z pogrzebu do R&I. Mają już taką księgę z Birmingham. Reszta na rozpisce. Do roboty.

– Jeszcze jedno – wtrącił komisarz Lewis. Detektywi z powrotem zapadli się w krzesła. – Słyszałem, że policjanci w tej komendzie nazywają mordercę Zębową Wróżką. Wszystko mi jedno, jak go nazywacie między sobą, zdaję sobie sprawę, że musi mieć jakąś ksywkę. Ale nie chciałbym słyszeć, że jakiś policjant publicznie mówi o Zębowej Wróżce. To brzmi nieco zbyt nonszalancko. I nie używajcie tej nazwy w jakichkolwiek okólnikach. Skończyłem.

Crawford i Graham poszli ze Springfieldem do jego biura. Szef detektywów zrobił im kawę. Crawford w tym czasie wydzwaniał i wydawał polecenia.

– Nie miałem okazji porozmawiać z wami wczoraj, kiedy przyjechaliście – powiedział Springfield do Grahama. – Sala odpraw to pieprzony dom wariatów. Masz na imię Will, dobrze pamiętam? Dostałeś wszystko, czego chciałeś?

– Tak, wszyscy byli bardzo pomocni.

– Gówno mamy i dobrze o tym wiemy – powiedział Springfield. – Aha, udało się nam ustalić jego trasę po śladach stóp na klombach z kwiatami. Szedł po krzakach i różnych śmieciach, więc nie mamy wiele więcej niż rozmiar jego butów, może jeszcze wzrost. Lewy odcisk buta jest nieco głębszy, więc przypuszczamy, że może coś niósł. To bardzo pracochłonna sprawa. Kilka lat temu złapaliśmy włamywacza właśnie dzięki odciskom stóp. Był chory na parkinsona. Princi to wychwycił. Teraz nie mamy takiego szczęścia.

– Dobrych masz ludzi – zauważył Graham.

– Nie narzekam. Ale ta sprawa jest inna niż wszystkie, z którymi stykamy się na co dzień. I dzięki Bogu. Zapytam wprost: czy wy stanowicie stały zespół – ty, Jack i doktor Bloom – czy też pracujecie razem tylko nad takimi sprawami?

– Tylko nad takimi – powiedział Graham.

– Nieźle wam szło. Komisarz powiedział mi, że to ty dorwałeś Lectera trzy lata temu.

– Pracowaliśmy wspólnie z policją z Marylandu – wyjaśnił Graham. – To policjanci z Marylandu go aresztowali.

Springfield zachowywał się z wielką pewnością siebie, ale nie był głupi. Dostrzegł, że Graham jest niespokojny. Obrócił się na krześle i wziął do ręki kilka kartek.

– Pytałeś o psa. Tu masz raport w tej sprawie. Wczoraj wieczorem do brata Leedsa zadzwonił miejscowy weterynarz. Pies był u niego. Leeds razem ze starszym synem przywieźli zwierzę do gabinetu po południu tego dnia, kiedy zostali zamordowani. Miał ranę kłutą brzucha. Weterynarz przeprowadził operację i już jest w porządku. Najpierw myślał, że to postrzał, ale nie znalazł kuli. Uważa, że pies został dziabnięty czymś w rodzaju szpikulca do lodu albo szydła. Wypytujemy sąsiadów, czy nie widzieli kogoś drażniącego się z psem Leedsów. Sprawdzamy też telefonicznie, czy inni weterynarze nie spotkali się z podobnymi przypadkami okaleczeń zwierząt w okolicy.

– Czy pies nosił obrożę z wypisanym nazwiskiem właścicieli?

– Nie.

– A czy rodzina Jacobich w Birmingham miała psa? – zapytał Graham.

– Będziemy musieli się tego dowiedzieć – oznajmił Springfield. – Poczekaj, zaraz sprawdzę. – Wykręcił numer wewnętrzny. – Porucznik Flatt jest naszym oficerem łącznikowym z Birmingham… tak, Flatt. Co z psem Jacobich? Aha… Rozumiem. Zaraz. – Zakrył dłonią słuchawkę. – Nie mieli psa. Śledczy trafili tylko w łazience na kuwetę z kocimi odchodami. Ale kota nie znaleźli. Sąsiedzi są powiadomieni i obiecali, że go złapią.

– Mógłbyś poprosić Birmingham, by sprawdzili podwórko i sąsiednie place? – zapytał Graham. – Jeśli kot został zraniony i zdechł, to dzieci mogły go pochować. Wiesz, jakie są koty. Umierają w odosobnieniu. To psy biegną do domu. I zapytaj jeszcze, czy kot miał obrożę.

– Powiedz im, że jeśli potrzebują detektora metanu, to im podeślemy – dodał Crawford. – Oszczędzi im to kopania.

Springfield przekazał prośbę Grahama Flattowi. Gdy tylko odłożył słuchawkę, telefon znowu zadzwonił. Telefonował Jimmy Price z Domu Pogrzebowego Lombard. Chciał rozmawiać z Crawfordem.

– Jack, mam częściowy odcisk, prawdopodobnie kciuka, i fragment dłoni.

– Jimmy, jesteś światłem mojego życia.

– Wiem. Ten częściowy odcisk jest niezły, ale trochę rozmazany. Gdy wrócę, zobaczę, co da się z tym zrobić. Udało mi się go zdjąć z lewego oka starszego chłopaka. Nigdy jeszcze tego nie robiłem. I nigdy bym go nie dostrzegł, gdyby nie to, że znajdował się tuż przy krwiaku od postrzału.

– Czy możesz zidentyfikować sprawcę na podstawie tych odcisków?

– Nie licz na to, Jack. Tylko jeśli jest w rejestrze, ale to jak z wygraną na loterii… wiesz, co mam na myśli. Odcisk dłoni zdjąłem z paznokcia wielkiego palca u lewej nogi pani Leeds. Ale nadaje się tylko do porównania. Będziemy mieli szczęście, jeśli wyciągniemy z niego sześć punktów odpowiednich do analizy. Świadkiem był asystent przydzielony mi przez Lombarda, no i sam Lombard. Wiesz, on jest notariuszem. Zrobiłem zdjęcia in situ. Czy to wystarczy?

– A co z eliminacją odcisków pracowników domu pogrzebowego?

– Mam Lombarda i całą jego wesołą drużynę – wszystkich, niezależnie od tego, czy jej dotykali, czy nie. Teraz myją ręce z atramentu i pewnie psioczą na mnie. Chciałbym już wrócić do domu, Jack. Chcę popracować nad tym w mojej ciemni. Kto wie, co tu pływa w wodzie, może żółwie? Mogę złapać samolot do Waszyngtonu za godzinę i po południu przesłać wam faksem odciski.

Crawford pomyślał przez chwilę.

– Dobra, Jimmy, ale spiesz się. Wyślij też kopie do policji w Atlancie i Birmingham i do miejscowych biur FBI.

– Masz to jak w banku. Teraz ty musisz się postarać.

Crawford przewrócił oczami.

– Masz na myśli te swoje bzdety o diecie za delegację?

– Zgadza się.

– Dzisiaj, Jimmy, mój przyjacielu, niczego nie potrafię ci odmówić.

Graham patrzył w okno, gdy Crawford opowiadał im o odciskach.

– Mój Boże, to świetnie – powiedział Springfield.

Graham zachował kamienną twarz. Jest zamknięty w sobie jak drewniany świątek, pomyślał Springfield.

Patrzył uważnie, jak Graham zmierza do drzwi.

***

Gdy Graham i Crawford wychodzili z biura Springfielda, właśnie kończyła się konferencja prasowa komisarza bezpieczeństwa publicznego. Reporterzy prasowi pędzili do telefonów. Dziennikarze telewizyjni robili „wstawki”, stojąc samotnie przed kamerami, zadając najlepsze pytania, które padły z sali na konferencji i wyciągając daleko w powietrze mikrofony. Odpowiedź zostanie wmontowana w studiu z materiału, który nagrano na konferencji podczas wystąpienia komisarza.

Crawford i Graham schodzili zewnętrznymi schodami budynku, gdy wyskoczył przed nich nieduży człowieczek, obrócił się i szybko pstryknął im zdjęcie. Spoza aparatu wyłoniła się jego twarz.

– Will Graham! – powiedział. – Pamiętasz mnie jeszcze? Freddy Lounds. Pisałem dla „Tattlera” o Lecterze. Wydałem też książkę.

– Pamiętam – odparł Graham. Razem z Crawfordem nadal schodzili po schodach. Lounds pędził przed nimi, obrócony bokiem.

– Kiedy cię wezwali, Will? Czego się dowiedziałeś?

– Nie będę z tobą rozmawiał, Lounds.

– Jak wypada porównanie tego gościa do Lectera? Czy on im…

– Lounds! – Graham podniósł głos. Crawford szybko znalazł się między nimi. – Lounds, wypisujesz kłamliwe gówna, a ten twój „Tattler” to papier do podcierania tyłka! Trzymaj się ode mnie z daleka!

Crawford chwycił Grahama pod ramię.

– Zjeżdżaj, Lounds. Natychmiast. Will, zjemy śniadanie. Chodź. – Szybko przeszli za róg.

– Przepraszam, Jack. Nie mogę ścierpieć tego sukinsyna. Gdy byłem w szpitalu, przylazł i…

– Wiem – powiedział Crawford. – Wygoniłem go wtedy, ale wiele to nie dało. – Crawford przypomniał sobie zdjęcie w „National Tattler” pod koniec sprawy Lectera. Lounds wdarł się do sali szpitalnej w czasie, gdy Graham spał. Odsunął na bok kołdrę i zrobił zdjęcie jego tymczasowej stomii. W gazecie fotografia ukazała się z retuszem w postaci czarnego kwadratu w miejscu genitaliów Grahama. Podpis pod zdjęciem brzmiał: WNĘTRZNOŚCI SZALONEGO GLINY.

Bar był jasny i czysty. Grahamowi ręce się trzęsły, gdy pił kawę, wylał trochę czarnego płynu na spodek.

Zauważył, że dym z papierosa Crawforda zdenerwował parę siedzącą przy sąsiednim stoliku. Jedli posiłek w milczeniu, wyraźnie obrażeni, w powietrzu przepełnionym dymem aż gęsto było od ich urazy.

Dwie kobiety, najwyraźniej matka i córka, kłóciły się przy stoliku obok wyjścia. Rozmawiały cicho, ich twarze były jednak wykrzywione gniewem. Graham czuł, jak otacza go ich lepka złość, jak osiada na twarzy i szyi.

Crawford mówił, że będzie musiał rano zeznawać na rozprawie w Waszyngtonie. Obawiał się, że zeznania mogą przeciągnąć się na kilka dni. Zapalając następnego papierosa, popatrzył poprzez ogień zapalniczki na dłonie Grahama i kolor jego twarzy.

– Atlanta i Birmingham mogą porównać odciski palców z odciskami znanych im przestępców seksualnych – odezwał się Crawford. – Ale tyle to i my potrafimy. Price już wcześniej wygrzebywał z archiwów pojedyncze odciski. Price zaprogramuje Poszukiwacza – od czasu, gdy odszedłeś, przeszliśmy długą drogę.

Poszukiwacz – komputer FBI przeszukujący zbiory danych z odciskami palców – potrafił odnaleźć właściciela odcisków nawet wtedy, gdy przestępstwo, w jakie był zamieszany wcześniej i z którego powodu znalazł się w rejestrze, nie miało nic wspólnego z aktualną sprawą.

– Gdy już go znajdziemy, odciski i ślady zębów wystarczą, by go skazać – powiedział Crawford. – Musimy tylko pomyśleć, kim on może być. Trzeba się będzie porozglądać. Pomóż mi teraz. Powiedzmy, że aresztowaliśmy podejrzanego, wszystkie fakty się zgadzają. Wchodzisz do celi i patrzysz na niego. Czy jest w nim coś, czego się spodziewałeś?

– Nie wiem, Jack. Cholera, on dla mnie nie ma jeszcze twarzy. Zresztą stracilibyśmy zbyt wiele czasu, poszukując wymyślonych przez nas ludzi. Rozmawiałeś z Bloomem?

– W nocy, przez telefon. Bloom wątpi, by to był typ samobójcy, tak samo Heimlich. Bloom był tu tylko przez kilka godzin zaraz po zbrodni, ale on i Heimlich mają pełne akta. Bloom w tym tygodniu egzaminuje kandydatów na psychiatrów. Kazał przekazać ci pozdrowienia. Masz jego numer telefonu w Chicago?

– Mam.

Graham lubił doktora Alana Blooma, niskiego, okrągłego faceta o smutnych oczach, świetnego psychiatrę sądowego – może najlepszego w całych Stanach. Graham doceniał fakt, że doktor Bloom nigdy nie okazał zawodowego zainteresowania jego osobą. Na ogół psychiatrzy nie potrafią się powstrzymać od analizowania zachowań znajomych ludzi.

– Bloom twierdzi, że nie zaskoczyłoby go, gdyby Zębowa Wróżka odezwał się do nas. Może zostawić nam wiadomość – powiedział Crawford.

– Na ścianie sypialni.

– Bloom uważa, że on może być w jakiś sposób oszpecony. Powiedział jednak, żeby nie przykładać do tego wielkiej wagi. „Nie podam ci na tacy lalki, której sobowtóra mógłbyś ścigać, Jack” – oświadczył nasz doktor. „To mogłoby cię odciągnąć od prawdziwego tropu i zniweczyć wszystkie wysiłki”. Powiedział, że nauczyli go tego w szkole średniej.

– Ma rację – zgodził się Graham.

– Ty już chyba masz jakiś obraz osoby mordercy, inaczej nie pomyślałbyś, że trzeba szukać tych odcisków – powiedział Crawford.

– Wskazówki były wyraźnie wypisane na ścianie, Jack. Nie myśl, że jestem taki mądry. Proszę cię, nie wymagaj ode mnie zbyt wiele, dobra?

– Nie martw się, dorwiemy go. Wiesz, że go w końcu dostaniemy, prawda?

– Wiem. Tak czy inaczej, dorwiemy go.

– Co masz na myśli?

– Odszukamy dowody, które przeoczyliśmy.

– A inna możliwość?

– Będzie to robił dotąd, aż pewnej nocy narobi zbyt dużo hałasu, włamując się do środka, i gospodarz będzie miał wystarczająco dużo czasu, by naładować pistolet.

– Nie widzisz innych możliwości?

– Myślisz, że rozpoznam go w zatłoczonym barze? Nie, takie rzeczy potrafi tylko Don Johnson. Nasz pan Zębowa Wróżka będzie robił swoje tak długo, aż zmądrzejemy albo uśmiechnie się do nas szczęście. On nie przestanie.

– Dlaczego?

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czerwony smok 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha