TOPR. Żeby inni mogli przeżyć

TOPR. Żeby inni mogli przeżyć

Autorzy: Beata Sabała-Zielińska

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.14 zł

Ile trwała najdłuższa reanimacja? Jakie szanse na przeżycie ma człowiek w lawinie? Dlaczego akcje jaskiniowe uważane są za jedne z najtrudniejszych? Jaka była najdłuższa wyprawa TOPR? Czy śmigłowiec Sokół przyleci po rannego zawsze i o każdej porze? Jaką rolę w ratowaniu ludzi odgrywają toprowskie psy? Jak dalece ratownicy ryzykują własne życie? Co ich motywuje? Co denerwuje? Jak się szkolą? Co umieją?
Ta książka jest pierwszą tego typu pozycją w Polsce. Nikomu do tej pory nie udało się skłonić ratowników do opowieści o trudach ich pracy. O ich sukcesach, porażkach, wątpliwościach oraz bohaterskiej niezłomności.
TOPR to hermetyczne środowisko ludzi, którzy "robią swoje", nie bardzo o tym rozprawiając. Bo kto zrozumie ich strach, gdy zaglądają śmierci w oczy? Kto poczuje to brzemię odpowiedzialności za kolegów i ratowanego? Dla kogo te kilka słów: "uroczyście przysięgam pod słowem honoru" będzie życiowym mottem?
TOPR to instytucja ze 110-letnią tradycją. Instytucja, którą tworzą ludzie z krwi i kości. Zwyczajni, a jednak - wyjątkowi. Zapraszamy do ich świata. Do historii o życiu, determinacji, bólu, nadziei i cudach.

TOPR od początku swej działalności w 1909 roku skupia w swoich szeregach ludzi o różnych poglądach i losach, ale zawsze potrafiących połączyć swe siły i umiejętności dla wspólnego celu, jakim jest ratowanie ludzi. To największa siła naszego stowarzyszenia.
Zapraszam do odwiedzenia ratowników TOPR i poznania naszego spojrzenia na problem wypadków w górach, a może nawet bardziej na poznanie naszego podejścia do ratowania ludzi w Tatrach i wyzwań, z którymi na co dzień się spotykamy. Taką możliwość daje właśnie ta książka. Zapraszam do lektury.
Jan Krzysztof, naczelnik TOPR

Beata Sabała-Zielińska, urodzona w 1968 roku w Nowym Targu, dziennikarka radiowa. Jako rodowita góralka, przez dekadę opowiadała słuchaczom Radia ZET o problemach i ciekawostkach z Podhala i okolic, nadając swoim relacjom niepowtarzalny, zadziorny charakter. Jest autorką swoistego dziennikarskiego pamiętnika pt. "Radio-aktywna Sabała, czyli jak zostałam głosem z Zakopanego" oraz wzruszającej opowieści o wierności i akceptacji "Jak wysoko sięga miłość. Życie po Broad Peak", a także współautorką książek o Zakopanem: "Zakopane, odkopane…" i "Zakopane, nie ma przebacz". Obecnie pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie w studenckiej rozgłośni UJOT FM szlifuje nowe radiowe talenty.

Copyright ©

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Dorota Koman

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-514-5

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego Zastępcy – bez względu na porę roku, dnia i stan pogody – stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie odpowiednio na wyprawę zaopatrzony [...] w celu poszukiwań zaginionego i niesienia mu pomocy.

Fragment przysięgi ratowników TOPR

Wstęp

Kiedy przyszłam do Jana Krzysztofa, naczelnika Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, z pomysłem napisania tej książki, powiedział krótko: „Proszę bardzo. Każdy może o nas pisać, ale żadnemu z kolegów nie nakażę, by z tobą rozmawiał. Jeśli się zgodzą, pytaj, o co chcesz”.

Zgodzili się. Odpowiedzieli na setki pytań. Nie ściemniali, nie ubarwiali, nie podkreślali swojej wyjątkowości. Wręcz przeciwnie, konsekwentnie studzili moje zachwyty, nie zgadzając się na żadne, nawet sprytnie zawoalowane „naj”. „To praca jak każda inna”, podkreślali, choć przywoływane przez nich akcje wyraźnie temu przeczyły.

Książka jest efektem blisko pięćdziesięciu wywiadów, z których każdy mógłby stanowić osobną opowieść. Jej bohaterowie to ludzie wyjątkowi. Podobnie jak pozostali, których nie zdołałam tu przedstawić. Nie da się spisać wszystkich historii i przywołać wszystkich ratowników TOPR-u, choć każdemu z nich należą się pokłony i wyrazy uznania.

To pierwsza tego typu publikacja w Polsce. Nigdy wcześniej ratownicy nie zdecydowali się tak otwarcie rozmawiać, zostaliśmy więc wyróżnieni tym zaproszeniem do hermetycznego świata górskich herosów.

Jako reporterka Radia ZET przez dwanaście lat przyglądałam się pracy ratowników tatrzańskich z bliska. Wtedy wydawało mi się, że wiem o nich prawie wszystko albo przynajmniej dużo. Teraz zrozumiałam, że nie wiedziałam NIC. Ktoś, kto zostaje po bezpiecznej stronie życia, nie wie, co czują ci, którzy stają do walki z żywiołem w poszukiwaniu zagubionych, rannych, umierających. I tych, którzy zginęli w Tatrach.

Na początku myślałam, że będę pisać o ludziach, potem zrozumiałam, że opowiadam o instytucji – organizacji, która od stu dziesięciu lat cieszy się szacunkiem w Polsce i na świecie.

TOPR tworzą ludzie niezłomni, którzy pod słowem honoru biorą na siebie zobowiązanie niesienia pomocy, niezależnie od pogody, pory dnia i roku. To przyrzeczenie jest fundamentem TOPR-u. Tradycją i powodem do dumy.

Drodzy Czytelnicy, dziękuję, że sięgnęliście po tę książkę. Znajdziecie w niej historie o życiu, determinacji, bólu, nadziei i cudach.

Beata Sabała-Zielińska

Miała porcelanowe oczy. Szkliste. Martwe jak oczy lalki. Nie oddychała, ale jej serce biło, słabo, słabiuteńko. Kurczyło się ostatkiem sił, ale wytrzymało do czasu przejęcia jej przez ratowników. Po czym stanęło.

Niedzielny poranek 21 lutego 2015 roku zdawał się wróżyć pogodny dzień. Gdyby nie ten wiatr. Ale to nic, nie szkodzi. Przecież i tak wejdą pod ziemię.

Planowali tę wyprawę od dawna. Nie byli nowicjuszami. Wszyscy skończyli kursy speleologiczne. Mieli już za sobą kilka udanych eksploracji tatrzańskich jaskiń. Teraz przyszedł czas na Komin w Ratuszu Litworowym w Wielkiej Świstówce.

Czworo młodych grotołazów – dwie dziewczyny i dwóch chłopaków – z entuzjazmem spakowało plecaki i sprzęt. Ta wyprawa miała być jak każda inna. Nic nie zapowiadało nieszczęścia.

Tymczasem w odległej części Zakopanego Edward Lichota, ratownik TOPR-u, odwołuje zaplanowaną na ten dzień wyprawę w góry. Miał poprowadzić w Tatry grupę turystów, ale niepokoiło go coraz mocniejsze wietrzysko. Według niego warunki są fatalne. Spokojnie zalega więc na kanapie, spodziewając się leniwej niedzieli. Około piętnastej słyszy nad swoim domem charakterystyczny dźwięk toprowskiego Sokoła. Już wie, że stało się coś złego. Pięć minut później melduje się w centrali.

Byli tuż przed wejściem do jaskini, gdy runął na nich śnieg. Lawina, która zeszła z rejonu Świstówki, porwała całą czwórkę. Ich los zdawał się przesądzony.

Kiedy w Tatrach wiatr wieje z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę, śmigłowiec nie może kontynuować akcji. A czas ucieka z zawrotną prędkością, niwecząc szansę zasypanych.

Dwie godziny po wypadku ratownicy wyciągają spod śniegu dwudziestopięcioletnią Kasię. Dziewczyna nie oddycha, a jej serce właśnie przestało bić. Jednak toprowcy nie zamierzają się poddać. Rozpoczynają heroiczną walkę. Kładą na szalę całą swoją wiedzę, doświadczenie i determinację. Rzucają wyzwanie Bogu, który zdaje się być przeciwko nim.

Wichura powala drzewa, trzaskający mróz utrudnia reanimację, a droga w dół wydaje się drogą do piekieł. Wielu by odpuściło, poddało się, uznało prymat siły wyższej. Ale nie oni, nie ratownicy TOPR-u.

Mimo apokaliptycznej scenerii wierzą w niemożliwe.

I staje się cud!

Kilka miesięcy później mówi o nim cały medyczny świat, choć nikt z tego świata nie wie, że u podwalin sukcesu leży jedna z największych tragedii w historii TOPR-u.

Mężczyźni na miarę czasów

Nie lubią mówić o sobie. Nie uważają się za bohaterów. Podkreślają, że ich praca jest jak każda inna, że nie robią nic nadzwyczajnego. Denerwują się, gdy słyszą słowo „bohater”, i mają alergię na patetyczne sformułowanie „Rycerze Błękitnego Krzyża”. Są zadziwiająco skromni i pokorni wobec sił natury. Niejednemu z nich śmierć zajrzała w oczy. Niektórych z nich zabrała. Nie ukrywają, że czasami się boją, i przyznają, że strach bywa ich sprzymierzeńcem.

Kochają góry. Szanują ludzi. Walczą o życie każdego zagrożonego człowieka. Chylą czoła przed śmiercią. Idą po żywych i martwych, znosząc ich z gór z takim samym szacunkiem. Mają świadomość, że być może z którejś akcji nie wrócą. Ale mimo to byli, są i będą ratownikami. Na każde wezwanie naczelnika.

„Góry są żywiołem. Człowiek wchodzący w góry rozpoczyna z nimi grę. Ratownicy wkraczają wtedy, gdy gra toczy się na serio, gdy staje się walką o życie. Czasami jest to już tylko walka o ciało. Podstawowym więc wyróżnikiem w ratowniczym widzeniu gór, tym, co ludzi Błękitnego Krzyża charakteryzuje, jest poczucie życia na serio. Wyprawa ratunkowa to skondensowany czas życia prawdziwego, kiedy ważne są tylko sprawy naprawdę ważne! O tym nie mówi się nigdy. To jest doznanie tak głębokie i tak osobiste, że każdy zachowuje je dla siebie”1, napisał w książce Wołanie w górach Michał Jagiełło2.

Widziałam to, widziałam ten „skondensowany czas życia prawdziwego” i koncentrację ratowników na sprawach naprawdę ważnych. Jako dziennikarka radiowa bywałam w centrali Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego podczas organizowania wypraw ratunkowych, ale jako osoba z zewnątrz nie odczuwałam znaczenia tej chwili. Dopiero podczas zbierania materiałów do tej książki zrozumiałam, że między ratowanym a ratującym tworzy się bliski związek, który jest istotą ratownictwa. Ratowany bezgranicznie ufa ratującemu, oddając w jego ręce to, co najcenniejsze – życie, a ratujący świadomie bierze za nie odpowiedzialność. Czy może być głębsza relacja? To niepisany pakt, rodzaj cyrografu między potrzebującym pomocy a tym, dzięki komu ma szansę przeżyć. To honorowa umowa, w której stawką są sprawy naprawdę ważne, i to one stanowią fundament Pogotowia.

♦ ♦ ♦

Chętnych do pracy w Pogotowiu nigdy nie brakowało i właściwie trudno się dziwić, bo ratownik TOPR-u to jest KTOŚ. Wszyscy Polacy doskonale wiedzą, kim są toprowcy. Nawet jeśli nie mieli z nimi bezpośredniego kontaktu. Znają ich działalność z medialnych przekazów, w których podkreślana jest sprawność i szybkość działania ratowników. TOPR budzi respekt i szacunek. Inna rzecz, że gdyby zacząć drążyć temat, dopytując: jak wygląda praca ratowników? jak się szkolą? co potrafią? co ich złości, a co motywuje? – nie byłoby już tak łatwo.

Gdybym miała stworzyć autorski „mentalny” portret toprowca, powiedziałabym: człowiek gór, pewny siebie i swoich umiejętności samiec alfa. Początkowo brawurowy, nadmiernie odważny, z kiełkującym syndromem Pana Boga. Potem pokorny, nawet bardzo pokorny – wobec gór, natury, życia. Nadal samiec alfa, ale już bez cienia syndromu Pana Boga i bez potrzeby udowadniania sobie i innym, że może, że umie, że chce i potrafi. Empatyczny, szanujący ludzi, ceniący życie, ale też gotowy na śmierć.

– Kiedy miałem pięć lat, chciałem zostać górnikiem, bo myślałem, że górnik to jest ktoś, kto chodzi po górach. Mogę zatem powiedzieć, że spełniłem swoje dziecięce marzenia – śmieje się Michał Gajewski, jeden z nestorów TOPR-u. – Żeby zostać ratownikiem, trzeba kochać góry i chcieć pomagać ludziom. Nie może być innej motywacji. Owszem, to jest bardzo prestiżowe zajęcie, miło jest słyszeć o sobie, że jest się bohaterem, ale ktoś, kto przychodzi do TOPR-u dla sławy, nie wytrzyma tu i nie będzie akceptowany przez kolegów. Blask fleszy zdarza się rzadko, a codzienność to najczęściej bardzo ciężka praca. Ryzykowna i odpowiedzialna. To robota dla ludzi wrażliwych na drugiego człowieka.

Część ludzi wstępujących do TOPR-u chce kontynuować tradycję rodzinną: „Ojciec, brat, kuzyn byli ratownikami, chciałem i ja”. Inni realizują młodzieńcze marzenia: „Widziałem ratowników działających w górach, podziwiałem ich, chciałem do nich dołączyć”. Są tacy, którzy liczą na wielką przygodę i dreszcz emocji, oraz tacy, którzy chcą zabłysnąć – wszak „dziewczyny kochają ratowników TOPR-u, chciałem, żeby kochały i mnie”. Cechą wspólną wszystkich jest jednak bezwzględna, autentyczna miłość do gór. Mówiąc wprost, ratownictwo zaczyna się od emocji, od chęci bycia w górach, poznawania ich i robienia czegoś, co jest z nimi związane. Potem dochodzi potrzeba rozwoju i zdobywania nowych górskich umiejętności, co często bywa przyczyną akcesji do TOPR-u.

Myśląc o ratownictwie, początkowo myślą głównie o sobie. Chcą po prostu umieć więcej i bywać tam, gdzie jako zwykli turyści wejść nie mogą. Chcą się sprawdzić i mieć poczucie, że poznali góry na wylot. Dopiero potem dociera do nich, że ich wiedza i umiejętności mogą przysłużyć się większej sprawie, i to jest moment, w którym zaczynają stawać się prawdziwymi ratownikami. Przygoda przeradza się w proces.

– Na początku nie do końca jesteś świadomy, czym tak naprawdę jest TOPR – mówi Andrzej Maciata. – Przychodzisz, bo myślisz, że będzie fajnie. Będę mógł się wspinać, jeździć na nartach, robić to i tamto, nie mówiąc o tym, że dziewczyny lecą na czerwony polar! Różne są te motywy, choć niewątpliwie wszystko zaczyna się od fascynacji. Potem jednak wkraczasz w inny etap, odkrywasz, że chodzi o co innego: o powołanie. Wiem, że to strasznie patetyczne słowo; ale co zrobić, jeśli ono pasuje do tej sytuacji najlepiej. Kiedy przychodzi chwila, że wszystko w tobie powoli się układa, emocje opadają, a skoki entuzjazmu nie mają już tak szokującej amplitudy, odkrywasz, że jesteś tutaj po to, by ratować ludzi! I to jest moment, w którym w sposób świadomy stajesz się ratownikiem TOPR-u, moment, w którym widzisz, że cały ten blichtr i zachwyt są złudne, bo prawdziwe oblicze ratownictwa to ciężka, wyczerpująca fizycznie i psychicznie robota.

Pomaga nam nasza tradycja i kontynuacja pewnych zachowań. Na przykład: kto pakuje zwłoki turysty, który zginął? Zazwyczaj młokos. Tak było, gdy ja byłem młody, i tak jest teraz. Dlaczego? Bo młodzi muszą oswoić się z najtrudniejszą stroną tej pracy. Ktoś powie być może, że to straszne i brutalne, a ja odpowiem: sprawdzające. To zderzenie rzeczywistości z wyobrażeniami o niej, zestawienie wizji zwożenia ślicznej panienki ze złamaną nóżką z tym, co często robimy w górach. Ratownictwo jest poważne, trudne, momentami wstrząsające, a pakowanie zwłok to sprawdzian, który trzeba przejść, by szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie: czy na pewno temu podołam?

– Najtrudniej iść, kiedy człowiekowi potwornie się nie chce. Kiedy jest zmęczony, zmachany, dopiero co wrócił z jednej akcji i chciałby chwilę odpocząć, a musi się zebrać i pójść w góry ponownie. To są najtrudniejsze momenty ratownictwa – przyznaje Maciej Pawlikowski. – Gdy jest pięknie, słonecznie, kolorowo i sucho, a człowiek czuje się wypoczęty, gotowy do działania i wszystko dobrze się układa, to ratowanie bywa czystą przyjemnością. Natomiast kiedy jesteś sam, a wokół ciemno, mokro i zimno, a ty idziesz i idziesz, i idziesz, to już tak cudownie nie jest. Takie sytuacje najczęściej zdarzają się podczas dyżuru w schronisku w Morskim Oku, w Pięciu Stawach czy na Hali Gąsienicowej. Dyżury zazwyczaj są pojedyncze, więc gdy przychodzi wezwanie, to ratownik, który wyjdzie na tak zwany pierwszy rzut, zazwyczaj rusza sam. I nie jest to zbyt przyjemne. Nawet jeśli ma się świadomość, że dojdą koledzy z centrali.

– Ratownictwo jest czymś, co w człowieku dojrzewa – kontynuuje Andrzej Maciata. – Inaczej patrzysz na świat, mając dwadzieścia dwa lata, a inaczej drugie tyle. Ja dopiero teraz, po czterdziestu latach w TOPR-ze, mogę świadomie powiedzieć, dlaczego jestem ratownikiem. Bo lubię ludzi. W tej pracy trzeba być wyrozumiałym, przyjmować człowieka takim, jaki jest. Tolerować jego słabości i niedoskonałości. Oczywiście, zdarza się, że o kimś, kto zrobił coś niewiarygodnie głupiego czy nierozsądnego, mówimy: „A to kretyn, idiota”, ale idziemy po niego bez dyskusji, bo idziemy po każdego, kto potrzebuje pomocy.

– Tu ważny jest ratowany, a nie ratownik – podkreśla Jacek Broński. – Ja postrzegam siebie jako szczęśliwca, człowieka, któremu udało się dostać do tego zawodu. To twardy układ: coś za coś. Twój wkład to stuprocentowe zaangażowanie, a stowarzyszenie daje ci za to prestiż, spełnienie i satysfakcję.

– Jeżeli motywacją jest karmienie własnego ego, wyjdzie z tego totalna katastrofa, ale jeśli człowiek zrozumie, że chodzi o drugiego człowieka, to dotknie istoty sprawy – tak definiuje ratownictwo Monika Rogozińska, była ratowniczka TOPR-u.

„Indywidualizm w służbie zbiorowości”, tak ujął to Michał Jagiełło. „Związać się na stałe z Pogotowiem to uznać, że indywidualne cele i ambicje nie powinny być sprzeczne z nadrzędnym interesem ratownictwa tatrzańskiego. (…) Ludzie, którzy tworzą jego trzon, są hardzi, niepokorni, ambitni, chronią swoją wolność i wewnętrzną autonomię przed każdym, kto chciałby ją ograniczyć, a jednocześ­nie potrafią złożyć część swojej wolności w ręce jednego z nich, którego uznają za swego zwierzchnika. Indywidualiści – a potrafią odgrywać anonimową rolę jako części składowe sprawnie funkcjonującego mechanizmu zwanego patrolem ratowniczym, akcją, wyprawą”3.

Ratownicy znają swoją wartość, ale są ludźmi, których góry nauczyły pokory. Wiedzą, że wobec sił natury są malutcy i że o swej małości muszą pamiętać. Werner Munter4 napisał w swojej książce 3x3 zarządzanie ryzykiem w sportach górskich: „Respektuj góry, bo one są silniejsze niż Ty”. W tym jednym zdaniu zawarł wszystko, co trzeba wiedzieć o górach, a ta wiedza sprowadza się do prostej zasady, że w górach to nie ludzie dyktują warunki.

– Odkąd jestem ratowniczką TOPR-u, stałam się w górach ostrożniejsza – mówi Ewelina Wiercioch. – Pamiętam słowa Romka Kubina, który na jednym ze szkoleń powiedział, że jeśli ktoś jest dobrym wspinaczem, to stając się ratownikiem, przestanie nim być, bo po tym, co tu zobaczy, daruje sobie brawurę. Nie oszukujmy się, w górach trzeba ryzykować. Jeżeli chcesz coś osiągnąć, zrobić coś ambitnego, nie ma mowy o zachowawczości i wycofywaniu się. Trzeba napierać, a wiadomo, że jak się napiera, to łatwo o wypadek. Praca ratownika wyraźnie mnie zmieniła. Teraz, zanim coś zrobię, pięć razy się zastanowię i upewnię, że podejmuję właściwą decyzję. Nie powiem, trochę mnie to wkurza, nie do końca podobam się sobie w takim wydaniu, ale to jest to, o czym mówił na szkoleniu Romek, o zmianie, która w nas zachodzi. W TOPR-ze, zwłaszcza na początku, prowadzą nas doświadczone osoby i to one studzą narwańcze zachowania, które gdzieś tam kołaczą się w nas, szczególnie w młodych chłopakach. Już lecą zrobić to i tamto, już są gotowi do wyjścia, ale kierownik wylewa im kubeł zimnej wody na głowę swoim: „Uspokój się, powolutku. Najpierw pomyśl, a dopiero potem działaj, bo w ratownictwie nie chodzi o to, żeby się ludzie zabijali, tylko żeby ratowali!”. Na szczęście tutaj, podobnie jak w każdej innej pracy, z czasem człowiek staje się stabilny emocjonalnie, nabiera doświadczenia i zdrowego dystansu.

– Ratownictwo górskie to rzemiosło i artyzm – mówi Marcin Józefowicz. – Są sytuacje, w których musimy wyjść poza pewne standardy, bo coś nas zaskakuje, jest inne, nietypowe, niepodobne do żadnej wcześniejszej sytuacji. Wtedy trzeba dać się ponieść fantazji. Sięgnąć do artystycznej strony naszej natury. Można to nazwać szaleństwem, ale ostrożnie dawkowanym. Oczywiście, na to mogą sobie pozwolić wyłącznie ludzie z ogromnym doświadczeniem – tego również uczymy na szkoleniach, ponieważ „młodzież” nie do końca to czuje. Nie rozumieją rzeczy dla nas, starszych, już oczywistej – że nawet w ściśle technicznym działaniu potrzebna jest iskra boża. Dla „młokosów” sprawa często bywa bardzo prosta: skoro jesteśmy świetnie wyszkoleni technicznie, to możemy zdobywać świat. Nieraz widzę w ich oczach pytanie: dlaczego się tyle zastanawiasz? Dlaczego ten czy tamten kieruje zespołem w taki, a nie inny sposób? Dlaczego podejmuje taką, a nie inną decyzję? Czemu jest taki ostrożny? Wielu z nich nie widzi, że szuka się właśnie tego czegoś nieokreślonego, co sprawi, że zadanie zostanie wykonane perfekcyjnie. Czegoś, co obok wyszkolenia, doświadczenia, intuicji i właściwej oceny ryzyka jest istotą ratownictwa. Do czego dochodzi się latami. Z kolei siłą młodych jest ich młodzieńcza nadpobudliwość i ów syndrom Pana Boga, nie do końca pożądany, ale niewątpliwie rozpalający ideę, w imię której większość z nas przyszła do Pogotowia.

♦ ♦ ♦

TOPR jest stowarzyszeniem, które działa na podstawie statutu przyjętego przez najwyższą władzę stowarzyszenia, czyli Walne Zebranie Członków. Ono wybiera zarząd, zarząd zaś powołuje naczelnika, odpowiadającego za organizację pracy i nadzór nad działaniami ratowniczymi.

Działania te, pod nazwą ratownictwo w górach i paśmie Spisko-Gubałowskim, zlecone są przez MSWiA i w znacznej części (ale nie całkowicie!) finansowane są z budżetu państwa.

Niestety, problemy z pieniędzmi i nieustanna walka o utrzymanie TOPR-u zdają się być wpisane w historię tej organizacji. Generał Mariusz Zaruski5, jeden z ojców założycieli stowarzyszenia, nieustannie prosił o wsparcie Pogotowia, wspominając o tym już w „Odezwie” tłumaczącej ideę powstania TOPR-u.

„Liczne w ostatnich latach przypadki i wypadki w Tatrach niejednokrotnie kończące się śmiercią zmuszają wszystkich szczerych zwolenników Tatr i taternictwa do zastanowienia się nad środkami, jeżeli już nie zapobieżenia złemu, to przynajmniej szybkiej i skutecznej pomocy poszkodowanym. (…) Dlatego właśnie musimy stworzyć instytucję – na wzór ochotniczych straży ogniowych, pogotowia ratunkowego w miastach itp., która by w każdej chwili gotowa była nieść pomoc potrzebującym jej w Tatrach. Doświadczonych taterników i przewodników sumiennych, którzy stanowić będą kadry ochotnicze i zobowiążą się na każde wezwanie czynną nieść pomoc w górach, nie zabraknie. (…) Zwracamy się tedy za pośrednictwem Taternika do szerokiego ogółu Polski, przyjaciół Tatr i Zakopanego z gorącą prośbą o poparcie sprawy i składanie datków pieniężnych na rzecz stałego Tatrzańskiego Pogotowia Ratunkowego z siedzibą w Zakopanem”6.

TOPR z założenia był dobrowolnym stowarzyszenia osób, które działały w nim lub były jego częścią.

Tadeusz Aleksander Pawłowski w magazynie „Wierchy” przypomina: „Według statutu Towarzystwo Ratunkowe składało się z czterech kategorii członków. Trzy kategorie obejmowały tych, którzy wspierali Pogotowie finansowo, czwarta – to właściwa Straż Ratunkowa. Członkowie należący do pierwszych trzech kategorii to tak zwani członkowie założyciele – wpłacający składkę 200 koron, potem byli członkowie wspierający, wpłacający 100 koron, oraz członkowie zwyczajni, płacący niewielkie składki roczne.

Pierwszymi członkami Straży Ratunkowej byli zaprzysiężeni w dniu 11 XII 1909 r. naczelnik Straży Mariusz Zaruski i członkowie: Klemens Bachleda, Szymon Tatar młodszy, Jakub Wawrytka Krzeptowski, Jędrzej Marusarz, Jan Pęksa, Wojciech Tylka Suleja, Stanisław Byrcyn Gąsienica, Stanisław Zdyb, Józef Lesiecki i Henryk Bednarski”7.

Ratownicy postanowili, że ich godłem będzie błękitny krzyż na białym owalnym polu, stąd późniejsze poetyckie określenie „Rycerze Błękitnego Krzyża”.

W tej chwili członkami TOPR-u są wyłącznie ratownicy czynnie działający oraz ci, którzy będąc wcześniej ratownikami, ze względu na stan zdrowia czy wiek nie mogą już aktywnie działać. Obecnie stowarzyszenie liczy dwustu siedemdziesięciu członków, z czego stu czterdziestu stanowi trzon straży ratunkowej – ta grupa posiada aktualne uprawnienia ratownika górskiego.

Ratownictwo w Tatrach od zawsze było bezpłatne, co nie znaczy, że generał Zaruski nie starał się od poszkodowanego lub jego rodziny uzyskać zwrotu kosztów wyprawy. Trzeba pamiętać, że początki ratownictwa były niezwykle trudne, TOPR nie miał stałego źródła finansowania, tymczasem pomocy potrzebowali zazwyczaj bogaci panowie, bo to oni byli pierwszymi eksploratorami Tatr. Nic więc dziwnego, że Zaruski bez skrupułów sięgał do ich kieszeni.

„Członkowie Straży w zasadzie pełnili swą służbę honorowo, ze względu jednak na zbyt częste i długotrwałe odrywanie ich od pracy zarobkowej, regulamin przewidywał zwrot kosztów poniesionych w czasie wyprawy – przypomina Tadeusz Aleksander Pawłowski. – Paragraf ten, który budził początkowo pewne zastrzeżenia, a którego istnienie było koniecznością życiową, nie umniejszył bynajmniej ducha ofiarności i bezinteresowności członków Straży. Wynagrodzenie nie przewyższało nigdy wysokości taksy przewodnickiej, będąc zawsze niewspółmierne w stosunku do poświęcenia i wysiłku wkładanego przez ratowników w czasie akcji. Z składek członkowskich zakupiono odpowiedni sprzęt, założono księgi ślubowań i wypraw, wydrukowano kilka ulotek i TOPR rozpoczęło swą pracę”8.

Dziś budżet TOPR-u wynosi około siedmiu milionów złotych, wliczając w to niebagatelne koszty utrzymania śmigłowca. Główne środki na działalność Pogotowia pochodzą z budżetu państwa i przeznaczone są na zlecone przez MSWiA zadania. Rząd pokrywa sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent kosztów ratownictwa górskiego oraz niemal w stu procentach finansuje utrzymanie śmig­łowca, co daje ratownikom spory komfort psychiczny, toprowski Sokół drenuje bowiem dramatycznie kieszeń.

– Utrzymanie śmigłowca swego czasu spoczywało wyłącznie na naszych barkach, bo różni ministrowie, mówiąc delikatnie, mieli mocno ambiwalentne odczucia co do konieczności posiadania przez nas maszyny – przyznaje Jan Krzysztof, naczelnik TOPR-u. – W ostatniej dekadzie nie podlega to już dyskusji i jedyne, na czym skupia się ministerstwo, to jak znaleźć środki na ten cel. A mowa tu o poważnej kwocie ponad dwóch milionów złotych, stałych rocznych kosztów, plus dodatkowych kilku milionach złotych wydawanych co osiem, dziesięć lat na tak zwany remont główny.

Dotychczas nigdy środki z budżetu państwa nie dały ratownikom poczucia bezpieczeństwa, gdy chodzi o finanse, co roku zostawiając Pogotowie z większą lub mniejszą dziurą budżetową, którą tradycyjnie łatają darczyńcy – starzy i nowi, hojni i wierni.

Głównym sponsorem Pogotowia jest Polkomtel, operator sieci telefonii komórkowej Plus. Tajemnica handlowa nie pozwala ujawnić wysokości dokonywanych przez nich wpłat, naczelnik zdradza jednak, że firma przekazuje największe środki spośród wszystkich sponsorów. Kolejnym ważnym partnerem jest Škoda, z którą TOPR współpracuje od lat i która przekazuje lub udostępnia do darmowego korzystania samochody osobowe, wykorzystywane przez ratowników w celach służbowych. Poważne wsparcie zapewnia także firma Salewa, która w ramach tak zwanego sponsoringu w naturze dostarcza ratownikom część potrzebnego ekwipunku.

Kolejnym filarem jest firma BP, która od dwudziestu lat daje paliwo do toprowskich samochodów i skuterów (paliwo do śmigłowca jest kupowane z dotacji), bardzo poważnym źródłem jest także jeden procent podatku wpływający od ofiarodawców na Fundację TOPR. Ta suma z roku na rok jest coraz większa, przyznaje naczelnik, dodając, że TOPR ma już około dziesięciu tysięcy donatorów, którzy przekazując swój procent, wspierają stowarzyszenie kwotą ponad kilkuset tysięcy złotych. To daje stowarzyszeniu trzecie miejsce w Małopolsce pod względem ofiarowanego podatku.

TOPR dostaje też poważne wsparcie z Tatrzańskiego Parku Narodowego, choć nie do końca można je nazwać sponsoringiem, czyli dobrowolną wpłatą na rzecz. Historia tej pomocy sięga czasów burzliwej dyskusji na temat obowiązkowych ubezpieczeń górskich, która rozgorzała w mediach kilka lat temu. Po serii poważnych górskich wypadków i spektakularnych, a co za tym idzie, kosztownych, akcji ratowniczych media wzięły na celownik niefrasobliwych turystów, którzy swoją bezmyślnością i brakiem wyobraźni doprowadzają TOPR niemal na krawędź bankructwa. Dziennikarze, podpierając się obywatelskim oburzeniem na, cytuję: „lezącą w Tatry bez pojęcia bandę idiotów”, wskazywali przykłady innych państw, w tym sąsiedniej Słowacji, i sugerowali wprowadzenie u nas odpłatnych akcji ratunkowych. Setki domorosłych „ekspertów” rozwodziło się nad tym, podczas gdy potencjalni beneficjenci tego rozwiązania wpadli na zupełnie inny pomysł. Zaproponowali, by Tatrzański Park Narodowy oddał im piętnaście procent przychodów z biletów wstępu do TPN-u, wychodząc z logicznego założenia, że jak by nie było, TOPR ratuje ich klientów. Pomysł zdawał się nie mieć słabych stron, a jednak nie obyło się bez przepychanek, gdy minister środowiska przeliczył, że chodzi o niebagatelną kwotę miliona dwustu tysięcy złotych rocznie. Ostatecznie nazwanie tego pomysłu czymś w rodzaju ubezpieczenia górskiego przekonało, kogo trzeba, dzięki czemu TOPR co roku zyskuje solidny zastrzyk gotówki. W tej sprawie niezwykle pomocny był ówczesny senator Franciszek Bachleda-Księdzularz, który prowadził prace legislacyjne.

Uprzedzając ewentualne ponowne dyskusje na temat rzeczonych ubezpieczeń, przypomnę stanowisko Jana Krzysztofa, naczelnika TOPR-u, który w listopadzie 2015 roku wydał takie oto oświadczenie:

„Często pojawiają się pomysły, by «wzorem innych państw nieodpowiedzialni turyści ponosili koszty akcji ratowniczych» lub by «wprowadzić obowiązkowe ubezpieczenie». Na pierwszy rzut oka pomysł wydaje się oczywisty. Ale czy aby w ten sposób jest finansowane ratownictwo górskie w innych krajach europejskich? Zapewniam, że nawet w Szwajcarii sam ratowany lub jego ubezpieczyciel nie pokrywają całości kosztów. W wielu miejscach ten udział własny w kosztach dotyczy częściowego pokrycia kosztów, a w wielu miejscach ratownictwo jest bezpłatne lub finansowane w ramach ubezpieczenia społecznego. Dodam, że przywoływany często przykład Słowacji nie jest poparty wiedzą. Wpływy z odpłatności za akcje ratownicze na Słowacji (poza śmigłowcem funkcjonującym tam na innych zasadach w ramach Pogotowia lotniczego obsługiwanego przez prywatne firmy lotnicze) nigdy nie przekroczyły 8 procent budżetu. To proporcjonalnie są mniejsze środki niż pozyskiwane przez TOPR w ramach 15 procent z biletów wstępu do TPN. Wydaje się, że ta forma udziału wszystkich wchodzących na obszar TPN w dofinansowaniu ratownictwa jest rozwiązaniem dobrym, prostym i zastępującym pomysł «obowiązkowych» ubezpieczeń, z którymi nie spotkałem się w żadnych górach.

Ratownictwo górskie jest integralną częścią całego systemu ratownictwa w Polsce i nie widzę istotnych powodów, by to właśnie w tym miejscu jako pierwszym wprowadzać odpłatność za akcje ratownicze. Podnoszony często problem zwiększonego ryzyka podejmowanego przez turystów czy taterników też nie jest jednoznaczny. Bo czy aby ryzyko letniego spaceru do Morskiego Oka drogą asfaltową jest rzeczywiście większe niż jazda samochodem? Nie słychać również o konieczności ponoszenia kosztów akcji ratowniczej przez sprawcę wypadku na drodze, gdzie działa szereg służb ze śmigłowcami włącznie.

Podstawowy koszt dobrze funkcjonującej służby ratowniczej to przede wszystkim koszty utrzymania gotowości. Najistotniejsze jest, by w razie wypadku w jak najkrótszym czasie mogli wyruszyć dobrze wyszkoleni i wyposażeni ratownicy. Zapewniam, że koszt utrzymania TOPR w sytuacji, gdyby nie podjął żadnej akcji ratunkowej przez cały rok, lub – tak jak obecnie – ratowałby ponad 800 osób, byłby bardzo zbliżony.

Myślę, że warto docenić i cieszyć się z faktu, że mamy w Tatrach doskonale funkcjonującą służbę ratowniczą i w razie potrzeby otrzymamy pomoc bezpłatnie i na najwyższym poziomie”.

Kończąc temat budżetu TOPR-u, dodam, że Pogotowie prowadzi także działalność gospodarczą, polegającą na ratowniczym zabezpieczeniu zimą terenów narciarskich. Warto podkreślić, że całość kosztów tego ratownictwa pokrywają zarządzający stacjami narciarskimi, o czym bardzo często nie wiedzą również narciarze i inni komentujący sposoby finansowania ratownictwa w górach. Nie są to wprawdzie ogromne sumy, ale zawsze coś. Poza tym, jak podkreśla naczelnik, dla młodych ratowników jest to doskonała szkoła w szlifowaniu umiejętności udzielania pierwszej pomocy. W czasie sezonu, zabezpieczając większość dużych ośrodków narciarskich, pomagają średnio dwóm i pół tysiąca poszkodowanych. W zimie na stokach pracuje blisko sześćdziesięciu ratowników.

Ratownicy TOPR-u właściwie nie ratują poza górami, bo zgodnie z ustawą o finansach publicznych środki przeznaczone na ratownictwo w górach mają zostać wykorzystane w miejscu docelowym. Wyjątek stanowi tak zwany ważny interes społeczny, rozumiany jako katastrofa, w której służby ratunkowe jednoczą siły. Na co dzień umiejętności ratowników nie mogą być wykorzystane gdzie indziej, mało tego, gdyby toprowcy z dobroci serca chcieli pomóc komuś spoza terenu ich działania, musieliby zwrócić do budżetu MSWiA dwanaście tysięcy złotych za każdą godzinę pracy śmigłowca TOPR-u (przy czym jeśli dochodzi do takich rozliczeń, ratownicy zazwyczaj uzyskują zgodę, by te środki przeznaczyć na zakup sprzętu ratowniczego).

To dotyczy także działań na rzecz, na przykład, służby zdrowia, z racji tego, że jest finansowana ze środków innego ministerstwa.

– I to jest obłęd, z którym borykamy się od lat – przyznaje Jan Krzysztof. – Nie ma w tym cienia logiki, bo przecież wszystkie środki pochodzą z jednego budżetu, a jednak rozliczenia pomiędzy ministerstwami nie pozwalają na użycie, na przykład, naszego Sokoła. Lotnicze Pogotowie Ratunkowe tymczasem nie zawsze jest w stanie wykonać zadanie. Weźmy tereny trudno dostępne, na przykład w Paśmie Gubałowskim. Są tam osiedla bez dróg dojazdowych, ale z domami mieszkalnymi, co daje im status terenu zabudowanego. Jeśli zatem ktoś stamtąd będzie potrzebował pomocy, a jego ewakuacja będzie wymagała desantu ratowników z pokładu śmigłowca, LPR nic nie wskóra. Ich maszyny są do takich działań za słabe, nie mają odpowiedniego wyposażenia oraz załogi zdolnej to wykonać. A ich najbliższy śmigłowiec stacjonuje w Krakowie. My za to mamy wszystko, co trzeba, ale zgodnie z przepisami nie możemy działać w terenie zabudowanym. No, chyba że ktoś rozsądny wyniesie chorego za płot, pozwalając nam legalnie wkroczyć do akcji. Ale czy to nie jest totalny absurd? Trzeba to koniecznie zmienić, pochylając się nad przepisami i próbując mądrze je uregulować. Z naciskiem na słowo „mądrze”, bo były już próby współpracy z różnymi instytucjami, które kiepsko się kończyły. Zdarzało się bowiem, że wzywano nas do banalnych spraw, marnując nasz czas i publiczne pieniądze. Mieliśmy też problem, gdy Sokół został „zajechany” w służbie transplantologii. Dopóki latał, wszyscy byli zachwyceni, gorzej, jak przyszło zapłacić za remont. Nie znalazł się ani jeden chętny. Dlatego regulacje prawne, zarówno te zobowiązujące nas do czegoś, jak i te zabraniające nam działań, powinny być dobrze przemyślane i najlepiej skonsultowane z nami.

Obecnie stosujemy zasadę, że ratownicy lecą do akcji niezależnie od tego, czy ktoś za to zapłaci, czy nie. Dyżurni wiedzą, że w przypadku zagrożenia życia po prostu działamy, a moja w tym głowa, żeby później się z tego wytłumaczyć. Niestety, to droga przez administracyjną mękę, bo każdy interpretuje przepisy według własnego uznania.

Co ciekawe, współpraca toprowców z innymi krajami jest bardzo dokładnie opisana i określona, dzięki czemu w tej kwestii nie ma żadnych niedomówień. Ratownicy TOPR-u z racji geograficznej bliskości najczęściej działają ze Słowakami i choć pomoc układa się znakomicie, nie zawsze jest darmowa. Skrupulatnie rozliczane są akcje z użyciem śmigłowca i trudno się dziwić, zważywszy na to, że koszty takich działań są bardzo wysokie. Jeśli Słowacy proszą, by przyleciał do nich nasz Sokół (a proszą o to z różnych powodów: na przykład ich maszyna ma awarię albo nie można jej użyć w silnym wietrze), TOPR wystawia za tę usługę rachunek. Horska Służba bez dyskusji reguluje należność, po czym uwzględnia te koszty w fakturze wystawianej poszkodowanemu w ramach odpłatnych akcji ratunkowych. W drugą stronę działa to podobnie, choć zdarzają się wyjątki od reguły.

Dwa lata temu śmigłowiec słowackiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych pomógł w akcji przetransportowania do zakopiańskiego szpitala polskiego taternika, który uległ wypadkowi na Kazalnicy, za co Polska nie musiała zapłacić. W tym przypadku słowacki helikopter jako statek państwowy pomagał w ramach współpracy międzynarodowej, ta zaś oparta jest na jeszcze innych zapisach. Słowem, wszystko zależy od tego, kto z kim i na jakich zasadach działa. Jeżeli w Tatrach Polskich pomaga inny śmigłowiec słowacki, TOPR pokrywa koszty z własnych środków.

♦ ♦ ♦

Ratownikiem TOPR-u może zostać każdy pełnoletni i aktywny górsko człowiek. Aktywny górsko nie znaczy „drepczący po szlakach”. Kandydat na kandydata na ratownika TOPR-u (tak zwany adept) musi umieć się wspinać, bardzo dobrze jeździć na nartach i znać topografię Tatr. Kandydat musi też znaleźć dwóch członków TOPR-u, którzy będą członkami wprowadzającymi, wesprą go w dążeniu do celu i poręczą za niego przed kolegami.

– To tradycja Pogotowia. W pierwszych księgach TOPR-u członkowie wprowadzający zwani byli świadkami przysięgi – tłumaczy Jan Krzysztof, podkreślając, że to dobry zwyczaj, pokazujący zaangażowanie i zobowiązanie obu stron. – Wprowadzający powinni przedstawić kandydata i poręczyć, że jest człowiekiem godnym zaufania. Przyjęte jest także, że to oni wprowadzają następnie kandydata w arkana działalności górskiej i zasady funkcjonowania stowarzyszenia, a nawet trochę za niego odpowiadają, zwłaszcza w pierwszym okresie. Ich rekomendacja daje nam gwarancję, że jest to osoba, która nadaje się do tej pracy. TOPR to elitarna organizacja. Elitarna nie znaczy zamknięta, każdy ma dostęp do Pogotowia, ale chodzi o to, żeby to nie byli przypadkowi ludzie. To ważne, bo wyszkolenie ratownika nawet w podstawowym zakresie jest bardzo czasochłonne i kosztowne. Ostrożność w doborze kandydatów to także wynik odpowiedzialności, jaką bierzemy za ratowanych. Już na etapie kandydackim tym młodym ludziom powierzane są bardzo poważne zadania. Jeśliby się tych kandydatów nie znało, trzeba by ich bardzo pilnować, a nie jesteśmy w stanie tego robić. Dlatego kandydaci na kandydatów na ratownika są już w pewien sposób wybrani, choć to dopiero początek długiej i wymagającej drogi.

Rozpoczyna ją złożenie podania z dołączonym wykazem działalności górskiej, a później egzamin wstępny, który weryfikuje praktyczne umiejętności potencjalnego kandydata.

– Egzamin wstępny pozwala odsiać tych, którzy marzą o ratownictwie, od tych, którzy mają na to realne szanse – mówi wprost Marcin Józefowicz, szef szkolenia TOPR. – Nie jesteśmy szkółką, tylko organizacją, która potrzebuje profesjonalistów, dlatego nie interesują nas żółtodzioby. Na stronach TOPR-u można znaleźć dokładny opis naszych wymagań, dlatego dziwią mnie podania od ludzi, którzy zdają się ich nie rozumieć. Zdarzają się bowiem podania z wykazami tras zrobionych z wynajętym przewodnikiem albo, jeszcze lepiej, z drogą wspinaczkową, którą delikwent opuścił ledwo żywy, w ramionach ratowników. Powiem krótko, to totalny obciach. Prosząc o wykaz dróg wspinaczkowych, mamy na myśli trasy robione samodzielnie! Spodziewamy się znaleźć w ich opisie nazwisko partnera wspinaczki oraz datę zdobycia góry, przy czym wykaz ma zawierać drogi z ostatnich trzech lat, a nie z jakiejś wczesnej młodości. Owszem, w działalności taternickiej jest zwyczaj, że nikt nie sprawdza prawdomówności i że nie trzeba udowadniać zdobycia ściany, należy jednak pamiętać, że człowiek przyłapany na kłamstwie nie ma już wstępu do środowiska. Tym bardziej warto się poważnie zastanowić, co wpisujemy i czym chcemy się pochwalić, zwłaszcza że łatwo to zweryfikować podczas wspomnianego egzaminu. A ten składa się z etapu zimowego i wiosennego. Wiosną sprawdzamy zdolności wspinaczkowe: wiązanie węzłów, zakładanie asekuracji i stanowiska oraz umiejętność zjazdu. Kandydat na kandydata musi też przejść test kondycyjny, czyli bieg na Kasprowy Wierch, oraz test ze znajomości topografii Tatr. Jest również sprawdzian z historii i ze statutu TOPR-u, chcemy bowiem, żeby ludzie wiedzieli, do jakiej organizacji wstępują. W zimowym etapie sprawdzamy zaś, jak ewentualni kandydaci jeżdżą na nartach po trasach i poza nimi.

Ponieważ nie ma żadnych szkół związanych z ratownictwem górskim, jedynymi jednostkami wskazanymi do szkolenia, a także do weryfikacji umiejętności górskich są w Polsce Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe i Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe (odbywa się to na podstawie odpowiedniej zgody wydanej przez ministra spraw wewnętrznych po spełnieniu określonych w ustawie wymogów).

Z tym że TOPR nie szkoli dla GOPR-u, a GOPR nie szkoli dla TOPR-u. To znaczy tyle, że uprawnienia zdobyte w GOPR-ze nie są uznawane w TOPR-ze, zatem ratownik GOPR-u, który chciałby zostać ratownikiem TOPR-u, musi przejść toprowskie szkolenie i toprowską weryfikację. Ta sama zasada obowiązuje instruktorów narciarskich i wspinaczkowych, nieuznawane są także certyfikaty przyznawane przez Polski Związek Alpinizmu. Słowem, kandydat na kandydata na ratownika TOPR-u jest człowiekiem z czystą kartą i tak jak wszyscy inni kandydaci przechodzi testy. TOPR bardzo wysoko stawia poprzeczkę, wymagając konkretnych umiejętności, dlatego toprowscy instruktorzy wychodzą z założenia, że tylko oni mogą sprawdzić predyspozycje kandydata.

Należy pamiętać o różnicy między TOPR-em a GOPR-em, nie jest to bowiem, jak sądzi większość Polaków, ta sama instytucja. Historyczne zaszłości spowodowały, że ten temat potrafił być kiedyś bardzo drażliwy. Dlatego lepiej nie mylić toprowców z goprowcami!

♦ ♦ ♦

W latach pięćdziesiątych w Polsce zaczęła rozwijać się tak zwana masowa turystyka – ludzie hurmem ruszyli w góry, i to nie tylko w Tatry. Zaczęli oblegać Beskidy, Gorce, Karkonosze, gubiąc się w nich, łamiąc się w nich, spadając z nich, a co za tym idzie, potrzebując w nich pomocy. Profesjonalnej! Primum non nocere (Po pierwsze, nie szkodzić), mawiał Hipokrates, a mądrość tych słów, przetrwawszy wieki, przekonała, kogo trzeba, by w tworzenie służb ratunkowych zaangażować tych, którzy ratować już potrafią. I tak oto zwrócono się do TOPR-u, który nie miał na polskim rynku żadnej konkurencji, za to miał ogromne zaufanie społeczne, chwalebną historię oraz świetną kadrę instruktorską. (Trzeba dodać, że pierwsze próby tworzenia zalążków grup ratowniczych w innych górach miały miejsce jeszcze przed drugą wojną światową). Poproszeni o pomoc toprowcy chętnie wzięli się do pracy, dzieląc się wiedzą i umiejętnościami z kolegami w kolejno otwieranych górskich służbach, nie mając przy tym pojęcia, że kręcą na siebie bicz.

Ratownicza brać zaczęła się szybko powiększać, w 1952 roku postanowiono więc stworzyć ze wszystkich jednostek jedną strukturę o dumnie brzmiącej nazwie Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, przy czym, co ważne, GOPR nie był samodzielną organizacją, tylko instytucją działającą w strukturach Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego. W początkowej fazie Zarząd TOPR-u wraz z przedstawicielami PTTK był równocześnie Zarządem GOPR-u i, oficjalnie, wszyscy byli z tego zadowoleni. Do czasu.

W 1956 roku TOPR został wepchnięty do jednego – goprowskiego – wora, stracił wolność i niezależność, stając się jedną z wielu grup, zarządzaną podług zasady: „wszystkim po równo”, co dla toprowców oznaczało zdecydowanie za mało. Ich akcji i wypraw ratunkowych nie dało się bowiem porównać z innymi, nikogo to jednak nie interesowało.

Nie pomagały protesty i tłumaczenia oczywistych oczywistości o specyficznym, żeby nie powiedzieć wyjątkowym charakterze Tatr. Wszelkie próby merytorycznego przedstawienia sprawy, nawet w języku łopatologicznym (wyższe znaczy trudniejsze, co równa się droższe), nie przynosiły pożądanych efektów, a nadzieja na mądre kierownictwo, prowadzące elastyczną politykę finansową, pozostawała w sferze marzeń.

Nic więc dziwnego, że toprowcy szybko zaczęli kwestionować kompetencje zarządu, wskazując na nieznajomość tematu, co pogłębiało irytację i doprowadziło do eskalacji konfliktu, który najpierw obejmował szefostwo GOPR-u, a później, siłą rzeczy, przeniósł się także na szeregowych ratowników. Spór mocno zaognił się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, a jego kulminacja przypadła na lata 1985–1991. Trzeba było jak najszybciej wyjść z tego układu. Ale chcieć nie zawsze znaczy móc, nawet jeśli się BARDZO chce! Nie w ciemię bici prezesi GOPR-u znali PR-ową wartość tatrzańskich kolegów, nie zamierzali więc ich wypuszczać. Grzanie się w ich blasku i pławienie w splendorze spektakularnych akcji tak bardzo weszło im w krew, że bój o „rozwód” obu instytucji oparł się o najwyższe władze państwowe, wywołując konflikt polityczny. Przepychanek było sporo, walka robiła się coraz bardziej zajadła i kto wie, jak skończyłaby się ta wojna, gdyby nie przyszedł rok 1989 – i polityczna odwilż. TOPR wyczuł, że to moment, w którym trzeba przypuścić ostatni szturm. I wygrał! W 1991 roku oderwał się od GOPR-u i wrócił do korzeni. Pogotowie znowu stało się tatrzańskie i – co najważniejsze – autonomiczne. Ale… niesmak pozostał i relacje między GOPR-em a TOPR-em przez kilka następnych lat były bardzo napięte.

Dziś ta historia wydaje się mroczną przeszłością, jej echa jednak wciąż pobrzękują, choć często w formie anegdotycznych opowieści. Dlatego toprowiec nazwany goprowcem na pewno się obruszy i szybko wyprowadzi dyletanta z błędu (w przeciwieństwie do goprowca, który tym awansem będzie zachwycony). Pilnujcie zatem języka i myślcie, co mówicie, bo łatwo obudzić demony. Pilnuję języka i ja, dlatego w tej książce świadomie używam wyłącznie nazwy TOPR, nawet opisując czasy pod goprowskim szyldem.

Ale uwaga! Uczciwość nakazuje, by podkreślić, że te historyczne niesnaski nie mają nic wspólnego z oceną profesjonalizmu ratowników z niższych gór. Toprowcy zawsze podkreślają fachowość i oddanie kolegów z GOPR-u, przypominając, że ich praca bywa równie trudna i wyczerpująca. „Góry górom nierówne, każde mają swoją specyfikę i w każdych działają zawodowcy, którzy znają swój fach”, mówią, przywołując choćby wielogodzinne poszukiwania w lasach i wąwozach czy wyprawy w głębokim śniegu po nieprzetartych szlakach, które wymagają nie lada umiejętności i potrafią strasznie dać w kość. Dlatego, Panie i Panowie z GOPR-u, szacun!

♦ ♦ ♦

Kandydat do TOPR-u, który przeszedł pierwsze egzaminacyjne sito, po zatwierdzeniu jego podania przez zarząd rozpoczyna dwuletni okres kandydacki. To czas, w którym adept przechodzi szereg specjalistycznych szkoleń, a także zaczyna dyżurować. Zgodnie z zasadami Pogotowia rocznie musi poświęcić organizacji co najmniej dwieście czterdzieści godzin, z czego połowę może spędzić na szkoleniach. Bardzo ważny jest jednak udział w akcjach i wyprawach ratunkowych, bo instruktorzy chcą zobaczyć kandydata w działaniu. Na początku przydziela mu się proste zadania: nosi sprzęt, transportuje poszkodowanych w łatwym terenie – istotne jednak, by był i by pokazał, co potrafi.

– Zasada jest taka, że im częściej go widzimy, tym szybciej wejdzie w „pakiet” ratowników – mówi Józefowicz, przyznając, że najbardziej aktywni kandydaci szybko traktowani są jak pełnoprawni koledzy. Ci z kolei, na których widok pada pytanie: „A ten to kto?”, nie rokują dobrze.

Okres kandydacki (a dokładnie kurs podstawowy) kończy się egzaminami podobnymi do testów wstępnych, tyle że na dużo wyższym poziomie. Zdecydowana większość, z racji tego, że już na wejściu ma duże umiejętności, zdaje egzamin pomyślnie. Każdego roku kilku lub kilkunastu nowych ratowników może więc złożyć przysięgę.

Uroczystość ta odbywa się w Dniu Ratownika, około 29 października, czyli daty rejestracji stowarzyszenia. Przysięgę składa się na ręce naczelnika TOPR-u w obecności członków wprowadzających, kolegów oraz zaproszonych gości. Jej treść jest niezmienna od 1909 roku i brzmi:

„Ja niżej podpisany (…) w obecności Naczelnika Straży Ratunkowej w.p. (…) oraz świadka w.p. (…) dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego Zastępcy – bez względu na porę roku, dnia i stan pogody – stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie odpowiednio na wyprawę zaopatrzony i udam się w góry według marszruty i wskazań Naczelnika lub jego Zastępcy w celu poszukiwań zaginionego i niesienia mu pomocy. Postanowienia statutu Pogotowia i regulaminu dla członków czynnych będę wykonywał ściśle, jak również rozkazy Naczelnika, jego Zastępcy i Kierowników Oddziałów. Obowiązki swe pełnił będę sumiennie i gorliwie, pamiętając, że od mego postępowania zależne być może życie ludzkie. W zupełnej świadomości przyjętych na się trudnych obowiązków i na znak dobrej swej woli powyższe przyrzeczenie przez podanie ręki Naczelnikowi potwierdzam”.

Uścisk dłoni z naczelnikiem – jako potwierdzenie dżentelmeńskiej umowy – pieczętuje przysięgę, ratownik staje się pełnoprawnym członkiem TOPR-u i zaczyna służbę jako ochotnik, czyli nieodpłatnie. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ochotnicy dostawali wynagrodzenie za udział w wyprawach (osiem, dziesięć złotych za godzinę akcji), w latach dziewięćdziesiątych zostało to jednak zniesione.

– Uznaliśmy, że nie o to chodzi w tej organizacji i że zasady od początku były jasne, czyli jeśli ktoś chce ochotniczo ratować ludzi, robi to w formie wolontariatu – tłumaczy Jan Krzysztof, zapewniając, że praca na rzecz Pogotowia ma inne całkiem wymierne korzyści. TOPR oferuje ratownikom specjalistyczne, a więc kosztowne szkolenia, a także odpowiednie wyposażenie. Każdy działający w Pogotowiu dostaje wysokiej klasy buty, kurtki, raki, czekan, uprzęże, kaski oraz sprzęt ski-tourowy, a ci, którzy dodatkowo działają w grupach specjalistycznych – sprzęt adekwatny do zadań. Ratownicy zostają zatem odpowiednio wyposażeni, a ich ekwipunek to koszt kilku tysięcy złotych.

Ochotnicza służba to początek kariery w TOPR-ze. Nie daje jednak gwarancji przejścia na etat ratownika zawodowego. Ratownik zawodowy, czyli etatowy, pojawił się w strukturach organizacji w 1938 roku i był przypisany do konkretnego miejsca, czyli Kasprowego Wierchu, do obsługi kontuzjowanych narciarzy. Rozwijające się w Tatrach „białe szaleństwo” wymagało mocnego ratowniczego wsparcia, stąd wziął się pomysł na stały dyżur odpowiednio opłaconego ratownika. Pierwszym zawodowym ratownikiem został Tadeusz Gąsienica-Giewont, a po wojnie liczba etatów wzrosła do… dwóch! Teraz jest ich trzydzieści siedem w TOPR-ze (i sto trzydzieści trzy we wszystkich grupach GOPR-u) – szału więc nie ma! Rząd liczy każdą złotówkę, zarówno tę, którą wydaje, jak i tę, którą miałby wydać – efekt: fatalnie opłacani ratownicy zawodowi, w liczbie określanej słowem „garstka”, proszą o dodatkowe etaty, ale bez skutku.

Tymczasem instytucja ratownika zawodowego zmieniła oblicze ratownictwa górskiego. Pozwoliła na stworzenie profesjonalnej służby i dała podstawę do jej rozwoju. To na niej oparte jest Pogotowie, choć bez ochotników żadna z instytucji nie pociągnęłaby długo – i to warto podkreślić.

Ratownicy ochotnicy mogą być luźno związani z Pogotowiem, wielu z nich, zwłaszcza ci, którzy mają interesujące zawody, wcale nie marzy, by zostać ratownikiem zawodowym. Pieniądze z tego są marne, za to odpowiedzialność ogromna. Ci jednak, którzy chcą się w ratownictwie rozwijać, mają takie możliwości.

– Mniej więcej co dwa, cztery lata wyławiamy dziesiątkę zdolnych i zaangażowanych osób, którym proponujemy kurs zaawansowany – mówi Marcin Józefowicz. – Przechodzimy w nim na inny pułap, na którym pogłębiamy ich wiedzę i umiejętności, wprowadzając działania bardziej specjalistyczne. Ten etap kończy się nadaniem tytułu starszego ratownika. Kolejny szczebel to instruktor aspirant, czyli ktoś, kto naszym zdaniem może szkolić innych. Aspirant musi rocznie wypracować sto dwadzieścia godzin dydaktycznych, przejść letni i zimowy kurs instruktorski oraz napisać pracę, która stanie się materiałem szkoleniowym. Zazwyczaj jest to opracowanie wybranego tematu, z uwzględnieniem nowości, jakie pojawiają się w tym zakresie w Polsce i na świecie. Praca powinna być nowatorska, jej wartość oceniają instruktorzy, przed którymi należy ją obronić jak doktorat, co pozwala na uzyskanie tytułu instruktora. Do tych wymagań dochodzi także poddawanie się unifikacji, która odbywa się co trzy lata i polega na sprawdzaniu umiejętności oraz wiedzy instruktora, zwłaszcza tej bieżącej. Ratownicy, którzy po latach pracy nie chcą już być instruktorami, otrzymują stopień instruktora seniora. Najwyższym stopniem w TOPR-ze jest starszy instruktor, nadawany już bez dodatkowych kursów, na podstawie oceny naczelnika (obecnie ma go dziewięciu czynnych ratowników).

Unifikacja, czyli okresowy trening, a w niektórych dziedzinach ponowny egzamin, to wymóg obejmujący wszystkich ratowników TOPR-u, narzucony przez… ratowników TOPR-u.

– To nasze wewnętrzne wymagania, wynikające ze starej prawdy, że „narząd nieużywany zanika” – śmieje się Józefowicz, tłumacząc, że chodzi o trzymanie wysokiego poziomu wyszkolenia. – Każdy z nas musi mieć aktualne badania lekarskie oraz aktualne uprawnienia medyczne, czyli kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy – te dwie rzeczy narzucone są ustawowo. My jednak sami podnieśliśmy sobie poprzeczkę, zakładając, że jeśli czegoś nie powtarzamy, czegoś nie ćwiczymy, to stajemy się w tej dziedzinie mniej sprawni. Wiedza ewoluuje podobnie jak techniki ratownicze, dlatego unifikacja jest naszym zdaniem niezbędna. Zresztą istniała w TOPR-ze od zawsze. Teraz możemy uczyć się częściej i w mniejszych grupach, co pozwala na dokładne przećwiczenie ważnych elementów i ponowne przeegzaminowanie chłopaków.

– Zdarza się, że ktoś, z różnych powodów, nie przechodzi unifikacji – przyznaje naczelnik TOPR-u, ale nie ukrywa, że oblanie kolegi nigdy nie jest proste. Podobnie jak świadomość, że nie spełnia się stawianych wymagań. – Bywają awantury i niesnaski, w tej sprawie jednak jesteśmy nieugięci, bo odpowiadamy za siebie nawzajem i za tych, których ratujemy. Zaufanie publiczne, jakim się cieszymy, wynika z tego, że osoba wzywająca pomocy ma pewność, że ktoś, kto po nią przyjdzie, jest odpowiednio wyszkolony. Zaczynając działania, nie wiemy przecież, jakiej pomocy będzie wymagał ranny. Jest oczywiście różnica między sprowadzeniem zbłąkanego turysty a ściągnięciem ze ściany rannego taternika, nie możemy jednak mieć ratowników od lżejszych i cięższych zadań. Każdy ratownik górski w tym podstawowym zakresie musi być sprawny i dobrze wyszkolony, dlatego osoby niespełniające wymagań tracą uprawnienia, czyli nie mogą czynnie uczestniczyć w akcji. Nie jest to jednoznaczne z wyrzuceniem ich z TOPR-u, każdy dostaje kolejną szansę, ale do czasu odzyskania uprawnień traci status ratownika. Słowem, nie każdy członek TOPR-u jest ratownikiem górskim – wbrew temu, co czasem się sądzi.

Takie sytuacje są jednak rzadkie. Częściej jest tak, że jeśli ratownik nie czuje się już na siłach, by brać czynny udział w akcjach i wyprawach, sam składa rezygnację. W ten sposób przestaje być członkiem straży ratunkowej, przechodząc w poczet tak zwanych członków dożywotnich (CD), dowcipnie przez kolegów okrzyknięty „korpusem dyplomatycznym”. Na ten status trzeba sobie jednak zasłużyć. Otrzymują go wyłącznie te osoby, które poświęciły organizacji dużo czasu i wysiłku.

I tu uwaga! Ratownikiem TOPR-u nie zostaje się raz na całe życie. Jeżeli ktoś miga się od obowiązków, nie wypracowuje godzin i nie wypełnia zadań, zostaje po prostu skreślony z listy. Z kolei ci, którzy z jakichś ważnych życiowych powodów nie mogą poświęcić się organizacji, ale nie chcą z niej rezygnować, mają możliwość czasowego zawieszenia swojego członkostwa. Korzystający z tego wariantu mogą wrócić do TOPR-u nawet po kilku latach, ale wtedy, w zależności od długości przerwy, przechodzą weryfikację lub zaczynają wszystko od początku, czyli od kursu kandydackiego. Jednym słowem, na zaszczytny tytuł ratownika TOPR-u pracuje się przez całe życie.

Ten zaszczyt w ponadstuletniej działalności TOPR-u miało ponad sześćset pięćdziesiąt osób!

To się nazywa elitarność!

♦ ♦ ♦

TOPR jest jedną z najwszechstronniej wyszkolonych grup ratowników górskich na świecie i to jest jedyne „naj”, na jakie bohaterowie tej książki się zgadzają. Nie ukrywają, że są przygotowani do niesienia pomocy we wszystkich sytuacjach, które mogą się pojawić w Tatrach. Działają więc w zakresie ratownictwa: ścianowego, śmigłowcowego, lawinowego, jaskiniowego, mają sekcję psów lawinowych, sekcję kanioningową, płetwonurkową, a nawet sekcję strzałową. Do tego zimą, jak już wspomniałam, dyżurują na większości podhalańskich stoków narciarskich.

– Zakres naszej działalności jest bardzo szeroki, dlatego stwierdzenie, że jesteśmy jedną z najwszechstronniej wyszkolonych służb, jest prawdziwe – przyznaje naczelnik TOPR-u. – Organizacja pracy naszych kolegów za granicą w dużej mierze opiera się na bardzo określonym zakresie zadań, na przykład jedni ratują ze śmigłowca, a inni w jaskiniach. U nas tymczasem wszystkie sekcje działają w ramach jednego stowarzyszenia, i to faktycznie rzadkość.

Loto, skoko, pirotechnik,

Znawca rozmaitych technik.

Ma dwa koty i chomika,

On jest wzorem ratownika!

– śmieją się toprowcy, próbując spuścić powietrze z nadętego balonika. Przyznają, że to „naj” brzmi wzniośle, ale niesie za sobą ogromne wyzwanie i poważne obciążenie. W TOPR-ze obowiązuje zasada, że każdy ratownik w każdym z wymienionych działów musi się odnaleźć. Trzeba więc znać co najmniej podstawowe techniki ratownicze – stąd szeroki zakres szkolenia początkowego. Poszczególne sekcje potrzebują jednak fachowców, co wiąże się z dodatkowymi specjalistycznymi szkoleniami. Na szczęście przydział do poszczególnych działów odbywa się w sposób naturalny – każdy z ratowników kieruje się indywidualnymi zainteresowaniami, wykorzystując często umiejętności nabyte już wcześniej, które dodatkowo rozwija w sekcji, stając się wysokiej klasy specjalistą. Ratownictwo to jednak działanie zespołowe, a zgrany team to co najmniej połowa sukcesu.

– Wszyscy świetnie się znamy. Wiemy, kogo na co stać, kto w czym jest dobry, znamy swoje wady i zalety, w czasie działań możemy więc wykorzystać to, co najlepiej umiemy – mówi naczelnik TOPR-u.

W ratownictwie niewiele rzeczy da się przewidzieć, w związku z tym trudno powiedzieć, która sekcja Pogotowia jest najtrudniejsza. Wszystko zależy od miejsca zdarzenia, rodzaju wypadku, pogody, pory dnia i roku. Istotne jest, czy do akcji może wkroczyć śmigłowiec, czy trzeba „iść z buta”. Czy świeci słońce i jest bezwietrzna aura, czy szaleje śnieżyca i obowiązuje wysoki stopień zagrożenia lawinowego. Czy ranny ma zwichniętą kostkę i może chwilę poczekać na pomoc, czy ma roztrzaskaną głowę i walczy o życie. W ratownictwie próba jakiejkolwiek gradacji jest dość ryzykowna, za to śmiało można powiedzieć, że gdy równocześnie przychodzi kilka zgłoszeń, sytuacja robi się bardzo poważna. I wtedy świetnie widać, jak ważny jest dobry i zgrany zespół i jak istotne jest to, by wszyscy byli dobrze wyszkoleni. Bo co zrobić, jeśli ci „mocni” polecieli już do pierwszej akcji, podczas gdy do centrali napływają kolejne zgłoszenia być może ciężkich wypadków?

– Powiedzenie, że nie ma ludzi niezastąpionych, u nas sprawdza się w stu procentach – mówi Józefowicz. – Tu widać jak na dłoni, że liczy się cały team i zgodność w tym teamie. Liczy się wzajemne porozumienie, dobre wyszkolenie i żelazna kondycja każdego uczestnika akcji.

– Nikomu nie narzucamy sposobu, w jaki ma dbać o formę, ale każdy z nas wie, że musi ją mieć. W przeciwnym razie przestaje być użyteczny, co znaczy tyle, że ktoś inny musi wykonać za niego pracę – mówi wprost Jan Krzysztof. – Ratownictwo to głównie noszenie dużych ciężarów. Jeśli do akcji nie może lecieć śmigłowiec, cały sprzęt ratunkowy trzeba wtaszczyć na własnych plecach, a potem go znieść, niosąc także rannego. To wymaga nie lada krzepy. Dlatego oczekujemy, że nasi ratownicy nie tylko będą aktywni górsko, czyli w wolnym czasie uprawiać wspinaczkę i ski-touring, ale także dwa razy do roku zaliczą test kondycyjny. Polega on na pokonaniu trasy z Kuźnic do dzwonu na Kasprowym Wierchu w czasie: sześćdziesiąt minut plus wiek, minus dziesięć minut. Ten test, mówiąc szczerze, jest robiony trochę pro forma, bo prawda jest taka, że nikt z brzuszkiem długo się u nas nie uchowa. Utrata kondycji jest przez kolegów boleśnie wytykana. Dlatego i brzuszek, i zadyszka, i co tam jeszcze człowieka ogranicza prędzej niż później bezpowrotnie znikają.

Potwierdzam. W toprowskiej kuchni na dyżurach pichci się wyłącznie zdrowe jedzenie, pije zieloną herbatę, a w wolnej chwili, za zgodą kierownika dyżuru, leci się pobiegać lub powspinać na ściance. Młodzi rozmawiają między sobą niemal wyłącznie o pobitych rekordach i zawodniczych planach, a starsi, chcąc nie chcąc, dotrzymują im kroku.

Słowem – nuda, panie, potworna nuda! Aż chciałoby się zapytać: gdzie ci herosi zatopieni w opowieściach do świtu? Gdzie te balangi z tańcami na stole? Gdzie te wanny wypitego alkoholu przy wielu okazjach, z których żal było nie skorzystać?

– To już historia! Zmiana pokolenia – śmieje się naczelnik i dodaje, że ludzie, którzy teraz przychodzą do TOPR-u, to właściwie sportowcy, zawodniczo uprawiający bieganie, wspinanie czy skialpinizm. – Teraz poziom wyszkolenia fizycznego przeciętnego ratownika jest dużo wyższy niż kiedyś. Dawniej zresztą nie kładziono na to aż tak dużego nacisku, dlatego różnie z tym bywało. Teraz zmienił się styl życia – na sportowy.

– Niezmienna za to pozostaje konieczność zrozumienia, po co tu jesteśmy – mówi Andrzej Maciata. – Wszyscy przychodzimy tu działać, ratować ludzi, wychodzić na akcje, tymczasem zdarza się, że jesteś na dyżurze jeden dzień, drugi, trzeci, czwarty i nic! Nikogo nie uratowałeś, land roverem się nie przejechałeś, śmigłowcem się nie przeleciałeś, nie poznałeś żadnej panienki, nic nie widziałeś, bo nigdzie nie wychodziłeś. Słowem: siedzisz w czterech ścianach, jeszcze do tego koledzy się z ciebie nabijają, bo akurat na poprzednich dyżurach działo się dużo, więc jeden z drugim opowiadają, jak było na wyprawach, a ty nic, siedzisz i czekasz. I teraz najważniejsze, czy wytrwasz w tym siedzeniu i czekaniu i czy dotrze do ciebie, że w dużej mierze jest to bardzo ważną częścią ratownictwa. Nie tylko działanie, ale także gotowość do działania. Ratowanie jest spektakularne, satysfakcjonujące, ale istotą jest to, żeby tu być, dając tym, którzy są w górach, poczucie, że jest taka instytucja, w której ktoś siedzi i czeka, by w razie czego uratować mu dupę. I cały ten trud nieustannego uczenia się jest właśnie po to, żeby siedzieć i czekać. Czasami dniami, tygodniami, a nawet miesiącami. Bo przychodzisz na dyżur, siadasz, jest was pięciu, przychodzi kierownik i mówi: ty i ty lecisz, ale nie ty. A ty sobie myślisz: kurczę, co jest grane? Czy jestem gorszy? Czego on ode mnie chce, czego się czepia? Potem przychodzi następny kierownik i robi dokładnie to samo, bo akurat tamci bardziej pasują mu do akcji. W TOPR-ze nie ma problemu z działaniem, tylko z brakiem działania, bo przecież jesteś gotowy, przygotowany, wyszkolony, a jednak siedzisz.

♦ ♦ ♦

Bycie ratownikiem to zaszczyt, a wejście do tego środowiska wymaga wyczucia i – co tu dużo mówić – skromności. Samce alfa są wrażliwcami i nic ich tak nie denerwuje jak inne samce alfa, rozkładające na ich terenie pawie ogony.

Toprowców najbardziej wkurzają wyluzowane „ziomy”, co to każdego znają i z każdym wódkę piły, oraz nadęci potomkowie Juliusza Cezara, gestem, mową i uczynkiem wykrzykujący: veni, vidi, vici (wszak przybyli, zobaczyli, zwyciężyli…).

W TOPR-ze ceni się tradycję, a ta nakazuje, by młodsi koledzy podchodzili do starszych z należnym im szacunkiem i respektem, wynikającym nie tylko z racji wieku, ale także, a może przede wszystkim, z racji ich osiągnięć.

– Gdy jako młody ratownik przychodziłem na centralę, to mowy nie było, żebym słowem się odezwał, jeśli starsi rozmawiali. I to niezależnie od tego, na jaki temat – wspomina Krzysztof Długopolski. – Zasadą było, że ryby i młodzi głosu nie mają, mogłem zatem wyłącznie słuchać lub odpowiadać na zadane pytania. „Odważni”, którzy próbowali zmienić te zasady, mieli pozamiatane, nawet jeśli to, co mówili, miało sens. Każdy wiedział, że od myślenia i od ustalania strategii są starsi, więc jeśli ktoś pogubił się w tych relacjach, zmieniając miejsce w szeregu, dostawał pamiętną lekcję. Niedoścignionymi mistrzami przycierania nosa młokosom były tak zwane Legendy Tatrzańskie – „dziadkowie”, bo tak o nich pieszczotliwie mówimy, potrafili perfekcyjnie zorganizować słodką zemstę, a w Tatrach są doskonałe warunki do jej realizacji. Szacunek do starej gwardii nie wynikał jednak ze strachu, tylko z autentycznego podziwu dla nich. Nie było mowy, żeby któryś z młodych ratowników odezwał się do starszego po imieniu! Zwracaliśmy się do nich „ujku”, co po góralsku znaczy wujek, albo po prostu „proszę pana”. A teraz? Wszystko się zmienia, każdy jest od każdego mądrzejszy, a patrzenie wstecz jest niemodne. Mnie osobiście nie przeszkadza, gdy przychodzi chłopak, który jest młodszy od moich dzieci, i wali do mnie po imieniu, ale za moich czasów byłoby to nie do pomyślenia. Na markę tej firmy pracowały całe pokolenia, a młodzi czasami o tym zapominają. Życie jednak szybko przyciera im rogów, dzięki czemu uczą się, gdzie jest ich miejsce.

– To nie jest to samo ratownictwo, które było pół wieku temu – przyznaje Apoloniusz Rajwa. – Ratownictwo, które ja pamiętam, to byli przede wszystkim ludzie legendy, z nazwiskami, z historią i osiągnięciami, którym my mogliśmy tylko pozazdrościć. Słuchaliśmy ich opowieści z rozdziawionymi gębami. Zazwyczaj mówili prawdę, chyba że akurat trochę koloryzowali, bo jakoś lepiej im brzmiało. Ale wiadomo, po wyprawie, gdy człek przychodził zmarznięty, wlewająca się do gardła gorzałeczka rozpalała serca, umysły i wyobraźnię. To były czasy, gdy styranemu życiem ratownikowi nie odmawiało się godnego poczęstunku, dzięki temu snuły się historie iście filmowe, opowiadane z taką swadą i poczuciem humoru, że można ich było słuchać godzinami. To oni, ci wielcy, tworzyli niepowtarzalną atmosferę Pogotowia Tatrzańskiego. Jak trzeba było, rzucali wszystko i ruszali na akcję bez względu na warunki. Nie było gadania, że zimno, że noc, że deszcz, że może by tak przeczekać. Podrywali się natychmiast, bo „mus iść cłeka ratować!”. Tak jak się przyrzekało.

– Ci starzy ratownicy otoczeni byli nimbem chwały i jak się z nimi wódkę wypiło, to człowiek myślał, że złapał Pana Boga za nogi – przyznaje Robert Janik. – To byli bardzo prości ludzie, ale doskonali fachowcy, świetnie znający rzemiosło. To dzięki nim, pokoleniu późnych lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych, wiemy, czym jest ratownictwo.

TOPR ma strukturę hierarchiczną, ale nie jest to system autorytarny. Świadczy o tym rozwój Pogotowia, wynikający także z nowatorskich pomysłów ratowników. Tej otwartości na „nowe” trzeba się było jednak nauczyć, co zwłaszcza na początku nie przychodziło łatwo.

Twardym trzonem Pogotowia zawsze byli górale, ludzie z krwi i kości, pełni zalet, ale i ułomności charakteru. Weźmy ich zawziętość. To dzięki niej potrafili iść, gdzie wzrok nie sięga, a jak trzeba było, to i góry przenosić. Z drugiej strony góralskie zakapiorstwo nakazywało im patrzeć z rezerwą na dobijających się do Pogotowia ceprów, a z jeszcze większą rezerwą przyjmować ich pomysły. Zadziwiające, zważywszy na to, że to właśnie cepry – Zaruski, Karłowicz9, Dłuski10 – wymyśliły TOPR.

– Z wielką estymą patrzyliśmy na starych ratowników i uczyliśmy się od nich fachu, ale, mówiąc wprost – czas popierdala, zmieniają się pokolenia, przychodzą następne, generalnie rzecz biorąc, lepsze. Dzięki temu w pewnym momencie zaczęliśmy łapać kontakt z zachodnim ratownictwem – wspomina doktor Robert Janik. – Motorem tych zmian był doktor Jerzy Hajdukiewicz11, wybitny taternik i himalaista, z którym pojechaliśmy na miesiąc do Zermatt w Szwajcarii, by zweryfikować naszą wiedzę i umiejętności. Potem do wielu nowatorskich rozwiązań zapalił się Michał Jagiełło i zaczął je wprowadzać. Postawił na ratownictwo jaskiniowe, podniósł poprzeczkę dotyczącą wspinania się i rozpoczął wprowadzanie nowych technik, a to nie wszystkim się podobało. „Przyszły magistry i rządzą. Nam wyższych studiów nie potrzeba, my umiemy, kurwa, ratować”, oburzali się „starzy”, nie do końca odnajdując się w zmodyfikowanej rzeczywistości.

– Trzeba było udowodnić nestorom, że jest się godnym pracować w TOPR-ze – wspomina ceper Michał Gajewski. – Pamiętam swój „test”. Szliśmy na Halę Gąsienicową po turystę, który złamał nogę podczas wspinania się po… ścianie schroniska. Bóg jeden wie, co mu odbiło, przed kim chciał się popisać. Musieliśmy znieść połamańca do szpitala, a że mówimy o czasach, kiedy rannych transportowano na tak zwanym bambusie, zawinęliśmy jęczącego delikwenta w siatkę, siatkę zarzuciliśmy na kij, kij na ramiona i dawaj w drogę. Nieśliśmy go niczym upolowane zwierzę. Trzeba było mieć żelazne mięśnie, żeby dźwigać osiemdziesiąt kilogramów, opierając bambus na jednym ramieniu. I wtedy właś­nie Wojciech Wawrytko, ówczesny zastępca naczelnika, powiedział do mnie: „Jak go wyniesiesz bez zmiany na Karczmisko, to uznamy, że jesteś nasz”. Chodziło o ostre podejście prowadzące do Przełęczy między Kopami, znajdującej się na skrzyżowaniu szlaków z Kuźnic w stronę Doliny Gąsienicowej. Zaparłem się i wszedłem! Zresztą nie tylko na Karczmisko, ale i na przełęcz!

– Dawniej przepływ informacji był utrudniony, mało kto znał języki, nie było internetu, czyli platformy szybkiego przekazywania wiedzy oraz porozumiewania się. Wszystko toczyło się wolniej, również w TOPR-ze. Kiedy to zaczęło się zmieniać, ratownicy starszej daty poczuli się zaniepokojeni. To wtedy pojawiły się teksty o podskakiwaniu, wychodzeniu przed szereg czy wprowadzaniu zamętu w znane i uznane techniki ratownicze. Z czasem jednak zaczęło to znikać i teraz każdy, kto ma dobry pomysł i udowodni, że to działa, może do tej organizacji coś wnieść – mówi Witold Cikowski.

Mało tego, każdy, kto wpływa na rozwój Pogotowia, jest cenny i doceniany, ratownicy więc chętnie się uczą i dużo się szkolą. Doskonałą platformą wymiany wszelkich informacji z zakresu ratownictwa górskiego jest Międzynarodowa Komisja Ratownictwa Alpejskiego IKAR, do której TOPR należy. To organizacja, która wyznacza standardy i kanon działania w ratownictwie, nie wnikając jednocześnie w strukturę poszczególnych grup, w ich finansowanie czy organizację pracy, wychodząc z założenia, że kraj od kraju się różni, choćby charakterem gór. IKAR nakreśla jednak ogólną ideę i założenia, daje także wytyczne, dzięki czemu różnym grupom łatwiej współpracować podczas wspólnych międzynarodowych działań ratowniczych.

IKAR raz do roku organizuje kongres (w 2004 odbył się w Zakopanem – a kolejny będzie w 2019), na którym ratownicy i producenci sprzętu przedstawiają nowości i nowinki. Prowadzone są także szkolenia oraz warsztaty z technik ratowniczych. Z niemal każdego takiego spotkania toprowcy przywożą coś ciekawego, po czym… dostosowują nowości do tatrzańskich warunków.

– Prawdę mówiąc, zazwyczaj wszystko upraszczamy, ponieważ wyznajemy zasadę, że prostsze systemy są bezpieczniejsze. Trudniej wtedy popełnić błąd. Modyfikujemy więc wszystko, co się da, a potem te nasze rozwiązania pokazujemy kolegom z zagranicy. I tak się to kręci – mówi Marcin Józefowicz. – W ten sposób pojawiła się u nas między innymi dyneema, czyli superlekka lina z włókien mocniejszych od stali, która, podobnie jak zestaw alpejski, zrewolucjonizowała działania ścianowe. Owszem, ma wady, nie lubi wysokich temperatur, trzeba więc umiejętnie jej używać, ale i tak jest znacznie lepsza niż ciężkie stalowe liny. Oczywiście, od razu przy tej dyneemie trochę pokombinowaliśmy, po czym efekty naszych modyfikacji pokazaliśmy na kolejnym kongresie i… buty wszystkim spad­ły. Z uznaniem i zachwytem mlaskali nawet ci, od których wzięliśmy te liny, co pokazuje, że wszyscy uczymy się od wszystkich, a nowatorskie działania naprawdę znajdują uznanie, niezależnie od tego, jaka grupa je prezentuje. IKAR to czołówka światowego ratownictwa i z dumą mogę powiedzieć, że podczas tych spotkań nie siedzimy w kącie. Wręcz przeciwnie, nasze akcje ratunkowe oraz adaptacje technik ratowniczych przyjmowane są entuzjastycznie i wdrażane potem na świecie. Ostatnio zostaliśmy zaproszeni na warsztaty praktyczne z ratownictwa lawinowego. Była sama śmietanka: Austriacy, Francuzi, Kanadyjczycy, Szwajcarzy, no i my! W roli ekspertów! To wielki zaszczyt, bo braliśmy udział w wypracowaniu schematu, który ma służyć wszystkim ratownikom na świecie. Słowem, jesteśmy jednymi z tych, którzy ustalają kanon działania, i to jest naprawdę COŚ.

Pomagamy też służbom, które chcą doskonalić swoje umiejętności, słowem, dzielimy się naszą wiedzą, jednocześnie cały czas przyswajając nową, dzięki czemu TOPR ciągle się rozwija.

♦ ♦ ♦

Ratownictwo górskie to ciężki kawałek chleba. Stwierdzenie, że ratownicy ocierają się o śmierć i ryzykują własne życie, jest prawdziwe – niezależnie od tego, jak bardzo oni sami starają się to racjonalizować. Każdy ratownik, z którym rozmawiałam, co najmniej raz był w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia i nie raz cudem ocalał. Kilkoro z nich niestety nie miało tyle szczęścia.

W ponadstuletniej historii Pogotowia podczas pełnienia służby zginęło ośmiu ratowników TOPR-u, pięciu w bezpośredniej akcji ratunkowej. Pierwszym z nich był słynny Klemens Bachleda12, który 6 sierpnia 1910 roku spadł ze ściany Małego Jaworowego Szczytu. Próbował ratować Stanisława Szulakiewicza – taternika, który, jak zanotowano w księdze wypraw, „zginął wskutek zamarznięcia i rozerwania kręgosłupa”. Kierujący wyprawą generał Mariusz Zaruski wspomina: „Deszcz lał zmieszany z gradem i śniegiem, biły pioruny. Z chłodu i wyczerpania sił z trudem posuwaliśmy się naprzód. Klimek najcieplej ubrany wyprzedził resztę i wspinał się wyżej. Wzywano go do powrotu. Gdy przekonałem się, że dalej iść niepodobna, zdrętwiałym i dygoczącym z nieustannej lodowej kąpieli, dałem znak powrotu, chociaż dzieliło nas od Szulakiewicza około 100 metrów. Na Klimka czekałem ze Zdybem 3/4 godziny, a zobaczywszy go zdążającego na grań Turni Jaworowych, dwukrotnie wezwałem do powrotu słowami: Klimku, wracajcie! Nie usłuchał”13. Ta śmierć wstrząsnęła całym krajem, a jego poświęcenie stało się symbolem najwyższego oddania. Kilkutysięczny tłum towarzyszył Klimkowi w jego ostatniej wędrówce. Spoczął na nowym zakopiańskim cmentarzu. Na jego mogile ustawiono granitowy głaz z napisem: „Poświęcił się i zginął”.

W 1972 roku Józef Gąsienica-Józkowy zmarł na skutek obrażeń odniesionych przy upadku na nartach. Zjeżdżając po dyżurze nartostradą z Kasprowego Wierchu, skręcił do lasu, by uniknąć zderzenia z grupą pieszych.

W 1978 roku, podczas kierowania akcją w Dolinie za Mnichem, umarł na zawał serca ratownik Eugeniusz Strzeboński.

Dwadzieścia dwa lata później, w 1994 roku, w katastrofie toprowskiego Sokoła zginęli ratownicy Janusz Kubica i Stanisław Mateja-Torbiarz oraz piloci Bogusław Arendarczyk i Janusz Rybicki.

Kolejną ofiarą był Janusz Śmiałek, znakomity specjalista od jaskiń. Zginął w 1997 roku w rejonie Żabiego przy Morskim Oku podczas samotnego patrolu ratowniczego.

Cztery lata później, w 2001 roku, w trakcie akcji ratunkowej pod Szpiglasową Przełęczą lawina porwała ośmiu ratowników. Dwóch z nich – Marka „Mai” Łabunowicza i Bartka Olszańskiego – nie udało się uratować.

„Strach jest i każdy, kto twierdzi, że się nie boi, jest albo idiotą, albo kłamcą”, przyznają zgodnie ratownicy i natychmiast dodają, że ten strach musi być racjonalny; wtedy staje się ich sprzymierzeńcem, bezpiecznikiem, który nie pozwala zrobić nic głupiego. Nie może jednak paraliżować myślenia i działania.

– Jak człowiek jest w akcji, to wszystko inaczej postrzega. Najgorzej, gdy siedzi i myśli, co też tam może się wydarzyć – mówi Witold Cikowski. – Na szczęście ratowanie to trochę działanie z zaskoczenia. Przychodzi wezwanie i trzeba iść, a jak już wejdzie się w akcję, to przez cały czas jest się skupionym wyłącznie na niej. Co nie znaczy, że nie myśli się o zagrożeniach. Myśli się, i to bez przerwy. Przecież przez cały czas oceniamy ryzyko, zastanawiając się, jak mu przeciwdziałać. To właśnie z powodu przewidywania czegoś złego zdarzało się wstrzymywać akcję lub wycofywać się z zagrożonego terenu. Przywoływane często powiedzenie, że do gór trzeba mieć pokorę, sprawdza się właśnie wtedy, gdy człowiek, chcąc bardzo coś zrobić, odpuszcza – zdając sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie pokonać przeszkód. I to jest moment, w którym musi przyznać sam przed sobą i przed innymi, że jest za mały wobec potęgi natury i że zwyczajnie nie da rady. Ci, których nie stać na taką weryfikację i na takie wyznanie, giną. W ratownictwie nie ma, a w każdym razie nie powinno być nic za wszelką cenę, bo ta cena może okazać się niezwykle wysoka. I właśnie przed tym bardzo często przestrzega nas strach. I całe szczęście, bo chroni nas przed brawurą. My tymczasem jesteśmy odpowiedzialni za ratowanego i za naszych kolegów.

– Z drugiej strony nie wszystkie sytuacje można przewidzieć, nie wszystko można dostrzec i nie wszystkiemu zapobiec. Dlatego zdarzają się tragiczne sytuacje. Robimy, co w naszej mocy, by im zapobiec. Nikt z nas nie chce umrzeć w chwale. Każdy chce żyć! TOPR to nie jest stowarzyszenie straceńców – dodaje Adam Marasek.

– Zdarza się, że człowiek zagląda śmierci w oczy, ale jak w dobrym towarzystwie, to dlaczego nie? – żartuje Kazimierz Gąsienica-Byrcyn, przyznając, że strach trzeba umieć okiełznać i każdy to robi na swój sposób. – Czasami w trudnych sytuacjach śmialiśmy się i żartowaliśmy, rzucając: „Kto wie, czy dzisiaj Skotnicówny nie podadzą nam kolacji?”14. Te żarty nie wynikały z lekceważenia zagrożeń, tylko z próby oswojenia lęku. Coś w rodzaju zaklęcia typu: dopóki mogę z tego żartować, to znaczy, że nie jest tak źle! Ale ten strach jest i jest naturalnym towarzyszem. Ktoś, kto się nie boi, musi być po prostu nienormalny. Strach to respekt przed siłą wyższą. W samym Morskim Oku spadłem z lawiną pięć razy. Jak się jest ratownikiem, to właściwie nie da się tego uniknąć. Można się nawet przyzwyczaić, o ile oczywiście żywioł będzie dla nas łaskawy. Na szczęście w moim przypadku wszystkie przysypania były niegroźne, choć przygodę z lawinami zacząłem dość wcześnie, bo już w dzieciństwie.

Miałem siedem lat, kiedy omal nie zginąłem zimą tuż pod domem na Gubałówce. Wróciłem ze szkoły i ledwo wszedłem do chałupy, gdy ojciec15 krzyknął, żebym poszedł po wodę do potoku. No to wziąłem wiaderka i poszedłem. Odkopałem potok, bo śnieg był potężny, nabrałem wody, wracam i nagle… łup – coś pode mną trzasnęło, coś mną wstrząsnęło, coś mną zatrzepało i ani się obejrzałem, jak razem z tymi nosidełkami na wodę znalazłem się pod śniegiem. Dasz wiarę? Podciąłem lawinę! Na Gubałówce! Zasypało mnie w takiej półstojącej pozycji aż do samej brody! Na szczęście wystawała mi głowa, więc mogłem oddychać, ale już krzyczeć nie bardzo, bo śnieg zaczął mnie betonować i ściskać mi klatkę piersiową. Wiedziałem, że muszę czekać, ale wiedziałem też, że ojciec pewnie niczego się nie domyśla, siedzi w chałupie i klepie rury, bo oprócz przewodnictwa był dekarzem. No to ja, co mogę, ruszam się trochę, wyglądam, oglądam się, może mnie kto zauważy, ale nic! Wszędzie cicho, wszędzie głucho. Strach ścisnął tyłek nie na żarty, dlatego zebrałem wszystkie siły i na tyle, na ile mog­łem, zacząłem się drzeć. Wyszło jednak słabiutko. No to siedzę w tej lawinie, zimno jak skurczybyk, czas mija wolno. I kiedy już zacząłem mieć naprawdę czarne myśli, patrzę, a nade mną pokazują się wielkie wąsiska ojca, który mało zdziwiony spokojnie stwierdza: „Aaa, toś ty tu?!”. Wrócił po łopatę do domu i mnie odkopał.

Ta historia, dzięki wrodzonej swadzie pana Kazimierza i świadomemu nadaniu jej lekkości, odarta jest z dramatyzmu, pamiętajmy jednak, że to rodzaj zaklęcia, które ma złagodzić powagę takich sytuacji.

– Był listopad 1993 lub 1994 roku, a ja byłem młodym, świeżo upieczonym ratownikiem ochotnikiem – zaczyna opowieść Jacek Broński. – Robiło się już ciemno, gdy do centrali przyszło zgłoszenie, że z Giewontu skoczył facet. O wypadku poinformowali nas świadkowie, wstrząśnięci wydarzeniem, bo historia rzeczywiście brzmiała dramatycznie. Na szczyt Giewontu, na którym stało sześć osób, wszedł mężczyzna. Zwrócił uwagę mało górskim ubiorem. Miał na sobie dżinsy, dżinsową kurtkę i zwykłe tenisówki. Kręcił się trochę po kopule szczytowej, a gdy jedna z par poprosiła go, by zrobił im zdjęcie, chętnie się zgodził. Cyknął fotkę, oddał im aparat, po czym odwrócił się na pięcie i na ich oczach skoczył w przepaść. Trudno o bardziej wstrząsające przeżycie.

Nieco zaskoczyła nas ta opowieść, z naszych doświadczeń wynika bowiem, że osoby, które chcą popełnić samobójstwo, zazwyczaj robią to w samotności. Pomyśleliśmy więc, że to może paralotniarz, zwłaszcza że świadkowie wspomnieli o jakimś dziwnym łomocie. Mieliśmy więc nadzieję, że słyszeli odgłos rozkładającej się czaszy spadochronu. Jednak opis jego stroju oraz zachowania nie bardzo pasował do glajciarza, ruszyliśmy więc na poszukiwania. Było nas trzech – młodych. Starsi ratownicy dokładnie nas poinstruowali, co mamy ze sobą zabrać i czego możemy się spodziewać podczas wspinaczki. Północna strona Giewontu nie jest bezpieczna, zwłaszcza latem i jesienią, gdy porastające ją trawy nie są jeszcze zamarznięte, zatem szybko przekonaliśmy się, przed czym nas ostrzegali. Podchodziliśmy Żlebem Szczerby, zwanym śmietnikiem, bo tam ląduje wszystko, co spadnie z Giewontu. Kierujący wyprawą Arek Gąsienica-Józkowy zdecydował, że nie będziemy się asekurować, bo nie ma gdzie założyć punktów przelotowych, szliśmy więc na tak zwanego żywca. W pewnym momencie natrafiliśmy na wysoki próg, trudny do pokonania, bo nie było się czego złapać. Pod nogami i rękami mieliśmy osuwający się szuter. Pierwszy na ten próg wszedł Arek i od razu krzyknął, że znalazł faceta. Nie żył. Teraz my z kolegą musieliśmy wdrapać się na półkę. Pamiętam, że złapałem u góry jakąś rachityczną kępkę trawy, oparłem się ramionami o te szutry i nagle cały trawnik wyleciał mi spod nóg. Nie wiem, jakim cudem wybiłem się do góry i zdołałem wskoczyć na twardy grunt, ale wiem, że gdybym tego nie zrobił, spadłbym osiemdziesiąt metrów, do Kotła pod Blachami, i niechybnie bym zginął. Nigdy nie zapomnę tego uczucia wyrwania się śmierci z rąk i jednoczesnego zajrzenia w jej otchłań, bo wybiwszy się w górę, z impetem wpadłem wprost na zwłoki poszukiwanego. Nigdy też nie zapomnę tego, co wtedy zobaczyłem, pierwszy raz bowiem widziałem tak roztrzaskanego człowieka. To oraz fakt, że sam o mało nie zginąłem, nie dawały mi spokoju przez całą powrotną drogę. Czułem, jak drętwieją mi włosy na głowie i jak marszczy mi się skóra na karku ze strachu. Ani przez moment nie opuszczała mnie myśl, że cudem ocalałem, i mimo że wciąż szliśmy po osuwających się kamieniach, byłem szczęśliwy, że to wejście na półkę jest już za mną. Pamiętam, że siedząc w schronisku na Hali Kondratowej, zerknąłem na zegarek, była dziewiętnasta trzydzieści. Pomyślałem – idzie wieczorynka, a ja wracam do życia. Ależ mi wtedy sakramencko smakowała herbata z cytryną.

– Oczywiście bywają chwile, gdy człowiek zastanawia się, czy dobrze zrobił, zostając ratownikiem, czy aby na pewno temu podoła – przyznaje Andrzej Maciata. – Dla mnie takim momentem był wypadek naszego śmigłowca, w którym zginęło dwóch pilotów i dwóch ratowników. Nie brałem udziału w akcji wyciągania ciał chłopaków z wraku maszyny, ale byłem na miejscu zdarzenia następnego dnia. Wciąż znajdowaliśmy tam rozrzucone ludzkie szczątki. To było tak traumatyczne przeżycie, że gdy przyszło kolejne wezwanie, do którego miał lecieć inny śmigłowiec, przestraszyłem się. Przeszło mi nawet przez myśl, że może zostanę ratownikiem, który nie będzie brał udziału w akcjach śmigłowcowych. Ale zaraz potem zapytałem sam siebie: to jakim ratownikiem będziesz? Na pół gwizdka? Przecież nie ma takiej opcji. Albo jesteś ratownikiem i można na ciebie liczyć w każdej sytuacji, albo nim nie jesteś i tyle. I to był moment, w którym musiałem to wszystko przemyśleć i podjąć decyzję, czy naprawdę chcę nadal to robić. No i, jak widać, chciałem. To był mój absolutnie świadomy wybór.

– Nigdy nie miałem wątpliwości, że to, co robię, jest tym, co chcę robić, ale kiedy zginął nasz kolega Janusz Śmiałek, musiałem wziąć kilka dni wolnego i wszystko sobie od nowa poukładać – przyznaje Jacek Broński. – Janusz zginął w rejonie Żabiego Szczytu Wyżniego podczas patrolu w ramach dyżuru w Morskim Oku. Spadł na stronę słowacką w rejon Żabich Stawów Białczańskich. Wyciągaliśmy go śmigłowcem, techniką długiej liny. „Nieśliśmy” go Białą Wodą. To była straszna walka z naturą. Lecieliśmy w chmurach, wróciliśmy do Zakopanego właściwie nocą. Wiedzieliśmy, że to było balansowanie na granicy życia i śmierci. Niedługo zdarzył się kolejny wypadek, na Rysach. I znowu mieliśmy całonocną bardzo trudną wyprawę, dramatyczną. I wtedy coś się stało. Strach zaczął dominować. Dlatego musiałem to sobie poukładać, sam ze sobą pogadać. Przespać się z tym. Poszedłem do naczelnika, wtedy był nim doktor Janik, i powiedziałem, że potrzebuję kilku wolnych dni, żeby odpocząć. On to doskonale zrozumiał. Dostałem czas, ale okazało się, że nie potrzebuję go wiele. Już następnego dnia włączyłem radio i słuchałem, co się dzieje w górach, a trzeciego dnia byłem z powrotem na dyżurze. Puściło. I nigdy już się nie powtórzyło.

– Najtrudniejsze są wyprawy po kolegów, bo to jest tak, jakby stracić kogoś z bliskiej rodziny. Ja byłem po Maję i Bartka. Szedłem w drugim rzucie. Wykopywaliśmy ich – wspomina Maciej Latasz. – Ta tragedia bardzo mną wstrząsnęła. Byłem młodym ratownikiem i chyba dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mamy patentu na nieśmiertelność. Ale to mnie nie zniechęciło, choć zmieniło trochę moje myślenie, utwierdzając w przekonaniu, że muszę brać pod uwagę także najgorszą z wersji, że każdemu z nas może stać się coś złego. Ten zawód niesie za sobą realne ryzyko i ktoś, kto nie zdaje sobie z tego sprawy, nie do końca jest zawodowcem.

– Wypadki mogą zdarzyć się wszędzie, nie tylko w górach – dodaje Jerzy Maciata. – Mam kolegę, który jeździł tirem i zginął w kraksie, a jeden z moich braci zmarł na zawał serca w łóżku, mając czterdzieści pięć lat. Czy można przewidzieć, co kogo spotka? Wiadomo, w naszej pracy więcej ryzykujemy, ale też nie należy tego demonizować. W końcu prędzej czy później nabiera się respektu do gór. Gdy człowiek otrze się o śmierć, tak naprawdę, fizycznie, wtedy zdaje sobie sprawę z tego, jak potężna jest natura i że nie ma z nią żadnych szans. Wtedy zmienia podejście do gór i weryfikuje własne możliwości. Przestaje myśleć: „Hurra, jestem wielki!”, tylko dociera do niego, że w każdej chwili może zginąć. I to nie jest słabość. To mądrość. Doświadczenie i rozsądek przychodzą z wiekiem.

Dziś za Chiny nie zrobiłbym tego, co robiłem jako młody człowiek, choć wtedy w ogóle nie miałem poczucia, że robię coś ryzykownego. Pewnie dlatego zdarza nam się podchodzić do różnych wypadków z pobłażliwością, bo przecież „pamięta wół, jak cielęciem był”. Ale są granice. Nieraz jesteśmy świadkami tak skrajnie nieodpowiedzialnych zachowań, że nic nie jest w stanie ich wytłumaczyć. I to moim zdaniem jest najtrudniejsze w ratownictwie, to pogodzenie się z nieodpowiedzialnością ludzi, z ich totalnym brakiem wyobraźni, który może spowodować śmierć innych osób. Beztroskie chodzenie, które kończy się strącaniem kamieni, albo zabieranie dzieci na ekstremalnie trudne szlaki.

Przykład z ostatniego roku: facet wziął sześcioletniego syna na Orlą Perć, na Buczynowe Turnie, nie mając pojęcia, dokąd się wybiera. Pogubił się podczas wędrówki, zadzwonił do nas po pomoc, ale nie potrafił podać żadnych danych, które pomogłyby nam go namierzyć. Nie wiedział nawet, że jest na Orlej Perci! Poleciał śmigłowiec, ale szukaj igły w stogu siana. Chłopaki latają, przepatrują teren, już mieli zawracać, gdy nagle wypatrzyli ich. Dosłownie w ostatniej chwili. Wciągają klientów na pokład, pilot zawija w stronę Zakopanego, a wtedy koleś mówi, żeby podrzucić go z dzieciakiem do Pięciu Stawów, bo chce… kontynuować wycieczkę! „Panie, czyś pan zgłupiał. Bierz pan dziecko do domu!”, wkurzyli się chłopcy, na co facet wszczął awanturę, chcąc postawić na swoim. Tego było za wiele. Koledzy przestali z gościem dyskutować, a po wylądowaniu zgłosili sprawę na policję.

Podobny przypadek był na Granatach. Mężczyzna wziął na wycieczkę siedmioletnią córkę. Nie mieli ze sobą nic! Ani latarki, ani jedzenia, ani picia, ani ciepłego ubrania. Tatuś zadzwonił do nas o zmroku. Myślałem, że gościa zabiję. Pytam: „Człowieku, a gdyby tobie coś się stało, to co z dzieckiem? Przecież idzie noc, kto by się nią zajął?”. „Aaa… nie zastanawiałem się nad tym”, odpowiedział beztrosko. Nic, tylko odstawić go do prokuratury!

Ludzie potrafią być przerażający w swojej głupocie. Wielokrotnie muszę się powstrzymywać, żeby jednemu czy drugiemu nie powiedzieć tego, co powinien usłyszeć. Raz, przyznam, nie wytrzymałem. Sprowadzaliśmy chłopaka, który po prostu się nachlał i szedł ze swoją sześćdziesięcioośmioletnią matką przez Zawrat. On pijaniusieńki, ona zdezorientowana, zmęczona, przemarznięta. Przyszła noc, totalnie się pogubili, więc w końcu wezwali nas. Jak spojrzałem w te błyszczące od alkoholu oczka, to aż mnie poderwało. „Ma pan dzieci?”, zapytałem wściekły. „Nie mam”, wybełkotał. „To chwała Panu! I lepiej nie miej, bo jak narobisz takich samych kretynów jak ty, to będzie nieszczęście”. Potem zrobiło mi się głupio, że to powiedziałem, więc go przeprosiłem, ale nie mogłem znieść takiej bezmyślności. Dla mnie tego typu zachowania są najbardziej przykre i nie potrafię odnieść się do nich z empatią. Bo to, co my robimy, ryzyko, jakie podejmujemy, jest naszym wyborem. Czasami niełatwym, zwłaszcza jak trzeba wyjść w nocy z ciepłego posłania i leźć Bóg wie gdzie, w śnieżycy, mrozie i zawiei, ale na to się pisaliśmy, do tego się zobowiązaliśmy. Śmierć przez ludzką głupotę jest jednak podwójnie przykra.

– W TOPR-ze unika się nachalnego pouczania bądź opieprzania turystów. Raczej mówi się: „Wiesz co, stary, tutaj zapieprzyłeś. Nie można tak!”. Nie katuje się zszokowanego człowieka – mówi doktor Robert Janik. – Jeśli ktoś zrobił coś strasznie głupiego, to jakoś się to komentuje, dając niewielką reprymendę, ale obowiązuje niepisana zasada, że nie pastwimy się nad głupkami, którzy spowodowali jakiś wypadek. To ewentualnie rola prokuratora. TOPR jest od ratowania i profilaktyki. I tyle.

Piękne, szlachetne i godne naśladowania, ale trzeba też zrozumieć potrzebę walnięcia pięścią w stół. Jak mówi klasyk: „Czasami człowiek musi, inaczej się udusi!”.

♦ ♦ ♦

W TOPR-ze można odmówić wyjścia na akcję, i to niezależnie od tego, czy jest się ratownikiem ochotnikiem, czy ratownikiem zawodowym. Każdy, kto z jakichś powodów, w tym z poczucia zagrożenia, nie chce brać udziału w wyprawie, w każdej chwili może powiedzieć „nie idę”. Może na każdym etapie wycofać się z akcji.

Ratownicy, zdając sobie sprawę z ryzyka podejmowanych przez nich działań, wychodzą z założenia, że nikogo nie należy zmuszać do przekraczania granic. Nie można żądać, by wbrew sobie został bohaterem. Ratownicy muszą być przekonani co do słuszności powziętych działań i jeśli na jakimkolwiek etapie wyprawy ktoś zaczyna mieć co do tego wątpliwości, może bez utraty twarzy odpuścić. Nikt nigdy tego nie zrobił, ale wszyscy wiedzą, że jest taka możliwość.

– Warunki w terenie mogą okazać się inne niż te, których się spodziewaliśmy, a zatem decyzje mogą ulec zmianie i zaskoczyć ludzi, którzy na przykład rzadko bywają na wyprawach – mówi Edward Lichota. – Zespoły składają się z ratowników zawodowych, którzy chodzą na wyprawy cały czas, oraz z ochotników, którzy siłą rzeczy są mniej „wychodzeni” i ekstremalne sytuacje mogą ich zaskoczyć. Wtedy mają prawo zawrócić. Nikt nie oczekuje od nich niezłomności i nikt nikogo nie ciągnie na siłę, tym bardziej że zespół, który ostatecznie rusza do akcji, musi mieć do siebie zaufanie. To samo dotyczy umiejętności. Jeśli ktoś nie czuje się pewnie w jakimś konkretnym działaniu (być może jeszcze czegoś nie umie albo nie umie na tyle dobrze, żeby to wykonać), musi się do tego przyznać. Lepiej, żebyśmy takie rzeczy wiedzieli wcześniej, niż żeby wyszło to w najmniej oczekiwanym momencie. Trudne wyprawy są stresujące i dlatego może się zdarzyć, że ktoś początkujący, nawet as szkoleń, niekoniecznie umie wprowadzić konkretne działania w życie. Tego przełożenia na prawdziwą akcję też trzeba się nauczyć, bo szkolenia a wyprawa to dwa różne światy. W akcji ścigamy się z czasem, walczymy z pogodą, zmęczeniem i różnymi nieprzewidywalnymi okolicznościami. To nijak się ma do spokojnego rytmu ćwiczeń, dlatego od kandydatów czy młodych ratowników nie oczekujemy, że natychmiast doskoczą do poziomu ratownika zawodowego. Do tego potrzeba doświadczenia, którego nabiera się z czasem i wiekiem.

Przyznanie się do własnych słabości wcale nie jest łatwe. Przecież w TOPR-ze każdy to generał. Do mądrego, odpowiedzialnego „odpuszczania” też należy dojrzeć.

– Ileż to razy miałem dupę ściśniętą ze strachu, gdy wspinając się z lepszymi od siebie, próbowałem im dorównać – śmieje się Paweł Zadarnowski. – Nie chcąc pokazać, że jestem gorszy, często nie stosowałem asekuracji, choć zdrowy rozsądek nakazywał. Ale skoro wszyscy potrafią, potrafię i ja. Kiedyś w TOPR-ze zdarzało się trochę więcej brawury, więc ten strach związany z przekraczaniem granic był spory. Nikt jednak nie przyznawał się do niego i działał w bardzo dużym stresie, nieraz ocierając się o śmierć.

Ratownictwo z założenia obarczone jest dużym ryzykiem i ktoś, kto chce wykonywać ten zawód, musi to zaakceptować. Nie jest to jednak równoznaczne z ryzykanctwem. Podejście do niebezpiecznych działań znacznie w TOPR-ze ewoluowało. Ostatnio modne stało się wyrażenie „zarządzanie ryzykiem” i choć brzmi to trochę karkołomnie, to naprawdę oddaje kwintesencję tej pracy.

– Zarządzanie ryzykiem, czyli tak zwana metoda redukcji Muntera, stosowana jest głównie do określenia zagrożenia lawinowego, ale moim zdaniem jest to metoda uniwersalna – mówi Andrzej Maciata. – Najprościej rzecz ujmując, to analiza wielu czynników, które pozwalają na dość precyzyjne przewidzenie zagrożenia. Munter na podstawie analizy statystycznej wypadków lawinowych stworzył rodzaj checklisty, którą należy wziąć pod uwagę, planując wyprawę. Ratownicy, korzystając z tego schematu, określają poziom ryzyka, którego nie powinni przekraczać. Jeśli zatem planowana wyprawa nie mieści się w wyznaczonych przez nas granicach, kierownik dyżuru lub wyprawy musi o tym powiadomić wychodzących do akcji. Nie można wymagać od ludzi bezwzględnego podporządkowania się. Owszem, w przysiędze stoi: „Na każde wezwanie naczelnika…” itd., i de facto tak jest, ale naczelnik lub kierownik wyprawy muszą brać również pod uwagę bezpieczeństwo tych, których wysyłają w teren. Poza tym zwykła uczciwość nakazuje, by ci, którzy mają ponosić ryzyko, wiedzieli, na co się porywają. Wysyłanie ludzi na akcję, zwłaszcza w trudnych warunkach, to zawsze ogromny stres.

Działanie w stresie to ratownicza codzienność, przy czym stres potrafi być tak potężny, że coraz częściej toprowcy mówią o zespole stresu pourazowego.

– Mamy dość częsty kontakt ze śmiercią, ze zwłokami, wielokrotnie w bardzo złym stanie. Czasami to są szczątki ludzkie, niekoniecznie w jednym kawałku – przyznaje Jerzy Maciata. – Zdarzają się roztrzaskane, rozczłonkowane ciała, rozłożone. A jeśli znajdujemy ofiarę po kilku miesiącach, to częściowo nadjedzone przez zwierzęta. Był przypadek zaginionego turysty w okolicy Myślenickich Turni, który odnalazł się dopiero wiosną, i to po tym, jak ludzie wypatrzyli w tej okolicy lisa, biegnącego z ludzką dłonią w pysku. No więc takie rzeczy niestety też się zdarzają.

– Pamiętam taki rok, że Piotrek Malinowski, który prowadził statystyki, powiedział mi wprost: „Nie będziesz chodził na wyprawy, bo na trzydzieści pięć akcji w roku masz dziewiętnaście trupów” – wspomina Andrzej Blacha. – W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwa razy były tak zwane szklane góry. Ludzie zabijali się dosłownie jeden po drugim. Akurat miałem dyżur na śmigłowcu, od piętnastego grudnia do Bożego Narodzenia. Zabiło się dwadzieścia osób! I to na pozornie bardzo prostych szlakach. Wystarczyło poślizgnięcie, upadek i koniec. Cała kostnica była zajęta, a najgorsze, że rodziny tych ofiar najpierw przychodziły do nas pytać, kto tam leży. Straszne uczucie. Podobnie jak znoszenie zwłok, bo przecież idzie się po to, żeby kogoś uratować. A już najgorsze, jak ktoś umiera w czasie działań ratowniczych. Jeśli idziesz do akcji, w której ktoś spadł z dwustu metrów, to wiadomo, co zastaniesz, i wtedy masz inne nastawienie, ale jak zasuwasz, żeby kogoś uratować, dochodzisz do niego, robisz wszystko, żeby mu pomóc, a on ci odjeżdża w trakcie działań, to zostaje w pamięci na zawsze. Podobnie jak wypadki kolegów i dzieci. Te rany nie zabliźniają się nigdy.

Kilkanaście lat temu Polską wstrząsnął dramatyczny wypadek kilkulatka, który będąc pod opieką babci, spadł z kopuły Kasprowego Wierchu. Nic nie zapowiadało tak strasznej tragedii, zwłaszcza że babcia, jak tysiące innych turystów, bezpiecznie wjechała z wnuczkiem kolejką na Kasprowy Wierch i podobnie jak reszta spacerowała z nim utartą trasą, wydeptaną ścieżką, dokładnie tam, gdzie podążali inni. Tyle że tego dnia, jak kilka dni wcześniej i kilka dni później, warunki były straszne. Szlaki pokryła cienka warstwa lodu, zamieniając Tatry we wspomniane „szklane góry”. Babcia, schodząc z obserwatorium IMGW na Kasprowym Wierchu, nieświadoma zagrożeń w tak wysokim terenie, nawet jeśli zwracała uwagę na mniej lub bardziej kontrolowane poślizgi dziecka, nie bardzo przejęła się zabawą malucha, który huśtał się na zawieszonej linie oddzielającej szlak od piekielnie stromego Żlebu pod Palcem. W ułamku sekundy dzieciak wpadł do lodowej rynny żlebu i błyskawicznie nabierał prędkości. To było straszne. W centrali TOPR-u rozdzwoniły się telefony od ludzi, którzy jadąc do góry kolejką, widzieli zsuwający się punkcik, za którym ciągnęła się krwawa smuga. Dziecko nie przeżyło, nie miało żadnych szans. Ratownicy, którzy po nie zjechali, z trudem tłumili emocje.

Niestety, kilka lat później doszło do identycznego wypadku, w tym samym miejscu. Wtedy jeden z ratowników dyżurujących na Kasprowym Wierchu, ryzykując własne życie, zaczął zbiegać do dziecka w rakach. Natychmiast podjął resuscytację, błyskawicznie przyleciał śmigłowiec, ale podobnie jak poprzednio nic nie dało się zrobić.

– Wszyscy mamy twardą skorupę, ale nawet najtwardsze pękają pod ciężarem takich przeżyć – mówi Jerzy Maciata, dodając, że w TOPR-ze coraz częściej mówi się o konieczności psychologicznego wsparcia. Jednak na razie każdy ratownik radzi sobie ze stresem, jak umie.

– Tata nie raz opowiadał, jak to po wyprawie „wzieni se flaseckę i poszli nad Sekwanę”, czyli nad Foluszowy Potok, który płynie za Dworcem Tatrzańskim, żeby przegadać sprawę – śmieje się Maria Matejowa-Torbiarz, przywołując słowa swojego ojca, znanego ratownika Stanisława Gąsienicy z Lasa.

Bywa tak i dziś, choć okoliczności trochę się zmieniły. „Sekwana” wprawdzie wciąż za dworcem płynie, ale alkohol błogo rozlewa się w żyłach w cieplejszych zakątkach Zakopanego.

– Zazwyczaj po akcjach siadamy gdzieś w karczmie przy piwie i omawiamy to, co wydarzyło się w górach. Chodzi o rozładowanie napięcia – przyznaje Andrzej Maciata. – Kiedy człowiek zmęczony, zmarznięty wraca po kilkunastogodzinnej ciężkiej wyprawie, zwłaszcza zimą, to taka flaszeczka czy kufelek piwa pozwalają złapać równowagę. Alkohol rozgrzewa, puszczają emocje, padają różne głupie teksty i jest albo dużo śmiechu, żartów, pokpiwania z tego czy innego kolegi, albo wręcz przeciwnie, robi się porządna awantura. Kłócimy się, mamy do siebie pretensje i nie przebierając w słowach, wygarniamy sobie prosto w oczy. Zdarza się także, że ktoś zwyczajnie dostanie w pysk. Te rozmowy więc nie zawsze należą do miłych i łatwych, ale muszą się odbyć, to jest rodzaj terapii grupowej.

Do niedawna (jeśli dziesięć lat wstecz można tak określić) w centrali TOPR-u mieściła się legendarna Karczma u Ratowników, która stanowiła swoisty gabinet terapeutyczny, zresztą nie tylko dla toprowców. Wiem, bo sama „leczyłam się” tam często, ochoczo wracając na terapię. Z pełną odpowiedzialnością mogę więc stwierdzić, że drugiego takiego miejsca w Zakopanem nie było i pewnie już nie będzie, w każdym razie echa tamtych balang pozostaną niezapomnianą częścią nie tylko mojej młodości.

Stare, skrzypiące drewniane drzwi otwierały drogę do innego świata, czasami przydymionego i melancholijnie cichego, częściej jednak pełnego wybuchów radości. Ściany zdobiły stare liny, narty, haki i uprzęże, a zdjęcia sławnych ratowników nie pozostawiały wątpliwości, w jak zacnym towarzystwie przyszło nam się bawić. Przy wielkich drewnianych stołach siedzieli ci, którzy znali bohaterów tamtych dni, i ci, którzy teraz tworzyli część tej legendy, rozbudzając wyobraźnię ceprów, zachwycając rzeszę turystek, porozumiewawczo przy tym mrugając do swoich. Czegoż ta karczma nie widziała i czegoż nie słyszała! Wkraczając w jej progi, nigdy nie było się pewnym, kiedy i w jakim stanie zdoła się ją opuścić, rzadko bowiem kończyło się na jednym piwku. Cóż było robić, gdy na barze niespodziewanie pojawiało się drugie i trzecie, a w drzwiach, równie niespodziewanie, stawali muzykanci, zachodząc na chwilę, w drodze skądś lub dokądś, a ostatecznie przepadając w karczmie do świtu. Natychmiast robiła się impreza z tańcami na stołach, integrująca wszystkich. Ależ to były czasy! Ależ to były biby! Dziś z rozrzewnieniem je wspominamy, rozumiejąc jednocześnie racjonalne powody zamknięcia tej niezwykle klimatycznej karczmy.

– Brakuje nam po prostu miejsca. Mamy coraz więcej sprzętu, ratownicy muszą mieć szafki, potrzebowaliśmy też zaplecza socjalnego. Teraz zamiast karczmy jest kuchnia i miejsce do wypoczynku. Niewielki budynek stał się za mały na nasze potrzeby, przydaje się więc każdy dodatkowy metr kwadratowy – tłumaczy Witold Cikowski, zwracając uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt: – Karczma w sercu centrum dowodzenia nie była może najlepszym pomysłem, zwłaszcza że nie do końca była odizolowana od części ratowniczej. W związku z tym zdarzało się, że nagle nocą kręcili się tu pijani ludzie, co dla tych na posterunku nie było komfortową sytuacją. Trzeba jednak przyznać, że miejsce faktycznie było niezwykłe, ale cóż, „selawi”, życie idzie naprzód.

Rozmowy przy wódeczce o wyprawach to jedno, a merytoryczne omówienie ich na trzeźwo to zupełnie co innego. Takie analizy odbywają się zawsze po akcjach ważnych, trudnych bądź dyskusyjnych i nie mają nic wspólnego z odstresowywaniem się. Uczestnicy wyprawy siadają z kierownikiem akcji i szczegółowo, krok po kroku omawiają działania. Dzięki temu ratownicy wiedzą, co poprawić i na które elementy zwrócić uwagę podczas szkoleń. Tak zresztą było od początku istnienia TOPR-u.

– Za moich czasów po każdej wyprawie mieliśmy odprawę, na której szczerze rozmawiało się o tym, co wydarzyło się na górze – wspomina Kazimierz Gąsienica-Byrcyn. – O tym, co by tu zrobić i jak by to zrobić, żeby było jeszcze lepiej, sprawniej. Czasami trzeba było komuś powiedzieć wprost: „zapierdoliłeś”, a ten, który zapierdolił, przyjmował to na klatę. Nie było innego wyjścia. W tym gronie zawsze mówi się prawdę w oczy. Nikogo nie wolno okłamywać ani mówić czegoś za jego plecami, bo zaufanie jest podstawą w tej robocie. Jesteśmy zespołem, a zespół bez wzajemnego zaufania nic nie jest wart.

– Poważne wypadki przegadywane są tygodniami, a nawet miesiącami – mówi Krzysztof Długopolski. – Gadamy o tym w pojedynkę, w grupach, w różnych konfiguracjach, sprawa nie zostaje gdzieś tam odłożona. Szczerze rozmawiamy o tragediach i chcemy, żeby każdy mógł się wygadać, powiedzieć, co na ten temat uważa. Być może w ten sposób przeżywamy żałobę i odejście naszych kolegów.

Ten proces odreagowywania i układania sobie w głowie różnych rzeczy u każdego wygląda inaczej, nie da się jednak pominąć w nim roli najbliższych. Wsparcie rodziny jest niezwykle ważne, o ile tę rodzinę się ma. Niestety, wiele małżeństw rozpada się właśnie z powodu nieumiejętności radzenia sobie ze stresem, zwłaszcza że strach i napięcie dopadają nie tylko ratowników. Tego typu praca jest bardzo dużym obciążeniem także dla osób bliskich.

– Moja żona na przykład nigdy nie pyta, co dzieje się podczas akcji, i ja też jej nic nie opowiadam – przyznaje Maciej Latasz. – Myślę, że działa u niej mechanizm wyparcia: skoro nie wiem o czymś niebezpiecznym, to znaczy, że tego niebezpieczeństwa nie było.

– Moja żona z kolei za każdym razem, gdy wychodzę do pracy, a więc codziennie, mówi: „Uważaj na siebie” – przyznaje Jerzy Maciata. – Doskonale wie, jakie zagrożenia na nas czyhają, i na pewno bardzo się martwi, ale nigdy nie namawiała mnie, żebym porzucił tę pracę.

– A u mnie, owszem, były awantury, zwłaszcza po śmierci chłopaków – przyznaje Sebastian Szadkowski. – Dla mojej żony przełożenie było proste: skoro zginęli moi koledzy, mogłem zginąć i ja. I trudno odmówić logiki takiemu myśleniu. Przeprowadziłem z nią poważną rozmowę, tłumacząc, że nie można w ten sposób do tego podchodzić. Skutek był kiepski, dlatego mamy umowę, że po prostu nie rozmawiamy o mojej pracy.

Nie będzie chyba dużym nadużyciem, jeśli pozwolę sobie na uwagę, że żony ratowników bywają większymi bohaterkami niż oni sami. Z dala od blasku fleszy, od pochwał i gloryfikacji, siedzą w domu, w trwodze czekając na powrót ukochanych, czasami przeżywając piekło niepewności.

– Pamiętam katastrofę naszego śmigłowca w 1994 roku. Tego dnia poszliśmy z Włodkiem Cywińskim wytyczać zmianę szlaku na Rysy – wspomina Adam Marasek. – Wiele godzin byliśmy poza zasięgiem, o katastrofie dowiedzieliśmy się więc dopiero po zejściu do schroniska w Morskim Oku. Ale całe Zakopane już wiedziało o wypadku, w tym moja żona, która nie mogła się do mnie dodzwonić. Nie miała pojęcia, gdzie jestem, jakie miałem plany i czy przypadkiem nie było mnie w śmigłowcu. Te kilka godzin, zanim się odezwałem, było dla niej gehenną. Ale nie suszyła mi za to głowy, bo nasze żony wiedzą, na czym polega ta praca. Co nie znaczy, że jest im z tym łatwo.

♦ ♦ ♦

Ratownicy niewątpliwie muszą mieć obok siebie odpowiednie kobiety, czyli takie, które rozumieją ich pasje. Nawet jeżeli same nie uprawiają wspinaczki i nie chodzą intensywnie po górach, to dają przyzwolenie na wykonywanie tak ryzykownej pracy w imię wartości, które dla ich mężów są najważniejsze. Bez takiego wsparcia i rozumienia sprawy nie da się wykonywać tak ciężkiej i obciążającej pracy, mówią toprowcy, dodając jednocześnie, że życie z ratownikiem nie jest sielanką.

Nie jest to typ zalegający na kanapie, realizujący schemat: praca od 8.00 do 16.00, potem obiad, kapcie i telewizorek. Mając u boku ratownika, niczego nie można przewidzieć i niczego nie można być pewną. Gdzie on jest? Co robi? O której wróci? Czy jeszcze jest na akcji, czy może już po? Jeżeli na akcji, to czy jest bezpieczny? Jeśli po – to gdzie i z kim baluje? W jakim stanie wróci do domu i czy w ogóle wróci? Przecież te legendy o powodzeniu wśród kobiet nie do końca są wyssane z palca i żony, partnerki czy kochanki ratowników muszą się z tym mierzyć.

– Koło TOPR-u zawsze kręciło się sporo dziewczyn, więc coś w tym jest – przyznaje Andrzej Blacha, przywołując powszechnie znane przechwałki jednego z ratowników starszego pokolenia, który twierdził (tu cytat): „Do pęćset jyk je liczył”.

Nie ma żadnych dowodów na prawdziwość tego stwierdzenia, nie ma też żadnej skali odniesienia, ratownicy bowiem o relacjach damsko-męskich nie mówią NIC! Można ich łamać kołem, poić alkoholem, zachodzić z prawa i lewa, prosić, błagać i zaklinać, a i tak pary z ust nie puszczą, choć chętnie puszczą oko. Niewykluczone więc, że wizerunkowa „wpadka” seniora, łamiącego świętą zasadę dyskrecji, jest im trochę na rękę, zdaje się bowiem potwierdzać śmiałą hipotezę o szalonym powodzeniu ratowników i ich równie szalonym libido.

– Pamiętam czasy, kiedy podrywaliśmy dziewczyny na… opaleniznę – śmieje się Apoloniusz Rajwa, który jako emerytowany ratownik czuje się zwolniony z tajemnic zakonu. – Wiadomo, opalony mężczyzna wygląda zdrowo i pięknie, dlatego podczas dyżurów na Kasprowym Wierchu wygrzewaliśmy się w marcowym słońcu, łapiąc cudowny brązowy kolorek, który zniewalał niewiasty. Ależ ci moi koledzy wyglądali! Wodzili na pokuszenie, aż miło było patrzeć!

Ich pojawienie się w Kuźnicach wywoływało spore zamieszanie, narciarki, nie zważając na ewentualne konsekwencje, gremialnie wzdychały i równie gremialnie ciągnęły adonisów na wódeczkę, po której, wiadomo, działo się to i owo, choć ani to, ani owo nie jest do przytoczenia. Dość powiedzieć, że niektóre koneserki ratowniczej opalenizny co weekend gnały z Warszawy pod Tatry, by z bliska podziwiać obiekty westchnień. Marzec był więc w ratowniczym kalendarzu miesiącem absolutnego, niezmąconego i bezkonkurencyjnego podrywu, nikt bowiem w bladej i zmęczonej zimą Polsce nie mógł równać się z wysmaganym słońcem, jędrnym obliczem bogów zstępujących z tatrzańskiego Olimpu.

– To prawda, tak było – przyznaje Maciej Pawlikowski, który w tych cudownych czasach podrywu był kandydatem na ratownika. – Znam te opowieści o tłumie turystek, które wiosną zjeżdżały do Zakopanego, by z iskrami pożądania w oczach przyglądać się starszym kolegom, ale cały ten erotyczny boom przypadł głównie na koniec lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wtedy w TOPR-ze było kilku powszechnie znanych lowelasów, którzy owszem, zbierali spore żniwo, spuśćmy jednak na to zasłonę milczenia, wszak są to sprawy alkowy.

Bujdą na resorach są za to wszelkie opowieści o rzekomych wyuzdanych figlach i ekscesach wyprawianych w schroniskach. Opowieści o biednych zagubionych turystkach szukających pocieszenia w ramionach wysportowanych ratowników są zdecydowanie na wyrost. Oczywiście wszystko zależy od otwartości ratownika oraz jego ramion. Nikt nie zaprzecza, że gdzieś tam ktoś kogoś czasami w nich przymknął, nie przesadzałbym jednak z tworzeniem erotyczno-skandalicznych legend. Ratownicy są bardzo rozsądnymi ludźmi, potrafią trzymać na wodzy swoje emocje, poza tym wiedzą, że afektowane turystki to potencjalnie wielkie kłopoty.

– Byłam bardzo zazdrosna o swojego męża – przyznaje Maria Matejowa. – Staszek był bardzo przystojny i podobał się kobietom. Widziałam, jak na niego reagują, i choć nie robiłam awantur, bardzo go pilnowałam. Te opowieści o turystkach z maślanymi oczami denerwowały nas, żony ratowników, i budziły niepokój, dlatego byłyśmy bardzo czujne. Mój mąż i jego koledzy lekceważyli nasze obawy i zawsze obracali je w żart. Z drugiej strony doskonale wiedziałyśmy, że żaden z nich nigdy do niczego by się nie przyznał, choćby go ze skóry obdzierali, a nawet gdyby przyłapano go in flagranti. Ta ich ratownicza solidarność była ogromna, jeden za drugiego dałby się pokroić i jeden drugiemu dałby niepodważalne alibi. Jednocześnie byli na tyle nieostrożni, że robili sobie niezbyt wybredne psikusy. Kiedyś po jakiejś strasznie trudnej dwudniowej wyprawie jeden z chłopaków wrócił do domu tak wymęczony, że nie wypakowując się, a nawet specjalnie się nie rozbierając, od razu prasnął się spać. Tymczasem wcześniej koledzy zrobili mu żart. W schronisku, gdzie zeszli coś zjeść, niepostrzeżenie włożyli mu do plecaka biustonosz, który znaleźli w jednym z pokoi. Boże, jaka była straszna afera. Jego żona szalała i nie dała sobie wytłumaczyć, że to tylko dowcip, do tego grubymi nićmi szyty. Dla niej to było potwierdzenie krążących legend, a my doskonale ją rozumiałyśmy, bo jej obawy były także naszymi obawami. Wiedziałyśmy, że napalone kobiety potrafią dopiąć swego. Bo kiedy baba się naprasza, to który chłop nie skorzysta? Sami być może nie bardzo by się starali, ale jak dają, trzeba brać! „Bo przecie jo nie kaleka”, a okazje, powiedzmy sobie szczerze, są.

Owszem, coś w tym jest i choćby panowie nie wiem jak zaprzeczali, magia „czerwonego polarka” jak trwała, tak trwa! Moje koleżanki nawet zaocznie wzdychały do ratowników, zazdroszcząc mi bliskich z nimi kontaktów, a obietnica imprezki w towarzystwie herosów zapewniała mi dozgonną wdzięczność zaprzyjaźnionej płci pięknej. Do dziś, gdy wspomnę o wódeczce z tym czy z tamtym, robią maślane oczy, dając niezbity dowód na starą prawdę, że kobiety jak świat długi i szeroki marzą o bohaterach i tęsknią za nimi.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Wstęp

Mężczyźni na miarę czasów

TOPR kiedyś i dziś

Ratownictwo ścianowe

Ratownictwo lawinowe

Śmigłowiec

Ratownictwo jaskiniowe

Ratownictwo nurkowe

Ratownictwo medyczne

Kobiety w TOPR-ze

To przykre, straszne i zawstydzające

Zakończenie

Podziękowania

Ratownicy TOPR – bohaterowie książki

Ilustracje

1 Michał Jagiełło, Wołanie w górach. Wypadki i akcje ratunkowe w Tatrach, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012, s. 8.

2 Michał Jagiełło (1941–2016), polonista, publicysta, poeta, alpinista, ratownik TOPR-u, przewodnik tatrzański. Brał udział w ponad 250 wyprawach ratunkowych. W latach 1972–1974 był naczelnikiem Grupy Tatrzańskiej GOPR-u.

3 Tamże, s. 7.

4 Werner Munter, szwajcarski przewodnik górski, ekspert ds. bezpieczeństwa we wspinaczce alpejskiej, badacz lawin i autor książek o nich.

5 Mariusz Zaruski (1867–1941), taternik, żeglarz, prekursor narciarstwa wysokogórskiego, założyciel Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Postać wszechstronna – generał brygady Wojska Polskiego, podróżnik, artysta, malarz i poeta. Symboliczny grób Mariusza Zaruskiego znajduje się na Pęksowym Brzyzku.

6 Za: Michał Jagiełło, Wołanie w górach. Wypadki i akcje ratunkowe w Tatrach, dz. cyt., s. 99.

7 Tadeusz Aleksander Pawłowski, Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, „Wierchy”, rocznik jubileuszowy 1873–1948, s. 147; https://jbc.bj.uj.edu.pl/Content/55757/PDF/NDIGCZAS003476_1948.pdf.

8 Tamże, s. 147.

9 Mieczysław Karłowicz (1876–1909), kompozytor i dyrygent, taternik, fotografik i publicysta. Zginął w Tatrach pod lawiną śnieżną podczas samotnej wycieczki górskiej na nartach, w drodze z Hali Gąsienicowej do Czarnego Stawu, u stóp Małego Kościelca.

10 Kazimierz Dłuski (1855–1930), lekarz, społecznik, działacz polityczny związany z polskim ruchem socjalistycznym, pierwszy prezes TOPR-u; szwagier Marii Skłodowskiej-Curie.

11 Jerzy Hajdukiewicz (1918–1989), lekarz, działacz turystyczny, alpinista i himalaista, autor książki Góry mojej młodości. W 1969 roku został wybrany na prezesa Grupy Tatrzańskiej GOPR, a w latach 1974–1976 pełnił funkcję prezesa Rady Naczelnej GOPR. W latach 1973–1978 był lekarzem naczelnym GOPR-u. Uczestniczył w wielu akcjach ratowniczych w kraju i za granicą (Alpy, Himalaje). Szkolił taterników i ratowników górskich, działał także w międzynarodowych organizacjach ratownictwa górskiego.

12 Klemens Bachleda (1849 lub 1851–1910), góral, zakopiańczyk, przewodnik tatrzański, ratownik, członek Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

13 Za: Michał Jagiełło, Wołanie w górach. Wypadki i akcje ratunkowe w Tatrach, dz. cyt., s. 120.

14 Siostry Marzena i Lidia Skotnicówny – polskie taterniczki, które 6 października 1929 roku zginęły w Tatrach podczas wspinaczki południową ścianą Zamarłej Turni. Marzena miała osiemnaście lat, Lidia szesnaście.

15 Stanisław Gąsienica-Byrcyn (1887–1967), pionier narciarstwa i ratownictwa, jeden ze słynnej pierwszej jedenastki ratowników, przewodnik tatrzański.

Spis treści

Wstęp

Mężczyźni na miarę czasów

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

TOPR. Żeby inni mogli przeżyć Jak wysoko sięga miłość? Życie po Broad Peak. Rozmowa z Ewą Berbeką. Opowieść żony himalaisty Radioaktywna Sabała Zakopane, nie ma przebacz! 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze