Cynobrowe pola

Cynobrowe pola

Autorzy: Aleksandra Radlak

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 18.50 zł

Samotna matka z bliznami na ciele i duszy, głodna zemsty.

Jednooki drwal udręczony osobliwą pamiątką po dziadku.

Kochanka króla wprawiona w sporządzaniu trucizn.

Niebieskoskóra gwiazda estrady o syrenim ogonie i wstrętnych zwyczajach.

W smogu między czarnymi wieżowcami i w lasach wśród strzelistych szczytów – plątanina mostów  utrudnia każdej z postaci drogę do domu. Odnaleźć swoje miejsce pomagają szepty Wszechrzeczy, które prowadzą bohaterów ku nieuchronnemu końcowi znanego im świata.

Cynobrowe pola to wielowątkowa powieść z pogranicza fantastyki i science fiction. Alchemiczne sekrety, dworskie intrygi, dzika natura i miejski brud – wszystko to składa się na przygodę, która porywa i wciąga bez reszty.

 

 

W Cynobrowych polach konwencje mieszają się jak wieloskładnikowy materiał wybuchowy, a akcyjna fantastyka militarna zmienia się niepostrzeżenie w liryczną alegorię, polityczny thriller o intrygach na szczytach władzy i klasyczną powieść drogi.
– Co to cynobrowe pola? – pyta w pewnym momencie jedna z bohaterek.
– Coś położonego daleko stąd, za Wyspami Żółtych Stepów, w górach, o jakich ci się nie śniło.
Debiut Aleksandry Radlak pozwala dośnić te sny na jawie.

Michał Cetnarowski

Duchowa alchemia.

Ołów złotem się stanie, przyjdzie to zdarzenie,

Gdy z Bogiem i przez Boga w Boga się przemienię.

Angelus Silesius

Aleksandra Radlak

Autorka i tłumaczka z angielskiego, rosyjskiego i norweskiego. Miłośniczka słowiańszczyzny, polskiej wsi i dzikiej przyrody. Inspiracje czerpie z piękna różnorodności kultur i języków, które poznała podczas podróży (fizycznych i literackich) oraz z miłości do własnej kultury i własnego języka.

Jako główne inspiracje literackie wymienia wszelkiego rodzaju podania ludowe, bajki i baśnie, a także twórczość Philipa K. Dicka, Kurta Vonneguta i klasyków: od Emily Brontë, przez Dostojewskiego, Słowackiego, Mickiewicza i Staffa, aż po Nietzschego, Guénona czy Eliadego.

Michał Cetnarowski prezentuje: Fantastycznie nieobliczalni

„Głęboko pod skórą czułem, że jesteśmy kimś innym,

tylko zapomnieliśmy kim.

I teraz musimy robić te wszystkie rzeczy, bo zapomnieliśmy.

Musimy robić je za karę”.

*

Jaką ścieżką może podążyć debiutant? Jasne, zakładam, że niezależnie od wyboru, na końcu każdej z nich w marzeniach czekają splendory, uznanie, forsa i sława. Ale dzisiejsza fantastyka daje w uproszczeniu dwie możliwości: ścieżkę rzemieślnika i ścieżkę artysty, i wbrew pozorom nie jest to wybór wartościujący, to znaczy tu i tu można pisać teksty wybitne i warte czytania. Tyle tylko, że w oparciu o inne intuicje i zasady.

Naturalną entelechią każdego „rzemieślnika”, nie tylko literackiego, jest dążenie do Dzieła Idealnego: takiego, które w doskonały sposób wypełnia formułę, receptę, przepis, porządkujące dziedzinę obraną przez takiego majstra. Z kolei domeną „artystów” jest ekspresja: emocje, ulotny Zeitgeist chwili, umykające definicjom przeżycie, które sztuka dopiero próbuje utrwalić i nazwać. Dla pisarzy tworzących pod tą gwiazdą często najważniejsza okazuje się plastyczność języka, przesuwanie granic tego, co wyrażalne, poszukiwanie nowych sposobów na odwzorowanie wciąż zmieniającego się świata. Na takim podglebiu wzrastają wszelkie artystyczne przełomy – te wszystkie kubizmy, postmodernizmy i rock and rolle – tylko po to zresztą, żeby wkrótce okrzepnąć i samemu dorobić się „rzemieślników”, którzy w bliski ideałowi sposób postarają się wypełnić wykute niedawno manifesty i prawa. Podobne epoki następują po sobie dość regularnie, co nie znaczy, że w trakcie jednej dominacji nie ma miejsca na twórców kierujących się innymi założeniami. Ruch w kulturze jest wszystkim, a jedynym celem, który nigdy się nie zmienia, jest sama zmiana.

Fantastyce – która jak każda działalność popkulturowa ma wiele wspólnego ze sztuką użytkową – oczywiście bliżej jest do podejścia „rzemieślniczego”, podobnie jak całej literaturze gatunkowej, opartej na określonych schematach, najczęstszych rozwiązaniach fabularnych i sposobach obrazowania. Ale to nie znaczy, że i tu nie pojawiają się buntownicy, którzy starając się łączyć oba podejścia, zarazem przecierają nowe szlaki. A przy tym robią to, co fantastyka robi dziś najlepiej: bawią, intrygują, wciągają w skomplikowane fabuły i interesujące światy.

Na własnych zasadach.

*

Choć Cynobrowe pola, debiut powieściowy Aleksandry Radlak, najłatwiej przyporządkować do fantastyki spod eklektycznego znaku „science fantasy”, nie znaczy to, że ta etykieta wyczerpuje temat – niemniej jako przybliżenie może być przydatna. Nawet jeśli ten odległy wnuk fantastyki spod znaku new weird charakteryzuje się właśnie tym, że nie trzyma się żadnych etykiet. W powieści Radlak magia fantasy przeplata się z hi-techowym futuryzmem spod znaku SF, konwencje mieszają się jak wieloskładnikowy materiał wybuchowy, a akcyjna fantastyka militarna zmienia się niepostrzeżenie w liryczną alegorię, polityczny thriller o intrygach na szczytach władzy i klasyczną powieść drogi, nawet jeśli pierwszy krok na tej ścieżce wymuszono na bohaterach szantażem.

Kiedyś taki karnawałowy miks nazywano „dark fantasy”, dopóki nie zorientowano się, że podobnym ponurym światom najczęściej najbliżej do historii postapokaliptycznych, w których cywilizacje już upadły lub za moment upadną, a ocalone jednostki będą zmuszone do walki o przetrwanie w brutalnych, pełnych pogardy czasach. Artefakty dawnych społeczeństw przypominają już tylko minioną chwałę, zamierzchłe pojęcia pozmieniały desygnaty, i jedynie wojna, wojna nie zmieniła się przez wszystkie te lata.

*

Gdyby ktoś szukał najbliższych popkulturowych krewnych Cynobrowych pól, powinien zerknąć w stronę Umierającej Ziemi Jacka Vance’a, Księgi Nowego Słońca Gene’a Wolfe’a, RPG Shadowrun czy Córki żelaznego smoka Michaela Swanwicka. Z tym zastrzeżeniem, że u Radlak oczywiście wszystko wygląda inaczej. Tak mogłaby wyglądać sytuacja na jednej z zaginionych planet na rubieżach Galaktyki w Gwiezdnych wojnach – gdyby dodać tam jeszcze kropelkę magii, która zresztą na końcu też okazuje się czymś innym niż w klasycznej fantasy. Albo rzeczywistość z Trudno być bogiem Strugackich, tylko dużo bardziej bezwzględna i pisana na adrenalinowym haju.

Fabularnym punktem wyjścia jest historia Elátrii, albenki porwanej jako dziecko i dorastającej wśród ludzi. Po ponad półwieczu upokorzeń i gwałtów w domach publicznych w końcu udaje się jej uciec, po to tylko, żeby po powrocie do swoich napotkać wszechobecną rezygnację i marazm. Pokonani przez ludzi albeni hibernują pogrążeni we śnie o zemście za cierpienia, lata strachu i rany, których nie leczy mijający czas.

W ślad za uciekinierką rusza Grimgard, człowiek o tajemniczej przeszłości, który postanowił usunąć się na obrzeża wielkiego świata. Ale wielka polityka nie puszcza tak łatwo, kiedy już wciągnie cię między swoje żarna. W zamian za pomoc mężczyzna uzyska zwolnienie z więzienia kogoś, na kim mu zależy. Jak daleko można się posunąć, kiedy każdy wybór oznacza czyjeś cierpienie? Powiadają, że w krainach dark fantasy nikt nie jest niewinny, ale jednak ta wiedza nie pomaga, kiedy musisz spojrzeć w oczy tym, których jedyną zbrodnią była chęć życia z podniesioną głową.

Gdy dodasz do tego rezerwaty przypominające obozy dla uchodźców, zakazane eksperymenty na więźniach, rozprowadzany przez firmę farmaceutyczną narkotyk, który uzależnia całe populacje, niewyjaśnione zbrodnie wojenne albo kurczące się zasoby surowców naturalnych, już wiesz, że nie będzie to kolejna historia o królewiczu i księżniczce, wybrańcu, który ma uratować królestwo, i szpiczastouchej elfce, która będzie grzecznie oczekiwać na swojego wybrańca. To znaczy, owszem, to właśnie taka opowieść. Tylko podlana gęstym sosem cynizmu, bardzo dosłownej przemocy, zdrady i moralnie wątpliwych wyborów, które średnio sprawdzają się w bajkach, ale czasem, w tak zwanym „realnym życiu”, miewają moc ratowania świata.

*

Zaczynająca swoją wspinaczkę na literacki parnas autorka dorastała wśród poindustrialnych pejzaży Górnego śląska, studiowała w Edynburgu, a ostatecznie na miejsce zamieszkania wybrała polską wieś. Trudno nie zauważyć, że czerpała inspiracje z wszystkich tych doświadczeń; ekologiczna dystopia i twórczo wykorzystany folklor wyraźnie przesączają się do jej debiutu. Pytana o literackie inspiracje Radlak wymienia takich pisarzy jak Philip K. Dick, Kurt Vonnegut jr, Fryderyk Nietzsche czy Mircea Eliade. Patrząc na Cynobrowe pola, Dick wydaje się oczywisty, z jego umiłowaniem do wszystkiego, co wariackie, dionizyjskie, wymykające się łatwemu szufladkowaniu. Podobnie bezczelny Vonnegut, u którego to, co dowcipne, przenika się z tym, co tragiczne, a wulgarne i liryczne czasem po prostu jest tym samym. Ale i Eliade szybko trafia na właściwe miejsce, kiedy weźmie się pod uwagę to, o czym tak naprawdę pisze autorka.

„Co to cynobrowe pola?”, pyta w pewnym monecie jedna z bohaterek. „Coś położonego daleko stąd, za Wyspami Żółtych Stepów, w górach, o jakich ci się nie śniło”.

Debiut Radlak pozwala dośnić te sny na jawie.

*

Tematów poruszanych w powieści jest wiele, ale to nie przypadek, że na plan pierwszy wysuwa się wojna. Nie tylko ta rzeczywista, między armiami i księstwami, ale też symboliczna, która zatruwa dusze i ustawia wszystko w czarno-białej opozycji oprawcy i ofiary. Takie postawienie bohaterów w sytuacji granicznej, między ścierającymi się siłami, to zawsze był dobry fabularny sposób, żeby wydobyć z protagonistów to, co w nich najlepsze i najgorsze, a więc najczęściej także najciekawsze. Ale wydaje się, że jest jeszcze jeden powód: choć ponoć od lat żyjemy w najspokojniejszej z epok, wojna – ta pozapowieściowa, bardzo realna – i tak wżera się w podświadomość, zatruwa sny.

Nie chodzi o to, że teksty takie jak Cynobrowe pola zapowiadają nadchodzące starcie, a my, zamiast je czytać, powinniśmy zacząć kopać schrony, peklować wieprzowinę w słoikach po studenckiej wałówce albo wyginać domowej roboty kusze ze starych resorów. Wojna to jednak stan umysłu, w którym znajduje się spora część obywateli Zachodu. Imigracja i, wydawało się, zabliźnione rany napięć politycznych, które znowu pękają na mapie świata; kryzysy religijne, światopoglądowe i ekonomiczne, wybuchające w późnym kapitalizmie jak kolejne lampki na przepalającym się sznurze z choinkowymi światełkami; wreszcie marazm i odrętwienie jednostek, zagubionych w rzeczywistości pozornie nieograniczonego wyboru, kiedy sam wybierasz formujące cię przekonania… To wszystko jest także w Cynobrowych polach, podobnie jak Palestyna i Izrael, Donbas i Syria, obie wojny w Iraku i broń masowego rażenia, której nie było; konflikt sumienia między biernym oporem a czynną walką; Afganistan, atak na WTC i wojna o strefy wpływów, która od lat toczy się w kuluarach, poza oficjalnymi uśmiechami i zapewnieniami o współpracy.

„Próbowaliśmy obudzić matki i ojców, siostry i braci. A wieczorami, przy ogniu rozpalonym na truchłach drzew, zaklinaliśmy wszystkie szepty Alltivenr. Przez pierwsze wschody i zachody słońca wypowiadaliśmy ich imiona często. Później coraz rzadziej, a w końcu prawie wcale”.

Bohaterowie nieprzypadkowo jak mantrę przywołują słowa o snach, z których trzeba się obudzić, i pamięci, którą należy odzyskać, jeśli chcesz żyć naprawdę. Cynobrowe pola to właśnie takie przypomnienie: jak łatwo stracić to, co ważne.

Gdy tylko przestaniesz się starać.

Michał Cetnarowski

KREW, DESZCZ I G48

– Ocet Życia stopi plastik, Sucha Woda przeżre szkło, beton utonie w Ślinie Księżyca, Ocet Życia stopi plastik, Sucha Woda przeżre szkło, beton utonie w Ślinie Księżyca, Ocet Życia…

Słowa żebraka trzeszczą mi w uszach wraz z kroplami deszczu, które walą w słomę, blachę i tekturę dachów. Chaty, jak to zwykle bywa, kiedy przechodzę, są pozamykane na cztery spusty i żywego ducha nie widać, poza żebrakiem.

Zawodzenia nie rozumiem. Coś o occie, coś o betonie. Jedną ręką masuję skroń, drugą grzebię w kieszeni i rzucam obdartusowi ćwierć sobrena. Mijam go wpatrzony w błocko pod stopami.

– Dobrodzieju! – krzyczy za mną.

Klnę po cichu.

Czuję dłoń na bicepsie, lekką jak u dziecka. Zatrzymuję się. Nie obracam głowy.

– Ty nie wiesz, jakie ja mam sny po odstawieniu mydła! – charczy mi dziad w ucho. Śmierdzi jak zwłoki. Czuję kropelki śliny na małżowinie.

Wzdycham. Zrzucam dłoń z ramienia i odchodzę, brnąc przez pluchę. Żółty deszcz zacina z ukosa.

Człowieku, myślę, gdybyś ty wiedział, jakie ja mam sny. I nie musiałem odstawiać mydła. Ale fakt jest faktem: korporacja, której magiczna ręka wolnego rynku zapewniła monopol w kwestiach higieny naszych pach, dodaje do mydła jakieś świństwo. W interesie sobrenystów leży wszak to, żeby motłoch nie śnił spokojnie. Bo jak motłoch śni i marzy, to dziwne się rodzą pomysły na niższych kondygnacjach miejskich dzielnic. A na zadupiach takich jak to, to już w ogóle wiosna ludów.

Gdzieś tam z tyłu dziad wciąż jęczy, a mnie przypominają się wszystkie sny ostatnich lat. Blizny na klatce piersiowej zaczynają szczypać. I to oko, którego nie mam od urodzenia… pulsuje… bólem… nieistnienia. Taki ze mnie, kurwa, poeta! Prawie tak dobry jak ten żebrak.

Wieśniacy myślą, że straciłem oko w walce. Widzą umięśnionego brutala średniego wzrostu, o sile najpewniej przekraczającej zieloną kreskę na skali Arona – z rozczochraną brodą, szorstkimi dłońmi i jednym okiem, w dodatku jasnozielonym, a wiadomo przecież, że ta cecha niemalże przepadła. „Odmieniec”, szepczą, i drżą na widok siekiery u mojego boku. „Świr”, „jaki zabijaka”.

Tyle że w tym zapyziałym zakątku Kharagan nikt nie dzwoni po służby porządkowe. Aby przyjechać z Głównej Przystani na Kresy Niczyje, opiekunowie musieliby otrzymać zgodę trzech przełożonych, podpisać cztery raporty otrzymania zgłoszenia i wykonać cholera wie ile rozmów komunikatorowych. Do tego czasu moja ofiara wykrwawiłaby się na śmierć.

Ale ja wolałbym nikogo nie zabijać.

Kresowiacy o tym wiedzą. Wiedzą, że nikogo nie skrzywdzę, a jednak boją się bardziej niż obcy. Widzą kieł dyndający na rzemieniu na środku obnażonej klatki piersiowej – i blizny pod jego przeoraną czasem krzywizną.

Jest mi gorąco. Z kolejnymi snami coraz bardziej. Mimo to trzymam fason, mniej więcej. Noszę skórzane spodnie, buty, które widziały lepsze czasy, i opończę, choć nie zawsze zasznurowaną.

Lecz wieśniacy patrzą tylko na kieł i się boją, bo legendy pełne są półprawd o tym, skąd się wziął. Miejscowi plotkują, że jestem młodszym bratem świeżo nominowanego króla Wiktora II i wnukiem zmarłego króla Edwarda. Szepczą o tym, że to ja odziedziczyłem wisior i muszę trzymać się z daleka od pałacu i stu dwudziestu ośmiu głównych dzielnic Kharagan. Że nie mogę nosić koszuli, bo kieł wypala dziury, i nie mogę ściągnąć kła, bo wtedy rzygam dalej, niż widzę, a do tego pocę się krwią. I takie tam.

Paradoks polega na tym, że dopóki mam ten ząb, tutejszym nic nie grozi. Instynkt przetrwania jest w nich na tyle silny, że raz na jakiś czas pobudza szare komórki do pracy i pomaga zrozumieć proste prawdy o własnych perspektywach. Dlatego chronią mnie, byle tylko nie pozwolić na przechwycenie wisiora przez kogoś spoza wioski.

Jednocześnie modlą się, abym odszedł. Słyszę ich szepty w ciemnych zaułkach. Słyszę ich kroki, gdy stąpają po błocie, ich nerwowe chrząkanie. Jakaś baba patrzy na mnie kątem oka spod roboczego czepca. Bruzdy mimiczne upodabniają ją do kukły. Wygląda jak chodzący trup i nie ma pojęcia, jak wielką jest szczęściarą, mogąc uprawiać własną marchew na własnym skrawku ziemi. I to jaką marchew! Organiczną! Ha! Kto by pomyślał, że tu może rosnąć taka marchew. Przez wieki importowaliśmy żarcie z jakichś szklarni nie wiadomo gdzie, a potem zastąpiliśmy kapsułkami proteinowymi, bo tańsze. Kto by pomyślał, że do produkcji pieprzonej marchewki potrzeba tylko trochę ziemi, odrobiny nisko skażonego deszczu i słońca.

Wchodzę do zagajnika numer 347b. Pośród mieszkańców szesnastu domów położonych w sercu tego, co zostało z okołokharagańskich lasów, czuję się jak w tłumie. Zapach żywicy przynosi ulgę.

Kierownik zmiany patrzy na mnie krzywo, jak zawsze. On jedyny się mnie nie boi.

– Zaznaczone do wycinki! – krzyczy do wszystkich, kiedy sięgam po siekierę. – A ty, Grimgard – akcentuje moje imię, bo wie, że nie jest prawdziwe, a do tego brzmi, jakby wymyślił je dwunastolatek – po chuja latasz z siekierą, skoro możesz użyć laserówki?

– Lubię się namachać – odpowiadam. Staram się nie myśleć o narastającym bólu głowy.

Muszę się zmęczyć i spocić, tu i teraz, i nie mogę czekać ani minuty dłużej.

Bo będzie źle.

Kierownik wzrusza ramionami i fuka z rozbawieniem.

– Dobra, klimaciarzu, jak sobie chcesz – mówi i odchodzi, wreszcie zostawiając mnie sam na sam ze skazanym na przedwczesną śmierć drzewem. – Jutro włóż uniform, kontrola będzie z Powołactwa – rzuca przez ramię.

W stu dwudziestu ośmiu głównych dzielnicach Kharagan używanie siekiery zamiast laserówki nie uszłoby mi na sucho. Podkablowaliby mnie opiekunom i w ciągu pięciu minut pożegnałbym się nie tylko z siekierą, ale pewnie też z wolnością, jak moja Gerta.

Gerta, myślę. Zaciskam dłonie na surowym drewnie rękojeści, mając nadzieję, że jakaś drzazga sprawi, że na chwilę zapomnę o jej wkurwionej twarzy, o chłopaczku zakuwającym ją w kajdany i o sennych koszmarach, które, o ironio, coraz częściej nachodzą mnie właśnie wtedy, kiedy nie śpię.

Elátria przestąpiła z nogi na nogę. Mrugnęła raz, potem drugi. Pociągnęła nosem. Nie pamiętała, jak oddycha się na takich wysokościach. W grocie, położonej ponad dwa tysiące kharagańskich łokci nad poziomem morza, dławiła się powietrzem. Miała wrażenie, jakby do uszu napchano jej waty.

Irján Ejnárrion z Klanu Kruka siedział naprzeciw bez ruchu, oświetlony padającą z wyrwy w sklepieniu smużką światła i fluorescencyjnym pyłem grzybów. Zanim tego poranka Elátria weszła do wrośniętej w skałę sali, która podobno była teraz siedzibą ojca, przeżuła w myślach każdą sylabę jego imienia. Obco brzmiące zlepki głosek były ciężkostrawne jak tutejsze jedzenie.

Ta sztywna postawa, wymieniała w myślach, gdy po raz kolejny taksowała ojca, ten niezmienny wyraz twarzy i sterczące mu zza pleców drewniane skrzydła krzesła rodowego. Bezczynny głupiec, we własnym mniemaniu jest pewnie ostoją spokoju i pomnikiem wszelkich cnót. Patrzyła w mlecznoniebieskie oczy, podobne do jej własnych. Przyglądała się sylwetce, nie mniej mocnej i atletycznej niż sześćdziesiąt dwa lata temu.

Niewiarygodne, myślała, wdychając zapach grzybów, igliwia i wilgoci.

Miała ochotę splunąć, ale nie wypadało.

Przez dekady szukała ukojenia we wspomnieniu umiejętności ojca. Problem w tym, pomyślała, że to ciało, tak bardzo kontrastujące z mizernymi sylwetkami Kharagańczyków, jest w istocie próżną obietnicą, okoloną ciszą i zimnem jaskini, ujadaniem kruków i ziemistym zapachem grzybów, których nazwy nie pamiętała.

Odgarnęła z oczu kosmyk włosów i raz jeszcze spojrzała na grzyby. Każdy podmuch wiatru – a w grocie ojca dęło jak na podkharagańskiej Pustyni Wiecznego Nieurodzaju – wytrząsał srebrnawy pyłek spod kapeluszy. Choć nie mogła przywołać nazwy, pamiętała, że nie są halucynogenne. A jednak ojciec zachowywał się jak odurzony.

Cóż, pomyślała, mógł spać przez dekady, ale ta jaskinia nie spała. Elátria nigdy nie była w podobnym miejscu. Świerki i sosny rosły pod kamiennym sklepieniem jak karłowaty las, przez co grota przypominała jedną z tych kul ze sztucznego szkła, w których Kharagańczycy umieszczali plastikowe scenki rodzajowe, przedstawiające dawne zwyczaje. Różnica polegała na tym, że tutaj nic nie było tanie ani tandetne – nic poza ojcem, i poza nią samą, nie udawało czegoś, czym nie było. Wszystko miało zapach. We wszystkim zaklęty był ruch. Drzewa były prawdziwe, gleba pod nimi też, podobnie jak unoszące się pod sklepieniem opary i mieniące się tu i ówdzie jeziorka. Ich tafle odbijały sklepienie i pyłek grzybów tak przejrzyście, że Elátria traciła poczucie perspektywy i czuła się zawieszona pośrodku żyjącej własnym życiem sfery.

Wszechobecny pył wyglądał jak ściągnięte z nieba, uwięzione pod kopułą skał, gwiazdy. Zastanawiała się, jak to możliwe, że – wśród tylu błyszczących drobin – oczy ojca wciąż wydają się najjaśniejszą rzeczą w jaskini. I jak to możliwe, że nie przeszkadza mu gruba warstwa grzybnego pyłu pokrywającego krzesło, skórę, wargi, włosy, nawet rzęsy.

Poczuła łzy w kącikach oczu. Nie wiedziała czy to wzruszenie, gniew, czy po prostu pyłek dostał się w okolice gruczołów.

Przez te wszystkie dekady sądziła, że w Álveris zastanie armię gotową dokonać długo oczekiwanej zemsty. Tymczasem powitały ją zarośnięte bluszczem ruiny i lud wyzuty z atrybutów, które przypisywała mu we wspomnieniach. Co gorsza, ojciec siedział jak zapomniany pomnik wśród ptactwa i grzybów, a Wielka Sala, choć wytworzyła swój własny mikroklimat, nie była Wielką Salą, którą zapamiętała Elátria.

Pośrodku rosło liściaste drzewo; jego korona przebijała się przez wyrwę w sklepieniu. Elátria dotknęła pnia i na chwilę poczuła ulgę. Kora była chłodna i szorstka, tak jak kora jesionu rosnącego niegdyś pośrodku jej własnej Wielkiej Sali. Ojciec nie wydawał się nią zainteresowany, przyglądała się więc tatuażom Klanu Kruka na wygolonej po bokach czaszce. Staroálveryjskie znaki wpisane były w symbol nakreślony linią cieńszą niż nić dentystyczna i nieco ciemniejszą od skóry. Lata temu, gdy uwięziona w burdelu ludzkiego miasta odchodziła od zmysłów, przekonana, że dotyk kolejnego człowieka odbierze jej rozum i wspomnienia, wycięła sobie podobne wzory na udzie. Teraz z każdym uderzeniem serca traciły znaczenie.

Zamrugała, gdy ojciec wreszcie się odezwał.

– Idit Nasti, widzę zaskoczenie na twojej twarzy – mówił powoli i przeciągle, jakby ziewał. – Spodziewałaś się u nas floty maszyn zionących ogniem.

Miała wrażenie, że z głębi jego głosu może wyłowić brzmienie kilku innych. Idit Nasti, Gwiazda Zaranna – nikt nie nazwał jej tak od dnia ataku na Álveris, od dzieciństwa. Nazwa tubylców, mánnu mánná, też wydawała jej się obca. Ludzie mówili na jej rodzaj albmanu albo nazywali ich po prostu albenami, od nazwy kontynentu. Geadgi Albmi znaczyło Kamienne Niebo, ale mało kto w Kharagan o tym wiedział i mało kogo to obchodziło. Ona sama niemalże zapomniała. To nie było żadne niebo, tylko skały i gleba, którą można przeorać, rozkopać i wydoić z ropy i minerałów, jak każdą inną, a mánnu mánná, „dzieci księżyca”, postawić pod ścianą, rozstrzelać, wrzucić do masowego grobu i posypać wapnem, jak każde inne dzieci każdego innego miejsca na świecie.

Zorientowała się, że ma gęsią skórkę.

– Nie, Elátrio – rzekł Irján. – Nie przejmiemy technologii ekhiren: istot, których największe szczęście i najogromniejsza tragedia polega na tym, że brną ku sztucznemu światłu. To, czego boją się najbardziej, to przeszkody na drodze ku samozniszczeniu, tak jakby się nienawidzili, tak jakby w głębi myśleli, że nie zasługują na to, by istnieć. Dlatego postanowili nas wyeliminować, a ziemię spalić ogniem tak samo sztucznym jak ich światło. Te istoty bały się szeptów Wszechrzeczy w naszych imionach i czynach.

Bzdura, pomyślała Elátria. Twoi ekhiren chcieli albeńskiej ropy i mieli dosyć tego, że nie przeliczaliśmy waluty w oparciu o ich sobreny. Tyle, jeśli chodzi o strach.

– Dla nich nie istnieje ani codzienna prostota, ani świat wielkich idei, w który się ta prostota wpisuje – ciągnął ojciec. – Dla osiągnięcia najbłahszego celu potrafią zagłodzić miliony, truć, gwałcić, mordować, krzywdzić kobiety i dzieci, powoli, lecz skutecznie pogrążając świat w ruinie… również swój świat i swój rodzaj. Ale jest coś, co zarówno dla ekhiren, jak i dla ciebie, Idit Nasti, pozostaje tajemnicą.

– Co takiego? – spytała, z trudem naśladując akcent. Nie podobało jej się brzmienie własnego głosu.

– Oni również wpisują się w wielki plan Alltivenr – powiedział ojciec – tylko odgrywają w nim inną rolę niż my. Lecz także dążą do harmonii.

Zaczerpnęła powietrza.

– Alltivenr, Harmonia Wszechrzeczy, którą tak kochasz, skończy się dla ciebie i tej ziemi, kiedy Kharagańczycy znowu przeorają ją swoimi czołgami, zmieniając jej mieszkańców w miazgę – powiedziała drżącym głosem, zanim zdążyła się zastanowić. – Skończy się dla nas i dla wszelkich żywych stworzeń, kiedy ludzie użyją pocisków, wymierzonych w Solasvidar, Álveris i Ásohad, w całe Geadgi Albmi.

Przygryzła wargę.

„Jesteś z mięsa, a nie z czarów”, zabrzmiały jej w głowie słowa dawnej przyjaciółki.

– Harmonia nigdy się nie kończy, Elátrio. To cykl, którego nie jesteś w stanie zrozumieć, bo zostałaś wyrwana z przyrodzonego ci środowiska. – Z wolna wypuszczał z siebie słowa, puste i przezroczyste jak bańki z płynu do naczyń. Nie wspominał o zemście ani o wojnie. A z tego właśnie składał się świat: ze zbrodni, zemsty i wojny. To był jedyny znany jej cykl.

Choć w swojej niechęci do wszelkiego działania ojciec sprawiał wrażenie indolentnego, Elátria zdawała sobie sprawę, że posiada niezbędną dla niej wiedzę, na którą zasłużyć można jedynie czystością intencji. Problem w tym, że znając świat tak dobrze, jak go znała, termin „czystość intencji” postrzegała jako względny.

Przede wszystkim – co denerwowało ją tak, że trzęsła się od środka – Irján nie zauważał, że owa czystość to przywilej darowany jego ludowi wraz z sześćdziesięciodwuletnim snem. Przywilej, który jej odebrano.

Nie zasnęła w zaciszu Álveris, tak jak inni. Nie pamiętała i nie chciała pamiętać imion bogów, szeptów Alltivenr – Harmonii Wszechrzeczy.

– Moje oczy były ciemne i zimne, pozbawiono mnie bowiem nadziei i pogrążono w pustce – powiedział ojciec z tym samym beznamiętnym wyrazem twarzy.

Zastanawiała się, jak często opuszcza swój tron i po plątaninie korzeni wspina do wnęki sypialnej. Pozbawiono cię uczuć i rozumu, pomyślała.

Gładząc posklejaną pyłem brodę, przeniósł wzrok na jej zaciśniętą pięść.

– Nadzieja powraca jednak wraz z tobą, Idit Nasti – mamrotał. – Nasz lud osiągnie dawną świetność. A ty, Elátrio, jeśli tylko dowiedziesz swej mądrości, najwspanialszego daru, jakim Alltivenr obdarzyła kobiety, na powrót staniesz się częścią Klanu Kruka.

Elátria oparła się na drugiej nodze i znów lekko przygryzła wargę. Dawno nikt nie nazwał jej kobietą. W Kharagan nie ma kobiet ani mężczyzn, są tylko wolne jednostki społeczne, choć Elátria zawsze uważała, że określenie „wolne jednostki aspołeczne” albo „socjopatyczne bestie dwunożne” pasowałoby lepiej.

– Niech nie zaprzątają cię myśli o zemście – dodał ojciec tonem, który aż prosił się o dozę surowości. – Musisz się znaleźć w punkcie równowagi. Potrafisz to zrobić?

– Tak – skłamała.

Słowa grzęzły jej w gardle. Niełatwo mówić, mając oddech zbyt przyspieszony, aby porządnie zaczerpnąć powietrza – które, pomimo słonecznej pogody, było tak lodowate, że aż rozbolała ją głowa.

Rozprostowała dłoń. Nie chciała, by ojciec zauważył jej zdenerwowanie.

Nie było sensu wchodzić w szczegóły, opowiadać o sześćdziesięciu dwóch latach spędzonych w Kharagan. W głosie i słowach Irjána nie wyczuła cienia empatii – jedynie „równowagę”, która – przywołana z planu ponadziemskich idei – jemu przynosiła upojenie, Elátrii zaś kojarzyła się ze śmiercią.

Niestety tym bardziej musiała zabiegać o względy ojca. Nie wyraziła więc żalu związanego z tym, że pozwolił szeptom Wszechrzeczy zesłać na siebie i swój lud sen w momencie, gdy powinien był ratować ją przed chciwymi łapskami. Czy wygodniej było mu uznać, że jego własna córka została zamordowana z innymi dziećmi i kobietami? Spalona w jednym z pożarów?

– Z twojego domu przetrwało wszystko, co ma znaczenie, Idit Nasti. Twoja krew, twoja ziemia. Reszta jest nieistotna. Śmierć nie istnieje. Jestem ci winien wytłumaczenie, lecz nie przywykłem do…

– Pośpiechu – przerwała mu niemalże szeptem. – W porządku.

Skłamała. Nic nie było w porządku. Czekała cierpliwie. Samotnie wychowała syna w świecie, który nie współgrał z jej naturą, za jedyną ostoję mając wspomnienie rodzinnych stron i krwi właśnie, krwi i ziemi, wymieszanych w ciemnobrunatną miazgę. Wielokrotnie próbowano pozbawić ją tożsamości, trzymała się jednak kurczowo wszystkiego, co pozwalało jej identyfikować się z Álveris i Klanem Kruka. Nigdy nie zapomniała ojczystego języka, choć używała go jedynie przez nieznaczną część dzieciństwa.

Teraz, jak na złość, mowa przodków grzęzła jej w gardle. Nie potrafiła uspokoić kołatania serca i drżenia rąk. Nie była pewna, czy ojciec zdaje sobie sprawę, że Edward Moridan od miesięcy leży w grobie. Pozwolono mu umrzeć śmiercią naturalną u boku swojego szalonego syna. A świat nigdy nie poznał jego grzechów.

Elátria znała je aż za dobrze.

Wiedziała, że ojciec skończył, pożegnała się więc spojrzeniem i odwróciła.

– Jeszcze jedno – usłyszała. – Nazywaj mnie Nagir Garjá – bardziej zażądał, niż poprosił.

Prychnęła pod nosem.

Odprowadziło ją echo własnych kroków i myśli o grzechach króla Edwarda, które wciąż czasami osadzały się na niej jak kurz.

Wyszła z groty na rozpaloną słońcem i rozbrzęczaną polanę. Stanęła nad krawędzią skały i spojrzała w dół.

Nagir Garjá, Śpiący Kruk. W przeszłości inaczej tytułowano jej ojca. Cóż, pomyślała, pasuje jak ulał.

Woda wcinająca się klinem w podnóże fiordu była spokojna i odległa jak zawsze. Tak jakby każdy podmuch wiatru nie niósł ze sobą wspomnienia zapachu palonych ciał. Woda fiordów Álveris: niezmienna, niepomna na tragedię. Nawet na krótko po tym, jak zmieszała się z krwią.

Głowa zaraz mi pęknie. Mieli dać spokój. Miało nie być kontaktów. Mieli nie wiedzieć, gdzie jestem.

Lecz wiedzą, skurczybyki. Skąd? Wiktor nie chce powiedzieć, a ja zaczynam się dusić w budce kontaktowej. Nigdy nie widziałem, aby którykolwiek z wieśniaków czy drwali podnosił tu słuchawkę. Budka lśni nowością, tak jakby postawili ją na tym zadupiu specjalnie dla mnie.

– Grimgard. – Wiktor wypowiada moje imię konspiracyjnym tonem, tak że tylko idiota uwierzyłby, że jest prawdziwe. Powinien pozwolić swoim ludziom załatwiać takie sprawy. Nie ma głowy do konspiracji. Ani do rządzenia. – Nie bagatelizuj sprawy – upomina mnie jak pięciolatka. – Za rządów dziada nie zwiał ani jeden.

– A za twoich tylko jeden – odpowiadam. – Jeden, rozumiesz? Mogło być gorzej, nie panikuj.

– Nie jeden, tylko jedna, Grimgard, i to nie byle jaka. Po prostu wyszła, wyobrażasz sobie? Wyszła i odjechała na pierdolonym wilku – mówi mój brat, i pewnie drapie się przy tym po policzku. Na jego łuszczycę nawet Faermax, producent wszystkiego, od wacików aż po środki na raka, nie wynalazł lekarstwa.

– Na wilku? – powtarzam. Wybuchnąłbym śmiechem, gdyby nie zawroty głowy i ta przeraźliwa duchota.

Muszę się częściej śmiać, obiecuję sobie w duchu, bo zdechnę marnie.

Wiktor wzdycha.

– Pomóż mi. Zaszczują mnie jak dziada, albo gorzej, bo, jak rzekłem, za dziada nie uciekł żaden. Żaden!

Skwarek liże mi dłoń. Wcisnął się do budki jak szczeniak. Drapię go za uchem.

– Jak wyglądał ten wilk? – wzdycham, udając zainteresowanie i kątem oka zezując na Skwarka.

Mam większe problemy niż jedna zagubiona albenka. Gdyby Wiktor wiedział…

– Jak wilk, kurwa, ze starych bajek w pałacu de la Costii. Czarny był. Świadkowie mówili, że wyglądał jak bestia z ognia Dolnych Warstw. Wiesz, jak z tych zakazanych obrazów sprzed rewolucji.

Patrzę na Skwarka. Ty nie jesteś ani czarny, ani jak bestia z ognia Dolnych Warstw, myślę i czochram szarawy pysk.

– Dla roboli z zewnętrznych dzielnic nawet pies może wyglądać jak bestia z ognia Dolnych Warstw – odpowiadam i chwytam za wisior.

Znów jest gorący, przywiera do skóry jak naleśnik do patelni. Spoglądam na blizny w kształcie zaostrzonego łuku. Kilka nowych bąbli kwitnie właśnie na jednej z nich jak skórzasto-limfatyczne kwiaty. Muszę zacząć nosić to gówno na rękach albo częściej przewieszać przez plecy – inaczej umrę na raka i szlag trafi całą wielką misję.

Ujadanie w słuchawce przypomina mi o rozmówcy.

– …wszystkie czujniki. Przez zewnętrzne dzielnice, opiekunów i straż, i przez cholerną wodę, no jak, Grimgard, jak, się pytam: no, kurwa, jak?!

Nie słyszałem początku zdania, ale potrafię sobie wyobrazić krople śliny, jak jad wypluwane spomiędzy wybielonych laserowo zębów Wiktora. Niemalże czuję je na twarzy i widzę te jego oczyska, zielone tak jak moje oko, jak oczy paru dziwek z luksusowych burdeli i kilku dziwaków z rezerwatu.

Kręci mi się w głowie, a kieł pali coraz bardziej. Zaciskam zęby i staram się skupić na głosie brata. Nie mogę znów się temu poddać.

– Powiedziałem, że nigdzie jej nie ma. Nigdzie. Nie czytamy sygnału, czujniki niczego nie zarejestrowały, nikt nie znalazł porzuconej obroży ani czipa. Obserwatorzy i opiekunowie mówią, że widzieli przed końcem zmiany „chyba jakąś łódkę”, ale założyli, że to kuter. Pewnie, że tak założyli – piekli się mój brat – tak jest przecież łatwiej. I chuj ich obchodzi, że już przecież nikt normalny ryb nie łowi w oceanie, chyba że szaleniec, który chce, żeby wyrosła mu trzecia ręka. No ale założyli, opiekunowie założyli, że to kuter.

– Bo nie muszą zostawać po godzinach, lenie! – mówię to, co Wiktor chce usłyszeć. Pisk w uchu zdaje się ciąć mózg na plastry.

Skwarek skomle i rzuca się niespokojnie.

– Bo nie muszą zostawać po godzinach! – powtarza mój brat z satysfakcją. – Przez sześćdziesiąt dwa lata żaden człowiek nie wrócił stamtąd żywy. Ani jeden z tych kretynów, którzy zdecydowali się jeszcze raz wypłynąć poza Strefę Zero. Co to znaczy?

– Że wkurwiliśmy albenów, Wiktor, że ich cholernie wkurwiliśmy, najeżdżając ich ziemię, niszcząc ich groty, mordując ich przywódców i robiąc z nich miazgę, jak banda golemów w składzie szkła.

– A teraz zwiała tam jedna z nich, ta mała kurwa, którą de la Costia trzymał sobie kiedyś za zwierzaka. Zwiała, żeby opowiedzieć o wszystkim tatusiowi i braciszkowi, i chuj jeden wie, kogo tam jeszcze ma. Wszystko im powie, a wtedy jakiekolwiek kuku robili z naszymi okrętami przez ostatnie dekady, zrobią nam tutaj, w Kharagan – mówi coraz szybciej. – Przypłyną tu w końcu i zrobią nam to tutaj, zobaczysz!

– Daj spokój. – Opieram głowę o ściankę budki w poszukiwaniu chłodu, ale plastikowa powierzchnia parzy. – Po pierwsze, mamy działa wymierzone w ich stronę. Po drugie, skoro jeszcze nas nie zaatakowali, to znaczy, że nie mają środków. Mieli sześćdziesiąt dwa lata. To w trzy kije czasu. Cokolwiek powie im ta twoja albenka, nie wkurzy ich bardziej niż to, że dziad Edward próbował wyrżnąć ich w pień.

Żeby ukraść im ropę, granit i wodę, a potem sprzedawać z powrotem za wyemitowane przez Centralny Bank Pięciu Królestw sobreny, na które musieliby sobie jakoś zarobić. Dodaję to w myślach. Nie ma sensu gadać. Zresztą nawet nie wiem, czy Wiktor mnie słucha. Jak zwykle nie szuka rady, a tylko chce rzygać słowami, jak zepsutym mięchem.

– Gdybyśmy mogli latać, dostalibyśmy się tam od góry i dokończyli to, co zaczął dziad – mówi.

– Miejscowi mawiają, że gdyby dziwka miała wąsy, to byłaby alfonsem – mamroczę od niechcenia i osuwam się po gorącej ścianie.

– Grimgard. – Tym razem głos Wiktora przybiera ton wręcz zbyt rzeczowy. Czasem myślę, że mój brat jest szalony, jak babka Irena i jak ojciec.

Nie mam wątpliwości – czegoś ode mnie chce i wcale mi się to nie podoba. Oddałem Kharagan wszystko i jego mieszkańcy nie mają prawa żądać więcej.

A jednak żądają.

– Grimgard, musisz tam popłynąć – mówi Wiktor.

Kurwa.

– Dlaczego ja?

– Bo nie masz nic innego do roboty.

Akurat.

Gryzę się mocno w język, aby odwrócić uwagę zmysłów od palącego mrowienia w całym ciele.

– Dlatego ty, Grimgard, że nikt nie zauważy twojego zniknięcia – ciągnie mój brat. – Bo nie trzeba będzie wypełniać papierów, sprawdzać, czy nie jesteś wariatem, robić wywiadów środowiskowych, rozmawiać, przeszukiwać, osłuchiwać, szczepić, pisać petycji do Faermaxu i czekać na pozwolenia.

No tak – bo jestem wyrzutkiem z jednym okiem, w dodatku jasnozielonym. Bo jestem idiotą, który przez własne widzimisię wyrzekł się królewskiej rodziny i obywatelstwa Kharagan – prawdziwej perełki we Wspólnocie Pięciu Królestw – i spierdolił gdzie pieprz rośnie, żeby machać siekierą i ślinić się na widok tyłków wieśniaczek na Kresach Niczyich.

– Nie powinieneś wysłać kogoś z Wyższej Agencji Bezpieczeństwa Zewnętrznego? – pytam, masując sobie skroń. – Muszą mieć jakieś procedury przyspieszające.

Mrowienie ogarnia już całe ręce i nogi, a skóra uwiera jak źle uszyte ubranie. Skwarek liże mi przedramię, ale nie czuję nawet wilgoci psiego jęzora.

– Mają – odpowiada głos w słuchawce. – Ale musiałbym rozmawiać z Najwyższym Śledczym, którego petycję o zwiększenie zasobów ludzkich i elektronicznych na naszych granicach publicznie wyśmiałem w zeszłym miesiącu. Wlazłby mi, skurwiel, na głowę, a od tego tylko krok do zamieszek na ulicach i zbiorowego żądania mojej abdykacji. A ja nie chcę ani bijatyk z opiekunami i masowych aresztowań, ani bratniej pomocy od Preh’nab’tuah. Nie chcę też asasyna nad moim łóżkiem ani złej holoprasy, bo wiemy, jak się kończy zła holoprasa.

Jesteś ciołem, skończonym, pierdolonym ćwiekiem i tępym wołowym zadem, myślę, z trudem unosząc rękę, aby ściągnąć kieł z szyi.

Wiktor bredzi coś, że jestem jedyną osobą, której może zaufać, ale słowa zlewają się w bełkot. Głowę wypełnia mi głuchy świst, jak po wybuchu. Sekundę potem znika, ale mrowienie zostaje. Nie wiem nawet, czy wciąż ma to związek z kłem, czy po prostu dostaję wylewu i martwy przeleżę tutaj tydzień, aż w końcu zje mnie Skwarek albo ktoś inny, kto będzie miał akurat chętkę na prawdziwe mięso, nie to sproszkowane łajno, które łykamy, odkąd zabrakło zwierząt.

Słuchawka zwisa mi koło ucha; słyszę pojedyncze głoski wypowiadane przez Wiktora.

Syczę. Napięte mięśnie miażdżą organy wewnętrzne, skóra piecze. Czuję się, jakbym siedział w żelaznej dziewicy, a przecież to tylko budka komunikatorowa, staroświecka, bez holoobrazu. Staram się skupić na detalach budowy budki, żeby tylko zachować świadomość. Po świście w słuchawce poznaję, że Wiktor czeka na odpowiedź.

Może powinienem powiedzieć mu o tym, co dziad Edward zostawił mi w spadku. Może powinien wiedzieć, dlaczego musiałem odejść. Zadaję sobie to pytanie od sześciu lat i teraz jak zwykle dochodzę do wniosku, że ten rozhisteryzowany głupek nie zrobiłby użytku z informacji o kle. Wręcz przeciwnie – mógłby niechcący doprowadzić do zniszczenia świata albo innej katastrofy rodem ze starych, zakazanych obrazów.

– A jeśli popłynę, co będę z tego miał? – pytam z wysiłkiem.

Jestem praktycznym człowiekiem. Ból, nie ból – nie mogę pozwolić, aby mnie wykorzystywano.

– Wiesz, że muszę się tłumaczyć z każdego wydanego sobrena powołanemu do spraw skarbu i finansów – Wiktor biadoli do słuchawki jak stara baba nad martwym kotem. – Ale mogę odpalić ci przystojną sumę z własnych funduszy.

„Przystojną sumę”. Zaczyna mówić jak nasz wuj – baron de la Costia, kolekcjoner egzotycznych ptaków. Tyle tylko, że u Wiktora zamiast dobrodusznego tonu słychać skomlenie typowe dla człowieka przerażonego jutrem i wstydzącego się za wczoraj. Czarno widzę przyszłość mojej rodziny, zwłaszcza tę związaną z grzaniem dupska na tronie. Nic dziwnego, że i ja, i wuj de la Costia dobrowolnie zrezygnowaliśmy z tego szamba. Tyle tylko, że wuj pod fałszywym nazwiskiem hoduje ptaki, zbiera zakazane dzieła sztuki i bawi się eksperymentalnymi kuracjami, dzięki którym, pomimo wyglądu trupa, cieszy się iście albeńską żywotnością. A ja powoli umieram.

Zamykam oczy i kopię w drzwi kabiny. Wciąż siedzę w rogu, trzymając się za głowę, włosy lepią się do twarzy, broda jest tak blisko kła, że boję się, że się sfajczy. Skwarek liże mi dłoń i popiskuje.

Drzwi otwierają się pod ciężarem kopa i do moich udręczonych smrodem klitki nozdrzy dochodzi odrobina świeżego powietrza. Dziękuję mojemu buciorowi za tę odrobinę. Mrowienie odchodzi.

– Wypuść Gertę – słowa opuszczają usta z ciężkim wydechem – a zrobię, co chcesz.

Wiktor wzdycha, jakby to on przesiedział parę lat w zakładzie o zaostrzonym rygorze.

– Gerta zabiła człowieka, Grimgard – mówi.

– Zabiła gwałciciela – warczę i przez chwilę czuję się prawie zdrowy. Chcę powiedzieć coś jeszcze, ale zadźganie zboczeńca w samoobronie wydaje mi się gestem tak naturalnym, że nie warto marnować słów na argumentację.

– Rozmawialiśmy o tym – prycha Wiktor, jakbym był natrętem, którego musi się pozbyć. – To nie czasy rycerzyków i bohaterskiej samowolki. Była obok przystani, tam się roi od opiekunów. Mogła krzyknąć. Mogła nacisnąć pięć pięć pięć na komunikatorze. W dzisiejszych czasach to nie nóż jest bronią, a pięć pięć pięć. Naciskasz guzik, pomoc nadchodzi. Tak robią normalne jednostki społeczne.

– Gerta nie miała komunikatora – mówię to, co mówiłem już co najmniej dwa razy w przeszłości: raz Wiktorowi, raz przedstawicielowi Izby Wyższej do Spraw Pogwałcenia Wartości Życia Ludzkiego, która to izba, swoją drogą, w ośmiu procentach wciąż należy do korony Kharagan, a reszta do prywatnych inwestorów, w tym do Faermaxu.

– Oj, dajże spokój, dzisiaj każdy ma komunikator – odpowiada Wiktor protekcjonalnym tonem, jakbym był wierzącym w bajki dzieckiem, które nie zna świata. – Gerta miała komunikator, zdobyliśmy nawet wykaz jej rozmów. Wiesz, że HoloTel wszystko przekazuje Powołactwu. Zresztą nawet gdybym uważał ją za niewinną, nie mnie podejmować decyzje. Wyrok podpisany przez Najwyższego Decydenta nie może być podważony nawet przez Najwyższego Decydenta.

Klepie słowa, jakby nauczył się ich na pamięć z podręcznika Dobrej Wolnej Jednostki Społecznej.

Może boi się, że Powołactwo podsłuchuje. Nawet jeśli, i tak będzie miał przejebane za zgubienie podmiotu objętego specjalną opieką.

– W takim razie będziesz musiał się postarać – odburkuję. – Nie chcę twoich wirtualnych sobrenów. Zapłać, komu trzeba, i oddawaj Gertę. Może wtedy pomogę ci szukać tej albenki.

Choć niechętnie, bo albeni są wredni, a albenki szczególnie. Nawet jeśli taka jest dziwką z bliznami na trzy czwarte twarzy i bez jednej nogi, zachowuje się jak królowa.

Zabieram kieł i wstaję. Moje ciało zdaje się ważyć tonę. Odkładam słuchawkę i wychodzę przy akompaniamencie przenikliwego sygnału komunikatora.

– Daj spokój, Wiktor – mówię do siebie. – Wiesz, że nie odbiorę.

O grzechach króla Edwarda Elátria myślała także kolejnego dnia, i następnego, gdy jak duch snuła się w okolicach nowej groty ojca.

Patrzyła przed siebie, na południe, w stronę Kharagan. Przeciwległy brzeg stanowił południową część Fiordu Kruka. Za nim był pozorny bezkres wody: Ocean Graniczny, po tutejszemu Rádjá Ahpi, a dalej już tylko świat ludzi.

Otarła łzę. Obraz stracił ostrość, aby za chwilę nieznośnie się wyjaskrawić.

Zakręciło jej się w głowie. Myślała, że spadnie.

Z trudem wyrównując oddech, spojrzała na Idjára, który zdawał się odnajdować w Álveris lepiej niż ona, mimo że był tu po raz pierwszy. Wspinał się po kamieniach i korzeniach, które stanowiły naturalne schody pomiędzy znajdującą się poniżej półką skalną a szczytem.

Poruszał się jak mężczyzna, choć był jeszcze dzieckiem. W ludzkich kategoriach wiekowych uznawano go najwyżej za dorosłego zerowego poziomu, czyli takiego, który może pracować w fabryce albo jako pucybut, ale któremu nie wolno jeszcze głosować.

Im żwawiej pokonywał dystans, im szybciej wymijał drzewa i krzewy, tym mocniej Elátria zaciskała zęby. Idjár, myślała, krew z mojej krwi i ciało z mojego ciała.

– Wszechrzecz szeptała o śmierci ludzkiego króla. – Siła tego głosu kazała jej odwrócić wzrok od przepaści.

Ojciec stał tuż za nią.

Na wzmiankę o królu Edwardzie Elátria przełknęła ślinę i w tej samej chwili zganiła się za ten organiczny odruch. Nienawidziła ojca za to, że wybrał na rozmowę akurat ten moment.

– Tak, zmarł rok temu – powiedziała. – Po sześćdziesięciu jeden latach panowania. – Starała się nadać głosowi beznamiętny ton. Nieopatrznie użyła obcego tutaj terminu „lat”, na co ojciec, choć nijak nie zareagował, z pewnością zwrócił uwagę.

Tak, stary Moridan zdechł, dodała w myślach. Sześćdziesiąt jeden lat po operacji „Północny wiatr”, podczas której, jeszcze jako gówniarz, cudzymi rękami dawał światu pokaz siły, samemu żrąc ośmiorniczki w wyłożonych błyszczącymi szmatami pałacowych biurach.

Choć Elátria potrafiła się zmusić, aby głośno nie wyrażać żalu, nie umiała ukrywać emocji tak dobrze jak jej álveryjscy krewni. Zakładając, że w ogóle byli zdolni do ich odczuwania. Jedno było pewne – tubylcy potrafili bezbłędnie identyfikować uczucia innych istot. Elátrii nie podobało się to prawie tak bardzo jak postawa ojca, który zastygł nieruchomo.

Nie po raz pierwszy złapała się na tym, że o klanach Álveris nie myśli już „my”, lecz „oni”. Przez dekady potrafiła jednoznacznie określić swoją tożsamość. Teraz, kiedy wreszcie stanęła na ziemi, którą przez cały ten czas nazywała domem, czuła, jakby otwierała się pod nią przepaść.

Ojciec milczał, jak przystało na pomnik. Minął ją i stanął na skraju polany.

– Nuorra Beaivi – rzekł miękko, wyciągając rękę do Idjára.

„Nuorra Beaivi” – te słowa brzmiały znajomo, poruszały jakąś strunę w jej świadomości. Odnosiła wrażenie, że nie pochodzą z tutejszego języka i nie mają nic wspólnego z jej dzieciństwem w Álveris.

Skóra młodzieńca jest gruba i matowa na podobieństwo ludzkiej. Jest niewysoki. Przez większość czasu pozostaje w ruchu, kroki ma chwiejne i ciężkie. Mówi dużo, a jego język jest bez skazy. Nie wiemy, dlaczego po matce odziedziczył jedynie jasne włosy, mleczne oczy i spiczaste uszy (choć krótkie i grube, jak u ekhiren). Ludzka krew powinna być wszak w stosunku do naszej recesywna.

Zatracamy równowagę. Musimy wyciągnąć kij z mrowiska, nie naruszając Alltivenr, Harmonii Wszechrzeczy.

Nie wolno nam naruszyć Alltivenr. Nie wolno nam się ugiąć, zwłaszcza teraz, gdy wyszliśmy odrodzeni z łona Matki Ziemi, a niebo wisi nad nami brzemienne w szepty wszystkich gardzieli chaosu i głodne swym wiecznym głodem poczyna pożerać nasze dzieci. To jest próba.

Musimy wyciągnąć kij z mrowiska i zmienić go w promień.

Pamiętała promienie jesiennego słońca i głosy rodziców. Matka krzyczała, że nie będzie się chować. „Twój miecz jest bezużyteczny”, upomniał ją ojciec, choć mężczyźni z klanów Niedźwiedzia i Skalnego Wilka również łapali za broń.

Nie rozumiała wtedy, dlaczego tak szybko schodziły po kamiennych schodach ani dlaczego dłonie matki trzęsły się, gdy odsuwała głaz i popychała ją w ciasne przejście, które z najniższej kondygnacji Kruczego Gniazda prowadziło w głąb góry, do podziemnych korytarzy. Matka mówiła o mocy odebranej jej przez Álveris. Przeklinała ojca, siarczyście i po risalandzku.

Po chwili dołączyły do nich inne kobiety i dzieci. Podłoga była zimna, mokra i twarda.

Zbyt dobrze pamiętała człowieka, który wdarł się do ich kryjówki: głośną istotę o kudłach gęsto porastających pozbawione rękawic ruchliwe łapy. Tuż za nim weszli inni. Echo ich kroków słyszała nawet dziś.

Pamiętała głuchy brzdęk miecza matki, pisk zaskoczenia, swąd dymu i krzyk.

– Uciekaj! – wrzeszczała raz za razem, a Elátria, po chwili otępienia, zerwała się do biegu.

Przysadziste istoty zagradzały przejście. Każda z nich trzymała w dłoniach coś ciężkiego. Dziś Elátria wiedziała – to były G48, nowiusieńkie, wyprodukowane przez vinādyjskie dzieci w fabrykach należących do Preh’nab’tuah.

Skóra człowieka przypominała zastygłą glinę, z plątaniną bruzd, wypustek i włosów. Elátria widziała własną twarz w odbiciu gogli, które upodobniały mężczyznę do wielkiego owada.

Do dziś czuła na skórze jego lepki pot, czuła smród ciała i szorstkość ubrania. Nigdy nie zapomniała odgłosu mlaśnięcia, który wydostał się z aparatu mowy doczepionego do maski w miejscu ust. Nie widziała twarzy, ale słyszała każde sapnięcie, gdy rozrywał jej ubranie.

We wspomnieniach utkwił jej odgłos rozrywanego materiału i słodkawy smród, który, jak dziś już wiedziała, był zapachem palonej skóry. No i krzyk matki, odcinający się na tle kilku innych krzyków: męskich, kobiecych, dziecięcych – krzyków setek tysięcy gardeł na zewnątrz. I rozrywający ból, całe morze bólu. Ból ud, lędźwi, serca, krtani, głowy. Każdy z osobna i wszystkie razem, zmieszane z czymś, czego wtedy nie znała, a co dziś nazywała wstydem.

Wiedziała, że z matką zrobili to samo. Przez większość czasu słyszała jedynie plaśnięcie za plaśnięciem, uderzenie za uderzeniem, sapnięcie za sapnięciem. Zduszony krzyk i jęk. Smród palonej skóry. Później, gdy włochate łapska porzuciły ją w kącie, zdążyła ujrzeć czterech mężczyzn trzymających matkę i piątego podnoszącego się znad jej ciała. Było nieruchome, przypalone punktowo w kilku miejscach, choć jeszcze żyła i patrzyła na Elátrię ze łzami w oczach.

Oprawca Elátrii podszedł do tamtych i do leżącej bezwładnie matki. Choć miał u boku coś, co dziś rozpoznawała już jako G48, najlepszą ludzką broń, nie zdecydował się po nią sięgnąć.

Podniósł za to miecz matki. Wszedł w pierś jak w masło.

Elátria nie pamiętała jej ostatniego tchnienia, ale wymyśliła je, aby kołysało ją do snu przez kolejne dekady. Wtedy, na górze, wszystko waliło się i płonęło. A czymże był urwany wdech umierającej kobiety wobec końca świata? Pamiętała, jak leżała z policzkiem przyciśniętym do zakrwawionej posadzki, jak wdychała jej zapach, patrząc w żółte oczy, z których powoli uchodził blask. Żółte oczy Risaland, z których matka była taka dumna, wyglądały jak wykute z piaskowca.

Ktoś nad nią stanął. Po włochatych łapach wiszących wzdłuż ciała poznała: to był on.

Przerzucił ją sobie przez ramię. Ostatni raz spojrzała na matkę: półnagą, z zadartą spódnicą. Zabrudzony jej krwią miecz leżał porzucony tuż obok.

Do dziś miecz matki był dla Elátrii symbolem największej niemocy. Jednak tym, co w jej pamięci dominowało najmocniej, było wspomnienie ognia, dymu i deszczu oraz spalonych ciał pod gąsienicami czołgów w błotnej brei.

Przez brzemienne wilgocią chmury prześwitywało słońce. Wiekowe drzewa wyrzynano w czasie krótszym, niż zajmuje zgwałcenie kilku kobiet i zarżnięcie kilkorga dzieci. Przed oczami Elátrii przemykała pokryta kikutami pni, zadeptana ziemia. Buciory człowieka rozbryzgiwały brunatnoczerwone błoto. Przeklinał w języku wspólnym, a Elátria znała te przekleństwa. Używali ich kupcy z południa Gór Rudych.

Pomyślała wtedy, że wszystkie szepty Wszechrzeczy ich opuściły. A jednak przez długie lata po porwaniu kurczowo trzymała się ich kultu i powtarzała ich imiona jak mantrę. Powinna była od razu o nich zapomnieć. Bo gdzie były, kiedy strumienie światła wypluwane przez czarne gardła G48 zmieniały ciała jej braci i sióstr w organiczną miazgę? Gdzie były, gdy jej oprawca deptał po trupach, po kończynach bez ciał i ciałach bez twarzy?

Człowiek potykał się i sapał przez aparat mowy. Im szybciej biegł, tym bardziej martwi i gruzy ich domów zlewali się w całość.

Szalała burza. Do uszu Elátrii dotarł jej własny krzyk. Była przekonana, że ojciec usłyszy ją za kolejnym spalonym krzakiem, za kolejnym powalonym drzewem, za kolejną zawaloną grotą, która pogrzebała niewinnych. Za następnym trupem zwierzęcia, trupem mężczyzny, trupem kobiety, trupem dziecka. Nie usłyszał. A śmierć nie rozgraniczała. Nie znała podziałów na istoty dwunożne, czteronożne, na rośliny i kamienie. Wszystko, od ziemi aż po jej mieszkańców, zdychało tak samo.

Z nieba spadł grad zwęglonych ptaków. Musiał trafić w nie piorun, gdy spłoszone uciekały w głąb lasu. Błyskawice szalały z trąbami powietrznymi w rytualnym tańcu, gdy podskakując bezwładnie na ramieniu ciemnej włochatej bestii, Elátria przesuwała się w dół zbocza. Mężczyzna pośliznął się, ale złapał równowagę. Naramiennik wbił jej się w brzuch.

– Zamknij się, dziwko! – zawołał człowiek. Może wciąż krzyczała. To nie miało znaczenia.

Wreszcie wszystko przeszło w szum. Elátria przestała odczuwać ból. Wydawało jej się, że płynie po zboczu na ramionach porywacza. Krople deszczu mieszały się z jej krwią i schodziły do ust słoną strużką. Była spragniona. Oblizała wargi. Widziała stopy współbraci i skórzane buty obwiązane rzemieniami w sposób tak finezyjny, że w zestawieniu z krwawą miazgą wyglądały niedorzecznie. Czarodzielcy, jeśli kiedykolwiek można było ich nazwać tym imieniem, byli po kolana ubrudzeni brunatną breją.

Głos, którego nie rozpoznała, wykrzyczał jej imię. Usłyszała huk. Głos ucichł i więcej się nie odezwał.

Wiedziała, jak wiele kosztowało nawet najstarszego z czarodzielców wpłynięcie na wolę żywiołów. Próbowali w ciągu kilku chwil dokonać czegoś, co powinno zająć tygodnie. Jak mogli, wśród kakofonii nowych dźwięków, poprawnie wypowiedzieć zniekształcone na przestrzeni wieków imiona szeptów Wszechrzeczy, wprawić ciało i głos w drganie, odpowiadające boskiej harmonii?

Urwane fragmenty mantr zawisały gdzieś w powietrzu.

Ekhiren w oczach Elátrii wyglądali identycznie – w owadzich goglach, od stóp do głów odziani w nieznanego zastosowania zawleczki i ochraniacze, które przypominały części chitynowego pancerza.

– Wziąłbyś się do roboty! – krzyknął ktoś szorstkim ludzkim głosem.

Podniosła głowę i spojrzała przed siebie.

Ostatnie promienie słońca, rozszczepiony boski ogień, wciąż rozświetlały masakrę poprzez wyrwy w kłębiastych chmurach.

Zamrugała, gdy ze złocistych strug począł się wyłaniać obraz okrętu. Nie widziała czegoś takiego nigdy wcześniej.

Kupcy z Gór Rudych, którzy woleli podróż morską od przebijania się przez wulkaniczne bezdroża Risaland, pływali czasem na południe, do Álveris, Elátria widziała więc w dzieciństwie niejedną galerę handlową. Żadna z nich nie przypominała tego, co ukazało się jej u brzegów Fiordu Kruka.

Częściowo spowity mgłą okręt był długi i wąski, niezwieńczony żaglami. Wyglądał jak wypluta przez spienioną wodę wyspa, opuszczona i nawiedzana przez niespokojne dusze topielców. Z pokładu wyłaniały się jedynie toporne klocki, przywodzące na myśl niedokończone wieże wznoszone ku czci bóstw.

Chmury powoli się rozstępowały. Światło wygrało z ciemnością. Elátria wiedziała, że to znak ich porażki – czarodzielcy polegli lub stracili siły. Ich burza w porównaniu z ludzką burzą ognia okazała się niczym.

Buciory ludzi stukały rytmicznie po żelaznym jęzorze. Złożona z milionów maleńkich sześciokątów pokrywa okrętu srebrzyła się w mglisto-słonecznej oprawie niczym rybie łuski. Każdy z kształtów odbijał światło bezpośrednio w kierunku, z którego przybyło, zlewając kolosa z otoczeniem tak skutecznie, że w pełnym słońcu widać było jedynie kontur.

Okręt wciągnął jęzor z żelaznym mlaśnięciem, pogrążając Elátrię w mroku cuchnącej człowiekiem gardzieli. Tam, gdzie głos strachu w jej duszy powinien był podpowiadać imiona ojca i brata, otwierała się obezwładniająca ciszą przepaść.

Smród człowieka.

Uczucie zamknięcia.

A w środku pustka.

Pytanie o Isáviera było pierwszym, które wydusiła z siebie po powrocie.

Żył.

Wyruszył gdzieś na kilka dni i najprawdopodobniej pozostawał nieświadomy jej obecności. Ojciec miał ją głęboko w swojej świętej dupie, nie sądziła więc, aby fatygował się rozgłaszaniem nowiny o odzyskaniu córki.

Tęskniła za bratem przez sześćdziesiąt dwa lata. Teraz nie była pewna, czy chce ujrzeć tę twarz, kiedyś tak łudząco podobną do własnej. Wątpiła, aby, dostąpiwszy przywileju dorastania w Álveris, Isávier mógł być podobny do niej. Pewnie tak jak ojciec został znieczulony wieloletnim snem i nawet nie spyta, dlaczego jej uszy zwieńczone są bliznami tam, gdzie powinny wydłużać się w szpice.

W myślach nakazała sobie spokój.

Ojciec nie skomentował wzmianki o śmierci króla Edwarda. Gdy Idjár był w pobliżu, interesował się tylko nim. Nazywał go Nuorra Beaivi, Nowym Słońcem. Imienia tego Idjár nie otrzymał w Świętej Grocie, tak jak inne dzieci w odpowiednim wieku, nie zostało mu też nadane, o ile Elátria pamiętała, po żadnym z przodków.

Jej ojciec i syn rozmawiali ze sobą wyłącznie po álveryjsku. W Elátrii rosła niechęć do tego języka. Przez lata, w zestawieniu z ludzkim, wydawał jej się – i dyktowane było to chyba czysto ludzką próżnością – poetycki, przedwieczny, mistyczny. Teraz raził prostotą, w najgorszym tego słowa znaczeniu. Zdawał się zubożały, poprzez dotyk wieków pozbawiony tego, co kiedyś istota Wszechrzeczy tchnęła w rodzące się słowa.

Elátria skupiła wzrok na przepaści fiordu. Mimo to kątem oka wciąż widziała Idjára i Irjána stojących na skraju lasu. Nie patrzyli na nią. Ojciec szeptał jej dziecku coś do ucha, wskazując na kilka rozwrzeszczanych ptaków.

Czuła się jak nieproszony gość. Nie chciała, aby rozmawiali; marzyła o tym przez lata, a teraz nie mogła znieść tego, że oto, bez jej udziału, rodziła się między nimi więź. Nie mogła znieść nawet podobieństwa ich imion.

Podeszła.

– Ojcze… Jest wiele rzeczy, o które chciałam zapytać.

– Pytaj, eadni, Klan Kruka nie ma przed nami tajemnic – odpowiedział jej syn. Mówił z takim akcentem, jakby się tutaj wychował.

Ojciec zwrócił się w jej kierunku.

– Chcesz na powrót stać się dzieckiem Álveris, Idit Nasti?

Ciepło uderzyło jej do głowy.

Wiatr, choć znajdowali się w głębi przeoranego bruzdami fiordów lądu, pachniał morzem.

Jestem dzieckiem Álveris, pomyślała, choć odkąd tu przybyłam, ani razu nie nazwałeś mnie córką. Kharagański smród nigdy nie zabił we mnie wspomnienia zapachu tutejszej bryzy. W moich żyłach krąży krew Klanu Kruka, ta sama, która uczyniła mnie lepszą od ludzi, a zatem godną ich nienawiści, którą karmili mnie jak stęchłym chlebem, podczas gdy ty, ojcze, spałeś w najlepsze.

Spałeś, myślała, gdy uczyniono mnie więźniem, eksponatem, niewolnicą. Spałeś, gdy ćpałam, gdy się okaleczałam, gdy zrobiono ze mnie dziwkę.

Spałeś, gdy uciekałam raz, drugi, trzeci i dziesiąty, gdy się chowałam, gdy kradłam, gdy głodowałam.

I gdy rodziłam.

Trzęsły jej się dłonie. Zmrużyła oczy, zaczerpnęła powietrza.

– Jestem jedną z was, ojcze – wycedziła.

Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, że było nas więcej? – pomyślała. Czy zdajesz sobie sprawę, że były tam dzieci?! Czy wiesz, że ich potomkowie do dziś żyją w Kharagan, w oderwaniu od swojej krwi, od swojej ziemi, od swojego języka?

Ojciec milczał przez chwilę.

– O tym, czy jesteś jedną z nas, przekonamy się w odpowiednim czasie, Idit Nasti. Najpierw powitaj Isáviera. Ma powrócić o zmroku.

Jej syn przysłuchiwał się i patrzył na nią tak, jakby była… człowiekiem.

– Dobrze, ojcze – odparła przez ściśnięte gardło. Przełknęła ślinę. – Chodź – zawołała w końcu Idjára, głosem, który wydawał jej się obcy. Imię syna też wydawało się obce.

Słońce zachodziło gdzieś pomiędzy górami północnej części Fiordu Kruka a południowymi zboczami Fiordu Niedźwiedzia.

Szli na zachód ścieżką wiodącą tuż przy krawędzi fiordu. Elátria uświadomiła sobie, że choć ogólny obraz rodzinnych stron nie uległ zmianie, wszystko było odrobinę inne, począwszy od tego, jak sama odbierała i nazywała rzeczy, a skończywszy na samej tych rzeczy istocie. Zmienił się układ ścieżek, a wyciosanym u wejść do grot kolumnom wciąż brakowało części rzeźbionych zdobień. Mogłaby przysiąc, że niektóre z drzew zamieniły się miejscami. Witraży w rozetach, wykutych w skalnych ścianach, nie było już wcale, a ażurowe rzeźby służące niegdyś za ozdobniki grot leżały pokruszone i porośnięte bluszczem. Wszystko to tworzyło wrażenie chaosu – ostatniej rzeczy, którą spodziewała się tu znaleźć.

Pojedyncza łza paliła jej policzek. Starła ją nerwowym ruchem dłoni. Miała nadzieję, że Idjár tego nie widział. Opowiadał coś o ptakach, które pokazywał mu jej ojciec, ale robił to tonem zimnym i odległym, wręcz autorytatywnym. Nie brzmiał już jak dziecko – jak jej dziecko. Uczył się álveryjskości szybciej, niż Elátria ją sobie przypominała. Nazywał jej ojca Nagir Garjá lub słowem, którego nie znała, lecz nie odważyłaby się przyznać do niewiedzy; brzmiało jak hybryda określeń ojca i mistrza w álveryjskim dialekcie, i nie podobało jej się to połączenie.

Wszystko to sprawiało, że czuła się, jakby drapieżne zwierzę próbowało wyrwać jej dziecko z ramion. Drapieżne zwierzęta nigdy wcześniej w wyobraźni Elátrii nie miały postaci statycznej jak posąg i oczu jak dwie zastygłe krople masy perłowej, a ich skóra nie przypominała organicznego marmuru.

Dziwnym zrządzeniem losu akurat dzisiaj Jego Wysokość Wiktor II Moridan musiał być obecny na konwencji ochrony środowiska, aby wraz z przedstawicielami Wspólnoty Pięciu Królestw udawać, że wciąż możemy uratować to, co prędzej nas pochłonie, niż da się nam naprawić.

Jeśli dzięki jego nieobecności mogę otrzymać polecenia od kogoś kompetentnego, to nie mam nic przeciwko.

Tylko czy rzeczywiście tak jest? Przyglądam się powołanemu do spraw komunikacji i transportu i jego sześciu ludziom zsiadającym z nafaszerowanych sterydami koni. Widać, nawet dla kharagańskich wybrańców ludu nie starcza już paliwa, gdy trzeba wychylić nos poza główne dzielnice.

Ciekawe, skąd wzięli konie i jak to możliwe, że jeszcze nikt tych koni nie zjadł. Są ogromne. Są identyczne, ciemnokasztanowe. Wszystkim groźnie patrzy z oczu, kiedy idą na mnie ze stukotem kopyt.

A więc paliwa wciąż brak, siana wciąż brak, a sztuczne pasze, sterydy i inny syf wciąż te same.

Zabieram powołanego, spoconego jak szczur, do chaty, którą jaśniepan taksuje wzrokiem już od chwili przybycia, jakby patrzył na szałas szalonego pustelnika pozlepiany gównem i smołą.

Przedstawia się jako Barnaba Rebke. To typ człowieka, który nawet do kibla nie chodzi pieszo i bez obstawy.

– Nie może pan płynąć łodzią motorową – oświadcza, z chrzęstem kości siadając na jednym z moich dwóch stołków. Wierzchem atłasowej rękawiczki ściera z czoła mieszankę potu i pudru. Dupa wylewa mu się z każdej strony, ujarzmiona jedynie tuniką z pikowanego materiału, która kosztowała pewnie więcej niż cały mój dobytek. Guziki z zielonego bursztynu biegną przez środek wydatnego brzuszyska.

Stawiam mu przed nosem szklankę wody. Patrzy, jakby to były szczochy.

Wzdycham.

– „Pan”? – dziwię się. – Myślałem, że ustawa zabrania używać tego zwrotu, bo co poniektórzy czuli się sztucznie zaszufladkowani.

– Na tym zadupiu mogę sobie pozwolić na trochę folkloru – odpowiada powołany i uśmiecha się półgębkiem.

Też siadam.

Jego ludzie pilnują na zewnątrz. Jest z nimi Skwarek. Mam nadzieję, że mi go nie zjedzą.

– Czyli co z tą łodzią motorową? – pytam, choć chyba nie chcę usłyszeć odpowiedzi.

Powołany waha się i mówi:

– Ich silniki wytwarzają wibracje, które z kolei budzą… – znów robi przerwę, a jego policzki poruszają się w górę i w dół, gdy oddycha – niezidentyfikowane obiekty faunoidalne. – Wzdycha i drapie się w czoło.

– Faunoidalne? – Unoszę brwi. – Obiekty?

– Nie mamy podstaw, by twierdzić, że to zwierzęta. – Tłuścioch chrząka i poprawia tunikę.

Mój wzrok wraca do jego policzków, które sprawiają wrażenie, jakby same były obiektem faunoidalnym.

Powołany zaczyna się tłumaczyć:

– Nasze informacje na ten temat nie są jeszcze kompletne…

– Ilu wróciło spoza Strefy Zero? – pytam oschle.

Powołany chrząka.

– Dwóch – odpowiada. Nie daje mi dojść do głosu. – Sternik kutra patrolującego zagapił się i wypłynął poza Strefę. Ocaleni twierdzą, że widzieli… – Wierci się i drapie po bordowym tupeciku z farbowanych albeńskich włosów. – Wiem, jak niewiarygodnie to brzmi, ale twierdzą, że widzieli niebieską czy tam zieloną… mackę… która zmiotła sternika z pokładu i wciągnęła pod wodę. Mówią, że była na wpół przezroczysta, jak meduza, wypełniona „jakby światłem”. Zawrócili szybko i przeżyli.

– Owszem – przyznaję. – Brzmi niewiarygodnie.

Powołany patrzy na mnie znad okularów oczkami fretki.

– Mniej niewiarygodnie niż to, że albeni za pomocą czarów zamieniają nasze statki w powietrze – odpowiada.

– Fakt. – Rzeczywiście, nie sposób z tym polemizować.

Barnaba bawi się urzędowymi papierami, których przytaszczył cały plik. Cóż, w dobie holoobrazu papier jest oznaką statusu.

– Z bezpiecznego miejsca próbowano wypatrzeć ciało tego sternika, ale, jak zawsze, bez skutku. Co wypłynie poza Strefę Zero, znika w mgnieniu oka.

– Albo wypływa daleko poza Strefą – myślę głośno i zastanawiam się, na ile napęczniałych wodą fioletowych trupów natknie się moja płynąca na drugi koniec świata tratwa; bo, sądząc po zbolałej minie i spoconym czole powołanego, to właśnie na tratwie mają zamiar mnie tam wysłać.

Zauważyłem, że od kilku minut facet zezuje w stronę mojej kolekcji dziurawych sakiewek.

Tak rzadko mam gości, że ciągle zapominam – powinienem był to wywalić.

– Problem ze zmutowanymi genetycznie molami? – pyta niby żartem, gdy zauważa, że obaj patrzymy w kierunku bałaganu.

– Coś w tym stylu. – Uśmiecham się sztywno.

Nie powiem mu przecież, że próbowałem znaleźć alternatywny sposób przechowywania demonicznego zęba, który ma skłonność do samoistnego rozżarzania się. W przyszłym tygodniu umówiłem się na spotkanie z producentem naczyń żaroodpornych.

Powołany miele językiem za zamkniętymi ustami, jakby coś żuł.

– Dostanie pan dwóch ludzi – mówi w końcu. – Więcej mogłoby zwrócić niepożądaną uwagę. Jeden jest sternikiem kutra do połowu krabów.

Kiwam głową z aprobatą. Wszyscy wiedzą, że poławiacze skorupiaków to najwięksi twardziele na świecie, zwłaszcza w czasach, kiedy po wejściu do wody w niektórych miejscach można skończyć bez włosów na całym ciele.

– A drugi?

Mój rozmówca chrząka w wyszywaną w geometryczne wzory muślinową chusteczkę.

– Jest naukowcem. Specjalizuje się w psychologii i fizjonomii ras i gatunków odmiennych.

Nie podoba mi się to. Jakikolwiek naukowiec specjalizujący się w badaniu ras odmiennych zazwyczaj pośrednio lub bezpośrednio okazuje się powiązany ze sprawdzaniem odporności albeńskiej tkanki na promieniowanie radioaktywne i testowaniem szczepionek Faermaxu.

– Jeśli to się wyda…

Powołany nie patrzy mi w oczy.

– Nie wyda się. Ucharakteryzujemy was.

Doskonale, myślę. Trzech ludzi o dwie głowy niższych od Álveryjczyków, z doczepianymi włosami i silikonowymi uszami. Albeni zajebią nas jak psy. I trudno im się dziwić. Być może jeszcze się przy tym uśmieją.

– Popłyniecie łodzią. – Papiery w wypielęgnowanych dłoniach powołanego szeleszczą coraz głośniej. – Żaglową – dodaje ciszej. – Dostaniecie harpuny, wędki, zapasy żywności i wody; wszystko, czego trzeba na podróż przez Ocean Graniczny.

– G48? – pytam.

– A widział pan albena z G48? – powołany odpowiada pytaniem.

– Kiedy uciekła wam ta kobieta?

Postanawiam nie komentować tego, że nie wspomniał o broni, ani informacji, że mnie i dwóch innych facetów w przebraniach wsadzą do pancernej łupiny.

– Piętnaście dni temu.

– W takim razie możemy jeszcze ją dogonić.

– Teoretycznie tak.

– „Teoretycznie”. – Śmieję się. – To znaczy, jeśli nie zginiemy zmiażdżeni macką obiektu faunoidalnego?

Mój gość mamrocze coś w odpowiedzi, zapatrzony w dokumenty.

Nie będzie żadnych kontraktów, żadnego podpisywania. To nielegalna misja. Obaj to wiemy, choć żaden nie mówi tego wprost.

Przełykam gęstą ślinę.

– Co z Gertą? – pytam.

Mam nadzieję, że Wiktor nie byłby na tyle bezczelny, by zawracać mi głowę, samemu nie spełniwszy swojej części umowy.

– Jeśli wrócisz z albenką, dostanie przepustkę.

– Przepustkę?!

Krew napływa mi do głowy.

– I dokumenty potrzebne do tego, aby „zniknąć” – powołany dodaje pospiesznie i chrząka. – Na zawsze.

– Mam na to jakąś gwarancję?

Liczyłem, że wypuszczą ją przed moim wyjazdem. Kilka miesięcy rzeczywiście nie robi różnicy, problem w tym, że nie wierzę w obietnice Wiktora, zwłaszcza te, których nie jest w stanie złożyć osobiście.

– Nie ufa pan Jego Ekscelencji Wiktorowi II? – Powołany klepie tytuł mojego brata pozbawionym emocji głosem i znów odwraca wzrok, a ja zastanawiam się, czy ta „ekscelencja” to jakiś żart, bo wiem, że żaden człowiek w żadnym z pięciu królestw o królu nie myśli inaczej jak o zwykłym capie, który żre za darmo.

Zastanawiam się, czy Barni mnie nagrywa, żeby potem mieć na mnie haka. Nie ze mną te numery.

– Ufam bezgranicznie – odpowiadam z uśmiechem.

Powołany zerka badawczo znad okularków. Chyba czeka, aż dodam coś jeszcze. Niech sobie czeka.

– Mam tu podpisane przez Jego Wysokość podanie o tymczasowe zwolnienie pacjentki numer pięćset dziewięćdziesiąt osiem. – Szuka odpowiedniego dokumentu, po czym podaje mi świstek z pieczęcią Powołactwa, podpisem Prezesa Powołactwa i podpisem Wiktora.

Zaczynam czytać.

– Może być? – pyta po dwóch sekundach.

Nie odpowiadam.

Odwiedziny u bliskiego członka rodziny spoczywającego na łożu śmierci są jednym z nielicznych pretekstów, aby tymczasowo zwolnić kogoś z zakładu. Tyle że Gerta nie ma matki umierającej na raka kości, jak przekonuje Wiktor Najwyższego Decydenta i Więzienną Izbę Wyższą w swoim liście. No tak. Pewnie podrobili dokumenty i przekupili, kogo trzeba. Znaczy, starają się.

– Świetnie – mówię wreszcie. – Kiedy wyruszamy, jaką, tak na serio, dostanę broń i kim jest ta albenka?

– Alfa. Alfa. Żadnej broni! Odbiór.

Nie poznawałem swojego głosu przez aparat mowy.

Wcześniej słuchałem tylko szumu w słuchawce i krzyków, które kazały mi biec, potem strzelać, potem znowu biec, potem przeszukiwać, znów biec i w końcu stawać, po to, żeby znowu biec. Musiałem się skupiać, żeby pozostać w szyku, żeby się nie wyłamać, nie pośliznąć w błocie, nie zostać w tyle, nie upuścić G48, który wydawał się cięższy niż na treningu. No, Sławek, powtarzałem sobie w myślach. – Biegnij, kurwa, biegnij!

– Alfa. Alfa. Powtarzam: w punkcie B75 nie ma broni masowego rażenia. Odbiór.

Ocknąłem się, chyba dopiero kiedy ktoś obok krzyknął: „O kurwa, co ja zrobiłem!”, i strzelił sobie w łeb. To nie była nagła decyzja. Już wcześniej kilku chłopaków spuściło mu wpierdol za to, że płakał pod prysznicem.

– Alfa. Alfa. W punkcie B75 nie ma broni masowego rażenia. Odbiór.

Dowódca wciąż nie odpowiadał.

Stałem u wejścia do tej groty. G48 ciążył. Palce miałem sztywne, jakby nie moje, nogi też. Ścierpły mi ręce, ścierpły mi stopy, wszystko mi ścierpło i nie mogłem się ruszyć, w słuchawce szumiało i padał największy deszcz, jaki kiedykolwiek widziałem. A że miałem siedemnaście lat i całe życie spędziłem w Vinādēs, głównie w fabryce butów, to wiele deszczu zobaczyć nie mogłem.

I jakoś tak mi też się płakać chciało, ale musiałem się skupić, żeby słyszeć rozkazy, żeby nie upuścić G48, żeby się nie potknąć.

W słuchawce szumiało, deszcz szumiał, oczy mi pulsowały i nie słyszałem ani płaczu, ani krzyków. No bo tak, krzyków już przecież nie było, bo wszyscy w tej grocie leżeli martwi. Ale wcześniej musiały być. Mimo to nic nie słyszałem, tylko „strzelać, strzelać!” w słuchawce i „bam, bam, bam” z G48 jak w ruchomym holoobrazie o superbohaterach.

Musieli krzyczeć. Ta krwawa masa białych szmat i białych ciał to przecież były kobiety i dzieci, widziałem teraz ich rozwarte oczy i wykrzywione twarze, a kobiety i dzieci nie umierają bezgłośnie – nie, kiedy widzą kilkanaście wycelowanych w siebie luf i kiedy tkwią uwięzione między tymi lufami, a ścianą. Musiały płakać, wiem to, bo puszczali nam przecież na ćwiczeniach taki płacz, żebyśmy, no… żebyśmy przywykli. No i żeśmy przywykli. Co mieliśmy nie przywyknąć.

Ale to była moja pierwsza misja i byłem zestresowany tym, żeby nie upuścić broni, nie zostać w tyle i nie być posądzonym o dezercję. Poza tym nie chciałem, jak rodzice, spędzić życia, spłacając cztery kredyty w prehtuańskim banku i pracując na trzy zmiany za głodowe stawki dla jakiegoś kharagańskiego dupka. Zresztą my, w Vinādēs, nie mieliśmy wyboru. Na operację „Północny wiatr” z Kharagan to brali ochotników, ale od nas musieli jechać wszyscy mężczyźni pomiędzy czternastym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia, to jest wszyscy, którzy nie pracowali na plantacjach modyfikowanej tkanki białkowej. Tamci byli potrzebni do produkcji tabletek proteinowych dla tych samych, którzy uzależnili połowę społeczeństwa od FaeriMedu. Ci, co nie robili na plantacji, ale nie chcieli albo nie mogli jechać na wojnę, szli do zakładu za zdradę, czyli za odmowę udziału w walce z potencjalnym zagrożeniem dla Wspólnoty Pięciu Królestw, albo po prostu dostawali strzał w łeb.

– Alfa. Alfa. W punkcie B75 nie ma broni masowego rażenia. Kobiety i dzieci. Odbiór.

Trząsłem się trochę i waliło mi serce. Nie wiedziałem, co spływa mi po twarzy: pot czy łzy, bo na pewno to nie był deszcz. Maska nie przepuszczała deszczu. Przepuszczała podobno powietrze, ale jakoś nie czułem. Czułem tylko krew, gówno i błoto. I spaleniznę. Gdzieś za nami ktoś coś palił, ale nie wiedziałem, co się dzieje.

– Weź się do roboty, vinādyjska kurwo! – Dowódca wyrósł przede mną nie wiadomo skąd i trącił mnie kolbą, kiedy tak stałem, wpatrzony w trupy, ze ścierpniętymi palcami.

Obróciłem się, za resztą. Szliśmy dalej, nie wiedziałem gdzie; nie wiedziałem, skąd reszta wie, dokąd iść. Może jakiś rozkaz. Nie usłyszałem.

Zostałem trochę z tyłu. Pulsowało mi w uszach, nie wiem, czy to przez migrenę, przez ciśnienie czy od krzyków i huku. Czułem coś jakby ciepło od ziemi, chociaż podeszwy i pancerze mieliśmy solidne, „najnowszej generacji”, a deszcz zacinał i zacinał (i wcale chyba ciepły nie był). Nie wiem dlaczego, ale szedłem za tym ciepłem, może dlatego, że od środka było mi bardzo zimno. Ale im bardziej szedłem za ciepłem, tym bardziej pulsowało mi w uszach. Rozejrzałem się. Oni gdzieś pobiegli. W słuchawce trzask i nic poza tym. Nasilał się i nasilał, aż padłem na kolana, bo poczułem, jakby coś mnie kopnęło w uszy i w skronie, jednocześnie zakłuło mnie w sercu i w brzuchu. Popatrzyłem do góry. Nie jestem pewien, co to było, bo u nas nie ma drzew, może poza Kresami Niczyimi, ale nigdy tam nie byłem. Wiem tylko, że to, co zobaczyłem, to były drzewa liściaste, no bo miały liście na gałęziach. Na jednym – w kształcie serc, a na drugim takie bardziej podłużne, z jakimiś kulkami i takimi jakby czapeczkami. Myślałem wtedy, że mi odbiło, bo te drzewa wyglądały, jakby się chciały przytulić. Wyciągały gałęzie jedno do drugiego i chwytały się chyba nawet końcówkami. A za nimi, na ziemi… tam było coś, na co nie mogłem patrzeć, bo robiło mi się ciemno przed oczami i głowa bolała tak, że się bałem, że zemdleję i że chłopaki wrócą beze mnie. Koło drzew, przy brzegu takiego pola, gdzie była tylko trawa, wystawał czarny stożek, może do kolan, może wyżej – nie jestem pewny, bo miałem mroczki przed oczami. Był gładki i równy, a z tego, co widziałem, to u albenów nic nie było gładkie i równe. No nie pasował mi tam ten stożek.

Koło mnie przemknął człowiek w mundurze kharagańskiego dowódcy. Biegł chyba w kierunku zatoki, z półmartwą dziewczyną na plecach. Miała porozrywaną białą sukienkę.

Ta w białej sukience i ten dziwny stożek, te martwe kobiety i dzieci, i zapach krwi, gówna i spalenizny, i ta „vinādyjska kurwa” długo chodziły mi po głowie.

„Vinādēs”. Nie lubiłem tej nazwy. Nie pasowała do nas. Ani ona, ani Pięć Królestw, ani ta operacja „Północny wiatr”. Głęboko pod skórą czułem, że jesteśmy kimś innym, tylko zapomnieliśmy kim.

I teraz musimy robić te wszystkie rzeczy, bo zapomnieliśmy.

Musimy je robić za karę.

Cynobrowe pola

Copyright © by Aleksandra Radlak 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2018

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Małgorzata Kuśnierz, Michalina Wendlandt

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Grafika na okładce – Paweł Szczepanik, Agnieszka Jednaka

Mapy – Marcin Karaś

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2018

ISBN EPUB: 978-83-65836-62-5

ISBN MOBI: 978-83-65836-63-2

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

WydawnictwoSQN

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Dies diem docet

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

O autorce

Mapa

Michał Cetnarowski prezentuje: Fantastycznie nieobliczalni

Krew, deszcz i G48

Egzotyczny towar

Pamiątka po tacie, wrzeciono snów i sztandar rewolucji

Kolor nasycony i dramatyczny

Zdychanie śmiercią kontrolowaną

Tworzywo, z którego ulepione są skały i gwiazdy

Bądź wola twoja

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cynobrowe pola Fantastycznie nieobliczalni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt