Jesienna zbrodnia

Jesienna zbrodnia

Autorzy: Anders de la Motte

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.90 zł

Przerażające tajemnice w małym miasteczku

Jest późne lato 1990 roku. Pięcioro przyjaciół z dzieciństwa biwakuje w swoim starym kąpielisku w opuszczonych kamieniołomach. Wszyscy właśnie zdali maturę. Za rogiem czeka na nich dorosły świat. Wszyscy są w świetnych nastrojach, a jednocześnie z melancholią uświadamiają sobie, że to ich pożegnanie z dzieciństwem i w pewnym sensie z sobą. Następnego rana spadł pierwszy jesienny deszcz. W ciemnych wodach kąpieliska znajdują ciało. Tragiczny wypadek, stwierdza policja, jednak nie wszyscy w to wierzą.

Po dwudziestu latach w miasteczku tragedia jest wciąż żywa. Więc kiedy na emeryturę odchodzi miejscowy szef policji, a jego stanowisko obejmuje Anna Vesper, policjantka ze Sztokholmu, mroczne tajemnice wychodzą na powierzchnię. Anna nie ma wyboru. Ignoruje wszelkie ostrzeżenia i wznawia stare śledztwo. Okazuje się, że późne lato 1990 roku nigdy nie zostało zapomniane.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

32.

33.

34.

35.

36.

37.

38.

39.

40.

41.

42.

43.

44.

45.

46.

47.

48.

49.

50.

51.

52.

53.

54.

55.

56.

57.

58.

59.

60.

61.

62.

63.

64.

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Höstdåd

Redakcja językowa: Agnieszka Niegowska

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcia na okładce: © wingmar / Getty Images, © borchee / Getty Images

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © Anders de la Motte 2017

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-674-6

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Moim chłopcom, którzy pewnego dnia podbiją świat.

Gmina Nedanås i maleńkie Mörkaby, podobnie jak Reftinge w Końcu lata, to miejsca fikcyjne. Zainspirowały mnie moje rodzinne strony w północno-zachodniej Skanii, w szczególności gminy Bjuv, Åstorp i Svalöv, położone na przepięknych zboczach Söderåsen.

Nieczynne kamieniołomy istnieją w rzeczywistości, jednak podobnie jak ich literacki odpowiednik nie są naniesione na żadną mapę. Natomiast kolejne pokolenia plażowiczów dobrze wiedzą, gdzie leżą, tak jak my wiemy, że woda tam jest tak głęboka, że nawet w samym środku lata nie osiąga więcej niż dwadzieścia stopni Celsjusza.

The falling leaves

Drift by my window

The falling leaves

Of red and gold.

I see your lips,

The summer kisses,

The sunburned hands

I used to hold.

Since you went away

The days grow long

And soon I’ll hear

Old winter’s song

But I miss you most of all

My darling

When autumn leaves

Start to fall.

Johnny Mercer

Come little leaves,

Said the wind one day,

Come over the meadows

With me, and play;

Put on your dresses

Of red and gold,

For summer is gone

And the days grow cold.

George Cooper

Prolog

Woda rozpoczynała swą podróż gdzieś w mrocznej głębi zbocza. Wypływała z podziemnego źródła, a ciśnienie wypychało ją w górę. Metr po metrze przedzierała się przez błoto i skały. Zbocze miało ponad dwieście metrów wysokości i bez pomocy ludzkiej ręki woda szybko traciła impet. Zawracała w dół i znajdowała drogę wśród porastających wzniesienie leśnych konarów, by skończyć swą podróż jako strumyk w jednym z głębokich wąwozów wżynających się w zbocze. Na początku dwudziestego wieku, w samym środku zbocza, powstał kamieniołom. Diabaz i amfibolit, czarne twarde skały, jak ulał pasowały na nagrobki.

Człowiek chciwie wwiercał się i wżynał coraz głębiej i głębiej, aż pewnego dnia wał odciął wodzie przejście i wskazał jej prostszą drogę ku powierzchni. A woda w podzięce tryskała z taką siłą, że aż trudno było to sobie wyobrazić. Jakieś pół roku później wyłączono pompy, pozabierano maszyny i opuszczono kamieniołom.

Z czasem miejsce to uległo zapomnieniu. Woda zamieniła nieckę w małe głębokie jeziorko, z trzech stron spowite mrokiem i stromymi skałami, z czwartej zaś zakończone kilkumetrowym brzegiem. Las wchłonął drogę i roślinność znów wzięła w swoje posiadanie cały teren, a jedyne, co pozostało, to zarośnięte szkielety starych baraków i polana tuż przy brzegu, tak gęsto usiana skałami, że najmniejsze nawet życie nie mogłoby się przez nie przecisnąć.

Dopiero w latach sześćdziesiątych, kiedy sprzęt do wyrębu lasów potrzebował nowych dróg, odkryto opuszczony kamieniołom. Mimo iż wstęp do niego był właściwie zabroniony, z czasem i tak powstało tam piękne ukryte kąpielisko dla miejscowej młodzieży. Dobre miejsce, by z dala od zawistnych spojrzeń spotkać się i robić, czego dusza zapragnie.

Nikt już dokładnie nie pamiętał, jak głęboki był kamieniołom. Jedni mawiali, że głębokość wody dochodziła do dwudziestu metrów, inni – że do czterdziestu. Jeszcze inni twierdzili nawet, że kamieniołom nie ma dna – jeśli to w ogóle możliwe.

Krążyło wiele plotek na temat tego, co się tam kryło. Wraki samochodów, łupy z rabunków, a nawet szczątki dawno zaginionych osób. Plotki wymykały się spod kontroli i dlatego z każdą nową historią obrastały w coraz bardziej nieprawdopodobne opowieści. Jednak wszyscy byli zgodni co do dwóch rzeczy: że czarna woda była tam tak głęboka, iż nawet najgorętsze lato nie było w stanie jej ogrzać do temperatury wyższej niż dwadzieścia stopni; i że stracił tam życie pewien młody człowiek, który postanowił wspiąć się po ścianie skalnej na najdalej wysunięty uskok i skoczyć do wody.

Aby wyciągnąć ciało z wody, potrzeba było aż czterech strażaków. Brzeg był stromy i pełen ostrych kamieni, które uniemożliwiały znalezienie oparcia dla stóp. Kilka razy któryś z nich potykał się i tracił równowagę. Tak jakby woda stawiała opór i próbowała przytrzymać ciało.

Kiedy się spojrzało z pewnej odległości, ów młody człowiek wyglądał, jakby spał. Leżał na plecach z zamkniętymi oczami, tak spokojnie i pogodnie, jakby miał się zaraz obudzić. Lecz kiedy jego ciało z głuchym odgłosem wylądowało na noszach, całe wrażenie prysło. Lodowata woda spływała z jego ubrania – i długich blond włosów pokrytych krwią z jego roztrzaskanej głowy – tworząc na noszach różową kałużę, by potem zebrać siły i między odłamkami skał znów powrócić w mroczną głębię.

Woda zawsze szuka najniżej położonego punktu, pomyślał policjant stojący kilka metrów dalej. Przez parę sekund zastanawiał się, czy nie otworzyć notesu, w którym zapisywał swoje wnioski, i na ostatniej stronie nie zanotować również tego. Wprawdzie ta krótka refleksja niewiele miała wspólnego z pracą policjanta, ale pozwalała zachować pewną równowagę. Jednak pozostał na stronie, na której chwilę wcześniej robił notatki.

Miejsce, czas i datę zapisał od razu po wyjściu z radiowozu.

Kamieniołom w Mörkaby, 5:54, 29 sierpnia 1990 roku.

Pod spodem zostawił miejsce na imiona i nazwiska czworga młodych ludzi, którzy bladzi jak kreda stali przed nim, nie patrząc na nosze, choć wzrok mimowolnie ich tam ciągnął. Policjant dobrze ich znał, wiedział, do której klasy chodzą i czy mieszkają na zboczu, czy w dolinie, w miasteczku, a nawet jak mają na imię ich rodzice i gdzie pracują. Lubił tę robotę, tu na miejscu. Znał wszystkich mieszkańców, czuł z nimi pewną wspólnotę. Jednak tego ranka po raz pierwszy w życiu pożałował, że nie pracuje gdzie indziej.

Zapisał imiona i nazwiska, po jednym w każdej linijce.

Alexander Morell

Carina Pedersen

Bruno Sordi

Marie Andersson

Wszyscy w wieku dziewiętnastu lat, tak jak ten młody chłopak na noszach. A jeszcze tak niedawno, bo w czerwcu, razem świętowali zdaną maturę. Jeździli na platformie po miasteczku, pili piwo, gwizdali, machali białymi czapkami z daszkiem i wesoło krzyczeli w przyszłość, która na nich czekała.

Simon Vidje – zanotował policjant na końcu listy i oba słowa podkreślił podwójną czarną kreską. Choć dobrze wiedział, kim była ofiara, było jednak coś przerażającego w zobaczeniu imienia i nazwiska na piśmie. Wszyscy w gminie Nedanås wiedzieli, kim był Simon Vidje. Cudowne dziecko. Jeden na milion. Mógł zawojować świat, zwiedzić fantastyczne miejsca i całe miasteczko zabrać w tę podróż. Tymczasem jego opowieść skończyła się właśnie tutaj, w lodowatej wodzie, w środku niczego, zaledwie kilka kilometrów od jego domu.

Policjant usłyszał trzaski w swoim radiu, a potem ostry, dobrze znany głos przekazujący instrukcje, których odbiór natychmiast potwierdził.

– Tata jest już w drodze, Alex – powiedział potem do jednego z chłopaków z listy, wysportowanego mężczyzny o wyglądzie zapaśnika.

Zamiast odpowiedzi otrzymał krótkie skinienie głową.

Policjant jeszcze raz spojrzał na czworo młodych ludzi, zmarszczył czoło i pod ich nazwiskami zaczął coś notować.

„Marie Andersson ma przemoczone ubranie”, napisał. „Ubrania Alexandra Morella, Cariny Pedersen i Bruna Sordiego są suche”.

Być może było to tylko nic nieznaczące spostrzeżenie. Fakt bez jakiegokolwiek znaczenia. Przynajmniej tak w przyszłości będzie twierdził, kiedy jego notatki znajdą się w raporcie policyjnym, a ludzie zaczną pytać, co te kilkanaście słów właściwie znaczy.

Jednak w tamtej chwili policjant jeszcze nie był świadomy tego, co go czeka. Jedyne, co wiedział, to to, że musi wykonać swoją robotę. Zapisać w notesie wszystkie pytania, które postawi, i odpowiedzi, które otrzyma.

– Co się właściwie stało? – zapytał, najdelikatniej jak mógł.

Nikt z całej czwórki nie odpowiedział. Ich spojrzenia przestały walczyć i w końcu skierowały się na nosze, gdzie jasnoczerwona woda wciąż spływała z roztrzaskanej głowy Simona Vidje i kierowała się do najniższego punktu, w czarną głębię.

1.

Jesień 2017

Zbocze jest długie i strome. Przecinają je wąwóz i wysokie drzewa. Jarzące się kolorami liście odbijają się na lakierze samochodu, zanim wyciągną się ku wysokiemu niebu.

– Szwedzkie lato to zupełnie dobra pora na umieranie – lubił mawiać Håkan. – Ta cholerna eksplozja kolorów, zanim nastanie wieczna ciemność, that’s the way to go. Prawda, Anno?

Następnie zaczynał nucić refren z Out of the Blue, udając, że gra na gitarze, dopóki Agnes i ona nie zaczęły się dławić ze śmiechu. Håkan lubił jesień, uwielbiał przebywać na świeżym powietrzu. Biwakować, wędrować po górach, wspinać się. Byli wtedy młodzi, ona i on, bez żadnych problemów i zmartwień. Malutka jeszcze Agnes huśtała się lekko jak motyl na jego ramionach. Od tamtego czasu minęło już piętnaście lat, a Anna wciąż, bez żadnego problemu, może przywołać te wspomnienia. Piosenkę również.

It’s better to burn out, than to fade away.

Tak śpiewał Neil Young.

I dokładnie tak to robił Håkan – gasł powoli, out of the blue i into the black, a jedyne, co po nim zostało, to szepty w jej głowie.

„Błagam, Anno, pomocy!”.

Anna pogłaśnia radio na kanale plotkarskim, który wybrała Agnes, zanim jeszcze całą swoją uwagę przeniosła na telefon. Jadą już bardzo długo, prawie siedem godzin, siedząc razem w jednym samochodzie. Mimo to konwersacja na linii matka–córka nie trwa dłużej niż dziesięć minut. Anna obejmuje kierownicę i wbija wzrok w drogę. Nie widzi drzew, nieba i otaczających je kolorów. Jaskrawej czerwieni, złota i błękitu.

Nienawidzi jesieni. Nienawidzi.

Ze stacyjki zwisają trzy klucze. Jeden od willi w Äppelviken, która już nie jest ich domem. Drugi to zapasowy klucz do mieszkania Håkana, właściwie to powinien być oddany już zeszłej zimy, kiedy agencja nieruchomości opróżniała te smutne, małe pokoiki. Klucz numer trzy jest do jej gabinetu na komendzie w Sztokholmie. Wie, że powinna była go zwrócić przedwczoraj, razem z wejściówką, a jednak tego nie zrobiła.

„Bo jak zaczniesz wyjmować po kluczu z pęku, to już pójdzie”, szepcze Håkan. „Będziesz musiała wziąć wszystko. Nie tylko klucze, ale i zamki, i drzwi, i wspomnienia”.

Anna mruczy, żeby się zamknął.

Przyroda porastająca zbocze w górnej jego części jest zupełnie inna niż w dole. Otwarty krajobraz zastąpiły drzewa iglaste i małe pagórkowate łąki, otoczone grubym kamiennym murem. Kilka krów gapi się, kiedy przejeżdżają obok. Jakby uważały je za intruzów. Główna droga, która biegnie po grzbiecie zbocza, ma wprawdzie linię oddzielającą pasy ruchu, a jednak jest tak wąska i kręta, że Anna automatycznie zwalnia, kiedy widzi nadjeżdżający samochód. Kiedy zbliżają się do skrzyżowania, GPS zawodzi, i Anna domyśla się dlaczego.

Roślinność po obu stronach wąskiego zjazdu została niedawno wycięta, a droga wysypana ciemnobrązowym świeżym żwirem. Natomiast blaszana tablica z napisem „Tabor” jest stara i powyginana, jakby ktoś zmiął ją w dłoni, niczym kartkę, a potem próbował rozprostować.

Agnes trzyma Milo na kolanach, i kiedy w tylnym lusterku samochodu droga znika, jej biały terier opiera się łapami na drzwiach i przyciska nos do szyby. Niecierpliwie macha ogonem, tak jakby znał to miejsce, choć to oczywiście niemożliwe, bo nigdy przedtem nie postawił łapy w Skanii. Agnes z pochyloną głową wędruje kciukami po ekranie telefonu.

Anna zerka na zegarek. Samochód transportowy jest jakąś godzinę drogi za nimi. To przeprowadzka, nie ucieczka – powtarza w myślach, chyba już po raz piąty z kolei.

„Oczywiście”, śmieje się Håkan w jej głowie. „I kogo ty próbujesz oszukać?”.

Anna jeszcze pogłaśnia radio, żeby tylko go zagłuszyć. Poznaje tę piosenkę, jedną z niewielu nowych, którą naprawdę lubi.

– Ta jest niezła! Zara Lah-hrsson – mówi. Głównie po to, żeby przełamać ciszę, ale natychmiast wpada w pułapkę: zacina się na nazwisku, a Agnes, nie podnosząc wzroku znad telefonu, wydaje jeden z tych swoich dźwięków, coś pomiędzy westchnieniem a parsknięciem.

Jej szesnastoletnia córka zna wiele sposobów na ukaranie jej. Ufarbowanie włosów na różowo-czerwony kolor, kolczyk w nosie, pięć kolczyków w prawym uchu. Obcisłe dżinsy, mroczny makijaż, kurtka wojskowa i przydeptane conversy, jednym słowem uniform rebeliantki, który zatarł prawie wszystkie ślady po Agnes z przeszłości. Nie wspominając już o jej ultrafeminizmie, napisie na kurtce „All Cops are Bastards” czy innych minach-pułapkach, na które Anna nie może nadepnąć, kiedy rozmawiają, żeby nie wywołać eksplozji. Jednak żaden z tych sposobów nie jest tak skuteczny jak ten, który Agnes stosuje teraz. Cisza.

Zazwyczaj ludzie otwierają się przed Anną. Håkan zawsze uważał, że coś z niej emanuje. W rzeczywistości chodzi o jej zacinanie się. Anna doskonale wie, że jest prawie niezauważalne, niewielkie połykanie niektórych dźwięków, czasami może to nawet przewidzieć, czasami nie. Nigdy nie było to dla niej problemem, dopóki rodzice nie wysłali jej do logopedy, kiedy była małą dziewczynką. W rezultacie zaczęła unikać mówienia, skupiając się na słuchaniu. Większość ludzi słucha na ogół jednym uchem, a słuchając, już myśli o tym, co powie, kiedy przyjdzie ich kolej, dlatego też często wiele z tego, co usłyszeli, po prostu im umyka. Nie tylko same słowa i ton głosu, ale również niemal niewidoczna mowa ciała. Ruchy, gesty, grymasy, pauzy. Znaki, które czasami sugerują coś innego niż to, co zostało powiedziane. To dzięki nim Anna bardzo wcześnie zrozumiała, że rodzice chcą się rozwieść. I że Håkan ją zdradził.

Natomiast milczenie Agnes sprawia, że jest świadoma każdego wypowiedzianego słowa, każdej sylaby, która wypływa z jej ust, i to uczucie w jakiś niewytłumaczalny sposób przechodzi do centrum językowego w jej mózgu. Między wargami a mózgiem powstają mikrowyładowania elektryczne, które powodują, że Anna traci pewność siebie. A tego po prostu nie znosi, ponieważ jąkanie się nie ma, do cholery, nic wspólnego z niepewnością.

Oddychaj, oddychaj…

Zerka w lusterko wsteczne, zauważa, że ma ściśnięte szczęki, czego też bardzo nie lubi. Ciemne włosy i oczy odziedziczyła po ojcu, nieco spiczasty nos także, ale tę zgorzkniałą minę definitywnie po matce. Macha głową, żeby to z siebie strząsnąć, i jednocześnie sama siebie próbuje przekonać, że postępuje właściwie, słuchając zaleceń pedagoga szkolnego, żeby wykazać dużą cierpliwość i unikać konfrontacji. Cholernie proste dla kogoś, kto spotyka się z Agnes raz w tygodniu na godzinę i nie musi z nią mieszkać…

Oddychaj…

Las coraz gęściej otacza drogę, a Milo, skomląc nerwowo, skrobie łapami o boczną szybę samochodu. Pies to pomysł Håkana. W czternaste urodziny Agnes Håkan po prostu stanął w drzwiach ze szczeniakiem na rękach. Oboje obiecali sobie, że nigdy nie ulegną stereotypom. Że będą trzymać wspólną linię i nie przybiorą ról dobry glina – zły glina. A jednak tak się stało.

Håkan uchodził za tego wesołego, kochającego tatusia, a jej, zupełnie nie wiadomo dlaczego, przypadła rola powielająca najgorsze stereotypy – tej mało sympatycznej i gderliwej matki, która cały czas zrzędzi o zasadach i odpowiedzialności. I która tak nie lubi zwierząt, że własnej córce nie pozwala na szczeniaczka. Dlatego dała za wygraną – wpuściła kundla do domu tylko po to, by pokazać, że też potrafi być fajna i spontaniczna.

Nie pomogło.

Milo zaczyna popiskiwać, tym razem głośniej, tak jakby w cieniu drzew zobaczył coś, co tylko pies może dojrzeć. Może zające. Ten głupi kundel ma bzika na ich punkcie i może gonić je godzinami, jeśli uda mu się uciec, co zresztą zdarza mu się dość często. Terier jest hiperaktywny, rozpuszczony i traktuje Annę jak powietrze. Bierze przykład z Agnes. Jednak trzeba mu przyznać, że Agnes kocha nad życie. A ona jego. Czasami Anna łapie się na tym, że jest nawet trochę zazdrosna, choć to przecież niedorzeczne.

Droga prowadzi coraz głębiej w las, mieniąca się kolorami gęstwina liści szczelnie zasłania niebo, i mimo że Anna jeszcze chwilę temu była prawie pewna, że dojechały już na szczyt zbocza, droga wciąż wije się w górę.

– Ciebie też bolą uszy? – pyta Anna najbardziej neutralnym głosem, na jaki ją stać.

– Mhm – mamrocze Agnes pod nosem, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

Po około pięciu minutach skręcają i powoli wjeżdżają na długie podwórze otoczone z obu stron gęstym lasem. Drzewa stoją tak blisko siebie, że odsłaniają tylko mały skrawek nieba. Po lewej widać długą, przechyloną szopę, a po przeciwnej stronie, bliżej zbocza, stoi piękny stary dom z cegły. Przy budynku dostrzegają zaparkowany ciemny samochód. Kiedy podjeżdżają bliżej domu, widzą, między parterem a pierwszym piętrem, pomalowany na biało kawałek ściany w kształcie prostokąta, na którym wyryta jest data: „1896 rok”, a pod spodem ozdobny napis: „Twierdza Mistrza”.

Samo miejsce i dom wyglądają nawet lepiej niż na zdjęciach, a jednak Anna czuje jakieś podenerwowanie. Umiejscowione gdzieś w przeponie, niejasne uczucie niepokoju, którego nie poznaje ani nie potrafi nazwać.

Kiedy zwalniają, popiskiwanie Milo przechodzi w pełne podniecenia szczekanie. Pies zaczyna dziko drapać łapami o szybę i rzucać się, jakby chciał ją wybić.

– Co się z tobą dzieje? – Agnes próbuje go przytulić, ale pies się wyrywa i znów rzuca się na szybę, na której zostawia plamę śliny. – Uspokój się, Milo! – Agnes chwyta go za obrożę, lecz pies się wyrywa i szczerzy zęby. Komórka Agnes wpada między siedzenia. – Milo, wstydź się!

Jej podniesiony głos powoduje, że Milo się uspokaja. Zsuwa się na podłogę i chowa głowę za torbą ze sprzętem fotograficznym.

– Nigdy tak się nie zachowywał – stwierdza Agnes nieco płaczliwie. – Nigdy!

– Może chce mu się siku – odpowiada Anna. – Wypuść go, a zobaczysz.

Ale kiedy drzwi samochodu się otwierają, pies prześlizguje się między nogami Agnes i znika między drzewami.

– Milo, Milo, chodź tutaj! – Agnes zdejmuje torbę i biegnie za psem, aż żwir rozpryskuje się jej pod stopami.

Anna stoi przy samochodzie. Nie ma dzisiaj ochoty ganiać za Milo. Poza tym to przecież pies Agnes, nie jej.

Słyszy dochodzące z lasu szczekanie, a zaraz potem nawoływania Agnes. Nie może się oprzeć myśli, że dobrze jej tak. Głupi pies.

Spogląda na zaparkowany samochód. Świeżo umyty passat, najnowszy model. Żadnych fotelików dziecięcych, pudełek po McDonaldzie czy osłon przeciwsłonecznych z Kubusiem Puchatkiem. Jedynie puszka wody Ramlösa w zagłębieniu między siedzeniami, która wskazuje na to, że samochód ma właściciela.

Anna przeciąga się i bierze kilka głębokich wdechów. Jesienne powietrze jest rześkie i czyste, pachnie ziemią, a wilgotne liście niczym całun spowijają nieprzyjemne uczucia i zastępują je pełnym napięcia oczekiwaniem. Już są na miejscu. W swoim nowym domu. Anna jeszcze raz utwierdza się w przekonaniu, że Tabor jest jeszcze ładniejszy niż na zdjęciach, co mimo ponurego nastroju Agnes i próby ucieczki psa jest całkiem niezłym początkiem tej… „ucieczki”, szepcze Håkan, zanim Anna zdąży go powstrzymać.

Ogród jest starannie zagrabiony, droga dopiero co wysypana żwirem, a okna, drzwi i ściany domu świeżo pomalowane. Kilka jaśniejszych dachówek oznacza, że były niedawno wymieniane. Ten stary piękny budynek z cegły ma dwoje drzwi. Jedne duże, dwuskrzydłowe, tuż za rogiem – to główne wejście. Jednak stalowa barierka zamknięta na dużą kłódkę świadczy o tym, że od dawna są nieużywane. Drugie drzwi znajdują się po lewej stronie budynku, zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie stoi Anna. Są zielone. Prowadzą do nich metrowej szerokości wytarte kamienne schody. Zanim Anna zdąży się ruszyć z miejsca, drzwi się otwierają i z domu wychodzi mężczyzna mniej więcej w jej wieku.

Około metra osiemdziesięciu wzrost, w okularach z czarnymi oprawkami. Ma na sobie marynarkę, krawat i dżinsy zamiast spodni od garnituru.

– Ty musisz być Anna Vesper, prawda? – pyta i wyciąga rękę na powitanie. – Lars-Åke Gunnarsson. Gunnarsson jak moja kancelaria prawna. Ale mów mi Lasse, jak wszyscy.

Anna poznaje niski głos Gunnarssona z wczorajszej rozmowy telefonicznej, jednak coś jej w nim nie pasuje. Mów-mi-Lasse ma taką minę, jakby odgadł jej wątpliwości.

– Spodziewałaś się pewnie kogoś starszego, prawda? Nie ty jedna. Ludzie zaczęli mylić mnie z ojcem, zanim jeszcze skończyłem trzydzieści lat. To pewnie dlatego, że przez wiele lat wspólnie prowadziliśmy kancelarię i mieliśmy ten sam numer telefonu.

Mężczyzna uśmiecha się, pokazując zęby, które byłyby nienaturalnie symetryczne i porcelanowo białe, gdyby jego kancelaria znajdowała się w Sztokholmie, a tak są zupełnie normalne jak na mężczyznę zbliżającego się do pięćdziesiątki.

– Teraz tata gra w golfa na Majorce, a ja doglądam interesu.

Znów się uśmiecha, więc Anna odwzajemnia mu się tym samym.

Właściwie to nieszczególnie lubi adwokatów i prawników, ma już wystarczająco dość swojego własnego. Ale Mów-mi-Lasse sprawia, że trudno go nie polubić. W dodatku z tą nienaturalnie zaczesaną na bok grzywką jest podobny do postaci z obrazka na tubce z pastą kawiorową.

Anna rzuca okiem na jego lewą dłoń. Nie ma obrączki ani najmniejszego śladu po niej. Na wpół nieświadomie przesuwa kciukiem po wewnętrznej stronie swojego palca serdecznego lewej ręki. I wydaje jej się, że choć minęły już prawie dwa lata, wciąż czuje małe wgłębienie.

– To miło, że chcecie mieszkać tutaj, a nie w samym miasteczku. Tabor to miejsce szczególne. – Mów-mi-Lasse uśmiecha się i robi ręką ruch w kierunku budynku, tak jakby był pracownikiem agencji nieruchomości, a nie prawnikiem rodzinnym. – Nie pamiętam, czy ci mówiłem przez telefon, ale został zbudowany w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym roku jako dom misyjny. Legenda głosi, że pewien pastor wyleczył chore dziecko właściciela ziemskiego i w dowód wdzięczności dostał kawałek ziemi i materiał na budowę domu. Ale to tylko legenda. Kiedy pod koniec dziewiętnastego wieku odrodzenie religijne przybrało na sile, domy misyjne zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu, w każdej, nawet najbardziej zapadłej dziurze. Tu w gminie były aż trzy, ale do dzisiaj pozostał tylko Tabor. Wejdziemy do środka?

– Muszę chyba poczekać na córkę… Pies jej uciekł.

Anna słyszy z lasu szczekanie psa i nawoływania Agnes. Może powinna sprawdzić, co się tam dzieje, i zaoferować pomoc, jednak, szczerze mówiąc, wcale jej nie przeszkadzała krótka przerwa od Agnes i jej pasywno-agresywnego zachowania.

– Może najpierw przejdźmy do kuchni. Drzwi wejściowe zostawię otwarte, żeby córka mogła do nas dołączyć – proponuje Mów-mi-Lasse, tak jakby czytał w jej myślach.

Anna waha się przez chwilę.

– Świetnie – odpowiada z uśmiechem.

Wchodzą do przedsionka z kilkoma parami niskich drzwi i kierują się na lewo do kuchni. W środku Tabor jest równie piękny jak na zewnątrz. Grube ściany z cegły, belki pod sufitem, stara podłoga z desek i okna ze szprosami. Na środku kuchni pali się kominek. Mów-mi-Lasse musi tu być już od jakiegoś czasu, bo w pomieszczeniu rozchodzi się przyjemne ciepło i zapach drewna, a cały dom emanuje kojącą energią.

– Dom i ziemię, zaraz po drugiej wojnie światowej, zakupiła rodzina Vidje. Ruchy religijne już dawno wtedy wybrzmiały i budynek stał pusty. Kawy? – Mężczyzna wskazuje na nowy ekspres.

– Dziękuję, bardzo chętnie.

Nalewa kawy do dwóch kubków z Höganäs, które wyjmuje z szafki.

Anna się rozgląda. Dochodzi do wniosku, że kuchnia też musiała być odnowiona, podobnie jak dom z zewnątrz. Drzwiczki do szafek i blaty wyglądają wprawdzie na wiekowe, ale oprócz aromatu kawy wyraźnie czuć zapach farby i kleju.

– Przez wiele lat Tabor służył za mieszkanie dla robotników. Rodzina Vidje posiadała, podobnie jak teraz, lasy i sady, więc zatrudniano sezonowych pracowników, którzy musieli gdzieś mieszkać.

Anna upija z kubka łyk kawy i spogląda przez okno. W lesie panuje cisza i spokój. Zaczynają ją gryźć wyrzuty sumienia, rodzi się w niej niepokój. Dlaczego nie pomogła Agnes złapać tego głupiego kundla? Przecież to będzie teraz ich nowy dom. Ich nowy początek.

– A później, przez ponad dwadzieścia lat, służył jako atelier – kontynuuje Mów-mi-Lasse.

Anna uświadamia sobie, że musiała stracić kawałek z jego opowieści.

– O ile dobrze pamiętam, mówiłaś, że mieliście w domu jednego Karla-Jo, prawda?

Anna kiwa głową.

– W pokoju gościnnym u moich rodziców wisiała jedna z jego litografii. Czasami tam się zakradałam, siadałam przed obrazem i wpatrywałam się w niego, bo tak mi się podobał. – Anna wstaje, bierze wdech.

„Karl-Jo też się jąkał”, słyszy w głowie słowa ojca. „Więc jak widzisz, to w niczym nie przeszkadza”.

– Co się stało z tą litografią? – pyta Mów-mi-Lasse. – Dzisiaj może być sporo warta.

Anna wzrusza ramionami.

– Kiedy miałam dziesięć lat, rodzice się rozwiedli. Tata zabrał obraz i już nigdy go nie widziałam.

Ojca też nie, dodaje w duchu.

– Szkoda. – Prawnik wciąga powietrze przez zęby. – Jak pewnie wiesz, Karl-Jo zalicza się do najwybitniejszych artystów swego pokolenia, więc ceny za jego prace stale rosną. W zeszłym roku jego obraz sprzedał się w Bukowskim za prawie cztery miliony koron.

Anna słyszy motor i wygląda przez okno. Samochód terenowy zbliża się wolno w kierunku podwórza. Stary model, ma pewnie jakieś dziesięć, piętnaście lat. Zatrzymuje się na skraju lasu, gdzie znikli Agnes i pies. Z oddali słychać szczekanie Milo. Kierowca wyskakuje z samochodu, ale porusza się tak szybko, że Anna nie zdąża mu się przyjrzeć, nim ten zniknie między drzewami. Ma na sobie płaszcz nieprzemakalny, kalosze i czapkę z daszkiem.

– Pewnie widziałaś na planie, że w domu są dwie sypialnie, pralnia, gabinet i salon na parterze, ale zacznijmy od góry, od sali kazań.

Wydaje się, że Mów-mi-Lasse nie zauważył samochodu. Otwiera jedne z wielu drzwi w przedsionku, za którymi kryją się strome schody. Z pokoju na piętrze pada mocne światło. Niemal zupełnie zamazuje górne stopnie. Prawnik robi zapraszający gest, ale Anna się waha. Minęło już prawie dziesięć minut, odkąd Milo zniknął. Absolutnie powinna iść i zobaczyć, co się dzieje z Agnes, szczególnie teraz, kiedy pod lasem zatrzymał się jakiś samochód. Znów słyszy szczekanie psa.

– Chwileczkę – mówi, kierując się do drzwi wyjściowych, i staje na progu. Mruży oczy i próbuje coś zobaczyć między drzewami.

Dostrzega jakiś ruch. To Agnes wychodzi z lasu. Obok niej idzie mężczyzna w płaszczu nieprzemakalnym. Trzyma Milo pod pachą, a pies, zamiast się wyrywać, jak to robią zazwyczaj teriery, jest zupełnie spokojny. Zatrzymują się przy samochodzie i prowadzą ożywioną rozmowę. Po chwili Agnes otwiera torbę, wyjmuje aparat fotograficzny i zaczyna robić zdjęcia mężczyźnie i psu.

– Agnes! – Anna właściwie nie wie, dlaczego ją woła, i zanim jeszcze zdąży zamknąć usta, już żałuje swojej decyzji.

Ku jej zdziwieniu Agnes podnosi rękę i macha do niej. Robi kilka zdjęć i razem z mężczyzną kierują się w stronę do domu.

Mniej więcej w połowie drogi mężczyzna stawia Milo na ziemi. A pies, zamiast biec prosto w las, wlepia w niego wzrok i skacze radośnie wokół jego lewej nogi. Jest zabłocony, ma otwarty pysk i wywieszony język. Agnes cały czas ich fotografuje. Kiedy podchodzą bliżej, Anna zaczyna rozumieć dlaczego. Mężczyzna ma dość surowy wygląd, co razem z czapką z daszkiem, płaszczem nieprzemakalnym i flanelową koszulą w kratkę czyni z niego szwedzką wersję Marlboro Mana. Wygląda na mniej więcej sześćdziesiąt lat, ma dobrze zbudowane ciało i lekkość w ruchach, jakby był przyzwyczajony do życia w otoczeniu natury. Coś w jego spojrzeniu mówi Annie, że jest znacznie starszy, niż się wydaje.

– Klein – przedstawia się mężczyzna, kiedy podchodzą do drzwi.

Ma surowy, mocny uścisk. Szorstkie dłonie. Twarz gładko ogoloną, tak jak jej dziadek, bez cienia zarostu.

– Popatrz na Milo, mamo. – Agnes wskazuje na teriera, który siedzi przy lewej nodze Kleina, ze wzrokiem wbitym w mężczyznę. – Jeszcze nigdy go takiego nie widziałam.

Jej ton głosu zadziwia Annę. Agnes brzmi niemal… radośnie.

– Ma pan dobrą rękę do psów – mówi Anna.

Klein kiwa głową. Jego twarz jest nienaturalnie sztywna, prawie jak maska.

– A więc to pani zastąpi Henry’ego Morella. – Jego wypowiedź to raczej stwierdzenie niż pytanie. Mężczyzna wygląda, jakby chciał powiedzieć coś więcej, ale Mów-mi-Lasse mu przerywa.

– Dobrze, że już jesteś, Klein! Właśnie chciałem Annie pokazać salę kazań. – Prawnik odwraca się do Anny. – Klein jest zarządcą majątku Elisabet Vidje. Jeśli będzie jakiś problem z domem albo będziecie czegoś potrzebowały, dzwońcie do niego. Änglaberga leży zaledwie kilometr stąd, przy głównej drodze, więc Klein może tu być niemal natychmiast, prawda, Klein?

Klein robi grymas, który sugeruje odpowiedź twierdzącą, potem patrzy w głąb lasu, a Mów-mi-Lasse przedstawia się Agnes. Anna słyszy, jak oznajmia, że ma syna w jej wieku, a potem zaprasza do środka.

– Uważajcie na schodach, są strome. – Mów-mi-Lasse idzie jako pierwszy, prowadząc wszystkich po drewnianych schodach na piętro.

Poręcz po jednej stronie jest tak wytarta, że wygląda, jakby była polakierowana. Pod poręczą, na jej ostatnim odcinku, widać owalne plamy po farbach w wielu kolorach i Annie zajmuje chwilę, zanim uświadamia sobie, że to odciski palców.

Światło padające z piętra staje się coraz mocniejsze, a na szczycie schodów jest tak mocne, że cała czwórka musi się zatrzymać na chwilę, żeby przyzwyczaić wzrok.

Sala kazań jest niespotykanie wysoka i zajmuje całe piętro. Trzy ściany, podłoga, spadzisty dach, kolumny i stare belki pod sufitem pomalowane są na biało, a duże okno w kształcie łuku, po przeciwnej stronie sali, jeszcze bardziej wzmacnia sakralny charakter tego miejsca. Szyby między szprosami wprawdzie nie są kolorowe, ale to w niczym nie przeszkadza.

– Twierdza Mistrza. – Mów-mi-Lasse uśmiecha się i robi ruch ręką.

Dom musi stać na skraju skały, bo z okna nie widać ogrodu, jedynie niebo i korony drzew, a trochę dalej lasy, pola i wioski spowite lśniącą jesienną kołdrą, na całej długości – aż po horyzont.

Anna widziała już ten krajobraz na zdjęciach, które jej przysłał, a mimo to widok wciąż ją zachwyca. To już prawie trzydzieści lat, jak po raz ostatni wkradła się do pokoju gościnnego rodziców, żeby podziwiać litografię. A jednak pamięć natychmiast powraca. Kolory, głębie, i to uczucie spokoju. Poczucie bezpieczeństwa.

– Wow – wzdycha Agnes i wyjmuje aparat, a Anna nie jest pewna, czy to ton głosu córki, światło, czy może eksplozja kolorów panoramy, która się przed nimi rozpościera, chwytają ją za gardło ze wzruszenia.

To był dobry wybór, myśli, podczas gdy aparat Agnes z zapałem pstryka zdjęcia. Wszystko się ułoży. Powtarzała już te słowa, jak mantrę, wiele razy w ciągu ostatnich tygodni, ale dopiero teraz zaczyna w nie wierzyć.

– Dach Skanii – żartuje Mów-mi-Lasse. – Przy naprawdę dobrej pogodzie za pomocą mocnej lornetki można zobaczyć filary mostu Öresund. A to ponad siedemdziesiąt kilometrów stąd…

Mów-mi-Lasse pozwala Agnes jeszcze przez chwilę pstrykać zdjęcia krajobrazu, a potem dalej oprowadza je po sali kazań. Wyjaśnia, że te strome schody, którymi właśnie weszli, służyły kiedyś za tajemne przejście dla kaznodziei do mieszkalnej części domu. Potem pokazuje nieco już zachrypnięte, stare, ale wciąż jeszcze działające organy, a następnie główne schody, które prowadzą w dół, do zamkniętych na kłódkę drzwi wejściowych. Aparat Agnes zwraca uwagę na każdy szczegół, a Anna desperacko szuka w sobie poczucia bezpieczeństwa. Wmawia sobie, że to właśnie to miejsce.

– Jak już pisałem w mailu, Tabor to jedna z najatrakcyjniejszych nieruchomości w całej Skanii – stwierdza Mów-mi-Lasse. – W ciągu ostatnich lat Elisabet Vidje dostawała mnóstwo propozycji kupna domu. Szczególnie wytrwały był jeden kupiec z Abby. Ale Elisabet zawsze mówiła nie i to niezależnie od tego, jakie pieniądze jej oferowano. Prawda, Klein?

Mężczyzna nie odpowiada. Tylko stoi, niemalże nieruchomo, tuż przy schodach.

Mów-mi-Lasse i Agnes przechodzą na lewą stronę sali, gdzie kiedyś musiał stać ołtarz, Anna idzie za nimi. Tymczasem Klein zostaje przy schodach i wygląda, jakby nie miał ochoty ruszyć się z miejsca. Milo siedzi przy jego lewej nodze, wpatrzony weń oddanym i pełnym podziwu wzrokiem, którego Anna nigdy przedtem u tego psa nie widziała. Klein milczy. A jednak w jego zachowaniu jest coś, co budzi w Annie jej policyjną czujność. Wygląda, jakby bardzo się wysilał, żeby pod tą sztywną maską coś ukryć.

– Co to za obraz? – słychać Agnes z drugiego końca sali. – Czy to malarstwo ołtarzowe?

– Nie, powstało później. Znasz Karla-Jo?

– Karla-Johana Vidje? – pyta Agnes takim głosem, jakby poczuła się urażona. – No pewnie. Uczyliśmy się o wszystkich wielkich artystach. Chodzę do szkoły o profilu artystycznym. – Agnes zamyka aparat i rzuca w kierunku Anny pełne wściekłości spojrzenie. – To znaczy chodziłam…

Kwaśny ton głosu Agnes powoduje, że w głowie Anny pryska iluzja poczucia bezpieczeństwa i znów pojawia się ten dręczący niepokój.

– Świetnie. – Mów-mi-Lasse uśmiecha się, nie zważając na ton Agnes. – To pewnie wiesz, że Tabor to było jego atelier aż do czasu choroby, kiedy już nie mógł malować. Na poręczy wciąż jeszcze są jego odciski palców. – I Mów-mi-Lasse wskazuje ręką na schody. – Ten obraz był ostatnim, jaki namalował – kontynuuje, podczas gdy aparat Agnes znów zaczyna pstrykać zdjęcia. – Karl-Jo poważnie zachorował na oczy i prawie zupełnie stracił wzrok. Jednak nie chciał się stąd wyprowadzić, zanim nie skończył tego malowidła. A zajęło mu to prawie dziesięć lat.

Anna podchodzi bliżej. Powoli, niemalże wstrzymując oddech. Malowidło jest ogromne, ma blisko sześć metrów szerokości i trzy metry wysokości. Zajmuje całą ścianę. Przedstawia jezioro otoczone lasem. Głazy i ostre skały zamknięte jesiennymi drzewami pod niespokojnym niebem. Przytłumione barwy, powierzchnia wody prawie zupełnie ciemna. Gdzieniegdzie białe krople deszczu niepokoją czarne lustro wody, łamią odbicia koron drzew i skał, tworząc nowe formy. Kształty się zmieniają, kiedy się do nich zbliżyć, i powodują, że woda wydaje się jakby żywa. Anna nie za bardzo zna się na malarstwie, jednak domyśla się, że musi się za tym kryć wielki talent. Zafascynowana, przesuwa się nieco do przodu. Im bliżej podchodzi, tym wrażenie ruchu jest silniejsze, jednocześnie wzbudzając w niej uczucie niepokoju. Robi, co może, żeby je od siebie odpędzić. Nie chce wiedzieć, co ma jej do powiedzenia.

Odgłosy z sali wyrywają ją z zamyślenia, rzuca wzrokiem za siebie. Klein robi kilka kroków i staje przodem do malowidła z rękami złożonymi jak do modlitwy. Ma ściśnięte szczęki, ciemne oczy. Cienka skóra na czole i policzkach uwydatnia jego kości, tak jak u Håkana w ostatnich tygodniach życia.

„Błagam, Anno, pomóż!”.

„Pomóż mi!”.

Niepokój przenika jej pancerz ochronny, wciska się w jej świadomość jak wiejący jesienny wiatr i szepcze jej własnym głosem, że wszystko – ta przeprowadzka, ta nowa praca, to nowe życie jej i Agnes – że wszystko to jedna wielka pomyłka.

2.

28 sierpnia 1990

Bruno i Alex przyjechali pierwsi, zresztą jak zawsze. Alex zaparkował swojego czarnego eskorta przy barierce, która zamykała małą żwirową drogę. Siedzieli jeszcze przez chwilę w samochodzie przy otwartym dachu i szybach, słuchając muzyki.

Mimo iż noce robiły się coraz chłodniejsze, a liście gdzieniegdzie zaczynały już zmieniać barwę na żółtą, lato wciąż jeszcze trwało w swojej krasie. Wydarło jeszcze kilka dni, zanim skapitulowało przed tym, co nieuniknione. A to z kolei oznaczało, że już najwyższy czas na ich coroczny rytuał. Na ostatnią letnią kąpiel w ich tajnym kąpielisku, w kamieniołomie w Mörkaby.

Umówili się z Simonem, że spotkają się o wpół do trzeciej przy barierce, ale z góry wiedzieli, że się spóźni.

– Co za palant. Mieszka najbliżej, a się spóźnia – powiedział Bruno.

– Przecież go znasz – wymamrotał Alex.

Ojciec Bruna lubił mawiać, że ten, kto się spóźnia, nie szanuje czasu innych, toteż Bruno zawsze był pięć minut przed czasem. To dlatego denerwowało go, że Simon jest taki niepunktualny, choć pozostała trójka nie widziała w tym nic złego.

Podkręcili muzykę, wysiedli z samochodu, zapalili papierosa, każdy swojego, i wysikali się pod drzewem. Właściwie to ani Bruno, ani Alex nie palili. Paczka papierosów, która leżała w samochodzie, należała do dziewczyny Alexa, Cariny, ale to też był pewien rodzaj rytuału. Coś, co robili razem w takie leniwe dni jak ten. Kiedy skończyli i niedopałki wcisnęli nogą w ziemię, nie bez oporów, postanowili, że wezmą torby i podejdą pieszo te pięćset metrów, jakie dzieliły ich od kamieniołomu.

Wąska żwirowa ścieżka wiła się w górę, torby były ciężkie i Bruno zdążył się już porządnie spocić, zanim wszystko dotaszczyli do lewej ściany – ich stałego miejsca biwakowania. Alex jak zwykle wyglądał, jakby się w ogóle nie zmęczył. Kiedyś Bruno zazdrościł Alexowi. Jego ciała, które było mu we wszystkim posłuszne, jego pewności siebie i tego, jak inni na niego patrzą. Jednak z czasem Bruno pogodził się z sytuacją. Przecież Alex to jego najlepszy kumpel, a to oznaczało, że trochę tego splendoru spływało i na niego. Sprawiało, że Bruno był niepodważalnym numerem dwa w ich nieoficjalnym rankingu. W każdym razie on tak to widział.

Kiedy zdążyli rozłożyć pierwszy namiot, na polanie w dole pojawił się pomarańczowy crescent Simona.

– Świetny timing – wymamrotał Bruno do Alexa, kiedy go zobaczyli.

Alex wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.

– Sorry, ale musiałem zadzwonić do jednego gościa – wyjaśnił Simon zdyszany, kiedy dotarł do kamieniołomu i zrzucił z pleców futerał z gitarą.

– Zabrałeś „Wiadomości Wieczorne”? – zapytał Bruno kwaśnym tonem.

Jego ojciec zawsze używał tego sformułowania, jeśli tylko ktoś się spóźnił, choćby o minutę. Właściwie może i głupio to zabrzmiało, ale było mu gorąco i był w nie najlepszym humorze, a poza tym miał już dość tych idiotycznych wykrętów Simona.

Ku irytacji Bruna Simon to zupełnie zignorował.

– Kiedy będą dziewczyny?

Alex wyjrzał z namiotu.

– Carina kończy o czwartej. Marie ma ją zabrać i przyjadą prosto tutaj, więc pewnie najpóźniej o wpół do piątej.

– Okej. A tak na marginesie, to jak tam? Teraz jesteście razem w tygodnie parzyste czy nieparzyste? Nigdy nie mogę się w tym połapać…

W odpowiedzi Alex zaśmiał się szyderczo i pokazał Simonowi środkowy palec.

Bruno też nie chciał być gorszy i zażartował złośliwie:

– To musi być niezła robota, podcierać tyłki staruchom. Carinie to nie przeszkadza?

– To przynajmniej prawdziwa robota – odciął się nieoczekiwanie Alex, czego Bruno zupełnie się nie spodziewał.

– O co ci chodzi? Przecież ja też przez całe wakacje zapieprzałem – zaczął się bronić.

– W restauracji ojca, co? To się nie liczy – stwierdził Alex.

– A niby dlaczego?! – Bruno był wściekły. To przecież Simonowi powinni utrzeć nosa, nie jemu.

– Bo szefem jest twój ojciec – wtrącił się Simon. – Więc to jasne, że cię nie wywali. I raczej marne szanse, że będzie ci kazał podcierać tyłki. Chyba że tyłek twojego fantastycznego starszego braciszka, co?

Alex zarechotał i dał Simonowi kuksańca w ramię. Bruno poczuł, jak robi się cały purpurowy.

– Przynajmniej mój ojciec nie jest stuknięty – zasyczał.

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że posunął się za daleko.

Simon obrzucił Bruna wściekłym wzrokiem, ale się nie odezwał. Nagły podmuch wiatru poluzował jedną stronę namiotu, która zaczęła trzepotać, za moment jednak wszystko ucichło i nastała przytłaczająca cisza.

– No, dziewczynki, czy nie jesteśmy czasem trochę za starzy, żeby się bawić w czyj-tatuś-lepszy? – rzekł Alex, kiedy cisza trwała już zbyt długo. – Chyba tak się bawiliśmy w przedszkolu? Przecież wiecie, że zawsze z wami wygram, bo Henry jest i silniejszy niż wasi zniewieściali tatusiowie, i do tego ma pistolet – dodał dziecinnym głosem, zanim wyjął z lodówki turystycznej zimne puszki z piwem. – Macie, pijcie! Na zgodę!

Otwierane puszki zasyczały i atmosfera od razu się polepszyła.

– Sorry, że tak… – wymamrotał Bruno do Simona.

– Spoko – odparł Simon. – To ja zacząłem. Poza tym Alex ma rację. – I Simon zrobił gest puszką piwa. – To jasne, że Henry jest groźniejszy niż nasi ojczulkowie razem wzięci. Zobaczcie, jakiego jaskiniowca sobie wyhodował. Byczy kark, łapy jak u goryla, brakuje mu tylko uszu jak liście kapusty.

Simon i Bruno zarechotali.

– Walcie się! – Alex dopił swoje piwo, demonstracyjnie beknął, podniósł się i zgniótł puszkę w dłoni.

– Dobra. To teraz przyniesiemy resztę gratów z samochodu i jeśli szybko rozłożymy namiot Simona, to zdążymy się jeszcze wykąpać, zanim przyjadą dziewczyny.

Kiedy na polanie pojawiły się Carina i Marie z plecakami i torbami plastikowymi, chłopaki właśnie wkładali kąpielówki.

Alex postawił swój ogromny magnetofon na skale i w kamieniołomie zadudnił Def Leppard.

Bruno i Simon szybko się ubrali, przyciszyli muzykę i zeszli na dół, żeby wyjść dziewczynom naprzeciw. Właściwie to obaj nie mieli nic przeciwko temu, by uniknąć skakania ze skały. Kamieniołom był przepastnie głęboki, a tafla wody mała, więc woda nigdy nie była porządnie ciepła. Natomiast Alexa wcale nie przerażała myśl o lodowatej wodzie. Pobiegł boso ścieżką na drugi koniec kamieniołomu i wprawnymi ruchami zaczął się wspinać na stromy uskok skalny.

Kiedy Bruno i Simon pomagali dziewczynom wnosić plecaki, Alex stał na najwyższym uskoku i czekał. Tafla wody, jakieś siedem czy osiem metrów pod nim, była ciemna i gładka, popołudniowe słońce oświetlało ścianę i spowijało złotem jego opalone i muskularne ciało.

Bruno, Simon i dziewczyny stali i patrzyli na Alexa. Żadne z nich jeszcze nigdy nie skakało z najwyższego uskoku, ale wiedzieli, że w linii prostej kilkanaście centymetrów pod ciemną taflą wody znajduje się skała. Wiedzieli to też inni, którzy kąpali się w kamieniołomie, i ciągle opowiadali o ludziach, którzy łamali sobie ręce i nogi podczas nieudanego skoku, i to z mniejszych wysokości. Wiedzieli też, że jeśli popełni się choćby najmniejszy błąd, skacząc z tak wysoka jak Alex, można to przypłacić życiem.

– No skacz! – krzyknęła Marie.

Ale Alex stał nieruchomo. Było jasne, że próbuje to odwlec jak najdłużej.

– No dalej, Alex, skacz! – dołączył się Bruno.

Carina demonstracyjnie odwróciła się tyłem, przykucnęła i zaczęła szukać papierosów w plecaku. Jednak cały czas zerkała na Alexa i uskok.

– Skacz, no skacz…. – zaczął skandować Bruno i pozostali.

Po chwili Carina się wyprostowała i w milczeniu zasłoniła dłonią oczy.

Zrobił się mały ruch, ale Alex właśnie na to czekał. Wziął głęboki wdech, zatrzymał powietrze i wyciągnął ręce przed siebie. Napiął ciało, przez kilka sekund pobujał się na palcach, po czym wziął zamach i z pełną siłą rzucił się w powietrze. W locie złożył ciało w scyzoryk i dotknął palców stóp. Na moment przed spotkaniem z taflą wody wyprostował się i przeciął ciałem jej gładką powierzchnię. Uderzenie było niemalże perfekcyjne, jedynie głuchy plusk. Długi słup wody szybko zamienił się w ciemne kręgi, które powoli rozchodziły się po powierzchni wody, aż do samych brzegów.

Cała czwórka stała w milczeniu ze wzrokiem wbitym w sam środek ciemnych pierścieni. Alexa nie było widać. Pierścienie powoli się rozeszły i woda znów była gładka. Bruno poczuł gulę w gardle.

– Czy on…? – Marie nie dokończyła zdania. Wymieniła tylko pełne niepokoju spojrzenie z Simonem, a potem z Brunem.

Carina niepewnie zrobiła krok w stronę brzegu, a po chwili jeszcze jeden.

– Alex! – zawołała w głąb kamieniołomu. – Kochanie…

W następnej sekundzie czarna tafla wody się załamała i wynurzyła się głowa Alexa, który wziął głęboki wdech, podniósł ręce do góry i wydał z siebie okrzyk zwycięstwa, który poniósł się po całym kamieniołomie.

Carina odwróciła się do Marie i z wściekłością pokazała ruchem głowy na wodę.

– A nie mówiłam? To cholerny niedojrzały idiota!

Bruno zrozumiał komentarz. Setki razy słyszał, jak Carina i Alex się kłócą. Wiedział, że te kłótnie to nieodłączny element ich związku, jednak tego lata w tonie głosu Cariny zauważył coś nowego, coś niepokojącego.

3.

Jesień 2017

– Last one – mówi jeden z Polaków, prawdopodobnie szef całej ekipy, podnosząc karton. Przedstawia się jako Paweł.

– Are you sure I can’t offer you something? – pyta Anna. Specjalnie mówi wolniej, wiedząc, że jąkanie częściej pojawia się wtedy, kiedy mówi w innym języku niż szwedzki.

Mężczyzna podnosi ręce i macha głową.

– No, thank you. Mister Klein told us go back when finish.

– Okay. Thank you so much then.

Paweł nakazuje swoim trzem pracownikom, żeby wsiadali do małego samochodu transportowego na polskich numerach rejestracyjnych. Anna stoi na schodach domu i patrzy, jak tylne światła samochodu oświetlają las.

– Co za obsługa – mówi stojąca za nią Agnes. Nieoczekiwanie jej głos jest wesoły, choć jednocześnie nieco ironiczny. To taka jej forma obrony.

– Całkiem nieźle. – Anna spogląda na zegarek. – Meble i dywany porozkładane, wszystkie kartony przewiezione i rozpakowane jeszcze przed południem. I to już w sobotę.

Wczoraj po południu Mów-mi-Lasse zostawił im klucze, a zaraz potem przyjechał samochód transportowy. Przywiózł łóżka i najpotrzebniejsze rzeczy. Nie rozmawiały wtedy więcej niż to konieczne. Kiedy samochód odjechał, a one zjadły kolację, obstawione meblami i nierozpakowanymi kartonami, Agnes zamknęła się w swoim pokoju z Milo i laptopem i nie wyściubiła nosa aż do ranka następnego dnia, kiedy to Polacy od Kleina wcześnie rano zapukali do drzwi. Anna już nie spała, a Agnes bez marudzenia i narzekania pomogła jej wypakować rzeczy z kartonów. Tak jakby zabiegała o kontakt. Być może to tylko życzeniowe myślenie, ale po nocy spędzonej w Taborze Annie wydaje się, że ich stosunki trochę się poprawiły. Tak jakby ten stary dom miał na nie kojący wpływ.

– Nawet poskręcali meble – dodaje Agnes. – Przynajmniej po domu nie walają się śruby, tak jak kiedy tata… – Agnes nie kończy zdania, odwraca się. Uśmiech gaśnie na jej twarzy, a jej mina, której żadna z nich nie chce, zabija rozmowę.

– Jesteś głodna? – pyta Anna, próbując utrzymać radosny ton głosu. – Jadę na zakupy.

Pytanie zawisa w powietrzu. Agnes nie odpowiada, idzie do swojego pokoju i zamyka za sobą drzwi.

Anna zatrzymuje się przy głównej drodze. Jeśli skręci w lewo, będzie miała około dwudziestu pięciu minut do sklepu w Nedanås, jeśli zaś pojedzie w prawo, do mniejszego Mörkaby, to według Mów-mi-Lasse droga zajmie jej piętnaście minut i, jak ją zapewniał, tam też znajdzie wiejski sklepik. To słowo brzmi tak malowniczo i zachęcająco, że postanawia zaryzykować i skręca w prawo.

W nocy padał deszcz, więc asfalt jest mokry, a po bokach wśród drzew unosi się szary koc jesiennej wilgoci. Droga łagodnie wije się między drzewami, a po mniej więcej kilometrze las otwiera się na płaskowyż pokryty polami.

Na prawo ciągnie się aleja wierzb, na której końcu migoczą kontury zabudowań. Anna mija szyld z napisem „Änglaberga”. To tam mieszka właścicielka domu. I najpewniej zarządca Klein, którego nie zdążyła jeszcze rozgryźć. Był arogancki, na granicy z wrogością. Pytanie tylko dlaczego?

Płaskowyż ciągnie się jeszcze przez kilka minut, Anna mija pojedyncze zagrody i wjeżdża w gęsty las. Asfaltowa droga robi się coraz bardziej kręta. Od czasu do czasu, zupełnie bez ostrzeżenia, odchodzą od niej małe boczne dróżki, słabo widoczne w jesiennej mgle. Większość z nich jest tak wąska, że ledwo mogą pomieścić samochód, niektóre przedzielone są pośrodku zieloną linią traw. Dróżki, mgła i ostre zakręty powodują, że Anna jedzie bardzo ostrożnie. Od czasu do czasu wyprzedza ją jakiś samochód pędzący powyżej dozwolonej szybkości, jakby zupełnie nie obchodziła go pogoda i kiepska widoczność. Ostatni trąbi na nią nerwowo przy wymijaniu.

Dokładnie piętnaście minut po tym, jak wyjechała z domu, zauważa wyłaniającą się z mgły białą wieżę kościoła. Chwilę potem kilka domów i szyld, który informuje, że właśnie wjechała do Mörkaby i że znajduje się tu najwyżej położony kościół w całej Skanii.

Sama wioska to w gruncie rzeczy jedynie skupisko domów ustawionych wokół skrzyżowania w kształcie litery T. Do jednego z nich prowadzi dziurawa asfaltowa droga. Z przodu budynku stoją reklamy produktów spożywczych i lodów. Niezupełnie odpowiada to obrazowi wiejskiego sklepiku, jaki Anna sobie wyobraziła.

„A czego się właściwie spodziewałaś?”, kpi Håkan. „Bullerbyn?”.

Sklep jest zamknięty, ale na drzwiach wisi ręcznie napisana kartka z informacją, żeby w razie potrzeby użyć dzwonka. Po chwili pojawia się starsza kobieta w zniszczonej bluzie z logo sklepu.

– Witam, witam! – mówi radośnie i wpuszcza Annę do środka.

Sklepik jest niewiele większy od pokoju gościnnego w Taborze. Stara lada chłodnicza, kilka półek z suchym towarem, różnymi rodzajami papierosów i stojak z gazetami. W środku pachnie plastikową podłogą.

– W czym mogę pomóc? – pyta kobieta. Podniesione na czoło okulary przekrzywiły jej perukę na prawą stronę. Kobieta odgarnia kilka sztywnych akrylowych loków na drugą stronę czoła.

– Chciałabym coś na obiad.

– Mamy świeże jajka. Prosto z kurnika. – Kobieta jeszcze raz poprawia perukę, zanim uzna, że ta leży wystarczająco dobrze.

– Moja córka jest weganką… – mamrocze Anna pod nosem. Przez chwilę zastanawia się, czy jej nie wytłumaczyć, co to znaczy i jakie to niesie za sobą ograniczenia.

– Mamy też świeże buraki, jeśli to może pomóc – proponuje kobieta. – Można je upiec w piecyku i podać razem z serem wiejskim. Oj, nie. Głupio powiedziałam. Przecież weganie nie jedzą sera, prawda? Żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego.

– No nie – mówi Anna, zdziwiona, i potrząsa głową.

– Moja wnuczka jest weganką – kontynuuje kobieta w peruce i puszcza oko do Anny. – Na pewno coś wymyślimy.

Po dziesięciu minutach na ladzie leży góra warzyw, oczywiście w większości uprawianych w okolicy. Oprócz tego świeże jajka i kawałek bekonu, który pachnie bardzo zachęcająco.

– Mam na imię Gunnel – przedstawia się kobieta. – To ty wynajmujesz Tabor?

Anna kiwa głową.

– Skąd wiesz?

– Nieczęsto widujemy tu nowe twarze. A już prawie nigdy nie słyszymy dialektu ze Sztokholmu. – Gunnel przygląda się Annie z zaciekawieniem. – Jesteś policjantką, prawda?

Anna znów kiwa głową, zaskoczona jak szybko roznoszą się tu wiadomości. Przeprowadziła się do Nedanas i zaczęła nową pracę zaledwie miesiąc temu.

– Muszę przyznać, że wszystkich nas to trochę zdziwiło, kiedy dowiedzieliśmy się, że Elisabet Vidje wynajęła Tabor. I to w dodatku policjantce… – dodaje kobieta i jednocześnie pakuje zakupy do torby. – Tabor to dla niej święte miejsce, a poza tym nie pała miłością do policji… I to delikatnie mówiąc.

– Dlaczego?

Uśmiech znika z twarzy Gunnel.

– Myślałam, że wiesz? Nikt ci nic nie powiedział?

– Nie. – Anna marszczy czoło. – A o czym?

– O Simonie. Chłopaku Elisabet i Karla-Johana. Zabił się w kamieniołomie. – Gunnel wskazuje ręką na drogę. – Niedługo minie już trzydzieści lat… Straszna historia.

– Naprawdę? – mówi Anna, zaciekawiona. – Nic nie słyszałam.

Gunnel smutno kiwa głową.

– Biedny Simon. To był dobry chłopak i jaki zdolny… Grał i śpiewał jak anioł. Dziewiętnaście lat… Zakończył życie, kiedy dopiero je zaczynał…

– To okropne – mówi Anna i obserwuje minę Gunnel. – A co się stało?

– Grupka przyjaciół biwakowała w kamieniołomie, jakoś pod koniec lata w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym… Pamiętam, jakby to było wczoraj… – Kobieta ścisza głos. – Obudziło nas z Åkem walenie do drzwi. Tuż przed piątą rano. To był Bruno, chłopak właściciela knajpy, blady jak ściana. Chciał skorzystać z telefonu. Bo zdarzył się wypadek…

Gunnel potrząsa głową i ściąga wargi, tak jakby ostatnie słowo przeszkadzało jej w ustach. Przechyla się przez ladę i kiedy chce powiedzieć więcej, otwierają się drzwi i do środka wchodzi mężczyzna we flanelowej koszuli i spodniach roboczych.

– Hej, Gunnel – wita się i pewnym krokiem podchodzi do półki z papierosami. Jednocześnie z zainteresowaniem przygląda się Annie.

Gunnel się prostuje i dłońmi strząsa bluzę, jakby chciała się pozbyć czegoś nieprzyjemnego.

– Jeszcze coś, Anno? – pyta nieco za głośno.

Po przyjeździe do Taboru Anna przygotowuje lunch, a Agnes ze smętną miną nakrywa do stołu. Po chwili cisza wydaje się nie do zniesienia i Anna opowiada o swojej wizycie w sklepie. O tym, jak była zaskoczona, kiedy okazało się, że Gunnel sporo wie o jedzeniu wegańskim. Ale Agnes nie reaguje. Po chwili, nie zastanawiając się długo, od początku zaczyna opowiadać swoją rozmowę z Gunnel, od przekrzywionej peruki po wypadek Simona Vidje.

– Jak myślisz, czy to malowidło w sali kazań przedstawia kamieniołom?

Agnes patrzy w górę, a kiedy się odzywa, w jej głosie słychać nieoczekiwane zainteresowanie:

– Właściwie to nie wiem.

Anna próbuje ukryć radość, że nareszcie zaczęły o czymś rozmawiać, o czymkolwiek, co nie ma nic wspólnego z Håkanem czy przeprowadzką. Bezpieczny temat, wolny od punktów zapalnych.

– Jeśli chcesz, możemy go poszukać. Gunnel mówi, że jest niedaleko.

– Sprawdzę w Google maps. Ale może poczekamy do jutra, jak będzie mniejsza mgła. Chcę porobić zdjęcia, żeby potem porównać z malowidłem.

– Oczywiście!

Agnes podnosi się, pomaga sprzątnąć ze stołu i bez proszenia zaczyna myć blachę do pieczenia.

Milo jest zdezorientowany, depcze jej po piętach i nie bardzo wie, jak się zachować, jakby zmiana atmosfery zbiła go z tropu. Po chwili wskakuje na leżankę w kuchni i ukradkiem rzuca się łapami na okno wychodzące na ogród. Warczy, jakby coś zobaczył. Anna wygląda przez okno, ale jedyne, co widzi, to duży ogród, drogę wjazdową i mgłę, która rozciąga się między drzewami.

– Głupie psisko – mamrocze pod nosem.

W odpowiedzi otrzymuje nadąsane spojrzenie.

Kiedy naczynia są już pozmywane, Agnes znika w sali kazań. Anna słyszy, jak wyjmuje sprzęt fotograficzny. Statyw, parasolkę odbijającą światło, ekrany, soczewki. Wie, że to wszystko jest cholernie drogie, dobrze pamięta, jak się o to pokłócili z Håkanem.

– Kupujesz sobie jej miłość, czy jesteś tego świadomy? Stawiasz mnie w sytuacji bez wyjścia. A tak na marginesie, to jak cię, do cholery, na to stać?

Teraz to wszystko wydaje się zupełnie bez znaczenia.

Wchodzi po schodach na górę. Przystaje, jakby czekała, aż Agnes ją ofuknie, żeby zostawiła ją w spokoju. Kiedy nic takiego się nie dzieje, podchodzi do okna. Nic nie widać, nawet jeśli pogoda jest trochę lepsza niż wczoraj. Mgła niczym całun pokrywa drzewa, widać jedynie ich szare zarysy. Z oddali migocze rząd czerwonych świateł i Anna uświadamia sobie, że to światełka wiatraków ustawionych na zboczu. Migające rytmicznie prehistoryczne zwierzęta z metalu.

Agnes ustawia aparat przed malowidłem

– Mamo, czy możesz mi podać ten drugi statyw?

Anna stara się nie okazywać, jak bardzo się cieszy, że Agnes próbuje ją zaangażować.

Małymi kroczkami, myśli sobie. Próbuje przywołać Håkana, ale on milczy. To dobry znak, naprawdę. Choć brakuje jej jego głosu.

Podaje Agnes statyw, a potem patrzy, jak córka montuje go wprawnymi ruchami. Znów spogląda na malowidło. Tak samo ciemne niebo, skały i milczący las. Jesienny deszcz, który marszczy taflę wody i zniekształca odbicia.

– Piękne, prawda! – mówi Agnes. – Kolory, nastrój, deszcz, wszystko. Jakby ta woda kryła jakąś tajemnicę. Jakby tam coś było pod powierzchnią. Ciekawie będzie zobaczyć, jak kamieniołom wygląda w rzeczywistości i czy malowidło dobrze to oddaje.

– Mhm. – Anna przekrzywia głowę i uważnie studiuje odcienie ciemnego lustra wody.

– Wygooglowałam obrazy Karla-Jo – mówi Agnes. – Ale nie znalazłam ani jednego podobnego do malowidła, a to znaczy, że nikt go jeszcze nie sfotografował. Może będę pierwsza? Zdjęcia będę mogła dołączyć do portfolio. – Szybkimi, wprawnymi ruchami składa lampy.

Wcześniejsze uczucie nie mija i Annie robi się ciepło na duszy. Damy radę, myśli. Wszystko będzie dobrze.

Håkan wciąż milczy.

Po południu wychodzą z Milo na spacer. Przecinają ogród, tuż obok szopy skręcają w prawo i wąską dróżką kierują się do lasu. Na ziemi leży pełno liści. Brązowo-żółty miękki dywan, który wraz z welonem z mgły połyka odgłos kroków, a nawet pełne podniecenia szczekanie Milo, który rusza do przodu i między drzewami próbuje gonić zapachy i wrażenia, uchwytne tylko dla psów.

Agnes, oczywiście, ma ze sobą aparat. Fotografuje Milo i brązowo-żółty sufit drzew. Co jakieś trzy minuty musi się zatrzymywać, żeby wytrzeć soczewki z deszczu, który jest tak drobny, że aż prawie niewidoczny.

Droga prowadzi do małego, płytkiego strumienia, który płynie w dół zbocza. Milo, biegnąc z prądem, raz za razem chłepce krystalicznie czystą wodę. Agnes biegnie brzegiem za nim i strzela aparatem serię zdjęć.

– Milo, popatrz tutaj! Milo!

Anna robi nieuważny krok, wpada nogą w kałużę i płoszy żabę. Musi kupić kalosze.

– Jak myślisz, dokąd prowadzi ten strumień?

Agnes ma czerwone policzki, ożywiony wzrok. Anna oddałaby wszystko, żeby widzieć ją taką każdego dnia.

– Pewnie w dół zbocza. – Wskazuje na spowitą gęstą mgłą pochyłość. – Tam gdzieś w dole płynie rzeka.

– A może prowadzi do kamieniołomu.

– Być może. Nie znalazłaś nic w Google maps?

Agnes kręci głową.

– Nie, na mapie nie ma żadnego kamieniołomu.

– Trochę dziwne, nie uważasz?

– Może. – Agnes wygląda na zamyśloną. – Może pójdziemy kawałek wzdłuż strumienia i zobaczymy, dokąd nas zaprowadzi?

Anna spogląda na swój mokry but. Skarpetka przemoczona aż po nogawkę spodni. Ale Agnes znów z nią rozmawia, nareszcie jest zaangażowana w coś innego niż telefon i pies. Poza tym Anna sama jest ciekawa tego tajemniczego kamieniołomu.

– Dlaczego nie.

Strumień wije się między drzewami, a kiedy wypełnia się mniejszymi odnogami, robi się szerszy i nieco głośniejszy. Agnes i Milo są zajęci sobą. Anna przystaje co jakieś dwieście metrów, żeby sprawdzić, gdzie są. Czy nie idą za blisko urwiska. Z powodu mgły niewiele widzi, ale wie, że zbocze musi być gdzieś tutaj. Dobrze się orientuje, gdzie jest jaki kierunek. Samo Nedanås leży na północno-zachodnim zboczu. Stamtąd do domu mają ponad dziesięć kilometrów, a teraz idą zboczem od Nedanås, co oznacza, że podążają na południowy wschód. Anna próbuje odczytywać kierunki z natury, tak jak ją uczył Håkan. Mchy porastają północną stronę drzew, a stare konary i gałęzie pochylają się w kierunku południowym. Mrowiska prawie zawsze leżą po południowej stronie drzewa, ale, jak na razie, nie widać ani jednego, choć w zasadzie wcale jej to nie dziwi. W pobliżu nie ma ani jednego iglaka, jedynie wysokie drzewa liściaste o pniach jak zielono-szare kolumny. Stoją gęsto, jedno przy drugim, spowite welonem mgły. Wrażenie jest niesamowite, niemalże upiorne.

„Znajdą cię”, szepcze Håkan bez ostrzeżenia. „Nawet tutaj nie jesteś bezpieczna. Musisz jej w końcu powiedzieć. Obiecałaś mi to”.

Annę przechodzi dreszcz, strząsa z siebie jego głos, by po chwili znów odzyskać spokój i radość z tego, że ona i Agnes robią wreszcie coś razem.

Idą ścieżką wzdłuż strumienia. Po chwili ten mały ciek wody wżyna się w rozmiękłą ziemię i tworzy stromy brzeg. Anna spogląda na zegarek. Kilka minut po piątej, za jakąś godzinę zrobi się ciemno, ale światło zaczyna matowieć już teraz. Teren lekko się pochyla, a one wciąż nie widzą choćby śladu skał ani jakiejkolwiek zmiany terenu, która przypominałaby krajobraz z malowidła. Anna chce zaproponować, żeby wracały do domu, kiedy nagle Milo zaczyna głośno i nerwowo szczekać.

Pies natknął się na jakiś duży dół przy brzegu i zanim zdążyły go zatrzymać, już wskoczył do środka. Szczekanie nie ustaje i mimo iż ziemia trochę tłumi hałas, i tak jest coraz bardziej zajadłe.

– Milo, chodź tutaj! – krzyczy Agnes, ale pies ją ignoruje.

Tylnymi łapami zapiera się mocno, by po chwili zupełnie zniknąć w dole. Szczekanie miesza się z innym odgłosem. Pochrząkiwanie, przechodzące w głośnie syczenie, które z pewnością nie pochodzi od psa.

– Milo! – krzyczy Agnes. Próbuje wejść do dołu za psem, ale traci równowagę i się przewraca. Osuwa się i ląduje prosto w strumieniu. – Cholera!

Milo wciąż szczeka. Głośno i zajadle. Tak jakby się bał, a jednocześnie był zły i podekscytowany. Anna robi kilka kroków do przodu. Wyciąga rękę, żeby pomóc Agnes wstać, kiedy kątem oka dostrzega jakiś ruch. Zieloną sylwetkę przeskakującą strumień i ruszającą w ich kierunku. To wysoki, brodaty mężczyzna w maskującym ubraniu. Jego pojawienie się jest tak zaskakujące, że obie z Agnes stoją jak sparaliżowane. Mężczyzna wskakuje do dołu i tak długo rozkopuje nogami ziemię, aż prawie cały się w niej mieści. Piasek i kamienie sypią się za jego plecami, odgłosy ze środka dochodzą jeszcze przez kilka sekund, lecz po chwili mężczyzna znów jest na zewnątrz. Brodę ma całą w piasku, za tylne łapy trzyma miotającego się i ujadającego Milo. Rzuca psa na ziemię i jakby znikąd wyciąga czarny rewolwer. Milo stroszy sierść i atakuje nogę mężczyzny. Anna popycha Agnes za siebie.

– Nie! – krzyczy Agnes.

Ale mężczyzna nie celuje ani w nie, ani w psa, tylko wskakuje z powrotem do dołu, z którego dochodzi to przedziwne syczenie, z każdą chwilą coraz głośniejsze. I nagle wszystko ucicha.

Mężczyzna powoli wychodzi z dołu. W jednej ręce trzyma pistolet, w drugiej coś szarego. Chowa pistolet pod kurtkę i obiema rękami unosi w górę szary tobołek. Łapy, pazury, czarno-biała trójkątna głowa. Odsłonięte kły w śmiertelnym grymasie.

– Borsuk – mówi mężczyzna dialektem, strzepując z siebie ziemię. – Mógł zażreć kundla.

Kiedy znajduje płaskie miejsce, wyjmuje zza paska scyzoryk. Szybko i sprawnie zaczyna oprawiać zwierzę. Håkan pokazywał Annie, jak to się robi, i raz nawet wypatroszyła zająca. Ale ten mężczyzna to zupełnie inna liga. Wyjęcie wnętrzności borsuka zajmuje mu zaledwie minutę, a kiedy kończy, ręce ma ledwo ubrudzone krwią. Jego palce są zadziwiająco krótkie, paznokcie obgryzione aż do skórek.

Agnes siada obok Milo i przytrzymuje go za smycz, żeby nie grzebał we wnętrznościach, jednocześnie oboje z zafascynowaniem śledzą ruchy mężczyzny. Anna jeszcze nie może dojść do siebie. Przez krótką chwilę myślała, że mężczyzna celował pistoletem w ich kierunku.

– Odważna sabaka.

Mężczyzna pokazuje na Milo, a drugą ręką ściera pot z czoła. Ma potargane włosy i zmierzwioną brodę, spłaszczony nos i szeroko rozstawione oczy, które upodabniają go do jednego z bohaterów filmu o Harrym Potterze. Nierealność sytuacji jeszcze się potęguje, kiedy odzywa się zupełnie niezrozumiałym skańskim dialektem:

– Nie wszystkie kundle mają odwagę wejść do nory borsuka. – Mężczyzna nożem pokazuje przez ramię. – Jestem Mats Andersson, mieszkam w Änglaberdze. – Wyciera nóż o nogawkę spodni i wkłada go do pochwy.

– Witaj, Mats. Jestem Anna Vesper, a to jest Agnes i Milo. Mieszkamy… – Anna czuje, że zaraz się zatnie, więc na sekundę robi pauzę. A w ogóle to mówi się „w” czy „na”?

– W Taborze – kończy za nią mężczyzna, rozwiązując dylemat. – Wiem. Przyjechałyście wczoraj. To dom mojej ciotki, Elisabet Vidje, też mieszka w Änglaberdze. Mój ojciec to Bengt Andersson. – Imię ojca wypowiada w taki sposób, jakby było oczywiste, że powinna go znać. – Co to za rasa? Terier? – Mats odwraca się do Agnes i Milo.

– Mieszaniec, coś pomiędzy jackiem russellem a foksterierem – odpowiada Agnes.

– A niech to szlag, podobny do teriera skańskiego.

Mats wyciąga rękę do Milo, który siedzi między nogami Agnes. Pies unosi górną wargę i szczerzy zęby, ale Mats się nie boi. Po chwili ciekawość Milo zwycięża. Zaczyna obwąchiwać rękę Matsa, a potem ją liże.

– To zapach krwi. Dobry pies myśliwski nie może go nie poczuć. – Mats tarmosi Milo pod brodą, a pies wciąż liże przegub jego ręki.

– Czy mogę ci zrobić zdjęcie? – pyta Agnes i unosi zawieszoną na szyi kamerę.

– Po co? – pyta mężczyzna z pewną ostrożnością w głosie, tak jakby podejrzewał, że Agnes sobie z niego żartuje.

– Po prostu lubię robić zdjęcia. Chcę być fotografem. Poza tym uratowałeś mojego psa. – Agnes włącza ten swój uśmiech, który zawsze działał na Håkana.

Jak widać działa też na Matsa.

– No dobra.

Olbrzym robi się czerwony na twarzy. Nagle wygląda jak nieśmiały kilkunastolatek, a nie czterdziestoletni mężczyzna. Mimo maskującego ubioru, gęstej brody, pistoletu i noża jest w nim coś dziecinnego.

Pozuje z borsukiem w ręku. A nawet odchyla wargę swojej zdobyczy, żeby pokazać te wielkie kły.

– Mogą zmiażdżyć kości – tłumaczy, podczas gdy aparat Agnes pstryka kolejne zdjęcia. – Kiedyś mówiło się, że dobrze jest włożyć skorupki jajka w kalosze, kiedy się idzie upolować borsuka. Na wypadek gdyby chciał ugryźć. Ponoć borsuk nie ugryzie, jak usłyszy trzask skorupek. Ale to głupoty.

Zaczyna chichotać, a Agnes razem z nim.

– Czy mięso borsuków się je? – pyta Anna.

Mats się odwraca. Wygląda na zdziwionego, tak jakby zapomniał, że Anna też tam jest. A potem uśmiecha się szeroko do tego ewidentnie głupiego pytania.

– Nie, do diabła. Mogą mieć pasożyty. Nawet dla kundli mojej siostry muszę gotować takie mięso. Na jesieni borsuki mają dużo tłuszczu. Są pożywne. – Mężczyzna znów się odwraca do Agnes. – Futro sprzedaję. No ale ten tu to dorodny okaz, więc chyba go oprawię.

– Oprawisz? – pyta Agnes. Wydaje się naprawdę zainteresowana.

– Wypcham go. Mam już niezłą kolekcję w Änglaberdze. Przyjdź, to ci pokażę. Będziesz nawet mogła zrobić zdjęcia.

– Bardzo chętnie.

Anna spogląda na zegarek.

– Musimy już wracać. Zaraz będzie ciemno.

Agnes przewraca oczami, ale na wszelki wypadek nie protestuje zbyt głośno.

– A tak przy okazji, to czy tu w pobliżu jest jakiś kamieniołom? – pyta Agnes, a jej głos znów jest tak radosny jak dawniej.

Mats posępnieje.

– Nie tutaj – mruczy pod nosem. – W lesie, po drugiej stronie Änglabergi. Ale nie idźcie tam.

– Dlaczego?

Mats potrząsa głową.

– To pieruńskie miejsce. Niebezpieczne – stwierdza i milknie, jakby już wszystko powiedział.

– Dzięki za ostrzeżenie!

Żegnają się i odchodzą. Mats stoi z borsukiem leżącym pod jego nogami i patrzy za nimi. A kiedy Agnes się odwraca, podnosi rękę i macha im na pożegnanie.

4.

28 sierpnia 1990

Cała piątka leżała na brzegu skały, każdy na swoim ręczniku, w miejscu, gdzie jeszcze docierało słońce. Bruno trzymał się z boku. Alex, choć niechętnie, pozwolił Marie zmienić muzykę. Mieszanka z top listy: Alannah Myles, Madonna, Cher…

– Co to za cholerny miszmasz – wymamrotał Alex do Bruna.

Lecz tym razem Bruno go nie poparł. Zawsze unikał wtrącania się w sprawy Alexa i Marie. Alex położył się na brzuchu i zamknął oczy. Po kilku minutach zaczął pochrapywać.

Dziewczyny zdjęły bluzki i zaczęły się opalać w stanikach i spodenkach. Carina posmarowała się czymś o zapachu kokosowym, od czego jej opalone ciało zaczęło błyszczeć. Marie nie była ani tak opalona, ani tak zaokrąglona jak Carina. Na jej ciele gdzieniegdzie widniały przebarwienia. Bruno wiedział, że Marie trochę się ich wstydzi. Ale jemu to nie przeszkadzało. Uważał wręcz, że dodają jej charakteru. Po chwili Carina odwróciła się na brzuch, żeby opalić plecy. Odpięła stanik. Z boku wyraźnie było widać kolistość jej piersi, szczególnie wtedy, kiedy unosiła głowę, żeby coś powiedzieć. Bruno próbował nie patrzeć w jej kierunku, ale to nie było wcale łatwe. Carina była ładna i nie istniał chłopak w okolicy, który nie zwróciłby na nią uwagi. Chodziła z Alexem, i to już od gimnazjum. A nawet trochę wcześniej.

Simon natomiast nie był tak dyskretny. Bruno widział, jak od czasu do czasu zerka na Carinę, na jej ciało, nie przejmując się zupełnie tym, że ktoś to zauważy. Brunowi z jakiegoś powodu to przeszkadzało.

Kiedyś w autobusie podsłuchał, jak dziewczyny z niższej klasy plotkowały o Simonie. Nie złośliwie, jak to robiły w szkole podstawowej, kiedy Simon był jeszcze chudy i nieopierzony jak Janko Muzykant, ale w zupełnie inny sposób. W sposób, którego Bruno szczerze nie lubił. Odwrócił się na brzuch, próbując pozbyć się irytacji, ale nie bardzo mu się udawało.

Po chwili Marie zauważyła spojrzenia Simona, szturchnęła Carinę i znaczącym gestem pokazała głową w jego kierunku. Carina poprawiła okulary słoneczne i spojrzała na Marie.

– A teraz patrz – szepnęła.

Oparła się na łokciach i uniosła lekko górną część ciała, tak że jej piersi stały się zupełnie widoczne.

– Simon – powiedziała przesadnie miękkim głosem i zsunęła okulary na czubek nosa. – Czy przyniesiesz coś do picia dla mnie i dla Marie?

– Jasne! – Simon podniósł się niezdarnie.

Ale Bruno już był prawie przy lodówce.

– Ja to zrobię – rzucił przekornie i ze złością spojrzał na Simona, by ten zrozumiał, że ma się nawet nie ruszać z miejsca.

– Dzięki. – Carina znów się położyła.

Bruno podszedł do torby, która stała w cieniu za namiotem. Z dołu usłyszał chrzęst i kiedy spojrzał, zobaczył wolno jadący radiowóz, który najpierw wykręcił, a potem zatrzymał się tuż przy rowerze Simona. Otworzyła się boczna szyba i z samochodu wyjrzał rosły mężczyzna o surowym spojrzeniu.

– Alex! – krzyknął Bruno i wskazał ręką w kierunku policjanta.

– Czego? – wymamrotał Alex, nie podnosząc głowy.

– Twój stary.

Alex westchnął i usiadł.

– Byłem na tyle głupi, że wziąłem od niego klucz do szlabanu. A ten od razu zrobił mi cały wykład, że wstęp tutaj jest właściwie zabroniony i że skały są niebezpieczne, i takie tam, bla, bla. I że przyjedzie, żeby sprawdzić.

– Super, że masz takiego troskliwego tatusia – wymamrotała Carina.

– Przecież nie jesteśmy jakimiś pieprzonymi smarkaczami? Co się może stać? – Alex podniósł się i stanął koło Bruna, a potem pomachał nerwowo w kierunku radiowozu. – Cześć, Henry – powiedział, ale tak, żeby tylko pozostała czwórka go słyszała. – Wszystko w porządku, możesz jechać.

Policjant odpowiedział machnięciem ręki.

– Zachowujecie się tam? – krzyknął, a jego głos był ostry i odbijał się echem od skały.

– Jasne – odparł Alex, nie próbując ukryć irytacji.

– Ten sam skład co zawsze?

– Pewnie!

Henry Morell siedział w radiowozie i nic nie wskazywało na to, że zamierza odjechać. Dopiero po kilku sekundach Alex zorientował się, o co ojcu chodzi.

– Idź do diabła – wymamrotał i odwrócił się do pozostałych, którzy leżeli na ręcznikach. – Wstańcie i pomachajcie mu – powiedział i zanim oni zdążyli otworzyć usta, wymownym gestem dał znak, żeby nie protestowali. – To jedyny sposób, by się go pozbyć. Inaczej jest gotowy tutaj przyjść.

Carina, Marie i Simon podnieśli się i podeszli na skraj skały.

– Cześć, Henry! – krzyknęła Marie przesadnie dziarskim głosem, podczas gdy inni tylko entuzjastyczne mu pomachali.

Henry Morell też im pomachał i powiedział coś do kierowcy. Radiowóz ruszył i zaczął powoli odjeżdżać wąską żwirową drogą, zamigał jeszcze światłami i zniknął wśród drzew.

– Sorry – powiedział Alex. – Ale znacie go…

– Spoko – odparł Simon i poklepał Alexa po plecach. – To, że Henry jeździ za swoim synalkiem i sprawdza, czy mu się nic nie stało, to już tradycja. Będzie to robił, nawet jak ci stuknie pięćdziesiątka.

Alex wymamrotał coś pod nosem, wziął piwo i wrócił na swój ręcznik. Simon zmienił kasetę w magnetofonie.

– Tylko nie Toto, błagam – wyjęczała Marie. – Co było nie tak z tym, co leciało?

– Michael Bolton – powiedział Simon i przewrócił oczami. – Chyba nie muszę mówić więcej?

– A co od niego chcesz? – Marie popatrzyła na Carinę, szukając poparcia.

Ale Carina położyła się na ręczniku i wyglądała na zupełnie niezainteresowaną całą tą dyskusją.

– No właśnie, co chcesz od Michaela Boltona? – zachichotał Simon.

– Wiesz co? Czasami jest z ciebie niezły palant, Simon. Tylko dlatego, że jesteś jakimś pieprzonym grajkiem, to wszystko inne jest nie w twoim guście, tak? – wysyczała Marie przez zęby.

Simon usiadł obok niej i troskliwie ją objął.

– Ale wybaczysz mi to, kuzyneczko, prawda?

Marie odsunęła jego rękę, ale on się nie poddawał, dopóki nie parsknęła śmiechem.

– Palant! – skwitowała, choć tym razem bardziej przyjaźnie.

Bruno wyjął z torby dwa piwa i colę i podszedł do dziewczyn. Uśmiechnął się delikatnie, podając Marie colę, ale bez reakcji z jej strony. Była zajęta przekomarzaniem się z Simonem. Kiedy Bruno usiadł na ręczniku i otworzył piwo, zauważył, że Simon znów gapi się na Carinę, zupełnie nie zważając, czy ktoś to widzi.

Może w końcu ktoś usadzi tego skurczybyka, pomyślał. Wypił kilka łyków i uśmiechnął się krzywo do samego siebie, bawiąc się tą przyjemną myślą.

Ktoś musi usadzić Simona Vidje.

5.

Jesień 2017

Anna jest na nogach już od wpół do szóstej rano. Najpierw bierze długi prysznic w świeżo wykafelkowanej łazience, a potem wkłada mundur. Spodnie, świeżo wyprasowaną koszulę, na to ciemnoniebieski sweter z żółtymi pagonami na ramionach, który zwykle nosi się w biurach. Munduru nie miała na sobie od wielu lat. W kryminalnym w Sztokholmie zawsze chodzili po cywilnemu.

Poniedziałek rano. Kiedy podsumowuje miniony weekend, wychodzi jej słaby plus. Pogoda była wczoraj fatalna, więc nie wyszły z Agnes z domu w poszukiwaniu kamieniołomu. Zamiast tego jej córka na cały dzień zamknęła się w pokoju z Netflixem, a ona załatwiała jakieś sprawy. Jedna część Anny ma nadzieję, że Agnes znudzi się całą tą historią o Simonie i uświadomi sobie, że tragiczny wypadek kogoś, kto był tylko kilka lat starszy od niej, oraz fakt, że mieszkają w domu jego ojca, niewarte są tego, by się w tym grzebać. Druga, dużo silniejsza część Anny już tęskni za tą wspólnotą, którą dzieliły w ostatnią sobotę. Przez kilka krótkich godzin wszystko było prawie… normalne.

Kiedy jej włosy są już dostatecznie suche, związuje gumką koński ogon, potem robi delikatny makijaż i poprawia krawat. Sprawdza rezultat w lustrze. Koło jednego oka znajduje zmarszczkę, której dotąd nie zauważyła. Zastanawia się, czy ją zapudrować, ale uznaje, że nie potrzeba. W końcu ma już przecież czterdzieści sześć lat, poza tym nie chce się pokazywać wypacykowana już pierwszego dnia w nowej pracy.

– Pora wstawać. – Puka do pokoju Agnes.

Milo, oczywiście, leży z nią w łóżku, choć doskonale wie, że mu nie wolno. Pies jest niezadowolony, kiedy Anna wkłada głowę przez drzwi. Unosi górną wargę, jakby ją ostrzegał, by nie podchodziła zbyt blisko Agnes.

– Dobrze spałaś? – pyta jakiś czas później, kiedy Agnes wkłada kurtkę, żeby wyjść z psem.

W odpowiedzi otrzymuje tylko mruknięcie. Cały dobry humor z weekendu gdzieś wyparował.

– O której masz pociąg?

– O wpół do ósmej.

– W takim razie z domu musimy wyjść najpóźniej za dziesięć siódma.

Drzwi zamykają się z trzaskiem tuż przed nosem Anny, która bierze głęboki wdech i za wszelką cenę nie daje się sprowokować. To pierwszy dzień Agnes w nowej szkole. Można powiedzieć, że jej też.

Anna parkuje samochód przed komisariatem pięć minut przed czasem. Mgła z ostatniego weekendu utrzymuje się. W miasteczku jest nawet gęstsza, osiada na ubraniach. Poza tym nieprzyjemnie pachnie. To jakby wżynający się w nozdrza zapach spalenizny. Kiedyś zapachy nieszczególnie ją obchodziły. W pracy aż nadto nawąchała się tych najokropniejszych, więc już się nimi nie przejmuje dłużej niż minutę. Jednak w ciągu ostatniego roku wszystkie wonie stały się jakby intensywniejsze. Dokładnie wie, kiedy to się zaczęło i jaki zapach był najpierw. Przedpołudnie, drugi listopada ubiegłego roku. Białe lilie. Pogrzeb Håkana. Anna czuje ucisk w brzuchu, wypełnia płuca powietrzem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jesienna zbrodnia Koniec lata Ultimatum Szczątki pamięci Gra bubble 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer