Jeden błąd

Jeden błąd

Autorzy: Anna Szafrańska

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.75 zł

Prawdziwa miłość nigdy nie jest błędem

 

Dominika i Oliwier są parą od wielu lat. Ona wkrótce rozpocznie swoją pierwszą pracę jako nauczycielka w liceum, on ma zostać wspólnikiem w kancelarii jej ojca. Pozornie wszystko układa się tak, jak powinno, a jednak im bliżej daty ślubu, tym częściej Dominika ma wątpliwości co do przyszłości związku z apodyktycznym, impulsywnym narzeczonym. Sytuację komplikuje fakt, że jeden z jej uczniów staje się dla niej kimś znacznie więcej niż tylko zbuntowanym, niepokornym wychowankiem…

 

Jeden błąd to poruszająca historia kobiety, której udało się przetrwać piekło, oraz chłopaka, który za piekło uważał własne życie. Czy po tym wszystkim, co przeszli, tych dwoje będzie potrafiło otworzyć się na prawdziwą miłość?

 

Anna Szafrańska stworzyła piękną, choć trudną powieść o miłości poza wszelkimi granicami.

To książka, która idealnie nada się na jesienne wieczory!

Ewelina Nawara, www.myfairybookworld.pl

 

Nie zawiedziecie się na tej książce! Gwarancja, że zarwiecie dla niej noc - 100%! A kiedy już ostatnie zdanie będzie wam znane, powiecie: „chcę więcej i to już!”.

Katarzyna Pessel, www.takijestswiat.blogspot.com

 

To najpiękniejsza i najbardziej wzruszająca powieść, jaką było mi dane czytać w ostatnim czasie! Anna Szafrańska do książki powinna dołączyć środki uspokajające i cały tuzin chusteczek. Przygotujcie się na prawdziwą petardę.

Magdalena Szymczyk, www.czytammwpociagu.blogspot.com

 

Ta historia łamie serce i je leczy! Zanim się za nią zabierzecie, wygospodarujcie sobie dużo wolnego czasu, bo gwarantuję, że nie odłożycie książki przed jej zakończeniem.

Irena Bujak, www.zapatrzonawksiazki.pl

 

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, ile kosztować może jeden błąd? Nie? To koniecznie sięgnijcie po najnowszą powieść Anny Szafrańskiej! Autorka po raz kolejny wysoko postawiła sobie poprzeczkę i stworzyła niezwykle wciągającą i przede wszystkim bardzo życiową historię.

Adriana Rak, blogerka i autorka książek

 

Anna Szafrańska

Przygodę z pisaniem zaczęła, mając trzynaście lat. Do dziś przechowuje pamiątkowe zeszyty, w których zapisywała swoje pierwsze powieści. Publikowała w internecie pod pseudonimem Anna Scott. Autorka powieści Widmo grzechu, Grzech pierworodny, Właśnie tak. Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej, która nigdy nie pracowała w swoim zawodzie. Miłośniczka książek Jane Austin, sióstr Brontë oraz wszelkich adaptacji filmowych z nimi związanych. Pisanie traktuje jako spełnienie marzeń i drogę życia. Ciekawostka: ma dwukolorowe oczy.

 

Forum Fanów książek Ani Szafrańskiej

facebook.com/annaszafranskaauthor

instagram.com/annaszafranskaauthor

Dla Agnieszki Lingas-Łoniewskiej,

mojej Mentorki, Przyjaciółki, Dobrej Wróżki.

Dzięki Tobie wiem, że warto podążać za marzeniami.

Spis treści

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

EPILOG

Rozdział 1

Pick me up when I’m feeling low

Pick me up and show me home

All my senses just need to know

Why your heart feels like gold

Feels like gold.

Nico Santos, Rooftop

Cholercia.

Znowu się spóźnię. Nie, poprawka. Już jestem spóźniona.

Nerwowo bębniąc palcami o kierownicę, rozglądałam się w poszukiwaniu miejsca parkingowego. Ale kogo ja oszukuję? Jeśli chciałam zaparkować tuż przy LuLuCafe, w samym centrum miasta, zaraz obok rynku, powinnam przyjechać o szóstej rano, a nie w południe, w dodatku w dniu absolutorium. Zewsząd mijały mnie tłumy rozochoconych rodziców dumnych ze swoich pociech. Łatwo było namierzyć absolwentów – nadal mieli na sobie togi.

Zrezygnowana wjechałam na płatny parking, gdzie jeszcze były jakieś wolne miejsca. Trudno.

Wysiadając z samochodu, wytarłam ze skroni zbłąkaną kroplę potu i odrzuciłam za ramię swoje blond loki. Zacisnęłam mocniej szczęki, wyzywając się w duchu, bo zdałam sobie sprawę, że w swojej przepastnej torebce nie miałam gumki do włosów. W sumie dysponowałam tylko jedną. Aktualnie leżała w szafce łazienkowej i mogłam jej używać wyłącznie podczas sprzątania. Oliwier nie lubił, gdy związywałam włosy. W ogóle wolał, bym miałam je rozpuszczone i wyprostowane. A ja po prostu lubiłam swoje loki.

– Dominika!

Z ogródkowej kawiarenki machała do mnie Monika. Chociaż machanie to niedopowiedzenie roku. Niemal podskakiwała na krześle i autentycznie cieszyła się na mój widok. Zgrabnie wyminęłam wszystkie stoliczki i krzesełka, a w tym czasie Monika dźwignęła się z krzesła. Była w piątym miesiącu ciąży, ale już teraz jej brzuch był ogromny.

– Kochana! Gratuluję ci! Dumna z ciebie jestem! – wykrzyknęła, uwieszając mi się na szyi, a biorąc pod uwagę jej niski wzrost i brzuch wielkości piłki lekarskiej między nami, było nam odrobinę… niewygodnie. Jednak uściskałam ją z całej siły.

– Dzięki… – Wyszczerzyłam się, gdy wręczyła mi kwiaty. Moje ulubione frezje. Od razu przysunęłam je do twarzy i zaczerpnęłam głęboki wdech. – I dziękuję za kwiaty! Są przepiękne!

– Znam cię na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie cierpisz róż – rzuciła Monika z grymasem na twarzy, który chyba nie wynikał z tego, że właśnie starała się zasiąść wygodnie w wiklinowym fotelu. – A założę się, o co chcesz, że właśnie takie kwiaty kupi ci Oliwier. Oczywiście, o ile będzie na tyle łaskawy…

– Monia, daj spokój – ucięłam delikatnie, kładąc kwiaty na wolnym krześle.

– Dobra, nie ruszam tematu, który śmierdzi. – Przewróciła oczami i otworzyła menu.

Byłam jej za to wdzięczna. Oliwier i jego podejście do moich studiów i do mnie samej to temat drażliwy.

Monię znałam od pięciu lat. Poznałyśmy się na uczelni, gdzie studiowałyśmy na jednym wydziale, tyle że gdy ja byłam na pierwszy roku, ona właśnie pisała pracę licencjacką. Od trzech lat pracowała w moim wymarzonym zawodzie – nauczycielki języka polskiego w liceum. Wymarzonym i niedoścignionym. Chciałabym pracować z młodzieżą, jednak studia a praca to co innego. I nie chodzi mi o brak wolnych posad dla nauczycieli, ale o podejście do tego tematu mojego narzeczonego.

Pokręciłam głową, starając się odegnać parszywe czarne myśli.

Sięgnęłam po menu, ale prawdę powiedziawszy, straciłam apetyt.

Niemniej zdecydowałam się na krem z brokułów i sałatkę cezar. Monia zamówiła zapiekankę ziemniaczaną i spaghetti z sosem bolońskim. I dodatkową porcję pulpecików.

Gdy kelner przyniósł nam napoje, Monia rozsiadła się wygodnie na krześle, bezwiednie gładząc się po wydatnym brzuchu.

– Jak żałuję, że nie mogłam przyjść na twoje absolutorium – wyjęczała boleśnie.

– Nie masz czego żałować. Było okropnie nudno.

– Masz rację. Zero ekscytacji. Bo w końcu prawie każdy student dostaje z rąk rektora medal za wzorowe wyniki w nauce – sarknęła, pociągając łyk mlecznego shake’a. – Powinnaś się bardziej cenić, dziewczyno! Masz dwadzieścia pięć lat i właśnie skończyłaś z wyróżnieniem studia! Więcej wiary w siebie.

Zamiast odpowiedzieć, wzięłam łyk zielonej herbaty.

– Czemu nie zamówiłaś wina? Taką okazję trzeba oblać, a nie pić herbatę!

– Po południu mam obiad u rodziców.

– Aha, czyli nie mogli przyjechać na twoje absolutorium, ale wydają wystawny obiad na twoją cześć? – Czarne brwi Moni zniknęły pod ciemną grzywką.

– Oboje pracują, więc trudno było im…

– Znaleźć czas – dokończyła z przekąsem. – Tak, wiem. Masz w nich takie oparcie…

– Monia – ostrzegłam zapobiegawczo.

Westchnęła wkurzona.

Naprawdę nie miałam jej tego za złe. To była Monia, która wiecznie wtykała nos w moje prywatne sprawy i od pięciu lat nieustannie mi mówiła, że Oliwier na mnie nie zasługuje, a na rodziców to już dawno powinnam się wypiąć. Ale ja tak nie potrafiłam. Nie byłam taka odważna i przebojowa jak Monia, która spakowała manatki i wyjechała do innego miasta, by studiować na wymarzonej uczelni. W trakcie studiów pracowała jako kelnerka i tak poznała właściciela jednej z najlepszych restauracji w naszym mieście. Od dwóch lat jest szczęśliwą mężatką i przyszłą mamą. A Tadeusz, jej kochany mąż, nie miał jej za złe, że pracowała w zawodzie i zasadniczo zarabiała mniej od niego. Cenił to, że była samodzielna. Szanował…

Monia była prawdziwą szczęściarą. Ja byłam zwyczajnym tchórzem. Boleśnie uświadamiałam to sobie za każdym razem, gdy się spotykałyśmy.

– Mam nadzieję, że pójdziesz za ciosem i będziesz teraz szukać pracy? – zagadnęła niby swobodnie, ale i tak wyczułam sarkazm podszyty buntem.

– Wiesz dobrze, co Oliwier myśli na ten temat.

– Ale ja nie pytam się twojego Oliwiera, tylko ciebie.

– Znasz mnie. Od początku moim marzeniem była praca w zawodzie. Ale… wiem, że to się nie spodoba Oliwierowi. On jest bardzo… – Zamarłam, szukając odpowiedniego słowa, a pod stołem kręciłam młynka kciukami. – Konserwatywny.

Monia pokręciła głową, jednocześnie przewracając oczami.

– On jest zwyczajnym szowinistą, takie jest moje zdanie.

– Oliwier jest dobrym człowiekiem i po prostu o mnie dba.

– Nie tak broni swojego faceta zakochana kobieta.

– Wiesz doskonale, że jestem tchórzem i wszystkim się stresuję. – Udałam, że nie słyszałam jej ostatniego zdania. – A co, jeśli sobie nie dam rady?

– To tylko naładowana hormonami banda nastolatków, a nie żadna wataha wściekłych zwierząt. – Monia wybuchła śmiechem, ale po chwili spoważniała i wyciągnęła palec w moją stronę. – Nie, czekaj, cofam to. To zwierzęta. Wściekłe zwierzęta. Szczególnie w ostatniej klasie liceum.

– Sama widzisz! Co innego studiować, a co innego, by stało się to częścią twojego życia. Oliwier chce mi tylko zaoszczędzić rozczarowania.

– Ja jestem rozczarowana, słysząc, jak się blokujesz. Powinnaś chociaż spróbować. W mojej szkole zwolniły się dwa miejsca. Ja musiałam iść wcześniej na urlop, a drugi nauczyciel miał na początku czerwca poważny wypadek i jest niedysponowany do końca przyszłego roku szkolnego. W grę wchodzi jakaś rehabilitacja czy coś… On akurat prowadził klasę maturalną i w dodatku był ich wychowawcą, więc nawet gdybyś dostała pracę w mojej szkole, dyrektor nie obsadziłby cię od razu na takim stanowisku… W każdym razie są dwa wakaty na zastępstwo. Startuj!

Wzięłam głęboki wdech.

Moje serce nagle przyspieszyło, a dłonie spociły się niezdrowo.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale! – wrzasnęła w tym samym momencie, w którym kelner przyniósł nam sałatkę i zapiekankę. – To twoja szansa! Nawet jeśli nie dostaniesz pracy od razu, chociaż spróbuj! A jeśli zaproponują ci umowę… wtedy zdecydujesz. Nie kusi cię, żeby się przekonać, na co cię stać?

Kusiło. I to bardzo.

Ale nagle przed oczami stanął mi Oliwier i jego przystojna twarz wykręcona grymasem dezaprobaty.

– Dobrze – przytaknęłam, a w zielonych oczach Moni zapaliły się iskierki szczęścia. – Zastanowię się.

Westchnęła głęboko. Jednak nic więcej nie powiedziała.

Doskonale wiedziała, że nie ma sensu angażować się w bitwę, która z góry skazana była na porażkę.

Monia kochała mnie tak samo jak ja ją. Była moją jedyną przyjaciółką, taką, której mogłam bezgranicznie zaufać. Jednak nie pochwalała mojego podejścia do życia. A właściwie jego braku.

Chciała, żebym przejrzała na oczy. Ale ja nie potrafiłam.

Bałam się.

Chwyciłam widelec i nakłułam na niego soczysty kawałek pomidora.

Trzy godziny później parkowałam przed restauracją należącą do mojej mamy. Ojciec pozwolił mamie na taką ekstrawagancję, gdy pięć lat temu wyprowadziłam się z domu i zamieszkałam z Oliwierem. Znalazła starą gospodę za miastem, wyremontowała ją i zatrudniła świetnego kucharza specjalizującego się w daniach regionalnych. I to był jej klucz do sukcesu. Dzisiaj jej hobby przynosiło ekstremalnie wysokie dochody, a lokal uważany był za jeden z lepszych w okolicy.

Mamę znalazłam w dużej sali, gdzie nadzorowała przygotowania do ekskluzywnego wesela. W zeszłym roku dobudowała nowe skrzydło, tak zwaną małą salę, by mimo gości weselnych restauracja funkcjonowała w normalnych godzinach. Moja mama miała głowę do interesów – często się zdarzało, że goście przychodzący na sobotnią kolację widzieli, jak dba o każdy szczegół wesela, i sami wynajmowali salę na różne okazje, od chrzcin po konferencje.

Mama była dobrze po pięćdziesiątce, ale zupełnie nie było widać po niej wieku. Jej bystre niebieskie oczy uważnie przyglądały się kieliszkowi, szukając najdrobniejszych smug lub odcisków palców. Była drobna, tak jak ja, jednak idealnie skrojona garsonka w kolorze kobaltowym dodawała jej szyku i pewności siebie.

– Cześć, mamo! – zawołałam od progu.

Odwróciła się z uśmiechem na ustach pociągniętych bladoróżową szminką.

– Dominisiu! – zawołała uradowana i w mig odstawiła kieliszek na okrągły stolik.

Podbiegła do mnie na swoich wysokich szpilkach, a zagarniając mnie w ramiona, niemal zgniotła bukiet kwiatów od Moniki.

– Gratuluję, kochanie – westchnęła mama, biorąc mnie pod rękę i prowadząc do innej sali. – Jestem z ciebie niewyobrażalnie dumna. I wybacz mi, że nie mogłam przyjechać.

– Spokojnie, rozumiem. – Przełknęłam, próbując się pozbyć goryczy w głosie. Rozejrzałam się po sali i zmusiłam się do lekkiego uśmiechu. – Miałaś mnóstwo pracy.

– No tak, to pierwszy raz, kiedy wesele będzie na sto pięćdziesiąt osób. Zazwyczaj nie przekraczamy setki… ale za mąż wychodzi córka prezydenta naszego miasta, więc wszystko musi być dopięte na ostatni guzik.

– Na pewno sobie poradzisz. – Uśmiechnęłam się krzepiąco i weszłam za mamą do jej gabinetu znajdującego się obok baru.

Zasiadła za wielkim biurkiem, które pamiętałam jeszcze z dzieciństwa. Jakiś czas temu mój ojciec robił remont w swoim biurze i wszystkie meble oraz elementy dekoracyjne przysłał mamie. A ona wolałaby sobie zgolić włosy niż wyrzucić cokolwiek, co jeszcze może się przydać.

– Twój ojciec dzwonił…

– Że się spóźni?

Mama zganiła mnie wzrokiem.

– Nie bądź niemiła.

– Przepraszam… po prostu… – Zacisnęłam usta, starając się opanować nerwy. – Jestem odrobinę zmęczona.

Widząc moje zmieszanie, mama poprawiła się na krześle, a zaciśnięte ręce położyła sztywno na biurku.

– Ojciec i ja mieliśmy ogrom pracy. Chyba nie masz nam tego za złe?

– Ale absolutorium zdarza się tylko raz…

– I jesteśmy z ciebie dumni, dobrze wiesz. Jednak w przyszłym roku wychodzisz za mąż, a przygotowanie wesela to niemała suma, więc razem z ojcem pracujemy…

– Wcale nie proszę was o Bóg wie jakie pieniądze – westchnęłam zrezygnowana. Zawsze się tak czułam podczas rozmów z rodzicami. Moje potrzeby były bagatelizowane, a zdanie czy opinia kompletnie się nie liczyły. Oni wiedzieli lepiej, co dla mnie dobre. – Poza tym, gdybym miała wybierać, to wolałabym, żebyście byli dzisiaj ze mną, żebym mogła was widzieć w tłumie dumnych rodziców…

– Dominiko, chyba się zapominasz – przerwała mi surowo mama. – Zawsze jesteśmy z ciebie dumni i zawsze znajdziesz w nas oparcie. Ale jest piątek, a twój ojciec i ja musielibyśmy wziąć na ten dzień wolne…

– Dobrze, przepraszam. Rozumiem – przyznałam się do winy, chociaż wewnętrznie wcale nie czułam się winna.

Tak w pigułce wyglądało moje życie. Rodzicie zapewnili mi dobrą edukację, zapisywali mnie na każde zajęcia pozalekcyjne, w których miałam ochotę uczestniczyć. Od lekcji rysunku, jazdy konnej, szkolnego chóru, po dodatkowe lekcje hiszpańskiego czy nawet głupie zajęcia z walca angielskiego. Wszystko tylko po to, by na sam koniec kursu zobaczyć ich w tłumie dumnych rodziców, gdy odbierałam laury i dyplomy. Ale tak się nigdy nie zdarzyło. Zawsze ważniejsza była praca. Gdy jeszcze mama nie pracowała i zajmowała się domem, mogłam liczyć na jej obecność, chociaż też rzadko. Najczęściej takie pokazy odbywały się po południu, a wtedy ona musiała być w domu i czekać z kolacją na męża, który wracał po męczącym dniu z pracy.

Cały ten czas dzielnie to znosiłam. Dlaczego myślałam, że gdy będę już dorosła, będzie mi łatwiej?

– Dominiko – zaczęła mama, przemawiając do mnie jak do niepokornego dziecka. – Masz już dwadzieścia pięć lat, jesteś dorosłą kobietą i wkrótce założysz własną rodzinę. Nie możesz ode mnie oczekiwać, że będę w dwóch miejscach naraz. W życiu trzeba mieć priorytety. Jesteś dla mnie najważniejsza i wiesz doskonale, jak bardzo marzę, żebyś miała piękny ślub. Twoje szczęście jest dla mnie najważniejsze, więc staram się, jak mogę…

Zamarła, przytykając wypielęgnowaną dłoń do ust. Na chwilę przymknęła oczy, a gdy ponownie na mnie spojrzała, poczułam ukłucie wyrzutów sumienia.

– Kocham cię, córeczko, i nigdy nawet w to nie wątp. Jednak życie dyktuje pewne warunki i musimy się temu podporządkować. Bardzo się cieszę, że znalazłaś swoją miłość, tworzycie z Oliwierem wspaniałą parę, a on bardzo o ciebie dba. Jestem pewna, że będziesz z nim szczęśliwa.

– A ty jesteś szczęśliwa z tatą? – wypaliłam.

Sama nie wiem, co mnie podkusiło. Nie chciałam wypowiedzieć tej myśli na głos. Mama wyglądała, jakby miała w ustach kawałek cytryny i nie mogła się zdecydować, czy ją wypluć, czy przełknąć.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – sapnęła niskim głosem, a jej brwi zmarszczyły się groźnie.

Przełknęłam głośno ślinę, bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Wiedziałam doskonale, że mama kocha ojca, ale czy była z nim szczęśliwa? Czy mogła spełniać swoje marzenia, mówić to, co chciała, a nie to, czego od niej oczekiwano? Odkąd pamiętam, zawsze liczyło się dla niej zdanie ojca i nigdy mu się nie sprzeciwiła.

Ciężką atmosferę przerwało pukanie do drzwi.

Westchnęłam mimowolnie. Do środka weszła dziewczyna w ciemnym garniturze.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale dzwonił pani mąż. Już dojeżdża.

– Dziękuję, Marto. Możesz wracać do swoich obowiązków – rzuciła moja matka do recepcjonistki, nawet na nią nie patrząc, po czym otworzyła notes i chwyciła za telefon. – Dominiko, zaczekaj na mnie w lobby, muszę jeszcze zadzwonić do winiarni.

Przytaknęłam cicho i dźwigając się z wygodnego fotela, zgarnęłam bukiet frezji i torebkę. Gdy zamknęłam za sobą drzwi, o mało nie palnęłam się ręką w czoło. Co mnie podkusiło, żeby tak mówić do mamy? Zrobiła dla mnie tyle dobrego, a ja zachowuję się jak dziecko, wypominając jej, że nie była na moim absolutorium. Miałam ochotę ugryźć się w język tak mocno, żeby do końca wieczoru nie móc powiedzieć ani słowa.

– Pani Dominiko? – Przez okazałą barową wyspę wychyliła się do mnie recepcjonistka. – Mogę zabrać pani kwiaty? Wstawię je do wazonu na czas kolacji – dodała, uśmiechając się delikatnie.

Spojrzałam na swoje frezje, które już od dobrych kilku godzin nie widziały wody. Pewnie jutra i tak nie dożyją, biorąc pod uwagę gorący początek lata.

– Jasne. Dziękuję – wybąkałam nieporadnie, podając jej bukiet.

– Słyszałam od pani mamy, że miała pani dzisiaj absolutorium. Gratuluję!

– Mama pani powiedziała?

– Tak, ona jest naprawdę duma z pani osiągnięć – odpowiedziała recepcjonistka, wprawnie przycinając koniuszki łodyg i wstawiając kwiaty do wazonu w kształcie klepsydry. – Nawet zaproponowałam, że zajmę się przygotowaniami do dzisiejszego wesela, żeby mogła do pani pojechać, ale odmówiła. Mówiła, że z każdym weselem uczy się czegoś nowego i nabiera doświadczenia, które przyda jej się, gdy pani będzie wychodzić za mąż. Chciałaby, żeby miała pani ślub, jak z bajki.

– Tak, do tematu wesela mama podchodzi wyjątkowo poważnie – odparłam, pocierając w zamyśleniu czoło.

Recepcjonistka posłała mi pełen zrozumienia uśmiech i wróciła do swoich obowiązków. Zerknęłam na zegarek. Tata i Oliwier byli diabelnie punktualni, gdy chodziło o stawienie się o czasie na spotkanie z klientem albo na rozprawie w sądzie, jednak rodzinna kolacja to co innego. Sukcesem było, gdy spóźniali się tylko godzinę.

Przestępując z nogi na nogę, czekałam, aż mama skończy rozmowę w swoim gabinecie. Odszukałam w torebce telefon, żeby sprawdzić, czy Oliwier napisał cokolwiek na temat ewentualnego spóźnienia. Nic. Zero. Cisza.

Przygryzając wargę, wyskrobałam szybkiego esemesa: Obiad w restauracji mamy. Pamiętasz?

Ściskałam telefon w ręce, jakby był odbezpieczonym granatem, który lada chwila wybuchnie. Jednak odpowiedź nie przychodziła. Oliwier w ogóle nie odpisał. Może właśnie siedział za kółkiem? Albo kończył spotkanie z klientem?

Zawsze usprawiedliwiałam jego spóźnienia. Wymawiałam sobie, że przecież robi karierę, a dbając o klientów i podchodząc do nich w odpowiedzialny sposób, zyskuje renomę jako młody adwokat. Ale co ze mną i moimi potrzebami? Ja nigdy nie stałam na pierwszym miejscu. Moje sprawy były bagatelizowane, moje pasje nie były jego pasjami. Czy będzie tak samo, gdy zostaniemy małżeństwem? Może być jeszcze gorzej? Dla Oliwiera najważniejsze było, bym nie pracowała, tylko zajmowała się domem w oczekiwaniu na jego powrót z pracy. Tak jak to latami robiła moja mama.

Czy moje poświęcenie powinno być aż tak wielkie? Wbrew pozorom rozumiałam, co miała na myśli Monika – stawałam się martwa za życia. Bo co to za życie, skoro bałam się oddychać pełną piersią? Chciałam popełniać własne błędy i uczyć się na nich. Ale zwyczajnie się bałam. Dlatego wystarczało mi to, co miałam w tym momencie. Porzucenie tego oznaczało spalenie za sobą wszystkich mostów. Gdyby pewnego dnia kropla goryczy przelała czarę i odeszłabym od Oliwiera, rozgoryczenie rodziców nie znałoby granic…

– Witaj, córeczko!

Do restauracji wkroczył wysoki, siwowłosy jegomość. Miał na sobie elegancki czarny garnitur, a jego piwne oczy śmiały się na mój widok. Objęłam go ramionami, na ułamek sekundy rozkoszując się przytuleniem przez ojca.

– Cześć, tato.

– Gratuluję ukończenia studiów, jestem z ciebie niewyobrażalnie dumny – powiedział, prężąc klatkę piersiową w poczuciu rozpierającej go chełpliwości. – Kolejny magister w rodzinie. Szkoda tylko, że wybrałaś filologię. Jesteś taka zdolna, mogłabyś zostać lekarzem albo prawnikiem…

Mentalnie przewróciłam oczami. Mentalnie, bo mimo że ukończyłam dwadzieścia pięć lat, mój ojciec na pewno zrugałby mnie za taki przejaw buńczuczności.

Chwyciłam tatę pod ramię i poprowadziłam w stronę przygotowanego dla nas stolika.

– Tato, jeszcze się nie obroniłam. Poza tym lubię pracować z dziećmi, z młodzieżą. I lubię uczuć.

– Co możesz o tym wiedzieć, skoro oprócz praktyk nie masz żadnego doświadczenia? – przypomniał mi zgryźliwie.

– Ale czuję, że to polubię – uparłam się przy swoim i dla podkreślenia, jak bardzo ufam swoim możliwościom, nie odwróciłam spojrzenia od osądzającego wzroku taty. – Może nie od razu, ale z czasem może się okazać, że to jest to, co chcę w życiu robić.

– Szkoda, że twoje zaangażowanie nie przełoży się na wypłatę. Kiedyś nauczyciele byli uważani za elitę, ale obecnie jest to zawód dostępny dla każdego, kto ma chociaż odrobinę inteligencji, a brak mu pomysłu na życie. Zarówno to, jak ich wynagrodzenie pozostawia wiele do życzenia.

– Henryku, proszę, zostaw już Dominikę w spokoju. – Mama nas dogoniła i delikatnie poklepała tatę po ramieniu. – Ciężki dzień?

– Nie masz pojęcia.

Mama pokiwała głową. Przez prawie trzydzieści lat małżeństwa nauczyła się pierwszorzędnie oceniać samopoczucie taty. Czasami zazdrościłam im takiej zażyłości. Chociaż nie zaprzeczę, złość, zdenerwowanie czy zniecierpliwienie Oliwiera potrafiłam odszyfrować bezbłędne, gdyż często sama doprowadzałam go do szewskiej pasji.

– Czekamy na Oliwiera? – zagaiła mama, zwracając się nie do mnie, lecz do taty. Jakbym to nie ja była jego narzeczoną.

– Wysłałam mu wiadomość, ale chyba jej jeszcze nie odczytał – wtrąciłam się nieproszona.

– Minąłem się z nim w drzwiach kancelarii – odparł tata, jakby zupełnie mnie nie usłyszał. – Właśnie wracał ze spotkania. Powiedział, że zostawi papiery i dyspozycje dla asystentki i zaraz wyjeżdża.

– W takim razie może usiądziemy do stołu? Nim dojedzie, zdążymy przejrzeć kartę dań.

– Wprowadziłaś jakieś zmiany?

– Tak, wspólnie z kucharzem uznaliśmy, że menu trzeba odświeżyć. Dodałam kilka nowych dań. Jestem ciekawa, co o nich sądzicie.

– Z pewnością będą przepyszne. Zawsze miałaś świetny gust.

– Dziękuję, kochanie.

Tak więc zasiedliśmy do stołu, a kelnerka podała nam menu. Rodzice wdali się w pogawędkę o nowej sprawie taty, mama wtrąciła coś o swoich planach zatrudnienia dodatkowego personelu na weekendy, a ja… zeszłam na dalszy plan. Zaczęłam kartkować jadłospis, w mig wyłapując nowości. Okoń morski z czarną soczewicą wyglądał zachęcająco…

– Dominiko… – Tata wychylił się ponad stół i przesunął w moją stronę prostokątne pudełeczko. – Mamy coś dla ciebie. Prezent z okazji absolutorium. Jeszcze raz przepraszamy, że nie mogliśmy dzielić z tobą tego wyjątkowego dnia, ale sama rozumiesz.

– Tak, wiem, praca – przytaknęłam i wzięłam pudełeczko do ręki. W środku była przepiękna srebrna bransoleta z małymi brylancikami umieszczonymi w drobnych oczkach łańcuszka. Poczułam trudną do przełknięcia gulę w gardle. Jeśli tata wybierał prezent, to musiał poświęcić niemało swojego drogocennego czasu. – I dziękuję, tato. To piękna bransoletka.

– Twoja mama i ja stwierdziliśmy, że będziesz mogła ją założyć do sukni ślubnej.

Gula wzruszenia opadła na dno żołądka, powodując mdłości. No tak, wszystko, wokół czego się obracałam, tyczyło się ślubu.

– Jest wspaniała, dziękuję raz jeszcze. – Zamaskowałam grymas, pochylając się nad prezentem i zatrzaskując pudełko. Zmarszczyłam brwi, gdy poczułam na karku chłodny oddech.

– Będzie ci świetnie pasować.

Mój narzeczony, wysoki i smukły brunet, stał tuż obok z bukietem dwóch tuzinów czerwonych róż. Jego zielone oczy spoczęły na drogim prezencie, nim w końcu przesunęły się na mnie. Wąskie usta wygięły się w delikatnym uśmiechu, który nie sięgnął oczu. I doskonale wiedziałam, co mnie czeka po powrocie do domu. Oliwier nie lubił, gdy rodzice wręczali mi drogie prezenty. Uważał, że skoro w przyszłości będę jego żoną, to takie rozpieszczanie uwłaczało jego godności. To tak jakby dostał policzek, bo sam nie jest w stanie kupić mi diamentowej bransoletki.

– Oliwier? Pamiętałeś! – Przejęłam od niego róże, a mój głos zadrgał nerwowo.

– O absolutorium mojej narzeczonej? – Jego cichy głos poraził mi zmysły. Tak był zły. – Jak mógłbym przegapić takie święto? Gratuluję, kochanie – dodał i ucałował mnie w policzek, a do moich nozdrzy doleciał ulotny zapach mentolowej gumy do żucia.

– Dziękuję. Są przepiękne.

– Bardzo się cieszę. – Kiwnął głową, zajmując miejsce obok mnie. – Kazałem wybrać najdroższe i najpiękniejsze. Zasługujesz na nie.

Mama przywołała gestem kelnerkę, która odebrała ode mnie bukiet. Zepchnęłam w najdalsze ostępy umysłu świadomość, że Monia miała rację. Narzeczony podarował mi róże, a nie moje ukochane frezje.

Oliwier od razu zajął się przeglądaniem menu.

– Dla nas będzie sałatka z polędwicy wołowej i filet z kulbina z risotto z koprem włoskim – rzucił natychmiast do kelnerki, oddając jej kartę.

– Nie zamówicie szampana? – zdziwił się tata, patrząc na Oliwiera ze zmarszczonymi brwiami.

– Niestety, prowadzę – uciął sztywno Oliwier, jednak po chwili dodał: – Mam jeszcze zaplanowaną niespodziankę dla Dominiki.

Mówiąc to, odnalazł pod stołem moją rękę i przyciągnął ją do swoich ust. Na kostkach złożył chłodny pocałunek.

– Niech będzie. Jednak ja zamówię Moet & Chandon Rose Imperial Brut. – Ojciec uśmiechnął się do mamy. – Wiem, że moje dziewczynki uwielbiają różowego szampana.

Podczas gdy mama chichotała niczym nastolatka, ja załamywałam się pod karcącym spojrzeniem Oliwiera. Zrozumiałam, że pozwoli mi tylko na umoczenie ust w tym kosztownym szampanie.

– A więc, Dominiczko – zaczęła mama, podczas gdy tata przerzucił swoje ramię ponad oparciem jej krzesła. – Jakie masz teraz plany? Chcesz się skupić na planowaniu ślubu? Czy może myślisz o znalezieniu jakiejś pracy?

Głośno przełknęłam, a moje ręce zrosił pot.

Mocniej zacisnęłam pięści, kładąc je na udach.

– Prawdę powiedziawszy, skończyła studia tylko dla dyplomu – odezwał się za mnie Oliwier, powtarzając gest ojca, a jego ramię ciążyło mi niczym topór kata nad skazańcem. – Dominika nigdy nie zamierzała pracować w zawodzie.

– Naprawdę? – Tata się zasępił, patrząc na mnie krytycznie. – Jeszcze chwilę temu odniosłem wrażenie, że zamierzasz spróbować pracy w zawodzie nauczyciela.

– Właściwie to tak – przytaknęłam, uciekając od spojrzenia narzeczonego. – Pamiętacie Monikę, z którą studiowałam parę lat temu? W jej szkole zwolniły się aż dwa miejsca nauczyciela języka polskiego. Jedno w klasie maturalnej, plus wychowawstwo, i tej posady na pewno nie dostanę ze względu na całkowity brak doświadczenia, ale umowa na zastępstwo za Monikę jest jak najbardziej realna.

Mama przytaknęła i w ułamek sekundy później uśmiechnęła się rozanielona.

– To wspaniale, córeczko! Powinnaś spróbować. W końcu nie na darmo studiowałaś przez pięć lat – zaśmiała się i krzepiąco poklepała mnie po ręce.

– Mądre rozegranie – pochwalił ojciec i puścił do mnie oczko. – Przez rok czy dwa sprawdzisz się w zawodzie i dowiesz się w końcu, czy to jest to, w czym chcesz się spełniać zawodowo, czy może zdecydujesz się na coś innego. Poza tym, gdy już będziecie po ślubie, możesz mieć inne obowiązki na głowie.

Brunet siedzący obok mnie poruszył się nerwowo.

– Jednak pan chciał, żeby pana żona nie pracowała, tylko zajmowała się domem. Sądziłem, że podziela pan moje poglądy – zauważył z wyrzutem.

– Masz rację – przytaknął tata, biorąc w swoją dłoń rękę mamy. – Ale z biegiem lat zauważyłem, że robię z mojej żony więźnia i nie pozwalam jej na spełnianie własnych marzeń. Skoro ja mam coś, co kocham, pracę i rodzinę, to jakim prawem wzbraniam jej jednej z tych rzeczy? Późno to do mnie dotarło. Gdyby Ewa stwierdziła, że to nie jest to, co lubi, i zaczęła szukać czegoś innego, to nie ma problemu, niech szuka. Ale moja żona zawsze była niesamowitą kucharką i miała wysublimowany gust, czego dowodem jest ta wybitna restauracja – zakończył, zataczając ręką krąg wokół.

Oliwier niepocieszony opadł na krzesło. W tym czasie kelnerka przyniosła szampana i ojciec zajął się kosztowaniem trunku.

– Nie złość się – szepnęłam do narzeczonego, przysuwając się nieznacznie. – Tylko tak to rozważam…

– Pogadamy w domu – uciął sztywno i upił łyk wody.

Na karku poczułam dreszcz. Dreszcz zapowiadającej się katastrofy.

I nic, nawet wspaniały toast, jaki wygłosił tata, ani przepyszne dania z nowej karty mamy, ani też uścisk, jakim uraczyła mnie na chwilę przed wyjazdem… nic nie było w stanie zagłuszyć tępego uczucia strachu.

– Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć?

Zaczęło się.

Urywanym oddechem wypuściłam drżące powietrze. Nawet nie zdążyłam odwiesić płaszcza. Oliwier zamknął za nami drzwi mieszkania i odstawił teczkę na komodę. Cały dzień sprowadzał się do tego, co się miało rozpocząć, gdy zostaniemy sami.

– Oliwier, proszę, nie bądź zły – zaczęłam uspokajającym tonem, odkładając na komodę oba bukiety kwiatów i zrzucając z nóg czarne szpilki. – Naprawdę to tylko taka sugestia. Monika mówi, że mam wielkie szanse na tę pracę…

– Monika! – Parsknął złowrogim śmiechem i cisnął marynarką na oparcie szarej sofy. – Proszę cię, czy mówimy o tej wieśniaczce, która ma kasę tylko dlatego, że rozłożyła nogi przed najbogatszym restauratorem w tej części kraju?

– Jak śmiesz tak o niej mówić! – pisnęłam, odwracając się na pięcie. Oliwier nic sobie z tego nie robił, tylko dalej odpinał mankiety błękitnej koszuli.

– A może nie mam racji? – Zerknął na mnie zdegustowany. – Sama mówiłaś, że na studiach pracowała jako pomywaczka…

– Kelnerka.

Oliwier przeszedł do komody rozdzielającej kuchnię od salonu i szarpnięciem otworzył drzwiczki szafki, z której wyciągnął butelkę whisky.

– Nieistotne. I co, naprawdę myślisz, że nie dawała dupy dla kilku setek?

– Nie pozwalaj sobie za dużo! – Uderzyłam dłonią o wyspę kuchenną. – To moja przyjaciółka!

– Nie, to ty nie wiesz, do kogo mówisz! – zagrzmiał, trzaskając drzwiczkami. – Przypomnę ci! Do twojego przyszłego męża! A tak się składa, że zabroniłem ci pracować! Masz się zajmować domem! To ja będę zarabiał na nasze życie, na twojej utrzymanie i na twoje zachcianki!

– Nie będę niczyją utrzymanką! Chcę iść do pracy!

– Potrafię sam zadbać o nasze życie! Niedługo twój ojciec uczyni mnie wspólnikiem, a co zrobimy z twoją nędzną wypłatą nauczycielki? Może wydasz to na waciki?

– Dlaczego tak umniejszasz to, co chcę robić w życiu?

– Bo się do tego nie nadajesz! – wrzasnął, rzucając butelką o wyłożoną płytami podłogę, a drobne szkło potoczyło się we wszystkie strony. Poczułam na gołych stopach szklane odpryski i lodowate kropelki. – Nie masz zacięcia i z pewnością te dzieciaki wejdą ci na głowę, zmieszają cię z błotem. Ale wiesz co? Wtedy nie przychodź do mnie z płaczem! Jesteś żałosna, myśląc, że dasz sobie radę z bandą nastolatków… Dominika! Dominika, wróć! Jeszcze z tobą nie skończyłem!

– Ale ja skończyłam! – Odwróciłam się, a przez łzy widziałam niewyraźny obraz mężczyzny, który ślizgał się na odłamkach szkła. Wpadłam do łazienki i zatrzasnęłam za sobą drzwi. – Naprawdę, Oliwier, mam dość!

– Wyłaź w tej chwili! – Dopadł do klamki i zaczął nią szarpać. – Dominika!

– Zostaw mnie.

– Masz natychmiast wyjść! – Zamilkł na chwilę, po czym dodał spokojniejszym tonem podszytym tłumioną agresją. – Musimy porozmawiać.

– Nie będę z tobą rozmawiać, gdy jesteś w takim stanie.

– Jak sobie chcesz! Jebać to!

Jeszcze jedno trzaśnięcie drzwiami później wiedziałam, że zostałam sama.

Osunęłam się po szklanych drzwiach kabiny prysznicowej, do której nieświadomie przylgnęłam, a po moich lodowatych policzkach spłynęły łzy.

Musiałam się ogarnąć.

Musiałam zwalczyć w sobie strach przed Oliwierem.

To w końcu mój narzeczony.

On mnie kocha.

On chce dla mnie dobrze.

Tylko czemu na mnie krzyczy…? Boję się jego krzyku.

Rozdział 2

Oh, you can’t hear me cry

See my dreams all die

From where you’re standing

On your own.

It’s so quiet here

And I feel so cold

This house no longer

Feels like home.

Ben Cocks, So Cold

Wyszłam z łazienki, dopiero gdy przestałam się trząść i starłam z twarzy resztki makijażu. Wyglądałam okropnie. Trupio blada, z potarganymi od ciągłego szarpania włosami i w pogniecionej od siedzenia w kucki eleganckiej czarnej sukience.

Kiedy tylko moje ręce na tyle przestały się trząść, bym mogła spiąć włosy w kucyk, wyszłam z łazienki. Uważnie nasłuchiwałam każdego dźwięku, który sugerowałby, że Oliwier wrócił do domu, jednak nic takiego nie nastąpił. Nie pierwszy raz wyszedł z mieszkania wzburzony. I nigdy nie wracał szybciej niż po północy. Przeszłam na palcach do sypialni, jakby się bojąc, że ktokolwiek miałby mnie usłyszeć. Ściągnęłam sukienkę i włożyłam zwykłe dżinsy i kraciastą koszulę. Wychodząc, wrzuciłam sukienkę do kosza na pranie. Oliwier był pedantem. Nie lubił, gdy cokolwiek walało się pod nogami. Tym bardziej brudne ubrania.

Zatrzymałam się przy kanapie.

Cieszyłam się, że nie mieliśmy dywanu. W innym razie miałabym ogromny problem, żeby wywabić plamę po whisky.

Chwyciłam za miotłę i ostrożnie zgarnęłam kawałki szkła. Następnie papierowym ręcznikiem zagarnęłam wszystko do kosza na śmieci i dla pewności wyciągnęłam odkurzacz. Kończyłam myć podłogę po raz drugi, gdy usłyszałam gmeranie przy zamku.

Mimowolnie zadrżałam. Wmówiłam sobie, że to wina chłodnego wietrzyku wpadającego przez otwarte na oścież okno.

Nie odwróciłam się, tylko cicho kończyłam płukać mopa. Oliwier stanął za mną. Nie zdjął butów ani kurtki. Obracał w dłoniach kluczyki.

A ja dalej płukałam mopa.

Bałam się odwrócić. Czułam, jak walące serce obija mi się o żebra.

– Przepraszam – wyszeptał Oliwier. – Poniosło mnie.

Przytaknęłam. Obiecałam sobie, że tym razem to nie ja będę przepraszać.

Nie ja.

To nie jest moja wina…

– Wiem, że to marne usprawiedliwienie, ale sprawa, którą teraz prowadzę bez pomocy twojego ojca, jest ogromnej wagi. Od tego zależy mój awans na wspólnika. Nie jest mi łatwo, ale okropnie się czuję, wyżywając się na tobie.

Oliwier zrobił krok do przodu. Był tak blisko mnie. Czułam jego oddech na karku.

– Nie miałem prawa tego mówić. Ani o tobie, ani o twojej… koleżance – kajał się dalej, ja jednak nie miałam zamiaru tak szybko się poddać. Z całych sił ściskałam w rękach kij. Był już śliski od moich spoconych dłoni. – Wcale nie myślę tak… że się nie nadajesz. Uważam… uważam, że będziesz wspaniałą nauczycielką.

Natychmiast spojrzałam mu w oczy. Uśmiechnął się lekko.

– Czy to znaczy…? – Nie miałam odwagi dokończyć. To chyba sen!

– Tak – przytaknął, pochylając na chwilę głowę i wyciągając z moich drżących rąk kij. Mop upadł na podłogę, a ja natychmiast chciałam się schylić, żeby go podnieść. – Nie, poczekaj, zostaw. – Chwycił obie moje dłonie w swoje i kciukami delikatnie roztarł resztki wody. – Chciałem ci powiedzieć, że… nie będę stawał na drodze twoim marzeniom.

– Poważnie? Będę mogła złożyć podanie o pracę?

– W tylu miejscach, w ilu będziesz chciała – przytaknął, ponownie się uśmiechając, jednak tym razem ta wesołość dotarła również do oczu.

Rzuciłam mu się w ramiona. Nie mogłam w to uwierzyć! W najlepszym scenariuszu nie przypuszczałam, że Oliwier mógłby zmienić zdanie! Przecież to, żebym nie pracowała, znaczyło dla niego tyle samo co zostać wspólnikiem w kancelarii mojego ojca!

Zacisnął wokół mnie ramiona, a ja objęłam go jeszcze mocniej.

– Kocham cię, Dominisiu – wyszeptał mi wprost do ucha, a moje policzki zarumieniły się od tego wyznania. Bo Oliwier nie mówił mi tego często. Właściwie to było tak niecodzienne, że mogłabym odznaczać te dni w kalendarzu.

– Oliwier… to, co powiedziałeś… zraniło mnie – wyznałam, nie patrząc mu w oczy. – To było jak sztylet wbity prosto w serce. Nie chcę słyszeć takich rzeczy od osoby, którą kocham. Jeśli mamy być razem, musisz szanować i mnie, i moje decyzje. Chcę mieć w tobie oparcie…

– I je masz – zapewnił, uparcie pociągając moją brodę do góry. – Zmienię się, obiecuję. Już nigdy tak o tobie nie pomyślę i prędzej odgryzę sobie język, niż powiem coś podobnego. Musisz mi wybaczyć, Dominisiu. Nie chcę… nie mogę cię stracić – dokończył z uporem.

Nigdy wcześniej nie widziałam u Oliwiera takiej desperacji. Kochałam go i musiałam mu przebaczyć. Taka była kolej rzeczy. I on, i ja popełniliśmy błąd.

– Przepraszam, bo to też moja wina. Powinnam była ci powiedzieć, że coś takiego chodzi mi po głowie, a nie stawiać cię przed faktem dokonanym… I to w obecności rodziców. Sprawiłam, że poczułeś się niezręcznie. Przepraszam.

– Oboje trochę się pogubiliśmy – odparł Oliwier, przyjmując moje przeprosiny.

Pochylił głowę i pozwoliłam, by jego usta spotkały moje. To był słodki pocałunek, delikatne skubnięcie warg. Oliwier nigdy nie był wobec mnie zaborczy ani gwałtowny, szczególnie jeśli chodziło o seks. Był czuły, cierpliwy i troskliwy.

Nagle uwolnił się z mojego uścisku i ściągnął z wieszaka mój płaszcz.

– Coś ci pokażę.

Uśmiechał się przy tym rozbrajająco i właśnie w tym momencie przypomniała mi się chwila, w której poznałam Oliwiera. Oszałamiająco przystojnego młodego mężczyznę, który robił aplikację w kancelarii ojca. Był pełen zapału, ambicji i miał ten zawadiacki błysk w oku.

– Oliwier, dochodzi północ. Chyba to może poczekać do rana. Oboje mieliśmy zbyt wiele wrażeń…

– Nie – zaoponował natychmiast i wcisnął mi ręce w rękawy płaszcza. Rzucił mi pod nogi buty. – Jedziemy. Teraz – dodał dobitnie, chwytając mnie za rękę, gdy tylko wcisnęłam trampki na nogi, i pociągnął mnie do wyjścia.

– Ale, Oliwier… mop… zostawiłam okno otwarte!

– Olać to – zaśmiał się głośno, odrzucając głowę.

Zatrzasnął za nami drzwi mieszkania i zbiegliśmy po wąskich schodach, chichocząc jak nastolatki. Dawno nie widziałam Oliwiera tak podekscytowanego! Poza tym kazał mi zostawić wszystko i wyjść, tak jak stałam! Gdzie się podział pedantyczny pan i władca? Nie żebym narzekała, bo taki Oliwier podobał mi się o wiele bardziej.

Wyszliśmy na ulicę i Oliwier otworzył przede mną drzwi samochodu. Posłusznie wsiadłam, a natłok niespodziewanych emocji sprawił, że zaśmiałam się na głos.

Pojechaliśmy do centrum. Piętnaście minut później Oliwier zaparkował przed nowoczesnym osiedlem, takim ogrodzonym płotem i z budką strażnika na wjeździe, z podziemnym parkingiem, placem zabaw i monitoringiem.

Mój narzeczony wysiadł, a ja byłam tak podekscytowana i zaciekawiona, że nie czekałam, aż otworzy mi drzwi.

– Oliwier, przerażasz mnie. Co my tu robimy?

– Chodź tutaj. – Gestem przywołał mnie do siebie. Pokierował mną tak, że stanęłam tuż przed nim, i wskazał coś palcem tuż przed moją twarzą. – Blok trzeci. W samym sercu osiedla. Ostatnie mieszkanie. Z windą i dużym balkonem, na którym będziesz miała miejsce na swój wymarzony ogródek i gdzie będziesz mogła sadzić kwiaty. Duża kuchnia z salonem, trzy pokoje i łazienka. Miejsce parkingowe na dwa samochody. Na dole będą sklepy, apteka, przychodnia… więc nie będziesz się bała wyjść po zmroku. I całodobowa ochrona.

Odwróciłam się przerażona.

– Oszalałeś.

Na ułamek sekundy mina mu zrzedła.

– To znaczy… Oliwier, to nowe osiedle! Dopiero sprzedają tu mieszkania, a z tego co wiem, ceny mają z kosmosu…

– Nie podoba ci się? – spytał na wydechu.

– Podoba mi się, oczywiście, że tak, ale… nas chyba na to nie stać.

W tym momencie pomyślałam, że oszalał. Oliwier uśmiechnął się na powrót rozbrajająco.

– Stać. Część to moje oszczędności, część prezent od twojego ojca na nasze zaręczyny, a resztę weźmiemy na kredyt…

– Co?

– Dobrze, w domu pokażę ci szczegółową kalkulację.

– Nie, poczekaj, nie o to mi chodzi… Chcesz kupić mieszkanie? Myślałam, że chodzi o wynajem…

– Sprzedamy moje obecne mieszkanie. Jest w dobrym stanie, zadbane, ale wartość obniża dzielnica, w której mieszkam. Niemniej starczy nam na zakup.

– Mówisz poważnie?

– Jak najbardziej.

Własne mieszkanie. Moje i Oliwiera. I to w tak luksusowej dzielnicy. To jest tak wiążące… Ale… kocham go. Zrobiłabym dla niego wszystko. I skoro chciał nowego mieszkania, nawet jeśli tak chroniona dzielnica była argumentem, żebym poczuła się bezpieczna… nie mogłam mu odmówić.

Pisnęłam i rzuciłam mu się na szyję.

– Czyli się przeprowadzamy?

– Mogę się już pakować?

Oliwier roześmiał się i okręcił nas wokół osi, powodując, że zapiszczałam jeszcze głośniej.

– Kocham cię – wyśpiewałam, całując go proso w usta.

– A ja ciebie.

Jeszcze chwilę patrzyliśmy z oddali na mieszkanie, które miało stać się nasze już za dwa miesiące.

Gdy wsiadałam do samochodu, rzuciłam okiem na kamienicę stojącą po drugiej stronie. Była stara. Chociaż słowo „stara” było niedopowiedzeniem. Ona rozpadała się w oczach. Na drewnianych ramach okiennych łuszczyła się farba, która pewnie kiedyś była biała. W wielu miejscach firany były poszarzałe, jakby ich nie prano od lat. I niektóre mieszkania wyglądały na opustoszałe…

Wtedy na wolne miejsce przed nami wjechał z piskiem opon samochód, który również lata świetności miał dawno za sobą.

Wysiadł z niego mężczyzna w ciemnych dżinsach i bluzie z kapturem. Obszedł samochód i otworzył szarpnięciem drzwi od strony pasażera. Niemal wywlókł z niego mężczyznę, na oko czterdziestoletniego, który nie mógł ustać na nogach.

Dopiero kiedy się odwrócił, zauważyłam, że kierowcą był w zasadzie chłopak, nastolatek, młody mężczyzna. Miał krystalicznie niebieskie oczy, które błyszczały gniewem, mocno zaciśnięte kwadratowe szczęki i krótko ogolone włosy. A na policzku rozległą bliznę, która ciągnęła się aż do skroni.

Szybkim ruchem zarzucił sobie ramię nietrzeźwego mężczyzny na barki.

– I czego się gapisz? – rzucił grubym, pełnym agresji głosem.

Natychmiast schowałam się do auta.

– Coś się stało? – zapytał Oliwier, odpalając samochód.

– Co…? Nie… nic.

– Coś ci powiedział? – dopytywał się Oliwier, a ja już oczami wyobraźni widziałam, jak ten wieczór kończy się katastrofą jeszcze większą niż parę godzin temu.

– Nie, on mówił tylko do tego mężczyzny.

– Na pewno?

– Absolutnie – przytaknęłam, odchrząkując.

– Osiedle jest fajne, ale powinni zburzyć tę kamienicę. Mieszka tu sama patologia – rzucił zajadle Oliwier, wyjeżdżając na ulicę.

Zerknęłam na lewo.

Chłopak kopniakiem otworzył drzwi i głośno przeklinając, wrzucił do środka mężczyznę.

Na jego twarzy widziałam niesmak zmieszany z rozpaczą.

Dopiero wtedy poczułam ukłucie w sercu.

Współczułam mu. I to ogromnie.

Bo jeśli to był jego ojciec… aż bałam się pomyśleć, jakie musiało być jego życie. I skąd wzięła się ta szpecąca blizna na policzku.

Rozdział 3

We’re building it up

To break it back down

We’re building it up

To burn it down

Linkin Park, Burn It Down

Dokładnie dwa miesiące po tym zdarzeniu, późnym sierpniem, wprowadziliśmy się na nowo wybudowane strzeżone osiedle dla nowobogackich.

Nie żebym kręciła nosem, ale stare mieszkanie Oliwiera dużo bardziej mi się podobało. Fakt, nie był to dom z dużym ogrodem, jaki mieli rodzice, jednak miało swój urok, a nie było deweloperską bryłą pozbawioną wszelkiego piękna. Mnie samej zajęło sporo czasu przystosowanie się do nowego miejsca. W tamtym mieszkaniu spędziłam blisko pięć lat i kiedy już zdążyłam przywyknąć do sąsiadów, nawet hałaśliwych studentów z parteru i staruszki z mieszkania obok, która dokarmiała wszelkie bezpańskie koty, Oliwier zrzucił na mnie bombę w postaci wyprowadzki. Gdy pokazywał mi nasz nowy dom, był tak radosny, przejmująco szczęśliwy, że nie potrafiłam mu niczego odmówić, tym bardziej że chwilę wcześniej przepraszał mnie żarliwie po naszej kłótni dotyczącej mojego pójścia do pracy. Wolałam zepchnąć w najdalszy kąt umysłu podejrzenie, że zrobiłam to tylko po to, by uniknąć kolejnej wojny. Ostatnio stanowczo zbyt często nasza burzliwa wymiana zdań kończyła się z mojej strony płaczem, a z jego – trzaśnięciem drzwiami.

Dokładnie tydzień przed końcem wakacji pakowałam ostatnie kartony, które lada chwila miała zabrać firma zajmująca się przeprowadzkami. Opadłam na sofę, a folia, którą była owinięta, zaskrzypiała przeraźliwie.

To by było na tyle.

Dwadzieścia kartonów, do których zapakowałam książki, całą kuchnię, wszelkiej maści drobiazgi i ubrania, cztery walizki z najpotrzebniejszymi rzeczami Oliwiera, sofa, kilka regałów oraz komoda. Reszta została jako wyposażenie mieszkania dla nowego właściciela.

Oliwier zadziwiająco szybko sprzedał mieszkanie. Jak dla mnie to nawet za szybko… Wiedziałam, że już dokonał pierwszej wpłaty na nowe cztery kąty, ale podświadomie chciałam, by termin wyprowadzki był jak najbardziej odległy. Jednak sprawy potoczyły się inaczej, zwłaszcza odkąd na jednym z naszych niedzielnych obiadów o całym planie dowiedzieli się rodzice. Oboje byli tak szczęśliwi, że zadeklarowali pokrycie reszty kosztów zakupu i wystroju mieszkania. Jako prezent przedślubny.

Koniec końców, nie musieliśmy brać nawet małego kredytu.

Już następnego dnia Oliwier podpisał umowę i najął ekipę od wystroju wnętrz.

Kiedy on załatwiał papierkowe sprawy związane z zakupem mieszkania i jego urządzeniem, ja obroniłam magisterkę i zebrałam wiele pozytywnych recenzji dotyczących mojej pracy. W nagrodę za bardzo dobry wynik Oliwier sprezentował nam wakacje, także kilka dni później pakowaliśmy się i lecieliśmy na wspólny urlop. Na Majorkę.

Nawet nie mogłam zaprotestować. Oliwier miał już bilety w ręku.

Zaczynałam nawet podejrzewać, że próbował zapełnić mi każdą minutę dnia, bylebym nie miała czasu na sklecenie podania o pracę. Jednak dałam radę. Udało mi się coś napisać z doskoku między szykowaniem obiadu a pośpiesznym pakowaniem walizek.

Lecz aż do tej pory nikt nie zadzwonił. I prawdę powiedziawszy, straciłam już nadzieję, bo został tylko tydzień do pierwszego września. Nikt o zdrowych zmysłach nie zatrudni zielonego nauczyciela na minutę przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Przestałam rzuć dolną wargę i otworzyłam panom z ekipy przeprowadzkowej. Godzinę później stałam w nowej kuchni, podziwiając marmurowe blaty i nieskazitelną biel szafek. Wszystko w mieszkaniu było nowoczesne. Zadbano o to, by było dużo przestrzeni, dziwnych bohomazów na ścianach oraz poskręcanych figurek, które jak później odkryłam, były wazonami. Na ten trop naprowadziły mnie wystające z różnych otworów bambusy.

I było tu przeraźliwie… zimno.

Już wiedziałam, dlaczego większość mebli została w starym mieszkaniu. Nie pasowały do ogólnej koncepcji dekoratora.

Zdusiłam w sobie poczucie bezsilności i żalu, że Oliwier nie pozwolił mi urządzić naszego pierwszego mieszkania.

Przeszłam do łazienki, później do naszej sypialni oraz dwóch pozostałych pokoi, z których jednym był gabinet, a drugim gościnny. Doskonale wiedziałam, co oznaczał dodatkowy pokój, i równie szybko zamknęłam drzwi. To nie to, że nie planowałam powiększenia rodziny, jednak… to nie był najlepszy czas. Nie czułam się jeszcze gotowa do roli matki. A do roli żony…? Ostatnimi czasy natłok myśli w głowie spowodował u mnie niemały chaos. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy mimo naszych zaręczyn i ślubu planowanego na przyszły rok, nie narzuciliśmy sobie zbyt dużego tempa, co raczej nie powinno stanowić problemu, skoro znaliśmy się już przeszło sześć lat.

Z tylnej kieszeni moich dżinsów odezwała się komórka.

Przywołałam na twarz uśmiech i kilka razy odchrząknęłam, by wyzbyć się chrypki.

– Cześć, mamuś.

– Dzień dobry, Dominiczko – przywitała się śpiewnie mama. – Chciałam tylko zapytać, czy akcja „przeprowadzka” zakończyła się sukcesem?

– Tak, chwilę temu panowie wyszli. Poszło im całkiem sprawnie i nawet nie marudzili, gdy poprosiłam o rozdzielenie kartonów do poszczególnych pomieszczeń. Wiesz, nie było mi trudno zapakować całe mieszkanie, ale gorzej z ciągnięciem tego wszystkiego – zakończyłam, zmuszając się do swobodnego chichotu.

– To ich praca. Ale bardziej interesuje mnie to, kiedy zaprosicie nas na jakiś obiad. Wcześniej nawet nie widziałam waszego nowego mieszkania! Przydałaby się parapetówka.

W duchu paskudnie przeklęłam.

– W sumie… wiesz, jeszcze nie zdążyłam nawet rozpakować żadnego pudła, a mam ich tu całą stertę… – Zmarszczyłam brwi, pocierając intensywnie czoło, żeby pozbyć się zmarszczek. Nie chcąc okazać się niewdzięczną, zebrałam się do kupy. – Może za dwa dni przedzwonię, kiedy już dokopię się do garnków? Nie chcę was zapraszać na parapetówkę, jeśli mielibyście się przedzierać przez ocean gratów stojących na samym środku korytarza.

– Oczywiście, kochanie, doskonale cię rozumiem. W sumie nie chodziło mi o to, by wprosić się do was na siłę, ale żeby uprzedzić, że wyjeżdżamy z tatą na weekend do Wrocławia odwiedzić ciotkę Wiolę.

– Mogę się z tobą zamienić? – palnęłam bezmyślnie. Mama zaśmiała się do słuchawki. Czyli jednak udało mi się zlikwidować to dziwne napięcie.

– Nigdy w życiu – parsknęła mama. – Przeżyłam trzy przeprowadzki i już zapowiedziałam twojemu ojcu, że czwartej nie przeżyję.

– Przeraża mnie to wszystko – wyznałam cicho w przypływie odwagi.

– Rozpakowanie rzeczy? Dam ci dobrą radę. Rób to metodycznie. Najpierw kuchnia, łazienka i sypialnia, a resztą możesz się zająć później. I przede wszystkim…

W tym momencie cała moja odwaga, żeby wyspowiadać się mamie ze swoich wątpliwości, poszła szlochać do kąta, bo usłyszałam, jak do mieszkania wchodzi Oliwier.

Przytaknęłam mamie i przywołując uśmiech na twarz przekazałam bezgłośnie Oliwierowi, z kim rozmawiam. Chyba nie to go interesowało. Wykrzywił twarz, zmarszczył brwi i rozejrzał się po otaczającym go chaosie. Cały czas obracał w jednej ręce klucze, a w drugiej ścis-kał aktówkę.

Widząc, co się święci, szybko pożegnałam się z mamą, tłumacząc, że właśnie wrócił mój narzeczony, i obiecując zdzwonić się z nią po weekendzie, gdy wrócą z Wrocławia.

– Jak minął dzień? – spytałam uprzejmie, stając na palcach i całując go w usta.

– Nijako. Nawet nie wróciłem do kancelarii. Od rana siedziałem w prokuraturze. Banda idiotów, dla których pojęcie „biurokracja” stanowi coś w rodzaju obiektu kultu – skwitował, wykrzywiając się z obrzydzeniem. – Dominika, wyjaśnisz mi, do cholery, co tu jeszcze robią te wszystkie pieprzone graty? Mam się o nie zabić?

Próbując nie tracić rezonu, chwyciłam pierwsze lepsze pudło i zaniosłam je do kuchni.

– Dopiero chwilę temu skończyli je wnosić, a potem zadzwoniła mama zapytać, jak idzie przeprowadzka…

– Zamiast na pogaduszkach skupiłabyś się na tym, że nie ma jak wejść do domu – zawarczał, z wściekłością rzucając aktówkę na sofę, jedyną wolną od kartonów przestrzeń.

Próbowałam ukryć zdenerwowanie za wymuszonym uśmiechem.

– Oliwier, to moja mama. Wiem, co powinnam robić, ale myślę, że skoro zadzwoniła z pytaniem, jak sobie radzimy, to chyba niegrzecznie byłoby rzucać słuchawką, prawda? Poza tym dołożyli nam do tego mieszkania, więc mają prawo wiedzieć…

– Nie musisz mi o tym przypominać – przerwał mi, zaciskając mocno szczęki i po chwili namysłu zrzucił marynarkę, a podwijając rękawy, rzucił mi groźne spojrzenie.

– Poważnie? Chcesz zacząć nasze nowe życie w nowym miejscu od kłótni? – Załamałam ręce, opuszczając je z taką siłą, aż trzasnęłam dłońmi o uda. – Świetnie. Zacznij, ale beze mnie. Ja się zajmę ogarnianiem kuchni.

Chciałam go ostentacyjnie wyminąć, jednak przytrzymał mnie w miejscu, chwytając za rękę.

– Domi, nie chciałem – westchnął, przejeżdżając wolną dłonią po włosach. – Po prostu…

– Tak, wiem, jesteś zmęczony dniem – weszłam mu zajadle w słowo, sapiąc sfrustrowana. Zbyt często wykorzystywał kartę „praca” jako swoiste usprawiedliwienie niekończących się humorów. – Oliwier, mnie też nie jest łatwo żyć z człowiekiem, od którego ciągle obrywam. Nie po to jesteśmy razem, bym była twoim prywatnym emocjonalnym workiem treningowym! Obiecywałeś, że to się zmieni, że ty się zmienisz, ale… to wszystko mnie przytłacza!

Stało się. Wybuchłam, chociaż i tak gryzłam się w język, żeby nie zacząć wrzeszczeć. To było dla mnie stanowczo za dużo. Odkąd wróciliśmy z wakacji, codziennie na mnie warczał, krytykował, zupełnie jakby zapomniał, że jeszcze nie tak dawno obiecywał swoją epicką przemianę. Nie chciałam mu tego wytykać, ale nie mogłam tego tak dalej ciągnąć.

Przez krótką chwilę wydawało mi się, że tylko sekundy dzielą Oliwiera od wybuchu, który najpewniej przerodzi się w kolejną kłótnię, jednak gdy zamknął powieki, napięcie powoli ustępowało z jego ciała. Ramiona mu opadły, przez co moja złość automatycznie zmalała.

– Wiem, nawalam na całej linii – wyszeptał przepraszająco, nadal nie patrząc mi w oczy.

Znowu poczułam wyrzuty sumienia. Chcąc je zagłuszyć, uśmiechnęłam się słabo, biorąc jego rękę w swoją. Podnosząc na mnie wzrok, wydawał się tak niepewny mojej reakcji, że omal sama go nie przeprosiłam.

– Pomożesz mi? – zaproponowałam nieśmiało, posyłając mu pokrzepiający uśmiech. – Ja zajmę się kuchnią, a ty… nie wiem, może sypialnią?

Nie wiedziałam, jak dużo złości z niego uleciało, więc przestępując nerwowo z nogi na nogę, czekałam na jego decyzję. Sapnął ciężko, przyciągając do ust nasze złączone dłonie. Chyba wszystko wróciło do normy, bo pozbył się grymasu z twarzy, zastępując go niepewnym, krzywym uśmiechem.

– Jasne – odparł zgodnie. – W końcu to nasze nowe mieszkanie. Tylko nie wiń mnie, jeśli w garderobie powieszę twoje ubrania kolorami.

Z moich zmaltretowanych od ciągłego przygryzania ust wyrwał się cichy chichot.

– W porządku. A ty nie bądź na mnie zły, kiedy zadzwonię po pizzę. Nie mam dzisiaj siły na gotowanie dwudaniowego obiadu – dodałam z przekąsem, powstrzymując się od przewracania oczami. Bądź co bądź, dopiero zakopaliśmy topór wojenny, więc po co miałam go denerwować moim dziecinnym zachowaniem?

Potrząsnął głową, wstrzymując śmiech. Jego ręce znalazły się na mojej talii, ciasno ją oplatając, a gdy przyciągnął mnie do siebie, poczułam na brzuchu jego podniecenie.

– Jestem skłonny przystać na pani propozycję ugody – wymamrotał, przypieczętowując naszą umowę długim pocałunkiem.

Naprawdę… długim i gorącym pocałunkiem. Jego wdzierający się w moje usta język sprawił, że złość, która jeszcze chwilę temu zawładnęła moim ciałem, przerodziła się w pożądanie pulsujące tępym bólem w podbrzuszu.

Nawet nie wiem kiedy, wziął mnie na ręce i zaniósł do sypialni.

– Ale… nie, Oliwier… jest tylko sam materac…

– Ciii – wyszeptał, szarpiąc się z moją bluzką, gdy posadził mnie na łóżku, które nie było jeszcze pościelone. – Naszym pierwszym zadaniem będzie ochrzcić to mieszkanie.

– Oliwier – wysapałam urwanym głosem, gdy jego ciepłe, kształtne wargi ześlizgnęły się na moje uwolnione ze stanika piersi. – Przecież mamy… Oliwier, ro-rozpakowanie…

– Później, Domi… Później…

Następnego dnia Oliwier wyszedł wcześniej do sądu, a ja w końcu mogłam się zająć rozpakowaniem rzeczy. Wczoraj nie za bardzo miałam ku temu okazję… Dawno nie spędziliśmy tak luźnego, a zarazem słodkiego, romantycznego wieczoru. Tylko my, długie rozmowy przerywane ukradkowymi pocałunkami i pizza, którą jedliśmy w małżeńskim łóżku, na gołym materacu.

Takie chwile kochałam.

I właśnie w takim Oliwierze byłam obłędnie zakochana.

Znowu dostrzegłam w nim beztroskiego chłopaka, który ujął mnie błyskotliwym intelektem, zadziornością i ogromem romantyzmu. Teraz tkwiliśmy w rutynie, która coraz bardziej przypominała równię pochyłą. Nasz związek się staczał, a my niczym Syzyf próbowaliśmy się przeciwstawić nieuniknionemu. Jednak nadal w nas wierzyłam. Byłam marzycielką z głową pełną optymizmu i wiary w ludzi. Chociaż niektórzy nazywali to po prostu głupotą.

Chwyciłam nożyk do tapet i jednym pociągnięciem rozcięłam taśmę klejącą z pierwszego kartonu. W środku znalazłam owinięte w folię bąbelkową talerze i kubki. Z przekrzywioną głową starałam się zdecydować, gdzie będzie dla nich odpowiednie miejsce. Wybrałam szafkę przy samym oknie, tuż nad zlewem, obok którego stał ekspres do kawy. A przynajmniej ta machina powinna parzyć kawę. Tak w każdym razie powiedział mi Oliwier, bo z początku myślałam, że to jakiś kosmiczny szybkowar.

Godzinę później miałam wypakowaną całą kuchnię i mogłam sobie zrobić zasłużoną przerwę na kawę, ale zaparzyłam ją w tradycyjny sposób, używając czajnika elektrycznego i sypanej ciemnobrązowej kawy. Bałam się dotykać tego ustrojstwa, nie dysponując nawet instrukcją obsługi.

Wyszłam na taras, który również doznał kojącego dotyku projektantki. Po lewej, pod markizą, stał elegancki zestaw mebli zrobionych z metalu oraz czegoś ciemnego i giętkiego, co przypominało mi wiklinę. Tu i ówdzie stały klomby kwiatowe, a po prawej obiecany mi ogródek. To była zwykła prostokątna skrzynia zbita z oszlifowanych desek pomalowanych na ciemny brąz i wypełniona ziemią. Wzięłam nagrzaną od słońca grudkę w palce.

Powietrze przesycone było spokojem i błogą ciszą.

Wystawiłam twarz do słońca, łaknąc promieni. Nie żeby na Majorce doskwierał mi jego szczególny brak, ale wolałam takie leniwe muskanie ciepła na policzku niż palące jęzory gorąca.

Z kubkiem kawy w rękach usiadłam w fotelu, na chwilę pozwalając sobie zatopić się w tej arkadii.

Nie powinnam tak leniuchować. W głowie miałam całą listę zadań, które rozbiłam sobie na dwa dni, jednak nie potrafiłam się zmotywować do działania. Potrzebowałam chwili dla siebie, oddechu, relaksu.

Z salonu dobiegł dzwonek mojej komórki. Przewróciłam oczami. O tej porze obstawiałam dwie osoby: albo to Oliver, który chciał skontrolować moje postępy, albo mama, która również chciała dopytać co i jak. Więc z niemałym zdziwieniem odkryłam, że próbuje się do mnie dobić Monika.

– Hej… – zaczęłam z uśmiechem, ale natychmiast przerwał mi jej dziki wrzask.

– Dzwonili do ciebie?! Wiesz już?! Czemu mi nic nie powiedziałaś, mendo! Gratuluję!!!

Chyba ogłuchłam. Tak, na pewno pękł mi jeden z bębenków.

Powoli zbliżyłam telefon do ucha.

– Monia, poczekaj, bo zupełnie nie wiem, o co ci chodzi. Kto miał do mnie dzwonić?

– No ze szkoły! Właśnie widziałam się z Gośką, która pracuje w sekretariacie! Musiałam zanieść im kolejne zwolnienie, a ona powiedziała, że cię przyjęli!

Zamarłam.

Przyjęli mnie. Naprawdę dostałam pracę w szkole…

O cholercia…

Z wrażenia usiadłam na podłodze.

– Ale… nikt do mnie nie dzwonił…

– Wiem, że próbowali dzwonić na twój stary numer stacjonarny, ale wytłumaczyłam Gośce, że właśnie się przeprowadziłaś, więc podałam numer twojej komórki. Swoją drogą, wpisuj w cefałkę dane, które ułatwią kontakt z tobą, debilu!

Próbując nadążyć za przyjaciółką i jednocześnie otrzeźwieć na tyle, by zacząć rozsądnie myśleć, poklepałam się po policzku, a dla lepszego efektu uderzyłam się ręką w czoło. Dopiero gdy gwiazdy w końcu przestały mi przesłaniać widok, przerwałam tyradę Moni, jak bardzo byłam nierozważna, nie podając w podaniu o pracę swojej komórki.

– Poczekaj, Monia… ty mówisz poważnie? Naprawdę? Nie żartujesz?

– A czy ja bym żartowała w tak poważniej sprawie? No weź! Mówię ci, miej telefon przy dupie, bo lada chwila będą do ciebie dzwonić! No właśnie, może nawet teraz, a ja blokuję linię! O cholera, dobra, to daj znać! Gratuluję kochana! Mówiłam, że dasz radę! Pa!

– Pa…?

Czy ostatnia minuta mojego życia… czy to się naprawdę wydarzyło?

Naprawdę Monika dzwoniła do mnie, wrzeszcząc, że dostałam pracę w jej szkole?

Wypuściłam z płuc drżące powietrze. Dopiero teraz, czując ukłucie w piersi, zdałam sobie sprawę, jak długo wstrzymywałam oddech.

I jak na zawołanie telefon w mojej ręce rozdzwonił się po raz kolejny. Tym razem był to nieznany numer.

Przestałam żuć dolną wargę, gdy podnosiłam telefon do ucha.

– Słucham…? – odezwałam się niepewnie, nieświadomie nawijając kosmyk włosów na palec.

– Dzień dobry – zaświergotała przemiłym głosem kobieta. – Czy mam przyjemność z Dominiką Rewers?

– Tak… przy telefonie.

– Witam serdecznie, dzwonię z sekretariatu Dwudziestego Piątego Liceum Ogólnokształcącego imienia Władysława Reymonta. Kontaktuję się z panią z polecenia dyrektora Artura Krajewskiego, który chciałby panią zaprosić na rozmowę kwalifikacyjną na stanowisko nauczyciela języka polskiego. Przez dłuższy czas nie mogliśmy się do pani dodzwonić, ale pani Monika Żuk podała nam namiary do pani. Czy odpowiadałoby pani spotkanie dziś o godzinie trzynastej?

Próbowałam ogarnąć to wszystko rozumem, jednak szok przegonił zdrowy rozsądek gdzie pieprz rośnie. Nie mogłam wydukać ani słowa.

– Pani Dominiko?

– Tak, tak, jestem… Oczywiście, będę u państwa o trzynastej. Czy mam zabrać ze sobą jakieś dokumenty…?

– Powiem pani szczerze, że spotkanie z dyrektorem to tylko formalność, gdyż zdecydował się podpisać z panią umowę na zastępstwo. Jest już przygotowana, więc gdyby pani zechciała przynieść odpisy wszelkich dyplomów i kursów, mogłybyśmy załatwić wszystko w kadrach jeszcze dzisiaj.

– Dobrze, przyniosę…

– I, pani Dominiko, proszę się nie denerwować – zachichotała cicho w słuchawkę, po czym dodała konspiracyjnym szeptem: – Monika przewidziała, że ta wiadomość zetnie panią z nóg. Jak już powiedziałam, to tylko formalność. Bez stresu.

– Tak, oczywiście… – przytaknęłam ślepo i zerknęłam na zegar cyfrowy w kuchence. Przełknęłam ślinę. – Będę za dwie godziny.

– Będziemy na panią czekać. Do zobaczenia!

– Do widzenia.

Po skończonej rozmowie położyłam telefon przed sobą i jeszcze przez chwilę wgapiałam się w niego jak zahipnotyzowana.

Moja praca. Moja pierwsza praca.

Byłam z siebie niewyobrażalnie dumna, ale i przerażona.

To nawet nie był stres czy zdenerwowanie. To było czyste przerażenie.

Przymknęłam powieki, wciągnęłam powietrze nosem, przetrzymałam je przez chwilę i wydmuchnęłam głośno, wydymając usta.

Hej! Jesteś dorosłą, mądrą, młodą kobietą. Właśnie skończyłaś studia, obroniłaś magisterkę, planujesz ślub, przeprowadziłaś się i dostałaś pracę. To po prostu kolejny etap w twoim życiu! A właśnie taki był twój cel – chciałaś pracować i uczyć młodzież. Więc na co czekasz? Wszystko jest na wyciągnięcie ręki! Świat należy do ciebie! Bo kto, jak nie ty?

Otworzyłam oczy, w których nie pozostał nawet ślad po nękających mnie przed chwilą wątpliwościach.

Poniosłam się z podłogi i trzymając telefon w jednej ręce, drugą odpinałam guziki koszuli. Musiałam jeszcze wyprasować bluzkę i spódnicę. I się ogarnąć.

Tak, najwyższy czas się ogarnąć.

Jeden błąd

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-222-7

© Anna Szafrańska i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

KOREKTA: Małgorzata Szymańska

OKŁADKA: Joanna Michniewska

SKŁAD: Katarzyna Dambiec

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jeden błąd Właśnie tak! Pensjonat pod świerkiem Dziewczyna ze złotej klatki Grzech pierworodny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy