Gwiazdy rdzewieją na dnie Wisły

Gwiazdy rdzewieją na dnie Wisły

Autorzy: Bohdan Urbankowski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.90 zł

Barwna powieść o wojnie polsko-bolszewickiej

Według wszelkich znaków na niebie i ziemi Polacy nie mogli wygrać tej wojny. Idące ze wschodu hordy przeważały liczbą, paraliżowały okrucieństwem. Polskę i Europę ocaliły wtedy dwie rzeczy: genialny manewr Piłsudskiego i nieprawdopodobna odwaga polskich żołnierzy.

Wojnę z bolszewickim najazdem obserwujemy z perspektywy kilku młodych oficerów, którym Piłsudski zleca najbardziej tajne i najbardziej niebezpieczne zadania. Wszyscy je wykonają, choć niektórzy za cenę życia. Oczyma bohaterów oglądamy krwawe pola bitew: obronę Warszawy pod Ossowem, zagrodzenie przeprawy przez Wisłę w Płocku i ofensywę znad Wieprza. Zwycięstwo pod Maciejowicami w roku 1920 zmywa pamięć klęski z roku 1794 i odwraca bieg historii. Na tle wojny rozgrywają się piękne i trudne historie miłosne, obserwujemy fascynującą walkę z sowieckim wywiadem, udaremnienie zamachu na Piłsudskiego, możemy przysłuchiwać się dyskusjom polityków próbujących wyznaczyć przyszłość świata.

Bohdan Urbankowski

Gwiazdy rdzewieją na dnie Wisły

ISBN

Copyright © Bohdan Urbankowski, 2018

All rights reserved

Projekt okładki i stron tytułowych

Paulina Radomska-Skierkowska

Projekt typograficzny i łamanie

Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Część pierwsza — BAL

Część druga — NERWY BOGA

Część trzecia — WYWOZICIELE SZAMBA

Posłowie

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Część pierwsza — BAL

Nerwowy śmiech strojonych instrumentów, werble niepokojące jak stukot coraz bliższych kroków… I nagle wszystko milknie. Cisza. Wchodząc do sali, ujrzeli muzykantów zastygłych w bezruchu — rzeźby w ogromnym gabinecie figur woskowych.

Jerzy wychodzi z sali — pod prąd napływających gości. W drzwiach słyszy głos Ireny:

— Jerzy, nie zostajesz na balu?

— Nie, zostawiam wam Marcela.

Wychodzi. Szkoda. Gdyby został, bylibyśmy najpiękniejszą parą — myśli Irena. Tymczasem z kąta sali podsuwa się ów Marcel i niechcący nadeptuje Irenie na nogę.

— Sssss, co się dzieje! Jeszcze nie zaczęli, a już wlazł mi pan na pantofle.

— Przepraszam, nie wiem, jak mam to tańczyć.

Nie brzmi to inteligentnie i Marcel nie daruje tego Irenie.

W rogu sali rozgrywa się scenka jak z Pana Tadeusza. Stanisław, który niedawno zgłosił się na ochotnika i ma na sobie mundur najelegantszy na sali, sunie ku pannie Zosi, kłaniając się z dużej odległości. Ta widać popatrywała w jego stronę, bo od razu zaczyna biec. On także przyspiesza kroku, nieomal się zderzają.

— Już się bałam, że pan Stanisław mnie nie poprosi.

— Tylko po to tyle wiorst przyszedłem, panno Zosiu — mówi ze staroświecką galanterią. Śpiewny, kresowy akcent dotyka delikatnie jak nieco nieprzyzwoita pieszczota.

Mietek, wymachując rękami, mówi do Wandy, zbyt głośno — jakby przemawiał:

— Komendant genialnie kombinuje. Dla Łotwy wygraliśmy wojnę zimową i daliśmy im Dyneburg, Ukrainie Kijów. Niepodległa Ukraina to niepodległa Polska.

— Mietek! Na bal przyszedłeś, nie na wiec!

— Więc mogę prosić do walca. — Byli ze sobą na ty, lecz wytworność miejsca kazała mu dodać: — Panno Wando?

Cisza się przedłużała. Staszek spojrzał na Zosię trochę bezradnie, trochę pytająco.

— Zacznijmy tańczyć, oni dopasują muzykę do nas — wymyśliła Zosia.

Zaczęli tańczyć bez muzyki, wokół powstał półokrąg, nawet posypały się oklaski, i wtedy włączyła się orkiestra, otaczając ich ciała delikatnie walcem Szostakowicza.

— No, miła niespodzianka. — Marcel chwyta za rękę Irenę i ciągnie ją na środek. — Dunikowski, Szostakowski, to może być wieczór niespodzianek.

— Z niespodziankami różnie bywa, panie poruczniku. — Irena odgięła się do tyłu i przegląda się w odległym lustrze. — Rosyjska muzyka jest jak ciemne jezioro…

— Też ją uwielbiam, tylko ona może ruszyć bryłę świata.

— …jezioro, w którym mogą żyć monstra — dokończyła Irena. — A przy okazji, błagam, niech pan się nie popisuje swoją wiedzą muzyczną. Może ma pan przypadkiem jakąś inną?

Tymczasem Zosia opowiada Stanisławowi o Chodczu, zachęcając, aby odwiedził jej rodzinny dworek. Piękny w jej opisie jest ogród, piękne niebo nad Chodczem i nad całymi Kujawami.

— Gdzieś może są ładniejsze ziemie, nawet góry, ale niebo najładniejsze u nas. A tuż przed moim wyjazdem jakby zaczęło rodzić nowe gwiazdy. Oczywiście wiem, to komety. U nas świeciły, a spadały gdzieś nad Wisłą.

— Na pewno nie spadały, panno Zosiu. Poza tym u nich piękna nazwa…

— Wiem. Łzy świętego Wawrzyńca!

— Perseidy. Znane od tysięcy lat. Mają prawo spadać od połowy lipca.

— Świętego Wawrzyńca jest w sierpniu, nie? Więc święty za wcześnie zapłakał. A pan Stanisław mówi jak inżynier!

Irenie robi się żal Marcela i przerywa milczenie:

— I jak, pogodził się pan już z Szostakowiczem?

— Przecież wiem, że to Szostakowicz, znam się na muzyce lepiej, niż wszyscy myślicie. Tylko mnie nie egzystuje — trochę się zająknął przy tym słowie, ale jakoś mu poszło.

— A co pana ekscytuje? — Irena poprawia go dyskretnie.

— Coś wielkiego, na przykład toccata i fuga d-moll.

Zaskoczył ją. Czyżby on to rzeczywiście znał?

— Ciekawe, jak by pan to tańczył? Też jak walca?

— A tak. — Marcel nieomal krzyczy, aż pół sali przystaje. Marcel zaczyna demonstrować. Tańczy tak, jakby maszerował na ruskiej czy pruskiej paradzie, tupiąc i trzaskając obcasami, wyraźnie wybijając trzy pas, jakby zamiast butów miał werble. Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy.

— Bo pana zostawię i tańcz pan sam ze sobą.

Zosia wytrwale zabawia pana Stanisława rozmową. W jednym zdaniu potrafi połączyć sprawy wielkie, w których chłód historii, ze sprawami małymi, ciepłymi — jak rękawiczki chroniące przed chłodem.

— To niesprawiedliwe! Gdzie indziej wojna skończyła się dwa lata temu, a u nas… Ni to, ni sio. Pan Stanisław też by się chętnie rozejrzał po Polsce, może gdzie ustatkował — dodała.

— Najpierw trzeba kraj odbudować, po to my tu z ojcem przyjechali. Drogi, koleje, drapacze chmur. A to znaczy nie w jednym miejscu.

— Jak to u nas mówią: szklane domy.

— Nie tylko domy. Może nawet i pomnik, jakiego na świecie nie było, żeby niepodległość uświęcić.

— Pomnik?

— Łuk wielki biały spinający oba brzegi Wisły, spinający nasz kraj. Po to ojciec mnie po politechnikach gonił, różne wydziały kazał kończyć, a to budowlany, a to wodny.

— Wiem, pan Stanisław już to opowiadał. W Irkucku, Petersburgu, Tomsku…

— Petersburg był na końcu, Tomsk wcześniej, ale wszystko dla Polski. Od dzieciństwa zawsze my do modlitwy dołączali: „Daj, Panie, do ojczyzny wrócić”.

— A opowiadał pan Stanisław, że w Nowogródku się rodził.

— Pognali nas na Sybir, ale to ciężka historia, za ciężka na taniec. Na wspomnienia także nielekka. — Odruchowo dotknął ust, lecz już niczego nie dodał.

Sybir to było białe piekło — mimo że Staszek był dzieckiem i mimo że dorośli próbowali go jakoś przed tym piekłem chronić. Ojciec Staszka był w pierwszej fali zesłanych działaczy PPS-u. Warszawskim aktywistom wpadło do rozpalonych głów, aby w noc świętojańską puszczać po Wiśle wianki z napisem na szarfach „PPS walczy”. Większość działaczy zaaresztowano na miejscu. Mieli szczęście — poszli do Cytadeli. To byli ci najważniejsi. Ciężar prac spadł na Sekcję Litewską PPS-u. Centrala była w Wilnie, gdzie rządził młody Piłsudski, w Nowogródku ledwie kilku działaczy — któryś doniósł… Mieli mniej szczęścia — skazano ich na Sybir. Matka Stanisława — wciąż jak pensjonarka zakochana w ojcu — powędrowała za nim. Po odsiedzeniu wyroków — ­posielenije. Ojciec znajdował pracę jako inżynier, wyrzucano go z niej jako podejrzanego politycznie, znajdował następną w innym miejscu i po paru dniach czy miesiącach historia się powtarzała. Stąd i Staszkowa wędrówka po syberyjskich szkołach i uczelniach.

— A Nowogródek? — Zofia jakby czytała w jego myślach.

Nowogródek to legenda dzieciństwa. Odłamki wspomnień posklejanych jak witraż opowieściami ojca i modlitwą do Matki Boskiej z nowogródzkiej fary — tej, która ocaliła małego Mickiewicza. Lecz czy to były rzeczywiście jego wspomnienia?

Dopiero Sybir stanowił rzeczywiste aż do bólu doświadczenie, jakby tam, w niewoli się urodził, jakby tam spędził pierwsze dni dzieciństwa. Pamiętał zimno — ono na zawsze w nim zostało, pamiętał sylwetki oprawców, pamiętał smród.

Irena straciła nadzieję, że w objęciach Marcela popłynie pięknie, radośnie, i to tak, że Jerzy pożałuje swojej arogancji. Marcel dreptał jakoś dziwacznie, tłumacząc, że brak mu miejsca, i jakby na potwierdzenie swych słów raz po razie nadeptywał na jej pantofle.

Popatrzyła na niego dłuższą chwilę i wycedziła:

— Płochomu dansioru i jajca mieszajut.

W podobnej sytuacji partner powinien najpierw prosić o przetłumaczenie, następnie raz na zawsze się odpieprzyć. Marcel zachował dziwnie kamienną twarz. Czyżby znał rosyjski? Gdzie on się nauczył takiej mordy?

Mietek i Wanda znacznie lepiej się bawią. Może po części dlatego, że tańcząc, obgadują innych. Podsumowania przyjaciół dokonała Wanda:

— Staszek z Zosią zaczęli bal i tańczą. Jerzy jak zwykle tajemniczy, nie chce tańczyć — odszedł do swoich tajemnic. Marcel z Irką jak zwykle się kłócą. A my?

— Tańczymy. Czy to nie cudowne? A to, żeśmy się w ogóle spotkali…

— Zaraz powiesz, że świat jest cudem.

Mietek przyciska Wandę mocniej do piersi.

— Zaczął pan Stanisław opowiadać o pomniku, którego nie ma na świecie, a ja, głupia, przerwałam. — Zosia próbuje rozproszyć zamyślenie Staszka.

— Nie ma, ale może będzie. To ma być łuk triumfalny.

— Słyszałam, że jest taki w Paryżu, a w Rzymie niemal na każdej ulicy. — Zosia robi wrażenie nieco rozczarowanej.

— Takiego jak mój nigdzie nie ma.

— A gdzież mógłby być?

— Wszędzie. Mam dwa pomysły. Jeden to zburzyć sobór na placu Saskim i tam postawić łuk, tylko większy.

— Ale co świat powie?

— A co mówił, jak Polskę na trzy kawały poszarpano? Co zrobił, jak tym kamiennym soborem piersi Warszawy dławiono?

— Ale, jak mówią, to jednak wielka budowla, jeden z najpiękniejszych…

— Tak, w imperium zła znak naszej przynależności. Niech panna Zosieńka popatrzy, katedra jakby się modli za Polskę, a sobór pluje w twarz Polakom — wykrzyknął, aż kilka par się obejrzało.

Zosia szybko zmieniła temat na bezpieczniejszy:

— No, tak… A ten drugi pomysł?

— Drugi to jeszcze bardziej na sercu leży. Z jednego brzegu Wisły na drugi. Albo przynajmniej w środku rzeki.

— A nie można dwóch łuków postawić? Nie?

Wanda i Mietek tworzyli tak piękną parę, że część tancerzy ustawiła się pod ścianami i zaczęła klaskać, a orkiestra specjalnie przedłużała walca — zda się w nieskończoność. Lecz nie czuli upływu czasu, nie czuli w ogóle jego istnienia.

Wanda przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie, jeszcze w Legionach. To Mietek się domyślił, że jest przebraną za mężczyznę kobietą, ale nie dał nic po sobie poznać. W pustych rubrykach wpisał, że badanie lekarskie wykazało zdolność do służby, i w ten sposób oszczędził jej niebezpieczeństwa i wstydu rozbierania się przed komisją lekarską. Ze względu na wykształcenie skierował ją do prac sztabowych, co spowodowało pierwszą awanturę między nimi. Ona koniecznie chciała iść na front, chciała walczyć, nawet wystawiając się na śmierć — on próbował ją przed tym chronić.

Wanda postawiła na swoim, poszła wprost do okopów. Długi czas się nie spotykali, on przeszedł do POW-u, organizował struktury w Dąbrowie i na Śląsku, „likwidował granicę”. Z daleka tylko śledził przygody tej nowej Emilii Plater i modlił się, by nie spotkał jej los tamtej. Słyszał, że walczyła pod Łowczówkiem, potem, że była na Wołyniu, broniła Reduty Piłsudskiego — ale były to wiadomości ułamkowe, wzmianki, które nie musiały jej dotyczyć, zwłaszcza że walczyła wciąż w męskim przebraniu. Mietek mógł sobie ją tylko wyobrażać — w sukni balowej albo nawet ślubnej…

Jerzy ukryty za filarem obserwuje Irenę. Właściwie obserwował ją już wiele lat. Poza tym, że jest piękna, nic o niej nie potrafi powiedzieć. Ani skąd się wzięła w Warszawie, a wcześniej w Paryżu, ani skąd naprawdę pochodziła, ani z czego naprawdę żyła — bo przecież nie ze swych miniatur. A jeszcze utrzymywała siostrzyczkę. Nie potrafiłby nawet odpowiedzieć, jakiego koloru Irena miała włosy. Na ogół płomieniste, falujące wokół głowy, ale czasami czarne, a niekiedy zielonkawe jak morze, ale też falujące. Teraz w świetle kandelabrów znów wyglądały jak płomienie.

Od Paryża różne sceny życia wydawały mu się naśladowaniem malarstwa. Teraz taniec Ireny kojarzy mu się z Szałem Podkowińskiego — te same włosy, mimo sukni wydawała się naga i do tego to wielkie ciemne bydlę, które trzyma za szyję. Ślepiec by widział, że ma cztery nogi. A przecież to mój przyjaciel — karci się Jerzy.

Coś było takiego w powietrzu, może w zapachu świec, że Irena też zapadła we wspomnienia — jak zapada się w sen. Był to sen o Paryżu i kawiarence na Montmartrze, o przyjaciołach malujących, piszących wiersze, muzykujących, filozofujących, a przede wszystkim pijących, co stanowiło napęd wszystkich wspomnianych tu sztuk, a ponieważ nie było w owym śnie Marcela, przestała się do niego odzywać. Miełkij masturbant! Zostawiła go w końcu tańczącego na środku sali. Ciekawe, czy zauważył, że odeszłam — pomyślała i usiadła na wolnej kozetce. Nie wiadomo skąd zjawił się wysoki człowiek w liberii i podsunął jej tacę z kieliszkami. Na wszelki wypadek wzięła dwa — nie wiadomo, skąd się pojawił, to, cholera, może też zniknąć. Na suficie pojawiają się komety. Co gorsza, na podłodze też.

Muzyka również się popsuła. Jakby instrumenty zaczynały się krztusić, charczeć, każdy takt wymagał większego wysiłku, walc zwalniał, jakby był odtwarzany na ogromnym gramofonie i jakby ten gramofon właśnie dogorywał. Coraz częściej przebija przez muzykę tupot żołnierskich butów, galop koni, daleki huk dział. Fragmenty wspomnień mieszają się ze scenami, które dopiero się rozegrają, na sali pojawiają się skądś groteskowe typy: czerwonoarmiści w papachach, partyjni sekretarze w garniturach, komisarze w skórzanych kurtkach, pijane markietanki w podartych, poplamionych sukniach… Przez salę przebiegają klauni rzygający ku niebu ogniem, suną tancerze w maskach z przodu i z tyłu głowy; niektórzy z tańczących robią wrażenie trupów — kiwając się jak kukły, próbują wciągać ludzi do groteskowego tańca — ich ruchy zaczynają wydobywać to, co w ludzkich ciałach najbrzydsze, najbardziej wulgarne. Światło — Irena nie jest pewna: na sali czy w jej śnie — zaczyna migotać, z megafonów dobywa się głos przechodzący w histeryczny wrzask. Co dziwne — głos krzyczy w jej języku, a jednocześnie słyszy go po polsku:

Towariszczi! Krasnyje sołdaty!

Czerwoni żołnierze!

Wybiła godzina odwetu. Nasze wojska na całym froncie przechodzą do natarcia. Setki tysięcy bojowników przygotowały się do strasznego dla wrogów uderzenia. Wielki pojedynek rozstrzygnie losy wojny narodu rosyjskiego z polskimi gwałcicielami. Wojska czerwonego sztandaru i wojska zaborczego orła białego stoją przed śmiertelnym starciem.

Nim rzucicie się na wrogów, niech was przeniknie śmiałość, niech wasze serca napełnią się gniewem i bezwzględnością. Mścijcie się za spalony Borysów, znieważony Kijów, spustoszony Połock. Mścijcie się za pastwienie się polskiej szlachty nad rewolucyjnym narodem rosyjskim W krwi rozgromionej polskiej szlachty utopcie zbrodniczy rząd Piłsudskiego.

W natarciu uczestniczą pułki, które rozbiły Kołczaka, Denikina i Judenicza. Żelazna piechota, chwacka kawaleria, groźna artyleria niepowstrzymaną lawiną winny zmieść białe plugastwo. Niech miejsca zniszczone przez wojnę będą świadkami krwawego rozliczenia się rewolucji ze starym światem i jego sługusami. Armia Czerwona okryje się nową wiekopomną sławą.

Na Zachodzie decydują się losy światowej rewolucji. Przez trupa białej Polski prowadzi droga do światowego pożaru. Na bagnetach poniesiemy szczęście i pokój pracującemu człowieczeństwu. Na zachód! Do decydujących bitew, do głośnych zwycięstw!

Wybiła godzina natarcia.

Na Wilno, Mińsk, Warszawę — marsz!

3 lipca 1920

Michaił Nikołajewicz Tuchaczewskij, Komandarm

Zaczęło się.

Ale czy kiedykolwiek naprawdę się kończyło przez ostatnie kilkaset lat?

Tajemnice Adiutantury

Po dziedzińcu kręci się ich kilku, ale prawdziwa wartownia mieści się na parterze Belwederu. Natomiast ich pokoik, nazywany Adiutanturą (używali dużej litery), mieści się na pięterku, blisko pomieszczeń zajmowanych przez Naczelnika. Na ścianie orzeł — ale ten strzelecki — na kartonie aktualna maksyma: „Żywiołem duszy ludzkiej jest tworzenie”. Maksymy są co jakiś czas wymieniane, tę wybrał Staszek, pewnie myśląc o swoim łuku.

Dyryguje nimi Wieniawa-Długoszowski — ułan, poeta, podobno potomek Długosza. Ale naprawdę i na co dzień komendę trzyma wachmistrz Walenty Wójcik, który przyszedł tu z żandarmerii, ale był wcześniej w POW-ie, w Legionach, nawet w Strzelcu, a jeden Bóg wie, czy nie u Kościuszki, w każdym razie do nich mówił per „młody”.

Tę samą, trochę tylko krótszą rycerską przeszłość miała za sobą trójka „muszkieterów”: Mietek — jeden z budowniczych POW-u, spiskował i walczył w Zagłębiu i na Śląsku, Stanisław — inżynier, przyszedł z Rosji, był przez moment w Armii Czerwonej, a potem przedarł się do Polski, by z Rosją walczyć, i Jerzy — najbardziej z nich tajemniczy, zagończyk z Kresów. Do tych trzech nie pasuje, ale jakoś się doczepił Marcel, nazwany przez wachmistrza d’Artagnanem. Szoferuje Naczelnikowi Zygmunt Malinowski, który potrafi także inne rzeczy — właściwie trudno powiedzieć, czego by nie potrafił. Złota rączka! Dość wcześnie i na dość długo zagościł wśród nich Tadeusz, który by pójść na wojnę, zrezygnował ze studiów. Chciał iść na jakiś kierunek artystyczny — teraz to sobie kompensuje robieniem zdjęć.

Ta grupa od kilku miesięcy działała w stałym składzie, inni oficerowie, a było ich ze dwudziestu, wymieniali się częściej, co nie znaczy, że się nie sprawdzali. Sprawdzali się aż za dobrze, jeździli między Belwederem a frontem, czasem przedostawali się na tyły, wypełniali zadania wywiadowcze i kontrwywiadowcze, chronili osobę Marszałka. Czasem wykonywali wyroki na zdrajcach i niebezpiecznych agentach. Dlatego tak szybko się zużywali — jeśli tym słowem można nazwać żołnierską śmierć. Chłopcy u boga wojny na posyłki. Było coś podobnego w starej pieśni. Tam może bardziej dostojnie: na ordynansach.

Bliżej Komendanta byli już tylko ci najbardziej zaufani, ci spod Bezdan, z bojówki PPS-u i z Legionów. Prystor, Śmigły, Sosnkowski, Stachiewicz, Piskor. Nie była to grupa formalna, nie powoływano ich urzędowo i ministerialnie — sami siebie wybrali, jak bywa z każdą elitą. Tą prawdziwą. Stare konie ciągnące do końca polski wóz. Wiedział, że nie zawiodą, bo była to elita pracy i poświęcenia. Kiedy zacznie planować manewr ratujący Polskę przed najazdem — po nich pośle swoich adiutantów, z nich stworzy zaufany sztab, ich oddziały zacznie wyciągać z frontu, by odwrócić je przeciw wrogowi. Oni — i tylko oni — zdolni byli wykonać najtrudniejsze rozkazy.

Po wojnie z bolszewikami i po majowym rokoszu sprawy zaczną się normować na tyle, że z pozostałych przy życiu adiutantów i żandarmów ochrony powstanie grupa wywiadowcza. Na czele grupy stanie młody geniusz, bohater wojny bolszewickiej, kapitan Bolesław Ziemiański, który sprowadzi do pomocy paru „dwójkarzy”, a jak głębiej w ich biografiach poszukać — bojowców PPS-u. Dzięki jego darowi przewidywania nie uda się żaden zamach na Piłsudskiego, w zarodku zostanie zduszone morderstwo, które planował syn zabójcy prezydenta Narutowicza, młody Niewiadomski — Stefan. Nie zastosowano środków fizycznych, lecz jedynie grę psychiczną polegającą na demonstracyjnym śledzeniu planującego zamach (formalnie wciąż niewinnego) kandydata na zamachowca. Coś jak policja śledząca zamiary i przewidująca posunięcia na kilka ruchów do przodu. Mówiono, że najlepsi wywiadowcy potrafili młodego Niewiadomskiego nękać nawet we śnie. To zadziałało. Rezygnacja z morderstwa i wyjazd młodego Niewiadomskiego z Polski zakończy historię.

Kilka dni po przerwanym balu prawie nikt już o nim nie pamięta — z wyjątkiem pań. W pokoju Adiutantury oficerowie popijają kawę, dzielą się wiadomościami z frontu, a naprawdę czekają na rozkazy. Wachmistrz Wójcik, który słynął z wymyślania nowych przysłów albo chociaż z przekręcania starych, siedzi przy małym stoliku i milczy. Przez chwilę będzie się bawił rewolwerem pamiętającym akcje bojówki, potem położy go na blacie. Marcel zasiadł na krześle przodem do oparcia i dosyć ryzykancko się kołysze, Mietek pisze coś w notatniku. Stanisław rysuje łuki triumfalne łączące brzegi rzeki albo po prostu stojące w rzece. Białe, jakby świecące własnym światłem. Zygmunt roznosi kolejne filiżanki z kawą.

Mietek przerywa pisanie i wyjmuje kieszonkowy zegarek.

— Wcześnie, wciąż wcześnie.

— Kto rano wstaje, temu Bóg pracy dodaje — mówi sentencjonalnie wachmistrz Wójcik. Jak na wachmistrza słabe, chociaż, cholera, słuszne!

W tym momencie do pokoju wchodzi Jerzy.

— Z frontu niedobre wieści.

— Dobrze, że w ogóle coś się dzieje — rzuca Marcel. — Lepsze niż siedzieć w przedpokoju i pić kawę, wmawiając kuchtom, że to sam Naczelnik zamawia.

— A po Warszawie krążą legendy, ile to Naczelnik kaw potrafi wypić — wtrąca wachmistrz.

— Ale jak długo można?

Bez pukania otwierają się drzwi.

— Już niedługo! — Wieniawa rzuca zamiast powitania.

— O, pan pułkownik!

— Dziś ja przekazuję polecenia, Naczelnik jest na ROP-ie.

— Gdzie? Na czym? — rozlegają się pytania.

— ROP. Rada Obrony Państwa. Kolejne z rzędu posiedzenie, a wy jeszcze nie zauważyliście, że istnieje. — Major odnajduje wzrokiem Mietka i patrząc mu w oczy, mówi: — Tam pójdzie pan porucznik Słowikowski.

— Tak jest.

— Nie musisz tak służbowo, Mietek. Ważne, żebyś tam był i miał oko na wszystko.

— Tak jest.

Obydwaj wybuchają śmiechem, obejmują się po przyjacielsku i poklepują po plecach. A potem Mietek wychodzi.

Dzienna zmiana dobiega końca. Nic dziwnego — zmierzch dawno już zapadł. Mimo że młodzi i odważni, woleli jednak służbę dzienną. Noce w Adiutanturze bywają czasem upiorne w każdym sensie tego słowa. Napięte nerwy, dyżur wewnątrz i na zewnątrz Belwederu, w każdej chwili może się u bramy zjawić goniec z wieścią o kolejnej klęsce, o utraconym mieście, o zakatowanych przez bolszewików ludziach. Albo szpieg udający gońca.

Komuniści nasyłali skrytobójców, chłopcy z bojówek PPS-u brali na siebie nocne służby wśród drzew bliżej pałacu i dalej w parku Łazienkowskim. Nie było tygodnia, żeby kogoś nie złapano, nocami słychać było strzały. Przed prasą to jednak ukrywano, bo trzeba było ukrywać przed narodem. Na wszelki wypadek wzmożono też kontrolę koło domu przy Koszykowej, gdzie mieszkała pani Aleksandra z córeczkami. Oczywiście kontrolę dyskretną — jeden ochroniarz na pokaz, kilku ukrytych w mroku, wszyscy z odbezpieczoną bronią. Naczelnik czasem nocował u pani Aleksandry, czasem w Sztabie na placu Saskim — to utrudniało zamach, ale utrudniało i ochronę.

Noce belwederskie były upiorne także w innym sensie. Opowiadano, że były we władaniu widziadeł i duchów, egzorcyzmy nie pomagały. Dlatego od czasów Konstantego żaden rosyjski namiestnik tu nie mieszkał, woleli spać w pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, woleli nawet w wiecznie remontowanym zamku — byle nie w Belwederze. Opowiadano, że Konstanty nie uciekł w noc listopadową, że zabili go podchorążowie. Pokazywano potem jakiegoś podobnego błazna z trupy cyrkowej, jednak szybko go uśmiercono. Konstanty miał wciąż leżeć w Łazienkach — tam gdzie pogrzebali go spiskowcy. Ale jego upiór nie leżał…

Opowiadano także o truchle Poniatowskiego. Z tym władcą była dziwna historia. Zmarł w Petersburgu jako dworak cara, prowadził ostatni bal, a potem zmarł na serce. Może umarł, może mu ktoś pomógł — mówiono, że nowy car miał go dosyć, przebąkiwano o jakimś starym konfederacie barskim, który zostawszy sługą króla, dokonał na nim zemsty. Tak czy inaczej żywi mieli go dość. Wkrótce jednak miało się okazać, że nie chcieli go również umarli. Króla pochowano w Petersburgu, w mundurze, w okazałym grobowcu. A nazajutrz po pogrzebie znaleziono jego ciało leżące na wierzchu, na płycie. Wybuchł skandal. Więc pochowali go powtórnie, mocno przywalili kamieniem, lecz znów został wyrzucony czy sam wypełzł. Gdy historia powtórzyła się kilkakroć, rosyjscy urzędnicy związali trupa postronkami i oddali Polakom. Podobno wywieziono go nocą, podobno nocą pochowano w jakimś kresowym kościółku — takie przynajmniej wieści rozpuszczano. W rzeczywistości chowano go w Warszawie — kilkakrotnie. Próbowano opodal katedry na Starym Mieście — kiedyś w jej wrota wnoszono go na rękach, wśród wiwatów, co uwiecznił Matejko — teraz ziemia wypluła jego zwłoki. Próbowano potem na peryferiach, przy małym kościółku na Woli, ale historia się powtórzyła. Straszny trup na kupie piachu, jak robal. Więc pochowano go którejś nocy w Łazienkach, w pięknym parku, lecz w ziemi niepoświęconej — i ta go nie wypluła.

Dlatego nie wiadomo, czy trup króla leży bliżej pałacu Na Wodzie, czy pod drzewami za ścianą Belwederu, czy może pod którąś ścieżką — wychodząc na spacer, nie wiemy, czy nie spacerujemy po jego zwłokach. Można by wypatrywać, kiedy i gdzie się zjawi, wyszpiegować, w którym miejscu się kryje, pod jaką darń zagrzebuje. Lecz nie było odważnych, by iść w noc za upiorem, a zresztą po co — wykopiemy truchło i historia znów się zacznie powtarzać: wypluje go cmentarz przy katedrze i ziemia przy kościele na Woli poświęcona krwią jej obrońców. Niech będzie już jak jest, co jakiś czas będzie się odprawiać egzorcyzmy, co nie całkiem, ale choć na krótko pomoże.

Drugie posiedzenie ROP-u 5 lipca 1920, Rosja

Kiedy Mietek trafia pod salę ROP-u, obrady dobiegają końca. Z powodu upału drzwi pozostają otwarte, nie trzeba podsłuchiwać, by słyszeć. Piłsudski stoi na mównicy i tłumaczy zebranym, nieco już zniecierpliwiony:

— Zachód jest parszywieńki. Zachód rzuci nas Leninowi na pożarcie, jak mięso dzikiemu potworowi.

Zebrani chyba się zgodzili, lecz nie do końca. Jakiś prawicowiec z Poznańskiego chce błysnąć „strategiczną koncepcją”.

— Zachód jest, jaki jest, lecz musimy się z nimi dogadać, a za ich pośrednictwem z Wranglem i „białą Rosją”. Przegapiliśmy szansę współdziałania z Denikinem, historia daje nam cudem drugą szansę, jeśli i ją przegapimy, pokolenia nam tego nie darują.

— Jaką szansę i komu? Żeby biali zwrócili Francji i Anglii długi, jakie zaciągnęli przed wojną? A w zamian za to Polska wróci pod władzę zaborców, topienie powstań we krwi i wieszanie powstańców będzie znów wewnętrzną sprawą Rosji? — pyta Piłsudski.

Część sali chyba myśli podobnie, w każdym razie nie jest za białymi, o czym świadczą oklaski. Z kolei odzywa się głos z lewej strony:

— A sowieckie propozycje pokojowe? — Ton pytania jest niemal zaczepny.

— Ile warte, to od paru dni wiemy. Gdy Rosjanie mówią o pokoju, to znaczy, że maskują atak — odpowiada cierpliwie Piłsudski.

— Ale jak nie wyślemy delegacji pokojowej, to powiedzą, że jesteśmy imperialiści — upiera się ktoś z lewej strony. Wygląda na Liebermana.

— I tak to będą powtarzać. Bolszewicy swoich głodzą, ale na propagandę i agenturę nie szczędzą. Już car Mikołaj podpłacał komunistów i utopistów w całej Europie, Lenin robi to samo! Dlatego czescy robotnicy nie przepuszczają pomocy z Zachodu przeciwko „socjalistycznej Rosji”. Ujmuję to w cudzysłowie. Bolszewizm nie jest socjalizmem! Ideałem socjalisty jest sprawiedliwość, prawa jednostek i narodów, jak trzeba opieka nad słabszymi, solidarność. Piękne, odwieczne marzenia. Ale bolszewizm jest oparty na nienawiści, jego myślą przewodnią jest panowanie proletariatu i ucisk tych, pod których uciskiem poprzednio pozostawał i których miejsce sam zajął. Jest to dziedzictwo dawnego rosyjskiego ustroju socjalnego, w którym poddani byli traktowani przez swych panów jak śmiecie.

— To przejściowe zawirowania — tłumaczy kolejny lewicowiec Liebermana. — To tylko komunizm wojenny. Ale kiedy proletariat wzmocni swą władzę, skończy się terror, zacznie się budowanie socjalistycznej, bez względu na to, co pan Piłsudski o tym sądzi, socjalistycznej, podkreślam, Rosji! — Na końcu wypowiedzi dźwięczy entuzjastyczny wykrzyknik.

Piłsudski, wyraźnie już zły, odpowiada krótką analizą:

— Bez względu na to, jaki będzie jej rząd, Rosja jest wściekle imperialistyczna. Jest to nawet zasadniczy rys jej politycznego charakteru. Mieliśmy imperializm biały, carski, widzimy dzisiaj imperializm czerwony, sowiecki. Kiedy inne państwa zdobywały kolonie gdzieś w Afryce, Rosja krwawymi nićmi przyszywała podbite narody do własnego cielska, lecz za dużo sobie wszyła! Grozi jej teraz, że rozpadnie się wzdłuż szwów narodowych. Jest u nas takie przysłowie: poskrob Ruskiego, a zobaczysz Tatara. Moskwa była przez pokolenia księstwem tatarskim. Oni inaczej nie potrafią rządzić, jak terrorem. Gdy Iwan Srogi zdobył Nowogród, wyrżnięto większość mieszkańców, kobiety gwałcono i topiono w rzece Wołchow, ciężarnym wyrywano płody, mnichów przerzynano na kawałki i resztki rozwożono po okolicznych klasztorach i kazano płacić za relikwie. Takie ruskie poczucie humoru. Co innego robią bolszewicy na naszych ziemiach? Jeńcy ze związanymi rękami ścinani jako żywe manekiny, księża zakłuwani bagnetami i siekani saperskimi łopatkami. W Berdyczowie Rosjanie spalili szpital z sześciuset pacjentami, lekarzami i pielęgniarkami. Została tylko wypalona ruina, smród popalonych ciał czuć jeszcze w powietrzu. — Piłsudski siada zmęczony. — Rzucanie grochem o ścianę — mówi półgłosem do siebie.

Dokładnie te same słowa i w tym samym momencie wypowiada Mietek Słowikowski — tak głośno, że i Naczelnik, i paru członków Rady obróciło się w stronę drzwi.

Parę plotek, nawet z Paryża

Panowie zapomnieli już o balu, panie specjalnie się spotkały, by o nim jeszcze poplotkować. Nieważne gdzie, ważne o czym. Oczywiście o panach.

Zaskoczyła je Zosia. Od balu była wręcz pijana z miłości, chociaż momentami na smutno. Nawet nie musiały jej ciągnąć za język, sama zaczęła się zwierzać.

— Myślałam, że się zdeklaruje — powiedziała nieco staroświecko — a on nic. Raz mi się śniło, że biegnie do mnie przez jakiś most, na brzegu zamek, katedra, a on wyciąga do mnie pierścień… Budzę się, a on nic.

— Byliście najpiękniejszą parą na balu — wspomniała Wanda.

— Tak! A teraz nie ma czasu. Adiutantura, jakiś wyjazd… — Twarz Zosi wykrzywiła się tak, jakby za chwilę miała się rozpłakać.

Na baczność postawiła ją Irena.

— Kochasz go?

— Strasznie.

— To na co czekasz? Prince z chrustanymi jajcami?

— Nie całkiem zrozumiałam.

— Nie czekaj na księcia z bajki, u nas mówią kryształowego. Inżynier i oficer, a jak mu ładnie było w mundurze!

— No. I ma takie pomysły… Łuk!

— To na co czekasz?

— Sama nie wiem… A ty?

— Ja czekałam i to jest błąd, nie bierz ze mnie przykładu. Bo jeszcze parę lat, to po nocy z mężczyzną będziesz wyglądać nie jak namiętna kochanka, a jak wymięta pościel!

— Nie mów, ty wciąż świetnie się trzymasz. — Zosia pocieszyła przyjaciółkę, lecz jej słowa wzięła do serca.

Zdobyła się na odwagę i zaprosiła Staszka.

— Pan Stanisław przyjedzie choćby na krótko. Kujawy to środek Polski, a Chodecz środek Kujaw. A dokładniej mój ogród. Środek świata nie musi być zaraz szczytem górskim, nie? Poszlibyśmy też nad jezioro, pan Stanisław mógłby trochę odpocząć. Nie musi codziennie siedzieć w Adiutanturze, przecież jest ochotnikiem, a nie poborowym!

— Właśnie dlatego! — powiedział i już chciał jej coś wytłumaczyć, gdy nieoczekiwanie zamknęła mu usta pocałunkiem.

Plotek ciąg dalszy

Następne spotkanie stanowiło jakby ciąg dalszy poprzedniego. Dobra kawa i plotki. Zaczęła Zosia:

— Wiecie, zaprosiłam Stanisława do Chodcza.

— I co?

— Obiecał, że jak tylko, no w pierwszej wolnej chwili. Potem zaczął mi opowiadać o tym łuku nad Wisłą.

— Tylko nam tego nie powtarzaj — ostrzegła Wanda.

A Irena zapytała z uśmiechem:

— Czy w tym Chodczu jest Wisła? Choćby nieduża?

Mimo tej złośliwości rozmowa nie przygasła, tyle że Zosia zmarkotniała, a pierwsze skrzypce przejęła Irena.

Irena musiała zadać szyku i opowiedzieć o świetlicy, w której stworzenie i działalność się zaangażowała „za namową Iłły”, potem dodała „samej Iłły”, co Wanda skwitowała pełnym podziwu gwizdnięciem. Irena nie mogła się nachwalić stworzonej niemal z niczego Świetlicy. Bo na razie nazywa się „Świetlica”. Mieli wybrać patrona i od razu się pokłócili. Socjaliści chcieli Abramowskiego, niedawno umarł, to mu się należy, ktoś z prawicy proponował Andrzeja Bobolę. Nie mogli się pogodzić, w pewnej chwili zanosiło się na to, że świetlica przestanie istnieć, nim w ogóle rozpocznie działalność. Za namową Iłły wrócili więc do punktu wyjścia, czyli po prostu do Świetlicy. Ostatecznie pies Piłsudskiego też nazywa się Pies.

— No więc została Świetlica, nawet ładnie, jest w tym światło, latają świetliki, a jest wielka jak świat.— Irena zaczęła odlatywać. A kiedy przyjaciółki myślały, że powiedziała już wszystko, przelicytowała siebie samą i zaczęła opowiadać o Paryżu.

— Tam po raz pierwszy zetknęłam się z Jerzym. Nie, nie tak, jak myślicie, a szkoda — dodała, przymykając oczy. — Niestety, Jerzy był pod urokiem jakiejś wampirzycy w kapeluszu… pod złym urokiem — dorzuciła z nagłym gniewem.

— Może trochę szczegółów — rzuciła zachęcająco Wanda — młodzież chciałaby się co nieco dowiedzieć.

— Rozumiem, że mówiąc o młodzieży, masz na myśli Zosię, lecz szczegółów, na które liczycie, po prostu nie było. Spotykaliśmy się w takiej knajpce na Montmartrze, Lapin Agile, co znaczy prowornyj kralik, zwinny królik, fertyczny, wesoły, figlarny, odin chuj. — Machnęła ręką, gdyż zabrakło jej synonimów.

— Chuj królik? — spytała, robiąc wielkie oczy, Zosia. Tylko to zrozumiała, a właściwie nie zrozumiała, nie wypadało.

— Nie, samotnyj królik, bez chuj, lecz jak będziecie przerywać, to nic nie opowiem. Wcześniej knajpa się nazywała Cabaret des Assassins, kabaret morderców, i to była chyba lepsza nazwa. Oczywiście za naszych czasów mordercy w niej już nie by­wali, raczej prostytutki, alfonsi, emerytowani politycy, adwokaci i awangardowi malarze, co na to samo wychodzi.

— Ale kogo poznałaś?

— Wszystkich. Z uznanych sław bywał Ruszczyc, twórca takich cudów jak Ziemia czy Nec mergitur, uczeń Szyszkina, lecz już dawno mistrza przeskoczył. Z młodszych Prusz, który wywodził się z Borucic spod Łęczycy i podobno należał do licznych potomków samego Boruty… Między Monachium a Egiptem pojawiał się Grzywa, czyli Feliks Michał Wygrzywalski. — Irena jakoś za nim nie przepadała. — On chwalił się, że przeskoczył wielkiego Riepina, ale to tylko przechwałki, on właściwie mu ukradł temat i też namalował burłaków. No, bywał też Oskar Miłosz, młodszy przyjaciel Ruszczyca. Mieszkał w Paryżu, ale pisał początkowo po polsku i narzekał, że wciąż śni po polsku. To jest takie kryterium senne. Gdyby którejś nocy wszyscy z wszystkimi się nie pokłócili, Oskar byłby najlepszym poetą polskim, a tak będzie najlepszym litewskim czy, tfu, tfu, francuskim, ale śniącym po polsku! Gorzej już być nie mogło, a to poeta na Nobla! Było też paru autentycznych Francuzów, nawet Gauguin.

— To Jerzy jest ich kolegą? — W pytaniu Zosi zadźwięczał autentyczny podziw.

— Jerzy był z nimi i nie był. Paryż był już poza granicą państw zaborczych, to było miasto wolności, tam powstawały artystyczne wynalazki. Jerzy uczył się malować w nowym stylu, i on, i Prusz chcieli zreformować polską sztukę, ale właściwie opowiadali o tym, co było. Na wieś jakieś dworki i chałupy projektowane przez Witkiewicza, tego starego, co już umarł, nawet dworce w stylu „dworkowym”. Ale mówili, że to będzie „nowoczesne”, że to ucieczka do przodu, a bardziej obrazowo: wykraść ogień w Paryżu i wracać do domu. Jerzy zgadzał się, że rewolucja form jest konieczna, lecz co do treści nie mógł się z „awangardzistami” pogodzić. Potępiał hasło sztuka dla sztuki, l’art pour l’art, wykpił powtarzane jak dogmat powiedzonko, że głowa kapusty dobrze namalowana jest tyle samo warta co głowa Chrystusa. Spytał, do jakich wzniosłych czynów popycha ich refleksja nad kapustą, oczywiście prócz zeżarcia gołąbków. Gdy Francuzi przyznali, że nie wiedzą, co to gołąbki, nazwał ich barbarzyńcami, którzy osobno żrą kapustę, a osobno surowe mięso. Jerzy był strasznie poważny, wszystko dla niego było „słoń a sprawa polska”, a nic pour épater le bourgeois, nie potrafił korzystać z dobrodziejstw dekadencji, nie pozwalał sobie na spleen jak Francuzi.

— Mogli sobie pozwolić. A my mieliśmy kozaków chlastających przechodniów nahajkami.

— Oho! Ty też z grubej, patriotycznej rury, zupełnie jak Jerzy. Wy chyba śpicie na baczność! A sztuka nie powinna być służką, powinna być królową! Choć Jerzy też miał trochę racji. Pamiętam, jak udowadniał, że sztuka może być wszystkim, psychologią miłości, filozofią religii, namiastką polityki, nawet nauką sadzenia grochu, tylko nie może być jednym, czystą sztuką. Tłumaczył to pijanym Francuzom, trzymając szklaneczkę w ręku. Liczy się nie szkło, lecz zawartość, ten sam absynt mogą pić ze szklanek, z kapeluszy, ale mogą też do trzymanych w ręku kieliszków wlać wodę. I pić wodę jak zwykłe zwierzęta! Od niego mam to powiedzonko.

— Więc ciebie chyba przekonał, a ich?

— Zdawało się, że zrozumieli, może nie od razu, dwa razy trzeba było donosić ten absynt, pamiętam, bo oczywiście to szło na mój rachunek.

Było już blisko, blisko, ale dyskutanci zaczęli przysypiać i pod koniec Jerzy przemawiał właściwie tylko do niej. Było to nawet dość podniecające i sama była ciekawa, jak się skończy. Ech! Było, minęło. Ale za wcześnie wyjechali. Powinni byli siedzieć, zdobywać technikę i nazwiska, pracować na nieśmiertelność — w ludzkiej pamięci. Bo jak ludzie zapomną, to artysta umiera naprawdę.

— Pamiętam wieczór pożegnalny, bo wymyślili po pijaku coś, co ma właśnie związek ze śmiercią i nieśmiertelnością artystów, imaginez-vous ogłosili, że właśnie znaleźli sposób na oszukanie śmierci. Na to konto postawili całej sali, to znaczy ja postawiłam. W kulminacyjnym momencie Prusz i Jerzy zaczęli się całować i obiecywali przy świadkach, że jak jeden umrze, to drugi będzie podpisywać obrazy nazwiskiem przyjaciela. Potem można to przerzucić na uczniów. W ten sposób nigdy nie umrą. Zapanowała euforia, wszyscy artyści poczuli się nieśmiertelni, zażądali nowych butelek. Francuzi próbowali przebić naszych i wymyślili malarza complètement nieśmiertelnego, bo complètement nieistniejącego. Chcieli go nazwać najpierw Apollinaire, przeciw czemu zaprotestowałam, grożąc przerwaniem dotacji, więc nazwali go po prostu Complètement z tym ich „è”. Co jakiś czas któryś do końca pijanego życia obiecał malować coś na jego konto, podtrzymując jego istnienie. Wtedy się wściekłam: pijani malarze urządzają sobie czarny humor, do tego na mój koszt. Licy­tują się, kto pierwszy umrze, może jeszcze gdzie i ile razy. Szut gorochowyj! Rzuciłam pieniądze na stół i wyszłam! — Popatrzyła triumfująco na przyjaciółki.

Jeśli liczyła na to, że jej przytakną, spotkał ją zawód. Wanda milczała, a Zosi się ten pomysł malarzy podobał, wyraziła jedynie żal, że jej Stanisław nie jest tak romantyczny.

— Może gdyby pan Jerzy zechciał go poduczyć malarstwa — powiedziała, patrząc na Irenę.

— Ja się za nim wstawiać nie będę. Przez Jerzego najadłam się, nie wypominając, dużo wstydu, bo z pewnych względów uznano mnie za Polkę. Następnego dnia wyjechali rozwozić ten ogień, Prusz do Warszawy, Ferdynand pod Wilno, Jerzy jeszcze dalej, na Kresy. Nawet na dworcu Jerzy do ostatniej sekundy rozglądał się za tą zjawą w kapeluszu, ale się nie pojawiła. Nie lubiłam tej pozerki, nosiła najmodniejsze kapelusze takie jak mój, à la Emma Store. Może dobrze, że nie przyszła na dworzec, mówiono, że ma coś wspólnego ze śmiercią. Ja byłam jedyną osobą, która odprowadziła ich na peron.

Zapadła chwila ciszy. Przerwała ją znowu Irena, zapraszając do swojej Świetlicy. No, może nie od razu, na razie jest kontynuowany cykl patriotycznej poezji. Ale może uda się zrobić wernisaż Prusza — należy mu się, ostatnią wystawę miał przed wojną.

— Ja to bym poszła nawet na filozofię. Pan Stanisław ma tak mało czasu, a ja nie mam w Warszawie znajomych.

— No to filozofia też będzie, zaprosimy takiego jednego mistrza ze Lwowa. Już zapraszam cię na to, tylko żebyś nie miała potem pretensji.

Nieoczekiwane spotkanie

Dyżur dobiegał końca, czekali już na zmienników, gdy gdzieś w głębi trzasnęły drzwi. Marcel się podniósł, zrobił kilka kroków i zderzył z idącym z naprzeciwka mężczyzną. Z twarzy tamtego wyczytał, że go poznaje. Sam przez chwilę szukał w pamięci, aż nagle poczuł ucisk w gardle. Anglik jak skopiowany z gazety, z laseczką nawet…

— Pan tutaj? — spytał z wymuszonym uśmiechem.

— Przecież jestem dziennikarzem. Jak on mnie potraktował! Posłaliśmy mu wcześniej pytania, sytuacja na froncie, stan sił, jakieś plany, to, co interesuje czytelników. Robimy mnóstwo wywiadów, nawet umawiamy się na dyskusje, zapraszamy do knajp. Chcemy, żeby byli politycy z obydwu stron, taka dialektyczna walka przeciwieństw. A on to całkiem pominął, zapadł w jakieś wspomnienia jak w bagno. Ja go pytam o rosyjskie natarcie, a on mi o Ulinie Małej, o tym, co myślał, przedzierając się przez front: że jak nie da rady do Krakowa, to stoczy ostatnią bitwę w ­Tatrach, że jak przegra, żeby to była straszna i wielka śmierć, hekatomba, widowisko na całe pokolenia. Potem zaczął coś o Częstochowie, niezbyt grzecznie przerywam, pytam o polskie oddziały, gdzie chciałby je skoncentrować, czy będzie z nimi, czy w Warszawie… A on mi, że jak szedł na akcję bezdańską, to nie chodziło o monetę, specjalnie wybrali pociąg, który wywoził do Petersburga pieniądze zebrane w Kongresówce, ale że jemu chodziło o to, by bojowcy, których wysyła na śmierć, widzieli, że on też idzie z nimi. Dłuższą chwilę kołował, potem jakby sobie o mnie przypomniał, spytał, z jakiej jestem gazety i dlaczego go wypytuję. Charles Sobels, „London Times” — mówię, a pytam, bo taki zawód, it’s my job. Więc zaczął mi sprzedawać wspomnienia z londyńskiej młodości, jakieś opowieści sprzed lat, jedną nawet zaczynał dwa razy. To taka ponura urban legend, miejska legenda o kupcu z Picadilly, którego kupiec z Denver Street chciał osadzić w więzieniu za długi. Córka się poświęciła, żeby ratować ojca… Oczywiście ją znałem, ale słucham, nie poprawiam… A gdy myślałem, że wreszcie zaczniemy wywiad, jego adiutant…

— Pułkownik Wieniawa — podpowiedział wachmistrz.

— Tak, podpułkownik Wieniawa — poprawił się złośliwie dziennikarz — pokazał na zegarek i powiedział, że Naczelnik ma jakąś naradę i że sztabowcy czekają już piętnaście minut. Czyli że mam się wynieść.

— Może mógłbym to zrekompensować — zaoferował swoją pomoc Marcel. — Mam tu fragment przemówienia, które wygłosił w zeszłym roku w październiku w Poznaniu, wszyscy to teraz cytują. „Idą czasy, których znamieniem będzie wyścig pracy, jak przedtem był wyścig krwi. Kto do tych zawodów bardziej przygotowany będzie, kto w tym wyścigu większe dowody wytrzymałości złoży, ten w najbliższych czasach będzie zwycięzcą, ten potrafi utrzymać to, co zyskał, albo odrobić to, co stracił”. W jednym cytacie cała filozofia i historiozofia, i w ogóle. Naczelnik wciąż powtarza, że żywiołem duszy ludzkiej jest tworzenie, że praca to nowy żywioł, jakiego przedtem nie było, nie boski, lecz ludzki, tylko człowiek sam własnej pracy nie docenia.

Jest i drugi, podobny, z Chełma: „Polska idzie w purpurze chwały i zwycięstwa, a otoczyć się musi purpurą światłości i doskonalenia się wewnętrznego. Tak jak Polskę całą, wzywam i was do podjęcia pogodnej pracy rozwojowej, gdyż musimy wznieść się na jak najwyższy poziom kultury, aby z dorobku naszego mogły korzystać i dalsze tereny, by mogły czerpać pełną garścią światło i wszelką pomoc”. Niby o czym innym, a właściwie o tym samym. Albo takie wspomnienie z socjalistycznej młodości. — Marcel niby jarmarczny magik wyciągnął z kapelusza kolejny cytat: — „Tradycja »romantycznych« środeczków rewolucyjnych, zostawiona w spuściźnie głównie przez Narodną Wolę, ciężyła w owe czasy nad ludźmi równie silnie, jak »pozytywny« nastrój umysłów. Dla rozbicia tej tradycji, dla przezwyciężenia tego nastroju potrzebni byli nowi ludzie — romantycy co do planów, pozytywiści co do środków. Takimi okazali się założyciele Polskiej Partii Socjalistycznej”.

— Niech się pan nie wysila — zgasił go mister Charles. — Po prawdzie to pana szukałem.

— Mnie?

— Wyjdźmy może na zewnątrz.

— Spytam tylko wachmistrza.

— Pan mnie nie musi pytać, pan tu nie jest na stanie, tylko u przyjaciół — rzucił mu oschle Wójcik.

— Jestem formalnie, bo zgłosiłem się na ochotnika, jak Jerzy, a pytam na wszelki wypadek.

— No to idź, młody, ale za kwadrans z powrotem. Po naradzie mogą być pilne rozkazy.

— Może pójdzie pan z nami na piwo — dziennikarz udał życzliwego. — Chociaż popatrzeć na ładne kelnereczki.

— Dziękuję, wzrok już nie ten.

Wyszli. Marcel puścił dziennikarza przodem i szedł za nim przez dziedziniec Belwederu jak na ścięcie. Ledwo się znaleźli na ulicy za pałacem, dziennikarz pożegnał się z Marcelem.

— Tu sobie nie pogadamy. Musimy się spotkać przy obiadku i wódeczce w jakimś wytwornym lokalu. Może Bristol? Może Ziemiańska?

— Kedy i jak się skontaktujemy? — Marcel, gdy się denerwował, zamiast „kiedy” mówił „kedy”.

— Chwilowo mam kalendarz zapełniony, robię kilka wywiadów, i to z tymi z pierwszych stron — zastopował go dziennikarz. — Wiecie, Dmowski, Witos, towarzysz Jan. Ale ktoś od nas wam powie. Znamy dokładnie wasz rozkład zajęć.

Marcel po raz kolejny poczuł ucisk w gardle. Miał złe przeczucia.

I + XI = X

— Czy z tą Uliną to tak było? Słyszałem, że pan wachmistrz był razem z Komendantem.

— Było tak i było jeszcze gorzej. Komendant nas zebrał i powiedział, że Niemcy uciekają, że nasza trasa ucieczki prowadzi nie do Krakowa, lecz na Śląsk, może nam każą bronić Wrocławia, może Wiednia. Ktoś dodał, że może Lipska. „Nie mając Napoleona, a tylko brudną Elsterę, jakoś mi się to nie podoba. A wam?”. Rozległy się komentarze, protesty, żołnierskie żarty. Komendant dał znak ręką: „Postanowiłem przedzierać się na Kraków. To twierdza, tam się będziemy bronić. A jeśli Kraków upadnie, pójdziemy w Tatry”.

— Ale w końcu szczęśliwie dotarliście do Krakowa — upewniał się Tadeusz.

— Nie tak od razu. Po drodze było trochę strzelaniny, szliśmy drogami, po których już szli Moskale. W pewnym momencie trafiliśmy na ścianę, wieś Wiktorki, za nią Władysław, Moskale kręcą się po polu. Wiecie, kto nam pomógł? Przemytnicy. Dobrzy Polacy, którzy nie uznawali granic rozbiorowych. Znali wąwóz, którym nas wyprowadzili.

— Pewnie teraz żałują, że was przeprowadzili, po odzyskaniu wolności stracili pracę.

— I tu się mylisz, młody. Komendant kazał ich odszukać, najlepsi są teraz w służbie — odpowiedział wachmistrz i ciągnął dalej opowieść: — Doszliśmy pod Michałowice, tam gdzie przed trzema miesiącami zwaliliśmy słupy graniczne. Jeszcze trochę drogi i Kraków. A tu nagle przed nami Moskale! To był moment naprawdę groźny, wydawało się, że już koniec, że trafiliśmy na miejsce hekatomby. Belina postanowił zginąć w szarży, zaatakował i stał się cud. Moskale myśleli, że nas więcej, i uciekli. Z wyjątkiem paru trupów. A dwunastu Belina wziął do niewoli. Dopiero potem doszliśmy do Krakowa. — Zamyślił się na moment i dodał: — Było, minęło.

— Było, ale nie minęło — sprostował Tadeusz.

W Adiutanturze zapadła na moment cisza. Zygmunt niemal na palcach wyszedł po kolejną kawę. Atmosferę ożywił niespodziewanie Wieniawa, który wpadł jak bomba eksplodująca śmiechem i radością:

— No, Komendant spławił tego nachalnego dziennikarzynę o nienachalnym intelekcie. Opowiedział mu jakąś historyjkę, treść nieważna, ważne szczegóły, przyłapał go na nieznajomości ulic, skrzyżowań, widoków możliwych do obejrzenia. Na Picadilly nie ma mieszkań z widokiem na Tower, Sherlock ­Holmes nie mieszkał przy Downing Street, tylko przy Baker Street i parę takich. A przy okazji opowiedział starą legendę londyńską, jak z Dickensa. Znacie, to posłuchajcie. Było to w czasach, gdy w Anglii wsadzano do lochu za długi. To najczęściej kończyło się śmiercią dłużnika. Niańki opowiadały to dzieciom, które potem nie mogły spać. Więc pewien kupiec zagrożony więzieniem idzie do wierzyciela prosić o litość. Towarzyszy mu, jak to w takich opowieściach, córka. Piękna, wrażliwa. Wierzycielowi od razu dziewczyna wpadła w oko i mówi: „Zróbmy tak. Ja podnoszę ze ścieżki dwa kamyki, czarny i biały, i chowam do sakiewki. Jeśli córka wyciągnie biały, daruję dług. Jeśli czarny, musi wyjść za mnie, ale dług też daruję. Jeśli odmówi losowania, ty idziesz gnić w więzieniu, a córuchna zostanie sierotą”. Stary kupiec wpadł w rozpacz, chciał się wieszać, lecz córka mówi: „Ja spróbuję”. Sięgnęła do sakiewki, wyciągnęła i w tym momencie się potknęła, a kamyk wypadł. Na ścieżce takich pełno, nie da rady odróżnić. Ona mówi, że zdążyła podejrzeć, że biały, kupiec, że wyciągnęła czarny. „No to zajrzyjmy do sakiewki, który kamień został”, mówi córka. A w sakiewce był czarny.

— Też znam! — wykrzyknął wachmistrz. — Ona już wcześniej podejrzała, że włożył dwa czarne. Komendant często tę historię opowiada, żeby nas zmusić do, jak mówi, myślenia.

— Ale dlaczego tak nam ją wciska jak jakąś legendę dla dzieci?

— Bo to jest legenda, a wy dzieci. O zasadzie stopniowania trudności słyszeliście. Chodzi o przejęcie inicjatywy, także w innych sprawach — tłumaczy wachmistrz.

A Wieniawa dodaje:

— Przejąć sprawę i rozegrać na własnych warunkach, to jakby ukraść bitwę.

— Nawet pan pułkownik nie przypuszcza, jak jest blisko! — stwierdza nieco tajemniczo wachmistrz.

— Dziennikarz anegdoty nie zrozumiał, tym bardziej jej drugiego dna. Jak pijany próbował wrócić do tematu, podpytać o plany, o zbliżającą się kampanię, o nieuchronne walki pod Warszawą. Pan pułkownik dawał mu znak, żeby przestał, potem, że go udusi, a on furt swoje. — Mietek, który przyszedł z Wieniawą, też chciał mieć udział w opowieści. — Na ostatnie pytania Komendant powiedział już w złości: „Właśnie panu odpowiedziałem, na wszystkie, nawet te niezadane”.

— Powiedział to po angielsku, więc dziennikarz w pierwszej chwili zgłupiał, może niezbyt zrozumiał, tak w każdym razie wyglądał — dodaje Wieniawa.

— A jeśli dziennikarz udawał, że nie widzi pomyłek, by otrzymać wywiad? — rzuca Jerzy.

— To i tak Komendant przyłapał go na tym, że wredny — odpiera Wieniawa.

W tym czasie Zygmunt wniósł kawę, niektórym podał na tacy, inni porwali ją w locie.

— Znowu kawa! — Ten okrzyk chyba wyrażał nastrój większości oficerów.

Poprawił go Wieniawa:

— Panowie, nie słyszeliście, że polscy oficerowie dokonują cudów?

— W każdej gazecie to codziennie czytam — odpowiada ze śmiechem Mietek.

— Pan wachmistrz dopiero co mówił o cudzie pod Uliną.

— No to dalej, do dzieła!

— Niby jak? — Wachmistrz czuje, że Wieniawa coś knuje.

— Wedle starych przepisów! Były już precedensy choćby w Kanie Galilejskiej. Trzeba tylko coś wypowiedzieć lub zaśpiewać…

— Niby co? — pyta znów wachmistrz.

Wieniawa nie odpowiada, tylko pochyla się nad kawą i zaczyna:

— Więc pijmy wino, szwoleżerowie, Niech troski zginą w rozbitym szkle.

Jerzy, który najprędzej chwyta dowcip Wieniawy, dołącza pierwszy, po nim Mietek, a po paru sekundach śpiewa już cała Adiutantura. A potem kawa smakuje, jakby cud się udał.

Rozmowa w ogródku. Widma

Wreszcie panowie mieli chwilę. Spotkanie odbyło się w ogródku, w którym poprzednio spotykały się panie. Więc warto mu się przyjrzeć. Ogródek wybrała Irena. Przypominał jej obraz Aleksandra Gierymskiego, obrazy Gierymskiego przypominały impresjonistów, a impresjoniści Paryż. Sporo rzeczy się nawet zgadzało: kwiaty w donicach, obrus — biały w delikatne kwiaty, wysoko nad stołem lampiony. Nie brakło nawet leżącej na ziemi pękatej butli w słomianej plecionce — oczywiście pustej.

W tle dźwięki walca — nie wiadomo, kto gra. Jerzy mówi, że raz do roku sam z siebie. Tak jak karabin raz do roku strzela. W takim miejscu jest to możliwe. Irena przyszła pierwsza, po niej Wanda, potem nadeszli Zofia i Stanisław — jedno po drugim, ale tak jakby razem. W powietrzu wciąż krążą nuty walca.

— Cis-moll 64 — popisuje się Irena.

— Szopen. Znawcy dodają, że dotyka zaświatów, a ja pamiętam, jak grała mama. — Zosia myślami jest w chodeckim dworku.

— Moja matka też, pochodzimy z jednego kraju, panno Zosieńko — przyłącza się Staszek.

— Szopen wam wszystkim szkodzi, jak w ogóle Polakom — nie wytrzymuje Irena.

Staszek mówi jakby do wszystkich, ale najbardziej do Zosi:

— Zgłosiłem się, żeby walczyć, a wysyłają mnie do sypania wałów.

— A wie pan Stanisław dokąd?

— Ojciec jest jednym z głównodowodzących fortyfikowaniem Warszawy, mnie posyłają na prowincję. Przedtem pracowałem w Płocku, to miasto znowu się o mnie upomina.

— W tej sytuacji na pewno zwierzchność zgodzi się na krótki urlop, taki do Chodcza i z powrotem. Na jeden dzień.

— I noc — dodaje Irena.

Zosia chce coś powiedzieć.

— Niczego nie powiedziałam — tłumaczy się Irena. — Po prostu z miastem jak z kobietą. Gdy chce się je naprawdę poznać, trzeba widzieć je o zmierzchu, w wieczorowej sukni i makijażu, ale i w porannym rozmemłaniu.

— A pan Jerzy? — Wanda wciąga przyjaciela do rozmowy.

— W każdej chwili mogę dostać rozkaz wyjazdu.

— Dokąd? — pyta prowokacyjnie Marcel.

Jerzy milczy.

— Jak zwykle tajemniczy!

— A ty, Marcel, jak zwykle ciekawski — wtrąca się Staszek.

— I tacy są mężczyźni — podsumowuje Irena.

— Nie wszyscy! — protestuje Zosia.

Wiadomo, kogo ma na myśli. Nie musi dodawać ani słowa. Chwila ciszy.

— Ja już się będę żegnać, mam zajęcia — przerywa milczenie Irena. — Pamiętajcie odebrać siostrzyczkę od znajomych.

Panie całują się, chyba szczerze, Irena odchodzi, a Zosia z niejakim opóźnieniem pyta:

— O jakich zajęciach ona mówi?

— Oczywiście o tej swojej Świetlicy. Ona teraz o niczym innym nie mówi. Razem z Iłłą szykują wieczór poezji patriotycznej.

— O właśnie, już poprzednio miałam zapytać, co to za imię, Iłła?

— To nazwisko. Iłłakowiczówna.

— Sekretarka Piłsudskiego — dorzuca Marcel z dziwnym zaśpiewem.

— Uważaj, bo powiesz jedno słowo za dużo — stopuje go Mietek.

— Ja nic nie mówię. Tylko co Irena ma z tym wspólnego, to Rosjanka — złośliwie pyta Marcel.

— Miała być kiedyś aktorką.

Marcel nie bardzo wie, co ma powiedzieć, na wszelki wypadek rejteruje, ale z szykiem:

— Ja już muszę iść, jestem umówiony w Wytwornej, na pięterku. — I odchodzi.

Po chwili Staszek kłania się Zosi.

— Na mnie też czas. Rączki całuję pannie Zosi. — Odchodzi, po kilku krokach staje jak aktor schodzący ze sceny, udaje, że się nad czymś zastanawia, w końcu jednak wychodzi z ogródka.

Teraz z krzesła podnosi się Zosia, ale Wanda ją zatrzymuje:

— Ja tam nie chcę się wtrącać, jesteście piękną parą, ale…

— Ale co?

— Ten jego złoty uśmiech. Ja wiem, że w Rosji dentyści robią złote korony, ale u nas robią już amerykańskie, w kolorze zębów.

— To pamiątka po bolszewikach, Staszek był torturowany.

— Powiem wam coś, co jest tajemnicą poliszynela — Mietek próbuje rozładować sytuację. — Piłsudski wziął udział w buncie więziennym w Irkucku, kawał szczęki mu wybili kolbami. A nie widać, bo ma takie właśnie amerykańskie zęby. Jeśli Staszek zrozumie, że w ten sposób się upodobni do Komendanta…

— To wcale nie jest śmieszne. — Zosia wstaje i odchodzi.

— Obraziła się? — Mietek jest zaniepokojony.

— Nie, chciała szybko odejść. Poszła w tę samą stronę co Staszek. Gdybyśmy poszli za jednym z nich dwojga, w najbliższej kawiarence znajdziemy oboje.

Traktując to jako dobrą zabawę, wyszli i zaczęli zaglądać do najbliższych lokali. Nadaremnie. Zataczali coraz szersze kręgi, ale pary przyjaciół nie spotkali.

Tymczasem Staszek i Zosia trochę pokrążyli po sąsiednich uliczkach i kiedy się upewnili, że przyjaciele opuścili ogródek, wrócili i usiedli nawet przy tym samym stoliku. W powietrzu znów unosił się walc Szopena. Zosia opowiadała Stanisławowi o Chodczu, jakby chciała, by zamieszkał tam chociaż wyobraźnią. Chciała włączyć go do rodziny, w której był już ogród, kilka drzew i jezioro.

Staszek nieśmiało zapytał o rodziców.

— Ojciec zginął pod wozem i przestała istnieć Rzeczpospolita Chodecka.

— Jaka?

— Stworzył ją dziadek Ed. On nie uznawał zaborów, u nas w Chodczu wciąż była Polska. Na dworku wisiał nawet sztandar z sześćdziesiątego trzeciego roku. Gdy jechał jakiś ruski patrol, ze wsi dawali znak i dziadek Ed chował sztandar. Ale gdy odjeżdżali, znów wywieszał. Łatwo obliczyć, że dłużej wisiał, niż nie wisiał. A kiedy wisiał, to był znak dla okolicy, zjeżdżali sąsiedzi, śpiewali patriotyczne pieśni, na obiad były dania narodowe, zwłaszcza barszcz z rurą. Irena powiedziałaby pewnie, że dama zachwycająca się barszczem przestaje być damą, ale ja go wspominam z apetytami, oczywiście ze łzami. Dziadek Ed potrafił łamać podkowy, ojciec po nim był też silny i po nim wywieszał ten sztandar. Kiedyś chłopi przywieźli drewno, zaczęli rozładowywać po jednym pniaku. To trwało i trwało. Staliśmy wtedy na ganku. Ojciec się zdenerwował i podszedł do wozu. Podsadził się i zrzucił wszystko naraz. A potem nie wrócił na ganek, tylko zaczął iść jak pijany w przeciwną stronę, w końcu upadł na ziemię i skonał. Serce.

— Nie bardzo wiem, co powiedzieć. Nigdy nie potrafiłem składać kondolencji, z życzeniami też u mnie nie za bardzo. — Staszek nieśmiało ujął dziewczynę za rękę.

— Ja wiem, że pan Stanisław mi życzy, dobrze życzy. A w Chodczu to był początek nieszczęść. Po śmierci ojca był pożar. Sama potem musiałam odbudowywać, jeszcze nie wszystko zrobiłam, ale ogród już jest. Właściwie zaczęłam od ogrodu, a potem dworek.

— Jak panna Zosia to robiła?

— Trochę z pamięci, trochę szukałam po książkach. Nawet do Pana Tadeusza zaglądałam, bo tam i dwory, i zamek.

— Ten zamek z Pana Tadeusza był naprawdę, stał w Mirze. Mickiewicz go opisywał jak malarz robi portret.

— A może też go ludzie według starej poezji postawili? Nie dopuszcza tego pan Stanisław, nie? To tak jak w tej zagadce: co było pierwsze jajo czy kura, że powiem jak prosta dziewczyna.

— Śliczna dziewczyna. Gdybym się nie bał urazić panny Zosieńki, to coś bym powiedział.

— Ależ proszę.

— A potem usłyszę, że jestem nudny, stary, a może i matematyk.

— Nie, proszę mówić — Zosia ścisza głos, lecz słychać w nim nadzieję.

Staszek się zastanawia chwilę, potem mówi:

— To ja pannie Zosieńce powiem: kura.

— Co proszę?

— Kura. To udowodnione matematycznie i logicznie. Gdyby Bóg stworzył jajko, to kto by je wysiadywał? Bóg? Toż to obraza boska i nielogika. Bo kto by takiego kurczaczka dziobać uczył, złe ziarnka od dobrych odróżniać? Na płotek wskakiwać i piać po raz pierwszy i następny, i jeszcze — bo tak się rano należy? Dlatego — jak by powiedział nasz Jerzy, dlatego ta hipoteza metafizyczna odpada. Zostaje, że pierwsza była kura.

Zosia patrzy z podziwem na Staszka, ale też coś kombinuje. Piękna ta jego metafizyka. Ale kto tę kurkę, aż grzech pomyśleć, kto ją… Zosia nie kończy, tylko bardzo wdzięcznie się czerwieni. Na szczęście zjawia się panienka, przynoszą „to co zawsze” — sok ze słomką. Rozmowa na chwilę milknie, słychać ni to świergot, ni to gulgot. Zosia czerwona na policzkach, Staszek — przeciwnie — blady.

Rozmowa z Zosią obudziła w Staszku wspomnienia z Rosji — wraz z rosyjskimi upiorami. Nagle, wbrew sobie przeniósł się w inny świat. Albo raczej ten świat go dogonił.

Z Petersburga nie wrócili do Tomska ani w ogóle na Syberię. Ogarnęła ich rewolucja. Ojciec — z pokolenia tych pierwszych socjalistów, co gotowi byli na stos „za wolność waszą i naszą” — żywił nawet złudzenia, że oto wcielają się tęsknoty ludzkości i jeśli nie pomoże ich wcielać, będzie winien społecznemu złu. Jak zaklęcia powtarzał „wolność, równość, braterstwo”. Wierzył w przywódców rewolucji. Pokolenie męczenników, a w najgorszym wypadku tych, co się otarli o męczeństwo. W najgorszym wypadku — to nawet trafne. Lenin — brat powieszonego, nasz Dzierżyński — jak większość Polaków siedział w Cytadeli, Trocki-Bronstein przebywał na Syberii. Nie tylko ojcu Stanisława wydawali się członkami rodziny tych samych marzycieli.

Rzeczywistość rozwiała te złudzenia.

Ogień rewolucji nie wygasał, a jego efektem był trujący dym nienawiści. W Rosji nie dało się oddychać. Wydobyte z przeszłości hasła okazały się dziecinnie naiwne. Zamiast wolności — szaleństwo zbrodni, zamiast równości — pożeranie słabszych, zamiast braterstwa — totalne zniewolenie. Zaczęto wykrzykiwać nowe hasła: Grabit´ nagrabliennoje i Dołoj gramotnyje, a najgłośniej Smiert´ wragam riewolucji — o tym, kto był wrogiem i kontrrewolucją, decydował żądny krwi tłum. Rosja płonęła. Do Polski musieli się przedzierać przez ogień.

Ruszyli na południe i na zachód.

Najpierw złapali ich biali i skazali na śmierć jako „buntowszczików” — nie precyzowali, czy polskich, czy bolszewickich. „Rozprawa”, na którą wprowadzono ich kuksańcami, trwała pięć minut. Wyrok — powieszenie. Wychodzących z sali żołnierze bili kolbami — wtedy Staszek otrzymał cios w twarz, który wybił mu zęby. Bolało, ale przede wszystkim był zdziwiony. Przecież ten chłopak nie musiał, przecież Staszek już szedł na śmierć…

Godzinami czekali w piwnicy na egzekucję — miała być wykonana o świcie. Jeden zaczął podcinać sobie żyły, ale go odratowali. Leżał, cichutko jęcząc i patrząc z żałosnym wyrzutem — odebrali mu resztkę wolności. W środku nocy napadł na nich jakiś oddział — z czerwonymi flagami, kijami i toporami, bo innej broni nie mieli. Więźniów z piwnicy uwolniono i napojono wódką. Staszek pierwszy raz tyle wypił, owszem czasami, kiedyś jakiś toast, ale żeby tyle, to nie. Ledwo mógł ustać na nogach i dopiero ten od żył mu poradził: dwa palce w gardło, najpierw przykro i wstyd, potem ulga. Posłuchał i po chwili mógł wrócić do kompanii, a zabawa rozkręcała się w najlepsze. Głównym punktem orgii miały być egzekucje. Zaczęto wywlekać jeńców. Staszek rozpoznał żołnierza, który wybił mu zęby, nawet zrobiło mu się żal, młody chłopak. Ten go rozpoznał, krzyknął „buntowszczik” i zaczął wpatrywać się w twarz Staszka z mrożącą krew nienawiścią. Oddalał się, ale odwracał głowę i patrzył poczerniałymi z wściekłości oczami, i krzyczał, że żałuje, że go nie zabił, ale inni, da Bóg, dokończą, co on zaczął. Oddalił się, lecz Staszek wciąż widział wyciągniętą ku sobie rękę, z której sterczały niczym haki dwa palce splecione na krzyż.

Białych szeregowców zatłuczono pałkami, oficerów rozerwano końmi. Dwa konie najpierw galopowały obok siebie, potem — na hasło komandira — skręcały w przeciwnych kierunkach. Jak tłumaczono zaproszonym na zabawę Polakom, tak było humanitarnie: wleczona końmi ofiara ze strachu traciła przytomność, kiedy odzyskiwała, to już za późno. Po pokazie „wyzwoleni” Polacy zostali znowu ugoszczeni wódką i wiktuałami, co zabrano je białym, jedli nawet angielskie konserwy.

Nazajutrz odbył się wiec, na którym zgodnie z nowym obyczajem odbyło się głosowanie — obaj Polacy zostali wybrani na oficerów, ojciec na politruka, Staszek miał uczyć strzelania. Wieczorem znów odbyło się pijaństwo, paru czerwonych sołdatów wysłano na wieś na łowy, żeby była nie tylko popojka, lecz i pojebka. Nie byli w stanie zapobiec orgii. Jedyne, co mogli, to udać tak pijanych, że nienadających się do niczego. Staszek nawet artystycznie rzygał, nabrał wprawy, ojciec najpierw udawał, że śpi, potem zasnął. Rankiem wsadzono ich na furkę. Oddalając się, widzieli kolorowe dziewczęta — pokrwawione po gwałtach leżały na ziemi — martwe, z rozrzuconymi nogami. Niektórzy bojcy mieli jeszcze używanie po ich śmierci.

— Jobi poka tiopłaja! — krzyczeli ze śmiechem, po czym zamieniali się miejscami i dopinając spodnie, doganiali oddział.

Staszek chciał natychmiast uciekać, przy pierwszej popijawie, ale ojciec mu to wyperswadował. Czerwony oddział posuwał się na zachód, a to, że byli w gromadzie, że siali wokół grozę, dawało szansę przeżycia. Uciekniemy już bliżej Polski — tłumaczył.

Na razie jednak na to się nie zanosiło. Bolszewicy wciąż rośli w siłę, podniecała ich pełna bezkarność, mogli popełniać wszelkie zbrodnie — takiej wolności nikt jeszcze w życiu nie zaznał, to lepsze niż popojka i pojebka razem wzięte. Czasem jednak coś trzeba było zrobić, nie tylko zniszczyć. A właściwie jedno łączyło się z drugim. Oddział zdobył stację kolejową, zastrzelił zawiadowcę i pomocnika, zaczął wybijać szyby, gdy nadjechał jakiś inny oddział. Ci postawili pod stienku komandira i jego politruka, władowali im kulki w tył głów — za zniszczenie sowieckiego mienia — na ich miejsce wybrano nowych. Staszek i jego ojciec dostali partzadanie: doprowadzić do użytku tę jebaną stację, bo inaczej oni też dostaną, tyle że za sabotaż. Odjechali najpierw jedni, potem drudzy. Ojciec Staszka znał się na wszystkim — jak każdy sybirak. Stacja działała normalnie, odprawiała pociągi z południa na północ i z północy na południe. Raz jednak trafił się transport na zachód, już za linię niemieckich okopów. Postanowili się dołączyć. Ojciec, znając już rosyjskie obyczaje, załadował kilka skrzynek wódki i wystawił im mocne papiery: jeden komplet z pieczątkami czerwonych, drugi komplet z pieczątkami białych. Po drodze przydały się obydwa, jednak na koniec bardziej te czerwone. Droga żelazna zakręcała na północ, zaraz zacznie wracać na wschód, a do Polski było wciąż daleko. Nawet dalej niż obliczali, bo bolszewicy rozpoczęli „czerwony marsz” na zachód. Wyładowali skrzynki na małej stacyjce i zawołali komandira. Ten zobaczywszy tyle wódki, zawołał jeszcze ważniejszego komandira.

— Eto nasz podarok sowietskoj własti — powiedział niezbyt pewnie Staszek.

— Da, zdrastwujet włast´ raboczich i kriestian! — wykrzyknął ojciec.

— Nu sowietskaja włast´ eto my — ocenił komandir, przyjął łaskawie wódkę i w ten sposób Staszek i jego ojciec zostali przyjęci do oddziału, a nawet wybrani znowu komisarzami. Nie pociągało to żadnych obowiązków poza uczestnictwem w popijawach, a zapewniało względne bezpieczeństwo.

Wędrowali na zachód, starając się nie uczestniczyć w grabieżach i gwałtach, choć czasem musieli zjeść jakąś kradzioną gęś czy świnię — innych po prostu nie było. Tak szli na zachód, wyzwalając Europę.

Któregoś popołudnia zobaczyli z daleka kościół — barokowy, niegdyś biały, teraz osmalony płomieniami. Wiedzieli, że zbliżają się do ziem cywilizowanych, ziem domowych.

Jeszcze tej nocy uciekli i — choć było to niebezpieczne — na początek weszli do zrujnowanej świątyni i ze łzami szeptali znane sobie modlitwy. A kiedy te się wyczerpały, ojciec dołączył odmawianą jeszcze na Sybirze Litanię pielgrzymską:

O wojnę powszechną za wolność ludów,

Prosimy Cię, Panie.

O broń i orły narodowe,

Prosimy Cię, Panie.

O śmierć szczęśliwą na polu bitwy,

Prosimy Cię, Panie.

O niepodległość, całość i wolność Ojczyzny naszej…

Ruszyli dalej. Po drugiej stronie wsi trafili na polski dwór, a raczej na to, co z niego zostało: ruiny, trupy ludzi i zwierząt, dogasający ogień. Opodal stała grupka brudnych, wystraszonych ludzi.

— Płonie już tyle dni i płonie, i nie gaśnie — powiedział kresową polszczyzną jakiś nędzarz.

— Cud jaki albo co — rzucił inny.

Zbliżali się do Polski, lecz wojna szła jeszcze szybciej.

Podwójny wernisaż. Część pierwsza

W niedzielę Prusz miał dwa wernisaże. Pierwszy oficjalny, a drugi… sam się urządził.

Pierwszy wernisaż w Zachęcie — była prasa, przyszło paru przyjaciół. Ruszczyc przyjechał z Wilna, choć robiło się już niebezpiecznie, od wschodu nadchodzili bolszewicy, ale jak nie być na wernisażu przyjaciela. Dowiózł nawet drugiego przyjaciela — fotografika, Jana Bułhaka. Pozostali byli z Warszawy i kilka osób z Kazimierza. Z zaprzyjaźnionych oficerów wpadł, ale tylko na parę minut, Jerzy. Choć mało kto o tym wiedział, on też brał udział w wystawie.

Przy okazji miła niespodzianka: Wanda też zna Pruszkowskiego, choć o tym nie wiedziała — i na odwrót. Z Legionów. Pruszkowski nie znał Wandy Gertz, ale znał porucznika Żukowicza. A Żukowicz nie znał Pruszkowskiego, ale poznał ułana o pseudonimie Rdza — legionowego malarza.

Cofnijmy się w przedwojenną przeszłość. Tuż po powrocie z Paryża i — niestety — tuż przed wybuchem wielkiej wojny Prusz-Pruszkowski założył w Warszawie stowarzyszenie Młoda Sztuka. Artyści nie zdążyli zbyt wielu cudów dokonać. Odbyli kilka spotkań, wreszcie na jednym uchwalili, że wszyscy wstępują do Legionów Piłsudskiego. 5 sierpnia 1915 roku żołnierze Nowej Sztuki pomaszerowali do I Brygady, fundusze stowarzyszenia też przekazali na Legiony. Ze względów bezpieczeństwa, ale i z ułańskiej fantazji większość przybrała pseudonimy. Zaroiło się w Legionach Piłsudskiego od postaci rodem z Sienkiewicza i romantycznej poezji, powróciły szlacheckie herby. Zupełnie jakby tamci Kordian i Konrad, Kmicic i Michał — oczywiście Wołodyjowski też — ruszyli na front, by walczyć o Niepodległą.

Żukowicz pseudonimu nie przybrał, w dokumentach też miał to nazwisko. Za to Pruszkowski w pierwszej chwili chciał przybrać pseudonim Borucki albo Boruta, ale bał się, by Ruscy nie dopadli jego krewnych z Borucic. Przybrał więc ostatecznie pseudonim Rdza, który nawet jemu z niczym się nie kojarzył. Jako Rdza został ułanem Beliny, 1 plutonu, 1 szwadronu, 1 Pułku Ułanów, jako Rdza strzelał i malował.

Wanda spotkała go na froncie wołyńskim, gdzie w chwilach wolnych od wojny artyści urządzili całe osiedle Legionowo — w stylu narodowym, a troszkę i góralskim. Postawili domki, kaplicę i siedzibę dowództwa, która była krzyżówką dworu i karczmy przydrożnej. Dla siebie twórcy Legionowa wybudowali piętrową willę Pocisk — rzeczywiście przypominającą formą monstrualny granat armatni, działało kino Zorza, był nawet teatr. Żeby ta mała utopia nie była oderwana od świata, między Legionowem a Wołczeckiem zaczęła kursować kolejka konna, również zdobiona. Rzeczywistość domagała się jednak swoich praw — następne baśniowe domki, które tu wzniesiono, to szpital i kostnica. Po pewnym czasie powstał także cmentarzyk — jeden z najpiękniejszych w Polsce.

Z Legionowa żołnierze wyruszali na pierwszą linię, najczęściej na Redutę Piłsudskiego. Patrolowano obszar ziemi niczyjej, na wszelki wypadek wyprawiano się na bagna, kontrolowano stan drutów kolczastych — czy zasieki nie zostały naruszone. Często dochodziło do utarczek z Rosjanami, tajnymi ścieżkami robiono wycieczki na ich tyły. Potem patrole wracały — często zdziesiątkowane, wielu od razu trafiało do szpitala.

W chwilach wolnych od walki karabinem legioniści wojowali pędzlami i dłutami — znaczna część kadry wywodziła się z uczelni artystycznych Krakowa i Lwowa. Pułkownik Śmigły namalował kilkadziesiąt wojennych akwarel. Tych najbardziej porażających, na których dogorywali ranni i leżały ciała legionistów, nie chciał nikomu pokazywać. Najwięcej żołnierzy, czasem w ostatniej chwili, namalował Leopold Gottlieb — prawie tysiąc portretów. Określenie, że ich uwiecznił, było jakby ciągiem dalszym rozpoczętej w Paryżu dyskusji o sztuce.

Rdza malował również portrety. Sportretował wtedy Piłsudskiego, Rydza, Sosnkowskiego, Belinę… W stylu romantycznym — jak to zwał — został uwieczniony legendarny Edward Gibalski, bezdańczyk, serdeczny kolega. Był u Beliny podporucznikiem, niedługo potem poległ. Rdza chciał też namalować portret przystojnego porucznika Żukowicza, ale ten się nie zgodził. Nie powiedział dlaczego.

Po wojnie malarze nadal się spotykali, tworzyła się grupa Rytm, odnowiono paryskie i legionowe przyjaźnie. Skoczylas na poziomy arcydzieł wzniósł dzieła drzeworytnicze, Stryjeńska czarowała Europę barwami polskich wsi, Eugeniusz Zak wyczarowywał własne poetyckie światy, a Władek Roguski co chwila wskazywał nowe drogi. Ostatnio naśladował w swoich obrazach malarstwo na szkle — tyle w nich było światła.

W niedzielę wystąpili razem w Zachęcie. Wraz z Pruszkowskim wystawiało kilku innych artystów. Ruszczyc upiększył wystawę, przywożąc arcydzielne obrazy Ziemia, Nec mergitur i Balladę — nie czarno-białą, ale tę w fantastycznych, nie zawsze istniejących kolorach. Wygrzywalski wystawił swoich głośnych Burłaków — zdaniem Ireny kradzionych. Nie do końca odpowiadało to prawdzie. Riepin namalował wprawdzie pierwszy Burłaków na Wołdze, którzy ciągną na linach statek, lecz Wygrzywalski ujął ich z innej strony, w zbliżeniu i — co było genialne — pominął statek. Zostali umęczeni burłacy i liny — symbol Rosji. Roguski prócz obrazów świecących własnym światłem pokazał Madonnę z Dzieciątkiem — tak piękną, że niemożliwe, by nie czyniła cudów. Trzeba zacząć szukać dla niej świątyni. Jakby natchniony tym samym pomysłem mistrz fotografii, Jan Bułhak, wystawił zdjęcia kilku kresowych kościołów, były na nich budowle, ale i coś więcej: każdy był otoczony mgiełką, jakby artysta uchwycił świątynię razem z jej aurą. Część obrazów sprzedano na pomoc ofiarom wojny. Roguskiego kupił, wstyd powiedzieć, jakiś chłop, Burłaków jakaś mroczna piękność — nie zgodziła się podać nazwiska. Jedynie Ruszczyc nie chciał się rozstać ze swoimi obrazami, sprzedał tylko jedną Balladę — tę kolorową. Ale może to i dobrze, bo większość ze sprzedanych wtedy obrazów gdzieś w zawierusze wojennej zniknęła wraz z właścicielami. Nie przyniosły im szczęścia.

Nie tylko ta wystawa połączyła malarzy. Powróciła niedawna młodość w jeszcze bardziej dramatycznej scenerii. 1 lipca 1920 roku powstała Rada Obrony Państwa i dwa dni później wydała do Polaków odezwę „Obywatele Rzeczypospolitej! Ojczyzna w potrzebie!”, wzywając wszystkich zdolnych do noszenia broni, by „dobrowolnie zaciągali się w szeregi armii”.

I podobnie jak w roku 1915 artyści znów się spotkali i uchwalili, że ponownie stają do walki — tym razem na froncie kulturalnym, w oddziale zorganizowanym przez „dwójkę” Armii Ochotniczej. Ulotki, plakaty, propaganda — to nowe rodzaje broni. Na tym froncie walczyli nie tylko mistrzowie, tacy jak Żeromski, Sieroszewski czy Orkan, ale i młodzi szermierze: Kaden-Bandrowski, Wierzyński, Lechoń, Tuwim…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Gwiazdy rdzewieją na dnie Wisły Krew nie wysycha nigdy Adam Mickiewicz. Tajemnice wiary, miłości i śmierci Głosy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Turniej cieni Moja piątka z Cambridge