Cudouszek

Cudouszek

Autorzy: Mira Bartok

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 466

cena od: 30.79 zł

Zapraszamy wszystkich do magicznego świata Cudouszka!

Wzruszająca historia o osieroconym pół lisie, pół człowieku, który z pomocą przyjaciół ucieka z sierocińca prowadzonego przez okrutną pannę Carbunkle. Aby odnaleźć swoje korzenie, trafia do Wielkiego Białego Miasta, gdzie poznaje wiele barwnych postaci, doświadcza zarówno okrucieństwa, jak i życzliwości, i poddawany jest kolejnym próbom, na szczęście wkrótce odkrywa swój niezwykły talent.

Mira Bartók stworzyła urzekającą opowieść o przyjaźni, harcie ducha i wytrwałości.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Świat Cudouszka

Część pierwsza

Złowieszczy początek

Dom

Trzynastka

Sekret

Co się wydarzyło w Serową Niedzielę

Artur i Iskierka

Peruka

Chleb z masłem

Ciekawa propozycja

Odmiana

Wielka ucieczka

Część druga

Tajemniczy pupil

Uciekinierzy

Spadająca gwiazda

Szyszek

Rozstanie

Wielkie Białe Miasto

Serce Miasta

Księżyc i pieśń

Kwintus

Cylindry i Skuleńce

Gołębie i kurz

Rezydencja Zgreda

Gdyby stoły miały głos

Łotrzyki (Rezydencja Zgreda)

Łotrzyki (Dom)

Królewska zupa (Rezydencja Zgreda)

Królewska zupa (Zamek)

Gargulce

Złodziej

Łapacz Pieśni

Dotrzymana obietnica, złamana obietnica

Koniec muzyki

Poszukiwany

Część trzecia

Skrzydlata i bezskrzydła

Przeprawa

Niżej, niżej, coraz niżej

Jak U Góry, tak i Na Dole

Miasto pod Miastem

Opowieść myszy

Pomarańczowy błysk

Diabelski plan

Nocna wrona

Ucieczka

Zebranie

Początek misji

Powrót

Pilna kwestia

Schwytany

Najdzielniejszy spośród rycerzy

Początek bitwy

Walka U Góry

Cudouszek

Dzień przeznaczenia

Końce i początki

Dom

Podziękowania

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: The Wonderling

Redakcja: Anna Jędrzejczyk

Korekta: Lena Marciniak / Słowne Babki, Anna Brzezińska

Projekt okładki: Iacopo Bruno

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Ilustracje: Mira Bartók

Opieka redakcyjna: Ewelina Węgrzyn

Copyright © 2017 by Mira Bartók

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca

2018 Copyright © for the Polish translation by Maria Borzobohata-Sawicka, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 9788380159396

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Douga – za miłość i zachwyt; dla Jeda, który pomógł mi zrobić kombinezon do latania; i dla Jen, która podarowała mi skrzydła.

ROZDZIAŁ 1

Złowieszczy początek

yło to, jeszcze zanim został Cudouszkiem. Wówczas różnie na niego wołano: Błotożer, Przygłup, Naziemiec i Szpic, i tak dalej. Nie przeszkadzało mu żadne z tych imion, nawet Naziemiec. Nie lubił jedynie tego, którym zwracano się do niego na samym początku: Trzynastka. Właściwie trudno nazwać je imieniem. Była to tylko liczba wypisana czerwono na kartce papieru, wetknięta do przegródki w pomieszczeniu wypełnionym setkami papierzysk i szuflad. Tę samą liczbę wytłoczono na niewielkim blaszanym medalionie przyczepionym do kawałka sznurka, który nosił na szyi w domu dla niechcianych stworzeń. Naszyto go po wewnętrznej stronie jego obszarpanej szarej koszuli i sfatygowanych szarych spodni. Wymalowano go też na twardym, wąskim łóżku w pomieszczeniu pełnym łóżek innych niechcianych stworzeń, które przynajmniej miały na tyle dużo szczęścia, że przy narodzinach podarowano im własne imię.

Wyglądał jak młody lisek, ale chodził wyprostowany jak dziecko i nie miał ogona. Jego oczy były w ślicznym kasztanowym odcieniu, przetykane cętkami złota. Było w nich jednak coś, co dawało wrażenie, że mimo młodego wieku nosi w sobie niepojęty smutek.

Był stworzeniem o niewinnym sercu. Jakimż jednak stworzeniem – czy można to było stwierdzić? Choć wyglądał jak lis, z pyska bardziej przypominał psa, było w nim także coś, co kojarzyło się z królikiem – to, w jaki sposób drgał mu nos, ilekroć wyczuwał zagrożenie, i w jaki trząsł się na dźwięk głośnego bicia dzwonu sierocińca. Ale jego najbardziej charakterystyczną cechą było to, że miał tylko jedno ucho.

Jak stracił drugie (lub to, czy urodził się bez niego) – stanowiło dla niego zagadkę. Jego prawe ucho, spiczaste i lisie, było aksamitne w dotyku i pokryte czerwonawobrązowym futrem, tak jak reszta jego ciała. Jedynie na piersi miał małą białą plamkę w kształcie listka. Poza tym, że brakowało mu ucha, Trzynastka niczym się nie wyróżniał, przynajmniej nie z wyglądu, zamieszkiwał bowiem świat, gdzie granica między zwierzętami i ludźmi nie była jasno zaznaczona. Mimo to ludzie sądzili, że jest dziwny. „To ucho przynosi pecha! – szeptali do siebie. – To stworzenie musi być głuche jak pień! No i to imię… Trzynastka! Pechowe, bez wątpienia!”.

Nocą pocieszał sam siebie tak, jak to czynią przerażone dzieci na całym świecie. Sięgał pod poduszkę i wyciągał stamtąd coś miękkiego i błękitnego: kawałek swojego dziecięcego kocyka. W jednym rogu wyhaftowano coś, co przypominało literę G, choć nie miał co do tego całkowitej pewności, jako że część nici, dawniej lśniącej złotem, z czasem spłowiała i odpadła. W strzęp kocyka zawinięty był mały złoty kluczyk. Nie wiedział, co otwierał ani czy w ogóle otworzył kiedyś coś ważnego. Wiedział tylko, że kluczyk i błękitna szmatka były jedynymi przedmiotami, które pozostały mu z pierwszego domu.

Jednak Trzynastka – jednouchy, bezimienny i drobny (nigdy bowiem nie przekroczył dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu) – nie pamiętał, skąd się wziął. Wszyscy skądś pochodzą, a jednak jego rodowód pozostawał nieznany, nawet jemu samemu. Nie pamiętał, by kiedykolwiek ktoś otulił go kołdrą przed snem, nie wiedział, czy kiedykolwiek był kochany. Pamiętał za to dźwięk z odległej przeszłości: piękną, śpiewną melodię spływającą z rozgwieżdżonego nieba wprost do jego młodego serduszka. Poza tym nie pamiętał zupełnie nic.

Pytany o dzieciństwo, Trzynastka potrafił przywołać tylko to jedno, okropne miejsce, do którego go wysłano.

ROZDZIAŁ 2

Dom

Sierociniec, w którym Trzynastka został porzucony wkrótce po narodzinach (przez kogo? – tego nie wiedział), nosił nazwę Domu dla Krnąbrnych i Niewydarzonych Stworzeń Panny Carbunkle, ale jego nieszczęśliwi mieszkańcy nazywali go po prostu „Domem”. Znajdował się na wsi, z dala od jakiegokolwiek miasta czy miasteczka. Dom, wybudowany przed wiekami na planie ogromnego krzyża, służył przez lata różnym celom – z początku był klasztorem, potem więzieniem, następnie przytułkiem dla ubogich, a w końcu ochronką dla niechcianych istot.

Na pierwszej stronie broszurki Domu widniało beztroskie stworzenie o głowie królika i ciele małej dziewczynki, w sukience w groszki i z kokardą na głowie, ściskające bukiet stokrotek. Pod obrazkiem znajdował się napis: „Czy zostali Państwo niespodziewanie obciążeni opieką nad niedawno osieroconym lub porzuconym stworzeniem? Nie trapcie się! Mamy dla Państwa idealne rozwiązanie!”.

Ogłoszenie zachwalało „ciepłe i przyjazne miejsce wtulone w idylliczną dolinę otoczoną łąkami jaskrów, dzwoneczków i wrzosów”. Ale po przekroczeniu złowrogiej bramy Domu żadna z sierot nie ujrzała ani jednego kwiatuszka i nie poczuła pod stopami źdźbeł trawy. Prawdę powiedziawszy, zielony był tu jedynie mech porastający potężny kamienny mur okalający sierociniec.

I choć Dom Panny Carbunkle można było opisać na wiele sposobów, z całą pewnością nie był on ciepły ani przyjazny.

Wysoka, czarna, zwieńczona łukiem brama znajdowała się w odległości trzydziestu metrów od wejścia. To przez nią wjeżdżały i wyjeżdżały powozy. Każdy z żelaznych prętów bramy zakończony był szpikulcem przypominającym koniuszek średniowiecznej włóczni, tak ostrym, że nigdy nie przysiadł na niej żaden ptak. Z wierzchołka bramy zwisał rdzewiejący metalowy szyld z wyblakłymi literami układającymi się w nazwę tego przeklętego miejsca. Z czasem tak wiele liter odpadło, że napis głosił teraz:

D_m dl_ __nąbrny__ _ ___wy_a_zo_y_h S_w_rze_ P___y ____unkle

Po obu stronach szyldu widniał profil jastrzębia. Jakieś stworzenie albo nieznany żywioł dawno temu przekrzywił znak w taki sposób, że zwisał on teraz na pojedynczym gwoździu i stukał głośno o bramę, ilekroć zawiał wiatr, ktoś wjeżdżał na teren Domu lub go opuszczał.

Zaznaczmy tylko, że o wiele więcej stworzeń przybywało do Domu, niż go opuszczało, i więcej o tym nie wspominajmy.

Dwa tępe brytany, wielkie jak cielęta, stały przed bramą przykute do siebie nawzajem łańcuchem, bezustannie szczekając, i tak obficie kapało im z pysków, że u ich łap zbierały się kałuże śliny. Nocą, w upiornym świetle lampy gazowej, psy stróżujące przypominały zaślinionego Cerbera, trzygłowego wartownika strzegącego bram piekła – tyle że w tym wypadku miał on, rzecz jasna, tylko dwie głowy. Brytany reagowały jedynie na głos dyrektorki, panny Carbunkle, która rządziła swoimi włościami z lodowatym, nieprzeniknionym sercem.

Aby dostać się do budynku sierocińca, należało otworzyć ciężkie dębowe drzwi wbudowane w ścianę, które dało się odemknąć jedynie za pomocą wielkiego mosiężnego klucza panny Carbunkle. Na drzwiach wyryta była sylwetka drugiego jastrzębia ściskającego w szponach mysz – wisiał tam ku przestrodze, by sieroty nie zapominały, gdzie ich miejsce. Te drzwi musiał pokonać każdy, kto chciał się dostać do budynku. W murze otaczającym trzypiętrowy budynek i rozciągający się wokół teren znajdowały się jeszcze jedne drzwi – prastare łukowate wrota ozdobione rzeźbionymi i malowanymi scenkami – jednak panna Carbunkle zapieczętowała je tuż po zakupieniu posiadłości. Wzdłuż budzącego grozę muru, w miejscach, gdzie pierwotnie znajdowały się drzwi, pozostały jedynie ich cienie – palimpsest wrót prowadzących do świata na zewnątrz.

Mur – wzniesiony wieki temu z kilku tysięcy grubo ciosanych kamieni – był wysoki na trzy piętra i gruby na dwa metry. Podobnie jak w przypadku Domu, sieroty nazywały go po prostu „Murem”. Poza wierzchołkiem wysokiej białej brzozy sieroty nie widziały niczego, co znajdowało się za Murem – ani bujnej doliny, ani otaczających ją pofałdowanych wzgórz, ani pól za wzgórzami, niebieskich gór za horyzontem, a jeszcze dalej – migoczących iglic Wielkiego Białego Miasta Lumentown.

Tak więc nieśmiałe jednouche stworzenie przywykło do otoczenia i rosło. Podobnie jak wielu innych, którzy nigdy nie zaznali pociechy ani miłości, Trzynastka niewiele mówił, nie wychylał się i robił, co mu kazano. Czuł, że nie wie nic o sobie ani o tajemniczym świecie leżącym poza potężnym murem i bramą. W głębi serca wiedział natomiast, że czegoś pragnie. Czego? To musiał dopiero odkryć.

rozdział 3

Trzynastka

Każdy dzień w Domu dla Krnąbrnych i Niewydarzonych Stworzeń Panny Carbunkle zaczynał się tak samo, czyli pobudką o piątej rano przy akompaniamencie ogłuszającego dzwonka i płynącego z głośnika wrzaskliwego głosu panny Carbunkle: „Apel, naziemce! Wstawać!”. Następnie należało umyć twarz i łapy we wspólnej umywalce wypełnionej szaroburą wodą pozostałą po wczorajszym praniu. Potem zdjąć poszarpane szare piżamy, naciągnąć poszarpane szare uniformy (takie same jak wspomniane piżamy) i wraz z innymi biec na zewnątrz na apel – a w dodatku wykonać to wszystko w zawrotnym tempie.

Któregoś ponurego grudniowego poranka pod koniec jedenastego roku dziwnego i samotnego życia Trzynastki on i pozostali zebrali się jak zwykle o świcie na Dziedzińcu Pustułki, czekając na apel. Sieroty stały w rzędach po dziesięcioro pod Murem, który górował nad nimi i ogradzał je z czterech stron niczym forteca.

Był poniedziałkowy poranek, niecały tydzień przed świętami i urodzinami Trzynastki, które zbiegały się w czasie. Trzynastka pozostawał, oczywiście, tego zupełnie nieświadomy. Poza tym w Domu i tak panował surowy zakaz organizowania jakichkolwiek uroczystości.

Nad dziedzińcem kłębiła się wilgotna mgła, powoli wnikając w znoszone płaszcze i kości sierot. Wszystkie krnąbrne i niewydarzone stworzenia – sieroty, znajdy i uliczne łobuzy odbywające karę za drobne przestępstwa – stały na baczność. Były „naziemcami” – stanowiły hybrydy zwierząt i ludzi bądź różnych gatunków zwierząt, które w hierarchii znajdowały się niemal przy ziemi. Były chude i krępe, kudłate i skrzydlate, niektóre niemal zupełnie podobne do człowieka, jeśli nie liczyć szczurzego ogona, zajęczych uszu, prosięcego ryjka, skrzydeł czy stóp z błoną pławną. Większość była pół ludźmi, pół zwierzętami, ale nie wszystkie. Niektóre w całości przypominały ssaki, gady lub ptaki, jednak mówiły i zachowywały się jak istoty ludzkie.

Jedynym, co je łączyło, poza zwisającymi z szyi numerami, był lęk, jaki odczuwały, gdy ściskając w dłoni laskę zwieńczoną głową jastrzębia, w pobliżu pojawiała się panna Carbunkle ubrana w swoją czarną pelerynę z kapturem, i z ustami w permanentnym wyrazie dezaprobaty.

Tego ranka, jak co dzień, panna Carbunkle oparła się na lasce, zacisnęła wargi i gniewnym spojrzeniem obrzuciła zgromadzone przed nią bezdomne dzieci. Była wysoką, postawną kobietą, a za sprawą zdumiewająco ogromnej płomiennopomarańczowej peruki (jednej z niewielu ekstrawagancji, na jakie sobie pozwalała) wydawała się jeszcze wyższa. Jej asystent, okularnik Sneezeweed – skwaszony, przygarbiony mężczyzna o pająkowatych kończynach – stał u jej boku i spoglądał na sieroty z niechęcią, a tłuste czarne włosy lepiły mu się do czoła i boków pociągłej bladej twarzy.

Dyrektorka zaczęła wywoływać podopiecznych przenikliwym, szorstkim głosem:

– Herszel!

– Jestem, proszę pani.

– Cecyl!

– Jestem, proszę pani.

– Guzdrzyk!

– Jestem, proszę pani.

– Dziubak!

– Jestem.

– DZIUBAK!

– J-jestem?

– Jestem, proszę pani!

– Jestem, proszę pani.

– Glover!

– Jestem, proszę pani.

– Kicek!

– Jestem, proszę pani.

I tak dalej. Wszystkie naziemce o imionach i przezwiskach takich jak Morris i Stanley, Niuchacz i Szpenio, Iskrzyk i Nigel, Rufus, Świszczek, Moe czy Kolczatek (który nie przekroczył rozmiaru jeża) odpowiadały jedno po drugim. Było ich naprawdę wiele, a z każdym kolejnym tygodniem dołączały nowe. Stały na zewnątrz, drżąc i wpatrując się w pannę Carbunkle, której twarz w szarym świetle poranka wyglądała doprawdy upiornie.

Dawniej pannę Carbunkle uznawano za piękność, jednak z czasem stała się tak obojętna wobec świata, że jej serce – niegdyś pełne miłości – skurczyło się i stwardniało. Skurczyła się również jej twarz, tak że sprawiała wrażenie wiecznie wściekłej i skwaszonej. Jeśli nie liczyć dwóch placków różu na policzkach, twarz panny Carbunkle przypominała twarz rozgniewanego ducha.

Panna Carbunkle urwała, by zajrzeć do spisu. Nie potrafiła zapamiętać imion swoich wychowanków, bo choć tak bardzo się od siebie różnili, jej wydawali się bardzo podobni – dziwaczni, zdeformowani i dzicy. Podczas gdy pana Carbunkle wyczytywała imiona, jej asystent gładził niewielką, pokrytą meszkiem kępkę pod lewym nozdrzem. Pan Sneezeweed marzył o tym, by pewnego dnia wyhodować ekstrawagancki podkręcony wąs, ale niestety, choć liczył sobie już trzydzieści lat, wciąż pracował nad tym, żeby na jego twarzy pojawił się jakikolwiek zarost, nie licząc wspomnianej kępki puchu1.

Sneezeweed, niemal tak wysoki jak panna Carbunkle, bezustannie pociągał swoim orlim nosem i wydmuchiwał go w delikatną białą chusteczkę, na której zapatrzona w swego syna matka wyhaftowała jego imię. Za plecami sieroty przezywały go „Smarkiem”. Także i teraz Smark na przemian wydmuchiwał nos i gładził nieistniejący wąs. W drugiej ręce ściskał długą drewnianą łopatkę, gotowy zareagować, gdyby ktokolwiek się zapomniał.

Trzynastka bardziej obawiał się laski panny Carbunkle. Dyrektorka była znana z tego, że nawet lekko sprowokowana, grzmociła nią naziemce po zadkach. Jej laska zwieńczona była głową tego samego złowrogiego jastrzębia, którego wizerunek zdobił dębowe wrota Domu i złowrogi szyld. Trzynastka wyraźnie dostrzegał podobieństwo między ptakiem a dyrektorką – panna Carbunkle miała takie same przenikliwe oczy i dziobowaty, wystający nos. Czasem w przyćmionym, sennym świetle poranka Trzynastka mógł przysiąc, że bursztynowe oczy jastrzębia mrugają.

Panna Carbunkle otworzyła usta, by przemówić, kiedy Sneezeweed, uczulony niemal na wszystko – sierść, pióra, pleśń, kurz i prawie każdy rodzaj pożywienia – zaniósł się serią nieopanowanych kichnięć. Naziemce najlepiej, jak potrafiły, stłumiły śmiech, ponieważ śmiech, podobnie jak wiele innych rzeczy, był tu surowo zakazany.

Dyrektorka z całej siły dźgnęła Sneezeweeda laską w stopę i stanowczo powiedziała:

– Opanuj się, człowieku!

Sneezeweed wzdrygnął się i najciszej, jak potrafił, odparł:

– Proszę wybaczyć, panno Carbunkle, ale… widzi pani… to zarodniki. Są wszędzie! A ja…

– Milcz! – warknęła panna Carbunkle i przystąpiła do pospiesznego odczytywania kolejnych imion: – Seymour, Petey, Gumiak i Trzosek! Jaskier, Tili, Mili i Dynks!

Najwyraźniej był to Dzień Niealfabetyczny.

W Dni Niealfabetyczne panna Carbunkle wyczytywała imiona z listy w dowolnej kolejności, by naziemce miały się na baczności. Czasem wywoływała to samo imię dwukrotnie. Ale to wszystko nie miało znaczenia dla Trzynastki, gdyż nawet w te dni jego imię padało jako ostatnie. Był tylko liczbą, więc w hierarchii znajdował się dalej niż X, Y, a nawet Z.

Panna Carbunkle zmierzyła wzrokiem rzędy stojących przed nią sierot i wywołała ostatnią z nich:

– Trzynastka!

Ale zanim zdążył odpowiedzieć, ktoś podciął mu kolana, tak że wpadł na małą dziewczynkę o ciele króliczka i oboje runęli na ziemię.

– P-p-przepraszam – wyjąkał i pomógł jej wstać.

Słyszał, jak za jego plecami parskają śmiechem Mug i Orlick. Buldog Mug i Orlick zwany „Smrodkiem” – opos, który z zupełnie nieznanych przyczyn zawsze cuchnął wodą ze stawu – najczęściej ze wszystkich mieszkańców Domu dręczyli jednouchą sierotę. Gnębili go, odkąd pamiętał. Kiedyś, gdy dyrektorka i pan Sneezeweed wypadli z dziedzińca, by schwytać naziemca, który podpalił biurko panny Carbunkle, Mug złapał Trzynastkę za ucho i wrzasnął: „Jest tam kto, ty przygłupie?!”. Po tym wydarzeniu ucho bolało go jeszcze przez kilka tygodni. Od tamtego dnia Mug i jego towarzysz już zawsze nazywali go „Przygłupem” lub „Przygłupkiem”.

Przyzwyczaił się do tego, tak jak do wszystkiego wokół. „Lepiej mieć imię niż sam numer – pocieszał się. – Nawet jeśli jest ono przykre”.

– Trzynastka! – Wrzask panny Carbunkle przeszył zimne, wilgotne powietrze.

Jak zwykle z trudem próbował wydobyć z siebie głos, ale ten nie chciał rozbrzmieć. Trzynastka miał wrażenie, że głęboko w gardle zaklinował mu się duży kamień.

Nagle ktoś z całej siły pociągnął go za ucho. Odwrócił się gwałtownie, by sprawdzić, kto to zrobił. Obok Muga i Orlicka stał nowo przybyły mieszkaniec Domu: wysoki, szary, pokryty szczeciniastą sierścią szczur o długim pysku i wystających z niego dwóch ostrych siekaczach. Miał ogromne łapy zakończone żółtymi szponami i długi ogon, sztywny jak drut. Jego barki były tak uniesione, że głowa zdawała się z nich wyrastać, jak gdyby w ogóle nie miał szyi. Jego oczy były małe, kaprawe i czarne jak noc.

– Miło mi cię poznać – wyszeptał Szczur, po czym beknął Trzynastce prosto w twarz.

Biedne stworzenie prawie zemdlało, powalone odorem brudnych skarpet, cuchnącego mięsa oraz odpadków, które można znaleźć w odmętach ścieków.

Świetnie. Teraz będzie się musiał martwić nie dwoma, a trzema gnębicielami.

Panna Carbunkle wyryczała jego imię jak dzika bestia.

– J-jestem – wyjąkał cichutko.

Szczur zwrócił się do niego głosem aksamitnym jak jedwab.

– Co się stało? Szczur odgryzł ci język? – zapytał.

Trzynastka zaczął się trząść na całym ciele – od czubka ucha po kudłate palce u stóp.

– Trzynastka, chcesz oberwać laską? A może wolisz łopatkę pana Sneezeweeda? – warknęła panna Carbunkle.

Spróbował raz jeszcze, nieco głośniej, ale dyrektorka wciąż go nie słyszała.

– Trzynastka! – zagrzmiała. – Jesteś tu czy nie? Zdecyduj się!

W końcu Trzynastka, znany światu jedynie jako pechowa liczba, wydusił z siebie słowa, które przecisnęły się obok kamienia w jego gardle.

– J-jestem, p-proszę p-pani.

Wszystkie sieroty odetchnęły z ulgą i ruszyły na śniadanie, prowadzone przez pana Sneezeweeda. Na szczęście Mug, Orlick i ich nowy szczurzy przyjaciel trzymali się z tyłu.

A Trzynastka, który jak zwykle szedł ze spuszczoną głową, powłócząc nogami, żałował, że nie ma ciepłej czapeczki, pod którą mógłby schować ucho.

Rozdział 4

Sekret

Trzynastka brnął naprzód za panem Sneezeweedem, który prowadził podopiecznych długim, wąskim Skrzydłem Pustułki.

– Raz, dwa, raz, dwa! Ruszajcie się, bezużyteczne pokraki! – warknął Sneezeweed, unosząc łopatkę nad głowę.

Szli do tego samego miejsca, do którego kierowali się co rano: ponurej jadalni w głębi Domu. Po śniadaniu czekały ich dwie godziny pouczających wykładów panny Carbunkle na tematy takie jak „Konieczność posłuszeństwa wśród naziemców w służbie postępu i przemysłu”, a po nich wiele godzin monotonnych, wyczerpujących zajęć: szorowania podłóg, ręcznego prania ubrań w lodowatej wodzie (dłońmi, pazurami lub łapami), reperowanie popsutych ławek i krzeseł, cerowanie koców i skarpet, a najczęściej zabijająca duszę praca w fabryce.

Jedynym dniem, który różnił się od pozostałych, była niedziela. Sieroty budziły się wcześnie na apel i wykonywały swoje obowiązki, ale ku ich ogromnej uldze w tym dniu nie odbywały się żadne lekcje. Niestety, tego grudniowego poranka nie przypadała niedziela. Był to kolejny poniedziałek, który nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym.

Trzynastce nieprzerwanie burczało w brzuchu. Marsz do jadalni zdawał się ciągnąć w nieskończoność – sierociniec był bowiem olbrzymi. Od środka budynku w kształcie krzyża odchodziły cztery długie korytarze, a każde skrzydło Domu nosiło nazwę drapieżnego ptaka: Jastrzębia, Pustułki, Sokoła i Sowy. W Skrzydle Pustułki, które ciągnęło się od środka krzyża w głąb budynku, sieroty spały i zbierały się co rano na apel na dziedzińcu. Sala lekcyjna i jadalnia znajdowały się w Skrzydle Jastrzębia, które biegło od środka do frontu, gdzie warcząc, śliniąc się i szczekając, broniły bramy monstrualne psy panny Carbunkle.

Na ramiona krzyża składały się Skrzydło Sowy i Skrzydło Sokoła, w których mieściło się kilkanaście warsztatów, łącznie z należącą do Domu fabryczką parową, gdzie sieroty składały przedziwne małe wihajstry pod czujnym okiem porywczego pana Bonegrubbera. Wihajstry przypominały małe czarne żuki. Do czego służyły? Tego nie wiedział nikt.

Nikt nie wiedział też, co mieści się na najwyższym piętrze budynku, bo poza panną Carbunkle i jej pracownikami nikomu nie wolno było tam wchodzić. Sieroty miały, oczywiście, swoje teorie, które zawierały całą gamę pomysłów, od średniowiecznych sal tortur z kadziami wypełnionymi wrzącym olejem, w których zanurzano nieposłuszne naziemce, po cuchnące lochy, w których nieszczęsne stworzenia zmuszane były do jedzenia ogromnych, kudłatych, jadowitych pająków. Jeśli chodzi o lochy, nikt nie miał wątpliwości, że roiło się w nich od gigantycznych czarnych szczurów, które lubiły podgryzać ofiarom palce, a z tych, którzy zostawali tam zbyt długo, przygotowywały sobie posiłek.

– Naprzód! Ruszajcie zady! – wrzeszczał pan Sneezeweed. Stopa wciąż bolała go od uderzenia laski panny Carbunkle i nie był z tego powodu szczęśliwy.

Znajdowali się w Wielkim Skrzydle, gdzie znajdował się gabinet panny Carbunkle, w punkcie u zbiegu wszystkich czterech korytarzy. Przed siedzibą dyrektorki Sneezeweed zwolnił, zalany falą zazdrości. Jej gabinet był olbrzymi, podobnie jak zamieszkiwane przez nią pomieszczenia, czego nie można było powiedzieć o jego własnej kwaterze. Biuro zajmowane przez pannę Carbunkle było dźwiękoszczelne i zrobione ze specjalnego szkła, które pozwalało dyrektorce widzieć to, co dzieje się na zewnątrz, a jednocześnie uniemożliwiało komukolwiek zaglądanie do środka. Pięło się w górę trzech pięter Domu. Kręte schody prowadziły do jej prywatnych komnat na ostatniej kondygnacji. Stamtąd mogła się przedostać do panoramicznego obserwatorium usytuowanego na dachu, gdzie trzymała wartę za pomocą lunety i teleskopowych okularów. Jej komnaty nie opływały w luksusy, ale były nowoczesne i schludne.

Pan Sneezeweed sypiał w ubogo umeblowanym pokoju, na tyle dużym, by pomieścić łóżko i szafę. Mieszkał w odosobnieniu w Skrzydle Pustułki, tuż przy infirmerii i naprzeciwko dormitorium, ponieważ do jego obowiązków należało pilnowanie naziemców nocą. W praktyce oznaczało to, że sam prawie nie sypiał. „Niańka dla dziwolągów, oto kim jestem” – mruknął do siebie, mijając wspaniały gabinet panny Carbunkle w Wielkim Skrzydle.

Przed siedzibą panny Carbunkle stał na warcie imponujących rozmiarów zegar z kukułką. Trzynastka spuścił wzrok, żeby nie widzieć, co nastąpi o pełnej godzinie, w momencie, kiedy przechodzili obok. Jasnożółty ptak wyłonił się z drzwiczek ponad tarczą zegara. Mechaniczny ptak ćwierkał i tańczył przez dokładnie dziesięć sekund. Po tym czasie z zegara wychynął wielki dziób i pożarł ptaszka z okropnym kłapnięciem.

W końcu dotarli do jadalni.

– Bierzcie miski i zajmijcie miejsca. I ani słowa! – wrzasnął pan Sneezeweed.

Z całej siły pociągnął za grubą otłuszczoną linę zwisającą z krokwi, a głośny szczęk ogłosił rozpoczęcie śniadania.

W Domu podawano biednym stworzeniom jedynie śniadania i kolacje, a posiłki niemal zawsze wyglądały tak samo: owsianka rano, wodnista zupa grochowa wieczorem, a do tego kromka czerstwego, twardego chleba. Zdarzało się, że na kolację dostawali także kawałek surowej rzepy, niewielką marchewkę czy gotowanego ziemniaka, ale te delicje rzadko trafiały na ich talerze. Kiedy następnego ranka przychodziła pora śniadania, Trzynastka był wygłodniały.

Siadł przy długim drewnianym stole, gdzie zbierały się najmniejsze naziemce – Kolczatek (dobroduszny, iglasty, drobny naziemiec), Iskrzyk (pół prosię, pół mops), Nigel (w większości jamnik), Niuchacz i Szpenio (królicze bliźnięta), Morris i Moe (naziemce przypominające leniwce) i Rufus (w większości wombat). Niuchacz i Szpenio spojrzeli na niego życzliwie i przywitali się z nim bezgłośnie. Trzynastka zdobył się na nieśmiały uśmiech i pochylił nad miską zimnej szarej brei. Bracia leniwce, Morris i Moe, także się z nim przywitali, ale otwarcie ust zajęło im tyle czasu, że nawet tego nie zauważył.

Jadalnia zwieńczona była przestronnym sklepionym sufitem i wysokimi łukowatymi ścianami. W swoich wcześniejszych wcieleniach pomieszczenie ozdobione było barwnymi freskami, a mnisi odbywali tu próby chóru. Od tamtego czasu zarówno ściany, jak i sufity pomalowano ciemną, stalowoszarą farbą. Jednak w przeciwieństwie do pozostałej części Domu, który poza wielkim białym zegarem na każdej ścianie pozbawiony był dekoracji, jadalnia mogła się poszczycić osobliwą ornamentyką.

Od podłogi aż po sufit biegły niezliczone znaki. Wypisano na nich ulubione powiedzonka panny Carbunkle, takie jak: „Wiedz, gdzie twoje miejsce! Na samym dnie!” oraz „Czas nie czeka na nikogo – a już z pewnością nie na ciebie!”, a także „Błogosławieni ci, którzy służą i są posłuszni!” i „Muzyka źródłem wszelkiego zła!”.

Trzynastka zerknął na znak, który wisiał nad jego stołem: „Po cóż sięgać gwiazd, gdy znajdują się poza twoim zasięgiem?”. „Dobre pytanie” – powiedział do siebie i westchnął.

Jego dwaj wrogowie i ich nowy przyjaciel siedli przy pobliskim stole. Kim było to stworzenie o oczach jak czarne paciorki i oddechu cuchnącym ściekami? Trzynastka czuł ich wzrok na plecach, aż zaczęło mu drgać ucho. „Będę udawał, że jestem niewidzialny” – pomyślał i w milczeniu zjadł wodnistą owsiankę.

Tak czy siak, wymagano od niego milczenia – była to pierwsza i najważniejsza spośród Złotych Zasad panny Carbunkle.

Hałas, w tym konwersacja, były ledwie tolerowane, w jadalni zaś surowo wzbronione poza chwilami, kiedy okazywały się absolutnie niezbędne. Niektórym z trudem udawało się zachować ciszę, gdy zanurzali w owsiankach pyski, pazury i łapy. Ci, którzy rozmawiali podczas posiłku lub byli nieposłuszni, a także ci na tyle głupi, by błagać o dokładkę ponurego kucharza pana Bunmunchera (którego wielka łysa głowa kojarzyła się z różową, połyskującą szynką), dostawali kilka mocnych razów w zady.

Śpiewanie, nucenie i tworzenie jakiejkolwiek muzyki również było zakazane. Co więcej, w oczach panny Carbunkle muzyka stanowiła najpoważniejsze wykroczenie. Winnego wysyłano do piwnicy (zwanej także „szczurzym lochem”), gdzie przez miesiąc pozostawał w odosobnieniu, a po tym czasie oddelegowywano go do czyszczenia toalet.

Trzynastka zauważył, że dwa małe naziemce siedzące obok niego przekazują sobie liściki pod stołem. Nawet w tym nieszczęsnym miejscu sierotom udawało się rozmawiać. Komunikowały się pospiesznym szeptem, za pomocą min lub sekretnego kodu polegającego na stukaniu stopami, rękami i łapami. Przekazywały sobie maleńkie liściki, opowieści i obrazki. Nie sposób było nie rozmawiać ani śmiać się, choćby potajemnie, ponieważ pragnienie towarzystwa było znacznie silniejsze niż strach przed karą, nawet najsroższą.

Jednoucha sierota także pragnęła towarzystwa. Jednak ilekroć zbierała się na odwagę, by do kogoś podejść, mówiła tak cicho i tak bardzo się jąkała, że trudno ją było zrozumieć. Niektóre naziemce, nie wspominając o dyrektorce i panu Sneezeweedzie, zachowywały się tak, jak gdyby był głuchy. Czy możliwe, by ta jąkała zwana Trzynastką słyszała tym jednym, żałosnym uchem?

On jednak słuchał.

Słuchał wszystkiego, co go otaczało. Jeśli udało mu się skoncentrować i ukryć w cichym zakątku swojego wnętrza, czasem słyszał zadziwiające rzeczy.

Słyszał tajemnicze ruchy owadów uwijających się pracowicie pod posadzką i wewnątrz ścian i zastanawiał się, czy one także go słyszą. Słyszał, jak nocą stary osioł w stajni ryczy sobie do snu i jak latem dwa konie pociągowe opędzają się ogonami od much. Nigdy ich nie widział, ale wiedział o ich istnieniu. A zimą słyszał nawet, jak na dziedziniec spada śnieg. Najgorsza pogoda przyczyniała się do powstania najpiękniejszych dźwięków: syp, syp, syp, fiuuu, syp, syp, syp, fiuuu, a on zastanawiał się, czy melodia śniegu to rodzaj piosenki.

Gdy zdarzało się, że wiosną jakiś ptak, mała istota o delikatnych skrzydłach, śpiewał na drzewie za Murem, Trzynastka słyszał jego śpiew w domu tak wyraźnie, jak gdyby zwierzę siedziało mu na ramieniu.

Słyszał cichy trzask każdej gałązki i delikatny trzepot skrzydeł, kiedy ptak przeskakiwał z gałęzi na gałąź. Najpiękniejsza jednak była czuła piosenka lęgowa, która towarzyszyła ptaszynie, kiedy ta szybowała w powietrzu do nowego gniazdka. Kiedy ją słyszał, pieśń ptaka wypełniała go tak nieznośną tęsknotą, że miał wrażenie, iż jego wezbrane serce w końcu pęknie.

To wszystko – dar czy przekleństwo – tego nie wiedział – rozwijało się w jego wnętrzu, odkąd pamiętał. Ale dlaczego? I czy inni też to czuli? Miał co do tego wątpliwości, a tym samym bał się ujawnić i nigdy nikomu o tym nie powiedział.

Mimo Złotej Zasady Ciszy pomieszczenie stopniowo wypełniło się dźwiękiem – słychać było trzask blaszanych misek, zakazane szepty wśród przyjaciół, krzyk „Cisza!”, który co kilka minut wyrywał się z gardła Sneezeweeda, przerywany trąbieniem i wycieraniem nosa, oraz bezustanne tykanie zegarów na każdej ścianie, w każdym pomieszczeniu, na każdym piętrze.

Po jedzeniu Trzynastka zamknął oczy, skoncentrował się i nasłuchiwał. Nie rosnącego wokół harmidru ani tętna tysięcy zegarów, ale czegoś, co dobiegało z trzewi budynku. Ruchliwych myszek, które biegały w ścianach.

Trzynastka przywykł do ich szamotaniny i pisków. Ale tego dnia coś się zmieniło. Tego dnia usłyszał coś bardzo dziwnego – coś cudownego i nowego.

Pierwszy raz w życiu usłyszał, że myszy rozmawiają.

„Czy ja tracę rozum? – zastanawiał się. – Nie – uznał jednak. – To na pewno myszy. A ja rozumiem każe ich słowo”.

Co to mogło oznaczać? Trzynastka sądził, że tylko ludzie i naziemce potrafią mówić. Ale myszy? Ludzie nazywali je „najgłupszymi zwierzakami na ziemi” i ustawiali w hierarchii nawet niżej od naziemców. Czy to, że potrafiły mówić, czyniło z nich także naziemce? A jeśli nie, dlaczego tylko on je słyszał? Wyglądało na to, że nikt inny nie zauważa ożywionych rozmów toczących się wewnątrz ścian.

Nachylił się do ściany i nadstawił ucha.

Myszy rozprawiały na jeden ze swoich ulubionych tematów – o jedzeniu. Ich paplanina była fascynująca. W zaledwie kilka minut odkrył, że myszy były: (1.) koneserami francuskich serów, zwłaszcza tego nazywanego brie, (2.) niesłychanie uprzejme (aż do bólu) i (3.) nieustępliwe w swych opiniach na temat tego, co określały poezją. Cokolwiek to było, myszy rozprawiały z niesłychaną pasją.

Nagle za ścianą rozpoczęła się inna rozmowa. Robiła się coraz głośniejsza, a w końcu całkiem zagłuszyła piskliwe głosiki myszy, które pospiesznie uciekły. Trzynastka domyślił się, że rozmówcami są dwa szczury, duże czarne gryzonie, które przemieszczały się po kanałach i zaglądały do mrocznej, ciemnej piwnicy, dokąd panna Carbunkle wysyłała nieposłuszne naziemce. Trzynastka podsłuchał ich rozmowę, która w przeważającej części była diaboliczna, a jednocześnie uprzejma.

SZCZUR PIERWSZY: Powiedz no, widziałeś tę przepyszną padlinę, którą znalazłem w zeszłym tygodniu?

SZCZUR DRUGI: Owszem, doskonałe znalezisko, druhu, wprost doskonałe.

SZCZUR PIERWSZY: I ja tak pomyślałem. Ale nie wszyscy się ze mną zgodzili. Wiesz, o kim mówię.

SZCZUR DRUGI: Naturalnie. Zazdrośnik z niego, nieprawdaż? Wiesz, co mówią: zazdrość dowodzi ignorancji.

SZCZUR PIERWSZY: Mądrze prawisz.

SZCZUR DRUGI: Jakżeś to rozwiązał, drogi przyjacielu? Śmiem twierdzić, że takie szczury zasługują na nauczkę.

SZCZUR PIERWSZY: Zaiste. Wyobrażasz sobie zapewne, że miałem tylko jedno wyjście. Zjadłem go. Zasłużył na to.

SZCZUR DRUGI: Zgadzam się! Dobra robota! Brawo, stary druhu! Brawo!

Trzynastka zadrżał. „Pewnie są spokrewnieni z tym potwornym szczurzym…”. Nagle poczuł, jak w tył głowy trafiło go coś zimnego, mokrego i lepkiego, i spłynęło mu po karku. Odwrócił się i zobaczył szczerzących się od ucha do ucha Muga i Orlicka. Ich nowy koleżka siedział między nimi i uśmiechał się z wyższością. Odłożył łyżkę, za pomocą której wystrzelił zimną breję, i ziewnął, odsłaniając ostre jak brzytwa zęby.

Trzynastka wytarł paćkę rękawem, który był teraz brudny i mokry. Westchnął. Posiadał tylko jedną koszulę, ale nie miał czasu jej wyprać.

„Nie myśl o nich – przykazał sobie. – Myśl o czymś innym”.

Oparł głowę na stole i przez kolejne minuty pozwolił sobie myśleć o ulubionych dźwiękach: spadającym śniegu, ptakach, delikatnym bębnieniu kropel deszczu o dach. Świat rozpadł się wraz ze swoją szarością, okrucieństwem, małostkowością i lękami. A pieśń z przeszłości, usadowiona w głębi jego serca, znów się w nim poruszyła. Żałował, że nie wie, co to wszystko oznacza – ta pieśń, to, że nie ma imienia, i sekretna umiejętność słyszenia rzeczy, których nikt inny nie słyszał.

Z marzeń wyrwał go ostry dźwięk dzwonka. Ustawił się w rzędzie za innymi naziemcami. Prowadzeni przez pana Sneezeweeda, ruszyli do klasy na poranną lekcję panny Carbunkle.

Nie miał czasu na daremne marzenia, śpiew ptaków czy melodię śniegu. Nie miał czasu na myślenie o uroczych małych myszkach, ich francuskim serze i poezji, bo ostatecznie nie był to wyjątkowy dzień. Był to jedynie początek kolejnego tygodnia w Domu. I jak każdego dnia, Trzynastkę czekało mnóstwo pracy.

Chapter 5

Co się wydarzyło w Serową Niedzielę

W Domu czas pełzł monotonnie. Ale za nieprzebytym Murem życie pędziło w stronę wspaniałej i wzniosłej przyszłości. Toczono wojny, koronowano królów i królowe i tworzono wynalazki, które odmieniały bieg historii. Mężczyźni i kobiety budowali urządzenia, które wyświetlały na ścianach ruchome obrazy. Skonstruowali latający rower na parę, chronometr, barometr, aerometr i wiele innych niezrozumiałych przedmiotów, których nazwy kończyły się na -metr. Najcudowniejsza z tego wszystkiego była tajemnicza machina, która potrafiła uchwycić najpiękniejsze dźwięki i melodie na świecie i odegrać je słuchaczowi we śnie.

Ale Trzynastka niewiele wiedział o świecie, poza urywkami historii, które słyszał od nowo przybyłych podrzutków. Jego świat bowiem wcale się nie zmieniał: apel, owsianka, lekcje, obowiązki, wihajstry, zupa grochowa, łóżko.

Ale niedziele… Ach, niedziele! Zamiast dwóch godzin otumaniających lekcji po śniadaniu sierotom pozwalano opuścić Skrzydło Pustułki. Każdy hol miał własny dziedziniec, ale tylko w tym przylegającym do Skrzydła Pustułki naziemce mogły przez jedną cenną godzinę być wolne. (Drugą godzinę zastępującą lekcje musiały poświęcić na dodatkową pracę w fabryce, ale można się było tego spodziewać).

W niedziele wolno im było nawet biegać i się bawić (w granicach rozsądku) i choć na terenie Domu nie było nic, co przypominałoby huśtawki, piaskownicę czy piłkę, maluchy tworzyły wiele własnych gier – i to mimo że w Domu dla Krnąbrnych i Niewydarzonych Stworzeń Panny Carbunkle stanowczo odwodzono ich od poszerzania wyobraźni.

Nastało Boże Narodzenie – choć naturalnie trudno było to stwierdzić, ponieważ w Domu nie było udekorowanych choinek, prezentów w błyszczących opakowaniach ani tac pełnych maleńkich ciasteczek i słodyczy. Tego dnia przypadały także jedenaste urodziny Trzynastki. On jednak był zupełnie nieświadomy tych dwóch podniosłych wydarzeń. Zamiast więc delektować się tortem urodzinowym czy bożonarodzeniowym plackiem, otwierać prezenty i śpiewać kolędy, trząsł się, wciśnięty w odległy kąt Dziedzińca Pustułki, udając, że jest owadem.

Wyobrażał sobie, że przypomina stworzenia mieszkające pod podłogą dormitorium – że jest drobinką, która kryje się w ciemności i nie wydaje niemal żadnego dźwięku. „To ja – powiedział sobie. – Jestem tylko małym robaczkiem. Zbyt małym, by ktokolwiek zwracał na mnie uwagę”.

Potem pomyślał o uroczych myszkach, które słyszał za ścianą, i postanowił zostać myszą dzielącą się kąskiem sera z inną myszą i rozprawiającą z nią o poezji (czymkolwiek ona była), podczas raczenia się filiżanką herbaty.

Za Murem zaczął padać delikatny śnieg. Jednak o Dziedziniec Pustułki łomotał deszcz. Po tej stronie Muru niemal zawsze padało i zawsze był to deszcz łomoczący, po którym nie następowała tęcza ani wspaniałe przebłyski słońca.

Jaki kapryśny czar odpowiadał za to, że pogoda w jednym miejscu zawsze była okropna, a tuż za rogiem wspaniała? Nikt tego nie wiedział. Trzynastka zastanawiał się, oczywiście, czy nie jest to przypadkiem jego wina. W końcu nosił tak strasznie pechowe imię.

Choć wkrótce dziedziniec zrobił się śliski od błota, naziemce zupełnie się tym nie przejmowały. Niektóre skakały i chlapały się w kałużach, inne bawiły się w berka, a jeszcze inne udawały, że są odkrywcami, piratami, wróżkami, skrzatami, pilotami balonów i morskimi poszukiwaczami przygód.

Krótko mówiąc, w końcu bawiły się jak dzieci.

W zakątku świata, który zajmował Trzynastka, było mu tak dobrze, jak to tylko możliwe. Wysoko nad jego głową wznosiły się potężne kamienne gargulce, które kryły go w swoim cieniu. Woda spływała z dachu na oczy i twarz gargulca, a stamtąd wylewała się na podwórze, omijając Trzynastkę, który pozostawał bezpieczny i suchy za wodną zasłoną. Z boku wodospadu znajdował się wąski przesmyk, który pozwalał się Trzynastce prześlizgnąć, a jednocześnie zostać suchym.

Każdego z czterech dziedzińców strzegły cztery średniowieczne gargulce, relikty klasztornej przeszłości Domu. Nie były to ptaki drapieżne, jak wszechobecny jastrząb panny Carbunkle, choć miały w sobie coś z ptaka. Przypominały raczej smutne potwory o zniekształconych pyskach, wielkich uszach, wypełnionych smutkiem, zapadniętych oczach i oklapniętych skrzydłach – a ich twarze były zniszczone od czynników atmosferycznych i zaniedbane. W czasie ulewy woda wylewała się ze wszystkich szesnastu gargulców na dziedzińce skrzydeł Jastrzębia, Pustułki, Sokoła i Sowy.

Można było wtedy odnieść wrażenie, że sierociniec płacze.

Trzynastka wyciągnął z kieszonki maleńki kawałek sera i zaczął go powoli skubać. Zachował go z poprzedniej niedzieli, którą – ku uciesze sierot – ogłoszono Serową Niedzielą.

Serowa Niedziela oznaczała, że do Domu przyjechał urzędnik z Departamentu Ochrony Krnąbrnych i Niewydarzonych Stworzeń (w skrócie DOKNS). Takie wizytacje zdarzały się od czasu do czasu i miały na celu ustalenie, czy wszystko przebiega prawidłowo. Pod koniec wizyty każda z sierot otrzymywała kawałek sera. Miał on zazwyczaj zieloną barwę i był tak twardy, że po wgryzieniu się weń niejedno stworzenie traciło ząb. Jednak tak czy siak, był to ser, a od czasu do czasu zdarzało się, że nie był nawet stary ani zielony, tylko prawie świeży.

Gdy ser był świeży, niektóre stworzenia używały swoich racji jako waluty: kawałek sera można było wymienić na dwie marchewki, skrawek papieru lub ołówek, część zepsutej zabawki albo garść słomy do wyścielenia łóżka. Wymieniano się nim nawet za opowieści i doniesienia ze świata zewnętrznego.

Jednak nikt nigdy nie wymieniał go za piosenkę. To było zbyt niebezpieczne.

Panna Carbunkle pojechała na niezwykle ważne spotkanie z tajemniczą, wysoko postawioną osobistością w Lumentown i oddała Dom pod opiekę Smarka. On sam chciał tego dnia świętować w domu z matką, delektować się bożonarodzeniową gęsią i puddingiem. Ale nic nie wskazywało na to, że jego marzenie miałoby się spełnić, i pan Sneezeweed był niepocieszony.

Choć w obecności naziemców opiekun zachowywał się opryskliwie i groźnie, w rzeczywistości pan Sneezeweed bardzo się ich bał, a może nawet się ich brzydził. Nie znosił pilnować „tych brudasów”, a tym bardziej wdychać ich zapachu czy spożywać posiłków w tym samym pomieszczeniu. „Na niebiosa, jakże one siorbią! Żadnych manier! Czym one właściwie są? Pół tym, pół tamtym? To szkodniki, nic więcej! A kto musi się nimi zajmować dzień w dzień, nawet w Boże Narodzenie? Mortimer Sneezeweed, oto kto!”.

Pan Sneezeweed szybko rozejrzał się po dziedzińcu i wślizgnął z powrotem do środka. Znalazł sobie cieplutkie miejsce z dala od zimna i nieszczelnych drzwi i przyciągnął trzeszczący stary fotel. Drzwi znajdowały się na końcu holu, tuż przy jego komnacie, i zdarzało się, że pod nieobecność panny Carbunkle wymykał się na kilka minut do pokoju, by wziąć stamtąd książkę lub posmarować się Cudowną Pomadą na Porost Wąsów Profesora Mifflebauma.

„Ileż mogą spsocić w ciągu godziny?” – spytał sam siebie, lekceważąc dzikie harce, które odbywały się na podwórzu. Wydmuchał nos, wetknął delikatną białą chustkę z powrotem do rękawa sztywno wykrochmalonej koszuli, otworzył gruby tom zatytułowany Sekretne życie księgowych i pogrążył się w lekturze.

Tymczasem Trzynastka udawał, że jest myszą. Ach, jakże pragnął się z kimś pobawić! A jednak nie ruszał się z kąta. Był przecież myszą. Dokończył jeść ser i niespokojnie poklepał się po uchu, jak gdyby w ten sposób mógł je przyklepać lub sprawić, że nie będzie się rzucać w oczy, choć za zasłoną z wody i tak nikt go nie widział.

Kiedy wyjrzał z kryjówki, zauważył, że przed fragmentem muru, w którym dawniej znajdowało się wyjście, obecnie zaś widniał zarys zamurowanych drzwi, Mug, Orlick i Szczur przerzucali się czymś, zarykując się ze śmiechu. Wyglądało to jak brązowa kulka wielkości Kolczatka, czyli mniej więcej rozmiaru jeża albo niewielkiej główki kapusty. Trzynastka zastanawiał się, skąd wzięli tę piłkę – może dostali ją od jakiegoś dobroczyńcy? Czy takowi w ogóle istnieją? A może jakieś dziecko zza Muru przerzuciło ją na dziedziniec?

„To dziwne – pomyślał. – Słyszałem o istnieniu piłek, ale nigdy nie były one pokryte futerkiem. Jednocześnie jest wiele rzeczy, o których nigdy nie słyszałem”. Przypomniał sobie coś o kotach i o tym, że potrafiły wypluć paskudny kłaczek zwany bezoarem, i zastanawiał się, jak wielki musiał być kot, który wypluł bezoar większy niż własna głowa. Następnie zastanowił się, dlaczego nigdy dotąd nie widział naziemca mającego postać kota, i uznał, że może na świecie było ich niewiele. Wszak i on sam był jedynym lisem w Domu Panny Carbunkle.

Śmiech w grupie Muga był coraz głośniejszy.

Szczur skinął do Muga, który podrzucał piłkę coraz wyżej. Ilekroć znajdowała się w powietrzu, wydawała gwizd. „To chyba gwiżdżąca piłka – pomyślał Trzynastka. – Pewnie za Murem wytwarzają tego typu zabawki”.

– Podaj do mnie! – wrzasnął Orlick, zerkając na Szczura i czekając na jego aprobatę. Piłka przelatywała tam i z powrotem, a za każdym razem naziemce zerkały na Szczura, którego mianowały swoim nowym przywódcą.

Ilekroć piłka szybowała w powietrzu i ktoś ją łapał, tylekroć Trzynastka słyszał wspomniany dźwięk. Uznał, że to raczej pisk niż gwizd. „Tak, to zdecydowanie pisk”.

Gra toczyła się przez kilka minut, aż Szczur stanął pośrodku koła. Machnął łapą, jak gdyby zamierzał dyrygować orkiestrą. Zawodnicy natychmiast przerwali zabawę i zamarli. Spojrzeli na niego z wyczekiwaniem. Kiedy przemawiał, było coś eleganckiego, a jednocześnie mrożącego krew w żyłach w sposobie, w jaki poruszał pokrytymi szarą szczeciną łapkami.

– Który z was czuje się na siłach, by przerzucić ją przez Mur, hmm? Kto chce spróbować? Pierwszy, który się odważy, dostanie nagrodę. Ogromny kawałek… Nie uwierzycie, przyjaciele. Ogromny kawałek świeżego sera.

Zebrani zaczęli wiwatować.

– Ja chcę spróbować!

– Nie, ja!

– Ja!

– Ja byłem pierwszy!

Wszyscy chcieli spróbować, ale Mug wykorzystał swoją pozycję.

– Cofnijcie się, głupki. Ja ją znalazłem. Jest moja.

Szczur przyznał mu rację.

W ułamku sekundy Trzynastka zrozumiał… puchata kulka wcale nie była kulką ani bezoarem z włosów wyplutym przez gigantycznego kota. Było to jakieś biedne stworzonko, zwinięte w kulkę niczym przerażony jeż. Ale nie był to jeż… Teraz to widział. To było coś innego. A raczej ktoś inny. Ktoś, kto miał na szyi blaszany numerek, zupełnie jak on.

Trzynastka wytknął głowę z kryjówki i rozejrzał się po dziedzińcu w poszukiwaniu pomocy. Sneezeweeda nigdzie nie było, a inne naziemce były zajęte swoimi sprawami. Trzynastka po raz pierwszy pożałował, że nie ma tu panny Carbunkle, która z pewnością przerwałaby tę okrutną zabawę, choćby po to, by przywrócić porządek.

Wysunął stopę przez szczelinę w wodospadzie, ale szybko ją cofnął. Czy ktoś taki jak on mógł cokolwiek poradzić?

Orlick przekazał zwiniętą w kulkę istotkę Mugowi, który trzymał ją wysoko w powietrzu, gotowy rzucić ją bądź kopnąć lub kto wie, co jeszcze…

Trzynastka patrzył z przerażeniem, jak Mug podrzuca biedactwo tak wysoko, jak to możliwe. Ale Mugowi nie udało się przerzucić stworzenia ponad Murem, więc raz jeszcze złapał je w swoje tłuste łapy. Szczur rozkazał mu przekazać kudłatą kulkę Orlickowi, który czekał już na swoją kolej. Mug warknął na Orlicka, który złapał istotkę i uniósł ją, gotowy cisnąć nią z całych sił.

– P-p-prze… – wyjąkał Trzynastka. – P-przestańcie! – Ale zagłuszyły go szum wodospadu, salwy śmiechu i deszcz.

Orlick podrzucił stworzenie w powietrze, ale jemu także nie udało się zrobić tego wystarczająco wysoko.

W końcu Trzynastka wytknął całą głowę z kryjówki i wykrzyknął najgłośniej, jak potrafił:

– P-przestańcie! P-puśćcie ją! – Nigdy dotąd nie krzyczał. Poczuł się wspaniale. Szczur odwrócił się i uniósł łapę w powietrze.

Śmiech zamarł.

„O nie! – pomyślał Trzynastka i szybko wślizgnął się z powrotem do kryjówki.

– Kto to powiedział? – szydził Szczur. – Kto śmie się sprzeciwiać Szczecinie?

Trzynastka zadrżał pośród cieni. W dodatku zachciało mu się siusiu.

– Proszę, niech mnie nie znajdą – wymamrotał do siebie.

– Głośniej – powiedział Szczecina nonszalancko – albo cię zjem. – Patrząc na jego pysk, nie sposób było stwierdzić, co myśli. Był zimny jak kamień.

Serce Trzynastki waliło jak oszalałe. Czy ten naziemiec mógł być spokrewniony ze szczurami, których rozmowę usłyszał zza ścian? Z tymi, które potrafiły pożreć własnych przyjaciół? Zadrżał. Następnie pomyślał o małym biedactwie. Gdyby wyrzucili je za Mur, połamałoby wszystkie kości. „Dasz radę. Odważ się”. Wziął głęboki oddech, zrobił krok i wydostał się przez szczelinę, po czym wyprostował się, by wydawać się wyższy. Wystąpił naprzód i powiedział:

– P-postawcie ją na ziemi! Natychmiast!

– Proszę, proszę, czy to nie Trzynastka? – Szczecina zbliżył się do niego. – Ten mały dureń potrafi mówić! Jak oni go tu nazywają… Przygłup, prawda? To twoje prawdziwe imię, młokosie? A może mamusia i tatuś oznaczyli cherlaka numerem, po czym porzucili go przy drodze, by zdechł?

Zebrani wybuchli histerycznym śmiechem.

Trzynastka milczał. Co mógł odpowiedzieć? Że jego imieniem naprawdę była liczba – i to najbardziej pechowa z możliwych? I że nie poznał swoich rodziców, że może rzeczywiście nadali mu numer i go porzucili?

Szczecina westchnął.

– Strasznie mi się nudzi. Dokończmy to. – Pstryknął palcami i skinął głową do Orlicka, który wciąż trzymał drżącą, zwiniętą w kulkę istotkę. – Jeśli chcesz coś zrobić porządnie, zrób to sam. Wymierzymy jej małego kopniaczka?

Orlick rzucił stworzenie Szczecinie, który przechwycił je w powietrzu.

– P-przestań! – krzyknął Trzynastka. – Albo… Ja…

– Albo co? – Paciorkowate oczy Szczeciny rozbłysły. – No, mów. Ciekawi nas, co masz do powiedzenia. Naprawdę.

– P-po prostu… wypuśćcie ją! Robicie jej krzywdę.

– Proszę, proszę! Bohater! – Szczur zwrócił się do pozostałych. – Zdaje się, że powinniśmy mu pomóc. – Zwierzaki zaczęły powoli klaskać i uderzać łapami oraz ogonami o błotnistą ziemię. Ruszyli w jego stronę, a Trzynastka cofnął się o krok.

– P-proszę, wyp-puśćcie ją – błagał. – P-p-proszę.

– Co za uprzejmy mały młokos! – Szczecina uśmiechnął się zimno. – Mamusia cię tego nauczyła? – Cmoknął i przewrócił oczami. – Och, prawie bym zapomniał! Porzuciła cię na ulicy. Przykro mi, ale mam inne plany co do tego włochatego obrzydlistwa. – Przyjrzał się trzymanemu w łapach naziemcowi. Wysunął długą nogę w tył i przygotował się do kopniaka.

– Kopnij! Kopnij! Kopnij! – skandowała grupa.

Nagle Trzynastka usłyszał najpiękniejszy dźwięk na świecie: głośne brzęczenie dzwonka, który sygnalizował stworzeniom, że zostało im zaledwie kilka minut na ustawienie się w rzędzie. Pan Sneezeweed powrócił na dziedziniec, patrzył w ich stronę i dawał im znać, by się pospieszyli.

Szczecina spojrzał z obrzydzeniem na biedną kudłatą kulkę i upuścił ją na ziemię. Istota z głośnym plaśnięciem wylądowała w błocie. Szczur zwrócił się do Trzynastki.

– Mam dla ciebie nowe imię, Przygłupie. Będziemy na ciebie mówić Błotożer. Bo tam właśnie jest twoje miejsce.

Szczecina skinął głową do swoich dwóch sługusów, a Mug i Orlick pchnęli Trzynastkę twarzą w błotnistą kałużę.

– I pamiętaj – rzucił Szczecina na odchodnym. – Mam na ciebie oko, Błotożer. Dokądkolwiek się udasz, będę blisko. Zrozumiano, mikrusie?

Odwrócił się i przeszedł przez dziedziniec, a Mug i Orlick podążyli za nim jak owce.

ROZDZIAŁ 6

Artur i Iskierka

Trzynastka wstał z błota i poklepał się po uchu.

„Na szczęście nikt go nie odgryzł… Przynajmniej nie dzisiaj”.

Ostrożnie podniósł niewielkie stworzonko z kałuży. Nie sposób było stwierdzić, gdzie znajdowała się jego głowa albo czy miało ogon. Pisnęło przenikliwie, rozprostowało ciałko i leżało bez ruchu na plecach. Wciąż żyło. Trzynastka słyszał kołatanie maleńkiego serduszka.

Delikatnie dotknął głowy ptaszątka. Zamiast futrem pokryte było ciemnobrązowymi, ubłoconymi piórami. Było Ptakiem. Ptakiem pozbawionym skrzydeł. Zamiast nich po obu stronach tułowia wystawały dwa pokryte jedynie puchem kikuty. Nie miało też piór na ogonie. Jedno z niby-skrzydełek krwawiło, choć niezbyt obficie, jeśli wziąć pod uwagę tortury, jakim poddano stworzenie. Jego musztardowożółte stopy zakończone były trzema długimi palcami. Miało też długi, smukły, zakrzywiony dziób.

Ptasi naziemiec zatrzepotał rzęsami i otworzył oczy. Spojrzał w górę na jednouche stworzenie, a ono z kolei popatrzyło w dół. W tej ulotnej chwili Trzynastka poczuł, że coś między nimi przepływa, choć nie potrafił stwierdzić, co to takiego. Było to jednak cudowne uczucie – ciepłe, tajemnicze i potężne.

– Już… już dobrze – wyszeptał. – P-poszli sobie.

Dzwonek ponownie zaterkotał, sygnalizując, że skończył im się czas.

– M-może cię p-poniosę? – zaproponował Trzynastka.

Ptak pokręcił głową. Trzynastka odstawił stworzonko na ziemię. Choć jedna z jego nóżek była wyraźnie słabsza, był w zadziwiająco dobrym stanie. Trzynastka uklęknął obok.

– D-dobrze się cz-czujesz?

– Nic mi nie będzie.

– Żałuję, że nie mogłem z-zrobić nic w-więcej.

– Ależ nie! – odparł Ptak. – Byłeś taki odważny! Swoją drogą, mam na imię Iskierka. A ty?

– W-właściwie to n-nie mam imienia. Wołają na mnie p-po p-prostu Trzynastka lub… – Skrzywił się. – P-pewnie t-teraz będą na mnie m-mówić „Błotożer”. Jesteś nowa? Nie widziałem cię na żadnym apelu.

– Nietrudno mnie przegapić. Jestem dość mała.

– T-to p-prawda. T-to znaczy… W dobrym znaczeniu – odparł Trzynastka. – M-może odprowadzić cię do infirmerii?

– Nie trzeba. Raz-dwa stanę na nogi – oznajmiła Iskierka.

Rozległ się ostatni dzwonek sygnalizujący: „Ustawcie się w rzędzie albo popamiętacie!”. Większość sierot, w tym Szczecina i jego gang, znajdowali się już przy drzwiach. Pan Sneezeweed machał swoją łopatką, zaganiając maruderów.

– Musimy iść! – powiedział Trzynastka.

– Cóż, ja z pewnością nie mogę nazywać cię Błotożerem ani jakąś liczbą, nieprawdaż? Niech no się zastanowię… – ciągnęła Iskierka, jak gdyby mieli mnóstwo czasu.

– Musimy się p-pospieszyć! Musimy…

– Jak wołali na ciebie w rodzinie? – przerwała mu Iskierka.

– Ja… n-nie wiem. N-nie znałem swojej rodziny, ale możemy o t-tym p-porozmawiać innym razem, b-bo…

– Tak mi przykro! Ja też straciłam rodzinę, przed pięcioma laty. To mój trzeci sierociniec. Ale to teraz nieistotne. Powinieneś mieć imię, które do ciebie pasuje. Chwileczkę. Będę na ciebie wołać… Już wiem! Będę na ciebie wołać Artur! Właśnie tak! – Iskierka z podekscytowaniem trzepotała niby-skrzydełkami w górę i w dół. Gdyby były całkiem wykształcone, z pewnością wzbiłaby się w powietrze.

– Ostrożnie!

– Nie boli tak bardzo – odpowiedziała Iskierka. – Tak czy siak, masz już imię! Podoba ci się? Moim zdaniem jest doskonałe! Ale tobie też musi się podobać.

– Artur? Dlaczego tak?

– Był przecież największym i najdzielniejszym z królów!

– Tak?

– Oczywiście! Nie znasz tej opowieści?

– Jakiej opowieści?

– O królu Arturze i Ginewrze, i czarodzieju Merlinie. O zamku Camelot, Lancelocie i odważnych Rycerzach Okrągłego Stołu, Excaliburze i o poszukiwaniu Świętego Graala, i… Cóż, to długa historia, a właściwie szereg historii. Można je opowiadać na różne sposoby.

Trzynastka czuł się oszołomiony.

– Co to jest Święty Graal?

Pan Sneezeweed wrzeszczał coś do nich z przeciwnej strony dziedzińca i wskazywał na drzwi.

– Opowiem ci kiedy indziej – oznajmiła Iskierka. – Tymczasem zamierzam nazywać cię Arturem!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

„Gładziuchny jak noworodek, ten mój Mortimer. Jak noworodek, powiadam! Pupilek mamusi” – oznajmiała jego matka każdemu, kto gotów był jej wysłuchać. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cudouszek 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia