Piaskowa góra

Piaskowa góra

Autorzy: Joanna Bator

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 39.99 zł

Jadzia toczy się i kula. Dominika jest lekka i krucha. Gdyby Jadzia ją przysiadła, kostki córki chrupnęłyby jak wafelek do lodów. Jednak Dominika nadrabia szybkością, robi uniki. Podskakuje i wygina się jak zając z radzieckiej kreskówki. Każde zbliżenie Dominiki i Jadzi grozi kolizją, niebezpieczeństwo wzrasta proporcjonalnie do odległości, z jakiej na siebie wpadają. Jadzia jest zawsze w tym samym miejscu, to Dominika odlatuje lub nadlatuje lotem koszącym. Ląduje awaryjnie na Piaskowej Górze, aż iskry się sypią, zanim wyhamuje, i już po chwili wzbija się do lotu w obłoku kurzu.

[fragment]

 

Nominacja do Nagrody Literackiej Nike 2010

 

Joanna Bator – pisarka. Jest z wykształcenia kulturoznawczynią i filozofką. Doktorat z filozofii obroniła w Polskiej Akademii Nauk. Dla literatury porzuciła pracę naukową. Za reportaż Japoński wachlarz (2004) otrzymała Nagrodę im. Beaty Pawlak. Międzynarodowy sukces przyniosła jej pierwsza powieść Piaskowa góra (2009). Jej „wałbrzyska trylogia” – Piaskowa Góra (2009), Chmurdalia (2010) oraz Ciemno, prawie noc (2012) – jest tłumaczona na wiele języków. Powieść Ciemno, prawie noc zdobyła w 2013 nagrodę Nike. Niemieckie przekłady Piaskowej Góry i Ciemno, prawie noc znalazły się w finale Międzynarodowej Niemieckiej Nagrody Literackiej, za Chmurdalię autorka otrzymała w 2014 szwajcarską Spycher Prize, a w 2017 uhonorowana została za całokształt twórczości Nagrodą Literacką im. Stefana Heyma oraz Nagrodą Literacką Usedomer. W 2018 otrzymała Nagrodę Literacką im. Hermana Hessego. Mieszka w Podkowie Leśnej. W 2017 roku ukazała się jej pierwsza japońska powieść Purezento.

Początek

Jadzia toczy się i kula. Dominika jest lekka i krucha. Gdyby Jadzia ją przysiadła, kostki córki chrupnęłyby jak wafelek do lodów. Jednak Dominika nadrabia szybkością, robi uniki. Podskakuje i wygina się jak zając z radzieckiej kreskówki. Każde zbliżenie Dominiki i Jadzi grozi kolizją, niebezpieczeństwo wzrasta proporcjonalnie do odległości, z jakiej na siebie wpadają. Jadzia jest zawsze w tym samym miejscu, to Dominika odlatuje lub nadlatuje lotem koszącym. Ląduje awaryjnie na Piaskowej Górze, aż iskry się sypią, zanim wyhamuje, i już po chwili wzbija się do lotu w obłoku kurzu.

Jadzia wolałaby, żeby za bardzo nie oddalały się od siebie i żeby Dominika tak nie latała. Matki marzeniem jest, by córka osiadła, zaczepiła się gdzieś. Nie ciekaj, latawcu, powtarza, chociaż wie, że córka nie lubi, gdy mówi z wiejska. Miastowa taka. Wziąć, mamo, a nie wziąść, poprawia ją mądrala, włączać, a nie włanczać, sobie, a nie se. Jakby była jakaś różnica. Jadzia żadnej nie widzi, Jadzia woli widzieć to samo.

No siądźże chwilę na dupie, latawcu, podfruwajko, woła i klepie obok siebie w kanapę, siądźże, bo włanczam telewizor. Mości się Jadzia w wygniecionym gnieździe, które kiedyś należało do jej męża, Stefana. Siadał tam po pracy i zasypiał przy dźwiękach dziennika albo niedzielnego programu przyrodniczego o życiu egzotycznych zwierząt i owadów. Zobacz, jaki ma łeb gadzina! wołał albo dłubał w nosie i wpstrykiwał do donicy z palmą. W głębi gniazda chował srebrne jajo butelki, z którego nic się nie wykluło. Jadzia dopiero parę lat po śmierci męża przejęła gniazdo w posiadanie. Teraz ogląda telenowele z miejsca po Stefanie i chciałaby, żeby Dominika z nią. Żeby jak matka z córką. Ona na miejscu matki-wdowy, Dominika na matki dawnym miejscu dla niej zaklepanym. W tym odcinku wyjdzie, że Maria Celesta jest w ciąży z tym czarnym z wąsikiem jak u Leoncia z Isaury, co Jadzia zapomniała imienia. Chyba Luis Alfredo.

Jadzia często przekręca fakty i daty, ale ciągle ma marzenia. Stare i używane nieodpowiednio, ale są. Jadzia niczego nie lubi wyrzucać. Lepiej schować, bo nie wiadomo, co i kiedy może się przydać. Stare często jest lepszej jakości niż nowe i masz jak znalazł. Szukajcie, a znajdziecie, mówi Jadzia i wwierca się w pokłady rzeczy zgromadzone w bieliźniarce jak górnik w ścianę wałbrzyskiego węgla. Wszystko ma już zaplanowane: kreację córki i ślub kościelny. W sukni, jakiej ona nie miała. Ona szła w uszytej z poniemieckiej firany, stopy spuchnięte w za małych czółenkach, co to była za męka. Dominika będzie szła jak z gazety kolorowej wycięta, jak córka jakichś pieczarkarzy, doktorów ze Szczawna Zdroju. Suknię będzie miała z salonu Sabrina w rynku albo nawet do Wrocławia się pojedzie. Żeby i gorset, i tren. Się wszystko na wideo nakręci. Welon matka sama haftuje córce w tajemnicy. Jakoś te dzikie buszmeńskie włosy się nim przykryje, poupina spineczkami, perełkami. Co się napruła, zanim zaczęło wychodzić. A potem dorożką w konie zaprzężoną na bal do zamku Książ, w sukni, w welonie na wietrze powiewającym. Aż gały wyjdą tym, co nie wierzyli, oniemieją pięknem olśnieni i szczęściem, jakie ich nie czeka. Jeszcze nie jest za późno, a blizny na twarzy córki prawie wcale nie widać, może tylko, jak się złości.

Ale przede wszystkim Dominika nie może do ślubu być taka chuda i lekka, że byle wiatr ją porywa i miota to tu, to tam. Trzeba ją obciążyć, uziemić czymś treściwym. Dominika hoduje na oknie bazylię, a gdy wyjeżdża, w lodówce zostają po niej rzeczy, które Jadzia obwąchuje niepewnie, bada końcem języka. Zjadłabyś bigosiku z ziemniaczkami, schabiku, Tadku niejadku! Jadzia nie ma nic przeciwko zagranicznym mężom, ale uważa, że nasze polskie jedzenie jest najlepsze i nie musi próbować innego, żeby sobie wyrobić zdanie. Ma je od dawna gotowe, jej zdanie nie potrzebuje poprawek, dziękuję bardzo.

Robi córce miejsce obok siebie na wersalce, podsuwa delicje promocyjne. Dwanaście delicji plus dwie gratis to prawdziwa okazja z Reala. Taki duży sklep pod domem to rozrywka i oszczędność, którą Jadzia ceni, bo kupowanie niepotrzebnych rzeczy za pół ceny drogo ją kosztuje. Rozkłada ciastka ładnie na talerzyku, podsuwa córce, cmoka, że pyszności. Już ja cię podtuczę, Tadku niejadku! Córka wie nie od dziś, że Tadka niejadka porwał wiatr. Poleciał uczepiony czerwonego balonika, jak on pięknie poleciał, ziemia została daleko, niebo na wyciągnięcie ręki, gładkie jak niebieskie szkło. Mała Dominika pluła więc buraczkami, wyrzygiwała paróweczki cielęce wystane na matczynych nogach i czekała, że ją też porwie do Enerefu i jeszcze dalej, na wyspy Bula-Bula, a Piaskowa Góra będzie tylko plamką na horyzoncie, nie większą od muszej kupki. Ale bajka kończyła się inaczej. Bombardowali Tadka kotletami, celowali w niego oszczepami żeberek, aż się nażarł, nabrał masy i spadł. Znormalniał, mówi Jadzia, i zaczął jeść. Pewnie gdzieś osiadł do tego czasu.

Matka chce więc, by córka osiadała, a córka próbuje podważyć z miejsca zasiedziałą matkę i namawia ją na wyjazd za granicę. Na ogół siły są wyrównane, a wtedy tkwią zaparte, jedna nie ruszy bez drugiej. Matka się zapiera, nie i nie, córka kusi, lata wokół, trzepocząc skrzydłami, znienacka bodzie miękkie ciało matki, ruszaj się, Bruno, wyciągnę cię stąd. Dominika przysyła widokówki, które eksplodują kolorami jak małe petardy, i pisze, jak przyjedziesz, to zobaczysz, mamo, to piękne miasto na pocztówce, ale oczywiście większe, bardziej prawdziwe. Są tu ciepłe wieczory i restauracje, w których gra na żywo muzyka, są arbuzy tak wielkie, że w połówce jak w kołysce mieści się dziecko. Schody zbiegają wprost do morza, kawę pijemy z widokiem, a wiosną góry kwitną biało, żółto, liliowo. To wszystko wcale dużo nie kosztuje, jeśli nie będziesz przeliczać na złotówki. Wszyscy będziemy się cieszyć z twojego przyjazdu, cała rodzina, i nie narazi nas to na żadne poważne koszty, a wręcz przeciwnie, bardzo nam się tu przydasz, sama zobaczysz. Jadzia myśli, że ci wszyscy Dominiki, co niby czekają tam na nią, to przecież istna Sodoma i Godomora. Jeden czarniawy jakiś i mimo wykształcenia w szmatach chodzi, obdarciuch w naszyjnikach, paciorkach, druga babochłop, homoniewiadomo, a wszyscy na kupie, że nie zgadniesz, kto z kim i czyje to dziecko tam się pęta. Dziwactwo i fiksum-dyrdum, a nie normalna rodzina, co to składa się z ojca, matki i dzieci połączonych sakramentem i uczuciem plus babcia do opieki, póki ich śmierć nie rozłączy. Ta rodzina Dominiki, pożal się Boże, żeby chociaż jakoś ukradkiem, w tajemnicy, nie na oczach innych. Ale nie, afiszują się, wystawiają na pośmiewisko, jakby dumni byli z tego fiksum-dyrdum. Co więc, jak ktoś jej, Jadzi, wytknie, ale pani córkę wychowała, co za wstyd, gdy tam pojedzie. Wstyd, nawet jeśli Jadzia i tak nie zrozumie w obcym języku. Stefan, ten to miał łeb do języków i gdyby nie zaprzepaścił, to szprechałby i parlefransił. A ona nawet z rosyjskiego mało co dziś pamięta, tyle co skolka, tawariszcz Stalin i do swidanija. A poza tym, co ona tam będzie jadła, bo na pewno nie oliwki. To jakby zgniłe jeść!

Jadzia Dominice ciemne włosy poprawia, jakby swoje poprawiała. Jeszcze wszystko przed tobą! mówi. Przekreśla Jadzia Dominiki trzydzieści trzy lata. Zdmuchuje jak okruchy ze stołu. Za Dominiką więc nic. Jak zrobi krok w tył, to wpadnie w dziurę. Jadzia mówi jednak, że przecież jakby co, to zawsze może się zaczepić na Piaskowej Górze.

I

Pod spodem Wałbrzycha jest węgiel, na wierzchu piasek i ludzie nawiani tu ze świata na miejsce wypędzonych. W domach poniemieckich książki w gotyku idą na rozpałkę, Schneider, który wcale nie przypomina krawca na odstrzał, Wasser po przegotowaniu zamienia się w wodę. Przez Adolf Hitler Strasse, która jest już ulicą Włodzimierza Lenina, pcha się wózki, taszczy walizki, ciągnie dzieci, psy i staruszki w kwiecistych chustkach. Pierwsza tura przybywa tuż po wojnie i jeszcze śmierdzi prochem. Hitler kaput! krzyczą niedorostki do ostatnich Niemców albo tych, którzy na Niemców wyglądają. Inni obcy nie budzą jeszcze grozy, bo na razie nikt nie jest swój. Dopiero zaczyna się dzielenie, kto ma złoto, kto nie, kto z Bogiem, a kto przeciw Bogu, który jeden jest i taki powinien pozostać. Przyjezdni rzucają bagaże i raz, dwa, trzy wbijają paliki w ziemię. Tu coś sklecą z desek, tektury i derki, tam wytną kawałek na ziemniaki, na marchewkę, ogrodzą sznurkiem, zaklepią, że ich i niech się nikt nie waży. Uzbrajają się w kije i złe słowa; jakby co, to nogi z dupy normalnie!

Wałbrzyska ziemia odzyskana budzi nadzieje zwłaszcza w tych, którzy swojej nigdy nie mieli. Są znikąd, ale chcą wyjść na swoje, by być skądś. Najpierw zajmują stare domy po Niemcach, ale już wkrótce jest ich za mało – dwadzieścia lat po wojnie wokół starych dzielnic Wałbrzycha, niepozbawionych pewnej urody, a na pewno ordnungu, zaciśnie się betonowy pierścień nowych, budowanych w pośpiechu dla przyjezdnych. Na Piaskowej Górze zmieści się ich aż trzydzieści tysięcy, bo będą dobrze upchani w podzielonych na jednakowe przegródki pudłach domów. Wśród przyjezdnych jest młoda Jadzia Maślak. Ma agrestowe oczy zmęczone długą podróżą, tekturową walizkę, kosz wiejskich jaj i płaszczyk o dwóch różnych rękawach. Trudno ją zauważyć w tłumie, bo wiele kobiet wygląda podobnie.

Wałbrzych to duże miasto, jeśli patrzy się na nie z miejsca Jadzi Maślak. Na przykład dworzec, na który przyjechała, nazywa się Dworzec Miasto, a są jeszcze Główny, Fabryczny i Szczawienko. Ani matka Jadzi, Zofia Maślak, ani jej babka Jadwiga Strąk świata nie widziały, tyle co do Skierniewic na targ czy na pielgrzymkę do Częstochowy, a ta druga już na pewno świata nie zobaczy, bo w żółtym piachu pochowana na wieki wieków amen. O Wałbrzychu nie słyszały, bo Wałbrzycha jeszcze niedawno w ogóle nie było i nie jeździły do niego żadne pociągi, a już na pewno nie z Zalesia. Przez Zalesie pośpieszne przelatywały z wyciem i hukiem, tak że wioska nawet nie zdążyła odbić się w szybach i już znikała.

Matka Jadzi mówiła, że pociągami diabły wiozą niegrzeczne dzieci do piekła. Tudum-tudum! naśladowała odgłos pociągu; tudum-tudum! pociągi pełne brudnych dzieci, przez tubę zwiniętej dłoni tudum-tudum. Diabły Zofii śmierdziały spalonym mięsem i miały wywinięte wargi, zawsze wilgotne. Wywinięte jak u czarnych Murzynów, tudum-tudum, straszyła Jadzię i odpływała w głąb domu na szerokiej łajbie bioder, robiąc fale, na których jeszcze przez chwilę kołysały się meble i święte obrazy. Nie umiała zacumować na dłużej przy córce, zaraz ją znosiło do spiżarki, do ogrodu, do lasu po szyszki na rozpałkę. Brudasie, kocmołuchu, załamywała ręce, diabły cię do piekła pociągiem zabiorą. Przez okno cień pośpiesznego nocą przemykał, a Jadzia wyobrażała sobie dzieci upchane w wagonach jak w puszce po landrynkach, do której zbierała latem stonkę i zamykała wieko. W ciemności owady zdychały i wysączały ciemny sok, po którego powierzchni pływały pasiaste skrzydełka. Jadzia zaglądała do puszki, a jej obrzydzenie podchodziło spienioną śliną.

Podrośnięta Jadzia codziennie świtem czekała na stacyjce Zalesie na osobowy do Skierniewic, gdzie uczyła się na pielęgniarkę. Lubiła robić zastrzyki, wkłuwać się czysto i umiejętnie w błękitne żyły, nosić biały fartuszek i oglądać bakterie pod mikroskopem. W ich wijącym się, bujnym istnieniu znalazła uzasadnienie dla octu, ulubionego środka higienicznego jej matki, którym przesiąkła jak dobrze przyprawiona galaretka ze świńskich nóżek. Trzeba pozabijać bakterie! Bakterie to brud i choroby, są bardzo niebezpieczne, więc woda z octem musi być bardzo gorąca – to miało sens. Bez odpowiedzi pozostawało pytanie, skąd Zofia mogła wiedzieć o bakteriach, skoro skończyła kilka klas wiejskiej szkoły, ale Jadzia nie zadawała wielu pytań. Czekając na pociąg do Skierniewic, zjadała pierwszą z trzech bułek z dżemem truskawkowym, które brała ze sobą na drugie śniadanie do szpitala, i wdychała oleisty zapach torowiska, tak jakby piła. Oblizywała małe, ładnie wykrojone usta i nie była pewna, czy jej się podoba, czy nie. Wątła jako dziecko, Jadzia nabierała ciała jak śnieżna kula i w wieku osiemnastu lat przewidziana na jej rozmiar ilość skóry się wypełniła, szczupłe pozostały tylko łydki i przedramiona. Nigdy nie przyjmowała pozycji doskonale pionowej, jakby niewidoczna siła przechylała ją w prawo albo jakby uchylała się przed ciosem. Zakładała wielkie bawełniane majtki, które szyła dla niej Zofia, i czesała mysie włosy przed lustrem w sieni, wpinając w nie spinki i przeginając się w tę i w tamtą, by uchwycić swoje znikające odbicie. Widać ją było tylko pod pewnym kątem i przy dziennym świetle. Gdy jednak patrzyło się na Jadzię w pełnym słońcu, kontury miała zatarte i drżące jak rozgrzany piasek. Ci, którzy wymienili się z nią pochwalonym na drodze, nie byli nieraz pewni, czy rzeczywiście spotkali Jadzię Maślak idącą na stację, czy im się tylko wydawało. Nocami Jadzię ogarniał żal za czymś nieokreślonym, który myliła ze znanym głodem na słodycze, wzdychała, wyciągała spod poduszki bryłkę cukru i ssała ją tak długo, aż usnęła. Posłusznie spełniała polecenia matki, której obsesja czystości ograniczała się do podmywek w gorącej wodzie z octem. W ich domu talerze lepiły się do stołu, nietoperze piszczały nocami na strychu, myszy wiły gniazda w zbutwiałych króliczych skórkach poupychanych w każdej szufladzie, ale Zofia nigdy nie zapominała o wrzątku i occie. Jadzia co wieczór zaraz po matce przykucała w metalowej miednicy, do której z trudem mieściły się jej coraz potężniejsze pośladki. Ocet szczypał i czasem było to przyjemne. Po myciu wkładała palce między nogi i wąchała, czy przez octową świeżość nie przebija się smród brudu i bakterii.

Już w koszuli nocnej Jadzia czytała romanse, powoli przewracając strony poślinionym palcem. Była głodna opowieści, cieszyły ją niezwykłe szczęścia i nieszczęścia, jakie niestety rzadko zdarzały się w Zalesiu, ale na szczęście nauczycielka Gorgólowa pożyczała jej książki. Jadzia najbardziej lubiła Trędowatą, którą jak zaczarowana czytała raz po raz przy lampie naftowej, ku utrapieniu Zofii. Rano agrestowe oczy Jadzi były zmęczone, przypominały rozmoczony druk. Czasem wyobrażała sobie, że leży na jakiejś pięknej łące, a ordynat Michorowski nakrywa ją sobą jak kołdrą, jak wiekiem trumny z atłasową wyściółką. Nic więcej w tych marzeniach nie robiła; po prostu była, a ordynat podjeżdżał samochodem, karocą pod szpital w Skierniewicach i ją zabierał na łąkę, za granicę. Może do pięknego Związku Radzieckiego, o którym uczyła się w szkole. Tam gdzie rządził towarzysz Stalin, co usta słodsze miał od malin, a rzeki o dziwnych nazwach są wielkie, rwące. I wszystkie tylko patrzyły we śnie, że ordynat ją wybrał, Jadzię. Gabrysia, co oczy maluje na niebiesko, Teresa, co nosi buty na obcasie stukającym, że z nią, nie z żadną inną ordynat cudzoziemski odjeżdża, a welon na jej głowie, nie innej powiewa. Och, ordynacie, jestem twoja! Zabierz mnie w siną dal, marzyła Jadzia.

Najbardziej romantycznym wydarzeniem w dziewiczym życiu Jadzi była wizyta nieznajomego cudzoziemca, który pewnego lata pojawił się w Zalesiu. Młody mężczyzna podjechał samochodem, wzniecając obłok popiołu, którym zasypywano dziury w wiejskiej drodze. Uchylił kapelusza, witam panie, czy można, zawołał zza furtki, czy można poprosić szklankę wody? Bez zapowiedzi, nagle przy furtce, gdy akurat przy stole pod orzechem, ubrane niedbale, drylowały wiśnie na konfitury! Pestki wystrzeliwały do miski, chlapiąc matkę i córkę, ach, gdyby chociaż zdążyły się ogarnąć, przeczesać, gdy on, cudzoziemiec, tak nagle o szklankę wody prosi. Ubrany był, opowiadała Dominice Jadzia, jak z żurnala, jak z gazety kolorowej wycięty, bo żeby tak w dzień powszedni, do nich, w kapeluszu, o szklankę wody prosić, podczas gdy one miały tylko kubki? Cudzoziemiec mówił, jakby pod językiem utkwiła mu jedna z wiśniowych pestek, i nie mogły zrozumieć niektórych słów, ale zachowywał się z szacunkiem i grzecznie. Napił się wody, zjadł dwie garście wiśni, posypując je cukrem, i wytarł ręce białą chusteczką wyjętą z kieszeni marynarki. Mój Boże, żeby tak w białą chusteczkę mężczyzna ręce w dzień powszedni? Mimo że był bardzo młody, Jadzi od początku wydawał się starszy, a w miarę upływu czasu przybędzie mu lat w jej opowieści. O, na pewno był starszy od niej, bo tak w marynarce, w kapeluszu? Poza tym mężczyzna powinien być starszy. Wypytywał o georginie, jak takie wielkie różowe wyhodować, i zaraz znienacka o dom, i czy strych duży, o jabłonie, czy rodzą, czy szczepione, i o wojnę, a wszystko tak sprytnie, że na koniec za nic nie mogły sobie przypomnieć, jak doszło do takich pytań i jak to możliwe, że ktoś obcy, kto nawet się nie przedstawił, zadawał je w ich ogrodzie, jedząc wiśnie przy ich stole. Zofia patrzyła w twarz cudzoziemca tak, jakby zaglądała do studni, do której wpadło jej coś cennego, ale zamiast złotego migotania widziała gładką powierzchnię wody i własne zniekształcone odbicie. Odwracała oczy rozczarowana i wrzucała wiśnie do drylownicy. Niech mama przestanie na chwilę z tym drylowaniem! Jeszcze mu koszulę jak śnieg białą, twarz cudzoziemską opryska wiśniowym sokiem. Ale można jej mówić. Prysk, prysk – co komu pisane, temu kamień – czy musiała Zofia koniecznie przy obcym eleganckim człowieku rzucać jedno z powiedzonek babki Jadwigi, i to zupełnie nie na temat, co on sobie o nich pomyśli, martwiła się Jadzia. Że wsiowe wariatki jakieś, pomyśli, odwróci się, wyjedzie, nie wróci! Mój ojciec to bohater wojenny. Poległ z honorem, kwiatami jabłoni obsypany, odpowiedziała na kolejne pytanie gościa, ubiegając matkę, która nachmurzyła się jeszcze bardziej i nie odezwała już do końca wizyty.

Przy pożegnaniu padły słowa, które dały początek romantycznej historii Jadzinej, gdzie dzwony dzwonią na wesele, a welon kryje twarz panny młodej. Gdzie pan młody jest wart wiele, jak wygrana w Wielkiej Grze, i stoi obok jeszcze nieodpakowany, tak że nie widać, co ma w środku, i można sobie marzyć a marzyć. Wrócę tu kiedyś może, powiedział cudzoziemiec, patrząc Jadzi w oczy, kiedyś tu może wrócę na wiśnie. Powiedział tak mądrze i znacząco (tylko co to znaczyło?), jak mógłby powiedzieć ordynat z Trędowatej, nie ktoś zwykły, codzienny. Taki Wiesiek Dorosz czy Czesiek Kociuba najwyżej umieli spytać, a przyjdziesz, Jadzia, na zabawę do Sosenki potańczyć, patrząc jej przy tym w cycki, nie w oczy. Żadnego romantyzmu! Jadzia oganiała się od rąk i ust Wieśka i Cześka, których do końca nie rozróżniała, i marzyła o cudzoziemcu, o dziedzicu, ordynacie i sinej dali, w którą dałaby się zabrać jak przesyłka bez zwrotnego adresu.

W Zalesiu nie było już jednak dziedziców, a dwór przerobiono na szkołę, ośrodek zdrowia i sklep przemysłowo-spożywczy, wyniósłszy z niego przedtem wszystko, co nie zostało wyniesione przez niemieckich okupantów, którzy odeszli, i radzieckich okupantów, którzy udawali wyzwolicieli. Pozbawiona porównania Jadzia nuciła, fałszując, że biedna Rebeka w zapomnieniu czeka, aż przyjedziesz po nią ty, ale nie było żadnego ciągu dalszego, żadnych więcej wiśni wyjadanych z delikatnej męskiej dłoni, tylko to i tylko tyle, niespełniona obietnica, tańczące w zachodzącym słońcu muszki, odjeżdżający samochód. Po praktyce w skierniewickim szpitalu Jadzia dostała pracę w nowej przychodni w Zalesiu, a ordynat Michorowski zaczynał przybierać postać pracującego tam doktora Macieja Malczyka. Też na M! Na ten znak zamierało serce Jadzi. Za pierwsze oszczędności dała do uszycia płaszczyk w pepitkę z króliczym kołnierzem z matczynej skrzyni, który wydawał się najmniej nadgryziony przez myszy i mole. Na targu w Skierniewicach kupiła od rudej Cyganki radzieckie perfumy Czerwony Mak, w sklepie państwowym torebkę i kozaczki pod kolor. Była gotowa do spełnienia marzeń przykrojonych na swoją miarę. Przed niedzielną mszą obejrzała się w starym lustrze w sieni, gdzie zobaczyła odbicie topielicy. Kobieta zupełnie niepodobna do niej, o oczach ciemnych, włosach buszmeńskich, twarzy białej jak kość chlusnęła w twarz Jadzi zimną wodą i znikła zbyt szybko, by w nią uwierzyć.

Poszła Jadzia do kościoła oblodzoną drogą przez wieś, ostrożnie stawiając nogi w nowych butach; potknęła się przy chałupie Gorgóli. Zamłynkowała ramionami, krzyknęła ojej, wypuściła torebkę, która poszybowała dwa metry dalej i pękła jak arbuz, ukazując lśniące czerwone wnętrze. Jadzia nie odzyskała równowagi, upadła i złamała prawą rękę w trzech miejscach. Gdy w karetce rozcięli rękaw jej nowego płaszcza, zobaczyła żółtą ostrą kość ze strzępkiem mięsa; jej agrestowe oczy uciekły w głąb czaszki, zemdlała. Najgroźniejsze w skutkach okazało się złamanie w nadgarstku, które uszkodziło nerw i Jadzia nigdy nie odzyskała sprawności w prawej dłoni. Palce wskazujący i środkowy przykurczyły się, a każde polecenie mózgu gubiło się gdzieś w okolicach łokcia. Gest podnoszenia następował po ponagleniu, a machanie przypominało swoją zdziecinniałą karykaturę. Od tej pory Jadzia nosiła prawe przedramię lekko przygięte i przyciśnięte do boku, podtrzymywane zdrową ręką. Wpychała je pod ciężką pierś, gdzie mieściło się jak w ciepłej norce. Została uznana za niezdolną do pracy w zawodzie i wróciła do punktu wyjścia, uboższa o zniszczony płaszczyk, jedną w miarę gotową przyszłość i torebkę, która też gdzieś przepadła w zamieszaniu. Doktor Malczyk ożenił się po pół roku z nową pielęgniarką, Gabrysią o błękitnych powiekach, i w kościele siedzieli z samego przodu, mimo iż zaledwie siedem miesięcy po ślubie im się urodziło. Malczykowa miała trwałą ondulację i złote kolczyki – nie widać po niej było na pierwszy rzut oka, że żyje życiem, które Jadzia Maślak wymyśliła dla siebie. Jadzia coraz grubsza i cięższa toczyła się do wiejskiego sklepu po kukułki i ssała je, aż język miała poraniony do krwi. Pluła słodką brązową śliną i myślała o suchotach, na które zeszłej wiosny dwie dziewczyny umarły w Zalesiu, wyrzygawszy kawałek po kawałku swoje płuca. Czy po mnie ktoś by płakał? zastanawiała się. Wiosną leżała w wysokiej trawie nad Pełcznicą, gdzie wiele lat temu znaleziono jej ojca. Zamykała oczy, wystawiała twarz na opadające płatki dzikich jabłoni i wyobrażała sobie, że umarła jak jedna ze świętych, których ciała pachniały kwiatami, fiołkami, konwaliami, lata po tym, jak pochowano je w ziemi.

List od wuja Kazimierza Maślaka przyszedł tuż przed Bożym Narodzeniem i zaskoczył Zofię. Od dawna nie dostawała listów, a od ponad dziesięciu lat nie widziała się z krewnym, który tuż po wojnie wyjechał na Ziemie Odzyskane. Kazimierz był kuzynem jej męża, Maćka z Brzeziny, gdzie co drugi to Maślak albo Strąk. Zofia nigdy go nie lubiła, podejrzewając, że w plotkach o jego wojennych interesach z Niemcami może być ziarno prawdy. Ten zawsze wiedział, gdzie szczurze sadło, mówiła o Kazimierzu Jadwiga Strąk, młynarzowa z Brzeziny, po której Jadzi dostało się imię, specjalistka od kompilowanych przysłów i powiedzonek o jej tylko znanym sensie. Wuj Kazimierz przysyłał Zofii i Jadzi kartki, na których niemiecki napis Waldenburg był niedokładnie zasłonięty fioletową pieczątką Wałbrzych, a później zupełnie znikł. Wuj donosił o swoim powodzeniu. Zofia odpisywała równie lakonicznie, informując krewnego o swoich niepowodzeniach, z których ostatnie związane było z wypadkiem Jadzi. Niech więc Jadzia do Wałbrzycha przyjeżdża, pisał Kazimierz w liście, który Zofia czytała kilka razy, bo lubiany czy nie, Kazimierz Maślak był jej jedynym żyjącym krewnym. Obiecywał Jadzi pracę biurową. Może nawet sekretarką dyrektora jakiegoś Jadzi uda się zostać. Kawę mu będzie parzyć, koniaczek bułgarski gościom nalewać, nauczy się, co i jak, w try miga. Jedna dobra ręka do tego wystarczy aż nadto, a ładna buzia się przyda jeszcze bardziej. Pisał Kazimierz Maślak, że wprawdzie dużo w Wałbrzychu różnej narodowości i ani Cyganów, ani innej dziczy nie brakuje, a żydki rządzą się zupełnie jak przed wojną, że aż dziw, skąd ich ciągle tyle, ale miasto bogate, na kopalniach stoi. Czarne złoto na węgiel mówią. A i na boku da się dorobić, jakby co. Ruskie z koszar, Niemcy, Cygany, wszystko handluje, czym się da. Grunt, żeby wiedzieć, jak się zakręcić i zakombinować. Już jego w tym głowa! Pokój z częściowym wiktem wuj Kazimierz u siebie oferuje. Co do obiadu, to zje Jadzia tanio w stołówce zakładowej, gdzie oprócz poniedziałków i piątków zawsze dostanie coś z mięsa. Niech Jadzia więc walizkę pakuje, on na bilet przekazem pośle zaraz po Nowym Roku. Zarobi, to mu zwróci. Niech na Dworcu Miasto wysiądzie i czeka. Odżałował Kazimierz na ekspres polecony, chociaż nie lubił się wydatkować. Przekalkulował żony Barbary kobiecość nadużytą już nieco, choć wciąż bezdzietną, na młodej krewnej miękkość podpatrzoną. Dziesięć latek miała, a już jej cycuszki kiełkowały, a jak to cmoktała kukułki, które jej przywiózł. Co rodzina, to rodzina! Mlasnął Kazimierz Maślak i własnojęzycznie kopertę zakleił.

Zofia doszyła do zniszczonego płaszczyka Jadzi nowy rękaw, który nieco różnił się od drugiego krojem i wzorem, spakowała jej do kosza sześć bułek z dżemem truskawkowym, dla Kazimierza świeżych jaj paręnaście i naszyjnik z suszonych grzybów. Pocałowała córkę w czoło na do widzenia i nie oglądając się, ruszyła do domu. Gdy pociąg z Jadzią na pokładzie pochłonięty został przez tunel lasów, Zofia poczuła ulgę, bo wydawało jej się, że wraz z nim zniknął przebijający spod octu zapach spalenizny.

Po dwudziestu czterech godzinach i trzech przesiadkach Jadzia przyjechała do Wałbrzycha i czekała, drepcząc wkoło solidnej kopulastej hali, ale wuj Kazimierz się nie pojawiał. Wstydziła się wejść do dworcowego baru, skąd pachniało jej kusząco kanapkami z pasztetową, bo nigdy nie była sama w takim miejscu. Po trzech godzinach dreptania po biało-czarnej szachownicy, od której trochę kręciło jej się w głowie, Jadzia zrobiła siku w dworcowej toalecie; na drzwiach napisano Damen, pod spodem kredą Panie, a jeszcze niżej czymś brązowym Kurwy. Postawiła kołnierz z króliczego futra, z którego za każdym jej oddechem ulatywały pojedyncze kłaczki, i pomacała w kieszeni karteczkę z adresem wuja. Wyszła na zewnątrz samopas i poczuła w mroźnym powietrzu węglowy pył; niebo było seledynowe, rozchwiane jak prześcieradło naciągane po praniu na cztery ręce. Ślisko! Całe miasto ślizgało się tej zimy i szpitale pełne były połamanych i zagipsowanych staruszek w kwiecistych chustkach, których rodziny nie odebrały na czas, bo bez nich miały więcej miejsca i zostało ono szybko zajęte. Pijacy spadali z chodników wprost pod roztańczone samochody, niedożywione dzieci zjeżdżały z węglowych hałd na ulice, a szpitalne krematoria nie nadążały z paleniem amputowanych kończyn. Wiatr porywał ochłapy tłustego dymu i rozpryskiwał na ścianach domów, czarne grudki zlewały się w skorupę i osiadały na pryzmach śniegu zalegającego na ulicach. Jadzia tymczasem boczkiem, boczkiem, i już jest w połowie schodów; w lewej ręce walizka, prawa przyciśnięta do tułowia i obciążona koszykiem pełnym jaj. Historie Jadzi Maślak i Stefana Chmury zaraz się zazębią, zazgrzytają, lecz dotrą się z czasem. Docieranie potrzebuje czasu właśnie, nacisku i co najmniej dwóch powierzchni trących. To wszystko jest pod ręką. Wersje będą się zmieniać i zostaną dopasowane do sytuacji. Czy Stefan wracał z nocnej szychty i chciał kupić w dworcowym kiosku papierosy? Czy mimo zimna miał smak na oranżadę, bo nie z pracy wracał, lecz popił z Kowalikiem i go suszyło? Najważniejsze jest to, że Jadzia już traci równowagę, już wypuszcza kosz jajami nadziewany i leci ze schodów, macha rękoma, popiskuje ojejej. Stefan zapiera się chudymi nogami i rozpościera ramiona. Jak ona pięknie leci! Jak bochen ciepłego chleba, jak garniec masła, jak anioł z cukru i ciasta. Jak on ją łapie, jak pionier Timur z czerwoną chustą, Stefan zuch, gieroj, pod ciężarem się ugiął, lecz wrócił do pionu.

Stefan Chmura wiele razy odegra scenę na schodach w okolicznościach imieninowych i barbórkowych, także podczas balów sylwestrowych, a górnicza brać będzie mu klaskać. Ona spadała, on złapał, to się nazywa przeznaczenie i ono bardzo mu się podoba. Stefan pracuje na kopalni, jego życie przypomina świeżo odpakowany prezent, zamówiony u Mikołaja czy Dziadka Mroza, a może u obu, dobrego nigdy dość. Tym bardziej że nie wiadomo do końca, czy Dziadek Mróz wyparł Mikołaja, czy może zajmują się rozdawaniem prezentów w duecie, a w chwilach wolnych upijają polską wódką ze Śnieżynkami. Skok przez skórę na zakończenie edukacji w zasadniczej szkole górniczej był dla Stefana skokiem siedmiomilowym i spadł z tak wysoka, że po uszy wbiło go w dumę. Górniczej skóry byle chłystek nie dostanie. Ze skórą jest się górnikiem, a nie lisem. Taka skóra to nie byle co, nie kawałek skóry w kształcie fartucha, ale symbol górniczego honoru. Górnik to ktoś, a nie nikt, czarne złoto wydobywa i mówi się o nim w telewizji, pisze w gazetach. Stefan zapamiętał wszystko, co na uroczystości pasowania na górnika mówił dyrektor szkoły górniczej. Jeśli górnik popełnił czyn niegodny, brać górniczą hańbą okrywając, zabierano mu skórę, a wtedy grób-mogiła. Górnik bez skóry to górnik bez honoru, a to coś, do czego Stefan nie myślał dopuścić. Gdy dyrektor wymienił jego nazwisko, lis Chmura Stefan wyszedł na środek auli na lekko drżących pałąkowatych nogach.

Przyjmiemy lisa Chmurę w nasz górniczy stan? zapytał mistrz ceremonii, a reszta odpowiedziała, Niech pokaże, co umie lis Chmura! Odezwały się werble i chór zapytał, Kto z góry idzie tam? Kto z góry idzie tam? Hej, hej – idzie tam? Lis Chmura Stefan! odpowiedział Stefan i ze wzruszenia zapiekło go pod powiekami. I czego lis chce? W górniczy chcę wejść stan! W górniczy chcę wejść stan, w górniczy chcę wejść stan. Hej, hej – w górników polskich świetny stan. Czy zakon nasz mu znan? Czy zakon nasz mu znan? Hej, hej – górników polskich zakon czyż dobrze mu znan? chór nie popuszczał. Mu zakon ten jest znan, odkrzyknął Stefan i to była jego jedyna pomyłka, bo miało być mi, a nie mu. Czy zna kopalń mrok? Czy zna groźny kopalń mrok? Hej, hej – kopalń mrok? Znam kopalń mrok i trud! Trud ten pragnę nieść przez życie jak dziś pieśń. Z dumą trud ten nieść. Hej, hej – z dumą nieść, zapewnił lis Chmura. Chór uznał, że to byłoby na tyle. Hej, zakon nasz mu jest znan. Hej, zakon nasz mu znan. Niech wejdzie lis Chmura w świetny stan, górników polskich stan. Cała orkiestra w galowych mundurach z czerwonymi kitami na czakach była po jego stronie; zabrzmiały werble, i co to były za werble nad werblami! Stefan wzbił się w górę do skoku przez skórę. Wystrzelił w powietrze jak katapultowany i cała aula zadarła głowy, bo przebił sufit i poszybował jak radziecka rakieta na podbój kosmosu. Dziura w dachu, tynk się sypie, słoneczko wpada do sali gimnastycznej, śpiew ptaków, a Stefana ani śladu. Koledzy z zasadniczej górniczej patrzyli w niebo i czekali. Wróci czy nie?

Od tej pory Stefan czuje, jakby coś nieustannie łaskotało go od środka, bo zachłysnął się kosmicznym powietrzem, którego bąbelki dostały się do jego krwiobiegu. Mimo iż jest chudy, zaczyna mu rosnąć brzuszek, w którym ciągle coś burczy i bulgocze. Patrzy w lustro u fryzjera na Szczawienku i mówi jak prawdziwy mężczyzna, panie Antosiu, na krótko poproszę, a baczki przytrymować. Inżynier Waciak ma baczki, więc on też sobie zapuścił i uważa, że nadają mu męskości i powagi. Antoś strzyże, a on nuci, całuska lubej śpiesznie daj, i śpiesz w podziemnych gnomów kraj, nas czeka praca tam, szczęść nam, szczęść nam, szczęść Boże nam. Jadzia luba to jego wisienka na deserze. Niech wszyscy wiedzą, jak było, mimo iż Jadzia kopie go pod stołem i prosi, Stefek, przestań się wygłupiać. Ale niech ktoś spróbuje powstrzymać Stefana komedianta. Barkami markuje kroki, daszkiem dłoni podkreśla, jak to nagle Jadzię na schodach dworca zobaczył w potrzebie. I zaraz potem kulminacja łapania i spadania, spadania i łapania grand finale. Jadzia spada, a Stefan, górnik o wzroku orlim i ramionach gladiatora, ją łapie, cap. Hosanna! Już nie płaszczyk z różnymi rękawami, nie wiejskie jaja stłuczone, lecz piana z szampana, koniak bułgarski, złote ruble i perły, już nie Jadzia, lecz jego Dziunia, nie Wałbrzych nawet, lecz prawie Eneref. Lalka sama na mnie poleciała, a ja cap, ją mam! Jak to kobieco tak polecieć i jak to męsko tak złapać, towarzystwo rozpływa się w pochwalnych ho, ho. No to siup w ten głupi dziób, mówi Stefan i szczęście w nim musuje. Jego szczęście to Jadzia. Jadzia szczęścia spodziewa się potem.

ii

Uważaj na błotko, Dziunia.

Idą zobaczyć po raz pierwszy od środka mieszkanie przydzielone im na nowym wałbrzyskim osiedlu Piaskowa Góra. Dom Stefana i Jadzi ma dziesięć bram i jedenaście pięter połączonych tarasem. Dzioby dźwigów kołyszą się, przenosząc betonowe płyty, piasek pod kołami ciężarówek zamienia się w błoto i pryska, jakby ktoś pluł przez zaciśnięte zęby. Państwo Chmura dostali M3 na dziewiątym piętrze. W jego skład wchodzą pokój stołowy, gdzie się postawi wersalkę rozkładaną na noc dla rodziców, dziecinny pokój, kuchnia i łazienka z ubikacją. A wszędzie kaloryfery. To jest niezwykłe szczęście.

Wszystko dzięki zmyślności Stefana. Koniec gnieżdżenia się na kupie w poniemieckiej ruderze, koniec z szafami po hitlerowcach i gestapowskimi sedesami, z piecami, od których dopiero co dom dalej człowiek na Szczawienku się zaczadził. Do usranej śmierci czekać by mogli, mówi Stefan Jadzi, gdyby nie wiedział, jak z ludźmi rozmawiać. Jak na przykład takiego inżyniera Waciaka podejść, jak mu zakadzić, żeby myślał, że mu się w tyłek włazi. Chociaż inna sprawa, że być docenionym przez takiego człowieka, to aż przyjemnie się robi. Rozumisz, Dziunia? Stefan słyszał od starszych dołowych i Jadzi powtarza, że inżynier Waciak to taka szycha się zrobiła, że wyżej sra, niż dupę ma. Pcha się na zastępcę dyrektora. Koło wice Mrugały skacze. I taki człowiek, który daleko zajdzie, synu się do Stefana zwracał. Synu, Dziunia, mówił i jak równy z równym pił. Obiecuję, że ci sprawę popchnę, synu, mówi, bo wejścia w spółdzielni mam. A grunt to mieć wejścia i plecy, Stefan zawsze to Jadzi powtarza. Jadzię plecy bolą od pochylania się nad praniem, innych nie ma, ale Stefan obiecuje jej z czasem pralkę automatyczną. Ma też w planach wypoczynek i segmenty na wysoki połysk, jakie widzieli u nadsztygara Grzebielucha na imieninach. Czy ty, Dziunia, tam u siebie na wsi takie segmenty widziałaś?

Nadsztygara Grzebielucha Stefan podziwia podobnie jak inżyniera Waciaka, a nawet bardziej. Mówił Dziuni, ty patrz i zapamiętuj, jak byli na imieninach. Gdy Grzebieluch barek otworzył, to Stefana aż jasność stamtąd bijąca poraziła. Oświetlone wnętrze, zwielokrotnione przez lustro, a wszędzie poustawiane małe buteleczki z alkoholem. Jak się wypije zawartość, nalewa się do nich herbaty, by nadal ładnie wyglądały, bo szkoda wyrzucać, co piękne. Cała meblościanka tak przy tym bogato obstawiona kryształami, figurkami, że palca by nie wetknął. Czego tam nie było! Cukiernice, wiadra, szkatuły, wazony, kubeczki, wazoniki i wazy z kryształowymi łyżkami. A pomiędzy nimi figurki fikuśne, pieski, kotki, Matki Boskie. W kryształach kwiaty, bzy, róże, gerbery jak żywe, jak świeżo zerwane. Wszędzie błysk, wysprzątane, aż się tęcze między kryształami zapalały, aż oczy od tych tęcz pękających bolały. A w kibelku konwalie pachną, szampony kolorowe. Grzebieluchowa tylko talerze z tym, owym nosiła, a wszystko pyszne, że ślinka leciała, obficie podlane. Nazbierało się tych szkieł, machała ręką na Stefana zachwyty szczere, że niby co to takiego, dla niej już normalka, że cała meblościanka zaćpana kryształami. Dobrze, że Grzebieluchowa była nie w guście Stefana, za chuda, bo nadmiar piękna by go zabił na tych imieninach nadsztygara Grzebielucha jak nic. Jakie kryształy, Stefan, jakie kryształy, wzdychała Jadzia, gdy wracali nocnym autobusem, nasze, myślisz, czy od Pepiczków? Majątek, takie kryształy jakby spieniężyć.

Gdy będą już mieli własne mieszkanko na Piaskowej Górze, to też wyprawią imieniny na Jadwigi i Stefana, postawią się. Na koniec do kawy cukierki z kryształowej miski, co ma rączkę też z kryształu wygiętą. Stefan tłumaczy Dziuni, że musi podać tak niby od niechcenia, tak jakby i oni na co dzień kanfiety w czekoladzie z kryształu podjadali, a nie, że tylko trzymają w barku dla gości. Stefan nie może się doczekać tej chwili. Tak go niecierpliwość od środka rozpiera, aż bąki puszcza. A Jadzia zaraz okno otwiera, ty świnio, mówi, nosek marszczy, wachluje ściereczką. Stefan, żeby ją rozśmieszyć, za drugim razem sam okno uchyla, tyłek przez nie wystawia, kryj się, Niemiec, woła, bo strzelam! To ich zabawy domowe, tego się przy obcych nie robi, ale swój jest swój. Stefan nieraz nadkładał drogi po pracy, by popatrzyć, jak rośnie ich dom. Wiatr rozwiewał mu włosy w kolorze obierek i wyciskał łzy z oczu obrysowanych węglem, a on liczył piętra i w myślach urządzał imieniny, otwierał barek nieistniejącej meblościanki. Teraz to wszystko staje się naprawdę, doczekał się Stefan Chmura Piaskowej Góry.

Nowe wałbrzyskie osiedle wyrosło na wzgórzu porośniętym brzozami pogiętymi od wiatrów. Zimą na jego szczycie zwalały się ściany śniegu, które zalegały do maja, pokryte czarną skorupą jak spaloną skórą. W pozostałych porach roku przywiewało tu wszystkie śmieci z okolicy; przy wiosennych wichurach przylatywały nawet gazety z Wrocławia i Legnicy. Targane wichurą latały papiery, strzępy szmat, zardzewiałe rury, martwe ptaki i psie kupy. Nieraz dolecą nawet opakowania od niemieckich czekolad zza zachodniej granicy, z napisami Milka, rysunkami uśmiechniętej krowy i wciąż wyczuwalnym zapachem kakao. Dzieci z Piaskowej Góry będą je zbierać, wygładzać paznokciami sreberka i wąchać tak długo, aż słodki zapach zniknie. Przed wojną wichrowe wzgórze nazywało się Sandberg. Tak napisano na mapie, którą Halina Chmura, matka Stefana, znalazła w mieszkaniu opuszczonym przez poprzednich lokatorów na Szczawienku. Napisana gotykiem nazwa tkwiła na baczność pośród drzewek i krzaków, po trzy kreski na krzak, jak włosy wyrastające z brodawki. Piasek, z którego zbudowana była góra, służył do wyrobu szkła w wałbrzyskiej hucie. Niemcy nigdy nie budowali na wzgórzu, stare robotnicze domy, które po nich zostały, zatrzymały się u stóp Piaskowej Góry i wypinały na nią okna kuchenne i łazienkowe. Nawet kozy niechętnie tam pasano i każde inne miejsce wydawało się lepsze parom szukającym chwili samotności. Diese Hure von Sandberg, mówiono o dziewczynach, które nie zważając na możliwość utraty opinii, bardziej nieodwracalną niż utrata cnoty, jednak gziły się w krzakach Piaskowej Góry z Hansem czy Fritzem. Przed wojną miasto zostawiało Piaskową Górę poza swoimi granicami, ale teraz połknęło ją i zaczęło trawić, już się Wałbrzychowi nie wymknie. Gdyby na Piaskową Górę wróciła Frau Emmel, która przy kuchen lubiła kucken zza firanki, zobaczyłaby wzgórze obdarte z zielonej skóry i parujące jak świeże mięso. Krótkowzroczna Frau Reuswig nie uwierzyłaby własnym oczom i czekała, aż Jürgen wróci z pracy w hucie szkła, gdzie dmuchał szklane bańki od rana do wieczora, i potwierdzi, że to nie omamy. Nie poznaliby Sandberg i żeby uwierzyć, że to ciągle to samo miejsce, musieliby sobie tłumaczyć na żywo z języka pamięci, że tu rosła brzoza wygięta jak garbaty karzeł, a tam, jakieś dwa, trzy kroki na lewo, koniczynę się cięło dla królików. Obok, gdzie teraz błotnista droga pnie się do góry, Heilige Mutter Gottes! babka zakopała bawarski komplet obiadowy, na dwanaście osób, w różowe różyczki, jakich już nigdzie na świecie się nie dostanie (to Frau Emmel).

Na ściętym jak czubek jajka wzgórzu z piasku wykończono już kilka bloków gotowych na przyjęcie lokatorów. Niektórzy, tak jak Stefan, wychowali się w poniemieckich domach, zajętych przez rodziców rzuconych na ziemie odzyskane z ziem straconych, innych wyorało z wiosek Mazowsza i stoczyli się do kopalń Wałbrzycha jak ziemniaki z pijanego wozu. Jedni mieli w walizkach Ostrobramskie, a drudzy Częstochowskie, po których na wapnem bielonych ścianach zostały jaśniejsze prostokąty. Tam skąd przyjechali jedni i drudzy, musieli zajmować mało miejsca i to ich łączyło we wzajemnej czujności. Przygarbieni przy stole, żeby zdążyć z łyżką przed innymi, na sienniku między siostrą i bratem, żeby cieplej, z głową w ramionach i czapką w dłoni, żeby pokornie uprosić i wymodlić, teraz prostowali się powoli. Mówili prawie tym samym szorstkim językiem, który trzaskał jak wrzucone na rozpałkę szyszki, ale często sąsiad nie rozumiał sąsiada. Z nadzieją i przy nadziei, z tekturowymi walizkami, poczuli już, że więcej miejsca im się należy, i dziwili się, jak to możliwe, że go wcześniej nie mieli. Wspinali się na szczyt wzgórza, deptali Jadzi i Stefanowi po piętach; napierali na plac budowy, wymuszając pośpiech. Dwieście procent normy, dwieście pięćdziesiąt! Framugi i ramy okienne na Piaskowej Górze nie będą więc idealnie proste. Mieszkanie Jadzi i Stefana na dziewiątym piętrze okaże się wkrótce o dwa metry kwadratowe mniejsze, ale za to o kilkanaście centymetrów wyższe od tego na siódmym, gdzie zamieszka rodzina Lepkich z synem Zbyszkiem. Dwie bramy dalej Kowalikowie z dwójką już podrośniętą do biodra i świeżo zrobioną Edytką, przypisani przydziałem do piętra jedenastego, pozazdroszczą sąsiadom z pierwszego, Pasiakom, posiadaczom jedynaczki Jagienki, odpowiednich rozmiarów wnęki na szafę trzydrzwiową, która u nich wyszła za płytka i krzywa. Każdy ma coś gorszego i coś lepszego, ale różnica tymczasem jest niewielka. To bardzo miłe, że na Piaskowej Górze wszyscy mają prawie tak samo, bo w końcu jest sprawiedliwość.

Zaraz Stefan każe Jadzi zamknąć oczy i przeniesie ją przez próg dokładnie, jak sobie wymyślił – on ją wniesie, ona jakoś to zniesie, mimo że zziębła i nowe buty otarły jej pięty. Stefan wie już, że kobiety lubią taki romantyzm, który nazywa w żartach reumatyzmem. Czyż Dziunia nie prosiła, gdy się do niej dobierał, Stefek, miejże w sobie trochę romantyzmu? Pada więc przed żoną na kolana, przykłada dłoń do serca i wywraca oczami albo udaje, że jej się kłania, zamiatając ziemię kapeluszem, którego nigdy nie miał. Jego reumatyczna Dziunia! Delikatesik taki i cicha jak myszka, a jak to czasem potrafi go wziąć pod włos, że aż Stefan głupieje z miłości. Nie zauważa, że zrobił coś, na co nie miał ochoty, a obiecał drugie tyle na kredyt pieszczot, co się szybko wydają i znów trzeba zaciągać pożyczkę. Wwierci się pupą na kolana, pyzów z sosikiem nagotuje albo odwrotnie, zafunduje Stefanowi ciche dni i będzie talerzami rzucać, a usta przy tym w podkówkę, jakby jej ojca harmonią zabił. To co, Dziunia, podbierał ją wtedy, ten sweterek w pedecie, co mówiłaś, to bardzo byś chciała? A ona, jaki sweterek, już zapomniałam o tym sweterku, jakby dopiero co nie jęczała, jaki mięciutki, różowy, i nawet na niego nie spojrzy, gdy proponuje od serca, że zaraz mogą skoczyć, zamierzyć i kupić. Stefan kładzie żonie obrażonej pieniądze w różnych śmiesznych miejscach na przeproszenie. Pod poduszkę, w książeczkę do nabożeństwa, raz nawet przyklejone pod klapę sedesu. Żeby się znów uśmiechnęła i z uśmiechem wwierciła mu na kolana, gotów był Stefan na wiele więcej niż sweterek z pedetu.

To dla Dziuni zrobił ostatnio maturę w górniczym technikum wieczorowym. Od ślubu wzdychała po swojemu, a żebyś ty miał maturę, to łatwiej byłoby nam wyjść na swoje. Inni już wyszli, a my co, ciągle u teściowej na Szczawienku. Czy ty chcesz, żebym tu w kalendarz strzeliła? Wkuł więc wszystkie pierdoły o dziadach konradach i piernikach latarnikach, a że pamięć miał niezłą, nawet ze dwa bardzo dobre mu się trafiły z recytacji wierszy. Raz Litwo Ojczyzno, co to nawet łatwo do głowy wchodziło, a drugi szedł, są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli. Ten zresztą podobał się Stefanowi najbardziej, bo aż łzy wyciskał, gdy doszło się do wysączymy ją z piersi i pieśni. Dał sobie radę z polskiego na wypracowaniu, bo lać wodę to on umiał od czasu, gdy trzeba się było wujowi Franciszkowi tłumaczyć, że to nie on wyssał kość rurową z barszczu i widać taka pusta się trafiła. Zdał na mocne trójki i cztery z rosyjskiego i odtąd nabrał przekonania, że oprócz recytacji ma talent do języków i gdyby tylko chciał, to by szprechał i parlefransił. Co jakiś czas przypominał sobie Stefan o leżącym odłogiem talencie i mówił, a wiesz, Dziunia, po Nowym Roku to może ja bym się zapisał do giedeku na kurs językowy. Kiedyś Stefan nabierze wódką podlanej śmiałości i kupi w empiku gramatykę niemiecką dla zaawansowanych. Planował dla początkujących, ale w końcu duma nie pozwoliła mu przyznać się wyfiokowanej ekspedientce, że chłop w jego wieku i początkujący. Gramatykę niemiecką dla zaawansowanych poproszę, bo dla początkujących już przerobiłem, powiedział, i jak to się małpa na niego popatrzyła, widać było, że zrobił na niej wrażenie. Aż powtórzyła do koleżanki, podaj temu panu gramatykę niemiecką dla zaawansowanych, bo pan dla początkujących już przerobił. Zajrzał nawet do grubej niebieskiej książki, ale potem pomyślał, że nie ma sensu po kawałku się uczyć, przyjdzie lato, będzie miał urlop, to całą przestudiuje w try miga. Po rozdaniu świadectw maturalnych Stefan upił się z innymi dorosłymi maturzystami w parku Sobieskiego bimbrem zmieszanym z nalewką na pigwach. Park, wielki i zaniedbany, zajmował niewysokie wzgórze wyrastające w środku Wałbrzycha. Jego ścieżki były dzikie, wysypane buczynowymi jeżykami, których ziarenka jadało się jesienią. Zamieszkiwała tam kolonia ekshibicjonistów, rozmnażających się przez pączkowanie jak wilgotne szare grzyby. Milicyjne obławy przepuszczały przez sieci niedojrzałe osobniki, które dorastały w ciągu tygodnia, zajmując miejsce schwytanych. Nie sposób było ich wyplenić. Wagarujące licealistki z dwóch pobliskich liceów po jakimś czasie obojętniały na widok smutnych mężczyzn w szarych płaszczach, którzy pod niemal każdym drzewem i za każdym krzakiem pokazywali swoje penisy nie większe od ślimaka winniczka. Wystarczyło tupnąć i znikali drobnym kroczkiem, by zatrzymać się pod kolejnym drzewem i z nadzieją wystawić to, czego nikt nie chciał oglądać. Maturzyści technikum górniczego narobili z radości takiego hałasu, że mniejsi mieszkańcy parku Sobieskiego w pośpiechu zagrzebywali się pod liście, a więksi wypadali na ulice, gdzie dreptali, mrużąc oczy nieprzywykłe do światła, i przytrzymywali poły płaszczy, czekając, aż impreza się skończy. Co za koszmar tak chodzić wśród kobiet i nie pokazywać!

Po maturze awansowali Stefana na nadgórnika, który stoi nad zwykłym górnikiem i ma drogę otwartą wzwyż ku sztygarom. A taki sztygar to ma życie, mój Boże! Stefan musował, aż mu nosem szły bańki, i wciąż go trzeba było straszyć, bo chronicznie nabawiał się czkawki. Prosił Jadzię, by go straszyła, łykał łyżkami cukier i wstrzymywał oddech tak długo, aż czerwieniał, ale nic nie pomagało. Raz trzymała go czkawka przez tydzień i dopiero stary doktor Jedwabny, prywatnie przyjmujący dentysta ze Szczawienka, jakoś sobie z nią poradził. W państwowej przychodni nie mieli pojęcia, z jakiego powodu Stefan Chmura, lat dwadzieścia dwa, tak czka, i przepisali mu tylko multiwitaminę. A czkawki przypadek ciężki i przewlekły spowodowany został udziałem Stefana Chmury w Karczmie Piwnej, na którą byle kto nie wejdzie. Taki zaszczyt! Stefan do dziś nie wierzy, że tam był, że to wszystko widział na własne oczy. Grzebieluch go zabrał, bo tak to zwykły nadgórnik mógłby tylko pomarzyć, że między takimi szychami zasiądzie, wypije, goloneczką zagryzie. A pić na Karczmie tylko piwo można. Przy drzwiach rewizja, pojedynczo wpuszczają i jak jaką flaszkę znajdą w nogawce czy za pazuchą, do kotła wylewają, a wszystko razem, czy to czysta sklepowa, czy pędzona, wiśniówka czy żołądkowa. Jak tak leją, to żal aż ściska – Stefan widział potok spieniony i łykał ślinę. Zebrało się od tylu chłopa ze sto litrów koktailu Mołotowa. Koktail Mołotowa, tak mówili na zmieszany w kotle alkohol i Stefan starał się zapamiętać jak najwięcej, ale tyle się działo. Sam wice Mrugała był Prezesem Najwyższego, a w Sprawach Piwnych Nigdy Nieomylnego Prezydium. W mundurze galowym, na piersi orderów moc, takie dostojeństwo, że aż strach oczy podnieść. Order z kuflem mosiężnym lśnił na nim niczym słońce. Grzebieluch to ma szczęście, że do takiej osobistości do domu jest zapraszany, oj ma. Ale wie chłop, jak się zakręcić. Obok prezesa Lis Major w czapie z lisią kitą, ksiądz Piwariusz jak to ksiądz, tylko stuła w kolorach górniczych, czarno-zielona i młotami górniczymi ozdobiona; obok Icek Łapcycek. Ach, ten Icek, normalnie komedia. Na stołach to już po prostu Francja-elegancja, że chyba tylko na wiejskim weselu tyle naraz kiełbas, kaszanek, golonek można zobaczyć. Fuksy ze szkoły górniczej tylko nalewają, donoszą. Wszyscy albo w mundurach, albo w garniturach, koszulach. Głupio Stefan zrobił, że w swetrze przyszedł jak łajza, ale może to na dobre wyszło, bo rozśmieszył towarzystwo. W regulaminie Karczmy stoi, że jak kto przyjdzie w swetrze, kara go spotyka. Zaraz go straż biesiadna wzięła i dostał serię gumowym dupochlastem. Taka kara przy wszystkich, na scenie oświetlonej to też jakby zaszczyt, bo potem Grzebieluch jak go wyściskał, jak Waciak poklepał! A gorzej mogło być, mogli go w dyby zakuć i dopiero dupochlastem po gołej dupie, albo zrobić mu zasranie piwne. To by dopiero było! Gdy dawali Grzebieluchowi imię piwne, Stefan już nie krył łez wzruszenia. Być świadkiem takiej ceremonii! Samemu imię piwne w przyszłości świetlanej dostać! Najpierw odczytali życiorys Grzebielucha, i to wierszem tak pięknym i tak do rymu, że to naprawdę trzeba było człowieka z talentem. Potem piwem łeb mu zlali nad miską, a poszło tego ze dwadzieścia litrów co najmniej. Miskę z łupieżówką na bok odstawili do wypicia dla najbardziej spragnionych i szpadą górniczą Grzebielucha na Czopka pasowali. Czopek, może nie najpiękniejsze to imię piwne, bo bywały u nich na kopalni ładniejsze, jak na przykład Flanca, Rympis czy Karminadel, ale Stefan i takie by chciał, byle tylko doświadczyć zaszczytu. Do końca nie mógł się zdecydować, czy najciekawszym elementem Karczmy było nadanie imienia podziwianemu przezeń nadsztygarowi Grzebieluchowi, czy występ Icka Łapcycka, Doktora Humoris Causa, który odczytywał swoją tak zwaną pracę, co jest bardzo ciekawą i zabawną częścią pradawnej tradycji Karczmy Piwnej. Posikać się można było ze śmiechu normalnie, bo Icek Łapcycek to był Żyd. W takim jakby płaszczu długim ciemnym, jak Żydzi noszą, na głowie pejsy oraz kapelusz czy cylinder żydowski też czarny i po żydowsku zaiwaniał tak, że po prostu jak z filmu jakiegoś żydowskiego, gdyby takie w telewizji puszczali zamiast nudnych radzieckich czy głupich czeskich. Sianowne państwo pozwolycze, że się przedstawię, tak zaczął Icek Łapcycek, a potem dalej po żydowsku, że na pociątku było biblijne hała, plazme i... papke, no i już wtedy spotkały sze gdżesz ukradkiem mój prapradżadek z moja praprababke. Żałował Stefan, że był wtedy już zbyt pijany i nie zapamiętał wiele więcej z pracy Icka Łapcycka na temat chorób górniczych niż zajobus kiepełe, czyli choroba ptasia. Wracał z Karczmy piechotą po linii krętej i porwanej, bo bulgotał w nim alkohol, który pod koniec mieszało się nieregulaminowo tak, że zeszły i łupieżówka po chrzcie Grzebielucha, i koktajl Mołotowa do dna. Dotarł na Piaskową Górę nad ranem i gdy stał, patrząc na ciemny dom dryfujący w obłokach mgły, zapragnął nagle jakimiś innymi niż dotąd czynami, godnymi gwarka, co z Karczmy wraca, wyrazić swoją miłość do Dziuni, Dziunieczki, ale nie znalazł nic oprócz paru zeschniętych astrów, wyrastających z betonowego sarkofagu przed ich bramą. Z takim bukietem zadzwonił do drzwi na dziewiątym piętrze, za którymi złość Jadzi czekała czujna jak pies. Zamiast się uśmiać, gdy jej powtórzył, i to w tajemnicy, bo Karczma nie dla bab, dowcipy Icka Łapcycka, powiedziała tylko, że jak chłop z chłopem się zejdzie, to tylko pałę zaleją i same im świństwa we łbie.

Od czasu pierwszej Karczmy Stefan borował ścianę węgla z takim zapałem, że aż koledzy z szychty musieli go wyciągać z powstałej dziury za górnicze buciory, i to nieraz w ostatniej chwili. Dwa razy z rzędu był przodownikiem pracy, a za trzecim, który, jak wierzył, się zbliża, czekała go przyznawana w takich przypadkach nagroda. Stefan nie mógł zdecydować, czy wolałby przydział na mundur galowy, czy skierowanie na wczasy siedmiodniowe w Warszawie, które dostają tylko przodownicy o nieposzlakowanej opinii. Czy ty sobie, Dziunia, wyobrażasz swojego Stefka w Warszawie? To by dopiero było reumatyczne! Musował Stefan i Jadzia się krzywiła, że fuj, ale jak mógł nie, gdy nadsztygar Grzebieluch wołał w stołówce, wszyscy to słyszeli (bracie, chodź no tu do nas, tak wołał), żeby się przysiadł i opowiedział jeden ze swoich dowcipów. Kawały z babą u lekarza, która miała w otworach różne rzeczy, zwykle sprzęty domowe, a wyjątkowo na przykład palmę lub kraba, były specjalnością nadgórnika Stefana Chmury. Opowiadał je w górniczej stołówce z takim uczuciem, z jakim w wieczorówce recytował wiersze. Ćwiczył mimikę i gestykulację przed lustrem w łazience i starał się być na bieżąco. A śmiali się, i to nie byle kto, bo nadsztygar Grzebieluch i inżynier Waciak, i Kowalik, co wprawdzie tylko sztygar, ale z ambicjami oraz własnym samochodem marki Syrena.

Auto Stefan miał w planach pięcioletnich; wyliczył sobie wszystko z ołówkiem w ręku. Odkładał część wypłaty na książeczkę PKO, a drobniejsze sumy ukrywał pod bielizną w szafie; to były zaskórniaczki. Patrz, Dziunia, co miesiąc pokazywał żonie rosnące oszczędności i namawiał, by uważniej śledziła, jak podlicza na kartce; to będzie na to, a to na tamto, a może lepiej odwrotnie, najpierw szarpnąć się, droższe kupić i dodać z zaskórniaczków. Pytał Jadzię, ile by jeszcze, jej zdaniem, potrzeba odłożyć na telewizor, a ona odwzajemniała spojrzenie wypukłymi oczami o barwie agrestu, których wyraz pozostał dla Stefana zagadką, a poza tym myślał, że Jadzia ma oczy niebieskie. Bo jak, Dziunia, zachęcał ją, chciałabyś chyba mieć telewizor? Jadzia po namyśle podawała w końcu liczbę tak głupią, że czasem miał ochotę palnąć ją w łeb, chociaż był przeciw biciu kobiet nawet kwiatkiem. Do liczenia Jadzia głowy nie miała i Stefan lubił żartować z tej przypadłości żony, traktując ją jako pretekst do komediowego interludium między żartami o babie u lekarza. Policz, Dziunia, dwa razy, bo ci się co przydarzy, mówił Stefan na sylwestrze w klubokawiarni Barbara i przysiągłby, że inżynier Waciak mrugał wtedy do niego z ojcowską aprobatą, dyskretnie jednak, by zazdrośnicy nie spostrzegli ich zażyłości.

Co policzy, to zachodzi ta Jadzia. Stefan sam nie wiedział, co o tym myśleć, bo ostatnio zaszła na przykład nawet wtedy, gdy uważał i przysiągłby, że zdążył, zanim co. Pochlebiał sobie, że zna się na tych rzeczach nieco, ale w życiu na głos nie wymówił słów seks, penis, pochwa albo miesiączka, którą, jeśli musiał, nazywał ciotką. Poza tym mówił ten-tego, bara-bara, smoczuś, pisiula albo pierożek. Chuj, pizda, pierdolić, gdy był zły albo inni mężczyźni wokół używali właśnie takich słów. To wystarczało, sprawdzało się w teorii i praktyce. Raz Stefan widział film, który puścił mu na prześcieradle Kowalik, i to rozwinęło jego wyobraźnię. Wprawdzie było po niemiecku i niezbyt wyraźnie, ale kto chłop, kto baba, dało się zauważyć, i czy robią to od tyłu, na jeźdźca czy normalnie, jak najbardziej lubiła nieskłonna do eksperymentów Dziunia. Wypili po parę piw, wino domowe z działkowych porzeczek Kowalika i prawie pół litra gorzkiej żołądkowej im zeszło pod same paluszki i korniszony. Stefan nabrał więc odwagi i zapytał kolegę, starszego od niego i bardziej doświadczonego, jak on sobie ten-tego z żoną radzi. Ty, Stefan, wiedz, przemówił Kowalik, wiedz, bracie, że baba tylko wtedy zachodzi, jak ma z tego przyjemność, nieważne, czy zaraz po, czy tuż przed ciotką. Wtedy kropelka wystarczy i masz pieluchy. Inaczej możesz krzyż osuszyć, na śmierć się zajebać, i nic. Bracie, one wredne są, te baby, jak krótko nie trzymasz, na łeb ci wejdzie. Więcej sztygar Kowalik nie powiedział, bo dobił go ostatni kieliszek żołądkowej, ale to krótkie wyjaśnienie problemów antykoncepcji przemówiło do Stefana. Nadmierną płodność Jadzi Stefan uznał za nieprzyjemny skutek uboczny jej przyjemności, mimo iż jej reakcje nie wychodziły nigdy poza sporadyczne i cichutkie westchnienie i zaraz leciała się podmyć w occie jak podsmalona.

Gdy siedem tygodni po urodzeniu córki Dziunia znów zaszła, Stefan potraktował tę wpadkę jako potwierdzenie zasady jednej kropli sztygara Kowalika. Nie mogli tak zaraz mieć jeszcze jednego, więc ją zawiózł do i ze szpitala taryfą, a wiadomo, jak ci złodzieje oszukują na liczniku. Gdy leżała potem osłabiona, kupił jej trzy goździki z przybraniem w celofanie, żeby szybko wróciła do siebie, bo z taką daleką nie wiedział, co robić. Trochę go to wszystko kosztowało. Zapomniał wprawdzie, że żona woli gerbery albo frezje, ale przecież wyraził uczucie i trochę mu było przykro, że nie okazała żadnej wdzięczności, a nawet odwróciła się do ściany. Może ją bolało, ale z wierzchu nic znać nie było, że chora.

Stefan wiedział, co znaczy moje, jego były Jadzia i Dominika; dwie istoty splecione z nim związkami krwi i prawa, ludzkiego i boskiego prawa, bo wzięli kościelny i cywilny. Nikt mu nie wytknie, że oszczędzał na wódce czy księdzu, chociaż nieźle go to uderzyło po kieszeni. Gdy urodziła się Dominika, pochylał się nad leżącą w łóżeczku istotą wielkości kota i gulgał, pstrykając śliną. Tititi, poznaje tatusia? W nosie robiło mu się mokro, gdy wielkie czarne oczy na chwilę wydawały się odwzajemniać jego spojrzenie. Gdzie z tymi bakteriami do dziecka, fukała na niego Jadzia i kazała mu myć ręce, które i tak trzymał splecione na plecach w obawie, że skrojone nie na miarę czegoś tak kruchego jak Dominika. Wolał, żeby miała na imię zwyczajnie, Iwonka czy Mariola, ale Dziunia się uparła, że nie i nie. Miał teraz kłopot, jak zdrabniać takie duże, kanciaste imię, by pasowało do maleńkiej dziewczynki, której główki dotykał delikatnie palcem, gdy Jadzia nie widziała, by się upewnić, że istnieje. Stefan umiał miłość przekładać na oszczędności w PKO i zaskórniaczki, na pieniążki, za które żonę i córkę obdarowywał na jawie i w marzeniach o wielkiej wygranej w totolotka. Nie potrzebował niczego tylko dla siebie, bo oprócz rodziny nic go nie interesowało, może oprócz gazety „Motor”, w której na ostatniej stronie zamieszczano zdjęcia półnagich kobiet o dziwnych, wyrazistych twarzach. Poza tym mógłby po prostu siedzieć i patrzyć na radość Jadzi i Dominiki, musując w świadomości, że to on, bajstruk, nieślubek, ma tyle do dania. Za każdym razem, gdy któraś podeszłaby do niego, wyjmowałby ze skajowej teczki nową sukienkę, pomarańczę, szynkę Krakus. Słowa uczuć jednak nie były mocną stroną Stefana Chmury, który umiał tylko lać wodę i kadzić. Jedynym sposobem, jaki znalazł na oswojenie tych miłosnych, które miał pod językiem niegotowe i nieporęczne, było zdrabnianie i dlatego taką trudność sprawiało mu duże imię córki-oseska. Zdrobnienia sprawiały, że piersiątka Dziuni, ten skarb cudownie podwojony, stawały się swojskie jak dobrze zagniecione pyzy ziemniaczane. Jej nogi były nóżkami, ręce rączkami, rączuchnami. W chwilach gniewu wystarczyło okrasić podrobione słowa złośliwą intonacją, rozgnieść jak widelcem, i już miało się piniążki, które on, Stefan, zarabiał, a Jadzia przepuszczała na szmatki, błyskotki i duperelki. W błoto wyrzucała te na życie i nawet zaskórniaczki z niego wyduszała! Gniew Stefana mijał zwykle po jedzonku. Prosił wtedy o herbatkę i czytał gazetkę, którą porzuci, gdy dorobią się telewizorka. Nocą w łóżku mówił do Dziuni, smoczuś, puk, puk, jest głodny. Dziunia miała szyneczkę i bułeczki jak budyń śmietankowy. Stefan sięgał i miesił brzuch, pośladek miękki żony, mlaskał. Uwielbiał ssać jej duże, mleczne piersi i nieraz zasypiał z brodawką w ustach jak ze smoczkiem. Nieraz w Jadzi zamarzy o dużym kawałku mięsa w sosie i pędząc do celu, zaciamka o reszcie tegoż sosiku na zasmażce, który można chlebusiem do czysta. Gdy zobaczył Jadzię Maślak po raz pierwszy, najpierw poczuł burczenie brzucha, a potem dopiero ochotę, by ją wziąć do łóżka i wylizać od stóp do głów jak lizaka kogutka.

W dzień, gdy się poznali, Jadzia wypełniała jasny płaszczyk w pepitkę (chociaż ona prostowała, że był ciemnoszary w jodełkę) jak wyrośnięte ciasto pod ściereczką. Stefan miał wrażenie, że guzik na biuście zaraz pryśnie i strzeli go w oko. Omal nie zemdlał na widok jej ciążących ku dołowi piersi i wypukłej gruszki pośladków w krótkiej spódniczce, którą zobaczył, gdy zdjęła płaszczyk (jasny lub ciemnoszary, jak kto woli) i powiesiła na oparciu krzesła w barze dworcowym, gdzie zaprosił ją zaraz po szczęśliwym lądowaniu ze schodów. Rozlał z wrażenia połowę herbaty, gdy zauważył, na swoją przypieczętowaną zgubę, małe stopy Jadzine i krótkie, kształtne nogi o łydkach pokrytych ciemnymi włoskami. Włoski spłaszczone pod przejrzystym materiałem pończoch – w życiu Stefan nie widział nic piękniejszego na kobiecie. Gdy nachylił się, by podać Jadzi cukier, poczuł bijący od niej zapach czegoś tak apetycznego i czystego, że aż zakręciło mu się w głowie. Wwąchiwał się w buchającą od Jadzi woń świeżo nastawionej galarety z nóżek i zasmażki, wiedząc, że oto znalazł kobietę swojego życia i dostał w jej osobie klucz do spiżarki pełnej smakołyków, które uznał za bezpowrotnie stracone.

Zanim Halinę Czeladź, jego matkę, udało się wydać za mąż za Władka Chmurę, kowala z sąsiedniej wsi pod Grodnem, Stefan spędził pierwsze cztery lata życia w domu wuja Franciszka. Panna z dzieckiem nie miała wielu opcji, a gest brata nazywał się łaska. Taka łaska na pstrym koniu

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

III

Dostępne w wersji pełnej.

IV

Dostępne w wersji pełnej.

V

Dostępne w wersji pełnej.

VI

Dostępne w wersji pełnej.

VII

Dostępne w wersji pełnej.

VIII

Dostępne w wersji pełnej.

IX

Dostępne w wersji pełnej.

X

Dostępne w wersji pełnej.

XI

Dostępne w wersji pełnej.

XII

Dostępne w wersji pełnej.

XIII

Dostępne w wersji pełnej.

XIV

Dostępne w wersji pełnej.

XV

Dostępne w wersji pełnej.

XVI

Dostępne w wersji pełnej.

XVII

Dostępne w wersji pełnej.

XVIII

Dostępne w wersji pełnej.

XIX

Dostępne w wersji pełnej.

XX

Dostępne w wersji pełnej.

XXI

Dostępne w wersji pełnej.

Drugi początek

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Projekt okładki

Aleksandra Niepsuj

Opieka redakcyjna

Dorota Gruszka

Korekta

Piotr Mocniak

Magdalena Tobik

© Copyright by Joanna Bator

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5857-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chmurdalia Piaskowa góra Purezento Rok królika Wyspa łza Ta-Która-Przynosi-Dziwne-Rzeczy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie