Cienka niebieska linia

Cienka niebieska linia

Autorzy: Christoffer Carlsson

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.63 zł

Czasy są niespokojne. W piątek, trzynastego listopada 2015 roku, dochodzi do wybuchu w Paryżu, przez Europę, z południa na północ, płynie strumień uchodźców. Rozchodzi się plotka, że do Szwecji przedostał się terrorysta, który planuje przeprowadzić tu atak. Czy to prawda? Tego nikt nie wie.

Jednocześnie Leo Junker dostaje list. Sprawa dotyczy nadal nierozwiązanego morderstwa sprzed pięciu lat, którego ofiarą padła Angelica Reyes.

John Grimberg, kiedyś najlepszy przyjaciel Leo, zniknął. Od ponad roku ukrywa się. W cieniu planowanego ataku terrorystycznego Leo próbuje rozwikłać zagadkę sprzed lat, prawda może okazać się niebezpieczna, a na pewno wystawi wszystkich na próbę.

Christoffer Carlsson jest doktorem kryminologii, pracuje na uniwersytecie w Sztokholmie, a w czasie wolnym pisze powieści.

Cienka niebieska linia jest czwartą i ostatnią częścią serii powieści o sztokholmskim policjancie, Leo Junkerze. Za pierwszy tom, Niewidzialny człowiek z Salem, Carlsson w 2013 roku otrzymał nagrodę Szwedzkiej Akademii Kryminałów. Cała seria cieszyła się dużym uznaniem czytelników, nie tylko w Szwecji.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ I: Przyjaciel, który rozpłynął się w powietrzu

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

CZĘŚĆ II: Informator

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

CZĘŚĆ III: Co o mnie wiecie

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Den tunna blå linjen

Redakcja: Anna Brzezińska

Korekta: Zuzanna Żółtowska / Słowne babki

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Zdjęcia na okładce: Martin Cormier, wernermuellerschell, OSTILL is Franck Camhi / Shutterstock

Copyright © Christoffer Carlsson 2017

Published by agreement with Ahlander Agency

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Copyright © for Polish translation by Elżbieta Frątczak-Nowotny, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 9788380158771

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Moim rodzicom

love is a spark

lost in the dark

too soon

PEGGY LEE

CZĘŚĆ I

Przyjaciel, który rozpłynął się w powietrzu

Sztokholm

Listopad 2015

1

Pocztą przychodzi list.

Biała koperta, mała, wielkości pocztówki, ostemplowana w Sztokholmie. Moje imię, nazwisko i adres napisane niebieskim atramentem bezosobowymi drukowanymi literami.

Jest pora lunchu, więc to czysty przypadek, że jestem w domu, kiedy koperta wpada przez szparę na listy razem z pozostałą pocztą. Właśnie mam wychodzić, wracam do pracy, sięgam więc po nią i wkładam do kieszeni.

A potem o niej zapominam.

Siedząc w fotelu pasażera obok Bircka, wkładam rękę do wewnętrznej kieszeni i nagle ją czuję: jest zmięta i lekko postrzępiona po spędzeniu kilku godzin w kieszeni mojego ubrania.

Birck wychyla się do przodu. Mruży oczy.

– Kolejna – mówi.

Puszczam kopertę i sięgam po aparat, przykładam oko do wizjera i robię dwa zdjęcia kobiecie, która właśnie podchodzi do bramy. Wokół nas rozbrzmiewają dźwięki Sztokholmu, ale w samochodzie jest cicho, pomijając sporadyczne trzaski policyjnego radia.

– Nie możemy włączyć normalnego radia? – pytam.

– Tak jest przyjemniej.

– Ale…

– Nie. To jest mój samochód. – Birck jest wyraźnie niezadowolony. – Do diabła, to wszystko nie ma sensu. Jeśli ktoś planuje popełnić przestępstwo, to dogodniejszego momentu nie znajdzie.

Pewnie ma rację.

Reorganizacja szwedzkiej policji trwa już niemal od roku. Miała poprawić skuteczność służb, ale ponieważ nikt nie wie, czym się zajmują jego koledzy, doprowadziło to do tego, co wszyscy – poza czynnikami odpowiedzialnymi za taką sytuację – nazywają kryzysem. Ludzie nadal są przesuwani między wydziałami, nie ma mowy o żadnej sensownej pracy. Szefowie walczą o ludzi, ale płynące z góry zalecenia są tak niejasne, że nie wiedzą nawet, jakimi funduszami dysponują.

Niewielu pamięta czasy, kiedy sytuacja była aż tak zła. Odsetek spraw wyjaśnionych maleje, niezadowolenie rośnie, a pieniądze, przeznaczone na reorganizację, zniknęły.

– Każdy dzień jest świętem – ciągnie Birck. I to jest prawda.

Siedzimy w samochodzie niedaleko Odenplan, oddelegowani do wydziału śledczego. Brakowało im ludzi na nocną zmianę. Nasze zadanie polega na odnotowaniu, kto między godziną ósmą a trzecią wchodzi bądź wychodzi z bramy przy Västmannagatan 66. Według szefa zmiany, Melandera, który kilka lat temu zastąpił na tym stanowisku starego niedźwiedzia Jarnebringa, w jednym z mieszkań w kamienicy uprawiane jest paserstwo. Niestety kolegom z wydziału kradzieży dotąd nie udało się tego udowodnić.

Birck kładzie dłoń na klamce.

– Muszę się odlać. Zadzwoń, jeśli coś zacznie się dziać.

Jest za pięć wpół do dziewiątej. Listopad. Zimno. Kiedy Birck przechodzi przez ulicę, żeby skorzystać z toalety w hotelu Oden, jego oddech przypomina biały dymek. Birck kuli się na wietrze, stawia kołnierz. Deszcz, który spadł kilka godzin wcześniej, sprawił, że ulice są mokre, błyszczą się z daleka. W oddali widać migoczące neony wokół Odenplan, jasne plamy w ciemności. Karlbergsvägen jedzie autobus, widać sylwetki ludzi, ale nie twarze.

To był ciężki rok dla całej policji, ale i dla mnie. Odstawiłem tabletki, chociaż długo nie wierzyłem, że to w ogóle możliwe.

Dzisiaj minęło trzysta siedemdziesiąt jeden dni, lecz ja mam wrażenie, że było ich znacznie więcej.

Żyłem z minuty na minutę, z godziny na godzinę. Dni dłużyły się niczym tygodnie, wydawało mi się, że jestem starszy, niż byłem. Jeśli nie mamy dokąd uciec, szybciej się starzejemy.

Ponownie wyjmuję list z kieszeni, oglądam go ze wszystkich stron, rozcinam kluczem kopertę.

W środku jest zdjęcie, wydrukowane na cienkim papierze, złożone na pół. I to wszystko.

Zdjęcie, śliskie i chłodne, przedstawia kobietę z ciemnymi włosami, szczupłą twarzą i dużymi oczami w kształcie migdałów. Ma na sobie ciemnozieloną kurtkę sięgającą jej do pasa, czarną koszulę i równie czarne dżinsy rurki, do tego masywne buty. Stoi na rogu, trudno powiedzieć gdzie, patrzy na ulicę, jakby na kogoś czekała.

Na odwrocie zdjęcia ktoś ręcznie zapisał numer telefonu i dwa słowa:

pomóż mi

Sięgam po komórkę, wybieram numer, przykładam aparat do ucha. Nikt nie odbiera. Rozłączam się, wchodzę do internetu i zaczynam szukać numeru, ale go nie znajduję.

Zdarza się, że ludzie robią sobie żarty z policji z zupełnie niewiadomych powodów. Przywykłem. Chociaż to chyba nie ten przypadek. Kobieta na zdjęciu wydaje mi się znajoma.

Kiedy Birck wraca z hotelu, składam zdjęcie, wsuwam je z powrotem do koperty, którą chowam w wewnętrznej kieszeni.

Radio policyjne podaje komunikat: ktoś znalazł ciało mężczyzny w mieszkaniu na Karlbergsvägen jakiś kilometr od miejsca, w którym jesteśmy. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to pojechać tam, ale najpierw musielibyśmy zadzwonić do wydziału śledczego i poprosić o pozwolenie. A kiedy w końcu udałoby się nam dotrzeć na miejsce, pewnie odesłano by nas z powrotem, bo inni byliby tam przed nami.

Jakiś mężczyzna zatrzymuje się przed Västmannagatan 66, wchodzi do klatki. Robimy obowiązkowe zdjęcie. Poniedziałek drugiego listopada przejdzie do historii jako kolejny nic nieznaczący dzień.

Komórka sygnalizuje przyjście SMS-a. Wysłano go z numeru, pod który przed chwilą dzwoniłem, numeru zapisanego na odwrocie zdjęcia.

jutro, 22.00

I adres gdzieś na Södermalmie, to wszystko.

kim jesteś, piszę. i dlaczego nie odbierasz, kiedy do ciebie dzwonię?

– Co się dzieje? – pyta Birck.

– A o co chodzi?

– Dziwnie wyglądasz.

– Nic się nie dzieje.

Godziny w samochodzie dłużą się niemiłosiernie.

Myślę o martwym mężczyźnie w mieszkaniu przy Karlbergsvägen. Miasto stało się uboższe o jedną duszę, ale Sztokholm już dawno przestał się tym przejmować.

2

Półtora roku temu zmarł Charles Levin, mój poprzedni szef. Zabrano mi moje tabletki. John Grimberg, który kiedyś, dawno temu, był moim najlepszym przyjacielem, zniknął.

Pustka we mnie staje się coraz większa. Nadal pracuję jako policjant kryminalny w wydziale zabójstw w City, ale trudno tkwić tak długo w jednym miejscu, kiedy wszystko wokół się zmienia. Coś musi zastąpić mi tabletki. Wiem, że nie tak łatwo skończyć z nałogiem, najczęściej jeden przechodzi w drugi: byli pijacy zostają pracoholikami, ćpuny zaczynają tracić pieniądze w kasynach, a potem, spłukani, sięgają po alkohol. Ci, którym rzeczywiście udało się uwolnić, mogą się łatwo pogubić.

Wolność. Dziwne słowo, jeśli zaczniemy się nad tym zastanawiać.

Kiedy ciemność spowija miasto, a zegarek pokazuje wpół do dziesiątej, sięgam po płaszcz i szalik. W ciągu dnia od czasu do czasu zerkałem na zdjęcie, przyglądałem się kopercie, w której zostało wysłane, analizowałem pismo.

Idę piechotą do Kungsholmstorg. Podjeżdża jadący na południe autobus, parska w chłodnym powietrzu. Wsiadam. Siedzę sam na tylnym siedzeniu, czuję ciepło i wibracje silnika. Kiedy mkniemy wzdłuż nabrzeża na Södermalmie, widzę po drugiej stronie zamarzniętą sylwetkę wesołego miasteczka, Gröna Lund.

Przy Tjärhovsplan wysiadam, sprawdzam adres podany w SMS-sie, skręcam w Tjärhovsgatan, znajduję bramę i sięgam do klamki. Drzwi są zamknięte, klatka jest czarna jak brzuch potwora, widać tylko spiralne schody wijące się ku górze.

Z cienia wychodzi mężczyzna. Ma na sobie ciemne ubranie, na głowie czapkę.

– Leo – mówi i bierze mnie spokojnie pod rękę. – Nie zrobię ci nic złego. Chodź.

Przez sekundę widzę, jak w jego ręce błyszczy niewielki scyzoryk, ostrze jest skierowane we mnie.

– Grim – mówię.

3

To było całkowicie niewytłumaczalne zniknięcie. Co do tego wszyscy byli potem zgodni.

Leżałem w szpitalnym łóżku, nękany silnymi bólami klatki piersiowej. Zostałem ranny, dokonując aresztowania w końcowym etapie dochodzenia, którego różne tropy sięgały daleko w przeszłość. Nie jestem pewien, czy dzisiaj potrafiłbym to wytłumaczyć. Do zatrzymania doszło, ponieważ John Grimberg przekazał nam kluczowe informacje.

Przekazał to złe słowo. Bo to nie był prezent. To był wynik negocjacji.

Grim przebywał na oddziale zamkniętym w szpitalu S:t Göran, ale w zamian za udzielenie policji informacji, otrzymał przepustkę. Twierdził, że chce się ze mną zobaczyć. Dlatego przyszedł do szpitala. Tak przynajmniej personel szpitala to potem opisywał: czynniki odpowiedzialne okazały się zbyt dobroduszne. Przyjaciel (tak mnie określił, jako swojego przyjaciela, co wydało mi się dziwne) był poważnie ranny. Grimberg obawiał się, że Junker może umrzeć. Dlatego chciał go odwiedzić. Cały czas był pilnowany, ale jeśli ktoś działa w dobrej wierze, zawsze zostawia jakąś szczelinę, którą z kolei ktoś, kto planuje ucieczkę, może wykorzystać. Nie można było winić personelu za to, co się wydarzyło.

Kiedy Grim do mnie przyszedł, powiedział – jeśli dobrze pamiętam – że się niepokoi i że chce mi coś powiedzieć. W ten sposób mnie zwiódł. To musiało tak być. Na wyciągnięcie ręki siedzieli ludzie, którzy mieli go pilnować, a on rozpłynął się w powietrzu.

Nikt nie wie, jak to się stało ani gdzie się podział.

Obaj dorastaliśmy w Salem, spędzaliśmy razem dużo czasu. Był niemal moim lustrzanym odbiciem. Potem się rozdzieliliśmy, on stał się dzieckiem podziemnego światka, jego dziełem. Żył, pomagając ludziom zniknąć, zaopatrywał ich w nowe tożsamości. Był bardzo zdolny, już wtedy to wiedziałem.

Tamtego lata, półtora roku temu, zniknął gdzieś w szpitalu. Pozostanie w ukryciu tak długo, jak długo nie będzie chciał się ujawnić.

Zastanawiałem się, gdzie mógł się podziać. Próbowałem wczuć się w jego sytuację, ale nie potrafiłem. Z czasem inne rzeczy zajęły moją uwagę, ale nie byłem w stanie o nim zapomnieć. Okazało się to niemożliwe. Grim był kiedyś moim najlepszym przyjacielem. Potem usiłował mnie zabić, mnie i Sam. Myślę, że chciał mnie ukarać. Okaleczył Sam na całe życie. U jednej ręki ma dzisiaj cztery palce.

Mnie też okaleczył.

Takie rzeczy wiążą ludzi, czy tego chcemy, czy nie.

Przeszedłem na drugą stronę. Kiedy mnie dotyka, wydaje mi się to nierzeczywiste. Jakby był duchem.

– No – mówi Grim. – I co ty na to?

– Gdyby nie głos, tobym cię nie poznał.

Włosy, które wystają spod czapki, nie są już jasne, tylko ciemnobrązowe, kanciasta twarz jest okrąglejsza, a niebieskie oczy brązowe. To on, ale przytył, twarz jest bardziej pulchna, kości policzkowe mniej wydatne niż dawniej. Jest napuchnięty, jakby był chory.

Ma na sobie workowate niebieskie dżinsy, na wełnianą bluzę włożył grubą ciemnobrązową kurtkę. Tak ubierają się robotnicy portowi. Ubranie nie leży na nim dobrze, jakby nie było jego.

– Chcesz zrobić mi krzywdę?

– Nie skrzywdzę cię. Już ci to powiedziałem.

– Mogę ci zaufać?

– A jak myślisz?

– Teraz już nic nie myślę.

Grim się śmieje.

– Nie powiem, żebym mógł mieć ci to za złe.

– Dokąd idziemy? – Tym razem to ja zadaję mu pytanie.

– Nie mam jakiegoś konkretnego celu. Takie spotkanie jest bezpieczniejsze.

– Bezpieczniejsze?

– Skręćmy w prawo.

Skręcamy w Tjärhovsgatan i kierujemy się w stronę kościoła Katarina Kyrka. Jest biały, podświetlony, lśni w listopadowym chłodzie.

– Potrzebuję twojej pomocy – mówi Grim.

– W czym?

– Dostałeś mój list?

– Inaczej by mnie tu nie było.

Jakiś starszy mężczyzna idzie ulicą, opiera się na lasce. Jego brzuch, wielki jak piłka plażowa, wypełnia płaszcz. Mija nas zdyszany.

– Rozpoznałeś kobietę na zdjęciu? – pyta Grim cicho, kiedy mężczyzna już nas minął.

– Tak.

– Chcę wiedzieć, kto to zrobił.

– Po co?

– Długo by tłumaczyć.

– Spróbuj.

– Nie dzisiaj wieczorem. Nie mamy tyle czasu.

Gdzieś daleko, może na Medborgarplatsen, ktoś odpala fajerwerki. Wybuchają na niebie, głuchy, przyjemny dźwięk.

Dochodzimy do kościoła. Od strony Mosebacke słychać wrzaski i hałasy.

– Nie wiem, kto to zrobił – mówię. – Nikt tego nie wie. Dlaczego to takie ważne?

Grim coraz bardziej się niecierpliwi.

– Możesz mi pomóc czy nie?

– Odzywasz się do mnie po półtora roku, prosisz mnie o coś i nie tłumaczysz nawet dlaczego. – Czuję w sobie złość, trawi mnie od środka. Nie potrafię powiedzieć, skąd się wzięła. – Obrażasz mnie.

– Wszystko ci wytłumaczę, ale przejrzyj stare protokoły. To wszystko, czego od ciebie żądam.

– To zbyt wiele.

Grim się zatrzymuje.

– Wkrótce znów się z tobą skontaktuję.

– Grim – mówię surowiej, niż zamierzałem. – Co się dzieje? Od jak dawna tu jesteś?

– Od tygodnia, może. Niedługo opowiem ci więcej.

– Tak?

– Dzięki, że przyszedłeś. Miło cię znów zobaczyć.

I wtedy na moment jego maska opada i znów go rozpoznaję.

Kolejna raca wznosi się ku niebu, wybucha gdzieś nad Götgatan. Przyglądam się jej chwilę, po czym znów odwracam się do Grima, ale wtedy już go tu nie ma, zniknął. Jakby zapadł się pod ziemię.

4

Sunę wzdłuż starych kamiennych budynków, przykładam dłoń do ścian i wmawiam sobie, że jestem w stanie wyczuć przez skórę wiek kamieni. Miasto przykuwa mój wzrok. Kolejna raca eksploduje na niebie.

Grima nie było przez półtora roku. Nauczyłem się żyć bez niego, nie odczuwać potrzeby jego obecności ani zagrożenia, które zawsze mi towarzyszyło, kiedy był w pobliżu.

I nagle wraca.

Znów stoję przed drzwiami na Tjärhovsgatan. To stąd, z tych ciemności wyszedł. Tu się zatrzymał, w tym domu? Przechodzę przez ulicę, podnoszę wzrok, przyglądam się elewacji, wpatruję w okna. Tylko w niektórych pali się światło, w większości jest ciemno.

Czekam, ale on się nie zjawia. Może już wszedł do środka, a może to przypadkowe miejsce, bez żadnego znaczenia. Może wybrał je właśnie dlatego, żebym nie mógł powiązać go z żadnym adresem. Gdybym postanowił go nie posłuchać.

Gdybym chciał go zdradzić. O dziwo, tak właśnie to odbieram.

Opadam na siedzenie w metrze.

Kobieta na fotografii. To dlatego się ze mną skontaktował. Nie żeby powiedzieć mi, że żyje i ma się dobrze, ani nie dlatego, że chciał się ze mną zobaczyć. Skontaktował się ze mną, bo mnie potrzebował. Grim traktuje ludzi jak narzędzia.

Wyjmuję zdjęcie. Kobieta nie jest świadoma tego, że ktoś ją fotografuje. To się czuje. Sytuacja wygląda na bardzo naturalną. Zdjęcie zostało zrobione w momencie, kiedy kobieta wydaje się być we własnym świecie. Jest bardzo piękna.

Wiem, kto to jest. To, co się wydarzyło, było straszne. Wszyscy tak uważali. I smutne.

Nie żyje już od ponad pięciu lat. Nie przyszło mi nawet do głowy, że coś mogło ją łączyć z Grimem.

Ale czy rzeczywiście coś ich łączyło? Co on tak naprawdę powiedział?

Uświadamiam to sobie dopiero, kiedy wysiadam z autobusu przy Fridhemsplan. Chronię przestępcę. Jeśli zachowam to dla siebie, to od tej pory będę miał to na sumieniu. Popełniam przestępstwo, chociaż w szeregach policji nie jest to wcale rzadkością. Często pozostaje bezkarne, ale równie często sprawy trafiają do sądu, a to oznacza koniec kariery. Co, do diabła, mam powiedzieć Birckowi czy Morovi?

No i jest jeszcze Sam. Właśnie, co mam powiedzieć Sam?

Zatrzymuję się przy Seven Eleven, kupuję lody i paczkę papierosów. Potem wracam do domu na Alströmergatan, jadę windą na trzecie piętro.

Jakkolwiek na to spojrzeć, bezbarwne mieszkanie przy Chapmansgatan było mieszkaniem singla. Cieszę się, że już się stamtąd wyprowadziłem. Pół roku temu ja i Sam przeprowadziliśmy się do trzech pokoi przy Alströmergatan. Mieszkanie ma duże, wysokie okna, wpada przez nie ciepłe światło. Parkiet skrzypi pod stopami, a z otwartego kominka w salonie zawsze rozchodzi się łagodny zapach drewna. Czasem, kiedy i ja i Sam mamy wolne, wybieramy się na aukcje antyków. Powoli meblujemy nasze pierwsze wspólne mieszkanie. To przyjemne uczucie, tak powinno się to odbywać.

Dzisiaj wieczorem wracam do domu z poczuciem wstydu w piersi.

– Nie śpisz – mówię. – Jest już po jedenastej.

– Hmm… – mruczy Sam. Leży wyciągnięta na kanapie, przykryta kocem. – Zdrzemnęłam się. – Poprawia poduszkę pod głową. – Co robiłeś tyle czasu?

Kłamstwo przychodzi mi łatwiej, niż powinno. Podejmuję decyzję bez namysłu:

– Przesłuchanie się przeciągnęło.

Nie chcę o tym myśleć.

Kit, nasz dwuletni kotek, przesuwa się wzdłuż ściany, przekrzywia łepek, po czym podchodzi do mnie i ociera się o moje łydki.

– Kupiłem lody.

Sam uśmiecha się sennie, przeciąga palcami po włosach, trze oczy i siada.

– Przynieś dwie łyżeczki.

5

Następne dni są inne, ale nie do końca. Codzienność ma swój rytm, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, nawet jeśli wszystko wokół się zmieniło.

Sypiam gorzej, niż sypiałem, stałem się bardziej rozkojarzony. Kiedy jestem z Sam czy w pracy, pilnuję, żeby nie trzymać komórki na wierzchu, chociaż prawdopodobieństwo, że Grim się odezwie tak szybko po naszym pierwszym spotkaniu, jest niewielkie. Nie wiem dlaczego, ale jestem tego pewien. Nie będzie szukał ze mną kontaktu. Łączy nas jakaś niewidzialna nić, niemal czuję ją w ręku.

Unikam tematów, które mogłyby prowadzić do rozmowy o Grimie. W pracy czasem ktoś mnie o niego pyta. Dziwi się, co się stało. Może coś słyszałem? Nie chcę kłamać, w ostatnich latach zbyt często mi się to zdarzało.

A mimo to wiem, że jeśli ktoś mnie o niego spyta, to skłamię. Nie wiem, czy to Grim, czy ja wbiłem niewidzialny klin między mnie a Sam. Nie mogę użyć argumentu, że go chronię, że chronię n a s. Mam wrażenie, że jest jedyną osobą, która mogłaby mnie zrozumieć. To możliwe. Na pewno jest jedyną, która mnie zna. A teraz znów połączyła nas tajemnica.

W radiu lecą wiadomości: w nocy spłonął ośrodek dla imigrantów, nie ma podejrzanych. Nie ma też nadziei na koniec wojny w Syrii, raczej przeciwnie. Liczba uchodźców, którzy przybywają do Szwecji z krajów dotkniętych wojną, zwiększa się z tygodnia na tydzień. Sytuacja jest nabrzmiała, szwedzcy pogranicznicy żyją w ciągłym napięciu, poprosili o wsparcie.

Potem będę właśnie to pamiętał. Czy to był omen? Być może.

Kobieta na fotografii. Nie mogę przestać o niej myśleć, o niej i o Grimie. Nie wiem, dlaczego tak utkwiła mi w pamięci, czy z powodu Grima, czy może naprawdę mnie zaciekawiła. Rzadka chwila, kiedy trudno powiedzieć, w czyim interesie człowiek występuje.

Mógłbym sprawdzić w bazie danych, zamiast bez przerwy o tym myśleć. Tak sobie tłumaczę, ale jednak długo się waham.

Rano trzeciego dnia wyszukuję jej nazwisko.

Chodzi o morderstwo popełnione w nocy z dwunastego na trzynastego października 2010 roku. Policyjne dochodzenie zakończyło się fiaskiem, sprawa trafiła do archiwum i nadal w nim tkwi. Na początku roku ma zostać przekazana grupie dochodzeniowej utworzonej przy tym, co kiedyś nazywało się Wojewódzką Policją Kryminalną, szwedzką odpowiedniczką amerykańskich cold case units1. Za niecałe dwa miesiące dokumenty będą już poza naszym zasięgiem.

Anja Morovi to moja szefowa. Należy do najlepszych policyjnych strzelców, ma dyplom z kryminologii i doskonale wie, jak kierować wydziałem takim jak wydział zabójstw. Jej gabinet jest mniejszy niż można się tego spodziewać, ale przyjemnie urządzony i jasny. Za dużym oknem kolejny sztokholmski dzień budzi się powoli do życia. Morovi siedzi za biurkiem na krześle z wysokim oparciem i przygląda się czemuś na monitorze, który przed chwilą włączyła.

– Kradzież na Barnhusgatan – mamrocze pod nosem. – W piątek rano. Czy ludzie naprawdę nie mają nic lepszego do roboty?

Patrzę na plastikowy kubek z kawą, który trzymam w dłoni. Czuję się nie w porządku.

Morovi wyłącza ekran i odwraca się do mnie.

– Chciałeś ze mną rozmawiać.

– Tak…

Nadal się waham. Ostatnia szansa, żeby się wycofać. Wyjść i udawać, że wszystko jest jak dawniej.

– Pamiętasz Angelicę Reyes?

– Tak.

– Zauważyłem, że wkrótce musimy przekazać sprawę.

– Skamieliny się ucieszą.

Morovi ma na myśli ludzi, którzy utrzymują porządek w dużym archiwum, w którym przechowywane są akta nierozwiązanych spraw. Dokumenty związane z zabójstwem Angeliki Reyes od lat zbierają kurz w którejś z przepastnych szaf archiwum.

– Zresztą co to ma za znaczenie – ciągnie Morovi. – Wydaje mi się, że ostatni raz ktoś po nie sięgał w dwa tysiące jedenastym roku.

– Pomyślałem, że może bym na nie zerknął.

– Ty? Nie masz nic innego do roboty?

– Mógłbym poświęcić na nie tydzień.

– Nie miałeś z tą sprawą nic wspólnego.

– W zasadzie nie. – Wiercę się na krześle, wypijam łyk kawy. – Ale może to i lepiej – mówię.

Morovi poprawia się na krześle, krzyżuje ręce na piersiach.

– Wszyscy padamy z wycieńczenia, nie mamy czasu, żeby porządnie zająć się bieżącymi sprawami, a ty chcesz wracać do sprawy sprzed pięciu lat?

– Tak.

– Ale dlaczego? Dlaczego właśnie sprawa Angeliki Reyes?

– Nigdy nie została wyjaśniona. Byłoby dobrze, gdyby udało nam się ją rozwiązać. A tydzień mogę jej poświęcić. O ile nic się nie wydarzy, wtedy oczywiście mnie odwołasz.

Morovi uśmiecha się niepewnie.

– Kłamiesz gorzej, niż ci się wydaje. Oczekuję, że za tydzień powiesz mi, o co tu tak naprawdę chodzi.

– Więc się zgadzasz?

– Potrzebujesz pomocy. To zbyt obszerny materiał dla jednej pary oczu. Niech Gabriel ci pomoże. Tylko nikomu o tym nie wspominajcie. Formalnie przydzielę was do jednej z dzisiejszych spraw. Przekonałeś mnie. Jeśli uda nam się ją rozwiązać, będzie to dobrze wyglądało. Ale nie chcę, żeby zaczęto plotkować, że wydział w ostatniej sekundzie próbuje ratować twarz. Nawet jeśli to prawda.

Komputer na biurku daje jakieś znaki. Morovi przewraca oczami, włącza monitor.

– Groźby karalne w Vanadislunden. Boże drogi, że też ludziom się chce.

Wstaję i zaczym iść do drzwi.

– Leo – słyszę jej głos za sobą.

Odwracam się.

– Tak?

– Bądź ostrożny. Niewyjaśnione sprawy to istny labirynt.

6

Cały materiał dotyczący sprawy Angeliki Reyes został spakowany do kartonów, które pokrywają jedną ścianę w dużym pomieszczeniu archiwum. Na każdym kartonie widnieje numer sprawy, napisany czarnym albo czerwonym tuszem. Stojąc pod jarzeniówką dającą zimne światło, przesuwam palcami po kartonach.

Może Grim chce mnie oszukać. Nie zdziwiłbym się. Jeśli tak, to zostanę wciągnięty w sprawę sprzed pięciu lat, która nie ma rozwiązania. Labirynt bez wyjścia.

Znajduję kartony, które zawierają materiały z początku dochodzenia, ładuję je na taczkę i wiozę do jednego z pokojów do pracy. Pomieszczenie jest stosunkowo nowe, ma szklane drzwi i duże okna, przypomina bardziej przezroczysty boks niż pokój. Ponieważ nikt nie powinien wiedzieć, że interesujemy się sprawą, rozsądniej będzie, jeśli będziemy pracować tu na dole, przynajmniej na razie.

Pomieszczenie jest zimne, skromnie umeblowane: drewniane biurko i kilka krzeseł. Sięgam po jedno z nich, siadam, przyglądam się kartonom. Przeszłość zaczyna powracać we fragmentach.

Przypominam sobie Angelicę Reyes, mimo że właściwie nie zajmowałem się tą sprawą. Byłem gdzieś na obrzeżu, uczestniczyłem w kilku przesłuchaniach świadków, sprawdzałem czyjeś rzekome alibi. Wielu z nas robiło takie rzeczy i wszyscy byliśmy zadowoleni, że nie musimy się w to bardziej angażować.

Jest piątek, szósty listopada, kilka minut po dziesiątej rano. Planowałem zaczekać na Bircka, ale kartony w dziwny sposób mnie przyciągają. Niecierpliwię się, nagle zapragnąłem jak najszybciej rozpocząć pracę.

Sprawca jest gdzieś w tych dokumentach. Pamiętam, że co do tego wszyscy byliśmy zgodni. Któreś z tych setek, może tysięcy nazwisk należy do sprawcy, do człowieka, który pozbawił ją życia.

Może nazwisko Grima też tam się pojawia? Jaki jest jego związek z tym morderstwem? Czy on i Angelica się znali? Prawdopodobnie nie, gdyby było inaczej, pewnie wiedziałbym o tym. Dlaczego tak mu zależy na poznaniu sprawcy?

Birck otwiera szklane drzwi pokoju.

– Angelica Reyes? – To pierwsze, co mówi. – Dlaczego? I to na dodatek w piątek.

– Wkrótce oddajemy sprawę. Morovi chce, żebyśmy ją wyjaśnili.

– Twierdziła, że to był twój pomysł.

– Też chcę, żeby została wyjaśniona.

– Dlaczego?

– Bo… jestem policjantem. To nie wystarczy?

– Ale dlaczego akurat ta sprawa?

– Już mówiłem. Wkrótce mamy przekazać ją dalej. Możemy zaczynać?

– Może odłożymy to do poniedziałku?

– Nie.

I w ten sposób rozpoczynamy pracę.

7

Prawie zawsze zaczyna się tak samo. Od ciała, w tym przypadku znalezionego wewnątrz, w domu. Niczego niepodejrzewający patrol nocny zostaje wezwany na miejsce, funkcjonariusze wysiadają z radiowozu. Na dworze siąpi złośliwy jesienny deszcz. Biegną do bramy, za którą czeka ich widok, którego nigdy już nie zapomną.

W ciągu kilku minut, nie więcej, odzywa się telefon w wydziale zabójstw. Tamtej nocy z dwunastego na trzynastego października 2010 roku słuchawkę podniósł komisarz Charles Levin, mój ówczesny szef.

Zgodnie z protokołem sporządzonym przez pierwszy patrol Levin dociera do kamienicy przy John Ericssonsgatan 16 trzydzieści pięć minut po północy. Po kolejnych pięciu minutach na miejsce przybywa jeszcze jeden funkcjonariusz z wydziału zabójstw, tym razem jeden z inspektorów kryminalnych.

Mamy szczęście, że to była sprawa Levina. Wszystko zostało wykonane tak jak powinno: wygrodzono starannie teren, natychmiast przeprowadzono badania techniczne w mieszkaniu ofiary, do akt dołączono pełną dokumentację wideo, funkcjonariusze przepytali mieszkańców kamienicy, rozmawiali też z potencjalnymi świadkami. Zaangażowano dodatkowych pracowników do przejrzenia nagrań z monitoringu, sprawę natychmiast przydzielono jednemu z prokuratorów, a przede wszystkim – cała dokumentacja była sporządzona bardzo dokładnie.

Pięć lat później ja i Birck znów się nad nią pochylamy. Pięć lat to prawie dwa tysiące dni, bardzo dużo w przypadku dochodzenia w sprawie o morderstwo, a jednak kiedy zaczynamy pracę, mamy wrażenie, jakbyśmy uchylali rąbka tajemnicy. Ktoś zostawił rysę na powierzchni czasu i kiedy teraz dotykamy jej palcem, cienka błona się napina i pozwala nam zajrzeć do innego świata.

John Ericssonsgatan to nie tyle ulica, ile szeroki pas jezdni na południowym Kungsholmen. Kończy się dość nagle, tuż przed wodą. Fasady kamienic stojących blisko wody są odnowione, na dolnych kondygnacjach mieszczą się bary, piekarnie, mieszkania mają balkony. Kamienice usytuowane dalej od wody prezentują się ładnie jedynie z daleka: klatki schodowe są zaniedbane, wilgotne, podobnie jak część mieszkań. Tu czynsze są niższe, i nie tylko z powodu gorszego położenia. Wiele kamienic jest zajętych przez klientów pomocy społecznej.

Właśnie w jednym z takich domów mieszka Angelica Reyes. Ma mieszkanie na trzecim piętrze, pokój z łazienką i aneksem kuchennym, drzwi do mieszkania są otwarte. Na progu stoi policjant, drugi jest w środku, stoi obok łóżka.

Angelica leży na łóżku.

Zdjęcia pokazują ją leżącą na plecach, ręce i nogi ma ułożone pod dziwnym kątem. Sprawca zadał jej łącznie dwadzieścia trzy ciosy nożem. Otarcia na ramionach i nogach i liczne rany na rękach świadczą o tym, że się broniła. Śmiertelne okazały się cztery głębokie rany na klatce piersiowej i brzuchu, nóż uszkodził wątrobę, jedną nerkę, przeciął prawe płuco.

Kiedy Levin wszedł do mieszkania, Angelica Reyes nie żyła od blisko godziny. Przeglądając dokumenty, niemal czuje się, że zarówno Levin, jak i pozostali funkcjonariusze są świadomi tego, jak niedawno wydarzyła się tragedia. To bardzo intymny moment.

Dokumentacja wideo z miejsca zbrodni obejmuje czas tuż po przybyciu patrolu, około godziny pierwszej w nocy. Film nagrał jeden z techników. Oglądam go z Birckiem, każdy z nas ma w ręku kubek z kawą.

– Dziwne – mówię. – Wygląda to jakoś inaczej.

– W porównaniu ze zdjęciami, tak?

Tak. Zdjęcia z miejsca zbrodni zamrażają konkretny moment, film w sposób nienaturalny rozciąga te momenty. To dziwne uczucie być świadkiem rzeczywistości sprzed pięciu laty, jakbym podglądał czyjś sen.

– „Na rękach są ślady po ukłuciach” – słyszę głos Levina gdzieś z głębi mieszkania.

Stoimy w progu. Kamera została właśnie włączona, obraz nieco drży, ale po chwili się stabilizuje. W głębi ktoś rozmawia przez telefon, słychać kobiecy głos podający PESEL Angeliki Reyes. W mieszkaniu, trudno powiedzieć gdzie konkretnie, gra radio. The Ronettes śpiewają Be My Baby. Widać kawałek okna, za szybą świeci latarnia, pada deszcz.

– „Ślady są stare – ciągnie Levin. – Poproszę lekarza sądowego, żeby sprawdził pod kolanami i w pachwinach. Spójrz tutaj, broniła się, na rękach są ślady po nożu, bardzo dużo śladów”.

Korytarz jest wąski i krótki, po lewej stronie widać półkę i wieszaki na kurtki i płaszcze. Na półce leżą szaliki i rękawiczki, panuje nieporządek, na podłodze pod wieszakiem leży wyblakły dywan, na nim stoją dość wysłużone buty, jasne sneakersy i trzy, może cztery pary butów na obcasach, jedne mają drewniane obcasy, wyglądają na ciężkie.

Po prawej stronie jest łazienka, a jeszcze dalej jedyny pokój w mieszkaniu. Część ściany po lewej stronie zajmuje aneks kuchenny z mikrofalówką i płytką do gotowania. Pozostałą część wypełnia czarny regał: kilka książek, jakieś zdjęcia, zwiędnięta roślinka w doniczce. Na środku pokoju widać niewielką kanapę obitą szarym materiałem, nikt się nią nie interesuje. Pod ścianą z prawej strony stoi łóżko, na którym leży Angelica Reyes, tak jak to było widać na zdjęciach, a jednak nie do końca tak.

– „Przepraszam – słychać głos Levina gdzieś poza kadrem. Ustępuje miejsca technikowi z kamerą. – Można zgasić radio?”.

– „Jeszcze nie – odpowiada jakiś inny głos. – Jeszcze go nie sprawdziliśmy”.

Obok łóżka stoi stolik nocny, na nim lampka. Na stoliku leży egzemplarz „Vogue’a”, książka, Szybki cash, paczka czerwonych marlboro, zapalniczka i banknoty, około dwóch tysięcy koron w nominałach po sto i pięćset.

Kamera pokazuje ciało ofiary. Podchodzi tak blisko, że ma się ochotę odwrócić wzrok. Gdzieś w głębi odzywa się komórka. Pojawia się lekarz sądowy. Jest pięć po pierwszej w nocy, trzynasty października.

Jedyne okno w mieszkaniu wychodzi na John Ericssonsgatan, widać przez nie dom po drugiej stronie ulicy i ciemny, zakryty chmurami kawałek nieba. Bez księżyca.

Patrzę na krople krwi na łóżku, na podłodze, na skórze ofiary. Co, do diabła, Grim mógł mieć z tym wspólnego?

Przed nami na stoliku obok komputera leży część wstępnego sprawozdania. Mój kolega przegląda je zmęczonym wzrokiem: skoroszyty, teczki, raporty. Pyta, jak mamy się do tego zabrać, od czego zacząć.

Tak daleko jeszcze nie wybiegałem myślą.

– Pójdziemy śladem sprawozdania, będziemy wiedzieć, co zrobili, a czego nie zrobili. Jeśli to nas do niczego nie doprowadzi, cofniemy się i spróbujmy odkryć, co przeoczyli.

Birck kiwa głową bez entuzjazmu.

– O co chodzi? – pytam.

– Dlaczego mieliby coś przeoczyć? Levin prowadził dochodzenie.

– Gdyby było inaczej, schwytaliby sprawcę.

– Tak, ale…

– Wiem, co chcesz powiedzieć.

– W porządku, to wszystko, co chciałem wiedzieć. – Birck śmieje się zmęczony. – A więc Levin przybywa na miejsce pięć minut po wpół do pierwszej w nocy. Jest trzynasty października. Kiedy poznają tożsamość ofiary?

– W momencie kiedy wchodzą do mieszkania. Kobieta była nam wcześniej znana.

– W protokołach muszą być jej dane – mówi Birck. – Możesz je znaleźć?

Wstaję, przeszukuję pierwszy karton. Birck stawia na stole kolejny, otwiera go. Pod skoroszytami z raportami z przesłuchań rodziny leży dokument, jakby na nas czekał: Historia Angeliki Reyes.

8

Kim była? Wszystkich zmarłych wyróżnia to, że nie mogą sami mówić we własnej sprawie. Historię życia Angeliki Reyes poznajemy dzięki informacjom zaczerpniętym z różnego rodzaju rejestrów, adnotacji w dokumentach i zeznań świadków, z którymi pozostawała w różnych relacjach.

– „Urodziła się w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku – czyta Birck na głos. – W Santiago w Chile. Jedynaczka. W wieku trzech lat przyjechała z rodziną do Sztokholmu, zamieszkali w jednym z tych wysokich bloków w Hallundzie. Ojciec dostał pracę mechanika w jakiejś firmie w Farście, matka zatrudniła się jako sprzątaczka w szpitalu w Huddinge”.

Hallunda to trudne miejsce dla małego dziecka, ale Angelica Reyes poradziła sobie. Wcześnie nauczyła się czytać i pisać, nauczyciele chwalą jej prace domowe: jest zdolna, lubi szkołę. W podstawówce i jeszcze na początku gimnazjum była bardzo pracowita. I bardzo lubiana. Wielu nauczycieli wspomina, że dzieci co jakiś czas zamieniały się miejscami, żeby siedzieć koło niej.

– Posłuchaj – mówi Birck i uderza palcem w kartkę papieru. – „Dziecko, które siedziało z nią w ławce, czerpało z jej wsparcia i poprawiało swoje wyniki w nauce”.

Birck podnosi głowę znad kartki.

– To miłe – mówię. – Ale i smutne.

Trenowała gimnastykę w miejscowym klubie, w jakichś zawodach zajęła trzecie miejsce. Chciała zostać stewardesą. Mogłoby się wydawać, że to dość niezwykłe marzenie jak na dziewczynę z blokowiska, ale może jednak nie do końca. Angelica Reyes była ciekawa świata. Jeszcze kiedy była nastolatką, ciągnęła ją przygoda, i to nie minęło.

Trudno jest z tak długiej perspektywy czasu śledzić stopniowe zmiany, jakie w niej zachodziły. Możemy co najwyżej się ich domyślać. Ciągoty do przygód pozostały, ale zaczęły się nieco inaczej wyrażać. Przyjaciółka mówi, że Angelica już jako piętnastolatka paliła marihuanę. To prawda? Może. Przyjmijmy, że tak.

Nieco później słuchamy z Birckiem nagrań z przesłuchań, prowadzonych na początku śledztwa. Uznano, że dobrze uzupełniają jej obraz. Zostały zachowane jako cyfrowe pliki dźwiękowe na pamięci USB. Birck wciska jakieś klawisze, wydaje się zdezorientowany.

– Nie są uporządkowane chronologicznie – mamrocze pod nosem. – Czegoś tu chyba brakuje. To niepodobne do Levina.

– Levin nie lubił komputerów – wchodzę mu w słowo. – Więc to pewnie wina jednego z jego asystentów.

Słychać, jak różni ludzie opowiadają o Angelice. Kiedy staje się nastolatką, bardzo się zmienia, ale trudno wywnioskować coś konkretnego.

– „Ona, no wiesz… – opowiada jeden z jej kolegów z gimnazjum – Zaczęły się dziać różne rzeczy. Do szóstej klasy było w porządku. Potem zaczęła palić papierosy i pić. Chodziła na imprezy ze starszymi chłopakami i takie tam. I wagarowała, a jak już zjawiała się w szkole, to spędzała czas w palarni. A potem, w siódmej, może ósmej klasie, już w gimnazjum, coś się wydarzyło. Powiedziała, że była na imprezie i została zgwałcona. Chyba wtedy miarka się przebrała. Nikt jej nie uwierzył. Zaczęły się plotki. Dziwka, szmata, tak o niej mówiono. Być może uprawiała seks, ale czy naprawdę została zgwałcona? Wszyscy się śmiali. Nigdy nie zgłosiła tego na policję. To było słowo przeciwko słowu. A kiedy po kilku miesiącach okazało się, że nadal się z nimi zadaje, z tymi chłopakami, którzy niby mieli ją zgwałcić, że pali z nimi trawkę i nocuje u jednego z nich, uznano to za dowód, że do żadnego gwałtu nigdy nie doszło. Powszechnie uważano, że ma nie po kolei w głowie, bo kto by się zadawał z kimś, kto cię zgwałcił? I kto oskarża niewinnych ludzi o coś takiego? Chciała zwrócić na siebie uwagę i tyle. Tak uznaliśmy”.

Głos milknie. Po chwili mężczyzna mówi dalej:

– „Nie zastanawiałem się nad tym jakoś szczególnie. Dopiero teraz dociera do mnie, że być może nie miała się do kogo zwrócić. Miała tylko tych chłopaków”.

Birck patrzy na ekran komputera.

– Niech to szlag. – Spogląda na pozostałe materiały. – Gwałt został udokumentowany?

Nie został. Nie zgłoszono sprawy na policję, nie było świadków, jedynie plotki. Przestępstwo, które z czasem zniknęło, jak wiele innych.

Rodzice szybko przestali sobie z nią radzić. Wsparcie ze strony opieki społecznej okazało się mało skuteczne. Angelica uzależniła się od benzo i we wrześniu 2003 roku sąd nakazał umieścić ją w zakładzie dla trudnej młodzieży. Wyszła po kilku miesiącach i wróciła do swojego poprzedniego życia.

Sztokholmska jednostka do spraw prostytucji odnotowuje, że zaczęła nadużywać alkoholu i leków.

– „Jesienią dwa tysiące siódmego roku – czytam – zostaje zatrzymana. Kiedy ma wyjść na wolność, urząd kontaktuje się z opieką społeczną i dowiaduje się, że Reyes już od jakiegoś czasu nie ma stałego miejsca zamieszkania, pomieszkuje u znajomych i przyjaciół. Osoby te są znane jednostce, to prostytutki i sutenerzy”.

– Jasne – stwierdza Birck.

Można się domyślać, jakie były jej dalsze losy: została skazana za posiadanie nielegalnych środków odurzających, pewnego razu znaleziono ją w mieszkaniu, które według obyczajówki funkcjonowało jako burdel. Potem przeszła odwyk, była uzależniona od amfetaminy. Mieszała speed z opiatami, speedballing: tak zapisano w karcie. W końcu, dzięki pomocy kuratora z opieki społecznej, który po jej zabójstwie był kilkakrotnie przesłuchiwany, dostała mieszkanie przy John Ericssonsgatan 16. Została tam zameldowana pierwszego marca 2009 roku.

Trzynastego października 2010 roku właśnie w tym mieszkaniu została znaleziona martwa, zadźgana nożem we własnym łóżku.

Hallunda, Norsborg, Salem. Różne miejsca, a jednak podobne. W biografii Angeliki Reyes rozpoznaję siebie. Widzę nas obu, mnie i Grima, gdzieś tam za kulisami. Jesteśmy o kilka lat starsi, ale to nie ma znaczenia.

Myślę o tym, jak została zgwałcona, mając trzynaście, może czternaście lat. U nas takie historie też się zdarzały, byli ludzie, którym się w życiu nie powiodło. Ktoś rzucił kiedyś, że typowym ptakiem dla Norsborga jest policyjny śmigłowiec. Ludzie się śmiali. Ktoś zaprotestował, że przecież śmigłowiec to nie ptak.

– No dobrze – stwierdza w końcu Birck. – Rozumiem, że od początku było wiadomo, że martwa kobieta jest prostytutką. Pieniądze na jej nocnym stoliku, dwa tysiące koron, świadczą o tym, że niedawno miała klienta. Zakładają, że to on.

– Albo sutener.

– To prawie nigdy nie jest sutener. Dziewczyny są dla nich zbyt cenne. Obstawiam klienta. Daje Reyes pieniądze, a ona kładzie je na nocnym stoliku. A potem dzieje się coś, co sprawia, że facet wpada w szał.

– Na przykład co?

– No cóż, może mu nie staje, a Reyes mu to wypomina? On uznaje, że sobie z niego drwi, czasem nie trzeba więcej. Mam wrażenie, że często się zdarza, że facet nie może, kiedy w końcu nadarza się okazja. Tamtego wieczora miała pecha, że trafiła na porywczego faceta, przekonanego, że cała jego męskość tkwi w jego wacku.

– Taka hipoteza się pojawiła – mówię. Przeglądam sprawozdania, szukam notatki sporządzonej przed pierwszą odprawą.

– Zapewne jest prawdziwa. W takich przypadkach zwykle tak jest. Tyle że tym razem nie udało im się znaleźć właściwego faceta. Wiem, że to niepoprawne politycznie, ale mam to gdzieś i powiem wprost, że to typowe zabójstwo kurwy, a policja miała pecha i nie udało im się złapać sprawcy. – Birck patrzy na mnie. – Nie wierzysz mi?

– Nie wiem – mówię i zerkam na zegarek. – Zaraz pora lunchu.

– Właśnie. Jestem umówiony ze znajomym z zakładu medycyny sądowej. Jest specem od DNA, może będzie mógł nam pomóc. – Birck śmieje się sarkastycznie. – Chodzi mi o to, że każda pomoc nam się przyda. A ty co zamierzasz robić?

Ja jestem umówiony z Sam.

9

Trzeba nauczyć się ze sobą żyć, przychodzi mi do głowy, kiedy siedzę naprzeciwko niej przy jednym ze stolików przy oknie w Mäster Anders. Myślę, że jeśli opanuje się tę sztukę, to jest się w stanie poradzić sobie ze wszystkim.

Nauczyć się ze sobą żyć. To nie jest proste.

– Nie uważam, że musimy mieć dzieci już teraz – mówię. – Ale może powinniśmy o tym porozmawiać.

– Już o tym rozmawialiśmy.

– Nie chcesz?

Sam wkłada do ust kawałek sznycla, żuje powoli.

– To ja podjęłam temat.

– Właśnie. I co się zmieniło?

– Ja… – wypija łyk lekkiego piwa. – Nie wiem.

– To ma coś wspólnego ze mną?

– Nie podobają mi się twoje buty.

– Moje buty?

Śmieje się.

– Żartowałam.

– Bardzo zabawne.

– Przepraszam. – Sięga po moją dłoń. Jej ręka jest ciepła i gładka. – Żartuję, kiedy jestem zdenerwowana.

– Wiem.

To ona pierwsza zaczęła mówić o dzieciach. W ten sposób pojawił się u nas Kit, kot, który tak naprawdę do niczego się nie nadaje, szwenda się tylko apatycznie po mieszkaniu. Chyba chodziło o to, żebyśmy mogli się przekonać, czy jesteśmy w stanie wziąć odpowiedzialność za coś bardziej żywotnego niż roślinki w doniczkach. Początkowo mnie to przerażało, ale potem coś się zmieniło. Coś we mnie.

Pod koniec lata spędziliśmy tydzień w Atenach. Mieliśmy się opalać, kąpać, zwiedzać antyczne zabytki, podziwiać sztukę i architekturę. Ale nagle grecka gospodarka się załamała, a wkrótce potem pojawiły się informacje o tragedii uchodźców na Morzu Śródziemnym. Ponieważ nie mogliśmy już odwołać wyjazdu, zdecydowaliśmy się pojechać i przekonać się na miejscu, czy będziemy w stanie jakoś pomóc. Rozdawaliśmy zabawki i butelki z wodą rodzinom, które spotykaliśmy po drodze, ale nie było ich wiele. I to właśnie było najdziwniejsze: uchodźców właściwie nie było. Nie odczuwało się ich obecności. Przybyli tu i nagle zniknęli.

Podziwianie miasta, w którym ludzie mogli ot tak sobie zniknąć, nie przemawiało do nas, więc większość czasu spędziliśmy w pokoju hotelowym, uprawiając seks. Pewnego razu Sam wyszła z łazienki zmartwiona. Jej szczupłe wytatuowane ciało było nagie, błyszczało w upale.

– Chyba mam owulację – powiedziała.

Przez resztę pobytu w Atenach czułem się poruszony, było to dziwne uczucie, którego nie potrafiłem nazwać. Sam nie zaszła w ciążę. Odetchnęła z ulgą, podczas gdy ja… No właśnie, ja poczułem zawód. Nie, to nie jest właściwe określenie. Nie potrafię powiedzieć, co tak naprawdę poczułem…

– Czym teraz się zajmujesz? – pyta Sam, przerywając mój tok myśli. – To znaczy w pracy – dodaje.

– Skończyliśmy rozmawiać o dzieciach?

– Leo. Daj mi trochę czasu. Czym teraz się zajmujesz?

– Siedzę nad jakąś starą sprawą. Wkrótce mamy ją oddać. Jeśli tak się stanie, Morovi potraktuje to jako osobistą porażkę. Dała nam tydzień.

– Kto ją pierwotnie prowadził?

– Levin.

– Rozumiem.

Wracamy do jedzenia, nie rozmawiamy ani o dzieciach, ani o pracy. To dobrze, ale nadal czuję się zdołowany. Tyle lat pracowałem razem z Levinem, najpierw w wydziale zabójstw, potem – krótko – w wydziale dochodzeń wewnętrznych, a mimo to o tylu rzeczach mi nie mówił.

A potem umarł.

Po przejściu na emeryturę w zeszłym roku wyjechał ze Sztokholmu. Bez słowa. Nikt nie wiedział, dokąd pojechał, aż pewnego dnia znaleziono jego ciało w domku w niewielkiej osadzie Bruket. Zmarł od strzału w skroń. Dosięgły go stare tajemnice, a ja zostałem w to wplątany, mimo że tak naprawdę nie miałem z tym nic wspólnego. Pojawiły się plotki, kłamstwa, sam nie wiedziałem, co o tym sądzić, co było prawdą, a co nie. Podczas zatrzymania sprawcy zostałem ranny i trafiłem do szpitala, i właśnie wtedy Grim zniknął.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Cold case units – specjalne wydziały policji zajmujące się tzw. zimnymi sprawami, czyli nierozwiązanymi sprawami morderstw (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cienka niebieska linia Kłamca i jego kat Przed upadkiem Niewidzialny człowiek z Salem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer