Nędznicy t.2

Nędznicy t.2

Autorzy: Victor Hugo

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 16.70 zł

 

Rodzina Jondrette, złożona z ojca, matki, dwóch nastoletnich córek Eponiny i Anzelmy oraz dwunastoletniego Gavroche'a żyje w paryskie ruderze. Ich sąsiadem jest Mariusz Pontmercy.

Narrator cofa się w czasie, by opisać dzieciństwo Mariusza: wychowywał go dziadek, zajadły rojalista, nienawidzący rewolucji i Napoleona. Uniemożliwiał on chłopcu kontakt z ojcem, pułkownikiem napoleońskim. Mariusz dowiaduje się, że jego ojciec, nie mogąc się z nim spotykać, wielokrotnie obserwował syna podczas nabożeństw w kościele, ukrywając się za filarem. Ta i inne opowieści wstrząsają młodym człowiekiem i skłaniają go do poznania historii rewolucji i Cesarstwa, których dotąd nienawidził.

Któregoś dnia, w czasie spaceru w Ogrodzie Luksemburskim, Mariusz spotyka młodą dziewczynę w towarzystwie starszego mężczyzny. Zachwycony jej urodą, zaczyna śledzić oboje. Zostaje dostrzeżony przez jej opiekuna; w rezultacie dziewczyna przestaje przychodzić do ogrodu. Nieoczekiwanie tajemnicza piękność razem z opiekunem, znanym z dobroczynności trafia do jego sąsiadów. Ci jednak szykują na bogatego filantropa pułapkę.

W tym czasie zaczyna się kolejny zryw Wiosny Ludów (tzw. dni czerwcowe). Gavroche i Javert dołączają do ochotników na barykadach…

CZĘŚĆ TRZECIA. MARIUSZ

ROZDZIAŁ PIERWSZY

PARYŻ OGLĄDANY W SWOIM ATOMIE

PARVULUS1

Paryż ma dziecko, a las ma ptaka; ptak się nazywa wróblem, dziecko – ulicznikiem.

Połączcie te dwie rzeczy, z których jedna zawiera obraz pieca ognistego, druga jutrzenki; zetknijcie te dwie iskry, Paryż i dzieciństwo, a powstanie z tego mała istota. Homuncio2, powiedziałby Plaut3.

Ten mały stwór jest wesoły. Nie codziennie jada, ale codziennie, jeśli ma ochotę, chodzi do teatru. Nie ma koszuli na grzbiecie, trzewików na nogach, dachu nad głową – obywa się bez tego jak muchy. Liczy sobie siedem do trzynastu lat; żyje gromadnie, obija bruki, mieszka pod gołym niebem, nosi stare spodnie po swoim ojcu, które spadają mu niżej pięt, stary kapelusz jakiegoś innego ojca, który spada mu niżej uszu, jedną szelkę z żółtej krajki, biega, tropi, żebrze, marnuje czas, pyka z fajeczki, klnie jak potępieniec, włóczy się po szynkach, zna się ze złodziejami, jest na ty z dziewczynami ulicznymi, mówi złodziejskim językiem, śpiewa sprośne piosenki i nic złego nie ma w sercu. Bo w duszy ma perłę, niewinność, a perły nie rozpuszczają się w błocie. Dopóki człowiek jest dzieckiem, Bóg chce, żeby był niewinny.

Gdyby zapytać olbrzymiego miasta: Co to takiego? – odpowiedziałoby: To mój mały.

PRZYSZŁOŚĆ UKRYTA W LUDZIE

Wśród ludu paryskiego nawet człowiek dorosły zawsze jest chłopcem z ulicy.

Rasa paryska, podkreślić to należy, występuje głównie na przedmieściach; tam krew jest czysta, tam oblicze jej jest prawdziwe; tam lud pracuje i cierpi, a cierpienie i praca są to dwa kształty człowieka. Tam są niezgłębione złoża istot nieznanych, pomiędzy którymi roją się najdziwniejsze typy, od tragarza z la Râpée do rakarza z Montfaucon. Fex urbis4 – woła Cyceron5; „mob” – dodaje oburzony Burke6; gawiedź, ciżba, pospólstwo. Jakże łatwo wymawiają się te słowa! Lecz niech i tak będzie. Cóż z tego? Cóż z tego, że chodzą boso? Nie umieją czytać? Tym gorzej. Czy dlatego opuścicie ich? Czy niedolę ich uczynicie przekleństwem? Czy światło nie może przeniknąć w te tłumy? Wróćmy do tego okrzyku: Światła! – i przy nim trwajmy niewzruszenie: Światła! Światła! Któż wie, czy te ciemności nie staną się przejrzyste? Czy rewolucje nie są przemianami? Idźcie, filozofowie, nauczajcie, oświecajcie, zapalajcie, myślcie głośno, mówcie głośno, biegnijcie radośnie w biały dzień, bratajcie się z ulicą, zwiastujcie dobre nowiny, rozdawajcie elementarze, ogłaszajcie prawa, śpiewajcie Marsylianki, szerzcie zapał, zrywajcie z dębów zielone gałązki. Uczyńcie z idei taneczne koło. Tłum ten można uszlachetnić. Umiejmy korzystać z tego pożaru zasad i cnót, który się iskrzy, wybucha i drga w pewnych godzinach. Te nogi bose, te ręce gołe, te łachmany, to nieuctwo, to upodlenie, ta ciemnota mogą być użyte dla zdobycia ideału. Wpatrzcie się w lud, a zobaczycie prawdę. Niech ten nędzny piasek, który depczecie nogami, wrzucony zostanie do pieca, niech się stopi i niech zakipi, a przekształci się w świetny kryształ, a za jego to pomocą Galileusz i Newton odkryją nowe gwiazdy.

MAŁY GAVROCHE

Jakieś osiem lub dziewięć lat po tym, cośmy opowiedzieli w pierwszej części tej książki, widywano na bulwarze Tempie i w okolicach wieży ciśnień małego chłopca, lat jedenastu, najwyżej dwunastu, który by dosyć dokładnie odpowiadał skreślonemu powyżej typowi ulicznika, gdyby z uśmiechem właściwym jego wiekowi nie łączyło się serce ponure i zupełnie puste. Dzieciak ten przyodziany był w męskie spodnie, lecz nie dostał ich od ojca, i w kaftan kobiecy, ale niebędący darem matki. Jacyś ludzie ubrali chłopca w owe łachmany przez miłosierdzie. A jednak miał i ojca, i matkę. Lecz ojciec nie myślał o nim, a matka nie kochała go wcale. Było to jedno z tych dzieci godnych litości, które mają i ojca, i matkę, a są sierotami.

Chłopiec ten nigdzie nie czuł się tak dobrze jak na ulicy. Bruk był dla niego mniej twardy aniżeli serce matki.

Rodzice kopnięciem pchnęli go w życie.

Całkiem po prostu poszedł więc przed siebie.

Był to chłopiec hałaśliwy, blady, zwinny, bystry, dowcipny, z wyglądu pełen życia i wątły zarazem. Chodził, biegał, śpiewał, grał na piszczałce, grzebał w rynsztokach, trochę kradł, ale na sposób kotów i wróbli, wesoło śmiał się, kiedy nazywano go wisusem, gniewał się, kiedy nazywano go włóczęgą. Nie miał schronienia ani chleba, ani ognia, ani miłości; był jednak wesoły, ponieważ był wolny.

Gdy podobne istotki stają się ludźmi, prawie zawsze koło porządku społecznego najeżdża na nie i miażdży, lecz dopóki są dziećmi, wymykają się mu. Są tak małe, że schronić się mogą w najmniejszej szparce.

Jednak, choć tak opuszczony przez rodziców, chłopiec co dwa lub trzy miesiące mówił sobie: No, pójdę zobaczyć mamę. Wówczas porzucał bulwar, cyrk, bramę Saint-Martin, szedł na wybrzeża, przechodził przez mosty, kierował się ku przedmieściom, dochodził do ulicy Salpêtrière i docierał – dokąd? Otóż do podwójnego numeru 50/52, znanego już czytelnikowi, do rudery Gorbeau.

W tym czasie rudera 50/52, zwykle pusta i wiecznie przyozdobiona napisem: „Pokoje do wynajęcia”, była – rzecz dla niej rzadka – zamieszkana przez kilka osób, które zresztą – jak to bywa zawsze w Paryżu – nie utrzymywały stosunków ani nie miały z sobą nic wspólnego. Należały one do tej ubogiej klasy, która rozpoczyna się od drobnego mieszczanina, będącego w ciągłych kłopotach pieniężnych, i ciągnie się z nędzy w nędzę, aż do najniższych dołów społecznych, aż do dwóch istot, na których się kończy cała materialna strona cywilizacji: do czyściciela rynsztoków, który zmiata błoto, i do gałganiarza, który zbiera szmaty.

„Główna lokatorka” z czasów Jeana Valjeana umarła i jej miejsce zajęła inna, zupełnie do niej podobna. Nie wiem, który filozof powiedział: „Nigdy nie brak starych kobiet”.

Ta nowa staruszka nazywała się pani Burgon i w jej życiu nie było nic szczególnego oprócz dynastii trzech papug, które kolejno panowały nad jej sercem.

Do najnędzniejszych mieszkańców domostwa należała rodzina złożona z czterech osób: ojca, matki i dwóch córek, już dość dużych; wszyscy czworo mieścili się w tej samej izbie, jednej z owych klitek, o których już mówiliśmy.

Rodzina ta na pierwszy rzut oka nie odznaczała się niczym, oprócz niezwykłego niedostatku. Ojciec, wynajmując pokój, oświadczył, że się nazywa Jondrette. Wkrótce po dokonaniu przeprowadzki, która dziwnie była podobna – żeby użyć wiekopomnego wyrażenia głównej lokatorki – do „przenosin, w których nic się nie niesie”, powiedział tej kobiecie, która tak jak jej poprzedniczka pełniła zarazem obowiązki odźwiernej i zamiatała schody: „Matko taka a taka, jeżeliby ktokolwiek przypadkiem przyszedł i pytał o Polaka lub Włocha, a może o Hiszpana, to jestem ja”.

Była to właśnie rodzina wesołego obszarpańca. Przychodził i znajdował nędzę, ale – co o wiele smutniejsze – żadnego uśmiechu: chłód w izbie i chłód w sercach. Kiedy się zjawiał, pytano go: Gdzie byłeś? Odpowiadał: Na ulicy. Kiedy wychodził, pytano go: Dokąd idziesz? Odpowiadał: Na ulicę. Matka mówiła mu: Czego tutaj szukasz?

To dziecko żyło bez miłości, jak owe blade rośliny w piwnicach. Nie cierpiał z tego powodu i do nikogo nie czuł żalu. Nie wiedział właściwie, jacy powinni być ojciec i matka.

Zresztą matka kochała jego siostry.

Zapomnieliśmy powiedzieć, że na bulwarze Tempie nazywano to dziecko małym Gavroche’em. Dlaczego nazywał się Gavroche? Prawdopodobnie dlatego, że ojciec jego nazywał się Jondrette.

Zacieranie śladów, zrywanie związków – to jakby instynkt w niektórych rodzinach nędzarzy.

Pokój, w którym mieszkali Jondrette’owie w ruderze Gorbeau, leżał na samym końcu korytarza. Sąsiednią izdebkę zajmował pewien młody człowiek, bardzo ubogi, którego nazywano panem Mariuszem.

Powiedzmy, kim był ten pan Mariusz.

1 malec (łac.)

2 człowieczek (łac.)

3 Plaut (Tytus Makcjusz) – komediopisarz rzymski z przełomu III i II wieku p.n.e.; wprowadzał do swych utworów postaci z ludu.

4 motłoch miejski (łac.)

5 Cyceron (Marek Tuliusz) – polityk, mówca i filozof rzymski z w. p.n.e.

6 Burke (Edmund) – reakcyjny polityk angielski z drugiej połowy XVIII w.; zajadły przeciwnik rewolucji francuskiej,

ROZDZIAŁ DRUGI

WIELKI MIESZCZANIN

DZIEWIĘĆDZIESIĄT LAT I TRZYDZIEŚCI DWA ZĘBY

Przy ulicy Boucherat, przy ulicy Normandzkiej i przy ulicy Saintonge żyją do dziś dawni mieszkańcy, którzy znali jeszcze człowieka zwanego panem Gillenormandem i chętnie go wspominają. Człowiek ten był starcem już za czasów ich młodości. Dla tych, którzy melancholijnie spoglądają w niewyraźne rojowisko cieni nazywane przeszłością, postać jego nie całkiem jeszcze znikła z labiryntu ulic sąsiadujących z Tempie, którym za Ludwika XIV nadano nazwy wszystkich prowincji Francji, zupełnie tak samo jak za naszych czasów ulice nowej dzielnicy Tivoli otrzymały nazwy wszystkich stolic europejskich. W tym postępowaniu, powiedzmy nawiasem, widać skutki postępu.

Pan Gillenormand, który w 1831 r. był jak najbardziej żywy, należał do rzędu tych ludzi, którzy wzbudzają chęć oglądania ich jedynie dlatego, że długo żyli, i którzy niezwykli są dlatego, że niegdyś podobni do wszystkich, stali się niepodobnymi do nikogo. Był to niezwykły starzec i prawdziwy przedstawiciel innego wieku, doskonały i nieco wyniosły mieszczanin z osiemnastego stulecia, dumny ze swego starego mieszczańskiego rodu jak markiz ze swego markizatu. Ukończywszy dziewięćdziesiąt lat, chodził prosto, mówił głośno, widział wyraźnie, pił do dna, jadł, spał i chrapał. Miał wszystkie trzydzieści dwa zęby. Okulary wkładał tylko do czytania. Był usposobienia koch­liwego, lecz twierdził, że od dziesięciu lat stanowczo i ostatecznie wyrzekł się kobiet. Powiadał, że nie może się już im podobać, ale nie dodawał: Jestem zbyt stary – lecz: Jestem zbyt ubogi. Mówił: Gdybym nie był zrujnowany... ho, ho! Istotnie, pozostał mu tylko dochód około piętnastu tysięcy liwrów7. Marzeniem jego było dostać spadek i mieć sto tysięcy franków renty, ażeby móc utrzymywać kochanki. Nie należał więc, jak widzimy, do rodzaju tych schorowanych osiemdziesięciolatków, którzy, jak Wolter, konają przez całe życie; nie była to długowieczność pękniętego garnka; ten chwacki starzec był zawsze zdrów. Powierzchowny, gwałtowny, łatwo wpadał w gniew. Burzył się z każdego powodu, najczęściej bez żadnej rozumnej przyczyny. Kiedy mu kto przeczył, podnosił laskę i bił jak za czasów wielkiego stulecia. Miał córkę przeszło pięćdziesięcioletnią, niezamężną, którą w gniewie tłukł mocno, a chętnie by ją nawet ćwiczył batem, jak gdyby miała osiem lat. Energicznie policzkował służbę, mówiąc: O, ty ścierwo! Pan Gillenormand uwielbiał Burbonów, a rok 1789 budził w nim wstręt i zgrozę; opowiadał nieustannie, w jaki sposób uratował się w czasie terroru i ile potrzebował wesołości i dowcipu, ażeby ocalić głowę. Kiedy kto z młodzieży odważył się pochwalić w jego obecności republikę, siniał i wpadał w gniew aż do utraty zmysłów. Czasami robił aluzję do swoich dziewięćdziesięciu lat i powiadał: Mam nadzieję, że nie będę oglądał dwa razy roku dziewięćdziesiątego trzeciego.

NA CHWILĘ ZJAWIA SIĘ MAGNON I JEJ DWAJ MALCY

Pan Gillenormand uzewnętrzniał ból w postaci złości; wściekał się na własną rozpacz. Miał on wszystkie możliwe przesądy i pozwalał sobie na wszelkie wybryki. Do cech, które składały się na jego zewnętrzny obraz i dostarczały mu wewnętrznej satysfakcji, należało przekonanie, że jest wciąż kobieciarzem, tudzież skłonność do uchodzenia za takiego w najwyższym stopniu. Mawiał, że to znaczy mieć „renomę królewską”. Ta królewska renoma robiła mu czasem osobliwe niespodzianki. Pewnego dnia przyniesiono mu w kobiałce, niczym dwa tuziny ostryg, okazowego noworodka, drącego się wniebogłosy i należycie opatulonego w powijaki, a którego ojcostwo przypisywała mu odprawiona przed pół rokiem służąca. Pan Gillenormand miał wtedy ni mniej, ni więcej tylko osiemdziesiąt cztery lata. W całym domu oburzenie i rwetes. Co ta bezwstydna łajdaczka sobie myśli? Co za bezczelność! Co za ohydne oszczerstwo! Pan Gillenormand natomiast wcale się nie zdenerwował. Popatrzył na powijaki z dobrotliwym uśmiechem człowieka, który w oszczerstwie odczuwa pochlebstwo, i powiedział do obecnych: – No i co? Co się stało? Co w tym jest nadzwyczajnego? Rozdziawiliście usta jak ludzie, którzy o niczym nie mają pojęcia. Książę d’Angoulême, bękart jego królewskiej mości Karola IX, ożenił się w osiemdziesiątym piątym roku życia z piętnastoletnią podfruwajką; markiz d’Alluye, brat kardynała de Sourdis, arcybiskupa Bordeaux, liczył sobie osiemdziesiąt trzy lata, kiedy miał z pokojówką pani Jacquin, żony prezesa trybunału, prawdziwe dziecko miłości, syna, który został później kawalerem maltańskim i radcą stanu. W takich wypadkach nie ma nic niezwykłego. A co się dzieje w Biblii? To rzekłszy, oświadczam, że ten mały jegomość nie jest moim dzieckiem, ale proszę zająć się nim, bo to nie jego wina. – Gest był pełen dobroduszności. Ta sama kreatura imieniem – Magnon – obdarzyła go po roku nową przesyłką. Był to znowu chłopiec. Tym razem pan Gillenormand skapitulował. Powierzył matce obu malców, zobowiązując się łożyć na ich utrzymanie osiemdziesiąt franków miesięcznie pod warunkiem, że wzmiankowana matka nie będzie już tego powtarzała. Dodał przy tym: – Życzę sobie, żeby matka dobrze traktowała chłopców. Od czasu do czasu będę ich odwiedzał. Tak też czynił.

Żonaty był dwukrotnie: z pierwszej żony miał córkę, która pozostała panną; z drugiej – również córkę, która umarła około trzydziestego roku życia. Ta, z miłości, przypadku czy też z innej przyczyny, poślubiła żołnierza, który służył w wojsku republiki i cesarstwa, pod Austerlitz dostał order, a pod Waterloo został pułkownikiem.

– To zakała rodziny – powiadał stary mieszczanin. Zażywał dużo tabaki i ze szczególnym wdziękiem strzepywał ręką swój koronkowy żabot. Bardzo mało wierzył w Boga.

DWIE OSOBY TO NIEKONIECZNIE PARA

Pan Gillenormand, jak powiedzieliśmy przed chwilą, miał dwie córki. Dzieląca je różnica wieku wynosiła dziesięć lat. W młodości niewiele były do siebie podobne i tak z charakteru, jak i z twarzy zgoła nie wyglądały na siostry. Młodsza była to urocza dusza, rwąca się do wszystkiego, co było światłem, zajęta kwiatami, wierszami i muzyką, ulatująca w świetlne przestworza, eteryczna entuzjastka, od lat dziecinnych zaręczona idealnie z jakąś mglistą postacią bohatera. Starsza miała także swoje marzenia, widziała w błękitach jakiegoś dostawcę, jakiegoś grubego i bogatego liweranta8, męża odpowiednio głupiego, milion w postaci mężczyzny, albo też prefekta; przyjęcia w prefekturze, woźny w przedpokoju z łańcuchem na szyi, oficjalne bale, przemowy w merostwie; zostać „panią prefektową”, oto, co wypełniało zgiełkiem jej wyobraźnię. Obie siostry, będąc dziewczętami, błąkały się w ten sposób, każda w swoim marzeniu. Obie miały skrzydła: jedna anioła, druga gęsi.

Żadna ambicja nie ziszcza się całkowicie, na tym padole przynajmniej. Żaden raj nie staje się ziemski w czasach, w których żyjemy. Młodsza zaślubiła człowieka ze swych snów, ale umarła. Starsza wcale nie wyszła za mąż.

W naszym opowiadaniu zjawia się już jako stara panna, ogniotrwale cnotliwa, obdarzona jednym z najostrzejszych nosów i jednym z najtępszych umysłów, jakie kiedykolwiek można było oglądać. Szczegół charakterystyczny: poza najbliższą rodziną nikt nie znał jej chrzestnego imienia. Nazywano ją: panna Gillenormand starsza.

Co do pruderii, panna Gillenormand starsza mogła wytrzymać porównanie z każdą angielską miss. Była to wstydliwość posunięta aż do obrzydliwości. Miała jedno straszne wspomnienie w swoim życiu: pewien mężczyzna ujrzał raz jej podwiązkę. Wiek powiększył jeszcze tę nielitościwą wstydliwość. Stanik jej nigdy nie był dość nieprzejrzysty i nigdy nie dochodził dosyć wysoko pod szyję. Zapinała się na liczne haftki i agrafki tam, gdzie nikomu nawet nie śniło się spojrzeć. Jest to właściwością pruderii, że tym więcej mnoży środków obrony, im mniejsze niebezpieczeństwo grozi fortecy.

Jednak (niech wytłumaczy, kto potrafi, te stare tajemnice dusz niewinnych) bez przykrości pozwalała całować się oficerowi ułanów, który był wnukiem jej stryjenki i nazywał się Teodul.

Zarządzała domem ojca. Pan Gillenormand miał przy sobie córkę, tak jak ksiądz Benvenuto miał przy sobie siostrę. Takie gospodarstwa, złożone ze starca i starej panny, nie są rzadkie i zawsze przedstawiają rozczulający widok dwóch słabości wspierających się nawzajem.

Oprócz tego zaś, pomiędzy starą panną i starcem, było jeszcze w tym domu dziecko, chłopczyk, zawsze drżący i milczący w obecności pana Gillenormanda. Pan Gillenormand nie mówił nigdy inaczej do tego dziecka jak głosem surowym, a często z podniesioną laską:

– Tu, paniczu! Chodź tu, hultaju, uliczniku, zbliż się! Odpowiadaj, nicponiu! Pokaż się, ty ladaco! – itp. itp. Jednocześnie ubóstwiał go.

Był to jego wnuk. Spotkamy się jeszcze z tym dzieckiem.

7 Liwr – pierwotnie funt srebra, później – w potocznym użyciu – tyle co frank.

8 Liwerant (fr.) – dostawca artykułów żywnościowych i wyposażenia technicznego dla wojska.

ROZDZIAŁ TRZECI

DZIADEK I WNUK

DAWNY SALON

Kiedy pan Gillenormand mieszkał na ulicy Servandoni, bywał w kilku bardzo wytwornych i bardzo arystokratycznych salonach. Przyjmowano tam pana Gillenormanda, choć był mieszczaninem. Ponieważ miał rozum podwójny: ten, który w istocie posiadał, i ten, który mu przypisywano, więc poszukiwano go i fetowano. Bywał tylko tam, gdzie wiedział, że jest pożądany i poważany. Są ludzie, którzy pragną za wszelką cenę mieć wpływy i zwracać na siebie uwagę; tam więc, gdzie nie mogą być wyrocznią, stają się błaznami. Pan Gillenormand nie był człowiekiem tego rodzaju; swych przewag w salonach rojalistycznych, do których uczęszczał, nie zdobywał kosztem szacunku dla samego siebie. Był wyrocznią wszędzie. Zdarzało mu się stawić czoło panu de Bonald, a nawet panu Bengy-Puy-Vallée9.

Około 1817 roku dwa popołudnia w tygodniu spędzał niezmiennie w jednym z sąsiednich domów, przy ulicy Férou, u pani baronowej de T., godnej i szanownej osoby, której mąż za Ludwika XVI był ambasadorem Francji w Berlinie. Baron de T., który za życia swego zajmował się namiętnie uniesieniami i wizjami magnetycznymi, zmarł zrujnowany na emigracji, pozostawiając za cały majątek dziesięć tomów rękopisu – oprawnych w czerwony safian ze złoconymi brzegami – bardzo ciekawych wspomnień o Mesmerze i jego misce10. Pani de T. przez poczucie godności nie ogłosiła tych pamiętników i utrzymywała się z małej renty, która nie wiedzieć jak ocalała. Pani de T. żyła z daleka od dworu, tego, jak powiadała, „bardzo mieszanego towarzystwa”, w odosobnieniu szlachetnym, dumnym i ubogim. Kilku przyjaciół zbierało się dwa razy na tydzień przy jej wdowim kominku i w ten sposób tworzył się salon czysto rojalistyczny. Piło się tam herbatę i – stosownie do elegijnego lub dytyrambicznego11 usposobienia – albo ubolewano, albo oburzano się na wiek, na kartę konstytucyjną, na bonapartystów, na prostytucję orderu św. Ducha, rozdawanego mieszczanom, na jakobinizm Ludwika XVIII i mówiono po cichu o nadziejach, które budził Monsieur, późniejszy Karol X12.

Pan Gillenormand przychodził zwykle w towarzystwie swojej córki, wysokiej, chudej panny, która skończyła już wówczas czterdzieści lat, a zdawała się mieć ich pięćdziesiąt, i ślicznego siedmioletniego chłopczyka, białego, różowego, świeżego, z oczami pełnymi szczęścia i ufności, który przy każdym pojawieniu się w tym salonie słyszał dookoła szept: Co za piękny chłopiec! Jaka szkoda! Biedne dziecko! O tym to właśnie chłopcu mówiliśmy przed chwilą. Nazywano go biednym dzieckiem, ponieważ miał ojca „zbója znad Loary”13.

Zbójem znad Loary był zięć pana Gillenormanda, o którym już wspominaliśmy, a którego pan Gillenormand nazywał „zakałą rodziny”.

JEDNO Z CZERWONYCH WIDM TEGO CZASU

Kto by przechodził w tej epoce przez miasteczko Vernon i zatrzymał się na pięknym, monumentalnym moście, na którego miejscu, jak należy się spodziewać, już wkrótce stanie jakiś okropny most żelazny, ten spoglądając w dół, mógł zobaczyć mężczyznę lat około pięćdziesięciu w skórzanym kaszkiecie, w spodniach i kurtce z grubego szarego sukna, przy której wisiało coś żółtego, co było niegdyś czerwoną wstążeczką; człowiek ten nosił drewniane trepy, był opalony od słońca, miał twarz prawie czarną, włosy prawie białe i szeroką bliznę sięgającą od czoła aż do policzka. Pochylony, zgarbiony, postarzały przedwcześnie, przechadzał się prawie codziennie z rydlem i nożem ogrodniczym w ręku po jednym z tych otoczonych murami skrawków gruntu, które leżą w pobliżu mostu i rozciągają się łańcuchem wzdłuż lewego brzegu Sekwany; te urocze placyki, pełne kwiatów, wyglądałyby na ogrody, gdyby były o wiele większe, a na bukiety, gdyby były jeszcze trochę mniejsze. Na jednym krańcu placyku stał domek, drugi kraniec przytykał do rzeki. Człowiek w kaftanie i w trepach, o którym mówimy, mieszkał około 1817 r. w najmniejszym z tych ogródków i w najskromniejszym z tych domków. Mieszkał samotnie, cicho i ubogo, z kobietą ani młodą, ani starą, ani ładną, ani brzydką, ani chłopką, ani mieszczką, która mu usługiwała. Kawałek ziemi, który on nazywał swoim ogrodem, słynął w mieście z pięknych kwiatów, które tam hodował. Zajmował się tylko tymi kwiatami.

Ktokolwiek czytywał w tym czasie pamiętniki wojenne, biografie, „Monitora” i biuletyny wielkiej armii, ten niechybnie zauważył tam nazwisko powtarzające się dosyć często, nazwisko Jerzego Pontmercy. Pod Waterloo dowodził on szwadronem kirasjerów w brygadzie Dubois. Zdobył też sztandar pułku luneburskiego. Złożył tę zdobycz u stóp cesarza. Był cały zakrwawiony, gdyż podczas walki o sztandar dostał cięcie szablą w głowę. Cesarz zadowolony, zawołał do niego:

– Jesteś od dziś pułkownikiem, baronem i oficerem Legii Honorowej!

Pontmercy odpowiedział:

– Najjaśniejszy panie, dziękuję w imieniu tej, która będzie wdową po mnie.

Po godzinie padł w wąwozie Ohain. A kim był teraz ten Jerzy Pontmercy. Właśnie „zbójem znad Loary”.

Znamy już pewien fakt z jego dziejów. Po bitwie pod Waterloo Pontmercy wyciągnięty – jak sobie przypominamy – z wąwozu Oham dogonił armię i przerzucany z ambulansu do ambulansu dotarł aż do obozu nad Loarą.

Restauracja wyznaczyła mu połowę żołdu, a następnie zesłała go na pobyt, to znaczy pod dozór, do miasteczka Vernon. Król Lud­wik XVIII, uważając za niebyłe to, co zaszło podczas Stu Dni, nie uznał ani jego godności oficera Legii Honorowej, ani jego stopnia pułkownika, ani jego tytułu barona. On zaś przy każdej sposobności podpisywał się: „Pułkownik baron Pontmercy”.

Nie miał nic prócz bardzo lichego półżołdu dowódcy szwadronu. Wynajął w Vernon najmniejszy domek, jaki mógł znaleźć. Żył tam samotny, widzieliśmy, w jaki sposób. Za cesarstwa, pomiędzy dwiema wojnami, znalazł czas, żeby poślubić pannę Gillenormand. Stary mieszczanin, oburzony do głębi, zgodził się, wzdychając i mówiąc:

– Największe rodziny bywają do tego zmuszone.

W roku 1815 pani Pontmercy, kobieta zresztą pod każdym względem zasługująca na uwielbienie, wykształcona i niepospolita, godna swego męża, umarła, pozostawiając dziecko. Dziecko to byłoby radością pułkownika w jego osamotnieniu, ale dziadek gwałtownie domagał się wnuka, oświadczając, że wydziedziczy chłopca, jeżeli mu go nie oddadzą. Ojciec ustąpił w interesie małego i nie mogąc mieć dziecka, pokochał kwiaty.

Wyrzekł się zresztą wszystkiego, nie ruszał się z wyznaczonego mu miejsca zamieszkania, nie spiskował. Dzielił swoje myśli pomiędzy niewinne czynności, które wypełniały mu teraźniejszość, i wielkie czyny, których dokonał w przeszłości. Spędzał czas, czekając na rozkwitnięcie goździka lub wspominając Austerlitz.

Pan Gillenormand nie utrzymywał żadnych stosunków ze swoim zięciem. Pułkownik był dla niego „bandytą”, a on był dla pułkownika „zakutym łbem”. Pan Gillenormand nigdy nie mówił o pułkowniku, czasem tylko robił szydercze aluzje do jego „baronostwa”. Dziadek zastrzegł sobie wyraźnie, że Pontmercy nie będzie się starał widywać syna ani z nim mówić, pod groźbą wydziedziczenia i odesłania mu chłopca. Dla Gillenormandów Pontmercy był trędowaty. Chcieli wychować dziecko po swojemu. Pułkownik może postąpił niesłusznie, przyjmując takie warunki, ale uległ im, sądząc, że dobrze robi i że poświęca tylko siebie. Spadek po panu Gillenormandzie był niewielki, lecz spadek po pannie Gillenormand był znaczny. Ciotka ta, która pozostała niezamężna, była bardzo bogata po matce i syn siostry był jej naturalnym spadkobiercą. Dziecko, które miało na imię Mariusz, wiedziało, że ma ojca, i tylko tyle. Nikt ani słówkiem nie odzywał się o nim w jego obecności. Jednakże szepty, półsłówka, mruganie osób z towarzystwa, do którego wprowadzał go dziadek, przeniknęły wreszcie do świadomości malca, a że w sposób naturalny coraz bardziej nasiąkał poglądami i przekonaniami, które go otaczały jak powietrze, zaczął myśleć o swoim ojcu ze wstydem i ze ściśniętym sercem.

Kiedy chłopiec rósł, pułkownik co drugi lub trzeci miesiąc znikał, aby po kryjomu, jak przestępca wydalający się spod dozoru policyjnego, pojechać do Paryża i pójść do kościoła św. Sulpicjusza w godzinach, kiedy ciotka Gillenormand przyprowadzała tam Mariusza na mszę. I drżąc, żeby ciotka się nie odwróciła, ukryty za filarem, bez ruchu, wstrzymując oddech, patrzył na swoje dziecko. Ten człowiek z blizną na czole bał się starej panny.

To dało początek jego znajomości z księdzem Mabeufem, proboszczem w Vernon.

Brat proboszcza był skarbnikiem u św. Sulpicjusza14 i często widział mężczyznę, który się wpatrywał w dziecko, widział szramę na jego twarzy i wielkie łzy w oczach. Pewnego dnia, przybywszy do Vernon, aby odwiedzić brata, minął na moście pułkownika Pontmercy i rozpoznał człowieka z kościoła św. Sulpicjusza. Powiedział o tym proboszczowi i obaj pod jakimś pretekstem złożyli pułkownikowi wizytę. Po pierwszej wizycie przyszły następne. Pułkownik, z początku bardzo zamknięty, zaczął się wreszcie zwierzać, dzięki czemu proboszcz i skarbnik poznali całą historię i dowiedzieli się, że Pontmercy poświęca swoje szczęście dla przyszłości dziecka. Proboszcz poczuł głęboki i tkliwy szacunek dla niego, a pułkownik ze swej strony polubił proboszcza.

Dwa razy na rok, pierwszego stycznia i na św. Jerzego, Mariusz pisał do swego ojca obowiązkowe listy, które mu dyktowała ciotka, i które były jakby skopiowane z podręcznika korespondencji: pan Gillenormand tolerował tylko tyle; ojciec odpowiadał listami pełnymi czułości, a dziadek bez czytania chował je do kieszeni.

KONIEC ZBÓJA

Mariusz Pontmercy, jak wszystkie małe dzieci, uczył się tego i owego. Kiedy wyszedł z rąk ciotki Gillenormand, dziadek powierzył go poważnemu pedagogowi, który był okazem nieskomplikowanej inteligencji klasyków.

Ta młoda, otwierająca się dusza przeszła z rąk pruderii w ręce pedanta. Mariusz chodził przez kilka lat do kolegium, później wstąpił na wydział prawa. Był rojalistą fanatycznym i surowym. Dziadka, który go raził swoim humorem i cynizmem, kochał mało; na temat ojca milczał posępnie. Był to zresztą chłopiec zapalczywy i opanowany, szlachetny, wspaniałomyślny, dumny, religijny, egzaltowany; prawy aż do surowości, czysty aż do dzikości.

Kiedy kończył naukę szkolną, pan Gillenormand pożegnał się z życiem towarzyskim. Starzec przestał bywać na przedmieściu Saint-Germain, w salonie pani de T., i osiadł we własnym domu przy ulicy Panien Kalwaryjskich. Służba jego składała się z pokojówki Nikoletty i dychawicznego Baskijczyka.

W roku 1827 Mariusz skończył lat siedemnaście. Pewnego wieczoru, wracając do domu, ujrzał, że dziadek jego trzyma w ręku list.

– Mariuszu – rzekł pan Gillenormand – jutro pojedziesz do Vernon.

– Po co? – zapytał Mariusz.

– Zobaczyć się z ojcem.

Mariusz zadrżał. Wszystko przypuszczał, z wyjątkiem tego, że mógłby kiedyś zobaczyć się z ojcem. Nic nie mogło być dla niego bardziej niespodziewane, bardziej zadziwiające i – powiedzmy od razu – bardziej nieprzyjemne. Już nawet nie zmartwienie, lecz po prostu pańszczyzna.

Mariusz miał nie tylko polityczne powody niechęci, ale był także przekonany, że ojciec jego, ten rębajło – jak go nazywał pan Gillenormand w chwilach dobrego usposobienia – nie kochał go; było to oczywiste, ponieważ porzucił syna i zostawił na łasce innych. Nie czując się kochanym, sam też nie kochał. To przecież całkiem proste – powiadał sobie.

Był tak zdumiony, że nawet o nic nie zapytał pana Gillenormanda. Dziadek odezwał się znowu:

– Zdaje się, że jest chory. Wzywa cię. – A po chwili milczenia dodał: – Jedź jutro z rana. Zdaje mi się, że z placu des Fontaines odchodzi powóz o szóstej, a przybywa na miejsce wieczorem. Pojedź nim. Twój ojciec pisze, że to pilne.

Po czym zmiął list i wsunął go do kieszeni.

Mariusz mógłby pojechać jeszcze tego samego wieczoru i być na drugi dzień rano u ojca. W tym czasie dyliżans z ulicy Bouloi wyruszał wieczorem do Rouen i przejeżdżał przez Vernon. Ani pan Gillenormand, ani Mariusz nie pomyśleli, żeby zasięgnąć wiadomości w tym względzie.

Nad wieczorem następnego dnia Mariusz przybył do Vernon. Zaczynano już zapalać świece. Pierwszego napotkanego przechodnia zapytało dom pana Pontmercy. Był bowiem tego samego zdania co Restauracja i również nie przyznawał ojcu ani baronostwa, ani stopnia pułkownika.

Wskazano mu, gdzie mieszka. Zadzwonił; otworzyła drzwi kobieta trzymająca w ręku małą lampkę.

– Czy zastałem pana Pontmercy? – zapytał Mariusz.

Kobieta nie poruszyła się.

– Czy to tutaj? – powtórzył pytanie Mariusz.

Kobieta twierdząco skinęła głową.

– Czy mogę z nim mówić?

Kobieta dała znak przeczący.

– Ależ jestem jego synem! – zawołał Mariusz. – On na mnie czeka!

– Już nie czeka – odpowiedziała kobieta.

Wówczas spostrzegł, że płakała. Wskazała palcem na drzwi do pokoju. Wszedł.

W pokoju tym, oświetlonym łojową świecą, postawioną na kominku, było trzech ludzi: jeden stał, jeden klęczał, a jeden, w koszuli, leżał na podłodze. Ten, który leżał na podłodze, był właśnie pułkownikiem.

Dwaj inni byli to lekarz i ksiądz, który się modlił.

Pułkownik przed trzema dniami dostał zapalenia mózgu. W początkach choroby, mając złe przeczucie, napisał do pana Gillenormanda, prosząc o przyjazd syna. Stan pogorszył się. Tego wieczoru, kiedy Mariusz przybył do Vernon, pułkownik, w ataku maligny, pomimo oporu służącej wstał z łóżka, krzycząc:

– Mój syn nie przybywa! Idę na spotkanie mego syna! – Wyszedł ze swego pokoju i przekroczywszy próg, upadł na podłogę. Przed chwilą właśnie skonał.

Zawołano lekarza i księdza. Lekarz zjawił się za późno, ksiądz zjawił się za późno. Syn także przybył za późno.

Przy wątłym świetle świecy na policzku pułkownika, leżącego i bladego, widać było wielką łzę, która spłynęła z nieżywego oka. Oko zagasło, lecz łza nie wyschła jeszcze. Ta łza to było spóźnienie syna.

Mariusz patrzył na tego człowieka, którego widział po raz pierwszy i po raz ostatni, na tę twarz godną i męską, na te oczy otwarte, które nie widziały, na te białe włosy, na muskularne ciało, na którym dawały się widzieć tu i ówdzie brunatne linie, ślady po cięciach szabli, i niby gwiazdy czerwone – dziury od kul. Patrzył na olbrzymią bliznę, która opromieniała bohaterstwem tę twarz, przez Boga naznaczoną dobrocią. Pomyślał, że ten człowiek był jego ojcem i że ten człowiek umarł – i nic się w nim nie poruszyło. Smutek, którego doznawał, był to smutek, który by odczuł w obecności każdego umarłego.

Żałoba, bolesna żałoba napełniła ten pokój. Służąca lamentowała w kącie, ksiądz modlił się i słychać było, że łkał; lekarz ocierał oczy; nawet trup płakał.

Ten lekarz, ten ksiądz i ta kobieta patrzyli na Mariusza przez swój smutek, nic nie mówiąc; był tu obcy. Mariusz, bardzo mało wzruszony, czuł wstyd i zażenowanie, że tak się zachowywał. W ręku miał kapelusz, upuścił go więc na ziemię, żeby pomyślano, że obezwładniony przez ból nie mógł go utrzymać.

W tej samej chwili doznał jakby wyrzutu sumienia i z pogardą pomyślał o swoim postępku. Lecz czyż to była jego wina? Nie kochał przecież ojca!

Pułkownik nic po sobie nie zostawił. Ze sprzedaży ruchomości zaledwie opłacono pogrzeb. Służąca znalazła kawałek papieru, który oddała Mariuszowi. Na nim było napisane ręką pułkownika:

Dla mego syna. Cesarz mianował mnie baronem na polu bitwy pod Waterloo. Ponieważ Restauracja odmawia mi prawa do tego tytułu, który opłaciłem własną krwią, syn mój przyjmie ten tytuł i będzie go używał. Jest rzeczą oczywistą, że będzie tego godny.

Po drugiej stronie kartki pułkownik dopisał jeszcze:

W tej samej bitwie pod Waterloo pewien sierżant ocalił mi życie. Człowiek ten nazywa się Thénardier. W ostatnich czasach – jak mi się zdaje – miał on małą oberżę w jednej z wiosek w okolicach Paryża, w Chelles albo w Montfermeil. Jeżeliby go syn mój kiedy spotkał, niech zrobi dla niego wszystko, co tylko będzie w jego mocy.

Nie przez pietyzm dla pamięci ojca, lecz wskutek tego nieokreślonego poszanowania, jakie zawsze śmierć nakazuje sercu człowieka, Mariusz wziął kartkę i schował ją.

Nic nie zostało po pułkowniku. Pan Gillenormand kazał sprzedać tandeciarzowi jego szpadę i uniform. Sąsiedzi zniszczyli ogród i zrabowali rzadkie kwiaty. Inne rośliny zdziczały i zginęły.

Mariusz tylko dwie doby przebywał w Vernon. Po pogrzebie wrócił do Paryża i zajął się swoim prawem, nie myśląc więcej o ojcu, jak gdyby nie żył on nigdy. W dwa dni pułkownik był pochowany, a w trzy zapomniano o nim.

Mariusz nosił krepę na kapeluszu. Oto i wszystko.

CHODZENIE DO KOŚCIOŁA MOŻE SIĘ PRZYDAĆ, ŻEBY ZOSTAĆ REWOLUCJONISTĄ

Mariusz zachował z dzieciństwa swoje praktyki religijne. Pewnej niedzieli poszedł na mszę do św. Sulpicjusza, do tej samej kaplicy Matki Boskiej, gdzie jako mały chłopiec bywał z ciotką; wyjątkowo tego dnia roztargniony i zatopiony w myślach, stanął za jednym z filarów i nie zwracając uwagi na to, co robi, zajął miejsce na obitym utrechckim aksamitem klęczniku, którego oparcie zdobił napis: „Pan Mabeuf, skarbnik parafii”. Msza ledwo się zaczęła, kiedy nadszedł jakiś starzec i powiedział do Mariusza.

– To jest moje miejsce, proszę pana.

Mariusz wstał pośpiesznie i starzec zajął swój klęcznik.

Po skończonej mszy Mariusz stał jeszcze w zamyśleniu o kilka kroków dalej; starzec znowu podszedł do niego i powiedział:

– Bardzo przepraszam, że panu wtedy przeszkodziłem i że chcę to zrobić jeszcze raz; uznał pan pewno moje postępowanie za niegrzeczne, muszę się więc wytłumaczyć.

– Ależ to jest zupełnie niepotrzebne – odpowiedział Mariusz.

– A jednak – odparł staruszek. – Nie chciałbym, żeby pan o mnie źle myślał. Widzi pan, jestem do tego miejsca bardzo przywiązany. Zdaje mi się, że msza stąd wysłuchana jest więcej warta. Zaraz panu powiem dlaczego. Przez całe lata, regularnie co dwa albo trzy miesiące, spotykałem tu jakiegoś nieszczęśliwego ojca, który nie miał innego sposobu, żeby widywać swojego synka, ponieważ uniemożliwiały mu to stosunki rodzinne. Przychodził do tego kościoła wtedy, kiedy przyprowadzano jego dziecko na mszę. Malec wcale się tego nie domyślał, może nawet nie wiedział, biedaczek, że ma ojca. Ojciec ukrywał się za tym filarem, żeby go nie dostrzeżono. Patrzył na swoje dziecko i płakał. Dlatego to miejsce stało się dla mnie święte i przyzwyczaiłem się stąd słuchać mszy. Wolę je nawet od ławki kolatorskiej15, do której mam prawo jako skarbnik parafii. Trochę zresztą znałem tego nieszczęśliwego człowieka. Miał on teścia, bogatą ciotkę czy krewnych, sam już nie wiem, którzy grozili, że wydziedziczą chłopca, jeżeli on, ojciec, będzie go widywał. Poświęcił się więc, żeby jego syn został pewnego dnia bogaty i był szczęśliwy. Powodem tej sytuacji były poglądy polityczne. Osobiście nie mam nic przeciwko poglądom politycznym, ale są ludzie, którzy w tym idą za daleko. Mój Boże, dlatego, że ktoś się bił pod Waterloo, to jeszcze nie stał się wskutek tego potworem i to nie jest powód, żeby zabierać ojcu dziecko. On był pułkownikiem u Bonapartego. Zdaje mi się, że już nie żyje. Mieszkał w Vernon, gdzie mój brat jest proboszczem, i nazywał się Pontmarie, Montpercy czy jakoś podobnie... Miał na twarzy szramę po niezgorszym ciosie szablą.

– Pontmercy? – zapytał Mariusz, blednąc.

– Właśnie. Pontmercy. Czy pan go może znał?

– Proszę pana – rzekł Mariusz – to był mój ojciec.

Stary skarbnik złożył ręce i zawołał:

– Ach, to pan był tym dzieckiem! No tak, to się zgadza, zdążył pan dorosnąć. O, mój biedny chłopcze, możesz sobie powiedzieć, że miałeś ojca, który cię bardzo kochał!

Mariusz podał ramię starcowi i odprowadził go aż do mieszkania. Nazajutrz powiedział do pana Gillenormanda:

– Urządzamy z kolegami polowanie. Czy mogę wyjechać na trzy dni?

– Na cztery! – odparł dziadek. – Jedź, baw się.

I mrużąc oko, szepnął do córki:

– Jakaś miłostka!

DO CZEGO MOŻE DOPROWADZIĆ SPOTKANIE ZE SKARBNIKIEM PARAFII

Dokąd Mariusz pojechał, tego dowiemy się później.

Przez trzy dni był nieobecny w domu, po czym wrócił do Paryża i poszedł prosto do biblioteki wydziału prawa, gdzie zażądał kompletu Monitora.

Zaczął czytać Monitora, wszystkie historie republiki i cesarstwa, Wspomnienia z Wyspy Świętej Heleny, wszystkie pamiętniki, gazety, biuletyny, proklamacje; wszystko to połykał. Kiedy po raz pierwszy spotkał nazwisko ojca w biuletynach wielkiej armii, dostał gorączki na cały tydzień. Odwiedzał generałów, pod którymi służył Jerzy Pontmercy, między innymi hrabiego H16. Skarbnik Mabeuf, do którego zachodził, opowiedział mu o życiu w Vernon, egzystencji pułkownika, jego kwiatach, jego samotności. Mariusz dokładnie zrozumiał, kim był ten niezwykły człowiek, wzniosły i łagodny, ten lew-baranek, który był jego ojcem.

Zajęty tymi studiami, absorbującymi cały jego czas i wszystkie jego myśli, prawie nie widywał pana Gillenormanda. Zjawiał się w godzinach posiłków; kiedy go potem szukano, Mariusza już nie było w domu. Ciotka zrzędziła. Ojciec Gillenormand uśmiechał się.

– Hm, to jest okres dziewczynek! – Czasami dorzucał: – Do diabła, myślałem, że to jakiś romansik, ale zdaje się, że to jest namiętność.

Była to rzeczywiście namiętność.

Mariusz zaczął uwielbiać ojca.

Jednocześnie niezwykła przemiana dokonywała się w jego poglądach. Ta historia, na którą dopiero teraz spojrzał, wstrząsała nim.

Najpierw przyszło olśnienie.

Republika, cesarstwo – dotąd były to dla niego słowa potworne. Republika – gilotyna w półmroku, cesarstwo – szabla w mrokach nocy. Popatrzył teraz na to wszystko i tam, gdzie spodziewał się zobaczyć chaos ciemności, z jakimś ogromnym zdumieniem, w którym był lęk i radość, odkrył świecące gwiazdy: Mirabeau, Vergniauda, Saint-Justa, Robespierre’a, Kamila Desmoulins, Dantona i słońce, Napoleona. Nie wiedział, gdzie jest. Cofał się oślepiony tą światłością. Powoli, gdy wstrząs minął, zaczął się przyzwyczajać do tych blasków, rozważał czyny bez zawrotu głowy i patrzył na ich sprawców bez uczucia zgrozy; rewolucja i cesarstwo stanęły w promiennej perspektywie przed jego pełną wizji źrenicą; te dwie grupy wydarzeń i ludzi streściły się dla niego w dwóch potężnych faktach – republika w suwerenności prawa obywatelskiego przywróconego masom, cesarstwo w suwerenności myśli francuskiej narzuconej Europie; ujrzał wyłaniającą się z rewolucji wielką postać ludu, z cesarstwa – wielką postać Francji. Orzekł w swoim sumieniu, że wszystko to było słuszne.

Nie uważamy za konieczne wskazywać tu, co jego olśnienie pomijało w tym pierwszym, o wiele za bardzo syntetycznym sądzie; stwierdzamy stan umysłu, który się rozwija. Postęp nie zawsze odbywa się w jednym etapie. Oświadczywszy to zarówno w stosunku do tego, cośmy już powiedzieli, jak i tego, co jeszcze będzie powiedziane, idziemy dalej.

Mariusz spostrzegł wtedy, że tak samo, jak nie rozumiał swojego ojca, nie rozumiał swojego kraju. Nie znał ani jednego, ani drugiego i dobrowolnie znosił jak gdyby noc na oczach. Teraz już widział i z jednej strony podziwiał, z drugiej uwielbiał.

Pełen był żalu i wyrzutów sumienia. Z rozpaczą myślał, że to wszystko, co czuł, mógł wypowiedzieć tylko wobec grobu. Ach, gdyby jego ojciec nie umarł, gdyby go Mariusz jeszcze miał, gdyby Bóg w swojej litości i dobroci zezwolił, żeby ten ojciec pozostał między żyjącymi, jakżeby on pobiegł, rzucił się ku niemu i zawołał: Ojcze, oto jestem! To ja! Mam takie samo serce jak i ty! Jestem twoim synem! W jego sercu przelewało się ciągłe łkanie, które co chwila powtarzało: niestety!

Od rehabilitacji ojca przeszedł naturalnie do rehabilitacji Napoleona. Nie dostrzegał, że razem z geniuszem, w chaotycznym pomieszaniu, podziwiał przemoc, to znaczy, że umieszczał w dwóch przedziałach swojego kultu z jednej strony to, co jest boskie, z drugiej to, co brutalne. Pod wieloma względami zaczął znowu wkraczać w błąd. Aprobował wszystko. Ożywiał go rodzaj gwałtownej dobrej wiary, która przyjmowała wszystko w całości.

Kiedy w tej tajemniczej pracy zrzucił zupełnie dawną, burbońską i ultramontańską17 skórę, kiedy zdarł z siebie arystokratę i rojalistę, kiedy został wyznawcą rewolucji, głębokim demokratą i prawie republikaninem, wówczas poszedł do rytownika na ulicy Złotników i zamówił setkę biletów wizytowych z napisem: „Baron Mariusz Pontmercy”.

Było to tylko logiczne następstwo zmiany, jaka w nim zaszła, zmiany, w której wszystko krążyło dookoła osoby ojca.

Ale że nie znał nikogo i u żadnego odźwiernego nie mógł zostawić swoich biletów, schował je do kieszeni.

Drugim naturalnym zjawiskiem było oddalanie się od dziadka, w miarę jak się zbliżał do ojca, do jego pamięci i do sprawy, za którą pułkownik walczył przez dwadzieścia pięć lat. Powiedzieliśmy już, że usposobienie pana Gillenormanda nie odpowiadało mu nigdy. Były między nimi wszystkie rozdźwięki, jakie mogą istnieć między poważnym młodzieńcem i płochym starcem. Dopóki mieli wspólne idee i przekonania polityczne, Mariusz spotykał się z panem Gillenormandem na ich terenie, jak gdyby na jakimś moście. Kiedy ten most runął, otwarła się przepaść. Nade wszystko zaś Mariusz czuł niewysłowiony bunt, kiedy myślał, że pan Gillenormand, powodowany głupstwami, tak bezlitośnie oderwał go od pułkownika i zabrał ojcu dziecko, a dziecku ojca.

Mariusz co pewien czas gdzieś znikał.

– Dokąd on tak jeździ? – pytała ciotka.

Podczas jednej z tych przejażdżek, zawsze bardzo krótkich, pojechał do Montfermeil. Wypełniając zalecenie ojca, próbował odszukać tam byłego sierżanta spod Waterloo, oberżystę Thénardiera. Thénardier zbankrutował, oberżę zamknięto, a co się z nim stało, nikt nie wiedział. Z powodu tych poszukiwań Mariusz przez cztery dni nie był w domu.

– Stanowczo – powiedział dziadek – bałamuci się!...

Zdawało się im, że Mariusz nosi na piersiach pod koszulą jakiś przedmiot zawieszony na czarnej wstążce.

JAKAŚ SPÓDNICZKA

Mówiliśmy już o ułanie.

Był to stryjeczny wnuk pana Gillenormanda. Prowadził on, z dala od rodziny i wszelkich ognisk domowych, życie garnizonowe. Porucznik Teodul Gillenormand spełniał wszystkie warunki, jakich się wymaga od tak zwanego ładnego oficerka. Miał „talię jak panna”, wojowniczy sposób ciągnięcia za sobą szabli i wysoko podkręcone wąsy. W Paryżu bywał bardzo rzadko, tak rzadko, że Mariusz go nigdy nie widział. Obaj kuzyni znali się tylko ze słyszenia. Teodul – zdaje się, żeśmy o tym wspomnieli – był ulubieńcem ciotki Gillenormand, która go wolała, ponieważ go widywała tak mało. Rzadkie widywanie ludzi pozwala przypisywać im wszystkie możliwe doskonałości.

Pewnego poranku panna Gillenormand wróciła do swojego pokoju tak poruszona, jak na to pozwalał jej zrównoważony charakter. Mariusz właśnie prosił znowu dziadka o pozwolenie na małą wycieczkę, dodając, że chce wyjechać jeszcze tego samego wieczoru.

– Ruszaj! – powiedział pan Gillenormand i podnosząc brwi, pomyślał: Znowu nocna eskapada.

Panna Gillenormand szła do siebie mocno zaintrygowana, a idąc po schodach, rzuciła wykrzyknik:

– A to dobre sobie! – oraz znak zapytania: – Ale dokądże on jedzie? – Przeczuwała jakąś awanturę sercową, mniej lub więcej zakazaną, jakąś kobietę w półmroku, schadzkę, tajemnicę i chętnie by wściubiła w to swoje okulary.

Aby zagłuszyć tę ciekawość, która ją nurtowała ponad miarę jej przyzwyczajeń, poszukała ucieczki w swoich talentach i zaczęła wyszywać bawełną na bawełnie jeden z tych haftów w stylu cesarstwa i Restauracji, obfitujących w motyw koła od kabrioletu. Robótka to nudna, więc i robotnica była bez entuzjazmu. Siedziała nad tym już parę godzin, kiedy drzwi się otworzyły. Panna Gillenormand podniosła nos: przed nią stał porucznik Teodul, salutując po wojskowemu. Stara panna wydała okrzyk radości. Można być starą i pełną pruderii, można być pobożnisią i ciotką, ale zawsze przyjemnie jest zobaczyć wchodzącego do pokoju ułana.

– To ty, Teodulu! – zawołała.

– Przejazdem, ciociu – odpowiedział.

– Pocałuj mnie.

– Już! – rzekł Teodul.

I pocałował ją. Ciotka Gillenormand podeszła do sekretarzyka i otworzyła go.

– Zostaniesz przynajmniej z tydzień?

– Dziś wieczorem jadę, proszę cioci.

– Niemożliwe!

– Jak dwa a dwa cztery.

– Zostań, Teodulku, bardzo cię proszę.

– Serce mówi: tak, ale rozkaz: nie. Rzecz jest prosta. Zmieniamy garnizon; byliśmy w Melun, przenoszą nas do Gaillon. Z dawnego garnizonu do nowego przejeżdża się przez Paryż, więc pomyślałem sobie: pójdę odwiedzić ciocię.

– Masz tu za fatygę.

Włożyła mu do ręki dziesięć luidorów.

– Droga ciocia chciała powiedzieć: za przyjemność.

Pocałował ciotkę drugi raz, ku jej wielkiemu zadowoleniu drapiąc ją naszywkami po karku.

– Jedziesz konno razem z pułkiem? – zapytała.

– Nie, ciociu. Chciałem tu wstąpić i dostałem specjalne pozwolenie. Mojego konia prowadzi ordynans, a ja jadę dyliżansem. À propos, chciałem o coś zapytać.

– O co?

– Czy kuzyn Mariusz Pontmercy wyjeżdża?

– Skąd o tym wiesz? – zapytała ciotka, której ciekawość została nagle połaskotana do żywego.

– Zaraz po przybyciu poszedłem zamówić miejsce w dyliżansie.

– No i?

– Jakiś podróżny miał już zamówione miejsce na imperiale. Widziałem na liście jego nazwisko.

– Jakie?

– Mariusz Pontmercy.

– Co za nicpoń! – zawołała ciotka. – Ach, twój kuzyn nie jest takim statecznym chłopcem jak ty. Pomyśleć, że spędzi noc w dyliżansie!

– Tak samo jak ja.

– Ale ty z obowiązku, a on z rozpusty.

– O, do diaska! – rzekł Teodul.

W tym momencie wydarzyło się pannie Gillenormand coś niezwykłego. Przyszła jej do głowy myśl. Gdyby była mężczyzną, uderzyłaby się w czoło. Zapytała Teodula:

– Czy wiesz, że twój kuzyn nie zna ciebie?

– Tak. Ja go widziałem, ale on nigdy nie raczył zwrócić na mnie uwagi.

– Posłuchaj, Teodulu.

– Słucham, ciociu.

– Otóż Mariusz znika z domu.

– He, he!

– Podróżuje.

– Aaa!...

– Sypia nie wiadomo gdzie.

– Ooo!

– Chcielibyśmy wiedzieć, co w tym jest.

Teodul odpowiedział z monumentalnym spokojem:

– Jakaś spódniczka.

– Zrób nam przyjemność. Miej na oku Mariusza. On cię nie zna, więc to będzie łatwe. Skoro tu chodzi o dziewczynę, postaraj się ją zobaczyć. Napiszesz nam o tej awanturce. To zabawi dziadka.

Teodul nie miał nadmiernych skłonności do służby tego rodzaju, ale był bardzo wzruszony dziesięcioma luidorami i spodziewał się, że może będą miały ciąg dalszy. Przyjął zlecenie i powiedział:

– Do usług cioci.

Mariusz wieczorem tego dnia, w którym odbył się ten dialog, wsiadł do dyliżansu, nie przypuszczając nawet, że jest pod obserwacją. Co do obserwatora, to zaczął on podróż od zaśnięcia. Jego sen był mocny i sumienny.

O świcie woźnica zawołał:

– Vernon! Przystanek w Vernon! Podróżni do Vernon wysiadają! – Porucznik Teodul obudził się.

– Aha – wymamrotał jeszcze w półśnie – to ja tu wysiadam.

Jednocześnie czarne spodnie, schodzące z imperialu, ukazały się w oknie dyliżansu.

Czy to Mariusz? – pomyślał porucznik.

Był to istotnie Mariusz.

Obok pojazdu dziewczyna wiejska, wmieszana w ciżbę koni i pocztylionów, sprzedawała kwiaty.

– Kupujcie kwiaty dla waszych pań! – wołała.

Mariusz podszedł do niej i kupił najpiękniejsze kwiaty, jakie miała.

To już mnie zaczyna intrygować – pomyślał Teodul, zeskakując z dyliżansu na ziemię. – Komuż, u licha, on zaniesie te kwiaty? Taki piękny bukiet to chyba dla jakiejś ślicznej kobiety. Muszę ją zobaczyć.

I teraz już nie z polecenia, ale dla własnej ciekawości, jak psy polujące na swój rachunek, ruszył krok w krok za Mariuszem.

Mariusz skierował się w stronę kościoła. Nie wszedł jednak do środka, ale okrążył absydę i zniknął za jedną z przypór, które ją podtrzymywały.

Spotkanie jest na zewnątrz – pomyślał Teodul. – Zobaczmy tę dziewczynę.

I poszedł na czubkach butów ku narożnikowi, za który Mariusz skręcił.

Przybywszy na miejsce, zatrzymał się zdumiony.

Mariusz z czołem ukrytym w dłoniach klęczał w trawie przed grobem, na który rozsypał swój bukiet. Na krańcu grobu, gdzie lekkie podwyższenie wskazywało głowę, stał krzyż z czarnego drzewa, a na nim białe litery: „Pułkownik baron Pontmercy”. Słychać było płacz Mariusza.

Dziewczynka okazała się grobem.

MARMUR PRZECIWKO GRANITOWI

Tu właśnie przybył Mariusz, gdy po raz pierwszy wyjechał z Paryża. Tu wracał za każdym razem, gdy pan Gillenormand mówił: Nocna eskapada.

Mariusz wrócił z Vernon na trzeci dzień, wczesnym rankiem. Zmęczony dwiema nocami spędzonymi w dyliżansie, czuł się niewyspany i chciał się odświeżyć godziną pływania; wbiegł więc szybko do siebie, zrzucił surdut podróżny i czarną tasiemkę, którą miał na szyi, po czym poszedł się kąpać.

Pan Gillenormand, który wstawał rano, jak wszyscy zdrowi starcy, usłyszawszy, że Mariusz jest u siebie i chcąc go uścisnąć, a i trochę wybadać, skąd przybywa, zaczął wspinaczkę po schodach, tak pośpieszną, jak mu tylko pozwalały jego stare nogi. Ale młodzieńcowi mniej zajęło czasu zejście ze schodów, niż osiemdziesięcioletniemu starcowi wejście po nich na górę, i kiedy pan Gillenormand dostał się na pięterko, Mariusza już nie było.

Łóżko stało nietknięte, a na łóżku leżał podróżny surdut i czarna tasiemka.

– Tym lepiej – powiedział pan Gillenormand.

I chwilę później wszedł do salonu, gdzie panna Gillenormand siedziała już, haftując swoje kabrioletowe koła.

Wejście było triumfalne.

Pan Gillenormand w jednej ręce trzymał surdut podróżny, w drugiej tasiemkę i wołał:

– Zwycięstwo! Zbadamy tajemnicę! Dowiemy się najważniejszej rzeczy, poznamy miłostkę naszego mruka! Jesteśmy w samym środku romansu! Mam portret!

Rzeczywiście, na tasiemce wisiało pudełeczko z czarnego jaszczuru, dosyć podobne do medalionu.

Starzec wziął to pudełko i nie otwierając, patrzył na nie z wyrazem rozkoszy, zachwytu i gniewu głodomora, który widzi, jak przed jego nosem niosą smaczny obiad dla innego.

– Bo na pewno jest to portret. Znam się na tym. To się właśnie nosi czule, na sercu. Jacy oni głupi! Zapewne jakaś pokraka, na którą nie można patrzyć bez dreszczu obrzydzenia! Młodzież ma dzisiaj taki zły gust.

– Zobaczmy, ojcze – powiedziała stara panna.

Pudełeczko otworzyło się za naciśnięciem sprężyny. Znaleźli w nim tylko kawałek troskliwie złożonego papieru.

– Od tej samej do tegoż! – zawołał pan Gillenormand, wybuchając śmiechem. – Wiem, co to znaczy. Bilecik miłosny!

– Ach! Przeczytajmy! – powiedziała ciotka.

I włożyła okulary. Rozłożyli papier i przeczytali, co następuje:

Dla mego syna. Cesarz mianował mnie baronem na polu bitwy pod Waterloo. Ponieważ Restauracja odmawia mi prawa do tego tytułu, który opłaciłem własną krwią, syn mój przyjmie ten tytuł i będzie go używał. Jest rzeczą oczywistą, że będzie tego godny.

Jakiego uczucia doznali ojciec i córka, nie da się wypowiedzieć. Przeszył ich zimny dreszcz, jakby od tchnienia trupiej głowy. Nie zamienili ani słowa. Tylko pan Gillenormand szepnął cicho, jakby sam do siebie:

– To pismo tego rębajły.

Ciotka obejrzała kartkę, obróciła ją na wszystkie strony i włożyła z powrotem do pudełeczka. W tej samej chwili z kieszeni surduta wypadł mały, prostokątny pakiecik, zawinięty w błękitny papier. Panna Gillenormand podniosła go i rozwinęła. Była to setka wizytowych biletów Mariusza. Podała jeden z nich panu Gillenormandowi, a ten przeczytał: „Baron Mariusz Pontmercy”.

Starzec zadzwonił.

Przyszła Nikoletta. Pan Gillenormand wziął tasiemkę, pudełeczko i surdut; rzucił to wszystko na posadzkę, na środek salonu, i powiedział:

– Odnieś te rupiecie.

Godzina cała upłynęła wśród najgłębszego milczenia. Starzec i stara panna siedzieli, odwróceni do siebie plecami, i myśleli, każde ze swej strony, o tym samym zapewne. Pod koniec tej godziny ciotka Gillenormand powiedziała:

– To ładnie!

Kilka minut później zjawił się Mariusz. Zanim przestąpił próg salonu, zobaczył dziadka trzymającego w ręku jego bilet wizytowy. Ujrzawszy go, starzec zawołał z wyrazem mieszczańskiej pewności siebie, pełnej szyderstwa i druzgocącej:

– Patrzcie! Patrzcie! Jesteś teraz baronem. Winszuję ci. Co to ma znaczyć?

Mariusz poczerwieniał z lekka i odpowiedział:

– To znaczy, że jestem synem mego ojca.

Pan Gillenormand przestał się śmiać i rzekł ostro:

– Twój ojciec to ja!

– Mój ojciec – odrzekł Mariusz ze spuszczonymi oczami i z surowym wyrazem twarzy – był człowiekiem skromnym i bohaterskim, który chlubnie służył republice i Francji, który był wielki w największym epizodzie historii, na jaki zdobyła się ludzkość, który przez ćwierć wieku żył w obozie, w dzień pod gradem kul i kartaczy, w nocy w śniegu, w błocie, pod deszczem, który zdobył dwa sztandary pułkowe, który otrzymał dwadzieścia ran, który umarł w zapomnieniu i opuszczeniu i który tym jedynie zawinił, że za bardzo kochał dwóch niewdzięczników: swój kraj i mnie.

Było to więcej, aniżeli pan Gillenormand mógł znieść. Przy słowie „republika” podniósł się z krzesła albo, dokładniej mówiąc, stanął prosto. Każdy wyraz, wypowiedziany przez Mariusza, wywoływał na twarzy starego rojalisty taki skutek jak dmuchnięcie miecha kowalskiego na rozpalonej głowni. Z ponurej stała się czerwona, z czerwonej purpurowa, z purpurowej – płomienista!

– Mariuszu! – zawołał. – Szkaradne dziecko! Nie wiem, kim był twój ojciec! Nie chcę wiedzieć! Nic nie wiem zgoła i nie znam go! Ale to wiem, że ci wszyscy ludzie byli nędznikami! Że to byli wszystko oberwańcy, zbóje, czerwone czapki, złodzieje! Powiadam: wszyscy! Powiadam: wszyscy! Nie znam nikogo! Powiadam: wszyscy! Słyszysz, Mariuszu? Wiedz, że jesteś takim baronem jak mój pantofel! Byli to wszystko bandyci, co służyli Robespierre’owi! Rabusie, co służyli Bu-o-na-partemu! Zdrajcy, którzy zdradzili, zdradzili, zdradzili swego prawowitego króla! Tchórze, co uciekli przed Prusakami i Anglikami pod Waterloo! Oto, co wiem. Czy ojciec pański był jednym z nich, nie wiem, bardzo mi przykro, tym gorzej, sługa pański!

Z kolei Mariusz teraz był głownią, a pan Gillenormand kowalskim miechem. Mariusz drżał cały, nie wiedział, co począć, głowa mu pałała.

Był jak ksiądz, który widzi, jak wyrzucają na wiatr jego wszystkie hostie; jak fakir, któremu przechodzień plwa na jego bóstwo. Nie mógł dopuścić, ażeby takie rzeczy bezkarnie mówiono przy nim. Lecz co miał uczynić? Jego ojciec został oto skopany i podeptany w jego obecności, ale przez kogo? Przez jego dziadka. Jak pomścić jednego, nie obrażając drugiego? Było niepodobieństwem obrazić dziadka i było również niepodobieństwem nie pomścić ojca. Z jednej strony święty grób, z drugiej siwe włosy. Przez kilka chwil był jak pijany i chwiał się, a w głowie wirowały mu te wszystkie myśli równocześnie; później podniósł oczy, utkwił je w dziadku i grzmiącym głosem zawołał:

– Precz z Burbonami! Precz z grubym wieprzem, Ludwikiem XVIII!

Ludwik XVIII nie żył już od czterech lat, ale to było mu wszystko jedno.

Starzec, który był przedtem szkarłatny, stał się nagle bielszy od swoich włosów. Zwrócił się do popiersia księcia de Berry18, które stało na kominku, i ukłonił mu się nisko, jakoś szczególnie uroczyście. Później przeszedł się dwa razy, powoli i milcząc, od kominka do okna i od okna do kominka, przez całą salę, aż posadzka trzeszczała, jakby stąpał po niej kamienny posąg. Za drugim razem nachylił się do swojej córki, która patrzyła się na to starcie ze zdumieniem starej owcy, i uśmiechając się prawie spokojnym uśmiechem, rzekł do niej:

– Taki baron, jak ten pan, i taki mieszczanin, jak ja, nie mogą pozostawać pod jednym dachem. – I nagle, wyprostowawszy się, blady, drżący, straszny, z czołem, na którym srożyła się burza gniewu, wyciągnął ramię w kierunku Mariusza i krzyknął mu:

– Precz!

Mariusz opuścił dom.

Na drugi dzień pan Gillenormand powiedział do córki:

– Co sześć miesięcy pośle pani sześćdziesiąt pistolów temu ludożercy i proszę mi nigdy o nim nie wspominać!

Mając do zużycia ogromną siłę pozostałej wściekłości i nie wiedząc, co z nią zrobić, więcej niż przez trzy miesiące mówił do córki „pani”.

Mariusz również wyszedł oburzony. Pewna okoliczność, o której wspomnieć trzeba, powiększyła jego rozdrażnienie. Zawsze zbieg małych, fatalnych wypadków komplikuje podobne domowe dramaty. Odnosząc prędko, na rozkaz dziadka, „rupiecie” Mariusza do jego pokoju, Nikoletta zgubiła prawdopodobnie na schodach, które były ciemne, medalion z czarnego jaszczuru, w którym była kartka pisana przez pułkownika. Ani tej kartki, ani tego medalionu nie udało się odszukać. Mariusz był przekonany, że „pan Gillenormand” – inaczej go nie nazywał od tego dnia – rzucił do ognia „testament jego ojca”. Mariusz umiał na pamięć tych kilka wierszy napisanych przez pułkownika, nic więc nie zginęło bezpowrotnie.

Lecz ten papier, to pismo, ta święta relikwia, wszystko to było jego własnym sercem. Co się z tym stało?

Mariusz wyszedł, nie mówiąc i nie wiedząc, dokąd się udaje, z trzydziestoma frankami, z zegarkiem i z niewielką ilością manatków w podróżnej torbie. Na ulicy wsiadł do dorożki, wziął ją na godzinę i na chybił trafił kazał wieźć się do dzielnicy łacińskiej.

Co się stanie z Mariuszem?

9 Bonald (Ludwik) – jeden z najgłośniejszych wówczas publicystów reakcji katolicko-monarchistycznej; Bengy-Puy-Valée – polityk i publicysta z tego samego obozu.

10 Popularny w tej epoce szarlatan Fryderyk Mesmer leczył swoich naiwnych pacjentów, używając balii napełnionej butelkami z wodą, z której miała promieniować na chorych jakaś rzekomo cudotwórcza siła, zwana przez Mesmera „magnetyzmem zwierzęcym”.

11 Dytyrambiczny – natchniony, pełen żywiołowego entuzjazmu jak dytyramby – pieśni religijne, którymi starożytni Grecy czcili boga Dionizosa.

12 W pierwszych latach panowania Ludwika XVIII skrajna reakcja, która nie ujęła jeszcze całkowicie rządów w swoje ręce i skupiła się przy następcy tronu, późniejszym Karolu X, oskarżała króla, że sam przesiąkł ideami rewolucyjnymi i w karcie konstytucyjnej dał zbyt wiele swobód burżuazji.

13 Przezwisko to nawiązywało do momentu szczególnie upokarzającego dla żołnierzy Napoleona, kiedy po klęsce pod Waterloo niedobitki armii cesarskiej zostały zgromadzone przez zwycięzców w obozie nad Loarą i tam zdemobilizowane.

14 W ówczesnej Francji świecki urzędnik parafii, załatwiający sprawy administracyjne.

15 Ławka w kościele zarezerwowana tylko dla bogatych opiekunów parafii.

16 Hrabia H. – ojciec Victora Hugo, Leopold, generał napoleoński; Józef Bonaparte jako król Hiszpanii nadał mu tytuł hrabiego.

17 skrajnie monarchistyczną

18 Zabity w zamachu politycznym bratanek Ludwika XVIII, czczony w obozie monarchistycznym jako ofiara opozycji.

ROZDZIAŁ CZWARTY

PRZYJACIELE ABECADŁA

GRUPA, KTÓRA OMAL NIE PRZESZŁA DO HISTORII

Przez tę epokę, pozornie obojętną, przebiegał jakiś rewolucyjny dreszcz. W powietrzu czuć było powiewy, które wracały z głębin 1789 i 1792 roku. Młodzież opierzała się, jeśli wolno nam użyć tu tego wyrazu. Młodzi ludzie zmieniali się, prawie nie dostrzegając tego, przez samo posuwanie się naprzód czasu. Wskazówka, która się obraca na tarczy zegarowej, obraca się również i w ludzkich duszach. Każdy robił ten krok naprzód, który należało uczynić. Rojaliści stawali się liberałami, liberałowie stawali się demokratami.

Przekonania postępowe miały podwójne dno. Coś, co rozpoczynało się potajemnie, groziło „ustalonemu porządkowi”, który był podejrzliwy i skryty. Znak to w najwyższym stopniu rewolucyjny. Ukryta myśl władzy spotyka się w podziemnym podkopie z ukrytą myślą narodu. Dojrzewające powstanie jest odpowiedzią na zamierzony zamach stanu.

Nie było jeszcze wówczas we Francji tak wielkich organizacji podziemnych jak Tugendbund niemiecki i karbonaryzm włoski, ale tu i ówdzie rozgałęziały się już tajemne drążenia. Cougourda powstawała w Akwizgranie; w Paryżu, prócz innych tego rodzaju związków, istniało Towarzystwo Przyjaciół Abecadła19.

Kim byli Przyjaciele Abecadła? Stowarzyszeniem pozornie mającym na celu wychowanie dzieci, w rzeczywistości zaś – podnoszenie z upodlenia ludzi. Występowało ono jako propagator elementarza, prawdziwa jednak jego nazwa brzmiała: Towarzystwo Przyjaciół Abecadła Wolności.

Przyjaciele Abecadła była to grupa nieliczna, stanowiła ona stowarzyszenie tajne w stanie zaczątkowym; prawie koterię, powiedzielibyśmy, gdyby koterie wydawały bohaterów. Zbierali się w dwóch miejscach: koło targowiska, w szynku zwanym „Korynt”, o którym później będzie mowa, i w pobliżu Panteonu, na placu św. Michała, w małej kawiarni, „Café Musain”, dziś zburzonej; pierwsze z tych miejsc zebrań było wygodniejsze dla robotników, drugie dla studiującej młodzieży.

Zwykłe schadzki Przyjaciół Abecadła odbywały się w tylnej sali kawiarni Musain. Sala ta, dość oddalona od frontu, z którym łączyła się bardzo długim korytarzem, miała dwa okna i wyjście z ukrytymi schodami na uliczkę des Gres. Paliło się tam i piło wśród zabaw i śmiechu. Rozmawiano bardzo głośno o wszystkim i po cichu o innych rzeczach. Na ścianie była przybita dawna mapa Francji z czasów republiki, dostateczna wskazówka dla obudzenia czujności agenta policji.

Większość Przyjaciół Abecadła stanowili studenci, pozostający w serdecznych stosunkach z kilkoma robotnikami. Oto nazwiska głównych osób. W pewnej mierze należą już one do historii: Enjolras, Combeferre, Jan Prouvaire, Feuilly, Courfeyrac, Bahorel, Lesgle, czyli Laigle, Joly, Grantaire.

Ci młodzi ludzie tworzyli razem rodzaj rodziny, opartej na przyjaźni. Wszyscy, z wyjątkiem Laigle’a, pochodzili z południa.

Grupa ta godna była uwagi. Zniknęła ona w niewidzialnych głębiach, które są poza nami. W tym punkcie dramatu, do którego doszliśmy, nie jest może rzeczą zbyteczną rzucenie światła na te młode głowy, zanim czytelnik ujrzy, jak zapadają się w ciemność tragicznej przygody.

Enjolras, którego wymieniliśmy na pierwszym miejscu – a dlaczego, to zobaczymy później – był bogatym jedynakiem. Był to czarujący młodzieniec, który potrafił stawać się straszny. Był anielsko piękny. Rzekłbyś – srogi i dziki Antinous20. Widząc zadumany blask jego spojrzenia, można by powiedzieć, że w jakimś poprzednim istnieniu przeszedł apokalipsę rewolucji. Miał jej tradycje w sobie, jakby był jej świadkiem. Znał najdrobniejsze szczegóły tej wielkiej sprawy. Natura kapłańska i żołnierska, niezwykła u młodzieńca. Był on wierzący i wojujący; z bezpośredniego punktu widzenia – żołnierz demokracji; patrząc z punktu wyniesionego ponad ruch współczesny – kapłan ideału. Miał jedną namiętność – prawo; jedną myśl – obalenie przeszkody. Był surowy w uciechach. Przed wszystkim, co nie było republiką, skromnie spuszczał oczy. Kochał się w marmurze Wolności. Słowo jego było cierpko natchnione i drżało hymnem. Niespodziewanie rozpościerał skrzydła. Biada zalotom, które by zwróciły się ku niemu! Gdyby któraś gryzetka z placu Cambrai lub z ulicy Saint-Jean-de-Beauvais, widząc tę postać świeżo upieczonego maturzysty, tę postać pazia, długie, jasne rzęsy, szafirowe oczy, gęste i rozrzucone włosy, różowe policzki, świeże usta, ładne zęby, skusiła się na te uroki jutrzenki i popróbowała wpływu swej piękności na Enjolrasie – zdumiony i groźny wzrok wskazałby jej nagle przepaść i nauczyłby ją nie mylić strasznego cherubina ezechielowego21 z zalotnym Cherubinem Beaumarchais’go22.

Obok Enjolrasa, który reprezentował logikę rewolucji, Combeferre reprezentował jej filozofię. Pomiędzy logiką rewolucji i filozofią jej jest ta różnica, że jej logika może doprowadzić do wojny, filozofia jej zaś może prowadzić tylko do pokoju. Combeferre uzupełniał i prostował Enjolrasa. Był niższy i tęższy. Chciał, ażeby w umysły wpajano rozległe zasady ogólnych idei; mówił: Rewolucja, ale i cywilizacja – i dokoła stromej góry odsłaniał szeroki widnokrąg błękitu. Stąd we wszystkich poglądach Combeferre’a było coś przystępnego i dającego się urzeczywistnić. Łatwiej było oddychać rewolucją z Combeferre’em aniżeli z Enjolrasem. Enjolras wyrażał jej prawo boskie, Combeferre – jej prawo przyrodzone. Pierwszy pochodził od Robespierre’a, drugi zbliżał się do Condorceta23. Combeferre bardziej aniżeli Enjolras żył tak jak inni ludzie. Gdyby tym dwóm młodzieńcom dane było przejść do historii, pierwszy zwałby się sprawiedliwym, drugi mądrym. Enjolras był bardziej męski, Combeferre bardziej ludzki. Homo i vir24, oto różnica odcienia w ich osobowości; Combeferre był łagodny, jak Enjolras był surowy, przez wrodzoną czystość. Lubił wyraz: obywatel, lecz wolał wyraz: człowiek. Twierdził, iż przyszłość znajduje się w ręku nauczyciela ludowego, zajmował się wiele zagadnieniami wychowania i nauczania. Wierzył we wszystkie marzenia: w koleje żelazne, w usunięcie bólu przy operacjach chirurgicznych, w utrwalenie obrazu camery obscury, w telegraf elektryczny, w kierowanie balonami. I nie lękał się zbytnio cytadel, które wszędzie pobudowały przeciwko rodzajowi ludzkiemu zabobony, despotyzmy i przesądy. Należał do tych, którzy są przekonani, że dzięki nauce układ sił w końcu się zmieni. Enjolras był wodzem. Combeferre był przewodnikiem. Z pierwszym pragnąłbyś walczyć, z drugim – posuwać się naprzód krok za krokiem. Nie znaczyło to, żeby Combeferre nie był zdolny do walki, żeby odmawiał zmierzenia się z przeszkodą, natarcia na nią siłą i gwałtem, ale że czuł więcej upodobania do tego, by przez nauczanie rzeczy pewnych i ogłaszanie praw pozytywnych godzić rodzaj ludzki z jego losami; wybierając z dwóch jasności, skłaniał się raczej ku światłu niż pożarowi. Pożar niewątpliwie może zastąpić jutrzenkę, ale dlaczego nie zaczekać na świt? Wulkan rozświetla, lecz świt rozświetla jeszcze lepiej. Combeferre wolałby może białość piękna od płomieni wzniosłości. Jasność zamącona dymem, postęp opłacony gwałtem zadowalały tylko połowicznie ten umysł czuły i poważny. Rzucenie się ludu w prawdę z krawędzi urwiska, jak w roku 1793, przerażało go; lecz bierność jeszcze bardziej była mu wstrętna, czuł w niej zgniliznę i śmierć; a więc ostatecznie wolał pianę niż miazmaty, potok niż kloakę, wodospad Niagary niż jezioro Montfaucon25. Nie chciał ani postoju, ani pośpiechu. Combeferre byłby skłonny klęknąć i złożyć ręce, błagając, żeby przyszłość nadeszła w całej swojej czystości, żeby nic nie zamąciło wielkiej moralnej ewolucji ludów.

Jan Prouvaire to odcień jeszcze łagodniejszy niż Combeferre. Jan Prouvaire kochał się, hodował kwiatek w doniczce, grał na flecie, pisał wiersze, miłował lud, litował się nad kobietą, płakał nad losem dziecka, w tym samym uczuciu ufności łączył przyszłość z Bogiem i potępiał rewolucję za to, że ścięła królewską głowę Andrzeja Chénier26. Głos jego, zwykle cichy i łagodny, nagle chwilami stawał się męski. Był uczony aż do erudycji, był prawie skończonym orientalistą. Nade wszystko był dobry – i – rzecz całkiem prosta dla tych, co wiedzą, jak dobroć blisko graniczy z wielkością – w poezji nade wszystko przekładał nieskończoność. Umiał po włosku, po łacinie, po grecku i po hebrajsku i korzystał z tego tylko dla czytania czterech poetów: Dantego, Juvenala, Ajschylosa i Izajasza. Włóczył się chętnie po polach, wśród traw i kwiatów, i zajmował się obłokami tyleż samo co polityką. Umysł jego był dwustronny: z jednej strony zwracał się do człowieka, z drugiej do Boga; uczył się lub rozmyślał. Przez cały dzień zgłębiał zagadnienia społeczne: płacę, kapitał, kredyt, małżeństwo, religię, wolność myśli, swobodną miłość, wychowanie, kary, nędzę, stowarzyszenia, własność, wytwórczość i podział dóbr, zagadki ziemskie, które ciemną mgłą przykryły ludzkie mrowie; a wieczorem patrzył na gwiazdy, te istoty ogromne. Jak i Enjolras był bogatym jedynakiem. Mówił łagodnie, pochylał głowę, spuszczał oczy, uśmiechał się z zakłopotaniem, ubierał się źle, był nieśmiały, rumienił się z byle powodu, był bardzo lękliwy. Jednocześnie nieustraszony.

Feuilly był robotnikiem wyrabiającym wachlarze, sierotą bez ojca i matki, który z trudnością zarabiał trzy franki dziennie i miał tylko jedną myśl – oswobodzić świat. Miał jeszcze inne zajęcie: kształcenie się, co także nazywał zdobywaniem wolności. Sam się nauczył czytać i pisać; wszystkiego, co umiał, nauczył się sam. Feuilly miał szlachetne serce. Miał gest wszechobejmujący. Będąc sierotą, uznał za swoje dzieci wszystkie ludy. Ponieważ nie miał matki, rozmyślał o ojczyźnie. Nie chciał, żeby na ziemi był choć jeden człowiek bez ojczyzny. Hodował w sobie, z głęboką intuicją ludzi prostych, to, co dzisiaj nazywamy „ideą narodowości”. Nauczył się historii umyślnie po to, żeby się skuteczniej i trafniej oburzać. W tej małej gromadce utopistów, zajętych przeważnie Francją, reprezentował sprawy zagraniczne. Specjalnością jego były Grecja, Polska, Węgry, Rumunia, Włochy. Wymawiał te nazwy bez ustanku, z powodem i bez powodu, ze słusznym uporem. Turcy na Krecie i w Tesalii, Rosja w Warszawie, Austria w Wenecji – te gwałty budziły w nim gniew. Przede wszystkim oburzał go wielki akt przemocy z roku 1772. Słuszność w oburzeniu – bardziej przekonywająca wymowa nie istnieje. Tą wymową był wymowny. Nigdy nie przestawał przypominać haniebnej daty, roku 1772, tego dzielnego i szlachetnego ludu zniszczonego przez zdradę, tej potrójnej zbrodni, tej potwornej zasadzki, prototypu i patrona wszystkich późniejszych rozbiorów, które od tego czasu uderzyły w wiele szlachetnych narodów, wymazując, by tak rzec, metryki ich urodzin. Wszystkie społeczne zamachy stanu współczesności wywodzą się z rozbiorów Polski. Rozbiory Polski to teoremat, z którego wszystkie współczesne zbrodnie polityczne wynikają jako wnioski. Już od prawie wieku nie ma despoty, nie ma zdrajcy, który by nie potwierdził, nie bronił, kontrasygnował i parafował ne varietur27 rozbiorów Polski. Gdy się bierze do ręki akta współczesnych zdrad, ta zjawia się na początku. Kongres Wiedeński poradził się tej zbrodni, nim zatwierdził swoją. 1772 to sygnał rozpoczęcia łowów, 1815 to spuszczenie psów ze smyczy. Feuilly rozprawiał o tym nieustannie. Ten ubogi robotnik zrobił się opiekunem sprawiedliwości, a ona mu się odwzajemniła, czyniąc go wielkim. W prawie bowiem zawarta jest wieczność.

Courfeyrac miał ojca, który nazywał się panem de Courfeyrac. Jednym z błędnych poglądów burżuazji czasów Restauracji na arystokrację i szlachtę było to, że wierzyła ona w słówko de postawione przed nazwiskiem. Słówko to, jak wiadomo, nie ma żadnego znaczenia. Lecz mieszczanie z czasów „Minerwy” tak wielce szacowali to biedne de, że uważano za obowiązek wyrzekanie się go. Pan de Chauyelin kazał nazywać się panem Chauvelin, pan de Caumartin – panem Caumartin, pan de Constant de Rebecque – panem Beniaminem Constant, pan de Lafayette – panem Lafayette. Courfeyrac nie chciał pozostać w tyle i nazywał się po prostu Courfeyrac.

Enjolras był przywódcą, Combeferre przewodnikiem, Courfeyrac środkiem. Inni dawali więcej światła, on dawał więcej ciepła; i faktem było, że miał wszystkie przymioty środka: okrągłość i promieniowanie.

Bahorel lubił dobrą zabawę i złe towarzystwo, był odważny, lekkomyślny, rozrzutny aż do wspaniałomyślności, gadatliwy aż do granic krasomówstwa, śmiały aż do bezczelności; największy zabijaka, jakiego można sobie wyobrazić; ubierał się w jaskrawe kamizelki i szkarłatne przekonania; hałaburda na wielką skalę, to znaczy, że nic nie było mu milsze od kłótni, z wyjątkiem rozruchów, i nic ponad rozruchy, z wyjątkiem rewolucji; zawsze gotów stłuc szybę, zerwać bruk i obalić rząd, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie. Od jedenastu lat był studentem. Obwąchiwał prawo, ale go nie studiował.

Bahorel, człowiek kapryśny, chodził do rozmaitych kawiarni. Inni mieli w tym względzie przyzwyczajenia, on żadnych. Włóczył się. Błądzić jest rzeczą ludzką. Włóczyć się – to rzecz paryska. W istocie był to umysł przenikliwy i bardziej myślący, aniżeliby się zdawało. Był łącznikiem między Przyjaciółmi Abecadła i innymi, jeszcze niezupełnie określonymi grupami, które dopiero później miały się ukształtować.

To zgromadzenie młodych miało jednego łysego w swym gronie, ów jedyny łysy podpisywał się Laigle (z Meaux)28. Koledzy dla skrócenia nazywali go Bossuetem. Był to wesoły chłopiec prześladowany przez pech. Specjalnością jego było niepowodzenie we wszystkim. Przez przekorę śmiał się ze wszystkiego. Mając dwadzieścia pięć lat, był łysy. Ojciec jego dorobił się z trudem domu i pola, lecz on nic nie miał pilniejszego, jak stracić w chybionej spekulacji ten dom i to pole. Był ubogi, lecz jego sakiewka z dobrym humorem nie wyczerpywała się. Szybko dochodził do ostatniego su, nigdy do ostatniego parsknięcia śmiechem.

Bossuet kierował się z wolna ku zawodowi adwokata; uczył się prawa na sposób Bahorela. Prawie że nie miał mieszkania, czasami nie miał go wcale. Mieszkał to u jednego, to u drugiego, najczęściej u Joly’ego. Joly studiował medycynę. Był o dwa lata młodszy od Bossueta.

Joly był to młody chory z urojenia. Z medycyny skorzystał tyle, że stał się bardziej jeszcze pacjentem niż lekarzem. W dwudziestym trzecim roku życia uważał się za schorowanego i spędzał czas na oglądaniu w lusterku swego języka. Utrzymywał, że człowiek magnetyzuje się jak igła, i w swoim pokoju ustawiał łóżko tak, żeby głowa skierowana była na południe, a nogi na północ i żeby wielki prąd magnetyczny kuli ziemskiej nie przeszkadzał krążeniu krwi. Podczas burzy badał sobie puls. Zresztą był ze wszystkich najweselszy.

Stowarzyszeni i wtajemniczeni, w podziemnej pracy usiłowali kształtować ideał.

Wśród wszystkich tych serc gorących i przekonanych umysłów znajdował się jeden sceptyk. Jak się tam znalazł? Przyciągnięty kontrastem. Sceptyk ten nazywał się Grantaire. Grantaire był człowiekiem, który nade wszystko wystrzegał się wiary w cokolwiek. Wszystkie te wyrazy: prawa ludu, prawa człowieka, umowa społeczna, rewolucja francuska, republika, demokracja, ludzkość, cywilizacja, religia, postęp, dla Grantaire’a nie miały prawie żadnego znaczenia. Uśmiechał się, słysząc je. Niedowiarstwo, ta śniedź inteligencji, nie pozostawało mu w głowie ani jednej nienadpsutej myśli. Żył ironicznie. Miał za ulubiony aksjomat: jedna jest tylko pewność na świecie – pełna szklanka.

Sceptyk ów miał jednak przedmiot uwielbienia. Przedmiotem tym nie była ani idea, ani dogmat, ani sztuka, ani nauka; był to człowiek: Enjolras. Grantaire podziwiał, kochał i czcił Enjolrasa. Z kimże spośród tego zastępu wierzących umysłów związał się ów anarchistyczny niedowiarek? Z wierzącym najbezwzględniej. W jaki sposób Enjolras potrafił go ujarzmić? Swoimi przekonaniami? Nie. Swoim charakterem. Jest to zjawisko często spotykane. Niedowiarek lgnący do wierzącego, jest to tak proste jak prawo dopełniania się barw. Pociąga nas zwykle to, czego brak nam samym. Nie zdając sobie jasno z tego sprawy i nie próbując sobie tego wytłumaczyć, był pod urokiem tej natury czystej, zdrowej, tęgiej, prawej, twardej, niepokalanej. Podziwiał instynktownie swoje przeciwieństwo.

MOWA POGRZEBOWA BOSSUETA NA CZEŚĆ PROFESORA BLONDEAU

Pewnego popołudnia, które jak się później okaże, miało związek z opowiedzianymi wyżej wypadkami, Laigle z Meaux stał sobie, wygodnie oparty o drzwi kawiarni Musain. Wyglądał jak próżnująca kariatyda; dźwigał tylko własne marzenia. Patrzył na plac św. Michała. Stać, opierając się o coś plecami, to jakby leżeć, stojąc, pozycja miła marzycielom. Laigle z Meaux rozpamiętywał bez przykrości drobną przygodę, która spotkała go poprzedniego dnia na uniwersytecie i zmieniła jego plany na przyszłość, plany zresztą dość nieokreślone.

Zamyślenie nie przeszkadza dorożce przejeżdżać ulicą, a zamyślonemu spostrzec tę dorożkę. Laigle z Meaux, którego oczy błąkały się, jakby w wędrówce niemającej celu, zauważył poprzez swój lunatyzm dwukołowy ekwipaż jadący placem powoli, jakby nie wiedząc dokąd. Przypatrzywszy się baczniej, spostrzegł siedzącego obok woźnicy młodzieńca, a przed młodzieńcem dość dużą torbę podróżną. Na torbie, na bilecie przytwierdzonym do materiału, wypisane było wielkimi czarnymi literami nazwisko właściciela: Mariusz Pontmercy.

Imię to poruszyło z miejsca Laigle’a; stanął prosto i zawołał na młodzieńca z kabrioletu:

– Panie Pontmercy!

Na to wezwanie kabriolet zatrzymał się.

Młodzieniec, który również zdawał się głęboko zamyślony, podniósł oczy.

– Co takiego? – zapytał.

– To pan jest Mariuszem Pontmercy?

– Ponad wszelką wątpliwość.

– Właśnie pana szukałem – rzekł Laigle z Meaux.

– W jaki sposób? – zapytał Mariusz, gdyż rzeczywiście był to on; przed chwilą opuścił dom swego dziadka i oto zagadnięty został niespodzianie przez człowieka, którego widział po raz pierwszy w życiu. – Nie znam pana.

– I ja również pana nie znam – odpowiedział Laigle.

Mariusz zaczął podejrzewać, że to studencki figiel, początek jakiejś ulicznej mistyfikacji. Nie był wcale usposobiony po temu w tej chwili. Zmarszczył brwi. Laigle z Meaux z najzimniejszą krwią mówił dalej:

– Nie był pan onegdaj na wykładzie?

– To możliwe.

– To pewne.

– Jest pan studentem? – spytał Mariusz.

– Tak, proszę pana. Jak i pan. Onegdaj przypadkiem zaszedłem na wykład. Wie pan, czasem strzeli człowiekowi taki pomysł do głowy. Profesor właśnie sprawdzał listę. Wie pan zapewne, że oni tam są teraz bardzo śmieszni. Po stwierdzeniu trzech nieobecności skreślają studenta i wpisowe przepada. Sześćdziesiąt franków wyrzuconych w błoto.

Obudziło to ciekawość Mariusza. Laigle mówił dalej:

– Blondeau czytał listę. Zna pan przecież Blondeau, ma on nos wielce ostry i złośliwy i lubuje się w wywąchiwaniu nieobecnych. Tym razem zaczął podstępnie od litery P. Słuchałem piąte przez dziesiąte, nie mając nic wspólnego z tą spółgłoską. Szło jakoś nieźle. Ani jednego wykreślenia – cały wszechświat był obecny. Cóż za smutek dla Blondeau. Mówiłem sobie w duchu: Blondeau, kochanie moje, dziś nie uda ci się upolować ani jednego. Nagle Blondeau wywołuje: Mariusz Pontmercy. Nikt nie odpowiada. Blondeau, pełen nadziei, powtarza głośniej: Mariusz Pontmercy. I chwyta za pióro. Panie, mam przecież serce w piersi! Szybko powiedziałem sobie w duchu: Gotów wykreślić chłopaka! Uwaga! To człowiek prawdziwie żywy, bo niesumienny. To nie kujon, to nie student studiujący, naiwny żółtodziób, ale szlachetny leń, który uczęszcza na łono natury, zajmuje się gryzetkami, zaleca się do dziewczynek, jest może w tej chwili u mojej kochanki. Ratujmy go, śmierć staremu Blondeau! Właśnie w tej chwili Blondeau umaczał w atramencie pióro, poczerniałe od skreślań, powlekł swoim wyblakłym spojrzeniem po sali i powtórzył po raz trzeci: Mariusz Pontmercy. Odpowiedziałem śmiało: Jest! To sprawiło, że pana nie wykreślił.

– Ach, proszę pana... – przerwał Mariusz.

– A za to ja zostałem skreślony – dodał Laigle z Meaux.

– Nie pojmuję – rzekł Mariusz.

Laigle ciągnął dalej:

– Nic prostszego. Umieściłem się naumyślnie w bliskości katedry, żeby móc odpowiedzieć, że jestem, i zarazem w sąsiedztwie drzwi, ażeby móc potem zwiać. Ale profesor wpatrywał się we mnie jakoś zbyt uważnie. I nagle, wyposażony widocznie w ten diablo przebiegły nos, o którym wspomina Boileau, przeskakuje do litery L. L – to moja litera. Jestem rodem z Meaux i nazywam się Laigle.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

19 Abecadła Wolności – przybliżony odpowiednik nazwy, która w oryginale zawiera nieprzetłumaczalną grę słów (Les Amis de l’ABC występują oficjalnie jako organizacja oświatowa, ale ich nazwa znaczy jednocześnie „Przyjaciele Abecadła” i „Przyjaciele Poniżonego” – czyli ludu – gdyż ABC wymawia się po francusku tak samo jak abaisse, „poniżony”).

20 Słynny z urody ulubieniec cesarza rzymskiego, Hadriana, uwieczniany przez rzeźbiarzy.

21 Biblijny anioł siejący postrach i grozę, jak w proroctwach Ezechiela.

22 Figlarny i pełen wdzięku chłopiec, postać z komedii Wesele Figara.

23 Filozof francuski epoki Oświecenia, uczestnik wielkiej rewolucji burżuazyjnej, ale zdecydowany przeciwnik jakobinów.

24 Prawie jednoznaczne słowa francuskie, różniące się jednak w odcieniach; homo oznacza człowieka w ogóle, vir zawiera w sobie ponadto pojęcie, energii, rozsądku i powagi.

25 Na dawnych peryferiach Paryża, gdzie zwożono nieczystości i odpadki.

26 Wybitny poeta liryczny z końca XVIII w.; początkowo uczestnik rewolucji francuskiej, później przeszedł na stronę jej wrogów i został skazany na śmierć.

27 w postaci ostatecznej (łac.)

28 L’aigle znaczy orzeł; sławny kaznodzieja i teolog Bossiet był biskupem diecezji Meaux i współcześni nadali mu przydomek „orła z Meaux” – stąd przezwisko studenta.

ROZDZIAŁ PIĄTY

DOBRA STRONA NIESZCZĘŚCIA

MARIUSZ W KŁOPOTACH

Życie stało się dla Mariusza surowe. Przejeść ubranie i zegarek to było jeszcze nic. Skosztował on później smaku tej niewypowiedzianej rzeczy, którą nazywają „mięsem wściekłej krowy”. Składają się na tę straszną rzecz dni bez chleba, noce bezsenne, wieczory bez świecy, kominek bez ognia, całe tygodnie bez pracy, przyszłość bez nadziei, rękawy przetarte na łokciach, stary kapelusz wywołujący śmiech dziewcząt, drzwi, które się wieczorem zastaje zamknięte, bo się nie płaci komornego, impertynencje dozorcy i restauratora, szyderstwa sąsiadów, upokorzenia, ukrywane poczucie godności, przyjmowanie byle jakich zajęć dla zarobku, niesmak, gorycz, przygnębienie. Mariusz nauczył się przeżywać to wszystko i dowiedział się, że często tylko tym trzeba żyć. Wtedy właśnie, kiedy człowiek chce kochać i dlatego musi być dumny, on czuł, że kpią z niego, ponieważ jest źle ubrany, i widział, że jest śmieszny z powodu swojego ubóstwa. W wieku, w którym młodość rozpiera serce królewską dumą, nieraz opuszczał oczy na swoje dziurawe trzewiki, poznał krzywdzące piętno nędzy i jej boles­ne rumieńce. Wspaniała i groźna to próba, która słabych czyni podłymi, a silnych uszlachetnia. Tygiel, w który los wrzuca człowieka, ilekroć chce stworzyć łajdaka lub półboga.

Zdarzało się, że Mariusz sam zamiatał schody przed swoimi drzwiami, że kupował w sklepiku sera z Brie za jednego su, że czekał na zmierzch, aby zejść do piekarza i kupić kawałek chleba, który niósł chyłkiem na swoje poddasze, jak gdyby go ukradł. Czasem można było widzieć, jak do pobliskiego sklepu rzeźnika wślizgiwał się niezdarnie, wśród tłumu potrącających go i obrzucających szyderczymi spojrzeniami kucharek, młody człowiek z książkami pod pachą, nieśmiały i zarazem wrzący gniewem; już na progu zdejmował kapelusz ze spoconego czoła, nisko się kłaniał zdziwionej rzeźniczce, kłaniał się czeladnikowi, prosił o kotlet barani, płacił sześć albo siedem su, zawijał mięso w papier, kładł między książki i wychodził. Był to Mariusz. Tym kotletem, który sam smażył, żył potem przez trzy dni.

Pierwszego dnia jadł mięso, drugiego tłuszcz, trzeciego obgryzał kość.

Ciotka Gillenormand kilka razy próbowała mu doręczać sześćdziesiąt pistoli od dziadka, ale Mariusz zawsze je odsyłał, oświadczając, że nic mu nie potrzeba.

W tym czasie uzyskał dyplom adwokacki. Jako swój adres podawał mieszkanie Courfeyraca, gdyż było ono przyzwoite i znajdowała się w nim pewna ilość książek prawniczych pomnożona o tomy zdekompletowanych powieści, co razem mogło udawać bibliotekę wymaganą przez przepisy. Do Courfeyraca kazał też przesyłać swoją korespondencję.

Kiedy został adwokatem, zawiadomił o tym dziadka w liście zimnym, ale pełnym przywiązania i szacunku. Pan Gillenormand otworzył ten list drżącą ręką, przeczytał, podarł na ćwierci i rzucił do kosza. Kilka dni później panna Gillenormand usłyszała ojca mówiącego głośno do siebie w pustym pokoju. Zdarzało mu się to zawsze, kiedy był bardzo czymś poruszony. Stara panna nastawiła ucha. Starzec mówił:

– Gdybyś nie był ostatnim głupcem, wiedziałbyś, że nie można być jednocześnie baronem i adwokatem.

MARIUSZ W BIEDZIE

Z nędzą jest tak jak ze wszystkim. Staje się w końcu znośna. Przybiera pewien kształt i układa się. Człowiek wegetuje, czyli rozwija się w sposób wątły, słaby, wystarczający jednak, żeby żyć. Oto, w jaki sposób ułożyła się egzystencja Mariusza Pontmercy.

Wyszedł już z największych trudności; zaczęło się przed nim trochę rozjaśniać. Pracowitością, odwagą, wytrwałością i wolą doszedł do tego, że praca dawała mu około siedmiuset franków rocznie. Nauczył się po niemiecku i po angielsku. Dzięki Courfeyracowi, który zaznajomił go ze swoim przyjacielem, księgarzem, pełnił Mariusz w literaturze księgarskiej funkcje skromne, ale pożyteczne. Układał prospekty, tłumaczył dzienniki, robił przypisy do wydawnictw, kompilował biografie itd. Czysty dochód roczny – przeciętnie siedemset franków. Z tego żył. Jak? Nieźle. Zaraz opowiemy.

Wynajmował w ruderze Gorbeau za trzydzieści franków rocznie izdebkę bez kominka, zwaną gabinetem, w której z mebli stało tylko to co najniezbędniejsze. Meble te należały do niego. Płacił trzy franki miesięcznie „głównej lokatorce”, która zamiatała jego izbę i przynosiła mu co rano trochę gorącej wody, świeże jajko i chleba za jednego su. Ten chleb i jajko stanowiły jego śniadanie. Kosztowało go ono od dwóch do czterech su, stosownie do tego, czy jaja były droższe, czy tańsze. O szóstej wieczorem szedł na ulicę św. Jakuba na obiad do Rousseau, naprzeciw Basseta, sprzedającego sztychy na rogu ulicy des Mathurins. Zupy nie jadał. Brał porcję mięsa za sześć su, pół porcji jarzyn za trzy i deser za trzy. Za trzy su miał chleb bez ograniczenia. Zamiast wina pijał wodę. Płacąc przy kasie, za którą majestatycznie zasiadała pani Rousseau, już wówczas tłusta i jeszcze świeża, dawał su chłopcu, a pani Rousseau nagradzała go uśmiechem. Później wychodził. Za szesnaście su dostawał uśmiech i obiad.

A więc: śniadanie za cztery su, obiad za szesnaście su – jedzenie kosztowało go dziennie dwadzieścia su, co czyniło rocznie trzysta sześćdziesiąt pięć franków. Dodajmy do tego trzydzieści franków czynszu i trzydzieści sześć franków, które płacił starej, a nadto niektóre drobne wydatki. Za czterysta pięćdziesiąt franków Mariusz miał jedzenie, mieszkanie i usługę. Ubranie kosztowało go sto franków, bielizna pięćdziesiąt franków, praczka pięćdziesiąt franków. Pozostawało mu pięćdziesiąt franków. Był bogaty. W potrzebie mógł pożyczyć dziesięć franków przyjacielowi; Courfeyrac pożyczył raz od niego aż sześćdziesiąt franków. Kwestię opału Mariusz, nie mając kominka, „uprościł”.

Miał zawsze dwa kompletne garnitury: jeden stary na co dzień, drugi nowy od święta. Oba były czarne. Miał tylko trzy koszule: jedną na sobie, drugą w komodzie, trzecią u praczki. Dokupywał, w miarę jak się zużywały. Zwykle były podarte, co zmuszało go do zapinania surduta pod samą szyję.

W sercu Mariusza, obok imienia ojca, wyryte było jeszcze inne imię, imię Thénardiera. Mariusz, z natury poważny i entuzjasta, otoczył aureolą tego człowieka, któremu – jak myślał – winien był życie ojca, był to dla niego nieustraszony sierżant, który wśród kul i kartaczy bitwy Waterloo ocalił pułkownika. Wspomnienia o tym człowieku nie oddzielał od wspomnienia o ojcu i połączył je w swojej czci. Był to pewien rodzaj kultu o dwóch stopniach: wielki ołtarz dla pułkownika, mały dla Thénardiera. A tkliwość jego uczucia wdzięczności podwajała myśl o nędzy, w jaką – według zebranych przez niego informacji – wpadł Thénardier. Mariusz dowiedział się w Montfermeil o ruinie i bankructwie nieszczęśliwego ober­żysty i czynił niesłychane usiłowania, żeby odszukać jego ślady i dotrzeć do niego w tej ciemnej przepaści nędzy, w której Thénardier zniknął. Mariusz przemierzył całą okolicę, był w Chelles, w Bondy, w Gournay, w Nogent, w Lagny. Nie ustawał w swej zawziętości przez trzy lata, wydając na te poszukiwania całe zaoszczędzone z trudem pieniądze. Nikt nie mógł mu udzielić żadnej wiadomości o Thénardierze; mniemano, że wyjechał na obczyznę. Wierzyciele szukali go także, z mniejszą miłością niż Mariusz, ale z taką samą zawziętością, i nie udało się im schwytać go.

Mariusz obwiniał się, oskarżał prawie, że mu się poszukiwania nie powiodły. Zobaczyć Thénardiera, oddać jakąkolwiek usługę Thénardierowi, powiedzieć mu: Nie zna mnie pan, ale ja znam pana. Oto jestem. Proszę mną rozporządzać! – takie było najsłodsze i najpiękniejsze marzenie Mariusza.

Mariusz żył samotnie. Nie wszedł zdecydowanie do grupy, której przewodniczył Enjolras; raz dlatego, że lubił trzymać się na uboczu, z dala od wydarzeń, i dlatego również, że spłoszyli go nieco. Zachowano nadal dobre, przyjacielskie stosunki; w każdej potrzebie młodzieńcy gotowi byli wspierać się nawzajem wszelkimi możliwymi sposobami, ale nic więcej. Mariusz miał dwóch przyjaciół: młodego, Courfeyraca, i starego, pana Mabeufa. Starszy był mu droższy. Jemu to przede wszystkim zawdzięczał rewolucję, która się w nim dokonała; jemu również zawdzięczał to, że poznał i pokochał swego ojca. Zdjął mi kataraktę z oczu – powiadał.

Ponieważ później spotkamy pana Mabeufa, kilka słów o nim nie będzie bez pożytku.

PAN MABEUF

Tego dnia, kiedy pan Mabeuf powiedział Mariuszowi: „Nie mam nic przeciwko poglądom politycznym”, dokładnie scharakteryzował całą swoją umysłowość. Wszystkie opinie polityczne były dla niego obojętne i wszystkie uznawał bez różnicy, byle tylko zostawiały go w spokoju. Opinie polityczne zastępowała panu Mabeufowi miłość do roślin, a nade wszystko do książek. Miał, jak i wszyscy, swoją końcówkę: ista, bez której w owym czasie nikt nie mógł żyć, ale nie był ani rojalistą, ani bonapartystą, ani konstytucjonalistą, ani orleanistą, ani anarchistą, lecz tylko bukinistą.

Nie pojmował, jak ludzie mogli zajmować się nienawidzeniem się wzajemnym dla takich głupstw jak karta konstytucyjna, demokracja, legitymizm, monarchia, republika itd., kiedy mogli na tym świecie przypatrywać się wszelkiego rodzaju mchom, trawom i krzakom i przeglądać stosy ksiąg in folio33, a nawet in 3234. Wystrzegał się bardzo, żeby nie być bezużytecznym; posiadanie książek nie przeszkadzało mu ich czytać, zajęcia botaniczne nie przeszkadzały mu być ogrodnikiem. Kiedy poznał Pontmercy’ego, pomiędzy pułkownikiem a nim istniała tego rodzaju sympatia, że to, co robił pułkownik dla kwiatów, on robił dla owoców. Pan Mabeuf doszedł do tego, że przez szczepienie wyhodował gruszki tak smaczne jak gruszki Saint-Germain; skutkiem jednej z tych kombinacji – jak się zdaje – powstała mirabela październikowa, słynna dzisiaj, a nie mniej wonna od mirabeli letniej. Chodził na mszę raczej z powodu swego łagodnego usposobienia aniżeli przez nabożeństwo i dlatego także, że lubiąc twarze ludzkie, a nienawidząc hałasu, znajdował w kościele ludzi zgromadzonych i milczących. Czując, że trzeba być czymś w państwie, wybrał obowiązek skarbnika parafii. Wreszcie nigdy nie udawało mu się pokochać żadnej kobiety tak, jak kochał cebulkę tulipana, ani też pokochać jakiegoś mężczyzny tak, jak kochał elzewiry35. Ułożył i ogłosił drukiem Florę okolic Cauteretz z tablicami kolorowanymi, dzieło dosyć poważne, którego płyty miedziorytowe znajdowały się u niego, a które sam sprzedawał. Przychodząc po nie, dzwoniono dwa lub trzy razy na dzień do jego mieszkania na ulicy Mezieres. Miał z tego przeszło dwa tysiące franków rocznie; była to prawie cała jego fortuna. Chociaż ubogi, miał ten talent, że przy cierpliwości i oszczędności posiadł z czasem kosztowny zbiór rzadkich egzemplarzy wszelkiego rodzaju. Wychodził zawsze z książką pod pachą, a wracał często z dwiema. Jedynym upiększeniem jego czterech pokojów parterowych, które wraz z ogródkiem stanowiły jego mieszkanie, były zielniki, oprawione w ramy, i sztychy starych mistrzów. Widok szpady lub strzelby przejmował go zimnym dreszczem. W życiu swoim nigdy nie zbliżył się do działa, nawet u Inwalidów. Miał żołądek znośny, brata księdza, włosy zupełnie białe, brak zębów, zarówno w ustach, jak w umyśle, trząsł się cały, mówił akcentem pikardyjskim, śmiał się jak dziecko. Przestrach łatwy i wyraz twarzy starego barana. Z tym wszystkim żadnej innej przyjaźni ani też żadnej innej zażyłości z żywymi osobami oprócz starego księgarza u bramy św. Jakuba, nazywającego się Royol. Marzeniem jego było zaaklimatyzować indygo36 we Francji. Służąca jego była także odmianą niewinności.

Pan Mabeuf przyjmował Mariusza dobrze, dlatego że Mariusz, będąc młody i łagodny, ogrzewał jego starość, nie wystraszając jego nieśmiałości. Młodość połączona z łagodnością wywiera na starcu wrażenie słońca bez wiatru. Kiedy Mariusz, nasyciwszy się sławą wojenną, prochem, marszami i kontrmarszami oraz wszystkimi tymi nadzwyczajnymi bitwami, w których jego ojciec zadawał i otrzymywał tak silne cięcia, szedł do pana Mabeufa, ten opowiadał mu o bohaterze z punktu widzenia jego stosunku do kwiatów.

Około roku 1830 brat jego, ksiądz, umarł, i prawie nagle, jakby noc zapadła, cały widnokrąg sposępniał dla pana Mabeufa. Bankructwo notariusza pozbawiło go sumy dziesięciu tysięcy franków, wszystkiego, co posiadał po ojcu. Rewolucja lipcowa sprowadziła przesilenie w handlu księgarskim. Taka rzecz jak Flora pierwsza odczuwa kryzys. Sprzedaż Flory okolic Cauteretz wstrzymała się. Upływały tygodnie, a kupujących nie było. Czasami pan Mabeuf wstrząsał się na odgłos dzwonka.

– Panie – powiadała mu smutnie służąca, przezwana przez niego matką Plutarch – przyniesiono wodę. – Krótko mówiąc, pewnego dnia pan Mabeuf porzucił ulicę Mézières, złożył urząd skarbnika parafii, wyrzekł się św. Sulpicjusza, sprzedał część – nie książek, lecz sztychów, które go mniej obchodziły – i zamieszkał w domku na bulwarze Montparnasse, gdzie zresztą pozostał tylko jeden kwartał, a to z dwóch powodów: naprzód, parter i ogród kosztowały trzysta franków, a on nie mógł wydawać na czynsz więcej nad dwieście; po wtóre, będąc w sąsiedztwie strzelnicy, słyszał strzały pistoletowe; była to dla niego rzecz nie do zniesienia.

Zabrał ze sobą Florę, płyty miedziorytowe, zielniki, teki i książki i zamieszkał koło Salpêtrière, w wiosce Austerlitz, gdzie znalazł coś w rodzaju chaty: tam miał za dwieście pięćdziesiąt franków rocznie trzy pokoje i ogród, oparkaniony, ze studnią. Skorzystał ze zmiany mieszkania i sprzedał prawie wszystkie meble. Tego dnia, kiedy wprowadził się do nowego mieszkania, był bardzo wesoły i sam przybijał gwoździe do zawieszania sztychów i zielników; przez resztę dnia kopał w ogrodzie, a wieczorem, widząc, że matka Plutarch miała minę smutną i była zamyślona, uderzył ją po ramieniu i z uśmiechem powiedział do niej:

– Mamy jeszcze indygo!

UBÓSTWO, DOBRY SĄSIAD NĘDZY

Mariusz lubił tego prostego starca, który widział, jak niedostatek powoli go ogarnia, i zaczynał już trochę się temu dziwić, jeszcze się jednak nie smucąc. Mariusz spotykał Courfeyraca, a Mabeufa szukał. Bardzo rzadko jednak, raz lub dwa razy na miesiąc, co najwyżej.

Rozrywką Mariusza były długie, samotne przechadzki po zewnętrznych bulwarach, po Polu Marsowym lub po mało uczęszczanych alejach Ogrodu Luksemburskiego. Czasem przez pół dnia przypatrywał się jakiemuś warzywnemu ogródkowi, grządkom sałaty, kurom na śmietniku i koniowi obracającemu koło kieratu. Przechodnie spoglądali na niego ze zdziwieniem, niektórym ubranie jego wydawało się podejrzane, a mina złowroga. Był to tylko ubogi młodzieniec zatopiony w myślach.

Właśnie podczas jednej z takich przechadzek odkrył ruderę Gorbeau; odludne położenie i niskie komorne skusiły go; zamieszkał w niej. Znano go tam tylko pod imieniem pana Mariusza.

Kilku dawnych generałów i dawnych towarzyszy jego ojca zapraszało go do siebie, poznawszy bliżej. Mariusz nie odmawiał. Muzykowano tam i tańczono. Na przyjęcia Mariusz wkładał swoje nowe ubranie. Ale na te wieczory i na bale chodził tylko wówczas, kiedy był mróz trzaskający, ponieważ nie miał pieniędzy na wynajęcie powozu, a uważał, że zjawić się tam może tylko w butach błyszczących jak lustro.

Mówił czasem bez goryczy:

– Ludzie są już tacy, że w salonie możesz być cały zabłocony, ale z wyjątkiem butów. Przyjmując cię tam, wymagają tylko jednej rzeczy, która musi być bez zarzutu. Sumienie? Nie – obuwie.

Wszystkie namiętności, oprócz namiętności serca, rozpraszają się w marzeniu. Gorączki polityczne Mariusza wystygły też właśnie tam. Rewolucja roku 1830, zadowalając go i uspokajając, dopomogła. Pozostał tym samym, wyjąwszy gniew. Miał zawsze te same przekonania. Tyle tylko że złagodzone. Właściwie mówiąc, nie miał już przekonań, miał tylko sympatie. Do jakiego stronnictwa należał? Do stronnictwa ludzkości. W ludzkości wybierał Francję; w narodzie wybierał lud; w ludzie wybierał kobietę. Ku niej szczególnie skłaniała się jego litość. Przekładał teraz myśl nad czyn, poetę nad bohatera i bardziej podziwiał taką księgę jak księga Hioba niż takie wydarzenie jak Marengo. I kiedy po dniu spędzonym na rozmyślaniu wracał wieczorem bulwarami i przez gałęzie drzew spostrzegał przestwory bez dna, światła bez nazwy, przepaść, cień, tajemnicę – wszystko, co było tylko ludzkie, wydawało mu się małe.

Około połowy tego roku 1830 staruszka, która usługiwała Mariuszowi, opowiedziała mu, że wyrzucają z mieszkania jego sąsiadów, ubogą rodzinę Jondrette’ów. Mariusz, który spędzał całe dnie poza domem, zaledwie wiedział, że ma sąsiadów.

– Dlaczego ich wyrzucają? – zapytał.

– Dlatego, że nie płacą czynszu. Winni już są za dwa miesiące.

– Ile to jest?

– Dwadzieścia franków – powiedziała staruszka.

Mariusz miał trzydzieści franków schowanych w szufladzie.

– Masz! – powiedział do starej. – Oto dwadzieścia pięć franków. Zapłać za tych biednych ludzi, daj im pięć franków i nie mów, że to ode mnie.

33 Największy, albumowy format książki.

34 Najmniejszy, kieszonkowy format książki.

35 Cenione przez bibliofilów z powodu swojej pięknej czcionki książki, drukowane przez rodzinę holenderskich drukarzy Elzewirów (XVI i XVII w.).

36 Roślina dostarczająca barwnika niebieskiego, pierwotnie rosnąca tylko w krajach Dalekiego Wschodu.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

POŁĄCZENIE DWÓCH GWIAZD

Z PRZEZWISKA POWSTAJE NAZWISKO

W owej epoce Mariusz był pięknym młodzieńcem średniego wzrostu, miał bujne, bardzo czarne włosy, czoło wysokie i rozumne, nozdrza otwarte i namiętne, w wyrazie twarzy szczerość, spokój i coś niedającego się wypowiedzieć, coś, co było i dumą, zamyśleniem i niewinnością.

Już przed przeszło rokiem Mariusz zauważył w jednej z odosobnionych alei Ogrodu Luksemburskiego jakiegoś mężczyznę z bardzo młodą dziewczyną, prawie zawsze siedzących obok siebie na tej samej ławce, w najbardziej odludnej części alei, w pobliżu ulicy Zachodniej. Za każdym razem, kiedy traf, lubiący mieszać się do przechadzek ludzi, których wzrok zwrócony jest ku własnemu wnętrzu, sprowadzał Mariusza do tej alei, a zdarzało się to prawie co dzień, młodzieniec spotykał tam tę parę. Mężczyzna mógł mieć lat sześćdziesiąt; wydawał się smutny i poważny; cała jego powierzchowność nosiła te cechy siły i znużenia, które znamionują wojskowych w stanie spoczynku. Gdyby nosił order, Mariusz rzekłby sobie: „To jakiś dymisjonowany oficer”. Wyglądał na człowieka dobrego, ale nieprzystępnego i jego spojrzenie nigdy nie spotykało się z niczyim wzrokiem. Nosił granatowe spodnie, takiż surdut i kapelusz z szerokim rondem, wszystko to zawsze jakby świeżo sprawione; czarną chustkę na szyi i koszulę kwakra, czyli śnieżnej białości, lecz z grubego płótna. Jakaś gryzetka, przechodząc raz koło niego, powiedziała:

– Jaki czyściutki wdowiec. – Włosy miał całkiem siwe.

Kiedy towarzysząca mu dziewczyna przyszła z nim po raz pierwszy i siadła na tej ławie, którą odtąd jakby objęli w posiadanie, była ona podlotkiem mającym od trzynastu do czternastu lat, chudym, prawie brzydkim, niepokaźnym i niezgrabnym; tylko jej oczy nieźle się zapowiadały na przyszłość, spoglądały jednak z jakąś nieprzyjemną pewnością siebie. Ubrana była zarazem jak dorosła i jak dziecko, w sposób właściwy pensjonarkom wychowanym w klasztorze. Nosiła sukienkę z grubego czarnego merynosu, skrojoną niezgrabnie. Wyglądali na ojca i córkę.

Mariusz nadchodził zwykle od przeciwległego końca alei, przemierzał całą jej długość, mijał ich ławkę, potem wracał aż do miejsca, przez które przyszedł, i znowu zawracał. Przechadzał się w ten sposób tam i z powrotem kilka razy, i to prawie codziennie, lecz nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby choć ukłonili się sobie nawzajem. Ów jegomość z dziewczyną, jakkolwiek zdawali się unikać wszelkich spojrzeń, właśnie może dlatego, że ich unikali, obudzili uwagę kilku studentów zażywających niekiedy przechadzki wzdłuż alei Pepiniery. Zdarzało się to pracowitym po wykładach, innym zaś po ukończeniu kilku partii bilardu. Courfeyrac, który należał do tych ostatnich, przyglądał im się jakiś czas, ale doszedłszy do wniosku, że dziewczyna jest brzydka, szybko i starannie usunął się na bok. Uciekał jednak jak Part37, rzucając im przezwisko. Uderzony głównie barwą sukienki dziewczyny i włosów starego, nazwał córkę: panną Czarną, a ojca: panem Białym, i ponieważ nikt nie wiedział, jak się nazywają, odtąd przylgnęły do nich te przezwiska. Studenci mówili:

– O, pan Biały siedzi na swojej ławce! – Mariusz także przywykł nazywać tego nieznanego jegomościa – panem Białym.

Uczynimy tak samo i będziemy go nazywać panem Białym, dla ułatwienia opowiadania.

Mariusz widywał ich więc prawie codziennie, o tej samej godzinie, przez cały pierwszy rok. Jegomość dość mu się podobał, lecz dziewczyna nie budziła w nim sympatii.

LUX FUCTA EST38

Następnego roku, właśnie w momencie opowiadania, do którego czytelnik teraz dotarł, Mariusz przestał chodzić do Ogrodu Luksemburskiego, i sam nie wiedząc dlaczego, przez całe pół roku nie zjawił się w swojej alei. Wreszcie wrócił tam któregoś dnia. Było to w jasny letni poranek, Mariusz czuł się wesoły i lekki, jak to bywa przy pięknej pogodzie. Zdawało mu się, że ma w sercu wszystkie śpiewy ptaków, które go dolatywały, i wszystkie skrawki błękitu, które widział poprzez liście drzew.

Poszedł prosto do swojej alei i kiedy stanął u jej końca, spostrzegł, zawsze na tej samej ławce, tę parę, z dawna sobie znaną. I oto, kiedy się zbliżył, ujrzał wprawdzie tego samego mężczyznę, lecz wydało mu się, że dziewczyna jest nie ta sama. Młoda osoba, którą w tej chwili miał przed oczami, była dorosłą i piękną istotą, mającą wszystkie kształty najbardziej uroczej kobiety, znajdującej się właśnie w owej chwili życia, kiedy się one splatają jeszcze ze wszystkimi najniewinniejszymi wdziękami dziecka; chwila to przelotna i nieuchwytna, którą mogą oddać tylko te dwa wyrazy: piętnaście lat. A więc cudowne ciemne włosy ze smugami o złotawych błyskach, czoło jak z marmuru, policzki niby płatki róży, pastelowa karnacja, bladość ożywiona wzruszeniem, usta – jeden wdzięk, podkreślony światłem uśmiechu i muzyką głosu, głowa, jaką Rafael dałby Madonnie, spoczywająca na szyi, jaką by Jan Goujon dał Wenerze. I żeby nic nie brakowało w tej uroczej twarzy, nos nie piękny, ale śliczny, ani prosty, ani zgięty, ani włoski, ani grecki – nosek paryski, dowcipny, figlarny, o nieregularnych, a jednak czystych zarysach, które do rozpaczy doprowadzają malarzy, a zachwycają poetów.

Przechodząc koło niej, Mariusz nie mógł zobaczyć jej oczu stale spuszczonych. Ujrzał tylko długie, ciemne rzęsy, pełne cienia i wstyd­liwości.

Kiedy po raz drugi przeszedł koło młodej dziewczyny, podniosła powieki. Miała w oczach głęboki błękit, lecz w tym zamglonym lazurze było jeszcze tylko spojrzenie dziecka. Popatrzyła na Mariusza obojętnie, jakby to był dzieciak biegający pod kasztanami albo marmurowa waza, której cień padał na ławkę. Mariusz spacerował dalej, myśląc o czym innym.

Przeszedł jeszcze kilka razy obok ławki, na której siedziała dziewczyna, nie zwracając nawet oczu ku niej.

W następne dni przychodził jak dawniej do Ogrodu Luksemburskiego i jak dawniej spotykał tam „ojca i córkę”, ale już nie zwracał na nich uwagi. Nie więcej myślał o tej dziewczynie teraz, kiedy się stała piękna, niż wtedy, kiedy była brzydka. Przechodził jednak zawsze bardzo blisko ławki, na której siedziała, bo miał już taki zwyczaj.

OBRAZEK WIOSENNY

Pewnego dnia powietrze było ciepłe, Ogród Luksemburski skąpany w słońcu i cieniu drzew, niebo tak czyste jakby je aniołowie opłukiwali w rannej rosie, a wróble świergotały w gęstwinie kasztanów. Mariusz zdawał się oddychać całą duszą tym świeżym powietrzem natury, nie myślał o niczym, żył i oddychał; przeszedł koło znajomej sobie ławki, dziewczyna podniosła na niego oczy, spojrzenia ich spotkały się.

Co było tym razem we wzroku dziewczyny? Mariusz nie umiałby odpowiedzieć. Nie było nic i było wszystko. Osobliwa jakaś błyskawica.

Ona spuściła oczy, a on poszedł dalej.

To, co ujrzał, nie było już niewinnym i prostym spojrzeniem dziecka, była to otchłań tajemnicza, która się na chwilę otwarła, a potem nagle zamknęła.

Nadchodzi dzień takiego spojrzenia dla każdej dziewczyny. Biada temu, kto się wtedy znajdzie blisko.

To pierwsze spojrzenie duszy, która jeszcze sama siebie nie zna, jest niby świt na niebie. Jest to przebudzenie czegoś promienistego i nieznanego. Nic nie zdoła oddać niebezpiecznego wdzięku tego nieoczekiwanego błysku, który z nagła, niejasno rozjaśnia urocze ciemności i na który składa się cała niewinność chwili obecnej i cała namiętność przyszłości. Jest to jakby nieokreślona czułość, która się zdradza przypadkiem i czeka. Jest to zasadzka, którą niewinność zastawia bezwiednie i w którą chwyta serca bezwiednie i mimowolnie. Dziewiczość, która patrzy jak kobiecość.

Rzadko się zdarza, żeby tam, gdzie padnie ten wzrok, nie urodziło się głębokie marzenie. Wszystkie czystości i wszystkie niepokalane białości zbiegają się w tym promieniu zarazem niebiańskim i fatalnym, który daleko pewniej od najbardziej wymyślnych spojrzeń zalotnic znajduje czarodziejską władzę, aby wywołać w głębi duszy ten kwiat ciemny, pełen trucizny i woni, który nazywa się miłością.

Wieczorem, wróciwszy do swej mizernej izdebki, Mariusz przypadkiem rzucił okiem na swoje ubranie, i po raz pierwszy spostrzegł, że jak ostatni niechluj i głupiec bez wychowania spacerował po Ogrodzie Luksemburskim w swoim codziennym stroju, to jest w kapeluszu złamanym przy samej taśmie, w grubych fornalskich buciskach, w czarnych spodniach przetartych na kolanach i w czarnym tużurku wyświeconym na łokciach.

POCZĄTKI CIĘŻKIEJ CHOROBY

Nazajutrz o zwykłej godzinie Mariusz wyjął z szafy nowy tużurek, nowe spodnie, nowy kapelusz i nowe buty; ubrał się w ten nowy komplet, włożył także rękawiczki, co było niebywałym zbytkiem, i poszedł do Ogrodu Luksemburskiego.

Po drodze spotkał Courfeyraca i udał, że go nie widzi. Courfeyrac, wróciwszy do siebie, oznajmił przyjaciołom:

– Spotkałem przed chwilą nowy kapelusz i nowy tużurek Mariusza – oraz Mariusza w środku tego wszystkiego. Najpewniej szedł zdawać egzamin, bo miał bardzo głupią minę.

Przybywszy do ogrodu, Mariusz obszedł naokoło sadzawkę i przypatrywał się łabędziom. Potem stał w długiej kontemplacji przed posągiem, który miał głowę całkiem poczerniałą od pleśni i któremu brakowało biodra. Koło sadzawki stał jakiś mieszczuch, czterdziestoletni i brzuchaty, który trzymając za rękę małego, pięcioletniego chłopca, mówił do niego:

– Unikaj zawsze ostateczności. Pamiętaj, synu, żebyś się zawsze trzymał w równej odległości od absolutyzmu i od anarchii. – Mariusz wysłuchał tego burżuja. Potem jeszcze raz obszedł sadzawkę dookoła. Wreszcie skierował się ku swojej alei, wolno, jakby niechętnie. Rzekłbyś, że coś go ciągnie i zarazem trzyma na miejscu. Nie zdawał sobie z tego sprawy i sądził, że zachowuje się tak jak co dzień.

Wchodząc w aleję, spostrzegł na drugim końcu, na „ich ławce”, pana Białego i dziewczynę. Zapiął się aż pod szyję, obciągnął na sobie tużurek, żeby wygładzić wszystkie jego zmarszczki, spojrzał z pewnym zadowoleniem na spodnie i buty, po czym ruszył na ławkę. Szedł jak do ataku, jego krok niewątpliwie zdradzał jakieś pragnienie podboju. Dlatego też mówię: ruszył na ławkę, jakbym powiedział: Hannibal ruszył na Rzym.

Im bardziej się zbliżał, tym bardziej zwalniał kroku. Daleko było jeszcze do końca alei, kiedy w pewnej odległości od ławki zatrzymał się i sam nie wiedząc jak, zawrócił. Bo nawet nie powiedział sobie w duszy, że nie pójdzie do końca. Wskutek tego dziewczyna ledwo mogła dostrzec go z daleka i zobaczyć, jak pięknie wyglądał w nowym ubraniu. Jednak trzymał się bardzo prosto, żeby się dobrze prezentować, gdyby mu się ktoś przyglądał z tyłu.

Doszedł do przeciwległego końca alei, zawrócił znowu i tym razem podszedł już nieco bliżej, nawet aż tak blisko, że od ławki dzieliły go tylko trzy drzewa. Ale tam uczuł, że niepodobieństwem jest pójść dalej, i zawahał się. Zdawało mu się, że twarz dziewczyny pochyliła się w jego stronę. Zdobył się wreszcie na gwałtowny i męski wysiłek, poskromił wahanie i poszedł. Kilka sekund później minął ławkę, prosto i odważnie, zaczerwieniwszy się aż po uszy, nie śmiąc spojrzeć ani na prawo, ani na lewo, trzymając rękę w zanadrzu jak mąż stanu. Kiedy przechodził pod tą fortyfikacją, doznał przeraźliwego bicia serca. Nieznajoma ubrana była jak poprzednio w adamaszkową suknię i krepowy kapelusz. Usłyszał głos pełen niewypowiedzianego wdzięku, który mógł być tylko jej głosem. Rozmawiała spokojnie. Była bardzo ładna. Czuł to, jakkolwiek nie próbował spojrzeć na nią. Spodziewam się jednak – myślał sobie – że nie odmówiłaby mi szacunku i poważania, gdyby wiedziała, że to ja jestem prawdziwym autorem rozprawy o Marcosie Obregonie de la Ronda, którą pan Franciszek de Neufchateau umieścił jako własną na wstępie swojego wydania Idziego Blasa39.

Minął ławkę, doszedł do bliskiego już końca alei, potem wrócił i znowu przeszedł koło pięknej dziewczyny. Tym razem był bardzo blady. Zresztą uczucie, jakiego doświadczał, nie było wcale przyjemne. Oddalił się od ławki i od dziewczyny; odwrócony tyłem wyobrażał sobie, że patrzyła na niego, i nogi mu się plątały.

Nie próbował więcej zbliżyć się do ławki, zatrzymał się w połowie alei i tam, co mu się nigdy przedtem nie zdarzyło, usiadł, spoglądając z ukosa, a w najciemniejszych głębiach jego umysłu zaczęło świtać przypuszczenie, że jednak niepodobna, ażeby osoba, której biały kapelusz i czarną suknię podziwiał, miała być zupełnie obojętna na jego błyszczące buty i nowe ubranie.

Po pewnym czasie wstał, jakby miał znowu rozpocząć marsz ku ławce, którą opromieniała aureola. Ale przystanął i znieruchomiał. Po raz pierwszy od piętnastu miesięcy pomyślał sobie, że ów jegomość, który tam co dzień siadał ze swoją córką, na pewno też go zauważył i prawdopodobnie był zdziwiony jego upartym pojawianiem się w alei.

Po raz pierwszy także uczuł jakiś brak uszanowania w nadawaniu temu nieznajomemu, nawet w skrytości myśli, przezwiska „pana Białego”.

Stał kilka chwil z głową spuszczoną, rysując po piasku laseczką, którą trzymał w ręku.

Potem odwrócił się nagle od ławki pana Białego i jego córki i poszedł do domu.

Tego dnia zapomniał o obiedzie. Spostrzegł to o ósmej wieczorem, a ponieważ już było za późno, żeby pójść na ulicę św. Jakuba, powiedział: Hm! i zjadł kawałek chleba.

Nim się położył, wyczyścił szczotką ubranie i złożył je starannie.

PRZYGODY LITERY U, WYSTAWIONEJ NA DOMYSŁY

Osamotnienie, oderwanie od wszystkiego, duma, niezawisłość, ukochanie przyrody, brak codziennego i konkretnego zajęcia, życie zamknięte w sobie, tajemne walki wstydliwości, zachwyt wobec całego stworzenia, wszystko to razem przygotowało Mariusza do tego opętania, które nazywają namiętnością. Cześć dla ojca stała się dla niego z wolna religią i jak każda religia, cofnęła się w głąb duszy. Potrzeba mu było czegoś na pierwszym planie. Nadeszła miłość.

Przez cały długi miesiąc Mariusz co dzień chodził do Ogrodu Luksemburskiego. Z nadejściem zwykłej godziny nic nie było w stanie go zatrzymać. Ma teraz służbę – powiadał Courfeyrac. Mariusz żył w ekstazie. Młoda dziewczyna ponad wszelką wątpliwość spoglądała na niego.

Należy jednak sądzić, że pan Biały zaczął się wreszcie czegoś domyślać, gdyż często, widząc nadchodzącego Mariusza, wstawał i zaczynał się przechadzać. Porzucił swoje dotychczasowe miejsce i przeniósł się gdzie indziej, w przeciwległy koniec alei, na ławkę przy posągu gladiatora, jakby dla wypróbowania, czy Mariusz pójdzie za nim i tam. Mariusz nie zrozumiał, o co chodzi, i popełnił ten błąd. „Ojciec” zaczął przychodzić do ogrodu mniej punktualnie i nie co dzień przyprowadzał „córkę”. Czasem zjawiał się sam. Wtedy Mariusz natychmiast znikał. Drugi błąd.

Mariusz nie zwrócił na to wszystko uwagi. Ze stanu trwożliwości przeszedł już naturalnym i nieuniknionym biegiem rzeczy do zaślepienia. Miłość jego rosła. Śnił o niej każdej nocy. Zdarzyło mu się też szczęście niespodziewane – oliwa dolana do ognia, podwojenie bielma na oczach. Pewnego wieczoru, o zmroku, na ławce, którą pan Biały i jego córka tylko co opuścili, znalazł chustkę, zupełnie zwyczajną, bez haftów, ale białą, cienką i przesyconą – zdawało mu się – niebiańskimi zapachami. Rzucił się na nią z uniesieniem. Chustka ta była znaczona literami U. F. Mariusz niczego nie wiedział o pięknej dziewczynie, nie znał jej nazwiska, jej imienia, nie wiedział, gdzie mieszka, te dwie litery były pierwszą rzeczą od niej pochodzącą, którą dostał w ręce – ukochane litery, na których począł natychmiast budować gmach domysłów. U było oczywiście początkową głoską imienia. Urszula – pomyślał sobie. – Co za rozkoszne imię! Ucałował chustkę, wdychał jej woń, w dzień nosił ją pod koszulą na sercu, a wieczorem, kładąc się do snu, trzymał ją przy ustach.

– Czuję w niej całą jej duszę – mówił sobie.

Chustka była własnością starszego pana i po prostu wypadła mu z kieszeni.

W ciągu następnych dni, chodząc po ogrodzie, Mariusz całował bez ustanku chustkę i przyciskał ją do serca. Piękna dziewczyna nie rozumiała nic i dawała mu znać o tym ledwie dostrzegalnymi znakami.

Co za niewinność! – myślał Mariusz.

ZAĆMIENIE

Widzieliśmy poprzednio, w jaki sposób Mariusz odkrył, czyli raczej zdawało mu się, że odkrył, iż Ona ma na imię Urszula.

W miłości apetyt rośnie razem z uczuciem. Dowiedzieć się, że jej na imię Urszula, to już dużo, ale i mało. W ciągu kilku tygodni Mariusz całkowicie skonsumował to szczęście. Zachciało mu się drugiego. Zachciało mu się dowiedzieć, gdzie mieszka.

Pierwszy błąd popełnił, kiedy dał się wciągnąć w zasadzkę ławki koło gladiatora. Drugi błąd popełnił, kiedy wychodził z ogrodu, ilekroć pan Biały zjawiał się sam. Teraz popełnił trzeci. Ogromny. Zaczął śledzić „Urszulę”.

Mieszkała w najmniej uczęszczanej części ulicy Zachodniej, w trzypiętrowym, nowym domu o skromnym wyglądzie.

Od tej chwili do szczęścia widywania jej w ogrodzie dołączył Mariusz drugie szczęście i szedł za nią aż do jej mieszkania.

Głód jego rósł. Wiedział już, jak się nazywała, przynajmniej, jakie było jej imię, prześliczne imię, prawdziwie kobiece; wiedział już, gdzie mieszkała; zapragnął dowiedzieć się, kim była.

Pewnego wieczoru, odprowadziwszy ich aż do domu i zobaczywszy, jak zniknęli w bramie, poszedł ich śladem i odważnie zapytał odźwiernego:

– Czy ten pan, co tu właśnie wszedł, mieszka na pierwszym piętrze?

– Nie – odpowiedział odźwierny. – To pan z trzeciego piętra.

Był to nowy krok naprzód. Powodzenie ośmieliło Mariusza.

– Od frontu? – spytał.

– Pewnie! – rzekł odźwierny – dom ma mieszkania tylko od ulicy!

– A czym się trudni ten pan? – rzekł znowu Mariusz.

– To rentier. Człowiek bardzo dobry, który świadczy wiele biednym, choć sam nie jest bogaty.

– Jak się nazywa? – zapytał Mariusz.

Odźwierny spojrzał mu w oczy i rzekł:

– Czy pan jest szpiclem?

Mariusz odszedł dość zawstydzony, ale bardzo zachwycony. Posuwał się coraz dalej.

Dobre i to – myślał sobie. – Wiem, że ma na imię Urszula, że jest córką rentiera i że mieszka przy ulicy Zachodniej, na trzecim piętrze.

Nazajutrz pan Biały i jego córka zjawili się w ogrodzie na bardzo krótko: wyszli stamtąd jeszcze za dnia. Mariusz poszedł za nimi na ulicę Zachodnią, jak to mu już weszło w zwyczaj. Przybywszy do bramy, pan Biały puścił córkę naprzód, a sam zatrzymał się i nim przestąpił próg, uważnie spojrzał na Mariusza.

Następnego dnia wcale nie przyszli do ogrodu. Mariusz na próżno czekał cały dzień.

Z nadejściem zmroku poszedł na ulicę Zachodnią i zobaczył światła w oknach trzeciego piętra. Przechadzał się pod tymi oknami, póki światła w nich nie pogasły.

Nazajutrz znowu nikogo w ogrodzie. Mariusz czekał przez cały dzień, potem poszedł na wartę nocną pod oknami. Trwało to aż do dziesiątej wieczór. Na obiad jadł byle co. Gorączka żywi chorego, miłość zakochanego.

W ten sposób przeszedł tydzień. Pan Biały i jego córka nie pokazywali się już w ogrodzie. Mariusz robił smutne przypuszczenia: nie śmiał w dzień pilnować bramy, poprzestał więc tylko na przychodzeniu wieczorem dla przyglądania się czerwonawemu światłu okien. Chwilami widywał w nich przesuwające się cienie i wtedy serce silniej mu biło.

Ósmego dnia, kiedy przyszedł pod okna, nie było w nich jeszcze światła. O! – rzekł sobie – nie zapalili jeszcze lampy. A jednak już jest ciemno. Czyżby gdzieś wyszli? Czekał aż do godziny dziesiątej. Czekał aż do północy. Aż do pierwszej z rana. Ani świateł nie zapalono w oknach trzeciego piętra, ani nikt nie wrócił do domu. Odszedł bardzo zachmurzony.

Nazajutrz (gdyż od pewnego czasu żył tylko jutrem i można powiedzieć, nie było już dla niego dnia dzisiejszego), nazajutrz tedy znowu nie zastał nikogo w ogrodzie; przewidywał to. O zmroku poszedł znowu do domu przy ulicy Zachodniej. Żadnego światła w oknach, żaluzje zapuszczone; całe trzecie piętro było ciemne.

Mariusz zastukał do bramy, wszedł i zapytał odźwiernego:

– Czy pan z trzeciego piętra jest w domu?

– Wyprowadził się – odpowiedział odźwierny.

Mariusz zachwiał się na nogach i spytał słabym głosem:

– Kiedy się wyprowadził?

– Wczoraj.

– A gdzie mieszka teraz?

– Nie wiem.

– Więc nie zostawił nowego adresu?

– Nie.

Powiedziawszy to, odźwierny wpatrzył się w Mariusza i poznał go.

– A, to znowu pan – rzekł. – Więc pan rzeczywiście chce tu coś przewąchać?

37 Wojownicy z irańskiego plemienia Partów znani byli w starożytności z taktyki polegającej na udawaniu ucieczki, aby nagle zaskoczyć przeciwnika; przysłowiowy zwrot „uciekł jak Part” albo „wypuścił strzałę Parta” przyjął się też w ogólniejszym znaczeniu: zadał ostatni, ale skuteczny cios.

38 Stała się światłość (łac.).

39 Awanturnicza opowieść hiszpańska.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

„KOCIA ŁAPA”

Pod społeczeństwem istnieje i istnieć będzie – podkreślmy to – aż po dzień rozproszenia ciemnoty, ogromna jaskinia zła. Ciemnica ta nie zna mędrców, jej sztylet nigdy nie zastrugał pióra. Czarność jej nie ma najmniejszego związku ze szczytną czarnością atramentu. Nigdy palce tej nocy, które się kurczą pod tym zatęchłym sklepieniem, nie dotknęły kart książki, nie rozłożyły dziennika.

To potworne mrowisko podkopuje nie tylko obecny porządek społeczny, podkopuje także filozofię, podkopuje naukę, prawo, myśl ludzką, podkopuje cywilizację, podkopuje rewolucję, podkopuje postęp. Nazywa się po prostu złodziejstwem, nierządem, morderstwem i rozbojem. Składa się z mroków i pragnie chaosu. Sklepienie tej jaskini zła zbudowane jest z ciemnoty. Zniszczcie ją, a pozbędziecie się kreta zbrodni.

Kwartet bandytów: Claquesous, Gueulemer, Babet, Montparnasse, rządził podziemiami Paryża w latach 1830–1835.

Gueulemer był zdeklasowanym Herkulesem. Za swoją jaskinię obrał sobie kanał ściekowy pod łukiem Marion. Miał sześć stóp wysokości, pierś z marmuru, muskuły ze spiżu, oddech kowalskiego miecha, tors olbrzyma, czaszkę ptaka. Rzekłbyś, Herkules Farnezyjski ubrany w bawełniane spodnie i welwetową kurtkę. Gueulemer, zbudowany w sposób podobnie posągowy, mógłby poskramiać potwory, lecz uznał, że wygodniej jest stać się samemu jednym z nich. Czoło niskie, szerokie skronie, a na nich zmarszczki, choć nie miał jeszcze lat czterdziestu; włosy szorstkie i krótkie, twarz i broda zawsze zarosłe jakby szczeciną – już widać, co to za człowiek. Jego muskuły domagały się pracy, jego tępota nie chciała jej. Była to olbrzymia rozleniwiona siła. Z lenistwa stał się mordercą.

Przejrzystość Babeta kontrastowała z mięsistością Gueulemera. Babet był chudy i uczony. Był przezroczysty, ale nieprzenikniony. Świat­ło przeświecało przez jego kości, ale nic nie przeglądało przez jego źrenice. Podawał się za chemika. Był klownem w teatrzyku Bobe­che’a i pajacem w budzie Bobina. Był to człowiek wyrachowany, doskonały mówca, który podkreślał swoje uśmiechy i gesty. Zawód jego polegał na sprzedawaniu na ulicach gipsowych popiersi i portretów „głowy państwa”. Wyrywał również zęby. Niegdyś pokazywał na jarmarkach fenomeny natury i miał budę z trąbą i następującym afiszem: „Babet, artysta-dentysta, członek wielu akademii, robi fizyczne doświadczenia na metalach i metaloidach, usuwa zęby, podejmuje się nawet wyrywania pieńków, którym nie dali rady jego koledzy. Cena: jeden ząb – półtora franka, dwa zęby – dwa franki, trzy zęby – półtrzecia franka. Korzystajcie ze sposobności!”.

Kim z kolei był Claquesous? Nocą. Żeby się pokazać, czekał, aż się niebo spowije w czerń. Wieczorem dopiero wyłaził ze swojej nory, do której wracał przed świtem. Gdzie była ta nora? Nikt tego nie wiedział. Nawet w zupełnych ciemnościach i do własnych wspólników nie odzywał się inaczej jak odwrócony tyłem. Jeżeli wnoszono świecę, wkładał na twarz maskę. Był brzuchomówcą. Babet mawiał o nim: Claquesous jest nokturnem na dwa głosy. Claquesous był nieokreślony, błędny, straszny. Nie było pewne, czy się jakoś nazywa, bo znany był tylko pod swoim przezwiskiem; nie było pewne, czy posiada jakiś głos, ponieważ częściej mówił brzuchem niż ustami; nie było pewne, czy ma jakąś twarz, ponieważ oglądano tylko jego maskę. Znikał, jak gdyby się rozwiewał; zjawiał się, wychodząc spod ziemi.

Ponurą postacią był Montparnasse. Jeszcze dziecko – lat niespełna dwadzieścia, usta jak wiśnie, piękne czarne włosy, blask wiosny w oczach – miał wszystkie złe skłonności i ciągnęło go do wszystkich zbrodni. Powodem wszystkich zbrodni tego młodzieńca była żądza ubierania się wytwornie. Pierwsza gryzetka, która mu powiedziała: Jesteś piękny!, rzuciła mu plamę ciemności w serce i z tego Abla zrobiła Kaina. Uważając się za pięknego, zapragnął być wytwornym; otóż najpierwszą wytwornością jest bezczynność. Bezczynność biedaka to zbrodnia. Niewielu włóczęgów wzbudzało tyle postrachu co Montparnasse. W osiemnastym roku życia miał już za sobą niejednego trupa. Niejeden przechodzień leżał w cieniu tego nędznika, z wyciągniętymi rękami, nurzając twarz w kałuży krwi. Utrefiony, wypomadowany, ściśnięty w pasie, z biodrami kobiety, z biustem pruskiego oficera, otoczony szmerem podziwu dziewcząt z bulwaru, w misternie zawiązanym krawacie, z pałką w kieszeni, z kwiatkiem w butonierce – taki był ten upiorny elegancik.

We czterech ci bandyci tworzyli jakby rodzaj Proteusza40, przesuwającego się przez szeregi policji i usiłującego nieustannie wymykać się niedyskretnym spojrzeniom Vidocqa, „pod rozmaitymi postaciami drzewa, płomyka i źródła”, pożyczając sobie nawzajem swoich imion i swoich sztuczek, ukrywając się we własnym swoim cieniu, jedni drugim służąc za kryjówki i schronienia, zdejmując z siebie swoje cechy osobiste, tak jak się odejmuje fałszywy nos na maskaradzie, czasem upraszczając się do tego stopnia, że byli jednym człowiekiem, niekiedy znowu tak się pomnażając, że najwprawniejsze oko policyjne mogło ich wziąć za gromadę.

Ci czterej ludzie nie byli bynajmniej czterema ludźmi; był to raczej rodzaj tajemniczego złodzieja o czterech głowach, pracującego na wielką skalę w Paryżu; był to potworny polip zła, zamieszkujący kryptę społeczeństwa. Dzięki swoim rozgałęzieniom i sieci swoich znajomości Babet, Gueulemer, Claquesous i Montparnasse prowadzili przedsiębiorstwo zasadzek na departament Sekwany. Dokonywali na przechodniach zamachu stanu od dołu. Ci, którzy mieli tego rodzaju pomysły, ludzie o nocnej wyobraźni, zwracali się do nich w sprawie realizacji. Dostarczali kanwy tym łajdakom, a inscenizację oni już brali na siebie. Dysponowali trupą ciemnych aktorów do tych jaskiniowych tragedii.

„Kocia Łapa” – taką nazwę dawano w podziemnych kołach stowarzyszeniu tych czterech ludzi. W starym i dziwacznym języku ludu paryskiego, który zanika z każdym dniem, „kocia łapa” oznacza poranek, podobnie jak „pora między psem i wilkiem” znaczy wieczór. Nazwa „Kocia Łapa” pochodziła zapewne od godziny, o której się kończyła ich robota, gdyż brzask jest zarówno chwilą pierzchania widziadeł, jak i rozchodzenia się bandytów. Oto nazwiska, na jakie odpowiadali główni członkowie „Kociej Łapy”: Panchaud, zwany Wiosenny, Brujon (istniała cała dynastia Brujonów), Boulatruelle (znany już dróżnik), Wdowa, Wtorek-Wieczór, Depesza, Koronkarz, Półszeląg, zwany Dwa Miliardy, itd., itd.

Ludzie ci, jeśli zdarzy się spotkać ich lub spostrzec koło północy na pustym bulwarze, są przerażający. Nie wyglądają na ludzi, lecz na postacie z żywej mgły; chciałoby się powiedzieć, że zwykle zrośnięci z ciemnościami, niczym się od nich nie różnią, nie mają innej duszy niż mrok i tylko na chwilę, żeby przeżyć kilka minut egzystencji potworów, odłączyli się od nocy.

Czego trzeba, żeby się te upiory rozwiały? Światła. Strumieni światła. Nie ma nietoperza, który by się ostał wobec brzasku dnia. Oświecajcie społeczeństwo od spodu.

40 Postać z mitologii greckiej potrafiąca zmieniać swój wygląd.

ROZDZIAŁ ÓSMY

NIEGODZIWY BIEDAK

SZUKAJĄC DZIEWCZYNY W KAPELUSZU,

MARIUSZ SPOTYKA CZŁOWIEKA W CZAPCE

Przeszło lato, potem jesień; nadeszła zima. Ani pan Biały, ani dziewczyna nie zjawili się w Ogrodzie Luksemburskim. Mariusz żył tylko jedną myślą: żeby zobaczyć znowu tę twarz słodką i uroczą. Szukał jej wciąż i wszędzie i nie znajdował. Nie był to już Mariusz – marzyciel pełen zapału, człowiek zdeterminowany, ognisty i wytrwały, śmiały i wyzywający przeznaczenie, wyobraźnia, która piętrzyła gmachy przyszłości, młody umysł pełen planów, zamiarów, dumy, pomysłów i woli; był to zbłąkany pies. Popadł w czarny smutek, wszystko się skończyło. Praca była mu wstrętna, przechadzki męczyły go, samotność nudziła. Szeroka przyroda, tak dla niego niegdyś pełna kształtów, światłości, głosu, rad, perspektyw, widnokręgów, nauk, roztaczała się dziś przed nim jakby wielka pustka. Zdawało mu się, że wszystko znikło.

Myślał nadal, gdyż nie mógł nie myśleć; ale nie lubował się już swoimi myślami. Na wszystko, co mu one po cichu, ale bezustannie podszeptywały, odpowiadał w otaczającym go mroku:

– I co z tego?

Razu pewnego, ufając pięknemu słońcu wrześniowemu, Mariusz dał się Courfeyracowi zaprowadzić na doroczny bal do Sceaux, spodziewając się – co za urojenie! – że może ją tam odnajdzie. Poszedł także Bossuet i Grantaire. Naturalnie nie znalazł tam tej, której szukał. „A jednak to tutaj znaleźć można wszystkie »zgubione« kobiety” – mruknął Grantaire na stronie. Mariusz zostawił swoich przyjaciół na balu i wrócił piechotą, sam, zmęczony, rozgorączkowany, ze wzrokiem mętnym i smutnym wśród ciemności, odurzony turkotem i kurzawą rozbawionych omnibusów przepełnionych śpiewającymi, które wracając z zabawy, przejeżdżały koło niego; zniechęcony, wdychał dla ochłodzenia pałającej głowy ostry zapach drzew orzechowych przy drodze.

Zaczął znowu żyć jak przedtem, coraz bardziej samotny, zagubiony, przygnębiony, cały oddany wewnętrznym cierpieniom, szarpiąc się w pułapce swego bólu jak wilk w samotrzasku, wypatrując wszędzie nieobecnej, ogłupiały z miłości.

Innym razem zdarzyło mu się spotkanie, które wywarło na nim osobliwe wrażenie. Ujrzał na jednej z ciasnych uliczek, przylegających do bulwaru Inwalidów, jakiegoś człowieka ubranego jak rzemieślnik, w czapce z dużym daszkiem, spod której wysuwały się kosmyki bardzo siwych włosów. Mariusza uderzyła piękność tych białych włosów i przyjrzał się temu człowiekowi, idącemu wolnym krokiem i jakby pogrążonemu w bolesnym zamyśleniu. Rzecz dziwna, wydało mu się, że poznaje pana Białego. Były to te same włosy, ten sam profil, o ile czapka pozwalała go rozpoznać, ta sama postawa, tylko bardziej smutna. Ale dlaczego to odzienie rzemieślnika? Co to miało znaczyć? Czemu przypisać to przebranie? Mariusz był bardzo zdziwiony. Kiedy opamiętał się, natychmiast postanowił pójść śladami tego człowieka; a nuż natrafi wreszcie na trop, którego szuka? W każdym razie należało przypatrzeć się nieznajomemu z bliska i wyjaśnić zagadkę. Ale wpadł na ten pomysł za późno, człowieka już nie było. Skręcił w którąś z bocznych uliczek i Mariusz nie mógł go znaleźć. Spotkanie to dręczyło go przez kilka dni, w końcu zatarło się w pamięci. Zresztą – powiedział sobie – było to chyba tylko podobieństwo.

ZGUBA ZNALEZIONA

Mariusz mieszkał nadal w ruderze Gorbeau, nie zwracając uwagi na nikogo.

W tej epoce co prawda nie było tam innych mieszkańców prócz niego i Jondrette’ów, za których kiedyś zapłacił komorne, nigdy zresztą nie zamieniwszy słowa ani z ojcem, ani z matką, ani z żadną z córek. Inni lokatorzy albo się wyprowadzili, albo poumierali, albo zostali eksmitowani, bo nie płacili komornego.

Pewnego dnia owej zimy pokazało się nieco słońca po południu, ale było to drugiego lutego, ów stary dzień Matki Boskiej Gromnicznej, którego zdradzieckie słońce, zapowiadające sześć tygodni zimna, natchnęło Mateuszowi Laensbergowi te dwa wiersze, słusznie uznane za klasyczne:

Czy to świeci, czy połyska,

Niedźwiedź śpi wśród legowiska.

Mariusz tylko co wyszedł ze swojego. Zmierzch zapadał. Była to pora obiadu, gdyż musiał znów powrócić do jadania obiadów. Niestety! Jak wielka jest niedoskonałość idealnych namiętności!

Mariusz szedł z wolna bulwarem w stronę rogatki, kierując się ku ulicy św. Jakuba. Szedł zamyślony, ze zwieszoną głową.

Nagle uczuł, że go ktoś potrącił wśród mgły; odwróciwszy się, ujrzał dwie dziewczyny w łachmanach, jedną wysoką i szczupłą, drugą niższą nieco, które szły szybko, zadyszane, wystraszone, jakby uciekały; idąc naprzeciwko niego, nie spostrzegły go i mijając, potrąciły. Mariusz mógł rozróżnić w ciemności ich wybladłe twarze, gołe głowy, włosy w nieładzie, brudne czepki, spódnice w strzępach i bose nogi. Biegnąc, rozmawiały ze sobą. Wyższa mówiła bardzo cicho:

– Glina przyszła, o mało mnie nie capnęli.

Druga odpowiedziała:

– Ja ich zaraz zwąchałam. Zwiewałam, ile siły.

Mariusz domyślił się poprzez niejasność tego złowrogiego szwargotu, że zapewne żandarmi albo policja miejska polowali na te dwie dziewczyny i że się im wymknęły.

Dziewczęta weszły pomiędzy drzewa bulwaru, przez kilka chwil majaczyły niewyraźną bielą wśród ciemności, wreszcie znikły.

Mariusz zatrzymał się na chwilę. I już miał ruszyć dalej, kiedy spostrzegł na ziemi u nóg swoich małą, szarą paczkę. Schylił się i podniósł ją. Była to jakby koperta, która zdawała się zawierać papiery.

– Tak, to zapewne te nieszczęsne stworzenia upuściły – rzekł do siebie.

Zawrócił, wołał, ale już ich nie było; pomyślał sobie, że odeszły już za daleko, schował paczkę do kieszeni i poszedł na obiad.

CZŁOWIEK O CZTERECH TWARZACH

Wieczorem, rozbierając się, poczuł w kieszeni surduta paczkę, którą znalazł na bulwarze. Zapomniał o niej. Pomyślał, że może nie od rzeczy będzie ją otworzyć, gdyż zawierała zapewne adres dziewcząt, jeżeli rzeczywiście do nich należała, a w każdym razie jakieś objaśnienia tyczące się osoby, która ją zgubiła.

Otworzył kopertę.

Nie była zapieczętowana i zawierała cztery listy, również nie zapieczętowane.

Wszystkie cztery cuchnęły podłym tytoniem.

Pierwszy list miał adres następujący: Do Jaśnie Wielmożnej margrabiny de Grucheray, na placu wprost Izby Deputowanych, nr...

Mariusz pomyślał sobie, że tam znajdzie pewno wskazówki, których szukał, i że skoro list nie jest zamknięty, można go przeczytać, nie popełniając niedelikatności.

List był następującej treści:

Jaśnie Wielmożna Pani Margrabino!

Cnota miłosierdzia i nabożności jest tą, która wiąże razem społeczeństwo. Porusz Pani swoje uczócie chrześcijańskie i spujsz pełnym litości okiem na mnie, nieszczęśliwego Hiszpana, ofiarę prawości i przywiązania do świentej sprawy prawowitego krula, które opłacił swoją krwią, poświencił całą fortunę, wszystko, żeby bronić tej sprawy, a dziś się znajdóje w największej mizerii. Nie wątpię, że Jaśnie Wielmożna Pani, szlachetna osoba, udzieli tę pomoc dla zachowania ciężkiego życia wojskowemu pełnemu ran z wielką edukacją i z chonorem, i liczę zgury na ludzkość Jaśnie Wielmożnej Margrabiny, jako też współczócie, które ją ożywia ku narodowi tak nieszczęśliwemu. Ich prośba nie będzie nada remną i ich wdzięczność zachowa Jej urocze wspomnienie.

Łącze uczócia pełne uszanowania, z którymi mam zaszczyt być Jaśnie Wielmożnej Pani Margrabiny uniżonym słógą

Don Alvarez, kapitan hiszpański, rojalista zbiegły do Francji, któren znajdóje się w podruży do swojej ojczyzny i brakuje mi pieniędzy na dalszą drogę.

Przy podpisie nie było żadnego adresu, Mariusz spodziewał się go znaleźć w drugim liście, który miał w nagłówku następujące słowa: Do Jaśnie Wielmożnej Pani Hrabiny de Montvernet, przy ulicy Cassette nr 9.

Oto, co przeczytał w tym liście.

Jaśnie Wielmożna Pani Hrabini!

Jestem nieszczęśliwą matką sześciorgu dzieciom, najmniejsze osiem miesięcy. Ja jestem chora po ostatnim połogu, mąż mnie żucił pięć miesięcy temu nazat bez żadnego fonduszu na świecie w najokropniejszej nędzy.

W nadziei Jaśnie Wielmożnej Hrabiny kreśle się

Balizardowa

Mariusz przeszedł do trzeciego listu, który jak i poprzedni był prośbą; brzmiał on tak:

Do Wielmożnego Pana Pabourgeot, wyborcy, właściciela składu czapek na rogu ulicy św. Dionizego i Żelaznej.

Pozwalam sobie przesłać Wielmożnemu Panu ten list z prośbą o udzielenie mi szacownej łaski swojej sympatii i zainteresowania się literatem, który tylko co wysłał swój dramat do komedii francuskiej.

Rzecz jest historyczna i odbywa się w Owernii za cesarstwa. Styl, zdaje mi się, jest naturalny, lakoniczny i w ogule chyba dobry. W czterech miejscach są piosenki. Chumor, powaga, niespodzianki mieszają się z urozmaiceniem charakteruw i romantycznem nastrojem, rozproszonem letko po całej intrydze, w której są tajemnice i dużo uderzających katastrof i to się rozwionzuje w kilku effektownych scenach.

Głuwnym moim celem jest zadowolnić postępową potrzebę człowieka naszego wieku, znaczy się modę, tę kapryśną i dziwaczną chorągiewkę, która zmienia kierónek można powiedzieć za każdym powiewem wiatru.

Wielmożny Panie Pabourgeot, zasłóżona Pańska reputacja oświeconego protektora literatury ośmiela mnie przysłać do Pana moją córkę, która panu wyłószczy nasze położenie niedostateczne, któremu braknie chleba i ognia w tej srogiej poże zimowej. Jeżeli powiem, że proszę Wielmożnego Pana, ażebyś raczył przyjąć chołd, który pałam żądzą złożyć Panu w moim dramacie i we wszystkich, które skąponuję na przyszłość, jest to tylko dowód, jak dalece pragnę zaszczytu schronienia się pod Pański puklesz i przyozdobienia moich pism Pańskim nazwiskiem. Jeżeli raczysz Pan zaszczycić mnie choćby najskromniejszą ofiarą, natychmiast wezme się do pisania obszernego poematu, ażeby spłacić Wielmożnemu Panu mój characz wdzięczności. Poemat ten, który starać się będę poprawić jak tylko być może najbardziej, zostanie dostarczony W. Panu przed wydrukowaniem na czele dramatu i wydeklamowaniem na scenie.

Wielmożnemu Panu Pabourgeot i Małżonce chołdy najuniżeńsze składa

Genflot, literat

P. S. Wystarczy i czterdzieści su.

Proszę przebaczyć, że posyłam córkę i się nie stawiam w swojej osobie, ale smutne przyczyny, związane z garderobą, nie pozwalają mi niestety wychodzić z domu.

Mariusz otworzył wreszcie czwarty list. Był na nim następujący adres: Wielmożnemu Dobroczynnemu Panu z kościoła św. Jakuba. Zawierał te oto słów kilka:

Dobroczyńco!

Jeżeli raczysz Pan przyjść w towarzystwie mojej córki, będziesz światkiem nędznej klęski i pokażę ci moje świadectwa.

Na widok tego pisania Pańska szlachetna dusza przenikniona zostanie uczóciem tkliwego współczócia, gdysz prawdziwi filozofowie zawsze głęboko odczówają.

Przyznaj współczójący człowieku, że trzeba cierpieć najokrutniejszy niedostatek i że jest to bardzo bolesne dla otrzymania jakiejkolwiek ulgi, poświadczać go przez władze, jakby niewolno było człowiekowi cierpieć w skrytości i konać z głodu, nim kto go wspomorze. Przeznaczenie jest dziwnie okrótne dla jednych, a rozżótne względem innych.

Czekam pańskiej wizyty albo ofjary, jeżeli raczysz ją uronić, i proszę przyjm Pan pełne uszanowanie uczócia, z którym szczycę się być, Człowieku prawdziwie wspaniałomyślny, pańskim bardzo pokornym słógą,

P. Fabantou, artysta dramatyczny

Po przeczytaniu tych czterech listów Mariusz niewiele więcej wiedział niż przedtem. Po pierwsze, żaden z podpisujących nie podał swego adresu. Po wtóre, listy zdawały się pochodzić od czterech rozmaitych indywiduów: don Alvareza, jejmości Balizard, poety Genflota i artysty dramatycznego Fabantou, lecz miały tę osobliwą właściwość, że były wszystkie napisane jednym pismem.

Stąd więc wniosek, że pochodziły od jednej i tej samej osoby.

W dodatku, co jeszcze bardziej potwierdzało to przypuszczenie – wszystkie cztery listy były pisane na jednakowym papierze, ordynarnym i pożółkłym, wszystkie jednakowo czuć było tytoniem i jakkolwiek usiłowano o ile możności urozmaicić styl, też same błędy ortograficzne wszędzie się w nich powtarzały ze spokojną swobodą, dowodzącą najwyraźniej, że literat Genflot nie mniej im podlegał od hiszpańskiego kapitana.

Nie było warto wysilać się na odgadywanie tej małej tajemnicy. Gdyby listy nie zostały znalezione przypadkiem, cała sprawa mogłaby wyglądać na mistyfikację. Mariusz zanadto był smutny, aby dobrze przyjąć jakikolwiek żart, choćby od trafu, i aby się dać wciągnąć w figiel, którym chciał go zabawić bruk uliczny. Zdawało mu się, że gra w ślepą babkę z czterema listami, które się z niego wyśmiewają.

Nic zresztą nie wskazywało, że te listy należały do dziewcząt, które Mariusz spotkał na bulwarze. Koniec końcem, były to nikomu niepotrzebne szpargały.

Mariusz włożył to wszystko z powrotem do koperty, rzucił w kąt i położył się spać.

Około siódmej z rana, kiedy wstał, zjadł śniadanie i zabierał się właśnie do roboty, zapukano lekko do drzwi.

Ponieważ nic nie posiadał, nie wyjmował klucza z zamku, najwyżej tylko wówczas, gdy miał pilną robotę, co się bardzo rzadko zdarzało. Nawet wychodząc na miasto, zostawiał klucz w drzwiach.

– Okradną pana – mawiała pani Burgon.

– Cóż mi mogą ukraść? – odpowiadał Mariusz.

Zdarzyło się jednak, że pewnego dnia skradziono mu parę starych butów, ku wielkiemu triumfowi pierwszej lokatorki.

Zapukano po raz wtóry, równie cicho jak za pierwszym razem.

– Proszę wejść – rzekł Mariusz.

Drzwi się otworzyły.

_ Czego pani sobie życzy, pani Burgon? – odezwał się Mariusz, nie odwracając oczu od książek i rękopisów rozłożonych na stole.

Głos, który nie był głosem pani Burgon, odpowiedział:

– Przepraszam pana...

Był to głos głuchy, zużyty, przytłumiony, gardłowy, głos starego pijaka, ochrypły od wódki i araku.

Mariusz odwrócił się szybko i zobaczył młodą dziewczynę.

RÓŻA W NĘDZY

W na pół uchylonych drzwiach stała bardzo młoda dziewczyna. Okienko izdebki, przez które wpadało światło, znajdowało się właśnie na wprost drzwi i oświetlało tę postać. Była to istota chuda, wątła, skóra i kości; tylko koszula i spódnica osłaniały nieco jej nagość, drżącą i zziębniętą. Zamiast paska kawałek sznurka, włosy także sznurkiem związane. Kościste ramiona sterczały spod koszuli, cerę miała bladą i limfatyczną, szare obojczyki, czerwone ręce, usta wpółotwarte i cofnięte, bez kilku zębów, oczy przygasłe, bezczelne i znikczemniałe, kształty przedwcześnie zgrzybiałej dziewczyny, spojrzenie starej rozpustnicy, niby pięćdziesiąt lat i niby piętnaście; jedna z tych istot, które są jednocześnie wątłe i straszliwe, i które wywołują dreszcz lęku u tego, kto by na ich widok nie zapłakał.

Mariusz wstał i przypatrywał się z pewnym rodzajem osłupienia temu stworzeniu, podobnemu do cieni, które się przesuwają w przykrych snach.

Najbardziej było rozdzierające, że ta dziewczyna nie zdawała się być stworzona na to, żeby być brzydką. Jako dziecko musiała być nawet ładna. Wdzięk jej wieku wyraźnie walczył w niej jeszcze z ohydą przedwczesnego zestarzenia w rozpuście i nędzy.

Resztki piękności dogorywały na tej szesnastoletniej twarzy, jak blade słońce, które gaśnie za sinymi obłokami o świcie zimowego dnia.

Twarz ta nie była obca Mariuszowi. Zdawało mu się, że ją sobie skądś przypomina.

– Czego sobie panienka życzy? – zapytał.

A młoda dziewczyna odpowiedziała swym głosem pijanego galernika:

– Mam tu list do pana, panie Mariuszu.

Nazywała Mariusza po imieniu, nie było więc wątpliwości, że to do niego miała interes. Ale kim była ta dziewczyna? Skąd znała jego imię?

Nie czekając pozwolenia, weszła, rozejrzała się śmiało, z jakąś ściskającą serce bezczelnością, po całej izbie i nie posłanym jeszcze łóżku. Była bosa. Wielkie dziury w jej spódnicy ukazywały długie nogi i chude kolana. Drżała z zimna.

Rzeczywiście trzymała w ręku list, który oddała Mariuszowi.

Mariusz, otwierając list, zauważył, że ogromny opłatek, którym go zapieczętowano, był jeszcze całkiem wilgotny. Pismo tedy nie musiało pochodzić z bardzo daleka. Przeczytał:

Miły młodzieńcze i sąsiedzie.

Dowiedziałem się o Pańskiej uprzejmości, żeś pan zapłacił za mnie komorne puł roku temu. Bóg ci za to zapłać, młodzieńcze. Moja starsza córka opowie panu, że jesteśmy bez kawałka chleba już od dwóch dni, we czworo i jeszcze moja żona chora. Jeżeli myśli moje nie zawodzą mnie, zdaje mi się, że powinien bym mieć nadzieję, że pańskie szlachetne serce zmiękczy się tymi powodami i nakaże panu pragnienie stania się moją Opacznością, racząc mi udzielić choćby lekkiego dobrodziejstwa.

Pozostaję ze znakomitym poważaniem, które się słusznie należy dobroczyńcom luckości.

Jondrette

P. S. Moja córka zaczeka na Pańskie rozkazy, kochany panie Mariuszu.

Pośród ciemnej przygody, która Mariusza zajmowała już od wczorajszego wieczoru, list ten był jakby świecą w piwnicy. Wszystko się nagle rozjaśniło.

Pochodził on z tegoż źródła co i tamte cztery. To samo pismo, ten sam styl, ta sama ortografia, ten sam papier, ten sam zapach tytoniu.

Było więc pięć listów, pięć zmyślonych historii, pięć adresów, ale jeden tylko podpisujący. Hiszpański kapitan don Alvarez, nieszczęśliwa matka Balizard, poeta dramatyczny Genflot, stary aktor Fabantou, nazywali się wszyscy czterej Jondrette, jeżeli Jondrette rzeczywiście nazywał się Jondrette.

Choć Mariusz od dawna już mieszkał w tym domu, nie miał prawie sposobności, jakeśmy to już powiedzieli, nie tylko widywać, ale nawet spostrzegać swoich najbliższych sąsiadów. Duch jego krążył daleko, a gdzie bieży duch, tam i spojrzenie. Zapewne nieraz spotykał się z członkami rodziny Jondrette bądź to w korytarzu, bądź na schodach, ale byli oni dla niego tylko zarysami postaci; tak mało na nich zważał, że poprzedniego wieczoru potrącił na bulwarze, nie poznając ich, córki Jondrette’a, gdyż niewątpliwie były to one; a widok tej, która weszła do jego pokoju, z trudnością zdołał obudzić w nim, poprzez wstręt i litość, niewyraźne przypomnienie, że ją już kiedyś widział.

Teraz wszystko mu się wyjaśniło. Zrozumiał, że sąsiad Jondrette zawodowo wyzyskiwał w swojej niedoli litość dobroczynnych osób; że wyszukiwał adresy i pisywał pod zmyślonymi nazwiskami do ludzi, o których sądził, że są bogaci i miłosierni, listy, które zanosiły jego córki na własne ryzyko. Albowiem przykładny ten ojciec doszedł już do tego, że ryzykował córki. Rozgrywał grę z losem i stawiał na kartę swoje dzieci. Wnosząc z ich wczorajszej ucieczki, zadyszenia, strachu i tych kilku słów w złodziejskiej gwarze, które usłyszał, Mariusz domyślił się, że nieszczęśliwe dziewczyny uprawiały jeszcze i inne podejrzane procedery i że z tego wszystkiego społeczeństwo ludzkie w jego dzisiejszej postaci ukształtowało dwie upadłe istoty, które nie były ani dziećmi, ani dziewczętami, ani kobietami, lecz jakimś rodzajem potworów nieczystych a niewinnych zarazem, spłodzonych przez nędzę.

Kiedy Mariusz przypatrywał się jej zdziwionym i bolesnym wzrokiem, dziewczyna kręciła się po izbie z zuchwałością widma. Szastała się na wszystkie strony, nic sobie nie robiąc ze swej nagości; chwilami koszula jej, rozchełstana i podarta, opadała prawie do pasa. Przesuwała krzesła, brała do ręki drobiazgi toaletowe stojące na komodzie, dotykała ubrania Mariusza, plądrowała po wszystkich kątach.

– A, jak Bozię kocham – mówiła – pan ma lustro!

I nuciła sobie, jakby była sama, urywki z wodewilów, wesołe zwrotki, którym jej głos gardłowy i ochrypły przydawał posępnego wyrazu. Spod tej pozornej bezczelności przebijało coś wymuszonego, niespokojnego i upokorzonego. Bezczelność wypływa z uczucia wstydu.

Mariusz namyślał się i pozwalał jej robić, co chciała.

Zbliżyła się do stołu.

– Aha! – rzekła. – Książki!

Jakieś światło mignęło w jej szklistych oczach. Ciągnęła dalej, a głos jej wyrażał radość, że może się czymś pochwalić – uczucie, które nie jest obojętne żadnemu ludzkiemu stworzeniu.

– Ja też umiem czytać!

Porwała szybko książkę, która otwarta leżała na stole, i przeczytała dość płynnie:

„...Generał Bauduin dostał rozkaz zdobycia, z pomocą pięciu batalionów swojej brygady, zamku Hougomont, który się znajduje na środku równiny Waterloo...”.

Przerwała sobie:

– A, Waterloo! Wiem. To była kiedyś bitwa. Mój ojciec tam był. Ojciec służył przy wojsku. Myśmy wszyscy bonapartyści, ho, ho! Bili się tam z Anglikami.

Położyła książkę, wzięła pióro i zawołała:

– Umiem też i pisać!

Umoczyła pióro w kałamarzu i zwracając się ku Mariuszowi:

– Chce pan zobaczyć? – rzekła. – Niech pan patrzy. Napiszę panu coś.

I zanim miał czas odpowiedzieć, napisała na arkuszu czystego papieru, który leżał na stole: Salcesony idą.

Potem spojrzała na Mariusza i twarz jej zmieniła się dziwnie.

– Czy pan wie, panie Mariuszu, że ładny chłopak z pana? – zapytała.

Jednocześnie przyszło im obojgu to samo na myśl, tylko że ona uśmiechnęła się, a on się zarumienił.

Przybliżyła się do niego i położyła mu rękę na ramieniu.

– Pan na mnie nie zwraca uwagi, ale ja pana znam, panie Mariuszu. Spotykam pana na schodach i nieraz widzę, jak pan wchodzi do jednego pana, co się nazywa Mabeuf i mieszka koło mostu Austerlitz. Tak, widuję pana, bo nieraz spaceruję w tamtych stronach. Bardzo panu do twarzy z tymi poczochranymi włosami.

Głos jej starał się być miły, lecz stał się tylko cichy. Część słów przepadała gdzieś po drodze od gardła ku ustom, jakby na klawiaturze, gdzie nie wszystkie tony odpowiadają.

Mariusz cofnął się nieznacznie.

– Proszę pani – rzekł ze zwykłą sobie chłodną powagą – mam tu jakąś paczkę, która zdaje mi się, należy do pani. Proszę, oto ona.

I oddał jej kopertę zawierającą cztery listy. Klasnęła w ręce i zawołała:

– Ach, cośmy się tego naszukały!

Potem chwyciła paczkę, rozdarła kopertę i mówiła:

– Jak Bozię kocham, aleśmy się z siostrą naszukały! I pan to znalazł! Na bulwarze, prawda? To musiało być na bulwarze! Musiała upaść wtedy, kiedyśmy biegły. To ta smarkata upuściła. Jakeśmy przyszły do domu, rozstąp się ziemio, nie ma nigdzie. A że nie chciałyśmy dostać w skórę, bo nam to do szczęścia wcale a wcale niepotrzebne, zmyśliłyśmy, żeśmy odniosły listy i że nam wszędzie pokazali figę. A tu raptem masz z powrotem te nieszczęsne listy. Ale po czym pan poznał, że to moje? A, prawda, po piśmie. To pana potrąciłyśmy wczoraj wieczorem? Już było ciemno! Powiadam do siostry: Czy to jakiś pan? – a ona powiada: „Tak, to zdaje się jakiś pan”.

Mówiąc to, rozwinęła prośbę adresowaną do dobroczynnego jegomościa z kościoła św. Jakuba.

– A! – rzekła – to prośba do tego starego, co chodzi na mszę. Właśnie w sam raz pora. Zaniosę. Da nam może co na śniadanie.

Potem zaczęła się śmiać i dodała:

– Wie pan, co to będzie, jeżeli dziś zjemy śniadanie? To będzie razem śniadanie onegdajsze, obiad onegdajszy, śniadanie wczorajsze i obiad wczorajszy, wszystko razem w kupie dziś rano. Tak, do stu diabłów, a jak to komu nie odpowiada, może sobie zdechnąć.

Słowa te przypomniały Mariuszowi, po co nieszczęsna dziewczyna przyszła do niego.

Sięgnął do kieszeni od kamizelki, ale nic nie znalazł.

Przetrząsnąwszy i przeszukawszy wszystkie kieszenie, zdołał zebrać pięć franków i szesnaście su. Był to cały jego majątek w tej chwili.

Na dzisiejszy obiad wystarczy – pomyślał sobie – o jutrze pomyślimy jutro.

Odłożył dla siebie szesnaście su, a pięć franków dał dziewczynie.

Porwała pieniądze.

– Dobra! – zawołała. – Słońce świeci!

I jakby to słońce miało własność roztapiania w jej mózgu lawiny ulicznej gwary, wołała dalej:

– Pięć franków! Królik! A to klawo! Tylko ćpać i chlać, aż mu będzie uszami wyłaziło! Wyżerka będzie pierwszej klasy! Może sobie żałować, co?

Naciągnęła koszulę na ramiona, nisko się skłoniła Mariuszowi, przyjacielsko skinęła dłonią i skierowała się ku drzwiom, mówiąc:

– Do widzenia panu! Ale i tak pójdę jeszcze do starego.

Przechodząc koło komody, spostrzegła na niej zeschłą skórkę chleba, pleśniejącą w kurzu. Rzuciła się na nią i zaczęła gryźć, mrucząc do siebie:

– Smaczne, chociaż twarde! Można sobie zęby połamać!

I wyszła.

OKIENKO OPATRZNOŚCI

Pięć lat już przeżył Mariusz w biedzie, w niedostatku, w ubóstwie nawet, lecz dopiero teraz spostrzegł, że nie zaznał jeszcze prawdziwej nędzy.

Prawdziwą nędzą było to, co zobaczył przed chwilą. To widmo, które mu się przesunęło przed oczami. Bo kto widział tylko nędzę mężczyzny, ten nic nie widział – trzeba zobaczyć nędzę kobiety; a kto widział tylko nędzę kobiety, ten nic nie widział – trzeba zobaczyć nędzę dziecka.

Mariusz prawie wyrzucał sobie, że pogrążony w miłosnym rozmarzeniu nigdy okiem nawet nie rzucił na swoich sąsiadów. Zapłacił za nich komorne, ale był to odruch tylko, każdy postąpiłby tak samo, on, Mariusz, powinien był zrobić coś więcej. Jak to? Ściana tylko przedzielała go od tych opuszczonych istot, które błąkały się po omacku wśród nocy, wyrzucone poza obręb żyjących; potrącał o nich, był jak gdyby ostatnim ogniwem rodu ludzkiego, którego oni dotykali, słyszał ich oddech, a raczej rzężenie tuż obok siebie i nie zwracał na nich uwagi! Co dzień, w każdej chwili, poprzez ścianę, słyszał, jak ruszają się, chodzą, mówią, lecz nie słuchał!

A kiedy czynił sobie te wymówki (gdyż Mariusz, jak wszystkie serca prawdziwie zacne, bywał swoim własnym nauczycielem i łajał się, niekiedy więcej nawet, niż na to zasłużył), wpatrywał się w ścianę, która go przedzielała od Jondrette’ów, jak gdyby jego wzrok, pełen współczucia, mógł przeniknąć poprzez tę zaporę i ogrzać tych nieszczęśliwych.

Ścianę stanowiła cienka warstwa tynku podtrzymywanego przez łaty i listwy, co jak już powiedzieliśmy, pozwalało dokładnie rozróżniać głosy, a nawet i wyrazy. Trzeba było być takim jak Mariusz marzycielem, żeby tego nie spostrzec aż do tej pory. Ściana nie była wyklejona papierem ani po stronie Jondrette’ów, ani po stronie Mariusza; jej niespoista, niechlujna konstrukcja widoczna była jak na dłoni. Mariusz patrzył na ścianę, nie bardzo zdając sobie z tego sprawę; czasem i zaduma rozważa, obserwuje i bada, tak jak myśl. Nagle podniósł się, spostrzegł u góry, prawie tuż pod sufitem, trójkątną dziurę powstałą między trzema łatami. Wypadło wapno, które zatykało tę próżnię, i stanąwszy na komodzie, można było zajrzeć przez ten otwór do izby Jondrette’ów. Współczucie posiada i powinno posiadać swoją ciekawość. Dziura ta stanowiła jakby rodzaj okienka. Wolno jest z ukrycia podpatrywać nieszczęście po to, żeby pomóc mu.

Zobaczmy, co to za ludzie – pomyślał Mariusz – i co się tam dzieje.

Wdrapał się na komodę, przyłożył oko do szpary i spojrzał.

DZIKUS W SWOIM LEGOWISKU

Miasta, na podobieństwo lasów, posiadają swoje ostępy, w których się kryje to, co najzłośliwsze i najniebezpieczniejsze. Tylko że w miastach to, co się tak ukrywa, jest okrutne, plugawe i małe, czyli szpetne; to zaś, co się ukrywa w lasach, jest okrutne, dzikie i wielkie, czyli piękne. Wybierając pomiędzy norami, wolę już zwierzęce niż ludzkie. Jaskinie więcej są warte niż meliny.

To, co Mariusz ujrzał, było taką ludzką norą.

Mariusz był biedny i izdebka jego była uboga, ale jak jego ubóstwo było szlachetne, tak jego poddasze było schludne. Izba, w którą wzrok jego zapuścił się w tej chwili, była obrzydliwa, brudna, smrodliwa, duszna, ciemna, plugawa. Jedyne meble: koszykowe krzesło, kulawy stół, parę starych skorup i w dwóch kątach dwa niemożliwe do opisania barłogi; jedyne światło – mansardowe okno o czterech szybkach, zasnute pajęczynami. Wpadało przez ten otwór tyle tylko dnia, ile było trzeba, żeby z twarzy ludzkiej zrobić twarz widziadła. Ściany były odrapane, połatane, popękane, podobne do twarzy zniekształconej jakąś straszliwą chorobą. Spływała z nich lepka wilgoć. Widać było też bezwstydne rysunki niezgrabnie nagryzmolone węglem.

Izba, którą Mariusz zajmował, miała przynajmniej wydeptaną kamienną posadzkę; ta zaś nie miała żadnej, chodziło się tam po prostu po cegłach czarnych od naniesionego błota.

Na tym nierównym gruncie, pokrytym stwardniałą warstwą kurzu i nietkniętym przez miotłę, leżały w nieregularnych stosach stare chodaki, zużyte pończochy i najobrzydliwsze szmaty; ponadto izba ta miała kominek, toteż wynajmowano ją za czterdzieści franków rocznie. W kominku tym było wszystko: fajerka, garnek, połamane deski, łachmany zawieszone na gwoździach, pusta klatka, kupa popiołu, a nawet i ogień. Kopciły się w nim smętnie dwa polana.

Jedno z legowisk znajdowało się przy drzwiach, drugie przy oknie. Obydwa jednym końcem dotykały komina i znajdowały się naprzeciwko Mariusza. W jednych z kątów sąsiadującym z otworem, przez który Mariusz zaglądał, w ramach z czarnego drzewa, wisiała na ścianie kolorowana rycina z napisem wielkimi literami pod spodem: SEN. Przedstawiona tam była śpiąca kobieta, dziecko spoczywające we śnie na jej kolanach i orzeł wśród obłoków, z koroną w dziobie; kobieta odsuwała koronę znad głowy dziecka, nie budząc się zresztą wcale; w głębi widać było wśród promieni Napoleona, wspartego na ciemnoniebieskiej kolumnie z żółtym kapitelem.

Pod tym obrazem stał oparty ukośnie o ścianę jakiś prostokątny blat zbity z desek. Wyglądało to na obraz tyłem odwrócony, płótno oprawione w ramy i pewno zasmarowane po drugiej stronie, albo może na zwierciadło zdjęte ze ściany i czekające tam w zapomnieniu, żeby je znowu powieszono.

Przed stołem, na którym dostrzegł Mariusz pióro, kałamarz i papier, siedział człowiek lat około sześćdziesięciu, mały, chudy, wyżółkły, dzikiego wejrzenia, z wyrazem twarzy przebiegłym, okrutnym i niespokojnym – jakiś ohydny łotr.

Człowiek ten miał długą, szpakowatą brodę. Odziany był w kobiecą koszulę, która odsłaniała jego kosmate piersi i nagie ramiona najeżone siwawym włosem. Spod tej koszuli wyglądały uszargane spodnie i buty, z których wyłaziły palce.

Palił fajkę. Nie było już chleba w tej nędznej norze, ale na tytoń jeszcze starczało.

Pisał, zapewne jakiś list w rodzaju tych, które Mariusz czytał niedawno.

Gruba kobieta, mogąca mieć równie dobrze lat czterdzieści, jak i sto, przysiadła w kucki przy kominie na gołych piętach.

I ona również odziana była tylko w koszulę i trykotową halkę połataną kawałkami starego sukna. Fartuch z grubego płótna zakrywał tę halkę do połowy. Choć przykucnęła i skuliła się, widać było, że jest bardzo wysokiego wzrostu.

Przy swoim mężu wyglądała na olbrzymkę. Miała okropne jasnorude, już siwiejące włosy, które czochrała sobie od czasu do czasu ogromnymi, zatłuszczonymi rękami o płaskich paznokciach.

Na jednym z barłogów dostrzegał Mariusz dziewczynkę, chudą, bladą, prawie nagą, która siedziała ze zwieszonymi nogami; wydawało się, że nie słyszy, nie widzi, nie żyje.

Była to zapewne młodsza siostra tej, która go niedawno odwiedziła. Zdawała się mieć lat jedenaście lub dwanaście. Przypatrzywszy się jej baczniej, można było poznać, że miała już co najmniej czternaście.

Nic w tym mieszkaniu nie wskazywało, że wykonywano tu jakąkolwiek pracę, nie było tam ani krosien, ani kołowrotka, ani żadnego innego narzędzia. W jednym kącie – jakieś żelastwo o podejrzanym przeznaczeniu. Widziałeś tutaj odrętwiałe nieróbstwo, które idzie w ślad za rozpaczą, a poprzedza konanie.

Mariusz oglądał czas jakiś to grobowe wnętrze, straszliwsze od wnętrza grobu, bo czuć tu było szamotanie się ludzkiej duszy i drganie życia.

Słychać było skrzyp pióra po papierze. Mężczyzna, nie przestając pisać, pomrukiwał:

– Łajdactwo! Łajdactwo! Wszystko jest łajdactwo!

Ta odmiana przypowieści Salomona wyrwała westchnienie z piersi kobiety.

– Robaczku, uspokój się – rzekła. – Jeszcze sobie zaszkodzisz, kochanie. I tak twojej łaski za wiele, że piszesz do tych gałganów, moje serce.

STRATEGIA I TAKTYKA

Mariusz, ze ściśniętym sercem, chciał już zejść z owego obserwatorium, które urządził sobie, kiedy jakiś nowy hałas zwrócił jego uwagę i zatrzymał go jeszcze.

Drzwi izby otworzyły się gwałtownie. W progu ukazała się starsza córka. Miała na nogach grube męskie trzewiki, powalane błotem, które obryzgało jej czerwone nogi aż do kostek; przykryta była jakąś starą, podartą mantylą, której Mariusz przedtem na niej nie widział, gdyż wchodząc do niego, zapewne rzuciła ją pod drzwiami, aby wzbudzić więcej litości, a po wyjściu znów narzuciła. Weszła, zatrzasnęła drzwi za sobą, zatrzymała się dla nabrania tchu, gdyż była bardzo zadyszana, po czym zawołała z wyrazem triumfu i radości:

– Idzie!

Ojciec spojrzał na nią, matka odwróciła ku niej głowę, tylko młodsza siostra nie ruszyła się.

– Kto? – zapytał ojciec.

– Pan!

– Filantrop?

– Tak.

– Z kościoła św. Jakuba?

– Tak.

– Ten stary?

– Tak.

– I przyjdzie?

– Idzie za mną.

– Jesteś pewna?

– Jestem pewna.

– Naprawdę idzie?

– Jedzie dorożką.

– Dorożką! To Rotszyld!

Ojciec wstał.

– Dlaczego jesteś pewna? Jeżeli jedzie dorożką, to jak mogłaś przed nim zdążyć? Czyś mu przynajmniej dała adres jak się należy? Czy powiedziałaś, że to ostatnie drzwi w głębi korytarza, na prawo? Byle się tylko nie omylił. Więc go znalazłaś w kościele? Przeczytał mój list? Co ci powiedział?

– Ta, ta, ta! – rzekła dziewczyna. – Ale się śpieszysz, panie starszy! Więc to było tak: Weszłam do kościoła, on siedział tam, gdzie zwykle. Ukłoniłam się i oddałam mu list. Przeczytał go i spytał mnie: „Gdzie mieszkasz, moje dziecko?” – Ja powiadam: – Zaprowadzę pana. A on na to: „Nie, daj mi wasz adres; moja córka ma sprawunki do załatwienia, więc wezmę dorożkę i przyjadę do was natychmiast”. Dałam mu adres. Kiedy mu powiedziałam, w jakim to domu, jakby się zdziwił i zawahał na chwilę, a potem powiedział: „Wszystko jedno, przyjadę do was”. Po skończonej mszy widziałam, jak wychodził z kościoła ze swoją córką i jak wsiadała do dorożki. I powiedziałam mu wyraźnie: ostatnie drzwi w głębi korytarza na prawo.

– A skąd wiesz, że on przyjdzie?

– Bo widziałam dorożkę, jak wyjeżdżała na ulicę Małego Bankiera. I dlatego co tchu pobiegłam naprzód.

– A skąd wiesz, że to ta sama dorożka?

– Ojej, bo zapamiętałam numer.

– Jaki numer?

– 440.

– No to dobrze, masz rozum.

Dziewczyna zuchwale spojrzała ojcu w oczy i pokazała na swoje trzewiki.

– Mam rozum? – rzekła. – Możliwe, ale zapowiadam, że nie będę już nosić więcej tych trzewików; najprzód dla zdrowia, potem dla czystości. Nic mnie tak nie złości jak te przeciekające podeszwy. Co krok, to chlupot. Wolę chodzić boso.

– Masz słuszność – odpowiedział ojciec łagodnym głosem, który stanowił przeciwieństwo szorstkości dziewczyny. – Ale inaczej nie wpuściliby cię do kościoła, biedni tam muszą mieć trzewiki na nogach. Nie wolno wchodzić boso do Pana Boga – dodał z goryczą.

Potem, wracając do przedmiotu, który go zaprzątał:

– I jesteś pewna, że on przyjdzie?

– Jest o dwa kroki za mną – odpowiedziała.

Mężczyzna wstał. Twarz jego jak gdyby rozjaśniła się.

– Żono – zawołał – słyszysz? Idzie filantrop! Zagaś ogień!

Kobieta osłupiała. Nie ruszała się z miejsca.

Mąż ze zwinnością kuglarza porwał wyszczerbiony garnek, który stał na kominie, i wylał wodę na głownie.

Potem, zwracając się do starszej córki:

– A ty prędko zrób dziurę w krześle.

Córka nie zrozumiała.

Porwał krzesło i jednym kopnięciem przedziurawił słomiane wysłanie. Noga jego przeszła na wylot.

Wyciągając ją z dziury, spytał córkę:

– Zimno na dworze?

– Bardzo zimno. Pada śnieg.

Ojciec zwrócił się ku młodszej córce, która siedziała na barłogu tuż przy oknie, i krzyknął grzmiącym głosem:

– Żywo, precz z łóżka, wałkoniu! Czy z ciebie nigdy nic nie będzie? Stłucz szybę.

Dziewczyna zeskoczyła z barłogu, szczękając zębami.

– Stłucz szybę – powtórzył.

Dziecko stanęło bez ruchu.

– Czy słyszysz? – powtórzył ojciec. – Powiadam ci, żebyś stłukła szybę!

Dziewczyna z tępym posłuszeństwem wspięła się na palcach i uderzyła pięścią w szybę. Szkło prysło i rozpadło się z brzękiem.

– Dobrze – rzekł ojciec.

Rozkazywał poważnie i szorstko. Wzrok jego przebiegał szybko wszystkie kąty izby.

Wyglądał jak wódz robiący ostatnie przygotowania, w chwili kiedy bitwa ma się rozpocząć.

Kobieta, która aż dotąd nie wymówiła ani słowa, podniosła się i spytała głosem powolnym, głuchym, którego dźwięki zdawały się jakby mrozem ścięte:

– Co ty zamyślasz, kochanie?

– Kładź się do łóżka – odpowiedział mąż.

Ton, jakim wyrzekł to, nie dopuszczał wahania. Kobieta usłuchała i rzuciła się ciężko na jedno z legowisk.

Tymczasem w kącie słychać było łkanie.

– Co tam? – zawołał ojciec.

Młodsza córka, nie wychodząc z ciemnego kąta, w który się wcis­nęła, pokazała zakrwawioną pięść. Skaleczyła się, wybijając szybę. Usiadła przy posłaniu matki i płakała w cichości.

Teraz matka zerwała się i krzyknęła:

– Widzisz! To te twoje przeklęte głupstwa! Wybiła szybę i przecięła sobie rękę.

– Tym lepiej – rzekł ojciec. – To było przewidziane.

– Jak to tym lepiej?

– Milczeć – odparł ojciec. – Znoszę wolność prasy.

Następnie rozdarł kobiecą koszulę, którą miał na sobie, wyrwał z niej kawał płótna i obwinął nim co żywo zakrwawioną pięść dziewczyny.

Zrobiwszy to, z zadowoleniem popatrzył na rozdartą koszulę.

– I koszula także – rzekł. – Wszystko bardzo dobrze wygląda.

Mroźny wiatr gwizdał i wpadał do izby przez stłuczoną szybę. Przenikała też z dworu mgła i rozpływała się niby lekkie kłęby waty rozskubywane niewidzialnymi palcami. Przez stłuczone okno widać było, jak padał śnieg. Mróz, zwiastowany poprzedniego dnia przez gromnicze słońce, nadszedł rzeczywiście.

Ojciec powiódł wzrokiem dookoła, jakby dla przekonania się, czy przypadkiem o czymś nie zapomniał. Wziął starą łopatkę i narzucił popiołu na zmoczone głownie, tak żeby ich nie było widać.

Potem wyprostował się i oparł o komin.

– Teraz – rzekł – możemy przyjąć filantropa.

PROMIEŃ W NORZE

Starsza córka podeszła do ojca i położyła rękę na jego ręce.

– Dotknij, jak mi zimno – rzekła.

– Ba! – odpowiedział ojciec – mnie jeszcze zimniej.

Kobieta zawołała gwałtownie:

– Ty zawsze masz wszystko lepsze od innych, nawet i dolegliwości.

– Idź do diabła! – odrzekł mężczyzna.

Mówiąc to, spojrzał na nią w taki sposób, że umilkła.

W izbie zrobiło się cicho. Starsza córka niedbale wykruszała błoto ze swego płaszcza, młodsza nie przestawała szlochać. Matka pociągnęła ją do siebie i zaczęła całować, mówiąc cicho:

– Mój skarbie, to nic, to się zgoi; tylko nie płacz, bo się ojciec będzie gniewał.

– Nie! – zawołał ojciec – przeciwnie! Płacz, szlochaj, to dobrze!

Potem zwrócił się ku starszej:

– No i co? Jeszcze nie przyszedł! Może wcale nie przyjdzie. Zagasiłem ogień, zrobiłem dziurę w krześle, podarłem koszulę, stłukłem szybę i wszystko na nic?

– I dziecko skaleczył – mruknęła matka.

– Wiecie co – ciągnął ojciec – zimno jest jak w psiarni w tej czartowskiej dziurze. Jeżeli ten człowiek nie przyjdzie? To tak jest! Każe na siebie czekać, powiada: „No to i cóż, niech tam sobie czekają, oni są od tego”. Może cymbał zapomniał adresu? Założę się, że ten stary dureń...

W tej chwili zapukano z lekka do drzwi. Mężczyzna rzucił się do nich co prędzej i otworzył, wykrzykując z głębokimi ukłonami i uśmiechami uwielbienia:

– Racz wejść, łaskawy panie, czcigodny nasz dobroczyńco, i ty, zacna i czarująca damo.

Jakiś człowiek w dojrzałym już wieku i jakaś młoda osoba ukazali się na progu izby.

Mariusz ciągle trwał na swoim stanowisku. To, czego doświadczył w tej chwili, nie da się wypowiedzieć żadnym językiem na świecie.

Była to Ona.

Ktokolwiek kochał, ten zna całe promienne znaczenie, które zawierają w sobie trzy litery tego słowa: Ona.

Była to istotnie ona. Zaledwie ją Mariusz dostrzegł poprzez obłok świetlnej mgły, która się nagle roztoczyła przed jego oczami. Była to ta sama wdzięczna istota, tak długo nieobecna, ta sama gwiazda, która mu świeciła przez sześć miesięcy, to samo spojrzenie, to samo czoło, te usta, ta twarz, co znikła tak nagle i odchodząc, tak ciężkie ciemności zostawiła za sobą.

Pojawiła się wśród tych mroków, w tej izbie nędznej, w tej norze obrzydliwej, wśród tego plugastwa!

Mariusz drżał nieprzytomny. Czy to ona? Bicie serca mąciło mu wzrok. Czuł, że gotów jest rozszlochać się. Tak! Więc widzi ją znowu po tak długim szukaniu. Wydało mu się, że zgubił własną duszę i że ją odnajduje w tej chwili.

Była taka sama, tylko nieco bledsza; delikatną jej twarzyczkę okalał kapelusz z fiołkowego aksamitu, kibić jej ukryta była pod czarnym atłasowym płaszczykiem. Widać było spod jej długiej sukni małą nóżkę ujętą w jedwabny pantofelek.

Towarzyszył jej, jak zwykle, pan Biały.

Wszedłszy do izby, postąpiła kilka kroków i położyła na stole jakieś dosyć grube zawiniątko.

Starsza córka Jondrette’ów stanęła za drzwiami i przyglądała się ponuro aksamitnemu kapeluszowi, płaszczykowi z jedwabiu i tej pięknej, szczęśliwej twarzyczce.

JONDRETTE PRAWIE PŁACZE

Izba była tak dalece ciemna, że każdy, kto przychodził ze dworu, miał wrażenie, że się znalazł w piwnicy. Nowo przybyli weszli niepewnym krokiem, z trudem rozróżniając przedmioty, sami tymczasem dokładnie lustrowani przez mieszkańców izby, których oczy przyzwyczajone były do tego półmroku.

Pan Biały zbliżył się ze swoim dobrym i smutnym spojrzeniem i rzekł do ojca Jondrette:

– Znajdzie pan w tym zawiniątku nowe odzienie, pończochy i wełniane kołdry.

– Nasz anielski dobroczyńca obdarza nas aż nadmiernie – rzekł Jondrette, kłaniając się do ziemi.

Następnie, kiedy nowo przybyli rozglądali się po tym żałosnym wnętrzu, dodał szybko i po cichu, pochylając się do ucha starszej córki:

– A co, nie mówiłem? Łachy, a gotówki ani grosza. Wszyscy tacy sami. Ale, ale, jak był podpisany list do tego starego cymbała?

– Fabantou – odpowiedziała córka.

– Artysta dramatyczny, już wiem.

Jondrette w porę zapytał, gdyż w tej samej chwili pan Biały obrócił się ku niemu i odezwał się z miną człowieka, który chciałby sobie przypomnieć nazwisko:

– Widzę, że znajduje się pan w bardzo przykrym położeniu, panie...

– Fabantou – odpowiedział żywo Jondrette.

– Panie Fabantou, tak, tak, przypominam sobie.

– Tak, łaskawy panie, artysta dramatyczny, i to artysta, który miał niegdyś powodzenie.

W tym miejscu Jondrette uważał widać, że nadeszła chwila stosowna, aby oszołomić filantropa. Zawołał głosem przypominającym jednocześnie triumfalne przechwałki jarmarcznego kuglarza i pokorę żebraka siedzącego przy gościńcu:

– Uczeń Taimy41, łaskawy panie, tak, tak. Jestem uczniem Taimy. Fortuna uśmiechała mi się kiedyś. Niestety, teraz znowu kolej niedoli. Patrz, szlachetny dobroczyńco, ani chleba, ani ognia. Moje biedne dzieci nie mają ognia! Moje jedyne krzesło dziurawe. Szyba wybita, w taką pogodę! Moja małżonka w łóżku chora.

– Biedna kobieta! – rzekł pan Biały.

– Moje dziecię skaleczone – dodał Jondrette.

Dziewczyna, pochłonięta przybyciem obcych, wlepiła oczy w „piękną pannę” i przestała szlochać.

– Płaczże! Rycz! – szepnął jej Jondrette.

I uszczypnął ją w zranioną rękę. Uczynił to wszystko z prawdziwym talentem kuglarza.

Mała zaczęła przenikliwie jęczeć.

Urocza dziewczyna, którą Mariusz w sercu swoim nazywał „swoją Urszulą”, przybliżyła się śpiesznie.

– Biedactwo! – rzekła.

– Patrz pani, moja anielska panienko – ciągnął dalej Jondrette – ma we krwi całą dłoń. To wypadek, pracowała przy maszynie, żeby zarobić sześć su na dzień. Może trzeba jej będzie uciąć rękę.

– Czy być może? – rzekł stary pan, bardzo przejęty.

Dziewczyna, biorąc słowa ojca na serio, rozszlochała się jeszcze bardziej.

– Niestety! Wszystko być może, wspaniały nasz dobroczyńco – odparł ojciec.

Od niejakiego czasu Jondrette przypatrywał się „filantropowi” w jakiś osobliwy sposób. Mówiąc do niego, zdawał się obserwować go uważnie, jakby usiłował pozbierać wspomnienia. Nagle, korzystając z tego, że nowo przybyli ze współczuciem wypytywali dziewczynę o skaleczoną rękę, przemknął się do żony, która leżała na łóżku z miną przygnębioną i ogłupiałą, i szepnął jej szybko i bardzo cicho:

– Przypatrz się temu człowiekowi.

Po czym, zwracając się znowu do pana Białego, dalej ciągnął swe lamenty:

– Niech pan spojrzy, za całe ubranie mam na sobie tylko koszulę mojej żony, i to całkiem podartą! A jest zima! Nie mogę wyjść z domu, bo nie mam w czym. Gdybym miał choć jakie takie ubranie, poszedłbym do panny Mars42, która mnie zna i bardzo mnie nawet lubi. Chyba wciąż jeszcze mieszka przy ulicy Tour des Dames. Czy pan uwierzy? Grywaliśmy razem na scenach prowincjonalnych! Dzieliłem jej wawrzyny. Ale nic z tego! I ani grosza w domu! Żona chora, a tu ani grosza! Żona moja cierpi na duszności; wiek, łaskawy panie. A i system nerwowy przyłączył się do tego. Trzeba ją ratować, tak samo jak córkę. Ale doktor! Ale apteka! Czym tu płacić, kiedy nie ma ani grosza! Łaskawy panie, szanowny panie, czy wie pan, co nas czeka jutro? Jutro, to 4 lutego, dzień fatalny, ostateczny termin, który mi zapowiedział gospodarz domu; jeżeli mu tego wieczoru nie zapłacę komornego, jutro moja starsza córka, ja, moja małżonka ze swoją gorączką, moje dziecko ze swoją raną, wszyscy czworo zostaniemy stąd wypędzeni i wyrzuceni precz na ulicę, na bulwar, bez dachu nad głową, na deszcz, na śnieg. Tak, zacny panie. Jestem dłużny za cztery kwartały, za cały rok! To jest razem sześćdziesiąt franków.

Jondrette kłamał. Wszystkie cztery raty wyniosłyby czterdzieści franków, a nie mógł być dłużny za cały rok, skoro zaledwie sześć miesięcy temu Mariusz zapłacił za półrocze.

Pan Biały dobył z kieszeni pięć franków i rzucił je na stół.

Jondrette zdążył mruknąć na ucho starszej córce:

– Bałwan! Co mi po jego pięciu frankach! Nie zwróci się nawet za krzesło i za szybę. I rób tu wydatki!

Tymczasem pan Biały zdjął obszerny, ciemny płaszcz, który nosił na swoim granatowym tużurku, i położył go na poręczy krzesła.

– Panie Fabantou – rzekł – mam przy sobie tylko te pięć franków, ale odprowadzę córkę do domu i wrócę wieczorem; wieczorem musi pan zapłacić komorne, prawda?

Dziwny wyraz rozjaśnił twarz Jondrette’a. Odpowiedział szybko:

– Tak, przezacny panie. Punkt o ósmej powinienem się zjawić u mojego gospodarza.

– Więc przyjdę o szóstej i przyniosę panu sześćdziesiąt franków.

– Dobroczyńco! – zawołał Jondrette, nie posiadając się z radości.

I dodał po cichu:

– Przypatrz mu się dobrze, żono.

Pan Biały ujął pod rękę piękną dziewczynę i zwrócił się ku drzwiom:

– Zatem do widzenia, dobrzy ludzie – rzekł.

– O szóstej – rzekł Jondrette.

– Tak, punkt o szóstej.

W tej chwili płaszcz porzucony na krześle zwrócił uwagę starszej córki Jondrette’a.

– Panie – rzekła – pan zapomniał płaszcza.

Jondrette cisnął na córkę piorunujące spojrzenie połączone z groźnym ruchem ramion.

Pan Biały odwrócił się i odpowiedział z uśmiechem:

– Nie zapomniałem, ale go zostawiam.

– O, szlachetny opiekunie – rzekł Jondrette – o, wspaniały dobroczyńco! Doprawdy, łzy mam w oczach. Chciej mi pan pozwolić, żebym go odprowadził aż do dorożki.

TAKSA DOROŻEK: DWA FRANKI ZA GODZINĘ

Mariusz nic nie stracił z tej całej sceny, a jednak w gruncie rzeczy nic z niej nie widział. Oczy jego były wlepione w dziewczynę, serce jego pochwyciło ją, żeby tak rzec, i objęło całą, odkąd ukazała się na progu izby. Przez cały czas, kiedy tam była, żył owym życiem zachwytu, które wstrzymuje wszelkie postrzeganie zmysłów i kieruje wszystkie władze duszy w jedno tylko miejsce. Wpatrywał się nie w dziewczynę, ale w tę światłość, która miała na sobie jedwabny płaszczyk i aksamitny kapelusz. Gdyby weszła do izby gwiazda Syriusza, nie zostałby bardziej olśniony.

Kiedy dziewczyna rozwiązywała zawiniątko, rozkładała odzienie i kołdry, wypytywała życzliwie chorą matkę i litowała się nad skaleczoną, śledził każdy jej ruch, starał się usłyszeć każde jej słowo. Znał już jej oczy, czoło, piękność, kibić, postawę, ale nie znał jej głosu. Zdawało mu się, kiedyś, w Ogrodzie Luksemburskim, że usłyszał, jak wymówiła kilka słów, ale nie był tego pewny. Oddałby dziesięć lat życia, żeby ją usłyszeć, żeby móc unieść w duszy odrobinę tej muzyki. Ale wszystko się gubiło w płaczliwej deklamacji i grzmiących wybuchach Jondrette’a. Do zachwytu Mariusza przyłączył się gniew. Pożerał ją oczami. Niepodobna mu było pogodzić się z myślą, że istotnie miał przed sobą tę boską istotę pośród tych wszystkich plugawych stworzeń, w tej obrzydliwej norze. Zdawało mu się, że widzi kolibra wśród ropuch.

Kiedy wyszła, miał jedną tylko myśl: pobiec za nią, uczepić się jej śladów i nie puścić jej, póki się nie dowie, gdzie mieszka, żeby już jej nie stracić, skoro mu się udało tak cudownie ją odzyskać.

Zbiegł co tchu i wydostawszy się na bulwar, spostrzegł, że dorożka mija właśnie róg ulicy Małego Bankiera i wjeżdża do miasta.

Mariusz puścił się biegiem w tym kierunku. Z rogu bulwaru znowu zobaczył dorożkę, wjeżdżającą szybko w ulicę Mouffetard; była już daleko; jak ją dopędzić? Biec? Niepodobna. Zresztą z powozu łatwo było spostrzec człowieka biegnącego co tchu w ślad za nią i ojciec poznałby go. W tej chwili właśnie, przypadkiem niezwykłym i cudownym, ujrzał Mariusz pusty kabriolet przejeżdżający bulwarem. Należało wsiąść do tego kabrioletu i jechać za dorożką. Był to sposób pewny, skuteczny i żadnego niebezpieczeństwa nieprzedstawiający.

Mariusz skinął na woźnicę, żeby stanął, i krzyknął mu:

– Biorę cię na godzinę!

Mariusz był bez krawata, miał na sobie stary codzienny surdut, u którego brakowało guzików, koszula była przedarta w jednym miejscu na zakładzie gorsu.

Woźnica zatrzymał się, przymrużył oko i wyciągnął ku Mariuszowi lewą rękę, w znaczący sposób przebierając palcami.

– O co idzie? – rzekł Mariusz.

– Płacić z góry – rzekł woźnica.

Mariusz przypomniał sobie nagle, że miał wszystkiego szesnaście su.

– Ile? – zapytał.

– Dwa franki.

– Zapłacę w domu.

Woźnica za całą odpowiedź zagwizdał melodię z Córki pułku i zaciął konia.

Mariusz patrzył na oddalający się kabriolet obłąkanym wzrokiem. Dla dwudziestu czterech su, których mu brakowało, tracił swoją radość, swoje szczęście, swoją miłość. Zapadał znowu w ciemność; przejrzał i oto znowu stawał się niewidomym. Wrócił do domu pogrążony w rozpaczy.

Mógłby się pocieszyć tym, że pan Biały obiecał wrócić wieczorem i że należało tylko lepiej wziąć się do rzeczy tym razem, ażeby go znów nie stracić z oczu; ale w swoim zachwyceniu zaledwie słyszał, że o tym była mowa.

Kiedy już miał wejść na schody, spostrzegł po drugiej stronie bulwaru, tuż przy murze ciągnącym się wzdłuż ulicy Gobelinów, Jondrette’a, odzianego w płaszcz „filantropa”. Rozmawiał z jednym z tych ludzi o podejrzanym wyglądzie, których określa się zwykle nazwą „podmiejskich włóczęgów”, ludzi o zagadkowym obliczu, o niepokojącej mowie, którzy tak wyglądają, jakby zawsze coś knuli, i którzy zwykle sypiają przez cały dzień, co każe wnosić, że pracują w nocy.

Ci dwaj ludzie, stojący i rozmawiający mimo gęsto padającego śniegu, mogli bez wątpienia zwrócić uwagę każdego policjanta. Ale Mariusz zaledwie ich zauważył.

Chociaż bardzo był zmartwiony, musiał jednak pomyśleć, że ten podmiejski włóczęga, z którym Jondrette rozmawiał, podobny jest do niejakiego Panchauda, zwanego Wiosennym i także Urwipołciem, którego mu kiedyś pokazał Courfeyrac, a który uchodził w tej części miasta za dosyć niebezpiecznego nocnego rzezimieszka.

NĘDZA POMAGA CIERPIENIU

Mariusz wchodził powoli po schodach rudery. Kiedy miał wejść do swej izdebki, spostrzegł w korytarzu starszą córkę Jondrette’a, która za nim szła.

Mariusz wszedł do pokoju i chciał zamknąć drzwi.

Lecz drzwi nie zamknęły się. Odwrócił się i zobaczył rękę, która je przytrzymywała.

– Co tam znowu? – spytał. – Kto tam?

Była to starsza Jondrette’ówna.

– To znowu pani? – spytał ostro prawie. – Czego pani chce?

Wydawała się zamyślona i nie odpowiadała. Nie miała już tej śmiałości co z rana. Nie weszła, tylko stała w mroku na korytarzu, gdzie Mariusz widział ją przez uchylone drzwi.

– No, co? Proszę powiedzieć – domagał się Mariusz. – Czego pani chce ode mnie?

Podniosła na niego swój przygasły wzrok, gdzie zdawał się pełgać jakiś niewyraźny blask i powiedziała:

– Panie Mariuszu, wygląda pan na smutnego. Co panu jest?

– Mnie?

– Tak, panu.

– Nic mi nie jest.

– A jednak tak.

– Nie.

– A ja powiadam, że tak.

– Proszę mi dać spokój.

Mariusz znów pchnął drzwi, ale ona je przytrzymywała w dalszym ciągu.

– Przepraszam pana – rzekła. – Niech się pan nie gniewa. Choć pan niebogaty, był pan dobry dziś rano. Niech pan będzie dobry i teraz. Z pana łaski będę miała co zjeść, proszę mi powiedzieć teraz, co panu dolega? Pan ma jakieś zmartwienie, to przecież widać. Ja nie chcę, żeby pan miał zmartwienie. Jak na to poradzić. Jeżeli mogłabym się panu na co przydać, to proszę mnie używać. Nie chcę znać pana sekretów, nie potrzebuje pan mi się w niczym zwierzać. Ale przecież i ja się mogę w czymś przydać. Mogę i panu dopomóc, jeśli pomagam ojcu. Jeśli potrzeba gdzieś zanieść list, iść do jakiegoś domu, rozpytywać się od drzwi do drzwi, znaleźć jakiś adres, chodzić za kimś, to ja już się do tego nadaję. Toteż może mi pan otwarcie powiedzieć, co panu jest, a ja pójdę pogadać, z kim trzeba; czasem jak się pogada, to się zaraz i rzecz ułoży, i wszystko się załatwi. Niechże pan się namyśli, czybym ja panu na coś się nie przydała.

W głowie Mariusza powstał nagły pomysł. Tonący chwyta się choćby i brzytwy.

Zbliżył się do dziewczyny.

– Słuchaj... – rzekł jej.

Przerwała mu z błyskiem radości w oczach:

– O tak, niech mi pan mówi: ty!

– Niech będzie – ciągnął. – To ty przyprowadziłaś tu tego starego pana z córką?

– Ja.

– Czy znasz ich adres?

– Nie.

– Znajdź mi go.

Oczy dziewczyny, które zabłysły radością, znowu stały się ponure.

– A, to tego panu potrzeba? – spytała.

– Tak.

– Czy pan ich zna?

– Nie.

– To znaczy – rzekła żywo – że jej pan nie zna, ale chce ją pan poznać.

To „ich” zamienione na „ją” miało w sobie coś znaczącego i gorzkiego.

– No cóż? Czy możesz to zrobić? – spytał Mariusz.

– Będzie pan miał adres pięknej panny.

Pochyliła głowę, a potem szybkim ruchem popchnęła drzwi, które zamknęły się.

Mariusz był znowu sam.

Opadł na krzesło, głowę i łokcie wsparł o łóżko i pogrążył się w myślach, które na próżno usiłował uporządkować, wydany na pastwę zamętu. Wszystko, co się działo od rana: pojawienie się anioła, jego zniknięcie, niedawna rozmowa z tym nędznym stworzeniem, słaby błysk nadziei migocący pośród ogromnej rozpaczy, wszystko to bezładnie wypełniło jego mózg.

Nagle został gwałtownie wyrwany ze swego rozmarzenia.

Usłyszał donośny i ostry głos Jondrette’a, wymawiający słowa, które zaciekawiły go w najbardziej nieoczekiwany sposób:

– A ja ci powiadam, że na pewno poznałem go.

O kimże mówił Jondrette? Kogóż to poznał? Czy pana Białego, ojca „jego Urszuli”? Co znowu! Czyżby go Jondrette mógł znać? Miał Mariusz otrzymać w ten sposób, nagle i nieprzewidzianie, wszystkie objaśnienia, bez których własne życie było dla niego ciemne? Miał się dowiedzieć nareszcie, kogo kochał? Kim była ta dziewczyna? Kim był jej ojciec? Czyżby gęsty mrok, który ich okrywał aż dotąd, miał się rozjaśnić? Czyżby się miała rozerwać zasłona? O nieba!

Nie wszedł, lecz wskoczył na komodę i znów zajął miejsce przy małej szczelinie w ścianie.

Znów oglądał nędzną izbę Jondrette’ów.

NA CO UŻYTO PIĘCIU FRANKÓW PANA BIAŁEGO

Nic się tam nie zmieniło, tyle tylko że matka i córki już się zaopatrzyły z otrzymanej paczki i włożyły pończochy i wełniane kaftany. Dwie nowe kołdry rozłożono na tapczanach.

Jondrette widocznie przed chwilą wrócił, bo jeszcze dyszał. Córki jego siedziały na ziemi obok komina, a starsza opatrywała rękę młodszej. Żona rozwaliła się na tapczanie przytykającym do komina, z wyrazem zdziwienia na twarzy. Jondrette ogromnymi krokami przechadzał się po izbie. Miał dziwne oczy.

Kobieta, która zdawała się zatrwożona i onieśmielona wobec męża, odważyła się przemówić:

– Jakże to? Czy jesteś pewny?

– Pewny! Osiem lat minęło! Ale poznaję go! O tak, poznaję! Od razu go poznałem! Co? A tobie się to nie rzuciło w oczy?

– Nie.

– A przecie powiedziałem ci: „Uważaj!”. Ten sam wzrost, ten sam głos, ta sama twarz, niewiele nawet starsza, bo są ludzie, co się nie starzeją; nie wiem, jak oni to robią! Lepiej ubrany i to wszystko. Ach, tajemniczy stary diable, mam cię! Poczekaj!

Zatrzymał się i rzekł do córek:

– Wynoście mi się! Marsz! A to dziwne, że tobie się to od razu nie rzuciło w oczy!

Dziewczyny wstały, żeby wypełnić rozkaz.

Matka wyszeptała:

– Z tą chorą ręką?

– Dobrze jej zrobi świeże powietrze – odpowiedział Jondrette. – Idźcie!

Zostawszy sam z żoną, Jondrette zaczął znów chodzić po izbie. Przeszedł się dwa czy trzy razy w milczeniu. Następnie przez kilka minut wpychał w spodnie i obciągał damską koszulę, którą miał na sobie.

Nagle obrócił się ku żonie, założył ręce i zawołał:

– A wiesz ty, co ja ci jeszcze powiem? Ta panna...

– Co ta panna? – podchwyciła kobieta.

Mariusz nie mógł już wątpić, mówili o niej.

Słuchał ze straszliwym niepokojem. Zamienił się cały w słuch.

Lecz Jondrette schylił się i szeptał coś żonie do ucha. Potem wyprostował się i dokończył głośno:

– Powiadam ci, że to ona.

– Tak? – zapytała żona.

– Tak! – odpowiedział mąż.

Żadne wyrażenie nie potrafi oddać wszystkiego, co wyrażało „Tak?” tej kobiety. Było to zdziwienie, wściekłość, nienawiść, złość, zmieszane i połączone razem w jedną potworną intonację. Widocznie dosyć było kilku słów, zapewne jakiegoś imienia, które jej mąż szepnął w ucho, aby ta ogromna, zaspana kobieta rozbudziła się i z odrażającej stała się straszliwa.

– Niepodobna! – wrzasnęła. – Kiedy sobie pomyślę, że moje córki chodzą boso i nie mają sukni na grzbiecie! A ta w futrze pokrytym atłasem, w aksamitnym kapeluszu, w bucikach; wszystko ma! Rzeczy na niej za przeszło dwieście franków! Pomyślałbyś, że to dama! Chyba ci się przywidziało? Zresztą tamta była szkaradna, a ta jest niebrzydka; doprawdy, niebrzydka! To nie może być ona!

– A ja ci powiadam, że to ona. Przekonasz się!

Na to tak stanowcze twierdzenie baba podniosła swoją szeroką, czerwoną twarz i spojrzała w sufit z jakimś potwornym wyrazem. W tej chwili wydała się Mariuszowi groźniejsza jeszcze od męża. Była to maciora ze spojrzeniem tygrysicy.

– Co u diabła! – zawołała. – Ta przeklęta ślicznotka, pannica, co z litością patrzyła na moje córki, miałaby być tą łajdaczką? O, ja bym jej obcasami flaki z brzucha wypruła!

Zeskoczyła z łóżka i stała przez chwilę rozczochrana, z rozdętymi nozdrzami, z rozwartą gębą, z pięściami zaciśniętymi i odrzuconymi w tył, do ciosu. Potem znowu upadła na swój barłóg. Mężczyzna tymczasem chodził tam i z powrotem, nie zwracając uwagi na swoją samicę.

Po kilku chwilach milczenia przybliżył się do żony, stanął przed nią ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, tak samo jak pierwej, i rzekł:

– A wiesz ty, co ja ci jeszcze powiem?

– Co takiego? – spytała.

Odpowiedział jej krótko i z cicha:

– To, że nareszcie będę miał pieniądze. Posłuchaj. Mamy go, tego Krezusa, albo jakbyśmy go już mieli. Wszystko ułożone. Gadałem z ludźmi. Przyjdzie tu, kanalia, o szóstej wieczór ze swoimi sześćdziesięcioma frankami. Widziałaś, jakem ja mu to wyrecytował, i te sześćdziesiąt franków, i tego gospodarza, i termin! Przyjdzie więc o szóstej, wtedy nasz sąsiad idzie na obiad, a stara Burgon zmywa naczynia w mieście. W całym domu nie ma nikogo. Sąsiad nigdy nie wraca przed jedenastą. Zresztą dziewczęta będą pilnowały. Ty nam pomożesz. Zobaczysz, jak mu ślicznie wyprzątniemy kieszenie.

– A jak sobie nie da wyprzątnąć? – zapytała kobieta.

Jondrette złowieszczo machnął ręką i rzekł:

– To go sprzątniemy.

I zaczął się śmiać.

Mariusz po raz pierwszy widział go, jak się śmieje. Śmiech jego, zimny i cichy, przeszywał dreszczem.

Jondrette otworzył szafę, ukrytą w ścianie tuż przy kominie, wyciąg­nął starą czapkę i włożył ją na głowę, wyczyściwszy rękawem.

– A teraz – rzekł – wychodzę. Mam jeszcze do pogadania z tym i z owym. Zobaczysz, wszystko pójdzie jak po maśle. Wrócę, jak będę mógł najprędzej, to nie lada gratka. Ty zostań w domu.

Ledwie zdążył zrobić kilka kroków za progiem, kiedy drzwi znów się otworzyły i ukazał się w nich jeszcze raz jego dziki i przebiegły profil.

– Zapomniałem – rzekł. – Rozpalisz piecyk.

Mówiąc to, rzucił w fartuch żonie tę samą pięciofrankówkę, którą mu zostawił „filantrop”.

– Piecyk? – zapytała kobieta.

– Tak.

– Ile trzeba węgla?

– Ze dwie miary.

– To będzie półtora franka, za resztę kupię co na obiad.

– Nie, do licha!

– Dlaczego?

– Nie wydawaj wszystkich pieniędzy.

– Dlaczego?

– Bo ja też muszę coś kupić.

– Co?

– Coś.

– A ile ci będzie trzeba?

– Jest tu gdzie blisko sklep żelazny?

– Na ulicy Mouffetard.

– Prawda, na rogu, wiem już.

– Ale powiedz mi, ile ci będzie trzeba na to, co masz kupić?

– Od dwóch i pół do trzech franków.

– Niedużo zostanie na obiad.

– Dziś nie o jedzenie idzie. Jest lepsza rzecz do roboty!

– Dobrze, idź już, mój klejnocie!

Na to słowo żony Jondrette przymknął drzwi i tym razem Mariusz usłyszał, jak oddala się wzdłuż korytarza i szybko schodzi po schodach. Na wieży św. Medarda wybiła pierwsza.

SOLUS CUM SOLO IN LOCO REMOTO

NON COGITABUNTUR ORARE PATER NOSTER43

Mariusz, choć marzyciel, był jednak, jak to już powiedzieliśmy, naturą zdecydowaną i energiczną.

– Trzeba zdeptać tych nędzników – rzekł.

Nie wyjaśniła mu się żadna z zagadek, których rozwiązania pragnął tak gorąco; przeciwnie, wszystko się chyba jeszcze bardziej pogmatwało.

Nie dowiedział się niczego więcej o pięknej dziewczynie z Ogrodu Luksemburskiego i o człowieku, którego nazywał panem Białym – tyle tylko że Jondrette ich znał. Poprzez niezrozumiałe słowa, które zostały powiedziane, jasno widział jedno, że przygotowywano zasadzkę, zasadzkę niewiadomą, ale straszną; że nad obojgiem wisiało wielkie niebezpieczeństwo, nad nią – może, nad jej ojcem – na pewno; i że trzeba było ich ocalić; że należało zapobiec nikczemnym zamysłom Jondrette’ów i rozerwać sieci tych pająków.

Przez chwilę przyglądał się żonie Jondrette’a. Wyciągała z kąta stary blaszany piecyk i szperała pomiędzy żelastwem.

Zszedł z komody, jak tylko mógł najostrożniej i najciszej.

Co miał robić? Czy ostrzec zagrożone osoby? Gdzie ich szukać? Nie znał ich adresu. Przez chwilę ukazały się one jego oczom i znów utonęły w niezmiernych głębiach Paryża. Czekać na pana Białego u drzwi, wieczorem, o godzinie szóstej, kiedy ma przyjść, i ostrzec go o zasadzce? Ale Jondrette i jego wspólnicy mogą go dostrzec na czatach, miejsce jest odludne, będą silniejsi od niego, znajdą sposób, żeby go schwytać lub oddalić, i ten, którego Mariusz pragnął uratować, będzie zgubiony. Przed chwilą wybiła pierwsza, zasadzka naznaczona była na godzinę szóstą. Mariusz miał przed sobą pięć godzin.

Jedno tylko mógł zrobić.

Włożył swoje przyzwoite ubranie, zawiązał chustkę na szyi, wziął kapelusz i wyszedł, nie więcej robiąc hałasu, niż gdyby stąpał boso po mchu.

Zresztą Jondrette’owa przebierała w żelastwie.

Wyszedłszy z domu, udał się na ulicę Małego Bankiera.

Znajdował się już w połowie tej ulicy, w pobliżu bardzo niskiego muru, który nawet można przeskoczyć w pewnych miejscach, a który otacza jakiś pusty plac. Szedł powoli, zastanawiając się, śnieg głuszył odgłos jego kroków; nagle usłyszał głosy rozmawiające gdzieś bardzo blisko. Obejrzał się – ulica pusta, nikogo nie widać, dzień biały, a jednak wyraźnie słyszał głosy.

Przyszło mu na myśl, żeby spojrzeć za mur, obok którego szedł.

Rzeczywiście zobaczył tam dwóch ludzi. Siedzieli na śniegu, oparci o mur, i rozmawiali po cichu.

Nie znał ich. Jeden, brodaty, miał na sobie bluzę, a drugi, długowłosy, jakieś łachmany. Brodaty miał na głowie grecką czapeczkę, drugi był z gołą głową, włosy miał ośnieżone.

Wysunąwszy nieco wyżej głowę, Mariusz mógł ich słyszeć.

Długowłosy trącał drugiego łokciem i mówił:

– Z pomocą „Kociej Łapy” to się musi udać.

– Tak ci się widzi? – rzekł brodaty.

A tamten odpowiedział:

– Na każdego wypadnie z pięćset okrąglaków. A jakby się co przydarzyło – to pięć lat, sześć, najwyżej dziesięć.

Drugi, w greckiej czapce, odpowiedział mu z pewnym wahaniem i szczękając zębami.

– Ano, to jedno jest pewne. Po co szukać guza?

– Powiadam ci, że interes się uda – mówił znowu długowłosy. – Bryczuszka dziadka Ktosia będzie w pogotowiu.

Potem zaczęli rozmawiać o jakimś melodramacie, który widzieli poprzedniego dnia w teatrze Gaîte.

Mariusz poszedł dalej.

Zdawało mu się, że niezrozumiałe słowa tych ludzi, w dziwny sposób ukrytych za murem i przykucniętych na śniegu, nie były może bez pewnego związku ze straszliwymi zamiarami Jondrette’a. To o tym „interesie” musiała być mowa.

Zwrócił się ku przedmieściu Saint-Marceau i zapytał w pierwszym sklepie, gdzie jest komisariat policji.

Wskazano mu numer 14 przy ulicy Pontoise.

Tam się udał.

FUNKCJONARIUSZ POLICJI DAJE ADWOKATOWI DWA KUKSAŃCE

Odnalazłszy numer 14 przy ulicy Pontoise, wszedł na pierwsze piętro i zapytał o komisarza policji.

– Pana komisarza nie ma – powiedział mu woźny – ale jest inspektor, który go zastępuje. Chce się pan z nim widzieć? Czy to pilna sprawa?

– Tak – rzekł Mariusz.

Woźny wprowadził go do gabinetu komisarza. Stał tam za kratą mężczyzna wysokiego wzrostu, oparty o żelazny piecyk, i podnosił do góry poły obszernego surduta o trzech pelerynkach. Twarz miał prawie kwadratową, usta wąskie i zaciśnięte, bujne szpakowate faworyty, potęgujące grozę oblicza, i wzrok, który wywracał kieszenie. Można było powiedzieć o tym wzroku, że nie tyle przeszywał, ile raczej przeszukiwał.

Człowiek ten wyglądał nie o wiele mniej srogo i groźnie niż Jondrette. Spotkanie z buldogiem bywa równie niepokojące jak i spotkanie z wilkiem.

– Czego chcecie? – rzekł do Mariusza, nie mówiąc mu nawet „panie”.

– Idzie tu o rzecz bardzo sekretną.

– Więc proszą mówić.

– I bardzo pilną.

– Więc proszą prędko.

Człowiek ten – spokojny i porywczy – i zatrważał, i uspokajał równocześnie. Budził i strach, i zaufanie. Mariusz opowiedział mu całe zdarzenie: że pewna osoba, którą znał tylko z widzenia, miała zostać wciągnięta tego wieczoru w zasadzkę; że on, Mariusz Pontmercy, adwokat, ze swego mieszkania, które sąsiaduje z gniazdem opryszków, na własne uszy wysłuchał ich zmowy przez ścianę; że zbrodniarz, który obmyślił zasadzkę, był to niejaki Jondrette; że będzie miał wspólników, prawdopodobnie włóczęgów podmiejskich, pomiędzy innymi niejakiego Panchauda, zwanego Wiosennym i także Urwipołciem; że córki Jondrette’a mają stać na czatach; że nie ma najmniejszego sposobu, aby uprzedzić zagrożonego człowieka, zważywszy na to, że nieznane mu jest nawet jego nazwisko; i wreszcie, że wszystko to ma się odbyć o godzinie szóstej wieczorem, w najbardziej odosobnionym miejscu bulwaru de l’Hôpital, w domu pod numerem 50/52.

Usłyszawszy ten numer, inspektor podniósł głowę i rzekł chłodno:

– Więc to w izbie położonej w głębi korytarza?

– Tak, tam – odpowiedział Mariusz. I dodał: – Czy pan zna ten dom?

Inspektor stał chwilę w milczeniu, potem rzekł, grzejąc sobie nogę u drzwiczek piecyka:

– Być może.

I ciągnął dalej przez zęby, mówiąc bardziej w swój krawat niż do Mariusza:

– Macza w tym pewnie palce „Kocia Łapa”.

Wyrażenie to uderzyło Mariusza.

– „Kocia Łapa”? – powtórzył. – Istotnie, słyszałem także i te słowa.

Tu opowiedział inspektorowi rozmowę długowłosego z brodatym, w śniegu za murem na uliczce Małego Bankiera.

Inspektor mruknął:

– A, długowłosy to pewnie Brujon, a brodaty to pewnie Półszeląg, zwany Dwa Miliardy.

Powiedziawszy to, znowu spuścił oczy i rozmyślał chwilę.

– Co do dziadka Ktosia, zaczynam się domyślać. Masz tobie, spaliłem sobie surdut. Zawsze za mocno palą w tych przeklętych piecach! Numer 50/52, dawna posiadłość Gorbeau.

I spojrzał na Mariusza.

– Pan widział tylko długowłosego i brodatego?

– I Panchauda.

– A czy nie krążył tam taki młody, szatański elegancik?

– Nie.

– Ani ogromny, tęgi drab, podobny do słonia z ogrodu zoologicznego?

– Nie.

– Ani stary lis, który wygląda trochę na kuglarza?

– Nie.

– Co do czwartego, tego nikt nigdy nie widział, nawet jego adiutanci, wspólnicy i pomagierzy. Nic dziwnego, że i pan go nie zauważył.

– Nie. A kimże są te wszystkie typy? – spytał Mariusz.

Inspektor odpowiedział:

– Zresztą to nie ich godzina.

Umilkł, po czym znów się odezwał:

– 50/52, znam tę chałupę. Nie można schować się wewnątrz, bo się aktorzy spostrzegą, i wtedy mogliby odłożyć wodewil na kiedy indziej. Oni są tacy skromni! Wstydzą się publiczności. Nie, to trzeba będzie zrobić inaczej. Muszę usłyszeć, jak śpiewają, a potem ich puścić w taniec.

Skończywszy ten monolog, zwrócił się do Mariusza i zapytał, patrząc mu bystro w oczy:

– Czy pan się nie przestraszy?

– Czego? – spytał Mariusz.

– Tych ludzi?

– Nie więcej niż pana! – odpowiedział sucho Mariusz.

Inspektor spojrzał na Mariusza jeszcze baczniej i rzekł z pewnym rodzajem uroczystej powagi:

– Mówi pan jak człowiek odważny i jak człowiek uczciwy. Odwaga nie lęka się występku, a uczciwość nie lęka się władzy.

Mariusz przerwał mu.

– Dobrze, ale co pan chce zrobić?

Inspektor odrzekł mu tyle tylko:

– Wiem, że każdy lokator tego domu ma klucz od wejściowych drzwi, żeby móc wracać w nocy. Ma pan pewnie taki klucz?

– Tak – rzekł Mariusz.

– Czy ma go pan przy sobie?

– Mam.

– Proszę mi go dać – rzekł inspektor.

Mariusz wyjął swój klucz z kieszeni, podał inspektorowi i powiedział:

– Ja radziłbym zabrać tam silny oddział.

Inspektor rzucił Mariuszowi spojrzenie, jakim Wolter obdarzyłby studenta z prowincji, który by mu się chciał przysłużyć rymem; jednym ruchem wsunął swoje ogromne ręce w dwie ogromne kieszenie surduta i wyciągnął z nich dwa nieduże stalowe pistolety z tych, które wówczas nazywano „kuksańcami”. Podał je Mariuszowi i rzekł krótko:

– Proszę to wziąć, wrócić do domu i ukryć się w swoim pokoju. Niech myślą, że pan wyszedł. Pistolety są nabite. Każdy dwiema kulami. Obserwować wszystko przez tę dziurę w ścianie, o której mi pan powiedział. Zejdą się. Niech zaczną robić swoje. Kiedy zajdą tak daleko, że osądzi pan, iż ich trzeba powstrzymać – proszę strzelić. Byle nie za wcześnie. Reszta należy do mnie. Strzał w powietrze, w sufit, gdzie bądź. Przede wszystkim nie za wcześnie. Doczeka pan początku przestępstwa. Jest pan adwokatem, więc musi pan wiedzieć, co to znaczy.

Mariusz wziął pistolety i włożył je w boczne kieszenie surduta.

– Zanadto znać. Włóż je pan w kieszenie od spodni.

Mariusz schował pistolety w kieszenie od spodni.

– A teraz – mówił dalej inspektor – nie ma ani chwili do stracenia. Która godzina? Pół do trzeciej. Umówili się na siódmą?

– Na szóstą – rzekł Mariusz.

– Czasu dość – rzekł inspektor – ale nie więcej niż trzeba. Niech pan nie zapomni nic z tego, co powiedziałem. Paf! Jeden strzał z pistoletu.

– Może pan być spokojny – odpowiedział Mariusz.

Kiedy trzymał już rękę na klamce, zabierając się do wyjścia, inspektor zawołał jeszcze.

– Ale! Gdyby mnie pan potrzebował wcześniej, to przyjdź pan tu albo przyślij kogo. Proszę się pytać o inspektora Javerta.

JONDRETTE ZAŁATWIA SWÓJ SPRAWUNEK

Kilka chwil potem, koło godziny trzeciej, Courfeyrac przechodził przypadkiem przez ulicę Mouffetard, w towarzystwie Bossueta. Śnieg się wzmagał i sypał coraz gęściej. Bossuet mówił właśnie do Courfeyraca:

– Widząc te płatki śniegu, powiedziałbyś, że w niebie jest pomór na białe motyle.

Nagle Bossuet spostrzegł Mariusza idącego ulicą ku rogatce z jakimś osobliwym wyrazem twarzy.

– Patrz – rzekł Bossuet – Mariusz.

– Widzę – odparł Courfeyrac – ale go nie zaczepimy.

– Dlaczego?

– Bo jest zajęty.

– Czym?

– Czy nie widzisz, jaką ma minę?

– Jaką?

– Wygląda na człowieka, który za kimś idzie.

– A, prawda – rzekł Bossuet.

– Zobacz tylko, jak patrzy – rzekł znowu Courfeyrac.

– Za kim tak pędzi, u diabła?

– Jakaś spódniczka w kapelusiku z kwiatami. On jest zakochany.

– Ale – zrobił uwagę Bossuet – nie widzę nigdzie ani spódniczki, ani kapelusika, ani kwiatów. Nie ma ani jednej kobiety na ulicy.

Courfeyrac spojrzał i zawołał:

– Idzie za mężczyzną!

Rzeczywiście, jakiś mężczyzna w czapce, z siwą brodą, którą widać było nawet od tyłu, szedł jakieś dwadzieścia kroków przed Mariuszem.

Człowiek ten ubrany był w nowiuteńki płaszcz, za duży na niego, i w straszliwie wystrzępione spodnie, całkiem poczerniałe od błota.

Bossuet roześmiał się.

– Cóż to znów za figura?

– To – odpowiedział Courfeyrac – poeta. Poeci noszą dość chętnie spodnie handlarzy królików i płaszcze parów Francji.

– Zobaczymy, dokąd to idzie Mariusz – rzekł Bossuet – i ten drugi. Pójdziemy za nimi, co?

– Bossuecie – zawołał Courfeyrac – Orle z Meaux, jesteś przeraźliwym bydlęciem. Któż chodzi za człowiekiem, który goni mężczyznę?

Zawrócili więc.

Mariusz rzeczywiście spostrzegł na ulicy Mouffetard Jondret­te’a i zaczął go śledzić.

Jondrette szedł przed nim, nie domyślając się, że jest na uwięzi czyjegoś spojrzenia.

Skręcił z ulicy Mouffetard i Mariusz ujrzał, jak wchodzi do jednej z najokropniejszych bud przy ulicy Gracieuse. Zniknął tam na dobry kwadrans, potem wrócił na ulicę Mouffetard. Wstąpił do sklepu żelaznego, który się znajdował wówczas na rogu ulicy Pierre Lombard, i kilka minut później wyszedł ze sklepu, trzymając w ręku duże dłuto z rękojeścią z białego drzewa. Schował je pod płaszcz.

Doszedłszy do ulicy Petit-Gentilly, skręcił w lewo i wszedł szybko na ulicę Małego Bankiera.

Mariusz pomyślał sobie, że roztropnie będzie wrócić teraz do domu, korzystając z nieobecności Jondrette’a. Zresztą robiło się już późno. Co wieczór pani Burgon, wychodząc na miasto dla zmywania naczyń po domach, miała zwyczaj zamykać drzwi od ulicy, które w ten sposób zamknięte bywały od zmroku; Mariusz dał swój klucz inspektorowi; należało więc się pośpieszyć.

Poszedł szybko w kierunku domu pod numerem 50/52. Drzwi wejściowe były jeszcze otwarte. Wszedł po schodach na palcach i prześliznął się wzdłuż muru korytarza aż do swego pokoju. Korytarz ten, jak to sobie przypominamy, miał po obu stronach izdebki w tej chwili puste i do wynajęcia. Pani Burgon zostawiała zwykle drzwi od nich pootwierane. Przechodząc przed jednymi z takich drzwi, Mariusz dostrzegł wyraźnie w niezamieszkanej izdebce cztery nieruchome męskie głowy, widoczne w resztkach dziennego światła wpadających przez małe okienko. Mariusz nie starał się przypatrzyć im, nie chcąc być samemu widzianym. Udało mu się wejść do pokoju niepostrzeżenie i bez szmeru. W sam czas; chwilę później usłyszał, jak pani Burgon wychodzi, zamykając na klucz drzwi od ulicy.

GDZIE SPOTKAMY SIĘ Z PIOSENKĄ NA ANGIELSKĄ MELODIĘ MODNĄ W ROKU 1832

Mariusz usiadł na łóżku. Mogło być pół do szóstej. Już tylko pół godziny dzieliło go od tego, co się miało stać. Słyszał bicie swego pulsu, jak się słyszy w ciemności tykanie zegarka. Myślał o tym podwójnym pochodzie, który się w tej chwili odbywał wśród zmroku, o zbrodni nadchodzącej z jednej strony, o sprawiedliwości nadchodzącej z drugiej. Nie bał się, ale nie mógł myśleć bez pewnego drżenia o tym, co się niebawem będzie działo. Jak każdemu, na kogo spadnie znienacka niezwykłe wydarzenie, cały ten dzień wydawał mu się snem i żeby sprawdzić, czy aby nie znalazł się w mocy przykrego snu, czuł potrzebę dotykania chłodnej stali pistoletów, które miał w kieszeniach.

W izbie Jondrette’ów świeciło się; dziura w ścianie jaśniała czerwonym światłem, które Mariuszowi wydawało się koloru krwi.

Światło to nie mogło pochodzić od świecy. W izbie było cicho, nikt się nie ruszał, nikt się nie odzywał, nie oddychał, zalegało ją milczenie tak lodowate i głębokie, że gdyby nie to światło, można by sądzić, że się jest w pobliżu grobu.

Mariusz ostrożnie zdjął buty i wsunął je pod łóżko.

Upłynęło kilka minut. Nagle usłyszał skrzypnięcie wejściowych drzwi, ktoś ciężkim i szybkim krokiem wszedł na schody, przebiegł korytarz, u drzwi do izby podniosła się z hałasem klamka; Jondrette wrócił do domu.

Natychmiast dały się słyszeć głosy. W izbie zebrana była cała rodzina, ale w nieobecności pana siedziała cicho, jak wilczęta w nieobecności wilka.

– To ja – rzekł.

– Dobry wieczór, ojczulku – odszczeknęły córki.

– No i co? – rzekła matka.

– Wszystko idzie jak po maśle – odpowiedział Jondrette – tylko mi piesko zmarzły nogi. Widzę, żeś się ubrała, to dobrze. Trzeba, żebyś budziła zaufanie.

– Jestem gotowa do wyjścia.

– Ale nie zapomnisz nic z tego, co ci powiedziałem? Zrobisz wszystko, jak się należy?

– Bądź spokojny.

– Bo to... – rzekł Jondrette. I nie dokończył.

Mariusz usłyszał, jak kładzie coś ciężkiego na stole; pewnie dłuto, które kupił.

– No – mówił dalej Jondrette – a czyście co jedli?

– Tak – odpowiedziała stara. – Miałam trzy spore kartofle i sól. Skorzystałam z ognia, żeby je upiec.

– Dobrze – odparł Jondrette – jutro ja zaprowadzę was na obiad. Będzie kaczka i rozmaite dodatki. Będziemy jedli jak Karol X. Wszystko idzie jak z płatka.

Potem dodał, zniżając głos:

– Pułapka otwarta. Koty już są.

Jeszcze bardziej zniżył głos i rzekł:

– Włóż to w ogień.

Mariusz usłyszał szelest węgli poruszanych obcęgami czy też innym żelaznym narzędziem, a Jondrette mówił dalej:

– Czy posmarowałaś zawiasy u drzwi, żeby nie skrzypiały?

– Posmarowałam – odpowiedziała kobieta.

– Która godzina?

– Niedługo będzie szósta. Tylko co biło pół u św. Medarda.

– Do diabła! – rzekł Jondrette – trzeba już wyprawić dziewczęta na czaty. Chodźcie no tu – dodał, zwracając się do córek.

Przez chwilę słychać było szepty.

Jondrette znowu odezwał się głośno:

– Stara Burgon na mieście?

– Tak – odpowiedziała matka.

– Czy na pewno sąsiada nie ma w domu?

– Nie było go przez cały dzień, a wiesz dobrze, że to godzina jego obiadu.

– Czy tylko na pewno?

– Jak najpewniej.

– Ale nie szkodzi – mówił Jondrette – pójść sprawdzić, czy go przypadkiem nie ma. Weź no, córko, świecę i zajrzyj tam.

Mariusz zsunął się na podłogę i na czworakach, cichutko, wpełznął pod łóżko.

Ledwie się tam ulokował, spostrzegł światło przez szpary drzwi.

– Tato! – zawołał głos. – Nie ma go, wyszedł.

Mariusz poznał głos starszej dziewczyny.

– Czyś weszła do środka? – zapytał ojciec.

– Nie – odpowiedziała córka – ale klucz tkwi w zamku, więc wyszedł.

Ojciec zawołał znowu:

– Wejdź jednak, zobacz.

Drzwi się otworzyły i Mariusz ujrzał na progu starszą córkę Jondrette’a ze świecą w ręku. Była taka sama jak rano, tylko jeszcze bardziej przerażająca w tym świetle.

Szła wprost do łóżka; Mariusz miał chwilę niewysłowionej obawy, ale koło łóżka znajdowało się lustro przybite do ściany i tam właśnie kierowała się.

Stanęła na palcach i zaczęła się przeglądać. W sąsiedniej izbie słychać było brzęk poruszanego żelastwa.

Przygładziła sobie ręką włosy i zaczęła uśmiechać się do lustra, nucąc swoim ochrypłym, ponurym głosem:

Miłostki nasze trwały tydzień cały,

Lecz przecież losy mogły być łaskawsze Dla dwojga serc, co po to się spotkały,

Żeby pokochać się na zawsze!

Żeby pokochać się na zawsze!

Mariusz drżał. Zdawało mu się, że dziewczyna nie mogła nie słyszeć jego oddechu.

Podeszła do okna i spoglądając przez szybę, powiedziała głośno, właściwym sobie, głupkowatym tonem:

– Jaki ten Paryż jest brzydki w białej koszuli!

Znowu wróciła do lustra i przyglądała się sobie to na wprost, to z boku.

– No i co? – zawołał ojciec. – Co tam robisz tak długo?

– Szukam pod łóżkiem i pod meblami – odpowiedziała, wciąż poprawiając włosy. – Nie ma nikogo.

– Małpo jedna! – zawołał ojciec. – Wracaj mi zaraz, nie ma czasu!

– Już idę, już idę – mówiła dziewczyna. – Człowiek na nic nie ma czasu w tej ich przeklętej dziurze.

I zanuciła:

Rzucasz mnie, idąc na wojnę,

Smutek mój ścigać cię będzie...

Raz jeszcze rzuciła okiem w lustro i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Po chwili Mariusz usłyszał bose kroki dziewcząt na korytarzu i głos Jondrette’a, który wołał za nimi:

– Uważajcie dobrze! Jedna od strony rogatki, druga na rogu ulicy Małego Bankiera. Ani na chwilę nie spuszczajcie z oka drzwi domu. Jakby się tylko pokazało cokolwiek, natychmiast przychodzić tutaj. Co tchu. Macie klucz od wejścia.

Starsza mruknęła:

– Stać na straży z bosymi nogami na śniegu!

– Jutro będziecie miały jedwabne buciki koloru skarabeusza – rzekł ojciec.

Zeszły ze schodów i kilka chwil potem trzaśnięcie drzwi wejściowych oznajmiło, że już wyszły na ulicę.

W całym domu zostali tylko Jondrette’owie i Mariusz; a zapewne również i owe tajemnicze istoty, które Mariusz zauważył w zmroku za drzwiami niezamieszkanej izdebki.

NA CO UŻYTO PIĘCIU FRANKÓW MARIUSZA

Mariusz uznał, że powinien już wrócić na stanowisko obserwacyjne. W mgnieniu oka, z właściwą swojemu wiekowi zwinnością, znalazł się przy otworze w ścianie.

Zajrzał.

Wnętrze izby Jondrette’ów przedstawiało widok osobliwy; Mariusz teraz dopiero mógł sobie wytłumaczyć osobliwe światło, które przedtem spostrzegł. Paliła się tam świeca w mosiężnym, zaśniedziałym lichtarzu, lecz właściwie nie jej światło oświetlało izbę. Całe poddasze jakby iluminowane było czerwonym blaskiem idącym od sporego, żelaznego piecyka, postawionego w kominku i pełnego rozżarzonych węgli. Był to ten piecyk, który żona Jondrette’a przygotowała z rana. Węgiel płonął i piecyk rozgrzał się do czerwoności. Migały w nim błękitne płomyki, pozwalając rozróżnić kształt dłuta kupionego przez Jondrette’a na ulicy Pierre Lombard. Dłuto, wetknięte w żar, było także czerwone. Widać też było w kącie przy drzwiach, przygotowane chyba na jakiś z góry przewidziany użytek, dwa stosy, jeden jakby żelastwa, drugi – postronków. Wszystko to w oczach człowieka, który by nie wiedział, co się tam szykowało, mogło się zarówno wydać złowieszcze, jak i całkiem zwykłe. Izba oświetlona w ten sposób wyglądała raczej na kuźnię niż na piekielne czeluście, ale Jondrette przy tym świetle podobny był bardziej do szatana niż do kowala.

Księżyc, wpadający poprzez cztery szyby okna, rzucał swoje blade światło na poczerwieniałą i rozgorzałą izbę i dla poetycznego umysłu Mariusza, który umiał marzyć nawet w chwilach czynu, wyglądało to niby myśl niebiańska wplatana w dręczące ziemskie sny.

Jondrette zapalił fajkę, usiadł na przedziurawionym krześle i pykał. Żona coś do niego mówiła po cichu.

Nagle Jondrette odezwał się głośno:

– Aha, coś mi się przypomniało! Na taką porę przyjedzie pewnie dorożką. Zapal latarnię, weź ją i zejdź. Postoisz za drzwiami od ulicy. Kiedy usłyszysz, że dorożka zajechała, zaraz otworzysz, on wysiądzie, poświecisz mu na schodach i na korytarzu i kiedy on będzie wchodził tutaj, ty zbiegniesz prędko, zapłacisz woźnicy i odprawisz dorożkę.

– A pieniądze? – spytała żona.

Jondrette sięgnął do kieszeni i dał jej pięć franków.

– A to co znowu? – zawołała.

Jondrette odpowiedział z godnością:

– To forsa, którą sąsiad dał nam dzisiaj rano.

I dodał:

– Wiesz co? Trzeba by tu dwóch krzeseł.

– Po co?

– Żeby było na czym usiąść.

Mariusz uczuł dreszcz w całym ciele, słysząc, jak Jondrette’owa odpowiada spokojnie:

– No to przyniosę od sąsiada.

Szybkim ruchem otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.

Stało się to tak prędko, że Mariusz nie mógł zejść z komody i schować się pod łóżkiem.

– Weź świecę! – zawołał Jondrette.

– Nie trzeba – rzekła – tylko by mi zawadzała. Muszę zabrać dwa krzesła. Księżyc świeci.

Mariusz usłyszał, jak ciężka ręka matki Jondrette szuka po omacku klucza w jego zamku. Drzwi się otworzyły. Stał nieruchomo, jak przygwożdżony do ściany i zdrętwiały z przerażenia. Jondrette’owa weszła.

Przez mansardowe okienko wpadało światło księżyca, jasną smugą dzieląc na dwie części mrok izdebki. Jedna z tych dwóch części ciemności całkowicie zasłaniała ścianę, do której się przycisnął Mariusz, dzięki temu niewidzialny.

Jondrette’owa rozejrzała się, nie spostrzegła Mariusza, wzięła dwa krzesła – wszystkie, jakie miał – i wyszła, głośno zatrzaskując za sobą drzwi.

Wróciła do swojej izby.

– Są dwa krzesła.

– Bierz latarnię – rzekł mąż. – Schodź prędko.

Usłuchała śpiesznie i Jondrette został sam.

Ustawił krzesła po dwóch stronach stołu, poruszył dłuto tkwiące w żarze, ustawił przed kominem stary parawan, żeby zasłonić piecyk, potem poszedł do kąta, gdzie leżał stos sznurów, i schylił się, coś oglądając. Mariusz poznał wówczas, że to, co wziął za bezkształtną masę postronków, było bardzo starannie zrobioną sznurową drabiną z drewnianymi szczeblami i dwoma hakami do zaczepiania.

I ta drabina, i kilka potężnych narzędzi, wyglądających na prawdziwe maczugi z żelaza, które widać było wśród stosu żelastwa, nagromadzonego za drzwiami, rano nie znajdowały się jeszcze w izbie Jondrette’ów i widocznie zostały przyniesione dopiero po południu, podczas nieobecności Mariusza.

To narzędzia ślusarskie – pomyślał Mariusz.

Gdyby Mariusz był nieco bardziej wykształcony w tym zakresie, mógłby rozpoznać wśród tego, co wziął za rynsztunek ślusarza, przyrządy do wyłamywania zamków i otwierania drzwi oraz do piłowania i przecinania.

Komin i stół z dwoma krzesłami znajdowały się na wprost Mariusza. Po zasłonięciu piecyka izbę oświetlała już tylko świeca; najmniejsza skorupa na stole czy na kominie rzucała duży cień. Wyszczerbiony dzban na wodę zaciemniał pół ściany. Panował w tej izbie niesamowity, przerażający spokój. Czuło się tu oczekiwanie na coś strasznego.

Jondrette usiadł znowu na swoim miejscu i był tak zajęty myślami, że nawet nie zauważył, jak mu zgasła fajka. Światło świecy uwydatniało dzikie i przebiegłe rysy jego twarzy. Niekiedy marszczył brwi i gwałtownie poruszał prawą ręką, jak gdyby odpowiadał na ostatnie rady, które mu podsuwał jakiś ponury monolog wewnętrzny. W jednej z tych tajemniczych odpowiedzi, które dawał sam sobie, wyciągnął nagle szufladę stołu, wyjął z niej długi nóż kuchenny i spróbował jego ostrza na paznokciu. Następnie włożył go z powrotem do szuflady i zasunął ją.

Mariusz jednocześnie wyjął z prawej kieszeni pistolet i odwiódł kurek.

Pistolet wydał przy tym lekki zgrzyt.

Jondrette zadrżał i na wpół podniósł się z krzesła.

– Kto tam? – krzyknął.

Mariusz wstrzymał oddech, Jondrette nasłuchiwał przez chwilę, po czym roześmiał się i rzekł:

– Osioł ze mnie! To trzeszczy przepierzenie.

Mariusz wciąż trzymał pistolet w ręku.

DWA KRZESŁA MARIUSZA STOJĄ NAPRZECIW SIEBIE

Nagle daleki i smutny dźwięk dzwonu potrząsnął szybami.

Zegar na wieży u św. Medarda bił szóstą.

Jondrette odliczał uderzenia skinieniami głowy. Po wybiciu ostatniego palcami objaśnił świecę.

Potem zaczął chodzić po izbie, nasłuchiwał w korytarzu, chodził i znowu nasłuchiwał.

– Byle tylko przyszedł – mruczał pod nosem.

Ledwie usiadł z powrotem, drzwi otworzyły się.

Otworzyła je Jondrette’owa, po czym cofnęła się na korytarz, z potwornym grymasem ugrzecznienia, oświetlonym z dołu przez latarnię.

– Proszę, niech pan wejdzie – mówiła.

– Proszę, szlachetny dobroczyńco – powtórzył Jondrette, zrywając się gwałtownie.

Ukazał się pan Biały.

Miał na twarzy wyraz pogody, który go uczynił szczególnie czcigodnym.

Położył na stole cztery luidory.

– Panie Fabantou – rzekł – oto na twoje komorne i wasze pierwsze potrzeby. Później jeszcze zobaczymy.

– O, niech ci Bóg zapłaci, mój szlachetny dobroczyńco! – rzekł Jondrette.

I zbliżając się, szybko do żony, dodał:

– Odpraw dorożkę!

Wymknęła się za drzwi, a mąż jej kłaniał się i ofiarowywał krzesło panu Białemu. Po chwili wróciła i szepnęła mu do ucha:

– Już.

Śnieg, który bez ustanku padał od rana, leżał na ulicy tak grubo, że nie było słychać ani przyjazdu dorożki przed chwilą, ani jej odjazdu.

Tymczasem pan Biały usiadł.

Jondrette zajął drugie krzesło, naprzeciw pana Białego.

A teraz, żeby lepiej zrozumieć scenę, która nastąpi, niech sobie czytelnik wyobrazi mroźną noc, pustą dzielnicę Salpêtrière, przykrytą śniegiem i bielejącą w promieniach księżyca jak gdyby jakiś ogromny całun; mdłe światło ulicznych latarni gdzieniegdzie rozjaśniające czerwienią te tragiczne bulwary i długie rzędy czarnych wiązów; ani jednego przechodnia na jakie ćwierć mili dokoła, ruderę Gorbeau w najwyższym punkcie ciszy, grozy i nocy, a w tej ruderze wśród tej pustki, wśród tych mroków, obszerną izbę Jondrette’a oświetloną jedną tylko świecą; w tej izbie dwóch ludzi przy stole: pana Białego, który siedzi spokojnie, i Jondrette’a ze straszliwym uśmiechem, jego żonę, matkę-wilczycę, w kącie i za przepierzeniem Mariusza, który niewidzialny, w pogotowiu, nie tracąc ani jednego ruchu, wytężając wzrok, czeka z pistoletem w zaciśniętej dłoni.

UWAŻAĆ NA CIEMNE KĄTY

Usiadłszy na krześle, pan Biały spojrzał ku tapczanom, które były puste.

– Jakże się ma skaleczona dziewczynka? – zapytał.

– Źle – odpowiedział Jondrette, ze zmartwionym i pełnym wdzięczności uśmiechem. – Bardzo źle, przezacny panie. Starsza siostra zaprowadziła ją do szpitala Bourbe, żeby ją tam opatrzono. Zobaczy je pan obie, zaraz wrócą.

– Ale pani Fabantou wydaje mi się trochę zdrowsza? – rzekł pan Biały.

– Jest umierająca! – odparł Jondrette. – Ale to, uważa pan, krzepka kobieta! Wół, nie kobieta!

Jondrette’owa, wzruszona pochwałą, zawołała, mizdrząc się jak potwór, który został pogłaskany:

– Zawsześ taki dobry dla mnie, mości Jondrette.

– Jondrette? – zapytał pan Biały – zdawało mi się, że się pan nazywa Fabantou?

– Fabantou, zwany Jondrette – podchwycił żywo mąż. – Przezwisko aktorskie!

I przesyłając żonie wzruszenie ramion, czego pan Biały nie zauważył, mówił dalej głosem przesadnym i pieszczotliwym:

– Ach, to biedactwo i ja byliśmy zawsze dobrym małżeństwem. Cóż by nam zostało, gdybyśmy nie mieli choć tego! Jesteśmy tak nieszczęśliwi, czcigodny panie! Człowiek ma ręce, ale nie ma pracy! Człowiek ma chęci, ale nie ma roboty! Nie wiem prawdziwie, jak rząd układa to wszystko – słowo honoru, łaskawy panie, nie jestem wcale jakobinem ani żadnym zagorzalcem, nie życzę mu nic złego, ale gdybym był ministrem, może mi pan wierzyć, wszystko szłoby inaczej. Proszę, przykład – chciałbym moje córki wyuczyć robienia pudełek. Powiesz mi pan na to: Jak to! Rzemiosło? Tak! Rzemiosło, liche rzemiosło, byle żyć! Co za upadek, szlachetny dobroczyńco. Co za poniżenie, kiedy się było tym, czym myśmy byli! Niestety! Nie pozostało nam już nic z czasów naszego dobrobytu! Nic, tylko jeden przedmiot, obraz, do którego jestem przywiązany, ale którego byłbym skłonny pozbyć się, bo trzeba żyć! Item43 trzeba żyć!

Podczas gdy Jondrette mówił, na pozór chaotycznie, co jednak bynajmniej nie odbierało jego twarzy wyrazu skupienia i przebiegłości, Mariusz podniósł wzrok i ujrzał w głębi izby kogoś, kogo dotąd nie widział. Przed chwilą wszedł jakiś człowiek tak cicho, że nawet nie słychać było skrzypnięcia zawiasów u drzwi. Miał on na sobie kamizelkę z fioletowego trykotu, starą, zużytą, poplamioną, podartą i ziejącą szparami na wszystkich szwach, szerokie spodnie z bawełnianego welwetu, grube skarpetki na nogach, był bez koszuli, z gołą szyją, z gołymi i tatuowanymi ramionami, z twarzą pomazaną na czarno. Usiadł w milczeniu na najbliższym tapczanie, skrzyżowawszy ręce, a ponieważ znajdował się za żoną Jondrette’a, ledwie go było widać.

Ów rodzaj magnetycznego przeczucia, który ostrzega nasz wzrok, sprawił, że pan Biały odwrócił się prawie jednocześnie z Mariuszem. Nie mógł powściągnąć wyrazu zdziwienia, który nie uszedł oka Jondrette’a.

– A, widzę, że się pan przypatruje swojemu płaszczowi – zawołał, zapinając się z zadowoloną miną. – Jakby na mnie uszyty; doprawdy, jakby na mnie uszyty!

– Co to za człowiek? – zapytał pan Biały.

– Ten? – rzekł Jondrette. – To sąsiad. Niech pan na niego nie zważa.

Ów sąsiad miał powierzchowność osobliwą. Ale w okolicy przedmieścia Saint-Marceau znajduje się wiele fabryk wyrobów chemicznych. Robotnicy z tych fabryk miewają uczernione twarze. Cała osoba pana Białego tchnęła prostą a nieustraszoną ufnością. Mówił dalej:

– Przepraszam, o czym mi pan mówił, panie Fabantou?

– Mówiłem, zacny i ukochany opiekunie – ciągnął Jondrette, wsparłszy się łokciami na stole i wlepiając w pana Białego wzrok uporczywy i tkliwy, dość podobny do spojrzenia węża boa – mówiłem panu, że mam obraz do sprzedania.

Znowu dał się słyszeć lekki szmer u drzwi. Wszedł drugi człowiek i też usiadł na tapczanie za Jondrette’ową. Miał jak i pierwszy obnażone ręce i na twarzy maskę z atramentu czy z sadzy.

Jakkolwiek ten człowiek dosłownie wśliznął się do izby, pan Biały spostrzegł go.

– Niech pan na to nie zwraca uwagi – rzekł Jondrette. – To domowi. Mówiłem więc, że mam jeszcze cenny obraz... O, niech pan zobaczy.

Wstał, podszedł ku ścianie, o którą była oparta wspomniana już przez nas rama, odwrócił ją i postawił w tym samym miejscu pod ścianą.

Było to rzeczywiście coś na kształt obrazu, co blask świecy pozwalał od biedy obejrzeć. Mariusz nie mógł zobaczyć szczegółów, gdyż Jondrette stał między nim a malowidłem; dostrzegł tylko płótno zasmarowane pędzlem ordynarnego pacykarza i jakąś niby główną osobę namalowaną z wrzaskliwą jaskrawością bohomazów jarmarcznych i scen zdobiących parawany.

– Co to jest? – zapytał pan Biały.

Jondrette wpadł w ferwor:

– Mistrzowskie malowidło, dzieło ogromnej wartości, mój dobroczyńco! Kocham ten obraz jak moje obie córki. Przywodzi mi na pamięć tyle wspomnień! Ale powiedziałem już i nie cofam słowa, jestem tak nieszczęśliwy, że byłbym skłonny go sprzedać!

Czy przypadkiem, czy też dlatego, że zaczynał go nurtować niepokój, wzrok pana Białego, niby to oglądając obraz, skierował się w głąb izby. Było tam już czterech ludzi, trzej siedzieli na tapczanie, jeden stał oparty o ścianę przy drzwiach, wszyscy z obnażonymi ramionami, nieruchomi, z twarzami umazanymi na czarno. Jeden z siedzących oparł się o ścianę i zamknął oczy; wydawało się, że śpi. Ten był stary; jego siwe włosy przy czarnej twarzy robiły okropne wrażenie. Dwaj inni zdawali się młodzi; jeden miał brodę, drugi długie włosy. Wszyscy bez obuwia; ci, co nie mieli na nogach skarpetek, byli boso.

Jondrette zauważył, że wzrok pana Białego zwrócił się ku tym ludziom.

– To przyjaciele, sąsiedzi – rzekł. – Umorusani, mają do czynienia z węglem. Oni są zdunami. Nie zajmuj się nimi, mój dobroczyńco, ale kup mój obraz. Miej litość nad moją nędzą. Nie będę się drożył. Ile go pan ceni?

– Ależ – rzekł pan Biały, patrząc Jondrette’owi prosto w oczy jak człowiek, który zaczyna się mieć na baczności – to jest jakiś szyld znad oberży, wart ze trzy franki.

Jondrette odparł mu ze słodyczą:

– Czy ma pan przy sobie pugilares? Przestanę na trzech tysiącach franków.

Pan Biały wstał, oparł się o ścianę i szybko rozejrzał się po izbie.

Miał Jondrette’a po lewej ręce, od okna, a jego żonę i czterech mężczyzn po prawej, od drzwi. Mężczyźni ci nie ruszali się wcale i zdawali się go nie widzieć. Jondrette zaś zaczął mówić dalej, płaczliwym głosem, ze spojrzeniem tak zamglonym i z tak żałosną intonacją, że pan Biały mógł pomyśleć, iż człowiek, którego miał przed oczyma, po prostu oszalał z nędzy.

– Jeżeli pan nie kupi ode mnie tego obrazu, drogi dobroczyńco – mówił Jondrette – nie ma już dla mnie ratunku i jedno pozostaje mi tylko, rzucić się do rzeki. Pomyśleć, że chciałem wyuczyć moje córki roboty ozdobnych pudełek, pudełek do świątecznych podarunków! A do tego potrzeba stołu z deską z tyłu, żeby się szkła nie zsuwały na ziemię; trzeba specjalnego piecyka, garnka z trzema przegrodami, żeby w nim robić klej o rozmaitej gęstości do drzewa, do papieru i do materii; trzeba nożyka do krajania tektury, formy do pasowania pudełek, młotka do przybijania stalowych ozdób, pędzli, pędzelków, diabli wiedzą czego jeszcze! A wszystko po to, żeby zarobić cztery su dziennie, pracując po czternaście godzin! Każde pudełko przechodzi trzynaście razy przez ręce robotnicy! Zwilżać papier, nic nie poplamić, uważać, żeby klej nie ostygł – niech to piorun strzeli! Za cztery su dziennie powiadam! Jak pan chce, żeby z tego wyżyć?

Mówiąc to wszystko, Jondrette nie patrzył na pana Białego, który mu się przyglądał. Wzrok pana Białego utkwiony był w Jondretcie, a wzrok Jondrette’a w drzwiach. Gorączkowa baczność Mariusza przebiegała od jednego do drugiego. Pan Biały wyglądał, jakby zadawał sobie pytanie: Czy to idiota? Jondrette powtórzył jeszcze parę razy w rozmaitych rejestrach tonacji żebrząco-błagalnej:

– Nie pozostaje mi nic, tylko rzucić się do rzeki! Któregoś dnia zszedłem już nawet z trzech schodów przy moście Austerlickim!

Nagle jego zagasłe źrenice rozgorzały ohydnym płomieniem, ten mały człowiek wyprostował się i stał się straszny; postąpił o krok ku panu Białemu i zawołał grzmiącym głosem:

– To wcale nie o to idzie! Czy mnie pan nie poznaje?

ZASADZKA

Drzwi izby otworzyły się gwałtownie i ukazało się w nich trzech ludzi w płóciennych niebieskich bluzach i maskach z czarnego papieru. Pierwszy z nich był chudy i miał w ręku długą pałkę okutą w żelazo, drugi był rodzajem olbrzyma i trzymał przez środek rękojeści, ostrzem na dół, wielki topór rzeźnicki. Trzeci człowiek, barczysty, nie tak chudy jak pierwszy, nie tak atletyczny jak drugi, ściskał w garści ogromny klucz, skradziony z drzwi jakiegoś więzienia.

Zdaje się, iż Jondrette czekał na ich przybycie. Zawiązała się szybka rozmowa między nim i człowiekiem uzbrojonym w pałkę, tym chudym.

– Wszystko gotowe? – zapytał Jondrette.

– Wszystko – odpowiedział chudy.

– A gdzie Montparnasse?

– Pierwszy amant rozmawia z twoją córką.

– Z którą?

– Ze starszą.

– Czy dorożka jest na dole?

– Jest.

– A bryczuszka zaprzężona?

– Zaprzężona.

– W dwa dobre konie?

– Doskonałe.

– Czeka tam, gdzie kazałem?

– Tam.

– Dobrze – rzekł Jondrette.

Pan Biały był bardzo blady. Rozglądał się po izbie jak człowiek, który rozumie, co mu grozi; głowa jego, kolejno zwracając się ku wszystkim głowom, które go otaczały, obracała się z powolnością zdziwioną i baczną, lecz nie było w jego postawie nic podobnego do strachu. Zrobił sobie ze stołu zaimprowizowany szaniec; ten człowiek, który przed chwilą wyglądał tylko na poczciwego starszego pana, stał się nagle atletą i położył swoją potężną pięść na poręczy krzesła ruchem groźnym i zastanawiającym.

Starzec ten, tak pewny siebie i tak odważny wobec podobnego niebezpieczeństwa, wydawał się jedną z tych natur, które w sposób najprostszy w świecie łączą odwagę i dobroć. Ojciec kobiety, którą kochamy, nigdy nie jest dla nas obcy; Mariusz był dumny z nieznajomego.

Trzej ludzie, o których Jondrette powiedział: „oni są zdunami”, wybrali tymczasem ze stosu żelastwa, jeden – spore nożyce, drugi – obcęgi, trzeci – młot, i uszykowali się w poprzek drzwi, nie mówiąc ani słowa. Stary został na tapczanie i tylko na chwilę otworzył oczy. Żona Jondrette’a usiadła obok niego.

Mariusz pomyślał, że już za chwilę wypadnie wdać się w tę sprawę, i podniósł prawą rękę ku sufitowi w kierunku korytarza, gotów do wypalenia z pistoletu.

Jondrette, ukończywszy swoją rozmowę z człowiekiem trzymającym maczugę, zwrócił się znowu ku panu Białemu i przy akompaniamencie cichego, stłumionego, strasznego śmiechu powtórzył swoje pytanie:

– Więc mnie pan nie poznaje?

Pan Biały spojrzał mu w oczy i rzekł:

– Nie.

Wtedy Jondrette zbliżył się do stołu. Pochylił się nad świecą, skrzyżował ramiona, przysunął swoją kanciastą i okrutną szczękę, tak blisko jak mógł, do spokojnej twarzy pana Białego, który nawet nie drgnął, i w tej postawie dzikiego zwierza, szczerzącego kły, wrzasnął:

– Nie nazywam się Fabantou, nie nazywam się Jondrette, nazywam się Thénardier! Jestem karczmarzem z Montfermeil! Czy pan dobrze słyszy? Thénardier! Teraz poznaje mnie pan?

Ledwie dostrzegalny rumieniec przesunął się po czole pana Białego. Swoim zwykłym, spokojnym głosem, który ani nie zadrżał, ani się nie podniósł, odpowiedział:

– Nie więcej niż przedtem.

Mariusz nie usłyszał już tej odpowiedzi. Kto by go widział w tej chwili, wśród tych ciemności, ten zobaczyłby, że osłupiał jak rażony gromem. Kiedy Jondrette wyrzekł: „Nazywam się Thénardier”, zadrżał całym ciałem i oparł się o ścianę, jakby uczuł chłód ostrza przeszywającej mu serce szpady. A potem jego prawa ręka, gotowa lada chwila dać umówiony wystrzał, opadła powoli i kiedy Jondrette powtórzył: „Czy pan dobrze słyszy? Thénardier!”, słabnące palce Mariusza omal nie upuściły pistoletu. Jondrette, odkrywając nagle, kim był, nie wywołał najmniejszego wzruszenia w panu Białym, ale za to wstrząsnął Mariuszem.

To nazwisko Thénardier, którego pan Biały zdawał się nie znać wcale, Mariusz znał dobrze. Trzeba sobie przypomnieć, czym to nazwisko było dla niego! Nazwisko to nosił na sercu, zapisane w testamencie ojca! Nosił je w głębi myśli, w głębi pamięci, w tym świętym zleceniu: „Pewien Thénardier ocalił mi życie. Jeżeliby go syn mój kiedy spotkał, niech zrobi dla niego wszystko, co tylko będzie w jego mocy”. Nazwisko to, jak sobie przypominamy, było jedną z pobożnych pamiątek jego duszy; w kulcie swoim wiązał je zawsze z nazwiskiem ojca. Jak to? Więc to był ów Thénardier, więc to był ów karczmarz z Montfermeil, którego na próżno i tak długo szukał! Odnaleziony nareszcie, ale jak! Ów zbawca jego ojca był bandytą, ów człowiek, któremu Mariusz pragnął się poświęcić, był potworem! Ten, który ocalił życie pułkownikowi Pontmercy, właśnie w tej chwili zamierzał dokonać zamachu, którego charakteru Mariusz dobrze jeszcze nie znał, ale który podobny był do morderstwa! I to na kim? Wielki Boże! Co za fatalność, co za gorzkie szyderstwo losu! Ojciec jego nakazywał mu z głębi mogiły zrobić wszystko, co będzie w jego mocy dla Thénardiera; od czterech lat Mariusz myślał tylko o jednym, żeby spłacić ten dług swego ojca, i właśnie wtedy, kiedy miał wydać w ręce sprawiedliwości złoczyńcę, zabierającego się do wykonania zbrodni, przeznaczenie zawołało.

To Thénardier!

Cóż począć? Co wybrać? Sprzeniewierzyć się pamięci, sprzeniewierzyć się najgłębszym zobowiązaniom powziętym wobec samego siebie, sprzeniewierzyć się najświętszemu obowiązkowi zleconemu wyraźnie w ostatniej woli ojca, czy zezwolić na popełnienie zbrodni? Był bliski omdlenia.

Tymczasem Thénardier (nie będziemy go już odtąd nazywali inaczej) przechadzał się tam i z powrotem przed stołem, w stanie triumfalnego podniecenia.

Schwycił w garść świecę i postawił ją na kominku tak silnie, że o mało nie zgasła i łój obryzgał ścianę.

Potem zwrócił się ku panu Białemu, blady, straszliwy, i wycharknął:

– A co, złapany jesteś, wpadłeś, nie wyjdziesz na sucho!

I znów zaczął chodzić, wybuchając już do reszty.

– A! – wołał. – Znajduję cię nareszcie, mości filantropie, obdarty milionerze! Panie rozdawaczu lalek! Stary jołopie! Nie poznajesz mnie? Nie? To może nie ty byłeś u mnie w Montfermeil, w mojej karczmie, osiem lat temu, w Wigilię Bożego Narodzenia 1823 roku? To nie ty uprowadziłeś ode mnie dziecko Fantyny, Skowronka? To nie ty miałeś wtedy na sobie żółty surdut, co? I zawiniątko pełne odzieży w ręku, jak tutaj dziś rano? Widzisz go, żono, on chyba choruje na roznoszenie po domach paczek z wełnianymi pończochami! Miłosierny dziadek! Cóż to, czy masz fabrykę pończoch, mości milionerze? Pewno oddajesz biednym twoje sklepowe zapasy, święty człowiecze? Co za błazeństwo! Ach, więc nie poznajesz mnie? Ale ja cię poznaję! Poznałem cię od razu, jak tylko wetknąłeś tu pysk!

Umilkł i zdawał się przez chwilę rozmawiać z samym sobą. Rzec by można, że wściekłość jego, jak Rodan, przepadała w jakiejś podziemnej czeluści; potem, jakby kończąc głośno to, co sobie powiedział po cichu, uderzył pięścią w stół i zawołał:

– Ach, ta jego poczciwa mina!

I zwracając się do pana Białego:

– Do diabła, zakpiłeś sobie kiedyś ze mnie. Jesteś przyczyną wszystkich moich nieszczęść! Dostałeś za tysiąc pięćset franków dziewczynę, która była u mnie i której rodzice byli na pewno bogaci. Przyniosła mi już sporo pieniędzy i mogłem mieć z niej utrzymanie do końca życia. Oddałaby mi z procentem wszystko, co straciłem w tej przeklętej garkuchni, gdzie szła zabawa jak sto diabłów i gdzie przejadłem jak ostatni dureń cały mój dobytek! Bodaj wszystko wino, które kto kiedy wypił u mnie, obróciło mu się w truciznę! Zresztą, pal sześć! Powiedz no, musiałeś się zdrowo nabijać ze mnie, kiedy sobie poszedłeś ze Skowronkiem? Miałeś wtedy w lesie pałkę. Byłeś silniejszy. Wet za wet. Teraz moje na wierzchu. Jesteś z kretesem przegrany, robaczku! Ho, ho, boki zrywać ze śmiechu!

Thénardier przestał wreszcie mówić. Zadyszał się. Jego szczupłe, wąskie piersi pracowały jak kowalskie miechy. Oczy jego pełne były nikczemnego szczęścia istoty słabej, okrutnej i podłej, która może nareszcie deptać tego, kogo się lękała, i znieważyć tego, komu schlebiała; szczęście karła, który by postawił stopę na głowie Goliata; radość szakala, który zaczyna rozszarpywać chorego byka, na tyle martwego, żeby już się nie mógł bronić, na tyle żywego, żeby jeszcze mógł cierpieć.

Pan Biały nie przerywał mu, ale kiedy on sam przerwał, powiedział:

– Nie rozumiem, co to ma znaczyć. Pan się myli. Jestem człowiekiem biednym, a nie żadnym milionerem. Nie znam pana. Bierze mnie pan za kogo innego.

– A! – ryknął Thénardier – dobry wykręt! Upierasz się przy tej facecji! Bredzisz, mój stary. A, pan nie przypomina sobie! Pan nie widzi, kim jestem!

– O, bardzo pana przepraszam – odpowiedział pan Biały grzecznie i w takiej chwili taki ton zabrzmiał dziwnie i majestatycznie – widzę, że jest pan bandytą.

Któż nie zauważył, że istoty podłe łatwo się obrażają, że potwory są drażliwe. Na wyraz „bandyta” Thénardierowa podskoczyła na tapczanie, mąż jej porwał krzesło, jakby je chciał zdruzgotać w rękach.

– Nie ruszaj się! – krzyknął na żonę.

I zwracając się ku panu Białemu, zawołał:

– Bandyta? Tak, wiem, że nas tak nazywacie, panowie bogaci! Rzeczywiście zbankrutowałem, ukrywam się, nie mam chleba, nie mam grosza przy duszy – jestem bandytą! Już trzy dni nie miałem nic w ustach – jestem bandytą! Mości milionerze, dowiedz się w takim razie: urządziłem się, miałem koncesję, byłem wyborcą, jestem obywatelem; a pan może wcale nim nie jest!

Tu Thénardier postąpił o krok ku ludziom stojącym przy drzwiach i dodał rozdygotany:

– I taki śmie mówić do człowieka jak do szewca!

Potem, zwracając się znowu do pana Białego, krzyknął w przypływie wściekłości:

– Dowiedz się jeszcze jednego, mości filantropie! Ja nie jestem człowiekiem podejrzanym, ja nie jestem człowiekiem, którego nazwiska nikt nie zna i który włóczy się po domach, żeby kraść dzieci! Jestem dawnym żołnierzem francuskim, miałem dostać order, byłem pod Waterloo i w bitwie ocaliłem życie jednemu generałowi, który się nazywał hrabia jakoś tam! Powiedział mi swoje nazwisko, ale, cholera, miał już taki słaby głos, że usłyszałem tylko: merci. Wolałbym usłyszeć jego nazwisko niż podziękowanie. Mógłbym go później odszukać. Ten obraz, który masz przed oczami, który jest malowany przez Davida w Brukseli, czy wiesz, kogo on przedstawia? Mnie przedstawia! David chciał uwiecznić ten bohaterski czyn. To ja dźwigam na plecach tego generała i wynoszę go spod kartaczy.

Tak to było! A ten generał nawet nigdy mi nic dobrego nie zrobił, nie więcej był wart od innych! Jednak ocaliłem mu życie, sam się narażając i mam na to kupę świadectw! Jestem żołnierz spod Waterloo, do stu tysięcy piorunów! A teraz, kiedym to wszystko łaskawie opowiedział do rzeczy. Potrzeba mi pieniędzy, potrzeba mi dużo pieniędzy, potrzeba mi mnóstwo pieniędzy albo cię zamorduję, do kroćset milionów diabłów!

Tymczasem Mariusz odzyskał nieco władzę nad swoim wzburzeniem i słuchał. Ostatnia możliwość wątpliwości rozwiała się. Był to istotnie Thénardier z testamentu. Mariusz zadrżał na wyrzut niewdzięczności zrobiony jego ojcu, który on sam miał właśnie potwierdzić tak fatalnie. Udręka jego wzrosła.

Mistrzowski obraz, malowidło Davida, którego nabycie proponował Thénardier panu Białemu, był po prostu (co czytelnik już zapewne odgadł) szyldem jego dawnej oberży, malowanym, jak sobie przypominamy, przez niego samego, ostatnim szczątkiem ocalonym z jego bankructwa w Montfermeil.

Ponieważ Thénardier przestał wreszcie zasłaniać Mariuszowi, mógł on teraz przyjrzeć się obrazowi i w malowidle tym rozpoznał rzeczywiście bitwę, tło z dymu i człowieka, który niósł drugiego na plecach. Był to Thénardier i Pontmercy, sierżant-zbawca i ocalony pułkownik. Mariusz odchodził od zmysłów; obraz ten zdawał się wskrzeszać jego ojca; nie był to już szyld karczmy w Montfermeil, było to zmartwychwstanie, grobowiec rozwarł się, wstało z niego widmo. Mariusz słyszał tętno serca w skroniach, w uszach grzmiały mu działa spod Waterloo, ojciec krwią zbroczony, niewyraźnie namalowany na tych złowieszczych deskach, przerażał go i zdawało mu się, że ta bezkształtna postać patrzy na niego.

Thénardier złapał wreszcie oddech, wlepił w pana Białego swoje krwawe źrenice i rzekł, cicho i krótko:

– Co masz do powiedzenia, zanim z tobą zatańczymy?

Pan Biały milczał. Wśród tego milczenia ochrypły głos odezwał się z korytarza, szydząc złowrogo:

– Względem rąbania drzewa, to już ja jestem gotów.

To cieszył się człowiek z toporem.

Jednocześnie ogromna twarz, szczeciniasta i ziemistoszara, zajrzała do izby, ukazując w okropnym śmiechu nie zęby, lecz kły.

Była to twarz człowieka z toporem.

– Dlaczego zdjąłeś maskę? – krzyknął na niego ze złością Thénardier.

– Żeby się śmiać – padła odpowiedź.

Od pewnego czasu pan Biały zdawał się uważać i śledzić wszystkie ruchy Thénardiera, który zaślepiony i olśniony własną wściekłością chodził tam i z powrotem po swojej jaskini, ze swobodą, którą dawała mu pewność, że drzwi są strzeżone, że trzyma w zbrojnej dłoni bezbronnego, że jest ich dziewięciu przeciw jednemu, licząc Thénardierową za jednego tylko mężczyznę. Besztając człowieka z toporem, odwrócił się tyłem do pana Białego.

Pan Biały skorzystał z tej chwili, nogą odepchnął krzesło, pięścią stół i jednym skokiem, z nieprawdopodobną zwinnością, zanim Thénardier miał czas się odwrócić, znalazł się koło okna. Otworzyć je, wskoczyć na nie, przerzucić nogę przez parapet – było dziełem jednej chwili. Był już połową ciała na zewnątrz, kiedy sześć potężnych dłoni schwytało go i gwałtem wciągnęło na powrót do izby. To trzej „zdunowie” rzucili się na niego. Jednocześnie Thénardierowa złapała go za włosy.

Na harmider, jaki przy tym powstał, inni bandyci zbiegli się z korytarza. Stary, który siedział na tapczanie i który się wydawał pijany, zlazł z legowiska i zataczając się, przyszedł także, z młotem do rozbijania kamieni w ręku.

Jeden ze „zdunów”, którego umazaną twarz oświetlała świeca i w którym Mariusz pomimo uczernienia rozpoznał Panchauda, zwanego Wiosennym lub Urwipołciem, podniósł ponad głową pana Białego rodzaj krótkiej żelaznej pałki, mającej na obu końcach kule z ołowiu.

Mariusz nie mógł już powstrzymać się dłużej. Ojcze mój! – pomyślał – przebacz mi! – I palec jego poszukał kurka pistoletu. Miał wypalić, kiedy nagle doszedł go głos Thénardiera:

– Nie robić mu nic złego!

Ten rozpaczliwy wysiłek ofiary, zamiast bardziej rozwścieczyć Thénardiera, uspokoił go. Było w nim dwóch ludzi: człowiek dziki i człowiek zręczny. Aż do tej chwili, w upojeniu triumfu, wobec zdobyczy powalonej na ziemię i niedającej znaku życia, przeważał człowiek dziki; ale kiedy ofiara zaczęła się szamotać i próbowała walki, człowiek zręczny obudził się i wziął górę.

– Nie robić mu nic złego! – powtórzył i ani się domyślił, że przede wszystkim zatrzymał w ten sposób pistolet gotowy do strzału i obezwładnił Mariusza; znikła konieczność natychmiastowego działania i wobec tej nowej sytuacji uznał on, że można się jeszcze wstrzymać.

Zaczęła się herkulesowa walka. Jednym ciosem pięści pan Biały zwalił z nóg starego złoczyńcę na podłogę, potem dwoma uderzeniami na odlew położył dwóch innych przeciwników i przycisnął ich udami; nędznicy rzęzili pod tym ciężarem, jakby pod brzemieniem młyńskiego kamienia; ale czterej inni schwycili straszliwego starca za obie ręce i za kark i trzymali go siedzącego okrakiem na dwóch powalonych „zdunach”.

Zdołali go wreszcie rzucić na tapczan najbliższy okna i tam opanować.

Thénardierowa nie puściła z rąk jego włosów.

– Nie wtrącaj się do tego – powiedział Thénardier. – Podrzesz sobie szal.

Usłuchała jak wilczyca, która słucha wilka, z niechętnym pomrukiem.

– A wy – rzekł Thénardier – przetrząśnijcie mu kieszenie.

Zdawało się, że pan Biały zaniechał oporu. Przeszukali mu wszystkie kieszenie; miał przy sobie tylko skórzany woreczek, w którym było sześć franków i chustka do nosa.

Thénardier włożył chustkę do swojej kieszeni.

– Jak to? Nie ma pugilaresu? – spytał.

– Ani zegarka – odpowiedział jeden ze „zdunów”.

– No tak – mruknął brzuchomówczym głosem człowiek w masce, trzymający ogromny klucz. – To tęgi gracz.

Thénardier poszedł do kąta za drzwiami, wziął pęk sznurów i rzucił go im.

– Przywiążcie go do nogi łóżka – rzekł. A spostrzegłszy starego, który po uderzeniu pięścią pana Białego leżał na podłodze i nie ruszał się, zapytał:

– Czy Boulatruelle zabity?

– Nie – odpowiedział Urwipołeć – pijany.

– Odsuńcie go w kąt.

Dwóch „zdunów” nogami popchnęło pijaka w kierunku kupy żelastwa.

Pan Biały nie bronił się już.

Złoczyńcy skrępowali go na stojąco, przywiązując solidnie do nogi tapczanu, w miejscu najbardziej oddalonym od okna i najbliższym komina. Kiedy ostatni supeł został zaciśnięty, Thénardier wziął krzesło i siadł na nim prawie naprzeciw pana Białego. Po czym oddalając ruchem ręki zbójów, którzy jeszcze przytrzymywali go:

– Odejdźcie no trochę – rzekł. – Dajcie mi pomówić z panem.

Wszyscy cofnęli się ku drzwiom; on ciągnął:

– Źle pan zrobił, że pan próbował wyskoczyć przez okno. Mógł pan sobie złamać nogę. Teraz, jeżeli pan pozwoli, pogadamy spokojnie. Najprzód muszę się podzielić z panem spostrzeżeniem, jakie zrobiłem, że pan jeszcze ani razu nie krzyknął.

Thénardier miał słuszność, tak było w istocie, jakkolwiek ten szczegół uszedł uwagi Mariusza w jego wzburzeniu. Pan Biały zaledwie wymówił kilka słów, nie podnosząc głosu, i nawet podczas szamotania się z sześcioma bandytami pod oknem zachował najgłębsze i najosobliwsze milczenie. Thénardier mówił dalej:

– A przecież gdyby pan trochę zawołał o ratunek, nie uznałbym tego za niestosowne. Ratunku! Bandyci! – to się zwykle mówi w takich razach i co do mnie, wcale bym się o to nie obraził. To rzecz naturalna, że człowiek sobie hałasuje, kiedy się znajdzie wśród osób, które w nim nie wzbudzają dostatecznego zaufania! Powiem panu, jaki z tego wywodzę wniosek. Łaskawy panie, kto przybywa, kiedy się krzyczy? Policja. A tuż za policją? Sprawiedliwość. Otóż, pan nie krzyczał; więc widocznie tak samo jak my nie życzy pan sobie przybycia sprawiedliwości i policji. Od dawna już się domyślam, że pan ma jakiś interes w tym, żeby coś ukryć. Nam też na tym zależy, więc możemy dojść do porozumienia.

Mówiąc to wszystko, Thénardier nie spuszczał wzroku z pana Białego i zdawał się zatapiać ostrza źrenic w najtajniejszych myślach swego więźnia. Ale on, związany sznurami, otoczony przez oprawców, do połowy już pogrążony jak gdyby w dole, co chwila głębiej go wchłaniającym, pozostawał niewzruszony. Był to widocznie człowiek o duszy niedostępnej trwodze i niewiedzący, co to znaczy stracić głowę.

Thénardier podniósł się spokojnie, podszedł ku kominowi, odstawił parawan, oparł go o sąsiedni tapczan i odsłonił w ten sposób pełen żaru piecyk, w którym więzień mógł wyraźnie zobaczyć dłuto rozpalone do białości, nakrapiane tu i ówdzie szkarłatnymi gwiazdkami.

Następnie Thénardier znowu usiadł naprzeciw pana Białego.

– Wracam do tej sprawy – rzekł. – Możemy się porozumieć. Załatwmy to polubownie. Źle zrobiłem, że się przed chwilą uniosłem; sam nie wiem, co mi strzeliło do głowy, zagalopowałem się, gadałem niedorzeczności. Na przykład powiedziałem, że skoro pan jest milionerem, żądam pieniędzy, dużo pieniędzy, mnóstwo pieniędzy. To by nie było rozsądne. Mój Boże, co z tego, że pan jest bogaty? Pan też ma wydatki, bo kto ich nie ma? Nie chcę pana zrujnować, nie jestem ostatecznie żadnym zdziercą.

Nie należę do ludzi, którzy mając przewagę położenia, przesadnie z niej korzystają. Więc niech stracę i też poniosę ofiarę. Wezmę tylko dwieście tysięcy franków.

Pan Biały nie wyrzekł ani słowa. Thénardier mówił dalej:

– Sam pan widzi, że ja do zgody jak ryba do wody. Nie znam pańskiego stanu majątkowego, ale wiem, że niewiele zważa pan na wydatki i że człowiek dobroczynny, jak pan, może dać dwieście tysięcy franków ojcu rodziny, który jest w potrzebie. Powiesz mi pan na to: „Ależ ja nie mam przy sobie dwustu tysięcy franków!”. Ach, ja nie jestem aż tak znowu wymagający i wcale tego nie żądam. Poproszę pana tylko o jedno. Zechciej zrobić mi tę grzeczność i napisz, co ci podyktuję.

Thénardier przysunął stół aż do pana Białego, wyjął kałamarz, pióro i arkusz papieru z szuflady, którą zostawił nieco wysuniętą. Połyskiwało w niej długie ostrze noża.

Położył arkusz papieru przed panem Białym.

– Proszę pisać – rzekł.

Więzień odezwał się nareszcie:

– Jakże pan chce, żebym pisał? Jestem związany.

– To prawda, przepraszam – rzekł Thénardier – ma pan słuszność.

I zwracając się do Urwipołcia:

– Proszę odwiązać panu prawą rękę – rzekł.

Panchaud, zwany Wiosennym, zwany także Urwipołciem, wykonał rozkaz Thénardiera. Kiedy prawa ręka więźnia była już wolna, Thénardier umoczył pióro w atramencie i podał mu.

Pan Biały wziął pióro.

Thénardier zaczął dyktować:

– „Moja córko...”

Więzień drgnął i podniósł oczy na Thénardiera.

– Niech pan napisze: „Kochana córko” – rzekł Thénardier. Pan Biały usłuchał. Thénardier dyktował dalej:

– „Przybądź natychmiast”.

Przerwał.

– Mówi jej pan „ty”, prawda?

– Komu? – spytał pan Biały.

– No, do licha! – rzekł Thénardier. – Tej małej, Skowronkowi.

Pan Biały odpowiedział bez najmniejszego na pozór wzruszenia:

– Nie wiem, o czym pan mówi.

– Niech pan pisze dalej – rzekł Thénardier i zaczął znowu dyktować:

– „Przybądź natychmiast. Potrzebuję cię bezzwłocznie. Osoba, która ci ten list wręczy, przyprowadzi cię do mnie. Czekam cię. Przyjdź bez obawy”.

Pan Biały pisał wszystko. Thénardier rzekł nagle:

– Lepiej skreśl pan słowa „przyjdź bez obawy”. To może wywołać przypuszczenie, że coś jest nie w porządku i że można by się tu czegoś obawiać.

Pan Biały przekreślił te trzy wyrazy.

– Teraz – mówił dalej Thénardier – proszę podpisać. Jak się pan nazywa?

Więzień położył pióro i spytał:

– Do kogo to list?

– Wie pan dobrze – odpowiedział Thénardier – do małej. Przecież powiedziałem.

Widoczne było, że Thénardier stara się nie wymieniać imienia dziewczyny, o którą szło. Nazywał ją „małą” lub „Skowronkiem”, ale imienia jej nie wymówił ani razu. Była to przezorność sprytnego człowieka, zachowującego tajemnicę wobec swych wspólników. Powiedzieć imię, byłoby to oddać im w ręce cały „interes” i dać im więcej wiadomości, niż było trzeba.

Ciągnął dalej:

– Niech pan podpisze. Jak się pan nazywa?

– Urban Fabre – rzekł więzień.

Thénardier kocim ruchem wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął z niej chustkę zabraną panu Białemu. Poszukał na niej znaku i przybliżył go do świecy.

– U. F., dobrze: Urban Fabre. No to podpisz pan: U. F.

Więzień podpisał.

– Ponieważ potrzeba dwóch rąk do złożenia listu, proszę mi go dać, ja go złożę.

Zrobiwszy to, Thénardier mówił dalej:

– Teraz adres: „Panna Fabre, ulica...”. Wiem, że pan mieszka gdzieś niedaleko stąd, w okolicy kościoła św. Jakuba, ponieważ tam chodzicie co dzień na mszę, ale nie wiem, na której ulicy. Widzę, że pan zrozumiał swoje położenie. Jak pan nie skłamał, mówiąc swoje nazwisko, tak nie zechce pan podać fałszywego adresu. Proszę napisać własną ręką.

Więzień namyślał się chwilę, wreszcie wziął pióro i napisał: Do panny Fabre, w mieszkaniu pana Urbana Fabre, przy ulicy św. Dominika nr 17.

Thénardier pochwycił list z gorączkowym pośpiechem.

– Żono! – zawołał.

Thénardierowa przybiegła.

– Masz list. Wiesz już, co masz zrobić. Dorożka czeka na dole. Jedź zaraz i wracaj idem45.

I wskazując na człowieka z toporem:

– Ty już zdjąłeś swoją maskę, więc pojedziesz z gospodynią. Na tylnym siedzeniu. Wiesz, gdzieś zostawił bryczuszkę?

– Wiem – odpowiedział człowiek.

I postawiwszy swój obuch w kącie, poszedł za Thénardierową.

Kiedy już byli na korytarzu, Thénardier wysunął głowę przez półotwarte drzwi i zawołał za nimi:

– Tylko nie zagub listu. Pamiętaj, że masz przy sobie dwieście tysięcy franków.

Ochrypły głos żony odpowiedział:

– Nie bój się. Schowałam go na brzuchu.

Nie upłynęła minuta, kiedy usłyszano trzaśnięcia z bicza, które wkrótce ucichły w oddaleniu.

– Dobrze – mruknął Thénardier. – Pojechali prędko. Tak pędząc, gospodyni będzie z powrotem za trzy kwadranse.

Przystawił sobie krzesło do komina i usiadł, zaplatając ręce na krzyż i przysuwając zabłocone buty do piecyka.

– Zimno mi w nogi – rzekł.

W izbie prócz Thénardiera i więźnia zostało już tylko pięciu bandytów. Ludzie ci, zamaskowani czy też umazani czymś czarnym, co z nich robiło, stosownie do wyboru przerażonego oka, węglarzy, Murzynów albo szatanów, mieli twarze otępiałe i ponure; zbrodnie wykonywali najwidoczniej jak powszednią robotę, spokojnie, bez gniewu i bez miłosierdzia, ogarnięci rodzajem nudy. Stali w kącie, stłoczeni jak bydło, i milczeli. Thénardier grzał sobie nogi. Więzień popadł znowu w swoje milczenie. Jakiś ponury spokój nastąpił po dzikiej wrzawie, która napełniała izbę jeszcze kilka chwil temu.

Mariusz czekał w trwodze, którą potęgowało wszystko. Zagadka była w tej chwili bardziej nieprzenikniona niż kiedykolwiek. Cóż to za „mała”, którą Thénardier nazywał także „Skowronkiem”? Miałażby to być jego „Urszula”? Więzień nie zdawał się wcale reagować na słowo „Skowronek”; gdy je usłyszał, odpowiedział najnaturalniej w świecie: „Nie wiem, o czym pan mówi”. Z drugiej strony litery U. F. zostały nareszcie wyjaśnione, znaczyły „Urban Fabre” i „Urszula” nie miała już imienia Urszuli.

Upłynęło tak z pół godziny. Thénardier zdawał się zatopiony w ciemnych rozmyślaniach, więzień siedział bez ruchu. Zdawało się jednak Mariuszowi, że od jakiegoś czasu słyszy koło niego lekki, stłumiony szmer.

Nagle Thénardier odezwał się do pana Białego:

– Panie Fabre, niech tam, powiem panu wszystko od razu.

Te kilka słów zdawało się zapowiadać jakieś wyjaśnienie. Mariusz nadstawił ucha. Thénardier mówił dalej:

– Moja żona niedługo wróci, niech pan będzie cierpliwy. Myślę, że Skowronek jest naprawdę pańską córką, i uważam za rzecz naturalną, żeby ją pan miał przy sobie. Ale niech pan posłucha. Moja żona przyjedzie do niej z pańskim listem. Siądą obie do dorożki razem z moim towarzyszem. W jednym miejscu za rogatkami czeka bryczuszka zaprzężona w parę dobrych koni. Na to miejsce zawiozą twoją panienkę. Wysiądzie z dorożki. Mój towarzysz wsiądzie z nią do bryczuszki, a moja żona wróci tu, powiedzieć nam, że rzecz jest załatwiona. Co do twojej panienki, nie stanie się jej nic złego; bryczuszka zawiezie ją gdzieś, gdzie sobie będzie siedziała spokojnie, i jak tylko dostanę te marne dwieście tysięcy franków, to się ją panu zwróci. A jeżeli każesz mnie aresztować, to mój koleżka stuknie Skowronka. To wszystko.

Więzień nie odpowiedział ani słowem. Po chwili Thénardier odezwał się znowu:

– Jak tylko moja małżonka wróci i powie mi: „Skowronek jest już w drodze”, puścimy pana i będzie mógł wrócić na noc do domu. Widzisz, że nie mamy żadnych złych zamiarów.

Straszliwe obrazy przesunęły się przez wyobraźnię Mariusza. Jak to? Więc porwana dziewczyna nie zostanie przywieziona? Jeden z tych potworów uprowadzi ją po ciemku... i dokąd?... Jeżeli to ona... Tak, to na pewno ona. Mariusz czuł, jak mu serce przestaje bić. Co począć? Czy wypalić z pistoletu? Oddać w ręce sprawiedliwości tych wszystkich nędzników? Ale wtedy straszny człowiek z toporem i tak wymknąłby się razem z porwaną dziewczyną, a Mariusz przypomniał sobie słowa Thénardiera, których krwawe znaczenie odgadywał: „Jeżeli każesz mnie aresztować, to mój koleżka stuknie Skowronka”.

Teraz już nie tylko przez poszanowanie ostatniej woli ojca, ale przez swą miłość, przez lęk o tę, którą kochał, powstrzymał się od strzału.

To okropne położenie, trwające już przeszło godzinę, zmieniało się co chwila. Mariusz znalazł jeszcze siłę, żeby rozpatrzyć po kolei wszystkie najdotkliwsze przypuszczenia, szukając nadziei i nigdzie jej nie znajdując. Od zgiełku jego myśli odcinała się grobowa cisza jaskini.

Wśród tego milczenia usłyszano od ulicy łoskot drzwi, które się otwarły i po chwili zamknęły.

Więzień poruszył się w swych postronkach.

– Jest gospodyni – rzekł Thénardier.

Ledwo wypowiedział te słowa, kiedy rzeczywiście Thénardierowa wpadła do izby, czerwona, zadyszana, z pałającymi oczami, i zawołała, uderzając się ogromnymi dłoniami po udach:

– Fałszywy adres!

Bandyta, którego zabrała z sobą, ukazał się za nią i wziął swój topór.

– Fałszywy adres? – powtórzył Thénardier.

A ona na to:

– Nikogo! Żaden pan Urban Fabre nie mieszka pod siedemnastym na ulicy św. Dominika! Nikt nie wie, kto to taki!

Zatrzymała się dla nabrania tchu i mówiła dalej:

– Thénardier! Ten stary dziad wystrychnął cię na dudka! Sam widzisz, że jesteś za dobry! Ja na twoim miejscu pokrajałabym mu gębę na czworo, a gdyby i wtedy się stawiał, tobym go żywcem ugotowała! Musiałby powiedzieć, gdzie ma dziewczynę i pieniądze.

Mariusz odetchnął. Ona, Urszula czy Skowronek, ta, której nie potrafił już nazwać po imieniu, była ocalona.

Kiedy wściekła Thénardierowa urągała, jej mąż usiadł na stole; pozostał tak czas jakiś, nie mówiąc ani słowa, bujając prawą nogą w powietrzu i przypatrując się piecykowi z wyrazem ponurego zamyślenia.

Wreszcie rzekł do więźnia, powoli i z intonacją pełną szczególnego okrucieństwa:

– Fałszywy adres? I czegoś ty się spodziewał?

– Że zyskam na czasie! – krzyknął więzień grzmiącym głosem.

I równocześnie potrząsnął swoimi więzami; były poprzecinane. Więzień był już tylko za nogę przywiązany do łóżka.

Zanim siedmiu ludzi zdążyło zorientować się i rzucić na niego, on schylił się ku kominowi, sięgnął ręką do piecyka, potem się wyprostował i naraz Thénardier, jego żona i bandyci, którzy cofnęli się zdumieni w głąb izby, ujrzeli z osłupieniem, jak podnosi w górę rozpalone do czerwoności, iskrzące się złowieszczym blaskiem dłuto, prawie wolny i stojący przed nimi w niesamowitej postawie.

Śledztwo sądowe, które w rezultacie spowodowała zasadzka w ruderze Gorbeau, stwierdziło, że gdy żandarmi zbadali izbę, znaleźli na podłodze monetę dziesięciocentymową, przeciętą i obrobioną w szczególny sposób; miedziak ten był jednym z owych arcydzieł rzemiosła, które cierpliwość galerników wytwarza w ciemnościach i dla ciemności, arcydzieł, które nie są niczym innym jak narzędziami ucieczki. Te straszne i delikatne wytwory zdumiewającej sztuki są w jubilerstwie tym, czym przenośnie języka złoczyńców w poezji. Na galerach można spotkać Benvenutów Cellinich, tak jak w literaturze Villonów46. Nieszczęśliwy człowiek, tęskniący do swobody, potrafi niekiedy bez żadnych narzędzi, za pomocą kozika czy starego noża, przeciąć pieniądz na dwie cienkie blaszki, wyżłobić wewnątrz te dwie blaszki, nie naruszając wycisków stempla, i wyryć gwint na wewnętrznym obrębie pieniądza w taki sposób, że blaszki na nowo przystają do siebie. Zakręca się je i odkręca według potrzeby, słowem jest to pudełeczko. W pudełeczku tym można ukryć sprężynę od zegarka, a ta sprężyna, odpowiednio użyta, przecina grube kajdany i żelazne kraty. Wydaje się, że wszystko, co ten nieszczęśliwy galernik posiada, to tylko jedno su; nieprawda, on posiada wolność. Podczas późniejszych dochodzeń policyjnych jeden z takich miedziaków znaleziony został w izbie pod tapczanem koło okna, odśrubowany i w dwóch połówkach. Znaleziono także małą piłeczkę z błękitnej stali, która mogła zmieścić się wewnątrz miedziaka. Prawdopodobnie uwięziony miał go przy sobie, kiedy złoczyńcy zaczęli przetrząsać mu kieszenie, i wówczas ukrył miedziaka w dłoni, a następnie uwolnioną prawą ręką odśrubował go i użył piłki do przecinania postronków, którymi był skrępowany, co tłumaczyłoby lekki szelest i nieznaczne ruchy więźnia, które Mariusz zauważył.

Żeby się nie zdradzić, nie mógł się jednak schylić i nie przeciął więzów lewej nogi.

Tymczasem bandyci po pierwszym zdumieniu odzyskiwali przytomność.

– Nie bój się – rzekł Urwipołeć do Thénardiera. – Trzyma się jeszcze za nogę i nie urwie się. Ręczę za to. Ja sam mu przywiązałem to kopyto.

Tymczasem więzień podniósł głos.

– Jesteście nędznikami, ale moje życie niewarte jest obrony. A jeżeli sobie wyobrażacie, że moglibyście mnie zmusić do napisania tego, czego nie chcę napisać, i do powiedzenia, czego nie chcę powiedzieć, to...

Podwinął lewy rękaw i dodał:

– Patrzcie!

Wyciągnął ramię i przyłożył do ciała rozżarzone dłuto, które trzymał w prawej ręce za drewniany trzonek.

Dało się słyszeć syczenie przypalanej skóry, po izbie rozszedł się swąd właściwy miejscom tortur; Mariusz zachwiał się, oszalały ze zgrozy, nawet bandyci zadrżeli, a twarz dziwnego starca zaledwie drgnęła i kiedy czerwone żelazo zagłębiało się w dymiącą ranę, on, niewzruszony i prawie dostojny, utkwił w Thénardierze swój piękny wzrok, w którym nie było nienawiści i gdzie cierpienie rozpływało się w pogodnej powadze.

U istot o wielkim i szlachetnym charakterze walki ciała i zmysłów, oddanych na pastwę cierpieniom fizycznym, wyprowadzają na wierzch duszę i opromieniają nią czoło, podobnie jak bunty żołdactwa zmuszają wodza do ukazania się.

– Nędznicy – rzekł – możecie nie bać się mnie, tak samo jak ja was się nie boję!

I wyrywając dłuto z rany, cisnął je przez okno, które pozostało otwarte; straszliwe, gorejące narzędzie znikło, wirując w mroku nocy, i padło gdzieś daleko, aby zgasnąć wśród śniegu.

Więzień odezwał się znowu:

– Teraz róbcie ze mną, co sami chcecie.

Był rozbrojony.

– Złapcie go! – rzekł Thénardier.

Dwóch złoczyńców przytrzymało więźnia za ramiona, a zamaskowany człowiek z głosem brzuchomówcy stanął naprzeciwko, gotów roztrzaskać mu czaszkę uderzeniem klucza, gdyby choć drgnął.

Jednocześnie Mariusz usłyszał pod sobą, tuż koło przepierzenia, tak blisko, że nie mógł nawet widzieć rozmawiających, tych kilka słów wymówionych po cichu:

– Zostaje tylko jedno.

– Ciachnąć!

– Właśnie.

To mąż naradzał się z żoną.

Thénardier podszedł powoli do stołu, wysunął szufladę i wyjął z niej nóż.

Mariusz miażdżył w dłoni rękojeść pistoletu. Rozterka niesamowita.

Od godziny już dwa głosy walczyły w jego sumieniu; jeden nakazywał mu szacunek dla ojcowskiego testamentu, drugi wołał o ratunek dla więźnia.

Te dwa głosy bez przerwy odzywały się równocześnie i to go doprowadzało do szaleństwa. Aż do tej chwili miał jeszcze cień nadziei, że znajdzie się sposób pogodzenia tych dwóch obowiązków, ale nic się nie nadarzyło. Tymczasem niebezpieczeństwo nagliło, ostatni kres oczekiwania został przekroczony; Thénardier o kilka kroków od więźnia, rozmyślał, z nożem w ręku.

Mariusz, nieprzytomny, rozglądał się wkoło, co zwykle bywa ostatnią, instynktowną ucieczką rozpaczy.

Nagle drgnął.

U nóg jego, na stole, jasny promień księżyca w pełni oświecał i zdawał się wskazywać mu kawałek papieru. Na tym świstku wyczytał wyrazy, które niezgrabnymi literami napisała tego ranka starsza córka Thénardiera: Salcesony idą.

Myśl podobna do nagłego światła przebiegła umysł Mariusza; oto sposób, którego szukał, jedyne rozwiązanie tego straszliwego dylematu, który go dręczył: jak oszczędzić zabójcę i ocalić ofiarę. Ukląkł na komodzie, wyciągną rękę, wziął świstek, oderwał delikatnie kawałek wapna od ściany, obwinął go w ten kawałek papieru i rzucił przez szparę na środek izby.

Była to już ostatnia chwila. Thénardier przezwyciężył w końcu swoje ostatnie obawy, czy też ostatnie skrupuły, i szedł ku więźniowi.

– Coś spadło! – zawołała jego żona.

– Co? – rzekł mąż.

Kobieta poskoczyła i podniósłszy kawałek wapna, obwinięty w papier, podała go mężowi.

– Którędy to wleciało? – spytał Thénardier.

– A którędy miało wlecieć? – odparła kobieta. – Rozumie się, że przez okno.

– Widziałem nawet, jak leciało – rzekł Urwipołeć.

Thénardier szybko rozwinął świstek i przybliżył go do świecy.

– Pismo Eponiny! A niech to diabli!

Dał znak żonie, która przybliżyła się żywo, i pokazał jej kartkę. Potem dodał głuchym głosem:

– Prędko! Dawajcie drabinę! Zostawmy szperkę w pułapce i bierzmy nogi za pas.

– Jak to? Nie skręcimy mu przedtem karku? – zapytała żona.

– Nie ma czasu.

– Ale którędy? – odezwał się Urwipołeć.

– Oknem – odpowiedział Thénardier. – Ponieważ Ponina rzuciła kamień przez okno, to znaczy, że z tej strony domu nie otoczyli.

Zamaskowany brzuchomówca położył na ziemi swój ogromny klucz, wzniósł w górę obie ręce i klasnął trzykrotnie, nie mówiąc ani słowa. Był to jakby znak alarmu dla załogi okrętu; złoczyńcy, trzymający więźnia, puścili go; w mgnieniu oka drabina sznurowa została wyrzucona za okno i silnie przytwierdzona do futryny dwoma żelaznymi hakami.

Więzień nie zwracał uwagi na to, co się działo dokoła. Wyglądał, jakby marzył albo się modlił.

Jak tylko drabina była umocowana, Thénardier zawołał:

– Chodź, kobieto!

I rzucił się ku oknu.

Ale kiedy miał już przełożyć nogę przez parapet, Urwipołeć schwycił go gwałtownie za kołnierz.

– O, nie, stary cwaniaku, ty wyjdziesz ostatni!

– Ostatni! – zawyli chórem wszyscy bandyci.

– Jesteście dzieci – rzekł Thénardier – tracimy czas, a te psy już nam następują na pięty.

– No to ciągnijmy losy, kto pierwszy! – rzekł jeden z bandytów.

Thénardier zawołał:

– Czyście dostali bzika? Co za kupa idiotów! Tracić czas, losować! Jak wolicie, na węzełki czy na słomki, co? Albo wypisać nazwiska i wrzucić w czapkę?...

– Może chcecie w mój kapelusz? – odezwał się głos od progu.

Wszyscy się odwrócili. Był to Javert.

Trzymał w ręku kapelusz i nadstawiał go z uśmiechem.

Trzeba by zawsze zaczynać od aresztowania ofiar

Javert z nadejściem nocy rozstawił swoich ludzi i sam stanął na czatach za drzwiami w pobliżu ulicy Gobelinów, która się znajduje na wprost rudery Gorbeau, po drugiej stronie bulwaru. Na początek „otworzył swój mieszek”, żeby schwytać do niego dziewczyny pilnujące przystępu do spelunki. Ale upolował tylko Anzelmę. Eponiny nie było na stanowisku, znikła i nie mógł jej złapać. Następnie Javert zaczaił się znowu, czekając na umówiony znak. Przyjeżdżająca i odjeżdżająca dorożka bardzo go zaniepokoiła. Wreszcie zniecierpliwił się i pewny, że tam się znajdowało „gniazdo”, pewny zdobyczy, gdyż poznał wśród wchodzących kilku bandytów, zdecydował się wejść, nie czekając wystrzału.

Pamiętamy, że miał klucz Mariusza.

Zjawił się w samą porę.

Przerażeni bandyci chwycili znowu za broń, którą rozrzucili po całej izbie, chcąc uciekać. Szybciej niż w mgnieniu oka tych siedmiu ludzi o tak przerażającej powierzchowności stanęło ramię przy ramieniu w obronnej postawie, jeden ze swoim toporem, drugi z kluczem, trzeci z pałką, inni z nożycami, obcęgami i młotami, Thénardier z nożem w garści. Thénardierowa porwała ogromny kamień brukowy, który leżał koło okna i służył jej córkom za taboret.

Javert włożył kapelusz na głowę i zrobił dwa kroki w głąb izby, z rękami skrzyżowanymi na piersi, laską pod pachą i szpadą w pochwie.

– Spokojnie! – rzekł. – Nie wyjdziecie oknem, wyjdziecie drzwiami. Tak będzie zdrowiej. Was jest siedmiu, nas piętnastu. Po co się mamy brać za łby jak chłopi z Owernii. Bądźmy grzeczni.

Urwipołeć wyjął pistolet spod bluzy i wsunął go w dłoń Thénardiera, szepcząc mu na ucho:

– To Javert. Nie śmiem do niego strzelić. Odważysz się?

– No chyba! – odpowiedział Thénardier.

– To strzelaj!

Thénardier wziął pistolet i wycelował w Javerta.

Javert, stojący o trzy kroki, spojrzał mu bystro w oczy i powiedział tyle tylko:

– Lepiej nie strzelaj, spali ci na panewce.

Thénardier nacisnął kurek. Spaliło.

– Przecież ci mówiłem! – rzekł Javert.

Urwipołeć rzucił mu swoją maczugę pod nogi.

– Jesteś cesarzem diabłów! – zawołał. – Poddaję się.

– A wy? – zapytał Javert resztę bandytów.

Odpowiedzieli:

– My też.

Javert odezwał się spokojnie:

– Tak, to dobrze; wiedziałem, że będziecie grzeczni.

– Proszę tylko o jedną rzecz – rzekł Urwipołeć. – Żeby mi pozwolono mieć tytoń przez ten czas, kiedy będę w ciupie.

– Zgoda – rzekł Javert.

Odwrócił się i zawołał:

– Teraz wejdźcie!

Gromada żandarmów, z gołymi szablami w ręku, i policjantów, uzbrojonych w kastety i kije, wpadła do izby na wezwanie Javerta. Bandytów skrępowano. W izbie zrobiło się ciemno od tego tłoku, ledwie oświetlonego jedną świecą.

– Wszystkim obrączki! – krzyknął Javert.

Szóstka związanych bandytów zachowała jeszcze swój wygląd upiorów; trzech o twarzach czernionych, trzech w maskach.

– Zostańcie zamaskowani – rzekł Javert.

I dokonując ich przeglądu spojrzeniem Fryderyka II na paradzie w Poczdamie, rzekł do trzech „zdunów”.

– Jak się masz, Urwipołeć? Jak się masz, Brujon? Jak się masz, Dwa Miliardy?

Potem, zwracając się ku trzem bandytom w maskach, rzekł do człowieka z toporem:

– Jak się masz, Gueulemer?

A do człowieka z pałką:

– Jak się masz, Babet?

I do brzuchomówcy:

– Uszanowanie, Claquesous.

W tej chwili spostrzegł więźnia złoczyńców, który od chwili wejścia policji nie odezwał się ani słowem, stał tylko ze spuszczoną głową.

– Rozwiążcie tego pana – rzekł Javert – i niech nikt stąd nie wychodzi.

Powiedziawszy to, rozsiadł się władczo za stołem, na którym stała świeca i przybory do pisania, wyjął z kieszeni papier stemplowy i zaczął spisywanie protokołu.

Napisawszy kilka zdań niezmiennej formuły wstępnej, podniósł oczy.

– Proszę tu naprzód tego pana – rzekł – którego ci panowie skrępowali.

Agenci rozejrzeli się po izbie.

– No co? – spytał Javert – gdzie on jest?

Więzień złoczyńców, pan Biały, pan Urban Fabre, ojciec „Urszuli” albo „Skowronka”, znikł.

Drzwi były strzeżone, ale okna nikt nie pilnował. Kiedy Javert pisał, odwiązany skorzystał z zamętu, zamieszania, tłoku, ciemności i w chwili kiedy uwaga nie była zwrócona na niego – wyskoczył oknem.

Jeden z agentów pobiegł do okna i spojrzał. Nie było już widać nikogo.

Sznurowa drabina jeszcze drżała.

– Niech cię diabli! – mruknął Javert przez zęby. – Ten musiał być najlepszy!

41 Taima (Franciszek) – sławny w początkach XIX w. aktor, znakomity odtwórca ról tragicznych.

42 Mars (Anna) – jedna z najpopularniejszych wówczas aktorek paryskich.

43 Dwaj samotni ludzie w ustronnym miejscu nie będą myśleli o odmawianiu Ojcze nasz (łac.).

44 poza tym (łac.)

45 tak samo (łac.)

46 Znakomity poeta francuski.

CZĘŚĆ CZWARTA. IDYLLA NA ULICY PLUMET I EPOPEJA NA ULICY ŚW. DIONIZEGO

ROZDZIAŁ PIERWSZY

KILKA STRON HISTORII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DRUGI

EPONINA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZECI

DOM NA ULICY PLUMET

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ CZWARTY

POMOC Z DOŁU MOŻE BYĆ POMOCĄ Z GÓRY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ PIĄTY

KTÓREGO KONIEC NIE JEST PODOBNY DO POCZĄTKU

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SZÓSTY

MAŁY GAVROCHE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ZACHWYTY I SMUTKI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ ÓSMY

DOKĄD IDĄ

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

5 CZERWCA 1832 ROKU

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ATOM BRATA SIĘ Z HURAGANEM

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ JEDENASTY

KORYNT

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUNASTY

MARIUSZ WCHODZI W MROK

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

WIELKOŚĆ ROZPACZY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ULICA CZŁOWIEKA ZBROJNEGO

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ PIĄTA. JEAN VALJEAN

ROZDZIAŁ PIERWSZY

WOJNA WŚRÓD CZTERECH ŚCIAN

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DRUGI

WNĘTRZNOŚCI LEWIATANA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ CZWARTY

JAVERT WYKOLEJONY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ PIĄTY

WNUK I DZIADEK

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SZÓSTY

BIAŁA NOC

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SIÓDMY

OSTATNIE KROPLE Z KIELICHA GORYCZY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ ÓSMY

MROK ZAPADA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

U KRESU MROKÓW – JUTRZENKA

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Les Misérables

Przekład „Biblioteki Arcydzieł Literatury” z 1931 r.

Wydanie skrócone (zgodnie z wydaniem Iskier z 1954 r.).

Copyright © 2018, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-511-8

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Zdjęcie na okładce: Shutterstock.com, autor: alexchern

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

CZĘŚĆ TRZECIA. MARIUSZ

PARYŻ OGLĄDANY W SWOIM ATOMIE

WIELKI MIESZCZANIN

DZIADEK I WNUK

PRZYJACIELE ABECADŁA

DOBRA STRONA NIESZCZĘŚCIA

POŁĄCZENIE DWÓCH GWIAZD

„KOCIA ŁAPA”

NIEGODZIWY BIEDAK

CZĘŚĆ CZWARTA. IDYLLA NA ULICY PLUMET I EPOPEJA NA ULICY ŚW. DIONIZEGO

KILKA STRON HISTORII

EPONINA

DOM NA ULICY PLUMET

POMOC Z DOŁU MOŻE BYĆ POMOCĄ Z GÓRY

KTÓREGO KONIEC NIE JEST PODOBNY DO POCZĄTKU

MAŁY GAVROCHE

ZACHWYTY I SMUTKI

DOKĄD IDĄ

5 CZERWCA 1832 ROKU

ATOM BRATA SIĘ Z HURAGANEM

KORYNT

MARIUSZ WCHODZI W MROK

WIELKOŚĆ ROZPACZY

ULICA CZŁOWIEKA ZBROJNEGO

CZĘŚĆ PIĄTA. JEAN VALJEAN

WOJNA WŚRÓD CZTERECH ŚCIAN

WNĘTRZNOŚCI LEWIATANA86

JAVERT WYKOLEJONY

WNUK I DZIADEK

BIAŁA NOC

OSTATNIE KROPLE Z KIELICHA GORYCZY

MROK ZAPADA

U KRESU MROKÓW – JUTRZENKA

Karta redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nędznicy t.2 Nędznicy t.1 Katedra Najświętszej Panny Paryskiej. Dzwonnik z Notre-Dame - Notre-Dame de Paris 1482. The Hunchback of Notre Dame Poezja Nędznicy Dzwonnik z Notre-Dame