Brakująca połowa dziejów

Brakująca połowa dziejów

Autorzy: Anna Kowalczyk

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 14.40 zł

Historia Polski napisana z kobiecej perspektywy przez znaną dziennikarkę i blogerkę, wzbogacona rysunkami Marty Frej. Autorka opisuje fascynujące losy i dokonania Polek oraz cudzoziemek zamieszkujących ziemie polskie od czasów przedchrześcijańskich aż po współczesność. Opowiada o życiu codziennym, domowym, rodzinnym, dziejach emancypacji kobiet, warunkach życia oraz funkcjach społecznych, przywracając historii jej ważną, niekiedy pomijaną, część.

Anna Kowalczyk

Brakująca połowa dziejów

Krótka historia kobiet na ziemiach polskich

Ilustrowała Marta Frej

Spis treści

Motto

Wstęp

Rozdział 1. Pierwsze kobiety

Rozdział 2. Prawa kobiet

Rozdział 3. Religia

Rozdział 4. Edukacja

Rozdział 5. Praca

Rozdział 6. Sztuka

Rozdział 7. Wojna i bunt

Rozdział 8. Polityka

Rozdział 9. Dlaczego nie znamy historii kobiet?

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Redaktorka inicjująca: Elżbieta Kalinowska

Redaktorka prowadząca: Dominika Cieśla-Szymańska

Redakcja naukowa: Dobrochna Kałwa (Instytut Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego)

Redakcja: Ryszarda Krzeska

Korekta: Karolina Wąsowska

Ilustracje i projekt okładki: Marta Frej

Portrety autorki we wnętrzu i na okładce książki powstały na podstawie zdjęć Alberta Zawady, © Albert Zawada/Agencja Gazeta.

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Copyright © by Anna Kowalczyk, 2018

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel.+48 22 826 08 82

faks +48 22 380 18 01

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-6033-3

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Historia bez kobiet jest raczej niemożliwa.

Michelle Perrot, Moja historia kobiet

Wstęp

W październiku 2017 roku, niemal równo rok przed setną rocznicą przyznania Polkom pełni praw obywatelskich, wybrałam się na debatę Musimy wiedzieć, skąd przyszłyśmy, żeby zrozumieć, dokąd idziemy. Dyskusja nazywała się szumnie okrągłym stołem herstorycznym, choć żadnego stołu, rzecz jasna, nie było, a w niewielkiej sali spotkały się z garstką widzek potomkinie pierwszych posłanek na sejm, historyczki, literaturoznawczynie, socjolożki, popularyzatorki historii kobiet i jedna reżyserka. Z kilku wystąpień poświęconych temu, jak pamiętamy, a dokładniej: dlaczego zapominamy kobiety, które współtworzyły dzieje naszego kraju, szczególnie poruszyło mnie to, co mówiły autorki projektu „Niegodne historii”, poznańskie badaczki podręczników. Mówiły pewnie i konkretnie – pokazując na ekranie liczby i fotografie – o tym, jaki procent podręcznikowych opowieści zajmują opisy bitew i wojen, a ile jest w nich miejsca na historię życia prywatnego, społecznego i gospodarczego. Edukacji i medycyny. Pracy. Religii. Wszystkiego, co nie jest wojną ani polityką. Mówiły o tym, ilu nazwisk generałów oraz premierów nauczą się polskie nastolatki i których kilka (dosłownie: kilka) postaci kobiecych ze wszystkich możliwych dziedzin i epok będą miały szansę poznać, nim skończą obowiązkowy kurs historii w szkole powszechnej. Mówiły też o tym, jak pokazywane i opisywane są te nieliczne kobiety, które jakimś cudem do podręczników się załapały. Bo nie chodzi wyłącznie o obecność. Chodzi także o sposób ukazywania roli kobiet na przestrzeni dziejów – to, czy przypisuje im się sprawczość i podmiotowość, czy jedynie bierne uczestnictwo, rolę niemych świadkiń albo bezwolnych pionków na szachownicy zdarzeń rozgrywanych wyłącznie przez męskich graczy. I czy wyjaśnia się, dlaczego milczały. Dlaczego nie zostawiały po sobie śladu. Dlaczego ich nazwisk nie ma wśród generałów i premierów.

Jako ilustrację takiej pozornej tylko obecności kobiet w historycznej narracji, która więcej zaciemnia, niż wyjaśnia, badaczki pokazały zdjęcie z jednego ze szkolnych podręczników do historii współczesnej. Przedstawiało ono dwie peerelowskie sprzedawczynie w fartuchach i czepkach, w typowej dla epoki niedoborów i reglamentacji smętnej scenerii pustych półek. Jedna z nielicznych zamieszczonych w podręczniku fotografii pokazujących kobiety na pierwszym planie została podpisana krótko: „PUSTE PÓŁKI W SKLEPACH”. Nie: „Sprzedawczynie”, nie: „Sklepowe”, nie: „Pracownice sklepu spożywczego”, nawet nie: „Kobiety pracujące”. Nie: „Kobiety w typowej scenerii PRL-u”. Nic o kobietach, pierwszoplanowych i jedynych bohaterkach fotografii. Słowa.

Nic o jedynym w swoim rodzaju fenomenie „pań sklepowych za komuny”, które na kilka krótkich chwil, gdy „rzucili” baleron albo masło, stawały się królowymi ludzkich serc, cesarzowymi spożywczych imperiów, namiestniczkami podziemnego Królestwa Spod Lady. Które jedynym gestem mogły wywołać ekstazę lub rozpacz tłumów. Nic o doświadczeniu milionów polskich kobiet tej epoki, które w ogonkach, przed pracą albo po niej, z cerowanymi siatkami, pożyczonymi dziećmi, na zmianę z sąsiadką, tylko znanymi sobie sposobami, w tajnej współpracy z „babą ze wsi” i „facetem z bazarku” latami organizowały dla całych rodzin śniadania, obiady i kolacje, kanapki do szkoły i pracy, wigilijne wieczerze i wielkanocne śniadania, dokonywały cudów rozmnożenia pokarmu, gotowały zupę na gwoździu, a ze stylonowych zasłon szyły mężom, dzieciom i wnukom koszule, sukienki i karnawałowe przebrania. A przecież to jest właśnie historia, której puste półki są jedynie scenografią. To jest ta „prawda historyczna”, której tak się na każdym kroku domagamy. Dlaczego okazała się niegodna gimnazjalnego podręcznika?

To zdjęcie i ten pod nim podpis były dla mnie olśnieniem. Nagle ożyły gromadzone latami strzępy wrażeń, lektur i codziennych obserwacji. Wszystkie składały się na nieznośne poczucie, że czegoś, a właściwie kogoś, w tej opowieści o przeszłości ogromnie mi brakuje. W tej opowieści, której ani na chwilę przecież nie przestajemy w Polsce snuć – nie tylko w szkołach i muzeach, ale też w filmach, rocznicowych obchodach, medalach uznania, nazwach ulic i twarzach na banknotach. Nawet jeśli, raz po raz, ktoś wspomni o bohaterkach powstania, dzielnych Matkach Polkach albo że to kobieta pierwsza zdobyła dla Polski medal na olimpiadzie i Mount Everest, to te wszystkie wzmianki przeważnie mają charakter „ciekawostek”, „michałków” i sprawiają wrażenie, że w naszej wspólnej przeszłości kobiety, nawet wybitne, co prawda się przewijały, ale w sumie nie za często i tak szczerze, koniec końców, bez wielkiego znaczenia dla ogólnego obrazu.

Tak zrodził się pomysł na tę książkę.

Z początku wcale nie wydawał mi się ani szczególnie oryginalny, ani tym bardziej trudny do realizacji. Miałam przy tym znakomity pretekst – stulecie praw kobiet w Polsce. Jedyna chyba większa celebra związana stricte z historią Polek, a nie generalnie dziejami Polaków, których płeć nie ma rzekomo tu nic do rzeczy. Chwila uwagi i reflektory zwrócone we właściwą stronę. Kto wie, może następna okazja znów za sto lat. A może nigdy.

Wiedziałam, że czeka mnie sporo pracy, ale sądziłam też, że dużo jej już wykonałam. Przecież ja ciągle gromadzę materiały do takiej książki – myślałam sobie, spoglądając na półki uginające się od książek historycznych i biografii znanych kobiet. Przecież od zawsze mnie to interesuje. Przecież o tym właśnie piszę od lat do prasy i na blogu. Sporo się tego uzbierało, sporo. Ale nie po to jestem dziennikarką od dekady, żeby mnie przerażała konieczność streszczenia i podsumowania, nawet rozległego i zawiłego zagadnienia, na trzystu stronach tekstu. Przeważnie muszę się zmieścić na trzech. Gdy kiedyś zlecono mi przeprowadzenie dla radia pięciominutowego wywiadu z profesorem Baumanem przy okazji jednej z jego rzadkich wizyt w Polsce („najwyżej pięciominutowego, pamiętaj!”), byłabym go z pewnością zrobiła, gdyby nie to, że profesor jednak wizytę odwołał. Ile by w tym było sensu? Może niewiele. A może mnóstwo, gdy wysłuchawszy takiej radiowej pigułki, ktoś sięgnąłby po książki profesora i odnalazł tam odpowiedzi na wiele swoich pytań. Albo zadał sobie pytania, które dotąd nie przyszły mu albo jej do głowy.

Nie do końca wiedziałam, jaką książkę chcę napisać. Wiedziałam tylko, że jeśli już – to od samego początku i początkiem tym nie będzie chrzest Polski. I że jeśli w ogóle, to porządnie, we współpracy z najlepszymi naukowcami i badaczami. I że ilustracje musi zrobić Marta Frej. I że całość nie może być za długa – jak ABC, to ABC, a nie dwadzieścia tomów. Naiwnie sądziłam, że jak zwykle zadam kilka właściwych pytań, przeczytam kilkanaście książek, może kilkadziesiąt artykułów, odwiedzę parę muzeów i na taką niewielką książeczkę, bryk, vademecum, wstęp i zaproszenie do zainteresowania się tematem to w zupełności wystarczy. Bardzo się pomyliłam.

W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że dostępna wiedza o historii kobiet na ziemiach polskich jest aż tak obszerna. Że – choć jako dyscyplina naukowa historia kobiet narodziła się w Polsce dopiero dwadzieścia kilka lat temu – poświęcono jej tyle tomów i tyle tysięcy stron. Że tyle badaczek i badaczy przeznaczyło już tyle lat pracy, by ustalić fakty i wydobyć z relacji i dokumentów, pamiętników i roczników statystycznych kluczowe informacje. By je zinterpretować, opracować i opisać. Miałam się też przekonać, że wiedza ta jest bardzo rozproszona i niekompletna. Pełna białych plam i luk, które ciągle domagają się uzupełnienia, a czasem też wewnętrznie sprzeczna i niekonsekwentna. W przyspieszonym tempie uczyłam się, „jak się robi historię” i że – o święta naiwności – nikt mi po prostu nie powie, „jak było”. Im więcej czytałam, tym bardziej nic nie potrafiłam napisać. Im więcej się dowiadywałam, tym lepiej rozumiałam, dlaczego taka książka dotąd nie powstała, a znajomi historycy, gdy mówiłam im o pomyśle, na chwilę zastygali w bezruchu, a potem uprzejmie kiwali głowami i ze słowami: „Ambitnie, ambitnie”, „To wielka odpowiedzialność”, „Ho, ho, powodzenia!” (albo coś w tym stylu), próbowali mnie delikatnie uprzedzić, w co się pakuję. Próbowali mnie ostrzec.

Po kilku miesiącach spędzonych w bibliotekach i muzeach, kilkunastu wywiadach, kilkudziesięciu spotkaniach i kilkuset mailach wymienionych z badaczami oraz przeczytaniu takiej ilości tekstu, że mdliło mnie na sam widok liter, przestawałam rozumieć, czym jest historia, a już zwłaszcza historia kobiet i co to w ogóle – kobieta, Polska, Polka. Czułam się, jakbym układała te słynne puzzle z obrazem Pollocka. Na opakowaniu napisali, że mają tysiąc kawałków i zmieszczą się na stole, a one zajmują już trzy pokoje z kuchnią i ciągle donoszą mi nowe. Wiadrami. Koszami. Kontenerami. Zaczynałam wątpić, ba, byłam coraz bardziej pewna, że nikt, ze mną na czele, nie powinien próbować samodzielnie układać tych puzzli. Za kogo ty się uważasz, Kowalczyk? Za cholernego Normana Daviesa?

Gdyby nie to, że tak wiele osób bezinteresownie i życzliwie poświęcało mi swój czas, udzieliło wywiadów, polecało lektury, podsyłało materiały, wyjaśniało wątpliwości, czytało kolejne fragmenty rozdziałów, nanosiło poprawki i uzupełnienia – nigdy bym tej pracy nie ukończyła. Nie tylko dlatego, że dzięki nim ten dziki strumień danych, który zalewał mnie już po szyję i coraz szybciej odbierał oddech i spokojny sen, powoli zaczął się układać w jakieś kontury. Także dlatego, że najwyraźniej i oni uwierzyli, że to się może udać i dobrze by było, żeby się udało. Ich pomoc i wsparcie potraktowałam więc jak zobowiązanie – tyle zawracania głowy tylu ludziom zajętym ważnymi, pożytecznymi sprawami – weź się w garść, Kowalczyk! Pewnie nie ułożysz od razu całego obrazka, ale może chociaż ramkę. Albo posegregujesz kolorami. Albo przynajmniej odwrócisz puzzle na dobrą stronę.

Kurczowo trzymałam się myśli, że nie tylko ja marzę, żeby mieć taką książkę na półce. Że choć ciągle przybywa biografii i monografii, to apetyt na kawałek syntezy tylko rośnie. Rośnie tym bardziej, że przecież nie tylko mnie obchodzi, tak po prostu, jak się dawniej żyło kobietom. Czy zupełnie inaczej? Czy może choć trochę podobnie? A jeśli podobnie, to w czym? A jeśli inaczej, to czemu? Lepiej czy gorzej i pod jakim względem? I którym kobietom? „Piszesz książkę historyczną? A kogo dziś interesuje historia?” – usłyszałam tylko raz. „Nie mogę się doczekać. Zawsze chciałam taką książkę przeczytać” – słyszałam co chwilę. Miałam przy tym, co tu kryć, wielką frajdę z tej pracy. Z odkrywania nieznanych mi faktów i powiązań, nieprawdopodobnych wprost życiorysów, nieoczywistych wyjaśnień zjawisk, które wydawały mi się tak zwyczajne, tyle już razy przemaglowane wzdłuż i wszerz, że zupełnie przezroczyste. Z rosnącą fascynacją zanurzałam się w te odległe światy i realia, tak bardzo różne od współczesnych, choć pod wieloma względami przecież podobne. Przerażająco podobne. To była wielka podróż wyobraźni – emocjonująca, pełna odkryć, wzruszeń i zachwytów, ale też rozczarowań, irytacji i goryczy. Również rozmyślań dotyczących mnie samej, moich własnych przodkiń i przodków. Pytań o to, kim jestem, czemu to zawdzięczam, kogo za to winić i co jeszcze mogę z tym zrobić. Chciałam tylko napisać krótki „bryk herstoryczny”. Przeżyłam wielką przygodę.

O tym jest właśnie ta książka – nie o tym, jak było, ale o tym, do czego udało mi się dotrzeć i do czego dotrzeć może każdy, kogo interesują dzieje kobiet. A nawet nie o tym wszystkim, bo choćby historia życia prywatnego okazała się tak bogata i ciekawa, że zamiast być tu tylko jednym z rozdziałów, stanie się treścią kolejnego tomu. Bo czasem po prostu nie da się krótko. A nawet gdyby się dało, to nie warto.

Jest to więc książka zaproszenie. Do odkrywania historii własnych przodkiń – i tych złączonych z nami więzami krwi, i tych, z którymi łączy nas tylko i aż to miejsce na Ziemi, w którym przyszło nam żyć. Liczę, że poszukiwania te ułatwi i umili załączona przeze mnie obszerna bibliografia. Jest to też moja własna próba odpowiedzi na pytanie: gdzie się podziały te wszystkie kobiety, które były tu przed nami? Dlaczego prawie nic o nich nie wiemy? I czy naprawdę nie ma o czym mówić?

Rozdział 1. Pierwsze kobiety

Gdy myślimy o początkach Polski – nie myślimy o kobietach. Myślimy: Popiel, Piastowie, Mieszko, Święty Wojciech, biskup Jordan, Chrobry. Gdzie tam kobiety? Żadnych kobiet. No dobra, Rzepicha. Czy istniała naprawdę? No dobra, Dobrawa. Ale przecież to Czeszka z importu i to dopiero z dziesiątego wieku. Co było wcześniej? Kto? Bo było! Byli Słowianie od szóstego wieku. Jak żyli? Kim były i co robiły Słowianki, kiedy nie szukały nago po krzakach kwiatu paproci w Noc Kupały? Był Biskupin, a to od ósmego do piątego wieku przed naszą erą. Kim były tamtejsze kobiety – Łużyczanki z równych jak pod sznurek drewnianych domów osady? Były i nadal są Krzemionki. Neolityczne. Co robiły kobiety, gdy mężczyźni łupali pod ziemią krzemienie na noże i siekierki? Co o was wiemy, nasze pra- do potęgi prababki?

Wertuję książki, artykuły. Nie pomaga. Oglądam urny, paciorki, skrawki tkanin, monety. Co dzięki nim wiemy o kobietach? Nic konkretnego. Szukam więc punktu zaczepienia w Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie. To tam mieszczą się najbogatsze zbiory najdawniejszych artefaktów z ziem polskich, efekty wytężonej pracy pokoleń badaczy, setek tysięcy godzin miziania pędzelkiem nieprzypominających niczego skorup wykopanych spod ziemi. Szperam na ich stronie www, nie znajduję wiele. Idę więc, po raz pierwszy od lat, na wystawę stałą – crème de la crème polskiej archeologii. Pytam wprost: co tu znajdę o kobietach? Stropiony opiekun wystawy mówi, że zadzwoni po przewodnika. Pojawia się przewodnik, uśmiechnięty i uroczy adiunkt, archeolog Artur Sierosławski. Pytam znów: co związanego z kobietami znajdę na ekspozycji? Uroczy adiunkt robi wielkie oczy. „Ależ mnie pani zastrzeliła!”. Że niby nie za wiele. Bo wystawa projektowana pod innym kątem niż płeć (oczywiście, niczego innego się nie spodziewałam), no i w ogóle gender studies to u nas wciąż w powijakach, choć na Zachodzie to już raczej na wykończeniu. Ale ja nie o gender studies pytam, tylko o kobiety. Połowę populacji. Co o nich wiemy?

Adiunkt na szczęście nie z tych, co „nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem”, i nie planuje wykręcać się sianem. Idziemy więc po kolei, plansza za planszą, gablota za gablotą. Najdawniejsze ślady pobytu grup ludzkich sprzed pół miliona (sic!) lat znaleziono w dzisiejszej Trzebnicy, wiek najstarszych ozdób z Jaskini Mamutowej w Małopolsce (wisiorków ze zwierzęcych zębów i kości mamuta) szacowany jest na trzydzieści tysięcy lat, najstarsze szczątki homo sapiens z Jaskini Obłazowej na Podhalu też liczą sobie około trzydziestu mileniów, czyli dokładnie tyle, co najstarszy bumerang znaleziony w tej samej jaskini, i dwa razy więcej niż najdawniejsze znane ornamentowane przedmioty – zdobione żebro bizona i ostrza z poroża renifera znalezione w Jaskini Maszyckiej pod Krakowem.

Wreszcie jest! Jest! Pierwszy kobiecy eksponat. I nie tylko kobiecy. Najstarsze przedstawienia ludzkie w sztuce znalezione na ziemiach polskich – łupane w krzemieniu figurki kobiece odnalezione w Wilczycach koło Tarnobrzega. Szacunkowy wiek – czternaście tysięcy lat (niektóre publikacje podają nawet piętnaście i pół tysiąca lat, ale w archeologii dotyczącej tak odległych epok tysiąc lat, a nawet i pięć tysięcy to margines błędu). Wielkość od trzech do ośmiu centymetrów. Trochę się trzeba postarać, żeby zobaczyć w tych krzemiennych odłupkach kobiety, ale nie za bardzo. Są widoczne piersi, wydatne biodra, wszystko jakby z profilu. Jak dla mnie, równie dobrze mogłyby to być ostrzałki do patyków, choć zdaniem mojego przewodnika „esowatość jest niewątpliwie intencjonalna i ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby była aż tak wyraźna”. Ktoś, czyli kto?

Paleolityczne pin-up girls

Według archeologów Wenuski z Wilczyc wyłupali z krzemienia przedstawiciele tak zwanej kultury magdaleńskiej, czyli jednej z kultur późnego paleolitu (na naszych ziemiach mniej więcej od czternastu tysięcy do prawie jedenastu tysięcy lat przed naszą erą), występującej w zachodniej i środkowej Europie. Kultura magdaleńska charakteryzowała się już całkiem wyrafinowaną produkcją narzędzi z krzemienia, rogu i kości i umiała wytwarzać tak misterne przyrządy jak kościana igła z uszkiem. Że niby kościane narzędzia takie prymitywne? To spróbujcie ostrugać kość tak, by została z niej igła, przez którą daje się przepleść nić. I okażcie trochę szacunku. W Wilczycach znaleziono też inną fascynującą figurkę kościaną przedstawiającą bez wątpienia kobietę w ciąży. A więc biust, pupa i ciążowy brzuch – oto najstarsza córa ziem polskich. Nasza Wenus. Wielka Bogini? Czy była obiektem kultu, czy tylko pożądania? Nie wiemy o niej zdecydowanie więcej, niż wiemy.

Archeolodzy podejrzewają, że mieszkańcy osady, w której pozostałościach znaleziono Wenuski, zatrzymali się tam, by zgromadzić zapasy około piętnastu i pół tysiąca lat temu, u schyłku epoki lodowcowej, gdy Sandomierszczyzna pokryta była arktyczną tundrą. Mieszkańcy osady żywili się tym, co upolowali, a w ich jadłospisie nie brakowało nosorożców włochatych, koni i pieśców, czyli arktycznych lisów. Z ich skór szyli sobie ubrania. A plakietki w kształcie kobiet służyły im… No właśnie. Do czego?

Są badacze, którzy uważają, że to pradawne pin-up girls, seksowne obrazki niosące ukojenie magdaleńskim myśliwym podczas długich samotnych polarnych nocy. Jednak wykopaliska dowodzą, że w wilczyckiej osadzie kobiet nie brakowało – znaleziono na miejscu grób noworodka, dziewczynki, wcześniaczki, którą ktoś przecież musiał urodzić. Inni uczeni utrzymują jednak, że jest to przedmiot kultu i symbol przynależności do tej późnopaleolitycznej wspólnoty kulturowej, porównywalny z symbolem krzyża dla współczesnych chrześcijan. To jednak ryzykowna teza, bo przykładanie do pradawnych kultur naszych współczesnych miar ma bardzo wątłe podstawy.

Wenuski z Wilczyc nie są jednak jedyne. Podczas wykopalisk prowadzonych w latach 1997–2005 w Dzierżysławiu na Śląsku Opolskim, wśród kilku tysięcy narzędzi i innych wyrobów odnalezionych w tym prawdziwym paleolitycznym skarbcu, zidentyfikowano kolejne kobiece wizerunki. Sześciocentymetrowa figurka wycięta w płytce hematytu (to taki pospolity minerał, tlenek żelaza) ma schematycznie zaznaczoną głowę i ledwo zarysowany asymetryczny biust. Jest wyraźnie uszkodzona, ale próbowano ją jeszcze naprawiać, co może sugerować, że była dla kogoś ważna. Na innej hematytowej płytce przedstawiono kilka sylwetek, w tym wyraźnie uchwyconą z profilu figurę kobiety. Płytka miała zapewne służyć jako zawieszka, bo seria nacięć z obu jej stron sugeruje próby wycięcia otworu. Ktoś chciał swoją Wenus nosić zawsze przy sobie?

Dzierżysławskie przedstawienia również kojarzone są z kulturą magdaleńską. Znaleziono je na terenie dawnego obozowiska zamieszkiwanego przez ludzi prawdopodobnie ze sobą spokrewnionych. W artykule Najstarsza w Polsce „Wenus” z Górnego Śląska Bolesław Ginter i Marta Połtowicz, badacze, którzy prowadzili wykopaliska w Dzierżysławiu, piszą:

Głównym […] obiektem był szałas, służący jako schronienie i miejsce odpoczynku wraz z przylegającą do niego tajemniczą jamą z dnem wypełnionym hematytem. Główna działalność mieszkańców toczyła się poza obrębem szałasu, przed nim i obok niego. Tu palono ogniska i przygotowywano pokarmy, tu produkowano i naprawiano narzędzia, dzielono tusze upolowanych zwierząt, oprawiano skóry. Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni toczyło się całe życie tej społeczności. […] Z różnorodnych, uzyskanych wykopaliskowo źródeł wyłania się obraz życia naszych przodków sprzed piętnastu tysięcy lat. Widać ich codzienność, pracę, zaspokajanie zwykłych potrzeb życiowych, ale również potrzeb intelektualnych i estetycznych, takich jak dążenie do uporządkowania zajmowanej przestrzeni, piękna wyrabianych przedmiotów czy, być może, także prób notowania zaobserwowanych zjawisk. Pozostawione ślady rzucą też zapewne nieco światła na sferę życia najsłabiej rozpoznaną przez archeologów, to jest sferę wierzeń, których znaczenia nie jesteśmy dziś jeszcze w stanie prawidłowo odczytać1.

Kobiece wizerunki mogły odgrywać w nich jakąś rolę.

Zupełnie niedawno na Podhalu, na terenie wsi Nowa Biała, odkryto kolejną Wenuskę. Odnaleziona latem 2017 roku w Jaskini Obłazowej figurka mierzy pięć i pół centymetra i jest wykonana z płaskiej bryłki piaskowca, zapewne otoczaka z pobliskiej rzeki Białki. Znów postać kobieca przedstawiona jest schematycznie, z profilu, z silnie wyeksponowanymi pośladkami, biodrami oraz najpewniej ciążowym brzuchem. „Być może jest to przedstawienie Bogini Matki, czyli przedmiot związany ze sferą wierzeń, albo portret kobiety bliskiej sercu mężczyzny sprzed kilkunastu tysięcy lat”2 – mówił Polskiej Agencji Prasowej odkrywca Wenus z Jaskini Obłazowej (oraz owego najstarszego na świecie bumerangu) profesor Paweł Valde-Nowak. „Być może było to przedstawienie kobiety najbliższej myśliwemu albo emanacja jego marzeń”3 – dodawał wówczas.

Spotykam profesora w Instytucie Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie blisko rok później. „Zapewne panią rozczaruję” – zaczyna badacz, którego trochę musiałam namawiać na rozmowę, bo jego odkrycia są traktowane jako sensacyjne, a atmosfera sensacji niespecjalnie służy nauce.

„Przesłanki, by wnioskować o roli i funkcjach tych figurek, a już zwłaszcza o pozycji kobiet z tym związanej, są tak słabe, że archeologowie naprawdę niechętnie o tym mówią i ja też się nie podejmę. Zwłaszcza że dosłownie w ciągu paru ostatnich lat nowe odkrycia pokazały, że obyczaj rzeźbienia figurek kobiecych jest co najmniej o kilka tysięcy lat starszy, niż nam się jeszcze do niedawna wydawało i że sięga pierwszych homo sapiens z kręgu kultury oryniackiej” – dodaje. „Fakty są takie, że u społeczności homo sapiens w kolejnych kulturach pojawiają się statuetki kobiece. Męskie bardzo rzadko. Najstarsza, licząca około trzydziestu pięciu tysięcy lat Wenus, pochodzi z Hohle Fels na terenie dzisiejszych południowych Niemiec. I nieprzypadkowo mówimy o Wenus, bo tu, oraz w kilku innych przypadkach pochodzących z innych części świata, nie ma wątpliwości, że chodzi o kobietę – żeńskie cechy fizyczne są zaznaczone bardzo wyraźnie. Mamy przesłanki, żeby przypisywać tym figurkom jakąś rolę w obrzędowości, w praktykach szamańskich – niektóre z nich na przykład niszczono, najprawdopodobniej celowo. Ale też nie znajdujemy tych figurek szczególnie dużo, nie możemy mówić o masowej skali”.

Co to znaczy? Czy kobiety pełniły specjalną funkcję? „Nie odważyłbym się tego powiedzieć. Ale stale powraca koncepcja Magna Mater, bóstwa macierzy, bogini-matki i być może ona jest najbezpieczniejsza”.

Profesor Valde-Nowak nawiązuje tu do mocno już ugruntowanej w archeologii koncepcji pierwotnego matriarchatu, którą zapoczątkował szwajcarski etnolog i badacz starożytności Johann Jakob Bachofen. W 1861 roku opublikował on swoje tezy, przekonując, że patriarchalna struktura społeczeństwa nie istniała od zawsze. Badając greckie oraz egipskie mity i symbole, doszedł do wniosku, że obecne struktury musiały poprzedzać takie społeczeństwa, w których głową rodziny była matka. To ona również była centralną postacią życia społecznego, ekonomicznego, kulturalnego, religijnego i gwarantką ładu. Wszystko dlatego, że oddawano jej cześć jako życiodajnej bogini. Przekonanie o społecznej wyższości kobiet miało się zdaniem Bachofena wykształcić w poprzedzającej matriarchat fazie „heteryzmu żywiołowego” – epoce nieznającej instytucji małżeństwa, ojcostwa ani prawa, w której tajemniczą moc przekazywania życia przypisywano jedynie kobiecie. Matrocentryzm jest też zresztą obserwowany już u niektórych naczelnych. Na przykład u szympansów to matka z dziećmi stanowi podstawową komórkę społeczną. Reszta stada ochrania je, a nawet obdarza pewnymi przywilejami po to, by zapewnić maksymalnej liczbie potomstwa przetrwanie. Stąd niektórzy uczeni wnioskują, że społeczności pierwszych hominidów funkcjonowały podobnie, z tą różnicą, że między kobietami a dziećmi zawiązywała się silniejsza więź, bo dłużej niż małpie matki musiały się nimi zajmować. W miarę ewolucji mózgu rosła przecież objętość głowy noworodka, za czym nie nadążał rozwój dróg rodnych samic. Człekokształtne dzieci rodziły się więc wcześniej, mniejsze i później były gotowe do samodzielności, samodzielnego poruszania się czy zdobywania pokarmu. Także w mniejszej liczbie. Ale to już zupełnie inna opowieść.

Wracając do Wenusek z ziem polskich, zastanawia mnie fakt, że są one o wiele bardziej uproszczone i schematyczne niż starsze o dwadzieścia tysięcy lat przedstawienia kobiece znajdowane w innych częściach Starego Świata. Magdaleńskie Wenuski z Podhala, Dolnego Śląska i Sandomierszczyzny to płaskie plakietki lub zaledwie rysunki na kamiennych płytkach. Ich kobiece kształty nie są tak jednoznaczne, jak w przypadku piersiastych i biodrzastych, trójwymiarowych figurek z Willendorfu czy Dolních Věstonic. A jednak archeologowie nie mają wątpliwości, że przedstawiają kobiety. Po pierwsze, na tego rodzaju „kamykach” ewidentnie widać obróbkę – ktoś je celowo kształtował, otłukiwał, „retuszował”, jak mawiają archeolodzy. Po drugie, reprezentują one pewien spójny, rozpoznawalny przez badaczy styl, znany jako Lalinde/Gönnersdorf i charakteryzujący się tym, że postaci kobiece przedstawiane są zawsze bez głowy, za to z wydatnymi pośladkami, wydłużonym tułowiem i niewielkimi piersiami (dobra wiadomość dla posiadaczek „figury gruszki” – od dziś możemy mówić o sobie: „mam sylwetkę w stylu Lalinde/Gönnersdorf”, czyż nie brzmi zacznie lepiej? Aspekt braku głowy można, moim zdaniem, pominąć).

Nieprzypadkowe są też lokalizacje, w których udało się odnaleźć figurki. „Nie przesądzając, czy były to sanktuaria, możemy bezpiecznie powiedzieć, że znajdujemy je w miejscach, w których działał szaman. Albo szamanka” – dodaje ostrożnie Paweł Valde-Nowak. Co więcej, Jaskinia Obłazowa, którą profesor bada od blisko trzydziestu lat, jest w całości zbudowana ze skał wapiennych, a znalezioną w niej figurkę kobiecą wykonano z piaskowca, a więc skały, która musiała zostać w to miejsce przyniesiona. Nie ma więc mowy o przypadkowym podobieństwie. Polskie Wenuski należą do tej samej, a przynajmniej zbliżonej, tradycji, co ich kamienne i kościane siostry z wielu odległych stron świata.

Neolityczne tkaczki i garncarki

Około połowy szóstego tysiąclecia przed naszą erą na ziemie dzisiejszej Polski dotarły zza Karpat grupy ludności, które zrewolucjonizowały dotychczasowy sposób gospodarowania. Łowców-zbieraczy zaczęli wypierać rolnicy i hodowcy zwierząt, którzy nie musieli uzależniać swojego przetrwania jedynie od tego, co łaskawie pozwoli im wykraść natura, ale sami stopniowo zaczynali naturę kiełznać. Z początku drewnianymi i kamiennymi motykami, później radłem ciągnionym przez woły. Wypalali całe połacie lasu, a na ich zgliszczach siali pszenicę, jęczmień, być może proso i żyto. Hodowali prymitywne rasy bydła, świnie, kozy, owce i psy udomowione co najmniej kilka tysięcy lat wcześniej. Tkali na prostych pionowych warsztatach, używając owczej wełny i lnu. Lepili gliniane garnki (jeszcze bez użycia koła) i potrafili (zresztą nie oni pierwsi) obrabiać krzemień. Na wielką skalę i z dużą precyzją udawało się to moim krajanom spod Ostrowca Świętokrzyskiego, w którym przyszłam na świat i się wychowałam – górnikom i kamieniarzom z terenu dzisiejszych Krzemionek. Wszak pozostawili po sobie ślady aż czterech tysięcy szybów, a krzemienie z Krzemionek znaleziono do dziś na terenach oddalonych nawet o sześćset sześćdziesiąt kilometrów od miejsca, w którym je wydobyto. Jaką rolę w tej społeczności odgrywały kobiety? Czy były równe, czy podległe mężczyznom w hierarchii? – pytam kustosza działu archeologii krzemionkowskiego muzeum, Artura Jedynaka. „Nie mamy pojęcia, czym się zajmowały ani jakie miały role. Z pozostawionych w obrębie kopalń śladów materialnych – fragmentów narzędzi czy odpadów produkcyjnych – nie da się tego odczytać” – mówi mi przez telefon. „Raczej na pewno nie wydobywały krzemienia”. Skąd to wiemy? – dopytuję. „Zapraszam do nas, dam pani kilof, to się pani sama przekona”. Wydobycie krzemienia pasiastego wymagało nie lada krzepy, nawet nie każdy mężczyzna miał wystarczającą.

Archeolodzy przyjmują, że już w poprzedzającej neolit epoce paleolitu ustanowił się podział obowiązków pomiędzy płciami – mężczyzna rusza na łowy czy w pole, kobieta pilnuje domowego ogniska. Na makiecie krzemionkowskiej osady w warszawskim Państwowym Muzeum Archeologicznym kobiety tkają, pilnują paleniska, lepią garnki z gliny. Czy funkcje te są traktowane jako równie istotne? Niekoniecznie. W Krzemionkach nie zachowały się ślady pochówków, ale w pozostałościach wielu cmentarzysk równie starych osad już tak. Groby uznawane za kobiece wyposażone są tam skromniej niż męskie. A z tego, w co zaopatrywano zmarłego w drodze na tamten świat, wnioskuje się o pozycji społecznej nieboszczyka – im bogatsze dary grobowe, tym wyższe miejsce w hierarchii miał zajmować za życia. Takie założenie jest stare jak sama archeologia, tymczasem coraz więcej badaczy zaczyna je kwestionować.

Umarli mówią

Archeolodzy i antropolodzy, spekulując o roli kobiet w praspołeczeństwach, poruszają się jak we mgle. To, czym dysponują, to pozostałości osad i cmentarzysk. Czasami fragmenty ludzkich szczątków, ale szkielety, które się zachowały, przeważnie są niekompletne, a białka wyparowały, więc nawet badania DNA nie pomogą w ustaleniu płci. Spośród najstarszych mogił na ziemiach polskich wyjątek stanowi grób pewnego lapońskiego łowcy, który raczył dokonać żywota około pięciu i pół tysiąca lat przed naszą erą w dzisiejszych Janisławicach pod Skierniewicami. Miał na sobie przepiękny naszyjnik z dwudziestu zębów tura i jednego jeleniego kła (można go oglądać w warszawskim Muzeum Archeologicznym). I z pewnością był mężczyzną. Trochę jaśniej robi się w przypadku datowanych na około cztery tysiące lat przed naszą erą grobowców megalitycznych, czyli zbudowanych z wielkich kamieni, najpewniej dla ówczesnych Ważnych Ludzi. I cóż, w tych odnalezionych na ziemiach polskich zawsze znajdowani są mężczyźni – czasem solo, czasem w towarzystwie kobiet i dzieci. Kobiety solo nie występują. Wniosek? Kobiety nie bywały Ważnymi Ludźmi? W innych grobowcach w Mierzanowicach i Wojciechowicach na terenie Sandomierszczyzny zaobserwowano obyczaj odmiennego układania ciał zmarłych do grobów – mężczyzn na prawym, kobiet na lewym boku. Jeśli przyjąć założenie, że podobnie jak w wielu kulturach, prawa strona uważana była za lepszą, czystszą i bardziej szlachetną, a lewa za gorszą, brudną i niegodną, znów teza o niższym statusie kobiet narzuca się sama. Pytanie, czy była uniwersalna pod każdą szerokością geograficzną i aktualna również w innych epokach?

Zdaniem archeolożki Justyny Żychlińskiej – zupełnie nie. Ta badaczka kultury łużyckiej na terenie Wielkopolski przekonuje, że odkąd znamy dane nie tylko archeologiczne, ale i antropologiczne, takie jak wiek czy płeć, teza o wyraźnym zróżnicowaniu sposobu grzebania zmarłych kobiet i mężczyzn zaczyna się chwiać. A wraz z nią inne – o niższym statusie kobiet w społecznościach przedhistorycznych, o tym, że nie wykonywały ciężkiej fizycznej pracy, oraz o tym, że ich zajęcia pozbawione były typowo męskiej specjalizacji oraz z pewnością plasowały je niżej w hierarchii. Tymczasem, jak twierdzi archeolożka, starsze wspólnoty na ziemiach polskich były ze sobą dość blisko spokrewnione, w wyznaczaniu ról i statusów grały więc rolę inne czynniki niż tylko płeć. Mowa przede wszystkim o wieku i systemie pokrewieństwa. I jeśli chodzi o Łużyczan (zamieszkujących nasze ziemie w latach 1700–400 przed naszą erą) – mówienie o rolach „typowo” męskich lub kobiecych jest sporym nadużyciem. Wszak nawet ciężkiej pracy fizycznej nie można przypisać jedynie mężczyznom, skoro ślady jej wykonywania udaje się odnaleźć w szkieletach zarówno męskich, jak i żeńskich. Nawet jeśli przyjmiemy, że tkactwo czy garncarstwo to częściej kobiece niż męskie specjalizacje, nie musi to wcale oznaczać, że były mniej ważne i poważane.

Zdaniem badaczki istnieją mocne dowody na to, że lepienie garnków i tkanie płótna czy sukna to znacznie więcej niż tylko „robienie rzeczy” codziennego użytku. Obie te czynności zajmowały wiele czasu, a i techniki ich wykonywania wymagały wiedzy i sprawności nie mniejszej niż konstruowanie broni czy budowanie szałasów. Do tego były praco- i czasochłonne, co wyklucza zajmowanie się nimi przy okazji. Musiały więc przekształcić się w specjalizacje. Poza tym, co może najistotniejsze – zdobienia na tkaninach i ceramice w czasach przed wynalezieniem pisma były ważnymi (najważniejszymi?) nośnikami symboli, kodów i znaczeń, zatem ci, a dokładnie: te, które je tam umieszczały, odgrywały kluczową rolę w procesie komunikowania się, tworzenia wspólnoty i kultury. A kultura łużycka przetrwała dobrze ponad tysiąc lat – mniej więcej tyle, ile państwo polskie. Nie w kij dmuchał.

Zajęcia te same w sobie miały zresztą charakter wielce symboliczny. W książce Kobieta kultury łużyckiej w przestrzeni społecznej Żychlińska pisze:

Czynność tkania – nierozerwalnie wiązała sferę sacrum ze sferą profanum. […] Przędzenie miało znaczenie porównywalne z ludzkim życiem, a samo wrzeciono w świecie antycznym było wyrazem kobiecości, pracowitości, uczciwości i umiejętności prowadzenia domu. Wrzeciona pod postacią cienkiej drewnianej pałeczki o różnych długościach, powszechnie wykorzystywane w ludzkich domostwach, wiązane były z archetypiczną Magna Mater, ale były także symbolami wielu bogiń – Afrodyty, Kybele, Isztar. W sztuce bizantyjskiej także Maria przedstawiania jest z przęślicą. Czynność przędzenia miała wiązać się z ideą cykliczności kosmosu, stąd przedstawienia kobiet trzymających wrzeciona czy przęślice świadczą o tym, że przedmioty te nie były jedynie narzędziami, ale stanowiły znak boskiego statusu4.

Odnajdowane w grobach kobiecych ciężarki, grzebienie i inne elementy warsztatu tkackiego wcale nie muszą więc oznaczać niższej pozycji społecznej pochowanych z nimi ludzi. Podobnie rzecz ma się z garncarstwem. Gliniane naczynia, służące do przechowywania życiodajnej wody i pokarmu oraz wykorzystywane w obrzędowości, to też nie są zwykłe gary. Co więcej, ich zdobienia – bogate w czerwienie i typowo żeńskie symbole, takie jak trójkąty skierowane wierzchołkiem w dół czy zygzaki – świadczyć mogą o silnej wciąż roli symboliki związanej z kultem macierzy, pierwotnej Magna Mater.

Podobnie analiza pozostałości szczątków ludzkich i towarzyszących im darów grobowych wcale nie wskazuje jednoznacznie na podporządkowaną rolę kobiet w hierarchii społecznej kultury łużyckiej. Po pierwsze, wnioskowanie na temat tego, czy w danym grobie leży kobieta, czy mężczyzna, przeważnie odbywało się dotąd właśnie na podstawie darów. Odkąd archeologom towarzyszą w badaniach antropolodzy, którzy pomagają, o ile to możliwe, zidentyfikować płeć w oparciu o cechy biologiczne, a nie to, czy w grobie leżą paciorki, czy groty włóczni, coraz częściej okazuje się, że bogate wyposażenie, cenne i rzadkie przedmioty, a także emblematy „typowo męskich” specjalizacji (takie jak na przykład broń) czy ról kapłana/szamana zadziwiająco często znajduje się obok kobiecych szczątków. Z kolei to, co współcześni zwykli uważać za takie sobie zwykłe przedmioty codziennego użytku, jak grzebień, gliniana czarka, łyżka czy kawałek wzorzystej tkaniny, mogą świadczyć właśnie o wyjątkowym statusie i pozycji społecznej osób, z którymi je pochowano. Bo łyżka służyła naszym przodkiniom nie tylko do mieszania w kotle. Służyła też czasem do spalania i odurzania się opium, po to, by w mistycznym transie kontaktować się z bóstwami albo przewidywać przyszłość. A jak potężna była władza kapłańska w pradziejowych społecznościach, nikogo nie trzeba chyba przekonywać.

Gdy odwiedzam archeolożkę Justynę Żychlińską w jej pięknym domu na poznańskim Grunwaldzie, jedną z pierwszych rzeczy, którą mi pokazuje, jest gliniana kopia figurki z Deszczna, stojąca u niej na biurku. To reprodukcja niezwykłej statuetki odnalezionej w 1901 roku w okolicy Gorzowa Wielkopolskiego i jednoznacznie kojarzonej z kulturą łużycką. „Ja na nią mówię trzy w jednym” – śmieje się badaczka. I rzeczywiście, niewielka kobieca statuetka nazywana też często „bożkiem” trzyma w wyciągniętych rękach naczynie, do pasa ma przytroczony grzebień tkacki, na szyi mnóstwo naszyjników, a na twarzy (zamiast twarzy?) zwierzęcą maskę, czyli kompletny zestaw kapłańskich czy wręcz boskich emblematów. A więc co najmniej kapłanka. A może i bogini.

Żychlińska na podstawie analizy wielu cmentarzysk z terenu Wielkopolski przekonuje ponadto, że to kobiece groby w kulturze łużyckiej tworzą pewien charakterystyczny kordon bezpieczeństwa dla pozostałych mogił. Otaczają groby męskie i dziecięce, będąc jak gdyby strażniczkami swojej społeczności, także w dalszym życiu w zaświatach. Mówienie zatem, że zarówno za życia, jak i po śmierci kobiety znaczyły mniej niż mężczyźni, zdaje się mieć coraz słabsze postawy. Zwłaszcza że również struktura władzy w tej kulturze nie była chyba jednoznacznie patriarchalna. „Raczej bardziej egalitarna, gdzie mężczyźni i kobiety pełnili różne, ale prawdopodobnie co najmniej równie ważne funkcje społeczne” – mówi mi badaczka. Do podobnych wniosków można dojść, kiedy przyjrzymy się najsłynniejszemu zabytkowi kultury łużyckiej, czyli osadzie w Biskupinie.

Nasze rodzime Pompeje, zalane nie przez wulkaniczną lawę, lecz okoliczne błocko, odkrył w 1933 roku lokalny nauczyciel historii Wincenty Szwajcer, któremu uczniowie systematycznie opowiadali banialuki o tym, że rodzice palą w piecu „drewnem wykopanym spod ziemi”. Wreszcie nauczyciel nie wytrzymał i poszedł sprawdzić, co to za drzewa rosną pod ziemią. Zobaczył wystające z Jeziora Biskupińskiego drewniane ukośnie belki i o swoim odkryciu powiadomił wybitnego polskiego archeologa Józefa Kostrzewskiego. Badania wykopaliskowe rozpoczęto już w 1934 roku, by odkryć wspaniale zakonserwowaną (dzięki wspomnianemu błocku) i jedyną na ziemiach polskich tak dobrze zachowaną osadę kultury łużyckiej. Wybudowano ją mniej więcej w połowie ósmego wieku przed naszą erą według precyzyjnego planu. Do budowy ponad stu prawie jednakowych domów użyto drzew z okolicznych lasów, a budowniczowie wykazali się nie lada wiedzą i rozeznaniem. Organizacja przestrzeni w biskupińskiej osadzie jest, zdaniem specjalistów, najlepszą z możliwych. Żadne z domostw nie wyróżnia się spośród innych wielkością czy kształtem, stąd przyjmuje się, że społeczność zamieszkująca osadę była usposobiona dość równościowo. Czy biskupińskie Łużyczanki (które także przecież lepiły garnki i tkały) cieszyły się równie wysokim statusem i estymą, możemy się tylko domyślać. Pewne jest tylko, że w tej kwestii archeologia nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Brakująca połowa dziejów Drinki i koktajle 1000 drinków i kotajli Teoria popytu a prawne i marketingowe aspekty dystrybucji w Unii Europejskiej Wybrane aspekty badawcze gospodarka. Zarządzanie. Innowacje Tom 2 Wybrane aspekty badawcze nauk ekonomicznych i kultury fizycznej (red.) Paweł Cięszczyk, Ireneusz Miciuła 

POLECANE W TEJ KATEGORII

#SEXEDPL. Rozmowy Anji Rubik o dojrzewaniu, miłości i seksie Jak czytać wodę Przewodnik wędrowca Duchowe życie zwierząt Medyczna Marihuana. Historia hipokryzji Małe wielkie odkrycia