Dublin

Dublin

Autorzy: Edward Rutherfurd

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 34.99 zł

Ta epicka opowieść zaczyna się w przedchrześcijańskiej Irlandii, w czasach gdy ze wzgórza Tara wyspą władali srodzy i potężni Najwyżsi Królowie. Jej początkiem są losy dwojga kochanków, Conalla z arystokratycznego rodu i olśniewającej Deirdre, a w ich historii pobrzmiewa echo pradawnej celtyckiej legendy o Cuchulainnie. Rutherfurd zabiera stąd czytelnika w fascynującą podróż przez stulecia. Misternie splecione losy kolejnych pokoleń bohaterów – druidów i wodzów plemiennych, mnichów i przemytników, kupców i najemników, szlachty, buntowników i zwyczajnych tchórzy – rozgrywają się na wielobarwnej scenie, jaką są dzieje największego irlandzkiego miasta.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

PRZEDMOWA

PROLOG

Dubh Linn

Tara

PATRYK

Wikingowie

Brian Boru

Strongbow

DALĺĺEY

PALISADA

JEDWABNY THOMAS

POSŁOWIE

ZASADY WYMOWY

PODZIĘKOWANIA

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Dublin: Foundation

Redakcja: Mirosław Grabowski

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce: © Gerasimov Sergei /Shutterstock, © Neil Holden / Arcangel, © duncan1890 / iStock

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © 2004 by Edward Rutherfurd

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Smoleńska, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-923-5

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Susan, Edwardowi i Elizabeth

PRZEDMOWA

Ta książka jest przede wszystkim powieścią. Jej zmyśleni bohaterowie mieszają się z autentycznymi postaciami, a rozwijane przez kolejne stulecia dzieje rodów są fikcją literacką, choć osadziłem je na tle wydarzeń, które były albo mogły być prawdziwe. Kontekst historyczny, w takim stopniu, w jakim jest znany, opisałem wiernie; kiedy zaś pojawiały się wątpliwości interpretacyjne, starałem się poświęcić im nieco rozważań albo przedstawiałem wyważone opinie wybitnych współczesnych uczonych. Żeby podtrzymać tok opowieści, musiałem w kilku miejscach dokonać pewnych uproszczeń w relacjonowaniu złożonych wydarzeń, jednak takich zabiegów jest niewiele i nie zniekształcają one prawdy historycznej.

W ostatnich dziesięcioleciach historia Dublina i w ogóle Irlandii cieszy się dużym zainteresowaniem, co należy uznać za pomyślną okoliczność. Prowadząc rozległe badania, które towarzyszyły pracy nad książką, miałem zaszczyt poznać najwybitniejszych irlandzkich uczonych. Wszyscy oni hojnie dzielili się ze mną swoją wiedzą i poprawiali mój rękopis. Ich wkład w gotowe dzieło przedstawiam w Podziękowaniach. Liczne prace akademickie z ostatniego ćwierćwiecza pozwoliły na nowo ocenić pewne aspekty irlandzkiej historii, dlatego wielu czytelnikom moja opowieść może niekiedy wydać się zaskakująca. Tych, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej na ten temat, odsyłam do Posłowia, gdzie przedstawiłem kilka dodatkowych uwag.

W całej powieści irlandzkie nazwiska, nazwy miejscowości oraz terminy techniczne występują w najprostszych, najbardziej znanych wersjach. W książkach publikowanych obecnie w Irlandii używa się znaków akcentowych, tak zwanych fada wskazujących przedłużone samogłoski, oraz innych oznaczeń ułatwiających właściwą wymowę, ale dla sporego grona czytelników, zwłaszcza spoza Irlandii, znaki te mogą być mylące, dlatego zrezygnowałem z ich używania. Na końcu książki zamieściłem jednak „Zasady wymowy”, które rozwieją zapewne część wątpliwości.

PROLOG

Szmaragdowe słońce

Działo się to dawno, dawno temu. Jeszcze przed przybyciem Patryka. I przed przybyciem plemion celtyckich. Zanim pojawił się język gaelicki. Działo się to w epoce irlandzkich bogów, po których nie zostały nawet imiona.

O tamtym okresie niewiele da się powiedzieć na pewno, ale jakieś fakty można ustalić. Pomagają w tym świadectwa ukryte w ziemi i na jej powierzchni. I możemy się odwołać do wyobraźni, tak jak robili to wszyscy ludzie, odkąd zaczęto opowiadać baśnie.

W tych pradawnych czasach, w pewien zimowy poranek, miało miejsce małe zdarzenie. Tyle wiemy. Powtarzało się wiele razy, przez kolejne lata i – jak się wydaje – przez kolejne stulecia.

* * *

Świt. Zimowe niebo było już czystym, bladym błękitem. Niedługo z morza miało się wyłonić słońce. Na wschodnim wybrzeżu wyspy widać było złotą poświatę.

Tego dnia wypadało zimowe przesilenie, najkrótszy dzień w roku. Nawet jeśli w owych czasach na wyspie istniała rachuba lat, to nie znamy jej miary.

Mowa o jednej z dwóch wysp leżących nieco na zachód od europejskiego kontynentu. Wiele tysięcy lat wcześniej obie trwały w długim, białym uśpieniu epoki lodowcowej, a łączyła je skalista grobla biegnąca z północno-wschodniego krańca mniejszej, odsuniętej bardziej na zachód wyspy aż do górnej części jej sąsiadki. A tę łączył na południu z kontynentem kredowy most. Jednak pod koniec epoki lodowcowej wody z topniejącej Arktyki zaczęły spływać na południe i zalały kamienną groblę, a potem przedarły się przez kredową barierę – w ten sposób powstały dwie wyspy.

Dzielące je odległości nie były duże. Zatopiona grobla pomiędzy zachodnią wyspą, która pewnego dnia zostanie nazwana Irlandią, a brytyjskim przylądkiem, znanym dziś jako Mull of Kintyre, miała zaledwie kilkanaście kilometrów. Dystans zaś między białymi klifami południowo-wschodniej Anglii a kontynentem wynosił trzydzieści dwa kilometry.

Należałoby się więc spodziewać, że obie wyspy będą do siebie bardzo podobne. I w pewnym sensie to prawda. Ale były też między nimi subtelne różnice. Bo gdy rozdzieliło je morze, dopiero wydobywały się z arktycznego snu. Dopiero zaczynały je zasiedlać rośliny i zwierzęta z cieplejszych południowych obszarów. I kiedy kamienna grobla zniknęła, część gatunków, którym udało się opanować południe większej, wschodniej wyspy, nie zdołała przeprawić się na zachód. I dlatego na obu wyspach występują powszechnie dęby, jesiony i leszczyna, ale w Irlandii nie spotka się jemioły porastającej brytyjskie dęby. Z tego samego powodu Brytania zmagała się z plagą węży i jadowitych żmij, a Irlandia była od nich wolna.

Zachodnią wyspę, nad którą lada chwila miało wzejść słońce, pokrywały gęste lasy przetykane bagnami. Tu i ówdzie wznosiły się piękne górskie pasma. Płynęły tu też liczne rzeki pełne łososi i innych ryb, a największa z nich wiła się w sercu wyspy przez labirynt jezior i na koniec wpadała na zachodzie do Atlantyku. Ale pierwszym przybyszom dwie inne rzeczy rzucały się w oczy.

Pierwszą było bogactwo natury. Tu i tam, na leśnych polanach albo na otwartych górskich zboczach, wyrastały nagie skały, wypchnięte z trzewi ziemi i świecące magicznym kwarcowym blaskiem. W niektórych migotliwych głazach pojawiały się głębiej żyły złota. W rezultacie w pewnych częściach wyspy, gdzie skały występowały gęściej, rzeki dosłownie spływały złotym piaskiem i grudkami kruszcu.

Drugą było piękno natury. Czy to za sprawą dużej wilgotności wiatrów znad Atlantyku, czy łagodnego ciepła Golfstromu, czy też w efekcie splotu tych i innych przyczyn – w każdym razie roślinność na wyspie miała niezwykły, niespotykany nigdzie indziej szmaragdowy kolor. I zapewne z tego pradawnego połączenia szmaragdowej zieleni i płynącego złota zrodziło się przekonanie, że zachodnią wyspę upodobały sobie magiczne duchy.

A kto zamieszkiwał szmaragdową wyspę? Imiona tych, którzy przybyli tu przed celtyckimi plemionami, pojawiają się tylko w legendach: potomkowie Cessair, Portholona, Nemeda1; Fir Bolg i Tuatha De Danaan2. Trudno jednak powiedzieć, czy byli to prawdziwi ludzie, bogowie, czy też może jedni i drudzy. Po zakończeniu epoki lodowcowej na Irlandii zamieszkali myśliwi. A potem rolnicy. To akurat jest pewne. Wyspiarze umieli wznosić kamienne budowle, kuli broń z brązu i wyrabiali piękną ceramikę. Handlowali też z kupcami przybywającymi z tak odległych krain jak Grecja.

Ale przede wszystkim wytwarzali ozdoby ze złota, którego na wyspie było w bród. Naszyjniki, bransoletki, kolczyki, kute dyski słoneczne – irlandzcy złotnicy nie mieli sobie równych w całej Europie. Zasługiwali na miano czarodziejów rzemiosła.

* * *

Lada chwila słońce wyłoni się nad horyzontem i rozwinie na morzu swój świetlisty złoty szlak.

Mniej więcej w połowie wschodniego wybrzeża wyspy, pomiędzy dwoma cyplami, leży piękna, szeroka zatoka. Z jej południowego cypla widać pasmo wzgórz, a wśród nich dwa niewielkie wulkaniczne stożki, które wznoszą się przy brzegu z takim wdziękiem, iż obserwator mógłby odnieść wrażenie, że nagle przeniósł się na ciepłe południe Włoch. Za drugim przylądkiem rozległa równina ciągnie się na północ aż do odległych gór wznoszących się poniżej zatopionej skalnej grobli. Na wybrzeżu wewnątrz zatoki, tam gdzie rzeka uchodzi do morza, przeważają moczary i piaski.

Ale oto słońce wyłania się zza horyzontu i powierzchnię morza rozświetla złoty błysk. Słonecznym promieniom mknącym nad północnym przylądkiem i dalej nad równiną odpowiada inny błysk, jakby gdzieś tam w oddali znajdował się wielki kosmiczny reflektor. Ten blask jest rzeczywiście czymś niezwykłym, bo wydobywa się z ogromnej konstrukcji, która jest dziełem człowieka.

Czterdzieści kilometrów na północ od zatoki płynie z zachodu na wschód inna rzeka, mijając po drodze doliny porośnięte bujną roślinnością, bo tak żyznej gleby jak tu nie ma w żadnym innym miejscu na świecie. Na łagodnym stoku północnego brzegu rzeki mieszkańcy wyspy wznieśli potężne budowle i największa z nich wysyła w niebo ten oślepiający blask.

Te budowle to olbrzymie porośnięte trawą kurhany. Ale nie bezkształtne, byle jak usypane kopce. Ich cylindryczny kształt, strome zbocza i szerokie, wypukłe dachy sugerują, że wspiera je przemyślana wewnętrzna konstrukcja. Podstawy kurhanów wyłożono wielkimi kamieniami, których ozdobą są bogate ornamenty: koła, zygzaki i dziwne, fantastyczne spirale. Ale najbardziej niezwykłe jest to, że całą fasadę skierowaną ku wschodzącemu słońcu pokrywa biały kwarc. I właśnie ta wielka, zakrzywiona kryształowa ściana mieni się, świeci i błyszczy, odbijając w niebo słoneczny żar.

Kto wzniósł te budowle nad rzeką, którą upodobały sobie łabędzie? Co do tego nie ma pewności. I jakie było przeznaczenie owych kurhanów? Wiadomo, że służyły władcom jako miejsce wiecznego spoczynku. Ale jacy książęta tam zostali złożeni, czy ich duchy były gniewne czy łagodne – tego możemy się jedynie domyślać. Wiemy tylko, że byli to pradawni przodkowie mieszkańców wyspy.

Kurhany były nie tylko grobowcami, pełniły też funkcję świątyń, w których o określonych porach roku przyjmowano tajemnicze boskie moce wszechświata, sprowadzające na ziemię kosmiczne życie. Z tego powodu przez całą noc, która właśnie dobiegła końca, drzwi do sanktuarium były otwarte.

Pośrodku świecącej kwarcowej fasady znajdowało się wąskie wejście z dwoma wielkimi głazami po bokach, za nim zaś ciągnął się wąski, nieco wyboisty, ale prosty korytarz, również wyłożony kamieniami, zakończony trójlistną wewnętrzną komnatą. Na stojących tam kamieniach, podobnie jak na tych w korytarzu i na zewnątrz, widniały liczne wzory, a wśród nich dziwna potrójna spirala. Wąski korytarz wytyczono tak precyzyjnie, że w dzień przesilenia zimowego promienie wyłaniającego się zza horyzontu słońca wpadały przez otwarte drzwi i docierały aż do wewnętrznej komnaty.

Słońce odłączyło się od wodnego horyzontu i świeciło już nad całą zatoką, nad wybrzeżem wyspy, nad zimowymi lasami i małymi polanami, skąpanymi nagle w złotej poświacie. Słoneczne promienie płynęły do kurhanu i wydawało się, że jarzący się kwarc, w którym odbijała się też okoliczna zieleń, sam zaczyna płonąć i świeci niczym drugie, szmaragdowe słońce.

Czy w tym zielonkawym blasku, gdy promienie słoneczne wdzierały się do serca kurhanu, było coś zimnego i przerażającego? Być może.

Ale oto teraz wydarzyła się rzecz niezwykła. Korytarz zbudowano tak przemyślnie, że gdy słońce się wznosiło, jego promienie, jakby rezygnując ze swojego zwyczajnego tempa, skradały się powoli niczym małe dziecko, krok za krokiem, i oświetlały kamienie łagodnym blaskiem. A gdy w końcu docierały do potrójnej komnaty, znów nabierały prędkości, zderzały się z głazami i tańczyły we wszystkie strony, wnosząc do zimowego grobowca ciepło i życie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dubh Linn

Anno Domini 430

I

Lughnasa3. Pełnia lata. Niedługo przyjdą żniwa.

Deirdre stała przy ogrodzeniu, patrząc przed siebie. To powinien być radosny dzień, ale jej przyniósł jedynie udrękę. Bo ukochany ojciec i jednooki mężczyzna zamierzali ją sprzedać. A ona nic nie mogła zrobić.

W pierwszej chwili nie zauważyła Conalla.

* * *

Zgodnie ze zwyczajem mężczyźni jechali w wyścigu nago. To była pradawna tradycja. Już kilkaset lat temu Rzymianie wspominali, że celtyccy wojownicy, gardząc napierśnikami, chętnie przystępowali do bitwy nadzy. Wytatuowany, muskularny wojownik z nastroszonymi włosami i twarzą wykrzywioną w wojennym grymasie stanowił przerażający widok nawet dla wyćwiczonych rzymskich legionistów. Groźni Celtowie atakujący w rydwanach mieli czasem na sobie krótkie, powiewające na wietrze peleryny. W niektórych rejonach Cesarstwa Rzymskiego celtycka jazda nosiła bryczesy. Ale tu, na zachodniej wyspie, tradycyjna nagość zachowała się w uroczystych wyścigach, więc Conall miał na sobie jedynie ochronną przepaskę na biodra.

Wielkie święto Lughnasa obchodzono w Carmun raz na trzy lata. Samo Carmun było miejscem dziwnym i tajemniczym. W sercu krainy dzikich lasów i trzęsawisk niemal po horyzont ciągnął się rozległy, porośnięty trawą teren. Bo tu, nieco na zachód od punktu, w którym rzeka Liffey – gdyby podążać nią w górę – zakręcała na wschód ku swojemu źródłu w górach Wicklow, ziemia była płaska, nie licząc kilku kurhanów, w których pochowano pradawnych wodzów. Świąteczne obchody trwały tydzień. Wyznaczano wtedy miejsca na targowiska, na których sprzedawano żywność, bydło, a także piękną odzież, ale najważniejszy był ogromny tor wyścigowy wytyczony na gołej darni.

Wyglądał imponująco. Wokół stały obozowiska całych klanów, namioty i naprędce sklecone chatki. Zgromadzeni ubrani byli w jaskrawe szkarłatne, niebieskie albo zielone stroje. Mężczyźni mieli na szyjach piękne złote torq4, kobiety pyszniły się najrozmaitszymi ozdobami. Niektórzy z mężczyzn wyróżniali się tatuażami, inni nosili długie, rozpuszczone włosy i wąsy, a jeszcze inni usztywniali włosy gliną i stawiali je wysoko na sztorc jak przed bitwą. Tu i tam stały wspaniałe wojenne rydwany. Konie trzymano w zagrodach. Przy ogniskach bardowie śpiewali swoje pieśni. A niedawno pojawiła się grupa żonglerów i akrobatów. W letnim powietrzu rozchodziły się dźwięki harf, kościanych gwizdków i dud, wszędzie unosił się lekki dym, który mieszał się z zapachem pieczonego mięsa i miodowych placków. A tuż przy torze na ceremonialnym wzniesieniu czuwał nad wszystkim król Leinsteru.

Wyspa składała się z czterech części. Na północy leżały tereny pradawnych plemion Ulaid, kraj wojowników. Na zachodzie rozciągała się kraina magicznych jezior i dzikich wybrzeży – nazywano ją ziemią druidów. Południe zajmowała Muma, znana z muzyki. To tu, jak mówi legenda, synowie Mila po raz pierwszy spotkali boginię Eriu. I wreszcie na wschodzie leżały żyzne pola i pastwiska ludów Lagin. Podział ten istniał od niepamiętnych czasów i już na zawsze miał się zachować w nazwach geograficznych: Ulster, Connacht, Munster i Leinster.

Ale życie na wyspie nigdy nie zastygało w bezruchu. W ciągu ostatnich kilku pokoleń wśród pradawnych plemion zaszły istotne zmiany. Ludy zamieszkujące północną część wyspy – Leth Cuinn, czyli „połowa głowy”, jak ją nazywano – wszczęły walki, żeby przejąć władzę nad częścią południową, Leth Moga. Powstała nowa prowincja centralna Meath i teraz ludzie mówili, że wyspa składa się z pięciu, a nie czterech krain.

W każdej prowincji wódz najpotężniejszego klanu rządził jako król. Czasem zdarzało się, że jeden z takich władców obwoływał się Najwyższym Królem i żądał, by inni to uznali i składali mu daniny.

* * *

Finbarr spojrzał na przyjaciela i pokręcił głową. Było wczesne przedpołudnie i Conall miał niedługo wystartować w wyścigu.

– Mógłbyś się chociaż uśmiechnąć – rzucił Finbarr. – Straszny z ciebie ponurak.

– Przykro mi, ale nie umiem inaczej.

Tak to bywa, gdy jesteś zbyt wysoko urodzony, pomyślał Finbarr. Bogowie ciągle na ciebie patrzą. W celtyckim świecie zawsze tak było. Krążące nad domem kruki albo łabędzie opuszczające jezioro zapowiadały śmierć wodza klanu. Błędna decyzja króla mogła wpłynąć na pogodę. A gdy byłeś księciem, to ledwie przyszedłeś na świat, już druidzi głosili przepowiednie dotyczące całego twojego życia. I nie było przed tym ucieczki.

Conall odpowiadał wyobrażeniom o księciu idealnym – był szczupły, ciemnowłosy, przystojny, miał wyraziste rysy i orli nos. I rzeczywiście był księciem. Conall, syn Morny. Jego ojciec był niezrównanym wojownikiem. Czyż nie dlatego pochowano go w kurhanie w pozycji stojącej, z twarzą zwróconą ku wrogom plemienia? W celtyckim świecie był to największy hołd złożony zmarłemu.

W rodzie ojca Conalla uważano, że noszenie czerwieni przez mężczyzn przynosi im nieszczęście. A to był dopiero początek kłopotów młodzieńca. On sam urodził się trzy miesiące po śmierci ojca. Już samo to czyniło go wyjątkowym. Matka była siostrą Najwyższego Króla, który został jego opiekunem. A to oznaczało, że oczy całej wyspy zwróciły się na niego. A później swoje dorzucili druidzi. Pierwszy położył przed paromiesięcznym dzieckiem kilka gałązek z różnych drzew, a ono wyciągnęło rączkę po leszczynę. „On będzie poetą, człowiekiem wielkiej wiedzy” – oznajmił druid. Drugi wygłosił nieco mroczniejszą przepowiednię: „Sprowadzi śmierć na znakomitego wojownika”. Ale rodzina uznała to za dobry omen, o ile dojdzie do tego na polu bitwy. Dopiero trzeci druid ogłosił trzy geisy, które miały towarzyszyć Conallowi już do końca życia.

Geisy, czyli zakazy. Książę albo wojownik, który im podlegał, musiał się mieć na baczności. Groźby w nich zawarte zawsze się spełniały. Na tym polegała ich straszliwa moc. A do tego, jak wiele kapłańskich przepowiedni, brzmiały zagadkowo, więc nie można było mieć pewności, co oznaczają. Były jak pułapki. Finbarr nie ukrywał radości, że nikt nie złożył na nim żadnego geisu. Na dworze Najwyższego Króla wszyscy wiedzieli, że przestrogi dla Conalla brzmią tak:

Śmierć nie przyjdzie po Conalla, dopóki on

nie złoży własnego odzienia w ziemi – to pierwszy zakaz.

Nie wypłynie na morze o wschodzie słońca – to drugi zakaz.

Nie przybędzie do Tary w czarnej mgle – to trzeci zakaz.

Pierwsze nie miało sensu. Co do drugiego, to musiał się jedynie pilnować. I wydawało się, że trzecie zaklęcie nigdy się nie ziści. Wokół Tary, siedziby Najwyższego Króla często unosiły się mgły, ale czarnej jeszcze nikt nie widział.

Conall był rozważnym młodzieńcem. Szanował rodzinną tradycję. Finbarr nigdy nie widział go w czerwonym ubraniu. Książę unikał nawet dotykania czerwonych przedmiotów. „Tak mi się wydaje – powiedział kiedyś Finbarr – że jak będziesz się trzymał z daleka od morza, to będziesz żył wiecznie”.

Zostali przyjaciółmi w dzieciństwie, gdy grupa myśliwych, a wśród nich mały Conall, zatrzymała się na odpoczynek w skromnej zagrodzie rodziców Finbarra. Chłopcy od razu przypadli sobie do gustu – najpierw odbyli pojedynek zapaśniczy, a potem, znalazłszy sobie kije i piłkę, zajęli się grą nazywaną przez wyspiarzy hurlingiem. Jakiś czas potem Conall zapytał, czy nie mógłby znowu pojechać do nowego kolegi, i zanim minął miesiąc, zostali bliskimi przyjaciółmi. W końcu na prośbę księcia Finbarr zamieszkał z rodziną królewską i zaczął się szkolić w wojennym rzemiośle. Chłopców połączyła wielka przyjaźń. Conall lubił wesołość i pogodę ducha Finbarra, a ten cenił mądrość i rozwagę młodego arystokraty.

Conall nie należał wprawdzie do najbardziej umięśnionych młodzieńców, ale w sporcie nie miał sobie równych. Biegał szybko jak jeleń. Gdy ścigali się na lekkich, dwukołowych rydwanach, jedynie Finbarr mógł za nim nadążyć. Włócznia rzucana przez Conalla szybowała niczym ptak, do tego ze śmiercionośną celnością. Młody książę obracał tarczą tak szybko, że wzrok nie mógł za nią nadążyć. A gdy uderzał swoim ulubionym lśniącym mieczem, to choć ciosy innych były silniejsze, jego ostrze spadało najszybciej. Obaj chłopcy byli też muzykalni. Finbarr lubił śpiewać, a Conall dobrze grał na harfie i obaj często zabawiali towarzystwo na ucztach u Najwyższego Króla. A król żartem płacił im za to tak, jakby byli wynajętymi grajkami. Wojownicy lubili i szanowali Conalla. Ci, którzy pamiętali Mornę, twierdzili zgodnie, że jego syn zapowiada się na takiego samego przywódcę.

Tyle że Conall – co bardzo dziwiło Finbarra – wcale nie chciał być przywódcą.

Miał zaledwie sześć lat, gdy zniknął po raz pierwszy. Matka szukała go przez całe popołudnie, aż w końcu, tuż przed zachodem słońca, wrócił do domu ze starym druidem, który oznajmił, że chłopiec był u niego.

– Spotkałem go w lesie – wyjaśnił Conall, jakby jego nieobecność była czymś zupełnie normalnym.

– I co z nim robiłeś przez cały dzień? – spytała matka, gdy starzec już poszedł.

– Rozmawialiśmy.

– O czym? – zdziwiła się.

– O wszystkim – odparł radośnie chłopiec.

Tak było przez całe dzieciństwo. Conall bawił się z rówieśnikami, a potem znikał. Czasem zabierał ze sobą Finbarra, wędrowali wtedy po lasach albo podążali brzegiem rzek i strumieni. Finbarr umiał naśladować śpiew ptaków. Conall bardzo to lubił. A sam znał nazwy niemal wszystkich roślin na wyspie. Ale czasem podczas takich wypraw Finbarr wyczuwał, że przyjaciel, choć darzy go uczuciem, woli być sam. Wracał więc do domu, a Conall spędzał pół dnia w samotności.

Conall zawsze zapewniał Finbarra, że jest szczęśliwy. Ale gdy się głęboko zamyślał, na jego twarzy pojawiał się smutek. A kiedy grał na harfie, melodia nagle robiła się dziwnie rzewna. „Oto nadchodzi człowiek, którego smutek wziął sobie za przyjaciela” – mawiał czule Finbarr, gdy Conall wracał ze swoich samotnych wędrówek. Ale książę wybuchał wtedy śmiechem, dawał przyjacielowi żartobliwego kuksańca i rzucał się do ucieczki.

Nic więc dziwnego, że gdy Conall w wieku siedemnastu lat stał się mężczyzną, inni młodzieńcy nazywali go z podziwem druidem.

Na wyspie były trzy grupy ludzi posiadających wiedzę. Najniżej w tej hierarchii stali bardowie, pieśniarze i bajarze, którzy zabawiali gości na ucztach. Górowali nad nimi filidzi, strażnicy genealogii, poeci, a nawet wróżbiarze. Jednak najwyższą kastę stanowili budzący lęk druidzi.

Podobno w odległej przeszłości, jeszcze przed przybyciem Rzymian, najwięksi, obdarzeni najgłębszą wiedzą druidzi mieszkali na sąsiedniej Brytanii i składali w ofierze nie tylko zwierzęta, ale także kobiety i mężczyzn. Ale to było dawno temu. Dziś druidzi żyli na zachodniej wyspie i nie było już nikogo, kto by pamiętał ostatnią ofiarę z ludzi.

Kształcenie druida trwało dwadzieścia lat. Po tym czasie miał on taką samą wiedzę jak bardowie i filidzi, ale oprócz tego był kapłanem, wiedział wszystko o świętych liczbach i zaklęciach, umiał rozmawiać z bogami. Druidzi składali ofiary i odprawiali ceremonie podczas zimowego przesilenia oraz innych dorocznych świąt. To oni wyznaczali dni zasiewów i dni uboju zwierząt. Nawet królowie nie ośmielali się niczego przedsięwziąć bez zasięgania rady druidów. Słowa rzucane przez nich w kłótni miały moc zadawania ran. A klątwy utrzymywały się przez kilkanaście pokoleń. Druidzi byli mądrymi doradcami, szanowanymi sędziami, nauczycielami obdarzonymi ogromną wiedzą, a gdy stawali się wrogami, budzili lęk.

Ale mieli też w sobie coś znacznie bardziej tajemniczego. Niektórzy z nich, tak jak szamani, umieli wchodzić w trans i przenosić się do innych światów. Potrafili nawet zamieniać się w zwierzęta albo ptaki. I Finbarr czasem się zastanawiał, czy Conall też przejawia te nadzwyczajne umiejętności.

Bo od dziecka spędzał z druidami dużo czasu. Mówiono, że zanim skończył dwadzieścia lat, miał większą wiedzę niż pozostali młodzieńcy szykujący się do stanu kapłańskiego. Takie zainteresowania nie były czymś dziwnym. Wielu druidów wywodziło się ze szlachetnych rodów, w przeszłości zdarzało się, że najwięksi wojownicy pobierali nauki u druidów albo filidów. Ale zaangażowanie Conalla i jego wiedza były niezwykłe. A do tego miał fenomenalną pamięć.

Jednak bez względu na to, co sam mówił, czuł się samotny, tak przynajmniej uważał Finbarr.

Kilka lat wcześniej książę ofiarował mu szczeniaka, co miało przypieczętować ich przyjaźń. Finbarr wszędzie go ze sobą zabierał. Nazwał go Cuchulainn na pamiątkę legendarnego herosa. Ale dopiero gdy szczeniak podrósł, mężczyzna zdał sobie sprawę z wartości podarunku. Bo Cuchulainn okazał się wspaniałym psem myśliwskim. Jednym z tych, po które na wyspę przybywali kupcy z odległych krajów i za które gotowi byli płacić sztabkami srebra albo rzymskimi monetami. Zwierzę było wprost bezcenne. Nie odstępowało Finbarra na krok.

– Jeśli kiedykolwiek coś mi się stanie – powiedział kiedyś Conall – Cuchulainn będzie ci przypominał o mnie i o naszej przyjaźni.

– Będziesz moim przyjacielem do końca życia – zapewnił go Finbarr. – I to ja umrę pierwszy.

Nie mógł się odwdzięczyć księciu podarunkiem podobnej wartości, więc starał się być tak wierny i lojalny wobec Conalla, jak Cuchulainn był wierny i lojalny wobec niego.

Conall miał też inną umiejętność. Umiał czytać.

Wyspiarze znali pismo. Wielu kupców przybywających z Brytanii i z Galii potrafiło czytać. Na używanych przez nich rzymskich monetach widniały łacińskie litery. Finbarr znał paru piśmiennych bardów i druidów. Kilka pokoleń wstecz wyspiarscy uczeni wykorzystali łacińskie spółgłoski i samogłoski i wymyślili własne, proste pismo, które miało służyć do rycia pamiątkowych napisów na słupach i stelach. Ale choć tu i tam widywało się takie kamienie pokryte dziwnymi kreskami, czyli ogamami, które wyglądały jak nacięcia na raboszu, pismo celtyckie nigdy nie stało się szeroko znane. I nie używano go też do utrwalania duchowego dziedzictwa wyspy.

– Co akurat łatwo da się wytłumaczyć – powiedział kiedyś Conall. – Wiedza druidów jest tajemnicą. Niepowołane osoby nie powinny mieć do niej dostępu. To by wzbudziło gniew bogów.

– A przy okazji kapłani straciliby swoją tajemną władzę – zauważył Finbarr.

– To możliwe. Ale jest też inny powód. Mocną stroną naszych uczonych, bardów, filidów i druidów jest wyjątkowa pamięć. Gdybyśmy spisali naszą wiedzę, to nie musielibyśmy jej pamiętać i nasza pamięć by osłabła.

– To po co nauczyłeś się czytać? – spytał Finbarr.

– Z ciekawości – odpowiedział Conall, jakby to było czymś oczywistym. – Poza tym – dodał z uśmiechem – ja nie jestem druidem.

Te słowa często dźwięczały echem w umyśle Finbarra. To jasne, że jego przyjaciel nie jest druidem. Ale… Bo czasem, gdy Conall śpiewał z zamkniętymi oczami albo gdy wracał ze swoich samotnych wędrówek z nieobecnym, melancholijnym wyrazem twarzy, jakby trwał w jakimś śnie, Finbarr nie mógł się opędzić od myśli, że jego przyjaciel przekroczył… granicę do innego świata.

Dlatego nie zdziwił się specjalnie, gdy pod koniec wiosny Conall wyznał:

– Chciałbym sobie zgolić włosy jak druidzi.

Druidzi nosili tonsury wygolone przez czubek głowy od jednego ucha do drugiego. W ten sposób zyskiwali wysokie, zaokrąglone czoła. Ale gdy jakiś druid miał już z przodu naturalną łysinę, wtedy tonsura była ledwo widoczna. Conall miał gęste włosy, więc jego tonsura wyglądałaby jak ciemny ślad nad brwiami w kształcie litery V.

Druid z książęcego rodu nie był czymś niezwykłym. Wielu wyspiarzy uważało wręcz, że stan kapłański stoi wyżej niż królowie.

Finbarr spojrzał z troską na przyjaciela.

– A co na to Najwyższy Król? – spytał.

– Trudno powiedzieć. Żałuję, że moja matka była jego siostrą.

Finbarr dobrze znał matkę Conalla, wiedział o jej oddaniu dla zmarłego męża, o jej determinacji, by syn podążył śladem ojca i został wielkim wojownikiem. Dwa lata temu na łożu śmierci błagała Najwyższego Króla, by uczynił wszystko dla zachowania rodu Morny.

– Druidom wolno się żenić – zauważył Finbarr. Co więcej, godność druida często przechodziła z ojca na syna. – I mieć dzieci, które zostaną wojownikami.

– To prawda – przyznał Conall. – Ale Najwyższy Król może uważać inaczej.

– A gdyby druidzi chcieli cię do siebie przyjąć, to król mógłby ci zabronić?

– Jeśli druidzi uznają, że król sobie tego nie życzy, to nawet nie będą prosić.

– Co więc zrobisz?

– Zaczekam. Może uda mi się ich przekonać.

Miesiąc później król wezwał do siebie Finbarra.

– Jesteś najbliższym przyjacielem mojego siostrzeńca – oznajmił. – Wiesz, że on chce zostać druidem? – Finbarr skinął głową. – W takim razie dobrze by było, gdyby zmienił zdanie. – To wszystko. Ale Najwyższy Król nie musiał mówić nic więcej.

* * *

Nie chciała tu przyjeżdżać. Z dwóch powodów. Pierwszy wynikał z egoizmu, Deirdre dobrze to wiedziała. Nie chciała opuszczać rodzinnego domu.

Było to dziwne miejsce, ale darzyła je miłością. Pośrodku wschodniego wybrzeża uchodziła do morza rzeka, która od swoich źródeł w górach Wicklow płynęła najpierw na południe, a potem zakręcała szeroko i wpadała do dużej zatoki między dwoma cyplami. W oczach Deirdre zatoka wyglądała jak Eriu, bogini ziemi, matka wyspy, rozkładająca ramiona na przywitanie morza. W głębi lądu rzeka tworzyła rozległą nieckę znaną jako równina Liffey. Była to rzeka kapryśna, skłonna do nagłych wybuchów. Gdy wpadała w gniew, jej wezbrane wody pędziły jak szalone, zabierając wszystko na swojej drodze. Ale takie napady wściekłości zdarzały się rzadko. Na ogół nurt był spokojny, rzeka szeptała cicho i melodyjnie. Gładkie wody fal pływowych, zalesione moczary, okolone murawą przybrzeżne równiny błotne – w ujściu panowała łagodna cisza przerywana jedynie odległymi okrzykami mew, świergotem kulików i szelestem skrzydeł czapli szybujących ponad usłanym muszlami brzegiem.

Z wyjątkiem kilku rzadko rozrzuconych zagród, nad którymi nadzór sprawował ojciec Deirdre, okolica była bezludna. Tutejszy krajobraz miał dwie charakterystyczne cechy. Pierwsza była dziełem człowieka. Oto przed szerokim na półtora kilometra ujściem rzeki, w najpłytszym miejscu, na osadzonych na palach i połączonych ze sobą ramach z plecionką powstał drewniany trakt, który przecinał bagna i docierał do twardego, północnego brzegu. Stąd nazwa Ath Cliath, wymawiana jak „ał klija”, w miejscowym celtyckim oznaczająca „bród na grobli”.

Druga cecha była dziełem natury. Deirdre stała na wschodnim krańcu niskiego grzbietu górskiego, biegnącego nad brodem wzdłuż południowego brzegu. Poniżej wpadał do rzeki płynący z południa strumień. Nieco wcześniej, na styku z małym wzniesieniem, strumień tworzył zakręt, w którym powstał ciemny, głęboki zbiornik wodny. Nazywano go Czarnym Stawem, Dubh Linn. Co brzmiało jak „duw lin”.

Okolica miała dwie nazwy, ale była niezamieszkana. Na zboczach gór Wicklow już od niepamiętnych czasów istniały ludzkie osiedla. Na wybrzeżu, na północ i na południe od ujścia rzeki, leżały wioski rybackie i małe przystanie. Ale nadrzeczne mokradła, choć Deirdre tak kochała ich milczące piękno, nie zachęcały do osadnictwa.

Dubh Linn stanowił pogranicze, ziemię niczyją. Na północ, na południe i na zachód od ujścia ciągnęły się terytoria potężnych wodzów i choć od czasu do czasu któryś z nich obwieszczał swoje zwierzchnictwo nad podmokłą równiną, to tak naprawdę żaden nie był tym terenem zainteresowany. Dzięki temu Fergus, ojciec Deirdre, mógł być tu niekwestionowanym naczelnikiem.

Jego terytorium, choć prawie bezludne, miało swoje znaczenie, tu bowiem krzyżowały się ważne szlaki. Biegnące z północy i z południa slige, czyli stare, wykarczowane w gęstych lasach drogi, spotykały się przy brodzie. Na zachód szła pradawna Slige Mhor, Wielka Droga. Fergus nie tylko był stróżem rozstajów, ale też w swoim domu oferował podróżnym zwyczajową gościnę.

Kiedyś przejeżdżało tędy więcej ludzi. Morze ciągnące się za zatoką przypominało wielkie jezioro oddzielające dwie wyspy i od stuleci tutejsze plemiona handlowały ze sobą, zawierały małżeństwa i przesiedlały się z miejsca na miejsce. Gdy potężne rzymskie imperium opanowało wschodnią wyspę – nazwano ją Brytanią – na mniejszą przybyli rzymscy kupcy. Założyli na wybrzeżu niewielkie faktorie i czasem zapuszczali się aż do ujścia. Deirdre wiedziała, że kiedyś wylądowały tu też rzymskie oddziały i powstał obóz warowny. Istniało nawet zagrożenie, że zdyscyplinowani legioniści opanują zachodnią wyspę. Ale ten zamiar się nie powiódł. Odpłynęli, zostawiając magiczne ziemie w spokoju. Deirdre była z tego dumna. Dumna z kraju i ludu Eriu, który zachował pradawne zwyczaje i nigdy się nie poddał.

Teraz jednak rzymskie imperium było w odwrocie. Wdzierały się do niego barbarzyńskie plemiona, złupiono stolicę cesarstwa. Legiony opuściły Brytanię, rzymskie placówki handlowe opustoszały.

Część odważniejszych wodzów z zachodniej wyspy umiała wykorzystać te zmiany. Bezbronna Brytania stała się ofiarą najazdów i do grodów Eriu płynęło złoto, srebro i niewolnicy. Ale te wyprawy wyruszały z portów leżących nieco dalej na północ. W ujściu Liffey ustał ruch i handel, mimo że czasem pojawiali się tu jacyś kupcy.

Domostwo Fergusa, syna Fergusa, składało się z kilku chat i szop – jedne były kryte strzechą, inne darnią – ustawionych na zboczu kolistego terenu otoczonego płotem i wałem ziemnym. Takie grodziska pierścieniowe – bo tak brzmiała ich prawidłowa nazwa – powstawały na wyspie coraz liczniej. W miejscowym języku celtyckim nazywano je rath. Rath Fergusa był w zasadzie większą wersją zwykłego obejścia gospodarskiego, często widywanego na bardziej żyznych połaciach wyspy. Stał tu niewielki chlew, zagroda dla bydła, spichrz i dwa budynki mieszkalne – jeden okazalszy, a drugi mały. Prawie wszystkie zabudowania miały okrągły kształt i mocne ściany z plecionki. W obejściu było wystarczająco dużo miejsca dla rodziny Fergusa, dla pastucha i jego rodziny, dla barda – bo naczelnik, dbając o swój status, miał własnego barda, który odziedziczył tę funkcję po ojcu i dziadku – i oczywiście dla zwierząt gospodarskich. Choć rzadko się zdarzało, by wszyscy przebywali w gospodarstwie jednocześnie, to i tak łatwo by się wtedy pomieścili, bo ludzie byli przyzwyczajeni do spania w jednym pomieszczeniu. Tak właśnie wyglądał rath Fergusa usytuowany na niewielkim wzniesieniu nad brodem. Do jego majątku należało jeszcze zaliczyć młyn wodny nad strumieniem oraz przystań nad rzeką.

Drugi powód, dla którego Deirdre nie chciała się pojawić w Carmun, dotyczył jej ojca. Bała się, że Fergus zostanie zabity.

Fergus, syn Fergusa. Pradawne wyspiarskie społeczeństwo miało ściśle ustaloną hierarchię obejmującą wiele klas. Każda klasa, od króla przez druidów aż po niewolników, miała własny derbfine – system określający zasady przynależności i zasady dziedziczenia – oraz własną cenę krwi w wypadku śmierci lub obrażeń. Każdy człowiek znał swoją rangę i rangę swoich przodków. A Fergus był naczelnikiem.

Wśród mieszkańców rzadko rozrzuconych zagród, których nazywał swoim plemieniem, cieszył się szacunkiem i uchodził za dobrotliwego, choć skorego do wybuchów przywódcę. Na pierwszy rzut oka wysoki naczelnik sprawiał wrażenie człowieka milczącego i powściągliwego. Ale gdy spotykał jakiegoś gospodarza winnego mu posłuszeństwo albo pastucha, należało się spodziewać długiej i wyczerpującej rozmowy. Przede wszystkim jednak ten stróż brodu na grobli lubił poznawać nowych ludzi, bo wszystko go ciekawiło. Podróżny, który zawitał do Ath Cliath, mógł zawsze liczyć na sutą gościnę, ale dopóki Fergus nie uznał, że wydobył z niego ostatnie skrawki informacji o nim samym i o świecie, a potem sam się nie nagadał, nie było co marzyć o wyruszeniu w dalszą drogę.

Gościowi, który zaskarbił sobie szczególne względy, Fergus proponował wino, a potem podchodził do stołu, na którym trzymał swoje najcenniejsze skarby, i wracał, niosąc ze czcią jakiś jasny przedmiot. Była to misternie obrobiona ludzka czaszka. Górną część starannie odcięto, a brzeg obramowano złotem. Czaszka miała niewielki ciężar. Kość była gładka jak skorupka jaja. Puste oczodoły patrzyły obojętnie, jakby przypominały, że wszyscy ludzie będą musieli zejść z tego świata, podobnie jak dawny właściciel czaszki. Szeroki uśmiech zdawał się mówić, że w pewnym sensie śmierć nie ma znaczenia – bo wszyscy wiedzieli, że siedząc wokół domowego paleniska, mają do towarzystwa duchy zmarłych.

– To jest głowa wojownika Erca – mówił z dumą Fergus. – Zabił go mój dziadek.

Deirdre na zawsze zapamiętała ten dzień, gdy nieopodal zagrody przejeżdżała grupka wojowników. Na południu dwa klany stoczyły ze sobą bitwę i po walce mężczyźni wracali na północ. Było ich trzech i wszyscy wydali jej się ogromni. Dwóch miało długie wąsy, a trzeciemu sterczał na wygolonej głowie grzebień z postawionych na sztorc włosów. Powiedziano jej, że te przerażające postacie to wojownicy. Ojciec przywitał ich ciepło i zaprosił do środka. I wtedy Deirdre ujrzała makabryczny widok: przez zad jednego z koni przerzucony był rzemień z przywiązanymi trzema ludzkimi głowami. Krew na szyjach zamieniła się w ciemną skrzeplinę, szeroko otwarte oczy patrzyły przed siebie, choć nic nie widziały. Przyglądała im się ze zgrozą i fascynacją. A kiedy wbiegła do domu, ojciec wznosił toast czaszką ze złotym brzegiem.

Wkrótce miała się dowiedzieć, że czaszkę należy traktować z czcią i szacunkiem. Tak samo jak tarcza i miecz ojca, była symbolem dumnej przeszłości rodu. Przodkowie Deirdre byli wojownikami, godnymi towarzyszami książąt i herosów, a nawet samych bogów. Czy bogowie w swoich jasnych pałacach także pijali z takich czaszek? Była przekonana, że tak. Bo czy bogowie mogli pić inaczej niż bohaterowie? Jej rodzina władała niewielkim terytorium, ale ona nosiła dumnie głowę, miała bowiem przed oczami miecz, tarczę i obramowaną złotem czaszkę.

Deirdre pamiętała z dzieciństwa rzadkie wybuchy ojcowskiego gniewu. Zdarzały się, gdy ktoś próbował Fergusa oszukać albo nie okazał mu należnego szacunku. Potem jednak doszła do wniosku, że ta złość była niekiedy udawana, zwłaszcza gdy ojciec negocjował sprzedaż albo zakup bydła. Nie przeszkadzały jej ani ojcowskie wybuchy, ani wściekłe ryki, które im towarzyszyły. Mężczyzna, który nigdy nie wpadał w gniew, nigdy nie był gotowy do walki, nie był prawdziwym mężczyzną. Życie bez takich okazjonalnych napadów wydawało się nudne, pozbawione naturalnej ekscytacji.

Ale w ciągu ostatnich trzech lat po śmierci matki zaszła pewna zmiana. Ojciec stracił chęć do życia, zaniedbywał obowiązki, częściej wybuchał złością i wdawał się w kłótnie właściwie bez powodu. Rok temu omal nie pobił się z młodym szlachcicem, który ośmielił mu się sprzeciwić w jego własnym domu. Do tego doszło picie. Dawniej nawet podczas wielkich uczt ojciec raczej unikał trunków. Ale od kilku miesięcy on i bard coraz częściej pili obficie wieczorami, a przy paru takich okazjach przygnębienie Fergusa zamieniało się w atak wściekłości, za który wprawdzie przepraszał następnego dnia, ale niemiłe wrażenie pozostawało. Po śmierci matki Deirdre z dumą zajęła miejsce najważniejszej kobiety w domu i w skrytości ducha miała nadzieję, że ojciec nie weźmie sobie nowej żony. Ale od jakiegoś czasu przychodziło jej do głowy, że byłoby to dobre rozwiązanie. A wtedy, myślała, ja też będę musiała wyjść za mąż, bo w domu nie będzie miejsca dla dwóch kobiet. Choć taka perspektywa wcale jej nie cieszyła.

Czasem zastanawiała się, czy ojciec nie ma innych powodów do zmartwień. Nigdy o tym nie wspominał – duma mu nie pozwalała – ale podejrzewała, że Fergus żyje ponad stan. Wydawało się to mało prawdopodobne, bo na wyspie we wszystkich transakcjach płaciło się bydłem, a Fergus miał duże stada. Wiedziała jednak, że obiecał jakiemuś kupcowi swoją najcenniejszą pamiątkę rodową – złoty torq noszony na szyi jak talizman i będący oznaką wodzowskiej pozycji. Wytłumaczył to wtedy dość prosto: „Kupiec dał mi bardzo dobrą cenę. A za kilka lat będę miał tyle bydła, że z łatwością odkupię naszyjnik. Robię to, co mi się opłaca” – dorzucił szorstko. Owszem, ojciec należał do najlepszych hodowców bydła w całym Leinsterze, lecz te słowa jej nie przekonały. Zwłaszcza że w ciągu ostatniego roku kilkakrotnie pomrukiwał coś o długach, choć nie umiała się domyślić, o co mu chodzi. A trzy miesiące temu wydarzyło się coś, co przeraziło ją nie na żarty. Oto pojawił się u nich człowiek, którego wcześniej nie widziała na oczy, i przed wszystkimi domownikami ordynarnie oznajmił, że Fergus jest mu winien dziesięć krów i że dla własnego dobra powinien natychmiast spłacić zobowiązanie. Deirdre nigdy nie widziała ojca tak rozsierdzonego, lecz podejrzewała, że ta złość wynikała z upokorzenia, gdy sprawa wyszła na jaw. Ojciec odmówił, ale wierzyciel wrócił po tygodniu z dwudziestką uzbrojonych mężczyzn i zabrał nie dziesięć, lecz dwadzieścia sztuk bydła. Fergus niemal wpadł w szał i poprzysiągł srogą zemstę. Oczywiście nie spełnił groźby, ale od tamtego czasu jego napady złego humoru coraz trudniej było znieść. A w tym tygodniu już dwa razy uderzył jednego z niewolników.

Dlatego Deirdre zachodziła w głowę, czy przypadkiem na wielkim zgromadzeniu w Carmun nie ma innych osób, u których ojciec się zadłużył. To możliwe. Najbardziej obawiała się, że ojciec uzna, iż ktoś go obraził, albo po pijanemu znajdzie sobie jakiś inny powód do awantury. Bo podczas świątecznych obchodów obowiązywała żelazna zasada: żadnych bijatyk. Ten zakaz był koniecznością przy tak wielkiej liczbie rywalizujących w zawodach i ucztujących. Wzniecanie niepokojów było niewybaczalną obrazą samego króla. Król mógłby za to zabić, a druidzi, bardowie i wszyscy pozostali przyznaliby mu rację. W inne dni wolno było pokłócić się z sąsiadem albo wyprawić się po cudze bydło, jeśli oznaczało to podjęcie honorowej walki. Ale podczas święta Lughnasa za coś takiego ryzykowało się głowę.

Deirdre wiedziała, że w obecnym stanie ojciec gotów jest wdać się w bijatykę. I co wtedy? Drobny kacyk z mało znanego Dubh Linn nie mógłby liczyć na żadną łaskę. Ta myśl przyprawiała ją o drżenie. Przez miesiąc próbowała go przekonać, żeby nie jechali na święto. Ale bez skutku. Fergus był zdecydowany. A do tego zamierzał zabrać ze sobą córkę i dwóch młodszych synów.

– Mam tam coś ważnego do załatwienia – oznajmił, ale nie chciał powiedzieć, co to miało być.

Dlatego była zupełnie nieprzygotowana na to, co się wydarzyło dzień przed odjazdem. O świcie ojciec poszedł z braćmi na ryby i wrócił wczesnym przedpołudniem.

Fergusa dało się rozpoznać nawet z dużej odległości, czy to na wzgórzach, gdzie zajmował się bydłem, czy nad rzeką, gdy wychodził na połów. Jego wysoka postać przesuwała się z niespieszną łatwością, jakby długimi, powolnymi krokami połykała przestrzeń. Idąc, nie zwykł rozmawiać, a gdy wędrował po okolicy, w jego postawie i zachowaniu było coś, co mówiło, że uważa za swoją własność nie tylko okoliczne tereny, ale i całą wyspę.

Zbliżał się od strony łąki, trzymał w dłoni długi kij, synowie szli posłusznie za nim. Jego twarz z krzaczastymi wąsami i długim nosem była czujna i zamyślona nawet we śnie, co Deirdre przywodziło na myśl starego, mądrego łososia. Gdy wszyscy trzej podeszli bliżej, ojciec uśmiechnął się szeroko.

– I co, ojcze, złowiłeś coś? – spytała.

Ale on, zamiast odpowiedzieć, rzucił pogodnie:

– Wyruszamy jutro, żeby poszukać ci męża.

* * *

Dla kowala Goibniu te dziwne rzeczy zaczęły się pewnego poranka przed miesiącem. Nawet nie umiał sobie przypomnieć, co się tamtego dnia wydarzyło. Ale przecież wszyscy wiedzieli, że w okolicy mieszka mnóstwo duchów.

Najświętszą rzeką na wyspie była Boyne. Uchodziła do morza o jeden dzień drogi na północ od Dubh Linn, a władzę nad leżącymi nad nią ziemiami sprawował król Ulsteru. Boyne płynęła wolno i łagodnie przez najżyźniejsze ziemie na wyspie, a jej wody obfitowały w łososie. Było jednak pewne miejsce, którego bali się wszyscy – położone na niskim wzniesieniu górującym nad północnym brzegiem. Stały tam prastare kurhany.

Był pogodny poranek, gdy Goibniu znalazł się przy jednym z nich. Zawsze tamtędy przechodził, gdy był w okolicy. Wielu ludzi bało się tego zakątka, ale nie on. Daleko na zachodzie widać było wierzchołek Tary, królewskiego wzgórza. Goibniu spojrzał w dół, gdzie łabędzie sunęły łagodnie po rzece. Ścieżką nad brzegiem szedł mężczyzna z sierpem. Gdy zauważył Goibniu, skinął niechętnie głową, a kowal odwzajemnił gest z drwiącą uprzejmością.

Goibniu – co brzmiało jak „gownju” – nie cieszył się szczególną sympatią. Nie był wysoki, ale bystrość umysłu i niespokojny wzrok dawały mu przewagę w każdym towarzystwie. Jego twarz nie robiła dobrego wrażenia. Wystający podbródek, obwisłe wargi i niemal stykający się z nimi czubek nosa, wyłupiaste oczy i wysokie czoło z rzedniejącymi włosami – już samo to wystarczało, by łatwo zapadał w pamięć. A do tego w młodości stracił w walce oko – teraz było ono ciągle zamknięte, a drugie patrzyło na świat z przerażającym zezem. Niektórzy powiadali, że Goibniu miał zeza, zanim jeszcze utracił oko. W każdym razie ludzie dali mu przezwisko Balar – tak jak się nazywał zły jednooki władca Fomorian, legendarnego plemienia ohydnych olbrzymów – o czym Goibniu dobrze wiedział. I nawet go to bawiło. Ludzie go nie lubili, ale się go bali. Co miało swoje zalety.

Bali się nie bez powodów. I nie chodziło o to wszystkowidzące oko, tylko o umysł, który się za nim krył.

Goibniu był ważną postacią. Jako jeden z najlepszych mistrzów rzemiosła cieszył się, pomimo prostackiego imienia, szlacheckim statusem. Znany był jako kowal – i nikt na całej wyspie nie umiał wykuwać lepszej broni niż on – ale obrabiał też cenne kruszce. Kwoty, które najznamienitsi dostojnicy płacili za jego złote ozdoby, uczyniły go bogaczem. Sam Najwyższy Król zapraszał go do siebie na uczty. Jednak największy podziw budziły jego spryt i przebiegły umysł. Potężni wodzowie, a nawet druidzi, zwracali się do niego po radę. „Goibniu jest mądry – mawiali, ale potem dorzucali cicho: – I lepiej mieć go za przyjaciela niż za wroga”.

Teraz za plecami miał największy kurhan. Takie owiane tajemnicą kopce spotykało się na wyspie często. Wyspiarze nazywali je sid – co wymawiali jako „szi”.

Po tym akurat widać było upływ czasu. W wielu miejscach strome ściany osunęły się i pokryły darnią. Budowla nie wyglądała już jak cylinder z wypukłym dachem, tylko jak pagórek z kilkoma wejściami. Pokrycie z kwarcu, w którym dawniej odbijało się słońce, prawie całe odpadło i przed dawnymi drzwiami leżało teraz małe osuwisko jasnych metalicznych kamieni. Goibniu stanął twarzą do kurhanu.

Mieszkali tu Tuatha De Danaan. W kurhanie miał swoją siedzibę Dagda, dobrotliwy bóg słońca. A wszystkie sidy rozsiane po wyspie były wejściami do boskich zaświatów. Te opowieści znali wszyscy. Najpierw na wyspę przybyło jedno plemię, a potem następne. Bogowie, olbrzymy, niewolnicy – ich duchy krążyły po okolicznych ziemiach jak obłoki mgły. Ale największą chwałą cieszyli się Tuatha De Danaan, ród bogini Anu – albo Danu – bogini bogactwa i rzek. Wojownicy i myśliwi, poeci i rzemieślnicy – powiadano, że przybyli na wyspę, dosiadając chmur. To do nich należał złoty wiek. I to właśnie ich spotkali synowie Mila, gdy dobili do wybrzeży. I jedna z nich, bogini Eriu, przyrzekła synom Mila, że będą tu żyli po wsze czasy, jeśli nadadzą wyspie jej imię. To wszystko wydarzyło się dawno temu. Nikt nie wiedział kiedy. Potem stoczono wiele bitew. Aż wreszcie Tuatha De Danaan opuścili świat żywych i zeszli do podziemia. I wciąż tam mieszkali – pod jeziorami, pod wzgórzami oraz daleko, daleko za morzem, na legendarnych Wyspach Zachodnich, gdzie ucztowali we wspaniałych dworach.

Jednak Goibniu w to wątpił. Wiedział, że kopce zbudowali ludzie. A do tego ich konstrukcja nie różniła się specjalnie od budowli z ziemi i kamienia wznoszonych obecnie. Ale skoro Tuatha De Danaan schronili się pod kopcami, to znaczy, że kurhany musiały powstać w tamtych dawnych czasach. Czyżby zbudowało je boskie plemię? Goibniu uważał, że to prawdopodobne. Może i wywodzili się od bogini, ale byli też ludźmi. Ale jeśli się nie mylił, to należało zauważyć jeszcze jedną dziwną rzecz. Otóż na rzeźbionych głazach przy starych kurhanach znajdowały się takie same ornamenty jak na metalowych wyrobach wytwarzanych dzisiaj. Na bagnach i w innych miejscach natykano się też na pięknie obrobione złote przedmioty, które według Goibniu musiały być stare i które miały podobne zdobienia. Kowal dobrze się na tym znał. Czy napływające plemiona jedynie kopiowały wzory pozostawione przez ród bogini Danu? A może, co było bardziej prawdopodobne, jacyś członkowie rodu pozostali na ziemi i przekazywali swoje umiejętności dalej? Krótko mówiąc, czy całe plemię, niech będzie że z boskim rodowodem, naprawdę zniknęło pod ziemnymi kurhanami?

Goibniu wpatrywał się w sid. Zwłaszcza jeden kamień zawsze przyciągał jego uwagę. Był to wielki głaz, prawie dwumetrowy, który kiedyś stał przed wejściem. Kowal podszedł do niego.

Ciekawe. Wijące się linie tworzyły na nim kilka wzorów, ale najbardziej rzucały się w oczy duże potrójne spirale. Tak jak zawsze, gdy tu zaglądał, przesunął dłońmi po kamieniu. Palce podążały wzdłuż zagłębień, szorstka powierzchnia głazu dawała w upale przyjemny chłód. Największa spirala była podwójna, wyglądała jak dwa splecione węgorze z głowami w środku. Gdy się podążało wzdłuż zwojów na zewnątrz, dochodziło się do drugiej spirali na dole, także podwójnej. Najmniejsza spirala, pojedyncza, spoczywała na wirujących ramionach dwóch pozostałych, lekko ich dotykając. Zewnętrzne zwoje spirali wylewały się niczym fale zalewowe na plaży i wijącymi się rzekami opływały cały kamień.

Co mogły oznaczać? Co symbolizował trójlistny ornament? Trzy spirale, połączone ze sobą, a jednocześnie niezależne, schodzące do centrum i wylewające się na zewnątrz ku nieskończonej nicości. Były symbolem słońca, księżyca i ziemi? Czy może trzech świętych rzek z na wpół zapomnianego świata?

Kiedyś spotkał szaleńca rysującego taki wzór. Było to o tej samej porze roku, tuż przed żniwami, kiedy resztki starego ziarna pokrywają się pleśnią, a biedacy, którzy je zjadają, zaczynają się dziwnie zachowywać i mają intensywne sny. Goibniu natknął się na takiego nad brzegiem morza. Nieszczęśnik był sam, patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem, w ręce trzymał zniszczoną laskę i rysował nią na piasku spirale takie jak te. Głupiec czy mędrzec? Goibniu wzruszył ramionami. Kto to wie? Zresztą jeden nie różni się od drugiego.

W porannej ciszy przesuwał palcami po wyżłobieniach. Jedno było pewne. Goibniu miał wrażenie, że ten, kto wyrył te spirale, czy był z ludu Tuatha Da Danaan, czy nie, jest jego bratem w rzemiośle. Dla innych ludzi sid był miejscem strasznym i ponurym, ale nie dla niego. Lubił te kamienne kosmiczne spirale.

I wtedy doznał czegoś dziwnego. Nie dało się tego nazwać słowem. Było jak echo w umyśle.

Zbliżały się obchody święta Lughnasa. Kowal postanowił wcześniej, że w tym roku nie pojedzie na wyścig do Carmun. Jednak teraz, gdy stał przy głazie ze spiralami, nawiedziło go przeczucie, że jednak powinien się tam udać. Nie wiedział jednak dlaczego.

Zaczął się wsłuchiwać. Wokół panowała cisza. Ale ta cisza wydawała się znacząca, jakby kryła w sobie wiadomość niesioną z daleka przez posłańca, wiadomość, która wyłaniała się nad horyzontem jak chmura. Goibniu był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, nie ulegał dziwnym nastrojom ani omamom. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że od czasu do czasu, gdy wędrował po wyspie, docierały do niego dziwne znaki, których nie umiał wytłumaczyć. Czekał. I znów to echo, jak na wpół zapomniany sen. Miał wrażenie, że w Carmun wydarzy się coś niezwykłego.

Wzruszył ramionami. Może to nic nie znaczy, ale takich rzeczy nie wolno lekceważyć. Spojrzał na południe. No cóż, pojedzie na święto Lughnasa do Carmun. Kiedy to ostatnio był na południu? W zeszłym roku, gdy szukał złota w górach koło Dubh Linn. Uśmiechnął się. Kochał złoto.

A potem zmarszczył czoło. Przypomniał sobie coś jeszcze z tamtej podróży. Przeprawiał się przez rzekę przy brodzie na grobli. Był tam taki wielkolud. Fergus. Goibniu pokiwał głową w zadumie. I ten wielkolud miał u niego dług wart dwadzieścia sztuk bydła. Termin spłaty dawno już minął. Na myśl o tym niesłownym kacyku kowal poczuł złość. Ciekawe, czy Fergus też się wybiera na święto.

* * *

Podróż do Carmun nie sprawiła Deirdre żadnej przyjemności. Wyruszyli z Dubh Linn o świcie, kiedy padała drobna mżawka. Nie było ich dużo: Deirdre, jej ojciec, bracia, bard i młodszy niewolnik z Brytanii. Mężczyźni dosiadali koni, ona i niewolnik jechali na wozie. Ich konie były niskie i krępe – w późniejszych czasach będzie się je nazywać kucami – ale poruszały się zwinnie i cechowały wytrzymałością. Do zmroku mieli pokonać prawie całą odległość, a na miejsce dotrzeć następnego dnia.

To nie deszcz jej przeszkadzał. Mieszkańcy wyspy nawet nie zwracali uwagi na taką mżawkę. Gdyby zapytać Fergusa, jaka jest pogoda, z pewnością by odpowiedział: „Mamy przyjemny dzień”. Deirdre włożyła na drogę zwyczajne ubranie: wełnianą suknię w kratę, lekką pelerynę spiętą na ramieniu i skórzane sandały. Jej ojciec miał na sobie tunikę z pasem i pelerynę. I tak jak większość mężczyzn na wyspie gołe nogi.

Przez jakiś czas jechali w milczeniu. Przekroczyli bród. Legenda mówiła, że groblę wzniesiono dawno temu na rozkaz jakiegoś jasnowidza. Ale teraz to Fergus jako miejscowy naczelnik powinien utrzymywać przeprawę w dobrym stanie. Były to właściwie plecione tratwy połączone w odpowiednich miejscach za pomocą drągów i obciążone ciężkimi kamieniami – grobla była na tyle solidna, że zmywały ją dopiero duże powodzie. Na drugim brzegu, gdzie przeprawa biegła po podmokłym gruncie, pod wozem zarwał się kawałek przegniłej plecionki.

– Trzeba będzie się tym zająć – mruknął ojciec z roztargnieniem, ale Deirdre wiedziała, że upłynie pewnie kilka tygodni, zanim uszkodzenie zostanie naprawione.

Minąwszy bród, skierowali się na zachód i podążyli w górę Liffey. Na obu brzegach rzeki rosły wierzby. Tam gdzie grunt był suchy, pojawiały się gęsto jesiony i powszechne na całej wyspie dorodne dęby. Dair – tak dąb nazywał się w języku Celtów. Brzmiało to trochę jak „deri”. Gdy tak wędrowali leśnym traktem, deszcz ustał i wyszło słońce. Minęli dużą polanę. Dopiero gdy znów wjechali w las, Deirdre postanowiła się odezwać.

– Jakiego więc męża dostanę?

– Zobaczymy. Takiego, który spełni wszystkie warunki.

– A jakież to warunki?

– Należne jedynej córce naszej rodziny. Twój mąż ożeni się z prawnuczką wojownika Fergusa. Rozmawiał z nim sam Nuada ze Srebrną Ręką5. Pamiętaj o tym.

Jakżeby mogła o tym zapomnieć! Przecież słyszała tę opowieść, zanim jeszcze nauczyła się chodzić. Nuada ze Srebrną Ręką, ten, który stwarza chmury. W Brytanii, gdzie przedstawiano go jako rzymskiego Neptuna, wzniesiono mu wielką świątynię nad rzeką Severn. Jednak na zachodniej wyspie uznano go za jednego z Dananian, a królowie tej części wyspy uważali go za swojego przodka. Nuada zapałał szczególną sympatią do jej pradziadka. Jej przyszły mąż będzie musiał się z tym liczyć. Podobnie jak z całym rodzinnym dziedzictwem. Spojrzała z ukosa na ojca.

– A jeśli odmówię? – rzuciła. Zgodnie z pradawnym prawem kobieta mogła wybrać sobie męża, a potem się z nim rozwieść, jeśli taka była jej wola. Ojciec nie mógł zmusić Deirdre do zamążpójścia, ale mógł bardzo jej uprzykrzyć życie, gdyby trwała przy swojej decyzji.

Już wcześniej różni mężczyźni składali ojcu takie propozycje. Ale po śmierci matki, gdy Deirdre zajęła się gospodarstwem i wychowaniem braci, temat jej zamążpójścia ucichł. Ostatnie oświadczyny, o jakich wiedziała, miały miejsce pewnego dnia, gdy akurat wyszła z domu. Dopiero po powrocie usłyszała od braci, że pewien mężczyzna o nią prosił. Jednak dalszy ciąg tej rozmowy nie brzmiał zachęcająco.

Ronan i Rian – jeden młodszy o dwa, a drugi o cztery lata. Zapewne nie byli gorsi niż reszta chłopców w ich wieku. Ale potrafili wyprowadzić z równowagi.

– Przyjechał, jak cię nie było – oznajmił Ronan.

– Jaki był?

– Zwyczajny, jak mężczyzna. Podobny do ojca. Tylko młodszy. Był w podróży.

– I co dalej?

– Zaczęli rozmawiać.

– A co ojciec powiedział?

– No, zwyczajnie rozmawiali. – Ronan spojrzał na Riana.

– Nie słuchaliśmy za bardzo – dorzucił Rian. – Ale chyba coś chciał za ciebie dać.

Przyjrzała im się. Nie, nie unikali odpowiedzi. Po prostu tacy byli. Dwaj tyczkowaci młokosi rzadko używający rozumu. Zupełnie jak szczeniaki. Pokazać im zająca, a rzucali się za nim w pogoń. Tylko to ich bawiło.

Ciekawe, jak sobie bez niej poradzą.

– Byłoby wam przykro, gdybym wyszła za mąż i was zostawiła?

Znów spojrzeli na siebie.

– Odjedziesz stąd prędzej czy później – zauważył Ronan.

– Damy sobie radę – zapewnił Rian. – Poza tym mogłabyś nas odwiedzać – dorzucił po chwili namysłu.

– Mili jesteście – powiedziała z gorzką ironią, ale oni jej nie wyczuli. No cóż, po chłopcach w tym wieku nie należy się spodziewać wdzięczności.

Później zaczęła wypytywać ojca, lecz on dał jej tylko zdawkową odpowiedź.

– Za mało zaproponował.

Wydawanie córki za mąż polegało na ostrożnych negocjacjach. Urodziwa kobieta ze szlachetnego rody była cennym nabytkiem dla każdej rodziny, ale mężczyzna, który chciał ją poślubić, musiał za nią odpowiednio zapłacić. Na wyspie obowiązywał taki obyczaj.

Najwyraźniej w obecnych okolicznościach Fergus postanowił ją sprzedać. Właściwie nie powinno jej to dziwić. Tak już po prostu jest. Jednak czuła się zraniona i zdradzona. Po tym wszystkim, co dla niego zrobiłam po śmierci matki, tylko tyle dla niego znaczę? – gryzła się w myślach. Jestem po prostu sztuką bydła, którą trzyma się tak długo, jak to konieczne, a potem sprzedaje? Wierzyła, że ojciec ją kocha. I zapewne tak było. Dlatego uznała, że zamiast się nad sobą użalać, powinna raczej mu współczuć i pomóc w znalezieniu odpowiedniego kandydata.

Była ładna. Ludzie wręcz mówili, że jest piękna, tak słyszała. Nie była jakaś wyjątkowa. Z pewnością na wyspie znalazłyby się setki dziewcząt z jasnymi włosami, pełnymi, czerwonymi wargami i białymi zębami. Jej policzki miały delikatną barwę kwiatów naparstnicy, jak to się u nich mawiało. Deirdre uważała też, że urosły jej ładne, drobne piersi. Ale najbardziej uderzającą cechą jej urody były oczy w kolorze niesamowitej zieleni. „Nie wiem, po kim je masz – mawiał ojciec. – Ale podobno w rodzinie mojej matki była kiedyś kobieta o magicznych oczach”. Nikt w rodzinie ani nawet w całej okolicy Dubh Linn nie miał podobnych oczu. Nie były magiczne – z całą pewnością nie miały żadnej szczególnej mocy – ale budziły zachwyt. Przykuwały uwagę mężczyzn, kiedy jeszcze była dzieckiem. Dlatego nigdy nie wątpiła, że gdy przyjdzie czas, znajdzie sobie dobrego męża.

Ale nie chciała się spieszyć. Miała dopiero siedemnaście lat. Jeszcze nie spotkała nikogo, kogo chciałaby poślubić. A poza tym małżeństwo oznaczało, że będzie musiała opuścić spokojny Dubh Linn, który tak ukochała. Była też przekonana, że pomimo długów ojca nie powinna zostawiać jego i braci bez kobiety, która poprowadziłaby gospodarstwo.

Święto Lughnasa było tradycyjną okazją do swatania. Tyle że Deirdre nie chciała męża. Nie w tym roku.

Reszta dnia minęła spokojnie. Nie zadawała więcej pytań, bo po co. Ojciec na szczęście poweselał, a za to akurat mogła być wdzięczna. Może przy odrobinie szczęścia nie wda się w jakieś awantury i nie znajdzie odpowiedniego kandydata na zięcia. A wtedy wszyscy wrócą do domu zadowoleni.

Wczesnym przedpołudniem znaleźli się w wiosce na polanie, ale tym razem ojciec nie chciał się zatrzymać na popas, chociaż znał tutejszych mieszkańców. Nieco dalej, tam gdzie Liffey zakręcała na południe, trakt zaczynał się wznosić z nadrzecznej równiny, dążąc na zachód. W południe dotarli do prześwitu między drzewami i wyjechali na torfiastą łąkę usianą krzakami janowca.

– Tam odpoczniemy – powiedział ojciec, wskazując na sterczący niedaleko głaz.

Rozłożyli się na trawie i grzejąc się w słońcu, zjedli posiłek, który Deirdre zabrała z domu. Ojciec popijał chleb piwem.

Na popas wybrał zaciszne miejsce w środku pierścienia utworzonego przez niski wał ziemny nieopodal dużego głazu. Podobne kamienie – stojące pojedynczo albo w grupach – spotykało się na całej wyspie. Ten był wysokości człowieka i wydawało się, że patrzy ponad zalesioną równiną ciągnącą się na zachód aż po horyzont. Deirdre miała wrażenie, że w głębokiej ciszy rozlewającej się pod sierpniowym słońcem ten stary, szary kamień żywi wobec niej przyjacielskie uczucia. Po posiłku odpoczywali przez jakiś czas, konie pasły się na trawie. Ciche pochrapywanie powiedziało jej, że ojciec zasnął. Niedługo potem ona też zapadła w drzemkę.

Obudziła się gwałtownie. Słońce zdążyło się przesunąć na niebie. Wciąż była lekko otumaniona, z trudem przebijała się przez mgliste zasłony snu do trzeźwej świadomości. A gdy spojrzała na słońce wiszące nad wielką równiną, nawiedziła ją dziwna wizja. Oto tarcza słoneczna wyglądała jak koło bojowego rydwanu, dziwnie i groźnie. Deirdre potrząsnęła głową, żeby pozbyć się resztek snu. Nie bądź głupiutka, nakazała sobie w myślach.

Ale już do końca dnia i potem, gdy wieczorem próbowała zasnąć, nie mogła się pozbyć niepokoju.

* * *

Goibniu pojawił się w Carmun wczesnym przedpołudniem. Jego jedno oko uważnie obserwowało otoczenie.

Lughnasa – miesiąc po letnim przesileniu, święto plonów, czas, gdy aranżowano małżeństwa. Goibniu lubił boga patronującego tym dniom – Lugha zwanego Lśniącym albo Długorękim, niedościgłego mistrza wszelkich rzemiosł, dzielnego wojownika, uzdrowiciela.

Ludzie przybywali z różnych stron: wodzowie, wojownicy i zawodnicy ze wszystkich wyspiarskich plemion. Ileż tych plemion może być? – zastanawiał się Goibniu. Chyba ze sto pięćdziesiąt. Tymi największymi władały potężne klany, a te najmniejsze, złożone z kilku rodów chlubiących się zapewne wspólnym przodkiem, miały zwykłego naczelnika, lecz z dumą nazywały się plemieniem. Na wyspie, którą natura za sprawą gór i moczarów podzieliła na mniejsze obszary, każda wspólnota mogła mieć swoje terytorium, a jego centralnym punktem była siedziba rodowa, z reguły oznaczona wiekowym jesionem.

* * *

Co to były za plemiona? I skąd przybyli ci synowie Mila, którzy odesłali do podziemi legendarnych Tautha De Danaan? Goibniu wiedział, że zwycięskie szczepy przypłynęły na wyspę przed wiekami z sąsiedniej Brytanii oraz z południa. Mieszkańcy zachodniej wyspy stanowili wielki zlepek różnych plemion, których język i kultura, zwana celtycką, obejmowała niemal całą północno-zachodnią Europę. Celtowie – ze swoimi żelaznymi mieczami, wspaniałymi rydwanami bojowymi, znakomitym kowalstwem, druidzkimi kapłanami i poetami – od niepamiętnych czasów budzili lęk i podziw. Gdy Cesarstwo Rzymskie rozprzestrzeniło się na północ, obejmując także Brytanię, główne siedziby plemienne zostały zamienione na rzymskie ośrodki wojskowe albo miasta targowe, a celtyccy bogowie, podobnie jak lokalne plemiona, przywdziali rzymskie szaty. I tak na przykład galijskie miasto Lugdunum – które pewnego dnia stanie się Lyonem – wzięło swoją nazwę od celtyckiego boga Lugha, którego święto właśnie obchodzono. Ale i tak poszczególne plemiona ulegały stopniowej romanizacji, zapominając nawet swojego języka i przechodząc na łacinę.

Z wyjątkiem terytoriów kresowych. Na północy i na zachodzie Brytanii, dokąd Rzymianie rzadko się zapuszczali, dawne zwyczaje i dawny język przetrwały. Zwłaszcza na sąsiedniej wyspie, której Rzymianie nie podbili, zadowalając się jedynie kontaktami handlowymi, pradawna kultura celtycka kwitła w całym swoim bogactwie. Rzymianie nie wiedzieli, jak nazywać te rozmaite plemiona. Północną część Brytanii, którą mianowali Albą, zamieszkiwali Piktowie. Gdy pojawili się tu Celtowie z zachodniej wyspy i założyli swoje osiedla, spychając Piktów dalej na północ, Rzymianie nazwali nowych przybyszów Szkotami. Ale sami Celtowie nie używali rzymskiego określenia. Odkąd przypłynęli na swoją wyspę i spotkali tam życzliwą boginię, wiedzieli, kim są. Byli ludem Eriu.

* * *

Goibniu przyglądał się chłodno członkom rozlicznych celtyckich plemion przybywających na święto. Był jednym z nich? Z pewnością, przynajmniej w jakiejś części. Ale jak nad rzeką Boyne czuł trudną do nazwania więź z dziwnymi kurhanami, tak teraz, na wielkim zgromadzeniu Celtów, nawiedzało go instynktowne odczucie, że jest w jakimś sensie obcy, że pochodzi z innego plemienia, które żyło na wyspie znacznie wcześniej. Może synowie Mila podbili jego lud, ale on wiedział, jak ich wykorzystać.

Jego oko przesuwało się po ludzkim zbiorowisku, z niezwykłą precyzją dzieląc barwny tłum na odrębne kategorie: ważni i nieważni, użyteczni i obojętni, dłużnicy i ci, którym on był winien przysługę. Obok dużego wozu zauważył dwóch młodych osiłków z tatuażami i ramionami jak pnie drzew – synów Casa, syna Donna. Warto się nimi zająć. Nieco dalej stało dwóch druidów i stary bard. Starzec słynął z ostrego języka, więc Goibniu, żeby go zadowolić, przywiózł kilka plotek. Po lewej stronie dostrzegł Fann, córkę wielkiego wodza Rossa. Dumna była z niej kobieta. Jednak przespała się z jednym z synów Casa, o czym Goibniu wiedział, w przeciwieństwie do jej męża. Kto ma odpowiednie informacje, ten ma władzę. Nigdy nie wiadomo, kiedy taka wiedza może się przydać w interesach. Jednak najczęściej oko Goibniu sunące po ludzkiej ciżbie wyłapywało tych, którzy byli mu coś winni.

Potężny, otyły Diarmait – dziewięć krów, trzy opończe, trzy pary butów, złoty torq na szyję. Culann – dziesięć grudek złota. Roth, syn Rotha – jedną grudkę złota. Art – owcę. Wszyscy od niego pożyczali, nad wszystkimi miał władzę. Świetnie. I wtedy zauważył Fergusa.

Ten wysoki mężczyzna z Dubh Linn jest mu winien dwadzieścia krów. Obok niego stoi ładna dziewczyna, pewnie córka. Ciekawe.

Ruszył w ich kierunku.

* * *

Deirdre także obserwowała tłum. Wciąż przybywały tu klany i podklany z całego Leinsteru. Doprawdy wspaniały widok. A jednocześnie między jej ojcem a kupcem toczyła się szczególna rozmowa. Dotyczyła wspaniałego złotego torqu.

Zgodnie z panującym na wyspie zwyczajem właściciel zastawionych klejnotów mógł je wypożyczyć na czas największych świąt, by zachować honor. Łaskawe udogodnienie. Nawet jeśli Fergus czuł się niezręcznie, odbierając od kupca wspaniały złoty naszyjnik, to tego nie okazał. Z największą powagą wziął w ręce swoją rodową pamiątkę, jakby odprawiał jakąś ceremonię. Ledwo zdążył założyć torq na szyję, gdy pojawił się Goibniu.

Bez względu na to, co jednooki kowal myślał o Fergusie, nie można mu było zarzucić braku dobrych manier. Przywitał swojego dłużnika z taką samą górnolotną kurtuazją, z jaką mógłby się zwrócić do króla.

– Niech pomyślność będzie z tobą, Fergusie, synu Fergusa. Torq twoich szlachetnych przodków wspaniale cię zdobi.

Fergus spojrzał na niego nieufnie. Nie spodziewał się kowala w Carmun.

– O co ci chodzi, Goibniu? – rzucił szorstko. – Czego chcesz?

– To oczywiste – odparł przyjaźnie Goibniu. – Chciałem ci jedynie przypomnieć, że jeszcze przed zimą obiecałeś mi zwrócić dwadzieścia krów.

Deirdre popatrzyła na ojca z niepokojem. Nie miała pojęcia o tym długu. Czy to się może przerodzić w kłótnię? Na razie ojciec zachowywał obojętną minę.

– Owszem – przytaknął. – Jestem ci to winien. – A potem dodał ciszej: – Ale prosisz o wiele. Zwłaszcza teraz, podczas święta.

Bo zgodnie z innym korzystnym zwyczajem Goibniu nie mógł domagać się spłaty długu podczas świątecznych obchodów.

– To może wrócimy do tej sprawy po świętach – zaproponował kowal.

– Oczywiście – zapewnił go Fergus.

Deirdre cały czas uważnie przyglądała się ojcu. Dusi w sobie złość? To tylko spokój przed burzą? Goibniu ma wielu wpływowych przyjaciół. Może ta świadomość każe ojcu się powściągnąć. Miała nadzieję, że tak już zostanie do końca świąt.

Goibniu skinął wolno głową. A potem skierował jednookie spojrzenie na Deirdre.

– Masz piękną córkę, Fergusie – zauważył. – Co za cudowne oczy! Zamierzasz znaleźć jej męża podczas święta?

– Owszem, mam taki plan – przyznał Fergus.

– Ten, który ją dostanie, będzie szczęściarzem – ciągnął kowal. – Musisz ją oddać za najwyższą cenę, bo inaczej przyniesiesz hańbę jej urodzie i swojemu szlachetnemu nazwisku. – Zawahał się. – Żałuję, że nie jestem bardem – powiedział, kłaniając się lekko Deirdre – i nie mogę ułożyć pieśni sławiącej jej urodę.

– Naprawdę ułożylibyście dla mnie wiersz? – spytała ze śmiechem, żeby podtrzymać wesoły ton rozmowy.

– Oczywiście. – Goibniu spojrzał w oczy Fergusowi.

A wtedy Deirdre zauważyła, że ojciec zerka pytająco na kowala. Czyżby ten proponował, że znajdzie jej bogatego męża? Zdawała sobie sprawę, że jednooki rzemieślnik ma dużo większe wpływy niż jej ojciec. I na pewno umiałby się postarać o lepszego kandydata.

– Przejdźmy się – powiedział ojciec z nagłą łagodnością.

Deirdre patrzyła, jak obaj mężczyźni oddalają się powoli.

A więc stało się. Po uldze, którą poczuła, gdy ojcu udało się uniknąć kłótni, nie pozostało ani śladu. Z samym ojcem jeszcze by sobie poradziła. Mógł krzyczeć i się złościć, ale nie mógł jej zmusić do zamążpójścia wbrew woli. Teraz jednak jej los znalazł się w rękach Goibniu. I nie wiadomo, co ten zausznik królów i przyjaciel druidów wymyśli. W konfrontacji z jednookim kowalem nie miała szans. Spojrzała na braci. Ale oni zachwycali się rydwanem.

– Widzieliście, co się stało?! – krzyknęła.

Popatrzyli na siebie tępo, a potem pokręcili głowami.

– Coś ciekawego? – spytali.

– Nie – odparła z irytacją. – Tylko wasza siostra zostanie niedługo sprzedana.

* * *

Lughnasa. Pełnia lata. Druidzi złożą Lughowi ofiary z plonów, kobiety zatańczą. A ją oddadzą jakiemuś obcemu człowiekowi. Już nigdy nie wróci do Dubh Linn.

Szła wolno przez otwarty teren. Ludzie stojący przy kolorowych straganach albo gromadzący się w małych grupach odwracali się na jej widok, ale ona nie poświęcała im uwagi. Minęła kilka namiotów i zagród dla zwierząt i dopiero wtedy do niej dotarło, że zbliża się do toru, na którym odbywały się wyścigi konne. Na razie było tu jeszcze pusto, ale kilku jeźdźców szkoliło konie albo zabawiało się z przyjaciółmi w nieformalnych zawodach. Wyglądało to tak, jakby część koni sprowadzono tylko w tym celu.

Zatrzymała się przy ogrodzeniu.

Nieosiodłane konie były płochliwe. Słyszała śmiechy i dobroduszne żarty. Z prawej strony zauważyła grupkę odświętnie ubranych mężczyzn zebranych wokół ciemnowłosego młodzieńca. Był nieco od nich wyższy i jak udało jej się dojrzeć, miał niezwykle piękną twarz. Inteligentną, zamyśloną, jakby nieobecną. Pomimo uśmiechu. Deirdre pomyślała, że bardziej wygląda na wysoko urodzonego druida niż na zawodnika. Ciekawe, kto to jest. Grupka ludzi się rozeszła i wtedy Deirdre dostrzegła, że młodzieniec szykuje się do wyścigu, bo zrzucił z siebie odzienie, zostając jedynie w przepasce biodrowej.

Nie mogła oderwać od niego oczu. Nigdy nie widziała nikogo tak pięknego. Szczupły, o jasnej cerze, doskonale zbudowany. Nie dostrzegła w nim żadnej skazy. Patrzyła, jak wskakuje lekko na konia i podjeżdża do toru.

– Kto to jest? – spytała stojącego nieopodal gapia.

– To Conall, syn Morny – odparł mężczyzna, a widząc, że nic to jej nie mówi, dodał: – Siostrzeniec samego Najwyższego Króla.

– Och! – westchnęła Deirdre.

Obejrzała kilka wyścigów. Mężczyźni jechali na oklep. Wyspiarskie konie, choć niewielkie, były szybkie, więc gonitwy budziły żywe emocje. W pierwszym wyścigu Conall przyjechał jako drugi, a w kolejnym zwyciężył. W następnych dwóch nie uczestniczył, ale wokół toru gromadziło się coraz więcej widzów. Czekali na największą atrakcję tego dnia.

Pojedynek wojowników w rydwanach. Deirdre zauważyła, że król Leinsteru zajął już miejsce na niewielkim wzniesieniu, skąd miał obserwować rywalizację. Wyścigi konne były sportem dla wojowników, ale starcie rydwanów uważano za najwyższą, najbardziej arystokratyczną spośród wszystkich sztuk walki. Dwukołowe rydwany były lekkimi, mocnymi pojazdami z pojedynczym dyszlem pomiędzy dwoma końmi, a kierowane przez wytrawnego woźnicę, który towarzyszył wojownikowi, charakteryzowały się wielką szybkością i zwinnością. W obliczu zdyscyplinowanych rzymskich legionów nie były szczególnie skuteczne, więc w Brytanii i Galii już dawno wyszły z użycia. Jednak tutaj, na zachodniej wyspie, gdzie wojny prowadzono w starym celtyckim stylu, pojedynki rydwanów były wysoko cenione. Deirdre patrzyła, jak na tor wjeżdża blisko dwadzieścia pojazdów. W pierwszej chwili wyglądały, jakby się szykowały do pokazu, bo tylko dwa wyjechały na dużą trawiastą arenę.

– O, tam jest Conall – odezwał się mężczyzna, którego wcześniej zagadnęła. – I Finbarr, jego przyjaciel. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Zaraz zobaczysz coś ciekawego.

Zgodnie z celtycką tradycją obaj byli nadzy. Zauważyła, że Finbarr, nieco niższy od Conalla, jest mocno zbudowany, a szeroką pierś porastają mu pierścionki jasnobrązowych włosów. Obaj stali za swoimi woźnicami, każdy trzymał okrągłą tarczę z polerowanego brązu, w której odbijało się słońce. Znalazłszy się na środku areny, rydwany ruszyły w przeciwnych kierunkach, oddalając się od siebie. I po chwili się zaczęło.

Widok zapierał dech w piersi. Deirdre już wcześniej miała okazję podziwiać kunszt woźniców, ale czegoś takiego nie widziała. Rydwany pędziły na siebie z zabójczą prędkością, a ich koła, których szprychy zlały się w jedną smugę, dosłownie się o siebie otarły. Pojazdy osiągnęły krańce areny i znów zawróciły. Tym razem wojownicy sięgnęli po wielkie oszczepy. Wypuścili je, pędząc ku sobie, a zrobli to tak zręcznie, że gdy mijały się w powietrzu, widzowie aż wstrzymali oddech. I nie bez powodu: oba rzuty wymierzono ze śmiercionośną celnością. Rydwan Conalla zwolnił na mgnienie oka, uderzywszy w jakąś grudę murawy, przez co broń Finbarra mogłaby ugodzić śmiertelnie woźnicę, gdyby Conall nie wychylił się błyskawicznie i nie odparował uderzenia tarczą. Z kolei jego rzut był tak doskonały, że oszczep trafił wprost w tarczę pędzącego Finbarra. W tłumie rozległy się okrzyki podziwu. Tak wyglądała sztuka walki w mistrzowskim wykonaniu.

Rydwany zatoczyły koło, a wojownicy sięgnęli po miecze. Tym razem to woźnice mieli się wykazać swoimi umiejętnościami. Nie pędzili ku sobie z wielką prędkością, lecz zaczęli skomplikowany taniec pogoni i uników, kreśląc zygzaki i przyprawiające o zawrót głowy okręgi, spadając na siebie jak drapieżne ptaki, goniąc i uciekając na zmianę. Gdy rydwany znajdowały się wystarczająco blisko, wojownicy zadawali ciosy mieczem, osłaniając się tarczą przed ciosami przeciwnika. Nie dało się zgadnąć, czy układ takiej walki wymyślono zawczasu. Gdy ostrza błyskały i uderzały o siebie, Deirdre miała wrażenie, że z młodych ciał w każdej chwili może wystrzelić strumień krwi, dlatego aż drżała ze zdenerwowania. Wojownicy raz za razem napierali na siebie, wywołując tym aplauz tłumu. Ich umiejętności budziły zachwyt, ale cała walka przyprawiała o dreszcz grozy.

W końcu ogłoszono finał. Oba rydwany z Conallem na przedzie rozpoczęły rundę tryumfalną wokół areny, więc musiały przejechać też obok Deirdre. Conall stał w doskonałej równowadze na dyszlu pomiędzy pokrytymi pianą końmi. Pierś mu falowała po wielkim wysiłku, dziękował zachwyconej widowni za aplauz, przyglądając się mijanym twarzom. Gdy jego rydwan podjechał bliżej, wojownik zatrzymał wzrok na Deirdre, a ona spojrzała mu prosto w oczy.

Jednak nie tego się spodziewała. Conall patrzył przenikliwie, lecz nie było w tym zadowolenia. Jakby jakaś jego część przebywała gdzieś daleko, a on sam, choć dał gawiedzi powód do radości i zachwytu, balansował samotnie między życiem a śmiercią.

Dlaczego spojrzał akurat na nią? Nie odrywał od niej oczu, jakby chciał porozmawiać, a mijając ją, odwrócił powoli głowę. Potem jednak odjechał na rydwanie, więcej za siebie nie spoglądając. A ona jeszcze długo patrzyła w tamtą stronę.

Gdy się w końcu odwróciła, zauważyła ojca. Uśmiechał się i machał, by do niego podeszła.

* * *

To Finbarr wpadł na pomysł, żeby przyjechać do Carmun. Liczył, że to poprawi Conallowi humor. No i pamiętał o poleceniu Najwyższego Króla. Dlatego przy jakiejś okazji zagadnął przyjaciela:

– Nie przyszło ci do głowy, żeby znaleźć sobie w Leinsterze jakąś ładną dziewczynę?

Poprzedniego wieczoru zaraz po przybyciu udali się do króla Leinsteru, żeby złożyć mu należne wyrazy szacunku. Nie tylko władca prowincji okazywał zadowolenie z obecności siostrzeńca Najwyższego Króla. Damy z jego otoczenia nie szczędziły uśmiechów przystojnemu młodzieńcowi. Ale on albo nie zauważał tych względów, albo je ignorował.

Teraz jednak Finbarr dostrzegł odpowiednią okazję.

– Przyglądała ci się młoda kobieta o jasnych włosach i niezwykłych oczach – powiedział. – Widziałeś ją?

– Nie widziałem.

– Obserwowała cię przez dłuższą chwilę – nie ustępował Finbarr. – Chyba wpadłeś jej w oko.

– Nie zauważyłem.

– Przecież przed chwilą sam się jej przyglądałeś – ciągnął Finbarr. Najwyraźniej musiał wzbudzić ciekawość przyjaciela, bo Conall rozejrzał się dyskretnie. – Zaczekaj tu na mnie. Pójdę jej poszukać.

I zanim Conall zdążył zaprotestować, ruszył tam, gdzie przed chwilą zniknęła Deirdre.

* * *

– Goibniu ma dla ciebie męża. – Ojciec promieniał.

– Co za szczęśliwy zbieg okoliczności. – Jej głos brzmiał oschle. – Czy on tu jest?

– Nie. Mieszka w Ulsterze.

– To daleko. A ileż to gotów jest zapłacić?

– Przyzwoitą sumę.

– Wystarczy, żeby uregulować twój dług u Goibniu?

– Ten i wszystkie inne – odparł ojciec bez cienia wstydu.

– W takim razie powinnam ci pogratulować – powiedziała z ironią, lecz on już jej nie słuchał.

– Oczywiście jeszcze cię nie widział – mówił. – I możesz mu się nie spodobać. Ale Goibniu uważa, że przypadniesz mu do gustu. Inaczej być nie może – dorzucił stanowczo. – To przystojny młody mężczyzna. – Umilkł, patrząc na nią czule. – Ale jeśli ci się nie spodoba, to nie będziesz musiała wychodzić za niego za mąż.

Oczywiście, pomyślała. Ale ciągle będziesz mi wypominał, że doprowadziłam cię do ruiny.

– Goibniu porozmawia z nim w przyszłym miesiącu – odezwał się ojciec. – Poznasz go jeszcze przed zimą.

Chyba powinna być wdzięczna przynajmniej za tę zwłokę.

– Wiesz coś o nim? – spytała. – Jest stary czy młody? To syn wodza? A może wojownik?

– Jest odpowiedni pod każdym względem – zapewnił ją Fergus. – Goibniu go zna. Wieczorem ci o nim opowie. – Z tymi słowami odszedł.

Przez dłuższą chwilę stała pogrążona w rozmyślaniach, które przerwało przybycie Finbarra.

* * *

Finbarr zebrał kilka kobiet i mężczyzn chętnych na spotkanie z siostrzeńcem Najwyższego Króla i dopiero wtedy podszedł do Deirdre. Zawahała się i pewnie by się nie zgodziła, gdyby Finbarr jej nie szepnął, że odmowa byłaby dla młodego księcia obrazą. Przyjęła więc zaproszenie, zwłaszcza że w liczniejszym towarzystwie nie czuła się niezręcznie.

Conall był już ubrany w krótką tunikę i lekką pelerynę. Przez jakiś czas się nie odzywał, więc mogła mu się dobrze przyjrzeć. Mimo młodego wieku miał w sobie budzące szacunek dostojeństwo. Wszyscy się do niego uśmiechali, on traktował gości uprzejmie i życzliwie, lecz w jego zachowaniu była powaga, która go wyraźnie wyróżniała. Gdy w końcu podszedł do Deirdre, zdała sobie sprawę, że zupełnie nie wie, co powiedzieć.

Posłał po nią? Gdy Finbarr spytał, czy zechciałaby pójść na spotkanie z księciem, zaznaczając przy tym, że niegrzecznie byłoby odmówić, nie powiedział wyraźnie, że to Conall kazał ją wezwać. A zatem będzie jedną z setek twarzy defilujących przed księciem przy podobnych okazjach. Poczuła się zażenowana. Moja rodzina nie jest aż tak ważna, by książę się mną zainteresował, pomyślała. Poza tym Goibniu już mi kogoś wyswatał. Dlatego uznała, że będzie wobec księcia uprzejma, ale chłodna.

A on patrzył jej w oczy.

– Widziałem cię po pokazie rydwanów.

To samo spojrzenie, ale tym razem ożywiało je zupełnie inne światło. Obserwował ją z zaciekawieniem, jakby go czymś zaintrygowała. A wtedy jej zamierzony chłód gdzieś się rozpłynął i poczuła, że się rumieni.

Spytał, skąd pochodzi i kim jest jej ojciec. Najwyraźniej znał Ath Cliath, ale przypuszczała, że o Fergusie nawet nie słyszał, mimo że na wzmiankę o nim jako opiekunie brodu mruknął: „A, rzeczywiście”. Zadał jej jeszcze kilka pytań, a potem rozmawiali przez chwilę o wyścigach. Zdała sobie wtedy sprawę, że poświęcił jej więcej uwagi niż innym. Wtedy jednak pojawił się Finbarr i szepnął, że król Leinsteru pyta o niego. Conall z uśmiechem spojrzał jej w oczy.

– Może się znów spotkamy.

Mówił to poważnie czy jedynie kierowała nim uprzejmość? Pewnie to drugie. Poza tym jak mieli się spotkać? Ojciec nie obracał się w kręgach Najwyższego Króla. Nieszczerość młodzieńca trochę ją zirytowała i Deirdre o mało nie rzuciła: „No cóż, wiesz, gdzie mnie szukać”, ale na szczęście opanowała się i aż zarumieniła, bo takie słowa zabrzmiałyby bezczelnie i prostacko.

Pożegnali się, a ona ruszyła tam, gdzie spodziewała się natknąć na ojca. Właśnie zaczęły się kolejne zawody rydwanów. Zastanawiała się, czy powiedzieć ojcu i braciom o spotkaniu z księciem, ale uznała to za zbędne. Zaczęliby z niej żartować albo wręcz kpić.

II

Nadeszła jesień, wolno spadające liście przywodziły na myśl palce trącające struny harfy. Słońce zaczynało się zniżać już późnym popołudniem, paprocie świeciły na żółto i wydawało się, że na wzgórzach roztapiają się fioletowe wrzosy.

Letnia siedziba Najwyższego Króla wznosiła się na niskim, płaskim wzgórzu, z którego roztaczał się wspaniały widok we wszystkie strony. Wokół rozsiane były zagrody, wybiegi dla bydła i otoczone ostrokołem domostwa królewskiego dworu. A dwór naprawdę był liczny. Druidzi, strażnicy zapisów brehonu, czyli odwiecznego prawa, harfiści, bardowie, cześnicy, o królewskiej gwardii nie wspominając. Wszystkie te stanowiska były wysoko cenione i przechodziły z ojca na syna. Na południowym skraju wzgórza rozłożyła się największa siedziba, a jej sercem był kryty strzechą duży, okrągły dom zbudowany z pni drzew i wiklinowej plecionki. Do królewskiej rezydencji prowadziły odrzwia ze słupem pośrodku, na którym umieszczono kamienną głowę o trzech twarzach. Miała ona przypominać, że Najwyższy Król, tak jak bogowie, widzi wszystko.

Po zachodniej stronie budynku zawieszono galerię, z której można było obserwować zbierające się wewnątrz zgromadzenia albo mieć dobry widok na porośnięty trawą dziedziniec i całą okolicę. Na galerii ustawiono dwie wyściełane ławy – król i królowa lubili na nich siadywać i podziwiać zachody słońca.

Za niecały miesiąc miało nadejść święto Samhain. Obchodzono je albo w Tarze, reprezentacyjnej siedzibie króla, albo w innych miejscach. W Samhain dokonywano uboju nadwyżki bydła, a resztę wypuszczano na pastwiska i potem zaganiano do zagród. W tym czasie Najwyższy Król i jego świta wyruszali na zimowy objazd. Ale na razie panował spokój i nic się nie działo. Żniwa dobiegły końca, wciąż było ciepło. W tych dniach król nie powinien mieć żadnych powodów do zmartwień.

Władca miał ogorzałą cerę, spod krzaczastych brwi patrzyły ciemnoniebieskie oczy. Wciąż emanował żywotną energią, choć twarz pokrywała mu sieć czerwonych żyłek, a umięśnione dawniej ciało nabrało tuszy. Jego żona, dobrze zbudowana, jasnowłosa kobieta, od jakiegoś czasu siedziała w milczeniu. Odezwała się dopiero, gdy wolno opadające słońce skryło się za chmurą.

– Minęły dwa miesiące.

Nie odpowiedział.

– Minęły dwa miesiące – powtórzyła. – Dwa miesiące, od kiedy się ze mną kochałeś.

– Naprawdę?

– Dwa miesiące. – Jeśli usłyszała w jego głosie ironię, to nie dała tego po sobie poznać.

– W takim razie musimy to powtórzyć, najdroższa – powiedział nieszczerze.

Kiedyś kochali się ze sobą często. Ale to było dawno temu. Ich synowie już dorośli. Zamilkli oboje, a król spoglądał na pociemniały nagle krajobraz.

– W ogóle się dla mnie nie starasz – odezwała się królowa posępnie.

– Spójrz tam – powiedział po dłuższej chwili, wskazując coś na dziedzińcu.

– Na co?

– Na owce. – Obserwował je z ciekawością. – O, a teraz idzie tryk. – Uśmiechnął się z zadowoleniem. – Jeden tryk może obsłużyć sto owiec.

Królowa parsknęła lekko, ale się nie odezwała.

– W ogóle się nie starasz! – wybuchnęła w końcu. – Miękki wilgotny paluszek i tyle. Czy jakaś kobieta mogłaby się na tym zacisnąć? Już ryby są sztywniejsze. I powiem ci, że widywałam większe kijanki. – W tych słowach nie było prawdy, o czym oboje wiedzieli, ale jeśli sądziła, że go upokorzy, to się rozczarowała. Król zachował niewzruszoną twarz. Parsknęła znowu. – Twój ojciec miał trzy żony i dwie nałożnice. Umiał sobie poradzić z pięcioma kobietami. – Mieszkańcy wyspy nie uważali monogamii za cnotę. – Ale ty…

Słońce już prawie wyszło zza chmury.

– Nic z ciebie nie mam.

– Ale z pewnością pamiętamy – nie spieszył się, mówił wolno, jakby opowiadał o jakiejś ciekawostce historycznej – że zadowoliłem klacz.

– Tylko tak mówią.

– Bo to prawda. Inaczej by mnie tu teraz nie było.

* * *

Gdy jakiś ważny klan wybierał sobie nowego króla, odbywała się szczególna ceremonia, wywodząca się z bardzo dawnych czasów i spotykana w tradycji ludów indoeuropejskich od Azji aż po zachodnie krańce Europy. Podczas ceremonii zabijano białego byka, a nowy król musiał spółkować ze świętą klaczą. Mówią o tym wyraźnie zarówno irlandzkie legendy, jak i rzeźby świątynne w Indiach. Nie było to takie trudne, jak by się mogło wydawać. Klacz nie było duża, przytrzymywało ją kilku silnych mężczyzn, tylne nogi miała szeroko rozstawione i o ile tylko król był wystarczająco podniecony, to sama penetracja nie sprawiała mu kłopotu. Ten rytuał pasował do ludów, które wyłoniły się z euroazjatyckich równin i których potęga była nierozerwalnie związana z końmi.

* * *

Nie dało się odgadnąć, czy królowa myśli o klaczy. W końcu jednak odezwała się przyciszonym głosem.

– Plony przepadły.

Król zmarszczył brwi. Mimowolnie zerknął do pustego wnętrza, gdzie głowa o trzech twarzach spoglądała w otaczający ją mrok.

– I to przez ciebie – dorzuciła.

Król zacisnął wargi. Bo chodziło o politykę.

A Najwyższy Król był sprawnym politykiem. Każdy człowiek, którego objął ramieniem, już na zawsze był na jego rozkazy albo stawał się ofiarą. Władca znał wszystkie ludzkie słabości oraz ich cenę. Cały ród odniósł niebywałe sukcesy. Królewski klan pochodził z zachodu i był bardzo ambitny. Jego członkowie wywodzili swoją genealogię od legendarnego Conna Stu Bitew i Cormaca, syna Arta – być może nawet sami ich wymyślili – i już dawno przegnali wielu ulsterskich wodzów z ich ziem. Potęga klanu osiągnęła szczyty dość niedawno dzięki zwycięstwom przypisywanym bohaterskiemu wodzowi Niallowi.

Podobnie jak wielu innych wodzów Niall był także piratem. Rozumiał, czym jest bogactwo. Od wczesnej młodości dowodził najazdami na sąsiednią Brytanię, która po wycofaniu się rzymskich legionów była łatwym łupem. Niall zabierał stamtąd głównie młodych chłopców i dziewczęta, a potem sprzedawał swoją zdobycz na targach niewolników – część zysków zostawiał sobie, a część przekazywał swoim zwolennikom. Zgodnie ze zwyczajem król, który oddawał władzę innemu – zgadzał się „przybyć do jego domu”, jak mawiano na wyspie – musiał zapłacić należną daninę, zazwyczaj w bydle, a także przysłać zakładników gwarantujących jego wierność. Tylu królów oddało w ten sposób Niallowi swoich synów, że wojowniczy władca zyskał imię Niall od Dziewięciu Zakładników. Potężny klan nie tylko opanował całą wyspę, ogłaszając swoje nad nią zwierzchnictwo, lecz także zmusił królów Leinsteru do opuszczenia Tary, ich odwiecznej siedziby. Potomkowie Nialla ogłosili Tarę swoim gniazdem i rządzili stamtąd wyspą.

Ale nawet najpotężniejsi władcy są bezsilni wobec potęgi natury.

Wszystko stało się całkiem nieoczekiwanie, zaraz po święcie Lughnasa. Ulewny deszcz padał przez dziesięć dni, ziemia zamieniła się w trzęsawisko, plony uległy zniszczeniu. Nikt nie pamiętał takiego lata. A winny temu był Najwyższy Król. Wprawdzie motywy bogów rzadko bywały czytelne, ale tak straszna pogoda oznaczała, że przynajmniej jeden z nich został przez władcę obrażony.

Każde miejsce miało swoich bogów. Byli zrośnięci z krajobrazem i z opowieściami o istotach, które wcześniej tam zamieszkiwały. Każdy czuł ich obecność. Kiedy człowiek wszedł na jakieś wzniesienie i patrzył na zielone lasy i łąki, kiedy wdychał łagodne powietrze, jego serce niemal śpiewało z wdzięczności dla bogini Eriu, matki wyspy. A patrząc na wschodzące słońce, uśmiechał się do boga Dagdy, który pędził na swoim rumaku po niebie. Łagodny Dagda, to z jego czarodziejskiego kotła pochodziło całe dobro życia. A gdy się stało nad brzegiem morza i spoglądało na fale, można było niemal dostrzec, jak z głębiny wyłania się bóg mórz Manannan, syna Lira.

Byli też bogowie budzący przerażenie. Na południowo-zachodnim krańcu wyspy, na skalistym cyplu zalewanym przez spienione fale, mieszkał Donn, władca zmarłych. Większość ludzi się go bała. Podobnie jak bogini matki, kiedy przyjmowała postać zagniewanej Morrigan i z kraczącymi krukami unosiła się nad polem bitwy. Czyżby teraz ktoś doprowadził ją do gniewu?

Królowie byli potężni, gdy zadowalali bogów. Ale musieli postępować rozważnie. Kiedy władca rozdrażnił boga – albo dopuścił się tego jakiś druid czy jasnowidz – mógł ponieść w bitwie klęskę. Jeśli ktoś się zwracał do Najwyższego Króla o sprawiedliwość, a ten nie umiał temu sprostać, bogowie zsyłali zarazę albo złą pogodę. To akurat wiedział każdy: zły król przynosił nieszczęście, dobrego króla bogowie nagradzali obfitymi plonami. Miało to jakąś wartość moralną. A teraz, choć ludzie nie mówili tego wprost, to przecież myśleli swoje: zniszczone plony były karą za przewiny króla.

Jednak mimo że król uczciwie wsłuchiwał się w głos swojego sumienia, nie mógł doszukać się niczego, co mogło sprowadzić klątwę bogów. Miał wszystkie cechy potrzebne władcy. Nie był skąpy – szczodrze wynagradzał swoich zwolenników, wydawał wspaniałe uczty. Z pewnością nie można mu było zarzucić tchórzostwa. Nie był zawistny ani małostkowy. Pod tym względem nawet jego żona nie mogła mieć do niego pretensji.

Jak powinien postąpić? Pytał o radę druidów. Składał ofiary. I na razie nikt nie wiedział, co dalej. Na szczęście pogoda się poprawiła. Więc przed kilkoma dniami uznał, że najmądrzej będzie poczekać i zobaczyć, co z tego wyniknie.

– W Connachcie doznałeś ujmy. – Głos żony niczym sztylet dźgnął ciszę otulającą jego myśli.

Król skrzywił się mimowolnie.

– To nieprawda.

– Upokorzono cię.

– I przez to zaczął padać deszcz? To chciałaś powiedzieć?

Nie odezwała się, ale przez jej twarz przebiegł pełen satysfakcji uśmieszek.

Sprawa, którą miał do załatwienia w Connachcie, była błaha. Zgodnie ze zwyczajem każdego lata Najwyższy Król albo jego słudzy objeżdżali różne części wyspy, żeby zebrać daniny. Było to potwierdzeniem królewskiej dominacji i ważnym źródłem dochodów. Co roku liczne stada bydła przechodziły do rąk panującego. Tego lata król udał się do Connachtu, tamtejszy władca przyjął go z kurtuazją i niezwłocznie uiścił daninę. Okazało się jednak, że do pełnej należności trochę brakuje, bo jeden z wodzów nie dostarczył swojej płatności. A ponieważ jego ziemie leżały po drodze do królewskiej siedziby, władca oświadczył, że sam się tym zajmie. I jak później przyznał, był to błąd.

Bo niesumienny wódz zniknął razem ze swoim bydłem. Po kilkudniowych poszukiwaniach król musiał ruszyć dalej. Nie minął miesiąc, a dowiedziała się o tym cała wyspa. Król wielokrotnie wysyłał swoich ludzi na ziemie zuchwałego watażki, a gdy i to skończyło się niepowodzeniem, postanowił, że zaraz po żniwach podejmie poważniejsze kroki. Jednak przeszkodziły mu deszcze. Teraz był pośmiewiskiem. W stosownym czasie wódz słono za to zapłaci, ale na razie autorytet Najwyższego Króla został poważnie nadwerężony. Lecz tak czy inaczej pośpiech nie był wskazany.

– A zimą nie mamy co liczyć na hojną gościnę – odezwała się królowa.

Bo zimą władca w inny sposób zaznaczał swoją zwierzchność. Przybywał z wizytą. I chociaż wielu wodzów czuło się zaszczyconych, gdy król zostawał u nich przez kilka dni, to na ogół żegnali jego świtę z wyraźną ulgą. „Wyjedli nam prawie całe zapasy” – narzekali. Jeśli Najwyższy Król chciał się dobrze najeść tej zimy, to musiał wzbudzić w poddanych nie tylko miłość, ale i lęk.

– Ten człowiek, który cię upokorzył, ten podrzędny wódz. – Położyła wyraźny nacisk na słowo „podrzędny”. – Jest ci winien dziesięć jałówek.

– Owszem. Ale teraz zabiorę mu trzydzieści.

– Radziłabym ci się powstrzymać.

– A to czemu?

– Bo on ma coś znacznie cenniejszego, a na dodatek to ukrywa.

Zawsze go zdumiewało, że żona umie tyle się dowiedzieć o innych ludziach.

– Co to takiego?

– Czarny byk. Podobno największy na całej wyspie. Ukrywa go, bo chce zapłodnić nim swoje stado i nieźle na tym zarobić. – Umilkła i spojrzała na męża nienawistnie. – A skoro nie możesz nic dla mnie zrobić, to przynajmniej sprowadź mi tego byka.

Ze zdziwieniem pokręcił głową.

– Jesteś taka sama jak Medb – powiedział.

Każdy znał historię królowej Medb, która z zazdrości, że jej mąż ma w swoich stadach większego byka niż ona, nakazała legendarnemu wojownikowi Cuchulainnowi pojmanie Brązowego Byka z Cuailnge, co doprowadziło do wielkiego rozlewu krwi. Spośród przekazywanych przez bardów opowieści o królach i herosach tej słuchano najchętniej.

– Chcę mieć tego byka w swoich stadach – oznajmiła.

– Mam go sam sprowadzić? – spytał.

– Ani mi się waż. – Spojrzała na niego gniewnie. – To nie przystoi. – Najwyżsi Królowie nie porywali bydła.

– Zatem kto ma się tego podjąć?

– Poślij swojego siostrzeńca Conalla – odparła.

Po raz kolejny musiał przyznać, że ma bardzo sprytną żonę.

– Pewnie tak zrobię – powiedział po chwili zastanowienia. – Może w końcu przestanie sobie zaprzątać głowę druidami. Ale zaczekam z tym do wiosny.

Królowa, choć wbrew sobie, spojrzała na męża z szacunkiem. Domyśliła się, co stoi za jego postanowieniem. Podejrzewała wręcz, że specjalnie nie rozwiązał jeszcze sporu z niesłownym wodzem. Bo jeśli istnieli też inni buntownicy gotowi podważyć królewską władzę, to król z rozmysłem dawał im czas. Będą myśleć, że spiskują potajemnie, ale on i tak o wszystkim się dowie. Nie bez kozery został Najwyższym Królem. A gdy już pozna imiona swoich wrogów, zgniecie ich, zanim zdążą się połączyć.

– W takim razie wyślij Conalla po byka zaraz po Beltane – powiedziała.

* * *

Tęcza. W tej części wyspy tęcze nie były czymś niezwykłym. I teraz też, gdy po krótkim deszczu słońce przebiło się przez filtr wilgoci, wielobarwny łuk zawisł nad ujściem Liffey i zatoką.

Jakże ona kochała Dubh Linn! A wiedząc, że niedługo wyjedzie do Ulsteru, starała się smakować każdy dzień. Z żalem myślała o tych wszystkich miejscach, które znała od dzieciństwa. Wybierała się często nad rzekę. Lubiła jej zmienne nastroje. Albo chodziła nad brzeg morza, gdzie długa, usiana muszelkami piaszczysta plaża ciągnęła się aż do skalistego wzgórza na południowym krańcu zatoki. Jednak najbardziej przyciągało ją inne miejsce. Dotarcie tam wymagało więcej czasu, lecz cel był tego wart.

Najpierw przeprawiała się przez bród na drugą stronę rzeki. Potem szła wśród bagien ścieżkami prowadzącymi do północnej części zatoki. Przez długi czas towarzyszyły jej leżące niedaleko morskiego brzegu błotne równiny i trawiaste mierzeje. W końcu jednak i one ustępowały i oto ukazywał się przed nią wielki garb północnego półwyspu. Wspinała się na niego, czując nowy przypływ radości.

Na szczycie garbu stało samotne schronienie. Wzniesione dawno temu przez ludzi, a może przez bogów, składało się z kilku krępych głazów przykrytych wielkim, płaskim kamieniem, ustawionym pochyło w stosunku do nieba. Wewnątrz tego dolmenu morska bryza stawała się cichym, łagodnym syczeniem. Ale Deirdre siadała albo stawała na kamiennym dachu, marząc na jawie i rozkoszując się widokami.

I nic dziwnego, bo był to jeden z najpiękniejszych morskich pejzaży w całej Europie. Gdy się patrzyło na południe, ponad szerokim łukiem zatoki, szaroniebieskie wody wyglądały jak mieniąca się chłodna, roztopiona lawa, skóra boga mórz. Dalej ciągnęły się małe cyple i przylądki, wyniosłe wzgórza i łagodne zbocza dawnych wulkanów, aż w końcu i one ginęły w zamglonym błękicie.

I mimo że Deirdre uwielbiała ten widok, o wiele chętniej patrzyła w przeciwną stronę, na północ. Tu też morze rozlewało się szeroko, stykając się z niskim brzegiem zwanym Równiną Ptasich Stad. Ale jej wzrok przyciągały dwie wysepki leżące w sąsiedniej zatoce w kształcie rzecznego ujścia. Większa przypominała rybę i czasem, podczas pływów, wyglądała tak, jakby oddalała się w morze. Jednak Deirdre była zauroczona mniejszą wysepką, widoczną niedaleko brzegu. Po jej jednej stronie żółciła się piaszczysta plaża, na środku wyrastało porośnięte wrzosami wzgórze. Od strony otwartego morza wznosił się skalisty klif, a pomiędzy jego pękniętą ścianą a kamiennym filarem utworzył się osłonięty prześwit wyścielony żwirową plażą, przytulny i zachęcający. Wyspa była niezamieszkana i nie miała nazwy. Ale Deirdre potrafiła wpatrywać się w nią, zafascynowana, całymi godzinami. Kiedyś przyprowadziła tu ojca i później, gdy wracała do domu po długiej przechadzce, Fergus mawiał z uśmiechem: „I co, pewnie znów patrzyłaś na tę swoją wyspę?”.

Poszła tam też dziś z samego rana i wróciła rozdrażniona. Po drodze złapał ją deszcz, ale to akurat jej nie przeszkadzało. To perspektywa małżeństwa wprawiała ją w przygnębienie. Jeszcze nie poznała mężczyzny, którego podsuwał jej ojciec razem z Goibniu. Ale bez względu na to, kim byłby jej przyszły mąż, i tak będzie musiała opuścić ukochane wybrzeże. Nie mogę poślubić morskich ptaków, myślała ze smutkiem. A gdy wróciła do domu, okazało się, że jeden z brytyjskich niewolników bezmyślnie uszkodził beczkę z najlepszym winem ojca i ponad połowa zawartości przepadła. Ojca i braci nie było, bo inaczej niewolnik dostałby solidne baty, Deirdre zaś jedynie sklęła go porządnie, wzywając imiona wszystkich bogów. Ale ten głupek, i to zirytowało ją jeszcze bardziej, zamiast przeprosić albo przynajmniej wyglądać na skruszonego, na dźwięk boskich imion padł na kolana, przeżegnał się i zaczął mamrotać swoje modlitwy.

W sumie nabycie dwóch niewolników z Brytanii było dobrą decyzją. Jeden z nich, mimo kilku wad, umiał zajmować się inwentarzem. Większość Brytyjczyków zamieszkujących wschodnią część wyspy mówiła tylko po łacinie, czemu po wielowiekowej obecności Rzymian nie należało się dziwić. Jednak ci, którzy osiedli w części zachodniej, mówili w języku podobnym do tego, którym posługiwała się Deirdre. Jeden niewolnik był duży i mocno zbudowany, a drugi krępy i przysadzisty. Obaj mieli ciemne włosy, krótko przycięte, jak wszyscy niewolnicy. Pracowali bardzo ciężko. Ale mieli własną religię. Niedługo po ich przybyciu Deirdre zauważyła, jak się modlą, więc wyjaśnili jej, że są chrześcijanami. Już wcześniej słyszała, że wśród Brytyjczyków jest wielu chrześcijan i że jakieś małe wspólnoty chrześcijańskie powstały też na wyspie, ale o samej religii wiedziała niewiele. Nieco zaniepokojona zaczęła wtedy wypytywać ojca, lecz on rozwiał jej obawy.

– Chrześcijaństwo to religia brytyjskich niewolników. Nakazuje im uległość.

Więc teraz zostawiła nieszczęśnika mamroczącego swoje modlitwy i weszła do domu. Miała nadzieję, że w ciszy i cieple poprawi jej się humor. Usiadła na ławie i zaczęła rozczesywać potargane przez deszcz włosy.

Dom był solidną budowlą z plecionki i gliny wzniesioną na planie koła o średnicy pięciu metrów. Światło dostawało się przez trzy otwory wejściowe, które teraz otwarto, żeby wpuścić świeże przedpołudniowe powietrze. Pośrodku znajdowało się palenisko, smugi dymu wydostawały się przez słomiany dach. Obok stał duży kocioł, a na niskim drewnianym stołku – kilka drewnianych talerzy. Mieszkańcy wyspy właściwie przestali używać naczyń ceramicznych. Na drugim stole, pod ścianą, ułożono najcenniejszy dobytek: piękną brązową misę z pięcioma uchwytami, żarna do mielenia ziarna, dwie prostokątne kości do gry ze znakami na czterech bokach, kilka drewnianych kufli ze srebrną obręczą i oczywiście ojcowski puchar z czaszki.

Deirdre czesała włosy. Jej złość powoli ustępowała. Jednak gdzieś w głębi wciąż czaił się niepokój, który odczuwała od dwóch miesięcy, od powrotu z Carmun, i który próbowała stłumić. Dotyczył młodego księcia. Wzruszyła ramionami. Nawet nie warto o nim myśleć.

A potem usłyszała, że woła ją niezdarny niewolnik.

* * *

Conall wsiadł do rydwanu zaprzężonego w dwa konie. Na ramieniu, nad łokciem, miał ciężką bransoletę z brązu. A stosownie do swojego statusu zabrał do rydwanu oszczep, tarczę i błyszczący miecz. Powozić miał jego woźnica. Nad morzem młodzieniec zauważył łuk tęczy.

Co on robi? Dręczył się wątpliwościami, nawet gdy dojechali do brodu. Winą za to obarczyłby najchętniej Finbarra. Ale to nie on był winien, lecz złote włosy i niezwykłe oczy tamtej dziewczyny. I jeszcze coś, czego nie umiał nazwać.

Jeszcze nigdy nie był zakochany. Owszem, miał pewne doświadczenia z kobietami. Odpowiednie osoby z królewskiego dworu już o to zadbały. Ale żadna z poznanych do tej pory kobiet nie wzbudziła jego zainteresowania. Kilka wpadło mu w oko, to prawda. Lecz gdy już zaczął z którąś rozmawiać, miał wrażenie, że po jakimś czasie zaczyna ich oddzielać dziwna bariera. Kobiety na ogół tego nie zauważały. I podobało im się to nagłe zamyślenie albo smutek w spojrzeniu królewskiego siostrzeńca. Żałował, że tak się dzieje. Ubolewał, że nie może z nikim dzielić swoich myśli i że myśli jego rozmówczyń są takie przewidywalne.

– Za wiele od nich wymagasz – stwierdził Finbarr szczerze. – Nie możesz oczekiwać, że młoda kobieta będzie taka mądra jak druid.

Ale nie chodziło tylko o to. Już od wczesnego dzieciństwa, gdy siadał samotnie nad jeziorem albo patrzył na zachodzące słońce, nawiedzało go poczucie wewnętrznego połączenia, przekonanie, że bogowie przeznaczyli go do wyższych celów. Czasem wypełniało go to bezbrzeżną radością, a kiedy indziej mu ciążyło. Początkowo sądził, że inni też tak czują, więc bardzo się zdziwił, kiedy odkrył, że jest inaczej. A w miarę upływu lat te odczucia coraz bardziej się pogłębiały. I kiedy spoglądał w oczy jakiejś mającej dobre chęci dziewczyny, niepokoił go wewnętrzny głos, który ostrzegał, że kobieta będzie mu przeszkadzać, będzie go odciągać ze ścieżki przeznaczenia.

Dlaczego więc ta dziewczyna o dziwnych zielonych oczach wydała mu się wyjątkowa? Bo mocniej go rozpraszała? Pozornie niczym nie różniła się od innych. Ale tamten ostrzegawczy głos nie był już słyszalny, nawet jeśli się odzywał. Coś go w tej dziewczynie pociągało. Ciekawiła go. Ale dopiero po długim wahaniu – co pewnie zdziwiłoby Finbarra – przywołał woźnicę, zaprzągł do rydwanu swoje najszybsze konie i nie mówiąc nikomu, dokąd się wybiera, ruszył do brodu na grobli.

Zastał ją jedynie w towarzystwie kilku parobków. Ojciec i bracia wybrali się na polowanie. Od razu zauważył, że gospodarstwo Fergusa jest dość skromne, co uznał za dobrą okoliczność. Gdyby trafił do jakiegoś znaczącego wodza, wieść o jego przybyciu rozeszłaby się po całej wyspie. Od razu zauważył, że bród wymaga naprawy. Bez trudu znalazł drogę do domostwa Fergusa, gdzie oznajmił, że chciałby odpocząć przed dalszą drogą.

Przywitała go przy wejściu. Przeprosiwszy za nieobecność ojca, zaprosiła do środka i ugościła jak każdego innego podróżnego. Sama nalała przyniesione przez służbę piwo. Uprzejmie wspomniała o ich spotkaniu podczas święta Lughnasa, ale on miał wrażenie, że w jej oczach czai się wesoły błysk. Już zapomniał, jaka jest piękna. Zaczął się zastanawiać, jak bardzo może przeciągnąć swoją wizytę, gdy Deirdre zapytała, czy przekraczając bród, spojrzał do czarnego stawu, od którego to miejsce wzięło swoją nazwę.

– Nie, nie spojrzałem – skłamał. I ochoczo przystał, gdy zaproponowała, że chętnie go tam zaprowadzi.

Stojąc obok Deirdre, spojrzał ze stromego brzegu w spokojną toń. I może dlatego, że liście rosnącego nad brzegiem dębu przybrały złotobrązowy kolor, a może z powodu gry światła, przez krótką chwilę poczuł lęk, że czarna woda zaraz go wciągnie w bezkresne głębiny. Oczywiście każdy staw mógł mieć magiczną moc i ukryte przejścia do podwodnych zaświatów. To dlatego broń, naczynia i złote ozdoby składane bogom w ofierze często wrzucano do rzek i jezior. Jednak Conallowi wydawało się, że staw podsuwa mu bardziej tajemniczą groźbę, nienazwaną. Nigdy wcześniej nie doświadczył podobnego lęku i zupełnie nie wiedział, co on może oznaczać.

Stojąca obok dziewczyna uśmiechała się.

– Mamy tu też trzy studnie – powiedziała. – Jedna z nich jest poświęcona bogini Brigid. Chciałbyś ją zobaczyć?

Skinął głową.

Obejrzeli studnie usytuowane na wzniesieniu schodzącym ku Liffey, a potem wrócili do domu przez rozległą torfiastą łąkę. Conall zupełnie nie wiedział, co począć. Ta dziewczyna była zupełnie inna niż wszystkie. Nie podchodziła zbyt blisko, nie ocierała się o niego niby to przypadkiem, nie kładła mu dłoni na ramieniu. I spoglądała na niego z miłym uśmiechem. Była ciepła i przyjacielska. Miał ochotę ją objąć. Ale tego nie zrobił. W końcu oznajmił, że musi ruszać w dalszą drogę.

Czy na jej twarzy pojawił się cień rozczarowania? To możliwe. Miał nadzieję, że tak było? Owszem, po cichu na to liczył.

– Będziesz wracał tą samą drogą – zauważyła. – Może zatrzymasz się wtedy na dłużej.

– Bardzo chętnie. Do zobaczenia.

Przywołał rydwan i odjechał.

* * *

Gdy Fergus wrócił wieczorem do domu i dowiedział się, że w pobliżu przejeżdżał jakiś podróżny, jego ciekawość nie miała granic.

– Kto to był? – dopytywał się.

– Nikt. Po prostu jechał na południe. Nie zabawił długo.

– Nie mogłaś się czegoś o nim dowiedzieć?

– Był w Carmun podczas Lughnasa. W każdym razie tak mówił.

– Była tam połowa Leinsteru – parsknął Fergus.

– Podobno nas widział – powiedziała wymijająco. – Ale ja go nie pamiętam.

Fergus patrzył na nią bez słowa, bo zupełnie nie umiał pojąć, jak można zetknąć się z kimś nie raz, ale dwa razy, i niczego się o nim nie dowiedzieć.

– Poczęstowałam go piwem – dorzuciła lekko. – Być może jeszcze tu wróci.

Na co ojciec jedynie odwrócił się na pięcie, usiadł na swoim ulubionym miejscu przy czarce z czaszki i nakrywszy się peleryną, zasnął.

Jednak Deirdre długo jeszcze nie mogła zasnąć, siedziała z kolanami przyciągniętymi do brody i rozmyślała o minionym dniu.

Była z siebie dumna. Gdy zobaczyła Conalla, na chwilę odebrało jej oddech i poczuła, że drży na całym ciele. Siłą woli zdołała jednak się opanować i gdy młody książę podszedł do furtki, była całkiem spokojna. Nawet się nie zaczerwieniła. Czy jednak wystarczająco zachęciła go do ponownej wizyty? To pytanie najbardziej ją dręczyło. Wolałaby chyba wyjść na głupią gąskę, niż go do siebie zrazić. W drodze nad staw zastanawiała się, czy nie zbliżyć się do niego, nie musnąć jego ramienia. Ale coś ją powstrzymało. I była przekonana, że postąpiła słusznie. A gdyby to on zrobił pierwszy krok? Zgodziłaby się i wzięła go pod rękę? Tylko co by z tego mogło wyniknąć?

Jednego była pewna: im dłużej utrzyma ojca w niewiedzy, tym lepiej. Jego gadatliwość mogłaby doprowadzić do jakiejś niezręcznej sytuacji. Gdyby tylko mogła mieć jakąkolwiek nadzieję…

Co ją pociągało w tym milczącym, zamyślonym nieznajomym? To że jest księciem? Nie, nie to.

Zgodnie z pradawną tradycją Najwyższy Król miał być ideałem człowieka bez jakiejkolwiek skazy. Wszyscy znali opowieść o Nuadzie, legendarnym królu bogów. Kiedy Nuada stracił w bitwie rękę, zrzekł się władzy. Dostał jednak rękę ze srebra, która wkrótce zamieniła się w żywe ciało. Dopiero wtedy jako Nuada ze Srebrną Ręką mógł ponownie zasiąść na tronie. Podobno tak samo było z Najwyższym Królem. Jego wady budziły niezadowolenie bogów. Na królestwo spadały plagi.

Wydawało jej się, że młody wojownik ma w sobie królewski majestat. Był doskonale zbudowany – to akurat zauważyła od razu. Ale tym, co w jej oczach wyróżniało go najbardziej, było zamyślenie, powściągliwość, tajemniczość i jakaś aura smutku i melancholii. To nie był mężczyzna dla kobiety bezmyślnej czy nieokrzesanej. A tymczasem przybył aż do Dubh Linn, żeby ją zobaczyć. Tego była pewna. Tylko czy zechce tu wrócić?

Następny dzień był pogodny. Ranek minął spokojnie, każdy zajmował się swoimi obowiązkami. Zbliżało się południe, gdy któryś z wojowników zaczął krzyczeć, że dwóch ludzi przeprawia się przez bród. Deirdre wyszła przed dom, żeby zobaczyć, kto to taki. Rzeczywiście, było ich dwóch, jechali na lekkim wozie, obok szło kilka jucznych koni. Jednego rozpoznała od razu, natomiast tego drugiego nie znała.

Niższym był kowal Goibniu.

* * *

Conall obudził się o świcie. Poprzedniego dnia, po pożegnaniu z Deirdre, minął wraz ze swoją świtą wysoki cypel wcinający się w szeroką zatokę Liffey i zatrzymał się na nocleg w zacisznym miejscu przy skale na południowym stoku. I oto teraz wspiął się na szczyt skały i w pierwszym brzasku świtu patrzył na wyłaniający się z mgieł majestatyczny krajobraz.

Po prawej stronie łagodne wzgórza i wulkaniczne góry wznosiły się w pierwszych promieniach słońca ku blademu niebu, które jeszcze nie pożegnało się z gwiazdami. Po lewej stronie rozlewał się srebrny blask morza. A pomiędzy tymi światami dwóch żywiołów ciągnęły się wzdłuż wybrzeża łańcuchy wzgórz, jakby przykryte zieloną opończą, i ginęły w dalekich mgłach. Krawędź opończy zdobiły niewielkie klify, pod którymi spienione fale rozlewały się na piaszczystych plażach.

Gdzieś niżej przez pustą łąkę przebiegł lis, a potem zniknął wśród drzew. W powietrzu dźwięczała chóralna pieśń świtu. Daleko, na granicy między morzem a lądem, Conall zauważył cień szybującej czapli. Na chłodnym policzku poczuł pierwsze ciepło wschodzącego słońca, więc zwrócił twarz ku wschodowi. Czuł się tak, jakby świat właśnie się zaczął.

W podobnych chwilach, gdy wszystko wokół wydawało mu się doskonałe, pragnął wyrazić swój zachwyt niczym krążące nad nim ptaki, a wtedy przychodziły mu na myśl słowa dawnych celtyckich poetów. Dziś były to wersy Amairgena, który przybył na wyspę z pierwszymi celtyckimi najeźdźcami w czasach boskich Tuatha De Danaan. Właśnie Amairgen, patrząc na morski brzeg tak jak teraz Conall, wypowiedział słowa, które stały się podwaliną całej celtyckiej poezji. I nie bez powodu – oto pieśń Amairgena była pradawną wedyjską mantrą, jaką w wielu odmianach można było spotkać w ogromnej indoeuropejskiej diasporze, od pieśni bardów po poezję Indii.

Jestem morską bryzą

Jestem falą oceanu

Jestem rykiem morza

Tak właśnie zaczynała się ta wspaniała pieśń. Poeta był bykiem, sępem, kroplą rosy, kwiatem, łososiem, jeziorem, ostrzem broni, słowem, a nawet bogiem. Zamieniał się we wszystko po kolei, ale nie za sprawą czarów, lecz dlatego, że wszystko, podzielone na najdrobniejsze elementy, było jednym. Człowiek i natura, morze i ziemia, a nawet sami bogowie pochodzili z tej samej pierwotnej mgły i zostali stworzeni za sprawą tego samego wiecznego czaru. Ta pradawna wiedza zachowała się na wyspie. Takiej wiedzy strzegli druidzi.

I tego doświadczał Conall, gdy był sam: miał poczucie jedności ze wszystkim, co istnieje. Było to doznanie tak mocne, tak intensywne, tak cenne, że nie umiałby bez niego żyć.

I dlatego w tej cudownej ciszy wschodu słońca pokręcił głową. Nie umiał odpowiedzieć sobie na jedno pytanie. Czy żyjąc obok drugiej osoby, traci się to wielkie połączenie? Czy z żoną można się podzielić takimi doświadczeniami, czy trzeba z nich zrezygnować? Instynkt podpowiadał, że to drugie, ale brakowało mu pewności.

Pragnął Deirdre. To już wiedział na pewno. Chciał do niej wrócić. Ale czy wtedy w jakiś nieznany mu jeszcze sposób nie utraci swojego życia?

* * *

Był przystojnym mężczyzną, nie dało się zaprzeczyć. Wysoki, lekko łysiejący, z twarzą przywodzącą na myśl górską grań i ciemnymi oczami o przyjaznym spojrzeniu. Wedle jej oceny miał może trzydzieści lat. Rozmawiali przez jakiś czas, a gdy już upewnił się co do jej upodobań i – jak przypuszczała – wyrobił sobie zdanie, spojrzał na Goibniu. Musiał to być jakiś znak, bo po chwili kowal wziął ojca pod ramię i zaproponował przechadzkę.

A więc stało się. Niedługo będzie musiała wyjść za mąż. Nie miała wątpliwości, że ojciec dostanie za nią sowitą zapłatę. A i kandydat na męża wyglądał na prawego człowieka. Z pewnością los jej sprzyjał. Tylko że ona, przynajmniej na razie, nie chciała go poślubić.

Wstała. Zdziwiło go to nieco. Uśmiechnęła się, mówiąc, że za chwilę wróci, i wyszła na dwór.

Goibniu i ojciec stali nieopodal. Spojrzeli na nią pytająco, więc dała znak, że chce porozmawiać z ojcem.

– Co się dzieje? – spytał, podszedłszy do niej.

– Ustalacie, ojcze, ile za mnie zapłaci? – spytała.

– Owszem. I to będzie bardzo dobra cena. Coś cię trapi?

– Nie, skądże. Możesz przekazać Goibniu – uśmiechnęła się w stronę kowala – że pochwalam jego wybór. Zdaje się, że to dobry człowiek.

– Aha. – Ojciec przyjął to z wyraźną ulgą. – Rzeczywiście, dobry człowiek. – Zamierzał wrócić do kowala.

– Myślę jednak – ciągnęła lekko – że powinnam ci o czymś powiedzieć.

– O czym?

Nie miała wyjścia, musiała zaryzykować.

– Słyszałeś o Conallu, synu Morny? O tym siostrzeńcu Najwyższego Króla?

– Słyszałem. Ale go nie znam.

– A ja tak. Poznałam go podczas Lughnasa. – Umilkła, bo ojciec spojrzał na nią z wielkim zdziwieniem. – I to on był tu wczoraj. Wydaje mi się, że przyjechał do mnie.

– Jesteś tego pewna? On ma poważne plany?

– Skąd mam to wiedzieć? Czas pokaże. Ale to dość prawdopodobne. I co ty na to?

Teraz ojciec się uśmiechnął.

– Idź do domu, dziecko – powiedział. – Sam się tym zajmę.

Wrócił do kowala.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że on nie przypadł jej do gustu? – rzucił szorstko Goibniu.

– Ależ skąd, spodobał się – uspokoił go pospiesznie Fergus. – Do pewnego stopnia – dodał łagodnie.

Goibniu skinął głową.

– I to wystarczy. A cena?

– Zgadzam się.

– W takim razie już dziś pojedzie z nami.

– Obawiam się, że to niemożliwe.

– A to czemu?

– Będzie mi potrzebna przez zimę – powiedział Fergus obojętnie. – Ale wiosną…

– Tylko że on chciałby mieć kobietę, zanim przyjdzie zima.

– Jeśli jego zamiary są szczere…

– Na bogów, człowieku! – wybuchnął Goibniu. – Gdyby nie miał szczerych zamiarów, to nie przyjechałby do tej dziury aż z Ulsteru.

– Miło mi to słyszeć – oświadczył Fergus z powagą. – W takim razie dostanie ją na wiosnę.

Goibniu zmrużył oczy.

– Masz inną propozycję.

– Tego nie mówię. – Fergus zawiesił głos. – Co nie znaczy, że nie znalazłby się jakiś chętny. Ale skoro zacząłem ubijać interes z tobą…

– Nie lubię, gdy ktoś mi się sprzeciwia – przerwał mu Goibniu.

– Dostanie ją, nie bój się – zapewnił go Fergus.

A gdy goście już pojechali, oświadczył córce:

– I tak się stanie, jeśli ten twój Conall nie pojawi się do wiosny.

III

Larine był jednym z najmłodszych druidów, ale już szanowanym za mądrość i nazywanym Rozjemcą. Nie zdziwiło go zatem, gdy pewnego chłodnego wiosennego dnia, kiedy akurat pojawił się w obozie Najwyższego Króla na ulsterskim wybrzeżu, władca, korzystając z pierwszej okazji do poufnej rozmowy, zwrócił się do niego z pytaniem:

– Co powinienem zrobić z moim siostrzeńcem? Chciałbym poznać twoje zdanie w tej kwestii.

Młody druid zawsze lubił Conalla. W ciągu ostatnich miesięcy wysłuchiwał jego zwierzeń, co wzbudziło w nim opiekuńczość i lojalność. Do tego coraz bardziej martwił go pogłębiający się smutek młodego księcia, dlatego rozważnie dobierał słowa.

– Według mnie coś go niepokoi. Całkowite posłuszeństwo wobec króla oraz uszanowanie pamięci ojca to jego obowiązek. I on chce go wypełnić. A jednocześnie bogowie dali mu oczy druida.

– Naprawdę uważasz, że on ma moce druidów?

– Tak uważam.

Król umilkł na dłuższy czas.

– Obiecałem jego matce, że on pójdzie w ślady swojego ojca – powiedział w końcu.

– Wiem – przyznał Larine. – Ale czy jej to przysiągłeś, panie?

– Nie, nie składałem przysięgi – odparł król, cedząc słowa. – Lecz tylko dlatego, że wobec własnej siostry nie musiałem tego robić.

– Nie szkodzi. Nic ciebie nie wiąże.

Znów zapadło długie milczenie. Larine’owi wydawało się, że gdyby mogli dokończyć tę rozmowę, to król zgodziłby się spełnić pragnienie Conalla. Ale los chciał widać inaczej, bo właśnie w tej chwili podeszła do nich królowa. Po konwencjonalnym powitaniu przyjrzała się druidowi spod przymrużonych powiek i spytała, o czym rozmawiali.

– O tym, że Conall chce być druidem – odparł cicho, wiedząc, że nie ma innego wyjścia.

Nie przypuszczał, by miało ją to szczególnie obchodzić. I nie rozumiał, dlaczego krzyknęła ze złością:

– Ale najpierw ma mi przyprowadzić tego byka!

Dopiero Najwyższy Król wszystko mu wyjaśnił.

* * *

– Twój wuj jeszcze nie podjął decyzji – oznajmił Larine Conallowi.

– A królowa?

– Królowa była zła – przyznał.

Łagodnie powiedziane. To prawda, wszyscy znali porywczość królowej, ale Larine wciąż był poruszony tym, jak przeklinała męża. Krzyczała, że miał wysłać Conalla, że jej to obiecał. I nazwała go podłym zdrajcą. Król próbował coś powiedzieć, ale ona nie pozwoliła mu dojść do słowa. Jednak z potoku jej słów Larine’owi udało się wyłowić powód leżący u podstaw planowanego najazdu: umocnienie królewskiego autorytetu. Tu akurat musiał przyznać królowej rację. Można było zlecić zadanie komuś innemu, lecz wybór młodego księcia pokazywał zwierzchnictwo rodu panującego nad zuchwałym wodzem. Ale jednocześnie królowa postąpiła bardzo nieroztropnie. Gdyby przeprowadziła tę rozmowę spokojnie i bez świadków, na pewno postawiłaby na swoim. Lecz krzycząc i obrażając męża w obecności druida, doprowadziła do tego, że król nie mógł jej ustąpić, bo ucierpiałaby na tym jego godność. Jednak te szczegóły Larine zachował dla siebie.

– Najwyższy Król obiecał, że niedługo podejmie decyzję – powiedział do Conalla. – I wcześniej porozmawia z tobą na osobności.

– Nic nie wiem o zamiarze wykradzenia byka – wyznał Conall.

– Bo to tajemnica, więc nie zdradź się przed nimi, że ci powiedziałem. – Larine zawiesił głos. – Mógłbyś zdobyć byka, a potem poprosić króla, żeby cię zwolnił z reszty zobowiązań. Królowa nie będzie mogła się temu sprzeciwić.

Ale Conall pokręcił głową.

– Naprawdę w to wierzysz? – Westchnął. – Znam ich lepiej niż ty. Jeśli sprowadzę byka, to nie minie miesiąc, a znajdą mi inne zadanie, to pewne. A potem jeszcze jedno, i jeszcze jedno. Jeśli mi się nie powiedzie, okryję się hańbą, a jeśli dam radę, przyniosę zaszczyt sobie, ale przede wszystkim Najwyższemu Królowi. I tak już będzie przez całe moje życie.

– Może wszystko ułoży się inaczej.

– Nie, będzie tak, jak mówię. Jest jeden sposób, żeby to się skończyło. W ogóle nie zaczynać.

– Ale nie możesz im odmówić!

Conall zastanawiał się przez dłuższą chwilę.

– Chyba mogę – mruknął.

A Larine uznał, że lepiej nie wspominać o tym Najwyższemu Królowi.

* * *

Zima prawie dobiegła końca, a on się nie pojawiał. Fergusowi wydawało się, że Deirdre jest czasem bledsza niż księżyc. Nawet bracia zauważyli jej zły nastrój. Co mnie podkusiło, wyrzucał sobie Fergus, żeby ją zabrać ze sobą na święto Lughnasa! Spotkanie z Conallem obróciło się przeciwko niej.

Początkowo i on miał nadzieję, że Conall znów do nich zawita. Deirdre nie jest głupia. Jeśli dostrzegła zainteresowanie księcia, to znaczy, że tak było, przekonywał sam siebie. Conallowi musiało na niej zależeć. Ale czas mijał, a jego ani śladu. Fergus zaczął nawet dyskretnie rozpytywać o młodego wojownika. Ostrożnie przestrzegł córkę przed geisami druidów wyznaczającymi los Conalla.

– Człowiek tak obarczony przeznaczeniem często ma trudne, pełne przeszkód życie – uprzedzał ją. Ale widać było, że te słowa nie robią na niej wrażenia.

Dlaczego nie przyjeżdżał? Powodów mogło być wiele. Ale gdy Fergus patrzył, jak córka marnieje w oczach, przyszła mu do głowy pewna myśl, która wracała uporczywie, aż w końcu całkiem nim zawładnęła. Bo czyja to wina, że Conall się nie pojawiał? Ani księcia, ani Deirdre. To on sam był winny. Dlaczego taki ktoś jak Conall miałby poślubić jego córkę? Gdyby Fergus był wielkim wodzem, gdyby miał duży majątek, sprawa wyglądałaby inaczej.

Inni mężczyźni na wyspie, i to wcale nie lepiej urodzeni niż on, łączyli siły i wyprawiali się na morze po łupy, wyjeżdżali na wojny, zdobywali sławę i bogactwo. A on co? Siedział sobie w Dubh Linn, pilnował brodu i przyjmował w domu podróżnych.

I to była po części przyczyna jego kłopotów. U Fergusa każdy mógł się spodziewać gościnnego przyjęcia. Strażnik brodu chętnie ubijał prosiaka, a nawet jałówkę, żeby podjąć podróżnych wystawną ucztą. Stary bard, który niemal każdego wieczoru recytował wiersze, otrzymywał hojną zapłatę. Rodziny z bardziej oddalonych gospodarstw, które nazywały go swoim naczelnikiem, zawsze mogły liczyć u niego na jedzenie i dach nad głową. A gdy się spóźniali z niewielkimi daninami, czy to w bydle, czy w zwierzęcych skórach, Fergus często darowywał im długi. Przywiązanie do tych skromnych przejawów statusu pozwalało mu zachować we własnych oczach godność, ale sprawiło też, że w ciągu ostatnich lat pozaciągał wiele długów, które ukrywał przed bliskimi. Jakoś dawał sobie radę, bo umiał hodować bydło. Miał do tego wrodzony talent, za który dziękował bogom. Ale skrywane uczucie wstydu gnębiło go coraz bardziej, zwłaszcza po śmierci żony, a teraz dopadło go jeszcze poczucie życiowej porażki.

Kim ja jestem? – powtarzał w myślach. Co ludzie o mnie mówią? O, ten to może być dumny ze swojej córki. Dostanie za dziewczynę okrągłą sumę. Ale co ja zrobiłem, żeby ona mogła być dumna ze mnie? Nic. Taka jest prawda. A teraz zakochała się w mężczyźnie, który się z nią nie ożeni z winy jej ojca.

Nigdy nie mówiła, co ją gryzie. Jak zwykle krzątała się po domu i obejściu. Czasem, jeszcze na początku zimy, spoglądała na zimne wody brodu, jakby kogoś wyglądając. Raz poszła na cypel, żeby popatrzeć na swoją ukochaną wysepkę. Ale pod koniec zimy już nic jej nie cieszyło, a wpatrywała się najwyżej w szarą, zmarzniętą ziemię pod nogami.

– Jesteś bledsza niż przebiśnieg – powiedział do córki któregoś dnia.

– Przebiśniegi więdną, ja przeżyję – odparła. – Bałeś się, że zmarnieję przed weselem? – dorzuciła tonem ponurego żartu. A gdy Fergus pokręcił głową, dokończyła smutno: – Najlepiej zawieź mnie do Ulsteru.

– Jeszcze nie teraz – odparł łagodnie.

– Conall nie przyjedzie. – W jej głosie dźwięczała rezygnacja. – Powinnam być wdzięczna, że znalazłeś mi takiego dobrego męża.

Nie masz mi za co dziękować, pomyślał.

– Na wyjazd do Ulsteru jest jeszcze czas – oznajmił na głos.

Ale kilka dni później zapowiedział rodzinie, że wyjeżdża na krótko, i bez dalszych wyjaśnień przeprawił się konno przez bród.

* * *

Finbarr słuchał uważnie, gdy Conall opowiadał mu, co myśli o wykradzeniu byka, a potem pokręcił głową.

– Między nami jest wielka różnica, Conallu. Bo ja, człowiek biedny, dałbym bardzo wiele za taką szansę. A ciebie, księcia, wleką ku chwale wbrew twojej woli.

– Bo to ty powinieneś poprowadzić tę wyprawę, nie ja – odparł Conall. – Powiem o tym wujowi.

– Lepiej nie – powstrzymał go Finbarr. – To by ściągnęło kłopoty na moją głowę. – Umilkł i z ciekawością spojrzał na Conalla. – Czy chcesz mi jeszcze o czymś powiedzieć? – spytał łagodnie.

Już na początku zimy zauważył zmianę w zachowaniu przyjaciela. To prawda, Conall zawsze bywał markotny, ale gdy z zaciśniętymi ustami i nieobecnym wyrazem twarzy coraz dłużej wpatrywał się w horyzont, Finbarr doszedł do wniosku, że coś go musi dręczyć. I teraz, dowiedziawszy się o byku, uznał, że powodem tego przygnębienia jest sekretna misja. Gdy jednak Conall wyjaśnił, że wie o niej dopiero od dwóch dni, przyjaciel musiał poszukać innych przyczyn.

– Jesteś pewien, że nic cię nie gnębi? – spytał po raz kolejny.

– Nie, nic – odparł Conall.

I wtedy zauważyli wysoką postać nieznajomego mężczyzny.

Fergus szukał obozu króla przez kilka dni, ale gdy już się tam znalazł, jakiś człowiek od razu wskazał mu Conalla. Skromny hodowca bydła spojrzał z podziwem na urodziwego księcia i jego przystojnego towarzysza.

– Witaj, Conallu, synu Morny – powiedział poważnie. – Nazywam się Fergus, syn Fergusa, i chciałbym porozmawiać z tobą na osobności.

– Ja niczego nie ukrywam przed swoim przyjacielem Finbarrem – odrzekł chłodno Conall.

– Chodzi o moją córkę Deirdre – zaczął Fergus – którą odwiedziłeś w Dubh Linn.

– Porozmawiajmy o tym sami – przerwał mu Conall, więc Finbarr się oddalił. Ale zdążył zauważyć, że jego przyjaciel się zaczerwienił.

Fergus w prostych słowach opowiedział Conallowi, co się dzieje z Deirdre. Kiedy wspomniał, że dziewczyna się zakochała, wyczytał z twarzy młodego księcia poczucie winy. A gdy wymienił sumę, którą wynegocjował Goibniu, Conall zbladł. Jednak Fergus nie zamierzał wymóc na nim żadnej deklaracji.

– Nie oddam jej przed świętem Beltane – oznajmił na pożegnanie. – Ale potem będzie musiała pójść za mąż.

* * *

Finbarr uśmiechnął się pod nosem. A więc Conall pojechał aż nad Liffey, żeby zobaczyć się z dziewczyną, którą mu podsunął w Carmun. To o niej rozmyślał przez cały czas. Chociaż raz ten zadumany druid zachował się jak normalny mężczyzna. Czyli jest jeszcze dla niego nadzieja.

Dlatego zaraz po odjeździe Fergusa zaczął szczerze wypytywać Conalla, a ten w końcu o wszystkim mu opowiedział.

– Chyba będziesz potrzebował mojej rady – oznajmił Finbarr z pewnym zadowoleniem. Spojrzał twardo na przyjaciela. – Naprawdę pragniesz tej dziewczyny?

– Chyba tak. Tak mi się wydaje. Właściwie nie wiem.

Beltane. Początek maja.

– Masz dwa miesiące, żeby się zdecydować – zauważył Finbarr.

IV

Goibniu uśmiechnął się szeroko. Wszędzie wokół widział ludzi – część konno albo na wozach, ale większość prowadziła bydło – zmierzających grupami w kierunku wzgórza, które wyrastało na równinie.

Uisnech – serce wyspy.

Tak naprawdę wyspa miała dwa ośrodki. Królewskie wzgórze Tara leżące o dzień drogi na wschód było centrum politycznym. Uisnech zaś – centrum geograficznym. To stąd, jak mówiła legenda, wypływało dwanaście rzek stworzonych podczas potężnej burzy gradowej. Niektórzy nazywali to okrągłe wzgórze wystające ponad płaską okolicą pępkiem wyspy.

Ale to nie wszystko. Tara była wzgórzem królów, a Uisnech wzgórzem druidów. Tu mieszkała bogini Eriu, od której wyspa wzięła swoją nazwę. I tutaj jeszcze przed przybyciem Tuatha De Danaan mityczny druid rozniecił pierwszy ogień, z którego żar rozniesiono do wszystkich domowych palenisk. W tajemniczej jaskini we wnętrzu Uisnech znajdowała się święta studnia zawierająca wszelką mądrość. Na szczycie wzgórza stał pięcioboczny „kamień graniczny”, wyznaczający święty zbieg granic pięciu królestw wyspy. To tutaj druidzi zbierali się na tajne spotkania.

A raz w roku, z okazji święta Beltane, zwoływali wielkie zgromadzenie.

Spośród wszystkich celtyckich świąt najwięcej magii miały w sobie dwa: Samhain, czyli pierwotne Halloween, oraz wypadające wiosną Beltane. To one dzieliły rok na dwie połowy – zimę i lato, ciemność i światło. Samhain oznaczało początek zimy. Po Beltane zima się kończyła i przychodziło lato. A dni poprzedzające oba święta były dziwne i tajemnicze. Bo oto w wigilijną noc czas wchodził w stan zawieszenia – ani zimy, ani lata. Zima, pora śmierci, spotykała się z latem, porą życia, niebiosa spotykały się ze światem podziemnym. Pojawiały się duchy; zmarli mieszali się z żywymi. Były to noce zjaw i ulotnych cieni. Te przed Samhain budziły przerażenie, bo wiodły ku śmierci. Ale świat letnich duchów był swawolny, wypełniony seksualną energią.

Goibniu lubił Beltane. Wprawdzie miał tylko jedno oko, ale pod innym względem nie można mu było niczego zarzucić, a jego sprawność seksualna była powszechnie znana. Patrzył na ludzkie zbiorowisko z radosnym wyczekiwaniem. Kiedy będzie miał kobietę? Już niedługo, pomyślał. W końcu jest Beltane.

* * *

Wielotysięczny tłum czekał w różowym świetle na rozpoczęcie wspinaczki. Wiał lekki, ciepły wiatr. W powietrzu płynęły dźwięki dud. Panował nastrój wyczekiwania.

Deirdre spojrzała na swoją rodzinę. Zgodnie ze świątecznym zwyczajem bracia nieśli gałązki z zielonymi listkami. Ona też powinna zerwać sobie kilka takich witek, ale nie miała na to nastroju. Bracia uśmiechali się głupkowato. Kiedy ścinali gałązki, jakaś kobieta spytała, czy zamierzają poszukać sobie dziewczyn na tę noc. Deirdre pominęła to milczeniem. Raczej mało prawdopodobne, żeby tak się stało. Choć kto wie. Zanim noc się skończy, gdy ludzie napiją się i wytańczą, w krzakach i w mrocznych zakamarkach dojdzie do wielu potajemnych zbliżeń. Młodzi kochankowie, żony, które wymknęły się od mężów, mężowie, którzy zostawili swoje żony. Podczas majowego święta takie rzeczy się zdarzały. Ona nigdy by się do tego nie posunęła, jako niezamężna córka wodza musiała myśleć o swojej reputacji. Takie zachowanie uchodziło córce parobka albo niewolnicy. Ale ojciec? Spojrzała na niego z ciekawością. Skoro ona niedługo opuści dom, to ojcu potrzebna będzie gospodyni. Skorzysta z okazji, jaką jest Beltane, żeby sobie znaleźć kobietę? Właściwie miał do tego prawo, choć nic nie wskazywało, by snuł takie zamiary. Nie wiedziała, co o tym myśleć.

Mimowolnie rozglądała się wokół. Conall gdzieś tu jest. Jeszcze go nie widziała, ale musiał przecież przybyć na święto. I nie próbował jej znaleźć. Najwyższy Król pojawił się z licznym orszakiem, lecz nie odważyła się sprawdzić, czy Conall się do niego zalicza. Jeśli chce ją spotkać, to niech sam się postara. Jeśli nie… No cóż, nie mogła dłużej czekać. Gdy przyszły mąż zażąda jej wydania, ojciec nie będzie mógł mu odmówić.

Może Conall widzi w niej jedynie przelotną znajomość, dobrą na majowe Beltane? Odnajdzie ją, zaproponuje miłosną noc, a potem zostawi własnemu losowi? Nie, na to był zbyt szlachetny. Ale co będzie, jeśli spotkają się w nocy na szczycie? Jeśli pojawi się nagle obok niej niczym jakaś zjawa? Jeśli jej dotknie? Spojrzy pytająco? Co będzie, jeśli Conall… Pójdzie z nim? Odda mu się niczym jakaś niewolnica? Co za myśl! Myśl, która jej nie opuszczała.

Gdy słońce zaczęło się zniżać, wielki tłum ruszył w górę po zboczu. Na całej wyspie ludzie wspinali się na podobne wzgórza. W wigilię Beltane wszyscy czuwali, by strzec się przed złymi duchami, które tej nocy wkraczały do ludzkiego świata. A duchy lubiły też psocić: kradły mleko, mamiły dziwnymi snami, rzucały uroki, sprowadzały ludzi na manowce. Jedynie dla zabawy. Ale wolały działać z zaskoczenia. Były sprytne. Gdy się ich wypatrywało, uciekały. Dlatego w celtyckim świecie w wigilię majowego święta wszyscy czuwali.

Deirdre westchnęła. Do świtu jeszcze dużo czasu. I znów mimowolnie rozejrzała się dookoła.

* * *

Twarz Conalla wyglądała dziwnie w świetle gwiazd. Gdy Finbarr na nią patrzył, była twarda niczym pięcioboczny kamień stojący na szczycie wzgórza zaledwie czterdzieści kroków od nich, ale po chwili można było pomyśleć, że rozpływa się w ciemności. Czyżby się roztapiała? Nie, to jedynie słabe migotanie światła gwiazd na kropelkach rosy zbierającej się na skórze.

Wkrótce świat zobaczy pierwszy brzask świtu. O wschodzie słońca zostanie odprawiony rytuał, a po nim, już w pełnym świetle dnia, rozpocznie się wielka ceremonia ogni Beltane. Ale noc jeszcze się nie skończyła. Finbarr jeszcze nigdy nie widział tak czystego nieba. Równinę wokół wzgórza przykrył cienki całun niskich mgieł, łagodnie błyszczący w świetle gwiazd, przez co wzgórze Uisnech wyglądało tak, jakby osiadło na chmurze w centrum kosmosu.

– Widziałem ją – powiedział tak cicho, że tylko Conall mógł go usłyszeć.

– Kogo? – spytał Conall.

– Wiesz dobrze, że chodzi mi o Deirdre. – Finbarr umilkł, ale nie doczekawszy się odpowiedzi, mówił dalej: – Jest tam. – Wskazał na prawo. Conall odwrócił głowę i jego twarz zniknęła w ciemnościach. – Zamierzasz się z nią spotkać? – Zapadło długie milczenie, gwiazdy zdążyły się przesunąć, a Conall nie odrzekł ani słowa. – Wiesz, że to już ostatnie dni? – szepnął Finbarr. – Jej przyszły mąż na nią czeka. Nie zamierzasz nic zrobić?

– Nie.

– Powinieneś dać jej jakiś znak.

– Nie.

– A więc nie jesteś nią zainteresowany?

– Tego nie powiedziałem.

– Nic z tego nie rozumiem.

Finbarr umilkł, ale cały czas gorączkowo się zastanawiał. Czy jego przyjaciel, wzorem innych wojowników i druidów, narzucił sobie jakąś dziwną ascezę? A może zwyczajnie się wahał, może ogarnął go typowy dla młodych mężczyzn lęk przed stałym związkiem? Chyba że jest jeszcze inny powód. Dlaczego Conall świadomie wpycha tę dziewczynę w ramiona innego? To już wyglądało na przewrotność. Ale może nawet teraz, w ostatniej chwili, mógłby jakoś pomóc przyjacielowi? Postanowił przynajmniej spróbować.

* * *

Połowa nieba pojaśniała. Gwiazdy zaczynały blednąć. Nad horyzontem unosiła się złota poświata.

Najwyższy Król patrzył uważnie. Gdy przychodził taki świt jak dziś, czuł w sobie drżenie, jakby znów był młody. Ale mimo niecierpliwego wyczekiwania na wschód słońca wciąż poważnie rozważał kwestię, która zajmowała go przez całą noc. Decyzję podjął już jakiś czas temu. Plan był gotowy. Do jego realizacji brakowało jednego elementu.

No i muszą być spełnione dwa warunki. Po pierwsze, dobre zbiory. Ale on umiał postępować z druidami. Nie szczędził im darów, pochlebstw, wyrazów szacunku. Miał ich po swojej stronie. Choć oczywiście nie wolno było ufać im całkowicie. Próżność leżała w ich naturze. Na wszelki wypadek obiecał im wszystko co konieczne do odprawiania ceremonii czy składania ofiar. Będą wznosić modły o dobrą pogodę.

Po drugie, musi umocnić swoją pozycję. Co nie powinno być takie trudne. Pojmanie czarnego byka zrobi odpowiednie wrażenie. Królowa, mimo wszystkich jej wad, miała rację, nalegając na tę wyprawę. A i termin wybrano idealnie. Jednak problem sięgał znacznie głębiej. Bo gdy królewski autorytet zaczynał słabnąć, to proces erozji, choć subtelny i pozornie niezauważalny, zataczał coraz szersze kręgi i wnikał we wszystkie aspekty życia. Najlepszym na to dowodem były pozbawione szacunku słowa, jakie jego własna żona skierowała do niego w obecności tego młodego druida. Króla należy szanować, a Najwyższego Króla trzeba się bać. Władca musi być nieprzenikniony jak bogowie. I sprytniejszy od wszystkich wrogów i przyjaciół. Myślą, że mogą zakwestionować jego władzę? Dobrze, on zaczeka i będzie ich obserwował, będzie znał ich myśli i uczynki, aż wreszcie wiarołomstwo wyjdzie na jaw. Dlatego musi okazać im całą swoją moc, gniewny i oślepiający jak wschodzące słońce.

Najwyższy czas uderzyć tam, gdzie się tego najmniej spodziewają. Doskonale wiedział, co powinien zrobić. W tej układance brakowało tylko jednego kawałka. Jednej osoby, której jeszcze nie wybrał. Kto wie, może znajdzie ją właśnie dzisiaj.

* * *

Przez resztę nocy Conall nie odezwał się ani słowem. Finbarr nie umiał go rozgryźć, ale on jasno widział swoje motywy.

Przed przybyciem na Uisnech najbardziej dręczył się myślą o uprowadzeniu byka. Na początku roku Larine zapewniał go, że Najwyższy Król nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji i że wcześniej odbędzie z nim szczerą rozmowę. Conall czekał więc niecierpliwie, ale gdy władca nie podnosił tej kwestii, uznał, że plany się zmieniły. Napełniło go to poczuciem ulgi i coraz śmielej zaczął sobie wyobrażać, że zostanie druidem.

Pozostawała jeszcze Deirdre. Czy ona może być częścią jego kapłańskiego przeznaczenia? I czy on sam gotów jest podjąć się zobowiązań, zrobić nieodwracalny krok i pojechać po nią do Dubh Linn? W ciągu ostatnich miesięcy nieustannie zadawał sobie to pytanie. I za każdym razem, gdy myślał o tej podróży, coś go powstrzymywało. Aż w końcu, tuż przed wyruszeniem na Uisnech, doszedł do wniosku, który przyniósł mu spokój ducha. Jeśli do tej pory nie pojechał do Deirdre, to znaczy, że tak naprawdę jej nie pragnie. A zatem to nie ona jest jego przeznaczeniem.

Tuż przed wschodem słońca Finbarr trącił go w ramię.

– Przesuńmy się tam – mruknął, wskazując miejsce nieco bardziej na lewo. – Stamtąd lepiej widać wschód.

Conall nie dostrzegł szczególnej różnicy, ale nie chciał się spierać z przyjacielem.

Tak jak tysiące innych czekali na ten magiczny moment. Horyzont zaczynał się jarzyć. Ogromny słoneczny łuk uwalniał się z płynnych objęć widnokręgu. Jego złoty blask rozlewał się po zamglonej równinie i rozświetlał krople rosy rozsiane na stoku. Za chwilę miał się rozpocząć najbardziej cudowny zwyczaj celtyckiego majowego święta: kąpiel w rosie.

Deirdre pochyliła się, nabrała w złożone dłonie lśniącej wilgoci i przemyła nią twarz. Nie zauważyła Conalla. Obok niej jakaś kobieta trzymała nagie niemowlę i delikatnie przetaczała je po trawie. Deirdre wyprostowała się, jeszcze raz przetarła twarz rosą i rozłożyła szeroko ramiona, tak by poczuć ciepło wschodzącego słońca. Potem odchyliła do tyłu głowę, a jej piersi się uniosły, jakby wdychały złociste promienie.

Conall wpatrywał się w nią bez ruchu. Finbarr obserwował jego twarz. A młody książę, zorientowawszy się, że przyjaciel zastawił na niego pułapkę, skrzywił się lekko, odwrócił na pięcie i odszedł.

* * *

Żar był ogromny. Bydło podążało w długim szeregu. Przez noc zwierzęta trzymano w zagrodach, a teraz pędzono je ku ogniskom. Szły niechętnie. Bały się ryku płomieni. Musiały przejść korytarzem utworzonym przez mniejsze ogniska i zakończonym bramą między dwoma olbrzymimi stosami. Krowy porykiwały, niektóre trzeba było poganiać ościeniem. Ale to nie widok ognisk był najbardziej przerażający, przynajmniej dla ludzkich oczu, lecz dziwne postacie przypominające stado olbrzymich groźnych ptaków, zebrane wokół płomieni.

Wyglądało to tak samo na całym świecie. Irlandzcy druidzi i kapłani z perskich świątyń Mitry, szamani z Syberii i z Ameryki Północnej na czas świętych rytuałów, w których łączyli się w transie z bogami, wkładali szaty z piór. Ptasie pióra, uważane za najwspanialszy strój natury, sygnalizowały coś jeszcze: oto święci mężowie posiedli umiejętność latania.

Podczas święta Beltane druidzi z Uisnech mieli na sobie obszerne kolorowe peleryny oraz wielkie tiary w kształcie ptasich głów, dwukrotnie przydające im wzrostu. Bydło przepędzano pomiędzy oczyszczającymi ogniskami, a oni skrapiali je wodą. Ten majowy rytuał miał zapewnić bykom i krowom zdrowie przez cały nadchodzący rok.

Larine stał wśród innych druidów. W kolejce czekało jeszcze pięćdziesiąt sztuk zwierząt. Ich błogosławienie odbywało się w żarze płomieni, więc druidzi robili to na zmianę. Larine zakończył właśnie swoją kolejkę i nareszcie mógł zdjąć ciężką szatę. Inni druidzi pilnowali ognia, a on błądził wzrokiem po równinie.

Miał o czym myśleć. Przede wszystkim – choć nie to było najważniejsze – pogłoski, które pojawiły się miesiąc temu. Nawet nie pogłoski, tylko ledwo słyszalny szept na widnokręgu.

Dotyczyły chrześcijan.

Chrześcijanie przybyli na wyspę już w poprzednim pokoleniu. Żyli w niewielkich wspólnotach – tu jakaś kapliczka, tam jakaś zagroda, do tego nieliczni misjonarze, którzy nieśli posługę niewolnikom, a gdy mieli więcej szczęścia – to także ich panom. Larine lubił być dobrze poinformowany, więc już wcześniej zasięgnął o nich języka. Zawarł nawet znajomość z chrześcijańskim kapłanem z południowego Leinsteru, który dość szczegółowo przedstawił mu swoją religię. I to właśnie on wspomniał mu o pogłoskach.

– Podobno biskupi z Galii chcą przysłać na wyspę misję, której zadaniem będzie powiększenie naszej wspólnoty, a może nawet nawrócenie samego Najwyższego Króla. – Kapłan nie znał więcej szczegółów. Nawet imiona misjonarzy nie były pewne. – Ale powiadają, że ojciec święty dał tej misji swoje błogosławieństwo.

Jedno stulecie wstecz Cesarstwo Rzymskie uznało chrześcijaństwo za religię państwową. Dlatego irlandzcy druidzi zdawali sobie sprawę, że od kilku pokoleń są ostatnią ostoją pradawnych bogów poza granicami rozległego imperium. Uspokajało ich jednak to, że cesarstwo nie uległo jeszcze całkowitej chrystianizacji, bo na terenie Brytanii wciąż stały pogańskie świątynie, a wielu jeszcze pamiętało, że cesarz Julian próbował przywrócić w państwie pogańskie wierzenia. Poza tym zachodnią wyspę chroniło morze. A po wycofaniu się rzymskich garnizonów z Brytanii i Galii wydawało się mało prawdopodobne, by Rzym mógł podważyć władzę Najwyższego Króla. Bo cóż mogli zrobić kapłani bez pomocy rzymskiego wojska? Niewielkie społeczności na południu wyspy tolerowano, ponieważ nikomu nie zagrażały. A gdyby jakiś chrześcijański misjonarz chciał niepokoić Najwyższego Króla, druidzi umieliby sobie z nim poradzić.

Larine powiedział to wprost i bez ogródek, na co ksiądz wpadł w irytację. Zaczął pomrukiwać, że jeszcze niedawno druidzi składali ofiary z ludzi, i przypomniał Larine’owi, jak to prorok Eliasz pokonał kapłanów Baala.

– Przyszedł na ich święto – opowiadał ksiądz – i ułożył ogromny stos, który za sprawą jego modlitw do Pana wybuchł płomieniami, natomiast kapłani Baala w ogóle nie mogli rozpalić swoich ognisk. Dlatego uważajcie, żeby misjonarze prawdziwego Boga nie przynieśli wam wstydu podczas Beltane.

– Ognie Beltane zapłoną jasno – odparł Larine. A słowa księdza uznał za zwykłe mrzonki.

Jednak w tej rozmowie było coś, co nie dawało mu spokoju. Czuł niewyraźny lęk. I choć nie miało to sensu, rozejrzał się parę razy, żeby sprawdzić, czy przypadkiem jakiś chrześcijański ksiądz nie postanowił jednak zakłócić obchodów. Ale nie, ogniska Beltane płonęły jasno i nie zapowiadało się, by coś mogło przeszkodzić w świętej ceremonii.

Dlatego Larine doszedł do wniosku, że źródło jego niepokoju leży gdzie indziej. Tak, to jest znacznie poważniejszy problem.

Conall. Książę właśnie pojawił się w tłumie stojącym wzdłuż ścieżki, którą odprowadzano bydło pobłogosławione wcześniej przy ogniu. Stał nieco z tyłu, ale przy swoim wzroście doskonale widział płomienie ognisk, które przykuwały nie tylko jego wzrok. Nie zauważył Larine’a. A młody druid doszedł do wniosku, że pomimo radosnej atmosfery Conall jest zdenerwowany.

Między ogniskami przeprowadzono właśnie kilka niezwykle pięknych sztuk bydła. Niektórzy gospodarze, zwłaszcza ci przybywający z daleka, nie zabierali ze sobą całych stad, lecz tylko najlepsze zwierzęta, zazwyczaj byki. I oto teraz ogniową bramę mijał wspaniały brązowy byk poganiany przez wysokiego starszego mężczyznę i dziewczynę. Larine przypuszczał, że przystojny mężczyzna z długimi wąsami jest jakimś pomniejszym naczelnikiem. Jednak dziewczyna była uderzająco piękna. Druid patrzył na nią z uznaniem. Twarz i nagie ramiona zaczerwieniły się od żaru ognia. Wydawało się, że całe ciało jarzy się jakimś blaskiem. Conall też jej się przyglądał. Larine’owi przyszło na myśl, że jego spięta, pobladła twarz tworzy głęboki kontrast z rumieńcem dziewczyny – jak jasny miecz z paleniskiem w kuźni. Nawet jeśli dziewczyna dostrzegła Conalla, to poszła dalej, nie spojrzawszy na niego. Z pewnością nie wiedziała nawet, kim jest. A Larine obserwował już kolejne zwierzę, które pojawiło się między ogniskami. Ale gdy po paru chwilach zerknął na młodego księcia, pomyślał, że jego twarz, ze wzrokiem utkwionym przed siebie, przypomina oblicze ducha.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Cessair – mityczna władczyni Irlandii panująca przed biblijnym potopem; Portholon i Nemed – mityczni herosi, którzy po potopie przywiedli do Irlandii kolejne grupy osadników (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

Fir Bolg i Tuatha de Danaan – mityczne plemiona zamieszkujące Irlandię. [wróć]

Lughnasa (także Lughnasadh) – celtyckie święto plonów przypadające na początek sierpnia. [wróć]

Torq (także torc albo torque) – sztywny naszyjnik będący oznaką wysokiego statusu społecznego. [wróć]

Nuada ze Srebrną Ręką – mityczny bohater i król Irlandii z ludu Tuatha De Danaan. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dublin Rosja Londyn Nowy Jork Paryż 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie