Misja

Misja

Autorzy: Robert Bolt

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.32 zł

XVIII wiek. Łowca niewolników Rodrigo Mendoza po zabójstwie brata popełnionym w porywie gniewu, chcąc odpokutować zbrodnię, zwraca się do Boga. Jego losy splatają się z losami jezuitów, którzy w sercu paragwajskiej dżungli nie tylko nawracają tubylców, ale też wprowadzają ich w arkana rzemiosła i muzyki. Pewnego dnia jednak stają wobec wyboru: być posłusznym władzom kościelnym i zostawić Indian na pastwę łowców niewolników czy walczyć i umrzeć za prawdę i wiarę…

W filmie nagrodzonym w 1986 roku Złotą Palmą główne role grają Robert De Niro i Jeremy Irons. Przejmującą muzykę stworzył Ennio Morricone.

CZĘŚĆ

PIERWSZA

1

W 1725 roku Rodrigo Mendoza miał czternaście lat, kiedy pewnego dnia o pierwszym brzasku zobaczono unoszącą się na wodach zatoki w Kadyksie łódź jego ojca Alvara. Jedno wiosło utknęło między stępką a ławeczką, a na dnie poniewierała się pusta butelka po winie. Alvaro wpadł w gnuśne wody podczas przeładunku. Kilka worków zboża nadal czekało na transport, więc kierujący przeładunkiem Cesare Matius umieścił je we własnej łodzi i powiosłował w stronę oczekującego statku Grosso. Na pytanie, gdzie jest Alvaro, wzruszył ramionami i wskazał zatokę.

Poszedł do domu Mendozy, zastukał w drzwi i zdjąwszy kapelusz, powiedział Rodrigowi, że jego ojciec nie żyje. Osierocony chłopak cofnął się do środka i po chwili wyszedł, prowadząc ze sobą trzyletniego brata Philippa. Następnie udał się nad zatokę, by uważnie obejrzeć ojcowską łódź. Kazał bratu zająć się zabawą, sam zaś przyjął krótkie cygaro, którym poczęstował go Cesare, i wysłuchał, co ten ma mu do powiedzenia.

– Współczuję ci z powodu śmierci ojca.

– Dziękuję.

– Łódź jest teraz twoja – ciągnął Cesare, zakreślając w powietrzu łuk swoim cygarem.

– To prawda – odparł chłopak.

– Oczywiście nie poradzisz sobie z nią.

– Spróbuję.

– Kto będzie pilnował Philippa?

– Ja.

– Posłuchaj, postanowiłem dać ci dziesięć dineros za łódź wraz z koncesją.

– Jest warta dwadzieścia.

– Nic podobnego. Powiedzmy, dwanaście.

Mendoza spojrzał na łódź, a potem do góry, na Grosso, trzymasztowy awizowiec zakotwiczony w porcie.

– Czy przeładował całe zboże, zanim wypadł z łodzi?

– Dokończyłem za niego – wyjaśnił Cesare.

– Całą robotę?

– Ostatnią partię.

– Dziękuję. Dobrze wiedzieć, że kiedy wody zatoki zabierają właściciela łodzi, nie zapomina się o nim. – Chłopak spojrzał w bok. Doszedł do wniosku, że Cesare musi wypłacić mu pełną należność. Po chwili odciągnął brata od zabawy kamykami. – Muszę mieć trochę czasu, żeby pomyśleć o śmierci ojca.

– Jasne.

Mendoza kupił kawałek sera, trochę chleba, butelkę mleka i wino. Kiedy odgrodził się już drzwiami od panującego na zewnątrz upału i znalazł w domu, za który ojciec płacił tygodniowo, oddał mleko, a także połowę chleba i sera Philippowi. Odmówił modlitwę za zmarłych, a następnie usadowił się przy ścianie i patrzył w okno, kiedy Philippo jadł chleb z serem, i potem, kiedy brat położył się na boku i zasnął. Ściany pociemniały, a okno pojaśniało od gwiazd, ale Mendoza nie przestał rozmyślać.

Nie kochał ojca. Matka, Katarzyna, była zupełnie inna, ale śmierć zabrała ją, kiedy wydawała na świat Philippa. Od tego czasu ojciec nie zwracał najmniejszej uwagi na dwóch synów, a ukojenia szukał we flaszce. Wszystkie uczucia Mendozy skierowały się ku młodszemu bratu, otuliły dziecko, a i Philippo uwielbiał go wzajemnie i patrzył na niego jak na najwyższy autorytet.

Teraz, kiedy ojciec nie żył, Rodrigo mógł wprawdzie zostać z Philippem i zarabiać na życie przeładunkiem, lecz oznaczałoby to, że jego brat wyrósłby na człowieka niewykształconego jak on sam. Jedyne wyjście to zostawić chłopca u sióstr w San Fernando, a samemu spróbować sił po drugiej stronie oceanu. Postanowił zobaczyć się następnego dnia z matką przełożoną.

Wziął flaszkę wina i ułożył się na twardym jak kamień posłaniu, naciągając na siebie płócienne worki, z sercem pełnym przygnębienia. Może najlepiej byłoby zająć się przeładunkiem. Zapewniłoby to im obu jako tako dostatnie życie. Ale następnego ranka udał się do przytułku w San Fernando.

– Pytanie tylko, czy możesz sobie na to pozwolić. Niestety, pobieramy tutaj opłaty – oznajmiła matka przełożona. – Jaki masz zawód?

Czemu nie powiedzieć, że jestem synem arystokraty mieszkającego tam na wzgórzach? – przemknęło mu przez głowę. Wtedy to, że nie umie czytać, nie miałoby najmniejszego znaczenia. Ale matka powiedziała mu, że kłamstwo jest złą rzeczą; prowadzi prosto do piekła. Rzekł więc:

– Zajmuję się przeładunkiem statków.

Matka przełożona pochyliła głowę. Przeładunek statków! – pomyślała. O Boże!

– Bierzemy piętnaście dineros rocznie – wyjaśniła.

Twarz Mendozy zastygła. Liczył, że weźmie dwadzieścia za łódź. Wtedy zostanie mu pięć na rozpoczęcie nowego życia za morzem. Skinął głową.

– Czy mieści się w tym wszystko?

– Przecież powiedziałam. Piętnaście dineros.

– Dostarczę te pieniądze jutro.

– Skąd je weźmiesz?

– To moja sprawa.

– Gdzie mamy umieścić Philippa, jeśli nie będzie cię stać na piętnaście dineros rocznie?

– Nie ma nikogo. Może zostać ogrodnikiem w klasztorze.

Matka przełożona powstrzymała uśmiech. Oto młodzi! Cały świat wydaje się im prostą ścieżką. Pochyliła się do przodu.

– A co z tobą?

– Chcę ruszyć za morze.

Ach, za morze! – pomyślała. To zupełnie inna sprawa.

– Masz jakieś plany? – zapytała.

Mendoza skinął głową; pieniądze za łódź zabezpieczały mu widoki na przyszłość.

Tego samego dnia po powrocie do wsi odszukał Matiusa, który zaproponował mu czternaście dineros za łódź.

– Nie – odparł Mendoza. – Dwadzieścia.

Widząc jego stanowczą minę, Cesare rzekł:

– Szesnaście.

Mendoza potrząsnął głową.

– Dwadzieścia.

Cesare wzruszył ramionami i odszedł. Ale wieczorem wrócił i oznajmił:

– Posłuchaj, długo się nad tym wszystkim zastanawiałem. Jesteś sierotą i nie masz co ze sobą zrobić. Moja cena wynosi teraz siedemnaście. Oto ręka.

Mendoza zignorował wyciągniętą dłoń.

– Cena wynosi dwadzieścia.

Cesare rzucił wiązankę przekleństw i trzasnąwszy za sobą drzwiami, poszedł do domu. Następnego ranka, kiedy wszyscy jeszcze spali, znowu się zjawił, by dobić targu z chłopakiem.

– Posłuchaj, oto moja ostateczna propozycja. Jeśli nie zgodzisz się na nią, wycofam wszystkie poprzednie. Osiemnaście.

Mendoza rzekł tylko:

– Dwadzieścia.

Cesare się poddał.

Rodrigo wziął pieniądze, zawinął pięć dineros w strzęp płótna i ciasno się nim opasał, po czym wziął pozostałe piętnaście i zaprowadził Philippa do sierocińca.

– Bóg z tobą, Philippo – rzekł i pocałował brata na pożegnanie.

Chłopiec rozumiał wszystko, ale płakał przez cały dzień i całą noc i bił głową o ściany tak, że nawet stare kamienie klasztoru nie pozostały obojętne.

Mendoza spakował w domu mały tobołek, rozejrzał się jeszcze i zamknął za sobą drzwi. Zszedł do portu. Stały tam trzy trójmasztowe awizowce wyruszające właśnie do Ameryki Południowej: Grosso do Hawany, Nuestra Señora de Pilar do Caracas, Concepción do Buenos Aires.

Usiadł na molo i patrzył na łódki kursujące między nabrzeżem a statkami.

O trzeciej przyjechał wielki powóz. Wysiedli z niego mężczyzna, dwie damy oraz młodzieniec i z trudem, korzystając z pomocy, usadowili się w szalupie. Woźnica i jeden z majtków załadowali dwa wielkie kufry; na rozkaz bosmana wszyscy marynarze ujęli wiosła i szalupa popłynęła w kierunku Concepción. Po południu starsi pasażerowie powozu wrócili, ale bez młodzieńca. Jedna z kobiet była zalana łzami, a mężczyzna pocieszał ją, kiedy wsiadali z powrotem do powozu i odjeżdżali. Mendoza zjadł swoją kromkę chleba i czekał.

O siódmej długa szalupa z Concepción dostarczyła z powrotem pasażera na nabrzeże i Mendoza poszedł za nim. Młodzieniec pomaszerował z ponurą miną do miasta i usiadł w jadłodajni na otwartym powietrzu, a potem zrzucił na ziemię filiżankę z kawą; był bliski łez.

– Proszę – powiedział Mendoza i podsunął mu inną filiżankę.

– Dziękuję – rzekł młodzieniec.

– Concepción, prawda, señor?

– Tak.

– Mówiono mi, że to dobry statek.

– Okropny. Brudny.

– Naprawdę?

– To moja pierwsza podróż.

– Ach, señor, doskonale rozumiem.

– Pewnie masz za sobą niejeden taki rejs?

– Nie na pokładzie Concepción, señor. Na wielu innych. – Nie do końca mijało się to z prawdą. Pływał na wycieczki na drugą stronę Zatoki Kadyksu.

– Byłeś kiedy w Buenos Aires?

– Nie, señor.

– Mam tam być wspólnikiem w interesach mojego stryjecznego dziadka.

– Ach, señor, musisz więc mieć tęgą głowę do rachunków.

– Niestety nie. I dwie inne osoby będą dzieliły ze mną kabinę.

– Tego należało oczekiwać, señor.

– To prawda.

– Czy masz, señor, ochotę na jeszcze jedną filiżankę kawy?

– Nie, dziękuję. – Młodzieniec był wdzięczny, że ktoś o niego dba. Zapytał: – Masz rodzinę w Kadyksie?

– Tylko brata, señor. Jest pod dobrą opieką.

– Nie mam służącego na tę podróż.

– Naprawdę, señor?

– Czy dałbyś się namówić, żeby popłynąć jako mój służący do Buenos Aires?

– Nie, señor.

– Dlaczego?

– Nie mam pieniędzy na powrót.

– Opłacę twój powrót.

– Rozumiem, ale ile to wyniesie, proszę mi wybaczyć?

– Mógłbym dać ci dwumiesięczną zapłatę.

– To brzmi bardzo kusząco, señor.

– Cztery dineros plus dwa jako dwumiesięczna zapłata.

– Ale kapitan może nie znaleźć miejsca dla służącego, señor.

– Sam mu o tym powiem w imieniu dziadka.

Następnego dnia wypłynęli z Kadyksu. Ostatnie, co zobaczył Mendoza, to widok pięknej wieży przytułku w San Fernando oraz Cesare wiosłującego w łodzi jego zmarłego ojca.

Powolne kołysanie statku sprawiło, że Mendoza dostał choroby morskiej, ale posłusznie wykonywał rozkazy kapitana, oficerów, bosmana, podoficerów, zwykłych majtków, a także swojego młodego pana i nigdy się nie skarżył. Uważnie przyglądał się nawigatorowi, podążając spojrzeniem za jego wzrokiem, patrzył na łopoczące skraje żagli albo błądzące prądy oceaniczne. Tylko milczący i zamknięty w sobie nawigator wiedział, gdzie się znajdują.

Tydzień po tygodniu Mendoza czekał, aż marynarze zjedzą swoje porcje, zanim sam dostał kawałek solonej wieprzowiny i garść sucharów. Sypiał wśród cuchnących łańcuchów kotwicznych.

W miarę upływu dni marynarze mieli coraz bardziej wynędzniałe twarze.

Na Wyspach Kanaryjskich na pokładzie pojawił się chłopiec okrętowy imieniem Salvador. Miał około piętnastu lat i niechlujny wygląd. Rozejrzał się dokoła i doszedł do wniosku, że pod nim jest tylko Mendoza, tak więc kiedy miał do wykonania jakąś plugawą robotę, wołał Rodriga i kazał mu się do niej zabierać.

Kiedy wpłynęli w tropiki, kapitan pozwolił obu chłopcom spać na pokładzie dziobowym. Pewnej upalnej nocy Mendoza otworzył oczy i zobaczył powoli obracające się gwiazdy, a blisko swojej twarzy – zdumioną twarz Salvadora. Chłopak uśmiechnął się niemądrze i cofnął rękę, którą trzymał na pasie Rodriga w miejscu, gdzie ten ukrył swoje pieniądze.

Mendoza odruchowo zacisnął rękę na karku Salvadora i przewinął się na przeciwnika. Marynarz z nocnej wachty przybiegł, żeby popatrzeć, bo walka między dwoma chłopcami to zawsze lepsze niż nic. Tarzali się po pokładzie. Salvador wrzeszczał i klął, natomiast Mendoza walczył z zaciśniętymi zębami. Jego twarz znalazła się w pobliżu gardła przeciwnika, który na chwilę znieruchomiał, a potem zawył. Mendoza, schwytany w krzepkie ramiona marynarza, miotał się ile sił.

– Jezus Maryja! – warknął mężczyzna i odrzucił go od siebie.

Rodrigo odzyskał swobodę ruchów i natychmiast runął znowu na Salvadora. Marynarze chwycili chłopaka i wylali na niego parę wiader słonej wody. Dopiero kiedy prawie się utopił, zrezygnował.

Mężczyźni roześmieli się niepewnie.

– Matko Boska, kto by pomyślał, że ma w sobie takiego diabła!

Po tym incydencie Salvador omijał Mendozę z daleka. Rodrigo miał wreszcie święty spokój. Ale także nikt inny nie odnosił się do niego po przyjacielsku.

Nawigator oznajmił, że przed nimi jest już Montevideo, i cała załoga była na masztach, kiedy Mendoza zobaczył w końcu blade szczyty górskie wynurzające się z szarego morza. Przed nimi było Buenos Aires. Popłynęli wzdłuż nabrzeża, po czym rzucili na brzeg szeroki trap.

Młody panicz zapłacił Rodrigowi, obdarzył go skinieniem głowy i uśmiechem i udał się na brzeg, gdzie zniknął wraz ze swoimi dwoma kuframi w towarzystwie stryja ojca i ładnej kuzyneczki. Cała trójka wsiadła do powozu i tyle ich Mendoza widział.

Obróciwszy się z powrotem w kierunku morza, zobaczył, jak w oddali przesuwają się powoli jakieś dziwne okręty zdążające w stronę przeciwległego brzegu zatoki. Wypatrzył tam port i cztery, może pięć statków stojących na kotwicy.

– Co to jest? – zapytał stojącego w pobliżu marynarza.

– Colonia del Sacramento.

– A te okręty?

– Do transportu niewolników.

Pod koniec dnia, kiedy oficerowie i załoga otrzymali wypłatę i pozwolono im zejść na ląd, Mendoza także zszedł wreszcie po trapie i ruszył do miasta.

Błądząc bez celu, trafił na publiczny plac, który zapewniał cień dzięki zwieszającym się gałęziom dorodnych drzew, i zobaczył stragan, w którym sprzedawano placki nadziewane wieprzowiną. Kupił kilka i jadł je, siedząc koło fontanny.

Wielkie wrażenie zrobiły na nim ulice i nowoczesne domy, budowle publiczne ozdobione delikatnymi ornamentami i okazałe kościoły, które miały w sobie coś swojskiego. Ale były tu także dziwne, wrzaskliwe i jaskrawo upierzone ptaki i słońce grzało zbyt mocno, a z dróg wzbijał się delikatny biały pył, okrywając wszystko całunem.

Poddani króla Hiszpanii robili wrażenie na pół żywych. Siedzieli na skwerze w rozluźnionych kaftanach, z rozpiętymi klamrami u spodni, ziewali i zaczynali jakieś gesty, których nie mieli jednak siły dokończyć.

W cieniu kościoła drzemała grupa tubylców – brunatnooliwkowych, muskularnych, w łachmanach. Przyglądał się im uważnie, ale odwzajemniali mu się spojrzeniami całkowicie pozbawionymi wyrazu.

Wstał i podszedł do grupki Hiszpanów.

– Dzień dobry, señores. Czy potrzebujecie chłopca do pracy?

– Nie.

– Może więc znacie, señores, kogoś, kto potrzebuje?

– Nie. – Obrzucili go przelotnymi spojrzeniami i odwrócili się tyłem.

Wśród rozćwierkanych gałęzi zaczął tężeć mrok. W pobliżu ktoś grał na gitarze. Mendoza usiadł koło fontanny.

Przechodził tamtędy oficer ze statku w towarzystwie mężczyzny koło czterdziestki o twarzy pokrytej bliznami. Ujrzawszy Mendozę, zwrócił się do towarzysza:

– Tutaj masz tego chłopaka, jeśli wystarczy ci chłopak.

– Tak, wystarczy.

Oficer skinął na Mendozę.

– To mój przyjaciel, Palacio.

– Dobry wieczór, señor Palacio.

– Ile masz lat?

– Czternaście.

– Poradzisz sobie z łodzią?

– Radzi sobie z łodzią – oznajmił oficer.

– Potrzebny mi ktoś, kto popłynąłby barką do Asunción.

– Asunción – powtórzył Mendoza. – Rozumiem.

– To dwieście mil w górę rzeki. Proponuję pół dinero.

– Cały, señor – odparł Mendoza.

Mężczyzna się roześmiał.

– Niech będzie cały! Barka nazywa się Flores. Biegnij teraz do portu i powiedz kapitanowi, że to ja cię przysłałem.

Kapitan okazał się srogim starym mężczyzną, który raczył ledwie burknąć, kiedy Mendoza się przedstawił. Podczas wyprawy nie wypowiedział ani jednego zbędnego słowa. Barka miała dziewięćdziesiąt stóp długości, duży żagiel rozprzowy, po cztery wiosła z każdej strony i wyładowana była towarami żelaznymi z Madrytu. Czternastu tubylców podnosiło żagiel i opuszczało go, kiedy wiatr zmieniał kierunek.

Kiedy wypłynęli, Mendoza zajął miejsce przy sterze. Kapitan przyglądał mu się przez jakiś czas, a potem, zadowolony, że nowy daje sobie radę ze sterowaniem, usiadł i wpatrywał się niewidzącym spojrzeniem w meandry wody. Mendoza nigdy nie widział tak szerokiego koryta. Oba brzegi porastała splątana puszcza. Wskazał na mulistą rzekę.

– Duża.

– Tak.

Skinął w stronę błotnistej wody przepływającej obok łodzi.

– Słaby prąd.

– Tak.

Spojrzał na złożoną z tubylców załogę. Byli pogrążeni jakby w letargu.

– Co to za ludzie?

– Guarani.

– Guarani?

Żadnej odpowiedzi.

W ojczystej Hiszpanii nikt nie dbał o to, czy kapitan jeszcze żyje. Tutaj czekał na koniec swoich dni.

Z głównego pokładu doszło ich parę słów.

– Co to za język?

– Guarani.

– Czy pochodzą z tych stron?

Kapitan wskazał na ogromną, niemą puszczę, która brała rzekę w swoje władanie.

– Stąd?

– Stamtąd. – Stary wskazał gdzieś daleko w górę rzeki.

Mendoza przyjrzał się im.

– Są głupi.

– Tak.

Co wieczór przybijali do brzegu w jakimś miejscu, gdzie wyrąbano puszczę na przestrzeni mniej więcej mili, i ich oczom ukazywała się wioska składająca się z trzech lub czterech chat i kościoła, w otoczeniu wielkich farm, dworów i pól, na których pasło się bydło, rosła kukurydza albo założono sady. Guarani rozpalali ognisko i przyrządzali im papkę kukurydzianą, którą wraz z owocami popijali tanim czerwonym winem.

Mendoza w czasie wyprawy widział trzy takie wioski, a dalej ogromna puszcza zamykała się za nimi, wdzierając się ukradkiem w wodę. Wystarczyło jedno mocne pociągnięcie wiosłami, by znaleźli się przy drzewach. Załoga Guarani wpatrywała się w puszczę i półgłosem wymieniała między sobą gardłowe dźwięki.

Indianie spostrzegli, że Mendoza przygląda się im, i znowu ich twarze straciły wszelki wyraz.

Po pięciu tygodniach wyraźnie przybyło łodzi rybackich, było też więcej farm. Oznaczało to, że zbliżają się do Asunción. Wreszcie, po opłynięciu przylądka, ich oczom ukazała się stolica regionu La Plata.

Utorowali sobie szlak wśród gromady łodzi aż do nabrzeża; kapitan przycumował barkę i zniknął na brzegu. Mendoza przyglądał się Guarani, a oni patrzyli apatycznie na niego, tak więc usiadł z nimi i czekał. Kapitan pojawił się znowu, rozkazał Guarani zabrać się do sprzątania łodzi i znowu zniknął. Po dłuższym czasie ukazał się Palacio, który przybył do Asunción drogą lądową.

– Dlaczego tu tkwisz? Dotarłeś przecież na miejsce, tak czy nie? – spytał.

– Si, señor, ale mój dinero.

– Co za dinero?

– Dinero, któregoś mi obiecał, panie.

– Nigdy nie obiecywałem ci żadnego dinero.

– Dałeś mi swoje słowo, señor.

– Czy masz to na piśmie?

– Na piśmie? Nie.

Palacio pogroził mu palcem, potrząsnął głową i oznajmił:

– Tyle. Widzisz? – I ruszył z powrotem do miasta, ale Mendoza nie rezygnował i poszedł za nim.

– Señor, nie zapłaciłeś mi za moją pracę. – Szedł za nim przez plac katedralny, potem przez dwie albo trzy eleganckie ulice i w dół ciemnej alei, w kierunku starej części miasta. – Señor, nie zapłaciłeś mi za moją pracę. Przepraszam, señor…

Palacio odwrócił się i rozejrzał w górę i w dół alei. Potem wciągnął Mendozę na jakiś dziedziniec i zaczął bezlitośnie bić rogową rękojeścią bicza, aż chłopak prawie stracił przytomność.

– Tyle. A masz! – wykrzykiwał zadyszany. – A masz! No i co? A masz! A masz! A masz! – I poszedł sobie.

Mendoza powlókł się do fontanny i obmył skaleczenia. Potem zaczął przeszukiwać ulice. Wieczorem znalazł Palacia przy kolacji w jadłodajni, siedzącego pod wysokim oknem. Wszedł do środka i zawołał:

– Señor, nie zapłaciłeś mi za moją pracę! Przepraszam, señor, jeden dinero.

W jadłodajni zapadło milczenie i wtedy krzyknął znowu:

– Señor, nie zapłaciłeś mi za moją pracę! Jeden dinero, señor, jeden dinero.

Usłyszał odgłos odsuwanych krzeseł i głosy rozbrzmiewające wśród wybuchów śmiechu.

Mendoza ukrył się szybko po drugiej stronie ulicy. Patrzył, jak Palacio szuka go wzrokiem, potem jednak ten zrezygnował i wrócił do środka. Przywitał go śmiech i tupanie. Stopniowo gwar rozmów narastał. Mendoza raz jeszcze podszedł do okna i powiedział:

– Wrócę po mój dinero, señor. – I uciekł ile sił w nogach.

Następnego ranka Mendozę, który spędził noc na placu, zbudziła krzątanina i świergot ptaków oraz Indianie, którzy przychodzili z konwiami na wodę, by przygotować się do rozpoczynającego się dnia. Nie powiedzieli ani słowa, kiedy zobaczyli go śpiącego. Nieco później jednak pojawił się Hiszpan, właściciel piekarni, i zaczął się mu przyglądać, tak więc chłopak poszedł w stronę portu.

Robotnicy dokowi gramolili się sennie na burtę statku handlowego leżącego bokiem na pochylni. Ktoś piekł tortille i ryby. Mendoza kupił sobie trochę strawy i zjadł z apetytem.

Wtem zauważył egzotyczną grupę mężczyzn odzianych w nader urozmaicony zestaw garderoby: łachmany i dziwacznie pikowane spodnie. Jeden chlubił się groteskowymi ozdobami kobiecymi, brudnymi mankietami i powalanym ziemią haftowanym płaszczem; wyglądał, jakby przybył prosto z jakiegoś podupadłego dworu. Znalazło się wśród nich miejsce nawet dla dwóch Murzynów. Byli uzbrojeni w szpady, pistolety i muszkiety.

Mendoza zapytał sprzedawcę tortilli:

– Co to za ludzie?

Jeden z robotników, który jadł bez pośpiechu, podniósł wzrok.

– Najemnicy – wyjaśnił. – Lepiej trzymać się od nich z daleka. Drwią sobie z prawa.

Mendoza poprawił strój i ruszył na obchód Asunción, stukając do tylnych drzwi domów i rozpytując o pracę. Na właścicielach domów i zarządcach robił korzystne wrażenie. W jednym miejscu zaproponowano mu pracę lokaja, w innym pomocnika ogrodnika, ale kiedy pytał o płacę, dowiadywał się, że wynosi zaledwie jeden dinero miesięcznie. Za pomocą patyka obliczał, ile w ten sposób zarobi w ciągu roku, i okazywało się, że to za mało, by opłacić sierociniec Philippa. Marszczył brwi w zamyśleniu i w rezultacie spędził kolejną noc na placu, nasłuchując odległego szczekania psów i dochodzącego od rzeki kumkania żab.

Następnego ranka obudził go czyjś głos. Podniósł wzrok i zobaczył mężczyznę, który wyglądał, jakby zjawił się tu prosto z dworu królewskiego w starym Madrycie.

– Szukasz miejsca?

– Tak, señor. – Mendoza wstał bez pośpiechu.

– Mógłbyś więc pracować dla mnie.

– Tak, señor.

– Chodź.

Mendoza poszedł za nim.

– Ile dostanę, señor?

– Dwa dineros.

– Za ile czasu, señor?

– Za cztery miesiące. Kto to wie?

A jeśli chodzi o pracę, która potrwa cały rok?

– Señor, cztery dineros za cztery miesiące pracy. A potem, señor, tyle samo za cały czas, kiedy będę dla ciebie pracował.

Brakujące trzy zarobi w inny sposób.

– Dios, niełatwo się z tobą targować.

– Tak, señor. I połowę teraz, a połowę, kiedy skończę.

Mężczyzna zatrzymał się i jego wąskie oczy zabłysły, jakby nagle ogarnęła go chciwość.

– Nie – oznajmił.

– Señor, może w takim razie podpiszesz umowę?

– Co? – Mężczyzna wybuchnął śmiechem. – A właściwie, dlaczego by nie.

– Jak mam się do ciebie zwracać, señor?

– Victorio Paramin Tinjare Lopez Lusavida y Jermano – odparł dumnie. – A teraz chodź.

Mendoza wziął rzeczy mężczyzny, muszkiet, pistolety, torbę podróżną i swój mały tobołek i poszedł za nim do spokojnego składu, gdzie czekało już około piętnastu najemnych żołnierzy, w tym kilku Murzynów. Ich głosy wzbijały się aż po wysoki dach, pod którym przelatywały ptaki.

– Dzień dobry, kochasiu – powiedział jeden z Murzynów.

– Witaj, Gaspachio.

– Kto to? – zapytał Gaspachio.

– Mój chłopiec.

Z grupy rozległ się śmiech.

– Victorio wziął sobie chłopca.

Przyszedł przywódca, Tiberio – mężczyzna w średnim wieku, odrobinę otyły, z twarzą napuchniętą od jakiejś choroby powodującej owrzodzenie.

– Czy to wszyscy ludzie, jakich udało się znaleźć?

– Skąd niby mam wziąć więcej?

– Ty nie zdołasz znikąd. Co to za chłopak?

– Señor – odpowiedział Mendoza – Mendoza Jorge.

– Zwracaj się do mnie „proszę pana”.

– Proszę pana.

– Ruszamy po niewolników.

– Tak, proszę pana.

– To sprzeczne z prawem.

Mendoza mógł myśleć wyłącznie o piętnastu dineros rocznie, więc odpowiedział tylko:

– Tak, proszę pana.

Tiberio wzruszył ramionami.

– No to chodź.

Mendoza poprosił jednego z mężczyzn o ołówek i kawałek papieru. Victorio sporządził dokument, który Gaspachio odczytał na głos. Wyglądało na to, że jest zgodny z tym, co Victorio obiecał, więc Mendoza zawinął go w szmatę, w której trzymał swoje pieniądze z podróży, i dźwigając torby i broń swojego nowego pana, poszedł wraz z resztą nad rzekę. Zauważył, że prawie wszyscy mieszkańcy miasta wyraźnie odsuwali się od nich i odwracali tyłem.

Wsiedli do dziesięciu czterdziestostopowych czółen, z których każde miało załogę składającą się z dwóch Guarani, i w zupełnej ciszy odbili od brzegu. Mendoza obejrzał się przez ramię i zauważył, że nikt z całego miasta nie odwrócił się w ich stronę, by zobaczyć, jak odpływają.

– Dlaczego tak się do nas odnoszą? – zapytał Murzyna, z którym znalazł się w tej samej łódce. – Dlaczego nie życzą nam pomyślnych wiatrów?

– Życzą, życzą, ale nie chcą, żeby ktoś to usłyszał.

– Nie rozumiem.

– Jeszcze zrozumiesz. Nazywam się Gaspachio.

– Ja nazywam się Mendoza.

– Wiem.

I tak wśród niespiesznego szmeru wioseł wyruszyli z Asunción na długą wyprawę w górę rzeki.

Czarny handlarz niewolników snuł opowieść o życiu, jakie zostawił za sobą. Mendoza słyszał już niejedną taką historię, ale żadna nie była tak mrożąca krew w żyłach jak ta i żadnej nie opowiadano tak pogodnym tonem. A jednak ludzie się śmiali!

Victorio odśpiewał pieśń o smutnych drzewach, cierpiącej dziewczynie i mężczyźnie ze złamanym sercem. Kiedy skończył, zgotowano mu owację, wykrzykując: „Formidable!” i „Elegante!”.

Gaspachio powiedział:

– Niestety. Wróci na madrycki bruk, jak tylko zbierze dosyć pieniędzy. Ale ja? Co ja mogę zrobić?

– Ty możesz wrócić między nogi małej Magdaleny – powiedział któryś z mężczyzn.

– Ona nie żyje.

– Hej, Magdalena nie żyje! Jak to się stało?

– Nie zapobiegłem temu.

– Możesz więc klepać po tyłeczku jej synalka.

– Robiłem to. Ma miły tyłeczek, ale nie tak jak tyłeczek Magdaleny – oznajmił Murzyn. – Mam tylko jej syna i tych Guarani, żeby ukoić moje cierpienie.

– Gaspachio, Guarani to służba czy niewolnicy?

– Lepiej zapytaj Tiberia.

– Nie są niewolnikami, ale szczególnego rodzaju służbą – odparł Tiberio.

Dalej w górę rzeki, gdzie las był rzadszy, przepłynęli obok zacumowanej łodzi rybackiej. Siedział w niej ksiądz jezuita z trzema Guarani, a kiedy zbliżyli się, Tiberio zawołał: „Dobry wieczór, ojcze!”. Wyglądało na to, że ani ksiądz, ani Indianie nic nie usłyszeli. Zachowywali się tak, jakby obok nich nie przepływały żadne łodzie. Kiedy Mendoza obejrzał się, zobaczył, że nadal siedzą zastygli w nieruchomych łodziach.

Potem dopłynęli do misji. Mendozie jej ogrom zaparł dech w piersi. Było tam długie molo, na którym bawiły się dzieci Guarani, dwie duże barki i cała chmara czółen. Kiedy przepływali, dzieci przestały się bawić i przyglądały się im. Pośrodku obszernego placu misji wznosił się wielki krzyż, a po obu stronach widać było rzędy domków dla Guarani. Nad wszystkim górował zdumiewający kościół; znacznie większy niż wszystkie kościoły w Asunción. Zwieńczony był dziwaczną rzeźbą przedstawiającą pół anioła, pół orła, który jakby groził, a jednocześnie okazywał sprawiedliwość. Po jednej stronie kościoła znajdował się obszerny magazyn i warsztaty, a po drugiej dom jezuitów, dwupiętrowy, zbudowany z kamienia.

Jakiś jezuita zszedł nad rzekę i odgonił dzieci z brzegu.

Ogromne pola wyparły puszczę daleko od tego miejsca i widać było setki Guarani zajętych uprawą. Przyglądali się najemnikom płynącym głównym nurtem rzeki, a potem wracali do swojej pracy.

Kiedy puszcza znowu zeszła nad rzekę, Gaspachio powiedział:

– Czy widziałeś kiedyś coś takiego?

– Nie – odparł Mendoza. – Muszą to być bardzo święci ludzie.

– Bardzo. U nich wszyscy są wolni. Nawet Guarani.

– Nawet Guarani?

– Tak. Są właścicielami ziemi i całej misji. Ale wolą, żeby rządzili nimi jezuici.

– Tiberio powiedział, że będziemy łapać niewolników.

– To przejęzyczenie. Na terytorium portugalskim są niewolnicy, ale tutaj mamy po prostu szczególnego rodzaju służących zwanych encomiendaros.

– Rozumiem.

– Naprawdę? W takim razie wyjaśnij mi to. Na przykład encomiendaros nie otrzymują żadnej zapłaty.

– Są więc niewolnikami.

– Nie, jak już ci powiedziałem, są encomiendaros. To zupełnie co innego i trzeba o tym pamiętać. A jednak nie płaci się im. Teraz właśnie wyruszyliśmy, żeby paru złapać.

– Dokąd?

– Na portugalską stronę gór, gdzie są niewolnikami. Ale kiedy przeprowadzimy ich przez góry tutaj, staną się encomiendaros.

– Gdzie jest granica?

– Któż to wie? Kto wie, z której strony granicy wzięli się schwytani Indianie?

Tego wieczoru Mendoza powiedział cicho:

– Gaspachio?

– Tak?

– Kto zapłaci nam za Guarani, których sprowadzimy?

Zapadło długie milczenie, a następnie Gaspachio oznajmił:

– Namiestnik.

– Namiestnik?

– Jest przywódcą plantatorów. Cicho sza. Chcę wreszcie zasnąć.

Wczesnym rankiem Gaspachio odciągnął Mendozę na bok.

– Widzę, że nie masz noża.

– Nie mam – przyznał Mendoza.

– Przyda ci się taki jak ten.

Gaspachio wydobył zakrzywiony sztylet ze skórzanej pochwy. Mendoza pochylił się nad nim.

– Może następnym razem.

– Nie, teraz. Cztery reale.

– Pochwa jest uszkodzona.

– Wiem.

– Trzy reale.

– Niech będą trzy.

Gaspachio sprzedał mu także za jednego reala pas, na którym można zawiesić sztylet na piersi. Mendoza poczuł się jak mężczyzna.

Dopłynęli do przewężenia, w miejscu, gdzie rzekę przegradzały ogromne kanciaste głazy, a z góry zwieszały się gałęzie. Wyszli na brzeg, zostawiając dwóch najemników i sześciu Guarani, żeby pilnowali czółen, a sami zaczęli się wspinać.

– Jak daleko jeszcze do terytorium portugalskiego, proszę pana?

– To tam. – Tiberio wskazał na odległe wzgórza otulone mgłą.

– Ty, chłopcze – rzekł Victorio – będziesz niósł to. – Wskazał baryłkę z winem. – Pilnuj jej jak źrenicy oka. To bardzo szczególne wino.

Po całym dniu wspinaczki baryłka ciążyła, jakby była z ołowiu. Ale Mendoza dźwigał także swój sztylet.

2

Wędrówka przez góry zajęła im cały miesiąc. Guarani nieśli muszkiety, garnki i koce. Pod koniec każdego dnia, kiedy wszyscy ułożyli się już do snu, Victorio wzywał Mendozę i żądał kubka wina albo mate. Był to pobudzający wywar, coś w rodzaju herbaty albo kawy sporządzonej z wysuszonej yerba mate. Mendoza musiał rozpalić ognisko, przygotować napar w kubku i zanieść mu. Co rano znajdował nietknięty kubek przy legowisku Victoria. Twarz mu się ściągała, kiedy przypominał sobie, jak sporządzał napój poprzedniego wieczoru. Potem zwijał ciasno całe posłanie i zanosił je Indianom. Brał baryłkę z winem i był gotów do dalszej wędrówki przez wzgórza.

– Polubiłeś Victoria? – zapytał Gaspachio.

Mendoza milczał.

– Hej, ty, do ciebie mówię.

– Nie słyszałem – odparł Mendoza.

– Jesteś ostrożnym mężczyzną.

Po raz pierwszy nazwano go mężczyzną. Przepełniła go szczególna mieszanina lęku i radości. Miał piętnaście lat.

Następnego dnia natknęli się na zdeptany kawałek ziemi z mnóstwem śladów bosych stóp. Mężczyźni usiedli i włożyli wysokie buty, skórzane opończe sięgające ziemi, wypchane bawełną puklerze i kapelusze z szerokim rondem.

– To dla ochrony przed strzałami – wyjaśnił Gaspachio.

Victorio pozostał na straży obozu. Był podniecony i polecił Guarani przystąpić do budowy kolistego, wysokiego ogrodzenia z ciernistych krzaków, w którym zamknie się złapanych Indian.

W ciągu pierwszych czterech dni nie zdarzyło się nic, ale wieczorem piątego Tiberio i jego oddział wrócili z czternastoma Guarani – dwunastoma mężczyznami i dwiema kobietami. Wepchnięto ich za ogrodzenie. Krążyli po swoim więzieniu, zbijali się w grupkę i szeptali do siebie kilka słów, a następnie rozdzielali się znowu i siadali w milczeniu. Jeden ze służących Guarani dał im garnek kukurydzy, ale unikał jak mógł ich wzroku.

Zadowoleni z wyników łowów mężczyźni upili się, a kiedy zrobiło się ciemno, dwóch z nich wyciągnęło ładniejszą z dwóch kobiet z ogrodzenia. Tiberio zgwałcił ją wśród przekleństw i złorzeczeń, krzyczącą na całe gardło, przy akompaniamencie syczących pojękiwań i śmiechu tych, którzy czekali na swoją kolejkę. Mendoza poszedł sobie i ukrył się w poszyciu. Kiedy go wołali, nie odpowiedział. Nocne niebo zaczęło zabarwiać się czerwienią, kiedy kobieta dołączyła do pozostałych niewolników. Ukryła się w kącie ogrodzenia. Dwaj Hiszpanie stanęli na straży i na mały obóz spłynął spokój. Mendoza wyszedł z dżungli.

– Hej, to było dobre – powiedział jeden ze strażników i ziewnął.

Tiberio i jego ludzie wychodzili jeszcze trzy razy na wyprawy do buszu. Najpierw wrócili z dziewięcioma niewolnikami, potem pięcioma, a wreszcie bez żadnego. Po ostatniej eskapadzie najemnik zwany Mandu miał ramię przebite długą, ostrą strzałą; oba jej końce odłamały się.

Mendoza zapytał Gaspachia ochrypłym głosem:

– Czy on umrze?

– Zapewne.

– Czy dużo ginie w ten sposób?

– Oczywiście.

– Czy to ich boli?

Wtedy rozgniewany Gaspachio zawołał:

– Hej, Mandu, boli cię?

– Pewnie, boli jak wszyscy diabli.

– Sam więc widzisz, że boli. – I zamilkł.

Tym razem Tiberio posłał Victoria i sześciu innych ludzi, żeby kupili niewolników w portugalskim mieście Cuzeiro do Oeste, odległym o dziesięć dni drogi. Cieszyli się jak uczniowie na wycieczce.

Cuzeiro do Oeste było małą mieściną w fałdzie terenu między górami, ukrytą wśród drzew. Mężczyźni zamieszkali w zajeździe, ale Mendozie kazano spać z końmi. Następnego dnia Victorio kupił parasol i wręczył mu, by nosił go nad nim, gdyż dzięki temu Portugalczycy będą sądzić, że mają do czynienia z hidalgiem.

Obejrzał niewolników, a następnie przystąpił do kupna. Targował się o dwudziestu pięciu, których sobie upatrzył, cały dzień – chodziło o siedemnastu mężczyzn i osiem kobiet, wszystkich bardzo młodych. Kiedy wreszcie dobił targu, zażądał głośno butelki wina, wypił toast na cześć swoich partnerów i podpisał się pełnym arystokratycznym nazwiskiem: Victorio Paramin Tinjare Lopez Lusavida y Jermano.

– Ładny mi pan Lopez – odezwał się jeden z mężczyzn.

Victorio odłożył pióro i spojrzał na niego. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał.

– Jesteś tylko podłą świnią, Alendrasie.

– Ja podłą świnią?

– Tak.

Alendras rozejrzał się po wszystkich, ale nikt nie chciał spojrzeć mu w oczy.

– Doskonale – oznajmił.

– Obrzydliwą świnią.

– Bez wątpienia.

– Nie, nie, sam musisz to powiedzieć.

– Skoro ty sam tak twierdzisz.

– Chcę usłyszeć, jak ty to mówisz.

– Jestem świnią.

– Podłą świnią.

– Podłą świnią.

– Teraz możesz odejść. Uważaj, żebym nie przyłapał cię wieczorem.

Alendras odszedł i Victorio dalej pisał swoje nazwisko. Milczenie przerwała pełna zakłopotania rozmowa między Portugalczykami.

Kiedy byli już sami, Mendoza zapytał Gaspachia:

– Co to jest podła świnia?

– Nie wiem, ale Alendras odszedł.

– To był po prostu żart.

– Tak, ale przyjęty z espíritu malo.

– Czy powinien był podjąć walkę?

– Oczywiście.

– Victorio by zwyciężył.

– Z pewnością. Dobrze wie, z kim może zadrzeć. Z Tiberiem by sobie na to nie pozwolił.

Zaopatrzyli się w kukurydzę i baraninę, załadowali wszystko na plecy niewolników Guarani i ruszyli w powrotną drogę do obozu. Guarani opóźniali pochód, ale wlekli się bez jednego słowa, popędzani od czasu do czasu końcem sznura.

Minęły dwa tygodnie, nim znowu zobaczyli Tiberia. Podczas ich nieobecności Mandu, mężczyzna trafiony strzałą, umarł. Następny miesiąc zabrał im powrót do łodzi, a dalsze pięć miesięcy minęło, zanim z powrotem znaleźli się w Asunción.

Tiberio zostawił ich na nabrzeżu i wrócił dopiero późnym wieczorem w nowym ubraniu. Towarzyszyło mu czterech mężczyzn. Byli uzbrojeni w muszkiety i na rękawach mieli oznakę namiestnika. Przyszli odebrać transport niewolników.

Tiberio wydobył z zanadrza sakiewkę i na nabrzeżu wypłacił najemnikom należność. Powiedzieli mu w zamian dobranoc i po dwóch, trzech ruszyli do miasta.

Kiedy Victorio dostał swoją należność, rzucił Mendozie: „Chodź”. Reszta patrzyła, jak chłopak kroczy do miasta obładowany bagażem i parasolem Victoria. Potem spojrzeli na Tiberia, ale ten udał, że nic nie widzi. Zrobił już swój interes i też zamierzał odejść.

Na tylnym dziedzińcu swojego zajazdu Victorio powiedział: „Masz tu”, i rzucił Mendozie jeden dinero. Pod mahoniową opalenizną krew odpłynęła z twarzy chłopaka.

– Señor, za pięć miesięcy pracy jesteś mi winien pięć dineros.

– Nie, jeden dinero. Dobrze się sprawowałeś. Być może znowu będę miał dla ciebie robotę. Adiós.

– Potrzebuję pięciu dineros.

– Teraz już zaczynasz mnie złościć.

– Proszę spojrzeć, sam podpisałeś, panie. – Mendoza wyjął z kieszeni kartkę.

Victorio pochylił się i wziął ją z jego rąk.

– Nie widzę żadnego dokumentu. – Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.

Mendoza odszukał Gaspachia, który zapytał:

– Ale gdzie masz swój dokument?

– Victorio go wziął.

– Głupiec. Powinieneś jutro zanieść go do urzędu.

– Nie pomożesz mi?

– Nie. To sprawa między mężczyznami, która wymaga krwi. Może uda ci się z Tiberiem. Znajdziesz go u Marcii.

Mendoza poszedł do Marcii. Tiberio wynurzył się z jakiegoś pokoju w środku.

– Czy pamięta pan umowę, proszę pana, którą Victorio mi podpisał?

– Pamiętam. Zabrał ci ją?

– Tak. Pomożesz mi, panie?

– Nie da się tu nic zrobić.

– Dlaczego?

– Ten papier to było wszystko. Adiós.

Mendoza zszedł do portu i wpatrywał się w wodę. Wszyscy wiedzieli, że Victorio zabrał mu dokument i zatrzymał sobie pieniądze, które należały się jemu, ale nikt nie miał zamiaru mu pomóc. To sprawa między nimi dwoma. Spojrzał na płetwonogi wizerunek księżyca w wodach przystani, a następnie na spokojne niebo i odmówił modlitwę do Najświętszej Maryi Panny. Ukrył swoje rzeczy do spania obok kupy gruzu, zdjął buty i po cichu wszedł do zajazdu Victoria.

Wyśledził, że Victorio śpi sam w wymiętym łóżku, i wśliznął się do pokoju przez otwarte drzwi. Wydobył sztylet z pochwy i ukląkł przy posłaniu, po czym przytknął go do szyi swojego wroga i lekko nacisnął. Victorio obudził się i drgnął. Sztylet zagłębił się trochę bardziej i Victorio poczuł, że ogarnia go chłód.

– Kto to? – spytał cicho.

– Ja – odparł Mendoza.

Victorio roześmiał się spokojnie.

– Czego chcesz?

– Moje pięć dineros.

– Oczywiście. Widzę, że jesteś mężczyzną, z którym trzeba się liczyć. Zaraz ci je dam.

I już na pół podniósł się z łóżka, kiedy ogarnięty gniewem i paniką Mendoza zadał cios, wbijając sztylet w ciało. Victorio kilkakrotnie sięgnął w stronę sztyletu, ale choć udało mu się wytrącić go napastnikowi z ręki, padł, nie wydawszy dźwięku.

Mendoza był zupełnie odrętwiały. Więc to takie łatwe. Jego wróg leżał oto przed nim, nie dając znaku życia. Z rany zaczęła się sączyć krew. Cały budynek pogrążony był w sennej ciszy.

Chłopak przypomniał sobie, że musi zabrać dokument. Nie, nie dokument, pieniądze. Świstek papieru nie jest mu teraz do niczego potrzebny. Pod poduszką znalazł portfel z trzydziestoma siedmioma dineros. Weźmie tylko pięć. Nie, nie pięć. Weźmie wszystko. Tak właśnie postąpiłby przypadkowy złodziej. Zabrał pieniądze, wyśliznął się przez okno i poszedł z powrotem do portu.

Nic się nie zmieniło od chwili, kiedy opuścił nabrzeże. Odbicie księżyca było dokładnie takie samo. Spojrzał na pieniądze. Była to ponaddwuletnia opłata, ale gdyby zatrzymał wszystko, byłby złodziejem, tak więc odliczył pięć dineros, resztę monet wrzucił do wody, po czym położył się. Chwilę później zaniósł sztylet nad wodę, żeby go obmyć. Potem położył się znowu. Pięć minut później zerwał się, tym razem, żeby samemu umyć się starannie, zanurzywszy się w wody przystani. Kiedy teraz się położył, poczuł, że ogarnia go gorączka. Nie uda mu się zasnąć.

Poczuł ulgę, kiedy nadszedł brzask i znalazł się wśród Guarani, pracowników dokowych i cieśli okrętowych, którzy już się zbierali, żeby zacząć nowy dzień. Wydawało się, że nikt nie słyszał o tym, co się stało w nocy. Przechodzący robotnicy życzyli mu pomyślnego dnia.

Jednak o dziesiątej przyszła go szukać grupa ludzi z miasta. Stłoczyli się wokół niego – strażnik, Tiberio i garść mieszkańców Asunción. Powinienem był zjeść śniadanie, pomyślał, wstając.

Tiberio zapytał:

– Słyszałeś, co stało się z Victoriem?

– Z Victoriem? Nie, proszę pana. O co chodzi?

– Ktoś go zabił.

– Tej nocy – dodał strażnik.

– Czy masz coś z tym wspólnego? – ciągnął Tiberio.

– Ja, proszę pana? Nic.

– Pokaż no swoje pieniądze – rozkazał strażnik.

Mendoza wykonał polecenie.

– Jest tu osiem dineros – powiedział strażnik.

– Tak, señor, a bo co?

– Skąd je masz?

– Przywiozłem je z Hiszpanii.

– Victorio miał przy sobie ponad trzydzieści dineros, kiedy go zabito – oznajmił Tiberio.

Strażnik rzekł:

– A teraz pokaż swój nóż.

– Nóż? Proszę. – Podał nóż.

– Był niedawno myty.

– Zawsze myję go wieczorem.

Strażnik pogrążył się w myślach.

– Nie widzę powodów, żeby przypuszczać, że ten chłopiec jest winny – oświadczył.

– Ja też nie – przytaknął Tiberio.

– Ale, señores – zaprotestował Mendoza – był mi dłużny pięć dineros! Co mam teraz zrobić?

Zabrał głos Tiberio:

– Możesz się z nimi pożegnać. – I poprowadził ich z powrotem do miasta. Na jego ustach pojawił się niedostrzegalny uśmiech.

Wie wszystko, pomyślał Mendoza, patrząc za nim. Wie, a ja zyskałem jego szacunek. To zaufany człowiek namiestnika. Jaki świat jest dziwny! Potrząsnął głową. Jego matka także wiedziała, co zrobił. Czy to odmieni jej miłość do niego? Poszedł do kościoła Świętej Anny ukrytego w cieniu drzew. W środku panował błogosławiony chłód. Był tam ksiądz. Mendoza podszedł do niego i poprosił o wysłuchanie spowiedzi.

Kiedy ksiądz go wysłuchał, otarł czoło chusteczką i zapytał:

– Czy powiedziałeś mi wszystko?

– Tak, proszę księdza – odparł Mendoza.

– Jakiego rodzaju człowiekiem był ten, którego zabiłeś?

– To Victorio, proszę księdza.

Victorio! Musiał to być szczęśliwy cios, pomyślał ksiądz. Nikt nie uroni łzy! Głośno zaś powiedział:

– Wplątałeś się w sprawę honorową. Czy wiesz, co to oznacza?

– Czy ksiądz chce powiedzieć, że nie jestem winny morderstwa?

– W oczach Ojca Niebieskiego jesteś winny, ale w oczach ludzi nie.

– Dziękuję księdzu. Teraz pozostał mi jeszcze najgorszy grzech do wyznania.

Dios! – westchnął w duchu ksiądz.

– O co chodzi, mój synu?

– Skłamałem.

– Co zrobiłeś?

– Skłamałem.

Ksiądz po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że penitent jest jednak przy zdrowych zmysłach.

– Rozumiem – oznajmił. – Nie kłam więcej.

– Nie, proszę księdza.

Wyznaczywszy długą pokutę, ksiądz odprawił Mendozę i patrzył, jak chłopak oddala się wzdłuż nawy, a potem klęka, żeby się pomodlić.

Moja matka musiała być świętą, myślał Mendoza. Dlatego właśnie jej życie mogło się spodobać Chrystusowi. Jej dusza była zawsze przygotowana na niebiańskie wizje.

Ale wiedziała, że syn nie jest taki. Nie oczekiwała po nim, że zostanie świętym. Powiedziała mu tylko, żeby nie był większym grzesznikiem niż inni ludzie. No i jest bez winy w oczach innych ludzi. Powiedział to ksiądz. Musi jednak strzec się kłamstwa. Z mocnym postanowieniem poprawy w sercu zaczął odmawiać nakazane zdrowaśki.

Ksiądz wyszedł, odsunąwszy kotarę, szczęśliwy, że jest księdzem.

Kiedy Mendoza opuścił kościół, zobaczył, że czeka już na niego chichoczący porozumiewawczo Gaspachio.

– Mój sztylet, sam widzisz – rzekł Gaspachio.

– Co masz na myśli?

– Zrobiłeś to moim sztyletem.

– Co niby zrobiłem?

– Zabiłeś Victoria.

– Przepraszam – powiedział Mendoza i odszedł.

Pojął, co matka miała na myśli, mówiąc, że kłamstwo wiedzie prosto do potępienia. Gaspachio dogonił go.

– Przepraszam, myślałem, że to twoja robota.

– Nie.

– Teraz widzę, że się myliłem. Chodź, zjemy kolację.

– Dzisiaj?

– Tak, tak, dzisiaj.

– Dziękuję. A więc do wieczora. – Skręcając w stronę przystani, pomyślał, że to takie proste.

Tego wieczoru Gaspachio oznajmił przy kolacji:

– Za dwa tygodnie będzie nowa encomienda. Potrzebują ludzi.

– Mam tylko piętnaście lat.

– Masz siedemnaście.

– Naprawdę?

– Czyżby nie?

– Dobrze, mam siedemnaście lat.

– Potrzebna ci będzie szpada.

– Nie stać mnie na szpadę.

– Możesz wydać część swoich trzydziestu siedmiu dineros.

– Nie mam trzydziestu siedmiu dineros.

– Dios! Więc możesz wydać na broń część z tego, co masz.

– Ile?

– Jakieś pięć reali. To ważne. Posłuchaj, mężczyzna bez szpady to jak mężczyzna bez cojón.

W ciemnościach że choć oko wykol Gaspachio zaprowadził Mendozę do wysokiego muru, w którym była furtka, i zastukał w nią. Wyszedł mężczyzna ze świecą. Poznał Gaspachia i zaprowadził ich do pomieszczenia o niskim suficie, gdzie zapalił na stole kilka świec. Wśród chybotliwych cieni Mendoza zobaczył rząd rapierów, muszkietów i pistoletów i poczuł, że serce zabiło mu mocniej.

Gaspachio powiedział łagodnym głosem:

– Aj, tylko spójrz.

Ale matka uczyła kiedyś Mendozę, ile zła czyni oręż. Poza tym nie miał dość pieniędzy, żeby pozwolić sobie na którąś z tych szpad. Zerknął za siebie i zobaczył broń o grubym, krótkim ostrzu.

– Co to jest?

– Basilarda – oznajmił płatnerz. – Stosuje się ją przy walce konno. – Wydobył broń z pochwy. Ostrze było szerokie na półtora cala, długie na dwie stopy i miało zaostrzony koniec. – Została sporządzona sto lat temu w Bazylei. Tym ostrzem można uciąć człowiekowi głowę.

Mendoza wziął broń do ręki i poczuł jej solidną wagę.

– Ile kosztuje?

– Nie, nie. – Gaspachio się roześmiał. – To się nie nadaje do fechtunku.

– Czuję, że dobrze pasuje mi do ręki.

– Nie. Posłuchaj, Mendoza, nie możesz wziąć tej broni.

– Powiedziałeś, że muszę mieć jakąś broń sieczną. Przecież to jest właśnie taka broń.

– Ale używa się jej w walce konnej – oznajmił płatnerz.

– Rozumiem. Ile?

– Sam nie wiem. Powiedzmy… sześć reali.

– Pożałujesz jeszcze – rzekł Gaspachio. – A ile jak dla mnie? – zapytał płatnerza.

– Jak dla ciebie pięć reali.

– Pięć reali to rozsądna cena. Ale nie będziesz zadowolony, Mendoza, sam zobaczysz.

Następnego dnia Gaspachio zaprowadził Mendozę do nowego dowódcy najemników, Alexandra.

– To mój przyjaciel.

Alexandro zapytał go, ile chłopak ma lat.

– Bo ja wiem – odparł Gaspachio. – Ile masz lat?

– Siedemnaście – powiedział Mendoza.

– Tak właśnie sądziłem – oświadczył Gaspachio.

Alexandro coś burknął i obiecał płacić mu dwa dineros miesięcznie.

Kiedy Mendoza znowu znalazł się na zewnątrz, rzekł:

– Nie wiem, jak ci się odwdzięczyć.

– Przypomnę ci o tym. Teraz musimy się postarać dla ciebie o bawełniany puklerz.

– Nie mam na to pieniędzy.

– Nie musisz robić przede mną tajemnicy – oznajmił urażony Gaspachio. – Bawełniany puklerz może ci się przydać.

– Nie tym razem. Adiós.

Znalazł na rynku Żyda, pisarza, któremu podyktował list do matki przełożonej w Kadyksie.

Wielebna i Świątobliwa Matko,

przesyłam, Matko, połowę pieniędzy, które jestem winien. Proszę przyjąć je z wiarą, że przyjdzie większa suma. Błagam o przyjęcie tych pieniędzy, bo przecież Chrystus był miłosierny. Wyruszam na wyprawę kupiecką i kiedy wrócę, poślę resztę pieniędzy. Za cztery miesiące, może za pięć. Błagam o dochowanie wiary w to. Zawsze, amen. Mam nadzieję, że Philippo nie przysparza kłopotów. Proszę nauczyć go czytać i pisać. Jeśli okaże się niedobry, należy go zbić. I wszystko, co uznasz, Matko, za konieczne. Tutaj, w Asunción, chodzę do spowiedzi do kościoła Świętej Anny. Na drzewach są ptaki. Mam nadzieję, że Ty, Matko, uświęcona wszak w Bogu, jesteś w dobrym zdrowiu. Amen. I proszę przekazać Philippowi moje braterskie uściski. Najbardziej posłuszny, prawdziwy i pobożny sługa w Chrystusie,

Rodrigo Mendoza

Bez basilardy i sztyletu udał się do księdza, który płynął do Kadyksu. Powierzył księdzu pieniądze, wyjaśnił, kim jest odbiorca, i podziękował.

– Czemu sądzisz, że przekażę te pieniądze? – zapytał franciszkanin.

– Bo jesteś księdzem – odparł Mendoza.

Braciszek skrzywił się.

– Gdybyż wszyscy księża byli tacy uczciwi, jak mniemasz, mój synu.

Pięć miesięcy później, kiedy matka przełożona otrzymała list i pieniądze, padła na kolana i dziękowała Bogu. Philippo był bystrym chłopcem pełnym naturalnego wdzięku, a teraz okazało się, że ma na dodatek zaradnego brata.

3

Przygotowując się do następnej encomiendy, Mendoza poszedł do francuskiego nauczyciela fechtunku. Na widok basilardy mistrz potrząsnął głową.

– Ta broń jest do niczego. Postaraj się o inną.

– Oto zapłata.

Mistrz wyciągnął rękę po pieniądze, wzruszył ramionami i przystąpił do uczenia Mendozy pchnięć i parad. Kiedy nadszedł wieczór, Mendoza nadal się tego uczył, ale już na otwartym powietrzu, a potem poszedł spać. Ćwiczył codziennie z drzewem zamiast manekina aż do chwili, kiedy wyruszył z ochotnikami Alexandra.

Kiedy dziewiątego tygodnia znaleźli tropy Guarani, Mendoza należał do tych, których Alexandro poprowadził w pościgu za nimi. Drugiego dnia natknęli się na niewygaszony jeszcze ogień i Alexandro wyruszył zaraz z kilkoma mężczyznami. Minęły cztery godziny i Mendoza prawie już spał, kiedy nagle usłyszał wrzawę i zobaczył brunatne ciała pędzące przez poszycie leśne, przy czym cała puszcza aż trzęsła się od krzyków. Stanął nad nim Guarani z dzidą w odchylonej do tyłu ręce, ale chwilę później nadział się na wymierzony w niego krótki miecz. Kiedy ostrze przeszyło go na wylot, twarz Indianina znalazła się bardzo blisko twarzy Mendozy.

Gaspachio klepnął młodzieńca w ramię i powiedział:

– Teraz już możesz wyjąć miecz z jego piersi.

Mendoza zrobił, co mu kazano, i patrzył, jak tamten umiera; stwierdził, że ten widok robi na nim jeszcze mniejsze wrażenie niż śmierć Victoria.

Jestem zabójcą, pomyślał.

Wepchnęli jeńców za ogrodzenie z ciernistych krzewów i zapadła ciemność. Gaspachio odciągnął Mendozę na stronę.

– Jedni mówią, że tak, inni, że nie. Więc tak czy nie?

– Czy miałem kobietę?

– Otóż to.

– Nie.

– To łatwe i daje rozkosz.

– Zastanowię się.

– Nie, nie zastanawiaj się. Rób to.

Mendoza podszedł do schwytanych Guarani i wybrał sobie najmłodszą z dziewcząt. Zaprowadził ją w ciemne miejsce w dżungli, rozejrzał się dokoła i rozkazał:

– Rozbieraj się.

Kiedy to zrobiła, ogarnęło go podniecenie i polecił:

– Kładź się.

Dziewczyna była zadowolona, że ten mężczyzna robi wrażenie takiego niewinnego. Członek mu stwardniał i spróbował zrobić, co należało, ale nie potrafił znaleźć właściwej drogi.

– Pomóż mi – rozkazał.

Jej dłoń przesunęła się w dół. Natychmiastowy wytrysk!

Poczuła do niego sympatię i przez jakiś czas leżała pod nim, aż członek zaczął mu znowu twardnieć. Tym razem nie miał kłopotów, ona zaczęła pojękiwać i raz jeszcze miał wytrysk.

Potem uniosła się, pokazała mu, żeby wstał, wzięła do ust jego członek, kiedy nagle usłyszał śmiech pozostałych. Ryknął, chwycił za basilardę i gonił za nimi, drżąc z gniewu i wstydu, ale mu uciekli. Nastąpił na cierń, więc musiał usiąść i wyciągnąć go ze stopy.

Kiedy pokuśtykał z powrotem do dziewczyny, stał już nad nią Gaspachio, który zapytał:

– Chcesz ją?

Mendoza potrząsnął głową. Wrócił do ogniska, owinął się w koc i siedział strapiony. Siedział tak do rana i przez cały ten czas Gaspachio zabawiał się z dziewczyną.

Wyszli na dwa następne wypady i złapali jeszcze pięciu niewolników, ale potem już nic. Następnego dnia wyruszyli do portugalskiego miasta Bonito. Wyprawa trwała siedem dni. Kupili czterdziestu kolejnych niewolników, których dołączyli do schwytanych wcześniej, i cały transport dostarczyli do Asunción.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

2

3

4

5

CZĘŚĆ DRUGA

6

7

8

9

10

11

12

13

CZĘŚĆ TRZECIA

14

15

CZĘŚĆ CZWARTA

16

17

18

19

20

CZĘŚĆ PIĄTA

21

22

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: The Mission

Copyright © Robert Bolt, 1986

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Adam Szymanowski

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor tego wydania: Małgorzata Chwałek

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Katarzyna Borkowska kb-design@o2.pl

Fotografia na okładce © Sunset Boulevard/Corbis/Getty Images Poland

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Misja, wyd. II poprawione, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-983-7

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Misja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni