Mrówka w słoiku

Mrówka w słoiku

Autorzy: Polina Żerebcowa

Wydawnictwo: Karta

Kategorie: Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.75 zł

Koniec dzieciństwa z okrutną wojną w tle. Polina Żerebcowa przez kolejne dziesięć lat (1994–2004) opisuje w swoim dzienniku dorastanie i młodość w Groznym – mieście śmierci, zniszczenia i nienawiści. W mieście, w którym każdy mógł stać się wrogiem lub wybawcą, szczególnie, gdy – jak autorka – pochodziło się z rodziny, w której byli i Czeczeni, i Rosjanie.

„Gdy w 1994 roku zaczynała się w Czeczenii pierwsza wojna, Żerebcowa miała dziewięć lat. W chwili wybuchu drugiej – czternaście. Połączenie dziecięcej wrażliwości z absolutnym literackim, poetyckim słuchem oraz zmysłem obserwacji dało prozę wybitną. Autorka wie, że o doświadczeniach granicznych należy pisać lakonicznie, bez przymiotników: im prościej i mniej, tym lepiej. I straszniej.
Mottem tej książki mogłaby być uwaga Żerebcowej, zapisana pod datą 1 października 1999 roku: «Wierzyć można tylko temu, co się zobaczyło na własne oczy. I w żadnym razie nie dowierzać uszom! ».”

Wojciech Górecki
(Analityk Ośrodka Studiów Wschodnich,
autor książek o Kaukazie i Azji Centralnej)

„Śmierć i ja, tylko my dwie jesteśmy ze sobą nierozłączne na tym świecie. Nie ma nic, co by mogło między nami stanąć i mnie przed nią osłonić. Wszystko stało się takie śmieszne i zbędne, rzeczy, torby i wszelkie kosztowności. Zrozumiałam, że nic, zupełnie nic nie zabiorę ze sobą Tam.”

Polina Żerebcowa
(fragment dziennika z 22 października 1999)

 

Polina Żerebcowa (ur. 1985) – pisarka, poetka, dziennikarka. Urodziła się w Groznym, w inteligenckiej rodzinie o tradycjach artystycznych. W wieku 9 lat, krótko przed agresją Rosji na Czeczenię, zaczęła pisać dziennik. Przeżyła pozorowaną przez Rosjan egzekucję, była ranna podczas ostrzału Rynku Centralnego w Groznym 21 października 1999. W 2004 roku wyjechała z Groznego do Rosji. W 2010 roku ukończyła psychologię, pracowała w moskiewskiej szkole jako nauczycielka historii i literatury. Prześladowana z powodu swoich publikacji na temat Czeczenii, poprosiła o azyl polityczny w Finlandii, gdzie mieszka od 2013 roku. Jej dzienniki i inne książki zostały przetłumaczone na kilkanaście języków, jest laureatką kilku nagród literackich. Na podstawie jej dzienników w 2017 roku powstał polski spektakl Dzienniki czeczeńskie (reż. Iwan Wyrypajew).

Współczesna polska i europejska literatura faktu. Głosy uczestników i świadków najważniejszych wydarzeń oraz zapis procesów społecznych. Opowieści, które pozwalają zrozumieć świat, w którym żyjemy.

TYTUŁ ORYGINAŁU Murawjej w stieklannoj bankie. Czeczenskije dniewniki 1994–2004

© Polina Żerebcowa, 2018

© for this edition by Fundacja Ośrodka KARTA, 2018

© for the Polish translation by Agnieszka Knyt, Michał B. Jagiełło, 2018

REDAKTOR SERII Agnieszka Knyt

KONSULTACJA MERYTORYCZNA Maciej Falkowski

REDAKCJA Mariusz Mieczakowski

OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII rzeczyobrazkowe

SKŁAD Tandem Studio

ZDJĘCIE NA OKŁADCE Grozny, marzec 2002. Fot. Thomas Dworzak/Magnum Photos

DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW

Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

PUBLIKACJA DOFINANSOWANA Z

Programu Wsparcia Przekładów Literatury Rosyjskiej TRANSCRIPT Fundacji Michaiła Prochorowa

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48) 22 848-07-12, faks (48) 22 646-65-11

e-mail: kolportaz@karta.org.pl, www.karta.org.pl

Wydanie I

Warszawa 2018

ISBN 978-83-64476-91-4

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Wprowadzenie

1994

1995

1996

1997

1998

1999

2000

2001

2002

2003

2004

Przypisy

Ilustracje

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

WPROWADZENIE

Metaliczny zapach śmierci, ruiny, głód, nienawiść. Szkoła, pierwsza miłość, dojrzewanie. Wysiłek, by pozostać człowiekiem w nieludzkich warunkach. Wszystko to w dzienniku dziewczynki z Groznego. Dla Poliny Żerebcowej ponad trzydzieści zeszytów z jej zapiskami i rysunkami stało się swoistym sposobem na przetrwanie w stolicy Czeczenii – mieście jej urodzenia, niemal zmiecionym z powierzchni ziemi. Zaczęła pisać w 1994 roku, jako 9-latka, na chwilę przed pierwszą agresją rosyjską na Czeczenię. Swoje dzienniki traktowała jak najbliższego powiernika, który pomagał jej radzić sobie z rzeczywistością przerastającą dziecięce siły.

Pisała po rosyjsku, bo w tym języku była wychowywana przez matkę. Ojciec był Czeczenem, jednak rodzice rozstali się jeszcze przed jej urodzeniem. Wielokulturowa rodzina Poliny miała tradycje artystyczne (muzyczne, aktorskie), a w obszernej domowej bibliotece stały obok siebie księgi chrześcijańskie, muzułmańskie i żydowskie. Autorka tak pisze o swoich splątanych korzeniach: „Matka mojej mamy była Rosjanką. Ojciec mamy – Kozakiem dońskim. Matka mojego ojca – polską Żydówką. Ojciec ojca – Czeczenem. W rodzie mamy byli Tatarzy, Gruzini, Osetyńcy, Ormianie, Ukraińcy, Czerkiesi. W rodzie ojca byli Francuzi, Hiszpanie, Polacy, Czeczeni. Kto sprawdzi skład mojej krwi kropla po kropli? Prababcia Julia Malika często powtarzała: «Jesteśmy narodem kaukaskim»”.

Czeczenia na mapie Kaukazu stanowi niewielki punkt, lecz od kiedy Rosja postanowiła podporządkować sobie ten region, nieustannie był to punkt zapalny, a Czeczeni – odlegli kulturowo od Rosjan wyznawcy islamu – z ogromną determinacją walczyli o swoją niepodległość już od XVIII wieku. Kolejne powstania i zbrojne bunty nie były jednak w stanie powstrzymać Rosji, najpierw carskiej, potem bolszewickiej, a w końcu kolosa, jakim był Związek Sowiecki, który ostatecznie wchłonął tę maleńką krainę.

Już w XIX wieku Rosja stosowała tam jawny terror: palono osady, mordowano ich mieszkańców, niszczono na pniu zbiory, konfiskowano bydło… Skutkowało to głodem i jeszcze większym oporem wśród Czeczenów, znów brutalnie tłumionym, w wyniku czego naród czeczeński od II połowy XIX wieku do 1917 roku zmniejszył się aż czterokrotnie. Ostateczną rozprawę z Czeczenią władze sowieckie zaplanowały na 1944 rok, kiedy postanowiono wysiedlić do Kazachstanu Wajnachów (grupę etniczną obejmującą Czeczenów i Inguszów) pod pretekstem sprzyjania przez nich faszystom i zlikwidować Republikę Czeczeno-Inguską, funkcjonującą dotąd w ramach ZSRR.

Brutalna akcja deportacyjna rozpoczęła się 23 lutego 1944. Tam, gdzie nie można było przeprowadzić jej tak sprawnie, jak zaplanowano (szczególnie w trudnych terenach górskich), mordowano ludzi na miejscu. Nie da się policzyć tych ofiar, ale tylko w miejscowości Chajbach, która stała się krwawym symbolem deportacji, zabito około 700 osób – od niemowląt do starców. Wywieziono wówczas niemal cały naród – ponad 400 tysięcy Czeczenów, a wraz z deportacją ludności rabowano mienie, niszczono bezcenne zabytki kultury: arabskojęzyczne traktaty filozoficzne, medyczne, matematyczne, literaturę piękną, dzieła sztuki i architektury, cmentarze. Zmieniano potem nazwy rejonów administracyjnych, miast, osad, ulic, instytucji. W opustoszałych domach osiedlała się ludność z innych regionów ZSRR, głównie Rosjanie.

Czeczeni i Ingusze mogli wrócić na Kaukaz Północny dopiero po śmierci Stalina – dekret zwalniający ich z osiedlenia specjalnego wydano w lutym 1957. Między spontanicznie powracającą ludnością czeczeńską a nowymi, lecz już zadomowionymi mieszkańcami narastały konflikty. Polityka władz centralnych też nie sprzyjała Czeczenom, była bowiem skoncentrowana przede wszystkim na podporządkowaniu spraw narodowych scentralizowanemu państwu i jednolitemu społeczeństwu sowieckiemu. Czeczeni nie mogli odzyskać swoich domów, zajmować kluczowych stanowisk we władzach i przemyśle, ograniczano im edukację i obecność języka czeczeńskiego w szkole, mediach, literaturze.

Pierestrojka dała Czeczenom nadzieję na wolność. W 1991 roku gen. Dżochar Dudajew (jedyny Czeczen, który osiągnął tak wysoką rangę w armii sowieckiej) przejął władzę w Czeczenii i 1 listopada ogłosił dekret o jej suwerenności; w marcu 1992 Czeczenia odmówiła wejścia w skład Federacji Rosyjskiej. Choć formalnie Kreml prowadził pertraktacje z Czeczenami, nie zamierzał pozwolić im na samostanowienie. 11 grudnia 1994 wojska rosyjskie wjechały do Czeczenii. Bojownicy o niepodległość powstrzymali tę okrutną agresję, odbili Grozny i w sierpniu 1996 został podpisany w Chasawjurcie rozejm.

Już 3 lata później Rosja znów zaatakowała, by w 2002 roku oznajmić ostatecznie swoją wygraną w tym konflikcie, który był naznaczony wyjątkową brutalnością. Rosyjskie obozy filtracyjne (porównywane do obozów koncentracyjnych), zbrodnie przeciwko ludności cywilnej: mordy, gwałty, tortury, handel organami ludzkimi i zwłokami, uprowadzenia, zaczystki (łapanki, podczas których terroryzowane były często całe wsie) w konsekwencji powodowały zemstę czeczeńską i krwawe błędne koło nienawiści. Ludność cywilna Czeczenii (niezależnie od narodowości), by ratować życie, masowo zaczęła wyjeżdżać do sąsiednich republik, ale także dalej – na Zachód. Dla tych, którym się udało, również Polska stała się krajem tranzytowym bądź tu właśnie znaleźli swój dom.

Jeszcze parokrotnie Kreml ogłaszał koniec tak zwanej drugiej wojny czeczeńskiej (po raz ostatni w 2009 roku), ale faktycznie rosyjskie operacje wojskowe i czeczeńskie walki partyzanckie nie ustały. Oficjalnie Czeczenia jest częścią Federacji Rosyjskiej, jednak kolejne pokolenia Czeczenów, przede wszystkim to ukształtowane oporem wobec Rosji w ostatnich dekadach, dorastają w coraz mocniejszym przekonaniu, że ich nadrzędnym celem jest wyrwanie się spod dominacji rosyjskiej.

KARTA od pierwszych dni agresji zaangażowała się w kampanię przeciwko rosyjskiemu barbarzyństwu. Wspierała działania moskiewskiego Stowarzyszenia „Memoriał”, rozpowszechniała materiały o wydarzeniach w Czeczenii, brała udział w akcjach protestacyjnych obrońców praw człowieka. W styczniu 2000 współorganizowała akcję „Alarm dla miasta Grozny” na placu Zamkowym w Warszawie, w której wzięło udział wiele organizacji z całej Polski. Niezależne głosy środowisk demokratycznych w Rosji i poza nią jednak były zbyt słabe wobec siły zdeterminowanego rosyjskiego kolosa.

Issa Adajew, jak sam siebie określał, „były dyrektor byłego Muzeum Narodowego w Groznym”, powiedział wówczas w wywiadzie dla „Karty” (nr 29/2000) o znamiennym zdarzeniu: „W całej Czeczenii nie ma pewnie ani jednej baszty. Kiedyś każda rodzina była zobowiązana do budowy takiej wieży, która miała znaczenie i obronne, i mistyczne. Niektóre z nich miały po tysiąc lat. Na początku lat 90. pojawiła się komisja UNESCO. Obiecywali, że wpiszą nasze zabytki na listę światowego dziedzictwa kultury. Gdy zaczęły się rosyjskie bombardowania i baszty zaczęły się rozpadać w gruzy, błagaliśmy ich o interwencję. Długo milczeli, aż wreszcie oznajmili, że nie rozumieją, o co chodzi, bo oni tych zabytków nie mają w ewidencji”. Świat „zapomniał” o Czeczenii.

Seria KARTY „Oblicza XXI wieku” powstała, by pamiętać i lepiej rozumieć kluczowe obszary, w których rozgrywa się starcie o zbiorowy los. Teraz przypominamy o Czeczenii. Dzienniki Poliny Żerebcowej są zapisem z samego dna wojennego piekła – wyziera ono z każdej strony tej książki, obnażając kolejne warstwy konfliktu. Oddajemy jej głos przede wszystkim jako cywilnej mieszkance Groznego, która z tej perspektywy widzi świat.

Znawca Kaukazu, Maciej Falkowski, tak scharakteryzował jej dzienniki: „Pierwszym pytaniem, które człowiek mający nieuświadomione szczęście życia w pokoju i względnym dobrobycie zadaje sobie już po kilku stronach tekstu, jest – jak to w ogóle możliwe? Jak można tak żyć? Czy świat może być tak straszny, a ludzie tak okrutni? Okazuje się, że może i to całkiem niedaleko od nas. Nie 200 lat temu, nie w czasie II wojny światowej, ale teraz, w naszych czasach. To książka bardzo potrzebna i aktualna także w kontekście tego, co dzieje się dziś wokół nas – rozpadającego się porządku światowego, coraz bardziej powszechnych obaw o wybuch konfliktu w Europie. Powinien ją przeczytać każdy, kto myśląc o wojnie, widzi przede wszystkim bohaterstwo, przygodę i nie może się doczekać, gdy z bronią w ręku będzie walczył za ojczyznę.

Mrówka w słoiku jest portretem Czeczenii, Rosji i – szerzej – społeczeństw postsowieckich. Świat człowieka postsowieckiego, niezależnie od tego, czy dotyczy on prawosławnego Rosjanina czy muzułmańskiego Czeczena, jest w świetle wspomnień autorki światem zdegenerowanym, zdewastowanym duchowo i moralnie, zagubionym, stłamszonym, wypranym z wartości. Ludzie są w nim pozbawioną praw masą ludzką. Mięsem armatnim. Materiałem ludzkim. Gruzem 200 – jak w wojskowej terminologii sowieckiej określano zmarłych żołnierzy. Nasielenijem, a nie społeczeństwem. To nie ich wina. To wina systemu, który knutem i rozgrzanym żelazem od stuleci niszczy w Rosjanach indywidualizm i szacunek do człowieka.

W Polsce raczej nikogo nie trzeba przekonywać, że Rosja oprócz zachwycającej literatury i sztuki, wspaniałej inteligencji i szerokiej duszy ma też właśnie taką, demoniczną twarz. Czasami jednak warto nie mieć złudzeń, że żyjemy w XXI wieku…

Żerebcową okrzyknięto rosyjską Anną Frank. Moim zdaniem, to nietrafne porównanie. Rzeczywistość, jaką opisała holenderska dziewczynka, była mimo wszystko mniej odczłowieczona niż sportretowany przez Żerebcową wielki obóz koncentracyjny, jakim była (jest?) Czeczenia. To książka straszna, depresyjna i przerażająca, ale niestety prawdziwa”.

W wywiadzie dla rosyjskiej „Nowej Gazety” w 2016 roku Polina Żerebcowa powiedziała: „Nie dzielę ludzi na «swoich» i «obcych». […] Jestem po stronie tych, którzy nie potrafią strzelać”. Jej dzienniki nie pokazują pełnego obrazu konfliktu rosyjsko-czeczeńskiego – nie ma w nich analizy politycznych przyczyn, działań zbrojnych czy pełnego kontekstu historycznego. Jest natomiast osobista, często intymna i subiektywna relacja małej dziewczynki „ze strasznej bajki o Groznym”, która notuje rozmaite wymiary codzienności. To obraz świata partykularnie stworzonego przez dorosłych, przejmujące świadectwo stopniowej eksterminacji i budowania murów: tych wewnętrznych – między jej coraz mocniej skonfliktowanymi mieszkańcami różnych narodowości i wyznań oraz zewnętrznych – odcinających temu małemu punktowi na mapie drogę do wolności.

Polina Żerebcowa, dojrzewając w ogarniętym wojną mieście, stała się w pewnym momencie świadoma, że jej dzienniki stanowią ważny dokument – ważniejszy nawet od jej jednostkowego życia, którym gotowa była zaryzykować, żeby mówić głośno o losie Czeczenii. Gdy wyjeżdżała z Groznego, wśród niewielu rzeczy osobistych, które jej zostały, wiozła ze sobą zeszyty z niewygodną dla świata prawdą.

AGNIESZKA KNYT

Książkę tę dedykuję mieszkańcom Republiki Czeczeńskiej wielu narodowości, których bombardowano z nieba i ostrzeliwano z ziemi.

1994

Na podniszczonej przez upływ czasu pierwszej stronie mojego Dziennika widnieje napis: „O wszystkim należy wątpić”, Kartezjusz

25 marca

Cześć, Dzienniku!

Mieszkam w mieście Grozny przy ulicy Zawiety Iljicza. Nazywam się Polina Żerebcowa. Mam 9 lat.

26 marca

20 marca mama kupiła mi na urodziny tort orzechowy. Byłyśmy w centrum. Na placu było dużo ludzi. Krzyczeli. Widziałam też starych ludzi z brodami. Biegali w kółko.1

Lenin przedtem stał w kaloszach. Pomnik. Potem go zrzucili, a kalosze zostały.

Dlaczego ludzie krzyczą? O co się modlą? Mama mi powiedziała: „To demonstracja!”.

27 marca

Napisałam wiersz.

Statkiem chcę, jak każde dziecko,

Płynąć w sine dale,

I muszelkę czarodziejską

Na dnie morza znaleźć!

28 marca

Obudziłam się. Pozmywałam naczynia. Zamiotłam klatkę schodową od trzeciego piętra do parteru. Zaczęłam pranie. Uprałam rzeczy w misce, czytam książkę.

29 marca

Dlaczego wszystkie dziewczynki są Śnieżynkami, tylko ja nie? W przedstawieniu będę przebrana za Czerwonego Kapturka. Mama uszyła mi kostium ze swojej spódnicy. Ja chcę być Śnieżynką! Wszystkie dziewczyny z klasy będą Śnieżynkami!

1 kwietnia

Kot Miszka siedzi obok mnie na poduszce. Czytam Trzech muszkieterów. Tam jest królowa, Milady, D’Artagnan. Podoba mi się świat, w którym królowe noszą piękne suknie. Tam są muszkieterowie i gwardziści!

W domu nuda.

2 kwietnia

Bawiłyśmy się w chowanego. Ukrywałyśmy się za drzewami i na działkach. Bawiłam się z Chawą i Alonką. To moje koleżanki. Potem jeździłyśmy na rowerze. Ale się zepsuł.

Na razie!

18 kwietnia

Zgubiłam mysz. Mama kupiła mi ją za dobre sprawowanie. Mysz siedziała w mojej kieszeni. Na pewno wypadła na trawę. Szukałam jej z Alonką i Saszką. Nie znaleźliśmy.

Mama powiedziała, że nie kupi mi więcej takiej zabawki. Mówi, że fajtłapa ze mnie.

Pola

22 kwietnia

Ciocia Katia i jej córka Wiera zaprosiły mnie do siebie. Są naszymi sąsiadkami z trzeciego piętra. Powiedziały, żebym przyszła rano. Wstałam o szóstej i poszłam. Mama jeszcze spała. Potem wszyscy na mnie krzyczeli, bo poszłam za wcześnie. Przecież same mnie zapraszały! Siedziałam u nich w kuchni. Wpuściła mnie ciocia Katia. Smażyła bliny. Potem wstała Wiera i się razem bawiłyśmy.

Wiera ma lalkę chłopca. A ja nie. Mam dziewczynkę. Postanowiłyśmy ich pożenić.

Widziałam babcię Lubę i dziadka Stiopę z pierwszego piętra. Mają śmiesznego psa, jamnika. Nazywają go Guzik.

1 maja

Dziś jest chrześcijańska Wielkanoc!

Spacerowałyśmy po mieście. Padał deszcz. Doszłyśmy do cerkwi. Wszyscy sąsiedzi składali sobie życzenia. Częstowali się ciastem. Dzieci jadły malowane jajka. Babcia Zina rozdawała je wszystkim. Najwięcej zjadł Islam z zaułka i Mahomet. A dla Wasi i Alonki nie wystarczyło. Babcia Nina dała im po bułeczce.

Od rana padał deszcz. Mama i ciocia Ania powiedziały, że to źle. Kiedy pada deszcz, to znaczy, że Bóg płacze, bo na Ziemi jest za dużo grzeszników.

5 maja

Huragan. Drzewa poprzewracały się na ziemię. Wszyscy się wystraszyli. Potem poszli na działki zbierać morele, ale były jeszcze niedojrzałe, zielone.

Śnił mi się straszny sen – do okna dobijał się potwór. Miał szczypce i wyrwał kratę w oknie.

15 maja

Bawiliśmy się: Patoszka, Wiera, Asia, Chawa, Alonka, Rusik, Arbi, Umar, Dimka, Islam, Saszka, Wasia, Ilja, Igor, Sierioża, Denis i ja. Najpierw w berka, a potem graliśmy w piłkę!

Mama dawała nam soczek „Yupi” z kartonika. Mieszaliśmy go w wiadrze z wodą. Piliśmy. Mój ulubiony to pomarańczowy, a Alonki – czerwony. Truskawkowy. Potem mama dała nam po gumie „Turbo”. Tam jest na obrazku samochodzik. Wszyscy się bardzo ucieszyli.

Kot Miszka zachorował.

21 maja

Pomagałam mamie sprzedawać ciastka na bazarze Bieriozka. W pracy mamie nie płacą. Z jedzeniem jest źle. Ciocia Katia mówi:

– Takie czasy. Ciężkie.

Gotowałyśmy rosół z kurzych łapek i potem jadłyśmy. Wcześniej gotowałyśmy z całej kury, a teraz z łapek. Łapki kupuje się na kilogramy. Kura była smaczniejsza. O wiele bardziej.

Mama chce mnie przenieść do innej szkoły. Uczniowie ze starszej klasy uderzyli w głowę krzesłem jedną dziewczynkę, jest w szpitalu.

Z Nadią przyjaźniłam się od pierwszej klasy. Mówiłam jej o moich sekretach. Zbieram naklejki, brakuje mi tylko jednej, żeby wygrać lalkę Cindy! Nadia poprosiła mnie o książkę, dałam jej. Zapomniałam, że w książce jest album z naklejkami! Nadia oddała mi książkę, ale albumu nie. Byłam u nich z mamą. Mieszkają w domu. Mama prosiła jej dziadka, żeby oddali. Nie oddali. Płakałam. Teraz nie mam albumu i nie mam koleżanki.

Widziałam u nich w domu maleńkiego prosiaczka. Biegał jak piesek.

Pola

24 maja

Nadia się do mnie nie odzywa. Albumu nie oddaje. Chawa mi powiedziała:

– Ty też jej czegoś nie oddaj!

Miałam słownik Nadii. I chciałam go nie oddać, a potem jej oddałam. Jeśli ona jest taka, to ja taka nie będę.

Podoba mi się Jelena Aleksandrowna, bo bawi się z nami. To nasza nauczycielka. I jeszcze podoba mi się Aleksiej, który siedzi w jednej ławce z Julką. Myślę, że go kocham. Kupił mi w sklepiku szkolnym bułeczkę. Poza tym nie boi się szczepionek. A ja i inne dziewczynki schowałyśmy się w toalecie, ale i tak nas znaleźli i zrobili nam zastrzyki w pupę. Płakałyśmy.

Pola

2 czerwca

Na stole stały dwie szklanki. Jedna z karmą dla rybek, druga z trutką na myszy. Wiedziałam, w której jest trutka. Byłam ciekawa, co się stanie, jeśli nakarmię nią rybki. Dałam im trochę. Zdechły w akwarium. Bałam się na nie patrzeć. Zrobiły się martwe, a były żywe.

Mama skoczyła do mnie i zaczęła mnie bić.

– Morderca! – biła mnie ręcznikiem. – Jesteś mordercą!

Syn cioci Mariam, Akbar, zdenerwował się. To były jego rybki. Ciocia Mariam nie krzyczała na mnie. Dała mi obwarzanek i powiedziała, że trzeba wyrzucić rybki do sedesu.

Nie było mi wstyd. Bałam się. Morderca czuje strach.

Pola

16 czerwca

Mama kupiła jedzenie.

Kąpałam w miednicy Miszkę. Pomagała mi Alonka. Potem do obiadu spacerowałyśmy. Leżałyśmy i patrzyłyśmy w niebo. Mówiłam Alonce, że w starej kotłowni na podwórku mieszkają duchy. Bała się. Alonka jest młodsza ode mnie o cały rok.

Potem przyszedł Igor i zaczął opowiadać, że dorośli kłamią i że Dziadek Mróz nie istnieje. Ja powiedziałam, że nie istnieje Dziadek Mróz w czerwonej czapce, ale jest Dziadek Mróz, który mieszka w krainie lodu. Błąka się niewidzialny, zagląda zimą do okien. I tylko dzieci mogą go zobaczyć. Alonka, Igor i Chawa uwierzyli mi. To, że chodzi i patrzy w okna, wymyśliłam. Bo skąd miałabym to wiedzieć?

Pola

23 czerwca

Kolejka po chleb, ludzie w sklepie się biją.

Przyniosłam mrówkę. Mieszka w słoiku z ziemią. Przeczytałam w jednej książce, że mrówki budują piękne miasta, i postanowiłam popatrzeć, jak to robią. Niech zbuduje w moim słoiku!

28 czerwca

Na podwórku było wesele! Wszyscy dostali cukierki. Tańczyli lezginkę2. Strzelali z pistoletów. Ciocia Mariam powiedziała:

– Strzelają, żeby złe duchy uciekły!

Znów rozmawiałyśmy z Alonką o upiorach. Islam powiedział, że boi się chodzić na działki. Dlatego, że tam duchy latają nad czosnkiem i cebulą.

29 czerwca

Najbardziej na świecie lubię uciekać za blok. Mama mnie bije i nie pozwala mi. Ale ja i tak tam chodzę. Stoję i patrzę na góry. Są niebieskie. Kocham góry. Bardziej niż niebo i słońce. Otaczają moje miasto. Patrzę na nie i myślę, że kiedy dorosnę, pójdę tam. Na pewno pójdę!

3 lipca

Wszyscy boją się trzęsienia ziemi. Sąsiedzi nocowali na dworze. My mieszkamy na parterze. Spałyśmy w domu.

6 lipca

Przyszedł dziadek Anatolij. Spytałam, jak to jest z tym trzęsieniem ziemi. Wyjął z kieszeni pudełko zapałek. Postawił je na dłoni i potrząsnął. Pudełko się przewróciło.

– Tak się przewraca dom – powiedział dziadek. – Ziemia się rusza.

Potem otworzył pudełko, a tam nie było wcale zapałek, tylko żuk!!! Duży żuk. Z zielonymi skrzydłami. Dziadek pokazał mi żuka, a potem go wypuścił. Żuk odleciał i zniknął w liściach klonu.

Poszliśmy się przejść i za torami widzieliśmy bombę. To bomba z dawnej wojny z faszystami. Niedawno wyszła z ziemi.

Źli sąsiedzi z drugiego piętra otruli naszego Czapę. Nienawidzą psów. Czapa to był dobry pies.

Po torach kolejowych czasem jadą pociągi. Dokąd jadą?

27 lipca

Ciocia Mariam, nasza sąsiadka, ma klucze. Leżą pod wycieraczką przy drzwiach. Zawsze je tam kładzie. Wzięłam je i schowałam. Chciałam zobaczyć, co się stanie.

Ciocia Mariam wróciła z działek, szukała. A potem powiedziałam, że znalazłam klucze na dworze i je oddałam. Ciocia Mariam spóźniła się do pracy.

Pola

11 sierpnia

Dziadek jest chory. Leżał u nas. Mama kupiła mu lekarstwa. Potem pojechał do siebie.

W jego mieszkaniu jest dużo książek – nie da się ich wszystkich przeczytać! Książki stoją na wszystkich półkach, a półki są od podłogi do sufitu! Dziadek je kupuje i ma.

Czytałam Don Kichota Cervantesa, dwa tomy. Książki są stare. W środku mają obrazki przykryte cienkim papierem. Oglądałam te obrazki i wyobrażałam sobie, że też tam podróżuję.

Pola

20 sierpnia

Obudziłam się i przypomniał mi się dziadek. Przedwczoraj padał deszcz. A później wyszło słońce. Szliśmy drogą, a dziadek powiedział:

– Widzisz to drzewo? To jest dziecko. Potem drzewo dorośnie, a potem się zestarzeje. Kiedyś umrze. Zrobią z niego stół albo napalą nim w piecu. Tak jest zawsze.

To była brzoza. I jeszcze powiedział:

– Nie zrywaj liści. To ją boli.

Powiedziałam:

– Nie, nie boli.

A dziadek powiedział, że liście to są palce. I zrozumiałam, że jeśli się je zrywa, to boli.

Więcej nie będę.

Pola

25 sierpnia

Chodziłyśmy po dworze i śpiewałyśmy piosenki. Ja, Alonka i Chawa.

Zawijały statki do naszej przystani,

Statki przemierzały wielkie oceany…

To ja wymyśliłam śpiewanie piosenek. Chodziłyśmy wokół bloku i się wydzierałyśmy. Sąsiedzi aż zatrzaskiwali okna.

Potem pojawił się księżyc. I się zdziwiłyśmy. Księżyc był czerwony. Nigdy wcześniej nie widziałyśmy czerwonego księżyca! Był duży, a wokół niego czerwone światło. Powiedziałam:

– Chodźcie uciekniemy stąd. Zorganizujemy ucieczkę za niebieskie góry!

Chawa się nie zgodziła, Alonka wystraszyła się. Ja i Alonka uciekłyśmy trochę. Niedaleko. Tylko dwa przystanki.

Pola

26 sierpnia

Wypuściłam mrówkę. Bo nie zbudowała pałacu w słoiku. Chyba nawet nie zaczęła. Nie chciała tego dla mnie zrobić. Albo nie dała rady sama.

Pola

27 sierpnia

Mamie w pracy nie płacą pieniędzy. Handlujemy gazetami. Chodzimy od rana do nocy i sprzedajemy je na ulicach. Krzyczymy: „Gazety! Gazety!”. Bolą mnie nogi. Musimy kupić lekarstwa. Dziadek jest w szpitalu.

1 września

Byłam w szkole na rozpoczęciu roku. Powiedzieli nam, że będziemy mieli lekcje gotowania. To dobrze. Lubię gotować. Ciocia Mariam uczy mnie robić chałwę i pierogi.

8 września

Bawiłam się z Waśką. To syn cioci Dusi.

Podarowałam Alonce konika. Ona podarowała go Waśce. Złapałam konika za nogi. Nie chciałam, żeby zabrał go Waśka. Wszyscy beczeliśmy.

Potem widziałam babcię Wadika. Nazywa się Aksinia. Z Wadikiem się przyjaźniłam. Jak była zima, woziłam go na sankach. Przecież jest malutki!

Wyszłam na dwór, a z naprzeciwka biegną do mnie chłopcy, Witia i syn wujka Umara. Krzyczą:

– Wadik się pali! Wadik się pali!

Pomyślałam, że się pali działka Wadika. Już kiedyś paliły się działki za blokiem. Jest sucho, nie ma deszczu. Poszłam do babci Wadika. Powiedziałam:

– Wasza działka się pali.

Odpowiedziała:

– Niech się pali!

Dlatego że wcześniej był już tam pożar i spalił się tata Alonki – gasił ogień na działce sąsiadów. No.

Potem poszłyśmy na spacer: ja, mama i Alonka. Byłyśmy w parku i jadłyśmy lody. Wracamy do domu, a tu Saszka z pierwszego piętra jedzie na rowerze. Krzyczy:

– Znaleźli Wadika!

Mama nie zrozumiała, o co chodzi, ja też nie, a Saszka powiedział:

– Witia i Waśka zamknęli go w szopie na działce i podpalili. Spalił się! Żywcem.

Powiedziałam, że to nieprawda. Widziałam Waśkę. Oglądał telewizję u Alonki. A spotkałam Witię i syna wujka Umara. To taki jasnowłosy Czeczen.

Waśka nikogo nie palił. Oglądał kreskówki! A rodzina Wadika doniosła na milicję na rodziców Waśki. Dlatego, że rodzice Witii to pijacy. Witia to degenerat. A Waśka jest normalny.

Wadika pochowano w zamkniętej trumnie. Była tylko jego fotografia.

11 września

Na rynku byli ludzie z bronią. Szukali czegoś. Wszyscy się przestraszyli.

14 września

Poszłam do nowej szkoły. W klasie jest dużo dzieci. Jest dziewczynka Diana. Jej mama jest nauczycielką. Diana wszystkich bije i zabiera nam śniadania. Rwie zeszyty. Mój też porwała.

Tak się denerwowałam na dyktandzie, że pomyliłam wyrazy. Bardzo się boję, że dostanę trójkę. Mama może mnie zbić.

Za to wszystkim spodobało się moje wypracowanie. Czytali je nawet uczniowie ze starszych klas. Powiedzieli, że jest po prostu świetne! Napisałam, że przyszła jesień. Każdy liść jest żywy. Chowa w sobie historię swojego życia.

Pola

16 września

Nasza nauczycielka Ludmiła Nikołajewna bawi się z nami na przerwach. Jest siwa. Bardzo ją lubimy i przy niej się nie kłócimy. Poprosiła, żebyśmy narysowali w zeszytach postacie z mitologii słowiańskiej: Domowika, Leszego i Utopca.

W szkole uczą nas też gotować. Są takie lekcje. Robimy sałatki.

18 września

Mama handluje na rynku, a potem zabiera mnie ze szkoły. Idziemy do domu.

Dziś jest niedziela. Poszłam z nią i pomagałam jej sprzedawać gazety. Ale handel nie szedł. Mama płakała. Dziadek potrzebuje lekarstw. W szpitalu ich nie mają. Musimy kupić.

Nieznajoma ciocia dała nam lody.

24 września

Wszyscy chwalili moją pracę o planetach. Napisałam o Jowiszu i Marsie. Mama pomagała mi naklejać obrazki.

5 października

Strzelali!3 To było taaakie straszne! Płakałam. A dziadek Idrys, nasz sąsiad, powiedział, żebyśmy się nie bały, że nie będzie wojny. Bardzo mocno biło mi serce. Były wybuchy.

Boję się chodzić do szkoły.

9 października

Krążyły helikoptery i samoloty. Nisko. Serce mi wali. Czy będą nas zabijać? Spytałam o to mamę.

Mama mówi:

– Nie. Nie będzie wojny. Nie będzie!

11 października

Dużo starych ludzi z brodami. Każdy coś mówi. Biegają wkoło i odmawiają modlitwę. Wydaje mi się to bardzo dziwne.

A dziadek Idrys powiedział, że wszystko będzie dobrze, i dał mi cukierek. I ciocia Wala tak powiedziała. I babcia Zina. I ciocia Mariam.

Nie będzie wojny. Po prostu – latają samoloty. Patrzą na nas.

15 października

Z samolotów strzelają. Nie chodzę do szkoły. Nikt nie chodzi.

Odwiedziłam z mamą dziadka w szpitalu. I zobaczyłam moją babcię Elizabet. To mama mojego taty. Jest stara. Spytała mnie:

– Czy będziesz się mną opiekować? Pomagać mi?

A potem powiedziała:

– Dobrze opiekujesz się dziadkiem!

Widziałam ją raptem dwa razy. Tylko tyle. Ona i mama się nie przyjaźnią. Babcia Elizabet mieszka w dzielnicy Minutka.

Dziadka Anatolija okradli w szpitalu. Ukradli mu pieniądze, jedzenie. Zrobili mu zastrzyk, on usnął i wszystko zabrali.

W szpitalu nie ma jedzenia. Musimy mu zanosić.

18 października

Byłyśmy na rynku. Samolot latał nisko. Wszyscy się bali.

Kiedyś patrzyłam w niebo i się nie bałam, a teraz bardzo się boję. I patrzę pod nogi.

Na ulicach strzelają z automatów.

19 października

Dorośli mówią, że na miasto idą czołgi. Rosyjskie. Jelcyn4 wypowiedział nam wojnę, a niech go!

Dziadek jest w szpitalu. Boję się, kiedy bombardują. Ja i mama handlujemy gazetami. Kiepsko się sprzedają. Już nawet żebrałam – raz z mamą, a raz sama. Nie było mi wstyd wyciągać rękę, wstyd było patrzeć na ludzi. Za te pieniądze kupiłyśmy lekarstwa.

26 października

Powinnyśmy zabrać dziadka ze szpitala. Poprawiło mu się. Nie możemy wyjść – strzelają. Przyszli do nas sąsiedzi. Boją się.

27 października

Mamie śniła się jej mama. Babcia Gala. Niedawno umarła. Powiedziała:

– Idź. Twój ojciec czeka, żeby go pochować.

Mama jej odpowiedziała:

– Nie, on żyje, jest w szpitalu.

I przebudziła się. Opowiedziała mi swój sen.

Nie możemy się dostać do szpitala. Strzelają.

29 października

Mama zostawiła mnie u cioci Wali i Alonki. Przyszedł tam jeszcze Waśka, syn cioci Dusi. Graliśmy w karty. Światła nie ma, gazu też.

Potem wróciła mama – dziadek został zabity. W czasie ostrzału. Strzelali tam, gdzie jest szpital, na ulicy Pierwomajskiej. Lekarze uciekli. Schowali się. A chorzy zostali.

Co mamy robić? Dziadek Anatolij już tydzień leży martwy. Mama płacze.

Pola

14 listopada

Dziadka pochowali. Mnie nie zabrali na pogrzeb. Wszędzie była strzelanina. Słyszałam, jak mama mówiła do cioci Wali:

– Nie mogli go wcisnąć do trumny, bo minęło dużo czasu.

Mama częstowała wszystkich kiszonymi pomidorami i chlebem. Sąsiedzi wyjechali z miasta na wieś. Ale wielu zostało.

21 listopada

Ja i mama chodzimy handlować. Bo bez tego nie mamy co jeść. Wczoraj nad rynkiem latał nisko samolot i wszyscy się pochylali. Okropnie wył.

Sprzedawałyśmy wędki i błystki dziadka. Miał ich dużo. Nikt nie wierzy, że Rosjanie zaczną bombardować. Przecież są ludźmi.

25 listopada

Chciałyśmy z mamą zabrać rzeczy z mieszkania dziadka. Powiedziałyśmy naszym sąsiadom, żeby też wzięli, co chcą. Na pamiątkę. I wszyscy brali. I ciocia Wala, i ciocia Dusia, i wujek Adam z pierwszego piętra – to on kupił mieszkanie dziadka Stiopy i babci Luby, i jeszcze inni.

Potem przyszedł dziadek Szamil. Chciał kupić mieszkanie dziadka. Ale powiedzieli nam, że to mieszkanie należy do jednego Czeczena. Nie uwierzyłyśmy. Dziadek go nie sprzedawał. Ale tak powiedzieli milicjanci. I powiedzieli jeszcze, że mama może zabrać tylko rzeczy.

Pola

30 listopada

Paliły się budynki w centrum.

Mama kupiła worek mąki. Pieczemy na kuchni placki. Ja z babcią Niną noszę drewno.

1 grudnia

Poszłyśmy na rynek. I wtedy zaczęli strzelać. I wszyscy zaczęli uciekać. Przewracali się w kałuże. Upadłam.

Ktoś na kogoś napadł. I strzelali. Potem zabili dziecko jakiejś kobiety i ona krzyczała. Okropnie krzyczała. To była kula. Kule latały wszędzie i wszyscy uciekali i uciekali. My też uciekałyśmy.

Dopadłyśmy do autobusu. Ruszył i wtedy helikoptery zaczęły strzelać w autobus. Strzelały w nasz autobus! Wszyscy ludzie krzyczeli i chowali się za innymi. Helikoptery latały i strzelały. I samoloty latały, i huczały.

Wysiadłyśmy na przystanku Nieftianka i pobiegłyśmy przez pole i tory kolejowe. Tam był jakiś dziadek i ciocia z dziećmi. Ja i mama. Wszyscy biegliśmy. A helikopter leciał i strzelał do nas kulami. I rzuciłam torbę, i pobiegłam do domu pierwsza. A mamy nie było. I nie wiedziałam, co robić. Z półki z książkami wzięłam starą ikonę. Jest na niej narysowany Jezus. Padłam na kolana i zaczęłam płakać:

– Boże, proszę, zrób tak, żeby nikogo nie zabiło! Proszę! Uratuj mamę i dzieci, i dziadka, i ciocię!

Przybiegła Malika z pierwszego piętra:

– Zabiją nas! Zabiją nas!

To córka Nury. Wtedy przyszła mama.

– Czego torbę rzuciłaś, fajtłapo? – mówi.

Malika spytała mamę:

– Strzelali tam. Kogo zabili?

– Nikogo, wszyscy uciekli – odpowiedziała mama.

Malika powiedziała, że ich rodzina wyjedzie z miasta na wieś.

8 grudnia

Dlaczego Jelcyn i Dudajew5 się nie dogadają? Jelcyn to taki jeden wujek, a Dudajew to nasz prezydent. Jelcyn mieszka w Moskwie i chce tutaj walczyć. A Dudajew mieszka tutaj. Dudajew jest piękny!

Pola

11 grudnia

Poszłyśmy do piekarni. Dużo strzelali, a samoloty zrzucały bomby. Dudniło. Przyniosłyśmy chleb. Dałyśmy cioci Wali, babci Ninie i Jurijowi Michajłowiczowi, dziadkowi z pierwszego piętra.

Potem nie chciałam iść, ale mama mnie wyciągnęła. W centrum stoi blok. Trafiła w niego bomba. W nim na dole leżą staruszkowie. Rosjanie. Walczyli z faszystami. Nikt ich teraz nie może wyciągnąć. Nie ma dźwigu. A blok się zawalił. Zawaliły się piętra!

Mama mnie tam ciągnęła, a ja nie chciałam pójść. Bałam się, że usłyszę ich krzyki i już nigdy nie będę mogła spać. Przed blokiem paliły się świece i stało jedzenie w miseczkach. Od trzech dni ludzie słyszą krzyki, a nie mogą ich uratować. Po prostu się modlili. I wszyscy płakali. To bardzo straszne.

Pola

26 grudnia

Mama była na bazarze Bieriozka. Tam mówili, że jedni ludzie nie wpuścili do domu żołnierzy rosyjskich, i ci kogoś zabili. Z jedną ciocią zrobili coś złego. Wszyscy teraz się przestraszyli.

Samoloty bombardują. Zrzucają na nas bomby!

30 grudnia

U nas mieszkają sąsiedzi, bo boją się mieszkać wyżej. Przyszli do nas. Babcia Ola, babcia Zina, Alonka z mamą przybiegają i wybiegają (w ich domu jest stara babcia Rimma). Z bloku naprzeciwko przyszły do nas babcia Nina i jej córka, ciocia Waria z jasnymi włosami. I dzieci cioci Warii: Mansur, Juroczka i Baszyr. Baszyr jest ode mnie o rok starszy. Chodziłam z nim do szkoły numer 55. Mansur jest starszy o 5 lat.

W ich dom uderzyły pociski. I przewróciła się ściana. Teraz nie mają gdzie mieszkać. Mieszkają u nas. My mamy mieszkanie jednopokojowe. Śpimy po kolei na jednej kanapie. Drogą jadą czołgi i strzelają. Mama zdobyła choinkę. Nowy Rok!

1995

1 stycznia

Zaczął się rok Świni! To taki horoskop chiński.

Całą noc strzelali w nasz blok. Leżałyśmy we wnęce w przedpokoju. Nie ma tam okien. Przedtem siedziałyśmy w łazience na podłodze, na sankach. Blok się trząsł. Palił się. Czołgi jechały główną szosą, strzelały. Straszny hurgot. Mansur poleciał z chłopakami popatrzeć na czołgi.

Samoloty zrzucały bomby. Potem tak walnęły pociskiem, że w kuchni wyleciała krata z okna. I upadła na mamę, babcię Ninę i ciocię Warię. Świętowały na podłodze Nowy Rok. Teraz mają porozbijane głowy.

Rysuję portret Mansura.

2 stycznia

Strzelają, ale ja się już przyzwyczaiłam. Nie boję się. Kiedy huczy blisko, babcia Nina śpiewa piosenki albo recytuje czastuszki6 z brzydkimi słowami. Wszyscy się śmieją i nie jest wtedy strasznie. Babcia Nina jest super!

Gotujemy na kuchni z cegły, na klatce. Patrzę w ogień i myślę: tam żyją salamandry.

Jesteśmy okopcone, brudne. Zakopcone są wszystkie nasze rzeczy. Po wodę chodzimy za bloki, na rury. Czasem leżymy na ziemi, żeby nas nie zabili. Tak trzeba.

Babcia Rimma jest chora. To babcia Alonki. Biegam do nich, do drugiej klatki. Mają burżujkę7! A u nas jest bardzo zimno. Śpimy w butach i w paltach. Zrobiłyśmy lampkę z puszki: jest w niej knot i nafta. Nocą nie jest całkiem ciemno i można rozmawiać w czasie, kiedy samoloty zrzucają bomby.

9 stycznia

Wszystko się pali. Z nieba spadają bomby. W zaułku zabiły ciocię, z innego bloku zginęła cała rodzina. Ludzie umierają, kiedy idą po wodę, szukają chleba.

Przyszedł do nas jakiś mężczyzna, prosił o naftę. Mama mu nie dała.

Jest nas dużo. Nie ma co jeść. Mama i inni ludzie chodzili do magazynu. Magazyn to takie miejsce, gdzie są lody w kartonach. Wszyscy je sobie biorą. Mama z ciocią Walą też przyniosła. Roztopiłyśmy je i piłyśmy do placków. Były bardzo smaczne.

Topimy śnieg. Tyle że jest go mało. I jest taki niedobry. No bo kiedyś sople mi smakowały! A ten taki spalony, szary. Mama mówi, że to od pożarów.

10 stycznia

Na przystanku Nieftianka widziałyśmy dziewczynę, Czeczenkę, z rudym warkoczem. Na głowie miała zieloną opaskę. W rękach mały pistolet maszynowy. Dziewczyna ma 16 lat. Walczy o Grozny. Był z nią chłopiec, młodszy od niej. Pewnie jej brat.

Jeden dziadek na przystanku powiedział:

– Ona broni Ojczyzny. Jak podrośniesz, to też będziesz jej bronić! – i pokazał palcem na mnie.

Mama powiedziała:

– Piękna dziewczyna. Niech Bóg cię prowadzi!

Ruda zaczerwieniła się i poszła.

Jeszcze się dowiedziałam, że ten mały automat nazywa się tulipan. Zupełnie jak kwiatek!

Jedzenia nie ma nigdzie. Nie ma chleba. Babcia Nina zdobyła kapustę. Jemy kapustę! Niedługo skończę 10 lat.

Pola

12 stycznia

Mansur pokazywał mi rakietnicę. To taka rurka. Wystrzeliwuje się z niej sygnały. Znalazł ją na ulicy.

Wujek Sułtan, tata Chawy z pierwszej klatki, złapał gdzieś kurę, ugotował ją w dużym wiadrze i dawał wszystkim napić się rosołu. Nam też dał. Rzuciłyśmy się na niego od razu i zjadłyśmy. To znaczy popiłyśmy wody z kury. Och, jaka była dobra! Wujek Sułtan dał nam jeszcze dwa kartofle!!!

Chawy nie ma w domu. Jest z mamą w Inguszetii.

Pola

14 stycznia

Zza niebieskich gór przyszedł syn babci Oli. Jest stara. Mieszkała u nas. Chcieli go zastrzelić i żołnierze, i opołczeńcy8. Powiedział wszystkim:

– Idę po moją mamę!

I nie zabili go. Jest odważny.

Byłyśmy takie głodne! A on poszedł do magazynu i przyniósł nam pół skrzynki kilek. O, jakie były smaczne!

Zabrał babcię Olę. Będą uciekać z miasta piechotą.

18 stycznia

Nie ma jedzenia. Nie ma wody. Jest zimno. Często siedzę w łazience. Szyb nie ma. Krat nie ma. Bomby je wyrwały. Na podłodze leży śnieg.

Kłócę się z babką Niną. Ona chce zamiast drewna palić książkami! Kłócę się z Baszyrem. Ciągnie mnie za włosy. Wstrętny drugoroczniak! Juroczka się wygłupia. A ja kocham Mansura. Tylko to wielka tajemnica! I żeby nikt się nie dowiedział, schowam cię, Dzienniku, za szafę. Gdyby cię znalazł Baszyr, byłby wstyd do końca życia. On by wszystkim rozgadał.

Mansur jest odważny. Próbuje znaleźć jedzenie i nie boi się strzelaniny.

Poza tym opołczeńcy urządzili na przystanku pułapkę. Podpiłowali drzewa i złapali BTR-y9 i czołgi. Rzucali w nie butelkami z benzyną. Potem zastrzelili żołnierzy i uciekli.

Chłopcy z naszego podwórka pobiegli tam. I powiedzieli, że jeden żołnierz był jeszcze żywy. Prosił, żeby go zastrzelić. Nie miał nóg. Spaliły mu się. On sam poprosił. Tak powiedział Ali, który mieszka kwartał od nas. Ali ma 13 lat. To on go zabił. A potem płakał, bo zabijanie jest straszne. Zabił go z pistoletu.

Babka Nina kreśliła znak krzyża i wszyscy płakali. Ali dał ciociom list żołnierza. Było w nim napisane tak: „Dbaj o nasze córeczki. Jedziemy na Grozny. Nie mamy wyboru. Nie możemy zawrócić, bo nasze czołgi w nas celują. Gdybyśmy zawrócili, uznano by to za zdradę. Rozstrzelano by nas. Idziemy na pewną śmierć. Wybacz”.

Ciocie chciały wyrzucić list, a mama położyła go tam, gdzie stoją książki. Obiecała wysłać. Nie ma tam ulicy i numeru domu. Spaliły się. Ale jest napisane: obwód xxx. Szkoda mi tego żołnierza. Nie pójdę na przystanek, przez działki. Tam leży jego trup i inni nieboszczycy.

Pola

20 stycznia

Wojskowi strzelają do psów. Psy jedzą zmarłych. Na ulicach leżą martwi ludzie i martwe psy. Staram się nie patrzeć, kiedy przechodzę obok nich. Zamykam oczy. Dlatego, że kiedy ich widzę, krzyczę i nie mogę przestać. A mama krzyczy na mnie. Mówi, że jestem tchórzem.

Opołczeńcy walczą z rosyjskimi żołnierzami. Opołczeńcy to ludzie, którzy bronią swojej ojczyzny. Tak powiedziała babcia Zoja.

Wnuk babci Zoi ma 5 lat. Ma na imię Sławik.

Widziałyśmy z mamą wujka Sułtana. Chodził po pustych sklepach, być może szukał jedzenia i drewna. Nie znalazł nic.

Walki się nie kończą. Ludzie mówią, że we wsiach zabito dużo osób.

P.

21 stycznia

Siedzę we wnęce w przedpokoju na materacu. Wokoło strzelanina. Walą prosto w blok.

Wczoraj spałam u cioci Wali, mamy Alonki. Nie mamy u nas miejsca do spania. Wszyscy śpią na podłodze i na kanapie. Nie ma gdzie palca wetknąć.

Dlaczego zaczęła się wojna? Jesienią chodziłam z mamą na Marsz Pokoju.

26 stycznia

Sąsiadka z naszego bloku jest ranna w nogi. Spuchły jej. W bloku obok wujkowi urwało ręce.

Kiedy podczas ostrzału chowałyśmy się we wnęce, za oknem pocisk trafił w samochód. Samochód chciał wyjechać z miasta. Byli w nim mężczyzna, kobieta i dzieci. Kobieta została poważnie ranna, a reszta zginęła od razu. Kobieta krzyczała i krzyczała, a potem też umarła.

Zakryłam rękami uszy i leżałam na podłodze. Nie mogłam słuchać, jak strasznie krzyczy. Potem powiedzieli, że była w ciąży. Ich ciała zabrano. Z samochodu nie zostało prawie nic.

30 stycznia

Latem ja i Alonka robiłyśmy pogrzeby żukom i robakom. Każdemu zrobiłyśmy grób i postawiłyśmy pomnik z kamyka. Ale potem martwych nie odnalazłyśmy. Wtedy zabiłam kilka nowych żuków i też je przykopałam. Chciałam, żeby cmentarz był wspanialszy. Głupia byłam!

Ale to jeszcze nie wszystko. Kiedy w szpitalu odwiedzałam dziadka, zrobiłam jeden bardzo zły uczynek. Oszukałam go. Oszukałam. Tak źle zrobiłam! I Bóg mnie ukarał. Przyszła do nas wojna.

3 lutego

Na nasze podwórko przyszli rosyjscy żołnierze. Wyprowadzili wszystkich na dwór. Chłopców rozebrali do naga i ich oglądali. Bardzo się wstydziłam. Dlaczego zdjęli z nich ubrania?

Ciotki i babki przeklinały żołnierzy. Oni powiedzieli, że szukają śladu. Zdaje się, śladu po pasie. Od automatu. I jednego chłopaka gdzieś zabrali. Chociaż śladu na nim nikt nie widział. Ten chłopak po prostu przechodził obok nas.

Sprawdzili nasze dokumenty.

7 lutego

Odwiedziłyśmy mieszkanie dziadka. Są tam rosyjscy żołnierze. Zerwali podłogi. Nie ma parkietu. Dziura. Palili ognisko.

Spalili Puszkina!!! Koszmar! Okropność! Gotowali na nim obiad.

Mama rozmawiała z nimi. Nawymyślała im. Pokiwali głowami. Mama mówi o nich:

– Mają po osiemnaście lat! Nie wiedzą, co czynią!

A w ogóle, według mnie, to jakieś ważne figury. Jeden miał wąsy. Mieszkają tam i strzelają.

W mieszkanie dziadka trafił pocisk. Jest rozbite. Żołnierze strzelali do telewizora. Dlaczego?

15 lutego

Byłyśmy na bazarze Bieriozka. Sprzedawali tam lepioszki10, papierosy, kiszone ogórki.

Podczas strzelaniny wszyscy uciekali, chowali się.

Wracamy, patrzymy – idzie babuleńka. Ciągnie coś na sankach. Przykryła to kocem. Mama stwierdziła, że to trumna. Babuleńka ledwie idzie. Ma koło osiemdziesiątki. Spod chustki wystają jej siwe włosy. Wokół strzelanina. Ale jest głucha. Nic nie słyszy.

Mama zaczęła jej pomagać. Przeciągnęła sanki przez szosę. I nagle powiał wiatr, koc spadł. Patrzymy, a to wcale nie trumna, tylko nowa lodówka w kartonie. Babuleńka ją gdzieś ukradła.

23 lutego

Wszyscy kradną. I ciocia G., i ciocia A., i ciocia Z., i wujek K., i Ch., i M.! Z rana wszyscy biorą wózki. Idą. A potem wracają, przywożą dywany. Naczynia. Meble. Nie kradnie tylko dwóch, trzech ludzi. Nie kradnie Jurij Michajłowicz i jeszcze paru sąsiadów. Inni mówią:

– Rosyjscy żołnierze też kradną!

To prawda.

– To i my będziemy kraść! Bo tak czy inaczej to dobro przepadnie.

I robią tak.

Najbardziej niestrudzony jest dziadzio Polonij z bloku naprzeciwko. Przedtem pracował w więzieniu. Jako strażnik. Teraz ciąga wózki po pięć razy dziennie. Razem z nim około dziesięciu kolegów. Czasem się kłócą, co komu się dostanie. Wrzeszczą nawet na podwórku.

A z naszego bloku wyróżniają się ciocia Amina i ciocia Rada.

Poszłyśmy do centrum: ja, mama, ciocia Wala i Alonka. I też zaszłyśmy do prywatnego domu. Była tam herbata. Wzięłyśmy po jednej paczce. Potem zobaczyłam lalkę. To był niemowlak. I wzięłam ją. Alonka znalazła ołówek. A mama nie wzięła nic. Powiedziała, że o mało co nie zabił jej snajper. Do mamy strzelał snajper. Przecież to wstyd, jeśli zabije cię w cudzym domu i znajdą cię jako złodzieja!

– Mamy w domu masę swoich rzeczy. Nie ma gdzie ich podziać! – powiedziała mama. – Wracamy!

I wyszłyśmy.

25 lutego

Byłyśmy w cerkwi. Stoi za mostem na rzece Sunża. Sunża jest brudna, mętna. Cerkiew pochyliła się od pocisków. Spadały na nią nie raz. Wokół bloki jakby po strasznym trzęsieniu ziemi – stał blok, a teraz został tylko kawałek ściany.

W cerkwi rozdawali kiszone pomidory i makaron w kubkach. Były babcie Rosjanki i ciocie Czeczenki. Dużo dzieci. Babcie złościły się na dzieci.

Widziałam tam jeszcze Lusię. Mieszka na klatkach zburzonych bloków. Zabili jej tatę, mamę i babcię. Lusia maluje usta. Znalazła w ruinach zbombardowanego bloku czerwoną szminkę. Lusia ma 14 lat.

Mama powiedziała, że na zoo spadła bomba i zginęły zwierzęta. A ja widziałam psa. Odłamek odciął mu nos. Teraz jest bez nosa. I dużo zabitych psów. Jeszcze słyszałyśmy, że bomby spadły na dom starców i oni też zginęli.

W cerkwi ciocia zakonnica zaprowadziła mnie do środka, na dół. Tam, w piwnicy, jest ciemno i palą się tylko cienkie świeczki przed ikonami. Wszyscy się modlili, żeby wojna szybko sobie poszła. Ciocia zakonnica dała mi rybę i ziemniaki. I jadłam. A mama zamiotła podwórko cerkwi.

Powiedziano nam, że makaron i pomidory dali Kozacy. Kozacy to tacy ludzie, mieszkają gdzieś daleko i tu pomagają. Dlatego, że jest wojna.

Potem poszłyśmy z powrotem. Żołnierze dużo strzelali. Leżałyśmy na ziemi. I widziałyśmy martwego rosyjskiego żołnierza. Zabiło go przy nas. Leżał, a obok niego broń. Był ubrany w niebieski mundur.

Mama poszła na podwórko, a tam stał BTR. I powiedziała:

– Idźcie, tam leży wasz chłopak!

Żołnierze coś jedli i pili z butelki. Ale nie poszli.

Wróciłyśmy do domu. Trochę pomidorów i makaronu dałyśmy dziadkowi Jurijowi Michajłowiczowi. Ucieszył się!

Pola

27 lutego

Jadą czołgi, a na nich dywany. Mówią, że wożą je do miasta Mozdok, sprzedają tam. I do Inguszetii. Tam nawet bazar jest. Wszyscy kupują kradzione.

Rabują sąsiedzi i rabują żołnierze. Drzwi pootwierane od wybuchów bomb i pocisków. W mieszkaniach, jeśli nie zabrano rzeczy, to je rozstrzelano – strzelają do telewizorów, pralek.

Chodzimy szukać chleba. Nigdzie nie ma. Mąka w worku się skończyła. Cały czas jestem głodna, mama też. Nasi uchodźcy łatają ścianę w swoim mieszkaniu na drugim piętrze. Biegają tam, kiedy nie ma strzelaniny.

W pewnym momencie na podwórko zajechały rosyjskie czołgi, a my wyszłyśmy z mieszkania. Ani razu nie chodziłyśmy do piwnicy i nagle postanowiłyśmy pójść. Mocno strzelali. My wyszłyśmy i zamknęłyśmy drzwi. Czołg wycelował lufę w wejście do naszej klatki. A tam dzieci, babcie i ciocie. Rzuciłyśmy się do naszych drzwi. Zamknięte. Zamknęłam oczy, byłam przekonana, że zaraz wystrzelą i umrzemy.

Wystrzelili, ale spudłowali. Nie trafili w drzwi, tylko wyżej. Z działek zaczęli strzelać do czołgu opołczeńcy i wołali: „Wania, poddaj się!”. Czołg zaczął się cofać.

Mamie trzęsły się ręce i nie mogła otworzyć drzwi. A wszyscy krzyczeli:

– Lena, szybciej! Lena, otwieraj!

Drzwi wypaczyły się od wybuchów. Potem w końcu się otworzyły i wszyscy wpadli do naszego przedpokoju. I leżeli. Czołgi strzelały w podwórko.

3 marca

Mama chodzi do magazynu, który jest obok. Po drewno. Nie mamy drewna, a czajnik trzeba grzać na ogniu.

W magazynach się biją. Biegają tam rosyjscy żołnierze i opołczeńcy. Mansur poszedł po drewno i zaczęli do niego strzelać. Ledwie uciekł. Skoczył z pierwszego piętra.

Mansur nosi kapelusz. Jest piratem! Prawdziwym piratem!!! Nie mogę do niego powiedzieć nawet słowa. Chociaż bardzo chcę. Ale nie mogę. Wstydzę się. Znalazł gdzieś cienie do powiek i mi je przyniósł. Takie malutkie, w pudełeczku. Liliowe. To prezent! Dla mnie!

Pola

4 marca

Było święto Uraza Bajram11! Babcia Zina przyniosła kiszone pomidory i ryż. A wujek Achmed dał nam smażone ziemniaki. Całą patelnię! Smażył je na ogniu.

O, ale jesteśmy szczęśliwe! Podzieliłyśmy się z ciocią Walą i Alonką.

5 marca

Mama i wujek Sułtan poszli do magazynu po drewno. Straszno mi było samej. Pobiegłam do magazynu przez działki. Sama. A wzdłuż torów kolejowych strzelał snajper. Kule padały obok mnie. Chciałam znaleźć mamę. Biegałam, wołałam ją. Widziałam zabitych ludzi, ale to nie była mama i nie podchodziłam bliżej. Na śniegu leżały jakieś ciocie i dzieci. I była jedna babcia w szarej chustce.

Potem znalazłam mamę. Wujek Sułtan już wrócił na nasze podwórko. Mama wciąż szukała drewna. Zaszłyśmy do budynku magazynu, były tam stare krzesła. Nagle zaczęli strzelać z czołgów. I babach! Rozerwał się pocisk. Upadłyśmy. Podmuch powietrza! Zasypało nas tynkiem i gruzem. Ale nie całkiem. Wydostałyśmy się i wyczołgałyśmy stamtąd.

Mama tłumaczyła mi kiedyś, że słyszała, że są takie miny „cieplne”. Idą za człowiekiem i rozrywają go na kawałki. Czołgałam się po śniegu i myślałam o tym, że na pewno znajdzie mnie taka mina, będzie się za mną skradać, a potem mnie rozerwie.

Długo leżałyśmy przy drodze. Latały pociski, czerwone i pomarańczowe. A potem udało się nam dobiec do domu.

Przyniosłyśmy drewno!

Pola

7 marca

Poszłyśmy na poszukiwanie jedzenia. Szukałyśmy. Kiedy szłyśmy do centrum miasta, przysłuchiwałyśmy się – kiedy leciała mina lub pocisk, to padałyśmy na ziemię.

Spotkałyśmy rosyjską babcię. Nauczycielkę! Chodziła po zburzonych domach i zbierała książki. Nie rzeczy, nie naczynia. Książki! Układała je na wózku. Rozpaczała:

– Trzeba ratować historię!

Cały czas strzelali, nie wiadomo skąd.

Nie znalazłyśmy jedzenia, ale mama zdążyła mi opowiedzieć o rodzinie Mikołaja II. Najbardziej zapamiętałam, jak carskie dzieci prowadzono na rozstrzelanie i schodziły po stopniach schodów do piwnicy. Szłam i myślałam, że dzieci są zabijane w piwnicach. Pewnie taka tradycja.

Tylko raz zeszłyśmy do piwnicy. Cały czas jesteśmy w mieszkaniu, w czasie wszystkich ostrzałów. Jeśli nas zabiją, to przynajmniej w domu. Nienawidzę piwnic!

11 marca

Rozpadły się moje kozaczki. Nogi mi przemakają. Nie mam butów. To wzięłam i poszłam do cudzego domu. Chociaż dałam mamie słowo, że nie będę wchodzić do cudzych domów. Ale poszłam, żeby poszukać butów.

Nie zauważyłam, że jest otwarta klapa do piwnicy. Weszłam i zobaczyłam buty. Leżały na kanapie. Zobaczyłam je i… upadłam. Do piwnicy. Ale nie całkiem do środka. Gdybym wpadła, tobym umarła. Schodów nie było, a głęboko na trzy metry i na dole beton. Trzymałam się rękami za krawędź. Nie mogłam wyjść. Nie miałam siły. Wpadłam do pasa. Nikt nie przychodził mi na pomoc. Nikt nie wiedział, że poszłam szukać butów. Aż mi zbielały palce. I nagle wszedł jakiś dziadek – Czeczen. Pomyślałam, że mnie zepchnie na dół i tam umrę, a on podał mi rękę. I wyszłam.

– Czego tu szukasz?

– Chciałam wziąć buty – powiedziałam.

– Nie wstyd ci kraść? – zapytał dziadek.

Sczerwieniłam się jak pomidor.

– Złymi ścieżkami chadzasz! Złymi! – głośno powiedział dziadek. – To grzech! Grzech!

– Nigdy nie chodziłam niczego szukać. Tylko ten jeden raz…

– O jeden za dużo! – przerwał mi dziadek. – Wstyd!

Potem zauważył, że mam rozdarte kozaczki. Poszedł i chwycił buty. Rzucił je przez cały pokój.

– Masz! – powiedział. – Weź. Moich zabiła bomba. Zabiła mi córkę, wnuki. Nikt do tego domu mieszkać nie przyjdzie. Wszyscy są tam! – pokazał ręką w górę.

Powiedziałam:

– Przepraszam.

I wyszłam. W swoich starych kozaczkach. A potem ruszyłam biegiem. Musiałam stamtąd uciec.

Natknęłam się na trupa. Nie było go pół godziny temu. A teraz był! Mężczyzna około czterdziestki. Rosjanin. Tutejszy. Leżał i patrzył na mnie niebieskimi oczami. Obok niego leżało wiadro. Wyszedł po wodę. Na pewno zabił go snajper.

Mama znalazła konfitury i niosła je w torbie:

– Gdzie cię diabli ponieśli? – spytała.

Powiedziałam. Mama dała mi po głowie. Przy nieboszczyku. Aż pociemniało mi w oczach. Bardzo się zawstydziłam.

– Nie można brać nic oprócz jedzenia! – powiedziała mama ostro.

Mama znalazła koc, który walał się na ulicy. Nakryła nim nieboszczyka i poszłyśmy do domu.

Pola

12 marca

O, co to się działo! Poszłyśmy przez most do cerkwi. Połowa mostu runęła do rzeki. Dlatego, że spadła na niego bomba. Ale drugą stroną da się przejść na drugi brzeg rzeki.

Poza tym obok miejsca, gdzie jest most, stoi podziurawiony kulami Pałac Prezydencki i rozbity hotel „Kaukaz”. A na moście stoi armata i są żołnierze. Rosjanie. I mają krzesła, i siedzą na tych krzesłach. Teraz to jest ich most.

No i szłyśmy z mamą do tej cerkwi, i już byłyśmy na środku mostu. Widzę, jak przez drugi most dalej na rzece biegną opołczeńcy. Poznałam ich od razu – na głowach mieli zielone opaski. Zaczęli strzelać z takiej długiej, zielonej rury, którą noszą na plecach. I prosto w nas! Z tamtego mostu – w nasz most! Jaaak walnęło! Ogniem! Wszyscy popadali.

Obok nas szła ciocia z chłopcem – Czeczeni. I dziadek z babcią – Rosjanie. I my. Wszyscy szliśmy do cerkwi, bo czasem rozdają tam jedzenie. Kozacy je przywożą.

Jak zaczęli strzelać! Bitwa! Żołnierze strzelali z działa do opołczeńców na tamtym moście. Działo jest duże! Na kołach! Strzela, a wszystko się rusza jak podczas trzęsienia ziemi.

Leżałam i krzyczałam ze strachu. Mama powlokła mnie za kark do zburzonego hotelu „Kaukaz”. Ludzie z mostu też przybiegli w ruiny hotelu. Leżeliśmy tam na podłodze. A strzelali coraz mocniej i mocniej. Tak się bałam! Pomyślałam, że nadchodzi śmierć. Nie trzeba żadnej miny „cieplnej”. I tak mnie zabiją.

Hotel jest rozbity. Pociski uderzały w niego tysiące razy. Ściany ma jak z koronki. Pod nogami kupa pokruszonych kamieni. Leżeliśmy tam dwie godziny. Zapoznaliśmy się wszyscy.

Chłopiec płakał. Poszedł do cioci Asi. Ona leżała na podłodze, obejmowała go. A dziadek Borys nas pocieszał. Powiedział, że kule nas nie dosięgną. Przecież nie ma tak, żeby od razu zabiło wszystkich. Każdy ma własny los!

Potem patrzymy, a w rogu rusza się stos worków. Leżały tam śmieci, kartony. Wychodzą stamtąd czterej żołnierze. Okazało się, że byli tam cały czas! Mama do nich:

– Co tu robicie?!

Oni:

– Ukrywamy się. Nie chcemy walczyć!

Dziadek Borys zaczął na nich krzyczeć:

– Co wy wyprawiacie? Trwa walka! A wy tu pod workami się chowacie?!

A żołnierze tacy chudzi. Mówią:

– Nie chcemy walczyć! My chcemy do domu! Do domu!

Kiedy zrobiło się ciszej, żołnierze odprowadzili nas do drugiego budynku. Mama poprosiła ich o kamizelkę kuloodporną.

– Dajcie jedną kamizelkę – powiedziała. – Dla dziecka!

Ale żołnierze nie dali. Powiedzieli, że sami mają mało. Założyli na siebie po trzy. Bardzo się bali.

Przebiegliśmy drogę, weszliśmy przez okno do jakiegoś bloku. A tam zawalone wyjście. Nie ma jak uciekać. Trzeba skakać z drugiego piętra. Z powrotem nie można iść – znów strzelają. Skoczyłam i upadłam na wielką górę rozbitych cegieł. Poobijałam sobie nogi i podrapałam ręce. Za mną skoczyła reszta: ciocia Asia jęcząc, mama klnąc, babcia i dziadek – kreśląc znak krzyża. Dziadek Borys złapał syna cioci Asi w powietrzu.

15 marca

Był u nas Mansur. Przyniósł mąkę na lepioszki. Jego rodzina wyniosła się od nas. Jeszcze strzelają, ale już nie tak bardzo. Mieszkali u nas, póki mocno strzelali.

Mansur ma przyjaciela. Mieszka w sąsiednim bloku. Zawsze chodzą razem. I mają koleżankę z długim jasnym kucykiem. Ma 16 lat. Nie znoszę jej!

Ciocia Mariam przyjechała, potem wyjechała. Wrócili niektórzy nasi sąsiedzi. Sąsiad Ramzes z pierwszego piętra całe mieszkanie zawalił dywanami, przejść się nie da.

Przyszła ciocia Waria, mama Mansura, i zaczęła mówić, że wszystko jest źle. Jej mąż dawno wyjechał, rzucił ją. Pojechał w delegację i nie wrócił. Znalazł sobie inną żonę. Moja mama powróżyła jej z kart i powiedziała, że kiedyś wróci. Musi na niego czekać!

Napisałam wiersz:

Przez całe życie chcę

Jak w bajce

Przestrzenie oceanu pruć,

I wolną być,

I wolność czuć.

Do tajemniczej dotrzeć wyspy,

Co szmaragdowe brzegi ma,

Gdzie przyjaciółmi są mi wszyscy

I pokój, zawsze pokój trwa!

18 marca

Mama oszalała. Nocą bardzo strzelali. Niosłam lampkę naftową, upuściłam ją. Bo coś wybuchło i się wystraszyłam!!! Lampka wypadła mi z rąk i potoczyła się po podłodze. Zapaliła się podłoga i kanapa. A wody w mieszkaniu nie było.

Po wodę chodzimy do studni. Daleko. Często snajper strzela nam po nogach. W domu było tylko jedno wiadro wody. Mama polała wodą podłogę. Buchnął dym. A podłoga śmierdzi i dalej się pali. Wzięłyśmy jeszcze wiadro wody od cioci Mariam, polałyśmy. Pożar! O mało co nie spaliło się mieszkanie. Przestraszyłam się. Mama mnie zbiła. A dziś rano zaciągnęła mnie przed lustro i obcięła mi włosy. Miałam włosy za ramiona. Kasztanowe. Ogoliła mnie na łyso. Powiedziała:

– To kara! Masz uważać! Zniszczyłaś mi parkiet!

W parkiecie spaliła się raptem jedna klepka, ale mama mi nie darowała. Zbiła mnie i obcięła mi włosy. Siedziałam przed lustrem i płakałam. Broda mi się trzęsła. Brało mnie obrzydzenie, kiedy na siebie patrzyłam. Potem przyszła ciocia Wala. Westchnęła:

– Lena, co ty, zwariowałaś?!

A do mnie powiedziała:

– Dlaczego nie przybiegłaś do nas? Byśmy cię schowały!

Noszę teraz chustkę. Żeby dzieci się ze mnie nie śmiały i nie przezywały mnie.

19 marca

Poszłyśmy po wodę. Rura jest daleko za działkami, tam gdzie płynie rzeczka Nieftianka. Były dzieci, kobiety. Wszyscy z wiadrami, bańkami. Często strzelają tam z automatów – wtedy padamy i leżymy.

Mama nie darowała mi lampki. Kiedy przyszło dużo dzieci, podeszła i zerwała mi z głowy chustkę. Powiedziała:

– Tak ją ukarałam! Teraz jest łysa i okropna, dlatego że była nieuważna i ogień spadł na podłogę!

Wszystkie dzieci się śmiały ze mnie. Zaczęły wołać: „Łysa pałka, daj bułki kawałka” i śmiały się w głos. A ja stałam i płakałam. Myślę, że byłoby lepiej, gdybym umarła. Po co ja żyję?

Pola

20 marca

Dziś są moje urodziny. Mam 10 lat!

Chodzę w dużej chustce i widać mi tylko twarz, jak u matrioszki. Mama podeszła, objęła mnie i powiedziała:

– Chyba za bardzo się uniosłam. Masz!

Wetknęła mi pieniądze.

– Weź, na lody! – powiedziała.

I wyszła. A ja siedzę i myślę, że nie potrzebuję tych pieniędzy. Nie potrzebuję niczego. Ona mnie nie kocha. Nikt mnie nie kocha.

Przyszły ciocia Wala i Alonka. Przyniosły stare konfitury morelowe. To prezent dla mnie.

2 kwietnia

Poszłyśmy do fabryki konserw. Jest daleko. Piechotą idzie się cztery godziny. Ja, mama, Alonka i ciocia Wala. Można wziąć stamtąd pastę z kabaczków. Straciła datę ważności, ale można ją jeść, jak się przesmaży. Wszyscy ją biorą i jedzą. Są tam tysiące puszek!

Szłyśmy między blokami i przez działki. Były tam setki ludzi i korespondenci. Obcokrajowcy. Mówili w niezrozumiałym języku. Mama powiedziała, że są z Anglii i Francji. Ci wujkowie dali mi i Alonce cukierki!!! Prawdziwe! Czekoladowe! I poszli. Coś fotografowali. A my wszystkie cukierki włożyłyśmy od razu do buzi i zjadłyśmy. Och, jakie były smaczne!

Mama i ciocia Wala wzięły dużo puszek pasty. Będziemy ją przesmażać na patelni.

Ale było też strasznie. Kiedy tam szłyśmy, była droga, po której jeżdżą samochody. Ta droga jest niedaleko fabryki konserw. Leżał tam człowiek. Nie człowiek, a czarny szkielet. Resztki ubrania. Twarz i ręce objedzone przez psy. A brzuch też, ale nie całkiem. Obok stał spalony czołg. I więcej trupów nie było.

Mama i ciocia Wala odwróciły się i przeszły obok. A ja i Alonka zatrzymałyśmy się. Popatrzyłyśmy. Widziałam jego żebra. Były takie dziwne i jakby się przykleiły do nich kawałki ubrania. Mama i ciocia Wala zaczęły się na nas wydzierać. Powlokłyśmy się dalej. Potem powiedziałam do Alonki:

– A jak nagle się poruszy?

Alonka zapiszczała.

Nie chciałyśmy wracać tą samą drogą, ale poszłyśmy. I znów się nie przestraszyłam. Popatrzyłam. Leży. Wszyscy przechodzą obok, a on – leży. Podszedł pies, powąchał go. Odegnałyśmy go kijem.

Postanowiłam nazwać go „czołgistą”. Zginął, spalił się w czołgu. Jest Rosjaninem. Gdzie są jego koledzy? Dlaczego leży na drodze?

6 kwietnia

Och, i miałam straszny sen! Przyśnił mi się czołgista. Jakby martwy – cały czarny, spalony – a jednak żywy! I ruszał się. Dokądś się czołgał. Krzyczałam. Obudziłam mamę. Mama znów dała mi po głowie.

9 kwietnia

Byłyśmy na Bieriozce. Była tam kolejka. Rozdawali kartony z czerwonym krzyżem. To pomoc humanitarna.

Przyniosłam go do domu. I widzę – żółty ser. Tak mi się chciało sera!!! Odkroiłam kawałek. Ugryzłam. I tfu… Okazało się, że to mydło. Chciało mi się jeść, myślałam, że to ser.

Mama otworzyła konserwę. To była mielonka. Jadłyśmy ją z puszki łyżkami.

11 kwietnia

Dym. Coś śmierdzi. Strzelają. Cały czas wojna. Znów byłyśmy w fabryce konserw.

Jemy pastę. Jest obrzydliwa, zepsuta. Ale ciocia Wala smaży ją na patelni z olejem i wtedy jest niczego sobie. Można maczać w niej lepioszki.

Czekałam, kiedy pójdziemy obok czołgisty. Mama i ciocia Wala przeszły szybko. I z nimi Alonka. Ja wzięłam ze sobą karton, żeby go przykryć. Znalazłam pudełko, rozerwałam je, żeby karton był długi. A jego nigdzie nie ma. Rozglądam się, leży w rowie. Ktoś go zepchnął z drogi. Obok przejeżdżają samochody, ludzie idą z wózkami po pastę z kabaczków, a on leży w rowie. Biedaczek! Psy dojadły mu nóżki. Pewnie były smaczne. Zostały tylko żebra i kości. Strach patrzeć. Ale postanowiłam okryć go kartonem.

Mama zobaczyła to i jak krzyknie:

– Głupia! Głupia! Odejdź stamtąd!

Nie wiedziałam, co robić, rzuciłam karton na dół. Nie trafiłam. Mama podbiegła, złapała mnie za rękę. Krzyczy:

– Myślisz, że pies nie ściągnie kartonu?! Nie dotykaj go i nie patrz!

Z powrotem poszłyśmy inną drogą. Wybacz, czołgisto.

Pola

15 kwietnia

Chodzę z mamą na bazar Bieriozka. Sprzedajemy wędki dziadka. Dziadek miał dużo wędek. Był wędkarzem! Łapał ryby w Wołdze. Wujaszkowie je kupują. Będą łowić. My kupujemy za to ryż, makaron.

Czasem strzelają. Jaki wybuch był niedawno!!! Wysadzili żołnierzy w samochodzie na przystanku. A inni żołnierze zaczęli strzelać. I wszyscy z bazaru uciekali. Padali. Rzucali towar. Pobiegłyśmy do jednej cioci i siedziałyśmy u niej w szopie. Potem poszłyśmy do domu. Długo jeszcze strzelali. Leżałam z mamą na trawie i cały czas myślałam – przyleci pocisk czy nie. Ale nie przyleciał.

Przyszłyśmy do domu, a tam Alonka, ciocia Wala i ciocia Dusia. Słyszały wybuchy, siedziały w przedpokoju. Modliły się za nas, żeby nas nie zabiło. Dziękuję!

23 kwietnia

Wielkanoc!!!!

Choruję. Ciocia Wala poczęstowała mnie kotletami i teraz boli mnie brzuch. Leżę.

Ciocia Dusia i ciocia Wala napiekły ciastek. Był u nas sąsiad, wujek Walera. Przyniósł jabłko. A Waśka dał mi w prezencie cukierek!

26 kwietnia

W końcu się najadłam. Mama chodziła do centrum. Tam rozdawali za darmo chleb z samochodów. Jacyś dobrzy ludzie, nie wojskowi. Wszyscy ustawiali się w kolejkę po dwa–trzy razy. I brali po trzy–cztery bochenki. Mama wzięła dla nas i dla staruszków z naszej klatki. Oni nie mogą chodzić. Bolą ich nogi.

Bawiłam się z Alonką lalkami. Postanowiłyśmy, że będziemy siostrami i nigdy się nie rozstaniemy.

15 czerwca

Chodzę do szkoły. Przedtem to było przedszkole, a teraz szkoła. Jest z czerwonej cegły.

Moja szkoła numer 55 została zburzona. Został z niej czarny szkielet. Wielu ludzi zginęło w piwnicy. Spadła bomba. Inną moją szkołę, numer 32, też zbombardowano. Spaliły się dokumenty. Ale moje papiery się znalazły. Nauczycielka schowała je w domu.

Dzieci w szkole mnie obrażają. Przezywają. Jeden chłopiec spytał:

– Jesteś Rosjanką?

Powiedziałam:

– Tak.

Uderzył mnie w twarz. Nie znam tego chłopca. Nie jest z mojej klasy. Dzieci przezywają mnie i innych nie-Czeczenów: „zdechły Jelcyn”, „Jezusek”, „ġaski xak” (ruska świnia). Co złego im zrobiliśmy? Te dzieci przyjechały z Rosji – nie były tu na wojnie, jak my. Teraz mówią: „Tutaj wszystko jest nasze. To nasza ziemia. Zabić wszystkich Ruskich!”.

Do klasy sama nie idę. Biją mnie. Drą mi ubranie, ciągną za włosy. Czekam na nauczyciela. Tylko z nim wchodzę do klasy. A do tego momentu stoję za drzwiami. Chowam się. Albo w toalecie zamykam drzwi na klucz. Porwali mi zeszyty. Zrobiła to Anży. Wzięła i porwała. Asłan i Milana mnie trzymali, a Rasul kopał mnie nogą w brzuch. Tylko mnie jedną uważają w klasie za Rosjankę.

17 czerwca

Zapomniałam napisać, że zimą umarła babcia Alonki. Babcia Rimma była bardzo surowa. Kochała Alonkę. Pochowano ją na polanie przy domu. Babcia Rimma marzła w wojnę. Głodowała. Była sparaliżowana.

Alonce zmarł jeszcze tata. Wcześniej. Pomagał ludziom gasić pożar i się udusił. Był odważny. Teraz Alonka została tylko z mamą, ciocią Walą. To nasze przyjaciółki!

18 czerwca

Wymyśliłam tak: do wiadra nalewam wodę i dodaję kartonik soczku „Yupi”. Potem nalewam do szklanek, dorzucam lód i idę sprzedawać. Sprzedaję na Rynku Centralnym. Mam na sobie białą chustkę i biały fartuch. A sukienkę mam długą, zieloną. Mama pomaga w kawiarni, sprzedaje ciastka. Za to dostaje ciastka do domu i trochę pieniędzy. Mama pracuje u Czeczenów. Wołają na nich Edik i Arlet, ale naprawdę mąż i żona nazywają się inaczej. Przygarnęli rosyjską dziewczynkę z pijackiej rodziny.

Sok sprzedaję sama. Pieniądze oddaję mamie. Najczęściej jest ich mało. Można za to kupić tylko chleb i trochę kartofli, ale staram się.

Dzisiaj poszłam do straganu, gdzie sprzedają baterie, zegarki, kasety i czekoladę, i spotkałam tam nieznajomą kobietę. Kupiła ode mnie szklankę soku i rozpłakała się. Potem spytała:

– Jak masz na imię?

– Pola.

– A moja córka nazywała się Fatima.

I płacze.

– Ile masz lat? – pyta.

– Dziesięć – mówię.

– I ona miała dziesięć – powiedziała kobieta. – Była do ciebie podobna jak dwie krople wody. Zimą zabiło ją we wsi. Pocisk. To była moja jedyna córeczka!

Potem kobieta podbiegła do straganu i kupiła dużą czekoladę. Dała mi ją i poszła.

21 czerwca

Lubię nauczycielkę geografii. Mieszka przy przystanku Bieriozka, tam gdzie jest bazar. To chudziutka Czeczenka. Czasem wracamy razem do domu.

Nie lubię matematyki. Lubię literaturę. A jeden nauczyciel w szkole mówi cały czas:

– Będziemy zabijać Ruskich! Wszyscy Ruscy to świnie!

Po jego lekcjach dzieci mnie biją. Nikt się ze mną nie przyjaźni. Krzyczą na mnie, przezywają. W jednego chłopca z pierwszej klasy rzucali kamieniami. Chłopiec jest Rosjaninem. Rosyjskich dzieci jest tu mało.

Oprócz tego w naszej dzielnicy zabito babcię i zarżnięto jedną rodzinę. Innych pobito. Oj, co to się wyrabia! Boże, miej nas w opiece!

Pola

1 lipca

Czytam książki. Mniej się już bawię. Wcześniej budowałyśmy miasta z kamieni i kwiatów. Teraz zwyczajnie bawimy się w historię. Historię o tym, jak się coś wydarzyło. Potem o tym zapomniano i wydarzyło się znowu. Mama kupiła mi lalkę.

Jadłyśmy na bazarze paszteciki. Mama powiedziała, że nie wyjedziemy z Groznego.

– Kto chce, niech jedzie! A my nie pojedziemy. Tu jest nasz dom! – powiedziała mama.

11 lipca

Dobrze, że w szkole postanowiono prowadzić zajęcia – nie stracę roku. Jestem w piątej klasie. Niedobrze, że nie mamy teraz angielskiego.

Mało strzelają. Czy wojna się skończyła? Czy teraz będzie pokój i przeżyjemy?

W klasie się biją. Ja nie umiem się bić i nie chcę umieć. Bardzo mi przykro, kiedy mnie biją przez to, że mam rosyjskie imię.

Lubię czytać książki. Inni tego nie lubią. I zaczęłam opowiadać historie. Słuchają mnie. Po tym się nie biją.

Przed snem odmawiam modlitwę do świętej Marii Panny, żeby mnie ochroniła. I do Anioła Stróża.

15 lipca

Na parterze są tylko dwa mieszkania: nasze i cioci Mariam. Więcej mieszkań nie ma, bo obok jest jeszcze warzywniak. Handluje tam ciocia Amina. Sprzedaje cukier.

Ciocia Mariam lubi mnie. Jest Inguszką. Ma wiele sióstr i braci. Kiedy napadnięto na Inguszetię, ledwo się uratowali. Starutka mama cioci Mariam szła z innymi ludźmi ścieżką nad przepaścią. A w górze latał helikopter i zrzucał na nich bomby. Zabiły dużo ludzi, dzieci. Ciocia Mariam ma dwóch synów: Jusufa i Akbara. Obaj są starsi ode mnie.

Ciocia Mariam często opowiada legendy. Mówiła, że kiedyś zdarzyło się tak. Człowiek szedł nocą przez las. Zobaczył ognisko. Chłopi wiwatują, święto. Wielka uczta! Zaczął tańczyć wokół ogniska. A potem mu się przypomniało, że ma pistolet i, jak to jest w zwyczaju, zaczął strzelać w powietrze. I zrobiło się ciemno choć oko wykol. Obejrzał się, a tu nikogo nie ma! To duchy leśne zażartowały sobie z niego. Dżiny. Złe duchy boją się wystrzałów. Dlatego na Kaukazie, kiedy rodziło się niemowlę, jego ojciec zawsze strzelał w powietrze. Żeby przegonić złe duchy!

23 lipca

Spotkałyśmy nauczycielkę Jelenę Aleksandrownę! Zaprosiła nas do siebie!

A ciocia Mariam powiedziała, że widziała gnomy. Żartowały złe duchy. Dżiny. Trzeba się modlić. Ciocia Mariam odmawia modlitwy muzułmańskie – bismillahy12.

Patoszka, dziewczynka z drugiego piętra, powiedziała, że trzeba czytać Koran.

5 sierpnia

Wielu sąsiadów wyjeżdża. Mieszkania są tanie. Mama mówi, że naszego nikt nie kupi. Wyjeżdżają babcia Katia i Wiera. I sąsiadka Ania. I ciocia Natasza.

Nie mam czasu. Od rana do nocy jestem na rynku. Handluję.

Pola

8 sierpnia

Napadli na ciocię Walę. Chcą jej zabrać mieszkanie. Groził jej wujek Adam z naszej klatki. Adam i Ajszat przyjechali niedawno. Wcześniej tu nie mieszkali. Mają troje dzieci. Adam mówi o cioci Wali, że jest Ruska.

Byłyśmy u cioci Wali w gościach, a on kopał w drzwi. Alonka się wystraszyła, weszła pod krzesło. Ja wyskoczyłam na balkon. Ciocia Wala mieszka na pierwszym piętrze. Lato – pootwierane wszystkie balkony, ale nikt się za nią nie wstawił. Wujek Adam kopał w drzwi, ale są mocne. Nie psują się. Zaczęłam krzyczeć:

– Pomocy! Pomocy! Przyszli nas zabić!

Darłam się pięć minut. Nikt nie wyjrzał. Alonka ryczała. Potem ciocia Amina, która ma sześcioro dzieci i niedawno zajęła mieszkanie nad ciocią Walą, wyszła na klatkę. Przekonała wujka Adama, żeby dał spokój. Powiedziała, że jej dzieciom się nie podoba, jak się wydzieramy.

13 sierpnia

Nauczycielka Jelena Aleksandrowna powiedziała, że wyjedzie z Groznego. Pokochała jednego rosyjskiego żołnierza. Przyjechał tu walczyć. Poznała nas z nim. Kupił mi czekoladkę! Widziałyśmy się z nimi na bazarze Bieriozka.

15 sierpnia

Nocujemy u cioci Wali. Pilnujemy, żeby jej nikt nie zabił. Ciocia Fatima pomaga nam po kryjomu, żeby nikt się nie dowiedział. Inaczej by się jej dostało! Wieczorem zamyka drzwi do klatki. Mieszka w jednej klatce z ciocią Walą.

Ciocię Walę męczy Domowik. Dusi ją we śnie. Na jawie też dokazuje. Kiedy ciocia Wala się dusiła, przeciągnęła po ciele ręką i poczuła coś wełnistego. Zaczęła się modlić – odeszło. Postawiłyśmy Domowikowi spodek z chlebem i wodą.

19 sierpnia

Wujek Adam chciał zarżnąć mamę i ciocię Walę. Szły na bazar Bieriozka, a ja i Alonka stałyśmy na balkonie i wszystko widziałyśmy! Wujek Adam wziął nóż i wybiegł na nasze podwórko. Krzyczał:

– Zarżnę was, ruskie ścierwa! Jak owce zarżnę!

Świeciło słońce. I było dużo ludzi – sąsiadów. Do tego robotnicy, którzy wstawiali szyby w oknach, bo wyleciały od wybuchów bomb. I nikt nie stanął w ich obronie. Alonka od razu się rozpłakała. A w jej pokoju jest ikona: Maryja Panna i Dzieciątko Jezus. Alonka płakała:

– Co robić?

– Trzeba się modlić! – powiedziałam.

Uklękłyśmy i zaczęłyśmy się modlić: „Maryjo Panno, prosimy, zrób tak, żeby wujek Adam nie zabił naszych mam. Prosimy cię!”.

Potem słyszymy, że idzie wujek Adam. Wszedł na klatkę i zaczął kopać w nasze drzwi. Kopał i krzyczał, że nas zabije. Że jesteśmy Ruskie, a wszystkich Ruskich trzeba zarżnąć, a mieszkania wziąć sobie.

Schowałyśmy się do szafy i siedziałyśmy tam. Mama i ciocia Wala potem przyszły. Znalazły nas w szafie. Spadła na nas półka, ale nie wyszłyśmy – bałyśmy się. Bo co jak mamy leżą martwe na podwórku? Jak na nie spojrzeć? Ale okazało się, że wujek Adam pobiegł za nimi, a moja mama nie uciekła. Powiedziała do niego głośno:

– Ty tchórzu! Nie jesteś Czeczenem! Czeczen nie lata za kobietami, żeby je uderzyć nożem w plecy. Nie jesteś mężczyzną. Zdejmę swoją spódnicę i ubiorę w nią ciebie!!!

Wszyscy na podwórku zaczęli się śmiać. Przecież to hańba – uderzyć w plecy! Hańba dla mężczyzny – założyć spódnicę. Jacyś ludzie podbiegli i odegnali wujka Adama z nożem, a mama i ciocia poszły. Wtedy wujek Adam poczekał, aż odejdą dalej, i przyszedł straszyć nas. Walić w drzwi.

Pola

29 sierpnia

Wujek Adam namówił moczymordów i złodziei. Grożą cioci Wali. Wujek Walera, my i ciocia Fatima bronimy cioci Wali. Wczoraj wieczorem wujek Adam mimo to wyłamał zamek w drzwiach do mieszkania cioci Wali i wdarł się do środka. Pijany. Z pistoletem. A my – ja, mama, Alonka i ciocia Wala – oglądałyśmy serial w telewizji. Mama złapała siekierę, wzięła wujka Adama pod rękę i wyprowadziła go z mieszkania cioci Wali. Powiedziała:

– Jak przyjdziesz jeszcze raz, to cię porąbię jak polano! I pistolet ci nie pomoże!

Adam, zataczając się, uciekł.

10 września

Poszłam do szóstej klasy.

Mama chce sprzedać mieszkanie za pięć tysięcy rubli. Ciocia Mariam pomaga nam sprzedawać. Ale nikt nie kupuje. Dają jeden albo dwa tysiące. Za tyle nie da się wyjechać.

Świeci słońce.

Odrabiam lekcje. W szkole dzieją się różne rzeczy. Wcześniej się przyjaźniliśmy, teraz wszyscy są wrogami.

10 listopada

Nie miałam czasu pisać. Podróżowałyśmy: ja, mama, Alonka i ciocia Wala. Jechałyśmy autobusem i widziałyśmy góry! I osła! Byłyśmy w mieście Mozdok. Odwiedziłyśmy dwie wsie w Kraju Stawropolskim. Tam mieszkają dobrzy ludzie, Rosjanie. Mama i ciocia Wala chciały kupić mały domek, żebyśmy mieszkały razem. Mama sprzeda swoje mieszkanie, a ciocia Wala swoje. Tak postanowiłyśmy. I kupimy dom! Ja i Alonka będziemy zawsze jak siostry.

Ludzie w rosyjskich wsiach, jak tylko się dowiedzieli, że jesteśmy z Groznego, od razu zapraszali nas do siebie, karmili, częstowali herbatą. Dostałyśmy zabawki od cioci Lizawiety i babci Olgi. Przytulały nas. Mówiły, że możemy pomieszkać u nich jakiś czas. Miejscowi pomagają uchodźcom. Przynoszą z pola jedzenie. Zbierają dla nich rzeczy. Nadawali nam całe worki! Aż nie dałyśmy rady wszystkiego wziąć.

Znalazłyśmy dom nad rzeką, za siedem tysięcy. W rzece są ryby, i grzyby w lesie. Przyjmą nas tam do szkoły. Dyrektorka jest dobra. Wszystko bardzo mi się spodobało!

Potem wróciłyśmy, chciałyśmy sprzedać mieszkania. Ale nikt ich nie kupił. Ciocia Wala przemyślała i zdecydowała, że tu jest pochowany jej mąż, krewni. Że pewnie nie trzeba wyjeżdżać. Bo może nastąpi pokój?

Mama kocha Grozny. I zostałyśmy.

21 listopada

Przyszli do nas w gości dziadek Szamil i jego dwaj synowie. Powiedzieli, że w mieście jest niebezpiecznie. Wielu ludzi chce walczyć. Mama dała im herbaty i żartowała z nimi.

Dziadek Szamil jest szlachetny. Ma długą brodę. Kocha książki. Mama podarowała mu dużo książek z biblioteki dziadka Anatolija. Niektóre książki się nie spaliły. Dziadek Szamil zapakował cały samochód.

Jego synowie są dorośli, ale kiedy mówi – milczą. Mówią tylko wtedy, kiedy im pozwoli. Taki jest obyczaj. Mnie przynieśli chałwę i cukierki.

Mama jest piękna w nowej sukience i zielonej chustce.

4 grudnia

Alonka miała wczoraj urodziny. Teraz ma 10 lat. Ale ja będę miała niedługo 11, więc jestem ważniejsza!

Znów wyłączyli światło. Siedzimy po ciemku. Piszę przy świeczce.

Sąsiedzi dobrali się do cioci Wali. Chcieli się dostać przez balkon, żeby ją zabić. Moja mama wzięła gwoździe i ponabijała je na balkonie. I wtedy sąsiad Dżim z bloku naprzeciwko i sąsiad Baud weszli nocą. Przynieśli z działki drabinę. Przystawili ją do balkonu i po niej weszli. Potem jak zaczną krzyczeć! Pokaleczyli sobie gwoździami ręce. Darli się! Krzyk obudził mamę. Nocowałyśmy u Alonki. Mama wyszła na balkon i kopnęła ich. Polecieli na dół z drabiną. Krzyczeli na całe podwórko:

– Ruska hołota! Ścierwa! Zarżniemy was!

A mama powiedziała:

– Gówno dostaniecie, a nie rosyjskie mieszkanie! Zostawcie Walę w spokoju, podłe dranie!

Inni sąsiedzi mówili mamie, żeby nie broniła cioci Wali. Wszyscy mamę lubią. Wołają na nią Lejla. Ale mama powiedziała, że nie ustąpi.

Lejla mówi na mamę mój ojczym Rusłan. Jest Czeczenem, przyjacielem od serca mojej mamy. Mama go uratowała. Na rynek przyjechały BTR-y i łapały mężczyzn. Potem ich przesłuchują i zabijają. Wiozą do takiego miejsca, które się nazywa obóz filtracyjny, i tam zabijają. Rusłan sprzedawał części do samochodów. W jego alejce na rynku wyłapali wszystkich – i nawet chłopców, i staruszków. Mama podała Rusłanowi pustą butelkę na wodę i zaczęła krzyczeć:

– Moje serce! Wody! Wody!

Żołnierzom powiedziała, że Rusłan to jej sąsiad i że przyniesie jej wodę i lekarstwa. Puścili go. Wszystkich, których zabrali, więcej nikt nie widział.

10 grudnia

Robimy remont. Pobieliłyśmy sufity. Ja bieliłam i malowałam tak samo, jak mama.

Rusłan handluje starymi częściami do samochodów. Wystarcza nam na jedzenie.

Do szkoły nie chodzę. Rzuciłam ją. Mama powiedziała, że mogę opuścić rok. Dlatego że ze szkoły zniknęły dzieci. I jeszcze były zabawki miny. My ich nie dotykaliśmy, ale jednemu chłopcu urwało rękę. Chciał zobaczyć, co to za pudełeczko.

Alonkę i mnie napadł zboczeniec. Goły mężczyzna z krzaków. Alonka zaczęła krzyczeć, a ja rzuciłam w niego kamieniem. Lazł za nami przez cały kwartał, a potem gdzieś uciekł. Pewnie znowu w krzaki.

Czytam w domu podręczniki i rysuję bajkę: Rusałeczka stała się człowiekiem i znalazła się w naszym świecie. Będzie miała przygody na wojnie. Będzie jej pomagał malutki smok.

16 grudnia

Czasem nocujemy w domu, czasem u cioci Wali.

Mama wymyśliła, żeby zrobić tak: wzięłyśmy stare radio, odcięłyśmy przewody. Przewody oczyściłyśmy nożem. Ja i Alonka pomagałyśmy. Za oknem padał deszczyk. Gotowałyśmy makaron. Nocą, kiedy ja i mama idziemy do siebie, ciocia Wala kładzie przewody na parapet. To się nazywa „uziemienie”. A wtyczkę wkłada do gniazdka. Jeśli ktoś wejdzie przez balkon, żeby zabić ciocię Walę, porazi go prąd elektryczny. W dzień przewody chowamy. Tak żyjemy.

Z gór przyjechali źli ludzie. Wszystko zabierają dla siebie. Dużo sąsiadów wyjechało, bo kogoś pobili, kogoś wygnali.

My zostałyśmy. Mama ma Rusłana. Jemu ciężko by było żyć w Rosji – nie lubią tam Czeczenów. Ciocia Wala i Alonka zostały, sąsiad wujek Walera i staruszkowie – też. Nie mają dokąd jechać. Nie mają nigdzie krewnych.

23 grudnia

Niedługo Nowy Rok. Postanowiłyśmy z Alonką zaczarować – żeby nigdy więcej nie było wojny. Trzeba zrobić tak: napisać życzenie na kartce, spalić ją i wrzucić do szampana. Szampana nam nikt nie da, więc wrzucimy do herbaty.

Sąsiedzi, którzy zamieszkali w blokach naokoło, wyrzucają przez okna śmieci. Ogryzki, skórki. Krzyczą, awanturują się. Niedawno na podwórku była awantura. Starzy sąsiedzi kłócili się z nowymi. I ci, i ci – są Czeczenami. Bili się jakimś kołkiem, który leżał niedaleko. Ja i Alonka patrzyłyśmy na to z balkonu.

Alonka ma swój pokój, jest jeszcze salon i pokój cioci Wali. Mają dużo mebli, tak jak my. Różne wazony, naczynia. Lubię ich ogromny fotel w salonie. Zawsze siedzimy na nim we dwie. Ja i Alonka.

Moja mama ma jeszcze dar. Taki, kiedy się wie to, czego nie wie nikt inny. Mama przyszła wczoraj do cioci Wali i mówi:

– Masz w domu śmierć!

Okropnie się przestraszyłyśmy. Ciocia Wala powiedziała, że to wcale nieprawda. Co za głupota! Ale potem zajrzała pod łóżko, a tam zdechła mysz.

1996

12 stycznia

Zimno. Nie dostałam prezentów. Nie ma światła i wody.

Była u mnie Chawa, moja koleżanka. Chawa świsnęła starszemu bratu karty. Powiedziałam, że brat naskarży rodzicom, a Chawa mówi:

– Nie naskarży!

Zdziwiłam się.

– Jak to – nie naskarży?!

– Bo to są takie karty! – i pokazała je.

A tam były gołe kobiety, wszystkie bez ubrania.

– Świsnęłam je! Teraz są moje!

Chawa chciała podarować mi jedną, na której była ciocia bez majtek. Ale mama by mnie zabiła. Nie wzięłam. Chawa sobie poszła.

20 stycznia

Mama na Rynku Centralnym sprzedaje paszteciki. Ja sprzedaję szczotki do włosów, igły, nożyczki. Towar bierzemy w komis od Azerbejdżan. Są z miasta Baku. Tu handlują. Mają swoje stragany.

Jest zimno. A ja cały dzień stoję na mrozie. Muszę pracować. Nie dorysowałam bajki.

Dudni. Znów gdzieś zaczęła się strzelanina.

1 lutego

Na mieście strzelali. Wystraszyłam się. Byłam na rynku, kiedy pod pomnikiem wyleciał w powietrze samochód. Siedziałam pod stołem, dopóki nie przestali strzelać. Wszyscy się przestraszyli. Oddychałam tak jak w ćwiczeniach jogi. Dobrze, że potem ucichło, bo mogłam dalej handlować.

Boję się być sama w domu. Dzieci nowych sąsiadów zaczęły walić kijami w okna i drzwi. Wykrzykują różne obelgi. Na drzwiach napisały „ruska suka”. Mama umyła drzwi. Rusłan klął. Ciocia Mariam powiedziała, że nie wie, które z dzieci to zrobiło.

Dzieci są nowe. Nie mówią po rosyjsku. I strzelają do psów. Zabiły psy na naszym podwórku.

Pola

9 lutego

Handlowałam. Strasznie strzelali od tej strony, gdzie stoi Pałac Prezydencki. Z rynku wszyscy uciekli.

Mama chodziła do dzielnicy Minutka szukać babci Elizabet. Ale wielopiętrowy blok, w którym mieszkała moja babcia ze strony ojca, został zburzony przez bomby. Mówią, że wszyscy zginęli. Nikt nie przeżył.

Pola

7 marca

Trwają walki. Strzelają karabiny maszynowe, automaty. Latają samoloty.

Przebiegłyśmy z naszego przystanku Nieftianka na przystanek Bieriozka. Tam mieszka koleżanka mamy, Ila. Kiedyś razem pracowały.

Wojna się znów przebudziła. Ciocia Ila słyszała w radiu, że do Groznego przyszedł dowódca Giełajew13 ze swoimi ludźmi, ale rosyjscy żołnierze ich nie wpuścili.

13 marca

Zabiło dziecko. A jego mamy nie zabiło. Pocisk wybuchł na podwórku.

Staramy się nie wychodzić na dwór. Jest dużo zabitych.

Widziałyśmy babcię Stasię z wiadrem wody. Ta stara babcia przyjaźni się z babcią Niną. Mieszka w naszym bloku.

7 kwietnia

Ciocia Amina powiedziała, że we wsi Samaszki14 wojskowi zabili wielu mieszkańców. Zabito tam jej brata i całą jego rodzinę – żonę i dzieci.

Mama siedzi i pali papierosa. Jak ja nie znoszę papierosów! Bije mnie ręcznikiem, kiedy je niszczę. Ciocia Amina też siedzi, i pali. I obie płaczą.

A wujek Ormianin o imieniu Edik zniknął. Zwyczajnie przepadł. W jego domu zamieszkali jacyś ludzie. Nie-Rosjanie.

24 kwietnia

Znów handluję na rynku. A co mam robić? Trzeba żyć dalej! Mało od rana utargowałam. Kupiłam pasztecik z nadzieniem z kartofli.

Uczę się czeczeńskiego. Po rosyjsku teraz mało kto mówi. Ciocia Mariam dała mi książkę. Są tam zdania: X˙an c˙e hun yu? – Jak się nazywasz? Xo xu deş yu? – Co robisz? I inne.

16 maja

Urodziny mamy! Kupiłam jej korale. Ucieszyła się.

Zaszła do nas Chawa. Była Alonka. Opowiedziałam im sen. Śniło mi się, że chodzę po bazarze Bieriozka. Zima. Śnieg. A z naprzeciwka idzie prezydent Dudajew. Jest ubrany w długi czerwony płaszcz i zielony mundur. Dudajew mnie zobaczył, zaśmiał się. Powiedział: „Jeszcze powojujemy!”.

23 maja

Na działkach za blokiem dzieje się coś dziwnego. Nikt tam wieczorem nie chodzi. Nie z powodu strzelaniny. Islam, syn Umara, widział tam zjawy. Nie wiem, czy mówi prawdę, czy nie. Poza tym na działkach spalili się tata Alonki i chłopiec Wadik.

A chwilę wcześniej Alonce zdechł kot. Taki czarny. Wabił się Murik. Długo się męczył. Otruł się. I zdechł w misce. Ciocia Wala zakopała go pod czereśnią. I tyle. Później u cioci Wali oglądaliśmy telewizję. Ja, mama, ciocia Wala, Alonka, wujek Walera, babcia Nadia i ciocia Fatima. I jeszcze ciocia Amina. Nagle zgasło światło, zgroza. I jak zamiauczy kot. Tak okropnie, że aż oblał mnie zimny pot. To był JEGO głos! Ciocia Wala nie ma więcej kotów. Chodził niewidzialny po mieszkaniu i się wydzierał. Wszyscy zamarliśmy ze strachu. Nikt nie wiedział, co zrobić. Ja płakałam i zatkałam uszy. Kot zjawa chodził po pokojach i się darł. Babcia Nadia zaczęła odmawiać Ojcze nasz, ale nie poszedł sobie! Wtedy moja mama powiedziała:

– Muriku! Kochamy cię. Ale ty umarłeś. Zakopaliśmy cię pod czereśnią. Idź tam. Idź! Krzyczysz, a dzieci się ciebie boją, płaczą. Idź, najdroższy. My ciebie nie widzimy!

Miauczenie się oddalało, aż w końcu ucichło. Wszyscy siedzieliśmy jeszcze z pół godziny i nie mogliśmy się ruszyć. Ale, chwała Bogu, Murik nie straszył nas więcej. Odszedł.

3 czerwca

Dostałyśmy się pod ostrzał! Na bazarze Bieriozka ktoś wysadził czołg. Potem wojskowi łapali mężczyzn i wciągali ich do samochodów. Kobiety się szarpały. Nie dawały ich zabierać. Mama uprzedziła Warię z bloku naprzeciwko, żeby nie wypuszczała na dwór Baszyra i Mansura.

Baszyr okropnie się na mnie zezłościł. Rzucał we mnie kamieniami, przezywał „ruskim ścierwem”. Sam też ma mamę Rosjankę, ale jest dumny, bo nosi nazwisko po tacie!

Przyszła Alonka. Na razie!

14 czerwca

Nie ma wody. Chodziłyśmy po wodę na działki. Jest tam studnia. Wpadły mi do niej klucze od mieszkania. Dostałoby mi się od mamy! Ale dzięki Chawie i Alonce udało mi się wydobyć klucze drutem. Pół dnia nam to zajęło, ale wyciągnęłyśmy.

Do tej pory chodzę w chustce na głowie. Włosy mi jeszcze nie odrosły.

19 czerwca

Jak te krowy i kozy działają mi na nerwy! Na podwórku pojawiły się stada kóz i krów. Ludzie z osiedla domów prywatnych wypuszczają je rano na ulice. One wszędzie chodzą i srają. Kozy zeżarły wszystkie krzaki, małe drzewka. Krowy wszystko depczą. Są ich setki!

Mama pokłóciła się z jedną ciotką o to, że jej kozy wszystko zeżarły. A ta ciotka zaczęła grozić, krzyczeć, że wszystkich Rosjan trzeba pozabijać. Jaka głupia! Nikogo nie można zabijać!!! Ta gadzina mieszka za Krasnym Sadem, po drodze na bazar Bieriozka.

Ciocia Wala powiedziała, że Rosjanie nie mają gdzie mieszkać – wszystkich ich wyganiają, odbierają im mieszkania. Wujek Adam siedzi teraz cicho i nawet wyjechał na jakiś czas.

Pobili babcię Wowki, i ciocię Klarę. Wyjechały z Groznego. Teraz w ich mieszkaniu mieszka ktoś inny.

Pola

23 czerwca

Sprzedajemy pestki słonecznika. Był u nas Waśka. Jego mama Dusia i tata Pietia mieszkają na drugim piętrze, w innej klatce. Nie chcą wyjeżdżać z Groznego!

Waśka przyniósł ciastka. Słuchaliśmy adapteru. Jest stary i kręci się na nim płyta. To adapter dziadka Anatolija.

Nie ma Mansura. Mówią, że siedzi w więzieniu. Wzięli go na rozprawę.

Sąsiad, wujek Isa, powiedział, że rosyjscy żołnierze czasem strzelają do siebie nawzajem. Nienawidzą się.

Pola

27 czerwca

Była strzelanina! Leżałyśmy w trawie. Koło przystanku Bieriozka zabiło ciocię i dziewczynkę. Tuż obok klatki. Niosły wodę w wiadrach, kiedy wybuchł pocisk.

1 sierpnia

Nie mam wolnego. Handluję. Budzę się o 6.00, jem i zbieram się na rynek. Tam jestem do 18.00. Jeśli coś utarguję, jem bułeczkę, jeśli nie – nie jem nic. Potem idę do domu i sprzątam, piorę. Wodę przynoszę z działek. Dlatego że w bloku wody nie ma. Alonki nie widuję. Mama się na mnie drze, wyklina mnie. Ciocia Mariam mnie broni.

Pola

6 sierpnia

Dziś około 4.00 rano zaczęli strzelać w naszej dzielnicy Staropromysłowskiej. Na przystanku Nieftianka. Najpierw daleko, potem blisko. Z automatów. Sąsiedzi na początku siedzieli cicho. Przykryłam głowę poduszką i leżałam. Potem sąsiedzi zaczęli pukać do nas i do mieszkania cioci Mariam. Mama dała im taborety. Wszystkie dzieci siedziały. Przyszła Patoszka, jej siostra Asia i ich babcia Zina. Są Awarkami. Mieszkają na drugim piętrze, w naszej klatce. Po nich przyszli sąsiedzi z pierwszego piętra, a do cioci Mariam z trzeciego przyszła ciocia Tamara, jej dzieci i kuzyni.

I tak siedzimy. Mówią, że znów wojna. O, za oknem walnęło z armaty!

7 sierpnia

Przybiegła do nas Rumisa, Czeczenka, która mieszka w bloku obok. Boi się, żeby sąsiedzi nie powiedzieli bojownikom, że jej brat uratował rosyjskiego żołnierza, lotnika. Służył razem z nim w wojsku. Teraz ukrywają go u siebie w domu. Jest poważnie ranny. Ma na imię Iwan. Wołają na niego Ramzan – kłamią, że jest niemową, bratem męża. Przecież po czeczeńsku to on ni w ząb!

Mama dała jej waleriany.

8 sierpnia

Przyszła wojna. Wszędzie bojownicy. Wyganiają z Czeczenii rosyjskie wojsko. W naszej dzielnicy jest ich gdzieś ze stu. Mają dowódcę – to taki malutki, obrotny wujaszek. Wszyscy mówią na niego Batia. To przezwisko. Jest z nimi jeszcze jeden bojownik, ma około 20 lat. Bezczelny. Poszedł i ukradł gdzieś mydło. Ludzie poskarżyli się Batii. Och, dostało się cwaniakowi! Batia na podwórku postawił go przed wszystkimi i zaczął się wydzierać:

– Walczymy z rosyjskim najeźdźcą! – potem coś po czeczeńsku, a potem: – O, Allachu! Jak mi za ciebie wstyd! Xaram! Nie jesteś żołnierzem, jesteś złodziejem!!

Xaram – to grzech. A młody bojownik wziął się pod boki i odpowiada:

– Jestem krewnym Dudajewa. Jak śmiesz się na mnie drzeć! Odchrzań się!

No i Batia się rozzłościł, zaczął krzyczeć – na przemian po rosyjsku i po czeczeńsku. Sens tego był taki: jeśli tamten ukradnie jeszcze cokolwiek, to Batia nie będzie patrzył, czyim jest krewnym, i wyrzuci go z niesławą z oddziału! Wszyscy sąsiedzi się ucieszyli. Dziękowali Batii. Reszta bojowników siedzi cicho jak mysz pod miotłą.

Poza tym bojownicy zamieszkali u ludzi. Oni sami ich przyjmują do swoich mieszkań! Karmią. Mieszkają na parterze w pierwszej klatce.

Była u nas Chawa, cieszy się, bo jedzie z mamą do Inguszetii – tam jest pokój. A jej tata Sułtan zostanie pilnować rzeczy. Podoba mi się jej tata. Nigdy na Chawę nie krzyczy, wszystko jej darowuje. Bardzo ją kocha!

W mieszkaniu cioci Mariam nocuje dziewczyna. Nazywa się Lajla. Ma długi warkocz, jest bardzo, bardzo chuda. Nie nosi chustki. Mama i ciocia Mariam dawały jej jedzenie. Odmówiła. Wypiła tylko filiżankę kawy. Lajla jest bojowniczką. Ma 19 lat. Rosyjscy żołnierze przesłuchiwali jej męża i zabili go. Jego i innych ludzi wrzucili w fabryce do wapna. Mama mówi, że to koszmar – żywcem się ugotowali. Lajla dowiedziała się o wszystkim. Zostawiła 2-letnie dziecko z babcią i dziadkiem i wzięła automat. Nigdy nie miała w ręku broni, a kiedy zabito jej męża za nic, wzięła. I teraz walczy.

W oddziale są jeszcze dwaj bojownicy, mają po 16 lat. Noszą kapelusze, jak piraci. Uganiają się za nimi 15-letnie dziewczyny z podwórka. Jedna z nich to córka Tamary z naszej klatki. Mówią na nią Patoszka. Chodzi lekko, jakby tańczyła. A druga dziewczyna mieszka w bloku naprzeciwko. Ma na imię Rita. Ma kręcone włosy. Przybiegają do tych bojowników, żartują z nimi. Chichoczą. Częstują konfiturami. Smarują konfiturami chleb i dają im takie kanapki.

A mama powiedziała do bojowników w kapeluszach:

– Dzieci! Pocoście te kapelusze założyli i wetknęli w nie pióra? Idźcie do domu!

Bojownicy piskliwie odpowiedzieli:

– Cioteczko, i tak nas zabiją. Specjalnie się tak ładnie ubraliśmy. Chcemy, żeby ludzie nas tak zapamiętali!

Mama pokręciła głową i poszła, a ja siedzę, piszę. Jest słonecznie! Wokół strzelanina, latają kule, a dziewczyny chichoczą z bojownikami w kapeluszach. Jedzą konfitury. Patoszce bardzo się podoba niebieskooki. Nazywa się Ratmir.

P.

9 sierpnia

Nocą po wodę poszli dorośli. A mnie nie wzięli. Bardzo się bałam. W mieszkaniu siedziały ciocia Mariam i Lajla. Wszyscy bojownicy odeszli, a Lajla z jakiegoś powodu została.

Na podwórku jest dużo mieszkańców. Dzieci! A strzelają pociskami wprost w podwórko. Dzieci są malutkie i nie rozumieją, że nie można wychodzić.

Wychodziłam w ciągu dnia i widziałam Waśkę. Jest o rok ode mnie młodszy. Bawił się na dworze. Wtedy zaczęli strzelać i ukryliśmy się na ich klatce. Dziadek Idrys powiedział, że wojna się szybko skończy i dał nam piernik. Podzieliliśmy go między siebie.

Widziałam chłopca Islama z zaułka. Był z mamą. Biegli pochyleni pod ostrzałem, wzdłuż ogrodzenia.

Wzięłam perfumy mamy i się popsikałam. Mama poczuła i tak mnie zbiła! Rękami i ręcznikiem. Boli mnie. Powiedziała, żebym niczego, co jest jej, nie ruszała. Wstawił się za mną tata Waśki, ale nakrzyczała i na niego. Dlaczego mama krzyczy i mnie bije?

Pola

10 sierpnia

Na podwórku wybuchy. Siedzę w kuchni. Nasz blok się pali. Wszystkie górne piętra. Dym. Nie uciekam. Trzęsę się, kiedy pocisk trafia w górne piętra, ale siedzę. Nie ruszam się stąd. Nie wychodzę na korytarz ani na dwór.

Mamy nie ma. Poszła z sąsiadami do magazynu rybnego. Są tam ryby w skrzynkach. Mama obiecała przynieść ryb staruszkom z pierwszego piętra i z bloku naprzeciwko. Nie mają co jeść. Mama poszła z innymi ciociami.

Siedzę w kuchni. Nie wiem, w jaki sposób przyjdzie po mnie śmierć, i nie boję się tylko wtedy, kiedy piszę. Myślę, że robię coś ważnego. Będę pisać.

W ostatnich dniach był u nas wujek Adam. Przeprosił nas. Mama powiedziała mu wszystko w imieniu cioci Wali. Adam powiedział, że mu wstyd. Myślał, że przestraszy Walę, ona ucieknie, a on weźmie sobie jej mieszkanie i rzeczy!

– Nie chciałem jej zabić – powiedział wujek Adam. – Tylko przestraszyć.

On też chodził do magazynu po ryby, ale nie dał nikomu bez pieniędzy. Sprzedawał!

W naszej klatce pożar został ugaszony, ale blok pod numerem 88 pali się. Och, jak się pali! Wali z niego czarny dym. Wszędzie strzelanina. Lajla zniknęła. Bojownicy się gdzieś podziali. Czy to nacierają rosyjscy żołnierze?

W środkowej klatce raniło chłopca. Ma 7 lat. Nogi ma całe w odłamkach, spuchnięte.

Przyszła mama. Rozdała ryby. Za darmo. Dla nas zostawiła dwie małe rybki. Mama i sąsiadki dostały się pod ostrzał.

11 sierpnia

Ingusze, krewni cioci Mariam, powiedzieli, że uciekają stąd. Helikoptery i samoloty strzelają w korytarz, którym uciekają uchodźcy. Wielu zostało zabitych. Na szosie długo leżała kobieta z dzieckiem, z rozrzuconymi rękami. Widziała ją ciocia Mariam.

Mama powiedziała, że my nie pójdziemy korytarzem z uchodźcami. A Bart i Zułwa z dzieckiem pójdą. Dali nam swoje klucze. Powiedzieli, że w ich domu jest piwnica i żeby wszyscy ludzie, kto chce, szli do nich i się tam ukryli. Całe ich jedzenie można brać i jeść. Jurij Michajłowicz i jego żona zdecydowali się pójść z nami. Bardzo się boją bomb zrzucanych z samolotów.

Ciocia Wala i Alonka poszły do dziadka Paszy i wujka Saszy. Mają dom w zaułku. Wujek Sasza był przyjacielem nieżyjącego taty Alonki. Jest dobry! Zawsze, kiedy dostaje wypłatę, rozdaje dzieciom prezenty, cukierki. Czekamy z Alonką na ten dzień. Dużo nam nakupował.

Zabiło staruszków w czteropiętrowcu. Ostrzelały go w nocy czołgi. Palił się. Ludzie uciekali. Staruszkowie nie zdążyli.

Polina

21 sierpnia

Będę pisać wszystko po kolei. Przez ostatnie tygodnie krążyły samoloty. Zrzucały bomby. Helikoptery też! Patrzyłam w niebo i myślałam o tym, że dali nam 48 godzin. Tak powiedzieli w radiu – potem wszystkich nas zabiją15.

Schowaliśmy się w malutkiej piwnicy. Nawet tam nie da się ukryć przed bombami głębinowymi, które ścierają na proch domy i ludzi. Jakaś hołota wymyśliła, że nas nimi zabije. Siedzieliśmy w ciemnej, dusznej piwnicy: ja, mama, dziadek Jurij Michajłowicz i jego żona, babcia Natasza, i czekaliśmy na śmierć.

Dom jest prywatny, należy do tych ludzi, których nawet dobrze nie znamy. Poszli piechotą z uchodźcami. Droga była ostrzeliwana. I nikt nie wie, czy żyją, czy nie. Jedliśmy zupę z kapusty. Kiedy mniej strzelali, piekliśmy na ogniu lepioszki.

I stało się coś jeszcze! Wieczorem poszłam z mamą do naszego mieszkania – podlać kwiatki. Na dworze było widno. Pod klatką stało dużo sąsiadów. Cisza. Ciocia Tamara, jej dzieci i wujek Adam, i dużo sąsiadów. Śpiewali piosenki i skubali pestki słonecznika. Powiedziałyśmy „dzień dobry!” i poszłyśmy do siebie. Ledwie co zamknęłyśmy drzwi, a tu jak walnie! Rzuciło mnie do kuchni, przez cały przedpokój. Upadłam na podłogę! Mama też upadła. Na klatkę wpadł pocisk. Pojawili się skądś bojownicy. Pewnie z działek – na podwórku dawno ich nie było. Przybiegli, zaczęli wyciągać rannych. Na klatce dym, spalenizna! Okropny krzyk! Przybiegli do nas, krzyczą:

– Dajcie bandaże! Jest kupa rannych, to wasi sąsiedzi!

Mama złapała prześcieradło, zaczęła je rwać. Potem zobaczyła u bojownika za pasem nóż. Krzyczy:

– Nożem będzie szybciej!

Zaczęli ciąć prześcieradło nożem i opatrywać sąsiadów. Leżałam na podłodze. Dzwoniło mi w uszach. Potem mama powiedziała:

– Przyniosę więcej prześcieradeł! I sznurek. Mocno krwawią!

Poszła z powrotem do mieszkania. I wtedy jeszcze jeden straszny wybuch. W klatkę trafił drugi pocisk. Wszyscy, którzy przybiegli na pomoc, zostali ranni lub zabici. A mama cudem ocalała, bo wróciła do mieszkania.

Były straszne krzyki. Nasze drzwi się wypaczyły od wybuchu. Nie zamknęłyśmy ich na zamek, dlatego nie wyleciały całkiem. Poczołgałam się na klatkę, a tam… TAM części ludzi – kawałki ciał i dużo krwi. A krew – gęsta, ciemna. Wujek Adam krzyczy. Tłucze głową o podłogę pod naszymi drzwiami. Urwało mu stopę. Wtedy gdy przed klatką grał dla sąsiadów na harmonii. Podpity.

Patoszka trzyma się za brzuch i krzyczy:

– Ratmir!

Ciocię Żannę, sąsiadkę, rozerwało na strzępy, a ciocia Tamara krzyczała: „Jest ranna, a jej syna zabiło”. Jej syn siedział pod klatką. Okazało się, że Ratmir w kapeluszu, ten, który podobał się Patoszce, został zabity. Przybiegł na pomoc. Inni sąsiedzi byli ranni.

Mama wujkowi Adamowi, sąsiadowi z pierwszego piętra, przewiązała nogę sznurem od naszej grzałki. On krzyczał:

– Lena, zabij mnie! Zabij! Boli!

A mama:

– Na dniach urodzi ci się czwarte dziecko. Musisz żyć. Adam, wytrzymaj!

Potem jacyś opołczeńcy zapakowali naszych rannych sąsiadów do samochodów i zawieźli ich do szpitala. Oczywiście, że nie musieli tego robić. Sąsiedzi to przecież cywilni ludzie. Ale nie zostawili ich. Potem zaczęłam schodzić po schodach, a nogi miałam po kostki we krwi. Cała byłam we krwi! Cała!

Na podwórku kilku bojowników zrobiło z siebie żywą tarczę i wszystkie kobiety i dzieci (mnie i mamę też) wyprowadzili ze strefy ostrzału. Osłaniali nas sobą! A przecież nigdy wcześniej ich nie widzieliśmy!

Sąsiad, dziadek Jurij Michajłowicz, wystraszył się, kiedy mnie zobaczył – myślał, że jestem poważnie ranna. A to wszystkie moje rzeczy były w cudzej krwi.

Nie mogłam od razu pisać. Zwyczajnie leżałam i patrzyłam w sufit.

Władze Rosji ogłosiły 48 godzin. I tyle. Już po wszystkim. Koniec z nami.

Następnego dnia po tym, kiedy wybuchły pociski i w naszej klatce zabiły wielu cywilów, bojownicy zapukali do naszych drzwi. Tu, do prywatnego mieszkania. Mama poszła im otworzyć. Nie weszli do środka. Powiedzieli tylko:

– Wiemy, że ma pani u siebie dziecko (że niby ja – to dziecko!) i starców. Przynieśliśmy wam mleko.

Postawili na ziemi dwie plastikowe butelki z mlekiem i poszli. Mieli jeszcze skrzynkę mleka – zostawiali butelki wszędzie, gdzie były dzieci i starzy ludzie.

Dotarłyśmy do Alonki i cioci Wali. Są u dziadka Paszy i wujka Saszy. Saszę chcieli rozstrzelać. Prowadził dziennik, jak ja. Wypisywał różne rzeczy na wojskowych. Bojownicy znaleźli dziennik, przeczytali o sobie i chcieli go zastrzelić. A on im powiedział:

– To przeczytajcie, co piszę o rosyjskich żołnierzach!

I przewrócił stronę. Ci przeczytali i jak zaczną chichotać – takie tam były przekleństwa. Wujka Saszę puścili, ale dziennika nie oddali. Wzięli sobie na pamiątkę!

Ciocia Wala dała nam pierogów z ziemniakami.

Pola

23 sierpnia

Ludzie mówią, że niektórzy rosyjscy żołnierze przeszli na stronę bojowników. I biją się za Czeczenię. Kiedy przestaną nas bombardować samoloty? Kiedy?! Kiedy przestaną nam dawać 48 godzin, zanim nas zabiją?

Pomyślałam i napisałam wiersz dla Rosji:

Muszę w siłę urosnąć,

Iść twardszymi krokami,

Rosjo, usłysz mnie, Rosjo –

Nie jesteśmy wrogami!

Głos kojący twych dzwonnic

Błogość w sercach otwiera,

Ktoś śpi syty, spokojny,

A ktoś inny – umiera.

Kwiaty u nas te same,

Błękit – nawet soczystszy,

Po co być nam wrogami?

Ziemia wszak jest dla wszystkich!

Bólu, cierpień i wspomnień,

Naszej doli – niedoli

Nie pozwolę zapomnieć,

Nikt i nic nie pozwoli!

Muszę siły mieć wiele

I ramiona stalowe,

Żeby móc przyjaciela

Wśród kamieni pochować.

Wezmę broń – z automatem

W las odejdę w żałobie,

Leśnym stanę się bratem

I zapomnę o tobie!

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mrówka w słoiku 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław