Zapomniany żołnierz

Zapomniany żołnierz

Autorzy: Sajer Guy

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 26.90 zł

Najbardziej wstrząsająca i brutalna książka o II wojnie światowej. Prawdziwa aż do bólu!

Guy Sajer jako kilkunastolatek wyruszył w 1942 roku w szeregach Wehrmachtu na front wschodni. Początkowo służył w jednostce transportowej, a latem 1943 roku zgłosił się na ochotnika do Dywizji „Gross Deutschland”. Marzył o przygodzie, lecz musiał desperacko walczyć o przetrwanie. Jego wspomnienia są wyjątkowe, to zapis wydarzeń „oglądanych oczyma siedemnastoletniego młodzieńca, który przeżywać musi to, co wielu dojrzałym mężczyznom niełatwo byłoby znieść”. Ta jedyna w swoim rodzaju opowieść o wojnie nawet dzisiaj poraża ładunkiem grozy i naturalizmu: plastyczne opisy walk i ich skutków, straszliwych ostrzałów artyleryjskich z „organów Stalina”, mrozów i głodu podczas rosyjskiej zimy, chaosu i przerażenia żołnierzy z pierwszej linii, często pozostawianych samym sobie. Sajer jako niezmiernie wrażliwy obserwator ma niespotykany dar opisywania wydarzeń, sytuacji i stanów ludzkiego ducha z ogromną ekspresją. Jego relacja jest tak żywa i autentyczna, że wręcz współodczuwa się z nim cały wojenny koszmar.

Zbyt wielu ludzi zapoznaje się z wojną tak, że ich to nie drażni. Grzejąc tyłek w miękkim fotelu albo leżąc w łóżku, spokojnie czytają historię Verdun czy Stalingradu, niewiele z tego rozumiejąc, by nazajutrz powrócić do swoich spraw… Nie! Te książki trzeba czytać w niewygodzie, na siłę; uważając, że ma się szczęście, bo nie musi się pisać do rodziny, siedząc tyłkiem w błocie na dnie transzei. Trzeba je czytać w najtrudniejszych sytuacjach, kiedy nic się nie udaje, ażeby uzmysłowić sobie, że kłopoty w czasie pokoju to jedynie błahostki, za które niepotrzebnie płacimy siwymi włosami. - Guy Sajer, Zapomniany żołnierz.

Niewiele książek może się równać z tą pod względem siły uczuć, głębi autoanalizy czy ekspresji opisów walk. To wyjątkowe wspomnienia, trzeba je przeczytać. - "Library Journal”

Uniwersalny język i uniwersalna, zdawałoby się, narodowość. Autor jest po prostu człowiekiem. - „Chicago Sun-Times”

Sajer mówi otwarcie o swoich motywach, które skłoniły go do podzielenia się z nami swoją historią: «Do tego ogranicza się właściwie moje zadanie – przekazać z jak największą siłą wyrazu krzyki dochodzące z rzeźni». Niewątpliwie mu się to udało. Książka ta pozostaje ponadczasowa, bo niesamowicie wnikliwie opisuje psychikę żołnierza podczas wojny. - „Military Review"

Spis treści

***

Nota wydawcy francuskiego

Prolog

CZĘŚĆ I. ROSJA

Szlak bojowy Guya Sajera

1. Kierunek Stalingrad

2. Front

3. Defensywa

CZĘŚĆ II. „GROSSDEUTSCHLAND”

4. Na przepustce

5. Przed służbą w elitarnej jednostce

6. Pod Biełgorodem

CZĘŚĆ III. ODWRÓT

7. Nowy front

8. Okrążenie pod Konotopem

9. Przeprawa przez Dniepr

CZĘŚĆ IV. MARSZ NA ZACHÓD

10. Gott mit uns

11. Partyzanci zamiast urlopu

12. Sowieckie czołgi

13. Trzeci odwrót

14. Odpoczynek w Polsce

15. Powrót na Ukrainę

CZĘŚĆ V. KONIEC

16. Z Polski do Prus Wschodnich

17. Memel

18. Droga krzyżowa

19. Zachód

Epilog

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Guyu Sajerze, Guyu Sajerze, kimże jesteś?

Gdy moi rodzice urodzili się na tej ziemi, dzielił ich dystans kilku tysięcy kilometrów – dystans powikłanych granic, złożonych problemów, wieloznacznych i nieprzetłumaczalnych uczuć.

Z tego związku powstałem ja, by istnieć w owej wielorakości, mając tylko jedno życie na zmaganie się z tyloma przeszkodami.

Byłem dzieckiem, nie ma to jednak większego znaczenia. Problemy istniały już wcześniej, a ja je dostrzegałem.

A potem była wojna. Związałem się z nią na dobre i na złe, ponieważ istniała właściwie tylko ona – kiedy tak jak inni młodzi ludzie byłem w wieku zakochanych.

Doświadczyłem jej w pełni. I nagle miałem czcić dwa sztandary, być na dwóch liniach obrony: Zygfryda i Maginota, wreszcie przeciwstawić się potężnemu wrogowi zewnętrznemu. Poznałem smak służby, marzeń i nadziei. Drżałem też z zimna i ze strachu przed bramą, gdzie nigdy nie pojawiła się Lili Marleen.

Aż wreszcie nadszedł dzień, kiedy umarłem, i odtąd nic już nie miało większego znaczenia.

Mój żywot trwa nadal; niczego nie żałuję, choć zerwałem wszelkie więzy z normalnym ludzkim losem.

GUY SAJER

NOTA WYDAWCY FRANCUSKIEGO

Jego ojciec był Francuzem pochodzącym z Masywu Centralnego, matka Niemką z Saksonii. Opowieści ojca, byłego uczestnika Wielkiej Wojny, sprawiły że wyobrażał sobie Niemców jako monstra obcinające dzieciom rączki. Pierwszy żołnierz niemiecki, którego zobaczył, mając czternaście lat, w czerwcu roku 1940 w departamencie Loiret, gdzie Wehrmacht zatrzymał falę uchodźców, wydał mu się potężnym wojownikiem, wręcz gigantem. Był nim oczarowany. Podziwiał go, a zarazem drżał ze strachu: zaraz obetnie mi rękę… Nie odcięto mu jej jednak. Nakarmiono go i napojono. Wraz z bliskimi powrócił do Wissembourga na terenie Alzacji, gdzie przed kilku laty osiedliła się jego rodzina.

Alzacja przyłączona była do Wielkiej Rzeszy. Po obozie młodzieżowym w Strasburgu uczestniczył w kolejnym, w Kehl. Arbeitsdienst nie zaimponował mu jednak. Wraz z kolegami zazdrościł rówieśnikom, którzy w mundurach Hitlerjugend sposobili się do wojny o wielką stawkę. Oddałby wszystko, by móc robić to samo, by im dorównać.

Naturalnym biegiem rzeczy (niemiecka machina wojenna działała bez zarzutu) został konwojentem pociągu. Nie była to Luftwaffe ani też jednostka liniowa, o jakiej marzył i gdzie również on mógłby się okryć chwałą. Wreszcie jednak otrzymał przydział do Wehrmachtu. Od jesieni 1942 roku brał udział w kampanii w Rosji, gdzie gra toczyła się o najwyższą stawkę, a w maju 1943 roku, w wieku siedemnastu lat, zaciągnął się do elitarnej Dywizji „Großdeutschland”, by służyć w niej aż do końca – do końca wojennego piekła.

Zdołał stamtąd powrócić, bogatszy w niezatarte doświadczenia: cierpienia i śmierci.

Przede wszystkim był przekonany, że walczy o jakąś sprawę, o wzniosłe cele, a tymczasem stopniowo dawano mu do zrozumienia, że nie walczył o nic; że na próżno umierali jego towarzysze broni, co więcej – że walczył o cele, które potępiało zbiorowe sumienie. On sam tego nie rozumiał. I widział, że nikt nie potrafi go zrozumieć ani nawet wysłuchać. Był sam ze swoją wizją historii.

W 1952 roku, podczas choroby, zaczął w szkolnym zeszycie spisywać prawdziwą historię młodego chłopaka, relacjonując całą swą wędrówkę, przeżywając wszystko od nowa. Po pięciu latach powstało siedemnaście zeszytów zapisanych ołówkiem, z rysunkami precyzyjnymi niczym ilustracje anatomiczne – byle tylko nic nie uleciało z pamięci; siedemnaście zeszytów, które wszędzie zabierał ze sobą i które niekiedy w szalonym odruchu zamierzał zniszczyć. Czytali je przyjaciele; oni też opublikowali ich fragmenty w belgijskim czasopiśmie. Pewnego dnia te zeszyty dotarły do nas. Oto one.

Czytelnika może zaskoczyć ich styl. Nie jest to, co oczywiste, styl człowieka parającego się zawodowo pisaniem. Jest to po prostu styl kogoś, kto własnymi słowami, w sposób bardzo osobisty, czasem nieporadnie, często niezmiernie obrazowo, lecz zawsze z ogromną ekspresją usiłuje opowiedzieć to, co jeszcze nigdy nie zostało opowiedziane.

* * *

W polskim wydaniu, podobnie jak w tekście francuskim, zachowano oryginalną pisownię nazw własnych, trudnych do zweryfikowania. Większość nazw miejscowości podano albo we współczesnym brzmieniu, albo zachowano nazwy zgodne z oryginałem, podając w przypisach właściwą nazwę polską. Nie poprawiono także oczywistych błędnych nazw typów czołgów, samolotów, kalibru dział. Niejednokrotnie autor wprowadza nieużywane w armii niemieckiej nazwy typów broni.

Guy Sajer, szeregowy żołnierz piechoty, miał ograniczoną wiedzę wojskową. Znał dobrze jedynie typy i nazwy broni używanej w pododdziałach liniowych.

PROLOG

18 lipca 1942 roku. Przybywam do znajdujących się w Chemnitz wspaniałych, bielutkich koszar o owalnym kształcie. Wywierają na mnie wielkie wrażenie, budzą strach i podziw zarazem. Na moją prośbę dostałem przydział do 26. plutonu eskadry Sturmkampflugzeug Kommandant Rudel. Niestety odrzucono mnie na testach Luftwaffe! Niemniej chwile spędzone na pokładzie Ju-87 pozostaną cudownymi wspomnieniami. Prowadzimy tam tak intensywny tryb życia, że czegoś podobnego nigdy jeszcze nie zaznałem. Każdy dzień przynosi coś nowego. Otrzymuję nowiutki, dopasowany mundur, parę butów trochę używanych, ale w bardzo dobrym stanie. Jestem bardzo dumny ze swego umundurowania. Jedzenie jest dobre. Nauczyłem się też kilku piosenek wojskowych, które wykonuję z okropnym akcentem francuskim. Wywołuje to śmiech pozostałych żołnierzy, moich pierwszych kolegów w wojsku.

Ćwiczenia w piechocie, do której zostałem wcielony, są już mniej zabawne niż żywot pilota. Trasa, jaką żołnierz ma do przebycia, to najtrudniejsza rzecz z dotychczas poznanych. Jestem krańcowo wyczerpany; często zasypiam w kantynie. Jednak mam znakomite samopoczucie i pomimo tylu obaw i rozterek rozpiera mnie radość, co jest dla mnie rzeczą niepojętą.

15 września opuszczamy Chemnitz. Udajemy się pieszo do oddalonego o czterdzieści kilometrów Drezna, skąd wyruszamy pociągiem na Wschód.

Przejeżdżamy przez sporą część Polski. Na kilka godzin zatrzymujemy się w Warszawie. Wspólnie z moim pododdziałem zwiedzam miasto, przede wszystkim owo słynne getto lub raczej to, co z niego pozostało. Wracamy na dworzec bezładnymi grupami. Wszyscy z uśmiechem na twarzy. Polacy również się do nas uśmiechają, szczególnie dziewczyny. Niektórzy starsi żołnierze, odważniejsi ode mnie, wracają w ich miłym towarzystwie aż na dworzec. Ruszamy w dalszą drogę, by ostatecznie zatrzymać się w Brześciu Litewskim.

Stamtąd docieramy piechotą do niewielkiej miejscowości odległej o mniej więcej piętnaście kilometrów. Czujemy chłód, lecz pogoda jest cudowna. Jesień na dobre zagościła w tej uroczej, leżącej na pagórkowatym terenie wiosce. Przechodzimy teraz przez wysoki las. Feldfebel Laus donośnym głosem każe nam utworzyć szyk marszowy. Rytmicznym krokiem wchodzimy na polanę, gdzie w głębi wznosi się zamek jak z bajki. Maszerujemy aleją, śpiewając na cztery głosy: „Erika, kochamy cię”. Na spotkanie z naszą kolumną wychodzi dziesiątka wojskowych. Wśród nich dostrzegam kapitana noszącego lśniące epolety oficerskie.

Spotkanie obu grup następuje w idealnym momencie: akurat gdy kończymy ostatnie słowa piosenki. Jeszcze raz rozlega się ryk feldfebla, zatrzymujemy się, po czym pada kolejna komenda i wykonując nienaganny zwrot w miejscu, trzysta par butów powoduje ogłuszający stukot. Następuje regulaminowe powitanie, a potem kontynuujemy marsz aż do murów tego wspaniałego zamku.

Na dziedzińcu dowództwo zarządza apel. Wywołani tworzą nowy szereg, który rośnie, w miarę jak nasz się kurczy. Dziedziniec zapchany jest najróżniejszymi pojazdami wojskowymi. Tłoczy się przy nich z pół tysiąca żołnierzy w pełnym oporządzeniu gotowych – jak się wydaje – do wymarszu. W trzydziestoosobowych grupach kierowani jesteśmy do pomieszczeń, które będziemy zajmować. Jakiś tutejszy żołnierz krzyczy do nas:

– Tędy! Zmiana warty!

Wnioskujemy z tego, że tłoczące się przy ciężarówkach chłopaki opuszczają tę królewską siedzibę, co wyjaśnia ich markotny wyraz twarzy.

Dwie godziny później dowiem się, że ich kolejną rezydencją będzie jakieś miejsce na niezmierzonych obszarach Rosji. Rosja – a więc wojna! Wojna, której jeszcze nie znam.

Ledwo zdążyłem położyć swój skromny ekwipunek na jednym z drewnianych łóżek, które sobie wybrałem, gdy padł rozkaz stawienia się na dziedzińcu. Jest około drugiej po południu. Nie licząc kilku sucharów, jakie udało nam się zdobyć w Warszawie, nie jedliśmy nic od ostatniego przydziału żywności. Wczoraj wieczorem, gdy jechaliśmy do Polski, otrzymaliśmy racje żywnościowe w postaci białego sera, marmolady i żytniego chleba. Tak czy inaczej, w grę może wchodzić tylko południowy posiłek, i to spóźniony o trzy godziny. Nic z tych rzeczy! Na dole spotykamy odzianego w sportowy strój feldfebla, który ironicznym głosem proponuje nam wspólną kąpiel, ot, mały aperitif. Sportowym truchtem ciągnie nas spory kawałek od nowych koszar, do oddalonego o dobry kilometr niewielkiego, leżącego na piaszczystym terenie stawu, do którego wpada rzeczka. Tam, przybierając marsowy wyraz twarzy, rozkazuje nam rozebrać się do naga. Sterczymy jak idioci, tak jak nas Pan Bóg stworzył. Feldfebel zanurza się pierwszy i daje nam znak, byśmy poszli w jego ślady.

Wszyscy wybuchamy śmiechem. Jeśli o mnie chodzi, muszę przyznać, że śmiałem się wbrew sobie. Kiedy wspomniałem uprzednio, że jest piękna pogoda, miałem oczywiście na myśli przechadzkę, a nie kąpiel. Nie sądzę, by temperatura powietrza przekraczała teraz siedem albo osiem stopni, toteż nieśmiało zanurzam prawą stopę w lodowatej wodzie. W tym momencie czuję, jak ktoś mnie gwałtownie popycha, i słyszę równocześnie kpiący śmiech. W rezultacie wpadam do wody i aby nie zemdleć z emocji, zaczynam pływać jak opętany. Gdy po kąpieli wychodzę ze stawu, trzęsąc się jak w febrze, przekonany, że wieczorem znajdę się w izbie chorych z zapaleniem płuc, gorączkowo szukam jakiegoś ręcznika niezbędnego po takim doświadczeniu… Niestety! Nikt nie ma czegoś takiego. Wycieramy się podkoszulkami. Prawie wszyscy koledzy noszą podkoszulki z długimi rękawami, zastępujące w Wehrmachcie koszulę, oraz bluzy mundurowe, które teraz wkładają na gołe ciało. Ja jestem uprzywilejowany, ponieważ mam cienki pulower, chroniący moją delikatną chłopięcą skórę od szorstkiej tkaniny.

Biegiem, żeby nie zostać z tyłu za przewodnikiem, który zdążył już pokonać połowę drogi powrotnej, docieramy wreszcie do naszej imponującej siedziby. Wszystkim okropnie chce się jeść. Na próżno wodzimy wzrokiem dookoła: nie ma ani śladu stołówki. Ponieważ prawdopodobnie nikt się nami nie zainteresuje, jakiś młody Alzatczyk o posturze olbrzyma odważnie staje naprzeciw podoficera, mierząc go wzrokiem, jakby chciał go pożreć.

– Czy należy nam się talerz zupy? – pyta.

W odpowiedzi usłyszeliśmy grzmiące: „Baczność!”. Wszyscy znieruchomieliśmy, podobnie jak nasz orędownik.

– Zupę wydaje się o jedenastej! – ryczy podoficer. – Przyszliście z trzygodzinnym opóźnieniem! W kolumnie trójkowej zbiórka! Idziemy na strzelnicę.

Zgrzytając zębami, podążamy za naszą „matką żywicielką”.

Zagłębiamy się w wąską ścieżkę biegnącą przez las. Nasz szyk deformuje się coraz bardziej, tak że w końcu idziemy gęsiego. W pewnej chwili, jakieś dziesięć metrów przede mną, rozlega się cichy gwar, który rychło przeradza się w coraz głośniejszą wrzawę. Spieszę do przodu, podobnie jak ci, co idą za mną. Wkrótce jest nas już około trzydziestu w pobliżu zagajnika, gdzie stoi trzech mężczyzn w cywilu. To Polacy. Każdy z nich trzyma koszyk z jajami. Słychać wypowiadane szeptem słowa:

– Masz pieniądze?

– Ja nie mam.

Nie rozumiem, co mówią Polacy, ale domyślam się, że proponują nam zakup jajek. Niestety nie otrzymaliśmy żołdu, a tylko niewielu z nas posiada własne marki.

Widząc żywność przed sobą, przeżywamy prawdziwe katusze: jesteśmy bardzo głodni. Robi się ogólne zamieszanie, ręce chciwie nurkują do koszyków. Pękają skorupki jaj. Następuje wymiana ciosów. Wszystko to odbywa się w ciszy, gdyż obie strony obawiają się represji. W sumie całkiem nieźle sobie poradziłem. Nie ucierpiałem zbytnio w tej szarpaninie, jedynie deptano mi brutalnie po stopach, ale za to zdobyłem siedem jajek.

Dołączam biegiem do grupy i wręczam dwa jajka młodemu, grubemu Austriakowi, który patrzy na mnie osłupiały. Nie zdążyłem nawet przejść stu metrów, jak połknąłem niemal ze skorupkami pięć pozostałych jaj. Docieramy na strzelnicę. Jest już tam chyba z tysiąc żołnierzy. Słychać nieustanny huk wystrzałów. Kierujemy się ku idącej naprzeciw nam grupie żołnierzy z karabinami. Bierzemy od nich broń. Pobieram dwadzieścia cztery naboje, które wystrzeliwuję, gdy nadchodzi moja kolej. Uzyskuję kiepski wynik, ale mieszczę się w normie.

Zaczynam odczuwać dolegliwości żołądka po zjedzeniu jajek. Nadchodzi noc. Wszyscy jesteśmy wykończeni. Nasz anioł stróż wzywa nas na zbiórkę. Z bronią na ramieniu opuszczamy strzelnicę. Inne kompanie odchodzą w rozmaitych kierunkach. Wchodzimy na wąską, żwirową drogę. Wydaje mi się, że wracamy inną trasą.

I rzeczywiście. Musimy, śpiewając, pokonać krokiem marszowym aż sześć kilometrów, by wreszcie dotrzeć do tego cholernego zamku. Zdaje się, że marsz ze śpiewem to znakomite ćwiczenie oddechowe. Tego wieczoru, jako że nie padłem z wyczerpania, wyrobiłem chyba sobie płuca jak miechy kowalskie. Między jedną piosenką a drugą zerkam na kolegów zdzierających sobie gardła i momentalnie wyczytuję niepokój na ich twarzach. Ponieważ wyglądam na nieświadomego, Peter Deleige, który idzie tuż przede mną, prezentuje mi przegub z błyszczącym zegarkiem, szepcząc równocześnie:

– Godzina.

O Boże! Zrozumiałem. Jest już prawie noc, minęła piąta, no i przepadła nam zupa! Cały pluton zdaje się zaprzątnięty tą myślą. Może coś dla nas zostawią. Uczepiliśmy się tej nadziei, pokonując zmęczenie, które wręcz zwala nas z nóg. Feldfebel pozostaje w tyle o krok, potem o dwa. Patrzy na nas zdziwiony, po czym zaczyna wrzeszczeć, wreszcie się opanowuje i mówi:

– Ach, to tak?! Może myślicie, że zostawicie mnie w tyle? Naprzód!

Na jego rozkaz po raz siódmy intonujemy Die Wolken ziehn i przekraczamy, nie zwalniając kroku, masywny kamienny most wiszący nad fosą. Omiatamy spojrzeniem mroczny dziedziniec, słabo oświetlony kilkoma lampami. Przed przyczepą motocyklową, na której widać trzy wielkie kotły, stoi w kolejce kolumna żołnierzy trzymających kociołki i menażki.

Na rozkaz sierżanta zatrzymujemy się, czekając na komendę „rozejść się”, żeby popędzić po naczynia. Niestety stosowna chwila jeszcze nie nadeszła. Ten sadysta każe nam przede wszystkim złożyć na stojakach w magazynie broń z uwzględnieniem jej numeracji. To zajmuje nam kolejne dziesięć minut. Jesteśmy zniecierpliwieni. W końcu odzywa się:

– Idźcie zobaczyć, czy coś tam zostało! Ale zachować mi porządek!

Idziemy grzecznie aż do drzwi magazynu, ale jak tylko wychodzimy na zewnątrz, nic już nas nie powstrzymuje: hurmem pędzimy do naszych kwater. Bruk dziedzińca rozbrzmiewa stukotem butów z metalowymi okuciami, spod których sypią się iskry. Osiemdziesięciu rozjuszonych wojaków pokonuje monumentalne kamienne schody, roztrącając po drodze kilku żołnierzy, którzy akurat nimi schodzą. Zgiełk wzmaga się przed izbami sypialnymi, gdyż nikt z nas nie dopchał się jeszcze do swego łóżka. Jak szaleni wpadamy do środka, po czym wylatujemy stamtąd, gdyż pomyliliśmy pomieszczenia. Na domiar złego, gdy wybiegamy z izb, natykamy się na kolejnego wchodzącego. Kotłowanina, przekleństwa, wymiana ciosów. Inkasuję uderzenie w hełm, na skutek czego wbija mi się dokumentnie w głowę.

Nieliczni szczęściarze, którym od razu udaje się znaleźć menażki, pędzą z powrotem w kierunku schodów. Łajdaki! Wszystko nam zeżrą! Kiedy wreszcie znajduję swój sprzęt i odpinam menażkę, jakaś świnia depcze mi brudnymi buciorami po łóżku, strącając moje rzeczy. Ta kurewska menażka wpada pod wyrko sąsiada. Nurkuję pod nie i gdy w końcu ją chwytam, ktoś inny nadeptuje mi na wolną rękę.

Wybiegam na dziedziniec, gdzie pod czujnym wzrokiem podoficera staję karnie w kolejce. Jest jeszcze przynajmniej jeden pełny kocioł, co mnie trochę uspokaja.

Korzystając z chwili wytchnienia, obserwuję kolegów. Wszystkim błyszczą oczy ze zmęczenia. Faceci o szczupłej twarzy, tak jak ja, mają oczy strasznie podkrążone. Pyzaci są bladzi jak nieboszczyki.

Dostrzegam Brunona Lensena, który dostał już swoją porcję i oddala się teraz drobnym krokiem, połykając zawartość menażki. Fahrstein, Olensheim, Lindberg i Halls czynią podobnie. Nadchodzi moja kolej. Otwieram menażkę, której nie zdążyłem umyć. Zostały w niej resztki jedzenia.

Garkotłuk napełnia wielką chochlą naczynie, po czym łyżką dodaje pokaźną porcję jogurtu. Przysiadam nieco na uboczu, na jednej z ławek znajdujących się wzdłuż budynków gospodarczych. Powrotny bieg miał przynajmniej tę korzyść, że nie czuję już dolegliwości żołądka na skutek zbyt łapczywie tego popołudnia połkniętych jajek, toteż z wielkim apetytem pochłaniam w ciemnościach trzy czwarte porcji. Nie jest to złe. Wstaję z ławki i zbliżam się do niezaciemnionego okna, by zerknąć do menażki. Chyba jest to kasza z suszonymi śliwkami i kawałkami mięsa. Całość pożarłem w pięć minut.

Ponieważ nie dano nam nic do picia, podobnie jak koledzy podchodzę do poidła dla zwierząt i wypijam ze trzy, cztery kubki lodowatej wody. Przy okazji płuczę naczynia.

Apel wieczorny, zbiórka w wielkiej sali, gdzie zwykły kapral opowiada nam o Rzeszy Niemieckiej. Godzina ósma. Trębacz batalionowy daje sygnał: „gasić światła”. Wracamy do izb i momentalnie zasypiamy.

Tak minął pierwszy dzień pobytu w Polsce. Jest 18 września. Nazajutrz o piątej rano jesteśmy już na nogach. Podobnie będzie przez kolejne piętnaście dni. Cały czas odbywamy intensywne ćwiczenia. Codziennie zaliczamy ten cholerny staw, ale już nie żeby się kąpać, lecz w pełnym rynsztunku bojowym.

Przemoczeni, zmordowani, u kresu sił, co wieczór padamy na łóżka i zasypiamy kamiennym snem. Nie mamy nawet siły na pisanie listów do rodzin.

Robię duże postępy w strzelaniu. Zużyłem chyba ponad pięćset naboi na manewrach i strzelnicy. Przez te dwa tygodnie wykonałem też około pięćdziesięciu rzutów granatem ćwiczebnym.

Zrobiła się brzydka pogoda; od czasu do czasu pada deszcz. Czyżby nadchodziła już zima? Jeszcze nie, mamy dopiero piąty października. Dzisiejszy poranek jest pogodny i nieco mroźny. Zapowiada się ładny dzień. Gdy wstaje świt, oddajemy honory sztandarowi. Z bronią na ramieniu wyruszamy na codzienny „footing”.

Pluton przekracza wiszący nad fosą most, który rozbrzmiewa stukotem sześćdziesięciu par butów. Laus nie wydaje komendy: „śpiew”. Przez pół godziny słyszę tylko miarowy stukot. Uwielbiam ten dźwięk; nie odczuwam wtedy potrzeby rozmowy. Gdy wdycham głęboko świeże, leśne powietrze, czuję w sobie tę cudowną energię życia. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego wszyscy tak wspaniale się czujemy pomimo ogromnego codziennego wysiłku. Wszyscy, jak jeden mąż, mamy promienny wyraz twarzy. Mijamy kompanię stacjonującą dziesięć kilometrów od nas, we wsi o nazwie bodajże Kriemienstowsk.

Obie kolumny oddają honory: my na komendę „na lewo”, oni na komendę „na prawo patrz”. Nie deformując szyku, przechodzimy do biegu, następnie powracamy do kroku marszowego, potem znów bieg. Trwa to mniej więcej półtorej godziny. Gdy przybywamy do zamku, zauważamy mnóstwo nowych twarzy.

W czasie naszej nieobecności pojawili się nowi rekruci. Myślę, że stacjonuje już tutaj przynajmniej tysiąc pięćset żołnierzy. Cóż, miejsca wystarczy dla wszystkich.

Wszyscy sierżanci-instruktorzy zajmują się tymi żółtodziobami, toteż musimy czekać przy wejściu. Ponieważ w dalszym ciągu nikt się nami nie interesuje, po upływie godziny składamy broń w kozły i przysiadamy na piętach na bruku dziedzińca.

Rozmawiam trochę po francusku, trochę po niemiecku z jakimś Lotaryńczykiem. Tak upływa poranek. Pora na posiłek. Zostawiamy broń i idziemy do stołówki.

Jest już popołudnie. Nadal ani żadnej służby, ani ćwiczeń. To nie do wiary. Nie kwapimy się do zejścia na dziedziniec, bo w każdej chwili mogą nas zapędzić do jakiejś roboty. Pchamy się wszyscy na drugie piętro, również przeznaczone na kwatery dla żołnierzy. Bierzemy znajdującą się tam drabinę i wspinamy się po niej na strych, a stamtąd na dach, którego masywną łupkową konstrukcję intensywnie ogrzewa słońce. Kładziemy się na dachu, opierając stopy o rynnę, by nie spaść na dziedziniec.

Jest wspaniała pogoda, na dachu upał coraz większy. Wkrótce wszyscy paradujemy z nagim torsem, jak na plaży. W końcu spiekota jest już nie do zniesienia i spora liczba kolegów wraz ze mną opuszcza tę kryjówkę. Mieliśmy niezły ubaw, obserwując, jak gromada zdrowo opieprzanych fryców ugania się po dziedzińcu.

Schodzę na dół w towarzystwie tego durnego Lotaryńczyka, który cały czas zawraca mi głowę swoimi studiami medycznymi. Ponieważ w przyszłości mam zamiar pomagać ojcu w jego fachu technicznym, tematyka ta nieco mnie deprymuje. A poza tym po co snuć projekty zawodów cywilnych, skoro jesteśmy w wojsku!

Na dziedzińcu na szczęście nikt do nas nie woła, wobec tego przechadzam się swobodnie i po raz pierwszy z uwagą studiuję potężną bryłę zamku. Wszystko tu jest ogromne: najmniejsze schody mają co najmniej sześć metrów szerokości, najmniejszy element drewniany grubo ciosany, jak belka lub łuk przyporowy, ma nie mniej niż pół metra grubości. Zamkowy krużganek to konstrukcja łącząca cztery imponujące okrągłe wieże, mająca około piętnastu metrów szerokości, dwadzieścia metrów długości i osiem metrów wysokości. Rozmiary całego gmachu są tak imponujące, że człowiek zapomina o posępnym wyglądzie fortecy.

Za wejściem, które opisałem powyżej, ciągną się równolegle budynki stanowiące przedłużenie muru obronnego. Na ich krańcu cztery baszty podobne do wież krużganka wieńczą bryłę zamku.

Ta piękna architektura wywiera na mnie wielkie wrażenie. W iście wagnerowskiej scenerii ogarnia mnie poczucie niezmierzonej potęgi. W oddali, na horyzoncie, otaczają nas niekończące się lasy ciemnozielonej barwy.

Następne dni, choć upłynęły na ciężkiej pracy, dały mi prawdziwą satysfakcję. Uczę się jeździć ciężkim motocyklem, następnie volkswagenem, wreszcie steinerem. Czuję się tak pewny siebie, że prowadzenie tych pojazdów wydaje mi się dziecinnie proste. Mimo że nie jestem dobrym kierowcą, daję sobie radę w najróżniejszych warunkach. W sumie uczy się nas piętnastu. Zasiadamy po kolei za kierownicą, nie przestrzegając przy tym żadnej dyscypliny. Bawimy się jak chłopcy, bo w gruncie rzeczy jeszcze nimi jesteśmy.

10 października. Nadal utrzymuje się piękna pogoda, ale rano jest pięciostopniowy mróz. Cały dzień ćwiczymy jazdę transporterem, pokonując strome zbocza. Jedzie nas piętnastu. Wehikuł przewidziany na osiem osób okazuje się bardzo niewygodny. Musimy dokonywać cudów zręczności, by utrzymać równowagę. Śmiechu było co niemiara przez cały dzień. Wieczorem już każdy z nas jest w stanie prowadzić transporter. Czujemy się tak obolali, jakby ktoś nas okładał kijem.

Nazajutrz rano z zapałem oddajemy się ćwiczeniom fizycznym, między innymi po to, by się rozgrzać. W pewnej chwili Laus przerywa zaprawę.

– Sajer! – woła.

Robię krok do przodu, występując z szeregu.

– Porucznik Starfe potrzebuje kierowcy transportera, a ponieważ wczoraj szczególnie się wyróżniliście… Idźcie się przebrać w mundur.

Salutuję, po czym błyskawicznie wybiegam z szyku. To niemożliwe… Jestem najlepszym kierowcą w plutonie! Skaczę z radości. W mgnieniu oka przebieram się i wracam na dziedziniec. Biegnę w kierunku budynku dowództwa. Niepotrzebnie: Starfe czeka już na placu. Jest to chudy mężczyzna o ostrych rysach twarzy, lecz nie ponurak. Został ponoć ciężko ranny w Belgii i służy teraz w wojsku jako instruktor. Wyprężam się na baczność.

– Znacie drogę na Kriemienstowsk? – pyta.

– Jawohl, Herr Leutnant.

Prawdę mówiąc, jedynie się domyślałem, że chodzi o drogę, na której czasami mijaliśmy w trakcie ćwiczeń kompanie idące prawdopodobnie z tej wioski. Jestem jednak zbyt szczęśliwy, żeby pozwolić sobie na jakiekolwiek wahanie. Chociaż raz wymaga się ode mnie czegoś innego niż ćwiczeń w ramach musztry.

– W porządku – mówi. – No to idziemy.

Starfe wskazuje mi wczorajszy transporter. Z tyłu pojazdu znajduje się czterokołowa przyczepa. Jest to właściwie działo dalekosiężne, osiemdziesiątkaósemka przykryta plandeką maskującą. Siadam na miejscu kierowcy. Wskaźnik paliwa pokazuje dziesięć litrów. To za mało. Proszę o pozwolenie uzupełnienia zbiornika. Dostaję zgodę, a także pochwałę, że pamiętałem o tej podstawowej czynności. Po kilku minutach ruszamy. Transporter dość niepewnie mija krużganek i most. Nie śmiem spojrzeć na Starfego, który na pewno widzi moją beznadziejną jazdę. Po przejechaniu około sześciuset metrów skręcam na drogę wiodącą prawdopodobnie do Kriemienstowska. Przez dziesięć minut jadę dość powoli, gdyż nie jestem pewny trasy. Mijamy dwa polskie wozy pełne siana. Czmychają czym prędzej przed moim Kleinpanzerem. Widząc to, Starfe spogląda na mnie z uśmiechem.

– Myśleli, że naumyślnie jechałeś prosto na nich. Do głowy by im nie przyszło, że nie panujesz nad pojazdem! – Śmieje się szyderczo.

Nie wiem, czy mam się śmiać, czy też potraktować to jako ostrzeżenie. Jestem coraz bardziej spięty. Nieszczęsnemu porucznikowi lepiej już by się jechało na dromaderze. Dojeżdżamy w końcu do kilku obskurnych zabudowań. Na próżno szukam jakiejś tablicy z nazwą miejscowości. Kręcą się tu tylko dotknięte albinizmem dzieci, które włażą prawie pod gąsienice, żeby móc obserwować nasz przejazd.

Skręciwszy na plac, dostrzegam nagle ze sto parkujących pojazdów niemieckich. Równocześnie Starfe wskazuje mi budynek z powiewającą flagą. To tu. Uff! Oddycham z ulgą. Rzeczywiście była to droga na Kriemienstowsk.

– Masz przeszło godzinę – odzywa się Starfe. – Idź do kantyny. Może uda ci się zjeść coś ciepłego.

Gdy wymawia te słowa, czuję na barku jego prawą rękę. Wzrusza mnie do głębi ten przejaw sympatii ze strony porucznika, którego przeklinałem w myślach przez całą drogę. Nigdy bym nie przypuszczał, że facet o tak surowej twarzy może się zdobyć na równie ojcowski gest pod moim adresem. Mimo że wzmaga się chłód, czuję ogarniającą mnie falę ciepła. Pewnym krokiem zmierzam w kierunku gmachu przypominającego siedzibę władz miejskich. Na dużej tablicy widnieje napis SOLDATENSCHENKE 27. KOMPANIE. Cały czas widać wchodzących i wychodzących żołnierzy. Nie dostrzegam żadnego ordynansa. Wchodzę bez wahania, po czym przemierzam pomieszczenie, w którym trzech frontowców zajętych jest rozpakowywaniem skrzyń z żywnością. W głębi następnej izby znajduje się bufet, przy którym rozmawia kilku żołnierzy.

– Czy mogę dostać coś ciepłego? Przywiozłem właśnie oficera, ale nie jestem z dwudziestej siódmej.

– Hmm – mruczy żołnierz za ladą bufetu. – Jeszcze jeden Alzatczyk, co myśli, że zna niemiecki!

Rzeczywiście moja niemczyzna jest fatalna.

– Nie jestem Alzatczykiem, lecz pół-Niemcem ze strony matki – oświadczam.

Żołnierze nie wtrącają się do naszej rozmowy. Ten zza bufetu odchodzi, udając się do kuchni. Sterczę na środku sali, opatulony w wielki, zielony płaszcz. Po pięciu minutach facet wraca, przynosząc dymiącą menażkę wypełnioną do połowy kozim mlekiem. Dowcipniś dolewa do niej wypełniony po brzegi duży kieliszek alkoholu i podaje mi bez słowa.

Piję, mimo że pali mnie od tego gardło. Czuję na sobie wzrok wszystkich obecnych. Nigdy nie lubiłem alkoholu, ale choćby nie wiem co wypiję ten litr płynu, aby nie uchodzić w ich oczach za panienkę.

Bez pożegnania rozstaję się z tą grupą prostaków i wychodzę na zewnątrz. Tym razem rzeczywiście czuję polską zimę. Niebo jest zachmurzone, termometr wskazuje sześć stopni poniżej zera.

Nie wiem za bardzo, dokąd mam teraz iść. Plac jest niemal pusty. W okolicznych domach Polacy zapewne grzeją się przy ciepłych piecach. Zmierzam w kierunku parku samochodowego, gdzie przy ciężarówkach krzątają się żołnierze. Zamieniam z nimi kilka zdań, lecz odpowiadają bez zbytniego entuzjazmu. Chyba jestem dla nich za młody; faceci mają co najmniej trzydziestkę. Kiedy tak chodzę od jednego do drugiego, spostrzegam trzech brodatych mężczyzn opatulonych w długie płaszcze wojskowe brunatnofioletowej barwy, tnących pień drzewa dużą piłą. Po raz pierwszy widzę takie mundury.

Podchodzę do nich z uśmiechem i zadaję banalne pytanie: „jak leci?”. Przerywają pracę i prostują się bez słowa. Domyślam się, że ich gęste brody kryją uśmiech. Jeden z nich jest wysoki i krzepki, dwaj pozostali są niscy i krępej budowy. Zadaję ze dwa, trzy pytania, które pozostają bez odpowiedzi. Faceci cały czas się uśmiechają. Słowo daję, kpią sobie ze mnie! Wtem słyszę z tyłu kroki, po czym ktoś się odzywa:

– Zostaw ich w spokoju! Przecież wiesz, że nie wolno z nimi rozmawiać. Wyjątek to oczywiście wydawanie rozkazów.

– Ale te dzikusy nie odezwały się do mnie ani słowem. Ciekaw jestem, co tacy robią w Wehrmachcie – wypaliłem.

– Teufel! – rzucił przez zęby chłopak, który podszedł, żeby mnie zbesztać. – Widać, że jeszcze nie byłeś na froncie. Ci faceci to jeńcy! Rosyjscy jeńcy! Jak przypadkiem znajdziesz się na froncie i zobaczysz takiego, zanim on zobaczy ciebie, strzelaj! Strzelaj bez wahania, bo inaczej nie zobaczysz następnego.

Stoję osłupiały i po raz ostatni zerkam na Rosjan, którzy powrócili już do pracy. Więc to są nasi wrogowie… ci, co strzelają do niemieckich żołnierzy! Do żołnierzy, których mundur noszę. Ale dlaczego uśmiechali się do mnie?

Jeszcze przez piętnaście dni przebywam w zamku z kolegami z 19. kompanii wyznaczonej do służby w wojskach transportowych. W ich towarzystwie zapominam o przykrym epizodzie w budynku 27. kompanii, złożonej wyłącznie z nieprzyjemnych typów. Muszę jednak dodać na ich obronę, że żołnierze ci służyli w armii od 1940 roku.

Tu, w 19., są tylko bardzo młodzi ludzie, tacy jak ja. Śmiejemy się z najbardziej błahego powodu i pomimo beznadziejnej pogody z wielkim entuzjazmem zaliczamy codzienne ćwiczenia wojskowe.

Nadeszła zima. Obfite deszcze i śniegi przekształcają ziemię w lepką maź. Z ćwiczeń wracamy późnym wieczorem, ubłoceni i wycieńczeni, lecz pełni radości tak typowej dla młodych, zdrowych ludzi.

Owo zmęczenie jest niczym w porównaniu z tym, co nas czeka. Wieczorem grzejemy się w wygodnych łóżkach, żartując, dopóki nie zaśniemy snem sprawiedliwego.

28 października. Jest paskudna pogoda, choć niezbyt mroźnie. Przez całą dobę gwałtowne podmuchy wiatru gnają po niebie ciemne chmury, przynoszące fale zacinającego deszczu. Przemoczeni i zmęczeni podoficerowie nie wyprowadzają nas na ćwiczenia. Przez większość czasu doskonalimy umiejętność jazdy i zgłębiamy problemy techniczne. Jak na razie nie znam podlejszej czynności niż grzebanie w silniku podczas zacinającego deszczu.

Temperatura cały czas utrzymuje się w okolicach zera.

30 października. Pada deszcz i jest zimno.

Po oddaniu honorów sztandarowi otrzymujemy rozkaz udania się do magazynu gospodarczego. Nie dociekając zbytnio powodu, idziemy w wyznaczone miejsce. Przynajmniej tam nie pada. W magazynie mieszczącym się w dość pokaźnym budynku dwa pierwsze plutony naszej kompanii kończą właśnie pobieranie zaopatrzenia. Chłopaki wychodzą, obładowani najprzeróżniejszymi produktami żywnościowymi, kocami, skarpetami itd. Ja dostaję cztery puszki delikatesowych sardynek francuskich, dwie duże kiełbasy warzywne w celofanie, paczkę sucharów witaminizowanych, dwie tabliczki szwajcarskiej czekolady, wędzoną słoninę i ze ćwierć kilograma cukru w kostkach. Kilka kroków dalej magazynier rzuca mi na zajęte już ramiona nieprzemakalną pałatkę, parę skarpet i parę wełnianych rękawic. Przy wyjściu otrzymuję poza przydziałem płócienny pakunek z napisem „opatrunek indywidualny pierwszej potrzeby”. W strugach deszczu dołączam do grupy żołnierzy zgromadzonych wokół oficera, który wdrapał się na platformę ciężarówki. Opatulony w długi skórzany płaszcz szarozielonej barwy porucznik zdawał się czekać, aż zbierze się cała kompania. Gdy uznał, że wszyscy już są, zaczął do nas przemawiać. Mówił zbyt szybko, żebym wszystko zrozumiał, niemniej zapamiętałem te oto słowa:

– Wkrótce opuścicie te koszary, aby zapewnić ochronę kilku pociągów wojskowych mających dotrzeć w pobliże frontu. Otrzymaliście przydział żywności na osiem dni. Dołączcie ją do swojego ekwipunku. Zbiórka za dwadzieścia minut. Rozejść się!

Pośpiesznie, w pełnej niepokoju ciszy, wracamy do kwater i pakujemy skromny dobytek. Gdy zapinam plecak, mój sąsiad z pokoju zadaje mi pytanie:

– Kiedy wyjedziemy?

– Nie wiem.

– Napisałem przedwczoraj do rodziców, żeby przysłali mi kilka książek.

– Dostaniesz przesyłkę pocztą wojskową.

W tym momencie ten szatan Halls klepie mnie w ramię.

– Nareszcie zobaczymy Rosjan! – ryczy, śmiejąc się szyderczo.

Odnoszę wrażenie, że śmieje się, by dodać sobie odwagi. Wszyscy przecież są poruszeni tą wiadomością i pomimo błogiej nieświadomości myśl o wojnie nas paraliżuje.

Jeszcze raz wychodzimy na dziedziniec w strugach tego cholernego deszczu. Każdemu z nas oficjalnie wydaje się mauzera i dwadzieścia pięć naboi. Nie wiem, czy to właśnie z tego powodu, ale zauważam, że wszyscy jesteśmy coraz bledsi. Myślę jednak, że jest to wybaczalne. Przecież żaden z mych hardych towarzyszy nie ma jeszcze osiemnastu lat. Ja sam skończę ledwie siedemnastkę za dwa i pół miesiąca. Porucznik dostrzega nasz niepokój. Aby podnieść nas na duchu, odczytuje nam najświeższy komunikat Wehrmachtu: von Paulus znajduje się nad Wołgą; von Richthofen jest już niedaleko Moskwy. Anglicy i Amerykanie ponieśli wielkie straty, usiłując zbombardować miasta Rzeszy. Słysząc nasze okrzyki: Sieg Heil!, oficer się uspokaja. Cała 19. kompania pręży się na baczność przed sztandarem.

Wśród nas jest także Laus, nasz feldfebel, w hełmie i pełnym oporządzeniu. W długim futerale z czarnej, lśniącej w deszczu skóry trzyma karabin maszynowy. Wszyscy zachowujemy milczenie. Wreszcie rozlega się sygnał wymarszu, niczym przenikliwy gwizd ruszającego ekspresu.

– Achtung! Rechts um. Raus!

Maszerując kolumną trójkową, opuszczamy miejsce, w którym trzystu żołnierzy naszej kompanii zdążyło się już ze sobą zżyć. Po raz ostatni przekraczamy kamienny most, po czym dochodzimy do drogi, którą przyszliśmy tu półtora miesiąca temu. Kilka razy oglądam się za siebie, zerkając na potężną, szarą bryłę starego polskiego zamku, którego już nigdy nie zobaczę. Nawet chętnie wpadłbym w melancholijny nastrój, gdyby nie moi koledzy, którzy starali się podtrzymać mnie na duchu. Przestało padać. Przybywamy do Białegostoku, gdzie aż się roi od żołnierzy. Idziemy w kierunku dworca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Le soldat oublié

Copyright © Editions Robert Laffont, Paris, 1967 through arrangement with Renata de La Chapelle Agency

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor tego wydania: Agnieszka Horzowska

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ.ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Fotografia na okładce © Kamila Koziol / Shutterstock.com

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Zapomniany żołnierz, wyd. II, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-984-4

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zapomniany żołnierz 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze