Uśmiech losu

Uśmiech losu

Autorzy: Amy Andrews

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 7.08 zł

Trinity jest pozbawiona środków do życia, wychowuje ciężko chorego synka. Kiedy Reid, bogaty lekarz, proponuje jej mieszkanie i wysokie wynagrodzenie za opiekę nad jego dziadkiem, Trinity ma wrażenie, że wygrała los na loterii. Odkrywa jednak, że przebywanie pod jednym dachem z atrakcyjnym pracodawcą naraża ją na pokusy, którym nie zawsze potrafi się oprzeć. Postanawia jak najszybciej się wyprowadzić. Ale Reid zrobi wszystko, aby ją zatrzymać...

Amy Andrews

Uśmiech losu

Tłumaczenie: Grażyna Woyda

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Trinity Walker miała zły dzień. W życiu pełnym złych dni był on kroplą w morzu. Niestety, jej odporność na przeciwności losu zaczęła się wyczerpywać. Miała dwadzieścia cztery lata, ale nagle poczuła się staruszką.

Potrzebowała jeszcze tylko trzech dni. W nadchodzący poniedziałek jej zapomoga znajdzie się w banku, a Oscar po raz pierwszy przekroczy progi szkoły.

Będzie mogła w końcu uporządkować ich życie. Zwolniona na kilka godzin dziennie od obowiązku zajmowania się dzieckiem, podejmie pracę, zacznie regularnie zarabiać i opłacać czynsz, zamiast polegać na wsparciu opieki społecznej oraz innych upokarzających źródłach dochodu.

Nocowała dotąd na rozkładanych kanapach u przyjaciół, w tandetnych hostelach, wynajętych na jedną dobę pokojach, a ubiegłą noc spędziła w swoim rozklekotanym samochodzie marki mazda. Ale to nie było życie.

Ani dla niej, ani dla jej pięcioletniego synka.

Od czasu do czasu udawało jej się znaleźć jakąś pracę z mieszkaniem. Był to pokój, niekiedy kawalerka. Zwykle nie trwało to długo. Problemy zdrowotne Oscara kładły zazwyczaj kres jej zatrudnieniu, a co za tym idzie mieszkaniu. A wczoraj na jej kłopoty nałożył się jeszcze Okropny Todd.

Jej wstrętny, brodaty i wytatuowany szef, który jeździł motocyklem i cuchnął tanią wodą kolońską oraz smarem. Todd oznajmił, że chce, aby zapłaciła mu za kwaterę. Ale nie pieniędzmi. Uważał, że mogliby dojść do „porozumienia”. Więc się wyprowadziła. Drań.

– Popatrz, mamusiu! Na te kaczuszki. One są głodne.

Trinity siedziała na ławce w parku nad brzegiem stawu, jakieś dwa metry od Oscara i nie spuszczała z niego oczu, ale jej umysł był wyłączony.

– Tak, kochanie – odparła pogodnym tonem.

Uśmiechnęła się do starszego mężczyzny, który stał obok jej synka na brzegu stawu. Przed dziesięcioma minutami przyniósł chleb, a Oscar poszedł za nim po śliskim brzegu zupełnie jak Szczurołap z Hamelu.

Starszy pan powitał ją, spojrzał w dół na przejętego Oscara i obdarzył go uśmiechem, a chłopiec spytał grzecznie, czy mógłby przyglądać się, jak on karmi kaczki.

– Przyglądać się? – Starszy mężczyzna ściągnął brwi, a potem się roześmiał. – Mój Boże, młodzieńcze, możesz mi pomóc.

Oscar rozpromienił się, a Trinity omal nie wybuchnęła płaczem. To było absurdalne. Nigdy nie płakała. Łzy nie zapewnią dziecku dachu nad głową ani nie wypełnią jedzeniem jego brzuszka. Czuła się jednak tak bardzo źle po spięciu z Toddem, że prosty gest ludzkiej życzliwości przywrócił jej wiarę w człowieka.

Starszy pan mógł mieć około osiemdziesiątki. Miał nieco przygarbione ramiona, a jego ubranie wydawało się zbyt luźne, jakby ostatnio stracił na wadze kilka kilogramów. Ale przy Oscarze był olbrzymem.

Jej serce przepełniło uczucie miłości do chłopca. Był dla niej wszystkim. Powodem do kontynuowania zmagań, do wstawania rano z łóżka i podejmowania walki o przetrwanie, choć wszystko wydawało się beznadziejne. Ukochany mały chłopiec, który zmienił jej życie. Który uratował ją od wegetacji.

Niedobrze jej się robiło na myśl o tym, że omal go nie straciła. Urodzony w dwudziestym szóstym tygodniu, z maleńkimi płucami i poważną wadą serca, musiał stoczyć ciężką walkę o przetrwanie. Spędził sześć miesięcy na kardiologicznym oddziale intensywnej terapii i przeszedł dwie poważne operacje serca. Kolejne trzy miesiące w szpitalu dziecięcym, z którego w końcu został wypisany do „domu”, mając pod nosem pojemnik z tlenem.

Potem przez następne kilka lat dopadały go różne przeziębienia oraz wirusy grypy i często przebywał na oddziale intensywnej opieki medycznej.

Trinity żyła w śmiertelnym lęku przez prawie pięć lat. Na szczęście Oscar nie chorował od ponad sześciu miesięcy. Miała nadzieję, że ostatecznie wyrósł z przewlekłej niewydolności płucnej. Że tak jak mówili lekarze, jego płuca w końcu rozwinęły się na tyle, by samodzielnie zwalczyć zagrożenie.

Naprawdę w to wierzyła. Miała dosyć życia w wiecznym strachu.

Trzej nastoletni chłopcy, którzy bez wątpienia powinni być teraz w szkole, wspinali się po urządzeniach na placu zabaw za jej plecami. Byli do tego wyrośnięci, śmiali się i rozmawiali bardzo głośno.

Chleb się skończył, więc Oscar podbiegł do niej i zaczął z przejęciem coś trajkotać. Kiedy starszy mężczyzna mijał ich, skinął do Trinity głową.

Uśmiechnęła się, mocno przytulając chude ciało synka. Jego rozwichrzone jasne włosy łaskotały ją po twarzy, powodując ucisk w gardle. Jeszcze tylko trzy dni.

Czyjś okrzyk przerwał ich uścisk. Oboje odwrócili głowy, by zobaczyć, co się dzieje. Nastolatkowie otoczyli starszego pana i zaczęli popychać go brutalnie.

– Co oni robią, mamusiu? – spytał Oscar drżącym głosem.

Mężczyzna potknął się i niemal upadł, a Trinity poczuła w żyłach przypływ rozpalonej do czerwoności furii. Jak oni mogą? Ten podmiejski park, położony w dość zamożnej dzielnicy, zawsze był bezpieczny. Dlatego właśnie ostatniej nocy zdecydowała, że tu zaparkuje swój samochód. Ci wyrostkowie byli zwykłymi chuliganami.

– Przestańcie! – zawołał mężczyzna. – Nie macie prawa tego robić!

– Możemy robić, co tylko chcemy, staruszku.

Serce Trinity zaczęło walić jak szalone. Tak, te typki i Todd zawsze uważają, że mogą robić, co im się żywnie podoba, pomyślała.

Rozejrzała się wokół, ale nikogo nie dostrzegła. Była skazana na własne siły. Jej serce biło coraz szybciej. Posadziła Oscara na ławce.

– Kochanie, zostań tu i się nie ruszaj. Słyszysz, co mówię? Siedź nieruchomo.

– Jak wtedy, kiedy dawali mi kroplówkę, mamusiu?

Trinity przypomniała sobie, że znaczna część życia jej synka upłynęła pod znakiem igieł, lekarzy, szpitali i bólu. Ta świadomość podsyciła jej gniew.

– Tak – odparła, całując go w czoło. – Właśnie tak. Mamusia wróci za minutkę. Hej! – krzyknęła, wstając i szybko pokonując odległość dzielącą ją od nastolatków. – Natychmiast przestańcie!

Trzej chłopcy byli najwyraźniej zbyt zaskoczeni, by wykonać jakiś ruch. Kiedy do nich podbiegła, jej oczy ciskały pioruny. Była wściekła, a jej furia spowodowała, że ożyły nabyte dawniej umiejętności.

Chłopcy zadarli dzisiaj z niewłaściwą osobą.

Gdy zdali sobie sprawę, kto wystąpił z tym żądaniem, wybuchnęli śmiechem.

– Naprawdę? – spytał szyderczym tonem najmocniej zbudowany. – A co zrobisz, jeśli nie przestaniemy?

– Powyrywam wam nogi z tyłków.

Starszy pan wydawał się oszołomiony.

– Nic się nie stało, moja droga – powiedział tonem dżentelmena usiłującego załagodzić konflikt.

To wzbudziło kolejne wybuchy histerycznego śmiechu młodych łobuzów. Jeden z nich spojrzał na nią drwiącym wzrokiem i po raz kolejny szturchnął swą ofiarę w sam środek klatki piersiowej.

– Nie, nie! – jęknął starszy pan drżącym z oburzenia głosem, wywołując rechot napastników.

Trinity chwyciła rękę muskularnego napastnika w chwili, gdy zamierzał ponownie szturchnąć starszego pana, a potem błyskawicznie powaliła go na plecy, boleśnie wykręcając mu ramię i mocno stawiając stopę na jego szyi.

Pozostali chuligani wybałuszyli oczy, widząc, jak ich herszt leży na ziemi, wydając gardłowy bełkot i wolną ręką kurczowo ściskając stopę Trinity. Upłynęła sekunda lub dwie, zanim jeden z nich naprężył się i ruszył do przodu. Trinity była gotowa. Sprawnie zadała mu solidny cios w splot słoneczny, obalając go na ziemię.

– Też chcesz oberwać? – spytała trzeciego chłopaka lodowatym tonem, unosząc brwi. – Natychmiast stąd zjeżdżaj! – warknęła, wykręcając rękę leżącego nastolatka, a potem zdjęła stopę z jego szyi. – Dzwonię po gliny – oznajmiła, wyciągając telefon z kieszeni.

Trzej młodzieńcy nie czekali; pospiesznie dali nogę.

Dopiero wtedy Trinity zdała sobie sprawę, jak szybko bije jej serce. Odruchowo odwróciła głowę w stronę Oscara, który wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami. Podbiegła do niego i podniosła go drżącymi rękami.

– Mamusiu, byłaś jak Supermanka – wyszeptał podnieconym tonem.

Trinity parsknęła śmiechem. Dzieciak spędził trzy czwarte życia w szpitalach i obejrzał wiele komiksów, a Superman był jego ulubieńcem.

– Chodźmy sprawdzić, czy nic się nie stało twojemu przyjacielowi – powiedziała.

Odwróciła głowę i zobaczyła, że mężczyzna się oddala. Że jest już na ulicy w pobliżu miejsca, w którym zaparkowała samochód. Szedł niepewnie, rozglądając się dokoła. Postawiła Oscara na ziemi i oboje ruszyli w jego stronę.

– Przepraszam! – zawołała, ale mężczyzna nie zareagował. – Przepraszam pana.

Starszy pan powoli się odwrócił. Jego twarz była pozbawiona wyrazu, dopóki nie dostrzegł Oscara.

– Czy nic się panu nie stało?

– Co? – spytał, mierzwiąc włosy chłopca. – Och, tak, dziękuję, moja droga. Tylko… – Rozejrzał się wokół, jakby nie poznawał otoczenia. – Nie mam pojęcia, po co tu przyszedłem.

Trinity zmarszczyła brwi, czując ukłucie niepokoju. Czyżby epizod z nastolatkami tak bardzo go zszokował? Fizycznie nie wyrządzili mu żadnej krzywdy, ale nie dziwiła się, że to przeżycie nim wstrząsnęło.

– To jest Mono Park – odparła, delikatnie kładąc rękę na jego ramieniu. – Przyszedł pan tu nakarmić kaczki.

Mężczyzna przez dłuższą chwilę wpatrywał się w staw.

– Aha. Naprawdę?

– Czy pan mieszka gdzieś w pobliżu?

Starszy pan zerknął na park i domy stojące po przeciwnej stronie ulicy.

– Chyba… tak – odrzekł, marszcząc brwi.

Trinity poważnie się zaniepokoiła. Nie wiedziała, czy nieznajomy przypadkiem nie ma zaburzeń pamięci, czy też wstrząsnęła nim konfrontacja z chuliganami. Przyszło jej do głowy, że może cierpi on na demencję albo oddalił się z jakiegoś domu opieki i po prostu zabłądził.

– Czy ma pan kogoś, do kogo mogłabym zadzwonić?

– O tak. – Twarz mu się rozpromieniła. – Wnuka, Reida Hamiltona.

– Okej – mruknęła, zachęcająco kiwając głową. – Czy zna pan jego numer?

– On pracuje w Allurze, w szpitalu dla kombatantów. – Uniósł dumnie głowę. – Jest lekarzem.

– Więc dobrze, znajdę ten numer.

Nie miała wcale pewności, że dobrze robi, dzwoniąc do szpitala i prosząc do telefonu Reida Hamiltona. Jeśli starszy pan ma demencję, jego informacja może nie być jest ścisła. Może powinna po prostu wezwać policję?

Ktoś podniósł słuchawkę i męskim głosem spytał, kto dzwoni, a potem poinformował ją, że doktor Hamilton przyjmuje pacjenta. Trinity odetchnęła z ulgą, słysząc, że jest na właściwym tropie.

– Chodzi o jego dziadka – powiedziała. – Błąka się po parku. Na pewno doktor chciałby się o tym dowiedzieć.

– Chwileczkę.

Trinity obdarzyła uśmiechem mężczyznę, który uważnie jej się przyglądał, pocierając swoje pokryte zmarszczkami czoło tak, jakby mogło to rozjaśnić jego myśli.

– Halo? Kto mówi?

Ostry głos rozmówcy zdawał się świadczyć o tym, że jest człowiekiem stanowczym, może nawet antypatycznym. Ale ona właśnie postanowiła, że nie będzie się bała gburowatych mężczyzn.

– Czy to Reid?

– Tak – odparł ostrym tonem.

– Nazywam się Trinity. Chyba spotkałam pana dziadka, zagubił się w parku Mono. Wydaje się nieco… – zniżyła głos, nie chcąc sprawić przykrości starszemu panu – zdezorientowany.

– A niech to szlag! – zaklął doktor. – Będę tam za piętnaście minut – dodał i odłożył słuchawkę.

Cichy warkot silnika motocykla zawsze wywoływał ciarki na plecach Trinity. Nie inaczej było teraz, kiedy, dokładnie piętnaście minut później wielki czarny motor zatrzymał się przy krawężniku nieopodal miejsca, w którym stali ona, Oscar i Edward. Starszy pan zażyczył sobie, by zwracała się do niego per „Eddie”.

– Oto i on – obwieścił Eddie z wyraźną ulgą.

Długonogi mężczyzna ubrany od stóp do głów w czarną skórę zsiadał z motocykla ze swobodą, która świadczyła o tym, że spędził na nim wiele godzin. Jego kask przypominał lśniącą czarną kopułę.

Mała rączka pociągnęła ją za spodnie, więc spojrzała w dół na synka, który wytrzeszczał oczy jeszcze bardziej niż wtedy, gdy widział, jak mama powala na ziemię dwóch muskularnych nastolatków.

– Mamusiu – wyszeptał. – To jest czarny Power Ranger.

Trinity omal nie wybuchnęła śmiechem, bo wystrojony w skóry nieznajomy istotnie przypominał bohatera komiksu. Ale to wrażenie minęło, gdy ściągnął rękawice i kask, a potem rozpiął kurtkę.

Reid Hamilton bardziej wyglądał na drwala niż na Supermana. A już z pewnością nie był podobny do żadnego ze znanych jej lekarzy. Miał duże niebieskie oczy, grzywę jasnych niesfornych włosów oraz starannie przyciętą gęstą brodę. Był wysoki i smukły tak jak jego dziadek, a Trinity ze zdumieniem dostrzegła tatuaże na grzbietach jego dłoni.

– Cześć, dziadku – zawołał z uśmiechem, idąc w stronę Eddiego. Gdy do niego podszedł, mocno go uścisnął i trzymał w ramionach przez dłuższą chwilę. Potem parę razy poklepał go po plecach, okazując męską czułość.

Cofnął się i zerknął na Trinity.

– Witam panią – powiedział.

Trinity, która gardziła wszystkim, co miało związek z brodami, tatuażami oraz motocyklami i w ciągu ostatnich pięciu lat nie doznała rozkoszy, teraz niemal ją przeżyła.

ROZDZIAŁ DRUGI

Przyprawiający o mdłości przypływ adrenaliny, który Reid czuł w drodze ze szpitala, ustąpił na widok dziadka. Eddie wyglądał na zadowolonego, że go widzi, i zrewanżował mu się bardzo silnym uściskiem. Wydawało się, że jest w dobrej formie.

Stało się jednak jasne, że trzeba zatrudnić kogoś, kto będzie się opiekował starszym panem albo przynajmniej miał go na oku. Zwłaszcza że po udanej rehabilitacji złamanej szyjki kości udowej Eddie stał się bardziej mobilny. To już trzeci raz, kiedy się zabłąkał. Reid miał nadzieję, że w sezonie rozgrywek w krykieta nic nie oderwie jego dziadka od telewizora.

Najwyraźniej się mylił.

– Ogromnie pani dziękuję za telefon – powiedział do kobiety, która stała, wpatrując się w niego z mieszanką niepokoju i niesmaku.

Zdążył już przywyknąć do takich spojrzeń. Wiele osób nie ufało wytatuowanym facetom na motocyklach. I niektóre z nich miały rację, ale on zwykle nie zwracał na to uwagi. W jej przypadku było inaczej.

Przewyższał ją o jakieś trzydzieści centymetrów, więc musiała mieć około metra sześćdziesięciu. Mocno ściskała rączkę chudego jasnowłosego chłopca, który zadarł głowę i patrzył na Reida szeroko otwartymi oczami.

– Nie ma sprawy – odparła Trinity chłodnym tonem, a jego wzrok przyciągnęły jej pełne zmysłowe usta. Usta kobiety z charakterem. – Jestem zadowolona, że to dobrze się skończyło. Bardzo się niepokoiłam…

– Naprawdę?

Chyba zdała sobie sprawę, że powiedziała za dużo, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą.

– Tak – przytaknęła krótko i defensywnie.

– Proszę pana, czy jest pan Supermanem?

Reid przesunął wzrok z kobiety na dziecko, które miało cichy, ale dźwięczny głos.

– Nie, przykro mi, chłopcze – odparł ze śmiechem. – Ale to jest mój ulubieniec. – Wyciągnął do chłopca zaciśniętą dłoń, a ten stuknął w nią swoją bladą wątłą piąstką.

– Mamusia zachowała się jak Superman, bo przepędziła facetów, którzy zaatakowali Eddiego – oznajmił chłopiec.

Jego słowa były dla Reida zaskoczeniem. Spojrzał uważniej na kobietę, która jeszcze przed minutą była dla niego kimś zupełnie obcym.

– Cicho, Oscar – skarciła synka, czerwieniąc się i potrząsając głową.

Instynkt, który utrzymywał Reida przy życiu na Bliskim Wschodzie podczas dwóch misji wojskowych, obudził jego czujność.

– Co się tutaj działo? – spytał, marszcząc czoło.

– Nic takiego – odparła lekceważącym tonem.

Reid spojrzał na dziadka, który uśmiechał się beztrosko. Najwyraźniej już nie pamiętał niedawnych wydarzeń.

– Było ich trzech i pchali Eddiego, a mamusia jednego rzuciła na ziemię…

Chłopiec wypuścił z dłoni rękę mamy, zaczął prychać i wymachiwać nogami, przewracając wyimaginowaną osobę, która stała przed nim.

– Później drugiemu zadała cios karate. – Zaczął ciąć powietrze, krzycząc „hai ya!” – A potem powiedziała im, żeby zjeżdżali, więc uciekli.

Słysząc tę opowieść, Reid zamrugał powiekami. Uwierzył w nią. Nie dlatego, że dzieciak był przekonujący, ale dlatego, że kobieta unikała jego wzroku.

– Naprawdę? – mruknął, unosząc brwi.

– To były tylko małolaty. Każdy postąpiłby tak samo.

Reid wiedział, że to nieprawda. Ponad dziesięć lat służby w wojsku nauczyło go, że większość ludzi zachowuje bierność. Ale to nie dotyczyło tej kobiety. Ona stanęła do walki z trzema chłopakami w obronie jego dziadka.

Spojrzał na nią uważnie. Nie była wcale potężna ani silna. Widząc delikatne zmarszczki pod jej oczami i na czole, doszedł do wniosku, że może mieć około trzydziestki. Nie sprawiała wrażenia osoby niebezpiecznej, zwłaszcza że jej twarzy nie powstydziłaby się żadna modelka na wybiegu.

Wydawała się tylko… zmęczona.

Ale on dostrzegł jej wewnętrzną odporność. Coś mu mówiło, że ma ona źródło w bolesnych doświadczeniach, a zawsze wierzył w to, co podpowiadał mu instynkt.

– Reid – powiedział, wyciągając do niej rękę.

Zanim uścisnęła jego dłoń, nieufnie jej się przyjrzała.

– Trinity.

– A ty masz na imię Oscar, tak? – spytał Reid, zwracając się do chłopca.

Oscar kiwnął potakująco głową i wyciągnął do niego rączkę. Reid uścisnął ją z uśmiechem.

– No cóż, Trinity, chyba jestem twoim dłużnikiem.

Spojrzała na niego swoimi piwnymi oczami ze złocistymi plamkami, przyciągając do siebie Oscara.

– Nic podobnego. Wszystko jest w porządku.

Reid zmarszczył brwi.

– A co byście powiedzieli, gdybym w rewanżu zaprosił was na lunch? – Spojrzał na zegarek. – Co ty na to, papciu? Czy jesteś głodny?

– Mógłbym zjeść niedźwiedzia – odparł Eddie. Zgiął palce rąk, udając pazury i cicho ryknął, chcąc rozbawić Oscara. Chłopiec zachichotał.

– Nie. – Potrząsnęła głową. – Naprawdę. Nie trzeba mi dziękować. Chodź, Oscar. – Ponownie sięgnęła po rączkę synka. – Pożegnaj się z Eddiem.

– Ojej, ale ja chciałbym z nim pójść i zjeść niedźwiedzia.

Chłopak sprawiał wrażenie kogoś, kto mógłby spałaszować ogromny posiłek. Ona również.

– Przykro mi, ale naprawdę musimy już iść. Mamy dzisiaj masę zajęć.

Brwi Oscara niemal zlały się z linią jego włosów. Był wyraźnie zaskoczony stwierdzeniem, że mają dzień pełen zajęć. Chłopiec jednak nie naciskał, tylko westchnął i powlókł się w stronę Eddiego.

– Do zobaczenia – powiedział pogodnym tonem, choć ramiona opadły mu z rezygnacją.

– Do zobaczenia – odparł starszy pan, wyciągając rękę i stukając w jego piąstkę.

Trinity pożegnała się pospiesznie, chcąc jak najszybciej umieścić synka na bezpiecznym miejscu z tyłu samochodu. Było to zapewne najstarsze auto, jakie Reid widział od dłuższego czasu. Pochodziło z czasów, kiedy produkowano samochody ciężkie, solidne i nie do zdarcia. Lakier był wyblakły i złuszczony na krawędziach, a w wielu miejscach rzucały się w oczy liszaje rdzy.

Zauważył, że był tu zaparkowany już poprzedniego dnia po południu, kiedy szedł z dziadkiem do baru Bondi na rybę z frytkami. Gdy wracali wieczorem, nadal tu stał. I rano również.

Na tej ulicy rzadko widywało się takie stare zdezelowane auta. Kiedy Trinity przypinała synka pasem, zajrzał do wnętrza i dostrzegł na tylnym siedzeniu czarne torby na śmieci. Fotel pasażera i miejsce na stopy były zawalone plastikowymi torbami. Wyglądało na to, że cały dobytek kobiety oraz dziecka znajduje się w tym samochodzie.

Reid poczuł dreszcz niepokoju. Zaczął podejrzewać, że sytuacja Trinity jest katastrofalna.

Ona się wyprostowała i zatrzasnęła tylne drzwi.

– Do widzenia – powiedziała z wyraźnie wymuszoną wesołością. Obdarzyła dziadka uśmiechem, a potem wśliznęła się na miejsce kierowcy i zamknęła drzwi.

Reid z trudem powstrzymał wybuch śmiechu. To zdarzyło się po raz pierwszy. Kobiety nie miały zwykle nic przeciwko spędzaniu czasu w jego towarzystwie. Nie zrażały ich nawet tatuaże. W istocie ostatnio przyciągały je jak magnes. A ta dziewczyna najwyraźniej chciała się z nim jak najszybciej rozstać.

Zanim zdołała odjechać, zastukał w okno. Rzuciła mu niecierpliwe spojrzenie, ale opuściła szybę.

– Gdybym mógł dla was coś zrobić… zadzwoń do mnie bez wahania – oznajmił, wręczając jej swoją wizytówkę.

Wzięła ją przez uprzejmość, lecz Reid nie miał wątpliwości, że przy pierwszej okazji ją wyrzuci. Znał Trinity od piętnastu minut, ale już to wiedział. Przypominała mu wiejskie kobiety, jakie spotykał w Afganistanie. Widział tylko ich oczy, ale dostrzegał w ich błysku niechęć i nieufność.

– Dziękuję – powiedziała i podniosła szybę.

Włożyła kluczyk do stacyjki i przekręciła go. Silnik nie zapalił. Jedynym dźwiękiem wydobywającym się spod maski samochodu było kliknięcie. Zaciśnięte na kierownicy palce kobiety zbielały. Ponownie przekręciła kluczyk. I jeszcze raz. I znowu.

Klik. Klik. Klik.

Odpięła pas i otworzyła drzwi.

– Niekiedy tak się dzieje – oznajmiła. Zanim wysiadła, podciągnęła dźwignię hamulca ręcznego. – To wina akumulatora.

Rozrusznik, uznał Reid. Majstrował w życiu przy wielu silnikach samochodów, motocykli i pojazdów wojskowych, więc znał odgłos zepsutego rozrusznika.

Trinity podeszła do maski, wsunęła pod nią palce i uniosła ciężką metalową pokrywę. Kiedy ją zabezpieczała, jej mięśnie napięły się pod ciężarem. Reid stanął obok niej. Silnik wyglądał równie staro jak karoseria. Był pokryty grubą warstwą nagromadzonego przez lata brudu zmieszanego ze smarem.

– To powinno wystarczyć – oznajmiła, dokręciwszy zaciski akumulatora, a potem wsiadła z powrotem do mazdy i spróbowała ponownie.

Klik.

Klik. Klik. Klik.

– Wygląda na rozrusznik – mruknął starszy pan.

Reid uśmiechnął się w duchu. Dziadek miał coraz gorszą pamięć, ale jego miłość do samochodów wciąż była świeża i żywa.

– Masz rację – przyznał, a potem podszedł do samochodu i zapukał w okno.

Jego właścicielka rzuciła mu gniewne spojrzenie, ale opuściła szybę.

– Wygląda na rozrusznik.

– Rozrusznik… – powtórzyła, a potem wydała z siebie ciężkie, pełne rezygnacji westchnienie.

Reid przykucnął przy drzwiach samochodu, szukając w myślach właściwych słów. Trinity sprawiała teraz wrażenie osaczonego zwierzęcia.

– Mam kumpla, który jest mechanikiem. Migiem to naprawi.

Przez kilka sekund rozważała jego propozycję.

– Wiesz, ile by to kosztowało?

Reid wzruszył ramionami.

– Kilkaset dolarów.

Zanim odwróciła wzrok, dostrzegł w jej oczach błysk przerażenia.

– Mogę za to zapłacić.

– Wykluczone – mruknęła, nerwowo potrząsając głową.

Reid uniósł ręce w pojednawczym geście.

– Posłuchaj mnie. Powiedziałem, że mam wobec ciebie dług wdzięczności i nie żartowałem. Pozwól mi to zrobić. W podzięce. Mogę natychmiast to załatwić, a potem odwieźć was do domu. – Rzucił okiem na Oscara, który siedział na tylnym fotelu tak spokojnie, jakby był przyzwyczajony do awarii. – A co ty o tym sądzisz, mały?

– My nie mamy domu.

– Oscar! – upomniała synka Trinity.

Reid to właśnie podejrzewał…

– Nie zwracaj na niego uwagi – powiedziała, wybuchając wymuszonym śmiechem. – Dzieciaki wygadują niebywałe rzeczy.

Reid nie miał pojęcia, dlaczego los zwalił mu dzisiaj na barki Trinity i jej syna. Musiał jednak dokonać wyboru. Mógł wziąć jej zapewnienie za dobrą monetę i odejść. Albo wkroczyć do akcji. Tak jak ona zrobiła wcześniej z jego dziadkiem.

Głęboko wierzył w przeznaczenie. Doszedł do wniosku, że skoro los postawił na jego drodze tę kobietę z dzieckiem, to musi w jakiś sposób jej pomóc. Jego praca polegała po części na wspieraniu bezdomnych weteranów. Dlaczego więc miałby odmówić wsparcia tej dwójce bezradnych nieznajomych?

– Zadzwonię do mojego zaprzyjaźnionego mechanika. On tu przyjedzie i zabierze twój samochód. Potem pójdziemy wszyscy do mnie i porozmawiamy…

– Och, nie – przerwała mu, wyzywająco podnosząc głowę.

– Trinity… – Nie miał pojęcia, dlaczego ta kobieta zagląda w zęby darowanemu koniowi. Ale założył, że osoba w jej sytuacji musi mieć wyostrzoną podejrzliwość. – Zaufaj mi. Mieszkam na końcu tej ulicy. W dużym białym domu, który stąd widać. – Wyciągnął rękę, a ona spojrzała we wskazanym przez niego kierunku. – To jest dom mojego dziadka. Mieszkamy razem. Prawda, papciu?

Starszy pan przytaknął ruchem głowy.

– To dobry chłopak. Bardzo się troszczy o swojego dziadka, naprawdę.

Trinity przesunęła wzrok z Reida na Eddiego i z powrotem na Reida.

– Posłuchaj… mówiąc szczerze, wyświadczylibyście mi przysługę – oznajmił, zmieniając taktykę. – Muszę wrócić do pracy na dwie godziny i nie będę w stanie załatwić na ten czas kogoś, kto zaopiekowałby się dziadkiem. Wiem, że już dużo dla niego zrobiłaś. Wiem też, że nie mam prawa prosić, ale gdybyście mogli się nim zająć do mojego powrotu, to kamień spadłby mi z serca.

Spojrzała na Eddiego i jej twarz nieco złagodniała.

– On jest całkowicie samodzielny – ciągnął Reid, choć na myśl o tym, że demencja mogła zrobić postępy, ścisnęło mu się serce. – Nie musisz nic z nim robić. On po prostu uwielbia towarzystwo. – Spojrzał na Oscara i serdecznie się uśmiechnął. – Co ty na to, mały? Chcesz pójść do mojego domu i spędzić trochę czasu z Eddiem? Mamy kota.

– Och, tak. – Oscar zaklaskał w ręce, podskakując na fotelu. – Mamusiu, możemy, proszę? Proszę? Proooszę.

Trinity zmiażdżyła Reida wzrokiem.

– To był nikczemny manewr – mruknęła i popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

Musiał przyznać, że jego chwyt był trochę podstępny. Zaproponował cukierka dziecku, chcąc wpłynąć w ten sposób na jego matkę.

– Posłuchaj, samochód pewnie zostanie naprawiony, zanim wrócę z pracy, więc będziecie mogli odjechać.

Opuściła nagle ramiona, a on zdał sobie sprawę, że wygrał. Narzucenie swojej woli kobiecie, która pewnie miała w życiu mały wybór, nie sprawiło mu wielkiej przyjemności. Lecz naprawdę chciał jej pomóc.

– Oczywiście, kochanie – powiedziała pogodnym tonem do synka, który rozpromienił się tak bardzo, jakby znalazł milion dolarów. Ale kiedy odwróciła głowę w stronę Reida, w jej oczach rozbłysły sztylety.

Gdyby wzrok mógł zabijać, byłby z pewnością martwy.

Tytuł oryginału: A Christmas Miracle

Pierwsze wydanie: Millis & Boon Limited, 2017

Redaktor serii: Ewa Godycka

© 2017 by Amy Andrewsa

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o. o., Warszawa 2018

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin (nazwa serii) są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327640222

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi S.A.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Uśmiech losu Na całość Jak oprzeć się pokusie Jedna noc Nocna rozmowa Czyste szaleństwo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy