Ja, królowa. Bona Sforza d'Aragona

Ja, królowa. Bona Sforza d'Aragona

Autorzy: Renata Czarnecka

Wydawnictwo: Książnica

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 19.90 zł

Kraków, pierwsza połowa XVI wieku. Król Zygmunt poślubia młodą włoską księżniczkę Bonę. Łączą się dynastie Jagiellonów i Sforzów.

Wiosną 1518 roku Bona Sforza zostaje koronowana na królową Polski. Dwudziestoczterolatka szybko zdobywa serce dwukrotnie od niej starszego Zygmunta. Wkrótce na świat przychodzą ich dzieci. To one, w zamyśle królowej, w przyszłości mają umocnić pozycję Jagiellonów w Europie. Jednak Bona, wykształcona i piękna, nie ogranicza się do roli potulnej małżonki i opiekuńczej matki. Przejmuje ster rządów w królestwie, a to przysparza jej wrogów. Na szczęście chroni ją miłość króla...

WROCŁAW 2018

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© RICHARD JENKINS

Koordynacja projektu

IZABELA MAGIERA

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

MAŁGORZATA GROCHOCKA

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-245-8354-6

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Dedykacja

1. Złote Królestwo

2. Trudne rozstania

3. Miłość pogrzebana w Bari

4. Córki nie są darem niebios

5. Tajne przymierza

6. Przeszłość jak trucizna

7. Pora siewu

8. Jego okrucieństwo nazywają Opatrznością

9. Matka i córka

10. Rozczarowania

11. Plotka najlepszą bronią

12. Tak daleko od Polski

13. Włoska żmija

14. Ostatni książę

15. Córki za syna

16. Zdrada uknuta potajemnie

17. Przestroga

18. Pora żniw

19. Śmierć osłodzi gorycz

20. Spełnione życzenie

21. Niespodziewany cios

22. Zła wróżba

23. Dzień żałoby

24. Śmierć w czerwieni

25. Igraszki z miłością

26. Panie złej sławy

27. Niech mówią, że to pożądanie

28. Szaleństwo, które wydaje się błahostką

29. Cień królowej

30. Wojna w Domu Jagiellonów

31. Królowa dziewic

32. Gryziogon

33. Demon i kielich miłości

34. Gorzkie żale są zwiastunem wesela

35. Wyścig do tronu królowej

36. Miłość w koleinach losu

37. W królestwie piekło, król oszalał!

38. Pomsta na Zdradziwiłłach!

39. Nabożna kurwa

40. Przepowiednia Wielkiego Ożoga

41. Wygnanie

42. Stos dla czarownicy!

43. Ja jestem twoim księżycem

44. Dzień świętej Łucji

45. Droga do piekła

46. Do świtu daleko

47. Święta Barbara

Posłowie

Przypisy

Moim Rodzicom

ROZDZIAŁ 1

ZŁOTE KRÓLESTWO

– Ma twarz anioła.

– I duszę diablicy.

– Król nie będzie miał łatwego życia.

Głosy dochodziły z tłumu, ściszone, ostrożne albo nazbyt śmiałe.

Młodzi dworzanie króla spoglądali na Bonę Sforzę, która klęczała przed ołtarzem na klęczniku wyścielonym purpurową poduszką. Równie chętnym okiem spozierali na jej damy dworu zerkające na boki, ubrane w jedwabne suknie błyszczące od klejnotów, z włosami skręconymi w loki.

– Świętoszki. Spójrzcie, jak łypią na nas oczami – rzekł Stanisław Maciejowski, młody sekretarz kanclerza Krzysztofa Szydłowieckiego. Nie był urodziwy, damy nie wodziły za nim zalotnymi spojrzeniami. Może dlatego nieraz odpłacał im chłodem, wiedząc, że w pojedynku o ich miłość zawsze przegra z młodszym bratem, Samuelem, który stał nieopodal, popatrywał na Włoszki i nie omieszkał dorzucić swoich trzech groszy:

– Niejedna z nich warta grzechu.

Samuel przeczesał palcami burzę szarych włosów i utkwił wzrok w jasnowłosej Dianie, której niebieskie źrenice błyszczały wesołością, a uśmiech tak go zniewolił, że nie mógł oderwać od niej oczu. Diana obejrzała się, spojrzała na niego i się uśmiechnęła.

– Święte dziewice – zakpił Stanisław Górski, dwudziestolatek, akademik krakowski, który najpierw służył na dworze biskupa Piotra Tomickiego, a teraz zasilił szeregi sekretarzy królewskich.

– Włoskie ladacznice – rzucił z pogardą Mikołaj Nipszyc, trzydziestoletni sekretarz króla.

– O królowej powiesz to samo, panie Nipszyc? – wtrącił Jan Koszyrski. – Jest Włoszką.

Spojrzeli na Mikołaja ciekawi, co odpowie. W jego oczach nie było ani krzty zawstydzenia, lecz buta zmieszana z pogardą.

– Powiem więcej! Mówią, że przywiozła z Italii luźną pochwę i truciznę.

Powiało grozą. Nikt nie poważyłby się na taki osąd, uznając go za plotkę niegodną chrześcijańskich ust. Nagle Mikołaj Nipszyc poczuł czyjeś ręce zaciskające się na jego ramieniu, odchylił w bok głowę i ujrzał wykrzywioną złością twarz Hannibala Lanckorońskiego, jednego z ulubionych młodych dworzan króla Zygmunta.

– Kto tak mówi? – wycedził Hannibal.

– Spokój, panowie – napomniał ich Jan Koszyrski. – Chcecie tutaj burdy? W katedrze? To profanacja!

Już zwrócono na nich uwagę. Powędrowały w ich stronę ciekawskie spojrzenia. Hannibal spasował, oswobodził sekretarza. Koszyrski wślizgnął się swym mikrym ciałem pomiędzy zwaśnionych i rzekł pojednawczo:

– Zresztą, o co kruszyć kopię?! Jutro noc poślubna. Zobaczymy, czy damy pokażą skrwawione prześcieradło.

– Rozejdźmy się! Patrzą na nas – napomniał ich Stanisław Górski i w tym momencie śpiew chóru runął na katedrę i zdusił ludzkie głosy. Wpatrywały się w nich pełne niepokoju oczy marszałka wielkiego koronnego Stanisława Chodeckiego i marszałka nadwornego Stanisława Jarockiego. Lepiej było nie kusić losu, zakłócenie porządku w miejscu pobytu króla groziło sądem marszałkowskim i nie kończyło się dobrze dla tych, którzy wszczynali burdy.

Ktoś ujął Bonę pod łokcie i uniósł. Zerknęła na boki. To Prosper Colonna, weteran wojen włoskich, oraz Kazimierz Hohenzollern, margrabia Brandenburgii, pomogli królowej wstać i poprowadzili ją do tronu. Za królową podążyły jej damy dworu. Bona, w koronie królowych lśniącej od rubinów, szmaragdów i pereł, weszła na stopnie i zajęła miejsce na tronie, przy królu. Setki oczu wpatrywały się w monarchinię. Pośród dostojników koronnych i litewskich natknęła się na spojrzenie księżnej Anny z Radziwiłłów, butnej pani na Mazowszu, rodzicielki piastowskich książąt, Janusza i Stanisława, którzy niczym pisklęta tkwili pod jej skrzydłami. Jej troska była jak lodowaty wicher smagający ich dorodne sylwetki. Unikali jej spojrzeń w obawie, że przeniknie ich myśli i dostrzeże w młodzieńczych oczach tlącą się iskrę buntu i wolnej woli. Obok księżnej stały córki: Anna i Zofia. Obie smutne i wylęknione. Nagle powiew targnął płomieniami świec, przetoczył się przez katedrę i Bona poczuła dochodzący z pobliża zapach świeżej żywicy i wilgotnego mchu. Instynktownie zwróciła w bok głowę, szukając tego, kto tę woń roztaczał. Patrzył na nią tak przenikliwie, że poczuła się naga pod jego spojrzeniami, a jednak nie chciała oddać mu pola. Jej oczy nie uciekły płochliwie, nie spoczęły na świętych obrazach. Tymczasem kanclerz Krzysztof Szydłowiecki, równolatek króla, również nie zamierzał uciekać jak spłoszony ptak. Bona prześlizgnęła się wzrokiem po jego sylwetce. Bogate szaty, w jakie był odziany, dodawały splendoru jego postaci, a posępny wyraz oczu przyprawiał o drżenie serca. Co się kryje pod tymi spojrzeniami, powściągliwymi gestami, jakie myśli zaprzątają głowę kanclerza, którego król ma za przyjaciela, teraz, gdy patrzy na żonę swego pana i swoją królową? Bona poczuła ciepły uścisk dłoni króla. Jego uśmiech miał jej dodać odwagi. Wyczytała to w jego oczach. Ale nie lękała się niczego. Przybyła do tego odległego kraju, by tutaj władać, by wespół z małżonkiem rządzić ogromnym królestwem. Cofnęła się pamięcią do trudnej i długiej podróży do Polski. Dni w deszczu i śniegu, lodowaty wicher przewiewający do szpiku kości nadwątliły jej siły. Oblodzone stoki Alp lśniły w zdradliwym słońcu. Przeprawa przez górskie przełęcze i rozwścieczone górskie potoki omal nie pochłonęła kilku istnień. Królowa i jej damy jechały na mułach, których kopyta ślizgały się po mokrych skalnych traktach albo grzęzły w błocie. Po miesiącach podróży ujrzano Wiedeń, potem Śląsk, gdzie na królową od wielu dni oczekiwali tamtejsi książęta, by odprowadzić ją do Krakowa. Z biegiem dni słońce świeciło coraz mocniej. Bona i jej damy grzały się w jego cieple. Wreszcie postawiła stopę na polskiej ziemi. Zadziwił ją ten olbrzymi kraj. Przemierzając Śląsk i Małopolskę, mijała miasta porozrzucane na olbrzymich połaciach ziemi, słabo zaludnione, jakże inne od miast italskich. Zachwyciły ją lasy ciągnące się w nieskończoność, bezkresne łąki i pola. Jeszcze nie doświadczyła przenikliwego chłodu mroźnych zim i nie posmakowała cierpkich owoców tej ziemi. Czuła, że to jest jej królestwo.

Po koronacji, przy biciu w dzwony, tłum wysypał się z katedry i podążył na zamek. Wypełnił wielką komnatę jadalną, której ściany obito złocistym jedwabiem, i obległ stoły. Służba wniosła dziczyznę, wszelakie dzikie ptactwo ozdobione piórami, ciasta oblane marcepanem i donosiła beczki wina. Dygnitarze koronni wznieśli toasty za królową, popatrując na Bonę i siedzące przy osobnym stole damy jej dworu. Wawel dawno nie był tak radosny jak w tych kwietniowych dniach. Wieczorem królowa wróciła do komnat. Damy dworu obsiadły ją i plotkowały z królową o polskich dworzanach. Pora była już późna, więc Ivetta Brognolo, baronowa Militello, odesłała damy dworu do łóżek. Bona musiała wypocząć przed kolejnym dniem. Nazajutrz ucztowano i tańczono skoczne tańce, a gdy zapadł zmierzch, królowa była już w alkierzu i przygotowywała się do nocy poślubnej. Stanęła przy kominku, czując buchające od niego ciepło. Ubrana w nocną koszulę suszyła włosy przy ogniu. Podążała wzrokiem za damami dworu, które krzątały się po komnacie. Diana di Cordona, Beatrycze Roselli i Lukrecja Alifio chowały garderobę królowej do skrzyń. Izabela Aragońska zadbała, by do Polski towarzyszyły córce damy z możnych włoskich familii. Żadna z nich nie miała osiemnastu lat. Te spokojne chwile poprzedzające nadejście króla wywołały w Bonie wspomnienia. Gdy opadła euforia związana ze ślubem per procura w Neapolu i wyruszono w długą i trudną drogę do Polski, rozterki coraz natarczywiej oplatały jej myśli, dziesiątki pytań cisnęły się na usta, a niepokój napełnił serce po brzegi. Poślubiła starca. Oczami wyobraźni widziała siebie przy stękającym królu, którego będzie musiała zadowolić w łożu, i jeśli nie stanie się brzemienna, będzie to jej wina. W chorobie będzie go opatrywać, wysłuchiwać jego modlitw, żalów i skarg, znosić jego złe humory i dzień po dniu kroczyć drogą poświęcenia i wyrzeczeń, którym śmierć położy kres.

Tymczasem los sprawił jej miłą niespodziankę. Zamiast gnuśnego starca ujrzała postawnego, pełnego wigoru mężczyznę, o wyprostowanej sylwetce. Powaga na jego obliczu brała górę jedynie w chwilach podniosłych, przy stole i w tańcu dawał upust energicznej naturze, ożywiał się w rozmowie, zarażał wesołością. Mogłaby powiedzieć, że spotkało ją szczęście. Brzdęk szkła, bardzo delikatny, zwrócił jej uwagę na stolik, przy którym skupiły się Polki. Bona nie wiedziała, co jest przyczyną takiego zgromadzenia, ale wkrótce to odkryła. Polki układały na stoliku grzebienie do czesania, wałki do włosów, złote szpilki chowały do szkatuł. Z zaciekawieniem spoglądały na flakony perfum i popatrywały dyskretnie na królową. Udawała, że niczego nie zauważyła całkowicie pochłonięta suszeniem włosów.

– Chyba nie widziały na oczy pomad i pachnideł – rzekła Bona po włosku do baronowej Militello. Ivetta, od lat wdowa, licząca sobie ponad trzydzieści lat, wydawała się księżnej Izabeli odpowiednią osobą na stanowisko matrony. Bona miała w pamięci obraz baronowej oddającej się igraszkom w Neapolu podczas uczty i ilekroć na nią spoglądała, ów obraz stawał jej przed oczami. Ale od tamtego dnia minęło wiele lat. Ivetta nie jest już tą samą kobietą, choć jej uroda nadal budzi podziw. Jednak na twarzy ma powagę, tylko w oczach coraz drga ta co dawniej wesołość, której zapewne nie zgasi nawet sędziwa starość. Baronowa poprawiła poduszki na zydlach ustawionych wokół łoża, by towarzyszący królowi dworzanie mogli na nich spocząć. Na uwagę królowej Ivetta z wyrozumiałością spojrzała na polskie damy i się uśmiechnęła. Tymczasem one już nie zwracały uwagi ani na królową, ani na jej matronę, zbyt zajęte skarbami, które monarchini przywiozła ze sobą z Italii. Roiło się tam od słoiczków z pomadami do ust, pudrami, henną, za pomocą której Bona nadawała włosom złocisty, lekko rudawy kolor. Perfumy w szklanych flakonach wykonanych przez rzemieślników z Murano, zdobionych złotem przez najlepszych florenckich jubilerów, przyciągały pożądliwe spojrzenia dam. Bona ruszyła do stolika. Jej kroki poniosły się po komnacie. Damy rozpierzchły się jak wróble spłoszone nagłą obecnością kota.

– Portio! Podaj mi puzdro z pomadą – rzekła królowa do karlicy.

Portia, która tkwiła przy komodzie, nieustannie coś układając w szufladach, wysunęła jedną i wyjęła białe puzdro, po czym ochoczo podbiegła do królowej. Bona zdjęła nakrętkę, zanurzyła palec, po czym przeciągnęła nim po wargach. Pomada nadała ustom karminowy kolor. Urszula Maciejowska, młodsza siostra Stanisława i Samuela, bladolica rudowłosa piękność, uśmiechnęła się, a jej błękitne oczy rozbłysły zachwytem.

– Chcę podobać się królowi – powiedziała Bona. – Tej nocy i każdej kolejnej. Chcę, by nie miał innej kobiety, zrobię wszystko, by kochał tylko mnie.

Urszula szeroko otworzyła oczy, obserwowała wargi królowej, pragnąc zrozumieć jej słowa, i powtórzyła po włosku to, co zdołała zapamiętać:

– Voglio piacere al re[1].

Twarz Bony ochłodła i w tym momencie uśmiech zniknął z oblicza Urszuli. Przeraziła się, że palnęła jakieś głupstwo.

Bona, obróciwszy wszystko w żart, rzekła z uśmiechem do baronowej:

– Szybko się uczy. Trzeba na nią uważać.

Sięgnęła po szklany flakonik ze złotym korkiem, który chwilę wcześniej wzbudził wielkie zainteresowanie Anny Górki, filigranowej szatynki podobnej do matki, Katarzyny, która sprawowała urząd ochmistrzyni dworu królowej i jako jedyna jej dama dworu znała włoski. Bona wyjęła korek, który zawisł na złotym łańcuszku przytwierdzonym do flakonu, i ujęła dłoń Anny. Dziewczyna spojrzała na nią z zaciekawieniem.

– Perfumy – powiedziała królowa i uśmiechając się, wylała kilka kropel na rękaw jej sukni u nadgarstka.

Anna przytknęła dłoń do nosa, zapach ją oszołomił.

– Prezent od Lukrecji Borgii – rzekła królowa.

Bona nie dostrzegła iskry lęku, jaka nagle rozpaliła się w źrenicach dziewczyny na wspomnienie Lukrecji Borgii, gdyż jej uwagę zwrócił głos pani Górki, która weszła, by oznajmić, że król już się zbliża.

– Kto jest z królem? – spytała Bona.

– Margrabia Brandenburgii, ksiądz Dantyszek, marszałek Jarocki...

– A moi krajanie? – Bona wpadła jej w słowo.

– Również, pani.

– Kto? – dopytywała się.

– Signor Alifio, signor Colonna, kardynał d’Este...

– Ach. – Z ust Bony wyrwało się ciężkie westchnienie, którego przyczyny ochmistrzyni nie zrozumiała. – Wuj w żartach bywa nieznośny – oświadczyła, obawiając się jego towarzystwa.

– Nie posunie się za daleko – uspokoiła ją baronowa.

Pukanie przerwało rozmowy. Damy półkolem otoczyły królową. Katarzyna Górka poszła otworzyć. Rozwarły się drzwi i w półmroku antykamery błysnęło kilka par ciekawskich oczu zaglądających do środka. Naraz zamigotało białe światło lampionu kołyszącego się w rękach pazia przystrojonego w srebrzysty kaftan. Chłopiec ukłonił się królowej i odstąpił na bok. Dopiero wtedy Bona ujrzała sylwetkę króla wyłaniającą się z ciemności. Przyszedł do niej jedynie w kaftanie, spod którego wystawała biała jedwabna koszula, i w krótkich watowanych spodniach podkreślających muskularne uda. Lekkość ubioru i rozrzucone na ramionach włosy odjęły mu lat. Zatrzymał się i przypatrywał królowej.

Bona prześlizgnęła się wzrokiem po postaci męża od stóp do głów, a widząc na jego stopach wielkie krowie pyski[2], uśmiechnęła się, ledwo tłumiąc rozbawienie. Jego długie szczupłe łydki wyglądały w nich zabawnie. Zygmunt spojrzał w dół, też się roześmiał i rzekł:

– Następnym razem przyjdę w niedźwiedzich łapach[3], by ujrzeć cię tak rozweseloną jak w tej chwili, pani.

Bona się uśmiechnęła, ale gdy ujrzała wychylającego się zza pleców Zygmunta kardynała Hipolita d’Este, jej twarz natychmiast spoważniała. Wysunął się na bok i rzekł do monarchy:

– Wasza wysokość, za sprawą tej oto dziewicy czeka cię wiele rozkoszy, lecz ty, pani – napomniał Bonę – pamiętaj, by wziąć tyle samo.

Kardynał puścił oko do krewniaczki. Bona się speszyła. Dostrzegła na ustach króla pocieszający uśmiech. Po chwili ukłoniła się małżonkowi i odstąpiła na bok, robiąc mu wolną drogę do komnaty. Ruszył śmiało. Dopiero wtedy do pokoju wtargnęła jego świta. Dworzanie oddali Bonie pokłon i czekali, aż podąży za królem. Królowa zajęła miejsce po jednej stronie łoża zasłanego brokatową pościelą. Damy dworu otoczyły ją półkolem, przysiadając na zydlach. Król usiadł po drugiej stronie łoża, dworzanie zajęli miejsca na krzesłach, a młodzież stała oparta o kolumny podtrzymujące sklepienie komnaty. Rozbrzmiała lutnia w rękach Lukrecji Alifio i zrobiło się wesoło. Tylko kanclerz Szydłowiecki zdawał się nie podzielać tej radosnej atmosfery. Bona uważała, że z natury jest mrukiem, i dziwiła się, że dochrapał się tak wysokiego urzędu u boku króla. Baronowa Militello dała znak, by paziowie wnieśli kandyzowane owoce, słodkie daktyle i małmazję w kielichach. Zygmunt podał kielich królowej. Małmazja chlusnęła z barwionych czar w toaście na cześć króla i królowej. Bona zanurzyła usta w winie. Trunek uderzył jej do głowy, rozpalił policzki i rozgrzał skórę. Zapach piżma zmieszał się z zapachem lawendowego olejku, którym nasączono knoty świec. W powietrzu unosiła się woń miłości i pożądania. Rozległy się szepty pomiędzy damami dworu i królową, jakieś żarty pośród dworzan króla, śmiechy, wesołość. Hipolit d’Este skinął na pazia. Chłopiec pochylił się z tacą, a wtedy usta kardynała otarły się o jego policzek. Duchowny sięgnął po kielich i posłał paziowi pożądliwe spojrzenie. Mijały kwadranse wesołej zabawy, z czasem dworzan zaczęło ubywać, zniknęli paziowie. Kardynał z przykrością stwierdził, że został sam, więc pora się wynosić. Z nieskrywanym żalem odstawił kielich na stolik. Pokłonił się królowej, wyprostował i zerkając na Zygmunta, szepnął jej do ucha:

– Zazdroszczę mu.

Kardynał wyszedł. Zostali sami. W milczeniu popatrywali na siebie.

– Co ci powiedział? – odezwał się wreszcie Zygmunt. – Kardynał...

W pierwszej chwili królowa zamierzała zbyć go jakimś niewinnym kłamstwem, lecz przypomniała sobie, że przecież wczoraj przyjęła komunię świętą i nie chciała skalać duszy choćby najlżejszym łgarstwem.

– Nic ważnego – powiedziała wymijająco, zbliżając się do króla.

– Zapewne macie z wujem swoje tajemnice – rzekł żartobliwie.

– Żadnych, panie – zapewniła z powagą.

Tym pytaniem wzbudził w niej popłoch i lęk. Czyż jego słowa nie sugerują jakichś rodzinnych konszachtów i spisków za jego plecami? To na starcie nie rokowałoby dobrych stosunków między małżonkami.

Król uśmiechnął się, nie przywiązując najmniejszej wagi do tego, o czym przed chwilą rozprawiali. Omiótł żonę wzrokiem. Z rozpuszczonymi włosami, bez ciężkich sukien i klejnotów, w zwiewnej koszuli ozdobionej perłami i haftem, jakże była daleka od tej, którą poślubił. Podobała mu się jeszcze bardziej niż tam, w katedrze. Ujął jej dłoń i przyciągnął do siebie. Położyła głowę na poduszce, włosy rozsypały się w nieładzie i ujrzała nad sobą rozpromienioną twarz Zygmunta, a w jego oczach pożądanie. Poczuła na ustach jego gorące pocałunki. Zamknęła oczy. Pod powiekami zamajaczyła twarz jej pierwszej miłości – Hektora Pignatellego.

O poranku do alkierza królowej wślizgnęły się cicho damy dworu. Bona już nie spała. Król niedawno od niej wyszedł. Jeszcze czuła ciepło pościeli, w której spał, a nozdrza wypełniał zapach korzeni, którymi pachniała jego skóra.

– Wejdźcie – zachęciła damy i odrzuciła pierzynę, by oddać się w ich ręce. Poczuła chłód. Nie cierpiała porannego ubierania, gdy w piecach dawno wygasło i komnata była wyziębiona, tym bardziej dzisiejszego poranka, kiedy chwytała wymowne spojrzenia dam dworu oraz ich tajemnicze uśmiechy. Wiedziała, co im chodzi po głowie, o co chciałyby spytać. Dobrze, że milczą – mówiły jej oczy. A gdyby spytały? Co by im odpowiedziała? Że tej nocy po raz drugi pękło jej serce, choć król wyszedł od niej zadowolony i jeszcze bardziej w niej rozkochany? Ona wie, że miłości do małżonka będzie musiała uczyć się każdego dnia i każdej nocy, rok po roku, i może kiedyś go pokocha. Na pewno nie taką miłością, jaką kochała Pignatellego.

Dotyk chłodnych rąk baronowej wyrwał królową z zamyślenia. Ivetta zapięła naszyjnik z szafirów na szyi Bony, pochyliła się ku niej i szepnęła jej do ucha:

– Teraz będzie już łatwiej.

Królowa ujrzała w lustrze jej pocieszający uśmiech i wymowne spojrzenie. Odpowiedziała uśmiechem bardziej wymuszonym niż radosnym. Baronowa wycofała się, ustępując miejsca ochmistrzyni, Katarzynie Górce, po czym skinęła na Reginę Kościelską. Dziewczyna podała matronie nakrycie głowy. Brudna zieleń nie pasowała do niebieskich oczu mediolańskiej księżniczki, więc pani Górka oddała Reginie kapelusz i wzięła od niej niebieski, ze strusimi piórami. Przed oczyma Bony przemknęła twarz dziewczyny. Królowa uśmiechnęła się i rzekła po włosku:

– Jest piękna. Po kim wzięła urodę?

Katarzyna pochwyciła spojrzenie królowej, które powędrowało za damą dworu. A jednak zdało się Bonie, że ochmistrzyni nie wie, o kim ona mówi.

– Signorina Regina – dodała królowa i dostrzegła zmieszanie w oczach pani Górki. – Widziałam jej matkę, lecz nie jest ona tak wielkiej urody jak córka. Zatem musi być podobna do ojca. Jak dawno umarł?

Katarzyna włożyła na głowę Bony kapelusz i pochyliwszy się dyskretnie do jej ucha, powiedziała cicho:

– Nie powiedziano wam prawdy, najjaśniejsza pani.

– Prawdy? – Słowa ochmistrzyni rozbawiły Bonę, która spytała: – A jaka jest ta prawda?

– To król jest ojcem Reginy.

Z twarzy Bony zniknął beztroski uśmiech. Królowa milczała, czuła na sobie natarczywe spojrzenie pani Górki, ale gdy na nią spojrzała, ochmistrzyni uciekła wzrokiem. Bona przygryzła wargi. Nikt nie powiedział jej prawdy, zapewne uznając, że to nie ma znaczenia. Nikt nie liczył się z jej uczuciami. Ona zaś, zgadzając się na małżeństwo z polskim królem, nie pytała, nawet jej przez głowę nie przemknęło, że król ma dzieci z nieprawego łoża.

– Niech wyjdą. Wszyscy! – rozkazała Bona. Pani Górka skinieniem odesłała damy dworu. – To jedyny bękart króla? – spytała, gdy zostały same.

– Nie, pani.

Zapadła cisza.

– Kto jeszcze? – odezwała się Bona po dłuższej chwili. Jej głos drżał lekko, serce nie było gotowe na kolejny cios. A jednak chciała znać całą prawdę.

– Katarzyna, siostra Reginy, i ich brat Jan z Książąt Litewskich. Wszyscy z jednej matki. Jan, kanonik krakowski, dotąd nie przyjął święceń. Zwleka...

– Dlaczego?

– Król liczy na to, że uda się wyswatać Jana z którąś z mazowieckich księżniczek.

– Mazowsze miałoby się dostać bękartowi? – Bona nie kryła oburzenia.

– Pani, żyją przecież książęta mazowieccy, Janusz i Stanisław, a Jan jest z nieprawego łoża.

Bona się zamyśliła. Zapamiętała panią Kościelecką, która wraz z innymi damami, między innymi z kanclerzową Zofią Szydłowiecką, witała ją pod Krakowem. Teraz w duszy królowej zakiełkował niepokój. Więź, jaka połączyła kochankę z królem, zdała jej się niebezpieczna, lecz za silniejszą i bardziej niebezpieczną uznała nić wiążącą ojca z dziećmi, to krew z krwi. Jak pozbyć się syna, którego strzeże czujne królewskie oko, a ojcowska troskliwość nie pozwoli, by stała mu się krzywda? I czy ten syn nie stanie się kiedyś zawadą na drodze do władzy?

– To żadna przeszkoda. Czyż w Italii bękarty nie zasiadają na tronach królestw i księstw? – odezwała się wreszcie.

– Tak, pani, w Italii, ale nie tutaj – odparła zdecydowanie Katarzyna Górka.

Jednak słowa ochmistrzyni nie uspokoiły królowej. Bona wiedziała, że najpewniejszym sposobem pozbycia się bękartów jest sakrament małżeństwa albo kapłaństwa.

Królowa przejrzała się w lustrze. Ubrana w niebieską suknię szamerowaną grubymi pasami złotogłowiu, w naszyjniku, który dodawał blasku jej postaci, przeszła do sąsiedniej komnaty, gdzie oczekiwał podskarbi Mikołaj Szydłowiecki. Za nią podążyły damy dworu. Przestąpiwszy próg, ujrzała kłaniającego się jej czterdziestolatka w długim płaszczu bramowanym futrem gronostajowym. Za podskarbim stało kilku paziów z wielkimi szkatułami. Szydłowiecki prześlizgnął się wzrokiem po królowej, po czym zbliżył się i przemówił po łacinie, deklamując wiersz na cześć monarchini, w którym wychwalał jej cnoty i urodę. Bona z uwagą wysłuchała oracji. Odkąd znalazła się na polskiej ziemi, w każdym mieście witano ją długimi przemowami. Uzbroiła się w cierpliwość, traktując to jako obowiązkowy, choć nużący rytuał. Damy dworu znudzone popatrywały na podskarbiego, dyskretnie ziewając, ale wyraźnie się ożywiły, gdy paziowie otwarli przed królową szkatuły pełne biżuterii zdobionej rubinami, perłami i diamentami. Bona zaciekawiona spojrzała do szkatuł i podziękowała za hojność. Nie były to wszystkie podarunki od króla. Na znak podskarbiego kilku młodych dworzan wniosło grube bele tkanin. Królowa ujrzała kosmaty złotogłów, aksamit przetykany złotem i najcieńsze jedwabie. Zachwyciła się. Gdy podskarbi wyszedł, aby przekazać królowi Zygmuntowi podziękowania od królowej, Bona pozwoliła damom dworu obejrzeć podarki.

– Król jest bardzo hojny – orzekła baronowa, obserwując dziewczęta rozwijające materiały i delikatnie muskające palcami ich powierzchnie.

– To prawda – zgodziła się Bona i powiedziała z uśmiechem: – Ale czyż w zamian nie wziął o wiele więcej?

– Jego wysokość wziął to, czego nie można już zwrócić – przyznała Ivetta.

Nagle od strony drzwi rozległ się piskliwy dziecięcy głos:

– Mama! Mama!

Bona odwróciła się i ujrzała biegnącą w jej stronę trzyletnią królewnę Annę. W oczach królowej błysnęło zdziwienie, zrozumiała bowiem, że dziewczynka wzięła ją za swoją matkę. Anna stanęła przed macochą, a wtedy Bona pochyliła się nad nią i rzekła zakłopotana:

– Non sono tua madre[4].

Dziewczynka nic nie zrozumiała, ale jej twarz rozjaśnił wesoły uśmiech.

– Wybacz, najjaśniejsza pani – rzekła zażenowana tą sytuacją ochmistrzyni dworu królewien, pani Komorowska, i kategorycznie przywołała królewnę do siebie. Anna nie posłuchała. Uczepiła się sukni macochy i wspięła na palce. Patrząc na Bonę błagalnym wzrokiem, prosiła:

– Weź mnie na ręce, weź.

Królowa zrozumiała te wyciągnięte w błagalnym geście ramiona i się zawahała. W końcu podniosła dziewczynkę. Anna oplotła szyję macochy ramionami, przypatrywała jej się uważnie, po czym ujęła w drobne palce szafiry nanizane na złoty łańcuszek i powiedziała do królowej:

– Jesteś ładna i dobra.

Bona wymownie spojrzała na panią Górkę.

– Królewna polubiła waszą wysokość – rzekła ochmistrzyni.

– Co powiedziała? Dosłownie – dopytywała się.

– Jesteś ładna i dobra.

Bona roześmiała się, skierowała oczy na dziecko i powtórzyła nie bez trudu po polsku:

– Ładna i dobra.

Bona ucałowała policzek Anny, a gdy spojrzała w dal, dostrzegła wlepione w nią oczy sześcioletniej Jadwigi. Królowa przeszła dalej, postawiła Annę obok siebie i spojrzała na Jadwigę.

– Pamiętasz swoją matkę, Barbarę z Zapolyów? – spytała.

Ochmistrzyni przetłumaczyła jej pytanie. Królowa widziała, jak oczy Jadwigi przeskakują to na panią Górkę, to znowu na nią. Na wspomnienie matki twarz królewny się ożywiła, ale nagle w jej źrenicach błysnęła czujność.

– Nie, macocho – odparła.

Bona poczuła chłód tego słowa. Widziała powagę na twarzy dziecka zamkniętego w skorupie etykiety. Pragnęłaby stać się jej bliższa, lecz wzrok Jadwigi wyraźnie wytyczał granicę. Oczy ostrzegały, by jej nie przekraczać, a jednak Bona zaryzykowała. Pochyliła się nad dziewczynką i pogładziwszy ją po głowie, powiedziała:

– Mówią, że jesteś do niej podobna.

Jadwiga cofnęła głowę. Królowa zrozumiała ten gest. Wycofała się i uśmiechnęła do pasierbicy, starając się zatrzeć zakłopotanie, po czym zwróciła się do Katarzyny Górki:

– Każ zabrać królewny.

Pani Komorowska chwyciła dłoń Anny i skłoniła się królowej. To samo uczyniła królewna, po czym skierowały się do korytarza. Jadwiga podążyła za ochmistrzynią i po chwili zrównała się z Anną. W progu młodsza królewna odwróciła się, posłała Bonie radosny uśmiech i pomachała jej ręką na pożegnanie. Naraz z antykamery dobiegły dziecięce głosy.

– To nie jest nasza matka. Mów do królowej macocho – instruowała Jadwiga.

– Dlaczego? – spytała piskliwym głosem Anna.

– Bo tak wypada.

[...]

Przypisy

[1] Chcę się podobać królowi (wł.).

[2] Obuwie męskie.

[3] Gra słów.

[4] Nie jestem twoją matką (wł.).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ja, królowa. Bona Sforza d'Aragona Madonny z Bari. Matka i córka - księżna Mediolanu i królowa Bona Księżna Mediolanu. Dzieje Izabeli Aragońskiej, matki królowej Bony 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Turniej cieni Moja piątka z Cambridge