Alkoholowe dzieje Polski. Czasy Wielkiej Wojny i II Rzeczpospolitej

Alkoholowe dzieje Polski. Czasy Wielkiej Wojny i II Rzeczpospolitej

Autorzy: Jerzy Besala

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 34.90 zł

Wśród świstu kul i w gwarze kawiarni - alkoholowe dzieje Polski od Wielkiej Wojny po wrzesień 1939 roku.

Po trudach wojennych Legionów, powstaniach i zwycięskiej walce z bolszewikami w 1920 roku Polska odzyskała i ugruntowała swą niepodległość. Odrodziła się jako II Rzeczpospolita, a radość, podniecana potężnymi dawkami alkoholu, była widoczna szczególnie w miastach. Uwidoczniło się to między innymi w rozkwicie dancingów z grającymi głośno jazzbandami, gdzie bawiono się do upadłego w restauracjach i kawiarniach. Nie wszyscy jednak korzystali z tych dobrodziejstw. Mit II Rzeczypospolitej jako oazy szczęścia ugruntowały elity, a nie szary człowiek borykający się z trudami codziennego życia.

Jerzy Besala plastycznie opisuje wszelkie wątki alkoholowe z tych czasów wśród różnych klas, warstw i grup społecznych: od wojska, społeczeństwa miejskiego i wiejskiego poczynając, na elitach dyplomatycznych i artystycznych kończąc. I znów – jak zwykle przy okazji alkoholowych opowieści i losów ludzi uwikłanych w pijaństwo i alkoholizm – dramat i tragedia przeplatają się z komizmem sytuacyjnym.

Jerzy Besala

Alkoholowe dzieje Polski. Czasy Wielkiej Wojny i II Rzeczypospolitej

ISBN

Copyright © Jerzy Besala, 2018

All rights reserved

Redaktor

Marta Dobrecka

Recenzent naukowy

prof. dr hab. Włodzimierz Borodziej

Projekt okładki

Paulina Radomska-Skierkowska

Na okładce wykorzystano reprodukcje:

Fotografia ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego przedstawiająca grupę uczestników balu sylwestrowego w teatrze Morskie Oko w Warszawie 1930 roku, widoczni aktorzy to Zula Pogorzelska (pierwsza z lewej), Janina Sokołowska i Władysław Walter (drugi z lewej) oraz Eugeniusz Bodo Maurice de Vlaminck, Martwa natura z książkami, butelkami i dzbanem (grzbiet, wykorzystano fragment obrazu)

Opracowanie graficzne i techniczne

Przemysław Kida

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wprowadzenie

I. Wielka Wojna Wielka prohibicja z przeciekami 1. W wasze ręce, kumie

2. „Dobry pijak jest dobrym robotnikiem”

3. „Czy Kościuszkę dreszcz w grobie nie przeszywa?”

4. Wodku w kanawu!

5. Kozacka oskoma

6. Rosjanie we Lwowie

7. W c.k. monarchii i armii

8. „Niemcy to ludzkie potwory bez serc!”

9. Przemyt i prosit

10. Piwo w cukierni

11. „Wypaliłsia z wierzchu gadość, a zostajesia czysty spiryt”

Legiony to... 1. „Statut »Strzelca« zabrania picia napojów wyskokowych”

2. Kariera rumianku

3. Beczka rumu na Pantyrpassie

4. Per Baccho na Węgrzech

5. „Dać mu rumu!”

6. Rozrywki i ligawki

7. Samogon czekoladowy, czyli uroczystości

8. Zakrapiane amory

9. Samostrzały i morfina

10. Trepy i treny

11. „Uff... Paskudny katzenjammer przechodzą dzisiaj Legiony”

12. Rota czy Wacht am Rhein?

13. Na Zachodzie bez zmian

14. Erzac i szampanskoje

15. Pijany wilk

II. Walka o granice Wojna polsko-bolszewicka 1. Honor żołnierza a kucharz wiecznie pijany

2. Czarnoziem oddycha krwią i samogonem

3. Maraskino doprawione samogonem, zakąszane rybą wędzoną

4. „Nie wolno się krztusić i duszkiem”

5. „Komisarz pijany jak noc”

6. „Kmicicowa kompania”

7. Karabiny bez spirytusu

8. „Wy odkuda, towariszczi?”

9. „A co, Dnieprem wódka płynie?”

10. Bratanie przy denaturacie

11. „Jesteśmy potęgą, a wyście trupy”

12. „Od Wschodu szturmuje Wielki Cham, który chce zrobić z waszych jaj krwawą jajecznicę!”

13. „Po trupie pańskiej Polski na zachód Europy”

14. Bułak

15. „Warszawa jest jednym z najweselszych miast”

16. Picie wódki na arszyny

17. Opium na Łubiance

18. Przypadek Władysława B.

Powstania i plebiscyty 1. Powstanie wielkopolskie

2. Fest larmo na Śląsku

3. „Kurp i Mazur to dwa braty”

III. II Rzeczpospolita Władzy wpadki i przypadki 1. Zagadka Dziadka

2. „Świń nie dam, odeślę do Wiednia”

Szkoło! Szkoło! 1. Cytrynówka z żaby

2. „Zamiast mleka butelka wódki”

3. Walka antyalkoholiczna

„Mieszczuchy” i „robole” 1. „Warszawa odpłynęła znad Wisły”

2. „Krwawa łza” w kieliszku wódki

3. Czarcie łajno Polski B

4. „Dobrzy fachowcy — nie lada »kiziory«”

5. Dramaty alkoholowe w rodzinie

6. Zawód: bezrobotny

7. Przemyty gdańskie i inne

„Narkoza wsi” 1. „Karczma stoi nieczynna”

2. Bimber, jarmark i znachor

3. „Szampan i wino lały się strugami”

Marginesy 1. „Zwiewajta, kurwy...! Glyny łapajom...!”

2. „Cierpiarz” i piękna Stasia

3. Światek szemrany

4. Kokolobolo

5. Blatni i policjanci

Wojsko Polskie 1. Szkoły wojskowe wyskokowe

2. Grudziądzki spirytus movens

3. „Nałóg pijaństwa w Wojsku Polskim potęguje się”

4. „Przesuwanie szaf” i ból po balu

5. Esprit de corps i myśl taktyczna

6. KOP i kop Marszalika

7. Latać „w niezupełnie trzeźwym widzie”

8. „Dzięki trzeźwym na szczęście koniom dobrnęliśmy”

9. „Który z was dwu jest pijany i kto kogo konwojuje?”

10. „Żądam natychmiastowego zabrania moich jaj!”

11. Złoty gwóźdź do sztandaru

12. Przypadek W-D

13. „Wódka straciła odbiorców w kasynach”

Dyplomacja 1. Harakiri i Skål

2. Dyplomatyczna „strategia i taktyka działań gastronomicznych”

3. „Lublju bufet roboczych deputatow”

4. „Kim był Józef Beck?”

Środowiska twórcze 1. Mapa pijacka „Cyrulika Warszawskiego”

2. „I kac” gotowy

1. „Nalej mi wina!”

2. „W Polsce łatwiej sobie wyobrazić literata bez pióra niż bez kieliszka”

3. „Mimo wszystko wódka to wielki wynalazek”

4. „Duchowa stolica Polski”

5. DDD Uniłowskiego

6. Przypadek Witkacego

1. Węgrzyn czy wódka

2. Teatr realistyczny im. Jaracza

Podsumowanie

Bibliografia Prasa

Wspomnienia, relacje, dzienniki, dokumenty, listy

Opracowania, publicystyka, proza

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Wprowadzenie

Niniejszy tom obejmuje czasy 1914-1939, od Wielkiej Wojny do wybuchu wojny obronnej z hitlerowskimi Niemcami we wrześniu 1939 roku. Po trudach wojennych Legionów, powstaniach i zwycięskiej walce z bolszewikami w 1920 roku Polska odzyskała i ugruntowała swą niepodległość. Odrodziła się jako Druga Rzeczpospolita, a radość, podniecana potężnymi dawkami alkoholu, była widoczna szczególnie w miastach.

Uwidoczniło się to między innymi w rozkwicie dancingów z grającymi głośno jazzbandami, gdzie bawiono się do upadłego w restauracjach i kawiarniach, które obrosły legendą. Rozkwitła też bogata twórczość artystyczna i nieskrępowana satyra w kabaretach, szopkach, operetkach, teatrach itd., nadając kolorytu epoce i współtworząc legendę skamandrytów, „Ziemiańskiej”, „SiM”, „Jamy Michalikowej”, „Klubu Szyderców” i innych.

Nie wszyscy jednak korzystali z tych dobrodziejstw, pozostając na marginesie życia. Mit Drugiej Rzeczypospolitej jako oazy szczęścia ugruntowały elity, ale nie szary człowiek, borykający się z trudnościami codziennego życia i ledwie wiążący koniec z końcem, a w czasach kryzysu niekiedy pozbawiony pracy.

Tom niniejszy jest utrzymany w konwencji poprzednich. Nadal interesować nas będzie człowiek i alkohol, wzajemne relacje tworzące kulturowe dzieje picia, w tym sprawy uzależnienia. W nakreślonej panoramie czasów skupimy się zatem na wątkach i zdarzeniach alkoholowych wśród różnych klas, warstw, grup społecznych: od wojska, społeczeństwa miejskiego i wiejskiego poczynając, na elitach dyplomatycznych i artystycznych kończąc. I znów — jak zwykle przy okazji alkoholowych opowieści i losów ludzi uwikłanych w pijaństwo i alkoholizm — dramat i tragedia przeplatają się tu z komizmem sytuacyjnym.

Starałem się jednak rozróżniać na tyle, na ile jest to możliwe, alkoholizm, który jest nałogiem i chorobą, oraz pijaństwo, które bywa sporadyczne. Ale zawsze pozostaje otwartą kwestią, czy owe pijaństwa „od czasu do czasu”, szczególnie ekscesywne, nie przekształcą się w zgubny nałóg, jak to się wielu przytrafiło. Przewrotność choroby alkoholowej polega bowiem na tym, że alkoholik wypiera, iż jest w szponach nałogu (mechanizm zaprzeczenia i racjonalizacji), dowodząc z niewzruszonym przekonaniem: nie jestem wyjątkiem, wszyscy piją, nigdy nie piję sam, piję za swoje etc. Tłumaczy się ponadto, że „wypił na zmartwienia” czy też „z radości”, co często oznacza nałogowe regulowanie uczuć alkoholem i jest wstępem do uzależnienia.

Działanie alkoholu szczególnie widoczne było w wojsku — homogenicznej, zhierarchizowanej grupie społecznej z wewnętrznym systemem wartości i powinności — a jeszcze bardziej wśród artystów. W przypadku tych ostatnich czasem mamy nieodparte wrażenie, że niektórzy wprost balansowali na pograniczu psychotycznym wywołanym przez alkoholizm, co wpływało na ich obecnie podziwianą twórczość. Zobaczymy to na podstawie niektórych nakreślonych pokrótce życiorysów, a raczej „piciorysów”, które kończyły się czymś znacznie gorszym niż tylko depresja i delirium tremens.

Jednakże w tomie nie przeważają tony żałobne. Umiarkowane użycie alkoholu przez tych, którzy umieją go pić i nie są podatni na uzależnienie, niesie przecież sporo radości, podsyca zabawę, czasem wprowadza w stan tak zwanej głupawki. Alkohol pomagał w wielu sytuacjach na froncie, w podróży, w biesiadzie i w życiu i często we wprawnych rękach pełnił funkcję mediacyjną. Sporo w tym tomie zatem zdarzeń ciepłych i komicznych, takich, jakie może wyczarować użycie trunków, szczególnie przez ludzi niesionych na skrzydłach twórczego ducha i nieskrępowanej zabawy.

Wielu badaczy zwraca uwagę na „walory relacji wspomnieniowych i ich równorzędną wartość z innymi źródłami”1 — i trudno odmówić im racji. Główną zatem bazę źródłową dla przybliżenia kulturowego zjawiska picia alkoholu w Polsce lat 1914-1939 także w tym tomie stanowią pamiętniki, wspomnienia, dzienniki, korespondencje, zapiski i wzmianki prasowe. To one pozwalają nam poczuć klimat i ducha czasów, a nade wszystko mentalność, nastroje, uczucia ludzi opisywanej epoki. Stąd też bierze się wielość cytatów przytaczanych z tych źródeł, bo to one niezwykle plastycznie oddają atmosferę związaną z alkoholem na różnych polach społecznych. Nie jest to zatem dysertacja naukowa, w której na ogół problem przesłania człowieka, jawiącego się czytelnikom niczym bezduszny stwór bez uczuć. W niniejszej pracy człowieka postawiono na pierwszym planie, unikając też stosowania naukowej retoryki, aby, idąc za Witoldem Gombrowiczem, „pyton nauki nie zadusił sztuki”, czyli sposobu narracji, opowieści niosącej książkę do szerokich rzesz czytelników, a nie tylko do grupy wybrańców.

Autor chciałby też w tym tomie, podobnie jak w poprzednich, uniknąć wrażenia, że podpici Polacy wywalczyli państwo, stworzyli podziwiane dzieła sztuki, by potem to państwo utracić. Prawda o tych czasach jest równie skomplikowana, jak prawda o przeszłych stuleciach, a alkohol był tylko jednym z czynników wpływających na społeczeństwo, moralność, mentalność, relacje między ludźmi, postawy, władzę, sztukę etc. Na tej podstawie czytelnik może wyrobić sobie sąd o walce o niepodległość i o Drugiej Rzeczypospolitej.

Wejdźmy zatem w alkoholowy krąg kolejnej epoki, przepełnionej najpierw świstem kul i rumem pitym w okopach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 U. Oettingen, Dwór w południowo-zachodniej części Królestwa Polskiego w 1915 roku w świetle legionowych pamiętników, [w:] Między Wisłą a Pilicą. Studia i materiały historyczne, red. B. Wojciechowska, L. Michalska-Bracha, Kielce 2002, t. 3, s. 199-213; A. Cieński, Kryteria oceny prozy pamiętnikarskiej, „Pamiętnik Literacki” 1975, z. 2, s. 17-36; Z. Wojtkowiak, O klasyfikacji i interpretacji pamiętników. Uwagi i propozycje. „Studia Źródłoznawcze” 1980, t. 25, s. 163-177; J. Kozakiewicz, Pamiętniki jako źródło oraz ich funkcja w procesie kształtowania świadomości społecznej, „Historyka. Studia Metodologiczne” 1982, t. 12, s. 123-136.

I. Wielka Wojna

Wielka prohibicja z przeciekami

1. W wasze ręce, kumie

Paweł T. Sulatycki w szkole w austriackim Grazu obejrzał sztukę teatralną Poleblut (Polska krew), w której „Polacy byli przedstawieni jako ludzie ograniczeni, którzy stale awanturują się, upijają, grają w karty i bezmyślnie trwonią pieniądze”. Było to przeniesieniem do współczesności kalki czasów saskich i niewiele już miało wspólnego z polską obyczajowością przełomu XIX i XX wieku. Ale stereotypowe opinie o Polakach u sąsiednich nacji miały nadal twardy żywot. Koledzy Sulatyckiego byli przekonani, że tacy właśnie są Polacy i że dlatego utracili swoje wielkie państwo, więc z uśmieszkiem pytali Sulatyckiego, jak ocenia tę sztukę. Ten odpowiedział całkiem przytomnie, że mogłaby się nazywać Niemiecka krew: „Miałem na myśli jednego z Niemców, nałogowego alkoholika, oraz dwóch innych, o których powszechnie wiedziano, że są pederastami. Moi rozmówcy odeszli, jakby skonfundowani”, bo dwaj Polacy w tej szkole pochodzący z Galicji mogli służyć za wzór abstynencji...1

Na ziemiach polskich dawne obyczaje pijackie odchodziły z wolna w przeszłość. Po zniesieniu pańszczyzny i uwłaszczeniu chłopów rosła zamożność ludzi przedsiębiorczych. Szlachta albo przeistaczała się w ziemiaństwo, albo się degradowała lub pauperyzowała, przenosząc się do miast i przeobrażając w inteligencję. Ci, którzy pozostali w dworkach, nie mogli już tak hulać, jak czynili to ich poprzednicy przez wieki, a ich życie przypominało niekiedy chłopskie.

Oczywiście zdarzały się przypadki jak pan „Dowgiałło, szczery Litwin, chłop jak tur, pił jak Zagłoba, mowę polską powoli zatracał, natomiast znajdował się na najlepszej drodze do delirium tremens”, o którym wspominał legionista Jerzy Konrad Maciejewski2. Jednakże, ogólnie rzecz ujmując, wektor picia przesunął się i miejsce dawnych Pszonków, Borejków, Małachowskich, Panie Kochanków przy pijackim stole zajmowali rzemieślnicy, robotnicy z tradycją „skacowanego poniedziałku”, kiedy to nie chodzili oni do pracy. Po części też miejsce dawnej szlachty gołoty, podatnej na ekscesywne picie za pieniądze swych arystokratycznych jaśnie dobrodziejów tracących fortuny przy zielonych stolikach, zajęli skłonni do nieumiarkowanego opilstwa biedniejsi chłopi i parobkowie. Niewiele mieli do zyskania, więc przepijali, co się dało.

Natomiast włościanie średniacy stawali się bardziej powściągliwi w spożywaniu alkoholu. Szczególnie było to widać podczas jarmarków, które niegdyś, zwłaszcza na kresach polskich, były czasem opilstwa i rozpędzania handlujących przez pijaną szlachtę. A na przełomie wieków XIX i XX na jarmarkach też popijano, ale już nie w tak samobójczym stylu. Wieśniacy „kłócili się i godzili, pili herbatę z rumem, zarówno na rozgrzanie, jak i na frasunek. Przepijali obfite litkupy przy każdej sprzedaży sztuki inwentarza. Nie omijali szynku, idąc do notariusza, adwokata i sądu, bo należało wypić coś »na śmiałego« [...]. Wszystkie szynki były niezwykle liczne, bo mieszczące się niemal w każdej kamienicy, były to nory smrodliwe, małe, ciasne, brudne, przesiąknięte odorem trunków [...], a przy tym tak napełnione dymem, że nie tylko nie można było prawie nic widzieć, ale także odetchnąć. Popularnie mówiono, że na powietrzu tam wytworzonym można było siekierę powiesić”— pisał działacz ludowy Wincenty Witos o Tarnowie. „W śródmieściu na placu Sobieskiego znajdował się hurtowny skład i drobna sprzedaż wódki Żyda Trauma, gdzie za trzy centy można było dostać blaszany »półkwaterek« kwaśnej albo też wzmocnionej, po której aż oko zbielało. [...] W lepszych latach zarówno wójcia [sic], jak i bogatsi gospodarze raczyli się winem, które sprzedawano na flaszki i szklanki w kilkunastu lokalach, bez wyjątku żydowskich. Rzecz naturalna, że było ono przeważnie fałszowane. Toteż pijąc, chorowali nieraz po kilka dni, chwaląc sobie, że trunek był bardzo silny”3.

Poza tym nie było to picie awanturnicze, jak wynika z lektury innych pamiętników, dzienników i wspomnień, natomiast tempo picia chłopskiego wyraźnie znacznie osłabło i zmieniło charakter. Pisał o tym inny działacz ludowy i polskiego podziemia Adam Bień. W Połańcu „chłopi ławą idą po żydowskiej herbaciarni. Przychodzą w dni targowe. Ubili ważny interes i trzeba wypić litkup. Przynoszą z piekarni biały »kupny« chleb i kiełbasę kupioną w obficie zaopatrzonym straganie faryniarza4 [...]. Przynoszą też czterdziestkę wódki nabytą w równie dobrze zaopatrzonym sklepie monopolowym [...]. Żyd — gospodarz stawia na stoliku jeden talerz blaszany, jeden wysoki kieliszek ze szkła grubego i ciemnego, butelkę z octem oraz osłodzoną własnoręcznie herbatę w grubych rżniętych szklankach. Herbata mocno pachnie cykorią. Zebrani chłopi wiankiem obsiadają stolik, sami kroją kozikiem grube kromki chleba, a kiełbasę pokrojoną tymże kozikiem na równe pętka układają i podlewają octem. Potem, po kolei, jeden »w ręce« drugiego, piją z kielicha »zdrowie« — W wasze ręce, kumie! — Niech wam będzie na zdrowie!”.

Włościanie wiedzą, co robią, gdyż zarówno wódka, jak i ocet dezynfekują jadło. Poza tym „litkup trwa krótko. Chłopi śpieszą się do domu, a wódka monopolowa droga” — wspominał dalej Bień5.

Przed biesiadą świąteczną lub okolicznościową, jak chrzest, „tylko piwo gospodyni wcześniej gotowała, żeby mocy nabrało, bo w tych stronach piwo robiono dobre, a nawet bardzo dobre i aromat miało dobry, bo robione było z jagód jałowca” — wspominał Grzegorz Grzyb. „Przepis na jego produkcję przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie”6.

Ze wspomnień między innymi Witosa widać, że na wsiach, także galicyjskich, nie pito tak powszechnie na umór, jak niegdyś. Wpływ wywarło uwłaszczenie chłopów w XIX wieku, przy czym we wsiach zaboru rosyjskiego utrwalił się mit dobrego cara. Zapobiegliwi gospodarze, jak wynika z dwóch obszernych pamiętników chłopskich wydanych w latach trzydziestych XX wieku, nie tylko dbali o swe morgi, ale po reformie carskiej i kolejnych „na wsi zaczął się ruch kupna ziemi”7. Oczywiście nie wszędzie tak się działo, choć na przykład rolnik z województwa łódzkiego pisał, że „była tyż na wsi bidota, ale robote mioł każdy. U bogatszych gospodarzy i świnię się zabiło, kaszy było dużo, kartofli tyż [...], ludzie je jedli, bo innych [frykasów] nie znali”8. Część ziemniaków szła zapewne na produkcję bimbru. Było to zajęcie nielegalne, gdyż w 1898 roku władze carskie wprowadziły monopol na wyrób i sprzedaż spirytualiów, więc samogon musiał być pędzony w najgłębszej tajemnicy, aby zazdrosny sąsiad nie doniósł żandarmom, jeśli się go nie poczęstowało.

W gminie Wierzchosławice 4 tysiące mórg należało do książąt Sanguszków, a wszystkie 6 karczem należało do dworu. Z obserwacji Witosa wynikało, że chłopi wpadali do szynku jedynie po to, by kupić paczkę tytoniu, wypić kieliszek wódki, a nade wszystko pogaworzyć z kumotrem. Mimo tej codziennej oszczędności chłopskiej dzierżawiący karczmy Izraelici żyli znacznie dostatniej niż włościanie. Wynikało to stąd, że zdarzały się chłopom „multanie”, czyli szaleńcze trzydniowe popijawy i tańce w karczmie, płacone zamiast monety kurą, gęsią, zbożem, ziemniakami, a nawet krowami.

Około 1890 roku karczmy gminy wierzchosławickiej nieprzynoszące spodziewanych dochodów rozebrano, pozostawiając jedną austerię w rękach Polaka Walentego Pabiana. Zagęściło się w niej, a co gorsza — chłopi zaczęli tam pić na umór, bo poprawiły się zbiory, była praca, wzrosły dochody. Gdy po śmierci Pabiana interes przejęła jego żona, młoda wdówka wraz z bratem, „pijaństwo i rozpasanie wszelkiego rodzaju doszły do niebywałych wprost rozmiarów. Prym wiodła młoda wdowa”, a „przez Wierzchosławice bali się ludzie przechodzić i przejeżdżać nawet w biały dzień”. Gdy „wójciem” został młody Wojciech Kosiaty, „każdy we wsi wiedział, że panów wójta i zastępcę można prawie zawsze i na pewno zastać w karczmie u Pabiana pod »Borem«, gdzie siedząc w osobnym pokoiku, wypijali codziennie małą beczkę piwa i »graniówkę silnej wódki«, zjadając przy tym masę moskali i różnego mięsiwa. Nie żałowali także i drugim. Pijatyki na wielką skalę odbywała też władza gminna w Tarnowie”.

Wódka służyła również jako łapówka wręczana cichcem wójtowi, żeby wydał „sprawiedliwy” wyrok. W rezultacie władze gminne doprowadziły do ruiny własną kasę, sprzedając przy okazji za bezcen las gminny. Gdy w końcu Kosiaty został zmuszony do ustąpienia z wójtostwa, „zmienił się wprost nie do poznania. Do karczmy nie zajrzał, pić zupełnie przestał, natomiast zaprzągł się do roboty i zarobku wraz z dorastającymi dziećmi”. Gospodarkę uratował, „zaoszczędził gotówkę kilkanaście tysięcy koron wynoszącą. Odzyskał też powagę i poszanowanie we wsi”9. Wnioskujemy z tego, że najprawdopodobniej nie zdołał się uzależnić mimo codziennego treningu w piciu.

Być może był też wpływ działania księży redemptorystów, przedstawiających wizję mąk piekielnych za uleganie szatanowi ukrytemu w wódce. Oczywiście wszyscy przyrzekali „solenną poprawę”, w której trwali parę tygodni, by znów wrócić do ukochanego nałogu: „niektórzy pili po kryjomu lub po innych karczmach”. Oczywiście do czasu, gdy do akcji, już w wolnej Polsce, włączyła się policja, ustanawiając w Wierzchosławicach posterunek10.

Zdarzali się chłopi odporni na alkohol: „Kazimierz Boryczka, gospodarz na czternastu morgach gruntu [...] zawsze pił wódkę i zawsze był trzeźwy”. Ponieważ znał każdy sążeń okolic, legowiska dzikich zwierząt i odznaczał się życzliwością, lgnęli do niego wieśniacy z nadzieją na udane polowanie. „Wódkę przywożoną mu w upominku przez ludzi przyjeżdżających »z zagranicy«, to znaczy: z Borzęcina, Bielczy, Łęk, Przyborowia, Szczurowy itp., chował pod pnie drzew i choć flaszek były tuziny, nigdy się nie zmylił i każdą odnalazł. Starzy leśniczowie byli dla niego zawsze z wielkim respektem, młodsi wyrzucali mu nieraz pijaństwo i próbowali strofować, na co on, chwiejąc się na nogach, bardzo mocno reagował, stawiając pod znakiem zapytania, kto jest pijany, leśniczy czy on”11.

2. „Dobry pijak jest dobrym robotnikiem”

Niekiedy rzemieślnicze pijackie zwyczaje w miastach Królestwa Polskiego, zwanego też Priwislanskim Krajem, miały nutkę wysoce patriotyczną. Na przykład zdun Smal w Hrubieszowie „budował wspaniale trwałe piece chlebowe, kuchenne i ogrzewalne — wielkiej, średniej i małej wydajności”. Wszyscy najwyżsi urzędnicy carscy nie mogli się obyć bez pomocy Smala. Prowadził on regularny tryb życia, zaczynał pracę we wtorek i akuratnie, solidnie i estetycznie wykonywał ją do soboty wieczorem.

W niedzielę od rana zaczynał pić i około południa zjawiał się na rynku, właził na pierwszą lepszą beczkę lub inne podwyższenie i zaczynał śpiewać piosenki powstańcze; kończył zwykle na zwrotce:

Książę Poniatowski

Dobrze Niemców kropił

I tylko źle zrobił,

Że się nam utopił

Choć on się utopił,

Dusza jego żyje,

całujcie go w [dupę]

Wyciągajcie szyje

— śpiewał, tak wydłużając zwrotki, by ostatnie słowa piosnki trafiały do zbliżających się miejscowych żandarmów. Osadzano go za ten patriotyczny czyn w areszcie.

Ale jak żyć bez zduna? Już od poniedziałku apelowały o zwolnienie fachowca miejscowe panie naczelnikowe, radczynie, więc „w poniedziałek Smal wytrzeźwiony szedł do domu, wysypiał się, bo uważał, że rzetelny rzemieślnik nie może pracować w tym dniu, a od wczesnego ranka we wtorek znów rozpoczynał swą fachową, sumienną pracę”, opisywał przyszły generał broni Leon Berbecki12.

Wśród robotników picie wódki było nadal częścią życia tej klasy, obudowaną rytuałem mającym swój początek w tradycji cechowej. „Rano, każdego prawie dnia, pił ojczym kieliszek wódki z pieprzem »na wzmocnienie«. Przykładał wtedy kieliszek do ust i mocno machał głową, to jest płukał. Gdy przełykał, jabłko u szyi mocno latało. Próbowałem tak samo i macałem ręką, czy u mnie jabłko też tak lata”, wspominał robotnik z powiatu jasielskiego, który tylko przez jedno półrocze uczęszczał do szkoły.

Wódka towarzyszyła rodzinom robotniczym od dzieciństwa. „W niedzielę przychodzili »goście«. Podobało mi się to dlatego, że rodzice byli w dobrym humorze. »No, pocałuj krewnego ojca w rękę« — mówiła mama. Całowałem »krewnych« po kolei w brudne zatabaczone ręce. Czasami w takich wypadkach wołano nas do stołu i dawano po kieliszku, »niech się uczą«. »Dobry pijak jest dobrym robotnikiem« — mówiło »towarzystwo«. Ambicją moją było nie zakrztusić się, choćbym miał pęknąć, gdyż »towarzystwo« mówiło »morowy chłop«”. Jednocześnie wmawiano w chłopca, że jest odważny i wszystkich będzie bił. W rezultacie przyszły „robotnik z Jasielskiego” prowokował wciąż bójki, by potwierdzić to rodzicielskie i proletariackie przesłanie13.

Podobne doświadczenia miał górnik z Węglowego Zagłębia Dąbrowskiego. Gdy wstąpił on do konspiracyjnej PPS, „po każdym niemal takim zebraniu składano się na wódkę i pito ją. Nie było człowieka, który by im zwrócił na to uwagę. Wszyscy byli do tego nałogu przyzwyczajeni i lubili wypić, nawet i mnie częstowano. Za przynoszenie z karczmy tego świństwa dawano mi po 25 kop[iejek]”.

Jak wiele dzieci z pijackich rodzin, chłopiec zaznawał wielu upokorzeń: rodzice „bili mnie często, kiedy najlepiej spałem, miewałem moczenia w czasie snu — bito i bito mocno nawet uździenicą (tak radzili znachorzy)”. Skutek takiego pijackiego wychowania był łatwy do przewidzenia — chłopiec uciekł z domu. Ale „rodzice tym się nie przejmowali” w swej codziennej wędrówce pomiędzy trzeźwością a pijackimi uniesieniami. Ratunkiem okazała się dopiero pomoc starszego brata, z którym wstąpił on do PPS. Pomimo głodu wiedzy i samokształcenia socjalistycznego „pijaństwo w dalszym ciągu towarzyszyło przy tych pracach. Przypominam sobie przykry fakt. U karczmarza skradziono parę skrzyń wódki, śledztwo zaplątało w tę sprawę kilku ludzi partyjnych. Sąd ich wprawdzie uniewinnił, ale plama pozostała.

[...] Obawiałem się tego picia ogromnie, czułem, że mogę być nałogowym, jak inni, i nabyć dużo wad. By mieć atut do odmowy picia, zapisałem się do towarzystwa przeciwalkoholicznego »Przyszłość«, w którym rej wodzili postępowali inteligenci. Po złożeniu przysięgi i otrzymaniu legitymacji, pić i palić zupełnie przestałem. Postanowienia tego do chwili obecnej dotrzymuję, [...] działacz robotniczy nie może być pijakiem” — wspominał górnik14.

Jednak niektórzy nie musieli składać przysiąg i deklaracji, gdyż do abstynencji skłaniał ich własny organizm. „Do wódki miałem niewymowny wstręt, nie piłem nigdy, pomimo zachęty kolegów” — pisał „metalowiec, włókniarz i robotnik ziemny w jednej osobie” Zygmunt Wróbel15. Natomiast inni dojrzewali w oparach alkoholu: „Ojciec pił na zabój; pracując »na drodze«, bardzo rzadko przyjeżdżał do domu, a gdy przyjechał, był zawsze pijany i robił zwykle w domu grandy: tłukł talerze, miski, co mu w rękę wpadło. W takich chwilach byłem odnoszony przez matkę do dziadków, [...] [dziadka] lubiłem, bo pił trochę mniej od ojca i był więcej spokojny i opanowany” — pisał przyszły robotnik Michał Gieniek. „Czy rodziło się dziecko, czy umierało, ojciec był zawsze pijany. Dobijał po prostu chorą matkę, leżącą w łóżku [...]. Jaki może być stosunek kobiety z mężczyzną, któremu z mordy śmierdzi gorzała, a wstrętny odór czuć w promieniu trzech kilometrów?” — rodziły się pytania w młodej głowie.

Ukochany ojczulek nauczył też syna w czasie wojny kraść. Toteż wówczas, pisał Gieniek, „nie lubiłem proletariatu, to wszystko granda, pijaki, łobuzy, jak mój stary”16. O podobnych wyczynach ojca wyciąganego z szynku pisał przyszły palacz kolejowy. Zarabiał on 24 korony tygodniowo, z czego „dawał na utrzymanie 5 najwięcej na tydzień i to takich tygodni było rzadko. Resztę przepijał, od rana do wieczora nie było go w domu, a w sobotę po wypłacie przychodził stale pijany”. Po wyciągnięciu go z szynku w domu zaczynała się kłótnia, podczas której ojciec „rzucał wszystko i tłukł naczynia”17.

Można zaryzykować zatem tezę, że większość ówczesnych dzieci z rodzin robotniczych to Dorosłe Dzieci Alkoholików (DDA), cierpiących na poważne zaburzenia osobowości i psychosomatyczne. Właściwie niemal w każdym wspomnieniu robotniczym pojawia się pijany ojciec i wódka. Nie natrafiamy szczęśliwie często na motyw picia matek; być może decydował o tym wstyd, który steruje kobiecym postępowaniem w dużo większym stopniu niż w przypadku mężczyzn. Zdarzały się jednak kobiety uzależnione. „Babka lubiła popijać wódkę dość często, nauczona tego w okresie młodości, kiedy sprzedając obuwie, musiała wypijać z chłopami tak zwany litkup”, pisał przyszły fryzjer. To weszło jej w nałóg, niepijący dziadek gderał, wtedy zażywna babcia „szła do miasta wypić więcej lub mnie posłała, bym jej przyniósł lampkę »okowity«”. Gdy wlała to w siebie, rozpoczynała potoczystą perorę. Dziadek milkł wtedy i zajmował się warsztatem, a „babka, nagadawszy się, nawydziwiawszy, milkła, zawijała się w pierzynę na łóżku i szła spać”18.

Pobicia żon przez pijanych mężów, nawet kalekich, bez nogi, były na porządku dziennym, a raczej nocnym. Bywało też odwrotnie: we wsi podkrakowskiej podczas bójki między małżonkami mąż „został przez żonę tak ubity »orczykiem«, że w jakiś czas potem zmarł”, opisywał kelner krakowski rodzinę murarza19.

Jeśli tylko nadarzyła się okazja, nie gardziła kielichem służba. A że o nią było coraz trudniej, za to chrześcijańskie miłosierdzie potomków szlachty drążonej coraz większym poczuciem winy za grzechy przeszłości wobec poddanych nakazywało wybaczać, więc patrzono przez palce na pijane wyczyny służących. Na przykład w listach artysty malarza Wojciecha Kossaka kilkakroć natrafiamy na opinię o służącym: „Władek robi się pijanica, na św. Wojciecha urżnął się, jak świnia ostatnia. Muszę jakiś coup d’ état20 zrobić, aby go ratować, ale boję się, że to nałogowiec. Odprawię go na parę miesięcy, może to pomoże, jak biedy zazna”21. Inne wzmianki w listach wskazują jednak, że Władek pił nadal, gdy tylko nadarzyła się okazja.

3. „Czy Kościuszkę dreszcz w grobie nie przeszywa?”

„O wojnę powszechną za Wolność Ludów!

Prosimy cię, Panie”

— pisał Adam Mickiewicz w Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego22. I spełniło się: reakcję łańcuchową zapoczątkowało 28 czerwca 1914 roku zabójstwo w Sarajewie następcy tronu monarchii austro-węgierskiej, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga i jego żony przez nacjonalistę serbskiego Gavrilę Principa. Miesiąc później Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii i niebawem kolejne mocarstwa zaczęły przystępować do wojny, która ogarnęła cały świat, stając się wojną powszechną. Po jednej stronie stanął blok państw centralnych, na czele z Drugą Rzeszą i Austro-Węgrami, po drugiej ententa: Wielka Brytania, Francja, Rosja, Serbia, Japonia, Włochy (od 1915) i Stany Zjednoczone (od 1917).

Wybuch Wielkiej Wojny poprzedzał wyczuwalny fin de siècle. Zapowiadał on zmierzch dawnych czasów głuszonych absyntem w kawiarniach artystów gardzących groszorobami i filistrami, w kulturze przepełnionej dekadenckimi nastrojami, zaznaczonej niespokojnymi liniami secesji w architekturze. Miasta bawiły się, niczym w zatraceniu, w takt podkasanej muzy: podpitych kabaretów, lekkich operetek, w sztuce zapanowała mnogość stylów, dziewczęta z podkasanej muzy tańczyły kankana od Paryża po Wiedeń, pokazując majtki i kształtne nogi.

Wielu Polaków sądziło, że Rzeczpospolita nie odrodzi się nigdy. Znaczna część społeczeństwa pod zaborami pragnęła bowiem „świętego spokoju”, żyjąc bez przesadnej troski o chleb powszedni. Królestwo Polskie przeżywało okres prosperity; bardziej niż cara nienawidzono i obawiano się Prusaków, o których brutalności krążyły fantastyczne historie. Poza tym Warszawa, choć pod rosyjską okupacją, rozwijała się nad podziw: miasto było skanalizowane, oświetlone, na ulicach poruszały się tramwaje i automobile, stawiano niebotycznie wysokie kamienice na osiem pięter, wzniesiono Dom Towarowy braci Jabłkowskich przy Brackiej itd.

Jeszcze lepiej powodziło się poznaniakom w potężniejących Niemczech, pomimo przykrych doświadczeń z Bismarckowskim kulturkampfem i próbami germanizacji Polaków. Zwierzęca wprost nienawiść Prusaków do „polskiego dzikusa”, szerząca się po całej Rzeszy, o czym wspomnimy dalej, wywoływała podobne reakcje niechęci Polaków do Niemców. Natomiast Galicja w Austro-Węgrach cieszyła się polskim samorządem z szerokimi uprawnieniami.

Przekonania o niemożności odrodzenia się wolnej Polski powodowały też, że wielu ziemian polskich wybierało kariery w carskiej armii. Józef Dowbor--Muśnicki wstąpił do Korpusu Kadetów im. Mikołaja I w Petersburgu, mimo że przestrzegano go o nieżyczliwym stosunku Rosjan do Polaków. Na miejscu „zdumiała mnie niechęć do wszystkiego, co polskie i katolickie”. Dała się też zauważyć różnica pomiędzy stylami picia: podczas gdy wśród ziemiaństwa polskiego picie ekscesywne dotyczyło tylko uzależnionych, „wysoce nieetyczną cechą Rosjan było skłonność do nadużywania alkoholu. Abstynenci byli białymi krukami, trzeźwość zaś poczytywano za rzecz podejrzaną. Zwykle cichy i spokojny Rosjanin, będąc pijanym, obrażał ludzi sobie przychylnych, zaczepiał każdego i tłukł, co mu wpadło pod rękę. Po otrzeźwieniu delikwent robił się potulny, desperował, błagał o przebaczenie, poniżał się i tak dalej. [...] Niejednokrotnie byłem świadkiem gorszących scen. Na przykład pop pułkowy (ojciec przeszło pół tuzina dzieci) upijał się do utraty przytomności i poniewierał się często w rynsztokach; w czasie manewrów 1889 roku dwóch oficerów mojego pułku wypiło wiadro wódki, mając na przekąskę talerz kompotu z borówek. Przed zwierzchnikami płaszczono się w obrzydliwy sposób. Widziałem, jak podchmielony dowódca pułku Lesz [...] prosząc o awans, całował po rękach dowódcę korpusu generała [Aleksandra] Gerngrosa. Niesympatyczną też cechą Rosjan był ich brak zrównoważenia i niestałość. To, co dziś chwalili, jutro ganili i odwrotnie — zauważał Dowbor-Muśnicki, który w armii carskiej dosłuży się stopnia generała porucznika, a w wolnej Polsce generała broni.

Do tych przywar, opisywał dalej przyszły generał, dochodziła rosyjska sympatia do Niemców i „przyznawanie im absolutnej wyższości pod każdym względem”. Mimo to „przekonać się mogłem, że [Rosjanie] jest to naród o umyśle skłonnym do filozofowania, skory do czynów szlachetnych, nawet wzniosłych, obiektywnych. Żaden, że tak powiem, rdzenny Rosjanin nie wyrządził mi krzywdy ani niesprawiedliwości”23.

Zachowanie Moskali zdawało się potwierdzać archetyp nieświadomości zbiorowej Carla Gustava Junga. Właśnie taki paradygmat archetypowy mógł kierować Rosjanami, którzy przez wieki byli „rabami cara”. Na co dzień zachowywali się zatem jak pokorni poddani, by po pijanemu, w odruchu furiackiego buntu, niszczyć wszystko wokół siebie. W sferze symbolicznej byłby to akt nienawiści do siebie za owo „rabstwo”, aby po wyrzuceniu z siebie gniewu i otrzeźwieniu wrócić do służalczej pokory „rabów” wobec przełożonych.

Nie była to przy tym armia obdarta, jak się potocznie sądzi. Po przykrych doświadczeniach z wojny z Japonią żołnierz rosyjski był nieźle zaopatrzony i odziany24. Cóż z tego, skoro systematycznie okradali go oficerowie i podoficerowie! Zamiast regulaminowych trzech mundurów sołdat dostawał jeden, a w armii rosyjskiej podczas Wielkiej Wojny „już w listopadzie 1914 roku pocisków zabrakło!”. W związku z tym wydano bezsensowny rozkaz o wydzielaniu nabojów i ograniczeniu liczby wystrzelonych. „Głodującym koniom zalecano więc dawać siekaną jedlinę, bateriom przydzielono liczone pociski, zaś żołnierzom w kompaniach wydawano po dziesięć karabinowych nabojów na dobę. Konie chorowały i padały, artyleria nie strzelała, a w kompaniach szykowano na wypadek ataku kamienie i kłonice” — tak wyglądała rzeczywistość rosyjskiej armii, w której rodziła się „odraza i pogarda” dla władz i oficerów odpowiedzialnych za zaopatrzenie25. W rezultacie „Niemcy bezkarnie wybijali nieszczęsną piechotę” rosyjską, a mimo to sołdaci się nie zbuntowali — ale do czasu26.

Sprawę tę poruszamy, gdyż w szeregach armii państw zaborczych walczyli Polacy. W armii carskiej rachowano w 1917 roku liczbę Polaków na 700 tysięcy27. Badania wskazują na liczbę około 3 milionów żołnierzy Polaków wojujących w obcych armiach przeciw sobie. Ponad pół miliona nie przeżyło tej hekatomby, a podczas I wojny światowej zginęło ogółem więcej żołnierzy niż podczas II wojny28.

Niemal wszystkie armie udające się na front były żegnane z ogromnym entuzjazmem i niezachwianą wiarą w zwycięstwo, także na ziemiach polskich. Mimo że byli to żołnierze państw zaborczych, określano ich mianem „nasi”, bo przecież często rekrutów powoływano spośród miejscowej ludności. W szybkie zwycięstwo wierzyli też sami żołnierze. „Władze rosyjskie ujęte są wzorowym zachowaniem Warszawy — spokojem ogólnym itd.” — pisała Maria Zdzisławowa Lubomirska. „Zupełnie nie spodziewano się zapału, z jakim idą rekruci [...]. Towarzyszył im tłum entuzjastyczny, krzycząc hurra!!! Niech żyje armia!” — rosyjska...

Dla Lubomirskiej „wstrząsający był to widok w tę noc gwiaździstą [...]. Czy Kościuszkę dreszcz w grobie nie przeszywa?” — pisała zaskoczona reakcją warszawiaków w pamiętniku pod datą 4 sierpnia 1914 roku29. Wyrazy sympatii Polaków były zaskakujące, gdyż w początkach XX wieku na ziemiach Królestwa Polskiego stacjonowało ćwierć miliona żołnierzy rosyjskich, a po wprowadzeniu stanu wojennego natychmiast zaczęło się legitymowanie na ulicach i rewizje.

O Kościuszce pamiętali nawet opoje. „Bardzo często, idąc do roboty wcześnie rano, już o dwa kilometry słyszałem Boryczkę, śpiewającego jakąś zwrotkę godzinek, albo też »Patrz, Kościuszko, na nas z nieba«. A gdy się do niego zbliżałem, wynosił flaszkę wódki i kawał kiełbasy i próbował mnie częstować” — wspominał Wincenty Witos. „Gdy mu raz powiedział żartem: »Kaźmierzu, nie wypada, żebyście po pijanemu wzywali Kościuszkę, i to z nieba jeszcze«, Boryczka odrzekł: »Kościuszko pił także, to i mnie daruje«”. Co zdumiewające, ten alkoholik w łagodnej postaci „do samej śmierci trzymał się krzepko, a będąc już na emeryturze, większą część czasu przepędzał w lesie i miał jedno tylko zmartwienie, mianowicie: nie mógł pełnego kieliszka wódki donieść do ust wskutek trzęsących się rąk. Mimo moczenia ciała i duszy w spirytusie dożył bardzo późnego wieku, zachowując pełną świadomość. Wychował też z dwóch żon dwanaścioro dzieci, dorodnych i zupełnie zdrowych”, zadając kłam sądom, że alkoholik płodzi niedorozwinięte dzieci.

Drugim odpornym na działanie alkoholu osobnikiem był wójt Bogumiłowic Andrzej Solak, „o potężnej budowie ciała i szerokiej, czerwonej jak burak twarzy [...], pił codziennie najmniej za dziesięciu. [...] Gospodarstwo trzydziestomorgowe utopił prawie całkowicie w piwie”. Ale i on nieoczekiwanie „dożył bardzo późnego wieku, bo przeszło osiemdziesięciu lat, a pić przestał na parę dni zaledwie przed śmiercią”30.

Wydaje się, jakby „całe społeczeństwo przejęte zostało jedną myślą i że Austria posiada jeszcze w nim ogromny kapitał zapału i zaufania”, zauważył Wincenty Witos widzący entuzjazm społeczeństwa obrzucającego wojska kwiatami31. Jednakże działo się tak do chwili, gdy wygłodniałe oddziały c.k. armii zaczęły cofać się spod Lublina i Kraśnika, zabierać „resztki bydła, koni, uprzęży, zboża i siana, bez żadnej zapłaty. [...] Najgorzej zachowywali się [węgierscy] honwedzi, natomiast żołnierze Czesi szydzą i śmieją się z Austrii, agitując przeciw wojnie”32.

Najmniejszy entuzjazm wśród Polaków odnotowano w zaborze pruskim. Natomiast armię rosyjską od początków sierpnia 1914 roku „zaczęto traktować jako własną, a rosyjskich oficerów bez przeszkód przyjmowano na warszawskich salonach”. Rosyjski mundur przestał budzić odrazę, „w Warszawie pełno wojska”33. Ku ubolewaniu arcybiskupa Aleksandra Kakowskiego „teatry, sale zabaw i tańców, domy gry i rozpusty zapełniali oficerowie rosyjscy. Patrioci polscy przyjmowali ich w domach prywatnych, arystokratki i mieszczanki, nawet uczciwe, tańczyły na balach prywatnych i publicznych z oficerami rosyjskimi; nowość niebywała, gdyż oficera, nawet Polaka w mundurze rosyjskim, nie dopuszczano przed wojną do ognisk domowych”. Teraz bratano się z „»naszymi braćmi Słowianami« i z »naszym« wojskiem”, ironicznie kwitował arcybiskup Kakowski, a warszawianki żeniły się w cerkwiach z rosyjskimi oficerami śpieszącymi na front, „jakby zapomniano na zawsze o stuwiekowej [raczej stuletniej] przeszło niewoli, o znęcaniu się Rosjan nad religią katolicką i narodowością polską”34.

Lektura tych słów budzi małą konsternację. Wygląda na to, że dziewczęta polskie wychodzące za mąż za oficerów rosyjskich i polscy obywatele wykazywali się większym miłosierdziem i współczuciem niż sam arcybiskup, niejako z urzędu powołany do kierowania się miłością do bliźniego. Tymczasem odruchy sympatii do Rosjan w Warszawie i w społeczeństwie polskim wywołane były nie tylko współczuciem dla tych, którzy szli na śmierć i rany za cara, ale też wydaniem 14 sierpnia 1914 roku manifestu głównodowodzącego wojsk rosyjskich księcia Mikołaja Mikołajewicza o pojednaniu: „ Niech Naród Polski połączy się w jedno ciało pod berłem Cesarza Rosyjskiego. Pod berłem tym odrodzi się Polska, swobodna w swojej wierze, języku i samorządzie”. Ci, którzy chcieli wierzyć — uwierzyli w te zapewnienia, inni dostrzegali ogólnikowość sformułowań.

Zaskoczone dobrym przyjęciem dowództwo rosyjskie rozkazało żołnierzom zachowywać się przyzwoicie w Priwislanskim Kraju. Nade wszystko nie dopuszczać do pijaństwa, tak by zjednać sobie ludność polską. Nakazy dobrego obchodzenia się z ludnością w Królestwie Polskim nie dotyczyły jednak Izraelitów: w Jędrzejowie „Żyd Nehemiasz gościł kozuniów [kozaków], a ci na drugi dzień zgwałcili mu dwie córki. Żyd rwał sobie włosy z głowy i lamentował: »aj waj! Będziemy mieli żydków kozaków!«”.

Natomiast chłopi w Królestwie tygodniami gościli „kozuniów” jako swoich, relacjonował dalej ksiądz kapelan Kosma Lenczowski35. Podobnie było po wkroczeniu Rosjan do austriackiej Galicji i Lodomerii: w Oleśnicy na Rusi „Kozacy rabują tam sklepy i biją Żydów — zanotowała Irena z Tańskich Zaborowska pod datą 16 września 1914 roku — biją ich nahajkami, zabierają wszystko, rabują sklepy, porywają Żydówki — tylko Polakom dają pokój, a Polacy niechluje niemożliwi — są świnie nad świniami — u Pani Knotowej w Słupi zanieczyścili całą spiżarnię bogatą w beczki słoniny, miodu — każdy rondel zapaprali tym, co najgorsze na świecie”, dodała 19 września 1914 roku36. Jacy Polacy — nie dodała; być może chodziło jednak o chłopów rusińskich, nienawidzących Lachów. Do kwestii tych jeszcze nie raz wrócimy, a zanieczyszczony miód pitny trzeba było wylać.

4. Wodku w kanawu!

Wybuch Wielkiej Wojny, jak określano I wojnę światową, wywołał na okupowanych ziemiach polskich napięcia na rynku. W zaborze rosyjskim w wielu miejscowościach Żydzi masowo wykupywali srebrne i miedziane monety, twierdząc, że „papiery nic nie [są] warte”. Chcieli mieć środki na zakup i obrót deficytowymi towarami. A tym na wojnach bywała wódka. „Wybucha wojna. Gdziekolwiek się obróciłem, wszędzie płacz kobiet. Mężczyźni chodzili pijani, klęli Moskali i cara, że chce zaprowadzić niewolę”, i z tym przekonaniem szli do poboru c.k. armii — pisał przyszły ślusarz z Zagłębia Naftowego37.

Władze zaborcze, dbając o trzeźwość i morale żołnierzy, wprowadzały zaplanowaną prohibicję. Po raz pierwszy w dziejach na taką skalę miała to być zupełnie trzeźwa wojna. Na zapleczu i na froncie miał panować ład i porządek, a nie pijany chaos atakujących i broniących się oddziałów ożywiających wódką wolę walki. Sztaby i dowódcy zdawali sobie sprawę, że nowoczesna wojna z użyciem potężnej artylerii, ciężkich karabinów maszynowych, aeroplanów, tanków i gazów bojowych wymaga od żołnierza trzeźwego wysiłku, czujności, precyzji znacznie większych niż w przeszłych wojnach.

Ale jak zapanować nad ludnością i wojskiem, gdzie wódka, wino, miody były częścią życia?

Szczególnie zdecydowanie w sprawie prohibicji zareagowali Rosjanie i władze w Galicji. Świadoma część ludności odebrała to dobrze. Księżna Lubomirska doceniła starania władz rosyjskich o zachowanie trzeźwości, spokoju ludności i wojsk w Warszawie. „Sądzę, że do tego spokoju przyczynił się także brak wódki. Rząd bardzo mądrze się znalazł i kazał tu wylać osiemset tysięcy wiader okowity, to samo wszędzie. Specjały trunkowe płynęły rynsztokiem. Syn stróża skusił się na nie z buteleczką w ręku, za co wnet się przeszedł z kajdankami w rękach”38.

Jednak spirytus był potrzebny nie tylko dla spragnionych alkoholu. Denaturat służył do podgrzewania potraw i płynów w maszynkach. Aby alkoholicy go nie konsumowali, władze nakazały dodawać do denaturatu metyloetyloketon i inne odrażające w smaku i zapachu substancje. Początkowo dodawano trujący metanol; jednak potem zrezygnowano z tego zabiegu, gdyż alkoholicy, nie zważając na zagrożenie, spożywali także zatruty metanolem spirytus, fundując sobie co najmniej ślepotę, a najczęściej śmierć. Podczas odwrotu z „bieżeńcami” przed Niemcami z Baranowicz do Kijowa Joanna Potocka pisała: „Brak prowizji już daje się nam czuć, a zwłaszcza brak spirytusu. Nasza służba rozpaliła ognisko koło naszego wagonu i ugotowała nam wodę na herbatę”39. „Prowizja” oznacza tu prowiant, a spirytus to denaturat używany do gotowania w „maszynce”, którego zabrakło.

Karol Wędziagolski służący w XVIII Korpusie armii carskiej znalazł się w Narwie. „W małych, lecz schludnych estońskich garkuchniach zajadaliśmy na cały świat sławne narwskie węgorze, popijając gorzałką w filiżankach do kawy, gdyż od pierwszego dnia wojny w całej Rosji obowiązywała surowa abstynencja”40. Władze rosyjskie zadbały o trzeźwość także w Królestwie Polskim. Zbiorniki spirytusu i wódki w gorzelniach nakazano wylewać do rynsztoków, do rowów, w pola albo do rzek. Ze wspomnień Heleny z Seifertów Jabłońskiej wynika, że zachowywano jedynie tyle alkoholu, by sołdaci mogli wlać niewielkie przydziały wódki do manierek, nic nadto.

Rosyjscy dowódcy starali się uprzedzać władze cywilne i duchowne o akcji wylewania wódki w gorzelniach. W Sandomierzu proboszczowi Józefowi Rokosznemu już 4 sierpnia 1914 roku „rano dał znać naczelnik powiatu, żeby kupowano spirytus, bo zapas będzie zniszczony. Rzucili się ludzie na gwałt, wykupywali; i ten do palenia, i ten do picia. Podobno wczoraj w Opatowie, gdzie jest duży skład monopolowy, zniszczyli ogromną ilość spirytusu, tak że płynęła rynsztokami”, opisywał ksiądz. Odchodzące z miasta władze i posterunki rosyjskie, spodziewając się Austriaków, na koniec „u nas spirytus poniszczyli. Dziś rano, do dnia, zawieźli nad Wisełkę, tuż przy moście, i tłukli butelki, i wrzucali do wody. Z fur rozkradali Żydzi, chłopaki. Od robót uciekali murarze i rozdrapywali butelki, zanim potłukli. Później chłopaki z siatkami powchodzili do wody, wyłapywać małe buteleczki”41. Tak przemożne i silne było pragnienie alkoholu jako „leku na wszystko” — szczególnie na niepewny wojenny czas.

Operacja wylewania spirytualiów sprawiła, że niemal całe Królestwo Polskie oraz opanowana przez Rosjan część Galicji zostały wprost podtopione wylewaną wódką i spirytusem ze zbiorników. Za każdym razem obrazek był podobny. 10 sierpnia 1914 roku w Łowiczu „wieczorem i w nocy, z rozporządzenia władzy, urzędnik akcyzy z pomocą strażników ziemskich poniszczył sklepy monopolowe, tłukąc butelki i wytaczając na ziemię spirytus” — zanotował Władysław Tarczyński. „Przy tej operacji dokonane były liczne kradzieże butelek z wódką i spirytusem. Ostatnie kilkanaście wiader najlepszego spirytusu ocalono dla szpitala i dnia następnego pod strażą tam dostawiono”. Miały służyć podczas leczenia chorych i dezynfekcji sprzętu medycznego42.

Rosjanie zadbali o niszczenie składów monopolowych także na Litwie. Dochodziło tam do zapijania się na śmierć wylewanym spirytusem. W Wilnie „wielu z obecnych kładło się na ziemię i piło płynący spirytus aż do utraty przytomności, a jeden zapił się i umarł na miejscu”, zanotował Władysław Zahorski43. „O alkohol było bardzo trudno. Sprzedawanie alkoholu zostało zakazane, a gorzelnie wypuszczano do rowów” — dodawał ziemianin Stanisław Aleksandrowicz. „Na wiadomość o przybyciu przedstawicieli akcyzy do gorzelni zbiegała się okoliczna ludność z rozmaitego rodzaju pojemnikami, jak skopki, wiadra, a nawet ceberki, do których czerpała płynący alkohol. Była to nawet pewnego rodzaju uroczystość darmowego picia i nawet robienia zapasów alkoholu. Eskorta wojskowa — zwykle kozacy — nie przeszkadza w zbieraniu alkoholu już wylanego”; tego nie było w rozkazie. W związku z tym zdarzały się „wypadki śmiertelne zatrucia się nadmiarem wypitego spirytusu”.

Piszący to Stanisław Aleksandrowicz odnotował też, jak spirytus popłynął strumieniem aż do Wilii przy miasteczku Michaliszki, gdzie pasło się bydło. Stado „pognane do strugi na wodopój napiło się już trochę rozcieńczonego wodą spirytusu. Widok pijanych krów i byka był bardzo komiczny, jednak tylko bawił, a nie budził odrazy, jak widok »zalanego« człowieka”44.

Jednak niekiedy, uciekając w popłochu, władze zapominały o składach spirytusowych. „W Szydłowie urzędnik akcyzy zniszczył cały zapas wódki w monopolu i wyjechał, zapominając o Cytowiańskim monopolu” — zanotował Eugeniusz Romer pod datą 4 września 1914 roku. „Policja uciekła z całego powiatu” rosieńskiego na Litwie, zostawiając magazyn ze spirytusem na pastwę ludności. Romer, jak wielu, pochwalał zarządzenia władz rosyjskich dotyczące prohibicji: „Przeprowadzenie tak kardynalnej reformy, jak zamknięcie monopolu i zakaz wyszynku wszelkich alkoholi, chociaż pozbawiało to rząd największego źródła dochodu w chwili największego zapotrzebowania tych środków na prowadzenie wojny tak nadzwyczajnie kosztownej, pozwalało ludziom nawet sceptycznie usposobionym myśleć, że Rosja zdolna jest przeobrazić się i sprostać zadaniu. Z drugiej strony dzikie okrucieństwo Niemców [...] musiało osłabić przekonanie o wysokiej cywilizacji i poszanowaniu prawa przez Niemców”, wlewających w siebie hektolitry piwa wzmocnionego sznapsami — zauważał45.

Braki na rynku zmobilizowały najbardziej obrotną warstwę na ziemiach polskich — Izraelitów. To oni i chłopi „rozwożą po wsiach i miasteczkach szwarcowaną wódkę z Galicji. Do Klimontowa przyjechały z tym dwie fury. Pan Chajecki radził burmistrzowi, żeby wódkę kazał zniszczyć”, pisał ksiądz Rokoszny pod datą 2 września 1914 roku46.

Władze, obawiając się pijackich rozruchów, usiłowały także zapobiec przemytowi. 4 września 1914 roku „Żydzi przywieźli do Koprzywnicy wódkę galicyjską i znów się paru mieszczan upiło”. Tym razem duchowieństwo postanowiło interweniować i zrobiło to całkiem przebiegle. „Dziś dziekan [przełożony kapelan kościelny nad dekanatem — J.B.] poszedł do apteki, wezwał tam dwóch starszych Żydów, przedstawicieli dwóch istniejących tu partii, i zapowiedział im: »krążą tu jacyś ludzie i powiadają, że mają Żydów bić, ja was będę bronił i obronię, o ile ludzie będą trzeźwi, ale jeżeli ludzie będą mieli wódkę i będą pijani, to ja na pijanych nie mam sposobu, więc wódkę trzeba koniecznie usunąć dla waszego bezpieczeństwa«. Żydzi przyjęli tę przemowę bardzo dobrze i przyrzekli solennie, że wódki w Koprzywnicy nie będzie”47.

Jednak w innych miejscach, jako urodzeni handlowcy, Izraelici nie zamierzali zrezygnować z alkoholowych interesów. Usiłowali ominąć nakaz prohibicji, ubić dobry interes i wyrwać się z nędzy. Nie zawsze jednak im się to udawało. Podczas walki o górę Kliwę na Węgrzech, „wracając, spotkaliśmy Żydów wiozących z Husztu transport wódki i wiktuałów, które sprzedają żołnierzom po wygórowanych cenach”, pisał hrabia August Krasicki pod datą 21 grudnia 1914 roku. „Cały transport im skonfiskowano, wódkę z baryłek wylano, za wiktuały wypłacono im wedle cennika zatwierdzonego przez władze wojskowe, a Żydom wymierzono doraźną karę po 20 trzcin, które zaaplikował im z satysfakcją mój ordynans [Józef] Kuzio”48.

Wincenty Witos pisał z kolei o zdarzeniach w Tarnowie: „Chodząc, mimo woli byliśmy świadkami niebywałej sceny. Żołnierze rosyjscy, widocznie na skutek rozkazu, wylewali wódkę i spirytus z ogromnych beczek do rynsztoka na rynku, tuż koło ratusza. Ponieważ kilka beczek rozbili naraz, z wódki i spirytusu utworzyła się formalna rzeka. W mgnieniu oka setki osób rzuciło się na ziemię, łykając chciwie rozlany płynący trunek. Gęsto rozstawieni żołnierze bili kolbami i gwałtem odrywali pijących. To jednak bardzo niewiele pomagało. Za chwilę musiano ich odnosić, gdyż bardzo wielu straciło przytomność. Było to obrzydliwe widowisko, które wywarło na nas przykre wrażenie, tym więcej, że żołnierze rosyjscy z tej okazji rzucali pod adresem Polaków rozmaite uwagi”49.

5. Kozacka oskoma

Ale i rosyjscy żołnierze, gdy tylko nadarzyła się okazja, pili do nieprzytomności, nie zważając na kary. Po początkowych sukcesach austriackich pod koniec sierpnia 1914 roku armia generała Aleksieja Brusiłowa przekroczyła Zbrucz i zagroziła Lwowowi. Po wejściu do wschodniej Małopolski oddziałom carskim rozkazywano także w zaborze austriackim opróżniać zbiorniki z wódką.

Jak to wyglądało w Demidówce, opisywał Andrzej Kuśniewicz. „Gorzelnia była otwarta szeroko [...]. Przygalopował oficer wraz z dwoma praporszczykami [chorążymi — J.B.]. Zeskoczył z konia, podszedł do gorzelni. Wstąpił ostrożnie w pustą przestrzeń pełną kręcącej w nozdrzach woni mocnej okowity. Wciągnęli wszyscy trzej to mocne powietrze, zadumali się. Ale zaraz potem padła decyzja: Tysiące litrów — do stawu! Odkręcić zawory! Opróżnić rezerwuary! I — won! — żeby nie było żadnej pokusy. Toż spirytem na dwie mile zajeżdża! I nim tamci dwaj zakrzątali się wokół sięgających sufitu kotłów z manometrami i plombami akcyzy, on wyjął szybko pistolet z kabury i wystrzelił prosto w lśniący metal. Siknęła wódka cieniutką strugą. Wziął na palec, posmakował: — Krepka! — Pokręcił z uznaniem głową”.

Proporszczyki otworzyli zawory i okowita, bulgocąc, siknęła do stawu ogromną strugą. „Poszedł po szeregach jegrów szept: — Spirit-spirit-spirit”...

Pokusa stała się nie do przezwyciężenia, wyschnięte gardła domagały się alkoholu, w głowach zatańczyła wyczekiwana ulga po wypiciu spirytusu. Pękły żołnierskie szyki. Jegry rzucili się do okowity i mimo kapralskich nahajek, zapędzających ich do szeregów, deptani jeden przez drugiego pili „jej Bohu, spirit”. A wraz z nim połykali „pijawki skręcające się w esy-floresy, drugi raz grube jak śliwki węgierskie; dalej komary padłe na wznak, wyciągające cienkie łapy ku górze w śmiertelnych skurczach; i pająki wodne tuż przed skonaniem; i malutkie żabki oraz muszki, a obok nie nazwane i nie do rozpoznania robaki i robaczki, cała wodna fauna. Istny rusko-małorosyjski barszcz! — można by zadrwić. [...] Pijawki zwisające spomiędzy warg, przegryzane wargami. Część pijących już leżała martwa, spita na śmierć”.

Inni otwarli śluzy i masa śniętych ryb pomknęła w stronę potoku, gdzie baby prały bieliznę. Widząc ryby odwrócone brzuchami do góry, rzuciły się do nich, aby je wyławiać, uradowane, że będą miały solidny obiad dla rodziny, może niejeden, z alkoholowym farszem...50 Choć opis Kuśniewicza wydaje się podkoloryzowany, to dobrze oddaje nieposkromioną żądzę żołnierzy: byle się upić i choć na chwilę — zapomnieć.

Największym zagrożeniem dla mieszkańców Galicji stali się kozacy, którzy zapędzali się w głąb terytorium na swych koniach. Wiedząc o ich zamiłowaniu do gorzałki, uciekający właściciele ziemscy Podkarpacia pozostawiali często spirytualia w gorzelniach. Na ogół kończyło się to katastrofą dla sołdatów. Na przykład ksiądz Rokoszny z Sandomierza wspomniał o pijaństwie kozaków, którzy napadli w sierpniu 1914 roku na stację Herby w poszukiwaniu wódki, piwa i czekolady. Znaleźli ją i skutek był łatwy do przewidzenia51.

Po zajęciu Rzemienia 22 września 1914 roku znów „kozacy rzucili się zaraz na gorzelnię, gdzie znaleźli wielkie zapasy wódki w żelaznych rezerwuarach i zaraz zaczęli pić. W przeciągu godziny z kilku sotni kozaków już tylko konie były trzeźwe. Zaczęły nadciągać oddziały piechoty.

Żołnierze ci również zaczęli pić na umór. Wszelka subordynacja wobec oficerów znikła i niedługo całe otoczenie gorzelni zasłane było pijanymi do nieprzytomności żołdakami.

Pułkownik rosyjski, który przed wieczorem z gronem oficerów nadjechał, kazał zaraz opróżnić rezerwuary i wypuścić wódkę do rowów. To jednak powiększyło jeszcze pijaństwo, gdyż żołdacy rzucili się na ziemię, chłepcąc wódkę z rowów, a i chłopi miejscowi nadbiegli z garnkami po płynącą wódkę. Na to nadjechał generał ze sztabem, a widząc, że pijaństwo czyni szybsze postępy jak opróżnianie rezerwuarów, polecił podnosić na bok pijanych i płynącą wódkę podpalić. W momencie spłonęła cała gorzelnia”, potem także pałac, a okolica została spustoszona i zniszczona przez Moskali52.

Dowództwo rosyjskie tak bardzo obawiało się pijaństwa swych żołnierzy, że likwidowało nawet browary. W Okocimiu w majątku Jana Götza browar „przed kilkoma tygodniami doszczętnie splądrowali Rosjanie i szlachetny trunek wprost z kuf wytoczyli do rzeki, aby zapobiec pijaństwu żołnierzy i pokusom sztabów”, zauważył oficer łączności Stanisław Żmigrodzki w styczniu 1915 roku53. Ale pomimo kar rabunki kozackie szerzyły się jak pożar, szczególnie w bogatych pałacach i dworach polskich na Rusi54. Piechota miała znacznie gorzej, natrafiając na spustoszone już przez kozaków piwnice z winami i miodami.

Właśnie pijaństwo kozaków bywało szczególnie groźne. Byli nie do upilnowania przez wyższych dowódców, wysyłani konno jako patrole i rozpoznanie, na odległość wyczuwając też alkohol. Na podstawie źródeł możemy sądzić, że pijani czy podpici dopuszczali się często gwałtów — nawet na 12-13-letnich dziewczynkach. Według relacji kierownika czytelni polskiej Jędrzeja Sąsiadka w Dubowcach „kozacy »wypili gorzelnię«, a potem wyprawili we wsi awanturę, trwającą całą noc. Zgwałcili mnóstwo kobiet i dziewcząt. Jedna dziewczyna umarła z nadmiernego gwałcenia”. Inne ratowały się ucieczką w stawy, siedząc w oczeretach „w wodzie po szyję”55.

Podobne sceny odnotował Bronisław Świeykowski w Gorlicach, który jako głównych sprawców gwałtów wskazywał Czerkiesów: „istne bestie w ludzkich ciałach”56. Natomiast podczas pierwszego oblężenia Przemyśla, w 1914 roku, po zamknięciu pierścienia okrążenia, kozacy ruszyli do Dubiecka nad Sanem w Galicji. Po zrabowaniu i zniszczeniu nędznego dobytku mieszkańców, „dobrawszy się do gorzelni, czy też składu okowity, to przez 2 tygodnie pili i pili, a jak mieli odejść, bo o naszych wojskach zasłyszeli, to beczki z okowitą porozbijali i zapalili. [...] Strach, pani, co to za ludzie, ale od naszych [wojsk austro-węgierskich] to my też krzywdę mieli”, żaliła się w Przemyślu staruszka, której pozostała tylko żebranina57. Działo się tak, pomimo że nadal w armii rosyjskiej obowiązywał rozkaz niszczenia gorzelni i magazynów spirytusowych, także na terenach zdobytych.

29 czerwca 1915 roku w Adamowie Michał Stanisław Kossakowski służący w armii carskiej ustawił swój tabor sanitarny „na podwórzu gospodarczym koło pięknej gorzelni i składu mieszczącego zapas 1400 wiader spirytusu [ponad 172 hektolitry]”. Zmęczona kadra sanitarna wypiła herbatę i zapadła w sen, gdy wtem „budzi mnie pan [zarządca folwarku hrabiego Wincentego Łosia] Matuszewski, donosząc, że skład spirytusu stał się już polem grabieży i orgii. Zrywam się zaniepokojony.

— Czyżby moi żołnierze?

— Nie pańscy — odpowiada mi Matuszewski — ale kozacy pilnujący składu”.

Dalszy ciąg tych zdarzeń wydaje się nieco dziwny. Opisywał Kossakowski: „Podchodzą do mnie co chwila jacyś pijani żołnierze z oświadczeniem, że choć im bardzo wstyd, jednak przyznać muszą, że się upili. Na widok ich oskoma [pragnienie] bierze żołnierzy mojego Oddziału, ten i ów przychodzi spytać mnie o pozwolenie nabrania spirytusu lub ostatecznie chociażby tylko dla nas, bo można go nabrać darmo, ile kto unieść zdoła. Widzę, że nam grozi podwójne niebezpieczeństwo, więc w obawie, że sam sobie nie dam rady z budzącą się dookoła żądzą trunku, budzę wszystkich oficerów, zarządzam ścisły nadzór nad naszymi żołnierzami i zapowiadam im najsurowszy wymiar kary, w razie gdyby ośmielono się w jakiejkolwiek formie przyjąć udział w grabieży wódki”.

Wystawiono warty oficerskie, gdy rozkaz ze sztabu 48 Dywizji nakazał wysadzić gorzelnię w powietrze. Mimo że sztab ten nie miał prawa wydawać poleceń dowództwu 52 Dywizji, w której służył Kossakowski, to na wieść o planach zniszczenia drogocennego płynu „grabież doszła do niezmiernych rozmiarów. Jacyś żołnierze wytaczają wódkę beczułkami, wynoszą wiadrami i we wszelkiego rodzaju naczyniach, garnkach i kubkach. Mógłby ktoś zapytać, dlaczego nie przedsięwzięliśmy żadnych kroków w celu niedopuszczenia do grabieży, powiem tu wtedy mimochodem, że wiele z wynoszonych zapasów było dostarczane panom oficerom armii na ich rozkaz”58.

Wybiórcze stosowanie zasady abstynencji powodowało, że prohibicja zarządzona przez władze rosyjska była dziurawa. Psalmista Paszczuk opisywał wydarzenia we wsi pod Słuckiem: „Poprzedniego dnia spuszczano spirytus z beczek tutejszej gorzelni. Miejscowi sprzedawali go teraz po 3-5 rubli za butelkę”. Cała wioska zatacza się, jest pijana; także „bieżeńcy” przez chwilę przenoszą się do alkoholowego raju59.

Potem było jeszcze gorzej: po wytrzeźwieniu ludzi dopadało pragnienie, następnie głód. Tymczasem brakowało żywności, często wody. Gdy wreszcie dostawali jadło, pochłaniali je bez opamiętania — i chorowali lub umierali wskutek skrętu kiszek.

6. Rosjanie we Lwowie

27 sierpnia 1914 roku rozeszła się wieść, że „Moskale idą” na Lwów. Miasto ogarnęła nieopisana panika, gdyż obawiano się wkroczenia armii pijanych barbarzyńców. Część ludności zdołała się ewakuować z miasta z obawy przed kozakami; inni, jak pewne panie „zdobne w czerwone krzyże”, usiłowali obłaskawiać wkraczających w początkach września Moskali, częstując ich wódką. Jakaś Żydówka biało ubrana „podała kubek wódki siedzącemu na koniu oficerowi. On kopnął go nogą, przy czym dostało się także Żydówce. Nie wiedziała, że w wojsku rosyjskim obowiązywała bezwzględna abstynencja”, a jeśli była łamana, to pokątnie, a nie na oczach ludności dużego miasta60.

Potwierdzają to inne zdarzenia odnotowane we wspomnieniach. Kozak zachęcany przez panie do wypicia kielicha „wypraszał się od tego bardzo energicznie. Przekonywały go żargonem polsko-ruskim, że wódka nie jest, broń Boże, zatruta i że sprawi im przyjemność, jeśli ją wypije. Oburzony tym służalstwem wreszcie kozak splunął przed owymi paniami” i odjechał61.

Zdaje się jednak, że nie chodziło mu o wyrażenie pogardy kozackiej dla „polskiej służalczości”. Wkraczającym wojskom moskiewskim, jak wiemy, zakazano picia i rabunku, aby nie zrazić do siebie „wyzwalanej” ludności polsko-ruskiej. Gdy lody przełamano, we Lwowie „znalazły się więc w porę kwiaty, całusy od dziewic nadobnych, wiwaty, papierosy, wódka [...] i zapewnienia ogromnej radości z powodu możności przywitania i oglądania na własne oczy dzielnych, zwycięskich żołnierzy sławnego cara! Oczywiście nie przeszkadzało to bynajmniej po kątach markować równocześnie swego ultra-austriackiego patriotyzmu!” — ironizował naoczny świadek pamiętnych dni okupacji rosyjskiej we Lwowie Bogdan Janusz62.

Oficerowie rosyjscy zajęli we Lwowie hotel „George”, „ponieważ zaś od samego rana alkohol cieszył się ogromnym uznaniem, a jak wiadomo, armii cara nie wolno używać go bezwarunkowo, zatem z polecenia władz wojskowych wydał prez[ydent] dr T. Rutowski jeszcze tego samego dnia [3 września 1914 roku] obwieszczenie do ludności tej treści: »Wszelkie szynki, piwiarnie i handle win mają być natychmiast zamknięte. W restauracjach i pokojach do śniadań nie wolno wydawać wódki ani win«”. Równie zdecydowanie zareagowały rosyjskie władze wojskowe: „Niniejszym rozkazuję, ażeby bezwzględnie wszystkie restauracje i kawiarnie były zamykane o godzinie 11 wieczorem podług czasu petersburskiego”, czyli o 10.00 wieczorem czasu lwowskiego, zarządzał nowy gradonaczalnik Lwowa generał major Eiche po zajęciu miasta63.

We wrześniu 1914 roku uzupełnił to kolejnym zarządzeniem: „Właściciele restauracyi, piwnic, winiarni, sklepów spożywczych i innych przedsiębiorstw handlowych mają w terminie dni trzech od dzisiejszej daty stanowczo bez wyjątku wszystkie zapasy wódki, wina, piwa i innych napoi spirytusowych wynieść ze sklepów i złożyć w odrębnych pokojach lub lochach i piwnicach i zakomunikować adres wskazanych miejsc do Zarządu Gradonaczalnika, skąd będzie wysłana osoba w celu nałożenia pieczęci na składy napoi spirytusowych. Osoby, które nie uczynią zadość niniejszemu rozkazowi, lub też jeśli się zauważy sprzedaż napojów spirytusowych, będą karane karą pieniężną do trzech tysięcy rubli i wysłane za granicę miasta, Lwów, 18 września 1914”64.

Rozkazy rozkazami, a życie życiem. „Zakaz ten nie przeszkodził oczywiście bardzo szerokim zabawom wieczorem i noc całą oficerów z wesołymi niewiastami, które dziwnie prędko zapomniały o sympatiach swoich jeszcze z dnia poprzedniego, rozmiłowując się na śmierć w nowym przedmiocie swoich »uczuć najszczerszych«”, kpił Bogdan Janusz65.

Dowództwo rosyjskie w zdobytym Lwowie niebawem dowiedziało się, że Bank Hipoteczny w czasach austriackich zgromadził w rezerwuarach na dworcu kolejowym ogromne ilości spirytusu. Z płynem tym „dali sobie Rosjanie bardzo szybko radę. Produkt wartości 500 000 koron dnia 26 czerwca [1915 roku] spuszczono do ścieków ulicznych, by spłynął kanałami. Przy tej sposobności i tutaj nie obeszło się bez rozkradania przez ludność płynącego obfitą strugą alkoholu, a także, mimo wart, zapijania się nim żołnierzy. Kilku poniosło nawet z tego powodu śmierć, leżąc na ziemi i pijąc bez pamięci. Sam widziałem dwóch takich” — wspominał Stanisław Srokowski. „Po stwierdzeniu owych faktów przedsięwzięto u żołnierzy rewizję manierek, usilono [sic] też poniewczasie warty antyspirytusowe, wystawiając je teraz nawet tam, gdzie były najzupełniej zbędne”66. Jednakże nadal, zarządzając wylewanie wódki i wprowadzenie prohibicji, Rosjanie zjednywali sobie przychylność mieszkańców Lwowa, podobnie jak niedawno Warszawy.

Reasumując, można stwierdzić, że pomimo kilku głośnych pijackich incydentów i gwałtów wojska rosyjskie zachowywały nadspodziewaną wstrzemięźliwość. Mieszkańcy Małopolski spodziewali się znacznie gorszych wybryków ze strony „barbarzyńców ze Wschodu”. Tymczasem dowódcy rosyjscy wpajali w sołdatów przekonanie, że walczą za wolność ciemiężonych ludów słowiańskich, więc muszą się zachowywać wzorowo. „W ogóle postępowali żołnierze rosyjscy po ludzku z nędzą i niedostatkiem” — napisał świadek tamtych dni. „Przez cały czas pobytu we Lwowie wydawali ochotnie z kotłów swych gorącą zupę do garnuszków”67.

W styczniu 1915 roku ojciec doktora Adama Benisza opowiedział synowi legioniście, przebywającemu na urlopie, o okupacji Nowego Sącza przez Rosjan. Wbrew stereotypowym wyobrażeniom „charakteryzuje mi ojciec poprawne zachowanie się komendy rosyjskiej w mieście i nakaz zniszczenia alkoholu. [...] Kończąc opowiadanie o swych przeżyciach, porównał ojciec pełną abstynencję rosyjskich oficerów, którzy pili tylko herbatę i czarną kawę, z pijaństwem, jakie zapanowało wśród austriackiej elity wojskowej po wejściu wojska austriackiego do miasta, gdy Żydzi ochotnie raczyli alkoholem Austriaków jako swoich wybawców z niewoli rosyjskiej”68.

Nawet rosyjski następca generała Eichego na stanowisku gradonaczalnika Lwowa, „typ brutala, satrapy i łapownika”, pułkownik Aleksiej Skałłon, nakładał drastyczne kary „za sprzedaż wódki i piwa”. Nie można go było ową wódką przekupić, gdyż Skałłon miał znacznie intratniejszy interes niż hurtowy obrót gorzałką, wywożąc srebra i kosztowności nieobecnych mieszkańców Lwowa i składając je za Dnieprem w Słobódce koło Kijowa. Także przy układaniu listy zakładników zarobił Skałłon „nie najgorszą na owe czasy sumkę 60 000 rubli”69.

Generał porucznik w armii rosyjskiej, potem polski generał Eugeniusz de Henning-Michaelis po przejściu na teren Rumunii usiłował także tam, gdzie wino stało się bardziej dostępne, utrzymać swą dywizję w ryzach prohibicji. „Bałem się ekstrawagancji alkoholicznych; zapieczętowano tu wszystkie spirytualia, ale od czegoś są Żydki”. Nie wiemy jednak, czy doszło do pijackich wyczynów, natomiast wiemy, że generał jeździł do Czerniowiec „głównie kupić większy zapas cukierków, które, wobec surowo przestrzeganej prohibicji, odchodziły masowo. [...] W sklepach i mieście dziwiono się bardzo, że nie pijemy wina”70.

Po czym dodawał, opisując stacjonowanie w rejonie rumuńskich Fokszan: „walka z alkoholem trwała; jak na złość stałem w centrum produkcji wina. Codziennie wylewało się do rowów tysiące litrów, a w piwnicy stało wypuszczone wino nieraz na cztery stopy wysoko; najbardziej upijali się kozacy”71.

Ale i Polacy także ulegali powabowi dobrego wina. Fin Kaarlo Kurko, walczący między innymi w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku, przytaczał opowieść jednego z rotmistrzów ułanów. „Brałem udział w walkach na terenie Rumunii, a oprócz tego nieźle się tam bawiliśmy. Krzepkie rumuńskie dziewczyny są — jak wiadomo — gorące, a rumuńskie wino — dobre”. Pewnego dnia jeden z ułanów wbił w miękką ziemię na pastwisku lancę, chcąc uwiązać konia. Lecz natrafił na coś twardego. Zaczął kopać i dokopał się do solidnych desek, aż wreszcie „ukazała się szeroka, równa, i starannie wykonana podłoga”. Żołnierze zaczęli ją rozrywać, sądząc, że natrafili na skarb — i natrafili: na zbiornik wina trzech i pół metra głębokości.

Zadowoleni z odkrycia „przystąpili do degustacji wina i stwierdzili, że jest smaczne i uderza do głowy. Wkrótce cały szwadron był na lekkim rauszu, żołnierze nalewali wina do wiader służących do pojenia koni i przenosili do swoich kwater”. Na odgłos wesołych śpiewów nadjechał dowódca: rotmistrz rozkazał żołnierzom natychmiast wytrzeźwieć i postawił przy zbiorniku wartownika z rozkazem strzelania do każdego potencjalnego złodzieja. Podczas inspekcji warty „nie zobaczyłem ani śladu wartownika; na trawie leżał jedynie karabin”, opowiadał rotmistrz. „Zajrzawszy do zbiornika z winem, dostrzegłem rękę żołnierza wystającą ponad powierzchnię drogocennego płynu. Kąpał się w nim, jak Poppea w oślim mleku, ale z gorszym skutkiem”.

Spragniony żołnierz utopił się w winie, zapewne upojony albo zatruty oparami alkoholu. Nie był to koniec winnych przygód. „Jak tylko odszedłem od zbiornika, żołnierze pobiegli tam z wiadrami, żeby nabrać wina, w którym utopił się ich kolega”72. Przypominało to sceny z wojen napoleońskich w Hiszpanii, we Włoszech, na Węgrzech.

Po zajęciu Lwowa i części Galicji przez Rosjan późnym latem 1914 roku front się ustabilizował. Ale już w marcu roku następnego Gorlice obsadzone przez oddziały carskie zostały ostrzelane przez Austriaków. „W nocy strzelanina się wzmaga, to jednak nie przeszkadza bohaterskim sołdatom do rozbicia ostatniej jeszcze, dotychczas nietkniętej piwnicy dyrektora gimnazjalnego i do pustoszenia gabinetów przyrodniczych i fizykalnych w gimnazjum. Dwóch sołdatów zapija się na śmierć w ciągu tej nocy i to spirytusem ze słojów, w których były konserwowane żaby, węże i ryby [...] — to fakt autentyczny, którego świadkiem był tercjan w gimnazjum” i inni, odnotował kanonik Bronisław Świeykowski pod datą 7 marca 1915 roku73. Nie dopilnowali ich oficerowie carscy, tak dbający o trzeźwość swych żołnierzy.

Wraz z przedłużaniem się wojny i związanej z tym nudy okopowej i garnizonowej rozluźniały się obyczaje abstynenckie i zasady prohibicji. Modne wśród wyższych szarż rosyjskich stało się picie koniaku, który miał dobrze działać na serce i inne organy. Toteż pewien pułkownik zdziwił się bardzo, że tabor Kossakowskiego, cofając się z Brześcia Litewskiego, nie zabrał ze sobą tego szlachetnego trunku.

„— Jak to? Z Brześcia nie wzięliście alkoholu?

— Ani kropelki — odpowiadamy — wzięliśmy tylko te skarby — i wskazałem na skrzynię z jodyną.

— Ach! do diabła! — biada pułkownik. — Miałem w Brześciu upatrzony cały skład wina, postawiłem na straży kozaków, a te swołoczi wszystko mi wypiły, a teraz muszę od żołnierzy pożyczać”.

Pozostała więc pułkownikowi do wypicia herbata, którą ordynans Gutowski przyrządzał, rozdmuchując „samowar butem. Myślałem, że widok taki można mieć jedynie w karykaturach pism humorystycznych”, dziwił się Kossakowski74. Co ciekawe, doktor Kossakowski nie ratował się alkoholem, a przynajmniej o tym nie pisał, mimo że nieraz dokuczał mu chłód i przeziębienie. Wolał pod koniec sierpnia 1915 roku kurczyć się pod kołdrą, „dygocąc z zimna; płuca i gardło podrażnione przez kurz chłonięty w czasie odwrotu z Brześcia jeszcze mnie bolą”.

A przecież pokrzepiający alkohol był na wyciągnięcie ręki, lecz z jakichś przyczyn nasz lekarz nie chciał z niego skorzystać. Wino zostało zatem przywiezione przez kapelana, który „z triumfującą miną wskazał na skarby zdobyte przez siebie w Brześciu. [...] Jak gdyby stado zdziwionych gąsiorów wyciągnęły w górę swoje szyjki różnych rozmiarów butelki z alkoholem”75. Podczas gdy oddział Kossakowskiego zadbał o jodynę do ciał rannych i kontuzjowanych, ksiądz dobrodziej zadbał o strawę duchową w postaci wina do spełnienia Eucharystii.

Oczywiście nie tylko kozacy odznaczali się zamiłowaniem do upijania się, nie bacząc na konsekwencje utraty zdrowia i życia. Na zapleczu, w Kijowie, na przekór wojnie rozkwitło bajkowe życie dekadenckie: „tysiące młodzieńców w przepięknych mundurach »ziemskich huzarów« [...], czyli dekujących się w ten sposób cywilów, uzbrojonych od stóp do głów, omalże w karabiny maszynowe”, paradowało po ulicach, „a dokoła nich słońce, muzyka, tańce, szampan, szał, słowem — prawdziwy raj Mahometa, [...] hurysek i odalisek, najsłodszy winograd wojny, czerpiący niewidzialnymi ssawkami jak wampiry krew, pożywne dla siebie soki kwitnięcia z dalekich, gnilnych okopów, z zawszonych baraków, z ofiar życia i beznadziejnej nędzy” tych, którzy mieli pecha znaleźć się na froncie — opisywał Karol Wędziagolski.

Znalazł się on także w Kijowie, skierowany do szpitala psychiatrycznego jako „wariat”. Był to skutek nudnej służby w okopach, gdzie w 1915 roku „od kapitana w dół rżnięto w baka i zapijano wódą”. Po tych doświadczeniach Wędziagolski popadł w „zupełny rozstrój nerwowy”, jak sam się do tego przyznał. Wiedział jednak, że „wariatem” nie jest, że potrzebny mu urlop i dłuższy wypoczynek, więc podczas rozmowy z psychiatrą trzymał rękę na swoim parabellum, grzecznie namawiając lekarza, by mu wystawił dokument podróży. W obliczu takich argumentów doktor zgodził się i aby uspokoić sumienie, dodał: „trzytygodniowy pobyt na wsi zrobi panu lepiej niż trzyletnia kuracja tutaj”, w szpitalu76.

Po takiej pomocy psychiatrycznej Wędziagolski podczas rewolucji lutowej 1917 roku przystąpił do niej jako komisarz polityczny korpusu. Natomiast po przejęciu władzy przez bolszewików (i strasznych doświadczeniach z partią Lenina) Wędziagolski zostanie „kontrrewolucjonistą”, przyjacielem eserowca Borysa Sawinkowa i zaufanym Józefa Piłsudskiego.

Wiemy też, że w polskim II Korpusie, sformowanym w 1917 roku z żołnierzy polskich służących w armii rosyjskiej, doszło do drastycznego pijaństwa. Pewnego dnia dowódca II Korpusu generał Sylwester Stankiewicz powiadomił kurierem generała Józefa Hallera, że jest zagrożony w swej kwaterze w Czeczelniku. Po przybyciu cadillakiem na miejsce „spostrzegłem, że bardzo wielu żołnierzy chodzi z putniami77 w rękach”. Stankiewicz zbliżył się do jednego z żołnierzy i od razu uderzył go zapach mocnego spirytusu. Zanurzył rękę w dwóch putniach i spytał, skąd ten spirytus i po co. „— A to, panie generale, ktoś przebił rurę w gorzelni i leje się ta gorzałka, to my ją bierzemy. — Te dwie putnie kazałem wylać na miejscu, ale cóż to znaczyło w porównaniu z tyloma innymi. Toteż wieczorem już rozniosła się wieść o śmierci dwóch żołnierzy, którzy struli się tą gorzałką” — opisywał generał Haller78.

Polegli na polu spirytusowej chwały.

7. W c.k. monarchii i armii

Henryk Gruber pracował przed Wielką Wojną we Lwowie jako urzędnik towarzystwa ubezpieczeniowego. Pochodził z Sokala, potem został legionistą, bankowcem i finansistą. „Pewnego dnia przed bramą domu, gdzie mieściło się biuro, ujrzałem na chodniku przy wejściu grupę Hucułów. Na zapytanie moje, na kogo czekają, odpowiedzieli, że przyjechali, aby pobrać każdy po 1000 koron od cesarza, jak im przyrzekł »pan komisarz«”.

„Panem komisarzem” okazał się niejaki „jegomość o twarzy Mefista” podpisujący się nazwiskiem Wichase. W ubezpieczalni znali go jako grubą rybę, mającą przyciągnąć do towarzystwa asekuracyjnego licznych włościan. I Wichase rzeczywiście rozpoczął działalność: „Objeżdżał wsie w Karpatach, ustawiał przed karczmą stoły z napitkiem i obwieszczał chłopom, że z powodu jubileuszu Najjaśniejszego Pana każdemu chłopu czy babie zostanie wypłacona kwota 1000 koron, o ile podpisze formularz towarzystwa i wpłaci dwie korony. Uroczystość odbywała się zawsze przy udziale miejscowego żandarma, któremu Wichase prezentował legitymację towarzystwa [...]. Po pijatyce w karczmie przenosił się Wichase do następnej wsi, dokąd szła za nim sława dobroczyńcy, obdarzającego w imieniu cesarza poddanych w Karpatach po tysiąc koron na głowę, płatnych w naszym biurze we Lwowie”.

Pierwsza delegacja Hucułów zjawiła się przed budynkiem biura i nie zamierzała odstąpić od oblężenia gmachu. Po dwóch dniach zjawiało się wreszcie dwóch smutnych panów, którzy długo „za materacami” objaśniali szefom towarzystwa, że „pan Wichase, Czech, był zbiegiem z domu wariatów w Kuplparkowie pod Lwowem”, a oni są agentami policyjnymi, którzy go poszukiwali. Trzeźwym i wyrachowanym szefom było wstyd, że dali się naciągnąć bajaniom podpitego „wariata”, więc nakazali swym urzędnikom bezwzględne milczenie79.

W austro-węgierskiej armii cesarskiej i królewskiej (c.k.) służył Józef Haller. We Lwowie w koszarach Ferdynanda dosłużył się stopnia oficera artylerii. Tamże nabawił się niechęci do popijawy, będącej częścią obyczajów armii austro-węgierskiej, choć początkowo z ochotą uczestniczył w życiu towarzyskim i sportowym stolicy Rusi Czerwonej. Lecz „dowódca pułku bardzo towarzyski, żądał też, żeby raz na miesiąc urządzać wieczór w kasynie dla zaproszonych gości. Miał on bowiem żonę i dwie córki. Niestety, wieczory te kończyły się zazwyczaj pijatyką” — po odejściu większości gości i pań. „Wtedy znów pułkownik czuł się swobodny i wesoły, sam dobrze popijał i zachęcał do tego oficerów, a zwłaszcza młodszych i niedoświadczonych lubił upijać, dolewając im trunków. Ja, jako gospodarz kasyna, musiałem, niestety, dotrzymywać mu towarzystwa. I tak pewnej nocy, już dobrze po północy, siedziałem naprzeciw pułkownika bardzo rozweselonego, który śmiał się do rozpuku, gdy któryś z oficerów zwalił się nieprzytomny i widocznie zakroił się na mnie, siedzącego naprzeciw, ciągle mi docinając, aż wreszcie skoczył na stół, porwał pełną butelkę czerwonego burgunda marki węgierskiej i zaśpiewał znaną burszowską pieśń [...] i wręczył mi tę pełną butelkę, którą według ich zwyczaju miało się wypić duszkiem.

Przyznam się, że do dziś dnia nie rozumiem, jak tego dokonałem, ale stwierdzam, że tę butelkę wina wlałem w siebie, postawiłem pustą przed nosem pułkownika i siadłem, widząc osłupiały wzrok mego dowódcy, który wreszcie zdecydował się sam odejść i żegnając się, powiedział:

— Panowie oficerowie, o godzinie szóstej rano z placu alarmowego wyrusza cały pułk artylerii pod moim dowództwem.

Na zegarze była trzecia trzydzieści rano [...]. Był to jeden z jego zwariowanych wyczynów, zapewne dla ochłonięcia po nocy”.

Ćwiczenia odbyły się w zarządzonym czasie. Dopiero gdy koń pułkowego trębacza zarył się w piachu, łamiąc sobie kark, pułkownik przerwał szkolenie wojska przez na wpół pijanych oficerów. „Była to też ostatnia orgia pijacka i odtąd spokojnie płynął czas”80.

Na ogół polscy oficerowie cieszyli się z zaprzestania przesadnego biesiadowania. We Lwowie, gdzie przeważała ludność polska, mogli znaleźć inne formy rozrywki: uczęszczanie na przedstawienia teatralne, do kabaretów, operetki, na zebrania artystyczne i literackie. Natomiast oficerowie niepolscy zadłużali się, przesiadując głównie w piwiarniach i kawiarniach, „asystowali jedynie kelnerkom i kasjerkom, często gęsto nadużywając spirytualiów”. W związku z tym w brygadzie, w której służył Haller, wprowadzono „dobry zwyczaj oficera służbowego, który był odpowiedzialny przed kolegami za utrzymanie w gronie kolegów poza koszarami odpowiednich form towarzyskich. Musiał on dobrze patrzeć, czy ktoś nie nadużył trunków. Przyznam się, że była to niełatwa, nie bardzo przyjemna, choć koleżeńska służba, gdy trzeba było już podgazowanego kolegę uspokajać, perswazjami przekonywać, a wreszcie przy pomocy innych najczęściej wyprowadzać z lokalu o odwozić do domu”.

Na dodatek oficerowie rozpitej c.k. armii mieli niskie żołdy, więc łatwo wpadali w pętlę zadłużenia, niczym feldkurat Katz ratujący się wyprzedażą nie swoich mebli itp.81 Polacy na ogół znają c.k. armię głównie z powieści Jaroslava Haška Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, napisanej i wydanej w latach 1921-1923, oraz znacznie późniejszej powieści polskiej Kazimierza Seydy C.k. Dezerterzy, wydanej w 1937 roku. Hašek, pisząc Szwejka, nie fantazjował; poznał c.k. armię od podszewki jako jednoroczny ochotnik i kandydat na oficera, a po wydaleniu z kursu oficerskiego jako żołnierz 11 kompanii marszowej 91 pułku w Czeskich Budziejowicach. Jaka szkoda, że nie zdążył opisać przygód Szwejka w niewoli i podczas rewolucji październikowej, w której sam Hašek wziął udział jako komisarz czerwonych. Przeszkodził mu w tym alkoholizm, z którym się zmagał; zmarł, zanim dożył 40 lat...

Niemniej jednak władze austriackie, podobnie jak rosyjskie, rozumiały wagę alkoholowego problemu. Po wypowiedzeniu wojny Serbii i kolejnym państwom w imperium habsburskim zakazano „przez cały czas mobilizacji szynkować napojów wyskokowych — nawet piwa. W restauracjach i bufetach kolejowych można dostać tylko mleka, wody mineralnej i bezalkoholowych jabłeczników”, zanotował doktor Jan Hupka82.

Zakazy te nie utrzymały się jednak długo ani w Wiedniu, ani w Budapeszcie, który stał się bazą ciemnych interesów związanych z czarnym rynkiem. „Zadziwiającym było, że w Wiedniu w trzy miesiące po wybuchu wojny panowały zupełnie normalne stosunki”. Nic nie podrożało, „restauracje były bardzo tanie. Doskonały obiad »Couvert« z trzech potraw dostać było można za jedną koronę 50 halerzy”, wspominał inżynier Zygmunt Jasiński83. Węgry winem stały, więc utrzymanie tam prohibicji było praktycznie niemożliwe ze względów ekonomicznych i obyczajowych.

Natomiast restrykcje alkoholowe wprowadzano w miastach niebędących ośrodkami winiarstwa. Autonomiczne władze cywilne polskie we Lwowie w ramach monarchii austro-węgierskiej jeszcze przed wkroczeniem armii rosyjskiej zarządziły: „Wszystkie szynki oraz w ogóle wszystkie kamienice mają być zamknięte o godz. 8 wieczorem, zaś wszystkie restauracje i kawiarnie o godz. 12 w nocy”84. Rozporządzenie miało swoje luki, gdyż oznaczało to, że do tych godzin można było prowadzić obrót alkoholem i pić.

Wybuch wojny zastał prawnika Stanisława Kawczaka w c.k. armii Franciszka Józefa II jako jednorocznego kaprala. Przyjdzie mu walczyć na wielu frontach I wojny światowej w obcym mundurze i dlatego jego pamiętniki są bodaj najbardziej godne wiary, bo szczere. Spisując je, Kawczak nie musiał bowiem dbać o zachowanie pozorów, jak na przykład legioniści Józefa Piłsudskiego, podtrzymujący legendę I Brygady.

Opisywał zatem jednoroczny kapral, jak to Kraków stał się wielkim obozem wojskowym, a on i powołani Polacy zastanawiali się, czy zdezerterować do drużyn „Strzelców” Piłsudskiego, czy pozostać w c.k. armii. Gdy przechodził pluton „Strzelców” tworzących zaczątek Legionów, usłyszał od podkomendnego: „Ano lu..., jednoroczny panie kapralu”. Powiedział to „Pazur” z drużyny Kawczaka, zachęcając przełożonego do dezercji w szeregi Legionów. „Pazur” był cwaniakiem w mundurze, który polegnie śmiercią bohatera. „I... gdyby w tej chwili licho nie przyniosło majora dragonów [...], kto wie, jak by się losy nasze dalej potoczyły”, pisał Kawczak. Jednak major, dostrzegając wahanie Polaków w austriackich mundurach, pouczył jednorocznego kaprala, czym grozi dezercja. Kawczak ze swym pododdziałem pomaszerował zatem posłusznie w miejsce koncentracji w Borku Falęckim.

Nie mogąc utrzymać prohibicji w miastach, dowództwo austriackie usiłowało choć w armii wprowadzić rygor abstynencyjny na czas wojny. W wielonarodowym tyglu monarchii różnych kultur i obyczajów było to szczególnie trudne. Pisał dalej jednoroczny kapral Kawczak: w Borku Falęckim „zaszedłem do karczmy. Pijaństwo tam kwitło niebywałe. Spocony, gruby Żyd z całą rodziną (było tego coś z czternaścioro) nabijał jedną po drugiej ćwiartówkę piwa. Pili wszyscy, szeregowcy, podoficerowie i oficerowie. Piły też rodziny za żołnierzami aż tu przybyłe. Jakaś demokracja zbratała stany, rasy, różnice wieku. [...] Słychać niemiecki język i czeski, przeważnie jednak polski w góralskiej gwarze [...] zwłaszcza że i rezerwowych oficerów, a i sporo zawodowych rekrutowało się spośród górali”85.

Podobne scenki zanotował działacz ludowy Jan Dąbski. Udał się on z Krakowa do Złoczowa koło Lwowa i ujrzał polskich poddanych cesarza Franciszka Józefa wcielanych do Landszturmu, czyli pospolitego ruszenia. Obraz, jaki zastał, był cokolwiek apokaliptyczny: „miasto Złoczów przepełnione wprost żołnierstwem i na wpół pijanymi rezerwistami. Szynki pełne, żołnierze i cywile piją na umór z rozpaczy i dla kurażu”86. Ginąć za ojczyznę to chwała, ale w obronie zaborcy?!

Aby podnieść morale w wielonarodowej armii, wyżsi oficerowie austriaccy kazali zatem młodszym oficerom wygłaszać pogadanki o zaszczycie honorowej śmierci za cesarza. Oczywiście doprowadziło to do scen niczym z powieści

o Szwejku. Otrzymawszy rozkaz szerzenia nauk moralnych, porucznik Jerzy Dobrodzicki wspiął się na olbrzymią bekę po piwie i palnął stosowną mowę. Niech nikt nie beczy, gdy będzie walczyć na froncie, a jego babę „kto inny [...] będzie obrabiać”, niech ranny przewiąże ranę sznurkiem z góry, i „dymaj, bracie, do szpitala, a jeno patrz po drodze, by ci głowy szrapnel nie zerwał. Ale za to po wojnie, hej! Wracać będziemy naturalnie jak zwycięzcy. Wszystkie miasta, wsie i miasteczka będą nas witać fany [chorągwie], muzyki, stęsknione dziewki ramiona roztwierać. Będzie wielki bal, używanie, rozpusta, a fajermany będą lały gorzałę prosto w mordę [...] mówił dość długo jeszcze w tak dosadnych słowach, że nie wypada mi dalszego ciągu przytaczać. Żołnierze krztusili się ze śmiechu, nie wyłączając pułkownika [Stanisława] Puchalskiego i oficerów, którzy chusteczkami ku mówcy powiewali z okrzykiem: Brawo, Jurek! — Mówca, spojrzawszy na nich, jednym susem zeskoczył z beczki i dorzucił krótko: — Mówiłbym tak do rana, ale mi w gębie zaschło”87.

Zamiast zachęty do bohaterskich czynu w służbie Najjaśniejszego Pana wyszła parodia i o to porucznikowi Dobrodzickiemu chodziło.

O ile w garnizonach i miejscach koncentracji dowództwo austriackie przymykało oczy na pijackie wyczyny kadry i żołnierzy, o tyle podczas wymarszu pułków usiłowało kategorycznie respektować zakaz spożywania alkoholu. Mimo to w drodze do Bochni do 8 pułku, gdzie służył Stanisław Kawczak, „nawet Żydy częstują nas, czym mogą; papierosy, wędliny, wódka; tę musimy jednak kryć, bo alkohol wzbroniony”. Natomiast na postojach zezwolono pić piwo, o ile na takie się natknięto. Niebawem skontrolowanie stanu prohibicji w oddziałach stało się jeszcze trudniejsze, szczególnie podczas przerzutu wojsk pociągami. „W wagonach towarowych dla tak zwanego manszaftu [pododdziału szeregowych] po 42 żołnierzy lub 6 koni żołnierze śpiewają i piją, choć wydany surowy zakaz picia”, wspominał Kawczak. Jako podoficer, a niebawem oficer siedział on wygodnie w przedziale III klasy, „krąży wokoło likier Altvater, jesteśmy już pod dobrą datą”88. Jak w takim stanie kontrolować równie podpitych lub pijanych wojaków w wagonach dla 42 żołnierzy albo 6 koni?...

Z nietrzeźwymi w c.k. armii obchodzono się przy tym dość osobliwie: doktor Wincenty Daniec zanotował 16 września 1914 roku, jak to wycofując się ku Jasłu, „zobaczyłem żołnierza, którego przy studni zupełnie pijanego trzymało dwóch innych, trzeci lał mu na głowę wodę, wiadro za wiadrem, a sierżant walił trzciną co sił. Chwiejącego się jeszcze posadzili na konia i pojechali, a po drodze jeszcze bili, bo przez niego cały szwadron musiał się zatrzymać”89.

Podobnie jak w zaborze rosyjskim, tak i w Austro-Węgrzech alkohol spożyty w większej ilości przyczyniał się do wywoływania groźnych awantur. Paliwa do rozgrzania nastrojów nie brakowało: była nim wzajemna niechęć poszczególnych nacji składających się na wielonarodową c.k. armię. Pijaństwo stało się przyczyną zamieszek w Czortkowie na Podolu. Austriaccy „dragoni bili polskich rekrutów, kradli na bazarze i w sklepach, w gospodach nie płacili za pokarmy i alkohol, po pijanemu urządzali burdy na ulicach i placach, ordynarnie i bezczelnie zaczepiali panny i mężatki [...], a dowódca dragonów austriackich na to w ogóle nie reagował. Miarka się przebrała w niedzielę Wielkanocną”. Gdy dragoni nie uklękli podczas Podniesienia ani nie zdjęli czapek, ksiądz „krzyknął do stojącego w pobliżu niepokornego żołnierza:

— Zdejmij czapkę, ty hultaju!

Ale dragon nie zdjął czapki, więc ksiądz uderzył go tak mocno, że dragonowi czapka spadła na ziemię”. Doszło do wielkiej awantury i zamieszek, ludność Czortkowa zaczęła rzucać kamieniami w gromadzące się wojsko austriackie i z trudnością przywrócono porządek.

Niebawem austriacka jazda musiała się wycofać pod naporem Moskali. W sierpniu 1914 roku na Podole wkroczyli Rosjanie i wtedy mieszkańcy Czortkowa zaczęli... tęsknić za dragonami, „bo Moskale wprowadzili krwawe rządy i źle traktowali ludność polską, a z radą miasta w ogóle się nie liczyli”90.

8. „Niemcy to ludzkie potwory bez serc!”

Robotnik rolny z powiatu Września w zaborze pruskim opowiadał, jak najął się do pracy w gorzelni. Tutaj „było dużo pijaków, toteż w niektórych rodzinach była bieda — po prostu nędza; gdy przyszła ta święta niedziela, to pół wsi pijanych, często się pobili, nawet i niektóre kobiety się upijały. Mój sąsiad, co mieszkał obok mnie, to miał żonę pijaczkę”: nie tylko nie karmiła dzieci i męża, lecz także wynosiła wszystko z domu, byle sprzedać za wódkę, i kradła, co popadnie. Włościanie zaczęli przed nią chować dobra i wtedy zaradna jejmość „wyrąbała jedną belkę, która wiązała poprzeczną ścianę, i wszystka cegła zwaliła się do mego chlewu”, pisał ów robotnik. Koniec był jednak dość nieoczekiwany, gdyż zarząd majętności wywiózł kobietę do leśniczówki 17 kilometrów od Wrześni, „a że w pobliżu tam żadnej knajpy nie było, to tam się odzwyczaiła od picia wódki. [...] W żadnej wsi nie widziałem tyle biednych rodzin, co ich było na Z.” — kontynuował swą relację ów robotnik. „Gdy zwróciłem uwagę temu i owemu, żeby się opamiętał i przestał pić [...] żona twoja nie wie, co ma począć z dziećmi i w domu, nieraz nie ma co w garnek wsypać, a ty co dzień wieczorem idziesz do miasta i do północy pijesz, to taki pijak odpowiadał zazwyczaj, że pije dlatego, bo ma biedę”. Podobnie, jak stwierdził, było „na saksach” w Westfalii. „Kto oszczędzał, ten też mógł sobie coś odłożyć, a kto zaglądał zanadto do kieliszka, ten ciągle gonił i koniec z końcem nie mógł związać”91.

Władze niemieckie na czas mobilizacji także zarządziły prohibicję. Kiedy Rosjanie opuszczali miasta zagrożone przez wojska kajzera, często władzę przejmował polski Komitet Obywatelski. Tak się stało w Kaliszu, gdzie „komitet rozkazał zamknąć sklepy monopolowe z wódką i wziął w swe ręce zamiejscowy skład spirytusu, którego władze rosyjskie w popłochu ucieczki nie zdążyły zniszczyć. Jako ciekawy objaw lojalności owego komitetu w stosunku do rządu rosyjskiego i niepewności położenia chwilowego było wydane postanowienie utworzenia oddzielnej kasy dla pieniędzy zbieranych ze sprzedaży wódki, w celu oddania tych pieniędzy rządowi, skoro ten powróci”, pisał lekarz Stefan Bogusławski92.

Przy okazji podziwiał on organizację i dyscyplinę wkraczających do Kalisza Prusaków. Wydawało się, że nie muszą się oni uciekać do wylewania spirytusu tak potrzebnego dla prowadzenia wojny i życia mieszkańców, jak w Rosji. Zarekwirowano zatem zamiejski skład spirytusu, „gdzie było towaru na 300 tys. rubli, składając wszelką odpowiedzialność na Komitet Obywatelski” złożony z Polaków93.

Jednak przekonanie o niemieckim porządku i przestrzeganiu prawa prysło, gdy piękny dostatni Kalisz liczący 72 tysiące mieszkańców został zbombardowany, a część mieszkańców wymordowana przez żołnierzy regimentu saksońskiej Landwehry94. Trudno powiedzieć, co stało się przyczyną tragicznego bombardowania Kalisza i jaką rolę odegrał w tym zdarzeniu alkohol. Już 3 sierpnia 1914 roku podczas zajmowania miasta przez Prusaków miało dojść do incydentu. W wersji niemieckiej Kalisz został zbombardowany, a „winnych” rozstrzelano, ponieważ był to odwet za śmierć niemieckich żołnierzy: „to wasze psy, świnie polskie zrobiły — odezwał się jakiś starszy oficer, a poza tym sypały się przekleństwa, wymysły na nas”, opisywał właściciel wielkiej księgarni i redaktor „Kuriera Kaliskiego” Kazimierz Szczepankiewicz95. W innej wersji czytamy, że „cała tragedia Kalisza wyjechała stąd, że kilkunastu żołnierzy pruskich po wejściu do miasta upiło się, a zobaczywszy kilkunastu jakichś jeźdźców zmierzających szosą do miasta, sądzili, że to rosyjski podjazd, dali ognia, tamci też, po czym nastąpiła nie tylko rzeź, ale i rabunek”.

Legionista Adolf Kotarba sądził jednak, że podanie przyczyny bombardowania i masakry mieszkańców to „bezecny wymysł Prusaków”. Wiadomo też od innego naocznego świadka, że w składzie wina ocalało butelek wina „z górą sto nienaruszonych, których batalion [majora Hermanna] Preuskera wypić nie zdążył, bo musiał wyjść”. Skoro „wypić nie zdążył”, to żołdacy pruscy byli pijani bądź podpici, co mogło wpłynąć na ich poziom agresji wobec Polaków96.

Jeszcze inną wersję znajdujemy we wspomnieniach polityka pruskiego hrabiego Bogdana Huttena-Czapskiego, mianowicie, że „Rosjanie, opuszczając miasto, przebrali więźniów kryminalnych po cywilnemu i wypuścili ich na wolność z poleceniem strzelania do Niemców, których wkroczenia się spodziewano”97. Jednak Hutten-Czapski cieszył się opinią polityka związanego z niemiecką, a nie polską racją stanu: „jak bluszcz owijał się wokół tronu” trzech kolejnych cesarzy i dwóch kanclerzy niemieckich98. Poza tym bombardowanie i masakra nie odbyły się jednorazowo, ale w poszczególnych fazach, z dobijaniem rannych bagnetami włącznie. I wreszcie w wersji psychologizującej możemy dodać, że być może widok zadbanego miasta, niemieszczący się w niemieckich wyobrażeniach o brudnych, niegospodarnych i dzikich Polakach, wywołał ich furię i doprowadził do zniszczenia pięknej miejscowości.

Po zbombardowaniu i podpaleniu Kalisza rozpoczęła się grabież przez soldateskę niemiecką tak pożądanego towaru jak wino w składzie po Przybylskim i piwa z pałacu Weighta, czemu nie mogła przeszkodzić milicja z 72-letnim Bronisławem Szczepankiewiczem na czele99. Mimo wieku o mało nie został rozstrzelany przez podpitych Prusaków, a rabunków i zniszczeń dopełnił 133 saski pułk piechoty Landwehry. Wstrząśnięty „wojną nowego typu”, czyli wprowadzeniem terroru i burzeniem miasta za domniemane winy, Szczepankiewicz, skądinąd biegle władający niemieckim, tak zakończył swe wspomnienia: „O ty, zbrodniarzu, który obmyśliłeś świat podbić, bodajbyś żył, a ciężar jego, by cię przygniatał z wszystkimi sprawionymi przez ciebie nieprawościami. Bądź przeklęty na wieki!”100.

Niemcy od zarania cierpiały bowiem na teutoński grzech pychy, o czym wspominaliśmy w poprzednich tomach; ich pogarda do innych miała długie historyczne korzenie. Toteż stwierdzeń o niemieckiej (pruskiej) brutalności wynikłej z pogardy dla Polaków, Rosjan, a nawet schlampig, czyli rzekomo niechlujnych Austriaków, znajdujemy we wspomnieniach bez liku. Nie trzeba było kolejnych „bomb” piwa zaprawionych sznapsami, by niemieccy wojacy zapowiadali rozprawienie się z „zawszonymi Rosjanami”, „brudnymi narodami Włochów i Francuzów” i oczywiście „zacofanymi Słowianami”. W tym z Polakami, o których Prusacy, a nawet odlegli Bawarczycy mieli jak najgorsze zdanie, wbijane im do głów od dzieciństwa, że Polacy to „mieszańcy” różnych nacji, w tym Rusinów i Żydów, niezdolni do bytu państwowego itp.

Ale „jednej samowoli żołdactwa władze wojskowe nie tolerowały: za nocne pijatyki, orgie, okrzyki i strzelania zaaresztowano 27 rozpustników”, wspominał Władysław Tarczyński sylwestrową noc 1914 roku. Cóż z tego, skoro niebawem niemieckie rabunki stały się codziennością: pomimo wydawanych kwitów na zarekwirowane bydło, konie etc. „rozpasane żołdactwo nie zważa na nie, pluje lub się śmieje i jak rabowało, tak rabuje. [...] Niemcy to ludzkie potwory bez serc! To bandyci, zbóje, to wcielone diabły bez uczuć ludzkich”, zabierający matkom ostatnią krowę żywicielkę, bijący gospodarzy101. Wywozili meble, porąbali na opał fortepian w hotelu „Polskim” A. Białousa, „w Arkadii przepiękny i stary park wycinają”. Na dodatek dopuszczali się tego na ogół całkiem trzeźwi.

Ponadto wprowadzenie przez Niemców „kontyngentów” doprowadziło do rozstrojenia gospodarki, uruchomienia nielegalnego przemytu i czarnego rynku. „Trzeba powiedzieć, że okupacja niemiecka zdemoralizowała do pewnego stopnia wieś polską” — pisał rolnik z Białostocczyzny. „Trzeba było stale szmuglować, oszukiwać, kłamać, a nawet po prostu kraść swoją własność nieraz. Ludzie się do tego przyzwyczaili [...] stąd dziś tyle zła, tyle nieuczciwości i nawet złodziejstwa widzi się na wsi”102. Ten proceder trwał zresztą i później, przyklejając Polakom etykietę notorycznych złodziei.

Niemcy traktowali przy tym prawo wybiórczo. Wobec siebie trzymali się zasady wygodnego zorganizowania sobie życia i przestrzegania ordnungu. „Mają swój bufet »Cassino«, urządzają hotel i restaurację. Swych kupców chcą obsadzić i już dużo sprowadzają z Niemiec towarów kolonialnych, trunki, tytoń, cygara”. Są wierni tradycji porządku, więc są przekonani, że nawet podczas wojny należy zachować kulturalne zwyczaje, wymuszające miłe otoczenie i kulturalne picie. Ponadto ma być czysto; Łowicz ma przypominać ich cywilizowany Heimat, więc „łapią z ulic przechodniów [...], Żydów i Żydziaków [...] z mieszkań wywlekają do zamiatania ulic i skrobania błota na szosach, jako i do układania kamieni” jako bruku na drogach103. Gdy nadchodzi wiosna, urządzają wszędzie, gdzie się da, ogródki warzywne i klomby kwietne, „z miasta przez nich zagnojonego do niemożliwości, a więc z podwórzy, ze stajni i z domów, gdzie konie trzymali, gnój furgonami wywozili za miasto w ciągu trzech tygodni. Z jakich pobudek to czynili i czynią, trudno dociec”, aż wydało się wreszcie: „miasto oczyścili tak, bo się bali cholery!” — pisał Władysław Tarczyński104. Być może tak było, ale niemieckie zamiłowanie do czystości i porządku również wpłynęło na sprzątanie i porządkowanie ulic.

W Kaliszu przebywała Maria Dąbrowska. „Ruiny lepsze niż ludzie, bo milczą i nie zajmują się polityką” — pisała ze smutkiem o polskich obyczajach. „A na ruinach — hulanka okolicznego obywatelstwa. Szampan, karty po całych dniach — hulaj dusza [...]. Kiedy obywatele mieli do landrata złożyć podanie o podniesienie cen urzędowych kartofli, to podanie owo tak zostało przy uczcie pijackiej zalane winem, że Niemojowski [Wacław, z Marchwacza, prezes Syndykatu Rolniczego w Kaliszu, potem marszałek koronny Tymczasowej Rady Stanu] nie miał gdzie podpisu złożyć. Na polowaniach, jak dawniej wojskowych rosyjskich, tak dziś Niemców przyjmują [...]. I wina, owszem dosyć się lało, choć Stella [Dziewulska] mówi, że to skromne było przyjęcie w porównaniu z tym, co po majątkach jest na porządku dziennym” — notowała Dąbrowska pod datą 15 grudnia 1915 roku105. Jak w czasach napoleońskich, tak i wtedy w chwilach wielkich napięć i niejasnej przyszłości lęk i rozpacz na ziemiach polskich tłumiono alkoholem.

Ale nawet w „porządnej” Drugiej Rzeszy i na zajętych przez Niemców obszarach nie wszędzie przestrzegano prohibicji ani nawet nie starano się o to. Entuzjazm wojenny i dyscyplina społeczna sprawiły, że „gospody, restauracje szczelnie zapełnione, choć obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholu”, odnotował z kolei G.A. Wroński wysłany niebawem na front zachodni106. Podobnie było na Kaszubach i Pomorzu: w Chełmnie pisarz kaszubski Aleksander Majkowski natrafił w restauracji Rybickiego na doktora Witolda Bogusławskiego, „następnie dwóch grubasów, mniejszego i większego. Obaj obecnie rolnicy, podczas gdy wcześniej mały grubas był ślusarzem, a duży grubas rzeźnikiem. Byli teraz zamożnymi ludźmi, szwagrami i mocno pijani. Gospodarz był także pijany i to tak bardzo, że nie mogłem go zrozumieć. [...] Byli Polakami, ale rozmawiali po niemiecku, ponieważ mężczyzna, który siedział w pierwszej izbie, był podobno niemieckim szpiegiem. To były nauczyciel, zwolniony dyscyplinarnie, który potem zajął się tym parszywym rzemiosłem.

W każdym razie cieszyli się bardzo, że Rosjanie zostali pobici pod Dąbrównem, a były rzeźnik uważał, że koniecznie należałoby każdemu Rosjaninowi wsadzić ½ funta w to miejsce, o którym w przyzwoitym towarzystwie się nie rozmawia”. Donosiciel podsłuchujący w sąsiedniej izbie nie miał zatem co spisać z tych pijackich rozmów, by donieść swej władzy o nieprawomyślności: trawestując powiedzenie właściciela gospody z powieści Haška, „muchy nie obsrały Najjaśniejszego Pana”. Ale Majkowski i Bogusławski, „ponieważ gospodarz również ledwo bełkotał”, poszli „do kawiarni »Jost«”107.

Zapewne na rozluźnienie przepisów antyalkoholowych wpłynęło też zwycięstwo generałów szefa sztabu 8 Armii Ericha Ludendorffa i dowódcy tej armii Paula von Hindenburga, którzy pod koniec sierpnia 1914 roku rozbili doszczętnie dwie armie rosyjskie w operacji zwanej bitwą pod Tannenbergiem. Przez cały rok 1914 nie odczuwało się zatem na Kaszubach i Pomorzu skutków walk. „W Kościerzynie jedynie po braku nafty widzi się, że jest wojna. Co najwyżej jakiś urlopowany ranny żołnierz przypomina ten czas. Podobnie w Sopocie, który na zewnątrz robi świetne wrażenie”, pisał dalej Majkowski108.

9. Przemyt i prosit

W maju 1915 roku armie Austro-Węgier i Niemiec uderzyły we front rosyjski pod Gorlicami i przełamały go. Do Lwowa wkroczyli Austriacy, a w sierpniu i wrześniu do Warszawy i Wilna — Niemcy.

Wojenne sukcesy niemiecko-austriackie wywołały exodus ludności. Rozpoczęło się paniczne „bieżeństwo” około 2 milionów ludności ruskiej i polskiej uciekającej na wschód. Wielu z nich uwierzyło bowiem rosyjskiej propagandzie, że „Niemiec będzie babom cycki obrzynał”. Prusacy rzeczywiście swymi poczynaniami zdawali się potwierdzać ludobójcze skłonności, gdyż z aeroplanów zrzucali bomby także na ludność cywilną. Było to największe uchodźstwo w dziejach nowożytnych, w strasznych warunkach: podczas „bieżeństwa” dochodziło i do tego, że na błotach pińskich spragnieni ludzie pili wodę z bagien, a umierając, często topili własne dzieci, by oszczędzić im cierpień. W innych miejscach z pragnienia pili wodę wyciśniętą podczas człapania kopyt końskich w błocie. Zabrakło wódki do odkażania brudnej wody.

Owa mała apokalipsa powróci, gdy ta masa ludzi zacznie przedzierać się z powrotem do Polski. Uciekać będzie od okrucieństw wojny domowej po przewrocie bolszewickim — byle wrócić do swoich, do odradzającego się państwa polskiego. Podczas masowego uchodźstwa około jednej trzeciej „bieżeńców” straci życie109.

Michał Stanisław Kossakowski był właścicielem majątku Nidoki na Litwie w guberni kowieńskiej. Latem 1915 roku ze swoim taborem sanitarnym cofał się wraz z wojskiem rosyjskim. Użył wtedy porównania odwrotu do nałogu: „Z uciekaniem rzecz się ma podobnie jak z każdym innym nałogiem [...]. Rosjanin jest jako ten palacz, co rzuca papierosa dopiero w czasie ataku zatrucia nikotyną, wódkę — w ataku białej gorączki [...] Więc nie łudźmy się! Nie zatrzymamy się rychło” w tym odwrocie — być może aż do Moskwy, oceniał sytuację.

Kossakowski grozę „nowoczesnej wojny” poznał, rzec można, w zdwojonej dawce, gdyż nie tylko bywał pod ostrzałem, ale i opiekował się rannymi, potwornie okaleczonymi ofiarami wskutek ognia artyleryjskiego i używania przez Niemców „kul eksplodujących” (dum-dum) w ciele rannego. Kule te powodowały ogromne rany, jednak ich przyczyną nie było jedynie rzekome nieludzkie zamiłowanie niemieckie czy austriackie do okrucieństwa, lecz używanie przez część oddziałów państw centralnych przestarzałych karabinów systemu Werndla. W odpowiedzi „naczelny wódz armii rosyjskiej wydał rozkaz odmawiania strzelcom [austriackim i niemieckim] praw kombatantów z powodu rzekomego stosowania przez nich kul dum-dum”110.

Rozkaz wykonywano: gdy „podchmielony oficer” rosyjski wziął do niewoli 18-osobowy podjazd niemiecki, „znalazłszy kule wybuchowe w ładownicach żołnierskich, kazał podobno niezwłocznie rozstrzelać oficera [niemieckiego], co się tak spodobało jego żołnierzom, że go uraczyli prawdziwym rumem. W ten rum wierzymy święcie”, pisał Kossakowski111, co zdaje się świadczyć, że nawet armia rosyjska się demokratyzowała, skoro sołdaci częstowali rumem oficera. Sprawa owych „eksplodujących pocisków” dotyczyła także formacji polskich, gdyż kolejne pododdziały Legionów Józefa Piłsudskiego wychodzące z Krakowa również były uzbrojone w karabiny Werndla. Jedynie 1 Kompania Kadrowa posiadała nowoczesne powtarzalne manlichery.

Po wejściu Niemców do Warszawy ludność zauważyła, że „niemieckie wojska są o wiele lepiej i staranniej aprowizowane [...], jako dowód to może służyć, że gdy w okolicy był tyfus, intendentura przysłała natychmiast wagon skrzyń z wodą mineralną, ażeby żołnierze nie pili wody ze studni”. Zdumiona ludność polska patrzyła, jak Niemcy zachowywali się niczym w pokojowych czasach, dbając nawet o wygląd menaży, czyli kasyn. W chatach wiejskich gołe bale obijali płótnem z wesołymi napisami, zdobili je i w takich pomieszczeniach przypominających Bierstube popijali sobie piwo. Polacy ich w tym naśladowali, dodając fryzy z orzełkiem112. Wzorem niemieckim żwirowano też ścieżki, budowano altanki, na wiosnę zakładano klomby.

Władze niemieckie starały się też uregulować niemal wszystkie dziedziny życia na potrzeby wojskowe. 31 października 1915 roku Zarząd Gubernialny wydał trzy obwieszczenia w językach niemieckim, polskim, litewskim i żydowskim dotyczące między innymi obowiązkowego zgłoszenia zapasów wódki i wyrobów wódczanych oraz tytoniu i wyrobów tytoniowych. 23 listopada tegoż roku feldmarszałek Paul von Hindenburg wydał kolejne obwieszczenie „nakazujące przechowywanie do rozporządzenia władz wojskowych pustych beczek od wina i butli oplecionych tudzież ich sprzedawania”. Zapewne chodziło o ich napełnienie na potrzeby wojska po zdobyciu składów alkoholowych. W grudniu 1915 roku podano z kolei w „Zeitung X Armee” („Przegląd X Armii”), iż wybito 2978 psów, głównie z obawy przed epidemią wścieklizny. Na właścicieli zachowanych stworzeń feldmarszałek nałożył „podatek od psów” (10 marek na wsi i 30 marek w mieście).

Nad sprawami prohibicji miały czuwać polskie komitety obywatelskie. „Zakaz sprzedaży alkoholu pod każdą postacią Komitet Obywatelski w całości utrzymał, władze jednak niemieckie zezwoliły wkrótce na sprzedaż piwa i wina, zabraniając jedynie sprzedaży spirytusu i wódki”, pisał naoczny świadek113. „Jechaliśmy przez przedmieścia, gdzie — o dziwo! — życie codzienne toczyło się bez względu na wydarzenia wojenne”, zanotował Bogdan Hutten-Czapski. Mosty zostały przez Rosjan wysadzone, lecz ich artyleria nadal ostrzeliwała stolicę z prawego brzegu Wisły114.

W Warszawie po wybuchu wojny „restauracje, oprócz hotelów Europejskiego, Bristolu i Polonii zamknięte, a otwarte nie mają prawa sprzedać nawet kieliszka jakiegokolwiek wyskokowego trunku” — pisał Czesław Jankowski. „Rozkazano zamknąć sklepy kolonialne, ponieważ w nich prowadzi się sprzedaż trunków. Dopiero po wydaniu odpowiedniego »rozpisania się«, że trunki leżeć lub stać będą nietknięte, udało się pp. kupcom uzyskać pozwolenie na otwieranie sklepów”115.

Niemcy, wprowadzając nowe porządki i wymagając przestrzegania dyscypliny społecznej, nie zdołali jednak zapanować nad rynkiem wódczanym. Już „w pierwszych miesiącach okupacji niemieckiej zaczęło się kolosalne przemytnictwo spirytusu i cukru. Spirytus przemycano z Galicji lub zaboru austriackiego” — pisał członek Straży Obywatelskiej Henryk Wardęski. „Codziennie Straż, dyżurująca przy dworcu Warszawsko-Wiedeńskim zwoziła transporty spirytusu lub sprowadzała Żydków, przenoszących w specjalnie przygotowanych blaszankach spirytus na własnym ciele. Piwiarnie, herbaciarnie lub traktiernie bez prawa wyszynku handlowały wódką potajemnie, rozpajając biedniejszą ludność”.

Pewnego dnia powiadomiona straż urządziła nalot na lokal przy ulicy Wielkiej. „Gdyśmy wtargnęli do restauracji, na bufecie zastaliśmy całą baterię kieliszków, w które właścicielka, tęga, tłusta baba rozlewała wódkę gościom obok stojącym”. Lokal zrewidowano, znaleziono baterie karafek z wódką, gąsiory i zaczęto je konfiskować.

Jednak kłopotem okazała się owa baba, wyrywająca pióro Wardęskiemu spisującemu protokół i lamentująca: „Pan jest Polak, katolik, pan tego nie zrobi!”. Do tych wrzasków dołączyli się konsumenci ukochanego napoju. Baba udała omdlenie, konsumenci okrzyknęli straż sługami Szwabów, ale mimo przeszkód akcja likwidacji nielegalnego wyszynku się powiodła. Jednakże powstrzymanie całego procederu przemytniczego okazało się niemożliwe, gdyż „bogaci kontrabandziści, operujący dużym kapitałem, wciągali do swej afery także członków Straży Obywatelskiej [...], byli oni w porozumieniu z policją kryminalną niemiecką, więc wszelkie nasze zabiegi szły na marne. Jedynie magazyn przy komisariacie był do sufitu zapchany blaszankami ze spirytusem”, pisał Wardęski. Poza tym Straż Obywatelska „nie miała posłuchu wśród ludności”116, przyzwyczajonej pod zaborami, że wszelka władza policyjna — to wróg.

Generałem-gubernatorem Królestwa został mianowany w sierpniu 1915 roku generał Hans von Beseler. Wydał on tajny rozkaz zakazujący oficerom i urzędnikom pruskim „wchodzić w zażyłość [...]. Nie powinniśmy ubiegać się o względy Polaków ani bratać z nimi, lecz sprawować rządy w ich kraju z godnością i stanowczością”117. Wspólne popijawy były wykluczone, a jeśli już dochodziło do bankietu, zachowane miały być niemieckie obyczaje przy oficerskim stole. „Podczas obiadu oficerowie zwyczajem niemieckim sąsiedzi i dalej siedzący, również gen. [Hans von] Beseler dwa razy przypijali »Prosit«. Dalej siedzący przysyłali ordynansa, który to oznajmiał”. Jak przystało na generalnego gubernatora Królestwa Polskiego (od sierpnia 1915 roku), obiad był wyśmienity, z garnirowaną cielęciną oraz winami białymi, czerwonymi i szampanem, wspominał August z Siecina hrabia Krasicki118.

10. Piwo w cukierni

We wrześniu 1915 roku oddziały niemieckie wkroczyły do kolejnego miasta z przewagą ludności polskiej — Wilna. Front rozciągnął się od Zatoki Ryskiej aż po Tarnopol i Czerniowce. Podczas wkraczania Niemców nie było „żadnych hałasów, żadnych wyzwisk, głośnych śmiechów, rozbijania się automobilami i dorożkami w towarzystwie »wesołych« kobiet”119, odnotował Czesław Jankowski pod datą 22 września 1915 roku.

„Zwycięska armia rosyjska zachowywała się wręcz przeciwnie”: tylko łapówki wręczane dowódcom kozackim pozwalały ochronić niektóre dwory polskie i mosty przed spaleniem. Natomiast po wkroczeniu wojsk niemieckich do Wilna „kapitan Schaarwächter szczegółowo rozpytywał przybyłych o obecny stan zapasów żywności, sucharów i wina. Wydał rozporządzenia: natychmiastowego wprowadzenia obowiązującego czasu środkowoeuropejskiego i ruchu ulicznego po prawej stronie, ogłoszenia przez Zarząd Miejski, ażeby właściciele składów i sklepów z artykułami spożywczymi natychmiast złożyli temuż Zarządowi spis posiadanych zapasów, dostarczenia Komendanturze niemieckiej na godzinę [dziesią]tą wieczór tego dnia o stanie młynów” itd.

31 października 1915 roku sprecyzowano, że obowiązek zgłoszenia zapasów obejmuje: materiał drzewny i drzewa potrzebne niemieckiej machinie wojennej; nadto zapasy „wódki i wyrobów wódczanych”, „tytoniu i wyrobu tytoniowych”120. Zarządzenia te były klasycznym chwytem za gardło mieszkańców Wilna w stylu pruskim: wyręczając się polskimi władzami, Niemcy bezwzględnie rekwirowali to, co uważali za konieczne dla zaspokojenia potrzeb. Zwracali nawet na to uwagę, że ludność Wilna „nie jest dość uważną w stosunku do osób wojskowych niemieckich, zwłaszcza przy mijaniu ich na chodnikach”. Za nieustąpienie miejsca żołnierzom zapowiedziano drakońskie kary121.

W Wilnie został też otwarty klub żołnierski „Deutsches Soldatenheim”. Niemcy nie wyobrażali sobie życia bez piwa, a tymczasem w Wilnie zaczęło nade wszystko brakować piwa dla masy wojsk. W związku z tym produkcję z browarów przeznaczono głównie dla Niemców, a w kolejnym zarządzeniu gubernator wileński Karl von Alten zabronił „od dnia 10 marca [1916 roku] browarom wileńskim Szopena, Lipskiego i Szejniuka sprzedawania piwa ludności cywilnej. Również 12 restauracji, piwiarni i kawiarni posiadających pozwolenie na handel piwem mogą je sprzedawać tylko wojskowym”.

Dość osobliwym zarządzeniem był ponadto „zakaz feldmarszałka von Hindenburga z dnia 3 bm [marca 1916 roku] pieczenia ciast zawierających ponad 10% cukru”. Cukier był bardziej potrzebny do słodzenia herbaty i kawy w wojsku, a ludności do pędzenia samogonu. Przeprowadzono też spis ludności 11 marca 1916 roku, który wykazał, że Niemców w Wilnie jest 0,72%, podczas gdy Polaków 50,15%, Żydów 43,5%, Litwinów 2,6%, Rosjan i Białorusinów niewiele ponad 1%122.

Dla stacjonujących żołnierzy niemieckich nadal brakowało piwa w ilościach, do jakich przywykli niemal od dzieciństwa. Dlatego w Wilnie poluzowano zakazy picia alkoholu. Choć Zarząd Miejski zakazał „używania trunków wyskokowych, tym niemniej browary miejscowe natychmiast... przystąpiły do roboty i od dni kilku mamy w obiegu piwo”. Dla oficerów — wino, gdyż po zajęciu trzech najlepszych hoteli w mieście, „Bristolu”, „Europejskiego” i „Georgesa”, „zobowiązali oni Zarząd Miejski do zapewnienia im bezpłatnego wyżywienia na koszt miasta, przy tym obiad ma być z winem i powinien się składać z 4 potraw”, odnotował w swym dzienniku Tadeusz Hryniewicz123.

Niemcom miło się wojowało w takich warunkach, lecz niebawem w okupowanych przez nich miastach polskich zaczęło brakować wszystkiego. Był to skutek zakazu prowadzenia handlu żywnością, którą konfiskowali na potrzeby armii. Zimą 1915/1916 ludzie zaczęli umierać na ulicach124. Mimo klęski głodu ludności cywilnej nie mogło przecież Niemcom zabraknąć piwa, tak niezbędnego dla podtrzymania ducha niezwyciężonej armii kajzera Wilhelma II, który raczył odwiedzić Wilno 12 grudnia 1915 roku. „Tedy żołnierze zawalają pierwszorzędne cukiernie, rozlokowują się u stolików, ćmią cygara na potęgę i piją piwo”, wspominał Czesław Jankowski.

Jeden z właścicieli cukierni, przywiązany do tradycji sprzedawania ciastek, kawy, herbaty i likierów, wzdychał na to poniżenie cukierni, zwierzając się Jankowskiemu: „Da pan wiarę? Zarabia się teraz na jednym tylko piwie. Dobrze się zarabia, ani słowa... A, dalibóg, opierałem się, nie chciałem. Jakże piwo wprowadzić do cukierni!”.

Jednak rachunek ekonomiczny robi swoje, agenci handlowi z browaru Szopena naciskają i „wychodzi u mnie dziennie przeszło trzydzieści wiader. Co pan na to? Piją bo i piją!... Wczoraj siadło za stół dziesięciu feldfeblów. Liczyłem. Wypili 23 szklanki herbaty i 82 butelki piwa. Słyszał pan co podobnego! Sodoma i Gomora, prawda? [...] Ale z czegoż żyć?”. Niebawem pojawiły się wielkie bierhalle, przekształcane ze sklepów przez kupców, którzy nie mieli już czym handlować prócz piwa125.

Niemieccy żołnierze, pijący nałogowo piwo, szybko tyli, stawali się pozornie ociężali, ale i grubiańscy, bezlitośni, pozbawieni skrupułów, zdzierając nawet kożuchy z grzbietów nieszczęsnych wieśniaków i zabierając im konie bez pokwitowania, grożąc w razie protestu zastrzeleniem126. Jednocześnie chmielowe odurzenie pozwalało im zachowywać spokój; przecież dotąd szyszki chmielowe stosuje się na uspokojenie. Ten ociężały piwny spokój wpływał też zapewne na konsekwentną systematyczność Prusaków w działaniu, na co wielokrotnie pamiętnikarze zwracali uwagę: nawet ich kotły w kuchniach polowych lśniły. Zupełnie inaczej niż w wojskach pochodzących z rozedrganych krain wina, wódki i tańców.

Krytyk literacki i bystry obserwator rzeczywistości Cezary Jellenta tak postrzegał Niemców w mundurach, a nawet ich gwardię: „W Niemczech i dobór najtroskliwszy nie pomoże na wrodzoną śmieszność, sztywność i ciężkość. Narody bliższe natury nie zatraciły giętkości i proporcji pięknego mężczyzny — żołnierz niemiecki nierozstający się z słodkim jak krem sucharem, zapasem kakao i piwa ma w sobie coś z blaszanej puszki konserw, a landszturmista brzuchaty — i coś z pierzyny”127.

Choć Niemcy popijali piwo w ogromnych ilościach, to raczej się nie upijali. Wozili w taborach zapasy wódki, lecz pojenie się piwem i przestrzeganie regulaminów wstrzymywało ich przed sięgnięciem po mocniejszy trunek. Małorolny rzemieślnik z Wileńszczyzny opisywał, jak w czas sianokosów „przyszło do nas wojsko na postój dwutygodniowy, tabor piechoty. I postawili żołnierze wozy niedaleko gumna, gdzie składali siano, przychodzo taborowcy do woza, coś tam przekładajo w wozie, patrzymy, że wielka butla z wódkaj, my powiadamy swoim żołnierzam, patrzajcie u nich wódka jest, nasze powiadają, szukajcie jakoj posudy, jedyn z nas poleciał, z domu, wiadro przyniósł i zaraz tylko taborowcy odeszli, jeden chłop i żołnierz wpakowalisia do woza i nalali wódki z butli cało wiadro i przynieśli do gumna i zaczęli pić z wiadra, ale tak smakowała, bo była kminkówka i tak niektóre popilisia, że dwa stare poszli do woza, położilisia i leżo prawie, jakby nic nie dbajo. Przyszli taborowcy i powiedajo, czego tu leżycie, a oni nic nie dbajo, jeden podchodzi i patrzy na starego, podejmuje za głowa i powiada verfluchter ganc i zaraz podoszli do woza, patrzajo, mało wódki jest w butli, jedyn poleciał, przywodzi feldfebla, feldfebel powiada, co i co, pocałujcie w dupa starego, bo i leży teraz dupa przewróciwszy i pijany i nic nie dba, co jemu zrobicie raportem, a stary przewróciłsia na druga strona i leży jakby w swoim domu, a potem feldfebel coś powiedział. Taborowcy wzięli starego przenieśli i położyli pod gumno. I tak spędzilim czas do jesieni” — opowiadał w swej gwarze wilniuk o pobycie taborów niemieckich koło Wilna128.

Wynikałoby z tego, że niemieccy „taborowcy”, zwani w Polsce taborytami, trzymali w rezerwie zapas wódki, ale pili ją umiarkowanie. Bywało jednak, że także dowódcy niemieccy z obawy przed ekscesami ludności, a potem i własnych żołnierzy wypuszczali ze zbiorników spirytus i wódkę do rzeki i na ziemię. Podczas przeprawy uchodzącej ludności przez Bug pod ostrzałem artylerii „słabsze kobiety i dzieci tonęły w nurtach rzeki, do tego widocznie w Brześciu wypuścili kilka tysięcy litrów spirytusu do rzeki, ryby się czy popiły, czy też potruły, płynęły z prądem poprzewracane do góry brzuchami”, pisał pewien kowal, który poznał kawał świata129.

11. „Wypaliłsia z wierzchu gadość, a zostajesia czysty spiryt”

Zarządzenia dotyczące przestrzegania prohibicji nie skutkowały. Zakazany produkt kusił, jeszcze bardziej smakował i szumiał w głowie, oddalając bieżące troski.

Natura ludzka bywa przekorna, więc „zauważyłem, że nigdy jeszcze nie było takiego łaknienia spirytualiów, jak właśnie teraz, gdy się stały owocem zakazanym. Toteż szczęśliwym sposobem w każdym porządnym domu znajdzie się butelka niezłego koniaku i często nawet węgrzyna. Ja sam, choć dzieł tych nigdy w swojej bibliotece nie posiadałem, dzisiaj stale, od złego przypadku” — zwierzał się krytyk literacki Cezary Jellenta. „A co do restauracji, to te różnie sobie radzą. Jedne zarobiwszy suto na przestąpienie zakazu, pozwoliły się zamknąć [...]. Inne dają piwo w filiżankach do kawy, a wódkę w kubeczkach do jaj. Są, co znajomym klientom dają »w prezencie« większe partie napojów. Są handelki, które ustępują tylko wobec siły wyższej, to znaczy: świadectwa lekarza, ale tak odmierzają apteczną dozę, że szczęśliwy pacjent mógłby się w niej wykąpać. Pewna elegancka restauracja radzi sobie przy pomocy instrumentów muzycznych. Gdy gość znajomy wchodzi, kelner zapytuje, »czy nie życzy pan sobie koniaczku?«. Na odpowiedź twierdzącą wprowadzają go do pokoju z pianinem; tam czeka już w odpowiednim artystycznym namaszczeniu piccolo i z pianina wyjmuje »henessy« lub »martela« i nalewa kieliszek tej wielkości, jakby to było opium lub inna trucizna. Taka dawka kosztuje pół rubla. Jesteś więc zmuszony powtórzyć ją kilkakrotnie. Oficerowie zaś czynią to bez żadnego zgoła przymusu”, odnotował Jellenta w grudniu 1914 roku.

Toteż, pomimo zarządzeń prohibicyjnych Nowy Rok 1915 nasz krytyk literacki powitał radośnie: „Dwa dni i dwie noce upajałem się winem, koniakiem, miłym towarzystwem, dokuczaniem kobietom. Robaka tęsknoty zalać można daleko skuteczniej dobrymi gatunkami trunków, dzięki zaś absolutnemu zakazowi sprzedaży spirytualiów złych prawie nie ma”130. Jellenta pisał żartobliwie. Najgorsze dopiero miało nadciągnąć.

Nawet byle jaka wódka stawała się coraz bardziej towarem pożądanym, na którym można było zarobić. Skąd jednak po takim potopie wylanego spirytusu, przy tak wzmocnionej kontroli władz odnaleźć i wlać w gardło zbawczego piekącego płynu? Ratowano się samogonem pełnym trujących fuzli, który zaczął też pić na Antokolu „bardzo utalentowany podkuwacz Stefan”, choć jego wysokie zarobki, pozwalające na picie z „kompanią przy kieliszku”, bardzo się obniżyły podczas okupacji niemieckiej. Na dodatek spaliła mu się kuźnia, więc Stefan zaczął naprawiać wozy i maszyny rolnicze. „Pił jednak dalej i zasadniczo marniał fizycznie i materialnie. Nie było w sklepach wódki już od dawna. Pito samogon, którym płacono Stefanowi za wykonane prace”.

To musiało skończyć się nieszczęściem, gdyż Stefan, chyba już nie do końca przytomny, z ciężkiego pocisku armatniego urządził sobie pomocnicze kowadło. Miało być bezpieczne, pozbawione zapalnika, tymczasem okazało się niewybuchem. Po uderzeniu młotem nastąpiła wielka eksplozja, która zabiła nieszczęsnego Stefana, jego pomocnika, chłopa, który przyprowadził konia do podkucia, i dwóch żandarmów niemieckich. Ponieważ podkowy końskie, człapiąc po leżących, przysypanych ziemią pociskach, również powodowały wybuchy, więc okupanci „z niemiecką drobiazgowością i pracowitością pokryli długie kilometry takich traktów naszymi sosnami”131.

Warstwy drobnomieszczańskie, inteligencja, posiadacze środków, pijący umiarkowanie mogli sobie od czasu do czasu pozwolić na zakup zabronionego napoju wyskokowego dobrej, sprawdzonej jakości. Jednak głównym konsumentem wódki był lud pracujący i biedota — a ci nie mieli pieniędzy na drożejącą wódkę, nawet taką z przemytu.

Ale od czego pomysłowość i praktyczny zmysł amatorów alkoholowego szumu w głowie? W miejscowościach zajętych przez Niemców „radzą sobie, podobnie jak lud nasz, spirytusem skażonym. Ilekroć podchodzę do swej maszynki spirytusowej, żeby sobie ugotować wody na herbatę, przypominają mi się biedacy, których wielu codziennie pada ofiarą swego denaturowanego spirytualizmu”.

Kontakt z denaturatem groził nie tylko zatruciem, lecz także powodował wybuchy i oparzenia. Takie przypadki zdarzały się nie tylko wśród ludu spragnionego aqua vitae czy raczej aqua mortalis, czyli mniej wody życia (okowity) niż „wody śmiertelnej”. „Podobny los spotyka i Niemców. Ponieważ ci podobno nie boją się nikogo prócz Boga, przeto nie wypada im bać się i śmierdzącego alkoholu, i przeto upiwszy się jak nieboskie zgoła stworzenia, giną jak muchy. [...] Gromadnie zasnąwszy snem błogosławionych w stodołach, kuchniach itd., wpadają w ręce kozaków, którzy z nich porządek czynią. Niejeden Prusak został lancą junaka z kraju usuryjskiego glebae adscriptus, do ziemi przygwożdżony”132.

Z tego opisu wnioskujemy, że nie starczało już wówczas piwa, a organizm domagał się alkoholu. Wielu było zapewne uzależnionych, więc ratowali się, czym mogli, niekiedy ze skutkiem śmiertelnym. Pruski dryl i porządek prysł w obliczu pijackich potrzeb żołnierzy podczas nudy postojów i grozy wojny. Albowiem to Niemcy wymyślili metodę oczyszczania denaturatu na spirytus spożywczy. Przynajmniej tak wynika z opisu pewnego zmyślnego wilniuka, który rozkręcił interes denaturatowo-spirytusowy. „Weźmisz do garnka, nalejesz denatura, potem wody i zapalisz. Wypaliłsia z wierzchu gadość, a zostajesia czysty spiryt. Ten czysty spiryt rozprowadzisz z gotowanoj wody i można wódkę pić. To tak Niemcy nauczyli. Ja natenczas duża zarobił pieniędzy i kupiłem harmonja”, cieszył się ów wiejski rzemieślnik133.

Wyrób wysokoprocentowej wódki z denaturatu o mało nie skończył się jednak tragedią. Pewnego dnia zjawił się u tegoż wilniuka żołnierz armii kajzera, zapraszając do Lewonowiczy, gdzie przebywał niemiecki sierżant. „Jak przyjedziesz, to przynieś tej wódki, bo mój sierżant bardzo lubi wódka, wypije trzy butelki na raz i niepijany, ale zdrowy, gruby, jedyn jego palec, jak moje dwa. Ja na druga niedziela z kolego Jeremim zrobili wódki, mało rozprowadzili żywy spirit, tylko zafarbowali czerwono i dwie butelki z lepszaj, jedyn litr mocnaj. Ponieśli ze soboj i poszli w gościnu. Prawda, co człowiek zdrowy to zdrowy, zaprosił nas do stołu i postawił mięso, masło, jajek i chleb dobry, marmeladu, wszystkiego butelka dobraj wódki i powiada majn kameraden. Wypili ta wódka. Juluś powiada, dawaj Waler swoja. Postawiłem gorsza. Wypili jedna butelka. Teraz trzeba mocnaj. Powiada on, pije jak woda. Nalili jemu mocnaj, on wypił i powiada, dobrze, ale nie zmarszczyłsia, nalili Julusiowi, ten ledwie przyszedł do siebie i kolega Jeremij powiada, naleim jemu, co dobrze zrobił. Nalili do mnie, ja ledwo powietrze złapałem, a sierżant nie marszczyłsia. Wypił on trzy i zaczęło jego rozbierać, a potem jak oszalał, jak weźmi kucharka za włosy i pałką po dupie i powiada, ty mnie nie wierzysz, ciąga po mieszkaniu i wali pałką”.

System nerwowy nie wytrzymał takich dawek spirytusu nawet u tak tęgiego moczymordy, jak gruby niemiecki sierżant. Niszczył wszystko, co napotkał na drodze, lampę, gramofon, okna, drzwi, sprzęty, podczas gdy przerażeni goście salwowali się ucieczką przez okno. Za tydzień gruby sierżant zjawił się u wilniuków już spokojny i zdziwiony: „Ja na wojnie w życiu żadnego razu nie był taki, czemu wy uciekali? [...] Ja za godzina czasu rzuciłemsia na podłoga i spałem aż do jutra”134 — tłumaczył pokornie...

Ale jak wytrzymać z groźnym szaleńcem przez tę godzinę?

Także wesela i święta na wsiach, pomimo austriackiej i niemieckiej prohibicji, nie mogły obejść się bez wódki. „Na wsi wesele” — zanotował 19 października 1916 roku. Juliusz Zdanowski po powrocie z Miechowa. „Mimo szalonej ceny wódki ludzie popili się aż do bijatyki. Mimo wszelkie rządowe i honorowe zobowiązania p. Mieszkowski z Rachwałowic wódkę w detalu sprzedał”.

Osobliwością polskiej wsi, przynajmniej w Galicji, była grupa „gniewników”: sąsiadów, którzy mimo zaproszenia nie dali się skusić weselną wyżerką i popijawą. „Nie pójdę za nic w świecie, bo my się gniewamy”, mawiali, dla zabicia stresu ostentacyjnie młócąc zawzięcie żyto, pomimo że kilka kroków obok odbywało się huczne weselisko. Swarliwość i „gniewliwość” to część polskiej duszy chłopskiej obudzonej do wolnego życia po wiekach pańszczyzny, której pozostałością było kłanianie się panom „do kolan [...] drżący ze strachu przed nimi, choć sami nie wiedzieli, z jakiego powodu”, a raczej powodowane, „wieczną obawą, czy dawne czasy nie wrócą”135.

Pijąc na uroczystościach, chociaż przez parę godzin chłopi mogli pohulać i stłumić niepokój wynikający między innymi ze spisu ludności przeprowadzanego przez władze austriackie. Szczególnie obawiano się rubryki „wiek”, więc „podobno najwięcej będzie niżej 18 i wyżej 50 lat”, rozważał Zdanowski136. Takich do wojska raczej nie brano. O weselu „wojennym” wspomniał też rolnik z Białostockiego obdarowany przez ojca 12 morgami ziemi (żona wniosła w posagu krowę). „Trochę pszenicy na placek zmęłliśmy w żarnach, parę saganów kapusty z kartoflami, parę butelek samogonki — bez tego ani rusz! — i muzyka jak się patrzy, bo na muzykę rekwizycji nie było”, wspominał pan młody swoje wesele z 1918 roku137.

Kiedy Austro-Węgry się rozsypywały, na galicyjskich wsiach wyżywienie wróciło do normy. Prohibicję odreagowywano pijatykami. Przynajmniej tak to postrzegał doktor prawa, starosta Jan Hupka z perspektywy swego majątku Niwiska i Kolbuszowej, gdzie prowadził werbunek do Legionów. „Na wsi się dzieją teraz w trzecim roku wojny rzeczy niewesołe. O nędzy ani niedostatku nie ma mowy. Jeść mają wszyscy dosyć, a pieniędzy zdeprecjonowanych aż za dużo. Toteż młodzież wiejska pozbawiona opieki ojców hula i pije, i wyprawia awantury. Szynków namnożyło się. Co dziesiąty dom to szynk”. Żandarmeria prowadzi „z pospolitakami Żydami nieczyste interesy i zbogacili się bardzo. [...] Niejeden żandarm jest teraz zależny od złodziei, z którymi się dzielił” — pisał Hupka138.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 P.T. Sulatycki, Żyłem w trudnych czasach (wspomnienia), Gdańsk 1998, s. 46.

2 J.K. Maciejewski, Zawadiaka: dzienniki frontowe 1914-1920, wybór, red., oprac. A. Knyt, Warszawa 2015, s. 30.

3 W. Witos, Moje wspomnienia, przygotowanie do druku, przedmowa, przypisy E. Karczewski, J.R. Szaflik, Warszawa 1998, t. 1, cz. 1, s. 176.

4 Kupiec i sprzedawca mięs.

5 A. Bień, Bóg wysoko — dom daleko: obrazy przeszłości 1900-1920, posłowie H. Bielska, oprac., przypisy K. Burek, Warszawa 1999, s. 157-158.

6 S. Grzyb, Wspomnienia legionisty, Wrocław 2001, s. 14.

7 Pamiętnik nr 2, Gospodarz na czternastomorgowym w powiecie warszawskim, [w:] Pamiętniki chłopów: nr 1-51, oprac. L. Krzywicki, Warszawa 1935, s. 19.

8 Pamiętnik nr 7, [w:] Pamiętniki chłopów: nr 1-51, dz. cyt., s. 65.

9 W. Witos, Moje wspomnienia, dz. cyt., s. 121.

10 Tamże, s. 113-115, 118.

11 Tamże, s. 96-97.

12 L. Berbecki, Pamiętniki generała broni Leona Berbeckiego, Katowice 1959, s. 19-20.

13 Robotnicy piszą: pamiętniki robotników, studium wstępne Z. Mysłakowski, F. Gross, Kraków 1938, s. 34.

14 Tamże, s. 76-78.

15 Tamże, s. 103, 126.

16 Tamże, s. 147, 153, 155.

17 Tamże, s. 192.

18 Tamże, s. 226-227.

19 Tamże, s. 252.

20 Przewrót, zamach stanu, tu: zmiana, zdecydowany krok.

21 W. Kossak do żony, Warszawa 25 kwietnia 1917, [w:] W. Kossak, Listy do żony i przyjaciół, t. 2: Lata 1908-1942, wybór, wstęp, oprac., przypisy, indeksy K. Olszański, Kraków 1985, s. 181.

22 A. Mickiewicz, Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego, przygotowanie do druku, posłowie, objaśnienia K. Górski, Łódź 1947, wersy 505-506.

23 J. Dowbor-Muśnicki, Moje wspomnienia, Poznań 2013, s. 52-55.

24 Pisała o tym między innymi H. Jabłońska (z Seifertów), Dziennik z oblężonego Przemyśla 1914-1915, przygotowanie do druku, wstęp H. Imbs, Przemyśl 1994, s. 48-49.

25 K. Wędziagolski, Pamiętniki: wojna i rewolucja, kontrrewolucja, bolszewicki przewrót, warszawski epilog, wstęp, posłowie, oprac. przypisów G. Eberhardt, Warszawa 2007, s. 68.

26 J. Dowbor-Muśnicki, Moje wspomnienia, dz. czyt., s. 155.

27 J. Jacyna, 30 lat w stolicy Rosji (1888-1918): wspomnienia, Warszawa 1926, s. 104.

28 M. Cieplewicz [i in.], Zarys dziejów wojskowości polskiej w latach 1864-1939, red. nauk. P. Stawecki, Warszawa 1990, s. 225; W. Rezmer, Polacy w korpusie oficerskim armii niemieckiej w I wojnie światowej (1914-1918), [w:] Społeczeństwo polskie na ziemiach pod panowaniem pruskim w okresie I wojny światowej (1914-1918): zbiór studiów, red. M. Wojciechowski, Toruń 1996, s. 139.

29 M.Z. Lubomirska, Pamiętnik księżnej Marii Zdzisławowej Lubomirskiej: 1914-1918, przygotowanie do druku J. Pajewski, oprac. objaśnień A. Kosicka-Pajewska, Poznań 1997, s. 14-15.

30 W. Witos, Moje wspomnienia, dz. cyt., s. 96-98.

31 Tamże, s. 291; Wielka wojna poza linią frontu, red. nauk. D. Grinberg, J. Snopko, G. Zackiewicz, Białystok 2013, s. 20.

32 W. Witos, Moje wspomnienia, dz. cyt., s. 311.

33 Wielka wojna, dz. cyt., s. 21.

34 A. Kakowski, Z niewoli do niepodległości: pamiętniki, słowo wstępne J. Glemp, red., oprac. T. Krawczak, R. Świętek, Warszawa 2000, s. 120-121; Wielka wojna, dz. cyt., s. 21.

35 K. Lenczowski, Pamiętnik kapelana legionów, oprac. nauk. tekstu J.T. Nowak, Kraków 1989, s. 78.

36 I. Zaborowska (z Tańskich), Pamiętnik z wojny 1914 r. pisany w Brodach przez Irenę z Tańskich Zaborowską, wstęp, oprac. S. Maj, Kielce 2001, s. 25-27.

37 Robotnicy piszą, dz. cyt., s. 174.

38 M.Z. Lubomirska, Pamiętnik księżnej, dz. cyt., s. 19.

39 25 sierpnia 1914, J. Potocka, Wszystko, co kochałam: dziennik z lat 1914-1919, wprowadzenie, oprac. G. Rolak, Wrocław 2014, s. 70.

40 K. Wędziagolski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 24.

41 J. Rokoszny, Diariusz wielkiej wojny 1914-1915, wstęp, oprac., przypisy W. Caban, M. Przeniosło, Kielce 1998, t. 1, s. 8, 11.

42 W. Tarczyński, Nie wybiła godzina wybawienia z otchłani nieszczęść...: kronika dziejów Łowicza Władysława Tarczyńskiego, oprac. M. Wojtylak, Warszawa 2015, s. 57.

43 W. Zahorski, Dziennik Władysława Zahorskiego z czasów wojny Europejskiej 1914-1919, t. 3: 1916-1918, rkps. Biblioteka Narodowa III, mikrofilm 93012; K. Sierakowska, Śmierć — wygnanie — głód w dokumentach osobistych: ziemie polskie w latach Wielkiej Wojny 1914-1918, Warszawa 2015, s. 53-54.

44 Pamiętnik Stanisława Aleksandrowicza 1914–1918, [w:] Wilno i Wileńszczyzna w pamiętnikach z lat pierwszej wojny światowej (materiały ze zbiorów wileńskich i londyńskich), oprac., wstęp, przypisy M. i M. Przeniosło, seria: „Kresy w Polskich Pamiętnikach i Listach (1795-1918)”, Kielce 2014, t. 1, s. 43-44.

45 E. Romer, Dziennik 1914-1918, red. nauk. P. Łosowski, Warszawa 1995, s. 56-57, 60-61.

46 J. Rokoszny, Diariusz, dz. cyt., s. 79.

47 Tamże, 86-87.

48 A. Krasicki, Dziennik z kampanii rosyjskiej 1914-1916, wstęp P. Łossowski, Warszawa 1988, s. 148.

49 W. Witos, Moje wspomnienia, dz. cyt., s. 315.

50 A. Kuśniewicz, Mieszaniny obyczajowe, Warszawa 1988, s. 75-79.

51 J. Rokoszny, Diariusz, dz. cyt., s. 15.

52 J. Hupka, Z czasów wielkiej wojny: pamiętnik nie kombatanta, Lwów 1937, s. 29-30.

53 S. Żmigrodzki, Przed i po 6 sierpnia: wspomnienia oficera łączności I Brygady, Warszawa 1935, s. 63.

54 S. Srokowski, Z dni zawieruchy dziejowej: 1914-1918, Kraków 1932, s. 63-64.

55 Tamże, s. 63.

56 B. Świeykowski, Z dni grozy w Gorlicach, od 25 IX 1914 do 2 V 1915, Kraków 1919, s. 17.

57 H. Jabłońska (z Seifertów), Dziennik, dz. cyt., s. 72.

58 M.S. Kossakowski, Diariusz, t. 1, cz. 1: 21 maja-31 sierpnia 1915, red. nauk. M. Mądzik; przedmowa, oprac. K. Latawiec, M. Korzeniowski, D. Tarasiuk, Lublin 2010, s. 82-83.

59 A. Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wołowiec 2017, s. 112-113.

60 S. Srokowski, Z dni zawieruchy, dz. cyt., s. 38.

61 B. Janusz, 293 dni rządów rosyjskich we Lwowie (3 IX 1914-22 VI 1915), Lwów 1915, s. 28.

62 Tamże, s. 29-30.

63 J. Białynia-Chołodecki, Lwów w czasie okupacji rosyjskiej (3 września 1914-22 czerwca 1915): z własnych przeżyć i spostrzeżeń, Lwów 1930, s. 75.

64 „Kurier Lwowski” 3 października 1914.

65 B. Janusz, 293 dni, dz. cyt., s. 37-38.

66 S. Srokowski, Z dni zawieruchy, dz. cyt., s. 155.

67 J. Białynia-Chołodecki, Lwów w czasie okupacji, dz. cyt., s. 54.

68 A. Benisz, Przeżycia legionisty, Dąbrowa Górnicza 1934, s. 45.

69 J. Białynia-Chołodecki, Rosyjskie rabunki we Lwowie 1914-1915. Panteon polski, [w:] tenże, Lwów w czasie okupacji, dz. cyt., s. 103.

70 E. de Henning-Michaelis, Burza dziejowa: pamiętnik z wojny światowej 1914-1917, Warszawa 1928, t. 2, s. 149-150.

71 Tamże, s. 163.

72 K. Kurko, Cud nad Wisłą: wspomnienia fińskiego uczestnika wojny polsko-rosyjskiej w roku 1920, przeł. B. Kojro, wstęp, posłowie, przypisy J. Jalonen, O. Latyszonek, Warszawa 2010, s. 82-84.

73 B. Świeykowski, Z dni grozy, dz. cyt., s. 77.

74 M.S. Kossakowski, Diariusz, dz. cyt., s. 266.

75 Tamże, s. 271.

76 K. Wędziagolski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 55-58.

77 Naczynie bednarskie na szelkach do przenoszenia płynów na plecach.

78 J. Haller, Pamiętniki: z wyborem dokumentów i zdjęć, red. M. Pilecka, Łomianki 2014, s. 165.

79 H. Gruber, Wspomnienia i uwagi: 1892-1942, Londyn 1968, s. 33-35.

80 J. Haller, Pamiętniki, dz. cyt., s. 33-34.

81 Tamże, s. 34-35.

82 J. Hupka, Z czasów, dz. cyt., s. 10.

83 Z. Jasiński, Wspomnienia. Wojna światowa (1914-1918): w odrodzonej Polsce (1918-1922), Warszawa 1933, s. 27.

84 B. Janusz, 293 dni, dz. cyt., s. 3.

85 S. Kawczak, Milknące echa: wspomnienia z wojny 1914-1920, Warszawa 1991, s. 8-10.

86 J. Dąbski, Wojna i ludzie: wspomnienia z lat 1914-1915, fragmenty, przygotowanie do druku, wstęp, przypisy S. Giza, Warszawa 1969, s. 55-56.

87 S. Kawczak, Milknące echa, dz. cyt., s. 10-11, 98.

88 Tamże, s. 12.

89 W. Daniec, Pamiętnik z przeżyć wielkiej wojny: z dziennych notatek, Rzeszów 1925, cz. 1, s. 46.

90 B. Ziółkowska-Tarkowska, Echa Legionów: opowieści żołnierskie, Mińsk Mazowiecki– Kraków, s. 77-78.

91 Wiejscy działacze społeczni, t. 1: Życiorysy włościan, Warszawa 1937, s. 19, 21.

92 S. Bogusławski, 1914-1915. Wojna w Polsce: opowiadania naocznego świadka, lekarza „Czerwonego Krzyża”, Chicago 1916, wyd. wznowione: Koluszki 2009, s. 8, 18.

93 Tamże, s. 18.

94 B. Szczepankiewicz, Kalisz wśród bomb, granatów i ognia w dniach sierpniowych 1914 roku, z osobistych wrażeń..., Warszawa 1939, s. 5.

95 Tamże, s. 49.

96 Tamże, s. 30.

97 B. Hutten-Czapski, Sześćdziesiąt lat życia politycznego i towarzyskiego, Warszawa 1936, t. 2, s. 184.

98 M. Romeyko, Przed i po maju, red., przedmowa, oprac., przypisy K. Bugajak, Warszawa 1985, s. 64.

99 B. Szczepankiewicz, Kalisz wśród bomb, dz. cyt., s. 42-43.

100 Tamże, s. 62.

101 W. Tarczyński, Nie wybiła godzina, dz. cyt., s. 192, 210, 255.

102 Pamiętniki chłopów, seria 2, oprac. L. Krzywicki, Warszawa 1936, s. 492-493.

103 W. Tarczyński, Nie wybiła godzina, dz. cyt., s. 228.

104 Tamże, s. 239.

105 M. Dąbrowska, Dzienniki 1914-1965, t. 1: 1914-1925, red. W. Starska-Żakowska, Warszawa 2009, s. 51-52.

106 G.A. Wroński, Pamiętnik nieznanego żołnierza: przeżycia wojenne na froncie zachodnim 1914-1919, Śrem 1934, s. 5.

107 A. Majkowski, Pamiętnik z wojny europejskiej roku 1914, odczytanie rękopisu, oprac., wstęp, przypisy T. Linkner, Wejherowo 2000, s. 104-105.

108 Tamże, s. 155, 173.

109 A. Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo, 1915, dz. cyt., s. 84 i in.

110 A.J. Narbut-Łuczyński, Historia wojenna Legionów Polskich: powstanie i działalność bojowa Oddziału Józefa Piłsudskiego (VIII-XI 1914), red., oprac. A.C. Żak, K. Stepan, Warszawa 2014, s. 60-61.

111 M.S. Kossakowski, Diariusz, t. 1, cz. 2: 1 września 1915-4 lutego 1916, red. nauk. M. Mądzik, przedmowa, oprac. M. Korzeniowski, D. Tarasiuk, K. Latawiec, Lublin 2010, s. 56.

112 Pisał o tym A. Krasicki, Dziennik, dz. cyt., s. 413 i in.

113 M. Kurman, Z wojny 1914-1921: przeżycia, wrażenia i refleksje mieszkańca Warszawy, Warszawa 1923, s. 97.

114 B. Hutten-Czapski, Sześćdziesiąt lat, dz. cyt., s. 259.

115 C. Jankowski, Pierwsze dni wojny, [w:] Warszawa w pamiętnikach pierwszej wojny światowej, przedmowa, oprac. K. Dunin-Wąsowicz, Warszawa 1971, s. 45.

116 H. Wardęski, Moje wspomnienia policyjne, Warszawa 1926, s. 49-51.

117 B. Hutten-Czapski, Sześćdziesiąt lat, dz. cyt., s. 313.

118 A. Krasicki, Dziennik, dz. cyt., s. 377, 388.

119 C. Jankowski, Z dnia na dzień: Warszawa 1914-1915, Wilno 1923, s. 252.

120 M. Brensztejn, Dziennik 1915-1918, cz. 1: Rok 1915-1916, wstęp, oprac., przypisy M. i M. Przeniosło, „Kresy w Polskich Pamiętnikach i Listach (1795-1918)”, Kielce 2015, t. 2, s. 34, 53.

121 Tamże, s. 48.

122 Tamże, s. 105, 107.

123 Dziennik Tadeusza Hryniewicza 1915, [w:] Wilno i Wileńszczyzna, dz. cyt., t. 1, s. 101-116.

124 Pamiętnik Stanisława Aleksandrowicza 1914-1918, [w:] Wilno i Wileńszczyzna, dz. cyt., t. 1, s. 33-100.

125 C. Jankowski, Z dnia na dzień, dz. cyt., Wilno 1923, s. 252, 288-290.

126 Dziennik Tadeusza Hryniewicza 1915, [w:] Wilno i Wileńszczyzna, dz. cyt., t. 1, s. 113.

127 C. Jellenta, Wielki zmierzch: pamiętniki, przedmowa R. Taborski, Warszawa 1985, s. 30.

128 Pamiętniki chłopów: nr 1-51, Pamiętnik nr 37, dz. cyt., s. 499.

129 Pamiętniki chłopów: seria 2, dz. cyt., s. 275.

130 C. Jellenta, Wielki zmierzch, dz. cyt., s. 189, 229.

131 Pamiętnik Stanisława Aleksandrowicza 1914-1918, [w:] Wilno i Wileńszczyzna, dz. cyt., t. 1, s. 63.

132 C. Jellenta, Wielki zmierzch, dz. cyt., s. 189-190.

133 Pamiętniki chłopów: nr 1-51, Pamiętnik nr 37, dz. cyt., s. 511.

134 Tamże, s. 511-512.

135 Pisał o tym między innymi W. Witos, Moje wspomnienia, dz. cyt., s. 129, 141, 148.

136 J. Zdanowski, Dziennik Juliusza Zdanowskiego, t. 1: 22 VI 1915-29 IV 1917, wstęp, oprac. J. Faryś, T. Sikorski, H. Walczak, A. Wątor, Szczecin 2013, s. 274.

137 Pamiętniki chłopów: seria 2, dz. cyt., s. 497.

138 J. Hupka, Z czasów, dz. cyt., Niwiska 1 kwietnia 1916, s. 182.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Alkoholowe dzieje Polski. Czasy Wielkiej Wojny i II Rzeczpospolitej Jak Polska zbawiała świat. Mesjasze i prorocy Rewizja nadzwyczajna. Skazy na królach i inne historie Alkoholowe dzieje Polski. Czasy rozbiorów i powstań T.2 Małżeństwa królewskie. Jagiellonowie Tam kiedyś była Rzeczpospolita. Ziemie ukrainne 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie