Morderstwo na Święta

Morderstwo na Święta

Autorzy: Francis Duncan

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.76 zł

Klasyczny brytyjski kryminał osadzony w niepowtarzalnej scenerii angielskiej prowincji.

Kiedy detektyw-amator Mordecai Tremaine przybywa do posiadłości swojego znajomego, by spędzić święta Bożego Narodzenia tradycyjnie i z dala od londyńskiego zgiełku, zastaje na miejscu kilkanaście barwnych gości, każdy z których skrywa własne tajemnice. Jako wnikliwy obserwator ludzkiej natury, Tremaine wyczuwa napięcie ukryte pod powłoką sennej świątecznej atmosfery.

Jego najczarniejsze przypuszczenia sprawdzają się, kiedy głęboką nocą goście zamiast prezentów znajdują pod choinką zwłoki ubrane w kostium Świętego Mikołaja. Pada śnieg, powietrze jest ciężkie od wzajemnych podejrzeń, a na Tremaine’a spada zadanie znalezienia świątecznego mordercy.

Francis Duncan

Morderstwo na Święta

Tytuł oryginału

Murder for Christmas

ISBN

First published in Great Britain by John Long 1949.

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2018

All rights reserved

Redakcja

Łukasz Kucharski

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

PROLOG

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

PROLOG

Nikt nie mógł przewidzieć, jak to się skończy. Nawet sam morderca.

To nie znaczy, że przestępstwo było zaplanowane w pośpiechu czy nieporadnie zrealizowane. Większości morderców zależy na tym, aby przeżyć, chcą bowiem cieszyć się owocami swoich zbrodni. Zdają sobie sprawę, że jedno potknięcie może ich posłać w ręce kata. Wiedzą, że niestaranność byłaby dla nich zgubna. A w tym wypadku morderca nie tylko kierował się żądzą zysku, ale również dysponował wiedzą o tym, jak niebezpiecznie cienka jest linia odgraniczająca bezpieczeństwo od katastrofy.

Jednak każdy ludzki plan, choćby wyjątkowo diabelsko pomysłowy, w praktyce nie wygląda dokładnie tak samo, jak w szczegółowo przemyślanej teorii. Gdzieś po drodze zawsze wyskoczy niepoliczalny, nieprzewidywalny, nieoczekiwany, nieznany czynnik.

Księżyc był jak reflektor oświetlający scenę teatralną albo jak kamera przesuwająca się nad podłogą studia i na przemian przedstawiająca publiczności zbliżenia i długie ujęcia, obraz o ostrych konturach i pogrążone w półmroku majaki.

Śnieg przestał padać, ale jeszcze się nie przejaśniło. Chmury snuły się posępnie, jakby nie miały ochoty rozstawać się z łupem, który z wielką trudnością wyrwano im z rąk. Czasami piętrzyły się groźnie i tłoczyły nad ziemią, na której wzbierały ciemności i strach; a potem tak jakby bezsilnie dały się roztrącić i spływało na dół białe światło, bezlitośnie ukazując wszystko oczom ludzi.

W zimnym świetle księżyca każdy szczegół był jaskrawo uwydatniony. Czarno-białe dachy we wsi pod wzgórzem; chude, nagie ramiona drzew na skraju szosy; gładkie białe pagórki, które zdawały się dosięgać nieba; dwór ze starego szarego kamienia z białym maswerkiem w miejscach, gdzie śnieg przykleił się do pnączy.

Ze wsi dochodził dźwięk dzwonu. Pod rządami ciemności było to dziwne, żałobne echo, którego nie dało się umiejscowić i które pobrzmiewało groźną nutą. Wyobraźni nie trzeba było zbyt usilnie namawiać, aby dosłuchała się w tym zewu przeznaczenia.

Ale kiedy scenerię tę oświetlił księżyc, strach i tajemniczość się rozpierzchły i dzwon utracił złowrogą barwę. Był teraz radosnym dźwiękiem muzyki, która triumfalnie niosła się po śniegu, dochodząc z kwadratowej wieży starego kościoła.

Krajobraz wyglądał jak trójwymiarowa kartka bożonarodzeniowa. Widok ciągniętych przez renifery sań na wierzchołkach wzgórz doskonale by do niego pasował. Nie było zresztą niczego niezwykłego w tym, że na tarasie dużego domu krzątała się odziana na czerwono postać Świętego Mikołaja. Była w końcu Wigilia, kiedy właśnie takich rzeczy — zwłaszcza pośród tego rodzaju scenerii — należy oczekiwać.

Mimo późnej pory nie wszyscy mieszkańcy domu położyli się już do łóżek. Wysoko w jednym ze skrzydeł dworu paliło się światło, a rozświetloną ramę okna co pewien czas przecinała jakaś postać.

Były też inne, mniej widoczne oznaki nocnej aktywności. Jeśli ktoś patrzył uważnie, to od czasu do czasu, zwłaszcza kiedy chmury przesłoniły księżyc, widział nikły blask w oknach na parterze. Blask ten zmieniał położenie, tak jakby ktoś ukradkiem chodził po domu z pochodnią.

Z kolei na zewnątrz pośród śniegu i cieni stały zakutane, skulone postacie. Ukryte przed domownikami i sobą nawzajem, uważnie obserwowały — czekały na okazję. Atmosfera była napięta, pełna niezdrowego wyczekiwania. Nad wszystkim unosiły się fantazja i tajemnica, przemoc i śmierć. Można było odnieść wrażenie, że czas wbrew sobie i z coraz bardziej naprężoną zgrozą zmierza ku jakiejś makabrycznej kulminacji.

I w końcu kulminacja nastąpiła.

W momencie, kiedy ucichł dzwon. W momencie, kiedy światło księżyca znowu przebiło się przez chmury i miękko otuliło białe trawniki, ukazując zygzakowatą linię odcisków stóp. W momencie, kiedy jego zimne światło zalało otwarte do połowy drzwi balkonowe i ukazawszy wilgoć na wypolerowanej posadce, spoczęło na czerwonym kłębku strachu, czyli Świętym Mikołaju, który leżał twarzą w dół obok splądrowanej choinki.

W momencie, kiedy rozległ się krzyk kobiety — zrozpaczony, piskliwy i przeniknięty strachem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

–Wierzę — powiedziała z przejęciem Denys — że się doczekamy!

Z głębi dużego krzesła z okrągłym oparciem naprzeciwko kominka rozległ się pytający głos.

— Czego?

— Świąt w starym stylu! — Denys oderwała wzrok od ołowianego nieba i wydała z siebie okrzyk zachwytu, zobaczywszy pierwszy płatek śniegu, który delikatnie sfrunął z nieba na ciemnym tle wawrzynów po obu stronach podjazdu. — Patrz, Roger! Co za cudowny śnieg, jak lukier!

Duże krzesło jęknęło.

— Okropne! — oznajmiło. — Mokre, paskudne, nieprzyjemne. Tylko czekać, jak da nam w kość cała czereda tych pozbawionych zahamowań urwisów ze wsi. Zimna kula śnieżna na szyi za każdym razem, kiedy przekroczymy bramę majątku. Brrr!

Denys Arden zaśmiała się radośnie. Śmiech ten miał negatywny wpływ na samokontrolę Rogera Wyntona.

Roger był oczywiście zakochany w Denys od czasu, kiedy trochę za bardzo po kawaleryjsku pokonał zakręt na jednej z wąskich dróg, które wiły się przez bujny krajobraz wokół głęboko zakorzenionej wsi Sherbroome. Wystraszył konia Denys i stał się zachwyconym obiektem jej furii.

Wydarzyło się to na początku poprzedniego roku w dniu, kiedy drogi dudniły głucho pod szronem, a ostry wiatr przydał Denys Arden rumieńców na policzkach i malowniczo zmierzwił jej kasztanowe włosy. Nieświadomy skłębionego w niej oburzenia Roger patrzył na szczupłą figurę w stroju jeździeckim z tak nieskrywanym podziwem, że rumieniec na jej policzkach przestał być wyłącznie zasługą wiatru. Wyczuwszy, że jej panowanie nad sytuacją jest zagrożone, szarpnęła głową w ramach ostatniego gestu oburzenia i pojechała dalej.

Po dotarciu do domu Wynton rozpytał się o tajemniczą amazonkę. Pochodził z rodziny, której nazwisko (różnie pisane) przewijało się w kronikach Sherbroome, ale ponieważ studiował architekturę i wyjechał w długą podróż za granicę, wypadł z obiegu towarzyskiego w swojej miejscowości. Pośród niezdarnych koleżanek szkolnych nie przypominał sobie żadnej, która z piegowatej poczwarki mogłaby się rozwinąć we właśnie przez niego napotkaną temperamentną młodą istotę.

Rozwiązanie zagadki brzmiało, że Sherbroome House był zamieszkany. Dostojny szary dwór, który stał na uboczu, a jednak zdawał się królować nad przycupniętą w dole wioską z omszałymi dachami i chatami z muru pruskiego, w czasach dzieciństwa działał na niego hipnotyzująco. Jego zaniedbane sady i rozsypujące się budynki gospodarcze służyły Rogerowi za przygodowy plac zabaw, zamieszkany przez odważne postacie z jego wyobraźni. Melvinowie przyjechali do Sherbroome, kiedy pierwszy sir Hugo, który wraz z Wilhelmem Zdobywcą pokonał kanał la Manche, przycwałował na południowy zachód. Sherbroome House stał się siedzibą miejscowej władzy. Niedługo po tym, jak sir Reginald Melvin, podpaliwszy własny okręt, dopomógł w odepchnięciu hiszpańskiej Armady od skalistego wybrzeża elżbietańskiej Anglii, królowa zaszczyciła go pięciodniową wizytą. Jej pobyt spustoszył szkatułę sir Reginalda, ale zapewnił mu tytuł barona.

Dla Melvinów, baronów Sherbroome, były to czasy świetności. W końcu jednak przyszło im zapłacić za lojalność wobec Korony. Jako rojaliści w okolicy, która podczas wojny domowej znalazła się pod kontrolą parlamentu, wrócili do władzy wraz z Karolem II, później jednak popełnili fatalny błąd i stanęli po stronie jakobitów, kiedy na tronie zasiadł Jerzy I Hanowerski. Po krwawej rzezi pod Culloden, kiedy Karol Stuart przyjął do wiadomości, że to już koniec, i wrócił na wygnanie do Francji, głowa szóstego lorda Sherbroome spadła z katowskiego pnia w Tower Hill i rodzinie odebrano arystokratyczny tytuł.

Jakimś cudem udało im się zachować dom i uszczuplone włości, ale szkatuła była pusta, a wraz z funduszami skończyły się splendory. Pod koniec XIX wieku sytuacja stała się tak krytyczna, że nędzne resztki majątku przeszły w ręce dalekiego kuzyna, którego nie stać było nawet na to, żeby mieszkać w odziedziczonym przez siebie dworze. Sherbroome House stał się zabitym deskami, butwiejącym siedliskiem duchów i wspomnień.

Pogłoski o powrocie dziedziców krążyły, odkąd Roger Wynton sięgał pamięcią. Wieś nadal traktowała duży szary dom z szacunkiem i zawsze znaleźli się jacyś starcy, którzy przysięgali, że pewnego dnia Melvinowie wrócą, a wraz z nimi dawny blask posiadłości.

Jednak lata mijały, a zubożali potomkowie dumnego rodu, który niegdyś podejmował królową, nie dawali żadnych oznak tego, że zamierzają wrócić. Teraz wyglądało na to, że już nigdy się to nie stanie, ponieważ Sherbroome House sprzedano.

Nowym właścicielem, jak się dowiedział Roger, został niejaki Benedict Grame. Najprawdopodobniej zapłacił za dom jakąś symboliczną sumę — w końcu nabył ruderę — ale musiał włożyć sporo pieniędzy w jego renowację. Ergo: człowiek zamożny.

No dobrze, Roger zgodził się z własną konkluzją, ale kim jest dziewczyna? Córką Grame’a?

Nie, nie córką Grame’a. W gruncie rzeczy niczyją córką. W każdym razie nie miała już rodziców. Znajdowała się pod opieką Jeremy’ego Rainera, jednego z najbliższych przyjaciół Grame’a. Rainer ją wychował i łożył na jej utrzymanie od śmierci jej ojca, swojego wspólnika w interesach.

Czy dziewczyna spędzała dużo czasu w Sherbroome? Odpowiedź brzmiała twierdząco. Rainer i Grame przyjaźnili się ze sobą, a ten drugi najwyraźniej bardzo lubił Denys. Bo tak miała na imię. Denys Arden. Często jeździła konno po okolicy. Rogerowi Wyntonowi więcej nie było potrzeba. Kiedy tylko mógł się wyrwać ze swojego londyńskiego biura, jego też widywano w tej okolicy na końskim grzbiecie.

Przy czwartej starannie zaplanowanej okazji udało mu się ją przypadkiem spotkać i wspomnieć o pierwszym ich zetknięciu. Jej poczucie humoru — tak jak oczekiwał — pozwoliło jej sprostać sytuacji i w tym momencie, jak to mówią, sprawy ruszyły z miejsca.

Wynton został bardzo częstym gościem starego dworu, w którym spędził tak wiele chłopięcych godzin. Znowu siedział w pięknych salach i słuchał odgłosu własnych kroków na szerokich kamiennych tarasach. Dwór bardzo przypadł mu do serca, ponieważ opowiadał mu o Denys. Zarówno w szczycie lata, kiedy światło słońca rozgrzewało politurowane dębowe drewno, jak i teraz, w otchłaniach zimy, kiedy szarość murów łagodziły tańczące płomienie ognia w kominku, dzięki obecności Denys dwór nabierał nowego uroku.

Roger wstał z krzesła — powoli, żeby się nie zdradzić — a potem obrócił się i zobaczył jej sylwetkę na tle okna. Odchyliła głowę i blask ognia kładł się na jej szyi.

— Nie patrz tak na mnie, Denys — powiedział — nie zniosę tego. Szaleję za tobą.

Uśmiechnęła się do niego.

— Lubię twoje piękne słówka, Roger — odparła miękko.

Podszedł do niej i wziął ją za ręce.

— Denys, kochanie, zależy ci na mnie?

Skinęła poważnie głową.

— Tak, Roger.

— To powiedz, że szybko za mnie wyjdziesz!

— Nie — odparła stanowczo. — Jeremy…

— Jeremy! — wybuchnął. — Jeremy! Dlaczego on musi stawać między nami? Wiem, ile dla ciebie zrobił, ale są granice tego, ile może od ciebie oczekiwać!

Brązowe oczy dziewczyny zdradzały, jak bardzo jest poruszona, ale twardo stała na swoim stanowisku.

— To jest odgrzewany kotlet, Roger. Nie ma sensu znowu o tym dyskutować. Muszę go do ciebie przekonać.

— Byłoby łatwiej, gdybym wiedział coś więcej o powodach jego niechęci. Dlaczego ciągle się sprzeciwia? Nie jestem tak okropnie brzydki, żeby dzieci się mnie bały!

— Jak na brzydkie kaczątko jesteś całkiem w po­rządku.

Zmierzwiła mu włosy gestem zarazem zaborczym i czułym i przesunęła palec po bruździe na jego policzku. Grubo ciosane rysy twarzy Rogera Wyntona działały na nią kojąco.

— Nie jestem może bogaty — podjął — ale Rainer może być spokojny, że nie będziesz musiała się martwić o pieniądze. No i wie, że cię kocham. Nawet ślepy by to zauważył!

— To prawda — odparła z odrobiną złośliwości w głosie, której nie umiała ukryć.

Roger uśmiechnął się cierpko.

— Nie da się nic zrobić?

— Próbowałam wszystkiego. Nie ma sensu chować głowy w piasek. On cię po prostu nie lubi.

— Ale dlaczego? O co w tym chodzi? Gdybym wiedział, co mu we mnie przeszkadza, to mielibyśmy się czego uchwycić, ale to są tylko uparte, ślepe uprzedzenia. Prawda jest taka, że boi się ciebie stracić. Tu nie chodzi tylko o mnie. Miałby obiekcje wobec każdego, kto chciałby się z tobą ożenić.

Położył jej dłonie na ramionach. Poczuła silny, nerwowy ucisk jego palców.

— A co z Grame’em? Bardzo cię lubi i ma wpływ na twojego opiekuna. Nie mogłabyś go przeciągnąć na naszą stronę?

Denys pokręciła głową.

— Mówiłam ci, że wszystkiego próbowałam, a wujek Benedict był jedną z pierwszych rzeczy. Nie udało mi się. Powiedział, że kiedy rozmawiał o tym z Rainerem, było tak, jakby pomachał mu przed nosem czerwoną płachtą. Wpływy wujka Benedicta najwyraźniej nie sięgają tak daleko.

Wynton milczał przez parę chwil.

— Muszę ci to powiedzieć, Denys — podjął z determinacją w głosie. — Rainer ma w sobie coś dziwnego. Wiesz, że to prawda — dodał szybko, widząc, jak odruchowo protestuje. — W ogóle w tym domu panuje dziwna atmosfera. Im szybciej cię stąd zabiorę, tym lepiej.

Mówił z taką powagą, że jej oburzenie zwiędło, zanim zdążyło zapuścić korzenie.

— Na litość boską, co masz na myśli, Roger?

— Nie podoba mi się, że widzę cię tutaj pośród tych wszystkich dziwnych krewnych. Oczywiście wiem, że tak naprawdę to nie są twoi krewni. Może dlatego mówię o nich tak szczerze. Nie są normalni. Nigdy nie można przewidzieć, kiedy przestaną się zachowywać jak zwyczajni ludzie i zrobią coś zupełnie nieracjonalnego.

— Chodzi ci o takie sytuacje, jak ta, kiedy wujek Gerald pojechał w zeszłym roku na wystawę kwiatów przebrany za ucznia w krótkich spodenkach ku zgorszeniu wszystkich poczciwych starszych pań z kółka krawieckiego?

— I każe wieźć się przez wioskę w wózku dziecięcym ze smoczkiem w ustach, a z przodu gra kapela ludowa!

— Chyba nie dostrzegasz w tym nic groźnego, Roger?! Wiesz, że Gerald lubi psikusy. To po prostu przerośnięty chłopiec.

— Potrafię docenić dobrego psikusa, ale uważam, że na takie numery à la Piotruś Pan ma za duże kolana.

— Czy ty trochę nie przesadzasz?

— Może przesadzam — przyznał. — Ale z pewnością mieszkasz w osobliwym domu. Gerald i jego okresowe eksplozje uczniackiego humoru na przemian z upijaniem się i przyrzekaniem poprawy; Charlotte zamyka się w swoim pokoju na wiele godzin i zachowuje jak skwaszona stara panna, która ma jakiś mroczny sekret. Zdumiewa mnie, że Grame potrafi z nimi wytrzymać. Ja bym po miesiącu zwariował, ale on to całkiem pogodnie znosi.

— Kiedy tak to przedstawiasz, rzeczywiście obraz wydaje się dosyć ponury — odparła dziewczyna, zamyśliwszy się. — Ale zawsze są dla mnie mili. Nie mogę nagle wystąpić przeciwko nim.

— Nie twierdzę, że grożą ci z ich strony jakieś diabelskie knowania — zapewnił Wynton. — Ale atmosfera w tym domu jest niezdrowa. Nie mogę zrozumieć, dlaczego Rainer pozwala ci spędzać tutaj tyle czasu.

— Wręcz mnie do tego zachęca. Nie sądziłam — dodała figlarnym tonem — że ty masz coś przeciwko temu.

— Nie mam. Ale mnie to ciekawi. Dlaczego postanowił spędzić tu święta?

— Zawsze spędzamy święta z wujkiem Benedictem. Można powiedzieć, że to rodzinna tradycja.

— Wiem, że Grame lubi tego rodzaju świąteczne zgromadzenia i że zawsze byliście na nie zapraszani, ale myślałem, że w tym roku Rainer jedzie do Ameryki i że miał już wykupiony bilet na statek na ubiegły tydzień. Co go skłoniło do zmiany decyzji?

Dziewczyna zmarszczyła czoło. Widać było, że już wcześniej głowiła się nad tą sprawą.

— Nie wiem, Roger — przyznała. — To rzeczywiście było dziwne. Ni stąd, ni zowąd odwołał wyjazd. To zupełnie nie w jego stylu.

— Nie podał żadnego powodu?

— Nie.

— To też nie w jego stylu, prawda?

— Generalnie nic przede mną nie ukrywa. Zastanawiałam się, dlaczego nic mi nie powiedział na ten temat. Pomyślałam…

Urwała, ponieważ drzwi się otworzyły. Odruchowo odstąpili od siebie i skierowali wzrok na drzwi. W progu zamajaczyła jakaś wysoka, złowieszcza postać. Stała bez ruchu w półmroku.

Denys dała się ponieść fantazjom: Grzmot pioruna. Wchodzi spiskowiec. O mało nie zachichotała nerwowo.

Nicholas ­Blaise wszedł do pokoju i zobaczył, że odwracają się w stronę okna wykuszowego, za którym zwiewnie wirował welon padającego śniegu.

— Dzień dobry — przywitał się ­Blaise i podszedł do nich. — Cieszycie się ze śniegu? Wygląda na to, że będziemy mieli tradycyjną oprawę świątecznych uroczystości.

Mówił niewymuszonym tonem, ale jego ciemne, myszkujące oczy wszystko widziały. Denys i Roger nie wiedzieli, czy zdążył usłyszeć końcówkę ich rozmowy, a on nie dawał nic po sobie poznać.

Rzadko dało się powiedzieć, co myśli Nicholas ­Blaise i jak dużo się domyśla, ale ponieważ od lat był sekretarzem i zausznikiem Benedicta Grame’a, bez wątpienia niemało wiedział o każdym gościu, który przyjeżdżał do Sherbroome House.

Niełatwo było również ocenić jego wiek. Na pierwszy rzut oka wyglądał na młodego człowieka, ale po uważniejszym przyjrzeniu się — rzedniejące włosy, ciemnobrązowe, naznaczone doświadczeniem życiowym oczy, długi, cienki nos i wyraz twarzy (inteligentnej) o drobnych rysach — dochodziło się do wniosku, że jest starszy, niż się na początku wydawało. Palce miał długie i ekspresyjne jak u artysty. Chociaż nie narzucał się ze swoją obecnością, prawie nic nie umykało jego uwagi.

W tym momencie miał lekko rozbawioną minę. Wyglądał jak człowiek, który ma świadomość, że próbuje się coś przed nim ukryć, a jednocześnie bawi go, że doskonale wie, o co chodzi.

Denys Arden stwierdziła zaniepokojona, że z napięciem czeka, aż ­Blaise się odezwie. Skarciła się w duchu za te absurdalne odczucia. Był najzupełniej normalny i zachowywał się najzupełniej zwyczajnie. Doszukiwała się w jego postawie czegoś tajemniczego wyłącznie za sprawą swojej wyobraźni. To przez Rogera. Pod wpływem jego niestworzonych historii o tym domu i jego mieszkańcach w jej głowie rodziły się nieistniejące rzeczy.

— Mam nadzieję, że pogoda się utrzyma. — ­Blaise wyglądał przez okno. — Jeśli porządnie popada, Benedict będzie w swoim żywiole.

Typowa dla niego uwaga — Denys znowu poczuła się bezpiecznie.

— Wujek Benedict rzeczywiście lubi, żeby wszystkie świąteczne atrybuty były na miejscu — powiedziała z ulgą. — Zakładam, że wystąpi w swojej zwyczajowej roli?

­Blaise z uśmiechem odwrócił się od okna.

— Myślę, że przez cały rok czeka na Wigilię. Dzisiaj rano przygotowywał strój, a od wielu dni chowa swoje tajemnicze pakunki!

Święta u Benedicta Grame’a miały standardowy, niezmienny przebieg. Dom pełen ludzi, duża choinka, sam Grame z dziecięcym zachwytem pojawia się w Wigilię w długim czerwonym płaszczu i z białą brodą, aby tuż przed wieczerzą — sądząc, że nie jest widziany — powiesić na choince prezenty dla gości.

Grame był kawalerem. Można było odnieść wrażenie, że tę metodę znajdowania przyjemności wymyślił dlatego, że nie ma dzieci, z którymi mógłby się dzielić swoimi zachwytami. Do jego dziwactwa podchodzono wyrozumiale, ponieważ nikogo nie krzywdził, a że był człowiekiem bogatym i znanym z hojności, mógł sobie pozwolić na te coroczne popisy aktorskie, nie będąc wyśmiewany. Większość gości wiedziała o jego zwyczaju już przed przyjazdem, a kto nie wiedział, tego instruowali bardziej doświadczeni współbiesiadnicy.

Jeśli jakiś cynik, odarty przez brutalnie materialistyczny świat z sentymentów, skłaniał się ku opinii, że u człowieka takiego jak Grame jest to dziwaczna mania, zachowywał ten pogląd dla siebie. Nie bez wpływu na postawę gości pozostawała oczywiście uprzejmość i świąteczna atmosfera, ale trzeba przyznać, że pewną rolę odgrywało również to, iż Benedict Grame nie należał do ludzi, którym warto byłoby wchodzić w paradę.

Niebieskie oczy, ocienione krzaczastymi czarnymi brwiami, z reguły patrzyły na świat z filozoficznym spokojem, ale zdarzało się, że iskrzyły gniewem. W takich sytuacjach jego duża, grubokoścista postać ogromniała do zastraszających rozmiarów i człowiek zdawał sobie sprawę, że w tym mężczyźnie o powolnych ruchach, który patrzy na życie z rozbawionym dystansem i potrafi czerpać młodzieńczą przyjemność z wcielania się w Świętego Mikołaja, buzuje ogień.

Denys Arden dokonała tego odkrycia jako mała dziewczynka. Mężczyzna, którego zawsze nazywała wujkiem, zastał ją pewnego razu na zakazanym terytorium swojego gabinetu, gdzie z dziecięcym zapamiętaniem bazgrała po jego papierach, a kiedy została ostro przywołana do porządku, wzbudziło to w niej respekt, który pozostał na zawsze.

Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu ten przedpotopowy, ale wciąż pamiętany incydent przemknął jej przez głowę, kiedy patrzyła na Nicholasa ­Blaise’a. Zadał sobie pytanie, o czym ona myśli, ale Denys nie zdradziła przyczyny błysku rozbawienia w swoich oczach. Zamiast tego zapytała:

— Kto będzie, Nick?

— Stała ekipa — odparł. — Rosalinde Marsh, Austin Delamere — i oczywiście my wszyscy. Przyjeżdżają też Napiersowie i przywiozą ze sobą panią Tristam.

— Oh! — zmartwiła się Denys.

— Tak — zgodził się z nią Nicholas ­Blaise.

Lucia Tristam bawiła w Sherbroome House coraz częściej. Była kobietą w nieokreślonym wieku — na pewno miała ponad trzydzieści lat, lecz niewiele więcej dało się w tej kwestii powiedzieć. Trudno było odmówić jej urody. Ciemnorude włosy, które skrzyły się milionami punkcików, kiedy z wystudiowaną nonszalancją potrząsnęła głową na tle światła, przykuwały do niej wzrok każdego towarzystwa. Miała również barwną osobowość i zgrabną, pełną wdzięku figurę, toteż nie brakowało jej admiratorów.

— Jest wdową, prawda? — zapytał Wynton.

— Tak twierdzi — odparła dziewczyna. — Nie wiemy, czy jest wdową, nie wiemy nawet, czy naprawdę ma na imię Lucia.

— Chcesz powiedzieć, że jedno i drugie sobie przypisała dla lepszego efektu? Zgaduję, że za nią nie przepadasz?

— Owszem — potwierdziła bez ogródek Denys.

— Pan oczywiście nie zna jeszcze pani Tristam — wtrącił się ­Blaise, który najwyraźniej wyczuł niebezpieczeństwo i postanowił, że nie pozwoli Denys rozwinąć tej kwestii. — Nie bywa pan u nas często, odkąd ona zamieszkała w okolicy. Do tej pory wasze wizyty nigdy się ze sobą nie zbiegły. Od września pani Tristam kwateruje u Napiersów.

— Miała zostać tylko miesiąc — rzuciła Denys.

— Nie sądzę, aby podała jakiś określony termin — sprostował taktownie ­Blaise — aczkolwiek wydaje się, że przedłużyła swój pobyt.

Wynton czuł, że nie wszystko zostało jeszcze powiedziane. Wypuścił próbny balon:

— Może tutejsze powietrze jej służy.

­Blaise spojrzał na niego ukradkowo. Jego brązowe oczy rozbłysły ubawieniem.

— Nie sądzę, żeby to była wyłącznie kwestia zdrowego powietrza.

— Ja ci powiem — zaoferowała się Denys. — Nick jest na to zbyt uprzejmy. Ta cała Tristam poluje na mężczyzn. W tym momencie najwyraźniej nie może się zdecydować. Szanse rozkładają się mniej więcej po równo między Jeremy’ego i wujka Benedicta.

Roger Wynton uniósł brwi.

— A więc o to chodzi.

— Tak — potwierdziła — o to chodzi.

— A jak zapatrują się na to ofiary?

— To cwana kobieta — odparła Denys — i ma świetną figurę, a wiesz, jacy są mężczyźni.

Nicholas ­Blaise miał minę człowieka, który widzi przed sobą wzburzone wody i nie chce dać się wciągnąć w wir.

— Będę kontynuował obchód — poinformował. — Tak naprawdę chciałem tylko sprawdzić, czy nie ma tutaj Benedicta. Nie wiecie czasem, gdzie się podziewa?

— Przykro mi, ale nie widziałem go tego popołudnia — odparł Wynton.

­Blaise już się odwracał, kiedy Denys powiedziała:

— Chwileczkę, Nick, zanim znowu nam znikniesz. Podałeś nam już całą listę gości? Przyjeżdża ktoś, kogo nie znamy?

— Niejaki profesor Lorring. Zapewne go znacie, przynajmniej ze słyszenia. Jest naukowcem. Aha, będzie też Mordecai Tremaine.

— Tremaine? — spytał Wynton i ­Blaise skinął głową.

— Tak. To jego pierwsza wizyta.

— Stary, młody? — dociekała Denys.

— Starszawy. Chyba po sześćdziesiątce. Interesująca postać. Trochę sentymentalny. Myślę, że go polubicie.

­Blaise spoglądał to na jedno, to na drugie z nich. Nie byli pewni, czy chce im coś w ten sposób przekazać, a on postanowił wykorzystać ich wahanie i wyszedł.

— Czyli ten sam zestaw, co zawsze — stwierdził Wynton, kiedy za ciemną postacią ­Blaise’a zamknęły się drzwi. — Oprócz Lorringa i Tremaine’a. Nie sądzę, żeby jakoś zasadniczo zmienili układ sił.

— Musisz przyznać, Roger, że na przyjęciach świątecznych u wujka Benedicta jest bardzo wesoło. Bardzo się stara, żeby się udały.

— Tak — mruknął Wynton. — Tak, stara się.

Sprawiał wrażenie zaprzątniętego czym innym. Odpowiedział Denys machinalnie. Zanim zdążyła zareagować, drzwi znowu się otworzyły.

Wynton wyczuł w szarych oczach Jeremy’ego Rainera niechęć, jeszcze zanim starszy pan wszedł do pokoju. Roger zareagował instynktownie i zaiskrzyła między nimi wrogość.

— Nie wiedziałem, że pan jest u nas, Wynton.

Słowa te zabrzmiały spokojnie, lecz powlekał je szron nieprzyjaźni. Denys natychmiast wkroczyła do akcji:

— Roger przyjechał zabrać mnie na spacer, ale pogoda nie była zbyt obiecująca, więc ostatecznie postanowiliśmy zostać w domu.

— Bardzo mądra decyzja, kochanie. Wygląda na to, że czekają nas obfite opady.

— Właśnie mówiliśmy Nickowi, że wujek Benedict będzie zachwycony. Już tylko śniegu mu potrzeba do pełni bożonarodzeniowego szczęścia!

Dziewczyna nerwowo próbowała podtrzymać rozmowę, zanim dwaj mężczyźni skoczą sobie do gardeł. Rainer obrzucił ją szybkim spojrzeniem, jakby jej słowa trąciły w nim jakąś czułą strunę i go rozstroiły.

— Tak — odparł po chwili milczenia. — Tak, na pewno się ucieszy.

Podszedł do okna. Roger Wynton skorzystał z okazji i obejrzał w zimowym świetle jego srogi profil. Lód w środku, lód na zewnątrz, pomyślał. Trafił swój na swego.

Jeremy Rainer zrezygnował z większości swoich licznych stanowisk dyrektorskich i w powszechnym przekonaniu finansował swoją emeryturę ze zgromadzonej wcześniej fortuny. Wyrobił sobie renomę pozbawionego skrupułów człowieka interesu, co znajdowało odzwierciedlenie w jastrzębim zakrzywieniu nosa — najbardziej widocznym właśnie z profilu — oraz w cienkiej linii ust, które były mocno zaciśnięte na nieruchomej szczęce.

Twardy człowiek, który nie ulega sentymentom. No i nie ulegał — chyba że chodziło o Denys. Roger Wynton musiał mu to przyznać. Całe człowieczeństwo, które w sobie miał, skrystalizowało się wokół jego podopiecznej. Jego uczucia do niej nie budziły żadnych wątpliwości. Była oczkiem w tej wyrachowanej głowie.

To jest właśnie powód jego niechęci, szeptały myśli Wyntona. Nie chce się dzielić Denys z nikim innym. Denys jest dla niego jak klejnot, który on chce zamknąć w swoim sercu, i perspektywa jej utraty jest dla niego nie do zniesienia.

Jeremy Rainer, szary człowiek. Szare włosy, szare brwi, krzewiące się bujnie nad twardymi oczami, w których też drzemie szarość, szare wąsy, krótko przycięte i sztywne, i wreszcie szara, odstręczająca dusza.

A niech go diabli! Dlaczego uzurpuje sobie prawo do kontrolowania życia innego człowieka? Dlaczego uznał, że może dyktować Denys, co ma robić?

Na moment wezbrała w nim taka wściekłość, że aż sam się zdziwił. Miał ochotę poczuć w dłoniach te szerokie, nietolerancyjne barki, miał ochotę odwrócić szarą bryłę o 180 stopni i rzucić wyzwanie tej lodowatej twarzy. Miał ochotę krzyknąć, że Denys jest jego i że się z nią ożeni, a Jeremy Rainer niech idzie do diabła.

A potem Rainer odstąpił krok do tyłu i zarówno szara iluzja, jak i nagły huragan emocji się rozwiały.

— Wydawało mi się, że jakiś czas temu słyszałem samochód — powiedział Rainer od niechcenia. — Ktoś się już pojawił, Denys?

— Nie sądzę — odparła. — Pewnie słyszałeś auto Rogera. Spodziewasz się kogoś dzisiaj? Myślałam, że godzina zero jest jutro.

— Słyszałem, że profesor Lorring może przyjechać już dziś, ale większość gości zapowiedziała się na jutro. Delamere zapewne każe na siebie czekać dzień dłużej. Z reguły odkłada przyjazd do ostatniej chwili. Pewnie chce w ten sposób stworzyć wrażenie, że politycy pracują bez wytchnienia.

— A ten drugi nowy gość? — spytała Denys. — To znaczy oprócz profesora Lorringa. Jak on się nazywa, Roger? Nick nam powiedział.

— Tremaine. Mordecai Tremaine.

— Kto to jest Mordecai Tremaine? — spytał Rainer.

— Rozczarowujesz mnie — powiedziała dziewczyna. — Myślałam, że ty nam to powiesz.

— Nie znam człowieka — odparł Rainer. — Pewnie Benedict go zaprosił, żeby powiększyć grono gości.

Wynton zmarszczył czoło.

— Wiesz co, Denys — zaczął powoli — wydaje mi się, że o nim słyszałem. Próbuję sobie przypomnieć, odkąd ­Blaise wyszedł. — Bruzda na środku czoła się pogłębiła. Nagle zawołał: — Już wiem! Przypomniałem sobie, gdzie widziałem jego nazwisko. W gazetach. Jest prywatnym detektywem.

Coś ostro brzęknęło — Jeremy Rainer wyjął papierosa ze srebrnej papierośnicy, która stała na stoliku.

— Dlaczego o nim pisali? — spytał Wyntona.

— W kontekście tej afery w Sussex zeszłego lata — odparł Wynton. — Tremaine współpracował z policją. Pełno o tym było w gazetach.

— To ciekawe — oceniła Denys. — Jakimi przestępstwami się zajmuje?

— Najpoważniejszymi — wyjaśnił Wynton. — Chodziło o morderstwo.

Potem zauważył coś dziwnego. Jeremy Rainer potrzebował bardzo dużo czasu na zapalenie papierosa. Ponieważ drżały mu ręce.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Morderstwo na Święta 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer