Asymptoty

Asymptoty

Autorzy: Stanisława Przybyszewska

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 31.20 zł

Asymptoty obalają mit, wedle którego Przybyszewską interesowała wyłącznie rewolucja francuska. Tematyka powieści, nigdy dotąd niepublikowanej, jest współczesna, akcja rozgrywa się w kosmopolitycznym środowisku naukowych elit dwudziestolecia międzywojennego. Jej główny motyw to studium rozpadu małżeństwa Edy i Charlesa, bakteriolożki o międzynarodowej sławie i wypalonego zawodowo publicysty. Powieść stanowi popis erudycji Przybyszewskiej, zawiera liczne dyskusje o literaturze epoki i aktualnych wydarzeniach politycznych. W warstwie psychologicznej autorka podnosi kwestię depresji i dalekosiężnego wpływu stresu pourazowego na człowieka, relacji dorosłej córki z ojcem, problemów pojawiających się w związkach słabych emocjonalnie mężczyzn z silnymi kobietami-intelektualistkami oraz wpływu problemów dorosłych na daleką od niewinności psychikę dzieci.

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Przypisy i komentarze

Nota edytorska

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Rozdział I

Okoliczności, w jakich Luko zawarł znajomość z Edą, nie przedstawiały nic zgoła ciekawego. On był żołnierzem na czterodniowym urlopie; ona – zapracowaną studentką medycyny.

A Luko miał lat osiemnaście. Dwa miesiące spędził na wojence, i to przeważnie na froncie, nim mu darowano te cztery dni. Odjechał, jak każdy urlopnik – pijany szczęściem, gotów podróżować na dachu wagonu przez tunele, byle tylko nie stracić jednej z tych kilkudziesięciu godzin życia. Znalazł wszakże miejsce w wagonie; być może, iż w tym pozornie szczęśliwym przypadku właśnie – krył się zarodek wszystkich późniejszych jego nieszczęść tudzież ich rezultatu: śmierci pozbawionej wszelkiego sensu.

Na dachu bowiem musiałby przez całą podróż uważać, żeby nie spaść – przynajmniej nie przed pierwszym tunelem, który by go mimo uwagi – zmiótł. W wagonie natomiast mógł rozmyślać; a to dla żołnierza niebezpieczeństwo równie złowrogie, jak sam pobyt na froncie.

Dopiero teraz zatem, jadąc na wymarzony urlop, chłopczyna zdał sobie sprawę, d o k ą d go los zepchnął. Los? Gdzie tam los, ludzie!!

Mózg jego przetrwał te piekielne dwa miesiące w omdleniu – a może po prostu jeszcze spał. W każdym razie – czarne wężowisko wrażeń, jadowitych jak kobry a pożerających się wzajemnie w histerycznym natłoku – daremnie przypuściło świszczący szturm do bezbronnej duszy dziecka; mimo swej bezbronności oblężona dusza leżała bezpiecznie, zwinięta w kłębek, za grubym murem znieczulenia. Obecnie jednak, gdy mu nareszcie wolno było wychylić głowę na świat słoneczny – i zaczerpnąć prawdziwego powietrza, dusza zamrożona odtajała pod pierwszym promieniem radości, umysł ocknął się i mrugając, rozwarł powoli przerażone oczy; i mały Luko musiał skonstatować, że osobiście i na jawie, realiter et corporaliter1 – zrzucony został do piekła.

Pierwsze uczucie chłopca w reakcji na ten fakt było zdumienie; potem dopiero przyszło przerażenie, by ustąpić oburzeniu wielkiemu, które zostało definitywnie.

Teraz dopiero przeżywał to wszystko, co się w ciągu dwu miesięcy nieszkodliwie otarło o jego świadomość. Przypominał sobie niezdrową ciekawość przed pierwszym „występem” na froncie, krótką chwilę nieludzkiego strachu, gdy się ciało i dusza człowieka buntowały przeciw nadużyciu; potem – obojętność letargu albo – idiotyzmu, podczas gdy zmysły wszystkie, wzrok, słuch, węch, bezbronnie chłonęły nieprzebrane zastępy samych potworności. Z przestraszonym wstrętem uświadomił sobie zbydlęcenie własne i wszystkich towarzyszy, które pozwalało zabijać bez gniewu, bez drgnienia – czasem tylko z pewną ciemną satysfakcją zwierzęcych instynktów. Zbydlęcenie, dzięki któremu nie zdawali sobie sprawy, że są w piekle. Pamiętał obrzydliwość sielanek podczas rzadkich okresów niepewnej bezczynności – sielanek w brudzie i smrodzie podziemnych okopów. Rozczulające wspomnienia, czasem skrzek jakiegoś zardzewiałego instrumentu, koszmarne żarty na temat klęski wroga i zaspokojenia płciowego –

To wszystko na tle wszechogarniającego Leit-motivu2: bezdennej nędzy organicznego życia. Brud niemytego ciała, przeohydne odory, szmaty przepocone, przeżarte, przekrwawione – choroby śmiertelne a smrodliwe, ciała chrupiące, rzężące, dyszące w bagnie brudu i kału – wreszcie śmierć litosna w tysiącach postaci okropnych. Śmierć – tak łatwo o nią marnemu ludzkiemu ciału – a tak przecie trudno! T a k trudno, że wobec straszliwej twardości życia w stworzeniu wszelakim – śmierć stanowi właściwie rzadką, niemal cudowną łaskę. Ileż z tych cielsk, które widział rozpłatane, z wnętrznościami na wierzchu, bez twarzy, z rozstrzępionymi kośćmi – ileż z nich wstąpi naprawdę w czysty, nieodgadniony świat, gdzie już nie ma krwi ani kału? Mniej, niż połowa. Reszta natomiast będzie nadal – żyć. Żyć, tylko bez oczu, bez rąk, bez niektórych organów wewnętrznych, na pozór nieodzownych. Żyć o głodzie straszliwym – któż da ślepcowi robotę, któż pobuduje choćby przytułki dla tych zastępów nieprzeliczonych, które wojna wypluje na wpół strawione? Żyć będą, jak lilie polne – na bruku wielkomiejskim. W męczarniach równie strasznych, jak męczarnie frontu – tylko cokolwiek dłuższych. Ale to nic;

ż y c i e nie da sobie przeszkadzać. Trzyma się każdej komórki zębami i pazurami; nie wypuści zdobyczy dla takich drobnostek, jak głód i męczarnie.

O tych, którzy z całą świadomością wysłali człowieka – miliony ludzi, tak jest, miliony… – na t a k i e zatracenie, osiemnastoletnie dziecko nie śmiało myśleć. Wolało karmić zachłanny ogień rozbudzonej nienawiści – mglistymi, oderwanymi pojęciami Boga, Losu, Życia etc. Na te potęgi nadludzkie i bezkształtne skierował soczewkowe ognisko swego bolesnego gniewu. Nienawiść zżera duszę, wymaga ogromnych sił i odporności; zawsze łatwiej nienawidzić coś, czego sobie wyobrazić nie można – i co nie na pewno istnieje, niż przedmiot tak zrozumiały i rzeczywisty, jakim jest człowiek.

Smutną była ta podróż na urlop. Smutną byłaby już, gdyby Luko powracał definitywnie w ziemskie życie, raz na zawsze zwolniony z piekła. Lecz bezpośrednio po tamtych wspomnieniach, po otchłannej męce przebudzonej duszy – chłopczyna przypomniał sobie: ależ ja za cztery dni – muszę tam wrócić!!!

Sąsiedzi odsunęli się wtedy od niego, sądząc, że tyfus wybucha w tej chwili u urlopnika. Pokrył się bowiem nagłą, gipsową bladością, skurczył się w sobie, ładna jego twarzyczka wyrażała tę przepaść strachu, w jaką się czasem skazaniec zapada – lecz nie na sali jeszcze; dopiero w groźnej samotności swej celi.

Jakaś litościwa starsza kobieta zbliżyła się jednak do niego – chociaż cierpienie t e j miary nie wzbudza już litości w widzu – jedynie tylko odrazę. Ona wszakże przechodziła zapewne podobne rzeczy, mając syna na froncie – a ból dojrzały przestał wywoływać u niej rozjątrzoną niechęć na widok cudzej męki; teraz przeciwnie doznawała tym silniejszego współczucia. – Nie rozporządzając innym środkiem, w braku nawet wody, podsunęła chłopcu kubek ordynarnej gorzałki, zabranej w podroż jako antidotum przeciw niezliczonym epidemiom, rozwleczonym po Europie.

Wódka orzeźwiła Lukę. Nie było obawy, aby go miała rozrzewnić: ból był o wiele za straszny na łzy – nawet na łzy lekkiego odurzenia. Zapomniał oczywiście podziękować; spojrzał tylko na właścicielkę tej ręki pomocnej oczami, które nie pojmowały, jakim cudem człowiek może jeszcze współczuć – i stulając barki, wciskając się w kąt, zaczął drżeć i dzwonić lekko zębami.

Być może, iż brak odpowiedzi zraził nieco kobietę – przecie w najlepszych nawet chwilach człowiek nie umie się wyzwolić od małostkowości. W każdym razie nie zbliżała się do niego przez dłuższy czas; aż zaniepokojona chorobliwymi objawami gorączki, przysunęła się i zapytała:

– Pan jest chory, czyż nie tak? Dokąd Pan jedzie?

– Nie – nie jestem chory, wykrztusił Luko z trudem. Wcale chory nie jestem – tylko… i słowa uwięzły mu w zaciśniętym gardle. Dławił się i oddychał szarpanym wysiłkiem.

– No cóż takiego? – Czy się Panu co stało przykrego?

– Nie – nie – Przy-przy-przyp-pomniałem sobie t-tylko….

Kobieta zamilkła. Zrozumiała aż nazbyt dobrze. A wyjąkane wyznanie ulżyło chłopcu. Zebrał się cokolwiek; uświadomił sobie, że przede wszystkim jedzie na urlop, do domu, gdzie go oczekują z lękiem i niecierpliwością; wywołał obraz matki, rodzeństwa – i doszedł do przekonania, że powinien oszczędzić im bezcelowego współudziału w swych przejściach. Wypił jeszcze dwa kubki gorzałki; tym razem nie zapomniał podziękować, i, choć mu się od alkoholu niedobrze robiło, nabrał nieco sił – lub raczej ochłonął pod dobroczynnie przytępiającym wpływem narkotyku.

W takim to usposobieniu przyjechał Luko z wojenki. Trzymał się dzielnie od pierwszej chwili; potem udawało mu się zapominać na całe godziny – był przecie dzieckiem jeszcze.

Matka przyjęła go z czułością drżącą i łzawą. Troskliwość z jaką wpatrywała się w postać i w twarz syna – denerwowała Lukę. Uśmiechając się czule, myślał: patrz, patrz ile tylko zechcesz – choćbyś nawet odgadła moje myśli, nie umiałabyś pojąć ani najlżejszej z nich. Obejrz mnie dokładnie, zapamiętaj sobie jak wygląda każdy szczegół mej postaci; bo jeśli mnie w ogóle jeszcze raz ujrzysz, to w stanie cokolwiek – – hm – uproszczonym.

Młodszy brat nie próbował nawet ukryć uwielbienia dla umundurowanego wojaka; rósł z dumy, że ma bohatera w rodzinie, że wolno mu go nawet dotknąć, że jest z nim na Ty. Swoją drogą ledwo śmiał korzystać z tych bezcennych przywilejów. – Siostra natomiast, szesnastoletnia dziewczynka, okazywała wielkie onieśmielenie. I ona ledwo śmiała się zbliżyć do żołnierza; sama zapewne nie wiedziała, dlaczego – w każdym razie nie uwielbienie było przyczyną jej zażenowania.

Luko zdawał sobie jasno sprawę z wszystkich tych zjawisk; patrzył na swych najbliższych z bezwzględną przenikliwością cierpiącego. Podziw u brata irytował go do pasji – podobnie jak zupełnie przecież bezsilna troskliwość matki. Lecz onieśmielenie siostry, ogólne zajęcie się nim, fakt, że był niezaprzeczonym ośrodkiem rodziny – to uznawał za należny mu trybut. Mieli zupełną słuszność, jeśli go traktowali niemal z czcią, jeśli matka nawet musiała ustąpić przed jego powagą; przecie wracał z piekła, jak Dante3. Należał mu się trwożny hołd, drżący szacunek. O, należał mu się. Tym bardziej – że mu przecie nic absolutnie ponad to dać nie mogli.

Zastał wszakże w domu nie samą tylko najbliższą rodzinę. Oprócz matki i rodzeństwa powitał bez zapału kuzynkę Edę. Znał ją od dawna, ale bardzo pobieżnie; właściwie nie znał jej wcale. Na scharakteryzowanie swego o niej pojęcia wybrał jedno tylko, wyraźnie określone słowo: że jest nieznośna. Eda bowiem nie okazywała nigdy ani zdziwienia, ani nagłego zainteresowania; własne natomiast uczucia i myśli taiła pod jednolitą powłoką pogodnej obojętności – obojętności woskowej lalki.

Nie wyszła na jego przyjęcie. Wytłumaczyła to później bardzo rozsądnie tym, że w podobnych chwilach obecność osoby względnie obcej przeszkadza dotkliwie. Luko miał jednakże podejrzenie, że uniknęła starannie sytuacji, w której by nie ona była ośrodkiem ogólnego zainteresowania.

Zeszła dopiero na kolację, podała mu niedbale rękę, nie spojrzała nawet uważniej na bohatera, przybyłego dla odpoczynku po znojach wojennych – uśmiechnęła się z roztargnieniem i rzekła:

– Cieszę się, że cię jeszcze widzę całego.

Matka aż zbladła z gniewu. Tak za te słowa, jak za zlekceważenie doniosłej chwili. Nastąpiła chwila bardzo nieprzyjemnego milczenia. Luko, słysząc dziwne powitanie, mimo woli – ścisnął mocniej spokojną rękę, którą ujął był prawie niechętnie.

Podczas kolacji, drżąc z obawy przed najbliżej leżącym tematem, Luko począł rozprawiać z niezdrowym ożywieniem o nowych książkach i o teatrze; zadawał tłum pytań, na które mu jednak nikt oprócz Edy nie umiał – lub nie miał ochoty dawać odpowiedzi. Ona natomiast ożywiła się również; wnet rozmowa toczyła się wartko między nimi dwojgiem, wykluczając całkowicie trzy pozostałe osoby.

Lecz podczas wojny każdy temat wiedzie po błędnym kole do tego jedynego tematu. Więc i niewinna pogawędka o literaturze – tam ich zawiodła. Eda spostrzegła się pierwsza; i urwała nagle, gorączkowo szukając jakiejś bocznej furtki do ucieczki. Matka wszakże skorzystała z jej milczenia, by nareszcie odzyskać swe prawa. I odezwała się oczywiście:

– Ależ Luko, opowiedzże nam trochę o swoich przygodach..?

Luko szybko spuścił oczy. Matkobójczy szał wibrował mu pod czaszką. „Przygodach”!!! świszczał w nim bluźnierczy śmiech. I nim zdołał coś zabełkotać, spokojny głos Edy wysunął się przed niego, zastawiając go niby tarczą:

– Nell, a bądźże cicho! Czyż ty nie widzisz, że on gotów o wszystkim mówić, byle nie o wojnie?

Stanowczo Eda miała talent do wywoływania ciszy najprzykrzejszego gatunku. Tylko zaślepiony zapałem, trzynastoletni Ned przerwał ją po chwili:

– Jak to, czemuż by nie miał o wojnie mówić? Ja bym miał co opowiedzieć na jego miejscu! I mam nadzieję, że wojna potrwa jeszcze parę lat, tak, aby mnie do wojska przyjęli…

Tym razem Luko nie umiał się już opanować. Wszyscy oprócz Edy poskoczyli na basowy ryk, niczym jego głosu nie przypominający:

– Idioto ty, przeklęty durniu!!

I, nim obecni zdążyli się opamiętać po tym gromie, zerwał się z krzesła, warcząc i sycząc z pałającymi oczyma:

– Jeśli mi się jeszcze raz kto waży pisnąć jedno słowo o wojnie, jeśli mi nie dacie zapomnieć, że noszę te szmaty śmierdzące – równocześnie zszarpnął z siebie pas i trzasnął nim o podłogę – to z miejsca od was uciekam. Wolę spędzić resztę urlopu w domu publicznym.

Już drzwi za nim trzasnęły. W kilka sekund później słychać było, jak grzmotnął nimi po raz drugi, zamykając się w swym pokoju.

Jakoś go wojna nie uszlachetniła, stwierdziła chłodno Hela, podlotek4, ukrywająca pod cichą nieśmiałością sporą dozę złośliwości panieńskiej. A Luko – wszystko jedno, czy bohater czy też niewolnik katowany – był dla niej nieodwołalnie tylko – starszym bratem.

Matka zbladła mocno. Ona też nie potrafiła dokończyć kolacji po tym, co się stało. Lecz wybuch męskiej brutalności u syna mógł ją co najwyżej – przestraszyć na chwilę; nie mógł jej natomiast ani odrażać, ani nawet – urazić. Nie pojmując wcale powodu sceny – w każdym razie sobie przypisała winę. Opuściwszy jadalnię, zapłakała gorzko, sama nie wiedząc, o co właściwie. Przeczuwała cierpienie swego chłopca – i własną niemoc.

Z trudem zdobyła się na odwagę, by pójść do niego w nocy – gotowa sama go przepraszać. Luko ochłonął tymczasem i robił sobie wyrzuty, pozbawione jednakże wielkiej intensywności. Głupota brata i… no tak, i matki – przejmowała go dotąd dreszczem wściekłości. Na jej wejście jednak zmiękł. Ujęła go drżąca pokora jej oczu – i wyraźny teraz ból miłości, która przeczuwa, że jest bezsilną. Przeprosił ją pierwszy; pozwolił sobie na przenikającą rozkosz całowania jej rąk; no i rozwył się oczywiście na cały głos, strasznym, rozdzierającym płaczem – zgoła niepotrzebnie.

Płacz ten równocześnie uspokoił go i odebrał mu odporność wściekłości. Tej nocy zasnął naturalnie od razu, lecz zbudził się po godzinie koszmarnych katuszy; zbudził się i zaczął rozmyślać ponownie.

Za cztery dni trzeba będzie wrócić. Nie zadawał sobie już niepotrzebnych mąk: nie szukał ratunku. Wiedział, że teraz już nie ma nadziei, by się wojna za kilka tygodni skończyć miała. I wiedział, że dezercja jest wykluczona. Nie karzą jej obecnie śmiercią – zbyt wiele bydła armatniego trzeba by w ten sposób marnować bezużytecznie. Tym gorzej dla nich: wysyłano je w sam ogień, na śmierć pewną. Absolutnie pewną. A o ukryciu się nie ma mowy. Przypominał sobie i takie wypadki: zataczające się, pozornie nadgniłe zwłoki, wysuszone do kości – pod opieką kilku bagnetów. Wywleczono je z jakiego lasu, nim padły naprawdę – albo też zgłosiły się same, nie mogąc dłużej znieść głodu i egzystencji tropionych zwierząt – z tą tylko różnicą, że nie mieli ani nory przed deszczem, ani sposobu zdobycia sobie żarcia.

Nie. W całej Europie nie ma dziś azylu dla skazanych. Gdyby się dostał do Szwecji – i to chyba przepływając Bałtyk na łódeczce – toby go Szwecja wydała. Dla całego pokolenia mężczyzn istnieje tylko jedna droga: do piekła.

Wolałby właściwie nie czekać nawet rana, lecz zerwać się z wygodnego, czystego łóżka i jechać z powrotem. Cóż mu z tego urlopu, skoro nie może zapomnieć? W katuszach wyobraźni wił się cieleśnie: prężył się i rozprężał, rzucał stężałym torsem w tę i w tamtą stronę – już nawet miał wstać i wyjść, wszystko jedno dokąd – lecz uświadomił sobie, że grzechem by było opuszczać to boskie łóżko bez wszy, nim nie zajdzie konieczność nieodwołana. Rozdrażniony do szału konfliktem gwałtownych uczuć, konfliktem tortury umysłu i zmęczenia cielesnego – naraz opadł w błogim zluźnieniu, spoczął ciałem i duszą – westchnął jak mógł najgłębiej, a potem zaczął się wesoło śmiać z uciechy.

Przecież b y ł o wyjście, był ratunek!!!

Wyzwolenie nastąpiło zbyt nagle. Chłopiec przestał się śmiać – i zaczął się wykręcać, łasić się całą powierzchnią ciała o czystą miękkość pościeli, tarzał się z głową wstecz odchyloną, i jęczał, jęczał przeciągłym zawodzeniem; radość była zbyt straszna, wywoływała konwulsje.

Uspokoił się wreszcie i zasnął z powrotem. Nazajutrz był wesół i ożywiony, jakby całe te dwa miesiące, razem z dniem poprzednim, okazały się ostatecznie – krwawym snem. Pozostałe trzy dni spędził przeważnie w towarzystwie Edy. Polubił ją gorąco; za to ilekroć go zirytowała – popadał w pasję nieproporcjonalną. Eda zachowywała się zupełnie tak, jak gdyby wojna nie istniała – jak gdyby Luko przyjechał z uniwersytetu za granicą i tamże miał wrócić. Na ogół był jej wdzięczny za ten takt; czasem jednak, ni stąd ni zowąd, napadał go niepoczytalny szał. Nienawidził ją wtedy, podobnie jak człowieka ciężko chorego rozwściecza nie prostactwo, lecz właśnie delikatny takt u otoczenia. Takt przecie polega na ignorowaniu jego stanu – i daleko silniej, niż babskie biadanie, podkreśla zupełną niemoc wobec obcego cierpienia.

W wesołym ożywieniu Luki było coś niepokojącego – tym głębiej, że się nie dało uchwycić. Eda określiła to później: jakby mu skrzydła rosły. Nie mógł jeszcze latać, lecz czuł boleśnie szybki rozwój ukrytych lotek u ramion – i na przedsmak rozkoszy wzlotu biały płomień migotał w odległej głębi źrenic. W każdym razie był spokojny i pełen uprzejmości – można by nawet powiedzieć – dobroci, gdyby to słowo miało jeszcze jaką treść. Szczególnie w ciągu ostatniego dnia promieniował po prostu. Podczas kolacji, spożytej z apetytem, podsycał swobodny nastrój niestrudzonym choć subtelnym dowcipem. W stosunku do matki okazywał czułość, do której nie była przyzwyczajona. Wobec Edy był czarujący. Wbrew uczciwym usiłowaniom nie osiągnął jednak całkowitej swobody u otoczenia; przede wszystkim nikt nie mógł zapomnieć o koniecznym wyjeździe – no, i dziwaczne gwiazdy w głębi źrenic nie uszły niczyjej uwagi. Matka uśmiechała się, lecz ręce jej dygotały. Eda przypatrywała mu się uporczywie; stopniowo brwi jej poczęły się ściągać. Biedny mały Ned, raz zgromiony od durniów, patrzył w uwielbianego wojaka z podziwem i pokorą już zgoła psią. Hela, czując się źle jak każda dziewczyna w okresie przejścia, myślała zniecierpliwiona: Bogu dzięki że się teraz przynajmniej umie zachować – ale cieszyć się doprawdy nie ma czego.

Skończono kolację. I choć nikt nie powiedział nic zabawnego, Luko uśmiechał się nieustannie. Coraz goręcej nawet; zdawałoby się, że mu się mięśnie twarzy w ten uśmiech układają na stałe. Wrażenie stawało się nieprzyjemne. Wstając, Luko ziewnął – Eda zauważyła, że ziewnięcie było udane. Przygryzła wargę.

– No, to teraz pójdę spać, bo jutro muszę wstać o czwartej – odezwał się zanadto swobodnie. Nie przestając się uśmiechać, ucałował drżące ręce matki. Gdy podniósł głowę – zaczął niespodziewanie dyszeć.

– Chłopcze, ty jesteś chory! – krzyknęła matka, głosem z radości stłumionym.

– Nie, mamusiu – nic mi nie jest, zupełnie nic. Nie będę ci wyliczać kar, jakie by na mnie spadły, gdybym się spóźnił.

Przy tym uśmiechał się uparcie, połyskliwie.

– Synku, przyjdę jeszcze do ciebie – szepnęła matka, drżąc tak silnie, że musiała się oprzeć o bliskie drzwi. Luko przestał na sekundę oddychać i mrugnął gwałtownie powiekami.

– N-nie, mamusiu, nie przychodź, proszę cię. I wszystkich was proszę – niech nikt nie wstaje jutro rano by się ze mną żegnać. Nie o was mi chodzi, lecz o siebie. Bo – prawdę mówiąc – j e s t mi trochę ciężko. Gdybym się rozczulił – stracę resztę odwagi. Miejcie wzgląd na biednego obrońcę Ojczyzny, błagam was wszystkich!

Z kolei przystąpił do pożegnania. Matka trzymała się dzielnie. Zamienili jeden pocałunek, tak ostrożny, że zimny niby akolada5 dyplomatyczna. Ned – który nie zamienił z umiłowanym bratem więcej niż trzy zdania – teraz przypadł niespodzianie do jego rąk i ucałował je z gorącym nabożeństwem. Rzecz dziwna, Luko nie oburzył się – uśmiechnął się niesamowicie i mocno ścisnął drobne, skurczone łapiny. Również niespodziewanie ujął Helę za głowę i przycisnął do piersi, szepcąc z tym nieznośnym uśmiechem: „Dobranoc, Helu – dobranoc ci, kochanie moje”. Wreszcie znalazł się oko w oko z Edą; niezależnie od serdecznych słów i gestów, z jakimi się do siebie zbliżali – oczy ich staczały zimny, wrogi pojedynek. Ścisnęli sobie ręce tylko: „Bądź zdrowa” – „Bądź zdrów.”

Przy całej swej smukłości Eda była nadzwyczaj silna. Żadna prawie kobieta, nawet zawodowe tancerki, nie posiadały w owych czasach tak wytrenowanych, wypielęgnowanych mięśni. Warto ją było śledzić, jak w pięć minut później przenosiła na rękach, nie przygryzając nawet warg, bezwładne ciało Luki na łóżko. Rozpiąwszy koszulę, przekonała się bez słuchawki, że serce bije; żałowała tylko, że nie śmiała stracić nawet kilku sekund poprzednio, by wpaść do swego pokoju po przyrządy laryngologiczne. Lecz gardło też nie było jeszcze uszkodzone; omdlały oddychał wnet zupełnie swobodnie. Zastanawiała się przez chwilę, czy mogłaby zostawić go samego na niecałą minutę, by pójść po morfinę – była przecie pewną, że gdy się ocknie – popadnie w szał. Byleby mnie tylko nie zbił, medytowała z półuśmiechem –

Luko otwierał olbrzymie oczy, jeszcze pełne mroku nocy głębszej od wszelkiej ziemskiej nocy. Oczy te, rozwierając się coraz szerzej, przesunęły się bardzo powoli po ścianie przeciwległej, po haku, krześle – aż się wryły w spokojną postać kuzynki – po której zresztą nie można było poznać przyczajonej gotowości do skoku. Przeszywał ją wzrokiem przez dłuższą chwilę – twarz wykrzywiała mu się stopniowo.

Aż się zerwał. Ona przypadła do niego, lecz on pozostał na łóżku, oparty wstecz na wyprężonych ramionach – źrenice pochłonęły całą tęczówkę, żyła na czole wzdęła się w gruby powróz.

– Jakeś ty śmiała mnie ratować, ty – ty suko, idiotko, tyyy… kurwo ty cholerna…!!? – wrzeszczał, wył opętany straszliwym bólem zawodu. Lecz nawet w podobnej sytuacji, nawet wobec równie krwawej krzywdy nie obrzucałby kobiety wyzwiskami – gdyby nie był napiętnowany piekłem wojny.

– Jakeś ty śmiała, ty zatracone bezmyślne bydlę, nie dać mi nawet zdechnąć po ludzku? Ścierko przeklęta, odpowiadaj!

Nie pora była teraz wzdychać o morfinę. Eda dziękowała Bogu, że nie zapomniała zdjąć stryczka razem z wisielcem. Lecz krzesło – krzesło pod hakiem! A już słyszała gwałtowne kroki. Jednym więc susem szarpnęła krzesło i postawiła przy stole – rzucając się równocześnie ku drzwiom. Zdążyła właśnie paść piersią o pierś oszalałej z strachu kobiety. Schwyciła ręce matki z całych sił – lecz cudem tylko, przy całej swej przewadze fizycznej, zdołała ją jakoś przytrzymać.

– Nic się nie stało, Nell, naprawdę nic. Ten wysiłek przy stole go wyczerpał – a teraz ja weszłam bez pukania, podczas gdy się łzami zalewał. To go doprowadziło do spazmów. O… słyszysz jak dyszy?

Nieszczęsna kobieta opanowała się. Eda znalazła w niej upragnioną pomoc:

– Nell, proszę cię, przynieś mi – czy wiesz, gdzie jest moja apteczka? – więc przynieś mi to podłużne niklowe pudełeczko – i drugie skórzane, w którym jest rząd ampułek. I eter.

Luko, słysząc kroki i oddech matki, pohamował się. Wściekłość w nim kotłowała, lecz mimo wszystko wyobrażenie matki, oszalałej z przerażenia, sparaliżowało odruchy pasji. Dysząc ciężko, zwalił się wstecz na poduszki – i trwał bez myśli w rytmie trudnego oddechu.

Eda obawiała się cielesnego wstrętu wobec jej dotknięcia – i wynikającego stąd oporu podczas zastrzyku. Pozwoliła więc matce wejść i poprosiła, by odgięła chłopcu rękaw. Nell posłusznie wykonała polecenie – syn spojrzał na nią z pod zapadłych powiek, spojrzał z wyrazem bardzo zmęczonego psa. Nie bronił się wcale. Po iniekcji Eda zwróciła się stanowczo do drżącej kobiety:

– Nell, teraz musisz odejść. Obecność twoja nie pozwoliłaby mu – wyreagować się. A to konieczne.

Nell nie bardzo się opierała. Szloch ściskał jej gardło do bólu. Nie mogłaby się powstrzymać od łkania po tym spojrzeniu syna – nawet w jego obecności. Odeszła więc bez słowa, nie obejrzawszy się za siebie.

Gdy Eda powróciła na stanowisko, morfina przeniknęła już ciało i duszę chłopca. Złagodniał zupełnie; i rwał się do gadania. Zwrócił na nią wzrok wciąż jeszcze przepastnych oczu.

– Żal mi, żem się uniósł – ale cię nie przepraszam nawet za najobelżywsze wyzwisko. Kobieto, jakeś ty mogła wyrządzić mi tę bezsensowną krzywdę. Gdybyś w tym widziała przynajmniej jakąś korzyść dla siebie czy dla kogokolwiek – ale ta zupełna bezcelowość rzeczywiście zasługuje na wszystkie wyzwiska, jakie istnieją.

– Czy ci naprawdę zależy na mej odpowiedzi, czy też sam się tylko chcesz wygadać? – zapytała Eda, by sobie zapewnić jego uwagę.

– Bardzo cię proszę – Zlituj się, dziewczyno, zaśmiał się naraz z goryczą, i ja c i e b i e uważałem za inteligentną kobietę!!

– Widzisz, Luko – rozumiem doskonale twoje postępowanie. Kto wie, czy bym na twoim miejscu nie postąpiła tak samo – gdyż doprawdy nie można ci zazdrościć. – Ale szło mi przede wszystkim o twoją matkę. Zastanów się, jakie by były jej uczucia, gdyby weszła zaniepokojona do twego pokoju – i odkryła spotworniałego, dyndającego trupa. A nie ma wątpliwości, że to ona właśnie musiałaby cię odkryć. Wiesz równie dobrze jak i ja, że mimo twego zastrzeżenia wstałaby przed tobą i krążyłaby dokoła twych drzwi, by cię bodaj przelotnie ujrzeć, bodaj usłyszeć szmer twych ruchów. To raz. – A po wtóre, szło mi i o ciebie.

– Edo, nie waż mi się o tym mówić, bo znowu oszaleję. Szło ci o to, bym sobie przypadkiem nie zdołał oszczędzić części przepisanych katuszy. Gdybym był po prostu skazany na lekką, szybką śmierć, otoczyłabyś mnie troskliwą opieką, leczyłabyś mnie z oddaniem w chorobie, bym przypadkiem nie oszukał rusztowania. Ale ja nie jestem skazany na prostą śmierć; ja jestem skazany na rafinowane, sadyczne tortury – które mają trwać póty, póki jestem zdolnym do życia mężczyzną. Wytężyłaś zatem wszystkie siły, by mnie to nie minęło. Wiesz Edo – w chwili zgonu pomyślę o tobie. Tylko o tobie, z natężeniem. Tak, abym mógł cię potem nawiedzać jako upiór. I mam nadzieję, że uda mi się doprowadzić cię do obłędu.

– Nie trać czasu na plecenie bredni, Luko. Zrozum z łaski swojej, że ty n i e jesteś skazany. Dlatego odważyłam się przeszkodzić ci w ucieczce. Odebrano ci wszystkie ludzkie prawa; przestałeś być człowiekiem – jesteś już tylko bryłką najtańszego na świecie materiału. Najtańszego, gdyż produkcja odbywa się całkowicie za darmo. I pamiętaj, Luko, że to ludzie śmieli tak przywłaszczyć sobie twą osobę i twe istnienie. Lecz pozostawili ci mimo wszystko – szansę przetrwania; i dla tej jednej szansy musisz żyć, jeśli jesteś mężczyzną.

– Ale po co? Po co mam znosić nieopisane piekło, którego ty sobie nigdy wyobrazić nie potrafisz przy całej swej praktyce w szpitalach i prosektoriach – po co mam znosić to piekło dla jednej marnej szansy przetrwania go? Czy diabelska twardość życia przynosi człowiekowi chlubę, czy co?!

– Po co masz żyć? A chociażby na złość, przyjacielu. Wszystkie potęgi ziemskie, wszystkie wyzyskane żywioły świata sprzysięgły się na twoje maleńkie, słabiuchne życie. Przebrnij zwycięsko przez cały ten ocean okropności; i wyjdź z niego bez szwanku, mocny i zły. Skorzystaj z doświadczenia potem, obróć uratowane siły na niezmordowaną pracę: mścij bez litości siebie i miliony towarzyszy, przestrzegaj wielkim głosem następne pokolenie przed czartami ziemskimi, które wymordowały twoje.

Luko, uderzony, zamilknął na długo. Przecie ona miała istotnie rację. Przeciw tym argumentom zostało mu tylko jedno zastrzeżenie:

– Tak – ta perspektywa zemsty może doprawdy zachęcić do wytrwania. Lecz pomyśl Edo: mam jedną szansę ocalenia; mam jedną szansę szybkiej, lekkiej śmierci; lecz mam także dwie szanse – kalectwa. Czyż warto odmawiać sobie wyzwolenia na stryczku, czyż warto iść potulnie na nowe katusze – po to, by wrócić ślepcem albo bez rąk?

– Słuchaj Luko: jeśli wrócisz kaleką, to przyrzekam ci uroczyście, że ci natychmiast dostarczę środków do najlżejszej śmierci – a w razie żądania sama cię zabiję. Znasz mnie; wiesz zatem, że dotrzymam słowa mimo wszystko.

Luko był pokonany. Morfina pogrążyła go w spokojny sen. Przespał noc całą bez widziadeł straszliwych. Nie zaniepokoił się nawet przez sen, gdy matka, po półgodzinnym może błąkaniu się dokoła jego drzwi, weszła powstrzymując oddech i zbliżyła się do niego z tysiącem ostrożności. Nie; nic mu to nie przeszkadzało, że jej zaczerwienione oczy głaskały i głaskały jego wyciągniętą postać; nie przeszkadzały mu suche, rozpaczne pocałunki tych oczu bezradnych, pocałunki, które powinny by właściwie pozostawić na skórze znak od sparzenia.

Eda wróciła do swego pokoju bardzo zmęczona i bardziej smutna. Daleko jej było teraz do tej pewności siebie, z jaką ośmieliła, się rozkazać żyć zbuntowanemu niewolnikowi. W rzeczywistości wcale nie była pewną słuszności swego żądania; i rozterka sumienia nie pozwoliła jej zasnąć. Pamiętała wyraźnie tych kilka epitetów, po których mogłaby nieomylnie poznać żołnierza. Słyszała je po raz pierwszy w życiu, choć je znała z druku. I – rzecz niesłychana – nie zaszła nawet potrzeba tłumienia w sobie oburzenia; nie brała ich za złe w ogóle. Luko miał pełne prawo zadać jej ból jak najostrzejszy; wyrządziła mu przecież istotnie krzywdę nieludzką. Czy słusznie…???

Że się powiesi – lub też innym sposobem zada sobie śmierć – o tym wiedziała od chwili pożegnania. Nie zdążyła więc zastanowić się nad swym obowiązkiem; trzeba było iść za nim bezpośrednio po odkryciu jego zamiarów, trzeba było działać natychmiast, bez namysłu. Nie czekała również i pod drzwiami – ledwo dopełzła do nich, posłyszała stuk przewróconego nogą krzesła. W owej chwili nie myślała o Luce wcale; widziała przed sobą jedynie drżącą postać jego matki, opartą o ścianę, gdy z powstrzymanym oddechem zamieniała z synem ten ostrożny, bohaterski pocałunek pożegnalny.

Teraz robiła sobie gorzkie wyrzuty za ten sentymentalizm. Jak można było ulec lekkiemu skręceniu się serca – tego serca, którego porywy odznaczają się stale – najfatalniejszą głupotą? Jak można było zapomnieć o straszliwych możliwościach przyszłości pod wpływem przykrego wrażenia?! I po to tylko, by uniknąć bliskiego wstrząsu, bezlitośnie wypędzać nieszczęśliwe dziecko z powrotem do piekła?

O, jakże słusznie, jakże słusznie nazwał ją… z trudem zmusiła myśl do powtórzenia okropnych wyrazów. Ale tyle przynajmniej trzeba było już znieść dla pokuty.

Eda mało wiedziała o wojnie. Od dzieciństwa przenikliwość jej wzroku, wykluczając wszelkie rojenia iluzji, pojęła okrucieństwo życia tudzież niezgłębioną jego ohydę. Nic zatem dziwnego, że się czym prędzej odwróciła od świata ludzi, zastawiając sobie drzwi – lecz nie okna – solidną barykadą książek. Gdy wojna wybuchła, Eda zareagowała trzeźwym dreszczem wstrętu – i odwołała abonament swej gazety. Pogrążyła się jeszcze głębiej w pracy nienasyconej; przestała bowiem zażywać rozrywek, tak niewinnych dawniej, a tak monstrualnych teraz, jakimi są teatr, kabaret, lekkie książki.

Była rówieśnicą Luki; o dwa miesiące zaledwie młodsza od niego. Lecz zdała maturę fenomenalnie wcześnie, bo już w siedemnastym roku życia. Ponieważ by jej więc nie przyjęto na uniwersytet, wpadła na pomysł, by skorzystać z… wojny. Poszła na kurs dla pielęgniarek a potem pracowała do utraty tchu w olbrzymim szpitalu wojennym, protekcją uzyskując przenoszenie z wydziału na wydział, z chwilą gdy uważała, że zdobyła cały zasób doświadczenia, jaki mogła zebrać na jednym. I gdy ostatecznie dała tej pracy spokój po sześciu miesiącach, przygnębienie okropnościami nie zaliczało się do przyczyn. Po prostu praktyka pielęgniarki nie mogłaby jej przenieść więcej korzyści; osiągnęła swój cel całkowicie.

W szpitalu ani razu nie doznała mdłości na widok stanu przywiezionych resztek człowieka. W ogóle człowiek nie interesował jej wcale. Posiadała potworną nieczułość wielkiego lekarza, geniusza medycznego; widziała tylko wypadki, roznamiętniał ją przebieg walki między zniszczeniem a terapią.

Nie brzydziła się niczym. W ciągu pierwszych tygodni służby musiała spełniać najpierwotniejsze funkcje, chociaż przypuszczono ją od razu do ludzi, a nie kazano myć podłóg. Za to umyła sporą ilość przywiezionych, dychających jeszcze trupów. Czyszczenie ran nie męczyło jej w ogóle; zanadto ją interesowały ich postacie i stany. Natomiast nie interesowało ją cierpienie – chyba jako czynnik w całości. Uważnie przypatrywała się ropie – nie słysząc przy tym rzężenia uszkodzonego, żywego organizmu. Pamiętała każdy szczegół rozharatanych cielsk, biednych marnych cielsk, leżących bezbronnie w całej swej nadgniłej ohydzie pod potężnym światłem żarówki; twarzy wynędzniałych, wykrzywionych w skurczach bólu albo już śmiertelnie obojętnych – nie zdarzało się jej z reguły zauważyć, choć leżały niedaleko, trochę poza przeraźliwą wystawą jatki.

Teraz przyjechała do kuzynki, by odpocząć – no i dlatego, że Nell usilnie ją o to prosiła. Bezradna wdowa odetchnęła, gdy się nareszcie zjawił pod jej dachem człowiek, umiejący odcinać się losowi. Przywiozła z sobą niektóre przyrządy chirurgiczne – dlatego tylko, żeby się do nich przyzwyczaić; nie miała jeszcze prawa posiadać ich w ogóle. I apteczkę, która mogła się rzeczywiście przydać wobec niezliczonych chorób zakaźnych, czyhających dokoła.

Luko był jej serdecznie obojętny w chwili powitania; przestał nim być, gdy cała pasja maltretowanego wybuchła przy pierwszej kolacji wspólnej. Przestał nim być, gdyż zdołał zainteresować Edę. Dopiero on zmusił ją do zastanowienia się nad faktem wojny. Musiała sformułować sobie rozmaite przykre myśli, które od dawna tkwiły w jej przedświadomości, umyślnie zepchnięte w jak najciemniejszy kąt. Rozumiała Lukę doskonale; wyobrażała sobie ów ohydny, zwierzęcy strach żyjącego organizmu, strach, co miesi ciało, mnie je niby brudną szmatkę; czuła się zgoła nieswojo, odgadując przedsenne marzenia Luki – marzenia kończące się na pewno kurczowym uczepieniem się jedynego ludzkiego pojęcia, jedynej pociechy, jedynego ratunku przed obłędem, strachu: śmierci, wytęsknionej, straszliwej śmierci na polu bitwy, śmierci chociażby powolnej – na tej myśli tylko można było spocząć po obiegu – innych możliwości.

Eda rozumiała to; lecz rozumiała ponadto prywatną udrękę Luki, udrękę której, jak się domyślała z – przerażeniem, towarzysze jego nie dzielili. Mianowicie udrękę duszy ludzkiej, szczęśliwie niedostępną przynajmniej zwierzęciu. I, wbrew rezolutnym wysiłkom, wbrew determinacji, by żadnemu uczuciu nie zezwolić na mącenie swego umysłu – Eda poczęła zarażać się tą męką już tylko psychiczną, zarażać się niepowstrzymanie.

Nie sam tylko strach cielesny skłonił pięknego, silnego chłopca do powieszenia się w przeddzień wyjazdu na front. Być może, iż główną nawet przyczyną był bunt zhańbionego człowieczeństwa. Nie; Eda nawet nie umiała myśleć spokojnie o monstrualnym świętokradztwie, popełnionym rozmyślnie na kilku milionach młodych ludzi. Odebrać człowiekowi wszelkie prawa do własnego życia!! Przywłaszczyć go sobie bezkarnie, dzięki przemocy – i wysłać, nie jako niewolnika lecz jako przedmiot o znikomej wartości, by siłami swymi i szerokością swego ciała bronił przenajświętszych ogniotrwałych kas właściciela!!! Wysłać go na katusze, jakich księża przebiegłość przed wiekami nie potrafiła obmyślić dla straszenia ludzi perspektywą piekła. Wysłać go, z zapewnieniem, że gdyby śmiał przypomnieć sobie, iż niegdyś był człowiekiem, postąpi się z nim na miejscu jak z psem wściekłym. Gdyby – będąc mężczyzną – przypomniał sobie jakąś godność ludzką wśród poryków komendy, których sam trzask (nie można powiedzieć: dźwięk) jest obelgą. Lub gdyby sobie przypomniał, będąc bogobojnym, – skasowane Piąte Przykazanie.

Ale – rzecz straszna, równie straszna, jak sama postać wojny – zdaje się, że to zapewnienie było w w i ę k s z o ś c i wypadków… zbędne!!! Człowiek, skradziony bezczelnie, zgwałcony na ciele i duszy, nadużywany we wszystkim, czym był – człowiek oderwany od spokojnej pracy i rzucony na dno piekła – nawet nie szalał z wściekłości!!! I z przestrachem bolesnym Eda zdała sobie sprawę z tego zbydlęcenia, jakie Luko stwierdził dopiero po dwu miesiącach katuszy wojennych, znoszonych po zwierzęcemu, bez myśli, bez oporu.

Wtedy zaczęła doznawać wobec kuzyna niespodziewanego uczucia – szacunku. Musiał być jednak wyjątkowo silnym, skoro się zdołał oprzeć endemicznemu6 zbydlęceniu. Skoro musiał myśleć nadal, tam gdzie inni stoczyli się momentalnie na poziom wołów roboczych i rzeźnych świń.

Rozpamiętując przy sposobności z upodobaniem jego nieprzystojny ryk na niewinne okrucieństwo matki i brata, Eda potknęła się o nowy fakt: jak to, więc temu zbydlęceniu nie same tylko ofiary ulegają? Nie sami tylko żołnierze przestają myśleć po ludzku, przestają w ogóle posiadać inteligencję? Czyż to być może, by tu, z dala od frontu, w bezczynności i spokoju, wśród zupełnej swobody, dorosła kobieta dotychczas nie zrozumiała, czym jest wojna?? Lecz tak było w istocie. A Nell nie cierpiała nawet na nagłe zamroczenie umysłu, na paraliż władz psychicznych; nie, olbrzymia większość, prawie że ogół ludności cywilnej myśli lub raczej przestał myśleć dokładnie tak samo..!

Solidarność najściślejsza związała z sobą dwie myślące istoty ludzkie w tym domu. O zakochaniu jednak, chociażby nieświadomym, mowy być nie mogło ani u młodego mężczyzny, dorastającego z dnia na dzień w pożarnym tchnieniu nienawiści do bezimiennych potęg – dorastającego ku nagłej, dobrowolnej śmierci – ani u kobiety o męskim umyśle, w której mózg, żądający kategorycznie kamiennego milczenia uczuć, staczał zawziętą walkę z duszą, rozdrganą gniewem zbyt wielkim, zbyt ciężkim na ludzkie siły.

Bądź co bądź jednak Eda zastanawiała się trochę nad samą osobą Luki – podczas gdy dla niego była tylko parą oczu, których spojrzenie zdradzało pojmujący mózg. Jedyny mózg na świecie, zdolny odpowiedzieć na krzyk jego myśli. Było to cokolwiek więcej, niż zakochanie się. Ale na pomysł, że to przecie kobieta, z którą by można noc spędzić jak z każdą inną – rozśmiałby się co najwyżej z całą swobodą.

Jaki ten chłopak zdrowy – pomyślała Eda drugiego dnia wieczorem, po kilku partiach tennisa z niezmordowanym, sprężystym Luką. I to określenie zachowała na stałe; wydało jej się najtrafniejszym. Tak; Luko był nie tylko inteligentny, nie tylko silny; był przede wszystkim zdrowy. I dlatego żaden nakaz, żadna groźba, żadna nawet tortura nie mogła zatłuc w nim świadomej, nieprzekupnej duszy ludzkiej. Ciało i psyche tego chłopca były tak równomiernie nasycone potęgą życia, że zgnilizna nie miała do niego dostępu w żadnej postaci. Ani jako choroba; ani jako rozwydrzenie zatajonych bestialnych instynktów; ani wreszcie jako ten dziwny letarg, zaślepienie doszczętne, które oboje nazwali zbydlęceniem.

Z wolna Eda poczęła rozumieć przyczyny tego zbydlęcenia. Ostatecznie – kto wie, czyby nie należało dziękować za nie w imieniu skazanego pokolenia, zamiast je z wściekłością denuncjować. Przecie to bezsenny dar, cud natury roztropnej, broniącej swych maltretowanych stworów. Gdyż istotnie – któżby był w stanie udźwignąć ciężar pełnej świadomości o rozpętanym na ziemi piekle – nie popadając w obłęd? Tylko kilkoro najsilniejszych; lecz i ci widzieli tylko małą cząstkę. Dla reszty – a już szczególnie dla męczeńskich baranów, za pomocą których panowie ziemi zabarykadowali własne kasy i szturmują cudze – dla tej cokolwiek licznej reszty świadomość ta nie byłaby możliwą do zniesienia. I oto litościwa natura, korzystając właśnie z ich niedoskonałości, przytępiła im władze percepcyjne silnym narkotykiem oszołomienia, wykrzywiła zwierciadło duszy w taką wypukłość, że obrazy zamazywały się i znikały, nim trafiły w ośrodki nerwowe.

Jakże nieskazitelne musi być zdrowie Luki, jakże czysty i potężny żar jego życia – skoro organizm duszy zdołał odtrącić poniżającą pomoc samej natury, skoro wolał przebywać na jawie całą sadyczną wiwisekcję, niż dać się schloroformować i oszczędzić sobie dziewięciu dziesiątych7 męczarni!

I w tej to myśli leżała właściwa, utajona w nieświadomości pobudka do czynu Edy. I ona była przede wszystkim – zdrową; więc ponad wszystko nienawidziła frustracji, niszczenia wartości. To wspaniały okaz – medytował jej mózg w tajemnicy przed nią samą; to człowiek, któremu ludzkość będzie miała sporo do zawdzięczenia. Człowiek, który jeszcze nie rozpoczął nawet twórczej pracy swego życia – lecz rozpocznie ją prędzej czy później; będzie musiał się do niej zabrać. Szkoda go. Takich ludzi natura produkuje nader skąpą ilość; są bezcenni. Nie zmarnuje się zatem, póki ja temu przeszkodzić mogę.

Wygrzebała tę myśl nad ranem, oświetliła ją z wszystkich stron, i przyłożyła sobie do rozjątrzonego sumienia niby czarodziejskie ziele. Pomogło natychmiast. Wątpliwości, niepewność, rozterka zniknęły jak ręką zdjęte. Tak! Naturalnie, że miałam słuszność. Nacierpi się – trudno; nic to zgoła nie szkodzi, póki nie narusza zdrowia ani sił. A jemu nie naruszy. Zginie może; lecz jeśli nie zginie, to wróci – i rozbudzi myśl człowieczą w tysiącach bezmyślnych baranów. Tysiącom udzieli swej świadomości, swego buntu przeciw bezprawiu; dzięki ludziom takim jak on następne pokolenie podniesie Veto olbrzymie, gdy je spróbują powlec na nową rzeź –

Świtało. Podniosła się rześka, prawie wesoła. Poszła zbudzić Lukę. Na chwilę tylko – na krótką chwilę zdrętwiał i zszarzał po przebudzeniu. Nie żegnała się z nim, chcąc uniknąć wszelkiego ryzyka. Lecz powstrzymał ją u drzwi:

– Edo… Edo, słuchaj – daj mi… daj mi jakiś – talizman. Nie włosy.

– W tej chwili, odparła bez namysłu, z powagą niezachwianą.

U siebie zastanowiła się8. Kto wie, nuż nie zechce zrozumieć podobnych żartów? No, to da mu co innego. Sięgnęła do kosza na papiery i wyciągnęła stamtąd pewien przedmiot. Skróciła go nożyczkami, uważnie, by nie rozstrzępić. Jako kobieta o znacznym wykształceniu a przede wszystkim inteligencji, była mocno przesądną. Przesąd pierwszy poddał jej myśl o tak dziwacznym podarunku.

Luko przyjrzał się z zdumieniem ofiarowanemu uroczyście amuletowi. Co to takiego..??

– Dziecko drogie, nie zdradź się przed jakim Francuzem, że to posiadasz. Zabiłby cię, by zdobyć ten skarb. Oni bowiem uważają to za najsilniejszy talizman pod słońcem. Jest to „corde de pendu”9. Więcej, bo z twego własnego stryczka.

Luko pojął żart. Pojął i rozśmiał się głupiusieńko, aż się nie mógł uspokoić. Nie, doprawdy, nosić w kieszonce od kamizelki fragmencik własnego stryczka!!!

– Do widzenia zatem. Zobaczymy się jeszcze, jak nie w tym, to w następnym – roku.

I zniknęła. Luko natomiast ledwo zdążył na przeklęty swój pociąg.

Rozdział II

Wchodząc do swego pokoju, Eda odkręciła światło z uczuciem wyraźnej satysfakcji. No, nareszcie była znów w domu. U siebie. Teraz już tylko pozostała konieczność umycia rąk, przebrania się w męskie pyjamy, przyrządzenia sobie kolacji z mocną herbatą – na którą się szczerze cieszyła – i zabrania się do nauki. Egzamin doktorski rozpoczynał się za kilka dni; zamiast drżeć w nieznośnym podnieceniu i niepokoju, Eda cieszyła się na ten dzień niewinniej jeszcze, niż na kolację.

Po kolacji jednak nie przystąpiła do książek od razu. Uległszy typowej pokusie: jeszcze ostatniego papierosa, umieściła się zanadto wygodnie w krześle klubowym i zaczęła rozmyślać.

Miała obecnie lat dwadzieścia trzy i niedawno przestała sądzić, że jej nauka wystarczy za całą skalę życia. Przestała tak sądzić nie wskutek własnych przeżyć, lecz dlatego, że widziała coraz więcej przykładów kobiet, u których przekonanie to, równie głębokie, naraz okazywało się pomyłką. Nie będąc wcale skłonną do zarozumiałości, Eda pomyślała natychmiast: jeśli tak jest u nich, więc tak będzie i ze mną. Dlaczego bym miała być wyjątkiem?

Przy tym nie czuła się już zupełnie młodą. Już poznała lęk. Lęk przed frustracją skąpej porcji swego czasu; przed starością niedołężną pod znakiem płonnej skruchy za zmarnowanie szans. Nie można było odmówić jej dobrej woli. Stanowczo nie. Wszystkie jej władze rwały się do pracy, ciężkiej, pochłaniającej, lecz żywej pracy twórczej – lecz wystrzegała się tego głosu, podejrzewając go o kłamstwo. I traciła wszelką pewność w postępowaniu, gdyż kierowała się nie intuicją, lecz logicznymi wywodami.

Na mocy tych wywodów – no, i pewnego zawstydzenia, że jako dojrzała kobieta nie zna jeszcze najważniejszej kobiecej funkcji – nawiązała nie jeden, lecz trzy romanse. Nawiązała je i przeprowadziła konsekwentnie, z zaciśniętymi zębami. Oczywiście, nie z kolegami; wbrew całej swej, niemal religijnej czci dla stosunków płciowych, czci właściwej lekarzom z powołania, ścierpieć nie mogła widoku par, udających się na wspólne wykłady. Wolała przystać na prośby dalszych znajomych. Starała się kierować instynktem przy wyborze – lecz instynkt, onieśmielony, zahukany wobec wszechwładzy umysłu, skurczył się w kąciku i nie odważył się słowa pisnąć, nawet gdy go uroczyście pytano o zdanie. Wobec tego wybór wypadał za każdym razem niekoniecznie zachwycająco. Eda poznała co prawda rozkosz orgazmu, lecz ludzie, których sobie za partnerów obrała, odpowiadali jej tak mało, że nawet ta potężna rozkosz stała się czymś oderwanym, zgoła pozbawionym związku z całym stosunkiem, który był – no, bądźmy szczerzy – nie do wytrzymania.

Natura1 stawia bowiem dla kobiet o substancji tak czystej, jak Eda, wymagania niesłychanie wygórowane. Mężczyzna odpowiedni dla niej musiałby być równie czystym, silnym i zharmonizowanym – czyli musiałby posiadać tę cechę wyjątkową: doskonałe zdrowie; całkowitą normalność. Takich ludzi nie udało jej się spotkać. Każdy z jej kochanków miał swe skazy, nieczyste plamki w swej substancji. Raz ograniczenie – innym razem tchórzostwo – wreszcie raz głęboko schowane, nieświadome okrucieństwo – tym obrzydliwsze, że człowiek sam się do niego przyznać nie śmiał – nawet wobec siebie.

Dziś właśnie zerwała ten ostatni stosunek, pod okrutnym pretekstem, że musi się teraz uczyć z natężeniem, nie znajdzie więc czasu na rozrywki (!).W istocie miała po prostu dość tego wszystkiego, co należy do miłości. Dość nawet rozkoszy samej, skoro trzeba ją było okupywać wstrząsem wstrętu i wstydu po wytrzeźwieniu. Trochę jej było żal porzuconego – robiła sobie wyrzuty, że, lekceważąc kompletnie cały stosunek, nie pomyślała o tym, by go zawczasu przygotować na rozstanie. Ale to drobnostka; będzie mu trochę smutno przez parę dni, potem przejdzie do porządku i do ważniejszych rzeczy. Wreszcie litość wykluczała u niej sympatię; postawa porzuconego nagle kochanka wzbudziła w niej to obmierzłe pół-uczucie; od tej chwili resztki przyjaźni zetliły się w jej sercu.

Już nie nawiąże podobnego stosunku po raz czwarty. Wstydzić się teraz nie ma czego; zna wszelkie arkana miłości, nawet najmniej apetyczne, poznała trzy typy mężczyzny – to wystarczy, by się na kobietę wylegitymować – choćby przed własnym sumieniem. Ale…

Ale czy życie w zupełnej abstynencji nie będzie cokolwiek – niebezpieczne..?

Mniejsza o pustkę takiej egzystencji. Tę nauka wypełni bez trudu. Niebezpieczeństwo polega na czym innym. Sądząc bowiem z biologicznych spostrzeżeń, jakie sobie wyrobić zdążyła, rozkosz właśnie jest tym eliksirem życia, do którego bajki tak częste robią aluzje. W niej władze ludzkie mają źródło żywotności; ona odnawia inteligencję, ona – i tylko ona – daje twórczemu pracownikowi tę łaskę cudowną a niezbędną absolutnie, którą dawniej nazywano natchnieniem. Bez niej dusza i ciało wyczerpują się szybko, schną, kostnieją, – martwieją. Blednąc lekko, wyobraziła sobie najdokładniej, jak by to u niej wyglądało.

Przede wszystkim – straciłaby ochotę do życia, a więc do pracy. Razem z nią – siły niewyczerpane. Nie mogłaby już bez troski pomyśleć o czwartej rano: skończę najprędzej za godzinę – no, w takim razie nie warto iść spać. Zaraz po tej robocie weźmiemy się do czegoś innego. Nie. Musiałaby bardzo uważać, żeby skończyć pracę przed trzecią – gdyż po nieprzespanej nocy nie byłaby zdolną do żadnego wysiłku. Zmizerniałaby; straciłaby przejrzystą swą piękność, tę nieskażoną czystość zdrowych tkanek, tak rzadką na świecie w ogóle. Praca ukochana, pozbawiona natchnienia, stałaby się trupem – robotą, niechętnie odwalaną, z tęsknym spozieraniem na zegarek. Jak w biurze. – Nie, mniejsza o siły, mniejsza o piękność, ale nie t o!!! Na miłość boską, tylko nie robota!

A więc – trzeba będzie jednak podtrzymać ten tryb życia z rendez-vous2 po południu, z listami i biletami, z – no tak, ze scenami zazdrości. Żaden z jej trzech partnerów nie wierzył, aby tym rywalem, którego istnienie wyczuwał z każdego jej spojrzenia, słów, ruchu, – miała być nauka. Każdy zadręczał ją udręką własną. Jeden ośmielił się nawet – śledzić ją przez agentów najemnych, niby cudzołożną żonę!!

Wszystko jedno. Trzeba będzie wytrwać.

Tylko – o wielki, miłosierny (podobno) Boże – dlaczego wyznaczyłeś tak straszliwie wysoką cenę za te sekundy rozkoszy? Dlaczego miłość jest tak obrzydliwa, tak śmiesznie ogłupiająca, tak błaha sama w sobie, i tak rozpaczliwie – n u d n a?

Ileż godzin nie straciłam na tę miłość! Ileż godzin nie poszło na marne wśród idiotycznych, banalnych czułości – i obrzydliwych napaści? Małżeństwo ma tę jedną dobrą stronę, że poskramia zarozumiałość miłości. Żelazną łapą przydziela jej miejsce właściwe: w kącie, ciemnym w dodatku. Już nie śmie zabierać ludziom czasu drogiego, panoszyć się w biały dzień w całej swej ważnej głupocie i ordynarności; powszednieje, pokornieje, i zadawala się skromnie tym, do czego istotnie ma prawo: kilku minutami rozkoszy w ciemności i milczeniu, po pracy, przed snem. Ale znowu – sąsiedztwo rozkoszy z nocnikiem….

Eda aż wydała jęk.

A potem posłyszała wyraźny, surowy głos zegara na Kreuz-Kirche3. Tylko protestanckie, a specjalnie zwinglistyczne4 kościoły mają zegary o tak rozpaczliwie ograniczonych duszach. Za to można im wierzyć. A to ważniejsze od wszelakiej sędziwej mądrości u zegara.

Równo trzy razy po cztery. Jezu! Godzinę, pełnych sześćdziesiąt minut zmarnowała na puste młócenie odwiecznej sieczki! Teraz, gdy jej już niczyje pragnienia, tęsknoty, zazdrości czy podejrzenia do tego nie zmuszały! Odkręcając lampkę nad biurkiem i układając przybory w pedantycznie prostokątny porządek, Eda przyrzekła srogiemu sumieniu, że się tej nocy spać nie położy. Sumienie, udobruchane przyjętą pokutą, mruknęło coś jeszcze pod nosem, za czym umilkło. Ołówek, zacięty w geometrycznie dokładną sześcienną piramidę, mknął bezszelestnie po bloczku na notatki.

– – – – –

Zaledwie pięć dni później Eda doszła do niespodziewanego wniosku że ostatecznie miłość n i e musi być nudną. A było to tak:

Zdawszy część doktoratu postanowiła przyznać sobie nagrodę. Poszła zatem osobiście na Bahnhofstrasse, i przystając przed każdym ciekawszym sklepem, kupiła dziesięć róż, trzy tomy Tauchnitza5 (Chesterton6, Wells7 i… Edgar Wallace8) tudzież pół funta troskliwie wybranych czekoladek. Dodawszy do tego łupu parę trzewików i dwie pończoch, powróciła do domu, rozkosznym, flâneur9 spacerkiem. Umieszczenie róż w wazonach i wciągnięcie trzewików zajęło bardzo dużo czasu; należało bowiem odłożyć jak najdalej kulminacyjny punkt tego rajskiego dnia, zaostrzyć niecierpliwość niby brzytwę – nim się nareszcie zasiądzie w głębokim fotelu klubowym i rozchyli uroczyście nietknięte karty Tauchnitza. Nie zapominając przytem, rozumie się, o uzupełnieniu rozkoszy intelektualnej – czekoladkach. Tylko kogo wziąć najpierw? Oto straszne zagadnienie. Problemat groźny, gotów uniemożliwić cały raj. Kogo? Wellsa, Wallace’a czy Chestertona…?

Po długich rozważaniach rozwiązano wszakże niebezpieczną zagadkę. Trzy róże zostały wyjęte z wazonu, otarte i położone na krawędzi kuchennego stołu. Na podstawie pokrewieństwa czerwona symbolizowała Wellsa, biała Chestertona a żółta (mogłaby być równie dobrze inną – w tym ostatnim wypadku) Wallace’a. Odwróciwszy głowę, Eda ciągnęła losy. Stwierdziła, że trzyma w ręce białą. Swoją drogą – zdaje się, że nie zdążyła zapomnieć całkowicie, że biała właśnie leży po stronie prawej. No i przypadkowo od prawej przystąpiła. Sumienie natychmiast podniosło wielki krzyk. Ale tym razem – aż oniemiało z oburzenia – dostało po nosie, i kazano mu siedzieć cicho.

The Return of Don Quichotte10. – Lecz nim się zacznie czytać, trzeba rozciąć kilka kartek. W takie dni – na te właśnie chwile czyhają szczególnie złośliwe czarty. Naraz nóż zatrzymał się między kartkami; oczy Edy utkwiły w rysunku tapety. Pomyślała bowiem: za dziesięć lat czekoladki wydadzą ci się gorzkie, a słowa Chestertona nielitosnym szyderstwem, godzącym w twe przewinienia. Świat cały się zmieni, daremnie będziesz w nim szukać umarłej radości; nic cię nigdy nie pocieszy, ani na chwilę nie zdołasz zapomnieć, żeś zmarnowała swe życie. Jeśli jeszcze wtedy będziesz – sama.

Na to trzeba było tylko czterech sekund. Potem Eda wzruszyła ramionami: dobrze, dobrze, ale daj no mi na razie spokój. Wyjdę za mąż, tylko muszę zjeść przedtem czekoladki i skończyć ten tom Tauchnitza.

Lecz tych parę sekund wystarczało biesom, by skazić świetlny turkus nieba małymi, brzydkimi plamkami chmurek. Chmurek niepokojących, bo bardzo odległych i niewyraźnych. Dzień uciech nie był zepsuty, ale z lekka przyrdzewiały. Szukając z powrotem strony początkowej, Eda nie mogła stłumić niemiłej myśli: jakie to szczęście kruche, jakie mdłe! Więc nawet tak niewinne, tak rzadkie przyjemności są nadtrute lękiem?

Zaczęła czytać i wnet zapomniała o wszystkim. Nie na długo wszakże. Zaledwie dobiegła do końca pierwszego rozdziału, gdy się rozległ niespodziewany dzwonek. Eda nie znosiła dzwonka o tej porze. Zwiastował bowiem tylko nieprzyjemne wizyty albo przykre wiadomości. Znajomi lub przyjaciele wiedzieli kiedy mają przychodzić. Musiał to być ktoś obcy albo telegram.

Tymczasem przed nią leżał otwarty tom Chestertona. – Nie; niech się ta osobistość pofatyguje raz jeszcze. Nic jej to nie zaszkodzi.

Ale dzwonek nie dał za wygraną. Wrzasnął raz jeszcze, tak żałośnie tym razem, z tak wyczuwalnym drżeniem niepokoju, że Eda musiała się zlitować. Z głębokim westchnieniem odłożyła Chestertona i podeszła do drzwi…

Zdziwiona ujrzała przed sobą dorodną postać wysokiego bruneta o bardzo poczciwej twarzy, uśmiechniętej niewinnie. A ludzie, oderwani przemocą od tomu Tauchnitza, mają szczególną awersje do niewinnych uśmiechów.

– Was wünschen Sie, mein Herr?11

– Dzień dobry Edo – Pani – t…to ja. – I uśmiechnął się jeszcze niewinniej. Eda zmarszczyła brwi. Teraz była po prostu zła.

– Daruje Pan, ale stanowczo nie mogę sobie uprzytomnić…

Niewinny uśmiech przygasł, zastąpiony wyrazem niepokoju – jeśli nie przerażenia.

– Tw… Pani kuzyn. Charles Karsen. – I spuścił smutnie oczy.

Szkoda. Bo byłby ujrzał, jak spojrzenie Edy prześliznęło się z wzrastającą szybkością po szerokiej gamie uczuć – aż rozbłysło radością. Jakże to miło stanąć nagle przed człowiekiem, o którym się zapomniało doszczętnie, a który jest przecie – godnym przyjaźni! I jakże miło spotkać go w najodpowiedniejszy dzień roku, gdy się jest wyjątkowo całkowicie wolną, gdy się ma czekoladki na stoliku – a na sobie niezwykle piękne nowe trzewiki!

Chwilę później Luko, gruntownie wypogodzony, siedział na obszernej otomanie12 w pokoju, powstałym przez skrzyżowanie smoking-room13 i saloniku. Siedział i milczał z murzyńskim uśmiechem, gdyż miał zbyt wiele do powiedzenia.

– Skądżeś ty się w Zürichu wziął, chłopcze?

– Wiesz, Edo – lepiej nie zaczynajmy od tego pytania. Zanadto gigantyczne. Zawiera w sobie wszystkie inne, wszystko, co ci mam do powiedzenia – a więc wszystko, co wiem.

– Dobrze. Zaczniemy egzamin od innego przedmiotu; lecz przedtem należy ci się szklanka herbaty… A może ty herbaty nie uznajesz…?

– Zmiłuj się, kobieto!! W Szwajcarii, nie uznawać herbaty? W tym kraju mlekiem napęczniałym, pływającym na mleku? Gdzie człowiek niemowlęcieje od ciągłego widoku, zapachu, dźwięku mleka? Byłbym przybiegł do ciebie prosto od dworca chociażby tylko dla tego, że ty jedna, na pewno mlekiem mnie raczyć nie będziesz.

Lecz w rzeczywistości miał wiele innych powodów. Nie byłby ich zapewne wyjawił, lecz Eda, przeszedłszy właśnie przez tyle egzaminów, umiała układać i stawiać pytania. Luko opowiedział stopniowo całą zewnętrzną i wewnętrzną historię swej osoby w przeciągu tych pięciu lat rozłąki.

Charakter tego opowiadania był cokolwiek dziwny. Znać było, że Luko równocześnie pragnie mówić i ociąga się. Zacinał się co krok; wahał się i wykręcał, by wreszcie nagle wybuchnąć i wypowiedzieć rzecz, którą by wolał – a może i powinien – zataić.

– Twój talizman jest nadzwyczaj skuteczny, zaczął trochę niepewnie – ale zły. Zły do szpiku kości, jak zapewne przystało na corde de pendu… Mogło mi się doprawdy wydawać, że jestem czarami zabezpieczony od wszelkiego złego – lecz tylko na ciele. Bo poza tym niczego mi los nie oszczędził. Musiałem być bezpiecznym świadkiem okropności, o jakich i się wtedy, gdym się chciał wieszać, jeszcze nie śniło –

Całe dwa ostatnie lata przetrwał na froncie, aż do samego końca wojny światowej. Przetrwał je bez zadraśnięcia. I ani na godzinę nie dał się zachloroformować. Będąc całkowicie przytomnym i świadomym, musiał rzecz jasna wyhodować w sercu nienawiść, zdolną rozniecać ekstazy. Tą nienawiścią oddychał w rowach strzeleckich, wśród trupów, rannych i chorych – w zatęchłych kryjówkach i na rozległych polach, gdzie od bezmiaru zgnilizny samo powietrze stawało się gęstą gnojówką. Żywił się tą nienawiścią w dni wściekłego głodu. I z niej, tylko z niej, czerpał niespożytą swą odwagę – zdolność wytrwania. Zamiast wzrastać, pokusa śmierci słabła z miesiąca na miesiąc. Że samo ciało o nią krzyczało chwilami, to mu nawet sprawiało pewną, już zgoła piekielną, satysfakcję. Doszedł do tego stanu, w którym się podobno pogrążają niektóre wyjątkowo silne organizmy podczas najostrzejszych tortur: nerwy przestały oponować, i zamiast się kurczyć jak przedtem, prężą się, rwą się ku cierpieniu, pragną bólu jeszcze i jeszcze straszliwszego. W rzadkich chwilach ulgi grzebał w przebogatej skarbnicy swych doświadczeń, wrażeń, wspomnień. Każda potworność, raz jeden ujrzana przelotnie, odbiła mu się na siatkówce raz na zawsze, z dokładnością dobrej fotografii. Tak samo odbijały się na gładkiej powierzchni jego pamięci – wszystkie fakty z piekła. Podczas takich rewii serce mu wzbierało krwawą nadzieją: wszyscyśmy to samo widzieli. Niech no nas nareszcie rozkują z kajdan – nas kilku, którzyśmy zostali w postaci jeszcze l u d z k i e j – niech no nam pozwolą wrócić w życie. Niewielu nas już jest – lecz wystarczymy, by zmienić gruntownie oblicze rozmaitych instytucji, oblicze państw, oblicze ziemi…

I śmiał się ze szrapneli14, z bomb lotniczych, z drutu kolczastego, z gazów15. Lazł w sam ogień, a cała jego istota skupiała się w jeden punkt, w jedno maniakalne pragnienie: wytrwać. Przebrnąć przez piekło, pokonać tortury, zmęczyć nadziemskich katów, wyjść cało – nie darować ludzkim szatanom tego życia, które skradły, które chcą zmarnować. Żyć, by móc później zatopić spragnione kły w ich gardzieli.

No i dożył dnia, gdy krew prawie nagle przestała się lać ryczącymi potokami. Nie wracał do domu ani na jeden dzień; został w stolicy, by rzucić się na właściwego wroga na pierwszy znak. Był pewien, jak mnich średniowieczny pewien jest pośmiertnego istnienia – że świat katowany czekał na tę chwilę razem z nim, że skorzysta natychmiast z powrotu mężczyzn, by się zerwać olbrzymim pożarem. Przecie w ciągu tych czterech lat m u s i a ł przejrzeć i zrozumieć.

Nie próbował teraz opisywać uczuć, jakich doznał, przekonawszy się, że ludzkość n i e przejrzała. Że nie miała najmniejszej ochoty rezygnować z jałmużny spokoju, jaką jej łaskawie rzucić raczono.

Sam nie mógł niczego dokonać. Naprzód chciał przekraść się do Rosji i tam pomagać, gdzie ludzie dowiedli swego człowieczeństwa; po namyśle jednak zaniechał tego planu. Prawdopodobnie nie dostałby się tam nigdy – bez pomocy ani nawet znajomości. A gdyby nawet, to mógł na pewno liczyć, że zostanie rozstrzelany jako szpieg parę wiorst za granicą. Wreszcie Rosja bohaterska walczyła i pracowała, ginąc równocześnie z głodu; nie należało pchać się tam, gdzie by bądź co bądź musiał pochłaniać pewną rację ledwo zdobywanej żywności. Wolał zatem udać się do Berlina, który również zasłużył w owych dniach na cześć wszystkich przyszłych pokoleń. Wiadomości z zagranicy pocieszyły go cokolwiek; niektóre miasta, niektóre prowincje jednak zrozumiały. I gotowe były poświęcić ocalone przez cztery lata życie, byle zgnieść nietykalnych zbrodniarzy i zażądać dla ludzkości – ludzkich praw. Tymczasem naród Francuski, wynędzniały i zdziesiątkowany, świątecznie obchodził zwycięstwo – okrzykami witał „swych” generałów, i cierpliwie znosił – ba, brał udział – w zupełnie poważnych rozważaniach, który to n a r ó d (!!!) ponosił całą winę za wybuch wojny. I z tą sam powagą przyjął decyzję, że niemiecki.

Luko przedostał się wśród tysiącznych trudności do Berlina. Tu pracownicy Rewolucji przyjęli go prawie od razu – nie można było odtrącać nikogo, kto ofiarował swe siły. A Luko przydał się rzeczywiście. Odkryto w nim – i on sam w sobie odkrył – niezwykłą zdolność przekonywania i rozpalania masy. Pracował to jako redaktor, to jako agitator, to wreszcie spełniał przeróżne funkcje wojskowe podczas walk ulicznych. Żywotność jego zdwoiła się pod wpływem podziwu, jaki nareszcie mógł odczuwać wobec swych bliźnich. Ci robotnicy i żołnierze byli bohaterami; co daleko ważniejsze, masa z nich złożona była bohaterską. Człowiek j e s t człowiekiem, gdy walczy z własnego postanowienia, gdy walczy o własne prawa. Lecz niestety bohaterstwo nawet nie zawsze wystarcza. Jeden bohater starczy na dziesięciu manekinów umundurowanych; lecz nie starczy na stu.

Krótkie dwa tygodnie styczniowego powstania16 Luko określał jako najpiękniejsze w swym życiu. I dodał przy tej okazji pół zdania, które zdradzało wiele: „Przynajmniej w dotychczasowym moim życiu – ale…” – Raz jeden tylko znalazł się osobiście w poważniejszym niebezpieczeństwie: gdy go żołnierze Noskego17 pojmali podczas zażartej bitwy o pewną drukarnię. Stracił bezcenne cztery dni, siedząc uwięziony w garażu wraz z trzema towarzyszami i dwiema towarzyszkami. Piątego dnia mieli zostać „rozstrzelani podczas ucieczki”. Był to sposób przyjęty przez wojsko, gdy chciano pozbyć się balastu więźniów. Tych tak czy owak czekało rozstrzelanie; gdy więc nie starczyło czasu na ceremonie, otwierano szeroko drzwi z oświadczeniem: jesteście wolni. Więźniowie rzucali się ku wolności domniemanej i padali, trafieni salwą w plecy. Niestety tajemnica nie dała się długo zachować; powstańcy dowiedzieli się o praktycznym zwyczaju i przestali dobrowolnie rzucać się ku pułapce. Wtedy albo wypychano ich na dwór – na „ucieczkę” – przemocą, albo też nie otwierano drzwi, lecz nieznacznie ułatwiano drogę przez okna łub przez nadwerężoną ścianę. Na tych sześcioro wypróbowano sposób ostatni; gdy nie zareagowali i siedzieli nadal grzecznie, mimo że straż spod luk zniknęła, wówczas dopiero otworzono im drzwi. Czas naglił widocznie bardzo; powstańcy zbliżali się. Towarzystwo Luka zebrało się w kącie i oświadczyło, że chce zostać rozstrzelane tu, a nie na dworze. Wszczęła się kłótnia; nie wiadomo dlaczego, trzej żołnierze, którzy weszli, nie wprowadzili do niej najprostszego argumentu – nie strzelali. Tymczasem sytuacja stała się groźną, zapomniano na chwilę o opornych uciekinierach… a gdy żołnierze wrócili pędem, by wyrównać zapomniany szczegół, zastali tylną ścianę wywaloną i garaż zajęty.

Lecz tego samego dnia Liebknecht18 i Róża Luksemburg19 zostali zamordowani. Powstanie styczniowe padło nieodwołalnie.

Przez rok Luko przekradał się od miasta do miasta, wiedziony nieomylnym instynktem tam, gdzie lud czaił się do skoku. Po kilku miesiącach okrucieństw i porażek pojął, że Europa jeszcze do człowieczeństwa nie dorosła. Wszędzie było na jednego człowieka – sto tresowanych, ostrych psów. Należało więc pracować inaczej: nie porywać się do walki przedwczesnej, lecz budzić człowieka w psie łańcuchowym. Wrócił do kraju; przyłączył się do tajnych organizacji; i w doszczętnie otumanionym mieście wytężał siły i zdolności jako pedagog. Był bardzo ostrożny – jak teraz zaznaczał z naciskiem – lecz nawet najchytrzejszy lis wpadnie raz kiedyś w paszcze psów. Osadzono go do więzienia, tym razem „prawdziwego”, które było – no, trochę tylko gorsze od owego garażu, poczekalni śmierci. Bo tam nie starczyło czasu na znęcanie się osobiste nad więźniami. Tu natomiast należało do programu. – Zasądzono go w braku poważnych dowodów tylko na pół roku. Przesiedział i pracował dalej, lecz z sercem coraz cięższym.

Nie poznawał w narodzie własnym tej samej ludzkości, która w Berlinie, w całych Niemczech, ginęła za sprawę człowieka – bez przekleństwa nawet – z radością wiary w konieczne zwycięstwo. Tu natomiast – sprzedano by całą rewolucję za podwyżkę głodowych płac o trzy dziesiąte procenta20. Tu nie jeden na stu, lecz jeden na kilka tysięcy miał żywą, ludzką duszę. Czasem Luko powątpiewał czy w ogóle b y ł o co budzić w tych ludziach, nieznających innych bogów prócz jutrzejszego obiadu. I tylko jutrzejszego. – Praca wśród nich wydawała mu się coraz bardziej – stratą czasu. Na domiar złego – w samej organizacji zaczęły powstawać tarcia. Luko przerażony dostrzegł osobistości mocno podejrzane wśród tych, których zlecenia spełniał dotąd z karnością żołnierską. I tu ludzie odpowiedzialni, ludzie, którym powierzono sprawę, dbali o nią mniej niż o korzyść własną. Można było zatem, nie chcąc narażać organizacji na rozbicie przez denuncjację – przenieść się do innego oddziału. Lecz Luko nauczył się podejrzliwości; wnet doszedł do przekonania, że wśród rewolucjonistów jest co prawda znacznie więcej ludzi uczciwych niż w innych stronnictwach, lecz i tak stanowią tylko – mniejszość. I na tym nawet nie kończyło się jego strapienie; oto doszedł do wyników myślowych, które kwestionowały niektóre podstawowe postulaty socjalizmu. Nie mógł się nawrócić na materializm; uważał ten kierunek myśli za przestarzały, miniony. Cóż zatem począć? Rewolucjonista może występować skutecznie tylko jako członek organizacji – nie ma celu iść samopas. Więc chcąc pracować dalej, musiałby uczyć, nakazywać i sam spełniać rzeczy, których po części nie uznawał.

Taką była obecna jego sytuacja. Doszedłszy do tego punktu w swym opowiadaniu, zamilkł po prostu. Nie miał nic więcej do wyznania. Eda zamyśliła się głęboko.

– W takim razie po cóż przyjechałeś do Zürichu? Szwajcaria przestała dawno być centrum rewolucyjnej myśli…

Na twarzy Luka zaznaczył się uśmiech – przemocą zatajony, łyskliwy, zdradziecki. Wahał się z odpowiedzią. Odezwał się wreszcie niepewnie:

– Po co…? Widzisz, Edo – trzeba mi było przede wszystkim – zmiany środowiska. Poza tym – uniwersytet tutejszy jest wciąż jeszcze metropolią młodzieży z rozmaitych krajów – młodzieży przeważnie rewolucyjnej, choć w znaczeniu nie-ścisłym. Gdyż ta inna młodzież, która nie jest młodzieżą, woli odwalić w kraju nudne egzaminy, potrzebne dla uzyskania tłustej posadki –

Ale w gruncie rzeczy sam dokładnie nie wiem, dlaczego tu przyjechałem zamiast np. do Londynu. Nie byłem filozoficznie usposobiony w chwili postanowienia. Zważ Edo – byłem blisko rozpaczy, tej prawdziwej rozpaczy, wiesz, co to nie żarty – przecie sama podstawa mojej egzystencji zachwiała się. Grunt, na którym zbudowałem sobie dom, na którym miałem swoje pole, na którym oparłem całą treść swego życia. W takim położeniu człowiek nie zastanawia się nad swym postępowaniem.

Druga połowa odpowiedzi – w połączeniu z dziwnym uśmieszkiem – wystarczały jak najzupełniej. Eda zrozumiała nareszcie to, co by inna kobieta była pojęła już na progu swego mieszkania, otwierając gościowi drzwi. Pojąwszy nagle, Eda rozdwoiła się równocześnie na dwie bardzo odrębne istoty. Jedna z nich była umysłowo wytrenowanym człowiekiem dwudziestego21 stulecia, u którego rozwój mózgu przyćmił potęgę płci; druga była po prostu kobietą.

Pierwsza powiedziała: Stracił wiarę. Zmęczył się. A ma zaledwie dwadzieścia trzy lata. I natychmiast przybiegł do mnie, żebym go pocieszyła, wzmocniła, żebym go obroniła przed rozpaczą – jak mały pędrak do matki. To bardzo źle. Dowód słabości. Co więcej, gotów przyzwyczaić się do mnie, tak że już w ogóle nie zechce wrócić do walki. Zgnuśnieje i zmarnuje się pod przekleństwem miłości.

A druga powiedziała tylko: Nareszcie. Czyż jednak nie szkoda tych straconych pięciu lat?

I słysząc ten głos drugi, może wyraźniejszy od pierwszego, Eda zaczerwieniła się gwałtownie. Lecz był to rumieniec oburzenia, nie wstydu. Luko wszakże, śledząc każde jej drgnienie, widział tylko rumieniec jako efekt swych dość jasnych słów – i, rzecz oczywista, przypisał go miłemu zakłopotaniu. Serce wezbrało mu radością.

– Luki, czy ty rozumiesz że jesteś – dezerterem?

Luko uśmiechnął się tylko. Po tamtym rumieńcu wszelkie słowa były nieszkodliwe.

– Droga Edo, nie używaj z łaski swojej pojęć etyki wojskowej – chyba że chcesz, by wywoływały uczucia wręcz przeciwne swemu znaczeniu.

– Wojskowej czy cywilnej, Luko, to wszystko jedno. Nie mam wcale ochoty do żartów po tym, coś wyznał. Dałeś się zrazić trudnościom swego zadania. Opuściłeś pole pracy – pole walki zażartej a bardzo uciążliwej. Pozostawiłeś sprawę swą, towarzyszy, a przede wszystkim ludzi, za których przyjęliście odpowiedzialność, – na łasce losu. I najspokojniej wyjeżdżasz na wywczasy, szukasz rozrywek i wytchnienia – podczas gdy inni zabijają się pracą albo cierpią po więzieniach. Gdybyś miał lat sześćdziesiąt, można by ostatecznie uwzględnić ogólne wyczerpanie, przyćmienie władz moralnych – ale ty, Luko, masz lat dwadzieścia trzy.

Wstyd.

To go jednak trochę zdziwiło. Rozgniewało nawet. Ściągnął brwi.

– Więc mam schować swe podstawowe przekonania do kieszeni i nadal uczyć rzeczy, w które nie wierzę?

– Tak jest. Bo innego wyjścia – nie ma.

Luko oniemiał. Eda kontynuowała po przerwie, nieco łagodniej:

– Te abstrakcyjne niezgodności, to przecie szczegóły tylko. Szczegóły zupełnie obojętne dziś, gdy dopiero przygotowujecie glebę. Choćbyś nawet przestał w ogóle wierzyć w skuteczność społecznego przewrotu, choćbyś kwestionował cały program socjalistycznego ustroju od góry do dołu: to i to jeszcze byłoby obecnie tylko szczegółem. I to trzeba by schować do kieszeni – i dbać, by się nie zdradzić – i nie dać zgorszenia. Teraz masz za jedyne zadanie – budzić ludzką świadomość i ludzką godność w nadużywanych maszynach roboczych, które zapomniały, że w ogóle mają jakieś prawa. Sam nie dokonasz niczego: traciłbyś po prostu czas. Musisz więc, chcąc nie chcąc, przyłączyć się do socjalistycznej organizacji, która da ci środki i pokieruje twoją pracą tak, aby osiągnęła jak największe rezultaty. Bo jeden tylko socjalizm stworzył tę organizację; na nim więc musisz się oprzeć. Nie masz również powodu troszczyć się o moralność swych kolegów. Osobiście jesteście przecie zerami. Macie znaczenie jedynie jako narzędzia partii. Co cię obchodzi postępowanie twego przełożonego, póki ci daje właściwe instrukcje? Czyż nieuczciwość poszczególnych pracowników wpływa na czystość i wielkość wspólnej sprawy, żeś śmiał ją opuścić dla tak osobistych spostrzeżeń? Z chwilą gdy ludzie ci zaczną szkodzić – no, to trzeba ich będzie usunąć. Ale jakiem prawem t y się usuwasz??

Myśli Luki plątały się rozpaczliwie. Wyczuwał w przemowie przyjaciółki wiele rzeczy słusznych – i wiele okropnych, krzyczących herezji. Chciałby je napiętnować, zbijać gorliwie to, co przecie było fałszywe od podstaw – ale nie mógł przeprowadzić rozdziału. Nie umiał wychwycić chybkich fałszów z wartkiego prądu jej wymowy. Był zmęczony. Wewnętrznie zachwiany. Odurzony. Myślenie męczyło go nieznośnie. Poza tym – dobił do celu swych błędnych gonitw i tu już zostanie. Nie ruszy się stąd. Eda jest piękna i silna, i mądra. Niech mówi co chce; byle była.

– Edo, dziecko jedyne, nie bądź unfair22. Powiedziałaś mnóstwo rzeczy, na które nie mogę się zgodzić – ale też i odpowiedzieć nie mogę na razie – jestem przemęczony naprawdę, do szpiku kości. Pozwól mi zostać tu na pewien czas – aż ochłonę, aż nabiorę nowych sił i odporności. Zważ, że nie samymi tylko okropnościami człowiek żyje; to dobre dla sadystów. A ja obracam się od lat pięciu wśród samych tylko horrorów. Od pięciu lat nie widziałem pogodnej postaci życia – widziałem natomiast wszystkie jego okrucieństwa w tysiącach odmian. Doprawdy, nawet ty nie możesz wymagać, abym sobie odmówił kilku lżejszych dni.

Eda zdobyła się jeszcze na odpowiedź;

– Owszem, mój drogi. Bo to wasz los. Zobowiązaliście się wyprowadzić ludzkość z piekła; rozumie się zatem, że póki ją przygotowujecie do tego trudnego zadania, póty musicie dzielić jej mieszkanie – na samym dnie tego piekła. Nędzarze, wśród których pracowałeś, również tęsknią za lżejszymi dniami. Tylko o spełnieniu tej tęsknoty mowy dla nich nie ma. Jakim więc prawem ty ją sobie spełniasz?

– Ach, no wiesz, Edo – to już jest sentymentalny nonsens. Chyba sama przyznasz (Eda była rzeczywiście skłonną przyznać; a jednak – ): Muszę odetchnąć, uspokoić się, dojść do ładu z wątpliwościami. Na to trzeba mi urlopu; udzieliłem go sobie i koniec. Odpoczynek to nie dezercja – ani strata czasu.

– Byle to tylko był u r l o p – szepnęła Eda raz jeszcze. Potem zaniechała oporu.

Rozdział III

I to raz na zawsze. Nie podniosła już protestu, mimo że się wszystkie jej obawy sprawdziły co do joty. Popełniła nawet grzech daleko cięższy, nauczyła się okłamywać swe sumienie. Czegóż bo miłość nie nauczy człowieka!

Nie tylko Luko „przyzwyczaił się” do Edy nieodwołalnie; ona również uległa temu fatalnemu przyzwyczajeniu. Na domiar pora roku sprzyjała; Eda zdała doktorat, była zupełnie wolną, a owa druga istota, której głos wywołał niegdyś rumieniec oburzenia na jej twarzy, panowała teraz w jej duszy niepodzielnie. Istota ta nie jest ani dobrą, ani mądrą, ani moralną; odznacza się samymi tylko wadami – no, i niepojętą potęgą. Niszczy, tworzy, przetwarza jak sam Bóg. Eda była plastyczną gliną w jej rękach.

Zapomniała doszczętnie o powodach, dla których niegdyś udaremniła samobójstwo przyjaciela. Zapomniała o żalu swym i oburzeniu na wieść o dezercji Luki: zapomniała, że kilka tygodni temu uważała pracę społeczną za jedyny przedmiot godny życia zdolnego mężczyzny. Teraz unikała bacznie podobnych myśli. Sprawa, dla której Luko powinien był pracować, przestała dla niej istnieć. Eda była już tylko kobietą, drżącą na upiorną myśl o samotnych wieczorach za lat dziesięć – kobietą dla której nawet nauka była niczym w stosunku do rzeczy tak olbrzymich, jak mąż i dzieci.

Byli oboje głęboko szczęśliwi. Nikt nie wspominał o pracy; gotowi byli teraz uśmiechnąć się z tego, co poprzednio było im treścią życia. Żywotność ich strojała. Zapomnieli, co to lęk, niepewność, wahanie Gdyby im przyszło umrzeć niespodziewanie, nie drgnęliby nawet. Śmierć straciła swe żądło; ale też śmierć nie jest naprawdę straszna. O tych rzeczach natomiast, którym żadna potęga kosmiczna jadu nie odejmie, zapomnieli po prostu. Zapomnieli więc o istnieniu nędzy. Zapomnieli o tej warstwie ludzkości, wśród której Luko spędził ostatnich pięć lat.

Po ślubie dopiero umysł ich zaczął się zwolna budzić i wyzwalać. Luko dochodził stopniowo do świadomości, że miłość nie wystarczy mężczyźnie za treść życia. Trzeba by zatem uważać urlop za skończony i wrócić do pracy – czyli wrócić do mieszkania na dnie piekła, do prowadzenia egzystencji ściganego mordercy. – Wątpliwości nie trwały długo; pojął od razu, że teraz to wykluczone. Musi znaleźć sobie inne pole.

Eda zrozumiała to również. Trzeba jej było przecie spokoju, warunków zupełnie swobodnych, no i szczęścia. Była na wskroś egoistycznym, zdrowym zwierzęciem – odkąd zdobyła sobie towarzysza. I pierwsza znalazła odwagę, by się do tego przed sobą przyznać.

Przez pół roku żyła instynktem: zamyśliła się po raz pierwszy już w nowo urządzonym domu, na Berlińskim1 przedmieściu. Nie chciała bowiem osiedlać się na stałe w kraju; zależało jej na tym, by mieszkać w którejś z stolic Europy. A Luko stosował się z radością do wszelkich jej życzeń. – Po wprowadzeniu się Luko wyjechał do rodziców na parę dni – Eda natomiast została pod pozorem uzupełnienia szczegółów. W rzeczywistości chciała być sama przez jaki tydzień, by się zorientować w obecnej swej sytuacji.

A więc tak. Ona to odebrała Luce raz na zawsze pierwotny cel jego życia – cel najszlachetniejszy, daleko wyższy od każdego, który go z konieczności zastąpi. Słowem – ściągnęła go przemocą ze szczytów. Sumienie stanęło w ogniu. Starała się je uśmierzyć rozmaitymi argumentami – że Luko sam zaniechał pracy, do której widocznie nie dorósł, skoro stracił wiarę. Że człowiek o zdrowiu doskonałym i o znacznych zdolnościach – mimo to nie musi być stworzonym do pracy społecznej. Że powołanie właściwe Luki najwidoczniej sięga mniej wysoko. Żeby w takim razie nigdy nie osiągnął znaczniejszych rezultatów w kierunku obranym pierwotnie – potem opuszczonym z braku sił. Itd. – W każdym razie – teraz Luko będzie zmuszony znaleźć sobie inne cele. Prawdopodobnie zostanie literatem. Wtedy będzie również mógł pracować dla ludzkości całej – i oddać jej wielkie przysługi. Przecie w ten sposób pracują najwięksi twórcy świata – Wells, nawet Chesterton, Barbusse2 – i może oni właśnie wywierają na zdegenerowaną ludzkość wpływ najsilniejszy i najbardziej zbawienny. Więc może dobrze się stało –

Co do niej samej, to musi się natychmiast zabrać do poważnej pracy. Warunki po temu są idealne. Oczywiście, że miłość jest tylko biernym tłem dla życia – dzieci również nie mogą stać się treścią. Więc parę lat praktyki ogólnej – po to tylko, by zdobyć jak najwięcej wiedzy empirycznej. Potem zapewne – bakteriologia.

I pogrążyła się w budowaniu planów na przyszłość, planów w których – jak sobie naraz zdała sprawę – o Luce w ogóle nie było mowy.

Czy miłość rzeczywiście nie znosi światła myśli, czy też w tym wypadku charaktery obojga kochanków ponosiły winę – dość, że od chwili powrotu Luki między mężem a żoną powstały nieporozumienia. Nie ten pospolity gatunek, czepiający się gorliwie wszelakich drobnostek powszednich, by doprowadzić do rozgłośnego wybuchu ludzkiej ordynarności – nieporozumienia innego rzędu, które nie wywołały ani jednej sprzeczki, nie zmaterializowały się nigdy na codziennym fakcie – lecz nie dały się usunąć ani zapomnieć.

Luko pojmował miłość nieco odmiennie od żony. Zgorszył ją na samym wstępie nad wszelki wyraz mówiąc: „czymże praca społeczna, czymże cały socjalizm – wobec c i e b i e?” Do takiej zuchwałości moralnej Eda nie dorosła. Przeraziła się; toteż nie zdołała nawet oponować. Luko mógł sądzić, że podziela jego zdanie.

Kolej przerażenia przyszła na niego, gdy Eda zaczęła mu spokojnie tłumaczyć swe plany. Zareagował nie milczeniem, lecz gwałtownym oporem:

– Ależ, Edo, po cóż byś się miała zabijać tą przebrzydłą zarobkową pra… robotą? Przecie jestem dość zamożny, by ci dać najpełniejszą swobodę…

– Mylisz się, Lu. To właśnie nie robota, lecz praca. A swobody po to tylko mi potrzeba, by móc pracować w tym kierunku, który zdolności moje wskazują. A szczęścia też na to mi tylko potrzeba, by te zdolności nie kostniały, nie więdły.

– Kiedy… kiedy to mi – ubliża, Edo. To będzie wyglądać, jakbym nie umiał nawet zaspokoić wszystkich twoich wymagań. Widzisz – dla mężczyzny to właśnie jest warunkiem szczęścia, by umiał żonę obronić, otoczyć wygodą i zbytkiem uszczęśliwić.

Eda uśmiechnęła się – na wpół smutnie, na wpół drwiąco

– Lu drogi – stawiasz mnie w sytuację prawdziwie kłopotliwą. Bo ja nie umiem – przyjmować. Muszę sobie sama zdobywać wszystko, czego mi trzeba – przepadam za zbytkiem i bogactwem, lecz tylko, gdy je stworzę własnymi siłami – wreszcie szczęściem jest dla mnie praca twórcza – bez niej życie znudziłoby mi się nawet w idealnych warunkach. Ty byś mi się znudził – bez mojej pracy.

Luko jeszcze nie dał za wygraną. Tak był przecie spragniony, zgłodniały szczęścia – po tamtych upiornych pięciu latach, spędzonych wśród okropności. Natura jego wymagała uciechy, swobody, słonecznej beztroski. Byli przecie oboje dość zamożni, by sobie pozwolić na rok boskiego far niente3, podróży, rozrywek blasku stolic – jako tło godne pierwszego rozkwitu miłości. Z tą więc propozycją Luko przystąpił do żony parę dni później. Prosił ją, by zaniechała swego zawodu, nie na stałe, skoro się na to nie chce zgodzić – lecz na dwa lata np. Eda zastanowiła się z miną cokolwiek ponurą – nie rozważała bowiem, czy się zgodzić czy nie – lecz jakby najoględniej wyrazić – stanowczą odmowę. Nie znalazła jednak słów, które by zdołały załagodzić sens. Wolała odrzec brutalnie:

– Żal mi, Luko, ale doprawdy na to nawet przystać nie mogę. Żyjemy zbyt krótko, by nam wolno było rekwirować dla własnej przyjemności cały rok – i to z najcenniejszego okresu życia. Jestem stęskniona za pracą; zważ, że teraz dopiero będę mogła wystąpić samodzielnie, na odpowiedzialność całkowicie własną. Dotąd byłam tylko posłuszną uczennicą rozmaitych grubych ryb. Nie – nie daruję roku, nie daruję nawet jednego tygodnia.

Tego było jednak trochę dużo. Luko spąsowiał po korzenie włosów.

– W takim razie nie powinnaś była zawierać małżeństwa, Edo. To związek przeznaczony dla zwykłych ludzi – nie dla nieśmiertelnych.

Eda nie raczyła zareagować na gorycz tych słów.

– Wybacz, Lu, lecz ja właśnie podkreślałam, że nie jestem nieśmiertelną. Co zaś do zwykłych ludzi – rozumie się, że się do nich zaliczam. Że mam większe zamiłowanie do pracy niż – ogół, to jeszcze nie powód, by mi odmawiać człowieczeństwa. Człowiek nie jest jedną płaszczyzną; raczej można by go porównać do – powiedzmy – dwudziestościanu. Jedna z tych ścian jest u mnie szczególnie rozwinięta; czyż wolno stąd wnioskować, że pozostałe uległy atrofii4?

– Oczywiście że tak. Siły ludzkie są ograniczone – czas również. U ciebie nauka pochłania wszystko – siły, uczucia, samo życie. Na inne momenty nie pozostaje miejsca.

– Zobaczysz, drogi. Jestem kobietą nowoczesną; nie wiesz jeszcze, co to znaczy. To znaczy, że muszę połączyć dziesięć różnorodnych zajęć i w każdym z nich dojść do perfekcji. Być specjalistą w dziesięciu przedmiotach. Zaraz ci je wyliczę – nauka; macierzyństwo; zarobkowanie; prowadzenie domu – ach racja, i miłość, przypomniała sobie niefortunnie, nie widząc na szczęście spojrzenia męża swego w owej chwili. – Zobaczymy, jak się z tego wszystkiego wywiążę – lecz ostatecznie, czymże by życie było bez jakiegoś b a r d z o trudnego zadania?

Luko poprzedził swą odpowiedź chwilą wymownego milczenia.

– …podobało mi się następstwo; w jakie ułożyłaś program swych czynności. Nauka na pierwszym miejscu, macierzyństwo na drugim – miłość na ostatnim, i to z łaski.

– Spodziewam się! Macierzyństwo nie jest oczywiście tak ważne jak nauka, lecz to jeszcze bądź co bądź poważna rzecz. A miłość – to niby dancing wieczorem. Lub – by użyć poetyckiego porównania – niby cukier. Dodany w odpowiednim kwantum do innych substancji stanowi duszę najpyszniejszych deserów; spożywany sam, wywołuje mdłości.

Eda trzymała się wyznaczonego programu z pedantyczną ścisłością. Trudno było nie określić jej jako „żonę wzorową”. W lot przechwyciła wszystkie te drobne upodobania i antypatie, jakie każdy mężczyzna objawia względem przedmiotów w życiu powszednim; zastosowała się do nich sama i nauczyła służbę uwzględniać każdą z tych drobnostek. W ten sposób Luko nie zastał nigdy w menu przy obiedzie lub kolacji jakiejś znienawidzonej potrawy; cudownym przypadkiem podawano mu śniadanie właśnie tak, jakby sobie życzył, o właściwej porze, z właściwym gatunkiem herbaty – chociaż nie wyraził tych życzeń nikomu. Koszule dostawał ani zanadto, ani za mało nakrochmalone; a tajemnicza istota, zesłana z niebios dla wysprzątania jego apartamentów, wiedziała dokładnie, których przedmiotów nie należało tknąć.

Od pierwszych miesięcy pobytu w obcym mieście zyskali dość licznych znajomych. Byli to ludzie z sfer naukowych – koledzy Edy – i literacko-publicystycznych, z obecnego środowiska Luki. Rozumie się, że nie było wśród nich ani jednego przedstawiciela kierunków reakcyjnych ani nawet konserwatywnych; z gwałtownie eksperymentującą młodzieżą, z ultra-rewolucjonistami wszech sztuk również nie utrzymywali stosunków. Towarzystwo ich było zatem rzeczywiście elitą. I przychodzili chętnie, często; Eda bowiem, jak się okazało, posiadała wybitny talent do przyjmowania i przykuwania gości5.

Osobiście miała powodzenie prawie niezwykłe. Poza wybitnym talentem medycznym, talentem czysto naukowym, posiadała – może przypadkowo – także i uzdolnienie kliniczne, uzdolnienie zupełnie niezależne od inteligencji, od wykształcenia w danym kierunku, nawet od zdolności specjalnie medycznych. Wielki lekarz może być człowiekiem skończenie głupim, może być nieukiem w swym fachu; intuicyjne wyczuwanie stanu pacjenta tudzież środków potrzebnych w każdym wypadku wystarcza zupełnie, by go wywyższyć ponad kolegów głębiej wykształconych, zdolniejszych – lecz pozbawionych tego wrodzonego daru. – U Edy bezcenny ten dar łączył się z wysoką inteligencją i z rzadką głębią wykształcenia; nic więc dziwnego, że już w pierwszym roku zyskała olbrzymią praktykę.

Przyjmowała tyle pacjentów, ile tylko mogła – lecz dbała o to, by się identyczne wypadki nie powtarzały. Szło jej przecie wyłącznie o zdobycie doświadczenia. – W połączeniu z tą pracą, zajmującą co dzień około ośmiu godzin, podjęła już pierwsze próby bakteriologiczne w świeżo urządzonym, prywatnym laboratorium, założonym na trzecim piętrze własnego domu. Tam udawała się po kolacji na pięć do sześciu godzin pracy o silniejszym natężeniu i o głębszej wartości od dziennej. Nie szła nigdy spać przed trzecią rano – często natomiast później.

Mimo to spełniała funkcje żony więcej, niż sumiennie. Umiała zachować w stosunku dozwolonym, zaopatrzonym w pieczęcie, w sakrament, w błogosławieństwo powszechne – lotny a potężny urok miłości tajnych. W ciągu całego roku Luko nie ujrzał jej w postaci lub stroju, w których nie mogłaby wzbudzić jego pragnień. Po wyczerpującej pracy całego dnia przygotowywała się na każdą godzinę z nim spędzoną, z troskliwością i zręcznością wielkiej kurtyzany. Umiała zamienić te godziny, tak powszednie i groteskowe w pospolitym małżeństwie, w święto wytęsknione, w płomienne minuty uniesienia, w radość przenikającą ciało i duszę – aż czystą, piękną nawet w swej intensywności. Nigdy natomiast nie dozwalała, by się taka ekstatyczna chwila przeciągnęła w noc całą; przychodziła do Luki niespodziewanie – i dość rzadko, by jej zawsze pożądał – zazwyczaj wśród najciemniejszej pory nocy, gdy już spał. Wtedy pukanie jej, tak dyskretne że sama ledwo je słyszała, budziło go z najgłębszego snu, jak gdyby piorun uderzył tuż przed jego łóżkiem. Po ciemku, bez słowa ani szmeru, wbiegała do pokoju – i wciąż bez słowa padała w wyciągnięte ramiona. Potem wymykała się w ten sam sposób. Zazwyczaj nie zamieniali ani zgłoski przez cały czas.

W ciągu dnia Eda zachowywała się nadal, jakby stosunek ich był zbrodnią. Nigdy jej mąż nie widział inaczej, niż całkowicie ubraną. Nie wyszukiwała zdrobnień dla jego imienia – nazywała go co najwyżej skrótem: Lu. Odnosiła się do niego zupełnie tak, jak by się odnosiła koleżanka przypadkowa. Czułości zdawała się nie znać w ogóle. Pocałunek za dnia był rzeczą niemożliwą do pomyślenia: chyba czasem – i to rzadko – w rękę, przy jakimś szczególnie ważnym pożegnaniu. – Toteż pewna przyjaciółka wspólna zauważyła do swego męża, gdy opuszczali gościnny dom Karsenów: „Weisst du, ich wundere mich bloss immer dass die Karsens nicht auf Sie zueinander sind”6.

Luko z swej strony miał również powodzenie wcale niezłe. Pisał artykuły polityczne i socjologiczne dla kilku postępowych czasopism; wydał w ciągu roku trzy książki, z których jedna przyniosła mu zysk znaczny i nawet pewną sławę. Oczywiście, sława publicysty nie będzie nigdy prawdziwą popularnością – sławą beletrystów7, gwiazd kinowych, recordmenów8 sportowych – w każdym razie wystarczała, by uwolnić Lukę od przykrego przydomku: „mąż Karsenowej”. Po tym sukcesie zarabiał tyle co ona; toteż wkrótce dostatek ich zaczął przybierać charakter bogactwa. Eda brała honoraria niesłychane – chociaż, oczywiście, czasem podejmowała się jakiegoś wypadku za darmo – lecz cały dochód z praktyki czasem ledwo wystarczał, by pokryć wydatki laboratoryjne. Podkreślała ten fakt, by podnieść satysfakcję Luki w uzupełnianiu i rozszerzaniu gospodarstwa. Z szczerą radością przyjmowała podarunki, jakie dla niej wybierał – dziwiąc się nieraz nieomylności instynktu przy wyborze, instynktu tak rzadkiego u mężczyzn. Luko wiedział dokładnie, że do nowej sukni wieczorowej nadadzą się najlepiej szmaragdy, tylko szmaragdy, i to w oprawie z jasnego złota. Szukał tych szmaragdów i tej oprawy przez dwa tygodnie – aż znalazł i zestawił kamienie, obmyślił dokładnie całość klejnotu, zamówił. Przymierzając gotowy garnitur9, Eda była zdumiona. Przy całej pomysłowości swej i guście nie umiałaby może dobrać tak trafnie.

Luko powinien by zatem być skończenie szczęśliwy. Zdawało mu się pierwotnie, że tak jest. Lecz gdy zasiadł do następnej swej książki – przestraszył się. Stracił ochotę do pracy. – Przedtem konieczność zdobycia znacznych środków i nazwiska dostarczała potężnego bodźca; teraz natomiast nie zdobywał już niczego – a sama twórczość widocznie nie wystarczała mu za treść życia i cel wysiłków.

Był głęboko wzburzony. Przymuszał się do pracy, wykończył dzieło jeszcze staranniej niż poprzednie – lecz radość zniknęła raz na zawsze. Patrzył przy pracy na zegarek.

Trzeba mi rozrywki gwałtownej, zarządził – albo wstrząsu – albo – katastrofy. Może by się tak sportem jakim zająć na pół roku?

Wstrząs spotkał go, nim zdążył sobie wybrać środek toniczny10.

Pewnego dnia w zimie, przy kolacji zastawionej wcześnie; gdyż Eda musiała jechać nocą do pacjenta w innym mieście – Luko zauważył z niepokojem ciemne obręcze dokoła jej oczu – i pewne skażenie cery, dotąd przeczystej. Nie zwrócił jej uwagi, gdyż ją te zmiany trochę szpeciły: postanowił tylko póty nacierać, póki się nie zgodzi wyjechać z nim na miesiąc zupełnego odpoczynku. Eda wstała, uśmiechnęła się i podała mu rękę na znak pożegnania; wtedy nie powstrzymał się i powiedział:

– Dziecko drogie, szesnaście godzin pracy dziennie wystarcza. Niepotrzebnie dodajesz jeszcze dwanaście.

Eda rozśmiała się krótko i odeszła. W połowie drogi do drzwi zatrzymała się, przypominając sobie jakiś szczegół o którym zapomniała wspomnieć:

– Ach racja, Lu, przypomniałeś mi. Źle wyglądam, ale to nie zmęczenie, to tylko początek ciąży. – I, aby go zupełnie uspokoić, dodała: – Nie trap się tym, to minie za dwa tygodnie.

Minie za – dwa – tygodnie!!! – Luko nie odpowiedział, nie poruszył się. Lecz absolutne jego milczenie zdradzało taki przestrach, że Eda odwróciła się u drzwi, trochę zdziwiona. Luko dostrzegł na jej twarzy uśmiech wyrażający zakłopotanie i coś podobnego do współczucia. Zerwał się, dwoma krokami przemierzył dzielącą ich przestrzeń, ujął ją za ramiona i utkwił w jej oczach przerażone źrenice.

– Przykro mi doprawdy, Luko – lecz to przecie nieuniknione –

– Nieuniknione… powtórzył mężczyzna głosem niesamowitym.

I zastygli w otwartych drzwiach do ciemnego hallu, stojąc naprzeciw siebie. Luko trzymał żonę za ramiona; nie śmiał przygarnąć jej do siebie ani otoczyć ochronnym uściskiem – lecz nie mógł jej puścić. Przestali mówić i poruszać się, by oczy dopowiedziały to, na co im słów zabrakło. Spojrzenie Luki, o natężeniu niemal hipnotycznym, powtarzało ostatnie słowo żony, zakwestionowane namiętnie. Jak to – nieuniknione?! Co nas zmusza znosić w pokorze złośliwości natury? Dlaczego mielibyśmy godzić się z rezygnacją na jej tępe okrucieństwo? Natura nie ścierpi widoku szczęśliwej miłości; wysyła całe zastępy czartów na każdą parę kochanków. Gdy nie może rozerwać ich związku od zewnątrz, wtedy używa podstępu najpodlejszego i robi z kobiety – matkę. Pozbawia ją ludzkiej duszy; i koncentruje instynkty wszystkie dokoła tego przekleństwa, tego intruza, tuczonego życiem kobiety, rozgrzewanego miłością, skradzioną mężczyźnie! Edo, jedyna moja; życie moje – Edo, Edo, nie poddaj się, nie pozwól się poniżyć! Edo, nie pozwól tej bryle mięsa wykraść mi – Ciebie!!!

Całe życie, cała istota mężczyzny stopiła się w wzrok. A wzrok skupiony w jeden potężny promień wdzierał się pod czaszkę kobiety, usiłował przedrzeć się do ukrytego mózgu, opanować ośrodki nerwowe – odbić z powrotem jej istotę, którą mu natura wykraść śmiała. Lecz przerażony zdał sobie stopniowo sprawę, że źrenice żony stawiają mu bardzo silny opór. Dawniej spojrzenie tak skoncentrowane byłoby natychmiast wywołało oddźwięk aż w jej krwi. Czuliby, że się na parę sekund stapiają w jedność; wtedy nawet spojrzenie byłoby zbędne, myśli ich musiałyby bowiem harmonizować ściśle. Byliby dwoma tonami akordu. Teraz – dźwięk jego spojrzenia zamierał w pustce martwej. Nie było odpowiedzi; brakło nawet echa. Jak gdyby się dobijał rozpaczliwie do drzwi, które się zawsze dotychczas otwierały przed nim na oścież, za samym jego zbliżeniem, nim zdążył zapukać. Bił w nie pięściami – krzyczał – wnet opadnie, wyczerpany i zbolały – a ona jest przecie za tymi drzwiami, słyszy go…

Źrenice Edy zmętniały. Zamknęły się przed nim. Nieodwołalnie.

Z ledwo dosłyszalnym westchnieniem opuścił oczy, pokonany. Uwolnił jej ramiona. Uwolnił j ą.

Eda jednak była tak równomiernie rozwinięta, że nawet macierzyństwo nie zdołało pozbawić jej człowieczeństwa. Zrozumiała do głębi udrękę męża; i nie doznała nawet odruchu gniewu. Znalazła się w sytuacji trudnej. Musiała nakłonić namiętnego, zrozpaczonego Lukę – do kompromisu, do zgodzenia się na podział. Życie zawsze nakłoni człowieka do tego, ale powoli; trudno zrobić to od razu. Eda nie mogła jednakże opuścić ukochanego bezpośrednio po tym geście wyrzeczenia i rozpaczy.

– Chodź, Lu. Rozmówmy się. Nie wystarcza skomunikować się wzrokiem.

– Na miłość boską, oszczędź mi swego rozsądku, – szepnął Luko, strząsając się pod przykrym dreszczem.

– Nie. Dziecko nie jest rzeczą dość wielką, by go chłodna, powszednia myśl objąć nie mogła. Zrozumiałam cię…

– Mam nadzieję, że n i e.

– Owszem. Nie oburzyłam się jednak; widzisz więc, żeś mnie nie stracił. Tymczasem ty, drogi mój Lu, przeceniasz ten zwykły fakt w sposób niegodny dorosłego człowieka.

– Przeceniam! Przeceniam przekleństwo, piekielny urok, który zabija ciebie, by zastąpić cię karykaturą wszystkiego, czym jesteś! Pozbawia cię piękności, mądrości, zdrowia, szlachetności, wolności – kradnie mi nie tylko twą miłość – to by jeszcze można znieść, pod warunkiem, że zostaniesz obok mnie – ale ten przeklęty podstęp natury wykrada mi c i e b i e, twą niezgłębioną piękność – twą świetlistą duszę!

– Otóż to właśnie! Popadasz w patos ostatniego gatunku – co dowodzi jego szczerości – nad faktem, godnym w najgorszym razie – lekkiego skrzywienia ust. Po co zaszczycasz martwy jeszcze zalążek – zazdrością?! Wiesz Lu – uśmiałabym się z ciebie, gdybym nie widziała że cierpisz naprawdę. Czymże jest ten twój straszny rywal, któremu przypisujesz nadludzką władzę? Ta istota, która mnie człowieka zdoła zamienić w maciorę… daj mi dokończyć!… a tobie odebrać moją miłość? Embrionem, który wygląda obecnie doprawdy jak kulka mięsa – i nie jest niczym innym.

– Nie Edo. Mój rywal, to nie ta ropucha – to natura.

– Natura. Ale głos natury jest mocno ściszony w nas nowoczesnych ludziach; demokratyczny nasz ustrój ograniczył tysiącem paragrafów konstytucyjnych władzę jej, dawniej podobno absolutną. Być może, iż kobiety sprzed stu lat zrywały z całą treścią świata, gdy zaszły w ciążę – by się skupić na wewnątrz, dokoła dziecka przeświętego. Żal mi ich. Mój stosunek obecny do mego dziecka da się streścić w jednym pojęciu: zniecierpliwienia. Osłabłam, straciłam wytrwałość fizyczną, doznaję mdłości co krok. Ale wiem, że to minie: więc nie zaszczycam tego stwora nawet nienawiścią. Po co bym go miała niszczyć, skoro dolegliwości z jego powodu wnet przejdą – a on sam będzie może kiedyś człowiekiem? Gdyby nie ta perspektywa, pozbyłabym się go czym prędzej. Nie kocham go; nie marzę o nim nawet przez sen; nie troszczę się o niego w ogóle. A jednak nie będę wyrodną matką – choć ani mi się śni oddawać życie na jego usługi. Będę tylko wydawać instrukcje co do jego wychowania; póki nie wyrośnie z niemowlęctwa – zapewniam cię, że będę unikała jego towarzystwa i widoku równie gorliwie, jak ty. Pokocham go zapewne kiedyś – za sześć, może za dziesięć lat – ale życie jego będzie tylko jednym momentem, nie przedmiotem mojego. Sam będzie musiał unieść swoje… I w każdym razie, Lu – w każdym razie ty byłeś najpierw. I ty będziesz mi zawsze bliższy i droższy. Wszyscy ludzie poza tobą jednym są i pozostaną mi obcy. I jakżeby mi to małe, o dwadzieścia pięć lat młodsze ode mnie, prawie zwierzę przez lat piętnaście – a potem wciąż jeszcze niedojrzałe, ograniczone miało być bliższe od ciebie, dorosłego człowieka? Lu, zastanów się, chłopcze – przecież twoje zmartwienie jest śmieszne! Pozwolę sobie zacytować Wellsa ku twej pociesze: jeden z jego bardzo rozumnych bohaterów mówi do ciężarnej kobiety: dzieci są w małżeństwie produktem ubocznym.

Luko słuchał uważnie, siedząc obok niej z głową spuszczoną. Słowa jej powinny by go pocieszyć rzeczywiście – tymczasem nie doznał ulgi wcale. Eda nie mogła siedzieć przy nim i pielęgnować jego strapienia: szofer czekał już od kwadransa. Przy pospiesznym pożegnaniu spojrzała mu w oczy badawczo. Luce zdawało się, że dostrzegł w tym spojrzeniu cichy wyrzut.

Próbował wziąć się do pracy po jej wyjściu. W ostatnich czasach zmienił cały układ swej pracowni – znienawidził bowiem swe biurko i zwykłe otoczenie, w którym spędzał godziny zimnej obecnie udręki. Dotąd udawało mu się zawsze zaprzęgnąć się przemocą do martwej roboty; dziś jednak nie mógł nawet dostroić umysłu do trochę ścisłego traktatu, który trzeba było poznać. Dał zatem spokój i poszedł spać z poczuciem ogólnego upokorzenia i klęski.

Wierzył Edzie. Skoro twierdzi, że dziecko nie zajmie w jej życiu głównego – ani nawet ważnego – miejsca, to zazdrość jego jest istotnie bezpodstawowa. A więc o co mu właściwie chodzi. Miał żal do siebie, do świata, a przede wszystkim do Edy – tylko tego ostatniego nie śmiał sobie uświadomić. Próbował czytać lekką powieść Wallace’a (Edgara oczywiście) lecz na to nawet koncentracji nie starczyło. Czuł się źle, źle, źle – tak źle, że się o jakąś chorobę podejrzewać począł. Był osłabiony na ciele i duszy – było mu zimno. Był wyczerpany – Otóż to właśnie: wyczerpany. Wyssany. Wyzyskany. Ogromny zasób młodych sił – fizycznych i duchowo twórczych – poszedł cały na wyprodukowanie tego kawałka mięsa, który się teraz rozgościł w przepięknym ciele Edy i j ą wyzyskuje dla swej obmierzłej egzystencji…

Pogrążył się czym prędzej z powrotem w Tauchnitzu. Takie myśli były niedopuszczalne – Bóg wie, dokąd by człowieka zawlokły, gdyby się ich nie przecinało natychmiast.

Luko zasnął wreszcie nad Wallace’em. Fakt ten warto zaznaczyć, gdyż jest to prawdopodobnie jedyny wypadek w historii literatury, by ktoś zasnął nad Wallace’em (Edgarem oczywiście. Nad Lewisem zasnąć nietrudno11). Warto również zaznaczyć ku uciesze psychoanalityków, że śpiąc ściskał mocno nożyk do przecinania kartek. Nożyk ten był ze stali, wąski i bardzo ostro zakończony, prawdziwy sztylecik. Na szczęście sam Luko nie zwrócił uwagi na tak drobny szczegół, choć jeszcze przy przebudzeniu dzierżył ten nóż w zaciśniętej dłoni.

Rozdział IV

Minęło lat kilka. Karsenowie wciąż jeszcze mieszkali w wykwintnym domku na przedmieściu Berlina – lecz urządzenie domu i tryb życia uległy pewnym reformom. Zakres tego życia rozszerzył się. Sława Edy zaczynała przesiąkać za granicę. W ciągu pierwszych lat samodzielnej pracy doszła do sformułowania pewnych hipotez – sformułowanych równocześnie – jak to zwykle bywa – przez nieznanego kolegę z Philadelphii. Fatalna kwestia oryginalności dała się jednak uniknąć; w dalszym bowiem rozwoju przedmiotu rezultaty obojga okazały się zasadniczo różne. W każdym razie przysporzyli sobie wzajemnie sławy, zwracali na siebie nawzajem uwagę świata. Eda porzuciła już praktykę – choć niezupełnie z własnego wyboru. Lecz praca laboratoryjna wymagała olbrzymiego napięcia i mnóstwo czasu; ponadto niepożądana konkurencja zmuszała tak ją, jak i owego dalekiego kolegę, do zdwojenia wysiłków, do wyścigowego tempa pracy – by osiągnąć pierwszeństwo w każdym nowym stadium – i pierwszeństwo pozytywnego rezultatu, o ile same podstawowe hipotezy nie były pustą pomyłką.

Mimo konieczności połączenia w swej pracy europejskiej sumienności z amerykańskim tempem, Eda nie zaniedbywała nigdy swych innych zadań – pozostałych punktów swego programu. W prowadzeniu domu była nadal dla służby generałem idealnym, generałem, który zna każdy szczególik terenu i nie zapomina o żadnej drobnostce okoliczności, rozwiązuje z góry wszystkie wątpliwości, jakie by powstać mogły w ciągu bitwy. Przyjęcia w ich domu słynęły teraz w szerokich sferach elity, lecz przybrały nieunikniony u ludzi sławnych – charakter nieco uroczysty, oficjalny.

Dzieci mieli dwoje, chłopca i dziewczynkę młodszą o dwa lata. Eda dotrzymała skrupulatnie obietnic, danych mężowi owego wieczora przed latami. Tylko polubiła swe dzieci nieco wcześniej, niż sądziła. Niemowlęta były jej obojętne – może nawet raczej antypatyczne. Nie byłaby na pewno przelała ani jednej łezki, gdyby któreś z tych dwojga umarło przed trzecim rokiem życia. Lecz z chwilą gdy umiały chodzić, mówić i myśleć już w podobny do ludzkiego sposób – widok ich przestał ją razić. Dla nich natomiast jej obecność była cudownym spełnieniem najgłębszych, tajemnych pragnień – spełnieniem tym droższym, że bardzo rzadkim. Kierowała z pedantyczną niemal sumiennością wychowaniem swej progenitury1, wybierała umiejętnie kobiety wykształcone i o charakterze dobrym, którym następnie powierzała wykonanie swych drobiazgowych poleceń. Lecz póki dzieci były niemowlętami, zdarzało się często, że ich tygodniami całymi nie widziała w ogóle. Przywoływała tylko wychowawczynię do siebie, przyjmowała raport, wydawała polecenia, naradzała się czasem – i odsyłała ją z powrotem. Dopiero, gdy się z dzieckiem można było porozumieć słowami, gdy osoba dorosła mogła mieć dla niego znaczenie, mimo iż nie była źródłem pokarmu – wtedy zaczęła je odwiedzać, lecz wtedy tylko, gdy była sama w domu, co się rzadko zdarzało. Na dziesięć minut przed drugim śniadaniem – które dziecko, rozumie się, jadło osobno. Za to zdarzało się co parę miesięcy, że Eda, zmuszona odczekać koniec jakiegoś procesu rozwojowego w swych doświadczeniach, darowała sobie pół dnia wolnego całkowicie. Wtedy część tej połowy należała do dzieci. Nie znały większego święta. Czekały na te godziny tygodniami całymi; mierzyły czas od jednego z tych świąt do drugiego. Matka dzieliła ich gry, umiała doskonale uchwycić fikcyjną sytuację, potęgowała nawet jej rzeczywistość dzięki silnej wyobraźni. A jednak – nie była dla dzieci zwykłą dorosłą osobą; mimo swobody zachowania i naturalności obejścia, stanęła w ich pojęciu zupełnie poza tłumem zwyczajnych ludzi, jakimi byli wszyscy inni; nie tylko poza – lecz przede wszystkim ponad nimi. Była istotą doskonałą, ideałem tak niedoścignionym, że nie można było nawet iść w jej ślady. Była bóstwem.

Doskonałość ta wywołała oczywiście pewne onieśmielenie u dzieci. Ponieważ uczucie to było wolne od wszelkich domieszek wstydu lub strachu, więc dodawało właściwie uroku samemu przywiązaniu – zamiast je tłumić. – W stosunku do ojca dzieci czuły się daleko swobodniejsze; lecz przenosiły towarzystwo matki. Ojciec był im znacznie bliższy; znały go na wskroś; nie różnił się w niczym od innych dorosłych osób; był zatem jednym z szarego tłumu „zwykłych ludzi”. Kochały go – może przede wszystkim siłą przyzwyczajenia i dzięki jego głębokiej dobroci; nie mogły go jednak czcić. – Ojciec był im codziennym towarzyszem już za czasów niemowlęcego bełkotu – gdy matki nie znały prawie wcale. Toteż wszyscy, nie wyłączając samej Edy, sądzili, że ojciec pozostanie dla nich najdroższą i najwyższą istotą na świecie. Byłaby nawet bardzo zadowolona z takiego stanu rzeczy; przyznawała Luce wszelkie prawa do tego naczelnego miejsca w sympatiach swych dzieci. Toteż nie było jej winy w tym, co nastąpiło niespodziewanie. Już za pierwszym bowiem przemówieniem wprost do nich, za pierwszą rozmową – podbiła szturmem ich serca. Od tamtego pierwszego wieczora dzieci marzyły o niej dniem i nocą i zanudzały ojca bezustannym dopytywaniem, kiedy mama znowu do nich przyjdzie. Mama stała się głównym – może jedynym – tematem ich rozmów, tak między sobą, jak z ojcem i wychowawcami. Ojciec sam zszedł na plan dalszy, i to bezpośrednio po pierwszym posiedzeniu z mamą. Przestałem być nowością – pomyślał Luko nie bez goryczy. W ostatnich czasach przyłapywał się na podobnych myślach coraz częściej.

Jego osobisty los przedstawiał się zgoła odmiennie od losu żony. Zsunął się z nieubłaganą konsekwencją z powrotem na stanowisko „męża Karsenowej”, i to tym razem, jak sądził, definitywnie. Życie straciło wszelki smak. Zrezygnował z przymuszania się do pracy; na nic się wysiłki nie zdały. Razem z radością życia opuściła go iskra twórczości. A najgorszym momentem był zdeklarowany brak wszelkiej przyczyny złego.

Był zdrów, bogaty, nie groziła mu żadna klęska majątkowa ani osobista. Ubóstwiał żonę; ona zdawała nawzajem odczuwać dla niego sympatię zakorzenioną głęboko w jej naturze. Tak seksualnie, jak w życiu codziennym odpowiadali sobie znakomicie, jak rzadko kiedy odpowiada sobie dwoje ludzi. Nieporozumienia nie istniały między nimi; Eda nie tyranizowała go, nie ograniczała jego wolności ani umyślnie, ani przez zaniechanie powszednich względów. Wreszcie poważali się wzajemnie; życia ich nie kaziła żadna wstydliwa tajemnica, żaden brudny szczegół. I w tych wyjątkowo korzystnych, wprost idealnych warunkach – dusza mu zwiędła. Powoli, stopniowo – nieubłaganie. Dlaczego?…

Próbował zająć się lekturą systematyczną – lecz samo gromadzenie informacji, choć ożywione pewną celową ideą, nie może zastąpić człowiekowi rozwiniętemu do pełni – twórczej pracy. Próbował zatem podróżować; lecz Eda nie miała czasu mu towarzyszyć – a bez niej, jak się przekonał w ciągu dwu tygodni, spędzonych na morzu, życie do reszty traciło wszelki sens. Tęsknił za nią na pokładzie, w aucie, w wspaniałych hotelach; nieopisany przepych południa i wschodu budził w nim tylko ostry żal: czemuż nie ma jej przy mnie! Z nią piękno, na które patrzył, byłoby go zapewne zachwyciło, porwało; bez niej nie doznawał nawet przelotnej rozkoszy podziwu. W rezultacie chwile, spędzone na pisaniu listów do niej, stanowiły jedyny urok podróży.

Mimo jawnego fiaska tej próby rozerwania się, Luko, wróciwszy w trzy tygodnie po wyjeździe, wybierał się w podobne podróże jeszcze dwa razy. Raz do Ameryki środkowej, raz na Jawę – o wyborze obu celów zadecydowały książki Hergesheimera2. Lecz za każdym razem tęsknota za Edą wzbierała duszniej, ciężej; i na Jawie, otoczony tajemnicą świata całkowicie obcego a tak okrutnego, że w Luce nawet wzbudzał pewne zdumienie – zrozumiał definitywnie i jasno, że przestał być odrębną jednostką. Istota jego zapuściła korzenie w tej miłości do Edy; najcenniejsze władze jego duszy skoncentrowały się i wtopiły w nią tylko. Dlatego doznał jedynie zawodu w ciągu wszystkich tych podróży – mimo wielkiej swej wrażliwości, mimo że był przygotowany na przyjęcie wrażeń olbrzymich, oszałamiających. Bez niej patrzył tak, jak patrzy martwe lustro; widział – i nie odczuwał nic. Dusza jego, pozostawiona przy Edzie, nie brała udziału w przejmowaniu tych wrażeń. Nie widziała ani Hiszpanii, ani Tampico3, ani Jawy.

Wobec tego musiał szukać swego zbawienia przy niej – właśnie przy niej, przy której… nigdy nie odważył się dokończyć tej myśli.

Miał przebłysk nadziei, że znajdzie je przy dzieciach. Wychowywanie dopiero co przebudzonych dusz, to też twórczość – choć nie przynosi uznania świata. Odnalazł nawet pewien zapał, pewne przejęcie, gdy się raz tego zadania podjął. Dzieci zdawały się ufać mu bezwzględnie; mógł sądzić, że go przyjęły za pierwszego kierownika w życie. Lecz Eda przyszła pewnego wieczora, podczas gdy im opowiadał bajki – i zajęła jego miejsce, jakby go była wyznaczyła za chwilowego zastępcę. Okrutna naiwność dzieci nie pozwoliła mu się co do tego łudzić. A wiedział, że jeden tylko człowiek na ziemi może zająć to miejsce kierownika – wychowawcy w głębszym znaczeniu. Od chwili, gdy to poznał, trudno mu było odwiedzać własne dzieci. Musiał się przezwyciężyć, by zajść do nich i bawić się z nimi. I to zajęcie stało się oschłym obowiązkiem, robotą bezduszną – jak każde, każde inne.

Nie chcąc się wstydzić własnej egzystencji na ziemi, Luko zachował sobie zajęcie, które było właściwie tylko pozorem: był krytykiem teatralnym i literackim; posyłał artykuły – nieźle płatne – kilku czasopismom pierwszorzędnym. Unikał natomiast starannie wszelkich tematów społecznych i politycznych; przypominały mu zbyt boleśnie żar dawnych uczuć, wstrząsy i namiętności duchowe, do których dziś nie był już zdolny. Przypominały mu tych kilka książek, napisanych w gorączce twórczej pracy – całą zastygłą, skrzepłą treść życia, dziś pustego jak wyschnięty orzech.

Po owym ostatnim zawodzie z dziećmi Luko chodził przez parę dni lekko oszołomiony. Czuł się jak człowiek, któremu lekarze wyjawili, że nosi w sobie zaczątki choroby nieuleczalnej. Że przejdzie długi proces powolnego zamierania – proces, którego nic pod słońcem powstrzymać ani złagodzić nie może.

Eda zauważyła już dawno, że mu oczy mętnieją, że traci żywotność dokładnie tak, jak zwierzę, wyrosłe wśród niebezpieczeństw i gwałtownych wzruszeń dzikiej wolności – gdy zostanie schwytane i skazane na dożywotnią niewolę w ciasnej klatce. Doznawała silnego bólu, ilekroć jej jakieś codzienne zdarzenie o tym przypomniało; nie miała jednak czasu trapić się naprawdę. Chcąc nie chcąc zapominała natychmiast o przykrej zagadce, gdy tylko przestąpiła próg swego laboratorium.

Pewnego dnia późną jesienią Luko wrócił na dinner4 z samotnej przechadzki, w ciągu której miał sposobność uświadomić sobie swe położenie w całej jego grozie – i doprowadzić się do stanu graniczącego z rozpaczą – więc z tym „nastrojem”, w którym samobójstwo stanowi pokusę trudną do zwalczenia (szczególnie dla ludzi, których nie zadusza żadna troska materialna).Wróciwszy do domu, zastał Edę, ku swej niewypowiedzialnej radości; myśli jego przylgnęły do niej rozpaczną modlitwą jako do jedynej nadziei ratunku. Mimo znacznego roztargnienia Eda odczuła coś błagalnego w oczach męża; lecz nie zwróciła uwagi należycie5, będąc zanadto przejęta tokiem własnej pracy. Śledziła teraz przebieg pewnego procesu rozwojowego u szczególnie sympatycznego szczepu bakterii; dobiegała do pewnych definitywnych dowodów dla swych hipotez. Toteż przejścia i nastroje męża nie mogły wyprowadzić jej z koncentracji wyczekiwania: myśli jej musnęły go zaledwie przelotnym spostrzeżeniem, by się natychmiast oddalić i zamknąć w obrębie obcego świata, do którego on nie miał dostępu.

Luko wiedział, że żona jest zajęta. Domyślał się, że ta faza doświadczeń ma znaczenie szczególnie doniosłe, że nie znosi zwłoki; lecz jemu szło o zbawienie duszy – może o życie. Eda jedna mogła go wyszarpnąć z bagna, w którym już się dusić zaczynał; a w podobnych sytuacjach, jak wiadomo, stan zagrożonego również nie znosi zwłoki. Ratunek musiał przyjść natychmiast. Luko musiał powierzyć się Edzie jeszcze dziś wieczorem; musiał złożyć w jej ręce całe swe istnienie. Wierzył niezachwianą wiarą, że wystarczy dobra wola i zainteresowanie z jej strony, by go uratować i natchnąć nową siłą żywotną. Przy deserze zatem, gdy Eda niecierpliwie popijała ostatnie kęsy ostatnimi łykami wina, odezwał się:

– Edo, kochanie – daruj mi ten wieczór.

Zdaje się, że Eda zrozumiała żarliwość prośby – że przeczuła rozpacz, ukrytą za lekko drżącym głosem. Podniosła głowę i na kilka sekund znieruchomiała. W mózgu jej dwa motywy, oba dominujące w jej życiu, spięły się i cisnęły na siebie w walce zaciekłej, lecz prawie nieruchomej. Luko nie widział tych zapasów, choć od natężenia rozterki wewnętrznej czoło Edy pokryło się matowym oparem potu. Nie widział tego, gdyż wpatrywał się w nią w obłąkańczej koncentracji na swym pragnieniu, jak głodny pies, gdy pan wyzyskuje jego głód dla rozrywki.

Wreszcie Eda westchnęła. Opuściła oczy, podnosząc głos mocno stłumiony:

– Nie próbuję cię nawet przepraszać, Luko. Nie mogę opuścić swej pracy. Nie będę cię nudzić tłumaczeniami – straciłabym miesiąc przygotowań, gdybym nie skorzystała z obecnej fazy. Dziś, właśnie dziś – nie mogę stanowczo.

Nie znalazła jednak sił, by mówiąc te słowa – śledzić ich działanie na twarzy Luki. Z opuszczonymi zatem oczami – czekała, co się stanie.

Luko nie powiedział zrazu nic. Dopiero po chwili – jak gdyby się chciał zemścić tym istotnie przykrym milczeniem – zaakceptował odmowę lekkim wzruszeniem ramion: „No, trudno”.

Lecz, gdy Eda wstała – i wyciągnęła do niego rękę ku pożegnaniu, z twarzą odrobinę wybladłą pod dwiema małymi plamami poniżej oczu, plamami które były tylko symbolem rumieńca – Luko przytrzymał jej rękę niepotrzebnie, i, wpatrując się w jej oblicze z uporem szatańskim, rzekł:

– Zdaje mi się, że nigdy jeszcze nie byłaś tak doskonale piękna…

Była to jedna z tych chwil, gdy sekundy zaciekawione przystają nagle, przerywając swój monotonny szmer – ten szmer, który jest jakby szumem spokojnie płynącego czasu i stanowi tło całego naszego życia. W takich chwilach tło to się rozrywa, odsłaniając za sobą przepaść nieskończenie czarną. Powstaje doskonała cisza.

Eda nie drgnęła, lecz wszystkie jej nerwy i mięśnie znieruchomiały. W pierwszej tercji6 tylko nogi szarpnęły się pod nią, w nieświadomym impulsie ucieczki. Była to prawie panika. Nerwy jej czuły nadejście rzeczy zupełnie niespodziewanej a niesłychanie ważnej, rewelacji, która może zadecydować o całej ich wspólnej przyszłości. Bezwiednie postanowiła wytrzymać atak losu, nim jeszcze cały proces dotarł do jej świadomości. Oczy jej, nagle znieruchomiałe, nabrały ostrego a trwającego blasku, jak martwy kryształ. A Luko mówił dalej –

– …jesteś nie tylko piękna; jesteś mądra i szczęśliwa. Pracujesz i pożywasz owoce swej pracy. Masz sławę, bogactwo, dumę z tego, czegoś dokonała, wreszcie zdrowe i piękne dzieci – bez których podobno życie kobiety staje się nieważne. – Lecz tyś spełniła i ten warunek; osiągnęłaś wszystko, ku czemu dążysz.

Powiedz mi zatem, Pani moja: po co właściwie tolerujesz w domu swoim – trutnia7, który już dawno spełnił prostą swą rolę…?

Stało się. Tych słów nic – nawet sam czas nie mógł już zatrzeć całkowicie.

I niczym nie można było ograniczyć rozmiarów katastrofy. Eda odpowiedziała jednak – pierwsze bezsilne słowa, jakie się jej nawinęły – po to tylko, by rozproszyć koncentrację ich umysłów, by zagłuszyć bezpośrednie przerażenie ludzkich oczu wobec tej nagle rozwartej otchłani.

– Po co mścisz się na mnie za winę złośliwego losu, Lu? (umyślnie użyła pieszczotliwego zdrobnienia) – Siły nasze są równe; zdolności także. Tylko – ja m a m szczęście, a ty go nie masz. Nie bierz mi za złe faktu, który nie ode mnie zależy, Lu; to ciebie niegodne.

Luko nie odpowiedział. Stał jak porażony wobec znaczenia własnych słów. Czuł się jak człowiek, który chciał wymierzyć towarzyszowi lekkiego kuksańca w błahym zniecierpliwieniu – a teraz widzi go rozciągniętego na ziemi z głową strzaskaną.

Znaczenie całego zajścia przemknęło tylko przez świadomość Edy. Była zbyt skoncentrowana na zupełnie odmiennym punkcie, zbyt zajęta rzeczami konkretnymi. W parę sekund po pierwszym przestrachu odsunęła wizję otchłani lekkim gestem ręki, niby pajęczynę. Widząc nieruchomość męża, przypisała ją zawstydzeniu za nietakt – i odeszła, odwracając się jeszcze w drzwiach z swobodnym uśmiechem:

– Nie trap się, Lu. I ja już nieraz powiedziałam podobnie niepotrzebne rzeczy.

W laboratorium zapomniała o wszystkim tak doszczętnie, że przystąpiła do pracy, gwiżdżąc z fantazją charlestona8. Luko natomiast nie zapomniał – gdyż pojął od razu straszliwe znaczenie swych słów: że wyrażały prawdę.

Przy całym swym dobrym wychowaniu nie wstał od stołu, mimo że żona odeszła. Siedział unicestwiony przez parę minut; byłby może przesiedział pół nocy, gdyby nie lokaj, który wszedł, by zebrać naczynie po kolacji i, zastawszy pana, przystanął niezdecydowany. Nie budząc się, Luko podniósł się automatycznie i przeszedł do własnej sypialni. Nie pozostawało mu absolutnie nic do zdziałania na ziemi… tego wieczora – czy też i w ogóle – nie było wyboru; musiał pójść spać.

Wykonał to bezwiednie; w mózgu miał mgłę białą, która wobec tego zaległa dla niego świat cały. Wykąpał się i położył; lecz gdy tylko odkręcił kontakt, mgła biała zamieniła się w noc upiorną, w której złowróżbne myśli przybierały postacie niemal widzialne. Skoncentrowana ciemność rozproszyła jego odurzenie; kontury pojęć stawały się coraz ostrzejsze, uczucia nabierały określonego charakteru; Luko zaczynał cierpieć poważnie.

Rozbudził się oczywiście na dobre i wnet zdał sobie sprawę, że go zapewne czeka biała noc. Usiadł w łóżku, walcząc z letnim bezwładem po ciosie; potem wyskoczył i ubrał się. Niepodobieństwo znieść ten mściwy atak najzłośliwszych demonów w pozycji leżącej i bez ruchu.

Rozumie się, że wytoczył parę kłamliwych komunałów w pozbawionej przekonania próbie wzniesienia barykady. Wywoływał je w roztargnieniu, niby odmawiając Couégo9 lub powtarzając bezmyślnie nałogową modlitwę. Powiedział sobie – równocześnie myśląc o czym innym – że słowa nic nie znaczą, tym mniej, gdy wypowiedziane w chwili rozdrażnienia – a w dodatku przez niego samego. Że to ostatecznie los każdego męża; że jeśli chodzi o wartość życia, to jego istnienie wcale nie było bezwartościowe – itd. Nonsens tych zdań był mu tak oczywisty, że sobie nawet nie zadawał trudu, by je zbijać. Nie odpowiadał sobie po prostu; wsłuchiwał się biernie w dźwięk jednego, nieskończonego słowa: trutnia… Od czasu do czasu przerywał ten zupełnie kontemplacyjny stan, by się zastanowić jak brzmi nominativus10 tego słowa: truteń – czy trucień – czy jeszcze inaczej?… Poświęcał wtedy pół przelotnej myśli gramatyce swego języka i jej złośliwości zgoła demonicznej; i powracał do jednostajnej udręki tego zasłuchania w imię własnej istoty, imię nareszcie, jak sądził, odkryte.

Raz jeszcze doznał dywersji11, ni stąd ni zowąd; pomyślał naraz: nawet dla własnych dzieci jestem właśnie trutniem, i tylko trutniem. Ta myśl szatańska wywołała w nim szarpniecie bólu, od którego ledwo że nie jęknął – i gorszą od tego bólu falę nienawiści dla tych dzieci. Wtedy uciekł na ulicę, znowu na wpół bezwiednie – jak wszystkie jego czynności tej nocy.

Było mu zimno, choć miał futro na sobie; i to zimno przypomniało mu – głucha reminiscencja12 ciała samego – sam szczyt jego egzystencji, tych parę tygodni spędzonych w Berlinie na twardej a radosnej służbie rewolucji, w którą się wierzyło – nie, to nie była już wiara, to pewność oczywista, tak że cudza wątpliwość wywołałaby tylko zdziwienie – nie oburzyłaby nawet. A jednak – zwycięstwo było wykluczone. Nie było ani jednej szansy; człowiek o zdrowych zmysłach musiałby sobie właściwie zdać z tego sprawę w sam dzień wybuchu –

Korekta: Ewa Dunaj

Projekt graficzny i typograficzny: Stanisław Salij

Skład i łamanie: Katarzyna Kaszorek

© by Polska Akademia Nauk Biblioteka Gdańska

© by Fundacja Terytoria Książki, 2017

Fundacja Terytoria Książki

ul. Władysława Pniewskiego 4/1

80-246 Gdańsk

tel. (58) 341 44 13, 345 47 07

faks (58) 520 80 63

e-mail: fundacja@terytoria.com.pl

www.terytoria.com.pl

Gdańsk 2018

ISBN 978-83-7908-127-1

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Asymptoty Cyrograf na własnej skórze i inne opowiadania Sprawa Dantona 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie