Mój mąż Żyd. Historie Polek w Izraelu

Mój mąż Żyd. Historie Polek w Izraelu

Autorzy: Sylwia Borowska

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 27.48 zł

 

Miłość bywa trudna, zwłaszcza gdy tak wiele was dzieli.

Nie zrozumiesz, czym jest istniejące od 70 lat państwo Izrael, dopóki nie zakochasz się w mężczyźnie stamtąd. Tylko silne uczucie pozwoli wam przetrwać. Jego rodzina uszanuje ten wybór, ale zawsze będziesz gojką, a wasze dzieci nie będą Żydami. Przerwiesz łańcuch, którego ogniwa z takim mozołem dokładane są jedno za drugim od stuleci.

Ta książka to niezwykłe historie Polek, które poślubiły Izraelczyków i zamieszkały w Izraelu. Na urodzonego tam Żyda mówi się sabra (owoc opuncji). One rozgryzły go i poznały jego słodko-cierpki smak.

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Do­mo­sław­ska, Agniesz­ka Pie­trzak

Ko­rek­ta: Ju­sty­na To­mas

Pro­jekt ma­kie­ty i skład: IMK

Pro­jekt okład­ki: Piotr Ma­jew­ski

Fo­to­gra­fie: Syl­wia Bo­row­ska; Iwo­na Da­gan; Mi­ran­da Wę­klar-Hof­f­man; Do­ro­ta Wach; Cha­im Sha­char; Dana Frie­dlan­der/Mi­ni­ster­stwo Tu­ry­sty­ki Izra­ela; Daf­na Tal/Mi­ni­ster­stwo Tu­ry­sty­ki Izra­ela; Ita­mar Grin­berg/Mi­ni­ster­stwo Tu­ry­sty­ki Izra­ela; Ryan Ro­drick Be­iler/Shut­ter­stock; Tiko Ara­my­an/Shut­ter­stock (przód okład­ki); mo­no­fac­tion/Shut­ter­stock (tło okład­ki).

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Kin­ga Ko­ściak

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Syl­wia Bo­row­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-424-1

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Ma­rian­nie i Mau­ry­ce­mu

Wstęp

Rozgryźć opuncję

Do­pó­ki nie za­ko­chasz się w męż­czyź­nie, któ­ry stam­tąd po­cho­dzi, nie zro­zu­miesz, czym jest ist­nie­ją­cy za­le­d­wie sie­dem­dzie­siąt lat Izra­el. Tyl­ko sil­ne uczu­cie po­zwo­li wam prze­trwać ra­zem. Ro­dzi­na usza­nu­je jego wy­bór, ale ty za­wsze bę­dziesz goj­ką, a wa­sze dzie­ci nie będą Ży­da­mi. Prze­rwiesz łań­cuch, któ­re­go ogni­wa z ta­kim mo­zo­łem są do­kła­da­ne jed­no za dru­gim od stu­le­ci.

Na po­cząt­ku, idąc uli­cą w Tel Awi­wie, nie prze­czy­tasz ani jed­ne­go he­braj­skie­go sło­wa, któ­re tam zo­ba­czysz. Twój przy­szły mąż bę­dzie pi­sał od pra­wej do le­wej. Two­je są­siad­ki będą pa­trzeć na cie­bie po­dejrz­li­wie. Wie­lo­krot­nie usły­szysz od męż­czyzn na uli­cy nie­dwu­znacz­ną pro­po­zy­cję. Wsia­da­jąc do au­to­bu­su, bę­dziesz roz­glą­dać się ner­wo­wo do cza­su, aż usią­dzie obok cie­bie mło­dy żoł­nierz z ka­ra­bi­nem. Po­pi­ja­jąc aro­ma­tycz­ną kawę w ka­fej­ce w Jafo, za­uwa­żysz, jak przy sto­li­ku obok lu­dzie śle­dzą na Fa­ce­bo­oku zdję­cia z ata­ków w Stre­fie Gazy lub na­pa­du no­żow­ni­ka Ha­ma­su na prze­chod­nia przy dwor­cu w cen­trum mia­sta. Zna­jo­mi z Pol­ski będą dzwo­nić do cie­bie i py­tać z nie­po­ko­jem: „Czy moż­na swo­bod­nie prze­je­chać sa­mo­cho­dem z Tel Awi­wu do Je­ro­zo­li­my?”. Oni my­ślą, że ży­jesz w kra­ju, w któ­rym cały czas jest woj­na.

Kie­dy w pią­tek od rana bę­dziesz przy­go­to­wy­wać ko­la­cję sza­ba­so­wą, nie bę­dzie cię dla ni­ko­go – tyl­ko dla męża, dzie­ci, dla jego-two­jej ro­dzi­ny. Mi­łość nie jest pro­stą spra­wą, a tym bar­dziej je­śli wie­le was róż­ni. One to już wie­dzą – Po­lki, któ­re po­ślu­bi­ły Izra­el­czy­ków i za­miesz­ka­ły w Izra­elu. Osiem wspa­nia­łych ko­biet. Wy­słu­cha­łam ich hi­sto­rii (a tak­że jed­nej z per­spek­ty­wy męża). Na Żyda uro­dzo­ne­go w Izra­elu mówi się sa­bra – tak na­zy­wa się owoc opun­cji. One roz­gry­zły go i po­zna­ły jego słod­ko-cierp­ki smak.

Po­mysł na­pi­sa­nia tej książ­ki po­ja­wił się w cza­sie, kie­dy pol­ski par­la­ment przy­jął no­we­li­za­cję usta­wy o IPN, któ­ra za­kła­da ka­ra­nie wię­zie­niem osób przy­pi­su­ją­cych Po­la­kom od­po­wie­dzial­ność lub współ­od­po­wie­dzial­ność za zbrod­nie po­peł­nio­ne przez III Rze­szę. Ten za­pis wzbu­dził kon­tro­wer­sje w krę­gach po­li­tycz­nych Izra­ela. Dla­cze­go? Izra­el­scy po­li­ty­cy uzna­li, że tą usta­wą Pol­ska chce wy­bie­lić się z an­ty­se­mic­kich in­cy­den­tów w prze­szło­ści. Na do­wód tego w izra­el­skich me­diach po­ja­wi­ły się hi­sto­rie pol­skich Ży­dów wy­da­wa­nych przez Po­la­ków lub na­wet przez nich za­bi­ja­nych. Z po­wo­du tej usta­wy do­szło do na­pięć w sto­sun­kach pol­sko-izra­el­skich. Przez chwi­lę. Ale czy żyją tym zwy­kli lu­dzie? Izra­el­czy­cy pie­lę­gnu­ją pa­mięć o Ho­lo­kau­ście, ale bar­dziej in­te­re­su­je ich to, co dzie­je się dzi­siaj w Stre­fie Gazy. To ma re­al­ny wpływ na ich ży­cie tu i te­raz. Sło­wo „Pol­ska” na­dal jed­nak nie naj­le­piej im się ko­ja­rzy – przede wszyst­kim ze szkol­ną wy­ciecz­ką do Au­schwitz.

Z ko­lei w Pol­sce sło­wo „Żyd” po­ru­sza czu­łą stru­nę. Bu­dzi au­to­ma­tycz­nie ne­ga­tyw­ne ko­no­ta­cje. „Żyd z cie­bie” – mówi Po­lak do Po­la­ka, kie­dy je­den dru­gie­mu cze­goś po­ża­łu­je. Jed­na z wie­lu Po­lek, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łam, przy­zna­ła, że ukry­wa przed swo­im mę­żem to, że w Pol­sce jest an­ty­se­mi­tyzm. Lu­dzie czę­sto sami na­wet nie zda­ją so­bie spra­wy z tego, że mogą wy­gła­szać an­ty­se­mic­kie tre­ści. Oto hi­sto­ria z ży­cia wzię­ta: Po­lka je­dzie sa­mo­cho­dem ze swo­im mę­żem Izra­el­czy­kiem. Pro­wa­dzi jej wu­jek, któ­ry na­gle mówi: „O! Żyd mi się za­pa­lił! Mu­szę za­tan­ko­wać”. Za­świe­ci­ła mu się lamp­ka kon­tro­l­na na pul­pi­cie (sy­gna­li­zu­ją­ca, że koń­czy się pa­li­wo), ale już nie za­świe­ci­ła mu się lamp­ka, że pal­nął głup­stwo, tym bar­dziej że wie­zie Żyda.

Czas to ja­koś od­krę­cić. Dziś Ży­dzi, któ­rzy miesz­ka­ją w Izra­elu, są inni od tych, z któ­rych my, Po­la­cy, śmie­je­my się, słu­cha­jąc dow­ci­pów o… Ży­dach. Więk­sza część spo­łe­czeń­stwa izra­el­skie­go nie ma przod­ków, któ­rzy miesz­ka­li w Pol­sce. Nikt z ich ro­dzi­ny nie zgi­nął w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Po­ko­le­nie Ho­lo­caust su­rvi­vors się kur­czy. Mło­de pań­stwo Izra­el stwo­rzy­ło nowy ro­dzaj oby­wa­te­la. To w pierw­szej ko­lej­no­ści Izra­el­czyk, a do­pie­ro po­tem Żyd. Ktoś wspo­mniał mi o cie­ka­wym son­da­żu, jaki po­noć u nas prze­pro­wa­dzo­no. Wy­ni­ka z nie­go, że Po­la­cy ak­cep­tu­ją Izra­el­czy­ków, mo­gli­by ich mieć za swo­ich są­sia­dów, ale Ży­dów już nie. Wnio­sek? Po­la­cy my­ślą, że Izra­el­czyk nie jest Ży­dem! I coś w tym jest.

Wie­lu na­szych ro­da­ków chce dzi­siaj jeź­dzić do Izra­ela i go oglą­dać. Uru­cho­mio­no mnó­stwo no­wych, ta­nich po­łą­czeń lot­ni­czych, a Mi­ni­ster­stwo Tu­ry­sty­ki Izra­ela ser­decz­nie za­pra­sza wszyst­kich Po­la­ków, do­pła­ca­jąc do ich bi­le­tów. Izra­el­czy­cy przy­la­tu­ją też co­raz chęt­niej do nas. Od­kry­wa­ją wte­dy, że Pol­ska nie jest tyl­ko cmen­ta­rzy­skiem. Za­chwy­ca­ją się na­szy­mi zie­lo­ny­mi la­sa­mi i je­zio­ra­mi na Ma­zu­rach. Ro­bią za­ku­py, bo jest trzy razy ta­niej. Z ko­lei Po­la­cy nie lą­du­ją już w Tel Awi­wie tyl­ko z za­mia­rem od­by­cia piel­grzym­ki do Zie­mi Świę­tej. Po­zna­ją no­wo­cze­sny Izra­el z jego im­pre­za­mi na pla­ży i noc­nym ży­ciem. My je­ste­śmy cie­ka­wi Izra­el­czy­ków, a oni nas.

Na te­mat Izra­ela po­wsta­je wie­le ksią­żek. Hi­sto­ry­cy i kul­tu­ro­znaw­cy mają ogrom­ną wie­dzę. Ja je­stem dzien­ni­kar­ką i in­te­re­su­je mnie ży­cie zwy­kłych lu­dzi. Co my­ślą? Co czu­ją? Czy żyją hi­sto­rią i po­li­ty­ką, czy ra­czej obok nich? Chcia­łam, aby o tym kra­ju opo­wie­dzia­ły mi swo­im ję­zy­kiem Po­lki, któ­re tam miesz­ka­ją od lat i wciąż od­kry­wa­ją Izra­el. Tak jak i ja za­czę­łam go od­kry­wać, kie­dy za­ko­cha­łam się w Izra­el­czy­ku.

Sylwia

Je­śli ślub w Izra­elu, to tyl­ko pod chu­pą. W tra­dy­cji ży­dow­skiej wej­ście ko­bie­ty pod bal­da­chim sym­bo­li­zu­je wej­ście do domu męż­czy­zny. Chu­pa to tka­ni­na roz­pię­ta na czte­rech słup­kach, sta­wia­na w sy­na­go­dze albo na wol­nym po­wie­trzu. Może być czy­sta, bia­ła albo wy­szy­wa­na zło­tą ni­cią, na przy­kład w gwiaz­dy. Gwiaz­dy te wró­żą no­wo­żeń­com po­tom­stwo. Może być przy­ozdo­bio­na rów­nież kwia­ta­mi. Ży­dow­ski ślub robi na go­jach wra­że­nie. Jego sce­no­gra­fia, ję­zyk, mu­zy­ka, cały ry­tu­ał są tak róż­ne od tego, co zna­my z pol­skie­go Ko­ścio­ła. Spek­ta­ku­lar­ne. Po­ry­wa­ją­ce. Za­ska­ku­ją­ce.

Tak, ten ślub moż­na po­rów­nać do spek­ta­klu w te­atrze. Pana mło­de­go do­pro­wa­dza­ją pod bal­da­chim ro­dzi­ce, po czym do­łą­cza do nie­go pan­na mło­da, pro­wa­dzo­na przez swo­ich ro­dzi­ców. Pan mło­dy za­kła­da przy­szłej żo­nie na twarz inu­mę (hebr. we­lon) i ra­zem pod­cho­dzą do ra­bi­na, któ­ry prze­wod­ni­czy ce­re­mo­nii. No­wo­żeń­cy roz­pi­ja­ją kie­li­szek wina na nową dro­gę ży­cia. Po­tem pan mło­dy bło­go­sła­wi swo­ją wy­bran­kę i czy­ta khtu­bę (hebr. kon­trakt mał­żeń­ski), na­pi­sa­ną w ję­zy­ku ara­mej­skim. Męż­czy­zna zo­bo­wią­zu­je się w niej do tego, że na wy­pa­dek roz­wo­du za­pła­ci ko­bie­cie okre­ślo­ną kwo­tę pie­nię­dzy – od kil­ku­dzie­się­ciu do kil­ku­set ty­się­cy izra­el­skich sze­kli. Czę­sto jest to kwo­ta umow­na, któ­ra rzad­ko ma za­sto­so­wa­nie w prak­ty­ce. Ce­re­mo­nię koń­czy li­szbor kos (hebr. tłu­cze­nie kie­lisz­ka). Od tej chwi­li ona jest jego żoną.

Ma­zel tov! – win­szu­ją go­ście, któ­rych na ślu­bie jest śred­nio pię­ciu­set. Do­kład­nie tak, a na­wet i sied­miu­set. Skąd aż tylu? To ro­dzi­na bliż­sza i dal­sza, przy­ja­cie­le, zna­jo­mi z pra­cy, są­sie­dzi oraz klien­ci, je­śli któ­ryś z mał­żon­ków pro­wa­dzi in­te­re­sy. Na or­ga­ni­za­cję ślu­bu trze­ba wy­dać ma­ją­tek, a cza­sem za­cią­gnąć po­życz­kę w ban­ku. Zna­ne są przy­pad­ki, że nie zo­sta­ła jesz­cze spła­co­na, a mał­żon­ko­wie się już roz­sta­li. Je­śli jed­nak wszy­scy go­ście do­pi­szą, to kosz­ty we­se­la po­win­ny zwró­cić się z ko­pert. Bliż­sza ro­dzi­na wkła­da do ko­per­ty ty­siąc sze­kli, dal­sza trzy­sta. Może na­wet jesz­cze coś zo­sta­nie. Ma­zel tov! raz jesz­cze.

„Na­praw­dę? Nie masz po­ję­cia, jak się cie­szę. Od za­wsze ma­rzy­łam, żeby być na ślu­bie pod chu­pą! W do­dat­ku two­im ślu­bie! Bo chy­ba za­pro­sisz?” – moja przy­ja­ciół­ka pa­ko­wa­ła już wa­liz­kę do Tel Awi­wu. Su­kien­ka czer­wo­na czy ta gra­na­to­wa w zie­lo­ne kwia­ty? Be­atę po­nio­sło, ale ona tak bar­dzo ko­cha te­atr i film. Na każ­dą oko­licz­ność ma przy­go­to­wa­ny cy­tat. Tym ra­zem o mo­jej sy­tu­acji zna­la­zła za­baw­ny tekst z Pa­mięt­ni­ka Brid­get Jo­nes: „Brid­get, tyl­ko nie myśl o ślu­bie, a ona już sły­szy, jak gra­ją marsz Men­dels­soh­na: Tam tam ta­dam!”. A prze­cież po­wie­dzia­łam jej tyl­ko tyle, że za­ko­cha­łam się w Ży­dzie. Spo­koj­nie, Be­ata, po­słu­chaj da­lej.

Ta­kie­go pięk­ne­go ślu­bu nie mia­ły Po­lki, któ­re spo­tka­łam w Izra­elu. Są goj­ka­mi, tak jak ja. Czy­li nie-Ży­dów­ka­mi, ro­zu­miesz? Mo­gły­by sta­nąć pod chu­pą, je­śli zro­bi­ły­by kon­wer­sję na ju­da­izm. Nie chcia­ły, a cza­sem nie mia­ły cza­su. Ślub albo de­por­ta­cja – wy­bór był tyl­ko je­den. Za­po­mnij o ro­man­tycz­nych unie­sie­niach. Po­lka za­ko­cha­na w Ży­dzie, aby być z nim i żyć z nim w Izra­elu, musi zo­stać jego żoną, więc po­bie­ra­ją się w urzę­dzie sta­nu cy­wil­ne­go w Pol­sce albo na Cy­prze. Tak to dzia­ła. To są skrom­ne uro­czy­sto­ści, ża­den efek­tow­ny spek­takl pod chu­pą. Pierw­sza prze­szko­da. Za­le­d­wie wstęp do tego, co goj­kę jesz­cze cze­ka w Izra­elu.

Wie­le z nich na po­cząt­ku prze­ży­wa w Izra­elu eu­fo­rię, bo pal­my i wiel­błą­dy, a po­tem po­ja­wia się chan­dra. I to w kra­ju, w któ­rym przez trzy­sta sześć­dzie­siąt dni w roku świe­ci słoń­ce. „Gdy­bym ja wie­dzia­ła…” – to zda­nie prze­wi­ja­ło się czę­sto w na­szych roz­mo­wach. Na­wet po tylu la­tach trud­no im po­jąć wie­le rze­czy, a do nie­któ­rych w ogó­le nie są w sta­nie się przy­zwy­cza­ić. Mimo to nie zde­zer­te­ro­wa­ły, choć jak same dziś przy­zna­ją, wie­le razy były już tego bli­skie. To by­ło­by zbyt pro­ste. Po­lka wy­ba­czy, wy­tłu­ma­czy so­bie, za­gry­zie zęby i dźwi­gnie wię­cej niż ja­ka­kol­wiek inna ko­bie­ta.

Ży­cie w Tel Awi­wie to­czy się na pla­ży.

W Je­ro­zo­li­mie czas się za­trzy­mał.

Newe Ce­dek to mod­na dziś dziel­ni­ca Tel Awi­wu.

Nie mo­gło być więc ina­czej – ja też nie od­pusz­cza­łam. Go­dzi­łam się na ab­sur­dal­ne prze­słu­cha­nia na lot­ni­skach przed wy­lo­tem do Izra­ela i po wy­lą­do­wa­niu. Gnio­tłam się z wła­snej woli czte­ry go­dzi­ny w jed­ną stro­nę w wą­ziut­kim fo­te­lu sa­mo­lo­tu po to, aby spę­dzić trzy­dzie­ści sześć, a cza­sem i mniej go­dzin z męż­czy­zną, w któ­rym się za­ko­cha­łam. W moim przy­stoj­nym Ży­dzie se­far­dyj­skim – po­staw­nym męż­czyź­nie o ciem­nej skó­rze i cze­ko­la­do­wych oczach. Eph­ra­im miał pięk­ny uśmiech, duże zgrab­ne dło­nie i nie­sa­mo­wi­ty żar w so­bie. Rów­nież po­czu­cie hu­mo­ru, a to w męż­czy­znach bar­dzo lu­bię. „My love, moja ne­sha­ma (hebr. du­sza), moje ko­cha­nie”. Mie­sza­ły się nam te wszyst­kie czu­łe słów­ka – po he­braj­sku, an­giel­sku i pol­sku. Czę­sto w tam­tym cza­sie uno­si­łam się nad zie­mią. Do­słow­nie i w prze­no­śni. Spo­ty­ka­li­śmy się raz w mie­sią­cu, ale w cią­gu dwóch lat spę­dzi­li­śmy ze sobą rów­nież kil­ka­set go­dzin, ży­jąc „w te­le­fo­nie”. Bu­dzi­li­śmy się ra­zem i za­sy­pia­li­śmy on-line. Eph­ra­im wy­sy­łał mi pio­sen­ki z me­ta­fo­rycz­ny­mi tek­sta­mi na każ­dą oka­zję; wszy­scy wy­ko­nu­ją­cy je ar­ty­ści bez wy­jąt­ku ko­cha­li i tę­sk­ni­li. Tak wy­glą­da praw­da o związ­ku na od­le­głość, kie­dy za­ko­cha­nych dzie­lą trzy ty­sią­ce ki­lo­me­trów. Ta­kie re­la­cje zda­rza­ją się co­raz czę­ściej. Nie­ste­ty po ja­kimś cza­sie któ­raś ze stron wy­mię­ka.

Pew­na pani ze służb bez­pie­czeń­stwa izra­el­skich li­nii El Al ma w tym na pew­no ro­ze­zna­nie, bo po pierw­szym py­ta­niu, do kogo lecę do Tel Awi­wu, wie­dzia­ła już, o co da­lej py­tać.

– Je­steś z nim w sta­łym kon­tak­cie na What­sAp­pie? Po­każ mi wa­sze roz­mo­wy i zdję­cia. Oj, wi­dzę, że jest tego dużo. Czy to po­waż­na zna­jo­mość? – przy­szpi­li­ła mnie.

– W ży­ciu nie moż­na być pew­nym ni­cze­go, pro­szę pani – od­po­wie­dzia­łam.

Słoń­ce świe­ci tu­taj 360 dni w roku.

Tel Awiw bu­do­wa­no w la­tach 30. w sty­lu Bau­haus.

– No fakt – przy­zna­ła mi ra­cję, a po­tem ka­za­ła otwo­rzyć wa­liz­kę. Każ­dy pa­sa­żer le­cą­cy izra­el­ski­mi li­nia­mi musi przejść skru­pu­lat­ną kon­tro­lę, rów­nież ba­ga­żu nada­wa­ne­go. – Co to jest? Wie­ziesz mu na świę­ta ogór­ki ki­szo­ne i śle­dzie z żu­ra­wi­ną?! Sama zro­bi­łaś? To musi być mi­łość! – uśmiech­nę­ła się. – Za­my­kaj wa­liz­kę. Ma­zel tov!

Po­zna­li­śmy się z Eph­ra­imem przy­pad­kiem w War­sza­wie. Coś klik­nę­ło i wy­mie­ni­li­śmy się nu­me­ra­mi te­le­fo­nów. Za­czę­li­śmy dzwo­nić do sie­bie i wie­czo­ra­mi roz­ma­wiać. Pod­czas jed­nej z roz­mów wy­szedł na­gle z ini­cja­ty­wą: „Przy­jedź zo­ba­czyć Izra­el, bo to naj­pięk­niej­szy kraj na świe­cie”. Da­łam się na­mó­wić, ale za­bra­łam ko­le­żan­kę w cha­rak­te­rze przy­zwo­it­ki. Eph­ra­im ob­wiózł nas wte­dy po ca­łej aglo­me­ra­cji te­la­wiw­skiej od Ra­mat Gan po Jafo. Na żywo mia­sto wy­glą­da­ło dość mi­zer­nie. Nie tak pięk­nie, jak mi Eph­ra­im obie­cy­wał. Tel Awiw wy­dał mi się wiel­kim bli­skow­schod­nim ba­za­rem. Cha­otycz­nym, brud­nym, krzy­kli­wym, chwi­la­mi przy­gnę­bia­ją­co brzyd­kim, z po­pa­da­ją­cy­mi w ru­inę bu­dyn­ka­mi w sty­lu Bau­haus. A na­sta­wia­łam się wła­śnie na zo­ba­cze­nie do­mów za­pro­jek­to­wa­nych w Tel Awi­wie w la­tach dwu­dzie­stych przez Ży­dów ucie­ka­ją­cych z Nie­miec przed fa­szy­zmem. Lu­bię pro­sto­tę i dla­te­go lu­bię też styl Bau­haus. Obok jego nędz­nych resz­tek w Tel Awi­wie jak spod zie­mi wy­ra­sta no­wo­cze­sne ob­li­cze mia­sta z dra­pa­cza­mi chmur.

„Jak dla mnie Tel Awiw to skrzy­żo­wa­nie Wy­szko­wa z No­wym Jor­kiem” – pod­su­mo­wa­ła ko­le­żan­ka. Pod­czas tej pierw­szej wi­zy­ty w Izra­elu nie mo­gły­śmy obie po­jąć, dla­cze­go za mały ta­le­rzyk hum­mu­su trze­ba za­pła­cić aż pięć­dzie­siąt zło­tych. Wy­so­kość cen w sto­sun­ku do ja­ko­ści zwa­la tam z nóg. Przed przy­jaz­dem wy­da­wa­ło mi się, że cał­kiem dużo wie­dzia­łam o tym kra­ju, ale w rze­czy­wi­sto­ści oka­za­ło się, że wła­ści­wie nic.

Pierw­sze roz­cza­ro­wa­nie Tel Awi­wem nie znie­chę­ci­ło mnie jed­nak do po­wro­tów. Po tej wi­zy­cie zo­sta­liś­my z Eph­ra­imem parą i za­czę­łam la­tać na rand­ki do Tel Awi­wu. Za­li­cza­łam po­tem ko­lej­no Je­ro­zo­li­mę, Mo­rze Mar­twe, Ma­sa­dę, Ce­za­reę. Je­stem dzien­ni­kar­ką i od za­byt­ków jed­nak bar­dziej in­te­re­su­ją mnie lu­dzie. Przy­glą­da­łam się im na uli­cy. Jeź­dzi­łam cza­sa­mi ce­lo­wo au­to­bu­sa­mi. Pew­ne­go dnia by­łam świad­kiem ta­kiej awan­tu­ry w au­to­bu­sie z byle po­wo­du, że sta­łam z otwar­tą bu­zią. Jed­no­cze­śnie krzy­cza­ło na sie­bie dzie­sięć osób. No­to­wa­łam w gło­wie te mo­men­ty.

Jaka by­łam pod­eks­cy­to­wa­na, kie­dy Eph­ra­im za­pro­sił mnie do swo­ich ro­dzi­ców na pierw­szą ko­la­cję sza­ba­so­wą! Nie wie­dzia­łam, cze­go się spo­dzie­wać. Po­peł­ni­łam nie­takt już na wstę­pie, wy­cią­ga­jąc swój wi­de­lec po le­żą­ce na pół­mi­sku kar­czo­chy za­pie­ka­ne z mię­sem. Wy­glą­da­ły tak sma­ko­wi­cie! Eph­ra­im trą­cił mnie wte­dy nogą pod sto­łem. Naj­pierw krót­ka mo­dli­twa, stuk­nię­cie kie­lisz­ka­mi, ży­cze­nie so­bie Shab­bat Sha­lom (hebr. uda­ne­go sza­ba­tu), a do­pie­ro po­tem za­czy­na­my jeść.

Uczy­łam się szyb­ko. „Zwra­casz uwa­gę na naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły. Przed tobą ni­cze­go się nie da ukryć. Przy­znaj się, a może ty pra­cu­jesz dla Mo­sa­du? – śmiał się czę­sto ze mnie Eph­ra­im. Ci, któ­rzy mnie zna­ją i wie­dzą, jak nie­po­ha­mo­wa­ny mam ape­tyt na ży­cie, wca­le nie by­li­by tym Mo­sa­dem zdzi­wie­ni. Oba­wiam się jed­nak, że nie ro­ku­ję, bo lu­bię nie tyl­ko dużo wie­dzieć, ale i mó­wić. „Bar­dzo dłu­go to wszyst­ko opo­wia­dasz. Lu­dzie nie mają cza­su, żeby aż tyle słu­chać. Czy nie mo­gła­byś ro­bić przy­naj­mniej dla mnie stresz­czeń tych opo­wie­ści?” – po­pro­sił mnie kie­dyś mój uko­cha­ny. To było pod­czas dłu­gie­go, pra­wie dwu­go­dzin­ne­go spa­ce­ru nad mo­rzem. „Ups! – po­my­śla­łam. – To z kim ja mam tu się dzie­lić swo­imi prze­my­śle­nia­mi?”

Za każ­dym ra­zem przy­la­ty­wa­łam z po­wro­tem do Pol­ski na­ła­do­wa­na ener­gią sło­necz­ną i prze­my­śle­nia­mi. Kie­dy opo­wia­da­łam o nich moim zna­jo­mym, któ­ryś wresz­cie rzu­cił ha­sło: za­cznij to spi­sy­wać. To samo usły­sza­łam od re­dak­tor­ki Wy­daw­nic­twa Pas­cal. Za­chę­co­na za­czę­łam szu­kać ja­kie­goś klu­cza, we­dług któ­re­go mo­gła­bym na­pi­sać książ­kę. O współ­cze­snym Izra­elu, wi­dzia­nym ocza­mi Po­lki. Ten klucz po­ja­wił się w mo­jej gło­wie pew­ne­go sło­necz­ne­go dnia, gdy sie­dzia­łam sama na ta­ra­sie z pięk­nym wi­do­kiem na Tel Awiw: Syl­wia to Pol­ska, a Eph­ra­im to Izra­el. My ra­zem to zde­rze­nie dwóch świa­tów w ta­kiej ma­leń­kiej ska­li. Ta­kich jak my musi być wię­cej. Jak żyją tu­taj inne Po­lki? Jak się tu­taj zna­la­zły i jak się od­na­la­zły? Za­raz, za­raz, a gdzie one w ogó­le są? Ni­ko­go poza Eph­ra­imem i garst­ką jego zna­jo­mych wte­dy nie zna­łam. Cza­sa­mi bez­czyn­nie sie­dzia­łam w domu, cze­ka­jąc na nie­go, kie­dy wró­ci z pra­cy. Go­to­wa­łam obiad. I to ma być to szczę­ście, któ­re mnie spo­tka­ło?

In­stynkt pod­po­wie­dział mi, że czas po­szu­kać so­bie przy­ja­ció­łek w Tel Awi­wie. Dzi­siaj wi­dzę, że pod­świa­do­mie dą­ży­łam rów­nież do tego, aby do­wie­dzieć się z wy­prze­dze­niem, co cze­ka­ło­by mnie, gdy­bym za­mie­ni­ła War­sza­wę na Tel Awiw. Chcia­łam to prze­ro­bić, ale chy­ba nie do koń­ca na wła­snej skó­rze. Dzię­ki temu po­zna­łam bo­ha­ter­ki tej książ­ki i moje naj­lep­sze prze­wod­nicz­ki po Izra­elu.

Pra­wie trzy­dzie­ści lat: Ilo­na i Ela. Pra­wie dwa­dzie­ścia lat: Mi­ran­da i Ju­sty­na. Pięt­na­ście lat: Ka­ro­li­na. Osiem lat: Ewa. Czte­ry lata: dru­ga Ka­ro­li­na. Te licz­by brzmią jak wy­ro­ki, ale to pod­li­czo­ne lata, któ­re dziew­czy­ny spę­dzi­ły w Izra­elu. Z ich opo­wie­ści wy­ła­nia się za każ­dym ra­zem inny ob­raz tego kra­ju, bo po­zna­wa­ły go w in­nych cza­sach. Każ­da z nich nosi też w so­bie inną hi­sto­rię. Dla­te­go w jed­nej roz­mo­wie do­mi­nu­je kwe­stia po­sy­ła­nia dzie­ci do woj­ska, z in­nej do­wie­dzia­łam się, jak wy­glą­da pro­ce­du­ra otrzy­ma­nia izra­el­skie­go oby­wa­tel­stwa, a pod­czas jesz­cze in­nej po­zna­łam za­sa­dy ko­szer­nej kuch­ni.

Ce­lo­wo szu­ka­łam go­jek, bo sama nią je­stem. Po­lek, któ­re prze­pro­wa­dzi­ły się do Izra­ela do­bro­wol­nie w cią­gu ostat­nich trzy­dzie­stu lat, a nie tych pol­skich Ży­dó­wek, któ­re przy­je­cha­ły tu­taj po II woj­nie świa­to­wej, czę­sto dla­te­go, że nie było dla nich miej­sca w no­wej Pol­sce. One są po­ko­le­niem no­szą­cym pod­skór­nie wiel­ki ból, a to te­mat na zu­peł­nie inną książ­kę. Mia­łam szczę­ście spę­dzić z jed­ną z ta­kich emi­gran­tek aż trzy dni. Wspa­nia­ło­myśl­na i mą­dra Mira. Roz­mo­wy z nią w jej ogród­ku w Ra­mat Awiw to była uczta, za­kra­pia­na na­lew­ką i po­czu­ciem hu­mo­ru naj­wyż­szych lo­tów.

Roz­ma­wia­ły­śmy rów­nież o mi­ło­ści. „Ko­cha­na, znajdź so­bie le­piej Po­la­ka. Twój se­far­dyj­czyk chce ko­bie­ty na sta­łe, ta­kiej, któ­ra zaj­mie się nim i do­mem. Na­praw­dę ten bi­du­la śpie­wał ci Eshet Chay­il, sza­ba­so­wą pieśń o do­brej żo­nie? By­ła­byś na coś ta­kie­go go­to­wa? Oj, ko­cha­na. Po­le­cia­łaś w ko­smos, ale chy­ba nie tą ra­kie­tą. Może kie­li­sze­czek na­lew­ki? Do tych tem­pe­ra­tur nie moż­na się przy­zwy­cza­ić na­wet po sześć­dzie­się­ciu la­tach miesz­ka­nia tu­taj. Pot za­le­wa oczy, a zie­mia pa­rzy w sto­py. Za­zdrosz­czę ci, że mo­żesz po­pły­wać w Bał­ty­ku. Wy­szłam za mąż w Izra­elu za Po­la­ka. Ro­zej­rzyj się le­piej w War­sza­wie”.

Fak­tycz­nie – czę­sto, ale jak­by mię­dzy wier­sza­mi mój Eph­ra­im wy­ra­żał tę­sk­no­tę za ule­głą żoną i tra­dy­cyj­nym mo­de­lem ro­dzi­ny. Sły­sza­łam: „Męż­czy­zna musi za­ro­bić na dom, a ko­bie­ta ma za­dbać o to, aby w tym domu było czy­sto i przy­tul­nie” albo: „Mat­ka jak ta kwo­ka po­win­na kur­czę­ta przy­gar­niać do sie­bie”. Pod­czas pierw­szej ko­la­cji u mnie w domu w War­sza­wie, gdy po­da­łam zupę grzy­bo­wą, zo­sta­łam na­gro­dzo­na za jej smak jak ni­g­dy w ży­ciu: „Ty zo­sta­niesz moją żoną!”. Przy­znaj się, sin­giel­ko z dwój­ką dzie­ci, czy i to­bie nie zmię­kły­by ko­la­na? Ale tak szcze­rze. Świat jest pe­łen sa­mot­nych lu­dzi, a już na pew­no czter­dzie­sto­let­nich ko­biet po roz­wo­dzie.

Mój Żyd se­far­dyj­ski kar­mił mnie sło­wa­mi, gdy ja jego swo­ją zupą. Mó­wił mi czę­sto do­kład­nie to, co chcia­łam usły­szeć. Na Po­lkach, któ­re miesz­ka­ją w Izra­elu od wie­lu lat, to nie robi już wra­że­nia. Czę­sto są iro­nicz­ne, kie­dy sły­szą o go­rą­cych Ży­dach se­far­dyj­skich, roz­pa­la­ją­cych ser­ca ko­biet: „Bę­dzie ci sło­dził i sło­dził i jemu też mu­sisz po­sło­dzić, ina­czej szyb­ko znaj­dzie so­bie inną” – uczy­ły mnie nowe przy­ja­ciół­ki z Tel Awi­wu. Spro­wa­dzi­ły mnie jed­nak na zie­mię zbyt szyb­ko. Lu­bi­łam, kie­dy Eph­ra­im mi sło­dził.

Nie znam tego z Pol­ski, a może mia­łam w ży­ciu wy­jąt­ko­we­go pe­cha. Od po­przed­nich part­ne­rów ni­g­dy jed­nak nie usły­sza­łam wy­szep­ta­ne­go do ucha pod­czas ko­la­cji w re­stau­ra­cji: „Pięk­nie wy­glą­dasz. Je­stem dum­ny, że mogę być z taką ko­bie­tą”. Aaaa! Niech mnie ktoś uszczyp­nie!

Męż­czyź­ni słu­żą obo­wiąz­ko­wo w woj­sku trzy lata, a ko­bie­ty rok kró­cej.

Eph­ra­im był męż­czy­zną z za­sa­da­mi. Co naj­mniej dwie­ma – ko­bie­tę trze­ba było do­brze na­kar­mić i za­wsze coś ład­ne­go jej ku­pić. Krę­po­wa­ło mnie to. Nie by­łam do tego przy­zwy­cza­jo­na. Czę­sto wy­cho­dzi­li­śmy na ko­la­cję do re­stau­ra­cji. Przy czym on kro­czył dum­nie, że ma przy so­bie blon­dyn­kę w czer­wo­nych szpil­kach i czar­nej, ob­ci­słej su­kien­ce. Szał! Za­wsze idąc obok, czu­łam, że każ­dym swo­im ru­chem Eph­ra­im wy­sy­ła nie­wer­bal­ny ko­mu­ni­kat: czy wszy­scy wi­dzi­cie, z jaką ko­bie­tą idę przez śro­dek sali? Czu­łam na so­bie spoj­rze­nia i nie ukry­wam, że było to przy­jem­ne. Nie wie­rzę na­wet, że mam tyle od­wa­gi, żeby na­pi­sać to te­raz. Jak rów­nież przy­znać się do tego, że w Izra­elu wie­le osób się mną za­chwy­ca­ło. Jaką ład­ną masz fry­zu­rę, jaką ład­ną masz su­kien­kę, ja­kie buty. Wi­dać, że je­steś Eu­ro­pej­ką, masz gust i kla­sę.

„O! Na­praw­dę? Czy­ta­łaś Ze­ruyę Sha­lev, Et­ga­ra Ke­re­ta i Amo­sa Oza?” Bu­dzi­łam nie­kła­ma­ny za­chwyt rów­nież jako wiel­bi­ciel­ka izra­el­skich pi­sa­rzy. Choć kie­dy któ­ryś z Izra­el­czy­ków zdzi­wił się, że wy­da­ją w Pol­sce książ­ki po he­braj­sku, uda­łam, że nie sły­szę. Izra­el to kraj, w któ­rym spo­tka­łam wie­lu pro­stych lu­dzi o pro­stych za­sa­dach. „Ona wie wszyst­ko!” – tak przed­sta­wił mnie Eph­ra­im swo­je­mu naj­lep­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi. Kie­dy sły­szysz tyle do­brych słów o so­bie, sama za­czy­nasz w to wie­rzyć. W Izra­elu po­czu­łam się wy­jąt­ko­wa. Ama­zing, cle­ver, be­au­ti­ful. Bez dwóch zdań. Ma­schu ma­schu (hebr. ktoś nad­zwy­czaj­ny; na­praw­dę ktoś). Ko­bie­to! Izra­el le­piej niż red­bull doda ci skrzy­deł!

Róż­ni­ce, któ­re tak bar­dzo przy­cią­ga­ły nas do sie­bie na po­cząt­ku, z cza­sem za­czę­ły nas od sie­bie od­py­chać. Pa­mię­tam, że na ko­la­cji z oka­zji mo­ich uro­dzin w jed­nej z naj­droż­szych re­stau­ra­cji w Tel Awi­wie Eph­ra­im po­dzie­lił się ze mną spon­ta­nicz­nie swo­ją ob­ser­wa­cją:

– Ko­cha­nie, wcze­śniej nie zwró­ci­łem na to uwa­gi, ale wi­dzę, że ty też je­steś le­wo­ręcz­na, tak jak ja.

– Nie je­stem le­wo­ręcz­na. Dla­cze­go tak uwa­żasz? – spy­ta­łam za­sko­czo­na.

– Bo trzy­masz wi­de­lec w le­wej ręce – spre­cy­zo­wał.

– Tak, bo w pra­wej trzy­mam nóż – od­po­wie­dzia­łam.

Przez chwi­lę za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza. Ro­zej­rza­łam się wte­dy po sali i zo­ba­czy­łam, że Izra­el­czy­cy nie mają w zwy­cza­ju uży­wać noża. Wszak ich pra­dziad­ko­wie ręką rwa­li pitę i na­bie­ra­li nią hum­mus ze wspól­nej mi­ski. „Mó­wi­łem ci, że je­stem bar­ba­rzyń­cą” – śmiał się cza­sa­mi Eph­ra­im.

Mia­sto Da­wi­da po ży­dow­skiej stro­nie w Je­ro­zo­li­mie za­mie­ra w sza­bat.

Ktoś może po­wie­dzieć, że prze­sa­dzam. Że to nie­wdzięcz­ność z mo­jej stro­ny na­rze­kać, że fa­cet nie uży­wa wi­del­ca i noża. Ale ina­czej nie po­tra­fię. Od za­wsze zwra­ca­łam uwa­gę na szcze­gó­ły i ten dia­log na te­mat noża od­czy­ta­łam głę­biej. To był je­den z mo­men­tów, kie­dy zro­zu­mia­łam, że mię­dzy nami może być jesz­cze wię­cej róż­nic. Py­ta­nie, co z tym zro­bi­my?

Zro­zu­mia­łam, że Izra­el­czy­cy nie przej­mu­ją się sa­vo­ir-vi­vre’em przy sto­le. Mają waż­niej­sze spra­wy na gło­wie – przede wszyst­kim kon­flikt z Pa­le­sty­ną i wy­so­kie po­dat­ki. Kie­dy dwa lata temu ceny zno­wu po­szły w górę, lu­dzie wy­szli na uli­ce. Wte­dy Awig­dor Lie­ber­man, po­li­tyk, po­seł do Kne­se­tu i mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, po­wie­dział: „Mamy więk­sze pro­ble­my niż ceny sera”. Pro­te­sty się skoń­czy­ły, lu­dzie ro­ze­szli się do do­mów. Co miał na my­śli Lie­ber­man? Izra­el jest oto­czo­ny przez wro­gów, czy­li pań­stwa arab­skie. Ceny mu­szą być wy­so­kie, bo po­dat­ki mu­szą być wy­so­kie, aby utrzy­mać izra­el­ską ar­mię. Jest w tym kra­ju nie­pi­sa­ny zwy­czaj, że kie­dy mło­dzi żoł­nie­rze przy­cho­dzą do re­stau­ra­cji, ktoś ze sto­li­ka obok re­gu­lu­je za nich ra­chu­nek. To gest wo­bec tych, dzię­ki któ­rym tam­ci mogą spać spo­koj­niej.

Na­pię­cia pol­sko-izra­el­skie zda­rza­ły się rów­nież i w na­szym związ­ku. Kie­dyś za­pro­po­no­wa­łam Eph­ra­imo­wi: „Pod­jedź­my do Kra­ko­wa pen­do­li­no”, na co usły­sza­łam: „W Pol­sce Żyd nie wsia­da do po­cią­gu, bo może za­trzy­mać się do­pie­ro w Au­schwitz”. To miał być żart. Po­dob­ne pa­da­ły czę­sto. Na ha­sło „weź prysz­nic” Eph­ra­im mó­wił: „Wiesz, jak to się skoń­czy­ło sie­dem­dzie­siąt pięć lat temu, kie­dy Ży­dzi po­szli pod prysz­nic?”. Nie cho­dzi o to, że nie dbał o hi­gie­nę, wprost prze­ciw­nie. Iry­to­wa­ły mnie te niby-dow­ci­py. Za­czy­na­łam się czuć win­na i w obo­wiąz­ku tłu­ma­czyć przed nim z bo­le­snej hi­sto­rii obu na­ro­dów i an­ty­se­mi­ty­zmu. Mój chło­pak nie był zresz­tą je­dy­nym Izra­el­czy­kiem prze­ko­na­nym, że Niem­cy zbu­do­wa­li tu­taj obo­zy kon­cen­tra­cyj­ne, bo wie­dzie­li, że Po­la­cy da­dzą na to ci­che przy­zwo­le­nie. „Jak moż­na było sprze­dać są­sia­da?” – py­tał mnie wie­lo­krot­nie prze­ję­ty Eph­ra­im. Wie­le bar­dzo emo­cjo­nal­nych roz­mów prze­pro­wa­dzi­li­śmy na ten te­mat. Kie­dy zo­ba­czył na ryn­ku w Ka­zi­mie­rzu Dol­nym fi­gur­kę Żyda z pie­niąż­kiem, zro­bił się na twa­rzy nie­mal pur­pu­ro­wy: „Wi­dzisz, wi­dzisz! I ty mi mó­wisz, że Po­la­cy nie są an­ty­se­mi­ta­mi?!”.

Naj­bar­dziej dało mi do my­śle­nia pew­ne zda­rze­nie w Je­ro­zo­li­mie. Wte­dy po raz pierw­szy po­ja­wi­ła się we mnie wąt­pli­wość, czy nam się uda. Był aku­rat sza­bat i zna­leź­li­śmy sto­lik w ma­łej, je­dy­nej czyn­nej tego dnia ży­dow­skiej knajp­ce w sta­rej czę­ści mia­sta. Mu­sie­li­śmy sie­dzieć tam bar­dzo wpa­trze­ni w sie­bie, bo zwró­ci­ła na nas uwa­gę wła­ści­ciel­ka. „Wy­glą­da­cie na ta­kich szczę­śli­wych” – po­wie­dzia­ła. Za ja­kiś czas roz­ło­ży­ła się na sto­li­ku obok z drew­nia­ną stol­ni­cą i za­czę­ła wał­ko­wać cia­sto na pie­ro­gi. Kie­dy za­czę­ła le­pić, spy­ta­łam ją, czy skle­ja w taki spo­sób, że wi­dać cha­rak­te­ry­stycz­ną fal­ban­kę. „Je­stem spe­cja­list­ką od pie­ro­gów, bo po­cho­dzę z Pol­ski” – za­żar­to­wa­łam. Ko­bie­ta zmie­ni­ła wy­raz twa­rzy z przy­ja­zne­go na obo­jęt­ny i wró­ci­ła do swo­jej pra­cy. Nie ode­zwa­ła się już sło­wem. Kie­dy chwi­lę póź­niej wy­szli­śmy na uli­cę, Eph­ra­im rzu­cił jak­by mi­mo­cho­dem ko­lej­ny swój „żart”: „Ko­cha­nie, nie mów tak gło­śno, że je­steś Po­lką”.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.

Spis treści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

Wstęp

Śle­dzie w wa­liz­ce

Cze­ka­jąc na deszcz

Izra­el­ski eks­pe­ry­ment

Ile waży pies?

Love po­móc każ­de­mu

Jak ujarz­mić se­far­dyj­czy­ka?

Żona ko­mu­ni­sty

Ha­mas czy hum­mus?

Je­stem w nie­bie

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mój mąż Żyd. Historie Polek w Izraelu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Gdańsk jako wspólnota Strach. Trump w Białym Domu Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary