Sente

Sente

Autorzy: Michał Cholewa

Wydawnictwo: Ender

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.48 zł

Michał Cholewa, laureat Nagrody im. Janusza Zajdla, przedstawia kolejną powieść w cyklu Algorytm Wojny. 

Po zagładzie świata, który przeminął w Dniu, gdy Sztuczne Inteligencje postanowiły unicestwić ludzkość, ta jednak przetrwała, zwyciężyła i teraz podzielona na trzy mocarstwa walczy o pozostałości dawnej cywilizacji.

Unia Europejska oraz Stany Zjednoczone muszą jednak zawrzeć rozejm bo straszny wróg, który miał już nie istnieć nagle się znów pojawił. Nadarza się okazja by dowiedzieć się więcej o okręcie SI który udało się zdobyć.

Czy Hakken, schwytana Sztuczna Inteligencja poróżni ludzi i zdoła uciec do nieznanego zakątka wszechświata w którym odradza się potęga krzemowych istot?

MICHAŁ CHOLEWA

Sente

* * *

© 2018 WARBOOK Sp. z o.o.

© 2018 Michał Cholewa

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja: Agnieszka Pawlikowska

Korekta: Karina Stempel-Gancarczyk

Projekt graficzny, skład, eBook:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

Ilustracja na okładce: Tomasz Tworek

Projekt okładki: Hevi sp. z o.o.

ISBN 978-83-65904-28-7

Ustroń 2018

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Prolog

Oba księ­ży­ce Be­ijing sta­ły wy­so­ko nad Za­ka­za­nym Mia­stem, kie­dy wa­ha­dło­wiec Liao Tzu pod­cho­dził do lą­do­wa­nia. Wi­dok na do­stoj­ne pa­wi­lo­ny, po­grą­żo­ne w srebr­nym bla­sku ogro­dy, na świa­tła se­tek lam­pio­nów nor­mal­nie cie­szył­by oko – ale ad­mi­rał był zbyt za­tro­ska­ny, by w peł­ni do­ce­nić pięk­no. We­zwa­nie na Be­ijing, i to nie tyl­ko dla nie­go, ale dla ca­łej gru­py bo­jo­wej, po­nad trzy­dzie­stu okrę­tów, mu­sia­ło ozna­czać roz­ka­zy o du­żej wa­dze – a do­świad­cze­nie Liao Tzu mó­wi­ło mu, że te rzad­ko są czymś do­brym.

Prom mięk­ko osiadł na lą­do­wi­sku Tian’an­men i ad­mi­rał zszedł po ram­pie w chłod­ne, pach­ną­ce ja­śmi­nem po­wie­trze. Na­tych­miast po­de­szła do nie­go dru­ży­na ma­ri­nes w czar­no-czer­wo­nych pan­ce­rzach, ce­re­mo­nial­na eskor­ta dla wy­so­kich ran­gą woj­sko­wych. Sta­no­wi­ła nie­mal je­dy­ny wi­docz­ny mi­li­tar­ny ak­cent na te­re­nie lą­do­wi­ska.

Obec­ność woj­sko­wych w po­bli­żu im­pe­rial­ne­go dwo­ru była za­wsze dys­kret­na i nie­mal­że wsty­dli­wa. Za­ka­za­ne Mia­sto dba­ło, by nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że ar­mia i flo­ta są tyl­ko służ­bą wo­bec władz cy­wil­nych, smut­ną ko­niecz­no­ścią w pro­ce­sie bu­do­wy po­tę­gi Im­pe­rium. Z tego po­wo­du per­so­nel woj­sko­wy trzy­mał się za­wsze na ubo­czu, by nie rzu­cać się w oczy urzęd­ni­kom, dwo­rza­nom i go­ściom. Dla­te­go stre­fy obro­ny były za­rzą­dza­ne z za­ma­sko­wa­nych punk­tów do­wo­dze­nia, a obro­na prze­ciw­lot­ni­cza ukry­ta w za­mknię­tych si­lo­sach. Dla­te­go wresz­cie dro­ga ku Pa­wi­lo­no­wi Wa­lecz­no­ści, do któ­re­go wie­zio­no ad­mi­ra­ła, nie­odmien­nie wio­dła przez Bra­mę Po­łu­dnio­wą, pod spoj­rze­niem wiel­kie­go po­są­gu Kon­fu­cju­sza, do­da­ne­go do Za­ka­za­ne­go Mia­sta je­dy­nie po to, by przy­po­mi­nał żoł­nie­rzom, gdzie jest ich miej­sce w ide­al­nej har­mo­nii świa­ta wi­dzia­ne­go z Be­ijing. Dzie­siąt­ki i set­ki drob­nych, dys­kret­nych sy­gna­łów sta­le mia­ły przy­po­mi­nać, że Za­ka­za­ne Mia­sto nie po­chwa­la woj­ny i nie czci tych, któ­rzy się nią pa­ra­ją. Młod­si ofi­ce­ro­wie czę­sto mie­li wąt­pli­wo­ści, a na­wet czu­li się ura­że­ni ta­kim po­dej­ściem dwo­ru. Liao Tzu jed­nak nie tyl­ko się doń przy­zwy­cza­ił, ale też na­uczył się je ak­cep­to­wać. Bądź co bądź, było słusz­ne. Wszy­scy po­win­ni zmie­rzać do świa­ta, któ­ry nie bę­dzie mu­siał każ­de­go dnia wal­czyć.

Tra­sa była krót­ka i po za­le­d­wie chwi­li li­mu­zy­na za­trzy­ma­ła się u stóp stop­ni wio­dą­cych do Pa­wi­lo­nu Wa­lecz­no­ści. Liao Tzu wy­siadł, od­sa­lu­to­wał do­wo­dzą­ce­mu ochro­ną po­rucz­ni­ko­wi i po­wo­li wspiął się na oświe­tlo­ne zdo­bio­ny­mi lam­pio­na­mi scho­dy. Za jego ple­ca­mi tęt­ni­ły ży­ciem dzie­dziń­ce Za­ka­za­ne­go Mia­sta, nie­po­mne na porę dnia i nocy, za­wsze peł­ne ide­al­nie zor­ga­ni­zo­wa­ne­go ru­chu na chwa­łę Nie­biań­skie­go Smo­ka.

***

Man­da­ryn, odzia­ny w ce­re­mo­nial­ny strój ha­fto­wa­ny w żu­ra­wie, cze­kał przy sto­li­ku oświe­tlo­nym bla­skiem kil­ku mi­ster­nie przy­go­to­wa­nych pa­pie­ro­wych lam­pio­nów, po­śród ka­mien­nych ni­skich i pła­skich do­nic, wy­peł­nio­nych kwia­ta­mi i krze­wa­mi, bu­du­ją­cy­mi za­ska­ku­ją­co spój­ne wra­że­nie ogro­du. Za­pach ja­śmi­nu był nie­mal odu­rza­ją­cy, a na jed­nej z ga­łą­zek przy­siadł sło­wik, któ­ry te­raz prze­krzy­wił łe­pek, by przyj­rzeć się przy­by­szo­wi. Przed star­cem stał ozdob­ny sto­lik, na któ­rym uło­żo­no mi­ster­nie wy­ko­na­ny go­ban. Le­żą­ce na nim ka­mie­nie uka­zy­wa­ły bi­twę w ostat­niej fa­zie, praw­do­po­dob­nie albo tuż przed pod­li­cze­niem punk­tów, albo tuż po nim. Rzeź­bio­na urna na ka­mie­nie była już pra­wie pu­sta. Czar­ne ka­mie­nie ze­pchnę­ły bia­łe do głę­bo­kiej de­fen­sy­wy i wy­nik star­cia wy­da­wał się nie­mal prze­są­dzo­ny. Ad­mi­rał z za­sko­cze­niem roz­po­znał do­kład­nie ten sam układ na plan­szy, któ­ry pa­mię­tał ze swo­jej po­przed­niej wi­zy­ty w Za­ka­za­nym Mie­ście. Układ, w któ­rym grał czar­ny­mi – i zwy­cię­żył. Układ, któ­ry – na­dal był prze­ko­na­ny – miał być ja­kie­goś ro­dza­ju na­uką i któ­re­go, po­mi­mo że od­two­rzył go w swo­im ga­bi­ne­cie i ob­ser­wo­wał każ­de­go dnia, nie po­tra­fił od­szy­fro­wać.

Ad­mi­rał pod­szedł do cze­ka­ją­ce­go nań miej­sca i za­marł w ocze­ki­wa­niu. Man­da­ryn uniósł gło­wę znad go­ba­nu. Na po­bruż­dżo­nej głę­bo­ki­mi zmarszcz­ka­mi twa­rzy dwo­je jed­no­li­cie czar­nych oczu wy­glą­da­ło jak za­sy­sa­ją­ce świa­tło stud­nie.

– Z całą pew­no­ścią chciał­byś spo­cząć po dłu­giej po­dró­ży, ad­mi­ra­le. – Wska­zał na wol­ne miej­sce po dru­giej stro­nie sto­łu.

Liao Tzu skło­nił się bez sło­wa i usiadł ostroż­nie na­prze­ciw­ko star­ca. Spoj­rzał na go­ban.

– Wi­dzę, że zde­cy­do­wa­łeś się przy­po­mnieć mi o chwi­lach daw­nej chwa­ły, Żu­ra­wiu.

– Każ­da bi­twa jest oka­zją do na­uki – od­parł man­da­ryn, uśmie­cha­jąc się wą­ski­mi usta­mi. – A naj­wię­cej je­ste­śmy w sta­nie się na­uczyć, kie­dy zna­my cały jej prze­bieg.

Prze­su­nął dłoń­mi po­nad ka­mie­nia­mi two­rzą­cy­mi ob­raz za­koń­czo­ne­go star­cia.

– Chcia­łem cię za­py­tać o two­je­go ucznia – po­wie­dział na­gle, pod­no­sząc wzrok znad bia­ło-czar­nej mo­zai­ki. – O two­je za­da­nie.

Ad­mi­rał po­chy­lił gło­wę. Spo­dzie­wał się, że roz­mo­wa bę­dzie do­ty­czy­ła jego mi­sji. Po­ści­gu za de­zer­te­rem i zdraj­cą Wu She­nem, któ­ry miast służ­by Nie­biań­skie­mu Smo­ko­wi wy­brał pi­rac­two i cha­os. Nie­gdy­siej­szym pod­wład­nym i uczniem Liao Tzu. Jego naj­więk­szą po­raż­ką.

– Moje ze­spo­ły od­cię­ły siły lo­jal­ne wo­bec zdraj­cy od za­opa­trze­nia – po­wie­dział ci­cho. – Mie­li­śmy kil­ka po­ty­czek, jed­nak zdraj­cy za­wsze uda­wa­ło się umknąć, po­no­sząc tyl­ko nie­wiel­kie stra­ty. Kie­dy nad­szedł roz­kaz po­wro­tu na Be­ijing, cze­ka­li­śmy w za­sadz­ce przy tra­sie kon­wo­jów za­opa­trze­nio­wych dla sys­te­mów po­gra­ni­cza. Nie­mniej po­zo­sta­je fak­tem, że zda­je się wy­prze­dzać nas o pół kro­ku.

– Czy my­ślisz, że ma do­stęp do wie­dzy o two­ich pla­nach? – Sta­rzec uniósł brew, czar­ne jak wę­gle oczy wbi­ły się w Liao Tzu ba­daw­czo.

– Nie wiem – od­parł ad­mi­rał. – Nie je­stem w sta­nie tego stwier­dzić. Jest co naj­mniej rów­nie praw­do­po­dob­ne, że po pro­stu to ja za­wo­dzę w przy­dzie­lo­nym mi za­da­niu.

Sło­wik za­śpie­wał po­śród ja­śmi­nu. Liao Tzu prze­łknął śli­nę – to, co miał po­wie­dzieć, nio­sło po­ten­cjal­nie prze­ra­ża­ją­ce wnio­ski.

– Mam jed­nak zu­peł­nie inne spo­strze­że­nie. Na­sze ba­da­nia w sys­te­mach, któ­re za­ata­ko­wał – wes­tchnął – wska­zu­ją, że jego moż­li­wo­ści są więk­sze, niż wy­ni­ka­ło­by to z jego sił. Sa­bo­taż, wie­dza, któ­rą po­sia­da… Jego moż­li­wo­ści wpły­nię­cia na tech­no­lo­gie obroń­ców są za­ska­ku­ją­ce. Wie­lu z im­pe­rial­nych do­wód­ców na tych po­ste­run­kach okre­śla je wręcz jako nie­ludz­kie.

Man­da­ryn po­wo­li po­ki­wał gło­wą. Chu­de, po­marsz­czo­ne pal­ce po­ru­szy­ły się, jak­by sta­rzec grał na nie­wi­docz­nym in­stru­men­cie.

– Wie­ści te z pew­no­ścią zo­sta­ną spraw­dzo­ne – po­wie­dział wresz­cie. – Zwłasz­cza że ist­nie­je wię­cej niż jed­no źró­dło su­ge­ru­ją­ce, że spo­strze­żo­no pew­ne zja­wi­ska, któ­rych od daw­na nie ob­ser­wo­wa­no. Tak­że poza prze­strze­nią Im­pe­rium.

Man­da­ryn za­milkł, przy­słu­chu­jąc się tre­lo­wi sło­wi­ka. Liao Tzu ski­nął gło­wą, ale nie ode­zwał się. Cze­kał, wie­dząc, że choć jego roz­mów­ca mil­czał, jesz­cze nie skoń­czył wy­po­wie­dzi.

– W isto­cie – sta­rzec wska­zał na plan­szę – być może jest jesz­cze jed­na na­uka, któ­rą moż­na wy­cią­gnąć z na­szej roz­gryw­ki. A do­kład­niej, jaką ja bym mógł wy­cią­gnąć.

Ad­mi­rał po­dą­żył wzro­kiem za po­marsz­czo­ną dło­nią, wska­zu­ją­cą zwy­cię­ski szyk czar­nych ka­mie­ni, któ­ry­mi po­ko­nał prze­ciw­ni­ka pod­czas gry po­nad dwa lata temu. Zmarsz­czył brwi. Ja­kie wnio­ski mógł­by wy­cią­gnąć bia­ły gracz? Przy­po­mniał so­bie tak czę­sto po­wta­rza­ny w za­ci­szu wła­sne­go ga­bi­ne­tu prze­bieg roz­gryw­ki.

Sku­pio­ny na bi­twie, do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wał się, że sło­wik za­milkł, a kie­dy spoj­rzał na man­da­ry­na, tego nie było już na sie­dzi­sku. Sta­rzec bez­sze­lest­nie wstał, po czym uklęk­nął, czo­łem do­ty­ka­jąc pod­ło­gi. Liao Tzu ob­ró­cił się. Ist­nia­ła je­dy­na oso­ba w ca­łym Im­pe­rium, wo­bec któ­rej man­da­ryn mógł – mu­siał – się tak za­cho­wać.

Nie­biań­ski Smok stał kil­ka kro­ków za nim w zło­tej sza­cie zdo­bio­nej mo­ty­wa­mi smo­ków, do­zwo­lo­nej je­dy­nie jemu. Był młod­szy, niż ad­mi­rał ocze­ki­wał, mógł mieć koło pięć­dzie­siąt­ki. Wy­so­ki i smu­kły, choć po­przez luź­ną sza­tę wi­dać było to głów­nie po dło­niach i kształ­cie twa­rzy. W czar­nych wło­sach po­ja­wia­ła się już si­wi­zna. Ku gi­gan­tycz­ne­mu za­sko­cze­niu Liao Tzu jego oczy nie były jed­no­li­cie czar­ne jak u użyt­kow­ni­ków neu­ro­złą­cza. Za po­sta­cią Ce­sa­rza nie­ru­cho­mo sta­ła para słu­żek, ja­sno­skó­rych, o twa­rzach pięk­nych jak por­ce­la­no­we lal­ki. Liao Tzu wi­dział Nie­biań­skie­go Smo­ka pierw­szy raz w ży­ciu i choć wy­obra­żał go so­bie ina­czej, na­gła myśl, że prze­cież po­peł­niał błąd, że prze­cież tak wła­śnie po­wi­nien wy­glą­dać Ce­sarz – była ja­sna i oczy­wi­sta. Ukląkł i w ce­re­mo­nial­nym po­kło­nie do­tknął czo­łem zie­mi.

Ce­sarz bez­gło­śnie pod­szedł do sto­li­ka i przez dłu­gą chwi­lę przy­glą­dał się roz­ło­żo­nym ka­mie­niom go.

– Po­wstań­cie – po­wie­dział wresz­cie.

Ad­mi­rał i man­da­ryn wsta­li jed­no­cze­śnie.

– Ad­mi­ra­le Liao Tzu – Nie­biań­ski Smok spoj­rzał na ofi­ce­ra i wska­zał na go­ban – czy już wiesz, jaką na­ukę mógł wy­cią­gnąć opo­nent, sto­jąc na­prze­ciw­ko two­ich zdol­no­ści?

– Nie, Wa­sza Wy­so­kość.

Ce­sarz spoj­rzał raz jesz­cze na go­ban.

– To pro­ste – od­parł wresz­cie bez cie­nia przy­ga­ny. – Po­wi­nien na­uczyć się, że sam z tobą nie zwy­cię­ży. ■

1. Wolność

Strefa Zero, Alpha III Reticuli, pogranicze terytorium USA,

7.04.2214 ESD, 01:06

„John Don­ne”, na­wet cięż­ko ran­ny, na­dal spra­wiał wra­że­nie śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne­go. Oto­czo­ny rusz­to­wa­nia­mi mo­bil­ne­go doku, z przy­le­pio­ną doń hubą sta­cji ba­daw­czej Tu­ring, omia­ta­ny na­mia­ra­mi eska­dry za­bez­pie­cza­ją­cej i na wpół roz­mon­to­wa­ny, zda­wał się za­le­d­wie cze­kać przy­cza­jo­ny, ob­ser­wo­wać swo­ich opraw­ców. Pla­no­wać ko­lej­ny krok.

Tym ra­zem jed­nak lu­dzie byli go­to­wi. W cią­gu trzech mie­się­cy ist­nie­nia Stre­fy Zero wszyst­kie prze­pro­wa­dza­ne tu ba­da­nia od­by­wa­ły się w rytm nie­na­ru­szal­nych pro­ce­dur. Nie chcia­no znisz­czyć bez­cen­ne­go zna­le­zi­ska, ja­kie sta­no­wił „John Don­ne”, lecz spraw­dza­nie go krok po kro­ku było po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­ne – nikt nie wie­dział, ja­kie jesz­cze nie­spo­dzian­ki skry­wa ka­dłub nisz­czy­cie­la. Po­sta­no­wio­no więc za­bez­pie­czyć się jak naj­le­piej. Nie­ustan­nie na­mie­rza­ją­ce go okrę­ty unij­ne­go ze­spo­łu z fla­gą na EUS „Achil­les” bez prze­rwy krą­ży­ły tuż poza umow­ną gra­ni­cą sie­dem­dzie­się­ciu jed­no­stek od wra­ku, ame­ry­kań­ska eska­dra li­nio­wa cze­ka­ła dwu­krot­nie da­lej. We­wnątrz stre­fy pa­tro­lo­wej prze­by­wał je­dy­nie osła­nia­ny przez dwa nisz­czy­cie­le okręt ba­daw­czy EUS „Amund­sen” – mo­bil­na sta­cja dla ze­spo­łów na­uko­wych lą­du­ją­cych na Tu­rin­gu i wy­dzie­ra­ją­cych „Joh­no­wi Don­ne’owi” jego ta­jem­ni­ce. Tam też w spe­cjal­nej, od­cię­tej od wszel­kich łącz da­nych celi trzy­ma­no Hak­ke­na, prze­chwy­co­ną wraz z okrę­tem sztucz­ną in­te­li­gen­cję. Na po­dej­ście w po­bli­że wra­ku ze­zwo­le­nie mia­ły tyl­ko dwa ro­dza­je jed­no­stek: woj­sko­we wa­ha­dłow­ce prze­wo­żą­ce ze­spo­ły ba­daw­cze i – w ra­zie po­trze­by – wspar­cie woj­sko­we oraz spe­cjal­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ny frach­to­wiec „Au­ro­ra” zaj­mu­ją­cy się trans­por­tem cięż­kie­go ekwi­pun­ku.

Mimo to wśród kon­tyn­gen­tu woj­sko­we­go Stre­fy Zero było wie­lu ofi­ce­rów, któ­rzy po­czu­li­by się o wie­le le­piej, gdy­by zdo­ła­no za­koń­czyć jego wi­wi­sek­cję, do­bić go ter­mo­nu­kle­ar­ny­mi cio­sa­mi, nie po­zo­sta­wić ani śla­du po okrę­cie SI i skry­wa­nych w nim nie­bez­pie­czeń­stwach. Lu­dzie na­wet te­raz czu­li lęk przed swo­im naj­do­sko­nal­szym wro­giem.

Tym­cza­sem jed­nak sam „John Don­ne” nie ro­bił nic, co mo­gło­by te oba­wy po­twier­dzać. Od mo­men­tu, gdy tra­fi­ły go po­ci­ski „Nie­na­wist­nej”, a unij­ne jed­nost­ki przy­ho­lo­wa­ły do Stre­fy, okręt za­cho­wy­wał się jak każ­dy inny wrak. Żad­ne ma­szy­ny nie wy­szły na­prze­ciw ze­spo­łów ba­daw­czych, nie oży­ły na­gle re­ak­to­ry, sys­te­my bro­ni mil­cza­ły. Okręt SI – jak na ra­zie – cał­ko­wi­cie pod­da­wał się ludz­kim zdo­byw­com. Cze­kał.

***

Ciem­no­wło­sa dziew­czy­na w po­zba­wio­nym ozna­czeń mun­du­rze Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych sie­dzia­ła na pod­wi­nię­tych no­gach na środ­ku po­miesz­cze­nia. Jej je­dy­nym to­wa­rzy­szem był uśmiech­nię­ty trzy­dzie­sto­kil­ku­la­tek z krót­kim grze­bie­niem tle­nio­nych wło­sów oraz kil­ko­ma wi­docz­ny­mi pier­cin­ga­mi. Męż­czy­zna cho­dził po po­ko­ju, trzy­ma­jąc ręce w kie­sze­niach an­tycz­ne­go sza­re­go pro­chow­ca. Obo­je mil­cze­li – a przy­naj­mniej tyle moż­na było stwier­dzić, pa­trząc na od­czy­ty umiesz­czo­nych w po­miesz­cze­niu mi­kro­fo­nów. W pew­nym mo­men­cie dziew­czy­na wsta­ła, spo­glą­da­jąc na roz­mów­cę z wy­raź­nym roz­ba­wie­niem. Na­stęp­nie chwy­ci­ła go za rękę – a ra­czej spró­bo­wa­ła. Jej drob­na dłoń prze­nik­nę­ła bez tru­du przez ciem­niej­szą, ma­syw­niej­szą rękę męż­czy­zny w pro­chow­cu. Po­tem dziew­czy­na ru­szy­ła na­przód, prze­cho­dząc przez po­stać na wskroś. Męż­czy­zna roz­padł się w rój świe­tli­stych punk­tów, któ­re ude­rzy­ły o pod­ło­gę po­miesz­cze­nia ni­czym szkla­ne kul­ki. Kie­dy ze­bra­ły się ra­zem, za­miast po­przed­niej po­sta­ci na­prze­ciw dziew­czy­ny stał sze­ścio­let­ni chłop­czyk, trzy­ma­ją­cy ja­sno­ró­żo­wy ka­ra­bin-za­baw­kę. Obo­je za­śmia­li się, jak dzie­ci, któ­re od­kry­ły wy­jąt­ko­wo śmiesz­ną za­ba­wę. Po­tem dziew­czy­na usia­dła, tym ra­zem na koń­cu po­miesz­cze­nia.

Puł­kow­nik Wil­liam Bris­ba­ne ru­chem dło­ni wy­izo­lo­wał frag­ment prze­ka­zu i za­trzy­mał pro­jek­cję. Ho­lo­gra­ficz­ny ob­raz za­marł. Dziec­ko i dziew­czy­na za­trzy­ma­li się w pół wy­bu­chu śmie­chu.

– Roz­ma­wia­ją, praw­da? – za­py­tał ci­cho.

– Nie wiem. – Sie­dzą­ca obok nie­go ma­jor Krol­le wpa­try­wa­ła się w nie­ru­cho­my ob­raz jed­no­li­cie czar­ny­mi ocza­mi. Mag o bla­dej, trój­kąt­nej twa­rzy i wy­so­kich ko­ściach po­licz­ko­wych ko­ja­rzy­ła się puł­kow­ni­ko­wi z el­fa­mi ze sta­rych le­gend. – Wiem, że robi to Hak­ken.

Szczu­pła dłoń ma­jor prze­su­nę­ła się mi­ni­mal­nie na kon­so­le­cie i ob­raz cof­nął się do mo­men­tu, kie­dy Co­let­te prze­szła po­przez ho­lo­gra­ficz­ną ilu­zję. Świetl­ne punk­ty two­rzą­ce męż­czy­znę po­now­nie roz­sy­pa­ły się na wszyst­kie stro­ny, tyl­ko po to, by za­trzy­mać się jesz­cze przed opad­nię­ciem na po­kład, kie­dy mag za­pau­zo­wa­ła na­gra­nie. Po­tem wró­ci­ły, for­mu­jąc świe­tli­stą syl­wet­kę, lecz za­nim uzy­ska­ła rysy, na­gra­nie znów ru­szy­ło na­przód. Na­gle ob­raz za­marł, a na­stęp­nie uka­zał zbli­że­nie po­je­dyn­czej świe­tli­stej plam­ki, wy­peł­nio­nej ko­lo­ro­wy­mi spi­ra­la­mi i ro­ze­ta­mi. Krol­le spoj­rza­ła na Bris­ba­ne’a, zwra­ca­jąc ku nie­mu szczu­płą twarz, nie­po­ko­ją­co po­zba­wio­ną wy­ra­zu.

– Wie pani, co po­wie­dział? – za­py­tał puł­kow­nik.

– Nie. – Miał nie­przy­jem­ne wra­że­nie, że za­nim mag od­po­wie­dzia­ła, upły­nę­ła nie­co zbyt dłu­ga chwi­la, jak­by Krol­le roz­wa­ża­ła też inne opcje. – To musi być szyfr, któ­ry albo usta­li­li, albo opie­ra się na wie­dzy Co­let­te Arn­hem. Ja jej nie po­sia­dam.

Bris­ba­ne do­ce­niał ma­gów. Pre­dys­po­zy­cje, neu­ro­złą­cze i lata ćwi­czeń da­wa­ły im gi­gan­tycz­ną prze­wa­gę nad ludź­mi w pra­cy z sys­te­ma­mi kom­pu­te­ro­wy­mi. Byli lo­gicz­ni, pre­cy­zyj­ni i pra­wie cał­ko­wi­cie po­zba­wie­ni emo­cji, co rów­nież by­wa­ło nie­zwy­kle prak­tycz­ną ce­chą. Cza­sem spra­wia­li też wra­że­nie tak ob­cych, że moż­na się było za­sta­na­wiać, czy bli­żej im do lu­dzi, czy ma­szyn. I choć ma­go­wie byli wie­lo­krot­nie we­ry­fi­ko­wa­ni, to prze­cież nie­ła­two jest przej­rzeć oso­bę na kra­wę­dzi ge­niu­szu.

– Ro­zu­miem.

– Fakt jed­na­ko­woż, że sama Co­let­te nie ra­por­tu­je sy­gna­łów od Hak­ke­na…

– Ro­zu­miem – po­wie­dział, odro­bi­nę gło­śniej, niż za­mie­rzał.

Mag za­mil­kła, jej czar­ne oczy były jak dwie nie­skoń­czo­ne stud­nie.

– Ma pani do­stęp do wszyst­kich zna­nych mi in­for­ma­cji o Co­let­te Arn­hem, ma­jo­rze. Pro­szę na­dal nad tym pra­co­wać i za­wia­do­mić mnie, kie­dy tyl­ko coś bę­dzie wia­do­mo.

– Tak.

– Jesz­cze jed­no. – Au­stra­lij­czyk spoj­rzał na Krol­le. – Czy we­dług pani opi­nii Arn­hem jest wia­ry­god­na?

Ma­jor mil­cza­ła, ob­ser­wu­jąc oesa nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem.

Bris­ba­ne po­wo­li ski­nął gło­wą i ob­ró­cił się do wyj­ścia. Za­nim opu­ścił po­miesz­cze­nie, ostat­ni raz spoj­rzał na mo­ni­tor, uka­zu­ją­cy wnę­trze celi Hak­ke­na na od­le­głym o dwa­na­ście jed­no­stek „Amund­se­nie”. Co­let­te Arn­hem pa­trzy­ła wprost w obiek­tyw ka­me­ry i uśmie­cha­ła się przy­jaź­nie.

EUS „Piołun”, Strefa Zero, Alpha III Reticuli, pogranicze terytorium USA,

7.04.2214 ESD, 03:58

Eli­se Mo­ore sie­dzia­ła w fo­te­lu w sali kon­fe­ren­cyj­nej „Pio­łu­nu”, z dłoń­mi zło­żo­ny­mi na rę­ko­je­ści nie­od­łącz­ne­go ra­pie­ra. Broń – o ile Bris­ba­ne pa­mię­tał, pa­miąt­ka ro­dzin­na i znak roz­po­znaw­czy eks­cen­trycz­nej ko­man­dor – po­wo­li wi­ro­wa­ła po­mię­dzy ukry­ty­mi w rę­ka­wicz­kach dłoń­mi, kre­śląc gło­wi­cą ósem­ki w po­wie­trzu. Mo­ore pa­trzy­ła na ol­brzy­mią, zaj­mu­ją­cą całą dłu­gość ścia­ny pro­jek­cję ekra­nu tak­tycz­ne­go okrę­tu. Czar­ne tło pstrzy­ły ko­lo­ro­we iko­ny, kody i sym­bo­le, prze­ci­na­ły je ja­sne li­nie tra­jek­to­rii, zdo­bi­ły sza­re sfe­ry praw­do­po­dob­nych po­zy­cji obiek­tów, któ­re chwi­lo­wo po­zo­sta­wa­ły nie­wi­docz­ne dla sen­so­rów. Po­zy­cję „Pio­łu­nu” zna­czy­ła błę­kit­na iko­na na po­gra­ni­czu Stre­fy Zero, tuż obok po­dob­nej, sym­bo­li­zu­ją­cej ba­daw­cze­go „Amund­se­na”, i czer­wo­nej, wska­zu­ją­cej po­zy­cję USS „Ne­me­sis”, jak cień po­wta­rza­ją­ce­go ma­new­ry unij­ne­go nisz­czy­cie­la.

– Puł­kow­ni­ku. – Nie od­wró­ci­ła się w jego stro­nę, na­dal sku­pio­na wy­łącz­nie na pro­jek­cji.

– Ko­man­do­rze – od­parł Bris­ba­ne uprzej­mie. – Jaki wie­ści ze Stre­fy?

– Bez zmian. – Rę­ko­jeść ra­pie­ra za­tań­czy­ła po­mię­dzy smu­kły­mi dłoń­mi ofi­cer, z pra­wej do le­wej, z le­wej do pra­wej, w rów­nym tem­pie, pre­cy­zyj­nie jak me­tro­nom. – Wszy­scy cho­dzą jak na pa­ra­dzie, nikt nie zszedł z ozna­czo­nych kur­sów na­wet o ki­lo­metr.

– Nikt nie chce in­cy­den­tu. – Au­stra­lij­czyk wzru­szył ra­mio­na­mi. – W pe­wien spo­sób po­cie­sza­ją­ce.

Nie czuł się spe­cjal­nie za­sko­czo­ny. Za­wie­sze­nie bro­ni po­mię­dzy Unią i Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi było jesz­cze bar­dzo świe­że, a za­gro­że­nie, któ­re im­pli­ko­wa­ła smu­kła, groź­na syl­wet­ka „Joh­na Don­ne’a”, na­dal w sfe­rze hi­po­tez. W ta­kiej sy­tu­acji na­gła eska­la­cja sy­tu­acji po­mię­dzy nie­daw­ny­mi wro­ga­mi zda­wa­ła się bar­dziej praw­do­po­dob­na niż sztucz­ka oto­czo­ne­go pa­ję­czy­ną osprzę­tu wra­ku.

– Albo chcą go w kon­kret­nym mo­men­cie. – Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się krzy­wo, jed­nak za­nim zdą­ży­ła po­wie­dzieć coś wię­cej, na­prze­ciw niej po­ja­wi­ły się dwie ko­lej­ne pro­jek­cje. Jed­na z nich przed­sta­wia­ła kontr­ad­mi­ra­ła Pe­tre­scu, krzep­kie­go, śnia­de­go sześć­dzie­się­cio­lat­ka do­wo­dzą­ce­go unij­ną eska­drą. Na dru­giej wi­dzie­li bla­dą, po­cią­głą twarz dok­tor Hjel­strom, sze­fo­wej ka­dry na­uko­wej „Amund­se­na”.

Bris­ba­ne zer­k­nął na wska­za­nia ścien­ne­go ze­ga­ra – dwój­ka przy­by­szów była, jak za­wsze, punk­tu­al­na nie­mal co do se­kun­dy.

– Dzień do­bry pań­stwu – za­czął Pe­tre­scu i kon­ty­nu­ował, nie cze­ka­jąc, aż prze­brzmią ru­ty­no­we grzecz­no­ści: – I od razu: jak po­stę­py? Tyl­ko pro­szę mi to ja­koś stre­ścić.

Bris­ba­ne z tru­dem po­wstrzy­mał się od uśmie­chu, pa­trząc na le­d­wie skry­wa­ną ura­zę dok­tor. Ad­mi­rał Pe­tre­scu, bę­dąc oso­bą obo­wiąz­ko­wą, na­le­gał na co­dzien­ne ra­por­ty z pra­cy na­ukow­ców na „Amund­se­nie” i spo­tka­nie z Mo­ore, do­wód­cą przy­dzie­lo­nej okrę­to­wi eskor­ty. Jed­no­cze­śnie ni­g­dy nie krył się ze swo­ją igno­ran­cją i cią­gle żą­dał uprosz­czeń, co do­pro­wa­dza­ło skru­pu­lat­ną i neu­ro­tycz­ną Hjel­strom do bia­łej go­rącz­ki.

– Na­sze ze­spo­ły na­dal pra­cu­ją nad od­szy­fro­wa­niem da­nych na­wi­ga­cyj­nych, któ­re uda­ło się prze­chwy­cić, ale bez do­dat­ko­wych in­for­ma­cji nie li­czy­my na szyb­ki suk­ces. Pró­bo­wa­li­śmy za­wę­zić prze­strzeń roz­wią­zań do… – za­czę­ła dok­tor, ale Pe­tre­scu zbył ją nie­dba­łym ge­stem.

– Pro­szę się sku­pić na zmia­nach, a nie na rze­czach, któ­re się nie zmie­ni­ły od wczo­raj. Ma­cie coś no­we­go?

To rów­nież sta­no­wi­ło ele­ment cha­rak­te­ry­stycz­ny ich co­dzien­nych spo­tkań – ad­mi­ra­ła draż­nił po­wol­ny po­stęp prac na­uko­wych. Ak­cep­to­wał go, ale z cha­rak­te­ry­stycz­nym żach­nię­ciem czło­wie­ka, któ­ry co praw­da zda­je so­bie spra­wę z ko­niecz­no­ści ostroż­ne­go po­stę­po­wa­nia – lecz bar­dzo by tego nie chciał. Praw­do­po­dob­nie wpływ mia­ły na to nie tyl­ko na­ci­ski z góry, ale też po­cząt­ko­wy po­stęp ba­dań. W pierw­szych ty­go­dniach od­kry­wa­no pew­ne pod­sta­wo­we, jed­nak bar­dzo wi­docz­ne dla la­ika rze­czy – jak na przy­kład to, że „John Don­ne” był luź­ną im­pre­sją na te­mat ame­ry­kań­skie­go nisz­czy­cie­la kla­sy Ve­ster, bu­do­wę sys­te­mu dysz na­pę­du jo­no­we­go oraz, co sta­no­wi­ło wciąż opo­wia­da­ną hi­sto­rię, nie­wiel­kie, od­izo­lo­wa­ne cał­ko­wi­cie od resz­ty okrę­tu po­miesz­cze­nie, bę­dą­ce do­kład­ną re­kon­struk­cją mesy ofi­cer­skiej z ory­gi­nal­ne­go ve­ste­ra, łącz­nie z ma­te­ria­łem fo­te­li oraz od­cię­tym od za­si­la­nia eks­pre­sem do kawy. Czas „wiel­kich od­kryć” mi­nął jed­nak bez­pow­rot­nie i te­raz ze­spo­ły Hjel­strom ska­za­ne były na po­wol­ną, mrów­czą pra­cę i nie­wiel­kie po­stę­py cał­ko­wi­cie po­mi­jal­ne dla ko­goś, kto sam ba­da­czem nie był.

– Dziś rano prze­bi­li­śmy się przez ze­wnętrz­ny pan­cerz „Joh­na Don­ne’a” w sek­to­rze C – po­wie­dzia­ła Szwed­ka ze sztucz­nym uśmie­chem na ustach. – Nie­ste­ty, struk­tu­ra ka­dłu­ba pod nim jest po­dob­na do tej w sek­to­rach A i B. Brak ja­kich­kol­wiek no­wych ko­ry­ta­rzy czy tu­ne­li, jed­no­li­ty ma­te­riał z wy­stę­pu­ją­cy­mi sto­sun­ko­wo re­gu­lar­nie ko­mo­ra­mi o prze­kro­ju po­mię­dzy me­trem a dwo­ma, po­łą­czo­ny­mi duk­ta­mi o prze­kro­ju dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów. Ko­mo­ry są wy­peł­nio­ne py­łem, przede wszyst­kim krze­mo­wym, ale z do­miesz­ka­mi róż­nych me­ta­li. W dwóch przy­pad­kach za­miast pyłu wy­stę­po­wa­ła gę­sta sub­stan­cja, któ­rej ana­li­za wy­ka­za­ła po­dob­ny skład. Na­dal spraw­dza­my hi­po­te­zę, że mamy do czy­nie­nia z pro­gra­mo­wal­ny­mi sub­stan­cja­mi i sys­te­mem umoż­li­wia­ją­cym do­sto­so­wa­nie we­wnętrz­nej struk­tu­ry okrę­tu do po­trzeb. Chwi­lo­wo trud­no nam wy­snuć ja­kieś wią­żą­ce wnio­ski. We­wnątrz duk­tów wy­kry­li­śmy śla­dy tych sa­mych pier­wiast­ków co w ko­mo­rach, jak rów­nież ścież­ki prze­wo­dzą­ce, praw­do­po­dob­nie słu­żą­ce do trans­fe­ru da­nych. Za­ło­ży­li­śmy son­dy, ale na ra­zie mo­ni­to­ring nic nie wy­ka­zu­je.

Obok jej po­do­bi­zny nad kon­fe­ren­cyj­nym sto­łem za­mi­go­tał ko­lej­ny ho­lo­gram uka­zu­ją­cy zbli­że­nia od­wier­tów wy­ko­ny­wa­nych przez eki­py ba­daw­cze w ka­dłu­bie prze­ję­te­go okrę­tu. Na trze­cim z ko­lei uję­ciu dało się zo­ba­czyć roz­wier­co­ną ko­mo­rę oświe­tlo­ną re­flek­to­rem gło­wi­cy ba­daw­czej. Wy­peł­nia­ją­cy prze­strzeń we­wnątrz pył przy­po­mi­nał po­piół.

– Oczy­wi­ście. – Ad­mi­rał zno­wu upił łyk z trzy­ma­ne­go obu­rącz kub­ka. – Co ze źró­dłem mocy? Ma­cie je? Albo wie­cie coś o nim?

Do­mnie­ma­ne źró­dło za­si­la­nia, któ­re­go sła­be echa wy­ła­py­wa­ły ska­ny grup ba­daw­czych, było naj­więk­szą bo­lącz­ką Ru­mu­na.

– Tak, w tym sen­sie, że je­ste­śmy pew­ni jego obec­no­ści – po­twier­dzi­ła dok­tor. – Uwa­ża­my, że jest na na­szej wy­so­ko­ści, do­tar­cie tam to po pro­stu kwe­stia cza­su. We­dług ska­nów to może być do­brze głu­szo­ny re­ak­tor, ale trud­no osza­co­wać…

– Czy może za­si­lić broń? Na­pęd?

– Nie wie­my. – Hjel­strom bar­dzo wy­raź­nie po­wstrzy­ma­ła się przed wy­wró­ce­niem ocza­mi. – Ist­nie­je sze­reg zmien­nych, któ­re wpły­wa­ją na osza­co­wa­nie rze­czy­wi­stej wy­daj­no­ści źró­dła za­si­la­nia w opar­ciu o od­czy­ty i…

– Zna­czy: nie ma wy­ni­ków. Ro­zu­miem. – Pe­tre­scu uniósł do ust pa­ru­ją­cy ku­bek opa­trzo­ny na­pi­sem „Naj­lep­szy dzia­dek na świe­cie”. – Ja­kiś prze­sył da­nych? Na­wi­ga­cja, łącz­ność?

Od­kąd ty­dzień temu ze­spół ba­daw­czy prze­chwy­cił coś, co zi­den­ty­fi­ko­wa­no jako za­szy­fro­wa­ne pa­kie­ty na­wi­ga­cyj­ne, Pe­tre­scu zda­wał się żyć na­dzie­ją, że suk­ces – choć wąt­pli­wy, bo na­dal nic nie od­szy­fro­wa­no – uda się po­wtó­rzyć.

– Nie­wąt­pli­wie tak, ale nie je­ste­śmy w sta­nie stwier­dzić ja­kich. – Są­dząc po wy­ra­zie twa­rzy, Hjel­strom mia­ła na ten te­mat zu­peł­nie inne zda­nie. – Ra­czej nie li­czy­ła­bym na szyb­ki suk­ces na tym polu.

– No tak. No tak. – Ad­mi­rał znów uniósł ku­bek do ust. – Cóż, pro­szę dać mi znać, je­śli tyl­ko bę­dzie coś wia­do­mo. Po­trze­bu­ję też har­mo­no­gra­mu od­wier­tów w głąb ka­dłu­ba „Joh­na Don­ne’a”.

– Nie­ste­ty, mo­że­my do­star­czyć tyl­ko szki­co­wy roz­kład. Po­stęp tego typu ope­ra­cji jest trud­ny do prze­wi­dze­nia, zwłasz­cza że mamy nie ry­zy­ko­wać nie­po­trzeb­nych uszko­dzeń wra­ku. War­to za­uwa­żyć…

– Ogól­ny plan bę­dzie mu­siał wy­star­czyć. – Pe­tre­scu mach­nął ręką i zwró­cił się do Mo­ore, lecz za­nim zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, Szwed­ka unio­sła dłoń.

– Jest jesz­cze jed­na rzecz – po­wie­dzia­ła.

Ad­mi­rał, ku za­sko­cze­niu wszyst­kich, prze­rwał w pół sło­wa i spoj­rzał na Hjel­strom py­ta­ją­co.

– Cho­dzi o spe­cja­list­kę przy­dzie­lo­ną nam przez Do­wódz­two Ope­ra­cji Spe­cjal­nych.

– Arn­hem? – Bris­ba­ne uniósł brew.

– Tak – od­par­ła. – Choć jej po­moc przy prze­chwy­co­nych da­nych po­zo­sta­je nie­oce­nio­na, jej za­cho­wa­nie jest ze wszech miar nie­po­ko­ją­ce.

– W jaki spo­sób?

– Za­nik kon­tak­tu z po­zo­sta­łym per­so­ne­lem – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. – Tak­że pod­czas ba­dań po po­wro­cie z po­kła­du „Joh­na Don­ne’a”. To wy­raź­na zmia­na. Wcze­śniej co praw­da nie by­li­śmy w sta­nie od­szy­fro­wać więk­szo­ści jej prze­ka­zu, ale przy­naj­mniej prze­kaz był. Te­raz prak­tycz­nie całą jej ak­tyw­no­ścią jest po­byt w ko­mo­rze, gdzie trzy­ma­my prze­chwy­co­ną SI.

– Jej za­da­niem jest wy­do­by­cie in­for­ma­cji z tej SI – za­uwa­żył puł­kow­nik. – Po­win­na tam prze­by­wać, ta­kie do­sta­ła roz­ka­zy.

– To praw­da – zgo­dzi­ła się Hjel­strom. – Moi ana­li­ty­cy zna­leź­li jed­nak kil­ka nie­po­ko­ją­cych wzor­ców w jej za­cho­wa­niu. Na­tu­ral­nie za­war­li­śmy to w ra­por­cie.

– Będę wdzięcz­ny za ko­pię.

Szwed­ka ski­nę­ła gło­wą.

– Mam na­dzie­ję, że przyj­rzy się pan tej spra­wie – włą­czył się Pe­tre­scu. – By­ło­by nie­do­brze, gdy­by nie miał pan kon­tro­li nad wła­sny­mi ludź­mi.

– Rę­czę, że w peł­ni kon­tro­lu­ję Arn­hem. – Bris­ba­ne uśmiech­nął się kwa­śno. – Pro­szę się nie oba­wiać.

– To wła­śnie chcia­łem usły­szeć. – Ad­mi­rał uniósł ku­bek w imi­ta­cji to­a­stu. – Ko­man­do­rze Mo­ore, co z „Ne­me­sis”?

Ra­pier prze­pły­wa­ją­cy po­mię­dzy dłoń­mi Eli­se Mo­ore za­marł. Do­wód­ca „Pio­łu­nu” unio­sła wzrok na prze­ło­żo­ne­go.

– Trzy­ma­ją się we­wnątrz ko­ry­ta­rza usta­lo­ne­go w wy­tycz­nych – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie. – Ko­man­dor Kel­ly zgła­sza się co sześć go­dzin, żeby uzgod­nić pro­gram ma­new­rów. Wzo­ro­wy są­siad.

– Do­brze! Tego wła­śnie po­trze­bu­je­my! – Pe­tre­scu wy­raź­nie się roz­pro­mie­nił. Ku­rze łap­ki w ką­ci­kach oczu spra­wi­ły, że w tej chwi­li wy­jąt­ko­wo ła­two było go so­bie wy­obra­zić jako po­sia­da­cza ko­cha­ją­cych wnu­ków. – Za­tem pro­szę…

Za­marł na­gle i zmarsz­czył brwi w od­po­wie­dzi na mel­du­nek po­cho­dzą­cy gdzieś spo­za ka­dru.

– Ile? – za­py­tał, marsz­cząc brwi. – Wy­wo­łu­je­cie ich? Aha… Tak, na ekran.

Przez kil­ka­dzie­siąt se­kund Ru­mun wpa­try­wał się gdzieś na pra­wo od ka­me­ry prze­ka­zu­ją­cej ob­raz na „Pio­łun”. Bris­ba­ne, Mo­ore i Hjel­strom cze­ka­li w mil­cze­niu.

– Pro­szę pań­stwa – jo­wial­ność wy­pa­ro­wa­ła z gło­su ad­mi­ra­ła jak zdmuch­nię­ta – sy­tu­acja się zmie­ni­ła.

– Sir? – Mo­ore zmru­ży­ła zie­lo­ne oczy.

– Wła­śnie otrzy­ma­łem in­for­ma­cję, że do sys­te­mu we­szła Pią­ta Eska­dra Li­nio­wa – wy­ja­śnił Ru­mun. – Jej do­wód­ca chce jak szyb­sze­go kon­tak­tu z ka­drą.

– Nowe roz­ka­zy? – Wzrok ko­man­dor Mo­ore po­wę­dro­wał do ekra­nu tak­tycz­ne­go.

– Nowy układ sił, więc i nowe roz­ka­zy, tak. – Pe­tre­scu po­cią­gnął dłu­gi łyk z kub­ka. – Od­pra­wa za kwa­drans.

Jed­nym ru­chem prze­rwał po­łą­cze­nie. Jego ho­lo­gram za­mi­go­tał i znikł, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie tyl­ko sza­ry po­blask pro­jek­to­ra i echo nie­po­ko­ju ad­mi­ra­ła.

EUS „Aurora”, Strefa Zero, Alpha III Reticuli, pogranicze terytorium USA,

7.04.2214 ESD, 05:11

Trans­por­to­wiec „Au­ro­ra” był bar­dzo spe­cy­ficz­nym okrę­tem. Ni­czym prze­ra­so­wio­ny pies, sta­no­wił do­sko­na­ły przy­kład ide­al­ne­go do­sto­so­wa­nia do jed­ne­go za­da­nia i wy­jąt­ko­wej bez­u­ży­tecz­no­ści we wszyst­kich in­nych. Jego ka­dłub po­zba­wio­no ochron­nej war­stwy po­szy­cia CSS, czy­niąc go zu­peł­nie bez­bron­nym wo­bec ognia la­se­rów da­le­kie­go za­się­gu. Sys­te­my łącz­no­ści wzmoc­nio­no ka­blo­wy­mi in­ter­ko­ma­mi, przez co ko­mu­ni­ka­cji we­wnętrz­nej prak­tycz­nie nie dało się za­kłó­cić na dłu­go. Po­most bo­jo­wy zo­stał za­mi­no­wa­ny, po­dob­nie jak dwie ba­te­rie obro­ny punk­to­wej. Uru­cho­mie­nie na­pę­du gwiezd­ne­go wy­ma­ga­ło fi­zycz­nej obec­no­ści w dwóch od­le­głych od sie­bie punk­tach, a rdzeń na­wi­ga­cyj­ny dało się od­strze­lić pro­stą ko­men­dą. Kap­su­ły ra­tun­ko­we były nie­mal cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ny­mi elek­tro­ni­ki sko­ru­pa­mi, po­zwa­la­ją­cy­mi prze­trwać nie wię­cej niż kil­ka­na­ście go­dzin w prze­strze­ni. Trans­por­to­wiec miał za to moc­no pod­ra­so­wa­ne sil­ni­ki ma­new­ro­we, dzię­ki cze­mu do­ko­wa­ło się nim nie­mal jak wa­ha­dłow­cem, do­sko­na­le wy­po­sa­żo­ną zbro­jow­nię oraz han­gar na nie­wiel­ki ho­low­nik por­to­wy o dra­stycz­nie przy­cię­tym za­się­gu.

To wszyst­ko słu­ży­ło tyl­ko jed­ne­mu ce­lo­wi – by „Au­ro­ra”, do­star­cza­ją­ca za­opa­trze­nie ze­spo­łom na­uko­wym pra­cu­ją­cym na po­kła­dzie „Joh­na Don­ne’a”, była bez­piecz­na. Nie dla swo­jej za­ło­gi, rzecz ja­sna – bez­pie­czeń­stwo ob­sa­dy trans­por­tow­ca było kwe­stią zde­cy­do­wa­nie dru­go­rzęd­ną. „Au­ro­ra”, je­dy­na duża jed­nost­ka ma­ją­ca ze­zwo­le­nie na po­dej­ście do „Joh­na Don­ne’a”, mia­ła przede wszyst­kim nie sta­no­wić za­gro­że­nia dla resz­ty ze­spo­łu, co prze­kła­da­ło się na by­cie nie­zbyt szyb­ką, sła­bo uzbro­jo­ną i ła­twą do znisz­cze­nia. Na­tu­ral­nie za­ło­ga i pa­sa­że­ro­wie „Au­ro­ry” do­sko­na­le zda­wa­li so­bie spra­wę ze sta­tu­su okrę­tu, co było po­wo­dem szyb­kie­go roz­kwi­tu czar­ne­go hu­mo­ru wśród trzy­dzie­stu osób obec­nych na po­kła­dzie. Ale mo­ra­le ob­sa­dy trans­por­tow­ca, któ­ry miał ni­g­dy nie iść do bi­twy, było jesz­cze da­lej na li­ście za­in­te­re­so­wań do­wód­cy so­jusz­ni­czych sił niż jej prze­trwa­nie.

***

Mar­cin Wierz­bow­ski obu­dził się na pisk in­ter­ko­mu. Ciem­ność we­wnętrz­nej stro­ny po­wiek po­wo­li ustą­pi­ła pół­mro­ko­wi ską­pa­nej w noc­nym oświe­tle­niu ka­ju­ty ofi­cer­skiej „Au­ro­ry”. Sie­dział na po­kła­dzie, tuż obok roz­ło­żo­nej koi. Nie przy­po­mi­nał so­bie, kie­dy za­snął, ale to było ostat­nio nor­mą. Od pra­wie mie­sią­ca spał krót­ko, głów­nie w miej­scach, gdzie zmę­cze­nie aku­rat go po­ko­na­ło, i bu­dził się nie­wy­po­czę­ty. Czuł watę w gło­wie i nie­przy­jem­ny cię­żar w ca­łym cie­le. Po­wi­nien był wziąć wię­cej pro­chów – po­ja­wi­ła się zna­jo­ma myśl, zwy­kła re­flek­sja ostat­nich po­ran­ków. Zer­k­nął na ze­gar – była trze­cia w nocy cza­su po­kła­do­we­go, da­le­ko do po­bud­ki. A więc coś mu­sia­ło się wy­da­rzyć. Po­czuł na­głe go­rą­co, kie­dy we­wnętrz­ny dzwo­nek alar­mo­wy su­nął po­przez ko­lej­ne sy­nap­sy, przy­go­to­wu­jąc cia­ło do wal­ki.

– Słu­cham – ode­zwał się, ude­rza­jąc w przy­cisk od­bio­ru.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się drob­na twarz Ca­mil­li Isaks­son. Szwed­ka mia­ła peł­ną wy­stu­dio­wa­nej non­sza­lan­cji minę oso­by, któ­ra nie tyl­ko nie ma nic alar­mu­ją­ce­go do za­ra­por­to­wa­nia, ale też kwe­stio­nu­je samą ko­niecz­ność skła­da­nia mel­dun­ków. Było w niej jed­nak skry­te, le­d­wo wy­czu­wal­ne na­pię­cie, któ­re na­tych­miast wy­ła­pał.

– Wsta­waj, słod­ki ksią­żę – rzu­ci­ła po­zor­nie po­god­nym gło­sem. – Do­bre dusz­ki z cen­tra­li prze­sy­ła­ją po­zdro­wie­nia. Mogę wejść?

– Ja­sne. – Po­lak pod­niósł się, na­cią­gnął blu­zę mun­du­ro­wą i otwarł drzwi.

Nie mógł nie za­uwa­żyć moc­no tak­su­ją­ce­go spoj­rze­nia, ja­kim omiot­ła wnę­trze ka­ju­ty. Za­uwa­ży­ła da­ta­pad na pod­ło­dze, obok – w świe­tle le­piej wi­docz­ną – tac­kę z pu­stym kub­kiem i pu­deł­kiem po le­kach, roz­rzu­co­ną ta­lię kart, nie­ru­szo­ny śpi­wór, za­pew­ne i wy­mię­ty mun­dur. Są­dząc po wy­ra­zie jej twa­rzy, i sam Mar­cin mu­siał wy­glą­dać na wy­mię­te­go.

– Co się dzie­je? – za­py­tał, za­nim zdą­ży­ła co­kol­wiek sko­men­to­wać.

– Spo­ro. – Po­da­ła mu da­ta­pad. – Mamy go­ści w sys­te­mie.

– Kto?

– Nasi. – Ko­bie­ta ukuc­nę­ła przy tac­ce i roz­sy­pa­nych kar­tach, po czym pod­nio­sła w dwóch pal­cach bli­ster po ta­blet­kach. – Pią­ta Eska­dra Li­nio­wa.

– Za­mie­rza­my coś tu ro­bić? – Spoj­rzał na po­da­ne urzą­dze­nie, szyb­ko prze­rzu­ca­jąc ko­lej­ne stro­ny ra­por­tu sen­so­rów.

Roz­ło­ży­ła dło­nie w uni­wer­sal­nym ge­ście nie­wie­dzy.

– Nic, o czym ktoś by mnie po­in­for­mo­wał – po­wie­dzia­ła i za­czę­ła po­wo­li zbie­rać roz­sy­pa­ne kar­ty, jed­ną po dru­giej. – Ale może ty się cze­goś do­wiesz.

Wska­za­ła na trzy­ma­ny przez Po­la­ka da­ta­pad.

– Zna­czy my?

– Zna­czy ty. „Do wy­łącz­nej wia­do­mo­ści do­wód­cy ze­spo­łu”, nie dla ja­kichś pro­stych żoł­da­ków – od­par­ła, pod­no­sząc le­żą­cy na pod­ło­dze ter­mi­nal, za­my­ka­jąc otwar­te na nim okno edy­cji tek­stu i nie ko­men­tu­jąc sa­mot­ne­go „Mamo” na pu­stej stro­nie. – Bris­ba­ne na­wet nie chciał, żeby ta in­for­ma­cja po­szła przez in­ter­kom, i dla­te­go ro­bię za goń­ca.

– Brzmi po­waż­nie. – Mar­cin otwo­rzył okno wia­do­mo­ści, szyb­ko wpro­wa­dza­jąc oso­bi­sty kod do­stę­pu, któ­ry po­twier­dził przy­ło­że­niem chi­pa z jed­no­ra­zo­wym klu­czem. Ekran bły­snął zie­lo­nym za­twier­dze­niem upraw­nień i wy­świe­tlił wia­do­mość.

Po­lak szyb­ko prze­biegł wzro­kiem ko­lej­ne li­nie. W mia­rę jak czy­tał, sen ucie­kał co­raz szyb­ciej.

– Wi­dzę, że po­waż­na rzecz. – Isaks­son pod­nio­sła się, odło­ży­ła ter­mi­nal na nie­wiel­ki sto­lik, obok ka­bu­ry. Po­da­ła Mar­ci­no­wi kar­ty, uwa­ża­jąc, by nie spoj­rzeć przy­pad­kiem na ekran. – Po­trze­bu­jesz po­mo­cy?

Ska­so­wał wia­do­mość i odło­żył da­ta­pad na biur­ko, po czym ode­tchnął głę­bo­ko kil­ka razy. Spo­kój nie nad­szedł.

– Jak naj­bar­dziej – po­wie­dział, sta­ra­jąc się przy­wo­łać swój naj­bar­dziej opa­no­wa­ny ton. Wziął po­da­ną ta­lię kart i scho­wał ją do kie­sze­ni blu­zy. – Daj znać resz­cie, żeby zja­wi­li się w kon­fe­ren­cyj­nej za dzie­sięć mi­nut. I sprawdź, czy nasi przy­ja­cie­le z Hex Ma­chi­ny nie wsta­wi­li tam ja­kichś swo­ich za­ba­wek.

Szwed­ka przez chwi­lę wy­glą­da­ła, jak­by chcia­ła coś od­po­wie­dzieć, ale osta­tecz­nie tyl­ko ski­nę­ła gło­wą, przy­bie­ra­jąc swój zwy­kły ło­bu­zer­ski uśmiech, któ­ry jed­nak nie się­gnął oczu.

– Do­bra. Po­wo­dze­nia.

Wy­szła szyb­kim kro­kiem, po­zo­sta­wia­jąc Wierz­bę sa­me­go. Po­lak po­świę­cił jesz­cze trzy­dzie­ści se­kund na wpa­try­wa­nie się w le­żą­cy na sto­li­ku da­ta­pad. Na­tu­ral­nie od­po­wie­dzi na po­ja­wia­ją­ce się w gło­wie py­ta­nia nie na­de­szły.

Zrzu­cił wy­gnie­cio­ny mun­dur, wci­snął się pod na­trysk i wdu­sił przy­cisk uru­cha­mia­nia. Roz­drob­nio­na mgieł­ka, któ­ra wy­peł­ni­ła ko­mo­rę, przy­jem­nie po­bu­dza­ła koń­ców­ki ner­wo­we, zmy­wa­ła pot i przy­naj­mniej tro­chę usu­wa­ła wra­że­nie zmę­cze­nia. Bę­dzie mu­sia­ło wy­star­czyć. Ogo­lił się i prze­cze­sał wło­sy, przez chwi­lę za­trzy­mu­jąc wzrok na szczu­płej twa­rzy pa­trzą­cej na nie­go z lu­stra. Od­zy­sku­ją­ce przy­tom­ność spoj­rze­nie ciem­nych oczu bę­dzie wy­ma­ga­ło pra­cy, za­nim po­ka­że się pod­wład­nym. Bla­dość nada­wa­ła mu wy­gląd upio­ra, w do­dat­ku sta­rze­ją­ce­go się upio­ra – Wierz­ba prze­su­nął dło­nią po pierw­szych, na ra­zie od­osob­nio­nych mu­śnię­ciach si­wi­zny na ciem­nych wło­sach. Cho­le­ra, nie miał na­wet trzy­dziest­ki.

Wes­tchnął i za­brał się za do­pro­wa­dza­nie do po­rząd­ku mun­du­ru, jed­no­cze­śnie szu­ka­jąc ta­ble­tek po­bu­dza­ją­cych. Zo­sta­ło mu pięć mi­nut, a to, co miał prze­ka­zać swo­im lu­dziom, wy­ma­ga­ło, aby mie­li pew­ność, że w peł­ni pa­nu­je nad sy­tu­acją. Nie bę­dzie ła­two ich oszu­kać.

EUS „Piołun”, Strefa Zero, Alpha III Reticuli, pogranicze terytorium USA,

7.04.2214 ESD, 07:36

Czter­na­ście okrę­tów eska­dry li­nio­wej pro­wa­dzo­nej przez EUS „Chi­me­ra” było wy­raź­nie wi­docz­ne na sen­so­rach da­le­kie­go za­się­gu, ich pra­cu­ją­ce peł­ną mocą sil­ni­ki jo­no­we da­wa­ły ja­sne, moc­ne echo. Do­wód­ca ze­spo­łu, wi­ce­ad­mi­rał lord Hie­ro­ny­mus III Ru­the­ford ro­bił co mógł, by jak naj­szyb­ciej do­pro­wa­dzić swo­je okrę­ty do jed­no­stek w po­bli­żu „Joh­na Don­ne’a”. Ale to mia­ło jesz­cze po­trwać. Tym­cza­sem Stre­fę kształ­to­wa­ła już sama obec­ność unij­nych po­sił­ków.

Po­most bo­jo­wy „Pio­łu­nu” za­mi­go­tał bla­skiem oświe­tle­nia alar­mo­we­go, a w gło­śni­kach roz­le­gła się in­for­ma­cja o przej­ściu na pierw­szy sto­pień alar­mu bo­jo­we­go. Ofi­ce­ro­wie je­den po dru­gim za­kła­da­li heł­my i uszczel­nia­li ska­fan­dry, ko­lej­ne sta­no­wi­ska zgła­sza­ły go­to­wość. Na ekra­nie tak­tycz­nym po­ja­wi­ły się wy­kre­ślo­ne bry­ły stref de­fen­syw­nych oraz pa­syw­ny na­miar na od­le­głą o nie­ca­łe czter­dzie­ści jed­no­stek USS „Ne­me­sis”. Sta­no­wi­sko uzbro­je­nia zgła­sza­ło wy­su­nię­cie wie­ży la­se­ra da­le­kie­go za­się­gu, na­wi­ga­cja wy­zna­cza­ła kurs ma­ją­cy usta­wić „Pio­łun” po­mię­dzy ba­daw­czym „Amund­se­nem” a ame­ry­kań­skim nisz­czy­cie­lem.

Wil­liam Bris­ba­ne za­jął miej­sce obok sta­no­wi­ska Mo­ore, któ­ra roz­miesz­cza­ła wo­kół sie­bie ho­lo­gra­ficz­ne ekra­ny. Na ekra­nie tak­tycz­nym ame­ry­kań­ska eska­dra ro­bi­ła do­kład­nie to, cze­go moż­na się było spo­dzie­wać – okrę­ty ostry­mi zwro­ta­mi zmie­nia­ły po­zy­cje, szy­ku­jąc się do po­ten­cjal­nej bi­twy.

– Jak­kol­wiek prze­ko­nu­ją­co brzmia­ły za­pew­nie­nia Pe­tre­scu – za­uwa­żył po­nu­ro Bris­ba­ne, pa­trząc na ekran – chy­ba nie uwie­rzy­li, że nie szu­ka­my guza.

– Pan by uwie­rzył? – wes­tchnę­ła Mo­ore. – Jesz­cze trzy mie­sią­ce temu pro­wa­dzi­li­śmy woj­nę, prze­gra­li­śmy roz­mo­wy, w wy­ni­ku któ­rych „John Don­ne” znaj­du­je się prak­tycz­nie w ich prze­strze­ni, Mimo na­szych pro­te­stów Stre­fą do­wo­dzi ame­ry­kań­ska ad­mi­rał. Jak, ina­czej niż jako pró­bę prze­ję­cia kon­tro­li, dało się zin­ter­pre­to­wać na­głe wej­ście do sys­te­mu eska­dry li­nio­wej bez żad­nych usta­leń?

Au­stra­lij­czyk mu­siał się zgo­dzić. Trud­no było ocze­ki­wać od Ame­ry­ka­nów wia­ry w do­bre in­ten­cje stro­ny unij­nej, kie­dy wia­ry tej bra­ko­wa­ło na­wet po stro­nie ka­dry Pe­tre­scu. Na­ra­da, któ­rą po­pro­wa­dził Ru­mun z po­kła­du „Achil­le­sa”, wy­raź­nie wska­zy­wa­ła, że nie ma po­ję­cia, jaki za­mysł ścią­gnął tu­taj unij­ną eska­drę li­nio­wą w sy­tu­acji, kie­dy mo­gło to wy­wo­łać kon­flikt. Za­py­ta­ny wprost Ru­the­ford, od­po­wia­da­ją­cy z pra­wie dzie­się­cio­mi­nu­to­wym opóź­nie­niem, po­in­for­mo­wał je­dy­nie, że zo­stał przy­sła­ny, aby wzmoc­nić ochro­nę Stre­fy w peł­nej współ­pra­cy z Ame­ry­ka­na­mi. Od­mó­wił jed­nak od­po­wie­dzi na py­ta­nia, dla­cze­go Hol­lo­way nic o tym nie wie oraz przed czym do­kład­nie chro­nić Stre­fę ma „Chi­me­ra”. Za­pew­nił, że jego ze­spół w żad­nym ra­zie nie za­kłó­ci pra­cy Stre­fy ani nie za­gro­zi sta­tus quo. Było to oczy­wi­stą nie­praw­dą, bo za­kłó­cał i za­gra­żał.

Pe­tre­scu, chcąc – cał­kiem zro­zu­mia­le – wy­ha­mo­wać po­ten­cjal­ny kry­zys, po­pro­sił ad­mi­ra­ła o za­trzy­ma­nie mar­szu ku Stre­fie Zero, do­pó­ki nie na­dej­dzie po­twier­dze­nie ze stro­ny ame­ry­kań­skiej. Ru­the­ford – uprzej­my, lecz nie­ustę­pli­wy – nie chciał na­wet o tym sły­szeć. Miał roz­ka­zy, utrzy­my­wał, i za­mie­rzał je wy­ko­nać.

Sło­wa te – na­tu­ral­nie – nie uspo­ko­iły ni­ko­go.

– Ko­mu­ni­kat z „Char­le­sa Mo­ra­na”. – Po­rucz­nik Pal­la­tio, ro­sły męż­czy­zna o czar­nej, gę­stej bro­dzie, upo­dab­nia­ją­cej go do pi­ra­ta, spoj­rzał znad kon­so­le­ty na prze­ło­żo­ną. – „Pio­łun” ma na­tych­miast wy­co­fać się na po­zy­cje poza gra­ni­cą sie­dem­dzie­się­ciu jed­no­stek i cze­kać na dal­sze roz­ka­zy. Osło­nę „Amund­se­na” przej­mu­je „Ne­me­sis”. Pro­szą o po­twier­dze­nie.

Sło­wa ofi­ce­ra za­wi­sły w ete­rze. Bris­ba­ne za­bęb­nił pal­ca­mi w opar­cie fo­te­la. Roz­kaz był oczy­wi­stym te­stem. Hol­lo­way naj­wy­raź­niej chcia­ła usta­lić, czy na­dal ma kon­tro­lę nad for­mal­nie pod­le­gły­mi jej okrę­ta­mi. Sam pew­nie by tak zro­bił.

Eli­se Mo­ore po­chy­li­ła się do przo­du i przy­mknę­ła oczy. Jej dłoń po­wę­dro­wa­ła – jak za­wsze, kie­dy się nad czymś za­sta­na­wia­ła – do rę­ko­je­ści ra­pie­ra. Przez chwi­lę w mil­cze­niu gła­dzi­ła ozdob­ną gło­wi­cę dło­nią za­ku­tą w rę­ka­wi­cę ska­fan­dra.

– Na­daj, że cze­ka­my na po­twier­dze­nie z fla­gow­ca – po­wie­dzia­ła w koń­cu. – I otwórz mi ka­nał z „Achil­le­sem”.

Ekran łącz­no­ści przed jej sta­no­wi­skiem roz­bły­snął i uka­zał sta­no­wi­sko kontr­ad­mi­ra­ła Pe­tre­scu. Ru­mun, po­dob­nie jak Mo­ore, za­ło­żył ska­fan­der – unij­ny krą­żow­nik za­tem rów­nież prze­szedł na naj­wyż­szą go­to­wość bo­jo­wą.

– Ad­mi­ra­le – za­czę­ła do­wód­ca „Pio­łu­nu” – do­sta­li­śmy wła­śnie roz­kaz wyj­ścia poza gra­ni­cę od do­wód­cy Stre­fy. Pro­szę o po­twier­dze­nie.

Pe­tre­scu spoj­rzał na nią z wy­raź­nie wy­mu­szo­nym spo­ko­jem. Po star­szym męż­czyź­nie wi­dać było, że z tru­dem pa­nu­je nad wście­kło­ścią.

– Pro­szę wy­ko­nać po­le­ce­nie – po­wie­dział. – Zde­cy­do­wa­nie nie je­ste­śmy za­in­te­re­so­wa­ni żad­nym in­cy­den­tem.

Na­stęp­nie prze­su­nął dło­nią przed sobą i po­łą­cze­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne. Bris­ba­ne zmru­żył oczy, pa­trząc w miej­sce, gdzie jesz­cze nie­daw­no wid­niał prze­kaz z „Achil­le­sa”.

– I jak pan my­śli? – głos Eli­se Mo­ore był pe­łen nie­po­ko­ju.

– Prę­ży­my mu­sku­ły tam, gdzie nie po­win­ni­śmy – od­parł Au­stra­lij­czyk. – I boję się, że mo­że­my mieć z tym pro­blem.

– Nadać na „Mo­ra­na” – Mo­ore zwró­ci­ła się do Pal­la­tia. Jej głos był nie­mal po­zba­wio­ny in­to­na­cji. – „Pio­łun”, prze­cho­dzi­my na nową po­zy­cję zgod­nie z roz­ka­zem. Ster, trzy­dzie­ści-dzie­sięć, od­pa­le­nie: pięt­na­ście pro­cent mocy za jed­ną mi­nu­tę.

Wy­łą­czy­ła szyb­kim ru­chem ekran łącz­no­ści i prze­szła na tak­tycz­ny, ob­ser­wu­jąc ru­chy jed­no­stek spod zmru­żo­nych oczu, a co kil­ka chwil wy­sy­ła­jąc za­py­ta­nie do sek­cji tak­tycz­nej okrę­tu. Mil­cza­ła, wy­raź­nie roz­wa­ża­jąc w gło­wie moż­li­we sce­na­riu­sze. Bris­ba­ne rów­nież mil­czał.

Mi­ja­ły mi­nu­ty, a sy­tu­acja się nie po­gar­sza­ła.

– Ko­man­do­rze – zgło­sił po kil­ku­na­stu mi­nu­tach Chan­dra ze sta­no­wi­ska ob­słu­gi sen­so­rów – USS „Ne­me­sis” zmie­nia kurs na dwa­dzie­ścia-trzy­sta osiem.

Bris­ba­ne spoj­rzał na ekran tak­tycz­ny. Ame­ry­kań­ski nisz­czy­ciel ostro wy­krę­cił i szedł te­raz pro­sto na „Amund­se­na”.

Mo­ore syk­nę­ła z dez­apro­ba­tą.

– Moż­na się było spo­dzie­wać, że coś się wy­da­rzy… – mruk­nę­ła. – Łącz­ność, na­daj na „Achil­le­sa”: USS „Ne­me­sis” pod­cho­dzi do „Amund­se­na”, pro­szę o roz­ka­zy.

Splo­tła dło­nie, wpa­trzo­na nie­ru­cho­mo w ekran tak­tycz­ny.

– Jak pan my­śli? – zwró­ci­ła się po­now­nie do Au­stra­lij­czy­ka.

– Pró­bu­ją zdo­być ja­kieś atu­ty – po­wie­dział ci­cho Bris­ba­ne, ob­ser­wu­jąc prze­miesz­cza­ją­cy się ku okrę­to­wi ba­daw­cze­mu sym­bol ame­ry­kań­skie­go nisz­czy­cie­la. – Na wy­pa­dek gdy­by na­sza „Chi­me­ra” nie przy­by­ła jed­nak z przy­ja­zną wi­zy­tą.

Do­wód­ca „Pio­łu­nu” za­bęb­ni­ła pal­ca­mi o pod­ło­kiet­nik fo­te­la.

– Łącz­ność, pro­szę na­wią­zać po­łą­cze­nie z „Ne­me­sis” – za­de­cy­do­wa­ła. – Sprawdź­my, cze­go mo­że­my się do­wie­dzieć.

Na ekra­nie ko­mu­ni­ka­cyj­nym na­prze­ciw ko­bie­ty po­ja­wi­ła się ukry­ta za fil­trem heł­mu nie­mło­da już twarz ko­man­do­ra po­rucz­ni­ka Kel­ly’ego, do­wód­cy ame­ry­kań­skie­go nisz­czy­cie­la.

– Ma’am. – Ame­ry­ka­nin ski­nął lek­ko gło­wą. – W czym mogę po­móc?

Mó­wił bar­dzo po­praw­ną lin­guą, jak­by wy­uczo­ną na kur­sie. Moc­ny ak­cent New Bal­ti­mo­re w gło­wie Bris­ba­ne’a bu­do­wał ob­raz fa­brycz­ne­go ro­bot­ni­ka.

– Ko­man­do­rze Kel­ly. Czy coś się wy­da­rzy­ło na „Amund­se­nie”? – za­py­ta­ła Mo­ore. – Nie mamy żad­nych alar­mu­ją­cych mel­dun­ków z po­kła­du.

– Nic, o czym by­śmy wie­dzie­li, ma’am.

– Za­tem, je­śli to nie ta­jem­ni­ca, skąd zmia­na kur­su?

Kel­ly po­krę­cił gło­wą ze smut­kiem.

– Na po­kła­dzie wa­sze­go okrę­tu znaj­du­ją się nasi spe­cja­li­ści, a ja mam ich prze­mie­ścić do mo­je­go la­bo­ra­to­rium – w jego gło­sie po­brzmie­wał au­ten­tycz­ny żal. – Roz­kaz do­wód­cy Stre­fy.

– Dla­cze­go w ogó­le za­mier­za­cie ich za­brać? – Mo­ore unio­sła brew.

Na mo­ment prze­nio­sła wzrok na bocz­ny ekran, na któ­rym…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

SPIS TREŚCI

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

1. Wolność

2. PRZYNĘTA

3. DOPUSZCZALNE STRATY

4. WSPÓLNY WRÓG

5. PRAWDZIWE BARWY

6. LABIRYNT

7. ZDRAJCY

EPILOG

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sente Echa INWIT Forta Gambit Punkt cięcia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży