Tajemnica bransoletki Część 3

Tajemnica bransoletki Część 3

Autorzy: Margo Seila

Wydawnictwo: Autorskie

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 386

cena od: 15.92 zł

„Tajemnica bransoletki. Część 3” – to gwarancja książki, przy której nie będziesz się nudzić. Jak wróciła Patrycja? Dlaczego jej powrót nie kończy problemów nastolatki? Czego tak naprawdę boi się dziewczyna? Odkryj to, czytając najnowszą fantastyczną powieść polskiej pisarki Margo Seili „Powrót Patrycji”. To kolejna część cyklu „Tajemnica bransoletki”. Jest to książka dla osób, które lubią nieprzewidujące i zaskakujące zwroty akcji. Książka „Tajemnica bransoletki” trzyma w napięciu i z pewnością zapewni Wam dozę tajemniczości, magii i wiele niespodzianek.

Margo Seila

Tajemnica bransoletki 3

Projekt okładki

Joanna Szczepaniak

(Kontakt: facebook.com/joanna.szczepaniak0)

Korekta

Estera Sabela

© Copyright by Małgorzata Szczepaniak 2018

ISBN 978-83-938398-4-1

Wydanie 1 2018

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.

Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.

Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

Kontakt

www.rozpisani.pl

info@rozpisani.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Księżyc skrył się za chmurami, nad polaną zapadła ciemność. Było tak ciemno, że nic nie było widać. Gdzieś w pobliżu słychać było krzyki, wulgaryzmy, a nawet groźby.

– Jak mogłeś do tego dopuścić? Nawet nie potrafiłeś poradzić sobie z tak głupią dziewuchą, jak ta?! Przecież ona nie należała do zbyt inteligentnych – słychać było wściekłość i jad sączący się z czyichś ust.

Po chwili księżyc wynurzył się zza chmur i na polanie zrobiło się jaśniej. Nareszcie można było tam ujrzeć klęczącego na ziemi Norberta, który zasłaniał się rękoma przed ciosami Alexa. Był to dosyć osobliwy widok, bo Alex był tak wściekły, że nie panował nad swoimi ruchami i czasem jego ramiona przecinały powietrze. Osobie patrzącej z boku taki widok mógłby się wydawać nieco śmieszny, ale rzeczywistość była całkiem inna.

– Panie, proszę – błagał Norbert, uchylając się przed kolejnymi ciosami. – To nie tak – próbował coś powiedzieć, ale Alex nie dawał mu dojść do słowa.

Norbert zachwiał się i upadł na ziemię. Wtedy Alex zakończył swój akt przemocy, odwrócił się bez słowa i usiadł na wystającym obok pniu. Siedział tam nieruchomo i patrzył przed siebie martwym spojrzeniem. Wyglądał, jakby na kogoś lub na coś czekał. Wyraz jego twarzy nie wróżył nic dobrego.

– Wstawaj kretynie! – krzyknął po chwili w kierunku leżącego Norberta. – Chyba nie myślisz, że ci się upiecze. Nie wiem, co zrobisz, ale znajdziesz dziewczynę i przyprowadzisz do mnie… – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Słyszysz?

– Tak Panie, słyszę – niepewnym głosem odpowiedział Norbert i powoli podniósł się z ziemi. Zachwiał się, ale nie upadł. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i schylił się, próbując wyczyścić zabrudzone ziemią ubranie. Starał się nie patrzeć na Pana, wręcz unikał, jak tylko mógł kontaktu wzrokowego. Gdy wreszcie zakończył czyszczenie ubrania, wyprostował się i zrobił dwa kroki w tył. Wyraźnie było widać, że boi się Alexa i woli znajdować się w bezpiecznej odległości od niego.

– Panie mój – zaczął niepewnie Norbert – dobrze wiesz, że nie miałem żadnego wpływu na Patrycję. – Przez cały czas bacznie obserwował siedzącego Alexa. – Ona wybrała ciebie i to ty miałeś mieć ją na oku, ona kochała tylko ciebie… – wyszeptał Norbert i cofnął się jeszcze o jakieś trzy kroki, obawiając się wybuchu złości z jego strony. Dobrze zrobił, bo tuż nad jego głową przeleciało coś ciężkiego.

– Co ty sobie wyobrażasz? – Alex wściekł się ponownie. Wstał i chciał ruszyć w kierunku Norberta, gdy nagle gdzieś w głębi parku dało się słyszeć przerażające wycie, jakby w pobliżu znajdowało się stado wilków. Alex zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Po chwili uśmiechnął się do siebie. Wiedział już z kim ma do czynienia. Norbert zaś, słysząc skowyczenie, cały przerażony skulił się i ze strachem w oczach, zaczął nerwowo rozglądać się dookoła.

Po kilku minutach wokół polany można było dostrzec żarzące się niczym węgle ślepia. Otoczyły ich kręgiem niczym horda wilków. Alex wreszcie wyglądał na zadowolonego, lecz nic nie powiedział, czekał. Tymczasem Norbert, widząc, co się dzieje, przez chwilę zadrżał ze strachu. Chciał jak najszybciej stąd uciec. Kiedy zaczął cofać się, natrafił plecami na drzewo. Stanął i zrezygnowany czekał na dalszy rozwój zdarzeń.

Nagle zrobiło się cicho. W koronach drzew nie drgał ani jeden listek. W jednej chwili zapanowała martwa cisza. Polana wyglądała tak, jakby czas tu się zatrzymał. Trwało to kilka sekund. Norbertowi zrobiło się nieswojo. Otaczająca cisza miała w sobie coś nieprzyjaznego. Niepewność i strach przed niewiadomym była dla niego nie do zniesienia. Tak panicznie bał się, że w pewnym momencie zaczął histerycznie się śmiać. Nie mógł się opanować.

– Zamilcz! – syknął Alex.

Nie poskutkowało. Wręcz przeciwnie, Norbert śmiał się coraz głośniej, nie potrafił nad tym zapanować. Wkurzony i zniesmaczony zachowaniem chłopaka Alex, podbiegł do niego i z impetem uderzył go pięścią w twarz. Podziałało, Norbert od razu spoważniał i skulił się w sobie. Alex otworzył usta, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale przerwał, gdy zobaczył wyłaniającą się spomiędzy ciemnych drzew dziwnie wyglądającą postać. Był to ogromny wilk bardziej przypominający posturą człowieka niż zwierzę. Poruszał się na dwóch cienkich nogach. Spod długich gęstych kudłów okalających pysk, spoglądały na niego żółte ślepia. Przez chwilę, oboje w milczeniu mierzyli się wzrokiem.

– Witaj mój Panie – zacharczał stwór. – Dostałem wiadomość o twojej porażce i przybyłem, aby ci pomóc – wyszczerzył swoje pożółkłe kły. Nie wiadomo było, czy to uśmiech, czy drwina z poniesionej klęski.

Alex widząc jego złośliwy półuśmieszek, wykrzywił twarz w nieokreślonym grymasie i wskazał głową na Norberta. Widać było, że nie do końca jest zadowolony z tej wizyty.

– Tak mój Harłonie – z nienawiścią w oczach spoglądał na wystraszonego Norberta. – Zgadza się – jego głos nie brzmiał przekonująco

– potrzebuję pomocy, bo ten tu, wszystko popsuł… – Ostentacyjnie odwrócił się tyłem do Norberta i ruszył w kierunku przybysza.

Kiedy doszedł do niego, oboje udali się na skraj polany. Tam Harłon cicho zaskowytał. Po chwili spomiędzy drzew zaczęły wynurzać się stwory podobne do swojego wodza. Były jednak nieco mniejsze i wyglądem bardziej przypominały wilki niż ludzi. Ich niebywałą zaletą było to, że poruszały się bezszelestnie, czujnie przy tym rozglądając się wokoło. Przybyło ich mnóstwo, trudno było dokładnie ustalić ich liczbę. W szybkim tempie rozstawili się i to w taki sposób, że ostatni rząd stał tyłem do swych towarzyszy, ale pyskiem na zewnątrz, aby zabezpieczać tyły. Kiedy Harłon zbliżył się do nich, wszyscy, z wyjątkiem tych na końcu, potulnie położyli się na ziemi niczym psy i swymi żółtymi ślepiami wpatrywali się w swego pana. Wyglądali niczym idealnie wytresowana sfora psów, tylko dzikich. Spoglądając na nich z boku, można byłoby pomyśleć, że to pokorne zwierzęta spokojnie czekające na sygnał właściciela. Żaden nawet nie odważył się pisnąć. Wszystkie czekały w skupieniu i śledziły każdy ruch stojących na polanie.

– Jestem pełen podziwu dla twojej watahy – powiedział cierpko Alex i poklepał Harłona po plecach. – Nawet przez myśl mi nie przyszło, że ktoś zechce mi pomóc… Cieszę się, że przybyliście.

– Dla ciebie wszystko mój Menoffisie – odparł zadowolony Harłon, nie dostrzegając zapewne tej drobnej uszczypliwości. – Dostaliśmy rozkaz i oto moje hardłaki – wskazał łapą na leżące dziwolągi. – Gotowe są ci wiernie służyć, a nawet zginąć za ciebie – dumnie wypiął swą kudłatą pierś. – Oto moja srebrna świstawka – wyciągnął z kieszeni poszarpanych spodni przedmiot, przypominający wyglądem gwiazdek i podał Menoffisowi. – Wystarczy, że dmuchniesz w niego, a wszyscy się zjawimy – Harłon spojrzał w oczy swego Pana – i pokornie wypełnimy twoje rozkazy.

– Jestem pod wrażeniem tej twojej… armii – rozejrzał się wokół, oceniając ich przydatność. – Chcę ci też podziękować, że zwracasz się do mnie po imieniu, wiele to dla mnie znaczy. Jest to oczywisty dowód, że nadal, wśród swoich, pozostaję rozpoznawalny, mimo tej zmiany. Mam też nadzieję, że w nieoficjalnych kontaktach wszyscy będziecie się tak do mnie zwracać. Nie przepadam za tym ziemskim cofnął. Chciał jeszcze raz przyjrzeć się „swojej armii”. Zastanawiał się, w jaki sposób te piekielne zwierzęta będą w stanie mu pomóc. Nie potrafił wyobrazić sobie ich pomocy. – Chociaż… Nigdy nie wiadomo – popatrzył na świstawkę, po czym schował do kieszeni. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia. Teraz już całkowicie przekonany był o swojej wielkości i sile.

Chyba Menoffis coś sobie przypomniał, bo nagle gwałtownie odwrócił się, spojrzał na Norberta i zaśmiał się złowieszczo. Po wyrazie jego twarzy widać było, że zaplanował dla niego coś „wyjątkowego”. Kiwnął ku niemu głową, dając znak, aby się zbliżył. Norbert nawet się nie poruszył. Stał nieruchomo pod drzewem, jakby do niego się przykleił. Bał się podejść. Menoffis powtórnie dał mu znak, ten jednak ani drgnął.

– Nie zmuszaj mnie, abym cię skrzywdził – wycedził przez zęby.

– Mam ci pomóc?

Przerażony Norbert energicznie potrząsnął lekko spuszczoną głową i nic nie mówiąc, powoli zaczął się zbliżać do niego. Cały trząsł się ze strachu, gdyż nie wiedział, jakie plany wobec niego ma Menoffis. Przypuszczał, że nie czeka go nic dobrego.

– Spójrz na mnie! – rozkazał. – Powiedz, co widzisz.

Norbert podniósł głowę i spojrzał w czarne, przepastne oczy Menoffisa. Zatrwożył się, gdyż jego spojrzenie przepełnione było nienawiścią.

– W porządku – uśmiechnął się pod nosem. – A teraz popatrz dalej – Menoffis wskazał ręką w kierunku czuwającej watahy.

Chłopak, tak jak nakazał Pan, spojrzał na hardłaki, wpatrujące się w niego niczym drapieżnik, oglądający swoją zdobycz. Na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia, a z oczu popłynęły łzy. Nie były to jednak łzy strachu, tylko nienawiści do Pana za upokorzenie, jakiego doznał w obecności hardłaków. Zdawał sobie sprawę, że nic mu nie zrobią, był przecież jednym z nich. Stojąc ma brzegu polany przypływ energii. Zapragnął udowodnić Menoffisowi, że nie jest mięczakiem, za jakiego go uważa i nie boi się ponieść konsekwencji. Wiedział, że to nie on ponosi winę za zniknięcie Patrycji. Zbytnia pewność siebie zgubiła Menoffisa, gdyż tak był pewny zwycięstwa, że nawet nie dopuszczał do siebie myśli porażki. Norbert znał go i doskonale wiedział, że w tej chwili lepiej było się nie odzywać. Powinien raczej spróbować naprawić to niefortunne zdarzenie i aby nie denerwować Pana, postanowił wziąć całą winę na siebie.

– Czego ode mnie oczekujesz? – Spojrzał na Menoffisa. – Tak, wiem, zawiniłem… – wziął głęboki oddech. – Postaram się to naprawić i chociaż nie wiem jeszcze jak, ale znajdę sposób – powiedział potulnie.

– Tak… – Menoffis zaśmiał się szyderczo. – Dlatego nie oddam cię w łapy tych tutaj – wskazał na hardłaki – znam cię i wiem, że dasz z siebie wszystko, aby naprawić swój błąd. Jeśli jednak nie znajdziesz jej – zawahał się – lub będziesz chciał mnie wykiwać, one cię znajdą i zabiją…

Norbert nawet nie odpowiedział. Nie chciał niepotrzebnie narażać się na większe niebezpieczeństwo.

Powiało chłodem. Poruszone delikatnie liście zaszeleściły złowrogo. Hardłaki zrobiły się niespokojne, także Hardłon wystawił swój pysk w kierunku jasno świecącego księżyca, próbując wyczuć niebezpieczeństwo. Wszyscy w napięciu czekali, co się wydarzy. Tylko Menoffis był dziwnie spokojny. Stał i przyglądał się wszystkim. Sprawiał wrażenie, jakby doskonale wiedział, co za chwilę nastąpi.

Nagle ciemne chmury zakryły księżyc i po chwili niebo przecięła jasna błyskawica. Zerwał się silny wiatr, gdzieś w oddali zagrzmiało. Zbliżała się potężna burza, niebo co kilka sekund przecinały zapierające dech w piersiach błyskawice. Hardłaki skuliły się, podwinęły ogony i z trwogą w ślepiach spoglądały na swojego pana. Ten nie mógł dać im sygnału do odejścia, był zależny od Menoffisa, a temu wcale się nie spieszyło, aby ich odesłać. Sprawiało mu przyjemność patrzenie na te trzęsące się ze strachu stwory. Dopiero kiedy gęste, ogromne chmury burzowe zawisły nad ich głowami, Menoffis podniósł rękę na znak, że mogą odejść. Sam też pospiesznie opuścił polanę. Niemal w mgnieniu oka wszyscy się rozpierzchli. Wyglądało na to, że nikogo tam już nie ma. Wiatr wzmagał się z każdą chwilą, drzewa i krzewy falowały coraz mocniej, niektóre sprawiały, jakby kładły się na ziemi. Liście na drzewach złowrogo szumiały, a ptaki wybudzone ze snu krążyły przerażone, potęgując swym krzykiem rosnące wokół napięcie. Błyskawice przecinały niebo jedna za drugą, deszcz wisiał w powietrzu, wszystko to razem tworzyło straszną kakofonię dźwięków, trudną do zniesienia.

Nagle spośród drzew wyłoniła się postać… Norberta. Zamiast schronić się przed zbliżającą się nawałnicą, szedł w kierunku polany smagany wiatrem, na której jeszcze nie tak dawno, stała Patrycja. Przykucnął i zaczął grzebać w ziemi, jakby czegoś szukał. Delikatnie rozgarniał brudny piasek i przesypywał go z jednej dłoni do drugiej. Trwało to dobrą chwilę, ale najwidoczniej znalazł to, czego szukał, bo zadowolony podniósł się i położył to coś na chusteczce. Potem wszystko schował do kieszeni i w pośpiechu zaczął uciekać. Miał sporo szczęścia, bo gdy tylko zniknął za pierwszym drzewem, w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał, uderzył piorun. Zadrżała ziemia, posypały się kawałki kory, a po chwili rozległ się potworny huk upadającego drzewa. Nikomu nic się nie stało, jednak ponura groza zapanowała nad polaną. Przerażony Norbert przystanął na chwilę, odwrócił się, ale nie czekał na dalszy rozwój sytuacji, tylko pobiegł przed siebie. Po chwili zaczęło intensywnie padać. Strumienie wody z sekundy na sekundę stawały się coraz silniejsze, smagały go po twarzy niczym pejcz. Wiał wiatr, a grzmoty nie ustawały nawet na chwilę, rozszalałe uderzały w ziemię, na przemian z rozdzierającymi niebo błyskawicami. Tej nocy nad miastem rozszalało się prawdziwe piekło.

Ulice były puste, słychać było, jak deszcz bębni o szyby i dachy, jakby chciał wedrzeć się do środka budynków. Woda wystąpiła z przepełnionych przydrożnych rowów i płynęła całą szerokością drogi. Lało jak z cebra. Prawie nic nie było widać... Chociaż w trakcie trwającej nawałnicy, na środku ulicy, można było dostrzec skuloną postać zmagającą się z silnym wiatrem i deszczem. Szła powoli, kierując swe kroki w stronę obrzeża miasta. Po usilnym zmaganiu z wichurą owa ciemna zjawa dotarła wreszcie do starego wolno stojącego budynku, który był przeznaczony do rozbiórki. Wpadła z impetem do środka i zatrzasnęła stare rozsypujące się drzwi wejściowe.

Po dłużej chwili w jednym z okien rozbłysnął płomień świecy i przez brudne okno można było ujrzeć mokrą postać Norberta. Stał nad świeczką i przyglądał się jej. Nagle, coś chyba sobie przypomniał, bo zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Trwało to kilka minut. Wreszcie usiadł na solidnie sfatygowanym tapczanie i sięgnął do kieszeni spodni. Bardzo powoli wyciągał z niej to, co zabrał z polany. Przekładał zawiniątko z jednej ręki do drugiej, nie mogąc się zdecydować, co dalej zrobić. Wreszcie wstał i położył pakunek na stole obok świecy. Uśmiechnął się, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony.

– Nie jestem taki głupi, jak wszyscy myślą! – wykrzyczał. – Znajdę cię Patrycjo, choćbym miał poświęcić siebie, odszukam cię i podam na tacy Menoffisowi. Jeszcze pożałujesz tego, co zrobiłaś i jak naraziłaś moją osobę na ośmieszenie. Nigdy ci tego nie daruję… – roześmiał się złowrogo. – Mam coś, co należy do ciebie – rozpakował zawiniątko, wygładził brzegi chusteczki i delikatnie rozgarnął… resztki talizmanu. – Te kawałki pozwolą na odnalezienie ciebie, gdziekolwiek jesteś. Przede mną nigdzie nie ukryjesz się, wywęszę cię choćbyś była w mysiej dziurze… – Uderzył pięścią w stół tak mocno, że aż kurz, który tam leżał, uniósł się do góry. – Jestem jednym z mieszkańców podziemia i jeszcze nigdy z nikim nie przegrałem. Zawsze osiągam swój cel – był zadowolony. – Ta jedna nieudana akcja jeszcze niczego nie przesądza – Norbert zacisnął usta. – A Menoffis… niech się nie przejmuje, zawsze dotrzymuję słowa… – Nie potrafił pozbyć się negatywnych myśli.

Nie chciał dłużej marnować czasu na zbędne rozmyślanie o tym, co można było zrobić lepiej. Postanowił podjąć wyzwanie i dokończyć zadanie. Spojrzał na drogocenne drobinki kamienia i wyszedł do pomieszczenia obok, gdzie zniknął w mroku. Na stole, jeśli można to było nazwać stołem, leżały kawałki talizmanu, które delikatnie błyszczały przy blasku świecy. Po kilku sekundach Norbert wrócił z niewielkim woreczkiem, zgarnął ze stołu fragmenty rubinu, wsypał je do sakiewki i mocno związał rzemieniem. Następnie powoli się wyprostował i rozejrzał dookoła, jakby czegoś szukając. Jego wzrok padł na ścianę znajdującą się naprzeciw okna. Zadowolony podszedł i uderzył w nią pięścią. Cegła, która tam była, wpadła do środka i w ścianie pojawił się niewielki otwór. Norbert umieścił w nim swoją zdobycz. Potem podniósł z podłogi inną cegłę i zakrył otwór tak dokładnie, że po dziurze nie było nawet śladu. Pogwizdując wesoło, przebrał się w suche ubranie i położył na tapczanie. Leżąc, nasłuchiwał spadających kropel deszczu, uderzających rytmicznie o leżącą przy oknie starą blachę. Nie spał, czekał, aż nastanie dzień.

* * * * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajemnica bransoletki Część 3 Tajemnica bransoletki Część 2 Tajemnica bransoletki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha