Odwet oceanu

Odwet oceanu

Autorzy: Frank Schätzing

Wydawnictwo: Dolnośląskie

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 37.36 zł

Jak wiele ingerencji człowieka może znieść natura?

Co się wydarzy, gdy żywioł w końcu się zbuntuje?

Peruwiański rybak ginie bez śladu na morzu. U wybrzeży Norwegii

eksperci od odwiertów naftowych odkrywają na dnie zagadkowe

kolonie robaków. Potem wydarzenia następują jedno po drugim.

Wieloryby i delfi ny atakują łodzie z pasażerami. Parzące meduzy

przepędzają turystów z plaż. W restauracjach eksplodują homary,

rozpryskując śmiertelnie niebezpieczną substancję. Miliardy krabów

wychodzą z morza i zatruwają miasta na wschodnim wybrzeżu Ameryki.

I wreszcie połowa Europy znika pod wodą na skutek potężnego

tsunami…

Świat morski, zagrożony przez bezmyślną działalność człowieka,

musi się bronić.

Thriller ekologiczny bazujący na rzetelnej wiedzy naukowej.

Przełożyła z niemieckiego

Anna Wziątek

WROCŁAW 2018

Tytuł oryginału

Der Schwarm

Projekt okładki

YVONNE VOERMANS-EISERFEY

Fotografia na okładce

© Stockbyte/Getty Images

Konsultacja naukowa

PROF. TADEUSZ STAWARCZYK

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

STANISŁAW LEJDA

Korekta

NATALIA KOLBER, MAGDALENA FORTUNIAK

Redakcja techniczna

JOLANTA KRAWCZYK

Originally published in the German language as „Der Schwarm” by Frank Schätzing

© 2004 by Verlag Kiepenheuer & Witsch GmbH & Co. KG, Köln, Germany

Polish edition © Publicat SA MMVI, MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-271-5910-6

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

S p i s t r e ś c i

Dedykacja

PROLOG

14 stycznia

Część pierwsza. ANOMALIE

4 marca

12 marca

13 marca

18 marca

23 marca

5 kwietnia

6 kwietnia

11 kwietnia

12 kwietnia

18 kwietnia

20 kwietnia

22 kwietnia

24 kwietnia

26 kwietnia

29 kwietnia

30 kwietnia

1 maja

2 maja

3 maja

Część druga. CHATEAU DISASTER

10 maja

11 maja

12 maja

14 maja

24 maja

8 czerwca

Część trzecia. INDEPENDENCE

12 sierpnia

13 sierpnia

14 sierpnia

15 sierpnia

Część czwarta. W DÓŁ

Część piąta. KONTAKT

Epilog. Z PAMIĘTNIKA SAMANTHY CROWE

15 sierpnia

Podziękowania

Miłość, głębsza niż ocean

Sabinie

hishuk ish ts’awalk

Plemię Nu-Chah-Nulth, wyspa Vancouver

PROLOG

14 stycznia

Huanchaco, wybrzeże peruwiańskie

Świat nie dowiedział się, że właśnie owej środy dopełnił się los Juana Narciso Ucañana.

Oczywiście, w szerszym kontekście taka informacja się pojawiła, tylko kilka tygodni później, chociaż nazwisko Ucañana nigdy przy tym nie padło. Był po prostu jednym ze zbyt wielu. Gdyby go można było od razu wypytać o to, co stało się wczesnym rankiem tego dnia, to wówczas wyszłyby na jaw powiązania z zupełnie podobnymi wydarzeniami, jakie w tym samym czasie miały miejsce na całym globie. I bardzo możliwe, że zdanie rybaka – ponieważ wynikało z jego prostego rozumienia świata – rzuciłoby światło na wiele wątków, które dopiero później stały się tak oczywiste. Ale niestety, ani Juan Narciso Ucañan, ani Pacyfik u wybrzeży Huanchaco na północy Peru z niczym się nie zdradzili. Ucañan pozostał niemy jak ryby, które łowił za życia. Kiedy wreszcie jego nazwisko pojawiło się w statystykach, rzeczy zaszły tak daleko, że jakiekolwiek informacje o osobistych losach Ucañana miały już tylko podrzędne znaczenie.

Tym bardziej że już przed 14 stycznia nie było nikogo, kto szczególnie interesowałby się nim i jego sprawami.

Tak przynajmniej widział to Ucañan, którego nie bardzo cieszyło, że Huanchaco awansowało z czasem do rangi popularnego na całym świecie rajskiego kurortu. Co miał bowiem z tego, jeżeli zupełnie obcym ludziom wydawało się, że świat jest OK, kiedy tubylcy nadal wypływali w morze w swoich archaicznie wyglądających łodziach z trzciny. Archaiczne w tym wszystkim było raczej to, że oni w ogóle jeszcze wypływali. Gros jego rodaków zarabiało na życie, pracując na rybackich trawlerach i w fabrykach mączki i oleju rybnego, dzięki którym Peru, pomimo kurczących się połowów, wciąż jeszcze było w rybackiej czołówce świata razem z Chile, Rosją, USA i tygrysami z Azji. Na przekór El Niño Huanchaco rozrastało się na wszystkie strony, hotele stawały jeden przy drugim, ostatnie rezerwaty przyrody ustępowały miejsca cywilizacji. W końcu wszyscy jakoś wychodzili na swoje. Wszyscy oprócz Ucañana, któremu mało co pozostało poza malowniczą łódeczką, caballito, „konikiem”, nazwaną tak niegdyś przez konkwistadorów, którzy nie mogli wyjść z podziwu dla tych osobliwych konstrukcji. Ale wyglądało na to, że i los caballitos został już przypieczętowany.

Rozpoczynające się tysiąclecie postanowiło najwidoczniej obejść się bez Ucañana.

Z czasem przestał panować nad swoimi odczuciami. Z jednej strony czuł się ukarany. Przez El Niño, który pustoszył Peru od niepamiętnych czasów i na którego nie mógł nic poradzić. Przez ekologów, którzy trąbili na kongresach o trzebieniu mórz i oceanów, tak że człowiek widział głowy polityków, jak obracały się z wolna i wpatrywały w armatorów flot rybackich dopóty, dopóki uświadomiły sobie nagle, że patrzą w lustra. Wtedy ich spojrzenia przesuwały się na Ucañana, który też nie mógł nic poradzić na katastrofę ekologiczną. Ani nie prosił o obecność pływających fabryk, ani o japońskie i koreańskie trawlery, czekające w dwustumilowej strefie tylko na to, aby uraczyć się tutejszymi rybami. Niczemu Ucañan nie był winien, ale już sam nie bardzo w to wierzył. To było to drugie odczucie, które sprawiało, że czuł się podle. Jakby to on wyciągał z morza miliony ton tuńczyków i makreli.

Miał 28 lat i należał do tej grupy ludzi, która nie miała przyszłości.

Jego pięciu starszych braci pracowało w Limie. Uważali go za półgłówka, ponieważ był gotowy, dysponując łodzią, a w gruncie rzeczy prototypem deski surfingowej, wypływać na dzikie wody wybrzeża i czekać na bonito i makrele, których tam nie było. Zwracali mu wtedy uwagę, że trupa nie można obudzić do życia. Ale przecież chodziło tutaj o życie jego ojca, który mimo swojej siedemdziesiątki wypływał w morze każdego dnia. Tak było przynajmniej jeszcze kilka tygodni temu. Teraz stary Ucañan nie łowił już ryb. Pokryty dziwnymi plamami na twarzy i wstrząsany kaszlem, leżał w domu i zdawał się tracić rozum. Juan Narciso przywiązał się jednak do myśli, że utrzyma ojca przy życiu, dopóki dochowa wierności tradycji.

Już od tysięcy lat, zanim nastali Hiszpanie, pradziadowie Ucañana, ludy Yunga i Moche, korzystali z łodzi rybackich. Zaludnili wybrzeże od dalekiej północy w dół, aż po okolicę dzisiejszego miasta Pisco, i zaopatrywali potężną metropolię Chan Chan w ryby. Była to wtedy okolica bagnista, pełna wachaques – błot nawadnianych z podziemnych źródeł. Porastała je gęsto trzcina, z której Ucañan i jego współplemieńcy budowali swoje caballitos, tak samo jak to czynili już od zawsze ich przodkowie. Zbudowanie caballito wymagało sprytu i wewnętrznego spokoju. Jego konstrukcja była jedyną w swoim rodzaju: długa na trzy do czterech metrów, z ostrym, wysoko zadartym dziobem, i lekka niczym piórko, była praktycznie nie do zatopienia. W dawnych czasach tysiące rybaków przeczesywały wody wybrzeża nazywanego Złotą Rybą, ponieważ nawet podczas kiepskich dni udawało się czasem wrócić z morza z pełniejszymi sieciami, aniżeli mogli sobie to teraz wyobrazić w najśmielszych marzeniach Ucañan i jemu podobni.

Ale niestety błota wyschły, a wraz z nimi porastająca je trzcina.

Taki El Niño na przekład był przynajmniej bardziej przewidywalny. Regularnie co parę lat zimny zazwyczaj Prąd Humboldta, kiedy zabrakło pasatowych wiatrów, ogrzewał się, tracąc plankton, więc makrele, tuńczyki i sardynki trzymały się odeń z dala, nie znajdując tu nic do jedzenia. Dlatego też przodkowie Ucañana nazwali to zjawisko El Niño, w wolnym przekładzie Dzieciątko Jezus. Niekiedy Dzieciątko poprzestawało na gruntownym przemeblowaniu przyrody, ale co cztery lub pięć lat doświadczało ludzi karą niebios, jak gdyby chciało zetrzeć ich z powierzchni ziemi. Tornada, deszcze wywołujące powodzie i lawiny błotne kosztowały życie setek ludzi. El Niño pojawiał się i znikał, tak działo się od zawsze. Nie można się było z nim zaprzyjaźnić, ale udawało się jakoś ułożyć. Kiedy jednak bogactwo Pacyfiku przestało pojawiać się w sieciach rybaków, wtedy nie pomogły nawet modlitwy.

„Może jestem rzeczywiście głupi – myślał Ucañan, kołysany martwą falą w swojej łodzi – Głupi i winny. Wszyscy jesteśmy winni, bo zadaliśmy się z chrześcijańskim patronem, który nic nie robi ani przeciwko El Niño, ani przeciwko związkom rybackim i państwowym porozumieniom”.

„Wcześniej – myślał sobie – mieliśmy w Peru szamanów”. Wiedział z opowiadań, co znaleźli archeolodzy w starych prekolumbijskich świątyniach koło miasta Trujillo, zaraz za piramidą Księżyca. Spoczywało tam dziewięćdziesiąt szkieletów mężczyzn, kobiet i dzieci, zabitych maczugami i sztyletami. Próbując rozpaczliwie powstrzymać napór wód w roku 560, arcykapłani poświęcili życie dziewięćdziesięciu ludzi i El Niño zniknął.

Kogo należało poświęcić, aby zahamować grabież mórz?

Od tych myśli przeszedł Ucañana zimny dreszcz. Był dobrym chrześcijaninem. Kochał Jezusa Chrystusa i kochał San Pedra, patrona rybaków. Nie było ani jednego San Pedro Day, kiedy drewniana figurka świętego płynęła od wsi do wsi, żeby nie brał całym sercem udziału w uroczystościach. A mimo to, chociaż przed południem wszyscy biegli do kościoła, nocą rozpalały się prawdziwe ognie. Szamanizm kwitł w pełni. Jaki jednak bóg mógł pomóc, skoro samo Dzieciątko zaklinało się, że nie ma nic wspólnego z nową nędzą rybaków, jego wpływ ogranicza się do zamętu sił przyrody, a cała reszta jest sprawą polityków i lobbystów?

Ucañan spojrzał w niebo i zamrugał oczami.

Zapowiadał się piękny dzień.

Północny zachód Peru prezentował się chwilowo jak kraina z idylli. Od wielu dni nie było na niebie ani jednej chmurki. O tak wczesnej porze surferzy jeszcze spali. Ucañan wypłynął swoim caballito po łagodnie przetaczających się falach na morze dobre pół godziny temu, razem z tuzinem innych rybaków, jeszcze zanim pokazało się słońce. Teraz wyłaniało się powoli zza zamglonych gór, zanurzając morze w pastelowym świetle. Bezkresna dal, jeszcze srebrzysta, przybrała delikatny niebieskawy ton. Na horyzoncie wyczuwało się raczej, niż widziało sylwetki potężnych frachtowców, kierujących się w stronę Limy.

Ucañan, niewzruszony pięknością wstającego poranka, sięgnął za siebie i wyjął calcal, tradycyjną czerwoną sieć tutejszych rybaków, która miała kilka metrów długości i była uzbrojona w różnej wielkości haczyki. Krytycznie przyglądał się jej gęstym okom. Kucał pionowo w swojej trzcinowej łodzi. Caballitos nie miały w środku miejsca do siedzenia, natomiast na rufie znajdował się obszerny składzik na wyposażenie i sieci. Odłożył przed sobą w poprzek wiosło z przepołowionej trzciny z Guayaquil, jakiego nigdzie indziej w Peru nie używano. Należało do jego ojca. Zabrał je, aby stary człowiek mógł poczuć siłę, z jaką Juan Narciso zagłębiał je w wodzie. Każdego wieczoru, odkąd ojciec zachorował, Juan kładł wiosło obok niego, a na nie prawą rękę ojca, żeby czuł trwanie tradycji, sens swojego życia.

Miał nadzieję, że ojciec wiedział, czego dotykał. Swojego syna już nie rozpoznawał.

Ucañan zakończył inspekcję calcal. Oglądał ją już na lądzie, ale sieci były cenne i godne niewyczerpanej uwagi. Ich utrata oznaczała koniec. W pokerze toczącym się o pozostałe zasoby Pacyfiku Ucañan mógł stać po stronie przegranych, ale nie miał zamiaru darować sobie choćby najmniejszego niedbalstwa albo wręcz oddać się pijaństwu. Niczego bardziej nie znosił niż widoku tych, którzy stracili nadzieję i skazali na zniszczenie swoje łodzie i sieci. Ucañan wiedział, że gdyby kiedykolwiek napotkał podobne do ich oczu spojrzenie w lustrze, byłby już martwy.

Rozejrzał się. Po obu stronach rozciągała się mała flotylla caballitos, które tego ranka wyruszyły wraz z nim, oddalone o dobry kilometr od plaży. Dzisiaj koniki nie podskakiwały w górę i w dół jak zazwyczaj. Fali prawie nie było. Następne godziny rybacy spędzą na morzu z cierpliwością graniczącą z fatalizmem. Przyłączyły się do nich większe łodzie, te drewniane, i jeden trawler, który minął ich, kierując się na otwarte morze.

Ucañan przyglądał się niezdecydowany, jak mężczyźni i kobiety po kolei zarzucają swoje calcal do wody, troskliwie mocując je liną do łódki. Okrągłe czerwone boje, świecąc, unosiły się na powierzchni wody. Ucañan wiedział, że czas również na niego. Rozmyślał jednak o minionych dniach i nic nie zrobił, tylko nadal patrzył.

Kilka sardynek. To było wszystko.

Powędrował spojrzeniem za trawlerem, który robił się coraz mniejszy. El Niño zjawił się również w tym roku, jednakże był stosunkowo nieszkodliwy. Jakby pokazywał swoją drugą twarz, uśmiechniętą, życzliwą. Zachęcone przyjemną temperaturą, w Prąd Humboldta zapuszczały się tuńczyki żółtopłetwe i rekiny młoty, które zazwyczaj nie czuły się tam swojsko. I wtedy na Boże Narodzenie pojawiały się na stołach sute porcje. Wprawdzie wcześniej nieliczne mniejsze ryby kończyły w żołądkach swoich dużych krewniaków zamiast w rybackich sieciach, ale nie można było przecież mieć wszystkiego. Kto w taki dzień jak dzisiejszy wypływał dalej, miał spore szanse na powrót do domu z większą zdobyczą.

Próżne myśli. Caballitos nie wypływały tak daleko. W grupie odważały się czasami oddalić o dziesięć kilometrów od lądu. Stawiały czoła wysokim falom, po prostu ślizgały się na ich grzebieniach. Tam, daleko od brzegu, problemem był prąd. Ponadto jeżeli powierzchnia morza była nierówna i wiatr wiał od strony lądu, trzeba było wykrzesać z mięśni trochę siły, aby ponownie dobić do brzegu.

Niektórzy nie wracali.

Ucañan kucał na plecionej trzcinie, wyprężony jak struna i nieruchomy. O świcie rozpoczęło się czekanie na ławice, które i dziś zapewne nie przypłyną. Wpatrywał się w horyzont Pacyfiku, poszukując trawlera. Były czasy, że bez trudu dostałby pracę na jednym z tych wielkich statków albo w którejś z fabryk mączki rybnej, ale i one już minęły. Po pustoszących wybrykach El Niño pod koniec lat dziewięćdziesiątych stracili pracę nawet robotnicy fabryk. Wielkie ławice sardeli już nigdy tu nie wróciły.

Co miał robić? Po prostu nie mógł sobie już pozwolić na kolejny dzień bez połowu.

„Mógłbyś uczyć senioritas surfować”.

To była jakaś alternatywa. Praca w jednym z niezliczonych hoteli, pod naporem których kuliło się stare Huanchaco. Łowić turystów. Nosić śmieszną kurteczkę, mieszać koktajle. Albo doprowadzać bogate Amerykanki do krzyków rozkoszy. Podczas surfowania, jeżdżenia na nartach wodnych, późnym wieczorem w pokoju.

Jego ojciec jednakże umarłby jeszcze tego samego dnia, w którym Juan zerwałby więzy z przeszłością. Mimo że stary człowiek nie był już przy zdrowych zmysłach, musiałby przecież wyczuć, że jego najmłodszy syn utracił wiarę.

Pięści Ucańana zacisnęły się tak mocno, że aż pobielały mu kostki. Następnie chwycił za wiosło i zdecydowanie, ze wszystkich sił, zaczął wiosłować w ślad za trawlerem. Jego ruchy były gwałtowne, przepełnione wściekłością. Za każdym zanurzeniem wiosła powiększała się odległość pomiędzy nim a pozostałymi rybakami. Szybko parł naprzód. Wiedział, że dzisiaj nie przeszkodzą mu niespodziewane pionowe fale, zdradziecki prąd, gwałtowny północnozachodni wiatr nie będzie mu utrudniał powrotu. Jeżeli dzisiaj nie zaryzykuje, to nie zrobi tego już nigdy. W głębszych wodach wciąż jeszcze pływały tuńczyki, bonito i makrele, ale były tam nie tylko dla trawlerów. Należały również do niego.

Po dłuższej chwili przerwał wiosłowanie i obejrzał się. Ciasno zabudowane Huanchaco zrobiło się mniejsze. Wokół siebie widział tylko wodę. Żadnych caballitos, których właściciele poszliby za jego przykładem. Mała flota pozostała w tyle.

„Kiedyś w Peru mieliśmy jedną pustynię – powiedział pewnego dnia ojciec – pośrodku lądu. Tymczasem mamy dwie, a drugą jest morze przed drzwiami naszego domu. Staliśmy się mieszkańcami pustyni, którzy obawiają się deszczu”.

Był jeszcze za blisko.

Ucańan, wiosłując silnymi uderzeniami, czuł, jak powraca mu dawna ufność. Opanował go niemal entuzjazm, wyobraził sobie, że mknie na swoim koniku po bezkresnej wodzie tam, gdzie spod jej powierzchni wystrzeliwują tysiące srebrzystych grzbietów połyskujących w słońcu, gdzie z fal unoszą się szare garby wielorybów i skaczą ryby miecze. Jego wiosło uderzało raz za razem i oddalało go od lądu. Ramiona Ucańana poruszały się jakby mechanicznie i kiedy wreszcie opuścił wiosło i znów się odwrócił, rybacka wioska miała już tylko ciemne, przypominające kostkę do gry kontury i białe cętki wokoło – błyszczącego w słońcu, nieustannie rozrastającego się pleśniowego grzyba nowych czasów, hoteli.

Nagle Ucañan poczuł trwogę. Jeszcze nigdy nie odważył się wypłynąć tak daleko. Nie w swoim caballito. Wiązka trzciny pod siedzeniem to jednak nie to samo, co belki pokładu pod stopami. Poranna mgła nad odległym lądem mogła go mylić, ale z całą pewnością od Huanchaco dzieliło go teraz dwanaście albo więcej kilometrów.

Był sam.

Przez moment Ucañan zastygł w bezruchu. Zmówił krótką modlitwę do San Pedra, aby pozwolił mu szczęśliwie i zdrowo wrócić do domu z łodzią pełną ryb. Potem wciągnął głęboko słone poranne powietrze, wyjął calcal i bez pośpiechu zarzucił ją w wodę. Obciążone haczykami oka znikały powoli w szklistych ciemnościach, aż została tylko czerwona boja, unosząca się na powierzchni obok caballito.

Cóż mogło się stać? Pogoda była piękna, poza tym Ucañan bardzo dobrze wiedział, gdzie się znajduje. Był niedaleko miejsca, w którym z dna morza wyrasta masyw zastygłej lawy wulkanicznej, małe, poszarpane rozpadlinami pasmo gór. Szczyty sięgały tuż pod samą powierzchnię wody. Osiedliły się na nich ukwiały, małże i skorupiaki. Mnóstwo drobnych ryb zamieszkiwało szczeliny i jaskinie. Ale zapuszczały się tu na polowanie również większe sztuki, jak tuńczyki, bonito i ryby miecze. Łowienie w tej okolicy było dla trawlerów niebezpieczne, ostre brzegi skał mogły je rozpruć, a ponadto nie było tu dostatecznych zasobów na większe połowy.

Dla odważnego jeźdźca caballito wystarczało ich aż nadto.

Ucañan uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia. Huśtał się w górę i w dół. Fale były tu wprawdzie trochę wyższe niż w bezpośredniej bliskości wybrzeża, ale w swojej trzcinowej łódce wciąż jeszcze czuł się komfortowo. Przeciągnął się i mrużąc oczy, popatrzył w bladożółte słońce, które wzeszło nad górami. Następnie znów chwycił wiosło i kilkoma pchnięciami skierował caballito w prąd wody. Przykucnął, przygotowując się na to, że w ciągu najbliższych godzin będzie wpatrywał się w boję, która w pewnej odległości od łódki tańczyła na powierzchni.

Po niecałej godzinie złapał trzy bonito. Leżały na dnie składziku caballito tłuste i błyszczące.

Ucañana ogarnął entuzjazm. To było lepsze niż plon ostatnich czterech tygodni... W gruncie rzeczy mógłby już wracać, skoro jednak tu był, równie dobrze mógł jeszcze poczekać. Dzień zaczął się pomyślnie. Być może skończy się jeszcze lepiej.

Poza tym miał mnóstwo czasu.

Podczas gdy caballito dryfowało spokojnie wzdłuż rafy, popuścił calcal trochę liny i patrzył, jak boja oddala się w podskokach. Jego wzrok wciąż lustrował powierzchnię wody w poszukiwaniu jaśniejszych miejsc, gdzie skały pięły się w górę. Ważne było zachowanie odpowiedniego dystansu, aby nie narazić na szwank sieci. Ziewnął.

Dało się wyczuć lekkie szarpnięcie liny.

W następnej chwili boja zniknęła w grzebieniach fal. Potem wynurzyła się, wystrzeliła na powierzchnię, tańcząc przez kilka sekund dziko na wszystkie strony, i znów poszła w dół.

Ucañan złapał za linę. Napięła się pod jego chwytem, ścierając mu skórę z dłoni. Zaklął. Caballito przechyliło się na bok. Ucañan puścił linę, żeby nie stracić równowagi. Gdzieś w głębi wody błysnęła na czerwono boja. Lina schodziła pionowo w dół, napięta niczym cięciwa, powoli ciągnąc za sobą rufę łodzi.

Co u diabła się działo?

Coś musiało się złapać, coś dużego i ciężkiego. Może ryba miecz. Ale ryba miecz przyspieszyłaby tempo i porwała za sobą caballito. Cokolwiek zaplątało się w oka sieci, ciągnęło w dół.

Ucañan gorączkowo próbował ponownie złapać linę. Łódką znów szarpnęło. Poleciał do przodu i wylądował w falach. Kiedy zanurkował, woda dostała mu się do płuc. Kaszląc i plując, wynurzył się i zobaczył, że caballito jest już do połowy zatopione. Spiczasty dziób sterczał pionowo w górę. Z otwartego składziku wracały do morza schwytane bonito. Na widok idących na dno ryb ogarnęły go złość i rozgoryczenie. Były stracone. Nie mógł za nimi nurkować, ponieważ musiał ratować caballito, a tym samym własną skórę.

Połów przedpołudnia. Wszystko na próżno!

Kawałek dalej dryfowało wiosło. Ucañan nie zaprzątał sobie nim głowy. Mógł je złapać później. Z całej siły naparł na dziób, próbując ściągnąć go w dół. Znalazł się przez to pod wodą, razem z caballito, które nieznana siła w dalszym ciągu porywała bezlitośnie w głąb. W gorączkowym pośpiechu przesunął się po śliskiej trzcinie na rufę. Prawą ręką przeszukał wnętrze składziku, aż wreszcie znalazł to, czego szukał. Niech będą dzięki San Pedro! Nie zmyło jego noża, również maska do nurkowania, najcenniejsza oprócz calcal rzecz, jaką posiadał, była na swoim miejscu.

Jednym ruchem przeciął linę.

Caballito natychmiast wystrzeliło w górę, obracając ciałem Ucañana niczym korkociągiem. Zobaczył wirujące nad sobą niebo, ponownie wpadł głową do wody i wreszcie, dysząc ciężko, znalazł się z powrotem na dnie trzcinowej łódki, która jak gdyby nigdy nic znów kołysała się spokojnie na wodzie.

Podniósł się zaskoczony. Boi nigdzie nie było widać. Przeszukał wzrokiem powierzchnię morza, rozglądając się za wiosłem. Unosiło się na falach niedaleko. Wiosłując rękami, skierował caballito w tamtą stronę, aż zdołał je dosięgnąć, położył przed sobą i zlustrował najbliższą okolicę.

W kryształowej wodzie były jasne plamy.

Ucañan zaczął kląć, nieprzerwanie i na głos. Za bardzo zbliżył się do podmorskich formacji i sieć się w nie zaplątała. Nic dziwnego, że ciągnęło go w dół. A wszystko przez idiotyczne marzenia, którym się oddał. I tam, gdzie była calcal, znajdowała się też boja. Dopóki sieć wisiała na skałach, nie mogła wypłynąć na powierzchnię, była mocno związana z boją.

Ucañan zastanowił się.

Tak, to była odpowiedź, tak musiało być. Mimo to dziwiła go gwałtowność, z jaką o mały włos nie przytrafiło mu się nieszczęście. Jedynym przekonującym wyjaśnieniem wydawało się to, że stracił sieć przez skały, ale cień wątpliwości pozostał.

Stracić sieć!

Nie mógł stracić sieci.

Szybkimi ruchami wiosła Ucañan zawrócił caballito do miejsca, w którym przed chwilą rozegrał się krótki dramat. Zerknął w dół, próbując coś dostrzec w przejrzystej wodzie, ale poza kilkoma rozmytymi, jasnymi plamami niczego nie zobaczył. Ani śladu po sieci i boi.

Czy to rzeczywiście było tutaj?

Był marynarzem. Spędził życie na morzu. Również bez sprzętu nawigacyjnego Ucañan wiedział, że znajduje się we właściwym miejscu. To tutaj musiał odciąć linę, żeby jego trzcinowa łódka nie została zniszczona. Gdzieś tu na dole była jego sieć.

Będzie musiał ją wyciągnąć.

Myśl o konieczności zanurkowania nie sprawiała Ucañanowi przyjemności. Jak większość rybaków odczuwał wstręt do wody – chociaż był znakomitym pływakiem. Mało który rybak naprawdę kochał morze. Morze ich przywoływało, każdego dnia na nowo i chociaż wielu z tych, którzy spędzili życie na łowiskach, nie mogło obejść się bez jego wszechobecności, to jednak też nie bardzo sobie z nią radzili. Morze wysysało ich siły witalne, po każdym połowie zatrzymywało trochę dla siebie i pozostawiało zniszczone, milczące wraki w portowych knajpach, które już niczego nie oczekiwały od życia.

Ucañan jednak posiadał skarb! Prezent od turysty, którego wiosną zabrał ze sobą w morze. Wyjął ze składziku maskę do nurkowania, splunął na nią i starannie roztarł ślinę, aby maska nie zaparowała pod wodą. Następnie opłukał ją w wodzie morskiej, przycisnął do twarzy i ściągnął pasek z tyłu głowy. To była nawet dość droga maska, z brzegami z miękkiego, przylegającego lateksu. Nie miał przyrządu do oddychania albo chociaż rurki, ale nie były mu one potrzebne. Potrafił wystarczająco długo wstrzymać oddech, aby zanurkować spory kawałek w dół i ściągnąć sieć ze skały.

Ucañan zastanawiał się, jak duże było niebezpieczeństwo, że zostanie zaatakowany przez rekina. Na ogół pod tą szerokością geograficzną nie spotykało się niebezpiecznych dla ludzi gatunków. Rzadko, ale i tak daleko na morzu, widywano rekiny młoty, ostronosy i żarłacze śledziowe, które plądrowały sieci rybackie. Wielkie żarłacze ludojady nie pokazywały się u wybrzeży Peru właściwie wcale. Poza tym była różnica, czy nurkuje się na otwartej przestrzeni, czy też – jak tutaj – w bezpośredniej bliskości skał i struktur rafowych, które dawały pewne bezpieczeństwo. Zresztą, jak sądził Ucañan, to nie rekin miał jego sieć na sumieniu.

Zawiniła jego własna nieuwaga. To wszystko.

Nabrał powietrza w płuca i skoczył w fale na główkę. Ważne było, żeby szybko dotrzeć jak najniżej, w przeciwnym razie zgromadzone w płucach powietrze będzie go utrzymywało na powierzchni niczym balon. Z wyprężonym ciałem i głową wyciągniętą do przodu zwiększał odległość od powierzchni. Z łodzi woda wydawała się ciemna i nieprzenikniona, a teraz otwierał się wokół niego jasny, przyjazny świat, ze znakomicie widoczną rafą wulkaniczną, która miała kilkaset metrów długości. Na skałach lśniły cętki słonecznego światła. Ucañan prawie nie widział ryb, ale i tak nie zwracał na nie uwagi. Przebiegał wzrokiem sterczące z dna skały w poszukiwaniu calcal. Nie mógł zabawić tu na dole zbyt długo, jeśli nie chciał, żeby zniosło caballito za daleko. Jeżeli w ciągu najbliższych sekund niczego nie zobaczy, wynurzy się i będzie musiał podjąć następną próbę.

Nawet gdyby miało go to kosztować dziesięć prób! Gdyby trwało i pół dnia. Powrót bez sieci nie wchodził w grę.

I wtedy zobaczył boję.

Unosiła się nad spękanym występem skalnym mniej więcej na dziesięciu, piętnastu metrach głębokości. Sieć wisiała tuż pod nią. Wydawała się pozaczepiana w wielu miejscach. Otaczało ją mnóstwo maleńkich ryb rafowych, które rozpierzchły się, kiedy Ucañan się zbliżył. Wyprostował się w wodzie, poruszając nogami, i zabrał się za uwalnianie calcal. Prąd nadymał jego odpiętą koszulę.

Zwrócił przy tym uwagę, że sieć jest zupełnie poszarpana.

Niczego nie rozumiejąc, wpatrywał się w dzieło zniszczenia. Nie spowodowały tego tylko skały.

Co tu u licha szalało?

Ogarnięty niepokojem Ucañan zaczął manipulować przy calcal. Wyglądało na to, że czeka go wielodniowe łatanie. Zatrzynało brakować mu powietrza. Chyba nie uda mu się za jednym razem, ale nawet zrujnowana calcal miała jeszcze swoją wartość.

W końcu przestał wyplątywać sieć ze skał.

To było bezcelowe. Wynurzy się, rozejrzy za caballito i będzie musiał jeszcze raz zanurkować.

Podczas gdy się nad tym zastanawiał, zaszła wokół niego pewna zmiana. Początkowo myślał, że słońce zakryła chmura. Zniknęły tańczące na skałach cętki światła, skały i rośliny nie rzucały już cienia...

Zdumiał się.

Jego ręce, sieć, wszystko straciło barwę i stało się mdłe. Nawet chmury nie mogły być wystarczającym wyjaśnieniem tej nagłej zmiany. W ciągu kilku sekund niebo nad Ucañanem pociemniało.

Wypuścił calcal i spojrzał w górę.

Jak okiem sięgnąć tuż pod powierzchnią wody gromadziła się ławica połyskujących ryb długości ramienia. Zaskoczony Ucañan wypuścił część powietrza z płuc. Perliście ulatywało w górę. Zastanawiał się, skąd tak nagle pojawiła się tutaj tak ogromna ławica. Nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego. Ciała ryb wydawały się niemal nieruchome, tylko od czasu do czasu dostrzegał ruch płetwy ogonowej albo przyspieszenie pojedynczego osobnika. Potem ławica niespodziewanie skorygowała swoją pozycję o kilka stopni – uczestniczyły w tym wszystkie ryby i zbiły się jeszcze ciaśniej.

Właściwie było to typowe zachowanie ławicy. Mimo to coś tu się nie zgadzało. To nie zachowanie ryb go irytowało, tylko same ryby.

Było ich po prostu za dużo.

Ucañan obrócił się wokół własnej osi. Jak okiem sięgnąć, ogromna liczba ryb gubiła się w nieskończoności. Odchylił głowę do tyłu i przez lukę pomiędzy ich ciałami dostrzegł cień swojego caballito, które huśtało się na kryształowej, lekko wzburzonej powierzchni. A potem i ten ostatni widok się zamknął. Zrobiło się jeszcze ciemniej, pozostałe w jego płucach powietrze zaczęło boleśnie palić.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Odwet oceanu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer