Martwa cisza

Martwa cisza

Autorzy: Marta Komorowska Will Dean

Wydawnictwo: Burda Książki

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.30 zł

Dwa ciała pozbawione oczu zostają odnalezione w głębi lasu, niedaleko odludnego szwedzkiego miasteczka. Przypominają nierozwiązaną sprawę morderstw sprzed dwudziestu lat.

Tuva Moodyson, głucha reporterka małej lokalnej gazety, szuka tematu, który pomoże jej zrobić karierę i wreszcie wyrwać się z zapadłej dziury, jaką jest Gavrik. Podczas śledztwa odkrywa sieć tajemnic oplatającą miasteczko.

Czy Tuva zdoła przechytrzyć mordercę, zanim stanie się jego ostatnią ofiarą? Najpierw musi stawić czoła własnym demonom.

 

Willa Deana, autora tego klimatycznego kryminału, warto mieć na oku. Martwa cisza to książka stylowa, wciągająca i lodowata jak szwedzka zima.

Fiona Cummins, autorka Grzechotu kości

 

Klimatyczna, przerażająca, pełna napięcia książka. Atmosfera rodem z Twin Peaks i Tuva są rewelacyjne. Proszę o więcej!

C.J. Tudor, autorka Kredziarza

 

Coś dla fanów Ostrych przedmiotów Gillian Flynn. Debiutancki czarny kryminał w stylu skandynawskim. Napięcie nie opada ani na chwilę. Nie mogę się doczekać następnej książki o Tuvie.

Val McDermid, autorka bestsellerowych kryminałów

 

Zapadająca w pamięć, klimatyczna książka z zawziętą główną bohaterką. Wciągający pierwszy tom obiecującej serii.

„The Guardian”

 

Debiutujący autor rzuca wyzwanie mistrzom skandynawskiego kryminału.

„The Times”

 

Will Dean wychował się w angielskim regionie Midlands. Przed ukończeniem osiemnastu lat mieszkał w dziewięciu różnych miasteczkach. Był molem książkowym uwielbiającym śnić na jawie. Znajdował ukojenie w opowieściach i przyrodzie (i nadal go w nich szuka). Po studiach w London School of Economics pracował w Londynie, a potem osiadł na szwedzkiej wsi. Zbudował drewniany dom na podmokłej polanie pośrodku rozległego lasu zamieszkanego przez łosie. W tej bazie kompulsywnie czyta i pisze.

Martwa cisza to pierwszy tom z serii z zawziętą Tuvą Moodyson w roli głównej.

Tytuł oryginału: Dark Pines

Copyright © by Will Dean, 2018

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Marta Komorowska / Słowne Babki

Redakcja: Grażyna Milewska / Słowne Babki

Korekta: Agnieszka Zygmunt, Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Skład i łamanie: TYPO

Projekt okładki: Kid-Ethic / One World Publications

Zdjęcie na okładce: Martins Vanags / Shutterstock

Opracowanie graficzne okładki: Studio KARANDASZ,

www.karandasz.com.pl

ISBN: 978-83-8053-478-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

Spis treści

1. Gavrik, Szwecja

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Niniejsza książka jest utworem fabularnym. Nazwiska, postaci, firmy, organizacje, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autora lub zostały wykorzystane w sposób fikcyjny. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żyjących bądź zmarłych, zdarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Dla VP. Zawsze

1

Gavrik, Szwecja

Łoś wyłania się spomiędzy wybujałych sosen. Jest monstrualnie duży – waży pół tony, może więcej. Wciskam hamulec. Ciężarówka wibruje, kiedy zimowe opony wgryzają się w żwir. Dotykam włosów i włączam aparaty słuchowe. Rozlega się sygnał producenta, a potem zaczynam słyszeć. Łoś jest zaledwie trzydzieści metrów ode mnie. Stoi nieruchomo – szary, włochaty i cholernie wielki.

Silnik pracuje na jałowym biegu. Myślę o wypadku taty dwanaście lat temu, o jego samochodzie – a raczej o tym, co z niego zostało – i walę pięścią w klakson. Hałas wypełnia mi głowę, ale to nie jest prawdziwy dźwięk, nie taki, jak wy byście usłyszeli. W moim przypadku jest wzmocniony kawałkami plastiku, które mam za uszami. Klakson działa – byk rusza dalej drogą. Jądra zwisają mu nisko między chudymi szarymi nogami.

Powoli ruszam za nim. Serce bije mi za mocno i za szybko. Łoś wchodzi w plamę światła słonecznego i się zatrzymuje. Prehistoryczny gigant, dziki, przedwieczny, wyższy niż mój wypożyczony pikap. Hamuję i znów trąbię, ale zwierz nie wygląda na wystraszonego. Zaczynam dyszeć, pot występuje mi na czoło. Kabina nagle staje się duszna. W pobliżu nie ma policji. Nie widzę świateł żadnego innego samochodu ani przed sobą, ani za sobą.

Futro pokrywające poroże łosia błyszczy w słońcu. Samiec kręci ciężką głową i ustawia się przodem do mnie, zmieniając postawę. Las Utgard wokół ciemnieje. Łoś uderza kopytem, rozbijając cienką warstwę lodu na dziurze w drodze. W świetle reflektorów widzę, jak brudna woda ochlapuje jego futro, a on patrzy prosto na mnie, opuszcza łeb i szarżuje.

Hamuję, wrzucam bieg wsteczny i grubą gumową podeszwą buta wciskam gaz do dechy. Mój krzyk brzmi obco. Ciężarówka rusza w tył, powiększa się odległość między mną a bykiem, moją twarzą a jego pyskiem, moimi wydepilowanymi brwiami a jego twardym jak skała porożem.

Wyjmuję z kieszeni telefon i kładę go na kolanach, chociaż powszechnie wiadomo, że w Utgardzie nie ma zasięgu. Przeskakuję wzrokiem między przednią szybą a lusterkiem wstecznym, próbując patrzeć jednocześnie do przodu i do tyłu. Widzę, jak coś się porusza pomiędzy drzewami – coś szarego, może człowiek – ale po chwili znika. To moja wina. Nie powinnam była jechać za łosiem. Nad jego rogami widzę matowe niebo i moje myśli płyną do taty. Wjeżdżam w dziury i na połamane gałęzie, ale w świetle reflektorów wciąż widzę czarne ślepia. Jadę trzydzieści kilometrów na godzinę na wstecznym biegu. Telefon spada mi z kolan i grzechocze pod nogami. Przyspieszam. Jest coraz ciemniej, a byk nadal idzie wprost na mnie. Wjeżdżam lewą oponą do rowu i muszę ostro skręcić, żeby się z niego wydostać. Wtedy rogi zwierzęcia przejeżdżają po zderzaku. Metaliczny odgłos drapania przeszywa mi uszy. Nic nie widzę. Czuję, jak sztyft z balsamem do ust wbija mi się w udo. Nagle dostrzegam mignięcia w lusterkach – to reflektory czyjegoś auta.

Mam za sobą ciężarówkę albo traktor. Cokolwiek to jest, zmierza wprost na mnie. Wcale mnie to nie cieszy. Miejsca na drodze wystarczy tylko dla jednego z nas. Rogi znów drapią w maskę. Mrużę oczy, kiedy słyszę zgrzyt. Zaschło mi w ustach, jest mi gorąco. Z jednej strony mam łosia, a z drugiej, gdybym zawróciła, czeka mnie pewne zderzenie czołowe.

Wtedy słyszę wystrzał.

Spłoszony łoś biegnie w stronę drzew, przeskakuje przez rów i znika w mroku lasu. Migają mi jeszcze jego tylne racice i Utgard pochłania go z powrotem.

Pocą mi się dłonie, kierownica jest wilgotna i śliska. Hamuję, ale nie gaszę silnika. Pojazd za mną – może quad, którego myśliwi użyli do transportu zabitej zwierzyny – skręcił w las.

– Oddychaj – mówię do siebie. – Oddychaj.

Uratował mnie wystrzał z karabinu w pierwszym dniu sezonu polowań na łosie. Trzy lata temu, w Londynie, taki dźwięk trafiłby na nagłówki gazet i wzbudził przerażenie. Teraz, tutaj, w regionie Värmland, w tym życiu, jest normalny – a nawet oznacza bezpieczeństwo.

Zdejmując sweter przez głowę, zaplątuję się w pas. Przez chwilę się z nim szamoczę, zgrzana i zdezorientowana, zanim udaje mi się wyswobodzić. Z dzianiny spływają naelektryzowane pasma cienkich blond włosów.

Wrzucam bieg i ruszam. Wolniej niż przedtem, wolniej, niżbym chciała, ostrożnie, na długich światłach, zerkając w ciemne miejsca na poboczach. Potem wjeżdżam ciężarówką pod górę, na asfaltową drogę, i znów kieruję się w stronę Gavrik. Na E16 nadal korek, ale odtąd zamierzam się trzymać autostrady. Koniec skrótów przez las.

Jestem zmęczona i głodna. Adrenalina zaczyna spadać. Mam trzydzieści dwie godziny na dokończenie ośmiu artykułów, zanim w czwartek wieczorem pójdziemy do druku. Przełączam na światła mijania. Nadal słyszę odgłos rogów drapiących w maskę. Mijam tablicę z nazwą „Gavrik” i pojawiają się latarnie. Cywilizacja powraca stopniowo. Najpierw odblaski i linie pośrodku jezdni, teraz miejskie oświetlenie. Mroczne lasy niech się, kurwa, trzymają z daleka. Pragnę chodników, kawiarni, kin i fast foodów, bibliotek, barów i parkometrów. Chcę tego, co przewidywalne i wytworzone przez człowieka.

Przejeżdżam pomiędzy McDonaldem z okienkiem drive-in a supermarketem ICA Maxi i wjeżdżam na Storgatan, główną ulicę miasteczka. Tętno mi zwalnia, ale przed oczami wciąż mam wypadek taty – chociaż mnie przy nim nie było. Moje wspomnienia to kłamstwa, obrazy, które narosły przez lata. Jadę dalej. Bliźniacze kominy fabryki lukrecji majaczą w tle jak wieże katedry. Sklepy kończą pracę i sprzedawcy się żegnają, jak najzwięźlej, zanim pobiegną z podniesionymi kołnierzami do swoich volvo i wrócą do domów z ogrzewaniem podłogowym i wielkimi telewizorami.

Miejsce parkingowe jest oznaczone moim nazwiskiem. Zupełnie niepotrzebnie, bo w miasteczku jest nadmiar parkingów. Zbudowano je z myślą o przyszłości, ale nikt nie wie, kiedy nadejdzie ta przyszłość, w której Gavrik urośnie o połowę, ani czy w ogóle się to stanie. Nic na to nie wskazuje. Ci, którzy dorastali w tym miasteczku, wyjeżdżają. Ci, którzy je odwiedzają, nie wracają.

Zamykam półciężarówkę i otwieram drzwi redakcji „Gavrik Posten”, lokalnej gazety i mojego miejsca pracy. Tygodniowy nakład: sześć tysięcy egzemplarzy. Nie spodziewałam się, że skończę tutaj – a jednak. Starałam się o pracę w czterech przyzwoitych gazetach w odległości trzech godzin jazdy od mamy i dostałam cztery oferty. Moja matka mieszka w Karlstad, ma tylko mnie, więc kiedy zachorowała, wróciłam z Londynu. Jest trudno. Ona jest trudna. Ale to moja mama. Gavrik leży blisko, ale nie zbyt blisko Karlstad, a od Leny, pół-Nigeryjki, redaktorki naczelnej „Posten”, mogę się sporo nauczyć. W recepcji stoją dwa krzesła, zakurzony kwiatek w doniczce i lada z mosiężnym dzwonkiem oraz ze skarbonką.

Larsa, reportera-weterana zatrudnionego na pół etatu, nie ma w biurze. Zamykam za sobą ladę – sosnową deskę na skrzypiącym zawiasie – i wieszam płaszcz. Ręce nadal mi się trzęsą. Zdejmuję ciężkie buty i wkładam tenisówki, które noszę w biurze. W pokoju od frontu stoją dwa biurka, moje i Larsa. Dalej są jeszcze dwa pokoje – jeden zajmuje Lena, drugi Nils, tępawy sprzedawca reklam. Biuro to niezła nora, ale udaje nam się tu sklecić całkiem przyzwoitą lokalną gazetę ukazującą się w każdy piątek.

Nie chcę mieszkać w Gavrik, ale nie mam wyjścia. Mama mnie potrzebuje – choć nigdy nie przyznała się do tego ani słowem. Ma przerzuty do kości, do krwi, i jeśli mogę zrobić dla niej jakiś drobiazg – kupić jej ulubiony krem różany do rąk, poczytać książki kucharskie, kiedy sama nie ma już na to siły, przywieźć do spróbowania świeże bułeczki cynamonowe – zamierzam go zrobić. Nie jestem w tym dobra, takie rzeczy nie przychodzą mi naturalnie, tak jak nigdy nie przychodziły jej. Ale się staram. A kiedyś, pewnego słodko-gorzkiego dnia, wrócę do prawdziwego świata. Do miasta – jakiegokolwiek, byle dużego.

– Co tam, Tuvo Moodyson? – zaczepia mnie Nils, wychodząc ze swojego pokoju. Ma włosy postawione na żel jak nastolatek i koszulę tak cienką, że prześwitują mu sutki. – Zrobiłaś sobie przerwę na bzykanko?

Siadając, uświadamiam sobie, że przepocona koszulka klei mi się do ciała, a na twarzy mam pasma włosów, które wysunęły się z kucyka. Wyglądam okropnie.

– Tak, szybki trójkącik – odpowiadam. – Nie zaprosiłam cię, bo mamy określone wymagania...

Wygląda na zbitego z tropu. Wraca do swojego biura, pełniącego również funkcję redakcyjnej kuchni, i powoli zamyka za sobą drzwi.

Budzę komputer z drzemki i przyglądam się artykułom – tym już napisanym i tym, do których na razie mam tylko tytuły i konspekty. Lewy aparat słuchowy pika. To ostrzeżenie o niskim poziomie baterii, pierwsze z trzech, zanim aparat się wyłączy, a ja zostanę z dziewięćdziesięcioprocentowym ubytkiem słuchu w tym uchu.

Na monitorze antyrefleksyjnym mam otwartych, jeden za drugim, osiem dokumentów w Wordzie. Miejscowy żłobek się powiększa, tworząc trzy nowe miejsca dla dzieci i jedno miejsce pracy. Wymieniają okładzinę fasady bloku mieszkalnego sąsiadującego z moim, bo poprzednia nie nadawała się na tutejszą pogodę i odpada po kawałku jak strup. Samorząd lokalny, Gavrik Kommun, uznał, że tej zimy wystarczy nam o jeden pług śnieżny mniej, za to o dwóch rolników więcej ma czekać w pogotowiu. Trwa casting do roli świętej Łucji, patronki Szwecji, na rok 2016. Zgłoszenia należy przesyłać do kościoła luterańskiego przy Eriksgatan do końca miesiąca. Dla całej gminy ogłoszono ostrzeżenie przed kleszczami z uwagi na wzrost liczby zachorowań na boreliozę i zapalenie mózgu. Paskudztwa już niedługo zamarzną na śmierć, ale wrzesień był ciepły, więc musimy je znosić jeszcze przez kilka tygodni. Sklep Björnmossena, największy w miasteczku dostawca broni i amunicji, w pierwszym tygodniu października będzie czynny o dwie godziny dłużej niż zwykle, żeby myśliwi, którzy nie wzięli urlopu, mogli się w nim zaopatrzyć. W miasteczku Munkfors 21 października odbędą się targi rękodzieła. Na koniec historia, nad którą pracowałam dzisiaj – otwarcie nowej bielarni w miejscowej celulozowni, drugim największym pracodawcy w okolicy po fabryce lukrecji Grimberga.

To wszystko. Oto moje wieści. Zaczerpnięte z plotek i sprawozdań z posiedzeń rady miejskiej, podsłuchane w aptece. Brzmią banalnie, ale tego właśnie chcą moi czytelnicy. Ile razy zdarzyło wam się wyrwać stronę z ogólnokrajowej gazety i przyczepić na drzwiach lodówki? A ile razy na waszej lodówce wylądował wycięty z lokalnej gazety artykuł o golu, który wasza córka strzeliła w meczu hokejowym, albo najdłuższej marchewce w mieście, którą wyhodował wasz sąsiad? Moich czytelników obchodzą takie rzeczy – a przez to obchodzą i mnie.

Słyszę dzwonek przy drzwiach. Lars wchodzi do biura i zaczyna powoli się rozbierać ze staromodnego płaszcza.

Chcę pisać, więc żeby się skoncentrować, wyłączam aparaty. Koszulka odkleja się od skóry i znów zaczynam się czuć normalnie. Wyczuwam zapach własnego potu, ale dość skutecznie maskuje go dezodorant. Gdybym nadal była na stażu w „Guardianie”, poszłabym się odświeżyć. Tu nie ma takiej potrzeby. Są inne priorytety.

Otwierają się drzwi Leny.

Stojąc w nich, wygląda jak Diana Ross w dżinsach i polarze. Ma szeroko otwarte oczy, ale nic nie mówi.

– Co tam? – pytam.

Zasłania ręką usta. Mówi, kręcąc głową, ale nie potrafię odczytać wypowiedzi z ruchu jej warg.

– Co? – powtarzam, gmerając przy aparatach, żeby je włączyć. – Co się stało?

Lena opuszcza dłonie.

– Znaleźli ciało.

2

– Włącz wiadomości – prosi Lena, wskazując na stary telewizor, który wisi na ścianie.

Aparaty się budzą, słyszę sygnał.

– Wiedziałem – rzuca Nils, dołączając do nas w głównym biurze. Jest podekscytowany jak uczniak. – A nie mówiłem, Leno? To przeklęte miejsce. Mój brat twierdzi, że ciało leży w lesie Utgard. Zgłoszenie odebrał jego kumpel, dyspozytor w pogotowiu. A nie mówiłem, że znów do tego dojdzie? Mówiłem, a jakże.

Włączam lokalne wiadomości.

– Co słyszałeś, Nils? – pytam. – Co dokładnie powiedział twój brat?

Nils spogląda na Lenę.

– Myślisz, że to znowu Meduza? – Odwraca się do mnie i wyjaśnia: – To było, zanim się tu sprowadziłaś, Tuvo. – Potem patrzy na Larsa. – W którym to było roku?

– Ostatnie ciało znaleźli w 1994 – wyjaśnia Lars. – Ale to nie… – Drapie się po łysinie. – Minęło dwadzieścia lat. Tym razem to musiał być wypadek na polowaniu.

– No pewnie – mówi Nils. – Wypadek. W lesie Utgard. Jasne. Mój brat twierdzi, że ciało znaleźli w wiosce Mossen.

Zakładam płaszcz. Nils zerka na Lenę.

– Puścisz ją tam samą?

Wzuwam buty i kiwam jej głową.

– Zadzwoń, gdy się czegoś dowiesz.

– Zabierz aparat fotograficzny – mówi.

Sama, kurwa, na to wpadłam.

– Jasne – odpowiadam, zabieram sprzęt z biurka Larsa, gdzie się ładował, i wychodzę na pustą, ciemną ulicę.

Nie pada, ale w powietrzu unoszą się fale wilgoci. Czy wystrzał, który spłoszył mojego łosia, kogoś zabił? Drżę i biegnę do samochodu.

Jadę trzydzieści kilometrów za miasto, przejeżdżam pod autostradą. Las Utgard ciągnie się jak okiem sięgnąć po prawej stronie drogi. Mijam drogowskaz porośnięty powojem i zbliżam się do wjazdu w głuszę – ledwie widocznej przerwy w grubej barierze świerków. Już wcześniej jechałam obrzeżem lasu, żeby uniknąć korków podczas powrotu z celulozowni, ale teraz muszę się zapuścić naprawdę głęboko. Radio Värmland przerywa ludową piosenkę, żeby poinformować, że policja odcięła teren wokół wioski Mossen z powodu odkrycia ciała. Myśliwych i spacerujących z psami prosi się o niezbliżanie do tego miejsca do odwołania.

Radio zaczyna przerywać, kiedy zostawiam asfalt za sobą i skręcam w szarą żwirową drogę. Jest na tyle szeroka, że mogą się na niej minąć dwa samochody – o ile każdy zjedzie na skraj rowu na poboczu. Jest ciemno jak w studni. Włączam światła przeciwmgielne i mrużę oczy, żeby dostrzec coś przez unoszące się opary. Wiosną las jest znośny – jeśli ogląda się go z kabiny ciężarówki. Jasnozielone pędy świerków i dzikie kwiaty. Jadąc swoim pikapem, toyotą hilux, mogę stawić im czoła. Ale teraz mamy październik, sosnowe igły są ciemne i mokre, mech – brązowy, a brzozy – nagie. Termometr na desce rozdzielczej wskazuje dwa stopnie powyżej zera. Jadę ciemną aleją pomiędzy ścianami sosen wysokich jak latarnie morskie.

Od czasu do czasu łapię sygnał radiowy, ale słychać tylko prognozę pogody. Znowu deszcz. Mapa na GPS-ie pokazuje wąską drogę, która wjeżdża od południa w bezkształtny zielony obszar i kończy się w samym jego środku. Wzdłuż drogi rozrzuconych jest pięć domów. Muszę znaleźć ten, przed którym parkuje radiowóz. Drapię się po lewym uchu i dotykam aparatu słuchowego – trochę dlatego, że to nieuniknione przy drapaniu, a trochę dlatego, że w takich miejscach mnie to uspokaja.

Do morderstw Meduzy doszło dwadzieścia lat przed tym, jak tu zamieszkałam. To lokalna legenda – skąpe fakty obrośnięte mnóstwem bzdur. Trzy osoby zastrzelone w ciągu czterech lat. Policja nikomu nie postawiła zarzutów, a kolejnych ofiary po prostu nie było. Wszystkie ciała znaleziono w lesie, wszystkie były w jakiś sposób okaleczone. Tyle wiem. Większość miejscowych nie chce o tym rozmawiać. Tych, którzy chcą, nie warto słuchać.

Zbliżam się do pierwszego domu w wiosce. Radio wciąż cicho gra, na wypadek, gdyby mieli podać kolejne wiadomości. Zwalniam do dziesięciu kilometrów na godzinę. Budynek jest zdewastowany. Szalunki wymagają malowania, część okien porosła bluszczem. Wyraźnie widać tylko ogródek, słabo oświetlony ledwie sprawnymi lampami solarnymi, tymi tanimi, które tak daleko na północy w lecie działają jako tako, a w październiku – prawie wcale. W domu nie palą się światła. Nikogo nie ma. Przyspieszam, spoglądając w lusterka. Widzę światło, którego nie dostrzegłam wcześniej, ale nie dochodzi z domu. Znika równie szybko, jak się pojawiło.

Mam słabą baterię w telefonie, więc podłączam ładowarkę do gniazda zapalniczki. Muzyka w radiu się zmienia, harmonijkę ustną zastępuje bandżo, ale sygnał jest słaby, z mnóstwem szumu białego. Jadę wolniej. Droga staje się coraz węższa, a po obu jej stronach ciągną się obdrapane granitowe klify i stosy głazów. Sosny pochylają się nad drogą, w niektórych miejscach stykają się czubkami i tworzą sklepienie. Trudno byłoby mi tu zawrócić.

Następny dom wygląda normalnie. Jest oświetlony lampami, od wewnątrz wiszącymi w każdym oknie, a na zewnątrz zamocowanymi na ścianach. To jednopoziomowy torp, tradycyjny ciemnoczerwony wiejski domek. Znów zwalniam i pozwalam ciężarówce toczyć się naprzód, nie naciskając na pedał gazu. Włączam wycieraczki, żeby oczyścić przednią szybę, i wyglądam przez okno po stronie pasażera. Przez chmarę owadów dostrzegam zaparkowane na podjeździe volvo oznakowane „Taxi Gavrik”. W skrzynkach na oknach stoją uschnięte kwiaty – jakaś odmiana geranium. Wydaje mi się, że w jednym z okien widziałam twarz – dziecięcą buzię, nisko nad parapetem. Ale zdążyłam już minąć dom i zbliżam się do stromego wzgórza. Zwiększam obroty i toyota przyspiesza. Włączam podgrzewanie siedzeń. Wzgórze niedawno wysypano żwirem i ciężarówka hałasuje, kiedy zimowe opony wgryzają się w kawałki kamieni. Na szczycie droga ostro skręca w prawo. Hamuję, a koła ślizgają się na opadłych liściach.

Rowy na poboczu ustępują miejsca bagnu. Żwirowa droga, wyniesiona o kilka centymetrów, przecina podmokły teren, pełen trzcin i mętnej wody, która odbija niebo.

Następny dom, stojący po prawej stronie, wyczuwam węchem, zanim go zobaczę. Usta zaschły mi od panującego w samochodzie ciepła, więc wyjmuję z kieszeni dżinsów balsam do ust. Czuję zapach ognia i dymu drzewnego, który wpływa na mnie kojąco. Jest jak w domu. Ale budynek nie wygląda na dom, a na warsztat. Nie zwalniam, bo wewnątrz widzę twarze oświetlone fluorescencyjnymi świetlówkami. Jednopoziomowy warsztat, otwarty z jednej strony, z kozą pośrodku. Dwóch albo trzech ludzi w kombinezonach, może stolarzy, coś rzeźbi i szlifuje. Obok warsztatu stoi skromny domek pomalowany na żółto. Z haka przed frontowymi drzwiami zwisa kilka martwych ptaków. Bażantów? Kuropatw? Widzę też rząd pięciu numerowanych skrzynek pocztowych, przykręconych do metalowego pręta.

Droga jeszcze bardziej się zwęża. Muszę się koncentrować, żeby się na niej utrzymać. Rowy po obu stronach są głębokie i, jak to w październiku, pełne wody, tak samo jak jeziora, zbiornik za miastem i studnie w okolicznych ogrodach. Wydaje mi się, że widzę w oddali migające światła, ale zasłaniają je drzewa.

Bateria jest naładowana w dwudziestu dwóch procentach. Odłączam telefon od ładowarki i rzucam na siedzenie obok aparatu fotograficznego. Przednia szyba zaczyna parować. Włączam wentylację i uchylam okno. Las ma ziemisty zapach, jak gleba pod odsuniętym kamieniem. Pachnie jak stonogi, zgniłe jabłka, ślimaki i mokry dywan. Za rogiem gwałtownie skręcam, żeby ominąć złamaną gałąź brzozy. Dostrzegam przed sobą światła: błyskające na niebiesko koguty trzech radiowozów i karetki. Cieszę się, że je widzę – zapewniają ochronę i pokazują, gdzie mam skręcić, ale także mocno oświetlają teren, odbijając się od mokrych sosnowych gałęzi jak światła stroboskopowe na imprezie.

Parkuję i wyłączam silnik. Deszcz przybrał na sile, więc zdejmuję aparaty słuchowe i wkładam je do kieszeni kurtki. Jeśli się zamoczą, przestaną działać, a nie mogę sobie pozwolić na nowe. Każdy kosztuje tyle, ile moja miesięczna pensja. Kiedy zakrywam je czapką, słychać trzaski i sprzężenie zwrotne. Biorę aparat i telefon, naciągam kaptur i wychodzę na drogę. Powietrze pachnie jeszcze mocniej – kompostem, starymi liśćmi i stojącą wodą.

Dom jest całkiem ładny. Wygląda okazalej niż poprzednie. Ma dwa poziomy, duże okna, a wokół pierwszego piętra biegnie weranda okalająca cały budynek. W oknie na górze widać migoczący ekran telewizora.

Wyczuwam, że ktoś coś mówi, ale nie słyszę słów ani nikogo nie widzę. Sięgam pod kaptur i zakładam lewy aparat słuchowy.

– Tuvs – odzywa się głos z werandy nade mną.

Podnoszę wzrok.

– Nie spieszyłaś się.

To posterunkowy Thord Petterson, drugi w hierarchii dwuosobowych sił policyjnych w Gavrik.

– To straszne zadupie – odpowiadam. – Mogę wejść?

Kręci głową z uśmiechem. Deszcz kapie z rynny, pod którą stoi. Pokazuje na siebie, a potem na dół, na mnie.

Nie wyjmuję aparatu z torebki i czekam przy drzwiach frontowych, pod osłoną werandy. Zakładam i włączam prawy aparat słuchowy.

Drzwi się otwierają, ale moją uwagę przykuwa coś innego. Po prawej, za domem, widzę dwóch ratowników medycznych wychodzących z lasu z noszami. Obok nich idzie komendant policji w Gavrik. Przemoczeni, ubłoceni do kolan mężczyźni ostrożnie przechodzą nad zaniedbanym kamiennym murkiem i przedzierają się przez gąszcz jeżyn. Potem dostrzegam jeszcze jedną osobę. Za komendantem idzie mężczyzna w jaskrawopomarańczowej czapeczce baseballowej, ze sztucerem w ręku.

3

Okazuje się, że to jednak nie mężczyzna, a wysoka, wysportowana kobieta z włosami schowanymi pod czapką i postawionym kołnierzem kurtki. Widzę tylko jej rzęsy.

Ciało, które niosą ratownicy medyczni, jest przykryte szarym prześcieradłem. Pośrodku płachty, na wysokości klatki piersiowej, widać błyszczącą ciemną plamę. Z boku wystaje bezwładna dłoń z obrączką. Chwytam za aparat, ale gliniarze, Thord i komendant Björn, kręcą głowami. Tylne drzwi ambulansu są otwarte i ratownicy medyczni wsuwają nosze do środka. Björn wchodzi za nimi, drzwi się zamykają i karetka rusza w stronę autostrady.

Kobieta ze sztucerem podchodzi do mnie, po chwili dołącza do nas Thord. Razem stoimy w cieniu werandy w głębi Utgardu. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywa.

– Nie mogę ci dziś zbyt wiele powiedzieć, Tuvo – mówi w końcu Thord. – Najlepiej będzie, jeśli rano zadzwonisz na posterunek.

– Jak nazywa się ofiara?

– Poczekajmy z tym do jutra.

Odwraca się do kobiety w czapeczce baseballowej.

– Mogę podwieźć cię do domu, Frida? Myślę, że Hannes by tego chciał. Miałaś ciężki dzień i pewnie masz już dosyć tej pogody.

– Ja to zrobię – wtrącam. Desperacko pragnę informacji, tropu, źródła, cytatu. – Gdzie pani mieszka?

– Kim pani jest? – pyta Frida.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Martwa cisza 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt