Archistorie

Archistorie

Autorzy: Radosław Gajda Natalia Szcześniak

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.29 zł

Dlaczego jedne budynki stają się odważnymi dziełami sztuki, a inne kojarzą się z nijakością i nudą? Co powoduje, że bryła z cegły, kamienia lub betonu może wywołać emocje? Co sprawia, że ludziom mieszka się wygodnie, i co nowego kryją budynki, które otaczają nas na co dzień?

 

Twórcy przełomowego bloga „ARCHITECTURE IS A GOOD IDEA” odkrywają fascynujące historie o architekturze. Dowiemy się, jakim cudem warszawski wieżowiec Cosmopolitan składa się z trzech podwieszanych mostów, dlaczego pewien blok w Kopenhadze przypomina Himalaje i co popchnęło Le Corbusiera do zaprojektowania superbloku.

 

Autorzy w prosty, przystępny i atrakcyjny sposób opowiadają o przestrzeni, która nas otacza w domu, w biurze, w czasie wolnym. Udowadniają, że budynki to nie tylko materiały, ale opowieści o ludziach, ich pasji, marzeniach i emocjach.

 

 

Radosław Gajda – architekt i wykładowca. Zamienił stuosobową akademicką salę na wielotysięczną widownię w internecie.

Natalia Szcześniak – architektka i urbanistka. Od zawsze zafascynowana skomplikowaną strukturą miast i tworzących je przestrzeni.

Razem tworzą największy i jedyny w Polsce wideoblog o architekturze i sztuce – ARCHITECTURE IS A GOOD IDEA.

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego blok wygląda jak blok, a biurowiec jak… biurowiec? Albo co sprawia, że wieżowce mogą być wysokie? Z pytaniami o budynki, które nas otaczają, często może być tak, że nie wiemy, że je mieliśmy, dopóki nie poznamy na nie odpowiedzi. Prawdopodobnie większość z was znajduje się teraz w budynku lub ma jakiś w zasięgu krótkiego spaceru (jeżeli pogoda dopisuje na tyle, żeby czytać w plenerze). Architektura towarzyszy nam codziennie – w mieszkaniu, pracy, a także w czasie wolnym. Kiedy zwiedzamy nowe miejsca, często też podziwiamy lokalne budownictwo. Prawie całe życie spędzamy w budynkach, jednak co tak naprawdę o nich wiemy?

W tej książce przyjrzymy się otaczającemu nas środowisku. I pewnie na to słowo każdy w pierwszej chwili widzi żaby, lasy i pszenżyto, bo w szkole podstawowej wielu z nas miało przedmiot środowisko, który zajmował się właśnie tym – środowiskiem naturalnym. A zatem dowiadywaliśmy się tam sporo o różnych zwierzętach, roślinach, o Ziemi, ale nie dowiadywaliśmy się niczego o środowisku życia człowieka! A w toku cywilizacji ludzkość dostosowywała środowisko naturalne do swoich potrzeb. Ścinaliśmy drzewa, wydobywaliśmy glinę i kamień, by budować domy i brukować ulice. Wykształciliśmy swoje własne środowisko życia, którego trudno nie zauważyć gołym okiem – budynki, z których zbudowaliśmy miasta, gdzie teraz mieszka ponad połowa mieszkańców naszej planety. W ten sposób obok środowiska naturalnego powstało nowe – środowisko zorganizowane.

Dla nas środowisko zorganizowane jest równie ciekawe jak naturalne. Oboje odkryliśmy naszą fascynację architekturą i urbanistyką w młodym wieku. Natalia bawiła się klockami tak, że nigdy nie kończyła budowy miasta (czym – jak się później okazało – symulowała ciągły charakter procesów planistycznych i miastotwórczych), Radek jako dziecko rysował przekroje budynków z zaznaczeniem sieci kanalizacyjnej.

Im więcej wiedzieliśmy o otaczającym nas świecie, tym bardziej chcieliśmy go poznawać. Wkrótce zrozumieliśmy, że budynki to nie tylko kształty, ale i idee, które za nimi stoją, oraz znaczenia, które niosą. Jak pisał Christian Norberg-Schulz: „Od niepamiętnych czasów dzięki architekturze człowiekowi łatwiej było nadać znaczenie swojemu życiu”. Architektura to wspaniała opowieść o ludziach, którzy tworzyli naszą cywilizację. W budynkach zaklęli oni (i my dzisiaj też zaklinamy!) swoje marzenia, aspiracje i ambicje. Jednak ta opowieść jest napisana w pewnym sensie językiem obcym – językiem z kamienia, cegły i drewna, ze stali, z betonu i szkła. Aby w pełni ją zrozumieć, musimy się tego obcego języka nauczyć.

Napisaliśmy tę książkę, aby podzielić się z wami tym, co już sami poznaliśmy, i oprowadzić was po miejscach, które są dla nas niewyczerpanym źródłem inspiracji. Pogadajmy trochę w języku architektury i zachwyćmy się otaczającym nas światem!

Wyobraźmy sobie, że stoimy na rynku średniowiecznego miasteczka. Jest XV wiek, dzień targowy. Wokół słychać gwar jarmarku, z całej okolicy zjechali się handlarze i rolnicy, którzy oferują swoje produkty. Pełno kupujących, którzy wybierają co okazalsze kawałki mięsa albo odmierzają smołę u budników. Jednak nas interesują droższe towary, po które udajemy się na brzeg placu. Tutaj, w podcieniach i izbach na parterach budynków, można kupić sukno i droższe tkaniny, importowane trunki, kosztowne wyroby ze skór i metalu. W tych miejscach handlują najbogatsi kupcy – elita średniowiecznego miasteczka.

Oderwijmy na chwilę wzrok od połyskujących wschodnich jedwabi i spójrzmy na budynek, w którym możemy je kupić. Bardzo wąski, ledwie kilkumetrowy. Niezbyt wysoki, dwu- lub trzypiętrowy, z wejściem bezpośrednio z rynku albo z ulicy do przestronnej sieni ze sklepem właściciela. Ponad nami mieszczą się pokoje mieszkalne jego rodziny. W głębi działki jest ciasne podwórko i jeszcze mały, wąziutki budyneczek gospodarczy – oficyna. Na samej górze od strony wejścia budynek jest zwieńczony trójkątnym szczytem – im bardziej okazały, piękniej ozdobiony szczyt, tym większe prawdopodobieństwo, że właściciel bogatszy. Takie domy, które w średniowieczu oraz XVI, XVII, XVIII wieku tworzyły większość miast, nazywamy kamienicami.

Częściowo zrekonstruowane mieszczańskie domy przy Długim Targu w Gdańsku. Typowa zabudowa zamożnego północnoeuropejskiego miasta w XVII czy XVIII wieku

A teraz wyobraźmy sobie, że stoimy na ulicy XIX-wiecznej metropolii. Właśnie minął nas z hałasem tramwaj konny; przechodząc przez brukowaną jezdnię, musimy uważać na pędzące w tę i we w tę dorożki. Spieszymy się, ponieważ idziemy na nocną zmianę do fabryki, a koniecznie musimy kupić trochę tytoniu w sklepie kolonialnym. Znowu wchodzimy do sklepu na parterze budynku, ale tym razem sklep nie jest dodatkiem do sieni – zajmuje dużą, wydzieloną przestrzeń z witrynami, w których specjalnie ułożone ekspozycje zachęcają przechodniów do zakupów. Sam budynek też wygląda zupełnie inaczej. Ma sześć pięter i jeszcze dodatkowe przestrzenie w poddaszu. Jest szeroki na ponad dwadzieścia metrów, w głębi ma – dostępny przez szeroki przejazd dla powozów albo eleganckie przejście – dziedziniec, ale ten nieduży dziedziniec także otoczony jest wielopiętrowymi skrzydłami tego samego budynku. Gmach podzielony jest na wiele mieszkań, które różnią się pomiędzy sobą powierzchnią i standardem, a zatem i ceną kupna lub najmu. Obok stoi kolejny taki sam budynek, dalej następne i tak zabudowana jest cała nowa dzielnica, tworzą rytm długich, wielokilometrowych ulic przemysłowego, kapitalistycznego miasta. Takie budynki, które zdominowały miasta pod koniec XVIII, w XIX i na początku XX wieku, też nazywamy kamienicami.

Kamienice Ormiańskie w Zamościu. Bogactwo dekoracji świadczyło o zamożności i wyrafinowaniu mieszkających wewnątrz kupieckich rodzin

Dwa różne budynki, powstałe w różnych czasach, a określamy je jednym słowem. W średniowieczno-nowożytnej kamienicy najczęściej mieszkał właściciel z rodziną, ewentualnie wynajmował tylko pokoje; a w XIX-wiecznej, nowoczesnej kamienicy czynszowej mogli mieszkać ludzie związani z właścicielem tylko umową najmu, sam właściciel kamienicznik mógł mieszkać w innej kamienicy lub wytwornym pałacyku. Dom średniowieczny i nowożytny jest raczej nieduży, wąski i dość ciasny. XIX-wieczna kamienica może ciągnąć się kilkadziesiąt metrów w głąb kwartału i składać z kilkunastu skrzydeł-oficyn, otaczających kolejne podwórka studnie.

Na poprzedniej stronie: Fasada Domu Uphagena w Gdańsku

Jednak są też cechy wspólne. Oba budynki stoją w zabudowie zwartej – to znaczy, że sąsiednie domy się stykają, a w bocznych ścianach nie może być okien. No i są murowane. I tu dochodzimy do sedna sprawy: murowane, ale niekoniecznie z kamienia! Słowo „kamienica” jest typowo polskie. Nie występuje w innych językach, gdzie dom mieszczański po prostu określa się mianem „dom”, niezależnie, czy jest drewniany albo w konstrukcji szachulcowej, albo murowany z kamienia lub cegły. Tylko w Polsce nazwa typowego domu mieszczańskiego związana jest z tym, że jest on wymurowany, chociaż w naszym kraju większość kamienic ma mury wcale nie z kamienia, ale z cegły.

Przyjrzyjmy się im bliżej.

Przy ulicy Długiej wśród podobnych, wąskich i wysokich fasad stoi jeden z najcenniejszych zabytków Głównego Miasta. Z zewnątrz jest niepozorny. Uwagę zwraca jedynie portal, czyli ozdobne obramienie wejścia, no i same drzwi, które już zdradzają, w jakim stylu urządzone są wnętrza. Miękkie linie, podział na oddzielne pola, niesymetryczny detal. Jednym słowem, rokoko, styl XVIII wieku, który w naszej części Europy najpełniej wystąpił właśnie w dekoracji wnętrz.

Jak na mieszczańską kamienicę w średniowiecznym mieście, jest to więc budynek późny, ale reprezentuje typ, który wykształcił się dużo, dużo wcześniej. Mieszczańska kamienica, choć narodziła się w średniowieczu, to raz przebierała się w kostium renesansowy, innym razem manierystyczny, barokowy czy wreszcie rokokowy i klasycystyczny.

Sprawdźmy, do jakiego wnętrza prowadzą te ozdobne rokokowe drzwi, co kryje się dalej, za różową fasadą Domu Uphagena. Po przekroczeniu progu wchodzimy do przestronnego i wysokiego pomieszczenia. To sień. Jest jasna, bo doświetlona wielkim oknem od strony ulicy i drugim – mniejszym nad drzwiami, czyli nadświetlem. Jest wysoka – w jej wysokości mieści się też antresola z niewielkim salonikiem-herbaciarnią. Na pewno nie żałowano na nią przestrzeni.

Schemat Domu Uphagena w Gdańsku z XVIII wieku. Widoczny głęboki, trzytraktowy dom frontowy (1) z umieszczoną w centrum klatką schodową (2), w głębi – wyraźnie płytsza oficyna (3) i dom tylny (4)

Gdybyśmy przyszli do gdańskiego kupca albo prawnika załatwiać jakieś interesy w XVIII wieku, to ta sień odgrywałaby rolę hallu w dzisiejszym, nowoczesnym biurowcu albo recepcji w luksusowym hotelu. Miała olśnić wchodzących – w końcu oznaką dostatku jest, kiedy można pozwolić sobie na rozrzutność, a w średniowiecznym, zbitym, gęstym mieście najcenniejszą rzeczą jest przestrzeń. Większa, jaśniejsza, piękniejsza sień jest wizytówką domu i jego bogactwa, nawet jeśli jest to trochę na pokaz.

Z tej sieni bezpośrednio wchodzi się do biur, zwanych kantorami, gdzie właściciel domu prowadził swój biznes lub przyjmował interesantów. U Uphagena znajdujemy mały kantor zaraz po prawej oraz duży, w głębi. Z lewej strony wachlarzem wlewają się do sieni reprezentacyjne schody. Mińmy je i wejdźmy dalej, a naszym oczom ukażą się niewidoczne w pierwszej chwili drzwi na bardzo wąski, dość długi dziedzińczyk. Wzdłuż niego ciągnie się oficyna zajmująca około jedną trzecią szerokości działki, a na jego końcu jest jeszcze jedno skrzydło – dom tylny albo oficyna tylna.

Na parterze oficyny znajdziemy kuchnię i spiżarnię. Możemy sobie wyobrazić letni dzień pod koniec XVIII wieku, pora obiadowa. Jest gorąco, powietrze na dziedzińcu właściwie stoi, a z okien kuchni wydobywają się opary, chociaż oczywiście dym z paleniska odprowadzany jest kominem ponad dach. Raczej nie było to najprzyjemniejsze miejsce. A co w naszych dzisiejszych mieszkaniach znajdujemy koło kuchni? Zwykle jadalnie.

Jednak w XVIII-wiecznym Domu Uphagena na parterze jest tylko kuchnia, jadalni próżno szukać. O czym to może świadczyć? Po pierwsze, że najważniejsze piętro domu, na którym podejmowano obiadami gości, mieści się wyżej, najprawdopodobniej na pierwszym piętrze. Po drugie, z pewnością to nie gospodarz z gospodynią pichcili dla siebie romantyczne kolacyjki. W kuchni pracowała służba, a oni sami jedli w apartamentach powyżej.

No to zobaczmy je.

Po wejściu po schodach trafiamy do niewielkiej sieni, która nie ma okien. Po prawej mamy salon – największe pomieszczenie w całym domu z trzema oknami wychodzącymi na ulicę Długą. Po drugiej stronie – jadalnię, trochę mniejszą niż salon, ale też zajmująca całą szerokość działki. I co ciekawe, pełni ona też funkcję… korytarza. Z niej przechodzi się do wąskiego saloniku, który mieści się już w oficynie. Ten pokój też jest przechodni, tak samo jak następny i jeszcze kolejny, z którego możemy wejść do małej jadalni zajmującej prawie całą powierzchnię tylnej oficyny.

A gdzie sypialnie?

Jeszcze wyżej, na drugim piętrze. Abigail i Jan Uphagenowie nie mieli dzieci, więc kiedy wprowadzili się do swojego nowego domu w październiku 1779 roku, nie potrzebowali wielu sypialni. Wszystkie pomieszczenia były urządzone zgodnie z ówczesnymi trendami europejskimi. Jan Uphagen był wykształcony i oczytany, pochodził z zamożnej rodziny, zgromadził wielką bibliotekę i wiedział, co w Europie jest w modzie, jak rozwija się architektura i sztuka.

Co mówi nam Dom Uphagena o właścicielu i o jego stylu życia?

Po pierwsze, taka kamienica jest przystosowana do tego, aby mieszkała w niej jedna rodzina i jej służba. Jeżeli była potrzeba, ewentualnie można było wynająć komuś pojedynczy pokój, ale nie dało się w tak ukształtowanym domu wydzielić kilku osobnych, prywatnych mieszkań.

Po drugie, na głównym piętrze są właściwie tylko pomieszczenia reprezentacyjne: dwie jadalnie i sekwencja salonów: muzycznego, palarni i tak dalej. To świadczy o tym, że gospodarze chętnie przyjmowali gości i lubili różnorakie rozrywki, a wraz z modnym wystrojem każe nam wyobrazić sobie Uphagenów jako oświeconych mieszczan, patrycjuszy, którzy nadają ton kulturalnemu życiu portowej metropolii. Po trzecie, warto zauważyć coś, co mogliśmy pominąć, spacerując po muzeum, które dzisiaj mieści się w Domu Uphagena. Kamienica jest trójtraktowa. Co to znaczy? Licząc od ulicy, mamy w głównym budynku frontowym trzy rzędy pomieszczeń. Od strony ulicy, potem środkowy, bez okien i od strony dziedzińca. Dzięki temu, że dom jest głęboki, ma większą powierzchnię, ale właśnie dlatego są w nim pomieszczenia, do których światło dzienne wpada tylko przez drzwi sąsiednich pokoi. Jest w nich ciemno, nawet jeśli wykosztujemy się na drogie świece. Bez prądu jedną z głównych trudności przy projektowaniu budynków było takie ich ukształtowanie, aby w pokojach było widno, a jednocześnie trzeba było pamiętać, że każdy metr kwadratowy w dawnym mieście jest na wagę złota, więc musimy zabudować naszą działkę jak najgęściej. W efekcie trzeba było się pogodzić z tym, że część wnętrz jest ciemna, więc lokalizowano tam funkcje poboczne, jak schody, korytarz czy schowek.

Przenieśmy się teraz sto lat później do Wiednia. U schyłku XIX wieku w mieście właśnie kończy się wielka przebudowa, która uczyniła z przegęszczonej, ciasnej, średniowiecznej stolicy Austrii jedno z najświetniejszych miast na naszym kontynencie.

Schwindgasse w Wiedniu – typowa ulica w „stylu Ringu” – bogato zdobione fasady kamienic nadają ulicy elegancki i wystawny charakter, a ich regularne podziały – rytm

W miejsce pasa fortyfikacji, który miał kilkaset metrów szerokości i niczym ceglano-wałowy kaganiec ograniczał rozwój miasta, duszącego się wewnątrz, powstała nowa, szeroka aleja – Ringstrasse, ulica pierścień. Ta reprezentacyjna trasa otacza całą starówkę, przy niej stanęły nowe, monumentalne gmachy: parlament, opera, teatr, ratusz, uniwersytet, giełda. Skala tego przedsięwzięcia, rozmach wizji i pompatyczność architektury nowych budowli do dzisiaj zapierają dech w piersiach. Oprócz nich musiały oczywiście powstać także domy mieszkalne, które mogłyby przyjąć tysiące nowych mieszkańców, napływających do miast w czasie rewolucji przemysłowej XIX wieku, a tutaj, w Wiedniu, ich zadaniem było dodatkowo stać się tłem wspaniałej architektury publicznych instytucji budowanych przy Ringstrasse. Te domy mieszkalne – kamienice nowego typu, które powstawały w czasie kształtowania nowego układu ulic i budynków wokół średniowiecznego jądra miasta, powstawały nawet w specjalnym stylu, który określa się jako „styl Ringu” – ozdobny, elegancki, monumentalny. Stał się charakterystycznym rysem tej nowej, pierścieniowej dzielnicy Wiednia – wizytówki cesarsko-królewskiej monarchii.

Majolikahaus projektu Ottona Wagnera w Wiedniu

Rzecz działa się za panowania cesarza Franciszka Józefa. Jednym z jego nadwornych architektów był Otto Wagner, który zaczynał od projektowania klasycznych i historyzujących budowli. Zaprojektował też kamienice w stylu Ringu, ale w okresie swojej dojrzałej twórczości zaczął eksperymentować z nowym stylem – secesją, której jednym z głównych ośrodków był Wiedeń. W 1898 roku Wagner otrzymał pozwolenia na budowę trzech kamienic przy Linke Wienzeile.

Najpiękniejsza z nich to Majolikahaus – nazywana tak od tysięcy ceramicznych majolikowych płytek, które pokrywają fasadę. Wagner potraktował ten budynek trochę jak płótno, i to ogromne, bo mające około 30 metrów szerokości. Aby gotowy obraz dobrze wyglądał, potrzebuje ramy. Wagner zaprojektował więc ramę architektoniczną: parter jest prawie całkowicie przeszklony i wykończony metalowymi detalami. Za wielkimi taflami szkła mieścić się miała wielka kawiarnia, dzisiaj jest tam kilka sklepów i punktów usługowych. Boczne linie ramy to wnęki z balkonami. Górna „listwa” to mocno wysunięty przed ścianę gzyms.

Secesyjne ornamenty roślinne na wiedeńskiej kamienicy projektu Ottona Wagnera

Takie ukształtowanie budynku sprawia, że wszystkie brzegi elewacji są ciemne, dzięki cieniom rzucanym przez gzyms i balkony oraz dzięki przeszkleniu. Te ciemne linie otaczają prawie zupełnie płaską, wielką powierzchnię głównej części fasady. To jest właściwe płótno, podkład pod wielki secesyjny obraz. Wagner rozmieścił na nim bardzo regularnie okna, tak by ich monotonny rytm zbytnio nie przykuwał naszej uwagi. To nie one są tutaj najważniejsze: główną rolę grają majolikowe płytki, które ozdobione są rysunkiem roślinnej wici z kwiatami. Pędy na lśniących płytkach pną się po całej fasadzie, opinają okna, zawijają wielkimi spiralami, co chwila wybuchając różowymi pąkami. Jednak ten rysunek nie jest odwzorowaniem natury. Co chwila na pozór swobodne linie roślinnej wici są brane w ryzy geometrii. Zmieniają się w proste, równoległe linie, układają idealnie symetrycznie, kończą się złotymi okręgami. Na tym właśnie polega wiedeńska secesja. Inspiracja naturą spotyka geometryczną prostotę i elegancję.

Jednak dekoracja fasady Majolikahaus to nie jedyny wart uwagi aspekt. Spójrzmy na plan całego zespołu tych trzech budynków, które dla Wagnera były nie tylko zleceniem, ale i domem – architekt przez kilka lat mieszkał w kamienicy przy Köstlergasse 3.

Kamienice projektu Ottona Wagnera przy Linke Wienzeile w Wiedniu – schemat zespołu zabudowy z przełomu XIX i XX wieku. Widoczna gęsta zabudowa wnętrza kwartału

W pierwszej chwili trudno dostrzec niezabudowaną przestrzeń. Budynki wypełniają ją niemal w zupełności. Niby jest siedem dziedzińczyków, ale mają one raptem kilka metrów szerokości. To są właśnie podwórka studnie. Gdy stoi się na takim podwórku sześciopiętrowego budynku, widać tylko niewielki skrawek nieba. Jednak dzięki tym podwórkom do pokojów na niższych piętrach wpada choć odrobina światła, więc można pourządzać wiele mieszkań. Rzecz jasna, najlepsze mieszkania będą w budynkach frontowych – z widokiem na ulicę i z balkonem. Im mniej jesteśmy gotowi zapłacić za mieszkanie, tym gorsze warunki i widoki dostaniemy.

Kamienice projektu Ottona Wagnera przy Linke Wienzeile w Wiedniu – schemat rzutu. Zakreskowano powierzchnię zabudowaną. Ciasne podwórka zajmują niewielką część działek, wpuszczają nieliczne promienie słońca do mieszkań położonych w wewnętrznych skrzydłach kamienic, mają też funkcję wentylacyjną

I pomyśleć, iż często słyszy się, że to dzisiejsi deweloperzy budują „blok w blok”, że ludzie we współczesnych osiedlach „patrzą sobie w okna”. Tymczasem w XIX-wiecznej kamienicy „okno w okno” oznacza, że można prawie podać rękę sąsiadowi bez wychodzenia z sypialni. Same mieszkania też mają lepsze i gorsze pomieszczenia, i tak, jak we wcześniejszych kamienicach – najlepsze będą reprezentacyjne i używać będą ich bogaci właściciele bądź wynajmujący największe mieszkania, najmniejsze zaś klitki będą przeznaczone dla służby, która przecież też musi gdzieś mieszkać.

Co taki kształt budynku mówi nam o twórcach i właścicielach XIX-wiecznych kamienic?

Po pierwsze, w Domu Uphagena mieszka jedna rodzina ze służbą.

W Majolikahaus mieszka wiele rodzin. Kamienica ma pięć pięter, a na każdym kilka mieszkań – łącznie jest ona domem dla ponad dwudziestu rodzin i ich pomocy domowych.

Schemat kwartału warszawskich kamienic pomiędzy ulicami Marszałkowską, Hożą, Poznańską i Wilczą

Po drugie, budynki tego typu służą do pomnażania majątku właściciela – wykłada on pieniądze na budowę, a potem czerpie zysk ze sprzedaży czy wynajmu mieszkań oraz wynajmu lokali usługowych albo handlowych na parterze. Zupełnie jak dzisiejsi deweloperzy. Każdy metr budynku to realne koszty, ale też w perspektywie kilku lat realne zyski, więc nacisk na jak największą powierzchnię budynku na jak najmniejszym terenie jest być może jeszcze większy niż w średniowieczu.

Po trzecie, ogólna zasada z punktu widzenia architekta się nie zmieniła – z zewnątrz budynek musi być atrakcyjny i budzić zainteresowanie, świadcząc o klasie i zamożności właściciela bądź mieszkańców. Zarówno w średniowieczu jak i po rewolucji przemysłowej architekci musieli się nieźle nagłowić, aby na działce zaplanować budynek o jak największej powierzchni i jak najintensywniej wykorzystać cenną miejską przestrzeń. Jednak w czasie XIX-wiecznej parcelacji, czyli wyznaczania działek, tę przestrzeń dzielono na większe fragmenty, więc i domy wznoszone wtedy jako kamienice czynszowe były dość pokaźnych rozmiarów i mogły mieć po kilka wewnętrznych dziedzińczyków studni. Rozmiary podwórek jakoś znacząco nie urosły, wciąż ich celem jest wyłącznie zapewnienie dostępu światła i powietrza do jak największej liczby pomieszczeń wewnątrz.

Ulica Lwowska w Warszawie – wąska ulica, obudowana wysokimi kamienicami przypomina kanion

Taki sposób budowania: gęsto, zwarto i wysoko, powodował wielkie zagęszczenie ludności w miastach, w których jedyne większe przestrzenie to właściwie wyłącznie ulice i – jeśli władze miasta się na to zdecydują – od czasu do czasu jakiś plac czy park. Jak gęsto można zabudować miasto z przełomu XIX i XX wieku? Bardzo gęsto.

Spójrzmy na fragment Warszawy otoczony ulicami Marszałkowską, Hożą, Poznańską i Wilczą. Ma kształt zbliżony do kwadratu i jest szczelnie wypełniony kamienicami. Schemat kamieniczki z podwórkiem studnią w tym jednym kwartale jest powtórzony ponad dwadzieścia razy! Żeby dojść do mieszkania wewnątrz kwartału, trzeba czasem przejść przez trzy podwórka i dopiero trafiamy do właściwej klatki schodowej. Oczywiście takie zagęszczenie ma też swoje konsekwencje w jakości mieszkań – tylko mała część lokali wychodzi na ulice. Reszta mieszkańców ma widok wyłącznie na okna sąsiada.

Kamienice przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie – ich regularna szerokość i zbliżona wysokości nadają ulicy wielkomiejską i harmonijną skalę

Zabudowa kamienicami – i średniowieczno-nowożytnymi domami patrycjuszy, i czynszowymi budowlami miejskich kapitalistów – wprowadzała do miasta pewien porządek. Ulice biegły w rytmie wyznaczonym przez kolejne wejścia i zmiany koloru czy faktury elewacji. Trotuary i place miały jasno wyznaczone ramy w przestrzeni. Były niczym korytarze i salony, a ich ścianami były reprezentacyjne fasady budynków – czasem dzieła sztuki nie gorsze od tych, które wisiały w mieszczańskich salonikach. Do dzisiaj to właśnie te centralnie położone, uporządkowane, rytmiczne przestrzenie są uznawane w wielu miastach za najpiękniejsze. No to czemu przestaliśmy tak budować?

Kamienice z przełomu XIX i XX wieku często kojarzą się z bogactwem ornamentów – na zdjęciu wspaniała ornamentalna brama prowadząca na podwórko kamienicy przy ulicy Poznańskiej 38 w Warszawie

W kamienicach, jak te opisane w poprzednim rozdziale, mieszkały pokolenia Europejczyków od średniowiecza aż po wiek XX. Jednak nietrudno się zorientować, że już kamienic raczej nie budujemy. Wystarczy przejrzeć ofertę mieszkań na sprzedaż w dowolnym mieście, aby zauważyć, że dzisiaj królują bloki.

Bloki stały się tak powszechne, że właściwie przestaliśmy zwracać na nie uwagę. Jak to się stało? Dlaczego porzuciliśmy wielowiekową tradycję? Co oferują bloki, czego nie ma w kamienicy? Spójrzmy na XIX-wieczną kamienicę krytycznym okiem architekta społecznika z początku XX wieku.

Trzeba przyznać, że kamienice w bardzo efektywny sposób wykorzystują działki, na których stoją. Podwórka mają minimalne wymiary. Budynki są zaprojektowane tak, żeby mieściły jak najwięcej osób i przynosiły jak największy zysk kamienicznikowi. Jednak to, co jest dobre dla właściciela, niekoniecznie jest dobre dla mieszkańców kamienic. Jak mogła wyglądać codzienność niezamożnego mieszkańca kamienicy w biednej dzielnicy miasta u schyłku rewolucji przemysłowej?

Domy na osiedlu Weissenhof projektu Le Corbusiera i Pierre’a Jeannereta. Z lewej – dom typu „Citrohan”

Mieszkania były przeludnione, bardzo często kilkuosobowa niezamożna rodzina mieszkała w jednym pokoju. Zresztą, jeśli mieszkańcy byli ze sobą spokrewnieni i na dodatek się lubili, to pół biedy, bo w najbardziej zagęszczonych mieszkaniach przedmiotem najmu nie był pokój, ale legowisko, które trzeba było dzielić z nieznajomą osobą i umawiać się, w jakich godzinach kto będzie spał. Bieżąca woda i kanalizacja często były szczytem marzeń i luksusem. Mogło być tak, że w jednej kamienicy obok siebie mieściły się dwustumetrowe mieszkanie z łazienką, kuchnią i dodatkowym pomieszczeniem dla służby, w którym mieszkała jedna rodzina, oraz klitki, gdzie ubodzy tłoczyli się w spartańskich warunkach bez podstawowych wygód. O ile duże zagęszczenie można rozpatrywać w kategorii niewygody, o tyle brak wody i kanalizacji stwarza już zagrożenie higieniczne.

Dom na osiedlu Weissenhof projektu Le Corbusiera i Pierre’a Jeannereta – schemat przekroju, ujawniający rozłożenie poszczególnych pomieszczeń na kilku piętrach i dwupoziomową przestrzeń dzienną: „rezerwuar powietrza”

Spójrzmy na spis mieszkań przeprowadzony w 1917 roku w Wiedniu: 92% mieszkań bez własnej toalety, 95% mieszkań bez instalacji wodociągowej, mieszkania robotnicze średnio o powierzchni 20 metrów kwadratowych, 58% członków rodziny robotniczych nie miało własnego łóżka, częste pokoje bez okien. Czynsz za te wątpliwe luksusy? Sięgał 25% dochodów rodziny.

Przegęszczone mieszkania bardzo trudno było przewietrzyć, pranie schło tam tygodniami, a woda z rozwieszonych ubrań kapała na łóżka, w konsekwencji pojawiała się wilgoć, która zagrażała zdrowiu mieszkańców. Architekt społecznik był tym wszystkim przerażony, bo widział, w jaki sposób sama struktura miast może prowadzić do groźnych dla zdrowia epidemii. A rosło nie tylko zagrożenie dla zdrowia, ale też niezadowolenie ludzi, którzy przecież widzieli, w jak kiepskich warunkach przyszło im żyć. Taka zabudowa mogła prowadzić nie tylko do epidemii, ale też nawet do rewolucji.

Jak więc powinien wyglądać budynek pozbawiony wad kamienicy? Zastanówmy się.

Jeżeli uznajemy, że problemem jest ciasne podwórko, na które wychodzą okna mieszkań, to jego rozwiązaniem jest wolnostojący dom bez podwórka z oknami wychodzącymi na cztery strony świata.

Domy szeregowe projektu J.J.P. Ouda na osiedlu Weissenhof

Jeżeli problemem są wąskie ulice, na które rzadko wpada słońce, to zamieńmy je w szerokie arterie otoczone zielenią, a budynki niech stoją w pewnej odległości od nich.

Jeżeli problemem jest brak przewietrzania i naturalnego światła w mieszkaniach, to dajmy wszystkim prawo do słońca i zaprojektujmy nowe mieszkania tak, żeby miały dostęp do świeżego powietrza i nie było w nich wilgoci.

Wreszcie, jeżeli problem dotyczy głównie mniej zamożnej części społeczeństwa, to nasza propozycja musi być dostosowana do jej możliwości, czyli mieszkania muszą być tanie. A jako że problem jest palący, to budowa musi trwać możliwie jak najkrócej.

Wyzwaniem dla architektów i społeczników było zatem zapewnienie wszystkim jednakowo dobrych, higienicznych warunków mieszkaniowych, masowo dostępnych, przystępnych cenowo.

Domy szeregowe projektu J.J.P. Ouda na osiedlu Weissenhof

Architekci mieli wiele pomysłów na to, jak ten cel osiągnąć. Okazją do wymiany koncepcji i ich porównania stało się jedno z najważniejszych wydarzeń w architekturze XX wieku. Wystawa w Stuttgarcie, ale nie byle jaka wystawa! Deutscher Werkbund, czyli Niemiecki Związek Twórczy, skierował zaproszenie do najbardziej znanych architektów Europy i poprosił ich, aby wznieśli po jednym budynku na osiedlu-ekspozycji Weiβenhof na przedmieściu Stuttgartu. Wśród nich pojawiają się nazwiska, które jak mantra powtarzają się w podręcznikach architektury współczesnej: Le Corbusier, Hans Poelzig, J.J.P. Oud, Ludwig Mies van der Rohe, Bruno Taut. Otwarcie wystawy nastąpiło 23 lipca 1927 roku i nowe osiedle wraz z towarzyszącymi prezentacjami nowoczesnych materiałów wykończeniowych (na przykład linoleum) od razu stało się mekką dla europejskich twórców, także, rzecz jasna, polskich, którzy pielgrzymowali tam, aby zobaczyć, jak za pomocą architektury odmienić wygląd miast, a co ważniejsze, poprawić jakość życia mieszkańców.

Blok mieszkalny projektu Miesa van der Rohe na osiedlu Weissenhof

Propozycja Le Corbusiera, urodzonego w Szwajcarii architekta zwanego „papieżem modernizmu”, i jego kuzyna Pierre’a Jeannereta to wersja opracowanej przez nich teoretycznej koncepcji domu Citrohan. Ta nazwa miała przywodzić na myśl markę samochodów Citroën. Le Corbusier chciał, by dzięki zdobyczom rewolucji przemysłowej domy mogły powstawać w taki sam sposób jak samochody: taśmowo, przemysłowo i masowo. W ten sposób chciał obniżyć znacząco koszt wolnostojącego domu jednorodzinnego. Gdyby według jednego projektu i z tych samych elementów wznosiło się nie jeden, lecz dziesiątki czy setki tysięcy domów, to koszt jednostkowy powinien być na tyle niski, by na taki dom mogli pozwolić sobie nie tylko dobrze zarabiający, ale także masowy odbiorca, jak to stało się na przykład z amerykańskim fordem model T. Skoro produkujemy tysiącami popularne samochody dla prawie każdego, to czemu nie domy?

Blok mieszkalny projektu Miesa van der Rohe na osiedlu Weissenhof

Cóż, trzeba jednak przyznać, że propozycja Citrohan jest raczej zaprojektowana z myślą nie o biednym robotniku, ale o kimś, kto ma pieniądze. Ten dom ma trzy piętra wsparte na słupach, plus niewielki parter. Łącznie siedem pokoi i około 120 metrów kwadratowych powierzchni. Najniżej architekci zaplanowali przestrzeń techniczną, pierwsze i drugie piętro są połączone wielką przestrzenią salonu, która otwiera się na jadalnię na pierwszym piętrze i pracownię na drugim. Na drugim piętrze znajduje się też główna sypialnia i łazienka. Na trzecim piętrze są dwie mniejsze sypialnie, obok jest zamykana toaleta, ale już umywalka stanowi element korytarza, a nie łazienki. Z tego korytarza wyjdziemy na wielki taras. Jak na prefabrykowany dom dla mas, to jednak wykorzystanie powierzchni jest tu bardzo luksusowe. W dwupiętrowej, bardzo charakterystycznej przestrzeni pokoju dziennego rodzina miała spędzać najwięcej czasu, więc ten „rezerwuar powietrza” był chyba reakcją na ciasne i nieduże pomieszczenia na poddaszach kamienic, zaś otwarcie na tę przestrzeń wielu pokoi, co jeszcze optycznie ją powiększało, było chyba odpowiedzią Corbusiera na wąskie i ciasne klitki, w których musiały gnieździć się miliony Europejczyków. Idea piękna, ale do czasu masowej, przemysłowej produkcji tych domów (która nigdy nie nastąpiła) Citrohan mógł stanowić tylko obiekt westchnień osób, do których teoretycznie był adresowany.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rysunki

Natalia Szcześniak

Zdjęcia w tekście, z wyjątkiem wyszczególnionych poniżej,

Radosław Gajda, Natalia Szcześniak

1, – Wikipedia, domena publiczna

1 – www.thecharnelhouse.org

1, 2 – Alamy Stock Photo

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

Projekt okładki

Michał Pawłowski

www.kreskaikropka.pl

Projekt makiety, skład i łamanie

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN ®

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie autorów na okładce

Zakład fotograficzny Camera w Warszawie

Copyright © by Natalia Szcześniak, Radosław Gajda

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o. o., 2018

ISBN 978-83-240-5557-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

Plik opracowała Angelika Duchnik

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Archistorie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka