Nierozdzielne

Nierozdzielne

Autorzy: Joanna Pypłacz

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 13.70 zł

Bliźniaczki Sybillę i Sabinę łączy silna, ale też skomplikowana więź, oparta na dominacji, podporządkowaniu oraz wytworzonym przez nie w dzieciństwie prywatnym, niezrozumiałym dla otoczenia języku. Nierozdzielne to rozgrywająca się w przedwojennym Krakowie mroczna opowieść o dwóch zewnętrznie identycznych, wewnętrznie zaś skrajnie odmiennych istotach, o obsesyjnej namiętności, nadużyciu kompetencji oraz przede wszystkim o trudnych relacjach, których nie jest w stanie przerwać nawet śmierć. Doskonała propozycja dla miłośników powieści historycznych z dreszczykiem.

Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Maksym Leki

Ilustracja na okładce

© Versta | Shutterstock.com

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2018

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3C

tel. 600 472 609

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © Joanna Pypłacz

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2017

ISBN 978-83-7835-703-2

Dopóki śmierć nas nie złączy.

Prolog

– Pani Marylo, naprawdę nie wiem, co mam pani powiedzieć! Już chciałam wpaść do państwa z wizytą, żeby pani pogratulować, a tu Fabian przyniósł mi tę gazetę… To było rzeczywiście… jak grom z jasnego nieba! Tak bardzo, bardzo mi przykro!

– Serdecznie współczuję… ale i pozwalam sobie pogratulować. Jedna śmierć, dwa życia. Dwa do jednego.

– Proszę przyjąć kondolencje… I proszę ucałować ode mnie dziewczynki.

Tymi słowami w piątek 21 lutego 1913 roku rodzina, znajomi i sąsiedzi zwracali się do Maryli Zabielskiej, stojącej nad otwartym grobem swego męża, Józefa, surowego nauczyciela łaciny i greki w jednej z najlepszych krakowskich szkół. Zginął zupełnie nagle, rażony piorunem na środku ulicy. Nietypowa dla tej pory roku burza zastała go, gdy akurat wracał do domu ze spotkania, na którym zatrzymany został przez kilkoro ambitnych rodziców, zmartwionych niezbyt zadowalającymi cenzurkami swych pociech.

– Podobno to się stało w dniu narodzin dziewczynek – szepnął do swej sąsiadki jakiś tęgi mężczyzna, tuż za plecami młodej wdowy.

– Dokładnie w chwili, kiedy córka rodziła pierwszą wnuczkę – odezwała się na to starsza dama w czarnej woalce. – Sybillę.

– To jakiś znak, pani Felicjo, ja pani mówię – odparł mężczyzna. – Kto to widział, piorun w lutym!

– Silna będzie – wtrąciła jego towarzyszka.

– I uparta – dodała stojąca obok nich kobieta.

– Ja pani mówię, że to znak.

Rozdział 1. Zaklęcie Sybilli

W sobotę, 29 lutego 1936, o godzinie szóstej po południu, Kościół Św. Krzyża w Krakowie aż pękał w szwach. Ludzie przepychali się niemiłosiernie w wąskich drzwiach, chcąc za wszelką cenę dostać się do środka i czym prędzej wcisnąć się pomiędzy siedzących już w ławkach szczęśliwców.

– Ktoś ukradł afisz! Jak tak można! – oburzała się niska, korpulentna kobieta, z poirytowaniem spoglądając na przyszpilony do kościelnych drzwi mały skrawek papieru, pozostałość po rzeczonym afiszu.

– Rzeczywiście! Jak tak można! – wtórował doniosły głos, dobywający się z odmętów stłoczonej ludzkiej masy.

– Pewnie chciał mieć pamiątkę.

Recital Juliana Horodeckiego, jednego z najlepszych wykonawców organowej muzyki Bacha, przyciągnął do niewielkiej gotyckiej świątyni więcej osób niż jakiekolwiek nabożeństwo, wliczając w to także msze odprawiane w czasach, gdy miasto dziesiątkowały zarazy. Grupka dzieci wdarła się nawet na chór, pewien młody człowiek zaś wtargnął do konfesjonału, gdzie byłby wysłuchał całego występu, ukryty niczym w teatralnej loży, gdyby w ostatniej chwili nie wypędził go stamtąd rozgniewany proboszcz.

Słynny organista, choć urodzony w Krakowie, bywał tutaj raczej rzadko, przeważnie na usilne prośby proboszcza oraz rozmaitych wielbicieli jego talentu. Zjawiał się wówczas w piątek z samego rana, zatrzymywał się u krewnego, przy ulicy św. Marka, i wyjeżdżał w niedzielę wieczorem. Większą część życia spędzał w swym domu w Zapomnianej, maleńkiej miejscowości, tak małej, że nie uwzględniono jej nawet na najdokładniejszych mapach. Znajdowała się jednak blisko miasta i autobusem dojechać tam można było nawet w niecałą godzinę, samochodem zaś – jeszcze szybciej.

Sabina i Sybilla Zabielskie przyszły na recital w towarzystwie swego wujka, Marka Płonki, wielkiego miłośnika muzyki barokowej, podobnie zresztą jak one same. Maryla natomiast, ich matka, pomimo nalegań Sybilli oraz brata swoim zwyczajem została sama w domu, wymawiając się brzydką pogodą. Korzystając z chwili samotności, bez reszty pogrążyła się w lekturze Biblii.

– Organów posłucham sobie jutro na mszy – stwierdziła apatycznym głosem, z miejsca ucinając dyskusję.

Do kościoła dotarli dość późno. Osaczona przez falujący, sapiący i ugniatający się wzajemnie tłum, Sabina chwyciła siostrę za rękę, mocno splatając palce z jej palcami. Od dziecka zagęszczone zbiorowiska ludzkie napawały ją irracjonalnym lękiem. Sybilla powiedziała coś do niej z uśmiechem.

– Pardon? – zapytał wujek Marek.

– Mówię jej, że zaraz wejdziemy do środka – wyjaśniła Sybilla.

– Miejmy nadzieję! – westchnął na to wujek Marek.

Zapowiedź ta sprawdziła się niebawem. Pierwsza partia tłumu wcisnęła się do wnętrza kościoła, niczym żywy, pulsujący pocisk, po czym natychmiast rozpadła się na pojedyncze elementy, które poczęły nerwowo przeczesywać wzrokiem ławkę po ławce, stallę po stalli, w poszukiwaniu ostatnich, przeoczonych przez innych miejsc siedzących. Zaraz po niej do wnętrza wtłoczyła się kolejna, nieco mniejsza ludzka bryła, by już wolniej rozpierzchnąć się po świątyni.

Cała trójka, mocno ściśnięta, usiadła w jednym ze środkowych rzędów. Gęsta, niemal narkotyczna woń kadzidła, wzmożona przez wilgoć, drażniła nadwrażliwe spojówki wujka Marka, aż spod powiek wydostały mu się dwie strużki łez. Sabina tymczasem z upodobaniem wciągała w nozdrza ów duszny aromat, izolując zeń w myślach poszczególne nuty zapachowe. Równocześnie rozglądała się po surowym, jedynie częściowo zbarokizowanym wnętrzu świątyni, wciąż kurczowo trzymając siostrę za rękę.

Proboszcz dał znak dłonią, że pora zamilknąć. Głosy natychmiast ucichły. Jedynie pojedyncze szmery i pokasływania mąciły teraz ciszę zwiastującą rychły początek koncertu. Wujek Marek, który przezornie zdobył w zakrystii jedną z ostatnich kopii repertuaru, położył go na pulpicie przed siedzącą w środku Sybillą.

– Preludium e-moll! Jedno z moich ulubionych! – westchnęła dziewczyna.

– I moich – odparł pan Płonka. – Kochanie, przesuń trochę ten program, żeby Sabina też widziała.

– Jak będzie chciała, to się sama upomni – odcięła się Sybilla z chłodnym, wręcz zniecierpliwionym uśmiechem, który zastąpił poprzedni, pełen czystego, żarliwego zachwytu.

Sabina tymczasem błądziła wzrokiem po sieciowych sklepieniach kościoła, z fascynacją podziwiając finezyjne łuki oraz misterne zdobienia.

– Sam widzisz, że jest zajęta czym innym – dodała Sybilla.

– Zawsze tak wszystko kontempluje – stwierdził pan Płonka. – Zupełnie jak wasz ojciec, kiedy jeszcze żył…

– Ciekawy musiał być z niego egzemplarz – odrzekła Sybilla. – Coś pomiędzy bystrym despotą a poetą marzycielem.

Gdy tylko wypowiedziała ostatnią sylabę, przesycone zapachem kadzidła powietrze przeszył pierwszy akord utworu Bacha. Sabina zamknęła oczy, Sybilla zaś wymieniła uśmiechy z wujkiem. Pod palcami Juliana Horodeckiego dramatyczny już sam w sobie utwór brzmiał zupełnie inaczej niż w wykonaniu innych organistów. Groźne, ponure dźwięki krążyły po kamiennych meandrach kościoła, niczym duchy, przepełniając umysły słuchaczy metafizyczną trwogą.

Wraz z pierwszą nutą następującej po preludium fugi w tej samej tonacji Sabina nagle puściła rękę siostry. Wyrwana z przyjemnego transu Sybilla natychmiast odwróciła głowę, a gdy tylko to uczyniła, na jej gładkim czole, pomiędzy delikatnymi jasnobrązowymi brwiami, pojawiło się pionowe wgłębienie, jedna z tych cech, które po Józefie Zabielskim odziedziczyła wyłącznie ona.

Położyła na ławce otwartą dłoń i znów łagodniejąc na twarzy, przyjaźnie się uśmiechnęła do swej bliźniaczki. Po chwili dwie identyczne drobne ręce, jedna prawa, druga lewa, ponownie złączyły się w mocnym uścisku, splatając palce w ciasny węzeł. Sybilla pocałowała siostrę w policzek, jak zwykła to czynić zawsze, gdy ta postępowała zgodnie z jej życzeniem. Nie rozdzieliły się już aż do samego końca recitalu.

Przez cały czas jego trwania płynnie przenikające się harmonie, akordy oraz rytmy, niczym zaczarowane pędzle kreśliły w wyobraźni Sabiny krajobrazy i scenerie, częściowo podobne do tych, które widywała na obrazach swych ulubionych malarzy, częściowo inspirowane niedawnymi lekturami, a częściowo – i w większości – wyimaginowane, będące wytworem wrażliwego umysłu pobudzanego przez dźwięki.

Co pewien czas, przeważnie w przerwach między jednym utworem a drugim, wyobrażała sobie, jak mogły wyglądać poruszające się po klawiszach dłonie artysty. Jakie mogły być? Duże? Małe? Szerokie? Wąskie? Pulchne? A może krzywe? Odruchowo spojrzała na swoje własne ręce. Wydały jej się obce, groteskowo wybrakowane. Wciąż nie zdołała przezwyciężyć słabości czwartego palca lewej ręki.

Na pocieszenie pomyślała o swej siostrze, która zmagała się z tym samym problemem. Jednakże w przeciwieństwie do niej samej Sybilla umiała sprytnie ukryć ów defekt. Ilekroć natrafiała w trakcie ćwiczeń na zdradliwy pasaż, kamuflowała go za pomocą wymownego rubato albo też spieszyła, czasem przesadnie, byle tylko za wszelką cenę zatuszować wstydliwą niedoskonałość. Szczególnie zdarzało jej się to przy Mozarcie, gdyż zwodnicza prostota jego kompozycji obnażała wszelkie mankamenty techniki.

Sabina uśmiechnęła się do siebie, uświadamiając sobie wagę dokonanego właśnie odkrycia: poznała kolejną drobną słabostkę Sybilli. Wreszcie, po tak długim czasie, dowiedziała się czegoś o tej drugiej, tak bardzo do niej podobnej, a sprawującej nad nią niepodzielną władzę istocie. Był to zaledwie drugi taki przebłysk w całym jej życiu. Pierwszy miał miejsce dawno, dawno temu, w zamierzchłym dzieciństwie, kiedy ów jeden jedyny raz zauważyła w oczach bliźniaczki wyraźną nutę niepewności.

Stało się to właśnie w czasie gry na fortepianie, podczas niedzielnego obiadu w rodzinnym gronie. W pewnej chwili Sybilli poślizgnął się palec, dotkliwie naruszając integralność pasażu jednej z sonat Haydna. To właśnie tamtego popołudnia, być może z zemsty za własne niepowodzenie, a być może zgodnie z tajemnym, ukartowanym wcześniej planem, wyszeptała siostrze do ucha dwa wyrazy – tak krótkie, że dla obu wystarczył jeden zwyczajny oddech, a zarazem potężne niczym starożytna wyrocznia. Zdołały się one wgryźć w mózg Sabiny, jak rozżarzona do czerwoności żelazna pieczęć, by wycisnąć nań trwałe, nieusuwalne piętno.

Nikt poza kuzynem Eligiuszem nie usłyszał owych słów, on jednak nawet ich nie zrozumiał, gdyż Sybilla wypowiedziała je w sekretnym języku, który stworzyły wspólnie, nim jeszcze nauczyły się normalnie mówić. Między sobą porozumiewały się wyłącznie za jego pomocą. Podczas gdy Sybilla swobodnie konwersowała z całym otoczeniem, Sabina nie rozmawiała z nikim prócz niej. Czasem, ku wielkiemu zdumieniu wszystkich dookoła, widywano panny Zabielskie żywo dyskutujące, a nawet kłócące się. O wiele częściej jednakże Sybilla klarowała coś siostrze autorytarnym tonem bądź udzielała krótkich, ostrych reprymend. Sabina przyjmowała je z uroczystą powagą, podobnie zresztą jak następujące po nich pocałunki w czoło oraz gładzenie po twarzy i włosach. Tak się działo, odkąd sięgała pamięcią.

Pomimo że wszystko doskonale rozumiała, a także potrafiła ciekawie pisać po polsku, porozumiewała się jedynie za pośrednictwem gestów. Jednak i one były mocno stłumione, jak u zakonnic klauzurowych, które, bojąc się złamać złożone śluby milczenia, ograniczają wszelkie inne środki komunikacji, mogące doprowadzić do mimowolnego pogwałcenia przysięgi. Jakiekolwiek próby nawiązania z nią kontaktu, podejmowane przez osoby obce lub prawie obce, napotykały niewidoczny mur milczącego oporu. Niczym budynek klasztorny oddzielał on Sabinę od świata zewnętrznego. Dla Sybilli natomiast owa bariera nie stanowiła żadnej przeszkody. Kiedy tylko zechciała, wkraczała na swój prywatny, tak zazdrośnie strzeżony przed innymi teren, zarządzając nim wedle własnego uznania.

Recital Juliana Horodeckiego dobiegł końca. Występ wywołał długą owację na stojąco. Sabina odwróciła głowę i spojrzała w stronę chóru, z nadzieją, że gdy legendarny organista wstanie od instrumentu, uda jej się go wreszcie zobaczyć. Ciekawa była wyglądu człowieka, który za pomocą dźwięków potrafił malować w wyobraźni słuchaczy tak niezwykłe scenerie, jedne urokliwe i idylliczne, inne zaś przepojone metafizyczną grozą. Niestety, upragniony moment nie nadszedł. Tłum zaczął się wylewać z kościoła, niczym strumień gęstej, bulgoczącej lawy. Przez otwarte drzwi do wnętrza wtargnął zimny, wilgotnawy podmuch wiatru. Sabina wyczuła w nim charakterystyczny zapach mokrej ziemi, z której lada moment zaczną kiełkować pierwsze, delikatne listki – nieśmiałe zwiastuny weselszej pory roku. Uśmiechnęła się do siebie. Po chwili jednak znów poczuła lęk, gdy wraz z siostrą i wujkiem Markiem ponownie znalazła się wśród stłoczonych, napierających na siebie ludzi. Tym razem Sybilla pierwsza złapała ją za rękę.

– Dobrze, że pan Horodecki siedzi na chórze, bo inaczej jego pewnie też by stratowali! – zauważył pan Płonka, przeciskając się przez tłum.

Gdy wreszcie wydostali się na zewnątrz, Sabinie mocno kręciło się w głowie. Teatr Słowackiego wraz z przylegającym doń zubożałym klombem oraz autobusami zaparkowanymi na placu św. Ducha dryfowały jej przed oczyma, na podobieństwo halucynacji. Słabość opuściła ją dopiero po pewnym czasie, kiedy tłum zaczął się rozpraszać.

Cała trójka stała naprzeciwko kościoła, wciąż lekko oszołomiona utworami Bacha oraz dramatyczną grą Horodeckiego. Nagle Sabina poczuła, że chłód wgryza jej się w palce. Włożywszy rękę do kieszeni, odkryła, iż nie ma w niej rękawiczek. Po krótkiej chwili przypomniała sobie, jak na samym początku recitalu położyła je na klęczniku, tuż obok torebki. Usprawiedliwiła się więc pokrótce przed siostrą, a następnie wróciła do kościoła.

– Dokąd ona idzie? – zapytał Marek.

– Jak zwykle zgubiła rękawiczki – odparła Sybilla z pobłażliwym uśmiechem.

– Wiem, że się pewnie na mnie pogniewasz – uprzedził – ale sądzę, że powinienem ci to powiedzieć.

Sybilla się uśmiechnęła.

– Zależy, co to takiego – oznajmiła spokojnym, trochę flegmatycznym tonem.

– Robisz swojej siostrze okropną krzywdę – zauważył, upewniając się, że Sabiny już nie ma w pobliżu.

Sybilla znów się uśmiechnęła, marszcząc czoło w wyrazie silnego zdziwienia, tak jakby usłyszała wyjątkową niedorzeczność.

– Musisz przestać używać tego waszego języka i zacząć z nią rozmawiać po polsku – dokończył.

Na te słowa Sybilla natychmiast spoważniała. W ciągu niemożliwego do zarejestrowania wzrokiem ułamka sekundy jej rysy ściągnęły się i wyostrzyły w taki sposób, że po plecach starszego pana przebiegł lodowaty dreszcz. Otworzył usta, by coś powiedzieć, powstrzymało go jednak intensywne spojrzenie dziewczyny – tak srogie, jak gdyby z jej źrenic wydostały się dwie widmowe ręce o żelaznych palcach, a następnie mocno zakleszczyły mu się wokół gardła.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nierozdzielne Mechaniczna ćma August Nacht Krzyk Persefony Krzyk Persefony