Boskie zwierzęta

Boskie zwierzęta

Autorzy: Szymon Hołownia

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.79 zł

Czy zwierzęta idą do nieba, a jeśli tak, to gdzie są, gdy my jesteśmy w czyśćcu? Czy jedzenie mięsa w poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, sobotę i niedzielę to grzech i dlaczego? A co z rybami?

 

Rolnicy, ekolodzy, myśliwi i księża: jak poukładać na nowo nasze relacje z resztą Stworzenia?

 

Nowa książka Szymona Hołowni, przyjaciela dwóch cudownych psów: Grafita i Żelki, zaskakuje, inspiruje i odkrywa prawdziwą miłość, wierność i uczciwość boskich zwierząt.

Mojej ukochanej córce

Marii Franciszce,

której bardzo chciałbym zostawić

choć trochę lepszy świat

„Niesiesz, Panie, ocalenie ludziom

i zwierzętom”

(Ps 36, 7c)

Wstęp

Czyli uprzejma prośba do czytelników,

jeszcze zanim się rozkręcę

Doskonale wiem, że za tę książkę po łbie dostanę od wszystkich. W pierwszej kolejności od święcących ubojnie biskupów, adorujących lisie truchła księży myśliwych oraz tych, którzy z lektury Pisma zapamiętali wyłącznie to jedno słynne zdanie: „czyńcie sobie ziemię poddaną”, a w których przekonaniu Jezus wyłącznie przez niedopatrzenie (albo spisek starożytnych wegetarian) w Modlitwie Pańskiej we frazie „chleba naszego powszedniego” nie dodał: „i wędliny”. Tych dwóch słów, tak drogich naszemu sercu, że przecież to niemożliwe, by nie były też bliskie Jemu (wiadomo przecież, że z faktu, iż Bóg nas stworzył na swój obraz i podobieństwo, wynika nasze prawo do odwdzięczenia Mu się tym samym). Mięsożerstwo, ten smaczny dowód szczególnej ontycznej pozycji człowieka, to wszak jeden z głównych artykułów naszej wiary.

Łomot spuszczą mi też pewnie za nią środowiska radykalnych obrońców praw zwierząt, najpierw jak zwykle każąc mi się tłumaczyć ze wszystkich głupot wypisywanych obecnie przez tak zwanych konserwatywnych publicystów, a następnie wyzywając, również jak zwykle, od mięczaków, hipokrytów i morderców – bo przecież choć parę lat temu udało mi się ostatecznie pożegnać się z jedzeniem mięsa kur, świń, krów, owiec, jeleni i antylop, to wciąż jem ryby (jak również krewetki, odkąd kolega Marcin Prokop przyrządził mi je kiedyś w sosie cytrynowym podczas romantycznego kawalerskiego wieczoru), a także jajka i sery. Tak jak dla pierwszych będę więc lewackim oszołomem (wiadomo, każdy „ekolog” jest jak arbuz: z wierzchu zielony, w środku czerwony jak serce Lenina), tak dla drugich – „miękką fajką” siedzącą okrakiem na barykadzie, gatunkowym szowinistą etc.

W tej książce spróbuję się zmierzyć z argumentami i jednych, i drugich (nie ukrywając, do których mi bliżej i dlaczego). Jednak zanim jeszcze odpalę publicystyczne race i wyłożę, po co w ogóle zdecydowałem się zaczernić znów tyle papieru, chciałbym prosić czytelników o kredyt zaufania, o odrobinę cierpliwości.

Tych, co czytają na wyrywki, zachęcam, by przejrzeli tytuły rozdziałów. Wybierzcie to, co was interesuje, resztę spokojnie odrzućcie. Do tych, co czytają po kolei, apel: wytrzymajcie. Na początku tej książki – zwłaszcza w rozdziale drugim, traktującym o tym, czy zwierzęta mają duszę, czy pójdą do nieba i za kogo je w ogóle uważać – jest nieco teorii. Być może ktoś uzna ją za nudną, niemniej w mojej ocenie jest potrzebna. Bo łatwo byłoby po raz kolejny utyskiwać, że ludzie są straszni dla zwierząt (i przyrody w ogóle), warto jednak spróbować ustalić, co legło u podstaw takiej dyspozycji, co i dlaczego ludzie mają w tym zakresie w głowach (i czemu niektórzy twierdzą, że to, co w nich mają, to w dużej mierze zasługa katolicyzmu). Trzeci rozdział to hardcore. Ale jak nie mówić o całej tej cywilizacji śmierci, którą – w praktyce i w teorii (również, niestety, w teologii) – reszcie stworzeń (i sobie, bo tam, gdzie cierpi Ziemia, cierpią wszyscy) zafundował człowiek? Tego się nie da pudrować, o tym trzeba pisać z detalami. Dlaczego? Bo to się dzieje, a zamykanie oczu nie sprawi, że dziać się nie będzie. Tym razem proszę wrażliwców, by to wytrzymali. I doszli wraz ze mną do miejsca, od którego piszę już głównie o życiu.

Gdyby ktoś mnie dziś zapytał, o czym są Boskie zwierzęta, odpowiedziałbym: o tym, że zwierzęta (i cały świat) są właśnie boskie, nie ludzkie. O tak często brukanej świętości danego światu przez jego Twórcę życia. Tak, bardzo bym chciał, by ta książka dała nam wszystkim (mnie też) po głowie, ale nie po to, by nas pobitymi zostawić, ale byśmy wyśpiewali na koniec wspólny hymn na cześć życia. Bóg, w którego wierzę, jest samym czystym życiem. Jest – wybacz mi, Panie Boże – psychofanem życia! Abraham i Mojżesz jeszcze tego nie wiedzieli, my już wiemy: nie ma w Nim cienia śmierci. On codziennie, z naszą pomocą – ludzi zaproszonych przecież do współtworzenia, nie do eksterminacji – chce napełniać ten świat życiem, by ono, „rozpychające” się wszędzie, odbijało centymetr po centymetrze latyfundia śmierci.

Bóg dał swoim stworzeniom Ziemię, na której bez kłopotu zmieszczą się wszystkie, w harmonii. Nie brakuje mi dowodów na to (część będę miał szansę tu przedstawić), że problemem współczesnego świata nie jest nadmiar ludzi. Nie jest nim brak zasobów. Konflikt człowieka z przyrodą wcale nie jest nieunikniony. Ziemia może spokojnie wyżywić jeszcze drugie tyle mieszkańców. Wody i gazu też wystarczy dla wszystkich. Wilki i dziki spokojnie mogłyby żyć swoim naturalnym trybem, nie niepokojone przez tych, co przywykli okazywać miłość przyrodzie ołowiem. Na Boga – Bóg nie stworzył przecież jakiejś koślawej Ziemi! Nie oszukał nas, ukrywając w niej pułapki niedoborów. To my generujemy wszystkie jej problemy przez niesprawiedliwy podział wspólnych dóbr, przez wyniesiony pod niebiosa egotyzm, przez gatunkowy terror i towarzyszące mu opowiastki, którymi racjonalizujemy swoje złodziejstwo i przemoc, przez owe straszne wizje: „Albo przyroda, albo my. Zdecyduj się, możesz ocalić tylko jedno, co wybierzesz: naturę czy może swoje ukochane dziecko?”.

Gdyby to zdanie było garnkiem, kipiąca zeń obłuda w try miga zalałaby nam kuchnię. To oczywiste, że życie mojego dziecka i życie mojego psa nie są dla mnie warte tyle samo. Uważam jednak – i wykażę – że dziś, w Europie, na obecnym etapie rozwoju mojej społeczności, jestem w stanie zupełnie spokojnie pogodzić interesy obojga. My, ludzie żyjący w dwudziestym pierwszym wieku, naprawdę możemy wyżywić naszych głodnych, wyleczyć chorych, nie zadając przy tym bólu całej reszcie stworzeń. Dziś, przy tym wszystkim, co już wiemy i mamy, nie tylko do pomyślenia, ale i do zrobienia jest Ziemia, do której współtworzenia zaprosił nas Stwórca: Ziemia, która dla każdego żyjącego, niezależnie od jego miejsca na drabinie bytów, będzie domem, nie rzeźnią, nie więzieniem.

Gdy umawialiśmy się z wydawnictwem na tę książkę, sądziliśmy, że wyjdzie z tego sympatyczny katolicki „bambizm”: „piesek na mnie spojrzał tak głęboko, że pomyślałem: on musi mieć duszę”. Albo – to jednak kilka pięter wyżej – coś w stylu fascynujących przyrodniczych opowieści mojego kolegi Wajraka, przerobionych na kato. Wyszedł płomienny (chyba) manifest chrześcijanina, który ma dość maszyny idącej dziś przez Ziemię i robiącej z niej piekło dla najsłabszych: i ludzi, i wszystkich innych stworzeń; dość robienia z Boga służącego ludzkich apetytów, ma za to szczerą nadzieję całość stworzenia spotkać kiedyś w niebie (gdy już odsłuży czyściec, którego reszta stworzeń odsługiwać nie będzie musiała – co też daje do myślenia).

Na bramce spodziewam się usłyszeć od Niego: w której drużynie grałeś, Szymon? Czym byłeś? Śmiercią? Czy, tak jak Ja, byłeś życiem?

„Miłujesz bowiem wszystkie byty, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego ukształtował. Jakże by coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał?”

(Mdr 11, 24–25)

„Bóg jest nie mniej Bogiem jastrzębi niż jaskółek. Mikrobów nie mniej niż człowieka”.

Austin Farrer

Rozdział pierwszy

Czyli właściwie dłuższy wstęp o tym, po co to wszystko i dlaczego chrześcijanin powinien pogapić się czasem na zwierzęta, a nie tylko na obrazy czy w lustro

Najpierw należało ustalić, czy szczury, które pożarły roczne plony owsa i zostały za to pozwane przez rolników przed kościelny trybunał w Autun we Francji, powinny stanąć przed nim jako podsądni świeccy czy duchowni. Z sądem kościelnym – rozstrzygającym sprawy w imieniu samego Stwórcy – żartów nie ma, by nie zmienić go w ordynarny ludzki samosąd, lecz pozostać w kręgu boskiej jurysdykcji, należało skrupulatnie dopełnić przewidzianych przez kanonistów formalności. Mecenas Chassenée, którego sądowi oficjałowie wyznaczyli gryzoniom na obrońcę z urzędu, twardo bronił tezy, że szczury to jednak świeccy. Wszelkie stworzenia rodzą się bowiem w stanie świeckim. Wypada więc wyjść z założenia, że podsądni w nim pozostają, no chyba że ktoś dysponuje dowodem przyjęcia święceń lub złożenia zakonnych ślubów i zechce przedstawić go sądowi. Chassenée był zręcznym kauzyperdą, sroce spod ogona nie wypadł. Długo stosował wszystkie możliwe środki obstrukcji procesowej, próbując nie dopuścić do skazania klientów in absentia. Wykazywał na przykład, że trybunał nie może uzyskać pewności, iż rzeczywiście wszyscy zainteresowani otrzymali zawiadomienie o toczącym się postępowaniu (sąd nakazał więc odczytanie wezwania do szczurów w czasie mszy ze wszystkich ambon w prowincji). Następnie sięgnął po przepis, który zwalniał z odpowiedzialności za niestawienie się przed sądem tego, kto nie był w stanie bezpiecznie dotrzeć na posiedzenie, by bronić swoich racji (a wiedzą powszechną było, ile kotów grasuje w okolicy).

Rozstrzygnięcia procesu niestety nie zachowały się lub przynajmniej nie zostały odnalezione. Chassenée pozostawił nam jednak wydany w 1531 roku poradnik, swoisty pamiętnik z prawnych batalii stoczonych w licznych procesach, w których oskarżonymi byli nie-ludzcy mieszkańcy Ziemi. Rzecz nosi tytuł De excommunicatione animalium insectorum i dowodzi się w nim (na przykładach świętych usuwających z pól owady i biskupów oczyszczających swoimi pobożnymi zaklęciami jeziora z nadmiaru węgorzy), że ponieważ wszyscy wyszliśmy z ręki tego samego Stwórcy, a nie ze wszystkimi naszymi braćmi i siostrami w stworzeniu możemy się dogadać, zawsze istnieje droga odwoławcza – udanie się na skargę do Taty.

Osiągnięcia myśli prawnej francuskiego mecenasa relacjonuje Edward Payson Evans w opublikowanej w 1906 roku, a odnalezionej kiedyś przeze mnie w jakimś londyńskim antykwariacie pracy pt. The Criminal Prosecution and Capital Punishment of Animals. Autor, sam z lekka chyba powątpiewający w supermoce kościelnej instytucji, ze zdumieniem konstatuje, że Chassenée nie tylko wierzył, iż człowiek rzeczywiście ma prawo ekskomunikować (a precyzyjniej: przeklinać) rośliny i zwierzęta (powołując się między innymi na przykłady przeklęcia węża w ogrodzie Eden lub przeklęcia drzewa figowego przez Jezusa, który liczył na to, że skoro znalazł na nim liście, znajdzie i owoce), ale też był święcie przekonany o operacyjnej, mierzalnej skuteczności tej metody dezynsekcji czy deratyzacji.

Absurd sprzed wielu wieków? Zacznijmy od tego, że wcale nie sprzed tak wielu. Evans cytuje również prace na przykład z lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego stulecia, gdzie zastanawiano się nad poziomem prawnej odpowiedzialności zwierząt za akty przemocy, za jakie ludzie w identycznych okolicznościach są surowo karani. Na Bałkanach jeszcze w połowie dziewiętnastego wieku wykonywano publiczne egzekucje świń, które – żyjąc dużo bliżej ludzi niż dziś, w dobie rolnictwa przemysłowego – najczęściej gryzły małe dzieci. Przez wiele stuleci zwyczajem na naszym kontynencie było krzyżowanie pochwyconych na łupieniu trzód wilków (w Afryce Północnej robiono to samo z lwami) w przekonaniu, że wywrze to odstraszający wpływ na ich towarzyszy. W internecie można obejrzeć zdjęcia z dokonanej 13 września 1916 roku w Tennessee egzekucji (przez powieszenie na kolejowym dźwigu) słonicy Mary, która podrażniona w bolesne miejsce przez nieudacznego cyrkowego pomagiera, zrzuciła go z grzbietu i pozbawiła życia. Biedne zwierzę przeżyło pierwszą próbę wieszania, spadło z łańcucha, łamiąc sobie kości, i zmarło podczas drugiej próby, obserwowanej przez tysięczną gawiedź, w tym liczne grono dzieci.

Gdy podobna sytuacja zdarzyła się w 1994 roku – słonica Tyke występująca w cyrku w Honolulu zaatakowała w czasie pokazu swojego tresera i zabiła go, po czym uciekła z areny na ulicę – sprawczyni zginęła zastrzelona przez policję (choć to nieprecyzyjny opis: została ostrzelana, trafiona ponad sto razy, umierała przeszło dwie godziny). A skoro już jesteśmy przy „problematycznych” zwierzętach cyrkowych: w 2017 roku pewien polski cyrk postanowił pozbyć się małpki kapucynki, która sprawiała kłopoty treserom, nikogo nie zabiła, ale była zbyt aktywna i podobno agresywna. Tu wyrok miano wykonać przez uśpienie. Na szczęście weterynarz okazał się odpowiedzialnym człowiekiem i po ustaleniu, że częścią problemu były uciskające Juliana (bo takie imię dostał ów małpi samiec), wbijające się w podbrzusze szelki, zwierzę trafiło do poznańskiego zoo (polecam relacjonujący tę historię materiał na stronie internetowej TVN24).

W dwudziestym pierwszym wieku nasze sprawy ze stworzeniami, które weszły nam w szkodę, załatwiamy w taki właśnie, bardziej „cywilizowany” sposób: insekty, gryzonie trujemy, ze wszystkim od kota w górę radzimy sobie za pomocą strzelby albo śmiertelnego zastrzyku. Tylko czasem komuś puszczą nerwy i zdarza się to, co miało miejsce w lipcu 2018 roku w indonezyjskiej części wyspy Papua, gdy ponadsześćsetosobowy tłum metodycznie wyrżnął 296 będących pod ochroną aligatorów w ośrodku opieki nad nimi w dystrykcie Sorong, mszcząc się w ten sposób za zabicie ziomka, który niechcący zapuścił się na teren „sanktuarium”. Ludzie podzielili się pracą: jedni wiązali krokodylom pyski, drudzy wykańczali je maczetami i szpadlami.

Najgorsze wydaje się jednak co innego.

Evans w swojej książce opisuje świat, w którym zwierzęta z całą pewnością nie miały lekkiego życia, ale niezależnie od tego, jak bardzo dla picu urządzane były te wszystkie procesy, kościelni formaliści czuli, że nie można przejść sobie, ot tak, do porządku dziennego nad porządkiem świata danym nam przez Stwórcę. Śmiech z naszych średniowiecznych przodków wlokących przed prawników świnie albo skazujących na uduszenie pszczoły, które śmiertelnie pożądliły człowieka, więźnie jakoś w gardle, gdy czyta się u niego o winiarzach z Saint-Julien. Otóż w drugiej połowie szesnastego wieku parokrotnie wnosili oni do kościelnego sądu sprawę przeciw niszczącym im uprawy insektom. Najpierw uznali, że skoro Bóg jest Panem wszystkich stworzeń, najwyraźniej chce zakomunikować coś rolnikom przez zesłanie na nich takiej plagi. W podejściu drugim postanowili zaś wyznaczyć insektom całkiem obszerną działkę, w pełni odpowiadającą ich potrzebom (co miało zostać potwierdzone inspekcją owadziej delegacji), na którą miały się przenieść, tak by i one, i ludzie mogli spokojnie realizować wyraźną instrukcję daną im przecież przez wspólnego Stwórcę: „A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i wszelkiego ptactwa powietrznego, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie życie, daję na pokarm wszelkie rośliny zielone” (Rdz 1, 30).

Śmiech więźnie w gardle, bo kto dziś zawracałby sobie głowę takimi korowodami? Opryskano by co trzeba i po sprawie. Czasy po rewolucji przemysłowej, ze szczególnym wskazaniem na ostatnie trochę ponad pół wieku, to dla przyrody i dla wzajemnej relacji człowieka z resztą Bożych stworzeń czas najgorszy w całej naszej wspólnej (do niedawna), liczącej wiele wieków historii. W zdewastowanym przez drugą wojnę światową zachodnim świecie zadziałał mechanizm psychologicznej kompensacji nakazujący ludzkości odreagować koszmarne „lata chude”, wszyscy rzucili się więc do zaludniania Ziemi i przekształcania jej według coraz to bardziej ekspansywnych pomysłów w podręczny magazyn wszelkich dóbr.

Jasne, że i dotąd bywało różnie. W ciągu tych paru milionów lat, w których po Ziemi pałętają się przedstawiciele gatunku homo, i tych paruset tysięcy, kiedy ma ona zaszczyt gościć u siebie homo sapiens (usilnie starającego się dowieść, że nie zasługuje na drugi człon swojej nazwy), zdarzały się liczne poważne kryzysy. Jak choćby ten, gdy nasi pradziadkowie zorganizowali się na tyle, że byli w stanie wydostać się z Afryki i Eurazji i popłynąć do Australii (działo się to jakieś czterdzieści tysięcy lat temu). A z Syberii – gdy stopniały lodowce – w ciągu dwóch tysięcy lat (od około czternastu do dwunastu tysięcy lat temu) skolonizować obie Ameryki, aż do Ziemi Ognistej. W czasie tej tak zwanej rewolucji poznawczej, opisanej z właściwą mu brutalną, faktograficzną swadą przez izraelskiego pisarza Noaha Yuvala Harariego w megagłośnej książce Sapiens. Od zwierząt do bogów, ludzie w Australii wykończyli dwadzieścia trzy z dwudziestu czterech gatunków zwierząt o masie przekraczającej czterdzieści pięć kilogramów. W Amerykach w podobnym czasie (około dwóch tysiącleci) wybito w pień siedemdziesiąt–osiemdziesiąt procent gatunków tamtejszych wielkich ssaków: mamuty, amerykańskie wielbłądy, żyjące tam od trzydziestu milionów lat tygrysy szablozębe itd. Wszędzie – czy na Madagaskarze, skąd zniknęły lemury olbrzymie i półtonowe nieloty mamutaki, czy na wyspach Oceanii – powtarzał się ten sam schemat: zachwycająca biologiczna różnorodność, nadejście człowieka, gigantyczna eksterminacja fauny i flory i totalna dominacja homo sapiens. „Nie wierzmy idealistycznym ekologom przekonującym, że nasi przodkowie żyli w harmonii z przyrodą, bo żyli z nią w dysharmonii. Na długo przed rewolucją przemysłową homo sapiens był wśród wszystkich organizmów sprawcą wymarcia największej liczby gatunków roślin i zwierząt. Mamy wątpliwy zaszczyt bycia najbardziej morderczym gatunkiem w annałach biologii” – przekonuje Harari.

Wraz z postępem technologii usprawniliśmy co trzeba i dziś jesteśmy na najlepszej drodze, by osobiście, bez żadnej pomocy bóstw czy wściekłych Kasjopean, wyprzedzić przewidywaną dotąd na za jakieś dwa–trzy miliardy lat zagładę życia na Ziemi (związaną ze starzeniem się, a więc i podgrzewaniem, naszego poczciwego Słońca). Histeria? Elizabeth Kolbert, dziennikarka pisząca o nauce do „The New York Times”, w swojej książce Szóste wymieranie. Historia nienaturalna w przekonujący sposób dowodzi, że jeśli tylko utrzyma się tempo wymierania (obecnie – uwaga – tysiąc razy większe, niż wynikałoby to z normalnego rytmu przyrody nie tłamszonej przez człowieka), to dzięki nam do 2050 roku wymrze dwadzieścia cztery procent żyjących obecnie na naszym globie gatunków flory i fauny, a do końca wieku – uwaga – aż połowa! Marcin Rotkiewicz, dziennikarz naukowy tygodnika „Polityka”, w książce W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki (do której wracał tu będę jeszcze parokrotnie) bije po oczach każdego, kto choć raz w życiu był na wsi, spostrzeżeniem zdawałoby się oczywistym: rolnictwo to przecież nic innego jak niszczenie wszystkiego poza tym, co akurat chcemy wyhodować; każde pole uprawne to pod względem bioróżnorodności pustynia. „Ceną za uwolnienie się od zbieractwa i łowiectwa była kumulacja dóbr prowadząca do powstania nierówności społecznych. A także zniszczenia środowiska naturalnego na niespotykaną skalę. Staliśmy się największymi destruktorami bioróżnorodności. Na świecie żyje dziś około czterystu tysięcy gatunków roślin, z których potencjalnie nadawałoby się do jedzenia jakieś trzysta tysięcy. Ale my zapewniamy przestrzeń i warunki rozwoju jedynie około dwustu gatunkom, spośród których największe znaczenie ma tylko piętnaście gatunków, dostarczających 95 proc. kalorii spożywanych w postaci żywności na świecie”.

To nie jest problem wyłącznie teoretyczny, lecz jak najdosłowniej samobójcza pętla. Jeśli kogoś nie rusza fakt, że sto lat temu było na świecie pewnie koło stu tysięcy tygrysów, a dziś jest ich z pięć tysięcy – ma kłopot. Aysha Akhtar, amerykańska neurolog i epidemiolog, w książce Animals and Public Health. Why Treating Animals Better is Critical to Human Welfare zwraca uwagę, że mniejsza bioróżnorodność to na przykład większe zagrożenie epidemiologiczne dla człowieka, większe zagęszczenie organizmów będących kolejnymi etapami rozwoju i mutacji groźnych patogenów. To mniej owoców, warzyw i setek innych produktów, gdy wyginą pszczoły. To mniej ryb dla nas, gdy wyłowimy i przerobimy na paszę dla krów mniejsze morskie organizmy, ich pożywienie (szerzej o tym procederze – w rozdziale trzecim), a dodatkowo zanieczyścimy ich środowisko tak, jak potrafimy tylko my (filozof Ewa Bińczyk w swojej znakomitej książce Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu cytuje prognozy, że w 2050 roku masa wyrzuconego do mórz plastiku ma się zrównać z masą żyjących tam ryb). Oto właśnie ów antropocen, Era Człowieka, a precyzyjniej rzecz ujmując: era prowadzenia przezeń okupacji reszty świata, któremu (a w konsekwencji i samemu sobie, trwającemu w złudzeniu, że uniezależnił się wreszcie od natury) – niesie śmierć. Dlatego nie brakuje takich, którzy ów „nasz czas” w historii świata nazywają czasem śmierci, nekrocenem.

„Znowu jakiś ekooszołom robi wielki raban. Już miała nas zalać woda. I co, zalała? Smażalnia przy plaży w Dębkach – widziałem na wakacjach – jak stała, tak i stoi. Mięso miało nas zatruć, bo tyle było krzyku, że pakuje się w nie antybiotyki – a przecież ja żyję! Że gatunki jakieś znikają? Jak znikają! Las, który mijam, gdy jadę do pracy, ciągle stoi, widziałem bociana, a drogę przebiegł mi kot”.

Zaprawdę, wiem coś o tym, jak trudno jest wytłumaczyć człowiekowi, którego refleksja opiera się na nakreślonych wyżej założeniach, że żyć w przekonaniu, iż jeśli coś się widzi, to to jest, a jeśli się nie widzi – to tego nie ma, ma prawo mniej więcej dwumiesięczne dziecko. Jak nader trafnie zauważył w jednym z tekstów dla portalu TVN24.pl polityk Paweł Kowal (choć on akurat pisał o końcu znanej nam geopolityki, rozwodzie Europy i USA): „Ludzie nigdy nie wiedzą, że żyją na krawędzi epoki”. Wydaje się, że złe trendy przeminą, wszystko jakoś się ułoży. Jasne, wokół wiele się dzieje – wybuchają wojny, nadciągają kolejne kataklizmy, ktoś publikuje jakieś badania, ktoś ostrzega, ktoś w najlepsze błaznuje. Aż tu któregoś dnia, nie wiadomo jak i dlaczego właśnie tego, nagle wszystko leci na łeb na szyję: ktoś gdzieś długo zbierał proch, zupełnym przypadkiem komuś obok z ręki wyszła iskra.

Doskonale wiem, że ludzie nie są gotowi umierać za naukowe wykresy i piętrzone przed nimi przez ekspertów liczby. Od nas nikt jednak nie wymaga (jeszcze) marszu na barykady. Jedyną realną ofiarą, jaką musielibyśmy ponieść, by zejść z drogi, którą – ze słuchawkami na uszach – zdążamy ku śmierci, i wrócić na drogę ofiarowanego nam przez Stwórcę życia, byłaby korekta smaków. Rezygnacja z – broń Boże, nie całego, ale choćby odrobiny – komfortu. Z samostraszących zaklęć, które powtarzamy, okłamując samych siebie, że przecież jeśli tylko zmienimy cokolwiek, zaraz czeka nas głód, nieszczęście, cierpienie. Mówiąc „my”, mam na myśli mieszkańców bogatszej części Ziemi. Nie raz w tej książce przyjdzie mi pokazać, jak rachunek za nasze wygody płacą nasi bracia i siostry z globalnego Południa. Kolejne dane z książki profesor Bińczyk: siedem procent największych gospodarek świata wytwarza pięćdziesiąt procent zagrażających nam coraz wyraźniej gazów cieplarnianych. Czterdzieści pięć procent najuboższych obywateli świata odpowiada za emisję siedmiu procent tych gazów. W tej książce będę wołał, jak umiem, o natychmiastową rewizję naszej relacji ze stworzonym światem, nie tylko dlatego, że uważam, iż on – nie nasz, lecz wciąż Stwórcy („do Pana należy ziemia i wszystko, co ją napełnia”; Ps 24, 1) – po prostu na to zasługuje. I nie dlatego, że zamierzam rozdzierać szaty wyłącznie nad cierpiącą w rzeźni krówką czy umierającą od rolniczych oprysków pszczołą. Życie mrówki to życie poddające się dokładnie tym samym biologicznym prawom co życie Einsteina, moje, mojego dziecka, setek dzieci, które codziennie przez fundację Dobra Fabryka leczymy z głodu w prowincji Północne Kivu w Kongu. Jeśli samolot spada – klasa biznes i klasa ekonomiczna spadają i kończą tak samo.

Z resztą stworzeń żyjemy i umrzemy razem. Ratowanie ich od przemysłowej eksterminacji nie jest więc dziś żadną tam „ochroną przyrody”, ale ratowaniem człowieka. A w nim – jego wiary. Na naszych oczach w dwudziestym pierwszym wieku powtarza się wszak – wypisz wymaluj – fundamentalna scena z Księgi Rodzaju: człowiek wyłącza się z podarowanej mu wspólnoty. Eric Mascall, angielski filozof i teolog anglikański, ujął to tak: „niczym mikroskopijne pęknięcie w porcelanowym wazonie zapoczątkował [człowiek] proces dezintegracji i zepsucia, którego konsekwencje rozciągnęły się daleko poza obszar ich powstania i dotknęły całą późniejszą historię rasy ludzkiej i świata materialnego”. „Można zatem stwierdzić, że grzech człowieka miał znaczenie antyekologiczne. (…) Po grzechu pierworodnym cała przyroda zaczęła uczestniczyć w losach upadłego człowieka – skutkiem niegodziwości człowieka żyzna ziemia zamieniła się w słony ugór, rzeka w pustynię, a oaza w ziemię spragnioną (por. Ps 107, 33–34)” – jak równie trafnie zauważył metropolita katowicki arcybiskup Wiktor Skworc we wspaniałej homilii wygłoszonej 4 października 2018 roku, w dniu wspomnienia świętego Franciszka, podczas inauguracji roku akademickiego na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego.

Panoszący się dziś antropocentryzm ma wręcz kosmiczne skutki. Pociąga bowiem za sobą nie tylko zamianę komunii stworzeń na bolesne współuzależnienie, ale też faktyczną detronizację, „upupienie” Boga. Przejście z teizmu, czyli (z grubsza) przekonania, że Bóg jest i kieruje wszystkim, w deizm, czyli przekonanie, że Bóg, owszem, jest, ale to bezosobowy konstruktor, który stworzył świat i sobie poszedł. (Winston Churchill musiał mieć o Nim takie wyobrażenie, skoro w rozmowie z królem Jerzym VI miał powiedzieć o swoim ojcu, że „był niczym Bóg: zajęty gdzie indziej”). Sprowadzenie Go teraz do roli gwaranta mojego prawa do schaboszczaka czy futra z norek (o czym traktują rozdziały trzeci i czwarty) oznacza więc rażącą poznawczą niegospodarność, absurdalną redukcję Absolutu. To obraza Boga, który nie zaczął przecież swojej kadencji wraz z nami: dziś wiemy już, że był Bogiem wszystkiego przez te prawie czternaście miliardów lat, kiedy nas jeszcze we Wszechświecie nie było. I któremu nikt nie kazał umieścić w Objawieniu zdania o tym, że Chrystus „jest pierworodnym wobec wszelkiego stworzenia” (Kol 1, 15b). Antropocen to koniec teocenu.

Zacytujmy jeszcze raz homilię arcybiskupa Skworca: „Problem ekologiczny sięga korzeni naszej wiary. Przypomina nam o tym choćby odmawiane przez nas Credo, w którym wyznajemy: »Wierzę w jednego Boga, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych«”. Bóg nie potrzebuje Wszechświata. On go chce. Jest jego wyłącznym suwerenem, a każdy z Jego poddanych ma prawo żyć w Jego królestwie na ustalonych przez Niego zasadach. Świat, w którym Bóg zostaje sprowadzony do roli moralnego certyfikatora kotletów – to świat zafałszowany i bardzo wygodny, bo my, ludzie, mamy w nim tylko prawa, włącznie z tym do pisania sobie listy obowiązków. One nie wynikają już z samej istoty rzeczy, lecz jedynie z naszego widzimisię. Nie ogranicza nas nic, nawet ból innej istoty, choć on – w mojej ocenie – powinien być dla nas wartością graniczną, punktem, na którego przekroczenie nie powinniśmy dawać sobie prawa bez naprawdę najważniejszych powodów.

Chrześcijaństwo nie jest wcale, jak twierdzi dziś wielu, religią ze swojego DNA antyekologiczną. Ewangelizacja nie jest synonimem ekoignorancji ani ekoeksterminacji. Bywa, ale to wypaczenie zasady, nie zasada. Wszak jeśli Bóg, w którego wierzę, rzeczywiście jest samym Życiem, źródłem wszelkiego, nie tylko ludzkiego, życia – to każde życie jest dla mnie dziełem, śladem, odciskiem dłoni Tego, Kogo kocham. Cały świat, jak chcieli klasyczni chrześcijańscy pisarze, staje się księgą, w której ślady Boga znajdą nawet ci, co nie znaleźli Go dotąd na kartach ksiąg zawierających święte teksty. Biofilia – termin ukuty przez Edwarda Wilsona z Uniwersytetu Harvarda: miłość do życia, poczucie realnej wspólnoty z innymi istotami żywymi – to moim zdaniem postawa chrześcijańska w stu procentach. Bycie „pro-life” w świecie, w którym – jak dowiaduję się z raportu o skutkach zanieczyszczenia powietrza udostępnionego mi przez Kamila Wyszkowskiego, szefa polskiego oddziału United Nations Global Compact – syf wrzucany do polskich pieców zwiększa o kilkadziesiąt procent ryzyko obumarcia płodu w trzecim trymestrze ciąży oddychającej zanieczyszczonym w ten sposób powietrzem kobiety, podwyższa prawdopodobieństwo rozwinięcia się u dziecka autyzmu, może skutkować obniżeniem jego inteligencji o cztery punkty IQ (a w innych badaniach, których wyników jeszcze nie opublikowano, przeczytamy być może, iż liczba poronień naturalnych z tego powodu zbliżona jest w Polsce do liczby dzieci ginących na skutek legalnie przeprowadzanych aborcji), to dziś naprawdę dużo szersze niż wczoraj pojęcie.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

Rozdział drugi

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział trzeci

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział czwarty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział piąty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział szósty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

DZIESIĘĆ PROPONOWANYCH KROKÓW W KIERUNKU BARDZO DOBREJ ZMIANY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Podziękowania

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Bibliografia

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Projekt okładki

Adam Gutkowski

Opieka redakcyjna

Kinga Janas

Adiustacja

Katarzyna Węglarczyk

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Łamanie

Dariusz Ziach

Copyright © by Szymon Hołownia

© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5850-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Duchnik

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Boskie zwierzęta Święci pierwszego kontaktu Instrukcja obsługi solniczki Ludzie czasów Jezusa Ludzie w czasach Jezusa 36 i 6 sposobów na to, jak uniknąć życiowej gorączki, czyli Katechizm według Szymona Hołowni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu