My, superimigranci

My, superimigranci

Autorzy: Emilia Smechowski

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.18 zł

Emilia była jeszcze Emilką, kiedy jej rodzice wsadzili ją do samochodu i zostawiając za sobą szarą Polskę, pojechali do Berlina Zachodniego. Był rok 1988. Kilka miesięcy później miała już nowe nazwisko, nowy język, nowy kraj: była teraz Niemką, wszystko co polskie było niemile widziane, marzenie o lepszym życiu przekształciło się w codzienną walkę o to, żeby tylko nie rzucać się w oczy. Kiedy nowi znajomi rodziców przychodzili na obiad, zamiast pierogów podawano mozzarellę z pomidorami. A kiedy Emilia przyniosła do domu dyktando z niemieckiego z dwoma błędami, jej mama była przerażona.
W minionych dziesięcioleciach z żadnego innego kraju - poza Turcją - nie przybyło do Niemiec więcej ludzi niż z Polski. I żadna inna grupa imigrantów tak bardzo nie starała się stać niewidoczna. Emilia Smechowski wzruszająco opowiada osobistą historię zbiorowego doświadczenia: historię wstydu i zawziętej woli odniesienia sukcesu, dążenia do emancypacji i budowania wiary we własne możliwości.

"My, super imigranci" to kilka w jednym: autobiografia młodej kobiety, esej, historia rodziny i emancypacji, przyczynek do aktualnej debaty na temat uchodźców oraz psychologiczny portret pewnego określonego pokolenia imigrantów… Trwającej od wielu lat zabawie w chowanego swojej rodziny Smechowski przeciwstawia obecnie niemal bolesną otwartość swojej książki.
"Frankfurter Allgemeine Zeitung"

Oscylująca między esejem a powieścią książka Emilii Smechowski ujmuje stylem bez upiększeń. Jej rzucane jakby mimochodem lakoniczne obserwacje kreślą spójny obraz niemieckiej kultury migracyjnej.
"Frankfurter Rundschau"

Książka, która przyczyni się do tego, że w Niemczech polska historia wzbudzi większe zainteresowanie i będzie lepiej znana.
NDR Kultur

To historia wyzwolenia - i zarazem refleksja na temat imigrantów, integracji i ojczyzny.
"Deutschlandfunk"

Emilia Smechowski jest najodważniejszą autorką swojego pokolenia.
Maxim Biller, pisarz

Właściwie ta książka jest sagą rodzinną. Snuje opowieść o dzieciach i rodzicach, bliskości oraz wolności, i jak każda genialna saga rodzinna przedstawia zupełnie wyjątkową historię, która jest zarazem historią bardzo wielu rodzin.
Isabel Bogdan, pisarka

Emilia Smechowski, urodzona w Polsce w 1983 roku, w 1988 roku uciekła wraz z rodziną do Berlina Zachodniego. Studiowała śpiew operowy i romanistykę w Berlinie oraz Rzymie, była redaktorką dziennika "Die Tageszeitung", dziś pracuje jako niezależna autorka i reporterka, m.in. dla "Geo", "Süddeutsche Zeitung" i "Die Zeit". Jej esej o niewidzialnych Polakach został wyróżniony Niemiecką Nagrodą Reporterów, Nagrodą Dziennikarską im. Konrada Dudena i Polsko-Niemiecką Nagrodą Dziennikarską im. Tadeusza Mazowieckiego.

Tytuł oryginału

WIR STREBERMIGRANTEN

Copyright © Hanser Berlin im Carl Hanser Verlag München 2017

All rights reserved

Projekt okładki

Janek Mońka

Zdjęcie na okładce

© Simone Hutsch/Unsplash

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8169-510-7

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Babci Basi

Ludzie sukcesu

Wiem, że to nie może być prawda, ale w moich wspomnieniach właśnie tak to wygląda, jak niemy film, dzień wypełniony milczeniem. Nikt nic nie mówi, nie ma ­sałatki ziemniaczanej, piwa ani kiełbasek, nie wyczuwa się nastroju przełomowej chwili. Przeprowadzka odbywa się tak, jakby to był zwykły punkt porządku dziennego. Przeniesienie sześć kilometrów w obrębie Berlina – odfajkowane. Z raju dla emerytów, w którym najpopularniejszym miejscem spotkań jest buda z kebabem, do dzielnicy pełnej sklepów ze zdrową żywnością i brudnych ulic. I mostem, z którego – teoretycznie – można by się rzucić. Tak w każdym razie sobie pomyślałam, kiedy go zobaczyłam, zwiedzając okolicę. Po czym głośno się zaśmiałam. Jak coś takiego mogło przemknąć mi przez głowę.

W majową sobotę opróżniam swój młodzieżowy pokój i daję dyla z uprzywilejowanego życia. Mamy rok 2000, milenijny, i jak dla mnie rzeczywiście pewien świat się skończył.

Mam szesnaście, prawie siedemnaście lat.

Moja rodzina, rodzice i dwie siostry, coś sobie na ten dzień zaplanowała, nie pamiętam już, co konkretnie. Być może poszli do kina albo na basen, w drodze wyjątku mogliśmy potem zjeść coś w McDonaldzie. Happy Meal, ale bez coli.

Dom jest zatem pusty, pakuję to, co w gruncie rzeczy chcę zostawić za sobą, czerwone łóżko z tymi osobliwymi kolistymi wzorami na wierzchu, biurko zajmujące pół mojego pokoju, do tego kilka skrzynek, i kiedy wreszcie zjawiają się przyjaciele, czekam już przy drzwiach, gotowa zacząć nowe życie.

Moim siostrom rzucam „cześć” na pożegnanie, z rodzicami się nie żegnam, przemykają obok mnie i czmychają z domu, a kiedy siedzą już w samochodzie, jestem zbyt dumna, żeby za nimi pobiec. Rodzice uważają mnie za kompletnie szurniętą, kto to widział, żeby wyprowadzać się w wieku szesnastu lat, tak robią tylko ćpuny i nieudacznicy. I nie wykluczam, że moja matka właśnie tego się obawia: że zawalę maturę, będę się niezdrowo odżywiać, przytyję i stanę się brzydka, a absurdalne marzenie, które wbiłam sobie do głowy, legnie w gruzach i ostatecznie wyląduję na ulicy ze strzykawką heroiny w dłoni. Wcale nie mają ochoty przyglądać się mojemu upadkowi.

W mojej rodzinie klęska i upadek nie wchodzą w rachubę. Można zmierzać tylko w jednym kierunku: w górę. Jesteśmy ludźmi sukcesu, świadczeniodawcami, jak brzmi piękne oficjalne określenie, którego do dzisiaj wzbraniam się używać. Poza tym długo nie byłam pewna, co oznacza.

Gdy staram się sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy ogarnęło mnie przeczucie, że wkrótce wyrwę się z tej klatki, przychodzi mi do głowy inna sobota, kilka miesięcy wcześniej, w styczniu. Stoję w łazience i ćwiczę, jak przekazać rodzicom ważną nowinę, zdecydowanie, dojrzale, jak w filmie. „Muszę wam o czymś powiedzieć”. Następnie schodzę po schodach, oto mój wielki występ, po czym siedzimy naprzeciwko siebie, moi rodzice i ja, na brązowych, skórzanych sofach, kupionych zaraz po naszym przyjeździe do Niemiec.

– Muszę wam o czymś powiedzieć. – Robi mi się niedobrze.

– Słucham – mówi ojciec. Mama milczy.

– Chcę zostać śpiewaczką.

Szybko, jakbym zrywała plaster z rany.

– Co?! – mówi mama podniesionym głosem. Usta ojca, zwykle wąskie niczym ołówek, zaciskają się w grymasie i zostaje z nich tylko kreska. Może ugryzł się w język, powstrzymał wybuch śmiechem. Ale mój ojciec nie wybucha. Uśmiecha się tylko łagodnie i wypowiada jedno zdanie:

– Nigdy ci się to nie uda.

Chodzę do dziesiątej klasy i prowadzę Musical SA w szkole. Co tydzień śpiewam w kościele partie solowe w chórze, a kierownik kiwa głową z uznaniem, kiedy kończę. „Masz ciepłą barwę głosu”, mówi moja nauczycielka śpiewu, gdy po południu ćwiczę z nią akordy. „Nigdy ci się to nie uda”. Zdanie, które wydusił z siebie ojciec, zapada mi głęboko w pamięć.

Śpiewaczką! A cóż to niby za profesja? Lekcje gry na pianinie, te są sensowne, śpiewanie w kościelnym chórze też jest do zaakceptowania. Ale muzyka jako treść życia? Nie po to trudziliśmy się przez całe nasze życie, żebyś ty spała do południa!

Nawet nie muszą tego mówić. I tak wiem, co sobie myślą. Matka w milczeniu idzie do kuchni, a ojciec zamyka się w gabinecie. Wbiegam po schodach na górę i rzucam się z rykiem na łóżko. Nienawidzę ich, obojga. I nienawidzę tego domu i tego pokoju, w którym nic nie mogę, nawet zapalić świeczki. Albo kadzidełek – przecież przez moją nieuwagę mógłby spłonąć cały dom!

Przez następne miesiące jestem odrętwiała z powodu przeżytego szoku. Chodzę do szkoły, na lekcje śpiewu. W domu panuje atmosfera, jakby ktoś wcisnął pauzę. Brak postępu, ale i regresu. Rodzice i ja już nawet nie mówimy sobie „dzień dobry”, znikam w łazience, wkładam buty i już mnie nie ma.

– Dlaczego się ze mną nie przeprowadzisz? – pyta przyjaciółka, która jest ode mnie o trzy lata starsza i szuka dla siebie mieszkania. Faktycznie. Dlaczego nie.

Mój ojciec stale grozi mi jakimiś konsekwencjami. Kiedy nie posprzątam porządnie ze stołu, kiedy zostawiam coś na talerzu, kiedy wracam zbyt późno do domu. Najczęściej konsekwencje mają postać klapsów i aresztu domowego, trwającego od tygodnia do dwóch, zależnie od wagi przewinienia. Tym razem to ja wyciągnę konsekwencje i odejdę. Rodzice nie przejdą nad tym do porządku dziennego. Nie będą się pobłażliwie uśmiechać, lecz z wrażenia spadną z kanapy. Może nawet zaczną mnie błagać, żebym została.

Przebiega to jednak inaczej. Ojciec mówi, że skoro jestem taka dorosła, mogę sama na siebie zarabiać. Od niego nie dostanę ani grosza. Matka płacze i pyta, chlipiąc, jak w tej sytuacji zamierzam zdać maturę. Przecież dopiero zaczęłam szkołę średnią!

Już nie płaczę. Latami leżałam na łóżku w swoim pokoju i czekałam, aż ta zakichana młodość wreszcie się skończy. Teraz wszystko będę robić inaczej. I o wiele lepiej.

Dzisiaj wiem, że ta ucieczka z domu była czymś więcej niż tylko buntem nastolatki. Była także sprzeciwem wobec sposobu, w jaki żyliśmy w Niemczech.

My, superimigranci.

To najlepsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy, by wyrazić, kim byliśmy. Odnieśliśmy sukces, wybiliśmy się. Mama dorastała na polskiej wsi, jako pierwsza w rodzinie zdała maturę, ojciec przez pół życia miał tylko jeden cel: zwiać na Zachód. Udało im się. I razem w tym nowym kraju wywalczyliśmy sobie awans społeczny. Rodzice pracowali jako lekarze, zbudowaliśmy dom, z ogrodem. Na początku jeździliśmy mazdą, następnie bmw i chryslerem, a potem już tylko limuzynami audi. My, dzieci, uczyłyśmy się łaciny i greki, gry na pianinie, miałyśmy lekcje baletu. Asymilacja w trybie przyspieszonym. Jesteśmy urzeczywistnioną fantazją niemieckiego prawicowo-konserwatywnego polityka, w której imigranci muszą dostosować się do nowego społeczeństwa, podczas gdy ono samo pozostaje niezmienione.

I nie jesteśmy jedyni. Polacy to najliczniejsza grupa imigrantów w Niemczech. Od dziesięcioleci. Tyle że nas prawie nie widać jako imigrantów. W każdym razie tych, którzy przyjechali w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – a to zdecydowana większość. Jesteśmy niewidoczni. Jakby nas w ogóle nie było, tak dobrze się zintegrowaliśmy. Jak kameleon nauczyliśmy się wtapiać w niemieckie społeczeństwo.

Owego majowego dnia prawie zapomniałam, że dwanaście lat wcześniej przybyliśmy z Polski i że ta obsesyjna chęć odniesienia sukcesu, przed którą teraz uciekałam, miała też związek z naszą historią imigracyjną. Kiedy czekałam na podjeździe na furgonetkę, która miała zabrać moje rzeczy, myślałam tylko: Jeszcze tego pożałujecie! Kiedyś, gdy będę dorosła i sławna, będziecie czekać na mnie przy wyjściu ze sceny, ja wyjdę w płaszczu narzuconym na suknię koncertową, owinięta szalem, ze zrobionym okiem, wysoko upiętymi włosami i bukietem kwiatów na ramieniu, a wy popatrzycie na mnie z podziwem, zobaczycie przepychających się do mnie łowców autografów i w końcu zaczniecie mnie błagać o wybaczenie!

Wspomnienia są perfidne. Lubią nas zwodzić, a gdy jesteśmy nie dość uważni, opowiadają nieprawdziwą historię. Prawdopodobnie w dniu przeprowadzki w ogóle nie milczeliśmy i wcale nie byłam sama. Być może to tylko podstęp mojego umysłu, aby dopasować opowieść do dramatycznej sytuacji, dlatego wymazał wszystkie radosne momenty tamtego dnia. Moi przyjaciele już nie pamiętają, jak było. Moi rodzice w gruncie rzeczy także nie – albo nie chcą pamiętać. Swoim znajomym opowiedzieli dopiero jakiś czas później, że ich najstarsza córka się wyprowadziła.

Ten epizod po prostu nie pasował do naszej historii sukcesu. Funkcjonowaliśmy jak silnik na najwyższych obrotach, zawsze w stanie bliskim przegrzania. Kiedy przychodziłam do domu z piątką plus, moja mama pytała, w czym tkwi problem. Żyłam pod presją i nieważne, jak bardzo się starałam, nie byłam w stanie się od niej uwolnić. Bezwarunkowa miłość – kiedy po raz pierwszy usłyszałam to określenie, zaśmiałam się z goryczą. Być kochanym, gdy się na to uczucie nie zapracowało, wypoczywać, jeśli wcześniej niczego się nie osiągnęło – coś takiego w ogóle nie mieściło mi się w głowie. Do dziś często odmawiam sobie do tego prawa.

Kiedy to wszystko się zaczęło?

Pod koniec dnia, kiedy pomagający mi w przeprowadzce znajomi już sobie poszli, leżę na tym samym łóżku, tyle że teraz mam podłogę z desek i cytrynowożółtą ścianę. Moi koledzy i koleżanki ze szkoły zrobili zrzutkę i kupili mi lodówkę. Nie wyglądam już z białego francuskiego balkonu na ogród, lecz przez nieszczelne okno na berlińskie podwórze. W gruncie rzeczy nie na podwórko, lecz na szarą ścianę, ponieważ sąsiedni dom stoi zaledwie kilka metrów dalej. Jestem teraz biedna. Wydaje mi się to wspaniałe.

Kilka rzeczy pozwoliłam sobie wziąć ze sobą, przede wszystkim muzykę, płyty CD wytwórni Deutsche Grammo­phon, których nie mogłabym sama kupić, Requiem Mozarta, Tannhäuser Wagnera. I zdjęcia z wcześniejszych lat. Fotografie, na których mój ojciec nie patrzy surowym wzrokiem, a moja mama nie jest zestresowana. Zdjęcia, na których oboje się uśmiechają. Są mniejsze od tych nowych, pożółkłe albo czarno-białe. Na jednym z nich mam roczek i swoje pierwsze buty na nogach. Ojciec kuca koło mnie. Ma dziesięciodniową brodę i niebieską bluzę dresową z dwoma paskami (ubrań z trzema u nas nie było), jego okulary w stylu Ericha Honeckera pasują mu o wiele bardziej niż Erichowi Honeckerowi. Obejmuje mnie od tyłu i uśmiecha się. Wygląda na bardzo szczęśliwego.

To MY, poczucie wspólnoty, gdzieś przepadło, czuję to.

Dlaczego w którymś momencie ojciec przestał się uśmiechać, a mama coraz częściej miała zaczerwienione oczy? To pytania, których nie stawiam sobie w dniu mojej wyprowadzki. Zerwałam kontakt z rodzicami. Niedługo zaczynam pracę w Burger Kingu. Muszę teraz płacić czynsz.

Belki głośno trzeszczały

To było podczas strajku w Stoczni Gdańskiej, kiedy mojemu tacie po raz pierwszy przyszło do głowy, że może jednak mogłoby się zmienić. Jest sierpień 1980 roku, a on, samotnik, który najchętniej ślęczał nad książkami, nagle poczuł, że chciałby zmieniać świat. Wraz z setką innych rozpoczął okupację wydziału medycyny, spali tam, jedli, mieszkali, tygodniami. Mieli dosyć tego, że partia komunistyczna wszystko im narzucała. Jako studenci chcieli się sami zorganizować. Ojciec został zatem członkiem Niezależnego Zrzeszenia Studentów. W sumie pod koniec miesiąca strajkowało siedemset pięćdziesiąt tysięcy Polaków w siedemset pięćdziesięciu zakładach, była to największa fala strajków, jaką widział kraj.

Rosła nadzieja. Na pokarm dla niemowląt, mięso, wolność poglądów.

A potem nadszedł 13 grudnia 1981 roku. Polski generał wypowiedział wojnę polskiemu społeczeństwu. Nagle na rogach ulic stanęły czołgi, żołnierze chodzili z bronią w ręku. Wyłączono telefony, szkoły i uniwersytety zostały zamknięte, wiadomości telewizyjne odczytywali oficerowie w mundurach. Wojsko było wszędzie. Zaczęły się aresztowania, ludzi torturowano i mordowano. W Polsce znów panował stan wojenny, tym razem jednak zagrożenie przyszło nie z zewnątrz, ze strony Niemców lub Rosjan, lecz z wewnątrz, tak w każdym razie widział to polski rząd.

W tamtym roku mój tato spotkał moją mamę. Ona także skończyła Uniwersytet Gdański. Poznali się jednak dopiero w Wejherowie, oddalonym o trzydzieści kilometrów, do którego oboje się przeprowadzili, bo tam czekała praca w nowo wybudowanym szpitalu oraz mieszkania. Osiedle bloków z wielkiej płyty, na którym mieszkała moja mama, postawiono tak szybko, że nikt nie wiedział, czy to jeszcze budynek w stanie surowym, czy już ruina, czy coś tu powstaje, czy się rozpada. W każdym razie było szaro. Także ludzie przyzwyczajeni do „estetyki” socjalizmu uważali Wejherowo za szpetne, dla większości była to tylko stacja przesiadkowa, w drodze dokądś – dokąd, tego nikt nie wiedział, a ostatecznie większość zostawała tu na całe życie.

Dla mojej mamy Wejherowo stanowiło awans. Jej matka była krawcową, ojciec lakiernikiem i pierwsze dwa lata życia spędziła u swojej babci na wsi, ponieważ matka musiała krótko po porodzie wrócić do pracy przy maszynie do szycia. Każdego dnia była zupa mleczna, ugotowany w mleku makaron z cukrem, a w weekend odwiedziny rodziców. Później, kiedy na świat przyszedł jeszcze brat, rodzina znów zamieszkała razem, w małym miasteczku koło Bydgoszczy, cała czwórka w jednym pokoju, bez toalety. Raz w tygodniu wyciągano z piwnicy wannę. Najpierw kąpały się dzieci, potem dorośli. Moja mama chciała się jak najszybciej wyprowadzić. Zdała maturę i po studiach została lekarką.

Moi rodzice poznali się w Wejherowie na anestezjologii, kiedy moja mama reanimowała człowieka, a mój tato się temu przyglądał. Oboje już nie pamiętają, czy tamtego człowieka udało się przywrócić do życia. Ale mama wie, co tak bardzo polubiła u młodego lekarza z wysokim czołem: jego szczerość. Imponowało jej, że był taki poważny, w przeciwieństwie do reszty jej kolegów. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu, że uchodził za nadgorliwego i wyśmiewano go, kiedy w południe wchodził do stołówki w dziwnych trampkach i ze stetoskopem na szyi.

Mama miała w sobie coś z hollywoodzkiej gwiazdy, pełne usta i falujące włosy. Paliła, tańczyła, spódniczki mini, które nosiła, nie mogły być zbyt krótkie, jeszcze dziś o tym opowiada. Prowadziła w Wejherowie życie, jakie zawsze chciała prowadzić, wreszcie wyrwała się ze swojej wsi, daleko od rodziców, którzy niczego nie rozumieli, daleko od ciasnoty jednopokojowego mieszkania.

Tata miał coś z Wojciecha Jaruzelskiego, generała, który wprowadził stan wojenny – w każdym razie z powodu wyglądu. On także nosił okulary, tak wówczas lubiane wśród przywódców komunistycznych, i miał podobną łysinkę jak Honecker i Jaruzelski. Poza tym miał z nimi niewiele wspólnego, poza ujawnionymi później zapędami dyktatorskimi.

Moi rodzice zakochali się w sobie. Jednak także miłość w czasach socjalizmu nie mogła rozwijać się w pełni swobodnie. Rzadko gdzieś razem wychodzili z powodu godziny policyjnej i ograniczonej wolności zgromadzeń. Co drugą noc dyżur, wyjeżdżali karetką poza miasto, do obozu internowania, w którym władze przetrzymywały tysiące ludzi. Niektórych po prostu zabierali ze sobą ze względu na podejrzenie zapalenia wyrostka robaczkowego, podczas tamtych miesięcy liczba przypadków zapalenia wyrostka w szpitalu w Wejherowie gwałtownie wzrosła.

To, co zarabiali, wystarczało na życie na średnim poziomie. Mieszkanie: wielka płyta. Kuchnia i samochód: od rodziców mojego ojca. Mimo niewielkich różnic w gruncie rzeczy w socjalistycznej Polsce wszyscy byli równie biedni.

Ojciec mówi, że dla szpitala okres stanu wojennego i tak był lepszy niż wcześniejsze lata w socjalizmie, ponieważ w czasie stanu wojennego napływały dobra w postaci darów z Zachodu.

Rodzice wychodzili rano do pracy, a wieczorem wracali do domu. To wąski horyzont. Tylko ten mojego dziadka z Gdańska był szerszy. Ojciec taty był inżynierem elektrykiem i radiooperatorem hobbystą. Miał przyjaciół na całym świecie. Rano, kiedy został ogłoszony stan wojenny, milicjanci zapukali do jego drzwi. Wstawili jego sprzęt radiowy do szafy i zapieczętowali ją. Banał, dzień powszedni w owych latach, kiedy się pomyśli, że w sumie aresztowano wtedy trzynaście tysięcy ludzi, a kilkadziesiąt zamordowano.

Moi rodzice pobrali się 21 stycznia 1983 roku. Długi stół, mało mięsa, dużo wódki, ktoś postarał się o świeże kwiaty, wszyscy bez ustanku krzyczeli: „Gorzko! Gorzko! Gorzko!”, a rodzice się pocałowali, „Na zdrowie!”, i kapela zaczęła grać piosenki zespołu Czerwone Gitary, polskich Beatlesów. Pocałunek, wódka, taniec, aż wyszli ostatni goście, jak to na polskim weselu. Jedno rzuca mi się w oczy, kiedy dziś oglądam tamte zdjęcia: mama w swoim kieliszku na wódkę nie miała niczego przejrzystego, ale coś mętnego. Była w ciąży.

Dwudziestego drugiego lipca 1983 roku rząd zniósł stan wojenny. Dwadzieścia jeden dni później urodziłam się ja. O ile moi rodzice w ogóle kiedyś naprawdę interesowali się polityką, to teraz przestali.

Socjalizm nadal był szary i śmierdział węglem. Nie było ani perspektyw, ani mebli. Podstawowe produkty spożywcze racjonowano, kupowało się na kartki. Cena masła potrafiła wzrosnąć dwunastokrotnie z dnia na dzień. Państwo oszczędzało na obywatelach, jak tylko mogło. W tamtych czasach prawdziwą cnotą była cierpliwość. Chyba że ktoś miał kontakty na Zachodzie. Rodzice uważali, że tak czy owak, nie zmieni się nic, poza tym, co oni sami zmienią. Nie kraj, lecz swoje życie. Chcieli pięknego życia. Tak po prostu.

Piękne życie także w Polsce można było sobie kupić, w Peweksie. Na przykład sprowadzano z Zachodu dżinsy, papierosy, płyty. Kto miał pieniądze, mógł przez krótką chwilę zachowywać się tak, jakby żył na wolności, a nie w republice ludowej. Ale pieniądze mieli nieliczni.

Pisarz Milan Kundera określił kiedyś Europę Środkową mianem „porwanego Zachodu”. Podobnie czuł się mój tato: uwięziony. Jak gdyby przynależał gdzie indziej, jakby Polska nie była jego krajem.

Trzy razy był na Zachodzie, w czasie wakacji, chciał podczas studiów zarobić trochę pieniędzy, a studenci mogli na pewien ograniczony czas wyjeżdżać za granicę. Pojechał do Szwecji, Holandii, Francji. Przycinał prospekty reklamowe, podlewał chryzantemy w szklarniach, zbierał jabłka i za każdym razem po tych dwóch miesiącach wracał jako zamożny człowiek, zarobek bowiem wystarczyłby w Polsce na rok. Potem w Sztokholmie po raz pierwszy w życiu zobaczył sklep ze sprzętem elektronicznym. Zawsze, kiedy miał wolne, szedł do niego, spacerował alejkami i porównywał wieże stereo. Było ich całe mnóstwo! Duże i małe, drogie i nieco tańsze. Fascynowało go, że ludzie mogli kupować nie tylko to, co akurat było dostępne albo niezbędne, by przeżyć. I mieli w czym wybierać!

Mój ojciec kochał muzykę, także klasyczną, ale przede wszystkim tę graną przez Led Zeppelin i Black Sabbath, tak dziką, jak on ostatecznie jednak nie chciał być. Płyt Led Zeppelin w polskich sklepach płytowych w ogóle nie dało się kupić. W radiu była nadawana audycja muzyczna MiniMax. Minimum słów, maksimum muzyki. Gdy audycję rozpoczynał sygnał dźwiękowy, mój ojciec siadał przy swoim grundigu TK 245 de luxe i regulował jakość dźwięku, po czym wciskał klawisz z czerwonym punktem. Nagrywanie. Odtwarzano cały album długogrający, bez przerwy. Muzyka przepływała z jednego magnetofonu szpulowego i była utrwalana na innym. Ojciec do dzisiaj jest święcie przekonany, że był wtedy jedyną osobą w Gdańsku, która posiadała taki sprzęt.

Zawsze, gdy przyjeżdża do obcego miasta, najpierw szuka sklepu ze sprzętem elektronicznym. Ten zapach nowego plastiku, promieniowanie cieplne urządzeń. U mnie wywołuje to ból głowy. Mój ojciec to kocha.

Ze Szwecji wrócił z adapterem, wzmacniaczem i dwoma głośnikami. Z Holandii z magnetofonem kasetowym, słuchawkami i odbiornikiem. Z Francji początkowo w ogóle nie chciał wracać. Na tyle był już zdeterminowany. W końcu jednak wrócił, a zarobione pieniądze odłożył na później. Żeby kiedyś wyjechać z Polski?

Teraz jednak ja byłam już na świecie i moja mama nie chciała wyjechać w ciemno, bez przygotowania. Jak na to życie z dzieckiem było zbyt wyczerpujące. Oboje tak twierdzą. Kiedy dzisiaj pytam ojca, jaka byłam w dzieciństwie, wspomina tylko moje wrzaski. Pamięta mnie jako niemowlę, które budziło się co dwie godziny. A ponieważ ojciec miał czujny sen, wstawał, przygotowywał butelkę, by znów mnie uśpić, co mu się udawało, dopóki zawartość butelki nie pojawiła się w pieluszce, którą musiał zmienić. „Circulus vitiosus”, mówili przyjaciołom, którzy byli lekarzami i wszyscy znali łacinę. Krótką chwilę wytchnienia dawał im Richard Wagner. Zawsze, kiedy nastawiali Tannhäuser, uciszałam się i kołysałam tułowiem, siedząc na podłodze, niczym drzewo na wietrze. Moi rodzice byli zrozpaczeni. „Ma pan jakiś środek nasenny?” – spytali lekarza dziecięcego, kiedy miałam dziewięć miesięcy. Dostałam luminal, który dzisiaj jest podawany głównie chorym na epilepsję, i budziłam się już tylko co cztery godziny.

Zdjęcia z tamtego okresu opowiadają inną, bardziej radosną historię rodzinną. Moja mama na kolanach mojego taty, śmiejąca się przy kuchennym stole. Mój ojciec z butelką mleka w ręce. Ja śmiejąca się w łóżeczku szczebelkowym.

Rodzice, coraz bardziej zestresowani, zastanawiali się, jak długo wytrzymają to życie w trybie nieustannego czuwania. Bądź co bądź przynajmniej znów mogli telefonować. Co kilka minut konwersację przerywał odtwarzany automatycznie głos, przypominający, że to „rozmowa kontrolowana”. Polacy byli podsłuchiwani, a przynajmniej powinni w to wierzyć, ponieważ kto wierzył, ten się bał.

Następnie mój ojciec ubiegał się o pracę w szpitalu w Tuluzie. Miłość do Francji zaszczepiła mu jego mama, która była dziekanem wydziału medycyny w Gdańsku. W 1968 roku zostawiła mojego dziadka i dwójkę dzieci, by wziąć udział w wymianie lekarzy, i wyjechała do Paryża. Rok później wróciła oczarowana. Muzyka, moda, ludzie! We Francji pracuje się, żeby żyć, powiedziała swojemu synowi. A nie na odwrót. Mój ojciec nigdy tego nie zapomniał.

Mama starała się o posadę w Tuluzie wraz z nim. Także ona chciała pięknego, lepszego życia, była jednak mniej pewna niż on, czy chciałaby dla realizacji tego celu opuścić kraj. Tutaj byli jej przyjaciele, koledzy, rodzice, których i tak już widywała dość rzadko, ponieważ mieszkali daleko. Czy to było tego warte? A z drugiej strony: Francja!

Oboje otrzymali posadę z zastrzeżeniem, że to na rok, w tamtym czasie w Europie anestezjolodzy byli poszukiwani. Żeby wyjechać, potrzebowali paszportów, a te wydawano tylko po złożeniu wniosku, ponieważ owieczki miały grzecznie pozostawać w owczarni. Ja dostałam paszport, moja mama też. Ojciec nie. Do dzisiaj nie wie dlaczego.

Być może dlatego, że partia przeczuwała, że już by nie wrócił. Być może zbyt wielu ludziom opowiedzieli o swoich planach. Albo dlatego, że moja babcia po tym, jak zobaczyła protesty studenckie w Paryżu, wstąpiła do Solidarności, podobnie jak dziesięć milionów Polaków. Następnym razem, obiecywał sobie mój ojciec, wszystko rozegramy po cichu. I wtedy już na zawsze.

Urodziła się moja siostra. Od czasu do czasu przyjaciel dziadka z zachodnich Niemiec przysyłał paczkę. Z kawą, czekoladą i największym skarbem, jaki mogła sobie wyobrazić moja mama: katalogiem „Burda”. Na jego podstawie szyła nam ubrania „jak w »Burdzie«”. Palcówka na nowe życie.

Zachód był lepszym światem. Wielką obietnicą.

Naszą ucieczkę rodzice przygotowywali samodzielnie. Nadal rano chodzili do pracy, a wieczorem wracali do domu, rozmawiali o problemach dnia powszedniego, jakby ich życie miało się tak toczyć wiecznie. Nie było żadnej wymiany z innymi, żadnego „my”, żadnej wspólnoty, działali tak, jak mieli działać także w przyszłości: tylko dla siebie.

Dopiero dużo później, kiedy już od dawna byłam dorosła, rzucili mi się w oczy: inni Polacy w Niemczech. Ci, którzy wyemigrowali tak jak my, niektórzy w tym samym roku, jak się dowiedziałam, niektórzy nawet tego samego dnia i prawie wszyscy w latach osiemdziesiątych. Tak długo robiliśmy wszystko, żeby być niewidoczni, a teraz musieliśmy się trudzić, by się wzajemnie rozpoznać. A więc stamtąd pochodzisz. Stąd nazwisko.

Moje pokolenie, trzydziestolatkowie, którzy wyemigrowali ze swoimi rodzicami jako dzieci. Zintegrowani, odnoszący sukcesy. Sprawiają wrażenie niemal bardziej niemieckich niż sami Niemcy. Byłam jak oni.

Jak miałam wtedy, jako mała dziewczynka, zorientować się, że było ich tak wielu? Że Polska w latach osiemdziesiątych była jak stara stodoła na chwilę przed zawaleniem. Przegniłe belki głośno trzeszczały, słyszeliśmy to nie tylko my, w kraju. Kto tylko mógł, próbował się wydostać, zaczął się prawdziwy exodus Polaków uciekających na Zachód.

W dniach naszej ucieczki moi rodzice byli skoncentrowani, milczący. Wreszcie mieli plan. Ale tym razem zachowywali go dla siebie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Ludzie sukcesu

Belki głośno trzeszczały

Ulotnić się po polsku

Droga bez powrotu

W obozie

Nowe nazwisko, nowe miejsce urodzenia

Nie pierwsi

Bärchen-Wurst! Levi’s! Fruit of the Loom!

Lepsi Ossi

Bardziej niemieccy niż Niemcy

Polskie wyspy

Wciąż jeszcze widać na niebie Wielki Wóz

Dom, ale nie własny

Będąc gościem w ojczyźnie

U Świętej Jadwigi

Ile osób z mojej rodziny zostało zagazowanych

Spójrzcie na mnie

Próba de-asymilacji

„Worek żartów” i „głęboka kultura”

Wejherowo

Podziękowania

Spis treści

Ludzie sukcesu

Belki głośno trzeszczały

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

My, superimigranci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Gdańsk jako wspólnota Strach. Trump w Białym Domu Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary