Gdzie zaczyna się przeszłość

Gdzie zaczyna się przeszłość

Autorzy: Amy Tan

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.90 zł

"Gdzie zaczyna się przeszłość" to drugi po "Przeciwieństwie losu" zbiór esejów Amy Tan, amerykańskiej pisarki chińskiego pochodzenia, autorki m.in. "Klubu Radości i Szczęścia" oraz "Żony kuchennego boga". Autorka raz jeszcze powraca do korzeni, do ludzi, miejsc i spraw, które ukształtowały ją jako człowieka i pisarkę. Opowiada o traumatycznym dzieciństwie, o języku i istocie pamięci, a także o trudnych relacjach z matką, które odcisnęły piętno na całej jej twórczości. Wspomina pewien test na inteligencję i odkrywa szokujące tajemnice swojej rodziny oraz warsztatu pisarza, dla którego wyobraźnia to nie tylko niezbędny element rzemiosła, ale ucieczka od rzeczywistości.

"Gdzie zaczyna się przeszłość" to erudycyjna podróż do dawnego Szanghaju, na mandżurskie stepy i do jaskiń Wyspy Wielkanocnej, a także w głąb siebie.

Amy Tan (ur. 1952) to jedna z najbardziej cenionych, a zarazem najpopularniejszych pisarek amerykańskich. W swoich książkach często porusza temat złożonych relacji matek i córek oraz poszukiwania tożsamości, zarówno w kulturowym, jak i uniwersalnym wymiarze.

Tytuł oryginału

WHERE THE PAST BEGINS

Copyright © 2017 by Amy Tan

By arrangement with the author

All rights reserved

Projekt okładki

Janek Mońka

Zdjęcie na okładce

© ILINA SIMEONOVA/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-509-1

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Daniela Halperna,

wreszcie i niespodziewanie,

nasza książka

Strumień

[Z dziennika]

Myślisz, że dzielą was oceany, choć tak naprawdę

to jedynie strumień zaśmigłowy, w który wpadłeś przez przypadek bądź nieuwagę.

WSTĘP

GDZIE ZACZYNA SIĘ PRZESZŁOŚĆ

W moim gabinecie znajduje się kapsuła czasu: siedem dużych, plastikowych pojemników, które strzegą zamrożonych chwil, przeszłości rozpoczętej przed moim urodzeniem. Podczas pracy nad niniejszą książką zagłębiłam się w ich zawartość – pamiątki, listy, zdjęcia i tym podobne – a to, co znalazłam, miało siłę wodospadu i zweryfikowało moje wspomnienia o matce i ojcu.

Wśród dowodów znalazły się studenckie wizy rodziców do Stanów Zjednoczonych, listy z amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości w sprawie ich deportacji oraz wniosek o nadanie obywatelstwa. Natknęłam się na świadectwa rytuałów przejścia w postaci zapowiedzi ślubów, po których następowały wkrótce zapowiedzi narodzin, dziecięce albumy z maleńkimi czarnymi odciskami rączek oraz jedwabistymi kosmykami włosów, roczniki, coroczne listy świąteczne ze skargami na dzieci i pochwałami pod ich adresem, kwieciste kartki na rocznice i urodziny, listę dwudziestu dwóch osób, które dołożyły się do kwiatów na pogrzeb ojca, a także karty kondolencyjne z ilustracjami krzyży, drzewek oliwnych oraz zmierzchu w Ogrodzie Oliwnym. Był tam również napisany na brudno i zaskakująco dojrzały list mojego autorstwa, który miał posłużyć matce jako wzór odpowiedzi na współczujące listy.

Być może najbardziej poruszającym odkryciem były moje listy do matki i jej listy do mnie. Obie zachowałyśmy całą korespondencję, nawet pełną złości, co dowodzi, że miłość wiele może znieść. Inne pudełko kryło świadectwa ciężkiej pracy naszej rodziny: matczyny esej z kursu angielskiego dla obcokrajowców na temat stania się imigrantem oraz zadania domowe z jej szkoły pielęgniarskiej; pracę magisterską ojca, kazania i zeszyty z ostatniego roku studiów na inżynierii elektrycznej; moje wypracowania z podstawówki oraz eseje na historię mojego brata Petera; świadectwa Petera, Johna i moje od przedszkola do szkoły średniej. W innych segregatorach natknęłam się na akty zgonu matki i ojca. Jeszcze nie znalazłam aktu zgonu Petera, lecz wpadło mi w ręce jego zdjęcie w trumnie, wychudzone ciało w bluzie uznanego szkolnego sportowca, z głową zniekształconą przez operacje i sekcję zwłok w całej okazałości. Tak więc teraz muszę sobie zadać pytanie, co skłoniło mnie do jego zachowania.

W zasadzie nigdy nie wyrzucam zdjęć, chyba że są zamazane. Wszystkie, nawet okropne, stanowią egzystencjalny zapis mojego życia. Nawet drobinki kurzu w pudłach to integralna część tego, kim jestem – oto logika nałogowego chomika, wraz z przekonaniem, że w odpadkach kryje się skarb. Co do mnie, nie dbam o kurz, co nie zmienia faktu, że odkryłam mnóstwo rzeczy, których wartość jest dla mnie niezaprzeczalna.

Jeśli mam być szczera, wyrzucam podobizny osób, o których wolałabym zapomnieć i których liczba niestety wzrosła przez lata do jedenastu lub dwunastu. Im dłużej żyję, tym więcej uzbierałam niewyraźnych zdjęć wraz z kuksańcami od ludzi, którym niegdyś ufałam i którzy zrobili mnie na szaro. Z wiekiem przychodzi świadomość nieskomplikowanych mądrości w rodzaju: unikaj kontaktu z komarami roznoszącymi malarię. Nie zadawaj się z chłystkami. Okazuje się, że wyrzucenie zdjęć chłystków nie usuwa ich ze świadomości. Ba, pamięć nie pozostawia wyboru w kwestii tego, które chwile można wymazać, a do tego z podziwu godnym uporem zachowuje najbardziej bolesne z nich. Z zadziwiającą wiernością utrwala najpotworniejsze szczegóły i ześle je w przyszłości w kontekście sytuacji, które mają z nimi co najwyżej mglisty związek.

Wszystkie inne zdjęcia zachowałam. Problem w tym, że przestałam rozpoznawać wiele twarzy – w tym dziewczynki, która siedzi ze mną w basenie, oraz trzech z czterech kobiet ze spotkania, na którym wymieniałyśmy się ciuchami. Nie kojarzę też ludzi, których gościłam na kolacji. Należałoby jednak zaznaczyć, że w ciągu sześćdziesięciu pięciu lat życia poznałam ich setki tysięcy, z czego niektórzy mogli odgrywać w nim znaczącą rolę. A jednak, bez świadomego udziału z mojej strony, mój mózg przepuścił przez sito całe mnóstwo chwil. W czasie spisywania tych wspomnień towarzyszyła mi świadomość, że lwia część tego, co – jak sądzę – zapamiętałam, jest nieścisła, oparta na domysłach bądź skażona przez późniejsze przeżycia. Gdybym miała napisać tę samą książkę za pięć lat, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa inaczej opisałabym niektóre zdarzenia z uwagi na zmianę perspektywy albo niedostatki pamięci – czy nawet z powodu zaistnienia nowych okoliczności. Właśnie to miało miejsce w trakcie pisania tej książki: w miarę pojawiania się nowych odkryć musiałam dokonywać częstych poprawek.

Dawniej uważałam, że zdjęcia są dokładniejsze niż pamięć, gdyż uchwytują chwile takimi, jakie są, przez co nie sposób podać ich w wątpliwość. Są niczym niepodważalne fakty, podczas gdy starzejąca się pamięć bywa wybiórcza i subiektywna, podobnie jak proza. Dziś jednak, po przejrzeniu archiwum, dochodzę do wniosku, że fotografie również zniekształcają to, co na nich uwieczniono. Bałagan zostaje ukryty na rzecz jak najlepszego ujęcia, a zachwaszczone podwórko ląduje poza kadrem. Ponadto obrazom brakuje kontekstu: powodu, dla którego ktoś się na nich nie znalazł, co zdarzyło się przed i po, kto lubi bądź nie lubi kogo i czy wszyscy są zadowoleni z bycia na zdjęciu. Na dźwięk słowa „uśmiech” jak na komendę wpatrzyli się w obiektyw i nadali twarzom pogodny wyraz, by po pięćdziesięciu latach tworzyć wrażenie, że bawili się świetnie. Mam świadomość, że powinnam kwestionować to, co widzę oraz czego nie widać gołym okiem. Zdjęcia służą mi do wywoływania wspomnień natury emocjonalnej. Korzystam z lupy, aby przyjrzeć się z bliska szczegółom fotografii w rozmiarach popularnych w latach czterdziestych i pięćdziesiątych – kwadracikom wielkości od trzydziestu ośmiu do dziewięćdziesięciu centymetrów. Uwieczniły wielkanocną procesję po kościele i coroczne rozrywanie prezentów gwiazdkowych pod sztucznymi bądź wystrzępionymi choinkami, w starych mieszkaniach albo nowych szeregowcach. Niektóre spośród owych fotografii obaliły moje przekonania, na przykład to, że w naszej rodzinie nie było dziecięcych książek prócz jednej, Baśni chińskich, gdzie ilustrator upodobnił bohaterów do George’a Chakirisa i Natalie Wood z West Side Story. Zdjęcie, na którym mam trzy lata, dowodzi czegoś innego: siedzę urzeczona słowami i obrazkami w książce trzymanej na kolanach. Na innych fotografiach z tego samego dnia widnieją jeszcze spakowane prezenty podobnego formatu. Pisząc Jak nauczyłam się czytać, nie miałam o tym pojęcia. Ale to logiczne, że skoro nie dostawałam książek od rodziców, musiałam dostawać je od przyjaciół rodziny. Jako pisarka cieszę się na myśl, że wpadły w moje łapki.

Natrafiłam na wiele swoich zdjęć w wieku od roku do pięciu lat, na których jestem zalotnie fotogeniczna: siedzę między konarami drzewa, zerkam z basenu, oburącz trzymam kubek, obejmuję się ramionami albo uśmiecham u stóp zjeżdżalni na placu zabaw. Ojciec był fotografem amatorem, uzbrojonym w ukochany aparat marki Rollei. Z pewnością udzielał mi wskazówek, jak mam się ustawić, chwalił, kiedy się nie ruszałam, i zapewniał, że ładnie wyglądam, w ramach rekompensaty za brak miłości ze strony matki i braci.

Najstarsze i najcenniejsze zdjęcia znajdują się w dużych albumach. Po siedemdziesięciu latach klej złuszczył się z obwolut, a zardzewiałe nity postradały główki. Papierowe narożniki odpadły i fotografie spoczywają luzem między grubymi, czarnymi kartkami. Niektóre podobizny sprzed ponad stu lat są wielkości znaczków pocztowych, toteż nie wiedziałam, że przedstawiają moją babkę, dopóki nie obejrzałam ich przez szkło powiększające przed sześciu laty.

Jeden album zawiera zdjęcia, które ojciec robił matce, kiedy potajemnie zostali kochankami w Tiencin w 1945 roku. Zrobił z nich artystyczny kolaż: duże zdjęcie matki znajduje się pośrodku w otoczeniu jego mniejszych, jakby dla zaznaczenia, że stanowi centrum jego wszechświata. Często fotografował również Petera, swojego pierworodnego. Znalazłam liczne egzemplarze tych samych zdjęć, co wskazuje na to, że rozsyłał je znajomym lub rozdawał w kościele. Mój młodszy brat John miał mniej szczęścia: niewiele fotografii przedstawia go w pojedynkę.

Na początku lat sześćdziesiątych ojciec nie robił już artystycznie upozowanych zdjęć swoim rolleiem. Przerzucił się na aparat Brownie, którym pstrykał fotki na przyjęciach urodzinowych albo gdy przyjaciele lub krewni przyjeżdżali z daleka w odwiedziny. Kiedy moi bracia i ja przestaliśmy być tacy słodcy i przytulaśni, uwieczniał nas rzadziej: mieliśmy długie, pałąkowate ręce i nogi oraz świecące, pokryte wypryskami twarze ogorzałe od słońca. Na jednym ze zdjęć mam na nosie okulary w białych, kocich oprawkach. Moje włosy wyglądają niczym skupisko czarnych węży po tym, jak początkująca fryzjerka uczyła się na mnie robić trwałą. Mam nos jak kartofel, pyzate policzki oraz grube, bezkształtne nogi. Tak się postrzegałam. Przeglądam inne fotografie w poszukiwaniu zalążków choroby w naszej rodzinie. Na jednym ze swoich ostatnich zdjęć ojciec bardzo się postarzał w ciągu jednego roku. Ma zmęczoną, obrzmiałą twarz. Postradał połowę brwi, przez co zatracił wyrazistość. Po jego śmierci zrobiono niewiele pozowanych zdjęć, nawet na ślubie moim i Lou, nie licząc kilkunastu fotek z jednorazowych aparatów, autorstwa przyjaciół i krewnych. Ależ mam szczęście, że mój ojciec, fotograf amator ze swoim ukochanym aparatem Rollei, pozostawił po sobie tak bogatą dokumentację dziejów naszej rodziny.

W jeszcze innym pudle znalazłam swoje pierwsze próby literackie, podjęte w wieku lat trzydziestu trzech. Ujrzałam warstwy zarzuconych powieści z ostatnich dwudziestu siedmiu lat, przygnębiające stronice, na które nie spojrzałam od okropnego dnia, gdy w głębi serca zrozumiałam, że dana powieść umarła i nie pomogą jej żadne poprawki ani próby ratowania narracji. Już dawno przestałam nad nimi ubolewać. W poszukiwaniu nowych tematów spisałam je na straty. Mimo to wzbraniałam się przed powrotem do nich, gdyż ponownie odkrywałam skazy, które przypieczętowały ich los, a zarazem z radością przypominałam sobie fikcyjne miejsca, które zamieszkiwałam miesiącami bądź latami, przesiadując godzinami za biurkiem. Bohaterowie oraz ich osobowości nadal wzbudzali moje zainteresowanie. Mam słabość do wielu aspektów tamtych opowieści. Nigdy ich nie straciłam. Nadal istnieją, ale tylko dla mnie.

Wyjęłam kilka przypadkowych pamiątek z dzieciństwa i dotyk przedmiotów, które kiedyś tyle dla mnie znaczyły, wzbudził tkliwość oraz szereg przedziwnych emocji. Czułam, że moje odciski palców zlewają się ze śladami, które pozostawiłam na nich jako dziecko. Skrywały moją tożsamość, tożsamość dziewczynki, która skrycie marzyła o karierze artystki. Kiedy miałam jedenaście lat, moim największym dziełem był portret mojej kotki leżącej na grzbiecie. Rok później wyparł go jej portret pośmiertny. Zachowałam szkolne notatki brata z opieki nad świnkami morskimi, karmienia, rozmnażania, a następnie ich śmierci. Wciąż mam jego rękawicę baseballową Willie Mays, sztywną ze starości. Dwie gołe lalki z ruchomymi stawami i oczami, które otwierają się i zamykają, ale niesynchronicznie, co nadaje im pijacki wygląd. Pamiętałam, dlaczego zachowałam różową kartkę samoprzylepną, na której szkolna sekretarka napisała, że mój brat Peter czuje się dobrze po operacji mózgu. Myślałam wówczas, że umrze, jeśli ją wyrzucę. Nie wyrzuciłam, ale umarł i tak.

Przez miniony rok, w trakcie przeglądania zawartości pudeł – zdjęć, listów, zabawek oraz pamiątek – przekonałam się ku swojej radości, że wiele spośród moich wspomnień z dzieciństwa z grubsza odpowiada rzeczywistości. W wielu przypadkach powróciły bardziej zrozumiałe. Przy okazji dokonałam jednak wstrząsających odkryć na temat rodziców, w tym niewinnego kłamstewka, które usłyszałam w wieku lat sześciu i które silnie wpłynęło na moje poczucie własnej wartości, w dzieciństwie i nie tylko. Odkrycia ułożyły się we wzory, przyciągane jak magnesem do tego, do czego nawiązywały. Są wśród nich artefakty oczekiwań oraz ambicji, skaz i niepowodzeń, katastrof i zawiedzionych nadziei, wytrwałości oraz miłości w jej najbardziej pierwotnym, czułym wymiarze. Złożyły się na emocjonalny puls mojego życia, dzięki któremu stałam się taką, a nie inną pisarką. Nie jestem wątkiem matek i córek, chińskiej kultury ani imigracyjnych doświadczeń, które większość ludzi uważa za moją specjalność. Jestem pisarką napędzaną podświadomym niedostatkiem wiedzy, który różni się od jej potrzeby1. Tę drugą można zaspokoić informacją. Pierwszy to stan wiecznej niepewności i nierozerwalna więź z przeszłością.

Pierwotna koncepcja niniejszej książki nie miała nic wspólnego z odgrzebywaniem artefaktów albo pisaniem o przeszłości. Mój redaktor i wydawca, Daniel Halpern, zaproponował przerywnik między powieściami w oparciu o niektóre spośród tysięcy mejli, którymi zasypywałam go w trakcie pisania Doliny spełnienia. Uznałam to za kiepski pomysł, ale przekonał mnie argumentami, których dziś nie pamiętam, lecz przypuszczalnie zawierały określenia, jakich każdy pisarz wysłucha chętnie przy kieliszku wina: „porywające”, „wnikliwe”, „tworzące spójną całość”. Przejrzałam wiadomości w poszukiwaniu tego, co mogłoby się nadać. Najwcześniejsze pochodziły z okresu, kiedy umówiliśmy się po raz pierwszy na drinka w celu omówienia współpracy nad moją kolejną powieścią. Nie nazwałabym ich starannymi. Były to spontaniczne twory, zlepki przypadkowych refleksji oraz anegdot, a także aktualne doniesienia na temat moich psów oraz idealnego męża. Odpowiedzi Dana były za to przemyślane i bardziej skupione na moich obawach, choć niepozbawione dygresji na temat kuchni marokańskiej. Bywało, że poświęcał moim luźnym spostrzeżeniom nadmierną uwagę, w przekonaniu, że ma do czynienia z poważnymi rozterkami duszy. Po pół roku przeglądania naszych mejli utwierdziłam się w słuszności swoich przewidywań: nie złożą się na wartościową książkę o pisaniu. Posłużą co najwyżej jako pean na cześć prokrastynacji. Innymi słowy, stanęłam w obliczu napisania książki z prawdziwego zdarzenia.

W tym wypadku nie mogłabym pisać, cokolwiek wpadnie mi do głowy, i uznać to za godne pokazania. Wyprodukowanie strony tekstu zajęłoby mi w normalnych warunkach około tygodnia. W toku tworzenia ostatecznej wersji ta strona wraz z otaczającymi poszłaby pod topór, a szlifowaniu zdań towarzyszyłaby świadomość, że redaktor oczekuje dopieszczonego maszynopisu. [Nie ten redaktor – przyp. red.]. Owa świadomość doprowadziłaby do niekończących się i bezlitosnych poprawek, aż świeżość bohaterów i scen spłonęłaby w ogniu mojej samokrytyki, pozostawiwszy pustkę bez wyrazu. Stanowiło to główny powód, dla którego ukończenie kolejnych powieści zajmowało mi coraz więcej czasu. Po roku rozważania innych pomysłów wreszcie wymyśliłam: do napisania owych tysięcy mejli pchnęła mnie spontaniczność. Jeśli zastosuję tę zasadę w pracy nad książką, szybko uporam się z całością. Nie będę musiała nadmiernie wybiegać myślą naprzód, po prostu spiszę swoje rozważania z danego dnia, uwzględniając impuls, potknięcia oraz słowotok. Pora na poprawki i cięcia przyjdzie później. Aby spontaniczności stało się zadość, zawarłam umowę z redaktorem: co tydzień będę dosyłać fragment, piętnaście do dwudziestu pięciu stron, bez wymówek. [Powinienem dodać, iż zapowiedziałem autorce, że jakakolwiek nadwyżka nie będzie się liczyć na poczet następnej części. Ustaliliśmy również, że w toku pracy niedopuszczalne są następujące wyrazy: rozdział, esej, wspomnienia (co stało się moją tajemnicą), gotowy maszynopis, nowa książka oraz termin. Urywki prozy miały nosić nazwę pieśni, dość nieszkodliwą w kontekście literatury – przyp. red.]. Ponieważ nie było czasu na redakcję autorską, Dan miał otrzymywać brudnopis, pisany z głowy i nie zawsze dopracowany, pełny nieuporządkowanych myśli oraz truizmów. Dla uciszenia mojego wewnętrznego krytyka poprosiłam Dana, aby powstrzymał się od komentarzy, chyba że popłynę i zboczę w kierunku czegoś, co szaleństwem byłoby wydać. [Co nigdy mi się nie zdarzyło – przyp. red.].

Jaki wydawca nie przystałby ochoczo na taki plan? Jaki pisarz o zdrowych zmysłach nie zrozumiałby później, że porwał się na zadanie niewykonalne, przez które nabawi się wrzodów? [Prawdę mówiąc, nie uważałem tego za tak uciążliwe – przyp. red.].

Mimo to dotrzymałam wszystkich terminów, prócz jednego. [Gwoli ścisłości, zawsze miała dzień spóźnienia, tłumacząc je stresem przedurazowym w ramach protestu przeciwko zespołowi stresu pourazowego – przyp. red.]. Ostatniego. Mowa o poniedziałku po wyborach prezydenckich w 2016 roku, kiedy to czułam się zagubiona, niezdolna zebrać myśli. Na ostatni fragment wybrałam jedyny temat, który wówczas się dla mnie liczył: wybory; nurtowała mnie myśl, jak zagłosowałby mój ojciec. Kiedy skończyłam, miałam zarówno książkę, jak i wrzód na żołądku.

Napisałam więcej niż to, co znalazło się w książce. Spontaniczność dała początek mnogości najrozmaitszych tematów. Niektóre były zabawne, jak mój związek z przyrodą, a zwłaszcza lądowy szkodnik z Queensland w Australii, nowo odkryty gatunek pijawki, Chtonobdella tanae, który nosi moje imię. Napisałam również tekst o niezrównanej autorce opowiadań Mavis Gallant po dziesięciu latach naszych rozmów przy obiedzie i kolacji w Paryżu, w tym ostatniego spotkania w jej mieszkaniu, gdzie czytałam jej godzinami po lunchu złożonym z blinów i wędzonego łososia. Rozważałam też zamieszczenie kilku stron rysunków sporządzonych w czasie nudnej konferencji – nazwałam je „obrazkowym pamiętnikiem mojego poczucia własnej wartości”. Ostatecznie, kiedy książka nabrała kształtu, ustaliliśmy z Danem, które zachowam. Dręczyła mnie tylko obawa o to, że czytelnik wyciągnie błędne wnioski, iż siedzę zamknięta w ciemnym pokoju z wiadrami łzawej zadumy. Zaduma owszem, ale pokój ma okna i jest tak jasny, że muszę smarować się kremem z filtrem, kiedy pracuję.

Ponieważ są to wspomnienia, uznałam za stosowne zamieścić fragmenty moich dzienników. Zebrałam wpisy, które odzwierciedlają spontaniczność oraz pozorną przypadkowość, cechujące mój sposób myślenia. Pasują również do innych tekstów w niniejszym tomie. Dłuższe, anegdotyczne wpisy z dzienników nazywam „interludiami”, krótsze zaś „dziwactwami”. Są to przypadkowe refleksje bądź zaobserwowane lub zasłyszane osobliwości albo strzępy snów. Dziwactwa to dla pisarza amulety i źródła zachwytu, a niektóre są wystarczająco dziwne, aby stać się kanwą opowieści.

Dodałam dwa teksty, które odzwierciedlają baśniowe właściwości literatury uwielbianej przeze mnie w dzieciństwie. Pochodzą z rozdzierającego stosu zarzuconych powieści, oba to prologi. Pierwszy, Łamaczka grzebieni, stała się prologiem niniejszej książki. Oddaje mityczną przeszłość, z którą dorastałam i zerwałam, by następnie powrócić do niej jako pisarka. Drugi, Język, opowieść miłosna, wywodzi się z mojej studenckiej obsesji na punkcie lingwistyki. Dopiero na etapie doktoratu zrozumiałam, że w środowisku akademickim straciłam serce do lingwistyki, usiłując za wszelką cenę wyróżnić się na tle innych doktorantów. Zasady lingwistyczne przytoczone w tej rapsodii są zapewne przestarzałe i niepoprawne, zachowałam jednak z grubsza wersję sprzed dwudziestu pięciu lat. Szczególnie pasjonowałam się wówczas mandżurskim, niemal wymarłym językiem z cudownie obrazowym i onomatopeicznym leksykonem. On także zawiera kwintesencję mitu, będąc niegdyś językiem Mandżurów rządzących Chinami. Był skazany na wymarcie jeszcze przed obaleniem dynastii Qing w 1911 roku. Podczas redagowania tego prologu na użytek niniejszych wspomnień dowiedziałam się od genealoga amatora, że moje DNA wskazuje na mandżurskie pochodzenie. No ba. Mandżur z mojej książki jest zarazem Mandżurem mojej przeszłości. Wystarczy ruszyć wyobraźnią i spojrzeć wstecz. Tytuł, Gdzie zaczyna się przeszłość, pochodzi z ostatniej linijki tamtej historii. To propozycja Dana. Nie pamiętałam nawet, że to napisałam.

Mimo że zarzuciłam pomysł książki złożonej z mejli do wydawcy, uświadomiłam sobie ich znaczenie dla niniejszych wspomnień, gdy pisałam tekst o listach mojej matki. W osobistej korespondencji matka wyrażała siebie inaczej niż na co dzień. Rozpoczynała od wydarzeń dnia, po czym relacjonowała konkretną sytuację, by następnie zakwestionować wszystko, co właściwie zaszło. Ostatecznie przeskakiwała z tematu na temat, co prowadziło do dalszych dygresji, zwieńczonych obsesyjnym słowotokiem. Dopiero koniec kartki zatrzymywał rozpędzone myśli. Mam świadomość, że to samo robię w wiadomościach elektronicznych, choć w tym wypadku nie ogranicza mnie brak miejsca. Zrozumiałam ponadto, że mejle to co innego, gdyż dają pole zwierzeniom, filozofowaniu, bluźnierstwu oraz obnażaniu samego siebie. Są intymne, ponieważ zawarte w nich słowa zostaną skierowane do wybranego grona osób. Wymagają poufałości i zaufania. Innymi słowy, mejle posiadają atrybuty pamiętnika. W ten oto sposób pierwotna sugestia Dana [Chyba ma na myśli narzucony rygor – przyp. red.] legła u zarania niniejszej książki.

Jestem przerażona, że wszystko, co napisałam, ujrzy światło dzienne. Pisanie o prywatnych sprawach jest sprzeczne z moją polityką prywatności i dlatego wzbraniałam się przed załączeniem mejli. Ale kiedy wyjawiłam grupie kolegów po piórze pierwotną ideę całego przedsięwzięcia, oznajmili zgodnie, że chętnie by to przeczytali. Wierzcie mi, nikt nie zniósłby książki złożonej z samych mejli. [A ja owszem – przyp. red.]. Wybrałam ich jednak dosyć, by zaprezentować początek rodzącej się więzi z wydawcą i wynikającą z niej debatę o książce, którą usiłowałam spłodzić.

Jeśli kiedykolwiek zachodziliście w głowę, jak zagmatwane bywają brudnopisy pisarza, pociechę albo zachętę znajdziecie w lekturze Listów do wydawcy. Jeśli zastanawialiście się, jak wygląda współpraca między pisarzem i redaktorem, wspomniane listy nie są jej najlepszym przykładem. Szczerze wątpię, aby inni pisarze zadręczali nowego wydawcę głupotami, w tym utratą zmysłów, która niegdyś umożliwiała mi pisanie. Większość wydawców nie odpisywałaby na chaotyczne mejle z taką życzliwością i dyplomacją, tylko stanowczo dałaby do zrozumienia, żebym zamiast trwonić energię, wzięła się do pracy. Tymczasem Dan wręcz zachęcał mnie do dalszych zwierzeń.

Dedykuję tę książkę mojemu wydawcy, Danielowi Halpernowi, wdzięczna za inspirację, cierpliwość i pomoc.

1 Ang. „neediness” vs. „need”.

PROLOG

ŁAMACZKA GRZEBIENI

Ciotki opowiadały mi kiedyś o Łamaczce Grzebieni, której wszyscy unikali jak zarazy, chyba że spadały na nich najstraszliwsze tragedie. Proszono wtedy, aby złamała grzebień ducha, który był zbyt mocno kochany: dziecięcia w kołysce albo wiernego małżonka, uzdolnionego syna lub pięknej narzeczonej.

Nasza znajoma rodzina wezwała ją, kiedy żona powiesiła się na własnych włosach. Córka, która owego roku miała zostać żoną chłopca z zacnej rodziny, znalazła ciało i odcięła je od stryczka. Rodzina zastała matkę i córkę, jedną martwą, drugą uczepioną trupa, obie z wybałuszonymi oczami. Ciotki twierdziły, że jeszcze długo po pogrzebie córka snuła się po domu z wywieszonym językiem, dławiona rozpaczą.

Gdy zjawiła się Łamaczka Grzebieni, poleciła ojcu przynieść grzebień zmarłej kobiety, którym córka rozczesywała co wieczór matczyne włosy. Staruszka obejrzała grzebień, cacko ze złotego jadeitu, z licznymi ostrymi zębami i rączką w kształcie złączonych feniksów.

– Jak powszechnie wiadomo – zaczęła – kiedy córka czesze włosy matki, wszystkie błędy i smutki tej ostatniej wnikają w nią przez cebulki.

Następnie trzykrotnie przejechała grzebieniem po włosach córki i wytarła go do czysta w długie, białe płótno. Zawiązała na płótnie trzy supły i kazała dziewczynie z wywieszonym językiem rozwiązać je jeden po drugim.

Kiedy pierwszy supeł został rozwiązany, Łamaczka Grzebieni zawołała: „Poluźniliśmy więź dziewczyny z przeszłością matki”. Gdy płacząca dziewczyna rozwiązała drugi supeł, staruszka oznajmiła: „Zerwaliśmy więź matki z teraźniejszością córki”, a przy trzecim rzekła: „Teraz nic nie łączy tej dziewczyny ze zmarłą w tym świecie ani następnym”. Dziewczyna podniosła głośny lament, a wtedy staruszka położyła jadeitowy grzebień na rozpostartym płótnie, uniosła kamienny młot i roztrzaskała grzebień na wiele kawałków.

Dziewczyna natychmiast ucichła i jej rozpacz rozsypała się w pył. Wdzięczna rodzina odesłała staruszkę ze sztabką złota oraz monetami na dokładkę, prosząc, aby nigdy więcej nie wspominała o tej tragedii.

Tak powiedziały mi ciotki, ale to nie koniec tej historii. Słyszałam, co się naprawdę stało. Dziewczyna zebrała odłamki grzebienia i ostrzygła swoje długie włosy krótko jak chłopiec. Następnie uciekła, wstąpiła do komunistów i nigdy więcej się nie uczesała.

I

WYOBRAŹNIA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NIESZCZELNA WYOBRAŹNIA

Od dzieciństwa żyłam w przekonaniu, że jestem obdarzona ponadprzeciętną wyobraźnią. Sama tego nie wymyśliłam. Słyszałam to od wielu ludzi. Twierdzili, że mam artystyczną duszę, gdyż umiem narysować kota, który wygląda jak kot, oraz konia, który wygląda jak koń. Chwalili mnie za narysowanie domu z drzwiami proporcjonalnymi do osób, które stały obok. Podziwiali drzewo sąsiadujące z domem, z grubym pniem i mniejszymi gałęziami obsypanymi zielonymi liśćmi. Umieszczenie ptaka na drzewie uważali za przejaw kreatywności. Wpatrywali się w moje rysunki, potrząsali głowami i mówili, że mam twórczą wyobraźnię.

Początkowo nie mogłam się nadziwić, że inni nie potrafią tego, co przychodzi mi naturalnie. Przecież wystarczyło narysować to, co człowiek ma przed nosem, kota prawdziwego albo ze zdjęcia, a po kilku próbach łatwo było odtworzyć go z pamięci. Tak ładnie rysowałam, że nim skończyłam dwanaście lat, mój nauczyciel pianina poprosił, bym udzielała jego ośmioletniej córce lekcji rysunku w zamian za lekcje gry. Pewnie słyszała ode mnie coś w stylu: Oczy mają znaleźć się pośrodku, nad nosem, a nie na czole jak u ciebie. Rysuj tak, jak jest.

Fufu, którą narysowałam w wieku dwunastu lat.

Później dowiedziałam się, że dobre oko to nie to samo, co dobra wyobraźnia. Nauczyciel plastyki z liceum, sam będący artystą, tak oto podsumował moją ocenę na półrocze: „Uzdolniona plastycznie, ale pozbawiona wyobraźni i twórczego zapału, niezbędnych do wzniesienia się na wyższy poziom kreatywności”. Zabolały mnie jego słowa. Nie poradził, bym zrobiła większy użytek z wyobraźni. Po prostu oznajmił, że jestem jej pozbawiona – wyobraźni oraz kreatywności.

Po ukończeniu liceum nie folgowałam artystycznym zapędom, pomijając sporadyczne szkice i bazgroły. Wiem, że gdybym wytrwała w wysiłkach, poszłabym w kierunku sztuki abstrakcyjnej. Trzy metry malowidła z paćką koloru bądź zawijasami do dziś budzą moją konsternację. W muzeach wymieniamy z mężem spojrzenia i żartobliwe komentarze kulturowych filistrów: „I oni nazywają to sztuką!”. Pamiętam, że w szkole nauczyciel plastyki kilkakrotnie kazał nam stworzyć obrazek za pomocą kolorowych kształtów. Moje wypociny zapewne utwierdziły go w przekonaniu, że nie mam głębi ani wyobraźni, przynajmniej na potrzeby abstrakcji, którą to dziedziną się zajmował.

Ostatnio wróciłam do rysunku w związku z rozpoczęciem kursu rysowania przyrody. Zaczęłam od szkicowania ptaków. I znowu słyszę te same komplementy z ust rodziny i znajomych: że mam dobre oko. Umiem narysować ptaka, który wygląda jak ptak. Teraz wiem jednak, że na tym kończą się moje umiejętności. Potrafię uchwycić podobieństwo, lecz tło w postaci czegoś bardziej skomplikowanego aniżeli gałąź z garstką liści przerasta moje możliwości. Nie umiem dodać nowego kontekstu – zrujnowanych budynków albo topniejącej czapy lodowej – bądź czegoś, co nadałoby rysunkowi rangę symbolu, powiedzmy, globalnego ocieplenia z perspektywy kruka. Okazuje się, że wszyscy uczestnicy mają dobre oko, a część jest szczególnie uzdolniona i obdarzona twórczą wyobraźnią. Nasz nauczyciel, malarz naturalista i pisarz, oznajmił, że każdy może nauczyć się rysować, co słyszałam już z ust wielu artystów. Można opanować technikę – na przykład jak naszkicować kształt obiektu, wyodrębnić go za sprawą przestrzeni negatywnej dokoła i oddać anatomiczną budowę ptaków, ryb oraz dużych ssaków przy pomocy cieniowania. Można bawić się mieszanką akwareli, gwaszu i grafitu. Czasem wystarczy sam ołówek i zeszyt, można też zaspokoić swoje artystyczne potrzeby i wykosztować się na ołówki automatyczne, przybory do cieniowania, flamastry żelowe, zestaw dwunastu ołówków różnej miękkości, markowe kredki akwarelowe, jeszcze droższe kredki akwarelowe, urządzenie do tłoczenia wzorów, pędzle do akwareli, pędzle do akwareli z wbudowanymi pojemniczkami, bloki rysunkowe i bloki naprawdę świetnej jakości, zoom i makrolornetkę, lunetę obserwacyjną, torbę do noszenia przyborów w plenerze, a do tego przenośny stołek do siedzenia. Trzeba ćwiczyć codziennie, aby wyrobić w sobie pewne nawyki – na przykład skrót perspektywiczny i cienie związane z kierunkiem światła. Zanim narysujesz oko, musisz uzyskać odpowiedni kształt całego modelu. To ponad moje siły – lubię zaczynać od oka i później je korygować. Lubię, gdy ptak łypie na mnie podejrzliwie, kiedy go rysuję.

Odkąd rysuję codziennie, z grubsza zrozumiałam powód, dla którego nie było mi pisane zostać artystką. Ma on związek z tym, co nie dzieje się wówczas, gdy rysuję. Nigdy nie doświadczyłam sensacyjnego objawienia, że mój rysunek stanowi zapis tego, kim jestem. Nie mieszam akwareli, dumając o zmiennym amalgamacie przekonań, wątpliwości i obaw. Nie cieniuję z myślą o śmierci i jej narastającym cieniu, kiedy kurczą się lata, które mi pozostały. Gdy spoglądam na ptaka pod kątem zamiast z profilu, nie roztrząsam swoich chybionych poglądów. Nauczę się coraz lepiej rysować ptasie oko lub nogi, ale nie wyćwiczę w sobie nieoczekiwanych rozterek duszy. Wszystko, o czym wspomniałam – co nie dzieje się, kiedy rysuję – ma miejsce, kiedy piszę. Doświadczyłam tego przy okazji pierwszych opowiadań, które napisałam w wieku trzydziestu pięciu lat. Wówczas, podobnie jak teraz, były to objawienia – wzniosłe, bolesne i przełomowe, o długofalowym działaniu. Pisząc, rozpoznaję siebie.

Rysowanie nadal będzie czynnością, która sprawia mi przyjemność. Lubię wprawę i cierpliwość, których wymaga. Kocham zmysłowy ślizg grafitu po papierze. Zelektryzowało mnie odkrycie sprzed dwóch dni, że akwarele nie są płaskimi kleksami pigmentu, lecz tworzą cętki, cienie oraz inne ciekawe efekty dla oddania struktury i głębi. Końcowy rezultat budzi mój zachwyt. Czy uchwyciłam podobieństwo? Czy obrazek wygląda jak żywy? Mało nie pękłam z dziecinnej dumy, gdy ktoś na Facebooku skomentował moją pierwszą akwarelę przedstawiającą łyskę, ptaka z białą blaszką na czole i czarnym upierzeniem: „Świetnie oddałaś jej kwintesencję”. Wiedział, że to łyska.

Odkryłam również podobieństwa między rysowaniem przyrody a pisaniem. Wymaga ode mnie zaciekawienia, spostrzegawczości i wnikliwości. Muszę bez przerwy roztrząsać to, co widzę, przy odrzuceniu zwykłych założeń. Dociekliwość zawsze miałam we krwi, jeszcze zanim zostałam pisarką. Mam ją do dziś. Na przykład w czasie pobytu na Robbeneiland w RPA zauważyłam na brzegu cztery ostrygojady o pomarańczowych oczach, stojące w rzędzie i równych odstępach. Jednocześnie zanurzyły dzioby w piasek, spojrzały na nas i znów zanurkowały dziobami z precyzją pływaczek synchronicznych. O co chodziło? Rozważałam różne możliwości, w tym niektóre dosyć naciągane, na zasadzie „kto z kim przestaje”, a synchronizacja umożliwia im w porę dostrzec zagrożenie w postaci rybojada bądź zgrai turystów pstrykających zdjęcia. A może był to pasożyt lub wirus, który powodował rodzaj syndromu ptaka zombie, podobnego do mrówek zombie, które widziałam w Papui. Zainfekowane przez pasożytniczy grzyb, ruszają na poszukiwanie idealnego miejsca do jego rozwoju. Następnie wgryzają się w spodnią część liścia, a po paru dniach z ich głów wyrasta kula z zarodnikami, które zapoczątkują nowe pokolenia ofiar. Kiedy następnym razem zobaczę taki układ synchroniczny, ponownie będę się zastanawiać i wysunę kolejne przypuszczenia. Kiedy rysuję przyrodę, staram się oddać to, co widzę, co odpowiada konkretnemu gatunkowi ptaka i jego zachowaniu. Moje obserwacje i pytania dotyczą tego, co może być prawdą i co mogłabym zweryfikować jedynie w rozmowie z ornitologiem. Ale podczas pisania prawda, której poszukuję, nie jest prawdą naukową bądź opartą na faktach. Dotyczy ludzkiej natury, związanej z moją naturą. Spraw na oko nieoczywistych. Kiedy rozpoczynam opowieść, osnuwam ją na kanwie pytania, często natury moralnej, i usiłuję oddać wszystkie jego aspekty i znaki zapytania. Nie dążę do odpowiedzi absolutnej. Pisząc, ograniczam się do tego, co uważam za prawdziwe, i chociaż opowieść na pozór nie ma związku z moją osobą, zawiera elementy mojej osobistej historii. To moje doświadczenia sprzęgły się w sytuację, która skrywa smutną ironię bądź straszliwą jasność. Chcę wydobyć na światło dzienne to, czego nie widzę, czego tam nie ma albo jest ledwie dostrzegalne, ponieważ milion kawałków, które składają się na jego całość, rozsiany naokoło, rozciąga się z przeszłości w teraźniejszość. Pisząc, pozwalam umysłowi opływać wszystkie możliwości, ale nie ograniczam się do jednej konkluzji. Żadna prawda nie ma stałego wymiaru, a ironia nie jest faktem nie do obalenia. Wyobraźnia bezbłędnie dociera do najdalszych zakamarków emocji, osobistych dziwactw lub wspomnień, które zostają obnażone.

Jeśli moja ciekawość jest wrodzona, zawdzięcza wiele mojej matce i jej szkole dociekliwości. Kwestionowała wszystko, począwszy od wątpliwych zapachów po mętne wyjaśnienia, z czego jedne i drugie nie świadczyły dobrze o człowieku. Dostrzegała znaczenie w przypadkach i przypadki w niemal wszystkich konfiguracjach wydarzeń. Przy jednej okazji było to słowo z moich ust – tak zwyczajne, że wyleciało mi z głowy – wypowiedziane dokładnie w chwili, kiedy główka róży w wazonie odpadła z łodygi. Matka utkwiła we mnie wzrok i powiedziała: „Czy jesteś moją matką?”. Babcia zabiła się w 1925 roku i poczułam się niepewnie na myśl, że jestem jej reinkarnacją. Zapewniłam, że skądże znowu, ale matka zabiła mi ćwieka. No bo skąd wiadomo, kim się było w poprzednim wcieleniu? Człowiek nie podróżuje z jednego życia w drugie z mapą naklejek na walizce. „Nie musieć ukrywać”, oznajmiła matka. Przez cały dzień rzucała mi dziwne spojrzenia. „Dlaczego mówić, że nudzi?”, spytała w pewnej chwili. „Moja matka też tak mówić”. Zastanawiała się na głos, czy jestem jej karmiczną karą za to, że nie okazywała matce należytej troski. Dociekliwość mamy łączyła w sobie ciekawość, wścibstwo, hipotezy, luźne spostrzeżenia, podejrzliwość, widzenie tego, w co się wierzy, oraz tego, na co ma się nadzieję, w tym cuda oraz reinkarnację rodzonej matki w osobie niegrzecznej amerykańskiej córki.

Moje życie również obfituje w przypadki. Jakąś godzinę temu, gdy pisałam powyższy akapit, moja klawiatura przełączyła się w połowie zdania na chińskie znaki. Nie potrafię czytać ani pisać po chińsku. W pierwszym odruchu nie wzięłam pod uwagę karmicznej kary, tylko hakerów. Sprawdziłam, czy próbowano zalogować się na moje konto, zmieniłam hasło, ponownie skonfigurowałam ustawienia, wydrukowałam bieżące notatki i ponownie uruchomiłam urządzenie. Po czterdziestu pięciu mrożących krew w żyłach minutach mój komputer znowu przemówił po angielsku. Nadal nie mam pojęcia, co spowodowało niechcianą zmianę języka, dopuszczam jednakże możliwość, że to matka spłatała mi figla. Wolałabym coś mniej ekscytującego, na przykład utrącony różany pąk.

Rysowanie przyrody pozostanie ważną częścią mojego życia, nie tylko z powodu zachwytu, jaki we mnie wzbudza. Dzięki niemu postrzegam niedoskonałość jako coś normalnego. W przypadku pisania nigdy nie jestem zadowolona z własnych dokonań. Gdybym kiedykolwiek uznała swój tekst za „zadowalający” czy wręcz „wspaniały”, świadczyłoby to o zaburzeniach neurologicznych (jednym z pierwszych objawów choroby Alzheimera u mojej matki była rosnąca liczba wgnieceń i rys na jej aucie). Kiedy rysuję, pozwalam sobie na niedociągnięcia. Jeśli ptaki nie mieszczą się na kartce, kupuję blok większego formatu. Jeżeli następny rysunek znów okazuje się zbyt duży, przycinam głowę, ogon lub skrzydła, niekoniecznie na artystyczną modłę. Kiedyś narysowałam kulika z nadmiernie wygiętym dziobem, żeby zmieścił się na papierze. Wyglądał, jakby wsadził dziób do gniazdka elektrycznego. Mam na swoim koncie pióra, z którymi żaden ptak nie uniósłby się w powietrze, chyba że napełniony helem. Raz niechcący narysowałam złudzenie optyczne w postaci gałęzi, która wchodzi z przodu ptaka i wychodzi z tyłu. Widzę te niedoskonałości i kwituję je śmiechem. Są komiczne. Zamieszczam rysunki na facebookowym profilu Rysowania Przyrody2. Pokazuję je mężowi i znajomym. Narzucam je obcym z gorliwością kobiety, która popisuje się zdjęciami naburmuszonych wnuków. Jestem dziewczynką, którą byłam w przedszkolu, gdy mówiłam rodzicom: „Patrzcie, co zrobiłam”.

Może pokazałabym je nawet dawnemu nauczycielowi plastyki. Nadal pisujemy do siebie z okazji świąt, wymieniając informacje o swoim stanie zdrowia, przeczytanych książkach i odwiedzonych muzeach. Wyślę mu rysunek lub dwa i przypomnę o jego dopisku na mojej karcie ocen, gdy miałam siedemnaście lat. Z wyrazami ulgi, że nie zostałam artystką.

Fresno, 1952: ubogi pastor, jego oszczędna żona i coraz liczniejsza rodzina.

W wieku ośmiu lat odkryłam w sobie smykałkę do pisania, na dodatek opłacalną. Napisałam wypracowanie na zadany temat – „Dlaczego biblioteka jest dla mnie ważna” – i zajęłam pierwsze miejsce w szkolnym konkursie. Nagrodą było radio tranzystorowe w odcieniu złota i kości słoniowej. Wygrałam nieprzypadkowo. Otóż świadomie napisałam to, co bibliotekarze oraz fundatorzy nowej biblioteki chcieli usłyszeć: że jestem dzieckiem, które uwielbia czytać, i tak kocham bibliotekę, że poświęciłam oszczędności całego życia (osiemnaście centów) na rzecz wybudowania nowej. Sprytnie wspomniałam o swoim wieku i stanie majątkowym. Już wtedy miałam dobrą intuicję co do ludzkich upodobań, czyli byłam zdolna do wyrachowania.

A jednak owo wypracowanie kryje w sobie coś, w czym później rozpoznałam zalążek swojej wyobraźni oraz tendencji literackich. Widać to w zdaniach od połowy wypracowania: „Te książki zdają się otwierać w moim pokoiku wiele okien, przez które widzę cudowne rzeczy na zewnątrz”. To był znak: pokoje i okna jako metafora wolności i wyobraźni, które warunkują siebie nawzajem. Warto również zaznaczyć, że lubiłam siedzieć sama w swoim pokoiku. Przez całe dzieciństwo mój pokoik – a dokładniej pokoiki w kolejnych domach, od urodzenia do siedemnastego roku życia – stał się ucieczką przed rodzicielską krytyką, ostoją, gdzie nikt mnie nie oceniał. Znajdowałam się w wehikule czasu napędzanym siłą opowieści i przepadałam na wiele godzin, przeżywając przygody dzięki nowo nabytym umiejętnościom – oddychałam pod wodą z boginią, odgadywałam zagadki mędrców w przebraniu brodatych żebraków, jeździłam na oklep konno po równinach albo cierpiałam głód i chłód w sierocińcu. Kleik smakował wybornie, jak chińska owsianka ryżowa. Znajdowałam towarzystwo w osobie niezależnej Jane Eyre, która odkryła w sobie dość odwagi, aby oznajmić zakłamanej ciotce, że jest wstrętna i pójdzie do piekła. Jane nauczyła mnie, że samotność wynika bardziej z niezrozumienia niż braku innych ludzi.

Przez większość szkolnych lat spełniałam oczekiwania i markowałam konformizm. Byłam uległą pisarką, sumiennie tworzyłam to, co moim zdaniem nauczyciele i profesorowie chcieli przeczytać. W szkole podstawowej dobre pisanie ograniczało się z grubsza do interpunkcji, ortografii, gramatyki i charakteru pisma. Wyrazy i zdania z błędami zakreślano na czerwono. Bywałam nieuważna i miałam skłonność do powielania błędów matki, dla której angielski był drugim językiem – „Lubię chodzić do szkoła”. Zaledwie garstka moich wypracowań została opatrzona komentarzem innym niż „Uważaj na literówki”. Znalazłam listę ocen z siódmej klasy, z której wynika, że najsłabszą ocenę miałam z angielskiego, a niewiele lepszą z hiszpańskiego. (Z radością donoszę, że nie przeszkodziło mi to w zrobieniu licencjatu z angielskiego i magisterium z lingwistyki). W college’u trzymałam się sprawdzonego schematu i wybierałam temat klas społecznych i kulturowego ideału osobowości bądź też moralnego współudziału żołnierza na placu boju. Raz odeszłam od tej formuły na rzecz wypracowania o książce Słońce też wschodzi Hemingwaya, za którą nie przepadałam z przyczyn do dziś dla mnie niejasnych. Pamiętam, jak profesor usiadł na skraju biurka twarzą do klasy i odczytał mój esej na głos, nie ujawniając autora. Każde zdanie cedził kpiącym tonem i pauzował po każdym akapicie, aby zmieszać mnie z błotem. „Ten student”, podsumował ze złością, „nie zna się na wielkiej literaturze i nie ma prawa krytykować jednego z naszych najwybitniejszych amerykańskich pisarzy”. Po tym incydencie już nigdy nie wyraziłam własnego zdania w wypracowaniu. Położyłam uszy po sobie i dzięki temu moje pisanie oceniano dobrze.

Po rezygnacji z doktoratu z lingwistyki ograniczałam się głównie do pisania sprawozdań na temat dzieci z problemami logopedycznymi. Zdarzało się, że przelewałam na papier ponure rozmyślania, płodząc stronę lub dwie w notesie albo na kartach dziennika. Kilka lat temu natknęłam się na niektóre z tych wynurzeń i dostrzegłam te same przebłyski, które znalazłam w wypracowaniu o bibliotece – łączy je podobny rodzaj metafor. Nie ma w nich nic szczególnego, czasem są wręcz przekombinowane. Z dreszczykiem emocji odkryłam w nich jednak dwie wspólne cechy, a mianowicie mroczny wydźwięk oraz nawiązanie do niedawnych przeżyć. Używałam tych metafor w wieku dwudziestu pięciu lat, kiedy wciąż czułam się młoda, ale zmęczona życiem. Miałam serdecznie dosyć błędów i pustych obietnic. Marzyłam o kilku zmarszczkach na dowód, że nie jestem już niewiniątkiem o twarzy dziecka. Swoich zmartwień nie zliczyłabym na palcach obu rąk: drżałam, że nie nadaję się do podjętej pracy, przeżywałam zamordowanie przyjaciela, żyłam oczekiwaniami, że wyjdę za mąż, wiecznymi kryzysami matki, naszymi trudnościami finansowymi i tak dalej; wszystko to łączyło się z moją niezdolnością do wyartykułowania potrzeb emocjonalnych. Kiedy próbowałam, popadałam w przesadę. Po wycieczce na plażę napisałam w dzienniku, że jestem jak ukwiał, który cofa się pod wpływem dotyku i nie potrafi rozróżnić, co mu sprzyja, a co zagraża. Zrobiłam zdjęcia na przyjęciu w rocznicę zamordowania przyjaciela i popadłam w przygnębienie na myśl o płaskiej tafli mojego istnienia, na której nie odznaczyło się nic istotnego. Napisałam, że moje życie to „seria polaroidów, uchwyconych chwil, jednowymiarowych stop-klatek na chemicznie wytrawionym papierze, gdzie tragedia idzie ramię w ramię z banałem”. Później dopisałam, że tracę czas na czynności równie bezcelowe jak wystrzeliwanie srebrnych kulek w automacie Pachinko w nagrodę za kolejne kulki, którymi mogę grać bez końca w złudnym poczuciu wygranej. Następnie wyraziłam ubolewanie nad swoją skłonnością do metafory będącej złym nawykiem i formą uniku. Dlaczego po prostu nie mogłam wyłożyć kawy na ławę, zamiast zgrywać męczennicę współudziału?

Dziś moje emocje nie są tak mroczne jak emocje dwudziestopięciolatki, ale metafory nadal tworzą podobną mieszaninę nastrojów ze świeżymi doświadczeniami. Nie odpowiadają definicji metafor ze szkoły, opartych na podobieństwach rzeczy, których dotyczą, takich jak rozmiar czy sposób poruszania. Nie są gotowymi tworami w rodzaju „kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje” – często są powiązane z osobistymi przeżyciami, a niektóre spośród owych autobiograficznych metafor bywają czytelne jedynie dla mnie. Pojawiają się spontanicznie i zawierają pierwiastek doświadczeń, podlegają ciągłym zmianom. W rezultacie nie tyle chodzi o jedną chwilę, ile przejście między nimi… przemianę, która prowadzi do emocjonalnego zrozumienia fragmentu mojej przeszłości. Metafory powiązane z osobistymi losami mogą nosić nazwę autobiograficznych. Poniżej wymowny wpis z mojego dziennika.

Pływałam w głębinie, oko w oko z siedmiometrowym rekinem po prawej stronie, tuż na wyciągnięcie ręki, tak blisko, że widziałam aksamitne detale na białych plamach jego szarawego ciała. Kiedy się odsunęłam, żeby się lepiej przyjrzeć, poczułam lekkie stuknięcie w plecy i przyszło mi do głowy, że to Duncan albo Lou, póki na lewo nie zamajaczył mur plam i nieoczekiwanie znalazłam się w ciasnej przestrzeni między aksamitnymi cielskami dwóch kolosów. Uradowana wspaniałością tego, co stworzyliśmy we troje – rodzaj ostoi, pierwotnego łona – nie wzięłam pod uwagę, że mogą mnie zmiażdżyć, ale z wolna przepłynęły obok, by zniknąć w błękitnej otchłani, i zostałam całkiem sama i bezbronna.

W trakcie ponownej lektury powyższego fragmentu rozpoznaję emocje, jakie towarzyszyły tym młodzieńczym zauroczeniom. Przypominam sobie, jak notowałam każdy detal ukochanego, upojona euforią naszej wyjątkowości i nieświadoma zagrożenia, póki nie dopadał mnie strach o bezpieczeństwo mojego serca. Oczywiście te dwa doświadczenia – zauroczenie i rekiny – znacznie różnią się skalą zagrożenia. Ryzyko uszczerbku jest bardzo wysokie w przypadku pierwszego, w przeciwieństwie do drugiego, co odkryłam przy okazji pływania z rekinami przez pięć dni. Były przede wszystkim zaciekawione i niezwykle delikatne, a jeden był nawet tak miły, że czekał na mnie, ilekroć się zmęczyłam i zostawałam w tyle.

Najlepsze metafory pojawiają się niczym grom z jasnego nieba za sprawą intuicji oraz mojego upodobania do niuansów.

Pisząc swoje pierwsze opowiadanie, posłużyłam się symbolem gardenii. Była to historia kobiety, która nie może dojść do ładu z nagłą śmiercią męża, napisana pod wpływem osobistych przeżyć związanych ze śmiercią mojego starszego brata Petera, a następnie ojca. Kiedy umarł mój brat, w naszym domu pojawiło się mnóstwo kwiatów, dowodów ubolewania w postaci goździków, chryzantem, róż, astrów, lilii oraz gardenii. Ojciec udzielał się w wielu kościołach i tamtejsi duchowni wspólnie z wiernymi modlili się o cud, który nie nastąpił. Kwiatowe wyrazy współczucia zapełniły kuchenny blat oraz stół w jadalni. Niektóre stały na ławie w dużym pokoju. Pół roku później, po śmierci ojca, sytuacja się powtórzyła. Pamiętam kolorowe pąki oraz ich zmieszane zapachy. Rodzice rzadko kupowali kwiaty, uważali je za zbędny wydatek. Żałobne bukiety zwiędły w ciągu tygodnia, ale trzymaliśmy je, dopóki płatki nie odpadły, a łodygi zwiędły i śmierdziały jak gnijące ciało. Życie jest ulotne, nie sposób w nim wytrwać. Na tym polegało przesłanie tych kwiatów.

Kiedyś najbardziej ceniłam gardenie. Miały odurzający zapach, kremowe płatki i grube, błyszczące liście. Stroik z gardenii na nadgarstek był przedmiotem pożądania na wszystkich studniówkach. Ale po śmierci brata przestałam je lubić. Ich piękno i zapach zadawały kłam żałobnej roli. Gdy po śmierci ojca przyniesiono gardenie, ich woń przyprawiała mnie o mdłości.

W moim opowiadaniu pod tytułem Gardenie pojawia się motyw pokoju pełnego tych kwiatów. Ich ciemnozielone liście uchodziły za sztywne i zdolne przeciąć delikatną skórę; umierając, zwieszały główki, ich kremowe płatki brązowiały wzdłuż krawędzi i zwijały się niczym palce trupów. Właśnie tak je postrzegałam i dlatego ten zapach stał mi się wstrętny. Tak samo pachniały gnijące łodygi i nieboszczycy. Te kwiaty stały się dla mnie symbolem rozpaczy, której nie umiałam wyrazić jako nastolatka zamknięta w swoim pokoju. Koniec końców metafora nie wytrzymała ciężaru znaczenia i musiałam zarzucić to opowiadanie, lecz jego sedno – natura żałoby – pozostaje moją własnością.

Czytałam dzisiaj artykuł o wynikach badań nad językiem wizualnym, który rozjaśnił mi przyczyny, dla których lubię zarówno pisać, jak i rysować. Mózgi dwudziestu jeden studentów sztuk pięknych oraz dwudziestu czterech nieartystów poddano obrazowaniu metodą rezonansu magnetycznego, kiedy rysowali leżący przed nimi przedmiot. Odkrycia wykazały istnienie znacznych różnic między mózgami jednych i drugich, z czego najbardziej interesująca polega na większym zagęszczeniu szarej materii w przedklinku płata ciemieniowego, gdzie mieści się ośrodek wrażeń wzrokowych. Badacze nie ustalili, czy jest to cecha wrodzona, oznaczałoby to jednak, że rodzimy się mniej lub bardziej uzdolnieni plastycznie. Naukowcy potwierdzili, że udział w zajęciach twórczych odgrywa istotną rolę, podobnie jak „otoczenie” – na przykład w postaci nauczyciela plastyki, który mówi, że masz wyobraźnię. Dlatego zadaję sobie pytanie, czy moje dziecięce ciągoty do rysowania zwiększyły zakres symbolicznego i emocjonalnego języka, który zastosowałam później w moich książkach. Czy rysując dziennie jednego ptaka, mogę zwiększyć zasób szarej materii w przedklinku i dodatkowo rozwinąć funkcje płata ciemieniowego? Komórki mózgowe obumierają z wiekiem, a wraz z nimi nazwy niektórych przedmiotów, rzeczy, które mieliśmy kupić w aptece, oraz najkrótsza droga z domu w wiadomym kierunku i w wiadomym celu, co pomoże uniknąć spóźnienia. Chętnie przygarnęłabym dodatkowe zasoby szarych komórek na czarną godzinę.

Te badania uświadomiły mi coś na temat mojego pisarstwa. Kiedy widzę w myślach obraz, próbuję ująć go w słowa. W zasadzie przypomina to rysowanie ptaka. Oglądam scenę, którą sobie wyobraziłam, szkicuję zarys i dokonuję licznych poprawek, aby to jak najlepiej oddać. Czynność przywodzi na myśl spoglądanie przez okulary VR, w których mogę obracać się wokół własnej osi w celu uzyskania pełnego obrazu otaczającego mnie świata. Wizja początkowo niepełna. Zasiano trawnik, ale jeszcze nie zakwitły kwiaty. Dla większego autentyzmu muszą się zjawić komary. Przenoszę się w tę rzeczywistość, spaceruję po pokojach, siedzę w ogrodzie i przechadzam się ulicami. Oglądam każdy szczegół wyimaginowanego wnętrza, a jeśli czegoś tam brakuje, zostaje dodane. Zamieszkuję przestrzeń i doświadczam dźwięków, zapachów oraz osobistych detali. Dążę do prawdopodobieństwa wszystkich niuansów doznania – tego, jak do niego doszło, mimo że w rzeczywistości nigdy nie miało miejsca. „Dobre oko”, które umożliwia mi narysowanie podobizny kota, jest zarazem „wewnętrznym okiem”, dzięki któremu mogę opisać scenę na podstawie obrazu w głowie. Coś mi mówi, że jedno oko ma związek z drugim. Nie muszę czekać na badania, które to potwierdzą.

Rysunek przedstawiający krzyżodzioba jedzącego nasiona, zainspirowany zdjęciem ornitologa i przyjaciela, Bruce’a Beehlera.

Miałam kiedyś wykład na konferencji TED na temat „Gdzie ukrywa się kreatywność?”. Nie rozumiałam tego pytania ani jego celu, dlatego skupiłam się na moim pisaniu, własnym konkretnym zakresie specjalizacji. Przypisałam swoje literackie korzenie tajemniczej zbieżności bliżej nieokreślonych wrodzonych umiejętności z wczesnymi doświadczeniami, ze szczególnym uwzględnieniem traumatycznych, co legło u podstaw tematów, które mnie przyciągają. Pogadanka wypadła przyzwoicie, ale nie byłam z niej zadowolona. Ba, wzbudziła mój niesmak. W zasadzie nie podałam swojej definicji kreatywności, a stało się tak, ponieważ nie byłam w stanie ogarnąć tak rozległego i grząskiego tematu. Zupełnie jakbym stanęła przed niemożliwym, metafizycznym wyzwaniem w rodzaju „Czym jest myślenie?”. Nie sposób udzielić odpowiedzi na to pytanie inaczej niż przez pryzmat samego siebie. Od czego w ogóle zacząć analizę bezmiernego pojęcia kreatywności, a następnie wyodrębnić jej elementy i procesy w kontekście pisania? Kreatywność jest dla mnie neurologiczną wersją maszyny-pułapki Rube’a Goldberga, gdzie słowo generuje myśl, co prowadzi do pytania i trzech domysłów oraz scenariuszy na zasadzie „co by było, gdyby”, zwieńczonych kontinuum wzajemnych relacji wiodących w różne strony.

Aż tu nagle któregoś dnia, zupełnie przypadkowo, dowiedziałam się czegoś o swoim sposobie myślenia, a to z kolei uchyliło rąbka tajemnicy na temat mojego sposobu pisania. Przebywałam na towarzyskim spotkaniu naukowców, artystów, muzyków oraz pisarzy. Pewien badacz akademicki przedstawił krótką prezentację na temat potencjalnego leku na AIDS. Należał do zespołu naukowców, którzy pobrali wycinek DNA od człowieka z rzadką mutacją genetyczną uodparniającą go na wirus AIDS. Badacze opracowali strukturę molekularną znaną jako palec cynkowy, która mogła wiązać białka z mutacją DNA. Została ona następnie wszczepiona w układ odpornościowy pacjenta umierającego na AIDS, w wyniku czego został on nie tylko pozbawiony wirusa, ale zyskał odporność. W czasie przerwy rozmawiałam z biologiem molekularnym, pionierem palca cynkowego. Zapytałam go, w jaki sposób przeszczepione białka DNA umożliwiły ten proces. Czy zmieniły właściwości wirusa, uśmierciły go, czy może zmiany, które poczyniły w komórkach układu immunologicznego, uniemożliwiły niejako rozprzestrzenienie się wirusa AIDS? Odpowiedział, że to ostatnie. Kiedy próbuję ogarnąć skomplikowane zagadnienia naukowe, często uciekam się do metafor. Dlatego odpowiedziałam: „Zatem to coś w rodzaju rozlania oleju na statku, żeby somalijscy piraci nie weszli na pokład”. Mój rozmówca nie krył zdumienia. „Owszem”, potwierdził. „Ale skąd pani to przyszło do głowy?”

Mnie z kolei zdziwiło jego pytanie i zrozumiałam, że faktycznie użyłam osobliwej analogii. Nie pozostało mi nic innego, jak odpowiedzieć, że próbuję zrozumieć świat za pomocą metafor. „Ale dlaczego akurat olej i piraci?”, drążył. „A dlaczego palec cynkowy?”, odpowiedziałam pytaniem. „Jak pan na to wpadł?” Odpowiedź brzmiała logicznie: struktura przypominała pięć palców i polegała na wzajemnym oddziaływaniu jonów cynku.

Wróciłam później myślami do naszej rozmowy. Istotnie, dlaczego padło właśnie na olej i piratów, a nie, powiedzmy, kowbojów, którzy usiłują złapać zatłuszczone świnie na wiejskim targu? Obraz wyglądał znajomo, lecz próba dotarcia do jego genezy przypominała próbę ułożenia w spójną całość strzępków snów. Aż nagle doznałam olśnienia.

Kilka miesięcy wcześniej gościłam na farmie znajomych w Petalumie. Był upalny letni dzień i siedzieliśmy w piątkę lub szóstkę na leżakach przy małym basenie o nieregularnym kształcie. Możliwe, że bliskość wody nasunęła nam wspomnienie kobiety, która opowiadała niedawno na konferencji o samotnym rejsie przez pół świata, co z kolei sprowadziło rozmowę na plagę piratów porywających łodzie. Następnie ktoś przytoczył straszną opowieść o tym, jak somalijscy piraci wtargnęli na jacht i zabili czwórkę pasażerów. Zaczęliśmy rozważać, w jaki sposób udaremnilibyśmy piratom abordaż. Broń? Ktoś zażartował: Jesteśmy z hrabstwa Marin. Nie mielibyśmy broni. Rzuciliśmy kolejne hipotezy – nawiasem mówiąc, wszystkie dotyczyły rzeczy, którymi można rzucić – noże kuchenne, wrzątek, haczyki na ryby. Zaproponowałam własne rozwiązanie: rozlanie oleju silnikowego, dzięki któremu złoczyńcy poślizgną się i wpadną z powrotem do wody. Przedstawiłam to obrazowo: śliską, czarną taflę oraz puste beczki toczące się po pokładzie, mistrzowski fortel na miarę komiksowych bohaterów walczących ze złem. Kilka miesięcy po obmyśleniu tej antypirackiej strategii przytoczyłam ją na poczekaniu dla zobrazowania mojej interpretacji zjawiska, jak tratwa białek DNA uniemożliwia wirusowi AIDS interakcję z innymi komórkami. Mimo że beczka oleju oraz rusztowanie jonów i protein to na pozór odległe skojarzenie, pacjentów i pasażerów łączy wiele. Są przerażeni i bezradni, stoją w obliczu nieuchronnej śmierci i rozpaczliwie szukają wyjścia z sytuacji, czy to w postaci mutacji DNA, czy tłustego pokładu.

Moje zrozumienie samej siebie płynie w znacznej mierze z obrazów metaforycznych. Jedno przypomina drugie, ale nie chodzi o podobieństwo fizyczne, a raczej o emocjonalny trzon sytuacji, odczucie tego, co się dzieje. Gdy przedstawić na diagramie Venna obraz metaforyczny z daną sytuacją, pokrywają się w zakresie pamięci emocjonalnej, która posiada własną historię, podświadomy związek z moją przeszłością. Wiem, że jest podświadomy, gdyż nasuwa się bez udziału mojej osoby. Bywa dla mnie szokujący, jakbym widziała ducha matki, przynoszącej mi sweterek, który wydziergała dla mnie, kiedy miałam pięć lat. „Zobacz, co zrobiłam”, mówi. Rozpoznaję to uczucie oraz jego znaczenie. Dlatego pisanie sprawia mi taką satysfakcję. Nawet kiedy napisane przeze mnie strony okazują się bezużyteczne w kontekście książki – co się często zdarza – pisząc, czerpałam z zasobów pamięci oraz intuicji i odnalazłam więcej stycznych z poszczególnymi etapami mojego życia. Przenoszą mnie do źródeł i z powrotem i tworzą mapę znaczeń. Dostrzegam schemat wczesnych oczekiwań i obietnic, to, jak śmierć pomieszała im szyki i ugodziła w wiarę, a przekonanie, że nie mam wyobraźni, zarazem wzięłam sobie do serca i puściłam mimo uszu. Poprzez pisanie zanurzam się w zachwyt i wypływam pośród rekinów, zwłok, piratów i pąków róż.

Na przekór mojej łatwości przywoływania obrazów tworzenie fabuły to żmudne, frustrujące doświadczenie na miarę dyrygowania orkiestrą duchów czy organizowania wesela pełnego złodziei i pijaków. Fabuła rozwija się jak po grudzie, co godzinę zbacza w nowym kierunku lub przecieka przez palce. Pierwszy rozdział, pisany dziesięć razy, po czym i tak zostaje odrzucony. Usiana wątpliwościami i chaotycznymi poprawkami historia przez dłuższy czas chwieje się w posadach, jakby miała rozsypać się na kawałki. Pokoik służy jako składowisko pamiątek – pudeł ze starymi pamiętnikami, wizami ojca i moimi, fałszywymi zaświadczeniami, listami z błaganiem o łaskę, świadectwami ze szkoły, samoprzylepnymi fiszkami, tysiącami zdjęć członków rodziny i nieznajomych, listownikami lotniczymi po chińsku, książkami adresowymi, kartkami na śluby i urodziny, zawiadomieniami o narodzinach dzieci, listami kondolencyjnymi, referencjami, moimi zadaniami domowymi, zadaniami domowymi mojego brata, ojca i matki, listami pełnymi złości, pisemnymi akceptacjami, a także wspomnieniami rzeczy, które przepadły bez wieści, i pamiątek z dzieciństwa, które na pewno zachowałam, ale których nie mogę znaleźć – wielka antologia mojego życia. Gdy mozolnie próbuję uchwycić to, co mi chodzi po głowie, mam na czubku języka doskonale znane słowo wespół z właściwą koncepcją, ale gdy nasuwa mi się owo wyrażenie, idea lub słowo, w ich miejsce pojawia się kolejny nieuchwytny zlepek. Powtarzam to raz za razem, aż uzbieram ich dość na wypełnienie powieści. Proces pisania to żmudne odzyskiwanie tego, co stracone.

Bohaterowie są drętwi lub histrioniczni; pozostają karykaturami, dopóki naprawdę ich nie poczuję. Po drodze kilkakrotnie dochodzę do wniosku, że wzięłam na siebie niewykonalne zadanie. Mam wówczas mniej niż sto stron, zawsze mniej niż sto, i wszystkie do bani. Nachodzi mnie paraliżująca, egzystencjalna obawa, że nigdy nie skończę tej książki. To, kim byłam przed godziną, przestaje istnieć. I nie mam tu na myśli blokady twórczej, tylko chaos bez wyjścia. Związki metaforyczne poszły w cholerę. Cudu nie będzie. A więc stało się. Przestałam być pisarką. Następnie, po kolejnych pięciu minutach męczarni, wracam do pracy.

Podczas moich pierwszych warsztatów pisarskich ktoś wspomniał o nieprzemijającym śnie. Rzecz polega na tym, że po naszkicowaniu ram opowieści musisz w nie wejść i pisać tak, jakbyś przeżywał ów fikcyjny sen. Dzięki temu powstanie fabuła, która wzbudzi w czytelnikach podobne odczucia, jakby również znaleźli się we śnie, bez wyraźnie zaznaczonych krawędzi i granic. Sądziłam, że ów nieprzemijający sen jest naturalnym stanem, w jaki wprowadza się większość pisarzy, stanem wyższej świadomości. Zdarzało mi się to od czasu do czasu, ale falami, i rzadziej, niżbym tego oczekiwała. Dopiero raczkowałam jako pisarka i wierzyłam, że z czasem moje nieprzemijające sny zyskają bardziej trwały charakter. Wiedziona potrzebą zagłuszenia odgłosów remontu w sąsiednim budynku odkryłam, że słuchanie muzyki na dłużej wprowadza mnie w nastrój danej sceny. Nadal musiałam wykreować tę scenę, postaci oraz podstawę fabuły. Muzyka nie naprawiała niedociągnięć ani nie blokowała bodźców zewnętrznych: telefonu, faksu bądź tego, co stało się z moją prywatnością po wydaniu książki. Byłam naiwna – nieświadoma stanów świadomości, na które jestem skazana. Po wydaniu pierwszej książki częściej potykałam się o wyboje, niż wpadałam w ów trans. Z każdą kolejną powieścią pisanie sprawia mi coraz większą trudność. Im więcej o nim wiem, tym trudniej zabrać się do niego. Zbyt często towarzyszy mi wyostrzona czujność, która wypiera tryb intuicyjny i podświadomy. Muszę przestać rozkładać na części pierwsze każde zdanie, zanim przejdę do następnego. Nie sposób pisać powieści po jednym zdaniu.

Rozproszenie uwagi wespół z przesadną samoświadomością to główny powód, dla którego powieści usychają z zaniedbania. Nauczyłam się rezygnować z przyjęć, spotkań ze znajomymi spoza miasta i pisania wstępów do książek, które mają się ukazać. Ale żadne z ograniczeń, które sobie narzuciłam, nie wytrzymuje w obliczu stanu wyjątkowego w rodzinie albo miażdżącej diagnozy, jaką usłyszał mój bliski przyjaciel. Nic nie działa, kiedy dobiega mnie żałosny skowyt mojego pieska, co też niedawno miało miejsce. Musiałam opuścić krainę nieustających snów i pobiec do niego. Otóż po miłosnej sesji ze swoim misiem mój piesek nie był w stanie wsunąć penisa do osłonki. Jak na tak małego pieska problem okazał się większy, aniżeli mogłam przypuszczać – gdyby tego rodzaju możliwość w ogóle postała mi w głowie. Wyobraźcie sobie mojego dwukilogramowego yorka jako miniaturowego ogiera. Dla mnie, jego niepsiej matki, widok był iście zatrważający. Czym prędzej sprawdziłam w internecie i znalazłam następującą informację: jeśli natychmiast nie wezmę sprawy w swoje ręce – dosłownie – mojemu pieskowi grozi infekcja, a nawet amputacja. Przyniosłam oliwę z oliwek. Wciągnęłam rękawiczki jednorazowe. Godzinę później sytuacja wróciła do normy, czego nie mogę powiedzieć o sobie. Właśnie o takich bodźcach mówię, bodźcach, które wymagają natychmiastowej interwencji, bez względu na to, jak dobrze czy też fatalnie idzie mi pisanie.

W celu ucieczki przed bodźcami wymyśliłam kiedyś pobyt w kolonii artystów. Podczas gdy praca w samolocie nie sprawia mi większych problemów, w tej ostoi pracowitych twórców nie mogłam nawet zacząć. Pokój był dziwnie urządzony, z dwoma podwójnymi łóżkami i trzema metalowymi biurkami pod ścianą, co powodowało mój dyskomfort. Wystrój odbiegał od zasad feng shui i źle bym się czuła, gdybym pozostawiła go w tym stanie. Łóżka przykryto pomarańczowymi narzutami, co również mi przeszkadzało. Pierwszy wieczór poświęciłam na przemeblowanie. Następnego ranka kupiłam nowe narzuty. Następnie odkryłam, że pokój wychodzi na wschód i wschodzące słońce odbija się od mojego monitora. W pokoju panowała duchota, przez co musiałam siedzieć obok dużego wiatraka i przytrzymywać kartki, żeby nie odfrunęły. Potem nie mogłam pracować, gdyż pusty sąsiedni pokój stał się areną schadzek pozamałżeńskich. Rzesze niezmordowanych pisarzy, muzyków i malarzy łomotały ramą łóżka o ścianę, zgoła nieświadome lub obojętne na to, że zakłócają mi spokój. Kupiłam lepsze słuchawki i słuchałam głośniejszej muzyki. Wyjechałam stamtąd z dwudziestoma stronami tekstu. Moja niemoc nie miała w zasadzie nic wspólnego z pomieszczeniem, które zamieszkiwałam. Pokój był piękny, a pomarańczowe narzuty w niczym mi nie przeszkadzały. Przeszkoda tkwiła we mnie. Łudziłam się, że w pokoju zajmowanym niegdyś przez Eudorę Welty i Carson McCullers też dokonam rzeczy wielkich. Mając na uwadze ich dzieła, nie mogłam zmobilizować się do pracy. Byłam zbyt świadoma. Pokonały mnie własne wygórowane oczekiwania.

Czytałam ostatnio o badaniach nad kreatywnością i umysłem, co dało mi pewien wgląd w moje trudności. Poddano rezonansowi magnetycznemu mózgi pianistów jazzowych, którzy grają muzykę improwizowaną, czyli komponują na poczekaniu, co stanowi wyższy poziom spontanicznej kreatywności. Wykazano, że kiedy improwizują, ich mózgi są paradoksalnie mniej zaangażowane, zwłaszcza w płacie czołowym. Mówiąc potocznie, płaty czołowe trzymają nas w ryzach, żebyśmy funkcjonowali jako racjonalne i cywilizowane istoty ludzkie. Zapobiegają nazwaniu dupkiem własnego szefa oraz publicznym rozbierankom, gdy słupki termometrów mkną w górę. Ilekroć spotykam ludzi nieświadomych własnej głupoty, mam podejrzenie, że stan ich płatów czołowych pozostawia wiele do życzenia. Domyślam się, że płat czołowy to ośrodek samoświadomości i autocenzury. Pianiści jazzowi potrafią jakimś cudem odwiesić tę samokontrolę na kołek. Jeden z nich opisał improwizację jako wolność i możliwość wyrażenia samego siebie.

Kiedy piszę, moje płaty czołowe z pewnością pracują na pełnych obrotach. Autocenzura jest w stanie najwyższej gotowości, a z garnka zwątpienia i obaw aż się przelewa. Kryteria doskonałości wysuwają się na pierwszy plan. Wyobrażam sobie zafrasowaną minę wydawcy, gdy czyta maszynopis. Zaczynam podejrzewać u siebie chorobę mózgu i narasta we mnie przekonanie, że w szarej materii w moim przedklinku straszą dziury. Wpadłam w sidła własnej potrzeby unikania samozadowolenia, bo ma zgubny wpływ na moje pisanie. Pora uciszyć wyimaginowanych krytyków, którzy powiedzieli: „Pozbawiona wyobraźni i twórczego zapału, niezbędnych do wzniesienia się na wyższy poziom kreatywności”.

Podobnie jak pianiści jazzowi, ja również doświadczam zrywów improwizacji. Doskonale znam to uczucie. Przy każdym utworze doznałam ich co najmniej raz, zarówno w przypadku opowiadań, jak i powieści. Zjawiają się na zasadzie niespodziewanych portali, dzięki którym mogę znaleźć się w samym środku pisanej sceny. Jestem tam całą sobą, jako obserwator, narrator, pozostali bohaterowie i czytelnik. Piszę, a przy tym nie wiem do końca, co się wydarzy. Nie planuję następnego ruchu. Piszę bez wahania i jest to magiczne, a nie logiczne doznanie. Ale logika mi podpowiada, że piszę bez żadnych ograniczeń, ponieważ stworzyłam idealne warunki dla bezczynności płatów czołowych. Szczegóły czasu, miejsca oraz konstrukcji narracyjnej zostały z grubsza ustalone. Nie ma o czym decydować, bo nie ma już prawie nic do wyeliminowania. Pozostało mi ustalić to, co wydarzy się w następnej kolejności, i pozwolić, by emocje i napięcie stały się siłą napędową fabuły. Jeśli zdołam odrzucić zahamowania, zyskam dostęp do intuicji, a co za tym idzie, metafor autobiograficznych, które zbierałam przez całe życie. Obrazy nasuwają się bez mojego świadomego udziału. Narracja wie intuicyjnie, dokąd zmierza.

Nie przedstawię wam dokładnego mechanizmu tego zjawiska, gdyż równałoby się to próbie zdekonstruowania każdej wiązki myśli lub emocji. To niewykonalne. Przeczuwam jednak, że umysł posiada pewien algorytm i z jego pomocą wyłania ewentualne sploty obrazów, języka i emocji, które mogą składać się na metafory emocjonalne. Owe połączenia są nieprzypadkowe, obowiązują tutaj parametry i schematy, możliwe, że na zasadzie reakcji chemicznych. Mózg to bądź co bądź gwarny ul procesów chemicznych z udziałem tlenu, metali, hormonów i tym podobnych. Być może każdy obraz posiada wartościowość – może potencjalnie łączyć się z emocjami i wrażeniami w celu tworzenia konstrukcji metaforycznych. Niewykluczone, że napięcie narracyjne jest naładowanym elektrycznie ładunkiem, który przyciąga zlepki słów z myślą, słów z emocjami, molekuły znaczeń.

Wiem, że im więcej napięcia wyczuwam w fabule, tym bardziej wyrywam się naprzód – raz było to blisko pięćdziesiąt stron napisanych ciurkiem na przestrzeni dwunastu godzin. Ten maraton miał miejsce w trakcie pisania mojej trzeciej powieści, tej samej, którą próbowałam pisać rok przed kolonią artystów. Wiedziałam już, co czeka narratorkę – zniknięcie kobiety, która być może jest jej siostrą. Podobne napięcie i niepokój towarzyszyły mi na myśl o rychłym zniknięciu mojej matki, u której właśnie wykryto chorobę Alzheimera. Napięcie przybrało na sile, kiedy u mojej redaktorki Faith Sale wykryto miesiąc później nowotwór w czwartym stadium zaawansowania. Była dla mnie jak siostra. Nie miałam wymówki, by opóźniać książkę i zwlekać z jej oddaniem. Wynajęłam mieszkanie w Nowym Jorku, niedaleko Faith. Podobnie jak pokój w kolonii artystów, mieszkanie było nadmiernie nasłonecznione, a biurko ustawione ni w pięć, ni w dziewięć. Wstawiłam plastikowy stół i krzesło do pozbawionego światła dziennego kredensu i o godzinie osiemnastej przystąpiłam do pracy. Miałam jasność w głowie. Pisałam bez wahania i roztrząsania wątków, w stanie uniesienia, nieświadoma upływu czasu. Kiedy skończyłam, otworzyłam drzwi i dech mi zaparło na widok słońca wstającego o świcie. Minęło dwanaście godzin. Jeszcze tego samego dnia oddałam Faith ukończony maszynopis. Tekst, który powstał tamtej nocy, poszedł do druku w niezmienionej formie.

Dziś tamte pięćdziesiąt stron jawi mi się niczym cud. Więcej nie zaznałam takiego ciągu, nie pisałam z taką intensywnością i tyle naraz. Pisząc o tym teraz, widzę, co wyzwala umysł z samoświadomości: niepewność i presja czasu, co w przypadku mojej trzeciej powieści było połączeniem strachu i miłości. Niepewność i presja czasu stały się również siłą napędową innych powieści. Obecnie na podobnej zasadzie powstaje kilka akapitów, rzadziej – stron. Prawie zawsze zdarza się pod koniec rozdziału albo powieści – gdy wraz z narratorem zaczynamy rozumieć, do czego prowadzi to nagromadzenie myśli, emocji oraz wydarzeń. Kiedy piszę dalej, nie wiem, co się stanie, a jednak wiem. To nieuniknione, jak przebłyski déjà vu, znajome z chwilą przelania ich na papier, ujawnienie mojej bliźniaczki duchowej – gdy intuicyjna część mnie zyskuje świadomy wymiar.

Właśnie to wyczuwałam, pisząc Klub Radości i Szczęścia. Gdy nadeszło metaforyczne zrozumienie, ogarnęło mnie zdumienie na podobieństwo tego, czego doświadczyłam po wyjściu z pokoju bez okna na widok wschodzącego słońca. Nie przewidziałam, że w opowiadaniu Blizna dosadna i bolesna wizja będzie zarazem emocjonalnie wyzwalającą.

Byłam wtedy jeszcze dzieckiem, ale wiedziałam, czym jest ból, którego doznaje ciało, i znałam jego cenę.

Tak właśnie córka powinna szanować matkę. To jest prawdziwe shou, najgłębszy szacunek, który ma się we krwi. Ból zadany ciału jest niczym i trzeba go zapomnieć, bo to nieraz jedyny sposób odnalezienia siebie – tego, co ma się we krwi. A jak tego szukać? Zdejmując po kolei, warstwa po warstwie, skórę z siebie, swojej matki i jej matki. Aż do tego miejsca, gdzie nie ma już nic – ani blizny, ani skóry, ani ciała3.

Było to nieoczekiwane olśnienie płynące z zakamarków mózgu, gdzie obrazy metaforyczne nie są sterowane logiką, lecz istnieją jako wrażenie prawdy przesiąkniętej wspomnieniami – bliźniak intuicji.

Spontaniczne objawienia zawsze utwierdzają mnie w przekonaniu, że moje życie nabiera sensu, kiedy piszę. Wyostrzona świadomość, która staje się wówczas moim udziałem, przebija zastałe warstwy myśli, dzięki czemu mogę się wznieść – to właśnie takie uczucie: z wysoka oglądam chwile z przeszłości, które doprowadziły mnie do chwili obecnej. Uczucie to mija zbyt szybko i trwam uczepiona zanikających smug, gdy powracam do normalnego stanu umysłu, który wymaga ode mnie pisania w bardziej mozolny, świadomy oraz przemyślany sposób, nie tracąc przy tym nadziei, że wkrótce znowu dam się porwać intuicji i wszystkie elementy układanki zespolą się gładko w jedną całość.

Czy moja wyobraźnia działała w ten sposób od urodzenia? Co umożliwia mi narysowanie ptaka, który wygląda jak ptak? Kiedy zaczęłam zauważać, że jedna rzecz emocjonalnie przypomina drugą? Kiedy emocje i obrazy poczęły działać w zmowie z aksamitnymi rekinami?

Czymkolwiek jest wyobraźnia, jestem wdzięczna za jej elastyczność oraz gotowość, aby pomieścić wszystko, co się przydarza. Za to, że podsuwa mi ławice obrazów opływające mózg, który znajduje emocjonalny oddźwięk we wszystkim, co napotyka na swojej drodze. Pozostaje mi jedynie wyzbyć się samoświadomości, aby wyobraźnia popłynęła nieskrępowanym nurtem, na podobieństwo muzyki.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

WSTĘP. GDZIE ZACZYNA SIĘ PRZESZŁOŚĆ

PROLOG. ŁAMACZKA GRZEBIENI

I. WYOBRAŹNIA

ROZDZIAŁ PIERWSZY. NIESZCZELNA WYOBRAŹNIA

ROZDZIAŁ DRUGI. MUZYKA JAKO MUZA

ROZDZIAŁ TRZECI. UKRYTY GENIUSZ

II. PAMIĘĆ W EMOCJI

ROZDZIAŁ CZWARTY. SZCZERE EMOCJE

ROZDZIAŁ PIĄTY. ODCZUCIE TEGO, JAK SIĘ WTEDY CZUŁAM

III. ODZYSKIWANIE PRZESZŁOŚCI

ROZDZIAŁ SZÓSTY. NIEPOWSTRZYMANA

IV. NIEZNANE ZAKOŃCZENIA

ROZDZIAŁ SIÓDMY. NAJMROCZNIEJSZA CHWILA W MOIM ŻYCIU

ROZDZIAŁ ÓSMY. OJCIEC, KTÓREGO NIE ZNAŁAM

V. CZYTANIE I PISANIE

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY. JAK NAUCZYŁAM SIĘ CZYTAĆ

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY. LISTY DO WYDAWCY

ROZDZIAŁ JEDENASTY. LISTY PO ANGIELSKU

VI. JĘZYK

ROZDZIAŁ DWUNASTY. JĘZYK: OPOWIEŚĆ MIŁOSNA

ROZDZIAŁ TRZYNASTY. ZASADY LINGWISTYKI

EPILOG. WSPÓŁLOKATORZY

PODZIĘKOWANIA

2 Nature Journal.

3 Amy Tan, Klub Radości i Szczęścia, w przekładzie Barbary Korzon, Prószyński i S-ka.

Spis treści

WSTĘP. GDZIE ZACZYNA SIĘ PRZESZŁOŚĆ

PROLOG. ŁAMACZKA GRZEBIENI

I. WYOBRAŹNIA ROZDZIAŁ PIERWSZY. NIESZCZELNA WYOBRAŹNIA

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Gdzie zaczyna się przeszłość Dolina spełnienia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy