Odetchnij jeszcze raz

Odetchnij jeszcze raz

Autorzy: Mariusz Ziomecki

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 480

cena od: 20.74 zł

Tajemnica każdej zbrodni powinna zostać wyjaśniona, ale czasem trzeba za to zapłacić wysoką cenę…

Słynny i bogaty kompozytor gotowy jest zapłacić górę pieniędzy za rozwikłanie zagadki zabójstwa jego żony w schyłkowych latach PRL, a zrzeszenie banków chce, by podinspektor policji w stanie spoczynku Roman Medyna wykrył kim są tajemniczy akrobaci, którzy okradają prowincjonalne placówki. Jedna z tych spraw znajdzie finał na Sycylii, gdzie detektyw stanie oko w oko z najczystszym złem w ludzkiej postaci...

W życiu prywatnym byłego policjanta też czeka niełatwe zadanie: za wszelką cenę chce odzyskać miłość i zaufanie ukochanej żony, która – nie bez przyczyny! – wyrzuciła go z domu. Barbara Medyna, była policyjna psycholog, lepiej odnajduje się w cywilu niż jej uparty i porywczy partner. Czy kobieca mądrość i tym razem zatriumfuje? Czy śmiertelne zagrożenie i konieczność zmierzenia się z niebezpieczeństwem scementują chwiejący się w posadach związek?

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

Zdjęcie na okładce

© Dave Wall/Arcangel Images

© Jag_cz/Shutterstock

Copyright © for the text by Mariusz Ziomecki

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Ta książka jest fikcją literacką. Żadna z postaci występujących w powieści nie jest ani w całości, ani częściowo wzorowana na osobach, które sprawują lub sprawowały funkcje lub zajmują albo zajmowały stanowiska opisane w książce. Ewentualne podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń nie jest zamierzone i może być jedynie przypadkowe.

ISBN 978-83-287-0907-2

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Oddech to pierwsza rzecz, jaką dostajemy po narodzinach, i ostatnia, jaką oddajemy przed śmiercią.

Miriam Dubini, Wiadomość do mnie,

przeł. Kornelia Krzystek

Spętana duszo, która, usiłując być wolna,

coraz okropniej się wikłasz…

William Shakespeare, Hamlet,

przeł. Józef Paszkowski

Spis treści

PROLOG

Dzień pierwszy Poniedziałek, 2 stycznia 2017

Dzień drugi Wtorek, 3 stycznia 2017

Dzień trzeci Środa, 4 stycznia 2017

Dzień czwarty Czwartek, 5 stycznia 2017

Dzień piąty Piątek, 6 stycznia 2017

Dzień szósty Sobota, 7 stycznia 2017

Dzień siódmy Niedziela, 8 stycznia 2017

Dzień ósmy Poniedziałek, 9 stycznia 2017

Dzień dziewiąty Wtorek, 10 stycznia 2017

Dzień dziesiąty Środa, 11 stycznia 2017

Dzień jedenasty Czwartek, 12 stycznia 2017

Dzień dwunasty Piątek, 13 stycznia 2017

Dzień trzynasty Sobota, 14 stycznia 2017

Dzień czternasty Niedziela, 15 stycznia 2017

Dzień piętnasty Poniedziałek, 16 stycznia 2017

Dzień szesnasty Wtorek, 17 stycznia 2017

Dzień siedemnasty Środa, 18 stycznia 2017

Dzień osiemnasty Czwartek, 19 stycznia 2017

Dzień dziewiętnasty Piątek, 20 stycznia 2017

Dzień dwudziesty Sobota, 21 stycznia 2017

Dzień dwudziesty pierwszy Niedziela, 22 stycznia 2017

Dzień dwudziesty drugi Poniedziałek, 23 stycznia 2017

Dzień dwudziesty trzeci Wtorek, 24 stycznia 2017

Dzień dwudziesty czwarty Środa, 25 stycznia 2017

Dzień dwudziesty piąty Czwartek, 26 stycznia 2017

Dzień dwudziesty szósty Piątek, 27 stycznia 2017

Dzień dwudziesty siódmy Sobota, 28 stycznia 2017

Dzień dwudziesty ósmy Niedziela, 29 stycznia 2017

Dzień dwudziesty dziewiąty Poniedziałek, 30 stycznia 2017

Dzień trzydziesty Wtorek, 31 stycznia 2017

Dzień trzydziesty pierwszy Środa, 1 lutego 2017

Dzień trzydziesty drugi Czwartek, 2 lutego 2017

Dzień trzydziesty trzeci Piątek, 3 lutego 2017

EPILOG

PROLOG

Czwartek, 15 czerwca 2017

Godz. 13.14

Ten ktoś spadał z nieba zbyt stylowo jak na ofiarę wypadku.

Odruchowo podniosłem głowę, gdy usłyszałem warkot samolotu. Leciał od południa. Kilka osób w naszej okolicy ma awionetki i w ładną pogodę kręcą się nad zalewem; zaciekawiło mnie, kto zapuszcza się akurat nad nasz pensjonat. I zobaczyłem, jak od krzyża maszyny oddziela się mały ciemny krzyżyk ludzkiej sylwetki.

Z rozłożonymi rękoma i tułowiem wygiętym w łuk ślizgał się w powietrzu fachowo i z gracją, jak skoczek przed otwarciem spadochronu – tyle że w tym wypadku spadochron się nie otworzył i na koniec kilkunastosekundowego lotu w tej niezmiennie eleganckiej pozycji człowiek runął na szklaną werandę naszego pensjonatu. Trzasnął w nią z ogłuszającym hukiem pękającego szkła i druzgotanych rattanowych mebli.

Stałem na trawniku dziesięć metrów dalej z tacą kieliszków napełnionych musującym winem. Odprysk szkła użądlił mnie w policzek, deszcz drobniejszych części werandy czułem we włosach i na ubraniu. Okulary przeciwsłoneczne osłoniły mi oczy.

Nie ma cudów, musiał zginąć na miejscu. Mimo to upuściłem tacę i rzuciłem się do werandy. Przybysz leżał twarzą w dół wśród zgliszczy, bez ruchu. Nie miał na sobie uprzęży spadochronu ani hełmu, ani nawet ochronnych gogli.

Samobójca. Obróciłem ciało.

Choć było zmiażdżone po zderzeniu z ojczyzną i poszatkowane przez szkło – bez żadnych wątpliwości rozpoznałem tego człowieka.

Ta sprawa – albo raczej dwie sprawy splecione jak bransoletka na moim nadgarstku, którą nasz synek wykonał z kolorowych żyłek w ramach zajęć przedszkolnych – zaczęła się zimą od nieboszczyka i oto na innym nieboszczyku zakończyła się u progu lata.

Mimo moich gabarytów, tatuaży i do niedawna łysej pały nie jestem szczególnie krwiożerczy – jak na dzisiejsze standardy przynajmniej. Więc zdecydowanie bym wolał mniej drastyczną puentę do tej historii, również ze względu na koszt remontu werandy. Ale świat jest, jaki jest: rządzi w nim diabeł, wymiar sprawiedliwości to ponury żart, a ci, którzy detektywów zatrudniają, płacą nam za wyniki. No i na koniec je dostają.

Dzień pierwszy

Poniedziałek, 2 stycznia 2017

Godz. 11.09

Kostnica 7 Szpitala Wojskowego w Dęblinie

ul. Dywizjonu 303/6

Prosektorium to dla większości śmiertelników końcowy przystanek, ale dla detektywa to często miejsce, gdzie historia się zaczyna.

Na skinienie młodszego aspiranta, szefa komisariatu z Dęblina, wąsaty pracownik popycha metalową dźwignię i ze ściany wysuwa się szuflada z nierdzewnej stali. Wszystko jest jak należy: tekturka z wypisanym ręcznie nazwiskiem przywiązana sznurkiem do palucha stopy żółtej jak woskowa świeca, dalej chude nogi i stroma ściana wzdętego brzucha, za nią otłuszczone ciało. Tylko głowa jest zgięta pod kątem ostrym i przekręcona, jakby denat chciał obejrzeć własne plecy bez pomocy lustra.

Pochylam się nad trupem, oglądam z bliska zmrożoną szyję. Wiązadła stawu potylicznego są rozwalone, przemieszczona wypustka kręgu szczytowego nienaturalnie wypycha skórę.

– Musiał być silny jak małpa. – Młodszy aspirant decyduje się rzucić fachową uwagę. – Ten, co mu to zrobił.

– Zdziwiłby się pan.

Miałem już podobnego, jeszcze jak byłem w policji. Dwunastolatek skręcił kark pijanemu ojcu. Młody przestraszył się, że tatuś nie odpowiada, i tak szarpnął głową nieprzytomnego, że został sierotą.

– Masę ma, ale też swoje lata – dodaję. – Emeryt, co?

– A kto inny przyjdzie pracować za osiem złotych? Tylko takich biorą do ochrony.

– Od zeszłego roku jest dwanaście za godzinę – zauważam.

My z Baśką martwiliśmy się tą podwyżką płacy minimalnej. Niby o wiele nie poszła w górę, ludzie tych paru złotych nie odczuli, ale jak wszystko dodać, podatki, zusy-śrusy, to windowało nam koszty w pensjonacie. Ostatnio rodzinny interes pozostaje głównie na głowie mojej żony, bo kazała mi się wyprowadzić, ale kiedyś sytuacja przecież wróci do normy. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Wciąż się rozliczamy i sumiennie dzielimy dochodami na koniec każdego miesiąca. Biznes należy tak samo do mnie, jak do niej.

– I co z tego? Nie ma mocnych na skurwysynów z firm – mówi gliniarz i przygląda mi się spode łba. – Co miesiąc odciągają pracownikom regulaminowe kary albo opłaty za użyczenie mundurów. I znów wychodzi osiem złotych na godzinę.

Z zachowania szefa dęblińskiego komisariatu widzę, że nie jest przekonany, czy warto mi pomagać. A jeśli każą mu się tłumaczyć z konszachtów z prywatnym detektywem? Zwłaszcza takim, co wygląda jak ja. Jesienią, gdy znalazłem się poza domem, ogoliłem łeb na łyso i zrobiłem sobie sporo tatuaży na ramionach, na karku, z tyłu czaszki. Nietypowe dla emerytowanego podinspektora z działu zabójstw Komendy Stołecznej. Dębliński gliniarz od początku był podejrzliwy, przenosił wzrok ze mnie na zlecenie na blankiecie firmowym z zielonym logo, z pieczęcią i podpisem wiceprezes zrzeszenia banków, i znów na mnie. Ledwo udało mi się go namówić, żeby przyjechał ze mną do kostnicy. Bez tego nie miałbym szansy rzucić okiem na nieboszczyka.

Ranek mam pracowity, wyruszałem w drogę, gdy nad zalewem było jeszcze ciemno. Prószył lekki śnieg. Na komisariacie zameldowałem się już po spotkaniu z kierownikiem Spółdzielczego Banku Rolnego w Dęblinie. Oddział przy Pułaskiego 7 nie został otwarty po świętach. Kartka na drzwiach informowała, że bank jest nieczynny do odwołania. Na szczęście dostałem w centrali numer komórki kierownika. Okazało się, że akurat był wewnątrz. Prawie strzelił przede mną obcasami, gdy przeczytał pismo pani wiceprezes.

Najpierw zażyczyłem sobie zobaczyć tę słynną dziurę w dachu. Zaprowadził mnie klatką schodową na drugie piętro, a tam w jednym z sześciu ciemnych pokojów mętne światło dnia przenikało przez wypiłowany otwór w suficie. Od strony dachu został przykryty przezroczystą folią. Otwór był okrągły i zaskakująco mały.

Jakby obrobili ten nieszczęsny bank metodą laparoskopową.

– W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakieś dzieciaki się wśliznęły. – Kierownik nie przestawał gadać. Niski, z wianuszkiem włosów dokoła czaszki i w okularach z grubymi szkłami, zachowywał się jak zdenerwowany nauczyciel, tylko w drogim garniturze. – Ale dzieciaki by nie oślepiły czarnym sprejem kamer monitoringu. No i by nie ukatrupiły naszego pana Władka, prawda?

Podłoga bezpośrednio pod otworem usiana była opiłkami drewna i czegoś czarnego, chyba papy.

– Da się wejść na ten dach?

– Kiedyś tak, ale zamurowaliśmy, zakładając oddział. Teraz tylko po drabinie. Niestety nie mamy takiej długiej na stanie. Zresztą nie radziłbym, dach pewnie oblodzony…

– To w tamtej szafie trzymaliście gotówkę?

– Zgodnie z naszym regulaminem.

Stała pod ścianą, metalowa, szeroko otwarta. Na obu skrzydłach blaszanych drzwi zobaczyłem przykręcone śrubkami metalowe kapsle, chyba po piwie, wypełnione plasteliną. W lewym tkwił kawałek zwykłego sznurka. Uniwersalny patent urzędników, polska odpowiedź na pieczęć z laku.

– Może pan zapalić światło?

Wyciągnąłem z kieszeni kurtki lateksowe rękawiczki, składaną lupę, punktową ołówkową latarkę i zabrałem się do oględzin. Na wbudowanym zamku nie znalazłem śladów uszkodzeń mechanicznych, na kłódce również. Ktoś umiał otwierać proste zamki albo po prostu dysponował kluczami. I sprawcy wiedzieli, w którym miejscu piłować dach. Znaleźli się dokładnie na środku właściwego pomieszczenia.

– Przydałaby się drabinka. Albo chociaż krzesło.

Kierownik przytaszczył krzesło z sąsiedniego pokoju. Ostrożnie ustawiłem je wśród opiłków i stanąłem na siedzeniu. Świecąc latarką, długo oglądałem otwór. Doszedłem do wniosku, że faktycznie został zrobiony od zewnątrz.

Potem zająłem się metalową szafą. W środku na półkach stało kilka segregatorów z dokumentami. Trzy puste kasetki na bilon leżały na podłodze obok szafy. Uważałem, by żadnej nie potrącić butem.

Kierownik nie chciał mi powiedzieć, ile pieniędzy zabrano, zarząd zakazał udzielania takich informacji. Wyciągnąłem z niego jednak, że chodziło o dwa płócienne woreczki z paczkami banknotów oklejonymi banderolami. W dzisiejszych czasach banki nie trzymają wiele gotówki.

– Dokładnie tak to miejsce znaleźliście? W takim stanie jak teraz?

– Niczego nie ruszaliśmy – potwierdził skwapliwie.

Opowiedział, jak pracownicy przyszli do banku rano w piątek, dzień przed Wigilią, i natknęli się na dole na ciało strażnika. Wybuchło zamieszanie, kobiety płakały, mężczyźni wzywali policję z kilku telefonów jednocześnie. Gdy już przybył radiowóz, jedna z kasjerek odkryła, że zniknęła też rezerwa gotówkowa przechowywana na górze.

Pomieszczenie z szafą nie zostało zabezpieczone przez policję, kierownik po prostu otworzył drzwi kluczem. Podobnie ta część parteru, gdzie leżały zwłoki. Regulaminowo cały budynek powinien zostać opieczętowany i pilnowany przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, skoro tuż przed świętami nie byli w stanie w zabezpieczyć miejsca przestępstwa.

– Przesłuchiwali pana?

Na pucołowatej twarzy pojawił się pogardliwy grymas.

– Skąd! Policja i prokuratura palcem nie kiwnęły do Nowego Roku. A teraz mamy styczeń i znów nic się nie dzieje. Banda nierobów! Potrafią tylko pouczać kierownictwo banku w kwestiach bezpieczeństwa. Choć nasi pracownicy, bez wyjątku, przechodzą profesjonalne szkolenia. Smutne, ale polska policja do końca schodzi na psy. Nigdy nie była zbyt dobra, ale ostatnio – przepraszam za szczerość – nadaje się tylko, żeby ją o dupę potłuc. Jako kierownik oddziału nie mam pojęcia, kiedy znów otworzymy! A przecież oni mogliby…

Przerwał tknięty nagłym przeczuciem.

– Pan, panie detektywie, nie był w policji? Bo jeśli tu jakaś niedelikatność wyszła, to ja bardzo…

– Dawno temu i nieprawda – pocieszyłem go i pożegnałem się.

Młodszy aspirant z komisariatu ma własne zdanie o bankach rolnych i ich szefach.

– Cwane miśki. – Wydyma pogardliwie wargi. – Badaliśmy im stan zabezpieczeń biernych i czynnych w oddziale w ramach audytu. Nawet porządnych drzwi nie założyli. Nie mówiąc już o śluzie przeciwnapadowej, alarmie akustycznym czy monitoringu z prawdziwego zdarzenia. A jacy goryle ich ochraniali, to widzisz, kolego, przed sobą. Prosili się, żeby ich skroić.

Patrzymy obaj na żółtawy kształt przed nami w stanie idealnego bezruchu, jaki osiąga tylko materia nieożywiona. Nie da się udać trupa, po prostu leżąc z wstrzymanym oddechem. Daję znak wąsatemu, że może już wsunąć szufladę na powrót do ciemnej komory chłodni.

– To był ich pracownik?

– Skąd! Bank najął firemkę krzak z Garwolina, po taniości. Trzymali jednego dziadka na zmianie, tylko w godzinach urzędowania. Czysta, kurwa, fikcja, bo taki nie pomoże, nawet jak się klient wkurwi i japę wypruje na urzędniczki albo pijak się przyplącze z ulicy.

– Coś wiadomo o ofierze?

– Tego akurat trochę znałem, na mojej ulicy mieszkał. Kiedyś jeździł dla PKS, ale kręgosłup mu się rozsypał i musiał przejść na rentę. W rodzinie się nie przelewało, był skonfliktowany z córką i zięciem. Słuchałem córki na notatkę. Zeznała, że pokłócili się w kuchni podczas przygotowań do wigilii o galaretę do karpia. Podobno nawet niebieską kartę mieli im zakładać, ale machnąłem ręką; za dużo takich rodzin jest. W święta młody się upił, więc stary poszedł spać do banku. Żeby zięciowi zejść z oczu. No i wszedł w oczy komuś innemu, biedak.

– Często tam nocował?

– Nie mamy takich danych. Ale raczej nie, w pomieszczeniu dla strażników nie ma się na czym położyć, korpo nie pozwoliło im wstawić leżanki. Owinął się kocem na fotelu w sali obrachunkowej za kasami. Tam go znaleźli rano.

– To on wyłączył alarm wewnątrz budynku?

– Na to wygląda.

– Zięć z tych, co potrafią skręcić kark?

– A kto go wie. Młody byczek, typowa patologia. Mamy tu takich pół miasta.

– Kiedy ruszacie z dochodzeniem?

– My nigdy. Po południu ma przyjechać do banku śledczy z Garwolina. Będzie słuchał pracowników i kierownika.

– A prokurator?

– Na nartach w Alpach. Nie wiem, kiedy wraca. To teraz paniska są.

Podsuwam mu swoją wizytówkę.

– Gdyby śledczy coś ciekawego ustalił… Chętnie z nim pogadam, daj mi cynk, kto to. Umiem się odwdzięczyć.

Rozważa propozycję przez chwilę z niechętnym grymasem na twarzy. Jednak chowa kartonik do kieszeni.

– Wreszcie mówisz jak inteligentny człowiek. Ale nie liczyłbym, że Garwolin stanie na głowie, jeśli wiesz, co mam na myśli.

– Wiem. Nikt nie lubi banków.

Ale tu śmierdzi na dworze. Zimno, wszystkie kopciuchy w okolicy pracują.

Godz. 13.26

Szosa na Lublin

za rondem w miejscowości Kołbiel

Czerwone mitsubishi mam na oku od kilku kilometrów. Wykonuje podejrzane manewry: gdy auto nadjeżdżające z przeciwka zaczyna wyprzedzać, grzecznie zjeżdża, robi mu miejsce. Ale jeśli wyprzedzający, zachęcony, przekracza linię środkową, mitsubishi nagle daje w lewo, zamykając tamtemu drogę i zmuszając kierowcę do gwałtownego odbicia.

Taka zabawa może się źle skończyć. Kamerka w moim bmw zarejestrowała już kilka takich akcji. Jeśli dojdzie choćby do otarcia, kierowca wozu znajdującego się na przeciwległym pasie ruchu będzie uznany winnym zdarzenia w ruchu drogowym.

Jak nic, cwaniak poluje na stłuczkę i reperację z cudzego OC.

Powinienem przycisnąć gaz, wyprzedzić go i zapomnieć. Ale nie cierpię takich typów. Igrają ze zdrowiem i życiem innych. Trzymam się za nim i czuję, jak w gardle rośnie mi gula ze złości.

Godz. 13.57

Szosa na Lublin

Wiązowna

Typowi udaje się przed samą Warszawą. Na wysokości nowego hotelu Brant ciemnozielony range rover niezbyt szybko, za to zbyt szerokim łukiem omija kawalkadę aut dostawczych skręcających w prawo do hotelu. Mitsubishi przysuwa się i z hukiem szoruje bokiem po burcie range’a.

Wszyscy dajemy po hamulcach. Kierowcy range’a i mitsubishi tak samo, stają na środku szosy.

Zjeżdżam na pobocze kilkadziesiąt metrów dalej i wyskakuję z wozu. Gdy dochodzę na miejsce, tamci już zapalili światła awaryjne i oglądają uszkodzenia. Środek jezdni jest zastawiony, ruch zaczyna się korkować.

Sprawca stłuczki jest młody, ubrany w dżinsy i skórzaną kurtkę. Klnie wniebogłosy, machając rękami i wyzywając gościa z terenówki od pacanów. Tamten, starszy, z białą kozią bródką, wydaje się zdezorientowany. Płatki drobnego śniegu padają na jego dziwaczny garnitur. Przedłużona do kolan czarna marynarka nie ma klap, a biała koszula kończy się stójką, nie kołnierzem. Jest spięta długą szpilką ozdobioną ciemnym kamieniem.

– Wszyscy widzieli, jak ten baran na mnie się wpakował! – drze się ten od mitsubishi, wskazując na mnie palcem. – Ten pan też, prawda?

Nie odpowiadam. Delikatnie, żeby nie przestraszyć siwego, chwytam go za ramię.

– Padł pan ofiarą przestępstwa – mówię cicho. – Jestem byłym policjantem i naocznym świadkiem. Zejdźmy z drogi, tu zaraz ktoś na pana wjedzie.

Kozia Bródka bez oporu pozwala się prowadzić na pobocze. Widząc to, drugi z kierowców przestaje się wydzierać i dołącza do nas. Demonstracyjnie wyciąga telefon komórkowy.

– Dzwonię po policję!

– Dzwoń. Bardzo dobrze. – Patrzę mu prosto w oczy. – Jechałem za tobą od Kołbieli, człowieku. Mam nagrane na kamerce co najmniej cztery próby sprowokowania wypadku. Będą kłopoty. Zeznam na policji, pokażę nagranie.

– Pierdolisz. – Tamten odpowiada hardo, ale rozgląda się szybko, sprawdza otoczenie.

– To nie będzie aż tak przyjemne, obawiam się.

Oczy mu się zwężają, jednak nie ma odwagi podnieść na mnie ręki. Jestem o głowę wyższy i co najmniej o trzydzieści kilo cięższy. A odkąd zrobiłem sobie te tatuaże, rzadziej muszę się bić z frajerami. Masa i dziary budzą respekt.

– Nazywam się Medyna, jestem policjantem w stanie spoczynku – dobijam go. – Wpadłeś w gówno po uszy, kolego.

– Drogówka przyzna mi rację – warczy. – I każdy sąd. Ten baran wjechał na przeciwny pas i zniszczył mi nowy samochód! Ale… możemy się dogadać. – Odwraca się do Koziej Bródki, który wciąż nie jarzy, o co chodzi. Dygocze z zimna w swoim jedwabnym wdzianku.

– Będziesz się dogadywał z policją. – Sięgam po swój telefon.

– Zaczekaj… Luknijmy na ten zapis. Jeśli faktycznie go masz…

Próbuje ze mną na bezczela. Jak większość cwaniaków, kiedy się ich złapie za rękę.

– A co ja jestem, narzeczona, żeby ci pokazywać? – rzucam. – Prokurator doceni nagranie.

– Panowie, apeluję o spokój – odzywa się Kozia Bródka, klekocząc zębami. – Podjedźmy na kawę w jakieś ciepłe miejsce, omówimy sytuację. Jak cywilizowani ludzie.

Pomysł bez sensu. Ale to on poniósł szkodę, a poza musimy przesunąć fury, zanim przelotówka zapcha się całkowicie. Wbrew temu, co sądzi większość kierowców, jeśli w zdarzeniu drogowym nie ma ofiar, należy umożliwić ruch na drodze, zjeżdżając albo spychając pojazdy na pobocze. Równie dobrze możemy więc podjechać na parking najbliższej knajpki.

– Może niech pan zaczeka w wozie – rzucam do posiadacza range’a.

Żeby zdobyć klienta, należy zaskarbić sobie jego zaufanie, postępować elastycznie. Ruszam truchtem do swojej fury. Otwieram drzwi pilotem, wsuwam się na siedzenie i wyjmuję kamerę z uchwytu za przednią szybą. Wciskam guzik przewijania, kolorowy obraz na małym ekranie zamazuje się, a cyfrowy zegar cofa się szybko. Szukam sekwencji, którą nagrałem za Kołbielą. Gdy po minucie mam ją na ekranie, kierowca z mitsubishi stoi obok moich drzwi. Opuszczam szybę i podaję mu urządzenie.

– Zobacz sobie, kolego. Możesz zacząć płakać nad sobą.

Błąd.

Zamiast się zmartwić, facet daje nura pomiędzy auta z moją kamerą w ręku. Wyskakuję za nim, ale po kilku sekundach idę po rozum do głowy i wracam za kierownicę. Tamten mknie jak zając do swojego mitsubishi, a ja ze swoim tytanowym kolanem nie jestem cholernym Usainem Boltem. Zero szans, że go dopadnę z buta.

Sprawca stłuczki jest w aucie i rusza w stronę Warszawy. Próbuję zajechać mu drogę, ale przez bezcenne sekundy blokuje mnie ciężarówka. Gdy wreszcie udaje mi się wydostać na asfalt, czerwone japońskie auto ma nade mną kilkaset metrów przewagi. Pruje w stronę miejscowości Zakręt, gdzie szosa z Lublina wchodzi w Trakt Brzeski. Dalej będzie próbował mnie zgubić na wylotówce albo na uliczkach osiedli, które rozrosły się po obu stronach traktu.

Tyle że mu się nie uda. Moje stare bmw coupé z usuniętymi oznaczeniami to M3 CSL MG. Prawdziwa rakieta z 2003 roku: trzysta sześćdziesiąt koni pod maską, poniżej pięciu sekund od zera do setki, maksymalna szybkość elektronicznie ograniczona do dwustu sześćdziesięciu czterech kilometrów na godzinę – na mitsubishi starczy.

Sprzedawca tego klasyka prawie płakał, gdy w trakcie jazdy próbnej przy stówce wcisnąłem pedał do blachy. Z wizgiem odpaliły dwie turbosprężarki sześciocylindrowej jednostki napędowej i słoń – co ja mówię, mamut przedpotopowy! – kopnął nas w dupę. Wóz skoczył do przodu jak atakujący myśliwiec… Sam się wzruszyłem. Dogadaliśmy się na równe pięćdziesiąt tysi gotówką.

Niby dużo pieniędzy za starego rzęcha, który w dodatku żłopie paliwo jak ruski czołg. Ale popatrzcie na to z innej strony: to umiarkowana cena za auto, które rusza się nie gorzej niż porsche carrera – egzemplarz, którym na swoje nieszczęście miałem okazję powozić tyłek wiosną, co bezpowrotnie wypaczyło mi charakter.

Teraz z rykiem szóstki zbliżam się do mitsubishi, które ciśnie, ile japońska fabryka mu dała. Pół kilometra przed skrzyżowaniem z Traktem Brzeskim już siedzę cwaniakowi na ogonie – jakbym dogonił babcię, która przez kopny śnieg pcha wózek z bliźniakami.

Na trakcie przed nami ruch gęsty, wóz za wozem. Koleś albo będzie musiał się zatrzymać, albo wbije się tam na los szczęścia – pół na pół, że będzie miał czym jechać dalej. Ale nawet jeśli mu się uda, po kilkuset metrach utknie w korku.

I będzie mój. Wyciągnę go z tego wozu za kark.

Jednak nie ryzykuje ze skrzyżowaniem, dwieście metrów wcześniej skręca ostro w lewo. Ślizgiem przecina przeciwległy pas tuż przed maską rozpaczliwie hamującego forda i wpada w jakąś dróżkę ledwo widoczną spod śniegu. Chyba skrót do osiedla Starej Miłosnej. Ruszam za nim, gdy w sznurze aut od Warszawy wreszcie robi się luka.

Dróżka wije się i jest śliska jak diabli, pod warstwą śniegu leży żywy lód. Tu nie zaszaleję z tylnym napędem, nawet z włączoną stabilizującą elektroniką. Biorę kolejne zakręty sześćdziesiątką, a i tak beema zamiata zadem od krawężnika do krawężnika. Gdy wydostaję się na prostą, widzę, że czerwone auto znika w prostopadłej alejce jakieś sto metrów przede mną, przy sklepie Biedronki.

Jeszcze ułamek sekundy, a bym go nie dostrzegł.

Nadganiam kawałek, hamuję z grzechotaniem ABS-a i też daję w lewo. Jest przede mną: mitsubishi też podlega prawom fizyki, uciekinier nie zyskał wiele przewagi.

Przy kolejnym skrzyżowaniu gwałtownie hamuje, jakaś kobieta z dzieckiem i psem wchodzą na jezdnię. Zarzuca go, ale omija ich i pędzi prosto. I po pięciu sekundach mamy koniec wyścigów.

To jest ślepa uliczka.

Pozamiatane. Po prawej ogrodzone siatką posesje, po lewej też, a drogę zamyka szeroki rów z wąskim mostkiem dla pieszych. Jakaś rzeczka tędy płynie. Nawet wojskowy hummer się nie przedrze.

Staję dokładnie za nim i wyłączam silnik. Wysiadam z samochodu, zdejmuję kurtkę i owijam nią prawe ramię. Nie zamierzam się pokaleczyć odłamkami szkła. Większość takich cwaniaków nie chce wysiadać z wozu dobrowolnie, blokują drzwi. Musi być coś w mojej mowie ciała, że wolą się nie ruszać. Prawie przestają oddychać.

A jednak – niespodzianka. Facet opuszcza szybę i wysuwa ramię na zewnątrz. Coś trzyma w dłoni, wyciąga do mnie.

Moja kamerka.

Łaskawca. Jedną ręką odbieram swój sprzęt, drugą przytrzymuję go za nadgarstek. Chowam własność do kieszeni, potem odblokowuję jego drzwi i otwieram. Sięgam głębiej i szybko wyciągam kluczyk ze stacyjki.

Gość próbuje wygramolić się z wozu.

– Nie trudź się – mówię i uderzeniem kolana wbijam go na powrót na obite czarną tkaniną siedzenie. – Nie ruszaj tak ustami, bo przypominasz karpia. Oddech ci wróci, chyba że masz pecha i pikawa nie da rady… Teraz łapki za fotel. Chyba nie chcesz, żeby ci się któraś złamała?

W kieszeni kurtki mam plastikowe paski z zaciskami, których używam jako kajdanek. Minutę później gagatek jest unieruchomiony na zicher. Zapinam mu jeszcze ciasno pasy i odciągam fotel maksymalnie do tyłu, żeby nie przyszło mu do głowy naciskać czołem sygnału na kierownicy.

– Muszę lecieć. Włączyć ci radio czy będziesz chciał na spokojnie zebrać myśli, zastanowić się nad swoim postępowaniem?

Oblizuje zsiniałe wargi.

– Już nic na mnie nie masz – rzęzi. – Puść mnie, chuju jeden!

Gdy dochodzi do mnie, co mogą znaczyć te słowa, zwłaszcza „już”, sprawdzam kamerkę. No tak, karta pamięci została wyjęta. Kiedy on zdążył to zrobić? I jak?

Raczej trudno wydłubać taką małą kartę jedną ręką, biegnąc co sił w nogach albo zabawiając się w kierowcę rajdowego na śliskiej szosie.

Ale zaraz. Szyba przy kierowcy była zamknięta, gdy go dogoniłem. Opuścił ją, dopiero gdy wysiadłem z samochodu.

Na śniegu karty nie widzę.

– Nie bij mnie! – wrzeszczy, gdy już nieco zły znów się nad nim pochylam. Niechcący trącam go łokciem w zęby. Jednak nie na tyle mocno, żeby dał zarobić dentyście.

Rozum mu wraca, milknie. Oblizuje tylko krew z ust. Omiatam wzrokiem zabłocone dywaniki: ale ma chlew w tym wozie! Posłusznie podnosi nogi, gdy mu każę.

Nie znajduję, czego szukam, więc przeciągam go w odwrotnym kierunku, ile się da do przodu, i otwieram tylne drzwi auta, by sprawdzić podłogę z tamtej strony. I od razu widzę swoją kartę na tylnym siedzeniu.

Po prostu rzucił ją za siebie. Nie miał czasu jej schować.

Ustawiam siedzenie ponownie z dala od kierownicy.

– Fajrant! Teraz czekaj cierpliwie na rozwój wydarzeń, synku. Ale powiem ci szczerze, to nie jest twój szczęśliwy dzień.

Zatrzaskuję powgniatane czerwone drzwi mitsubishi, zamykam na zamek pilotem w jego kluczyku. Wrzucam kluczyk na lód pod auto i odjeżdżam swoją beemą.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Odetchnij jeszcze raz Pójdź na sąd boży Umierasz i cię nie ma Mr. Pebble i Gruda 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer