Niechciany gość

Niechciany gość

Autorzy: Shari Lapena

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 21.70 zł

Pełen niespodziewanych zwrotów akcji thriller, napisany przez autorkę bestsellerów Para zza ściany i Nieznajoma w domu.

W Catskills panuje zima, a Mitchell’s Inn, hotel ukryty wśród górskich lasów, jest miejscem doskonałym na niczym niezmącony weekendowy wypoczynek albo na romantyczną schadzką. Gdy wokół pogarsza się pogoda, a burza śnieżna powoduje awarię elektryczności oraz uniemożliwia wszelką komunikację ze światem zewnętrznym, gościom nie pozostaje nic innego, jak tylko cierpliwie czekać na możliwość skontaktowania się ze światem za murami budynku.

Tymczasem jednak niespodziewanie ginie jeden z gości Mitchell’s Inn. Śmierć wygląda na efekt wypadku, ale gdy życie traci kolejna osoba, ludzie uwięzieni w hotelu na odludziu zaczynają wpadać w panikę.

W odciętym od świata luksusowym hotelu coś lub ktoś uśmierca jego mieszkańców, zabijając ich w kolejności, której reguł nikt nie jest w stanie odgadnąć. Przerażonym ludziom pozostaje czekać na śmierć lub na cudowne wybawienie, które wydaje się jednak bardzo odległe.

„Udowadniając, że czas biegnie do przodu, ale ludzie się nie zmieniają, Lapena stworzyła doskonałą zagadkę kryminalną, z której dumna byłaby sama mistrzyni Agatha Christie”.

„USA Today„

„Intrygująca akcja, izolacja od świata, zamieć śnieżna i śmierć, która czai się niemal w każdym kącie. Niechcianego gościa czyta się tak samo jak ociekające adrenaliną książki Agathy Christie. Zanim przystąpisz do lektury, odłóż na później wszelkie prace, ponieważ nie oderwiesz się od tej książki, dopóki nie przeczytasz ostatniego zdania”.

Gilly Macmillan, autorka Perfekcyjnej dziewczyny

„Lapena napisała doskonałą powieść kryminalną, emanującą atmosferą znaną z książek Agathy Christie. Czytelnicy, zachwyceni jej poprzednimi powieściami, na pewno nie oderwą się także od tej lektury. Każdy, kto lubi mroczne zagadki kryminalne, przeczyta ją jednym tchem”.

„ Library Journal „

Shari Lepena

Niechciany gość

Tytuł oryginału

An Unwanted Guest

ISBN

Copyright © 2018 by 1742145 Ontario Limited

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018

Redakcja

Robert Cichowlas

Projekt graficzny okładki

Agnieszka Herman

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Podziękowania

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Dla Mamy

Podziękowania

Jestem ogromnie zadowolona, że wciąż mogę współpracować z grupą najlepszych ludzi w branży. Moim wydawcom w USA — Brianowi Tartowi, Pameli Dorman i fantastycznemu zespołowi Viking Penguin (USA) — jeszcze raz dziękuję za świetną robotę. Dziękuję też Larry’emu Finlayowi i Frankiemu Grayowi oraz wspaniałej ekipie z Transworld UK — wszyscy jesteście nadzwyczajni. Kristin Cochrane, Amy Black, Bhavna Chauhan i znakomity zespół Doubleday Kanada — jeszcze raz wam za wszystko dziękuję. Mam ogromne szczęście, że wspiera mnie tak wielu prawdziwie utalentowanych ludzi, oddanych pracy i pełnych entuzjazmu. Bez was nie dałabym rady.

Jeszcze raz dziękuję Helen Heller — nie jestem w stanie żadnymi słowami wyrazić, jak bardzo cię cenię. Dziękuję też wszystkim pracownikom Marsh Agency za reprezentowanie mnie na całym świecie.

Specjalne podziękowania kieruję do Jane Cavoliny — jesteś wspaniałą adiustatorką.

Dziękuję także porucznikowi Paulowi Prattiemu z Biura szeryfa w Sullivan County za jego wsparcie.

Chcę jeszcze powiedzieć, że wszelkie błędy w książce obciążają wyłącznie mnie.

Wreszcie, tak jak zawsze, dziękuję mojemu mężowi, Manuelowi, i naszym dzieciom, Christopherowi i Julii — wasze wsparcie i entuzjazm znaczą dla mnie więcej niż cały świat.

Rozdział pierwszy

Piątek, godz. 16:45

Droga wije się i zakręca w niespodziewanych miejscach, prowadząc coraz wyżej i głębiej w góry Catskill, sprawiając wrażenie, jakby musiała być coraz trudniejsza w miarę oddalania się od cywilizacji. Cienie się wydłużają, a pogoda wciąż się pogarsza. Z drogi można dostrzec rzekę Hudson, co jakiś czas pojawiającą się i znikającą z pola widzenia. Las, który rośnie po obu stronach drogi, zdaje się dręczyć kierowców, jakby groził, że gotów jest połknąć każdy samochód. A jednak wygląda jak las z baśni. Z kolei padający śnieg dodaje wszystkiemu wokół pocztówkowego uroku.

Gwen Delaney mocno zaciska dłonie na kierownicy i uważnie wpatruje się w drogę przez przednią szybę. W jej oczach kraj­obraz przywodzi raczej na myśl ponurą baśń i nie ma w nim nic urokliwego. Powoli zapada zmrok; wkrótce będzie zupełnie ciemno. Padający śnieg utrudnia prowadzenie samochodu, z każdą chwilą czyni to zajęcie trudniejszym i coraz bardziej męczącym. Białe płatki uderzają w szybę z taką energią i obfitością, że Gwen odnosi wrażenie, jakby tkwiła w jakiejś niekończącej się grze wideo. Nawierzchnia drogi staje się coraz bardziej ślis­ka. Gwen jest zadowolona, że ma w swoim niewielkim fiacie dobre opony. Wszystko dookoła zaczyna pokrywać biała pierzyna; trudno stwierdzić, gdzie kończy się droga, a zaczyna pobocze. Gwen ucieszy się, kiedy już dotrze na miejsce. Zaczyna żałować, że nie wybrała na nocleg hotelu w mniej odludnym miejscu. Ten, do którego zmierza z przyjaciółką, położony jest wiele kilometrów od jakiegokolwiek innego zamieszkałego miejsca.

Riley Shuter milczy, siedząc w fotelu pasażera. Cała jest kłębkiem nerwów i trudno tego nie wyczuć. Dlatego już sama jej obecność wprawia Gwen w lekkie zdenerwowanie. Ma nadzieję, że jednak nie popełniła błędu, zabierając ją ze sobą.

A przecież istotą tej krótkiej ucieczki od cywilizacji, rozmyśla Gwen, jest dostarczenie Riley chociażby odrobiny relaksu, oderwanie jej myśli od codziennych spraw. Gwen przygryza wargi, spoglądając na drogę. Jest dziewczyną z miasta, w mieście urodzoną i wychowaną. Nigdy nie przyzwyczaiła się do prowadzenia auta na odludziu. Zrobiło się strasznie ciemno. Gwen zaczyna się martwić — jedzie już znacznie dłużej, niż planowała. Nie powinny były zatrzymywać się na kawę w tym ślicznym małym barze w połowie drogi.

Teraz już właściwie nie wie, nie pamięta, czego się spodziewała, aranżując ten weekendowy wyjazd. Chodziło jej chyba tylko o zmianę otoczenia, o szansę na wspólne spędzenie kilkudziesięciu spokojnych godzin w miejscu, gdzie nic nie powinno przypominać Riley, że jej życie praktycznie legło w gruzach. Ale było to pewnie naiwne z jej strony.

Gwen ma własny bagaż problemów, trochę starszych niż problemy Riley, i zabiera je ze sobą wszędzie, dokądkolwiek się udaje. Postanowiła jednak oderwać się od nich przynajmniej na ten weekend. Mały luksusowy hotel położony w głuszy, dobre jedzenie, żadnego Internetu, niczym nieskażona natura — obie właśnie tego potrzebują.

***

Riley nerwowo wygląda przez okno samochodu, obserwując mroczny las i starając się nie wyobrażać sobie, że za chwilę ktoś wyskoczy przed maskę i będzie chciał zatrzymać wóz. W kieszeniach kurtki zaciska dłonie w pięści. Napomina się, że przecież to już nie jest Afganistan. Jest bezpieczna, blisko domu, w kraju, w stanie Nowy Jork. Nic złego nie może jej się tutaj przydarzyć.

Koleje losu i skomplikowana kariera odmieniły ją. Po wielu przejściach Riley zmieniła się tak bardzo, że z trudem rozpoznaje samą siebie. Spogląda ukradkiem na Gwen. Kiedyś były sobie bliskie. Teraz nie jest pewna, dlaczego właściwie zgodziła się pojechać z nią do tego hotelu na odludziu. Zaczyna ją obserwować. Tymczasem Gwen koncentruje wzrok na krętej i śliskiej drodze, prowadzącej wysoko w góry.

— Dobrze się czujesz? — pyta niespodziewanie.

— Ja? — reaguje Gwen. — Tak, doskonale. Wkrótce powinnyśmy być na miejscu.

W szkole dziennikarstwa na Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie obie studiowały, Gwen była pragmatyczną, twardo stąpającą po ziemi studentką. Riley z kolei była chaotyczna, lecz bardzo ambitna — zawsze chciała znajdować się w centrum wydarzeń. Gwen nie szukała przygód. Preferowała spokój i książki. Po ukończeniu studiów nie zdołała znaleźć porządnej pracy w gazecie, dlatego zaczęła wykorzystywać swoje umiejętności w dziale komunikacji w dużej korporacji i chyba nigdy tego nie żałowała. Riley wciąż interesowało wszelkie zamieszanie i konflikty, lecz mimo wszystko jeszcze przez długi czas obie trzymały się razem.

Dlaczego ona ciągle to robi? Dlaczego wciąż o tym myśli? Czuje, że zaczyna się po prostu rozpadać. Stara się spowolnić oddech, tak jak ją nauczono. Chce powstrzymać powracające wspomnienia, nie może dopuścić, aby nad nią zapanowały.

***

David Paley zatrzymuje samochód na żwirowym parkingu po prawej stronie hotelu. Wysiada i energicznie się przeciąga. Fatalna pogoda sprawiła, że jego podróż z Nowego Jorku trwała dłużej, niż zakładał, i właśnie z tego powodu ma teraz sztywne wszystkie mięśnie — przypominają mu, że nie jest już młodzieniaszkiem. Przez chwilę stoi w gęsto padającym śniegu, przygląda się budynkowi Mitchell’s Inn i dopiero po kilkunastu sekundach zabiera torbę podróżną z tylnego siedzenia swojego mercedesa.

Mitchell’s Inn to dwupiętrowy dostojny budynek z czerwonej cegły, posiadający liczne zdobienia, otoczony z trzech stron gęstym lasem. Frontowa ściana małego hotelu wychodzi na otwartą przestrzeń; pod śniegiem prawdopodobnie znajduje się trawnik. Wysokie, zimozielone, stare drzewa, które nie mają teraz liści, lecz otulone są białym puchem, zdają się prosto z lasu kierować gałęzie ku zabudowaniom. Przed frontem hotelu, pośrodku trawnika, wyrasta pojedyncze ogromne drzewo, wyciągające grube konary praktycznie w każdym kierunku. Całe pokryte jest czystym bielutkim śniegiem. Panuje cisza i spokój. Davidowi z wolna zaczyna się udzielać atmosfera relaksu.

Na każdym piętrze hotelu znajdują się duże prostokątne okna. Na drewnianą werandę i ku podwójnym frontowym drzwiom, ozdobionym zielonymi konarami, prowadzą szerokie schody. Mimo że na dworze wciąż jest względnie jasno, po obu stronach drzwi palą się już lampy, a z okien parteru przedostaje się na zewnątrz łagodne żółte światło, nadając budynkowi ciepły, gościnny charakter. David zatrzymuje się, chcąc, aby stres dnia — tygodnia i wielu lat — opadł z niego w taki sam łagodny sposób, w jaki na jego włosy, twarz i usta opadają delikatne płatki śniegu. Ma wrażenie, że przenosi się w czasie, że wchodzi w przeszłość, znacznie łaskawszą i znacznie bardziej niewinną od teraźniejszości.

Przez całe czterdzieści osiem godzin będzie się starał nie myśleć o pracy. Każdy człowiek, nieważne jak zapracowany, powinien od czasu do czasu naładować swoje baterie, nawet — a może przede wszystkim — drogi adwokat z najwyższej półki nowojorskiej palestry. Wypoczynek to dla Davida rzadki luksus, tym bardziej wypoczynek przez cały weekend. Ma zamiar w pełni ten czas wykorzystać.

***

Piątek, godz. 17:00

Lauren Day spogląda na mężczyznę, który siedzi obok niej — Iana Beetona. Nawet w niesprzyjających warunkach Ian pewnie prowadzi samochód i nie daje po sobie poznać, że sprawia mu to jakąkolwiek trudność. Kiedy odwraca głowę w jej kierunku, na ustach wykwita mu czarujący uśmiech. Lauren natychmiast odpowiada mu tym samym. Mężczyzna jest przystojny, wysoki i szczupły, lecz kiedy go zobaczyła po raz pierwszy, przede wszystkim zwróciła uwagę na jego uśmiech i na swobodny styl bycia. Lauren szuka w torebce szminki. Znajduje ją — ma łagodną czerwoną barwę, rozjaśniającą jej twarz — i starannie maluje usta, spoglądając w lusterko umieszczone w osłonie przeciwsłonecznej nad przednią szybą. Samochód podskakuje na wybojach i Lauren na chwilę przerywa malowanie, jednak Ian zaraz wyprowadza auto na równą nawierzchnię. Droga jest teraz kręta i coraz bardziej stroma, a samochód chwilami traci kontakt z zaśnieżonym podłożem.

— Ślisko, prawda? — odzywa się Lauren.

— Nic się nie martw. Doskonale dam sobie radę — mówi Ian i uśmiecha się do niej.

Kobieta odpowiada mu uśmiechem. Lubi w nim także tę pewność siebie.

— Patrz… A to co takiego? — pyta niespodziewanie Lauren.

Przed nimi, po prawej stronie, pojawia się jakiś ciemny kształt. Panuje półmrok i wśród padającego śniegu trudno cokolwiek dobrze zobaczyć, jednak wszystko wskazuje na to, że ciemny kształt to samochód, który wpadł do rowu.

Lauren przypatruje się autu, kiedy je mijają, a Ian szuka już miejsca, w którym mógłby się zatrzymać.

— Myślę, że w tym samochodzie ktoś jest — mówi dziewczyna.

— Dlaczego nie włączyli świateł awaryjnych? — dziwi się Ian.

Ostrożnie hamuje i zatrzymuje się na poboczu, bardzo uważając, żeby nie wpaść do rowu własnym pojazdem. Lauren wysiada z ciepłej kabiny i od razu zapada się w kilkucentymetrowej warstwie dziewiczego śniegu, który natychmiast wypełnia jej buty i niemal żądli kostki u jej nóg. Słyszy, że Ian również wysiada z samochodu i trzaska drzwiami.

— Hej! — krzyczy Lauren w kierunku nieruchomego samochodu.

Powoli otwierają się drzwi po stronie kierowcy.

Lauren ostrożnie, ślizgając się, schodzi do rowu. Teren jest nierówny i z trudem zachowuje równowagę. Dotarłszy do auta, chwyta za klamkę, żeby utrzymać się w pionie, i zagląda do środka.

— Nic się wam nie stało? — pyta.

Kierowcą jest kobieta mniej więcej w jej wieku — ma około trzydziestu lat. Sprawia wrażenie lekko wstrząśniętej, jednak przednia szyba samochodu nie jest bynajmniej pęknięta, a kobieta wciąż siedzi spokojnie w swoim fotelu, zapięta w pasy. Lauren spogląda ponad nią na pasażerkę. Jej twarz jest blada i wilgotna od potu. Wpatruje się przed siebie, jakby w ogóle nie zarejestrowała obecności Lauren. Ona z kolei wygląda, jakby przeżywała ogromną traumę.

Kobieta za kierownicą rzuca szybkie spojrzenie na pasażerkę, a potem patrzy z wdzięcznością na Lauren.

— Z nami wszystko w porządku — odpowiada. — Zaledwie kilka minut temu wypadłyśmy z drogi. Zastanawiałyśmy się właś­nie, co robić. Mamy szczęście, że się pani zjawiła.

Lauren wyczuwa, że Ian stanął za nią i spogląda nad jej ramieniem do wnętrza samochodu, na dwie młode kobiety. Uśmiecha się do nich czarująco.

— Zdaje się, że trzeba będzie was podholować — mówi.

— Doskonały pomysł — odpowiada kobieta zza kierownicy.

— Dokąd jechałyście? — pyta Lauren.

— Do Mitchell’s Inn.

— No proszę, co za szczęście — reaguje Ian. — My również tam zmierzamy. Zresztą Mitchell’s Inn to jedyne sympatyczne miejsce w tej okolicy. Podwieziemy was, a wy już z hotelu zadzwonicie po kogoś, kto wyciągnie samochód na drogę. Dobry pomysł?

Kobieta uśmiecha się z ulgą i kiwa głową. Jest wyraźnie zadowolona, że pomoc nadeszła tak szybko. Lauren doskonale ją rozumie. Przecież razem z koleżanką mogła zamarznąć w unieruchomionym pojeździe. Tymczasem Riley wciąż na nic nie reaguje. Zdaje się przebywać we własnym świecie.

— Macie jakieś bagaże? — pyta Lauren.

— Tak, z tyłu samochodu.

Kobieta odpina pas i wysiada zza kierownicy. W głębokim śniegu brnie do bagażnika. Pasażerka, jakby wyrwała się z transu, również powoli wysiada. Wkrótce obie kobiety wyciągają z auta po jednej torbie podróżnej.

Ian pomaga trzem towarzyszkom wydostać się na drogę. Nawet z jego pomocą wydobycie się z rowu sprawia im trudność.

— Dzięki — mówi kobieta zza kierownicy. — Mam na imię Gwen, a to jest Riley.

— Jestem Lauren, a to Ian. Wsiadajmy do samochodu. Jest bardzo zimno.

Lauren rzuca ukradkowe spojrzenie na Riley, która dotąd nie wypowiedziała ani jednego słowa. Zastanawia się, co z nią jest nie tak. Bo z całą pewnością nie zachowuje się do końca normalnie.

Rozdział drugi

Piątek, godz. 17:00

Beverly Sullivan rzuca torbę na podłogę i omiata wzrokiem pokój. Jest doskonały. Dokładnie taki jak na fotografii w folderze. Urządzony jest luksusowo, chociaż w staromodnym stylu, do jakiego Beverly nie jest przyzwyczajona, dlatego zaczyna chodzić po pokoju i dotykać znajdujących się w nim przedmiotów. Na antycznym łóżku o królewskich rozmiarach leży sterta poduszek. Rzeźbiona szafa na ubrania jest przewspaniała, a gruby orientalny dywan musiał kosztować fortunę. Podchodzi do okna, z którego rozpościera się widok na rozległy teren przed hotelem. Śnieg sprawił, że wszystko na zewnątrz wygląda niezwykle pięknie. Świeży śnieg zawsze napawa Beverly nową nadzieją.

Odwraca się od okna i zagląda do łazienki — sterylnie czystej oazy jasnych marmurów i puszystych białych ręczników. Przelotnie ogląda swoją twarz w misternie oprawionym lustrze nad toaletką, po czym się odwraca. Siadając na łóżku, żeby je przetestować, zaczyna się zastanawiać, dlaczego jej mąż jeszcze nie dotarł do pokoju. Henry został na dole przy recepcji, żeby uzyskać informacje na temat możliwości uprawiania tu narciarstwa biegowego — i Bóg wie co jeszcze — Beverly poszła więc do pokoju sama. Henry nalegał, żeby na niego nie czekała, chociaż miała wielką ochotę usiąść na jednym z krzeseł obitych ciemnoniebieskim aksamitem albo na którejś z sof ustawionych wokół kominka i posłuchać, jak jej mąż wypytuje o dostępny sprzęt sportowy. Nie chciała się jednak z nim sprzeczać. Odpycha od siebie uczucie rozczarowania. Henry potrzebuje czasu, żeby poddać się błogiemu relaksowi. Stara się wypełniać ich wspólne weekendy aktywnością, a przecież Beverly pragnie wówczas jedynie zwolnić tempo i po prostu z nim być. Odnosi wrażenie, że Henry unika chwil, które mog­liby spokojnie spędzać sam na sam, zachowuje się w taki sposób, jakby w ogóle nie był nimi zainteresowany.

Beverly wie, że jej małżeństwo jest… w złym stanie. Nie powiedziałaby jednak, że przeżywa kryzys. Należy mimo to nad nim pracować. Zaczęli z Henrym wzajemnie się od siebie odsuwać, obecność jednego w życiu drugiego przyjęła postać obojętnej oczywistości. Beverly jest temu współwinna. W jaki sposób nowoczesne małżeństwo może stawić opór tym wszystkim siłom, które zmawiają się, żeby je rozerwać? Jest w nim zbyt wiele poufałości, monotonii codzienności, płacenia wspólnych rachunków, wychowywania dzieci, pracy obojga małżonków na pełen etat i wiecznego nienadążania z obowiązkami. Beverly nie jest pewna, czy weekend w uroczym hotelu na odludziu coś zmieni, może jednak okazać się początkiem drogi ku lepszemu. Początkiem, który na pewno nie nastąpiłby, gdyby zostali w domu. Koniecznie potrzebują szansy, żeby odnowić swój związek, żeby sobie przypomnieć, co lubią w sobie nawzajem. Z dala od na zmianę kłócących się albo nadąsanych nastoletnich dzieciaków, które wymagają bezustannej uwagi i wysysają z nich energię. ­Beverly wzdycha i podświadomie się garbi; nikt nie wie, jak bardzo chciałaby wreszcie zakończyć wieczne sprzeczki z Henrym na temat dzieci. Ma nadzieję, że tutaj będą w stanie porozmawiać o wszystkich sprawach bez przeszkód, bez tego stałego, męczącego, podskórnego napięcia.

W jej głowie pojawia się mgliste pytanie, jak ten weekend się rozwinie i czy po powrocie do domu coś się w ich życiu zmieni.

***

Henry Sullivan wciąż stoi przy recepcji znajdującej się w holu, po lewej stronie szerokich schodów. Zapach bierwion płonących w kominku przypomina mu Boże Narodzenie z czasów, kiedy był chłopcem. Przegląda lśniące ulotki zachwalające lokalne restauracje i inne atrakcje. Słowo „lokalne” wydaje się trochę naciągane; wszystkie znajdują się w sporej odległości od hotelu. Niestety, z powodu obficie padającego śniegu dotarcie do nich wydaje się raczej niemożliwe, chociaż chłopak z recepcji powiedział, że jutro na drogi wyruszą pługi śnieżne i na pewno będą przejezdne. Trzymając rękę w kieszeni spodni, Henry bawi się telefonem komórkowym. Przychodzi mu do głowy, że ten hotel właściwie nie oferuje żadnych atrakcji. Beverly o tym nie wspomniała. Ogarnia go fala złości.

Nie jest pewien, dlaczego zgodził się spędzić weekend na tym odludziu. Może z poczucia winy? W każdym razie już żałuje tego wyjazdu, chciałby od razu wrócić do domu. Przez chwilę fantazjuje, że zostawia żonę w hotelu, a sam wsiada do samochodu i wyrusza w drogę powrotną. Ile czasu minęłoby, zanim zorientowałaby się, że go nie ma? Co by zrobiła? Ale szybko wyrzuca z głowy tę fantazję.

Jego żona wydaje się z każdym dniem coraz bardziej nieszczęś­liwa, jednak — wmawia sobie Henry — nie z jego powodu. Dają jej w kość dzieciaki. Praca zawodowa. Średni wiek. Coraz więcej centymetrów w talii. Ma na to wpływ wiele rzeczy. Na pewno jedna osoba nie może być w pełni odpowiedzialna za szczęście drugiej. Beverly powinna odpowiadać za siebie. Henry nie może jej teraz tak po prostu uszczęśliwić, nie potrafi.

Wciąż nie jest mu całkiem obojętna. Henry wie, że to nie jest takie proste. Kiedyś był w niej bardzo zakochany. Jest matką jego dzieci. Ale po prostu już jej nie kocha. I nie ma pojęcia, co z tym zrobić.

***

Dana Hart, przytupując, strząsa śnieg z butów od Stuarta Weitz­mana. Staje w progu i rozgląda się z aprobatą po holu. Jej uwagę przykuwają przede wszystkim wspaniałe szerokie schody. Słupki poręczy i same poręcze wykonane są z rzeźbionego, polerowanego drewna. Stopnie pokrywa gruby chodnik w ciemne kwieciste wzory. Błyszczą mosiężne pręty, mocujące płyty chodnikowe do stopni. Schody robią wielkie wrażenie, a w tych dniach wcale niełatwo wywrzeć na Danie wrażenie. Schody przywodzą jej na myśl Scarlett O’Harę z Przeminęło z wiatrem albo Normę Desmond z Bulwaru zachodzącego słońca. Są to schody, które skłaniają kobiety do ubierania najlepszych długich sukni, i Dana sobie myśli: jestem na nie gotowa. Niestety, nie zabrała ze sobą żadnej sukni wieczorowej. Co za strata, co za marnotrawstwo. Następnie dostrzega po lewej stronie wielki kamienny kominek; dookoła niego rozstawione są krzesła i sofy, sprawiające wrażenie bardzo wygodnych. Część z nich obita jest ciemnoniebieskim aksamitem, a część ciemnobrązową skórą. Stoją przy nich małe stoliki z lampkami. Ściany pokryte są od podłogi mniej więcej do połowy wysokości ciemną drewnianą boazerią. Fragment podłogi z ciemnego drewna przykrywa cudowny perski dywan. Dzięki niemu jest tutaj przytulnie i zarazem luksusowo, a właśnie takie klimaty Dana bardzo lubi. Pod sufitem błyszczy żyrandol. Zapach drewna przypomina jej rozkoszne dni, które ostatnio spędziła w domu rodzinnym Matthew. Bierze głęboki oddech i uśmiecha się. Jest bardzo szczęśliwą kobietą. Kobietą niedawno zaręczoną, na weekendowej schadzce z mężczyzną, którego zamierza poślubić. Wszystko wydaje się jej wspaniałe, łącznie z tym uroczym hotelem, który znalazł dla nich Matthew.

Wysiadła z samochodu przed hotelem, a on pojechał na parking. Za chwilę wróci z bagażami. Mijając kominek, Dana przemierza hol i podchodzi do staromodnej recepcji, umieszczonej po lewej stronie szerokich schodów. Wszystko tutaj lśni, stare drewniane meble prawdopodobnie polerowane są codziennie od niepamiętnych lat. W recepcji zajmuje miejsce młody chłopak, a trochę starszy mężczyzna — bez wątpienia gość hotelowy — opiera się o kontuar i przegląda jakieś broszury. Ujrzawszy Danę, unosi wzrok. Przez sekundę się jej przygląda, uśmiecha się jakby z zakłopotaniem i wreszcie odwraca głowę. Dana jest do tego przyzwyczajona. Wie, w jaki sposób działa na mężczyzn. Spojrzawszy na nią, niemal każdy zachowuje się tak, jakby nie dowierzał własnym oczom. Cóż, ona przecież nie może nic na to poradzić.

Młody chłopak z recepcji w pierwszej chwili stara się udawać, że jej nie widzi. Do czegoś takiego również jest przyzwyczajona.

— Nazywam się Dana Hart. Mój narzeczony i ja zarezerwowaliśmy pokój na nazwisko Matthew Hutchinson.

— Tak, oczywiście — odpowiada uprzejmie chłopak i zagląda do spisu gości. Dana zauważa, że do meldowania gości hotel używa papierowej księgi — jakże uroczo — a nie jakiegoś bezdusznego programu komputerowego. Pod ścianą, za plecami recepcjonisty, ustawiony jest regał ze staromodnymi drewnianymi przegródkami na klucze. — Zamieszkają państwo w pokoju numer 201. Trzeba przejść schodami na pierwsze piętro, a potem w prawo — wyjaśnia.

Za plecami kobiety z impetem otwierają się drzwi i do holu wpada mroźne powietrze. W progu staje Matthew z torbami w obu rękach oraz z warstwą śniegu na płaszczu i na ciemnych włosach. Podchodzi do niej i Dana strzepuje śnieg z jego ramion; uwielbia te małe gesty, które sugerują, że ten mężczyzna należy do niej.

— Witamy w Mitchell’s Inn — mówi młody recepcjonista z uśmiechem i wyciąga rękę z ciężkim mosiężnym kluczem. Dopiero teraz Dana dostrzega, że chłopak jest bardzo przystojny. — Kolację podajemy w jadalni od godziny dziewiętnastej do dwudziestej pierwszej. Przed kolacją będziemy w holu serwować drinki. Życzę państwu miłego pobytu.

— Dziękujemy. Na pewno będzie miło — odpowiada narzeczony Dany. Posyła jej słodkie spojrzenie i wykonuje gest, jakby chciał ją pocałować.

Dana unosi starannie wymodelowane brwi; w ten sposób ostrzega ukochanego, że w miejscu publicznym nie powinien pozwalać sobie na zbyt wiele.

***

Matthew podnosi torby z podłogi i idzie za Daną po szerokich schodach. W hotelu nie ma windy. Budynek jest zresztą bardzo mały. Wybrał Mitchell’s Inn po długich poszukiwaniach. Zależało mu na miejscu cichym i intymnym, w którym mógłby spędzić z narzeczoną weekend w spokoju przed szaleństwem hucznego wesela, którego najchętniej by uniknął. Wolałby poślubić ją w jakimś przyjemnym miejscu na Karaibach. Jednak spadkobierca wielkiej fortuny w Nowej Anglii nie może przecież uciec od własnego wesela. Takie zachowanie zdruzgotałoby jego matkę i wszystkie ciotki, a na to mimo wszystko nie jest gotowy. I wie, że Dana — chociaż planowanie uroczystości weselnych i mnóstwo drobnych szczegółów związanych ze ślubem chwilami ogromnie ją stresuje — tak naprawdę nie może się już doczekać tego uroczystego dnia, w którym zostanie jego żoną. Stres sprawia jednak, że zbyt emocjonalnie reaguje na niektóre sprawy. Dlatego Matthew uważa, że weekendowe wyciszenie będzie dobre dla nich obojga i dzięki niemu lepiej będą się dogadywali w trakcie ostatnich tygodni przed ślubem.

Gruby dywan zagłusza odgłosy ich kroków. Gdy idą po schodach na pierwsze piętro, a potem jeszcze kilka kroków do wejścia do pokoju numer 201, wokół panuje niemal absolutna cisza. Do drzwi przymocowana jest owalna mosiężna tabliczka z numerem, a zamek ma staromodny, duży otwór na klucz.

Matthew otwiera drzwi i mówi:

— Ty pierwsza.

Dana wchodzi do środka i uśmiecha się z uznaniem.

— Tu jest uroczo — stwierdza.

Odwraca się na pięcie w chwili, gdy jej narzeczony energicznie zatrzaskuje drzwi.

Matthew obejmuje ją ramionami.

— To ty jesteś urocza.

Całuje ją. Po długiej chwili Dana odpycha go frywolnym ruchem.

Dziewczyna zdejmuje płaszcz. Matthew idzie za jej przykładem, a potem wiesza oba płaszcze w szafie. Teraz oboje dokładnie oglądają pokój. Łóżko ma oczywiście królewskie rozmiary, a pościel, dostrzega Matthew, jest najwyższej jakości. Wanna w łazience przeznaczona jest dla dwóch osób. Na małym stoliczku przy drzwiach stoi wiaderko z butelką szampana w lodzie, a obok leży elegancka kartka ze słowami powitania od właścicieli hotelu. Przez okna widać szeroki trawnik przed budynkiem, drzewa pokryte białym puchem i długą, krętą drogę dojazdową, prowadzącą do głównej szosy, coraz mocniej zasypywaną przez śnieg. Na parkingu obok trawnika stoi jakieś pół tuzina samochodów. Narzeczeni stają ramię w ramię obok siebie i patrzą przez okno na zewnątrz.

— To jest pokój dla nowożeńców, kochanie — mówi Matthew — o ile jeszcze tego nie odgadłaś.

— Czy to przypadkiem nie przynosi pecha? — pyta Dana. — Mam na myśli korzystanie z pokoju dla nowożeńców przed ślubem.

— Och, na pewno nie. — Oboje obserwują kolejny samochód dzielnie zmagający się ze śniegiem i powoli podjeżdżający na parking. Wysiadają z niego cztery osoby. Trzy kobiety i mężczyzna. Matthew delikatnie całuje narzeczoną w szyję i rzuca pytanie: — Masz ochotę na krótką drzemkę przed kolacją?

***

Ian Beeton opada na jeden z foteli przy kominku, a tymczasem Lauren wpisuje się do księgi gości i odbiera klucz do pokoju. Właściwie miałby ochotę na drinka. Zastanawia się, jak trafić do baru. Po prawej stronie znajduje się jadalnia — prowadzące do niej z holu szklane drzwi są otwarte i Ian dostrzega stoliki przykryte białymi obrusami. Hotel już na pierwszy rzut oka sprawia sympatyczne wrażenie. Pewnie skrywa mnóstwo małych pomieszczeń i przejść. Jest przeciwieństwem typowych nowoczesnych hoteli, budowanych w taki sposób, aby jak najefektywniej wykorzystać każdą przestrzeń.

Spogląda na dwie kobiety, które uratował razem z Lauren. To Gwen, ta zza kierownicy, odbiera klucz do pokoju. Wszystko wskazuje na to, że obie zamieszkają razem. Kieruje ku nim przeciągłe spojrzenie, kiedy idą po schodach. Przez chwilę tylko się za nimi gapi, nie myśląc o niczym.

Podchodzi Lauren i kładzie dłoń na jego ramieniu.

— Gotowy?

— Jasne.

— Kolację dostaniemy pomiędzy dziewiętnastą a dwudziestą pierwszą w jadalni, ale wcześniej możemy zejść do holu na koktajl.

— Dobrze. Na co więc czekamy?

— Mieszkamy na drugim piętrze.

Ian wstaje, podnosi z podłogi torby podróżne i idzie za Lauren po schodach. Jest bardzo cicho. Może to z powodu śniegu, grubego dywanu albo stonowanego oświetlenia, ale wszystko w hotelu wydaje się jakby stłumione, powściągliwe.

— Nie sądzisz, że ta Riley jest jakaś dziwna? — szepcze Lauren na schodach.

— Sprawiała wrażenie mocno wstrząśniętej — przyznaje Ian.

— Przez cały czas nie powiedziała ani jednego słowa. A przecież ich samochód po prostu zsunął się z drogi. Nic złego się nie wydarzyło.

— Może już wcześniej przeżyła jakiś poważny wypadek samochodowy?

— Być może. — Na drugim piętrze Lauren odwraca się do Iana i mówi: — Wydawała mi się okropnie spięta. Wyczułam u niej dziwne wibracje.

— Nie myśl już o niej — odpowiada Ian i niespodziewanie obdarza ją czułym całusem. — Myśl o mnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Niechciany gość Nieznajoma w domu Para zza ściany 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt