Potęga przestrzeni wokół nas

Potęga przestrzeni wokół nas

Autorzy: Grażyna Jagielska Bernheimer Lily

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.39 zł

„Kształtujemy nasze budynki, a potem te budynki kształtują nas” – powiedział Churchill. I miał rację. Ale zanim pojawiły się budynki, kształtowały nas nasze naturalne siedliska. Tak więc nasze otoczenie – to naturalne i zaprojektowane – może sprawić, że poczujemy się zdrowsi, ładniejsi, będziemy szybciej rozwiązywać problemy, a nawet mniej śmiecić.

Przestrzeń jest jak tajny scenariusz kierujący naszym działaniem.
Dlaczego więc od lat budujemy miasta, które wywołują choroby, alienację i przestępczość? Ufamy sygnalizacji świetlnej, a przecież ulegamy wypadkom rzadziej, kiedy sami zwracamy uwagę na otoczenie. Projektujemy parki, z których nikt nie korzysta, i instalujemy inteligentne czujniki, które potem ignorujemy. Dostosowując się do skali i tempa XXI wieku, straciliśmy sprawczość, którą mieliśmy kiedyś, kreując przestrzeń wokół nas. Wiele z tego, co zagubiliśmy, możemy jednak odzyskać.

Redaktorka prowadząca

Małgorzata Cebo-Foniok

Konsultacja naukowa

prof. dr hab. Augustyn Bańka

SWPS Uniwersytet Humanistycznospołeczny

Korekta

Piotr Janas

Halina Lisińska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok na podstawie koncepcji Jamiego Keenana

Ilustracje na okładce i w książce

© Grace Exley

Zdjęcia na okładce

© Shutterstock: Parinya, Maxx-Studio

Tytuł oryginału

The Shaping of Us

The Shaping of Us

Copyright © 2017 by Lily Bernheimer

International Rights Management: Susanna Lea Associates

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

Fragment piosenki Little Boxes’

Words and music by Malvina Reynolds

Copyright 1962 Schroder Music Co. (ASCAP); Renewed 1990

Used by permission. All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6826-2

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Moim rodzicom. Dzięki ich współpracy ta książka mogła powstać.

„Traktujemy przestrzeń trochę tak jak seks. Wiemy, że istnieje, ale o tym nie mówimy”.

Edward T. Hall

amerykański antropolog, twórca proksemiki, nauki badającej wzajemne relacje przestrzenne między ludźmi

Przedmowa

Przestrzenie, które zamieszkujemy, kształtują nasze życie. Oddziałują na nasze uczucia, zachowania, tożsamość, a nawet na to, jak szybko rozwiązujemy problemy. Środowiska, w jakich spędzamy czas, mogą sprawić, że będziemy zdrowsi, mogą zmniejszyć odczuwanie bólu, zniechęcić nas do śmiecenia. Przestrzeń jest jak tajny scenariusz kierujący naszym działaniem. Jest to scenariusz, który częściowo piszemy sami, wybierając miejsce pracy, znajomych, sposób urządzenia domu. Ale podobnie jak aktorzy w sztuce, utrzymujemy iluzję, że nasze działania nie są zainscenizowane.

Przypomnij sobie pierwszy wyjazd za granicę. Pieniądze są dziwne, ludzie stają za blisko, a ulica jest dżunglą form. Jesteś poza scenariuszem. Wiemy intuicyjnie, że przestrzeń decyduje o tym, kim jesteśmy – jako jednostki i jako społeczeństwa. Dziwne jest to, że nie uświadamiamy sobie, jak bardzo środowisko nas kształtuje. Może dlatego, że tak trudno uchwycić moment, kiedy to się dzieje. Dlaczego tak wiele osób woli starsze domy i dlaczego nasze współczesne próby naśladowania starszego budownictwa ponoszą tak spektakularne fiasko? Czy jest to kwestia zewnętrznego wyglądu, kunsztu rzemieślniczego, materiałów budowlanych, miasta, do którego te budynki przynależą, czy interakcji, w jakie wchodzimy w starych murach?

Nasze zachowanie jest często sprzeczne z naszą intuicją. Wierzymy, że sygnalizacja świetlna i krawężniki zapewnią nam bezpieczeństwo, a przecież ulegamy wypadkom rzadziej, kiedy musimy zwracać uwagę na otoczenie. Budujemy obiecujące parki, z których nikt nie korzysta, i instalujemy inteligentne czujniki, które potem ignorujemy. Jak to się dzieje, że odludna alejka staje się ożywionym centrum społecznym, i dlaczego społeczności jednoczą się, by ocalić zrujnowane budynki?

Lubimy, kiedy przestrzenie z nami flirtują – złożone i tajemnicze – ale nie zagrażają celom, jakie chcemy osiągnąć. Środowisko zabudowane najlepiej służy naszemu szczęściu, gdy w jakiś sposób powiela świat naturalny – poprzez wzorce, wymiar, światło, wystrój, dźwięk – w skali i tonacji, do jakich zostaliśmy stworzeni.

W Potędze przestrzeni wokół nas ujawniam, w jaki sposób otoczenie nas kształtuje i co kształt tego otoczenia mówi o nas. Jak przestrzeń kształtuje wspólnotę, kreatywność i tożsamość w sferze przestrzeni publicznej, w domu, w miejscu pracy, ośrodku zdrowia. Badam doświadczenia różnych kultur i typów osobowościowych, korzyści płynące z oddolnego i mainstreamowego podejścia do budowania. Co sprawia, że przestrzeń się sprawdza, i co się z nami stanie, jeżeli nie posłuchamy instynktu, który podpowiada co dla nas dobre? Dochodzę do sedna tego, jak staliśmy się ludźmi, którymi jesteśmy dzisiaj. Śledzę ten proces od najwcześniejszych momentów naszej ewolucji aż po światy, które zbudowaliśmy.

Wprowadzenie

Kształtujemy nasze budynki, a potem te budynki kształtują nas.1

Winston Churchill

Ta książka nie stawia natury w opozycji do kultury. Traktuje o jednym i drugim. Środowiska, które zamieszkujemy, kształtują nas tak dogłębnie, że ich wpływ niweluje to rozróżnienie. Winston Churchill miał rację – do pewnego stopnia. Ponieważ ludzie są na ziemi o wiele dłużej niż budynki. A zanim pojawiły się budynki, kształtowały nas elementy i środowiska naszych naturalnych siedlisk.

Potęga przestrzeni wokół nas śledzi ten proces, ukazuje, jak powstawały nasze preferencje i systemy percepcyjne w odniesieniu do środowisk, w których ewoluowaliśmy. Jak, w wyniku naszych inklinacji, budowaliśmy nasze domy, estetykę i siedliska. Jak powoli traciliśmy tę podstawową zdolność, by budować i zachowywać środowiska, które służą nam najlepiej. I jak możemy je odzyskać.

Ujawnię, jak kształtują nas domy, ulice i sąsiedztwo, i co kształt tych przestrzeni mówi o nas. Jak krajobrazy naturalne i pejzaże miast definiują nas indywidualnie, zbiorowo i kulturowo – i jak używamy ich, by zdefiniować samych siebie. A nawet jak się zmieniamy, z chwili na chwilę, między jednym miejscem a drugim.

Chcemy wierzyć, że jesteśmy konsekwentni i logiczni, że nasza tożsamość trwa niezmieniona przez całe nasze życie. Ale czy tak jest naprawdę? Mówimy: „Co się dzieje w Vegas, zostaje w Vegas”. Jakby nasze działania w tym mieście nie były naszymi działaniami – jakbyśmy w obcym otoczeniu nie byli sobą.

W 1971 roku dwaj amerykańscy kongresmeni odwiedzili Wietnam i dokonali niepokojącego odkrycia: duża część amerykańskich żołnierzy była uzależniona od heroiny. Trzydzieści pięć procent wojskowych spróbowało heroiny, a 19% się od niej aktywnie uzależniło. Amerykańska opinia publiczna była wstrząśnięta, a rząd zareagował błyskawicznie. Prezydent Richard Nixon powołał nowe biuro, Special Action Office of Drug Abuse Prevention, do walki z nowym narkotykowym wrogiem.

Najpierw biuro wdrożyło system badania próbek moczu i leczenia narkomanów w Wietnamie, jeszcze przed ich powrotem do kraju. Następnie wyznaczono wybitnego uczonego z dzieciny psychiatrii, Lee Robinsa, do zbadania pełnego zakresu i implikacji epidemii. I tutaj nastąpił zaskakujący zwrot akcji. Robins odkrył, że zdumiewająco mała liczba weteranów wietnamskich wróciła do nałogu heroinowego po przyjeździe do domu. Do nałogu powraca przeciętnie około 87% uzależnionych, ale tylko 12% weteranów uzależnionych w Wietnamie doświadczyło jakiegokolwiek epizodu po opuszczeniu Wietnamu.2 W tamtych czasach uważano, że heroina jest tak silnie uzależniająca, że wystarczy pojedyncza dawka, by stać się ofiarą nałogu na resztę życia.

Jak wyjaśnić tę szokującą rozbieżność? Nie chodziło o brak dostępu do narkotyków. Połowa uzależnionych w Wietnamie zażyła narkotyk przynajmniej raz po powrocie do USA, ale tylko mała część brała dalej. Co zaskakujące, tylko niewielu młodych mężczyzn, z którymi przeprowadzono wywiad, przypisywało swoje uzależnienie stresowi wywołanemu walką. Większość zaczęła brać, zanim w ogóle trafiła na pole bitwy, a żołnierze najaktywniej zaangażowani w walkę wcale nie byli bardziej skłonni do zażycia heroiny niż osoby pracujące na tyłach frontu, kucharze czy maszynistki.3

Zdumiewa w tej historii, że tak mała liczba osób powróciła do narkotyków, lecz jeszcze bardziej to, że tak duża liczba w ogóle zaczęła je brać. Być może jedno z drugim ma coś wspólnego. Rzecz nie tylko w tym, że heroina była tania, łatwo dostępna i branie było czymś normalnym wśród rówieśników w Wietnamie. Powodem było również to, że służący w armii nie uważali czasu tam spędzonego za część swojego prawdziwego życia i kariery. Ich rodziny i dawni przyjaciele byli daleko. Znajdowali się w aż boleśnie odmiennej, buchającej zielenią scenerii. Niebo rozrywały pociski. To był inny świat. A oni byli tam innymi ludźmi.

Nasza tożsamość jest o wiele bardziej krucha, niż sobie wyobrażamy. I staje się jeszcze bardziej krucha, gdy usuniemy podstawę, na której spoczywa. Dlatego inwestujemy tak wiele w budowanie miejsc – budowanie siebie – ludzi, którymi we własnym mniemaniu chcemy być.

Wypowiadając słynne słowa, które zacytowałam na początku tego rozdziału, Winston Churchill mówił o Izbie Gmin. Był rok 1943 i budynek, w którym obradowała niższa izba parlamentu, został zniszczony dwa lata wcześniej. W nocy 10 maja 1941 roku ponad 500 bombowców drugiej i trzeciej floty Luftwaffe przetoczyło się przez niebo nad Londynem – kilka z ostatnich bomb zrzuconych podczas nalotu spadło na Pałac Westminsterski. Rano z siedziby Izby Gmin zostały już tylko ruiny, skorupa dawnej budowli.

Churchill spędził przeszło 40 lat w dawnej Izbie i bardzo lubił ją w dawnej postaci. Podczas spotkań ze specjalnie powołanym komitetem odbudowy przedstawiono mu kilka wspaniałych pomysłów udoskonalenia starego budynku. Mógłby być większy, to po pierwsze. Dawny miał tylko 427 miejsc dla 646 członków parlamentu. Ale Churchill mocno sprzeciwiał się temu pomysłowi. „Dajcie każdemu własne miejsce i pulpit, w który będzie grzmocił”, a przez większość czasu sala będzie świeciła martwą pustką, powiedział. W krytycznych momentach historii, w oryginalnej, przymałej sali gromadziło się więcej ludzi, niż była w stanie pomieścić. Członkowie wylewali się na korytarze, co dawało poczucie „tłumu i pośpiechu”. Poczucie intymności.

Stara Izba była prostokątna, więc obie partie, Partia Pracy i Partia Konserwatywna, były zmuszone siedzieć naprzeciwko siebie – w pozycji konfrontacyjnej. Niektórzy uważali, że należy to zmodernizować, tworząc bardziej egalitarne półkole, na wzór amerykańskiej Izby Reprezentantów. Ale Churchill nie chciał o tym słyszeć. Twierdził, że forma konfrontacyjna pomogła wykształcić system dwupartyjny, zasadniczy dla funkcjonowania brytyjskiej demokracji parlamentarnej.

Przebudowana brytyjska Izba Gmin.

Źródło: UK Goverment

Amerykańska Izba Reprezentantów.

Źródło: Lawrence Jackson

Pragnienie Churchilla, by odtworzyć starą Izbę Gmin, było po części symboliczne. Chciał pokazać nazistom, a także swoim rodakom, że demokracja brytyjska nie została zniszczona – że wielka historia i kultura, która się tam tworzyła, nie doznały uszczerbku. Nie szczędzono kosztów, by odtworzyć jakość i atmosferę dawnego budynku. Otwarto stare kamieniołomy, aby wydobyć oryginalny kamień. Przesadzono trzystuletnie dęby. Wiekowi rzemieślnicy zostali odwołani z emerytury, by odtworzyli cuda sprzed stu lat.4 Ale nie był to tylko symboliczny gest. Przestrzeń kształtuje nasze interakcje, to, jak się komunikujemy. Churchill chciał odtworzyć nie tylko budynek, ale także gesty, uczucia i styl komunikowania się, jaki budynek umożliwiał – charakterystyczną hałaśliwą naturę brytyjskiej debaty parlamentarnej, która tak zadziwia Amerykanów.

Mówi się często, że historię piszą zwycięzcy. A jak twierdził biolog ewolucyjny Jared Diamond i inni uczeni, nasze rozumienie historii jest często determinowane przez architekturę – architekturę Egiptu, Chin, Rzymu i Majów, kultur, które wyryły swoją historię w naszym krajobrazie, stawiając wielkie i trwałe budowle. Z podręczników historii dowiemy się o wiele mniej o starożytnych Mongołach czy Papuasach z Nowej Gwinei, częściowo dlatego, że nie pozostawili w spadku gigantycznych piramid ani Muru Hadriana, które by o nich przypominały. Ale kultury zdradzające słabość do wielkich budowli mają również skłonność do spektakularnych upadków. Może się zdarzyć, że podążymy tą samą ścieżką, o ile szybko nie weźmiemy się w garść i nie zaczniemy działać.

Czasem wykorzystujemy budynki, by się wzmocnić. A czasem próbujemy się poprzez nie przemodelować – zmienić to, kim jesteśmy. Izba Gmin była tylko jednym z milionów budynków zniszczonych podczas wojny w Zjednoczonym Królestwie, w Niemczech, w Japonii. Została zrekonstruowana w roku 1952, ale odbudowa sporej części Europy dokonała się według zupełnie innej koncepcji. Nazwano ją modernizmem.

Stojąc na ruinach starego świata, architekci modernistyczni – obarczeni gigantycznym zadaniem zapewnienia dachu nad głową powojennej populacji – mieli wielką wizję. Nowe budowle będą wykorzystywać szkło, stal i beton. Budynki rządowe i publiczne będą otwarte, lekkie i elastyczne – koniec ze zhierarchizowanymi, autorytarnymi budowlami złożonymi z zamkniętych klitek, koniec z bogato zdobionymi centrami władzy, które doprowadziły nas do wojny. Miasta będą rozplanowane funkcjonalnie i efektywnie. Wielkie wieżowce przeznaczone do mieszkania będą połączone superautostradami z oddzielnymi strefami przeznaczonymi do handlu i pracy.

Brytyjskim reformatorom społecznym udało się nawet zastosować te utopijne zasady w miniaturze przy planowaniu mieszkań komunalnych. Nowy model miał całkowicie otwartą część mieszkalną, która zrywała z przestarzałym – odizolowanym salonem klasy średniej, a bardziej użytkową częścią dzienną. Te nowe projekty promowały otwartość i elastyczność, cechy nowoczesnej ery mobilności płciowej i klasowej. Na podobnych przesłankach opierało się budownictwo po drugiej stronie oceanu, w Ameryce Północnej oraz w rozwijających się miastach na całym świecie.

„Biofilia” dosłownie oznacza „miłość do żyjącego świata”, ale odnosi się do wrodzonego pociągu, jaki gatunek ludzki żywi do świata naturalnego. Wyjaśnia, dlaczego kochamy morskie widoki, wiosenne kwiaty i baldachim z koron drzew. Pociągają nas zwłaszcza elementy, które sygnalizowały naszym przodkom źródła pożywienia i schronienie. Ale chodzi nie tylko o to, że lubimy te naturalne formy i scenerie. Bardzo silnie wpływają na naszą zdolność myślenia, regeneracji i tworzenia. Widok drzewa może szybko obniżyć ciśnienie krwi i cyrkulację hormonów stresu. Z czasem ten efekt się pogłębia. Pacjent po operacji będzie zdrowiał szybciej w pokoju, z którego widać drzewo, doświadczy również mniej bólu niż pacjent pozbawiony takiego widoku.

Ale dobrodziejstwo biofilii płynie również ze źródeł mniej oczywistych niż lasy i kwiaty doniczkowe. Formy starych budowli i osad były często z natury bardziej biofilne. Domy budowano z naturalnych materiałów, takich jak drewno i kamień. Drogi biegły zgodnie z ukształtowaniem terenu. Miasta rosły wolno. Było więcej tajemniczości, różnorodności, plastyczności. I wiele z tego zatraciliśmy w szybkim tempie życia XX wieku. Dzisiaj przeprojektowujemy nasz świat wokół nowego celu, jakim jest zrównoważony rozwój – a przynajmniej robiliśmy to, zanim pewien potentat budowlany, negujący istnienie zmian klimatycznych, nie stał się „przywódcą wolnego świata”. I znów nie poświęcamy dość uwagi interakcjom, w jakie wchodzimy z naszymi budynkami. Jak wpływają na nasze samopoczucie i zachowanie. Jakie budzą w nas uczucia.

Przeprowadziłam się do Nowego Jorku po studiach, sądząc, że chcę zostać urbanistą. Wyobrażałam sobie, jak wiele innych osób, że urbanista to ktoś w rodzaju architekta miast i przestrzeni publicznych. Zatrudniłam się w innowacyjnej organizacji non profit, która pracowała nad tym, by Nowy Jork i inne miasta stały się bardziej „do życia”, żeby ulice były bezpieczniejsze dla rowerzystów, pieszych i dzieci. Żeby było więcej drzew, ławek i ścieżek rowerowych, słowem – żeby przestrzeń publiczna była bardziej miejscem dla ludzi niż dla samochodów.

Nowy Jork ma światowej klasy sieć transportu publicznego i tylko 46% gospodarstw domowych w jego obrębie w ogóle posiada samochód. Ale rozlana zabudowa amerykańskich osiedli i marny na ogół transport publiczny sprawiają, że niewiele jest takich miejsc, gdzie poruszanie się bez samochodu jest równie proste. W skali kraju 92% Amerykanów posiada samochód, więc przejście na bardziej zrównoważony, mniej uzależniony od samochodu styl życia wymagałoby innego rodzaju budownictwa.5 Ludzie musieliby mieszkać w większym zagęszczeniu, żeby mogli dojść w rozmaite miejsca i utrzymywać częściej kursujące autobusy.

W 2009 roku, w San Francisco, wzięłam udział w konferencji na temat zrównoważonego transportu i miałam okazję odwiedzić jedno z tych zagęszczonych osiedli w Berkeley, moim rodzinnym mieście po wschodniej stronie zatoki. Moi koledzy zdawali się uważać, że bezduszny, wymuskany wieżowiec jest bardzo udanym przedsięwzięciem. Znajdował się w bliskiej odległości stacji metra BART, sklepów i restauracji, a w podziemiu miał ograniczoną liczbę objętych rezerwacją samochodów. Z perspektywy transportu faktycznie wydawał się sukcesem.

Budując takie osiedla, kierowano się prostym założeniem, że przy bardziej kompaktowym budownictwie ludzie będą rzadziej jeździć samochodami. Nie bardzo się natomiast zastanawiano, kto mianowicie będzie mieszkał w tych domach i jak będzie wyglądało życie tych ludzi. Będą mieli dzieci? Będą lubili hodować kwiaty? I czy to nowe wcielenie wieżowca mieszkalnego sprawdzi się lepiej niż jego modernistyczny odpowiednik, skoro nadal nie będzie uwzględniał szczęścia, uczuć i tożsamości mieszkańców? Przeprojektowując nasze domy, miejsca pracy i miasta tak, by pochłaniały mniej zasobów, mamy bezcenną okazję sprawić, by działały na rzecz ludzi. Niestety, nie dzieje się to na wystarczającą dużą skalę.

Oto pytania, które skłoniły mnie do zajęcia się psychologią środowiskową – badaniem związku między ludźmi a ich otoczeniem. Ale psychologia środowiskowa jest niestety czymś w rodzaju dobrze strzeżonego sekretu. Nawet architekci, budowniczowie, urbaniści i dekoratorzy wnętrz rzadko korzystają z tej bogatej bazy danych. Nie wspominając nawet o menedżerach biur, administratorach szpitali, nauczycielach w szkołach oraz ludziach, którzy posiadają miejsce zwane domem – lub go szukają.

Dzieje się tak po części dlatego, że psychologia środowiskowa, odrębna poddziedzina psychologii, jest młodą dyscypliną. University of Surrey, gdzie robiłam magisterium, jako pierwszy na świecie otworzył studia doktoranckie; było to w 1973 roku. Nadal jest jedyną uczelnią ze studium magisterskim w tej dziedzinie w Zjednoczonym Królestwie i w USA i jedną z nielicznych na świecie.

Wiedza ta nie jest upowszechniana również dlatego, że w przeszłości psychologowie nie lubili skupiać badań na środowisku – kontekście, jak je nazywali. Psychologowie lubią badać ludzi, zwłaszcza jednostki. Można je odizolować, zamknąć w laboratorium, przeprowadzić badania mózgu, postawić diagnozę. Możemy nawet wsadzić do laboratorium kilka osób albo dużą grupę i patrzeć, co się stanie. Sprowadzić do laboratorium człowieka razem z jego domem nie jest już tak łatwo. Albo zamontować w jego salonie ślepe lustro i w ten sposób go obserwować.

Czy możemy oddzielić środowisko społeczne od środowiska fizycznego? Całkowicie nie. Między innymi dlatego badania w ramach psychologii środowiskowej są trudne, i interesujące. Czasem potwierdzają to, co już wiemy. A kiedy indziej wyniki są odwrotne od tego, co zakładaliśmy.

Psychologowie zwykli rysować diagramy na podobieństwo matematycznych, próbując wyjaśnić związki między pojedynczymi ludźmi, grupami, wartościami, tożsamością a zachowaniem. W tych wykresach znajdziecie maleńkie pole oznaczone jako „kontekst” lub „warunki umożliwiające”. Ten kontekst obejmował cały kalejdoskop czynników: sygnalizację świetlną i sawannę, dźwięki i kolory, starożytne miasta i drapacze chmur, po których oprowadzę was w tej książce.

Oczywiście – jak stwierdził Churchill – my również kształtujemy nasze budynki. I nie kończy się to w momencie, kiedy przestrzeń jest oficjalnie skonstruowana czy odrestaurowana. Dalej kształtujemy nasze otoczenie poprzez codzienne użytkowanie, adaptacje, ludzi i przedmioty, które w tej przestrzeni dzięki nam się pojawiają. Na przykładzie przestrzeni publicznej, domu, miejsca pracy, służby zdrowia i miasta pokażę wam, jak przestrzeń modeluje wspólnotę, kreatywność i tożsamość. Doświadczenia ludzi o różnych osobowościach, różnej narodowości i różnych możliwościach. Oddziaływanie czasu i użytkowania.

Nasze ulice i miasta funkcjonują jak tropy wilków i muszle kraba pustelnika – ślady naszego istnienia i istnienia ludzi, którzy żyli przed nami. Podążamy nimi, porzucamy je i żłobimy w nich jeszcze głębsze bruzdy. Wraz z wiedzą o tym, jak wpływają na nas nasze środowiska, zyskujemy moc budowania świata, poprzez który chcemy być definiowani.

1. Woonerf, czyli Holenderskie „Podwórko Mieszkalne”, światła stopu i rondo

Jak kontrola społeczna w przestrzeni publicznej kształtuje kulturę

Paradoks Skrzyżowania Laweiplein i zasada skamieniałego lasu

W pierwszym roku naszego stulecia holenderski inżynier ruchu drogowego Hans Monderman dokonał radykalnej przeróbki źle zorganizowanego skrzyżowania w miasteczku Friesland. Usunął światła stopu, pasma ruchu, wysepki, nawet krawężniki i niektóre przejścia dla pieszych. Całe skrzyżowanie zostało spłaszczone i sprowadzone do jednej „wspólnej przestrzeni”.

Skrzyżowanie Laweiplein nie jest małe – korzysta z niego około 22 000 pojazdów dziennie. Jeżeli sądzisz, że to staroświecka holenderska ulica z wąskimi domkami nad kanałem i parkingiem dla rowerów, grubo się mylisz. Laweiplein bardzo przypominało typowe wielopasmowe skrzyżowanie w USA. Może było coś odrobinę europejskiego w kształcie biurowców i szerokich chodnikach. Ale zasadniczo była to zwykła, rozległa połać jezdni, tyle że bardzo przeładowana. Monderman wsadził rondo pośrodku. Ale nie umieścił żadnych znaków mówiących, kto ma pierwszeństwo, z jaką prędkością jechać ani w którą stronę okrążyć rondo. Istnieje subtelna różnica w nawierzchni między wyasfaltowaną częścią centralną a wybrukowaną częścią zewnętrzną, ale nie ma żadnych wyraźnych linii rozdzielających samochody, rowery i pieszych. Ludzie sądzili, że oszalał.

Rezultat był przełomem. Nie dość, że mieszkańcy mogli bezpiecznie pokonać skrzyżowanie, to jeszcze spadł wskaźnik wypadków. Nowe Laweiplein działało też sprawniej. Tworzyły się mniejsze zatory przy wjeździe, piesi krócej czekali na przejściu.1 Oczyszczając jezdnię z pasów i sygnalizacji, Monderman zmusił kierowców, by zwracali uwagę na to, co się dzieje przed nimi, trochę tak, jak to robią tancerze na sali balowej. Sprawił, że zaczęli na siebie patrzeć, a to z kolei sprawiło, że zaczęli się zachowywać bardziej odpowiedzialnie.

Skrzyżowanie Laweiplein przed przebudową.

© Knowledge Center Shared Space

Skrzyżowanie Laweiplein po przebudowie.

© Knowledge Center Shared Space

Człowiek jest zwierzęciem społecznym. Bardzo silnie wpływa na nas zachowanie innych. Dostosowujemy się do tego, co uważamy za normalne zachowanie w środowisku, czyli normę społeczną. Ma to szczególny wpływ na to, jak zachowujemy się w przestrzeni publicznej.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w parku narodowym w Arizonie – w Parku Narodowym Skamieniałego Lasu, gwoli ścisłości. Park ten bardziej przypomina powierzchnię Marsa niż las, ponieważ nie ma w nim stojących drzew. Mniej więcej 218 milionów lat temu te płaskowyże i niziny znajdowały się na obszarze wielkiego systemu wodnego porośniętego przez drzewa iglaste, drzewiaste paprocie i miłorzęby. Obumarłe drzewa spływały w dół rzek, tworząc zatory, które z czasem, przysypane piaskiem i pyłem wulkanicznym, skamieniały. Dzisiaj ten jałowy teren pokryty jest formacjami wspaniale barwionych minerałów zachowanych w formie pni i drewienek.

Wyobraź więc sobie, że idziesz przez te tak zwane lasy: Jaspisowy, Kryształowy, Czarny, Niebieski i ten najbardziej spektakularny, Tęczowy. Wokół jest tak mało ludzi, a tak wiele skamieniałych kawałeczków drewna, więc zaczynasz się zastanawiać, czy stanie się coś naprawdę strasznego, jeżeli weźmiesz jeden z tych tęczowych klejnocików do domu? Wtedy widzisz tabliczkę z napisem: „Twoje dziedzictwo codziennie jest przedmiotem wandalizmu. Na skutek jednorazowych kradzieży małych kawałków tracimy 14 ton skamieniałego drewna rocznie”. Czy to powstrzymałoby cię przed wzięciem drewienka?

Według Roberta Cialdiniego z University of Arizona i jego współpracowników, niestety nie. Przeciwnie, być może nawet zachęciłoby cię do kradzieży. Tablica podaje logiczne dane o problemie społecznym: ludzie kradną drewienka. Ale zawiera również inny bardzo potężny przekaz: wszyscy to robią! Napis zakłada, że jesteśmy racjonalnymi istotami, które postępują zgodnie z poleceniami i podejmują przemyślane decyzje oparte na zebranych informacjach. Problem w tym, że nie jesteśmy i nie podejmujemy.

Cialdini i jego zespół spędzili pięć tygodni, przemierzając tę marsjańską ziemię. Umieszczali na niej rozmaite tablice w rozmaicie wybarwionych lasach, żeby sprawdzić reakcje odwiedzających. Kiedy napis mówił po prostu: „Proszę nie zabierać skamieniałych kawałków”, znikało niecałe 2% drewienek. Ale kiedy tabliczka głosiła: „Wielu odwiedzających bierze na pamiątkę skamieniałe drewienka z parku, zubażając skamieniały las”, rozkradano 8% – przeszło cztery razy tyle.

Pierwszy znak przekazuje tzw. normę nakazującą. Mówi nam, jakie są zasady i jak powinniśmy się zachować. Ale warto pamiętać, że nie zawsze robimy to, co powinniśmy, zwłaszcza wtedy, gdy nam się coś nakazuje, na przykład, żeby rzucić palenie, jeść warzywa i przestrzegać ograniczeń prędkości. Drugi znak informuje, jakie jest faktyczne zachowanie ludzi, czyli przekazuje normę opisową. Nazwijmy je normami „powinien” i „faktycznie robi”. Normy „faktycznie robi” są bardzo silne. Niestety, ten napis brzmi tak, jakby kradzież drewienek była czymś normalnym. Równie dobrze mógłby mówić: „Bierz, póki są!” Normalizuje właśnie te zachowania, którym próbuje zapobiec. Przypadek Laweiplein działa na tej samej zasadzie. Znak drogowy określający prędkość mówi nam, co powinniśmy zrobić. Ale kiedy otoczenie zachęca nas, by się rozejrzeć i określić własny limit prędkości na podstawie zachowania innych użytkowników drogi, skupiamy się bardziej na tym, co robią inni.

Głównym celem Mondermana było zmniejszenie prędkości pojazdów do takiego poziomu, by ludzie mogli nawiązać kontakt wzrokowy. Kiedy kierowcy jadą na tyle wolno, by komunikować się wzrokowo z pieszymi i rowerzystami, następuje fundamentalna zmiana. Zaczynają na siebie patrzeć, machać i kiwać głową, prowadzą ostrożniej. W Laweiplein ludzie zaczęli nawet sygnalizować skręt ruchem ręki. Monderman słynął z tego, że wchodził na jezdnię tyłem. Był to „rozstrzygający test”, jaki stosował, by zademonstrować skuteczność swoich rozwiązań.

Krytyczny próg prędkości pozwalający na kontakt wzrokowy to około 30 kilometrów na godzinę. Nieprzypadkowo jest to maksymalna, plus minus, prędkość, jaką osiąga człowiek, biegnąc. Jest to również zasadniczy próg dotkliwości kolizji. Kiedy samochód rozbija się przy prędkości większej niż 30 kilometrów na godzinę, prawdopodobieństwo obrażeń u ludzi rośnie w zawrotnym tempie. To ludzka prędkość, ludzka skala. Tempo życia, do jakiego jesteśmy stworzeni.

Inżynierów ruchu ulicznego uczy się, by myśleli tak, jak inżynierowie budowlani i wodni. Projektują drogi tak, by wytrzymywały maksymalne obciążenie, dajmy na to – w „Czarny piątek” w godzinach zakupowego szczytu. Ale drogi różnią się od wodociągów, ponieważ wymagają udziału świadomych aktorów. I dlatego podejście Mondermana jest tak radykalne – zaprojektował przestrzeń, ufając, że ludzie wchodzą ze sobą w interakcje i nie trzeba kierować każdym ich ruchem.

Czy to oznacza, że znaki, zasady i krawężniki są źródłem naszych społecznych bolączek? Jeżeli usuniemy balustrady życia publicznego, wszyscy zaczniemy zachowywać się bardziej odpowiedzialnie? Niezupełnie, ale sterowanie zachowaniem poprzez subtelne wskazówki projektowe może okazać się bardziej efektywne niż walenie nas po głowie listą zasad. Jako społeczeństwo zachowujemy się trochę jak nastolatkowie. Jeśli nasi rodzice są irracjonalnie surowi, przyjmujemy postawę bardziej buntowniczą. I na odwrót, zupełny brak struktur czy pozytywnych wzorców również może zaowocować młodzieńczą niesfornością. Projektowanie przestrzeni publicznej wymaga subtelnego balansowania między tymi dwiema skrajnościami. Tak jak rozmaici rodzice, różne kraje mają swój własny styl.

Wybite szyby kontra kolektywna skuteczność

Nie zastanawiałam się wiele nad kwestią spożywania alkoholu w miejscach publicznych, dopóki nie poznałam Barbary Ophoff, wysokiej smukłej Niemki o kruczoczarnych włosach, i jej psa o imieniu Spoon, równie smukłego i czarnowłosego jak jego pani.

„Nie mogę wziąć psa do parku, nie mogę się napić piwa w parku – co jest z tymi amerykańskimi parkami?”

Znajdowałyśmy się w pokoju pełnym tygrysów. Ryczące tygrysy wyrzeźbione w drewnie, śpiące z chińskiej porcelany i maleńkie zabawkowe tygryski zamieszkiwały archipelag z palm doniczkowych. Byłyśmy w biurze Paper Tiger TV, nowojorskiej spółdzielni medialnej, która od 1981 roku nadaje w telewizji publicznej. Przyszłam tam, by poznać Barbarę i inne tygrysy (jak nazywają się członkowie spółdzielni), którzy chcieli nakręcić dokument o przestrzeni publicznej.

Barbara przeprowadziła się do Nowego Jorku z Berlina wraz z mężem Ingo, który pracował jako tłumacz. Jak wielu innych Europejczyków zdumiewała ją długa lista zasad obowiązujących w nowojorskich parkach.

W parku zabrania się:

– Rzucania śmieci i szklanych butelek

– Jazdy na rowerze, wrotkach, skuterze i deskorolkach

– Wprowadzania psów

– Używania nielegalnych narkotyków, alkoholu i palenia

– Wzmacniaczy dźwięków, z wyjątkiem osób uprawnionych

– Zakłócania porządku publicznego

– Karmienia ptaków i wiewiórek

– Stania na huśtawkach

– Grzebania w pojemnikach na śmieci

– Prowadzenia działalności handlowej, z wyjątkiem osób uprawnionych

– Urządzania przedstawień i zgromadzeń, z wyjątkiem osób uprawnionych

– Pikników i palenia ognisk

– Chodzenia boso

Możliwe, że Nowy Jork ma wyjątkowo autorytarne podejście. Jestem prawie pewna, że większość parków miejskich w Kalifornii zezwala na wprowadzanie psów i rowerów… Nie wiem, jak jest ze staniem na huśtawce. W Nowym Jorku przestrzeń jako taka jest twarda, nieelastyczna. Znajdziesz tam otoczone ścianami małe trójkąty chodników, które nazywa się parkami.

Natomiast zakaz picia alkoholu jest dziś w Stanach powszechny. Niektórzy analitycy szacują, że publiczne spożywanie alkoholu jest obecnie zakazane w 97% amerykańskich społeczności.2 Słyniemy wprawdzie z naszych purytańskich korzeni, ale publiczne picie alkoholu było szeroko rozpowszechnione w Ameryce tak przed, jak po prohibicji. Dopiero w latach 50. i 60. XX wieku w miejsce przepisów zabraniających „publicznego pijaństwa” wszedł zakaz zwykłego sączenia piwa w miejscu publicznym. To długa historia, w którą zamieszanych jest wiele stanów i w której toku stoczono wiele batalii w Sądzie Najwyższym. Co jednak ważniejsze, w wielu miejscach przepisy dotyczące „otwartego pojemnika” nie zostały w pełni wprowadzone w życie aż do lat 90.

Co się wydarzyło w latach 90.? Jak kraj długi i szeroki wszedł w modę nowy styl egzekwowania przepisów dotyczących działań policyjnych oparty na teorii Wybitych Szyb Jamesa Q. Wilsona i George’a L. Kellinga z 1982 roku. Wilson i Kelling sugerowali, że drobne zakłócenia porządku publicznego w rodzaju wybijania szyb, śmiecenia, picia alkoholu w miejscach publicznych komunikują ogólną tolerancję dla bezprawia. Wywołują dalsze zakłócenia porządku oraz wzrost drobnej przestępczości, kradzieży i wandalizmu, a to z kolei prowadzi do poważnych przestępstw takich jak morderstwa i handel narkotykami. Gdyby te wybite szyby zostały natychmiast naprawione, twierdzili Wilson i Kelling, spadłaby liczba grabieży i morderstw.

W połowie lat 80. Kelling zaczął współpracować z nowojorską policją, która wzięła się do graffiti w nowojorskim metrze. Ale dopiero w latach 90. burmistrz Rudy Giuliani i komendant policji Bill Bratton zastosowali ją w całej rozciągłości, wprowadzając tzw. reformy jakości życia. Nowojorski Departament Policji rozprawił się z występkami mniejszego kalibru takimi jak jazda na gapę, picie w miejscu publicznym i publiczne oddawanie moczu. W ciągu dekady spadła liczba przestępstw w Nowym Jorku. Wspaniale! – powiedział Kelling i inni komentatorzy. Teoria Wybitych Szyb działa. Czy rzeczywiście?

Problem z teorią Wybitych Szyb polega na tym, że jest tylko tym, czym jest – teorią. Kiedy Kelling i Wilson przedstawili ją na łamach „Atlantic Monthly” w 1982 roku, nie była podparta istotnymi badaniami empirycznymi. Dopiero w roku 2008 grupa badaczy pod kierownictwem Kees Keizera z University of Groningen w Niderlandach postanowiła przeprowadzić serię eksperymentów i ją sprawdzić.

Keizer i jego współpracownicy mieli ułatwiony start, ponieważ Robert Cialdini, powróciwszy do Arizony, zrobił już część badań, głównie w odniesieniu do śmiecenia. Cialdini odkrył, że w środowisku już zaśmieconym ludzie śmiecą częściej niż w miejscach czystych. Co więcej, w miejscach już zaśmieconych są jeszcze bardziej skłonni rzucić ulotkę na ziemię, kiedy widzą, że ktoś też to robi. Tak jak historia ze skamieniałym lasem, badanie to udowadnia słuszność teorii Wybitych Szyb na najbardziej podstawowym poziomie: obecność śmieci wywołuje dalsze śmiecenie, a graffiti dalsze graffiti.

Ale Keizer i jego współpracownicy, Siegwart Lindenberg i Linda Steg, chcieli przenieść eksperyment na wyższy poziom. Czy wpływ wybitej szyby rozciągnie się na inne zachowania zakłócające porządek publiczny? Czy ściana pokryta graffiti sprawi, że ludzie będą bardziej skłonni śmiecić, a nawet kraść?

Groningen, gdzie Keizer przeprowadził swoje eksperymenty, leży w Holandii, zbiegiem okoliczności niedaleko słynnego skrzyżowania Mondermana – Laweiplein. Jak wszędzie w Niderlandach, na ulicach widać mnóstwo pięknych, holenderskich rowerów. Przemykają między samochodami, suną dostojnie, czekają na parkingach na swoich właścicieli. Badacze znaleźli popularne miejsce parkowania rowerów, pod murem z zakazem graffiti. Do kierownicy każdego roweru przyczepili ulotkę nieistniejącego sklepu sportowego i czekali w ukryciu, co się stanie, kiedy właściciele wrócą po swoje wierne wierzchowce. W niektóre dni ścianę pokrywało graffiti, w inne była pomalowana na czarno. Wynik był niezwykle znaczący. Kiedy na ścianie nie było graffiti, co trzeci rowerzysta rzucał ulotkę na ziemię. W dni, kiedy ściana była pokryta graffiti, naśmieciło 69% obserwowanych – przeszło dwa razy tyle.

Keizer eksperymentował dalej, wprowadzając rozmaite konfiguracje i nieodmiennie uzyskiwał ten sam wynik – drobne wykroczenia sprawiają, że ludzie są bardziej skłonni popełniać inne wykroczenia. Sprawdziło się to również w odniesieniu do zasad ustanowionych przez policję i firmy prywatne, na przykład zakazu przypinania rowerów do konkretnego płotu. Badacze odkryli nawet, że ludzie śmiecili więcej, kiedy słyszeli fajerwerki – nielegalne w Niderlandach o tej porze roku.

W końcu postanowili sprawdzić, czy drobniejsze wykroczenia, takie jak malowanie graffiti, zachęcą do popełniania poważniejszych przestępstw, takich jak kradzież. W otworze skrzynki pocztowej ulokowali kopertę z pięciofuntowym banknotem (widocznym w przeźroczystym okienku adresowym). Znów obserwowali badanych z ukrycia, zmieniając nieznacznie uwarunkowania. Kiedy teren był niezaśmiecony a skrzynka bez graffiti, kopertę ukradło 13% obserwowanych. Kiedy badacze naśmiecili wokół skrzynki albo namalowali na niej graffiti, kradzież popełniło aż 27% badanych.

Mówi to nam sporo interesujących rzeczy, ale niewiele o sytuacji, do jakiej zastosowano teorię Wybitych Szyb w Nowym Jorku. Drobne pęknięcia w ładzie społecznym mogą osłabić naszą wolę podporządkowania się normom społecznym; normom zabraniającym drobnych wykroczeń, takich jak śmiecenie, i trochę poważniejszego aktu, jakim jest drobna kradzież. Ale czy naprawdę możemy kłaść na tej samej szali podwędzenie pięciu funtów i rabunek z bronią w ręku? Albo nawet zabójstwo? Może Holendrzy mają silniejsze niż Brytyjczycy i Amerykanie normy społeczne dotyczące drobnych kradzieży? Moje wysoce anegdotyczne doświadczenie z jednego semestru studiów na uniwersytecie amsterdamskim dowodzi, że Holendrzy wykazują dość wysoką tolerancję wobec drobnych kradzieży. Każdy mieszkaniec Amsterdamu ma przynajmniej jeden rower, a każdy rower musi mieć przynajmniej dwie kłódki. Ale to i tak nie ma znaczenia, powiedziano mi. Twój rower zostanie skradziony w ciągu kilku miesięcy.

W Amsterdamie rowery funkcjonują niemal jako waluta. Po przyjeździe odkryłam, że mam wybór: wydać 120 euro na nowy rower, albo 5 euro na „ćpuński rower”. Ćpuńskie rowery były z pewnością kradzione – niewykluczone, że właśnie przez ćpunów – i można je było łatwo nabyć od kudłatych osobników syczących fiets („rower” po holendersku) w ciemnych zaułkach. Panowało przekonanie, że kupienie ćpuńskiego roweru, zanim twój własny zostanie skradziony, ściąga na rower złą karmę, natomiast po utracie pierwszego własnego kupno kradzionego można potraktować jako pożyczkę ze wspólnej bazy rowerowej. Udało mi się kupić rzęcha z drugiej ręki i nigdy nie został skradziony, choć skończyło się na tym, że próbując wyrwać kłódkę, ktoś zdewastował go tak, że nie opłacało się go naprawiać. Jak to się jednak ma do teorii Wybitych Szyb? Powiedziałabym, że Amsterdam był niesłychanie bezpiecznym miejscem, co nie zmienia faktu, że od roku 2009 ma wyższy wskaźnik brutalnych zbrodni niż jakiekolwiek inne miasto w zachodniej Europie.3

To bardzo kuszące – spojrzeć na statystyki w ten sposób i wyciągnąć takie same wnioski jak Kelling i Wilson. Ale socjologowie Robert J. Sampson i Stephen W. Raudenbush wykazali, że te powiązania są o wiele bardziej złożone. Przetestowali teorię Wybitych Szyb, badając związek między przejawami fizycznego i społecznego nieładu a liczbą przestępstw na przeszło 23 000 ulic w różnych dzielnicach Chicago. Odkryli, że ani śmiecenie, ani publiczne picie alkoholu nie są dobrymi prognostykami brutalnej przestępczości. Tak naprawdę nie było istotnego związku między zabójstwami a niechlujnym otoczeniem. Eksperyment wykazał, że rabunek jest jedynym rodzajem przestępczości bezpośrednio powiązanym z niechlujnym otoczeniem.

Najlepszym prognostykiem poziomu przestępczości był poziom biedy w dzielnicy. Niekorzystną sytuację socjoekonomiczną równoważył bardzo ważny czynnik, który badacze nazwali „kolektywną skutecznością”. Jest to poziom zaufania, spójności i nieformalnej kontroli społecznej w rejonie. Czy ludzie znają swoich sąsiadów? Czy zatrzymają się, by pomóc nieznajomemu, któremu zepsuł się samochód? Czy wkroczą, by rozwiązać konflikt między dziećmi na ulicy? To są przejawy wysokiej kolektywnej skuteczności. Kiedy była wysoka, liczba brutalnych przestępstw spadała, niezależnie od czynników socjoekonomicznych i wybitych szyb. Choć przestępczość i nieład mogą wywodzić się z podobnych czynników strukturalnych takich jak bieda, twierdzenie, że nieład wywołuje przestępczość jest zamiataniem prawdziwego problemu pod dywan. Sprawdza się to zwłaszcza w przypadku brutalnej przestępczości.4

Eksperymenty z Groningen dowodzą natomiast, jak bardzo podatni jesteśmy na subtelne wskazówki i normy społeczne przekazywane nam przez otoczenie. I wiele mówią o tym, jak działają przestrzenie wspólne, takie jak skrzyżowanie Laweiplein. Ale koncepcje Mondermana też nie spadły z nieba. Zrodziły się z jeszcze innej holenderskiej osobliwości nazwanej woonerf.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Potęga przestrzeni wokół nas Ona wraca na dobre. Podróż terapeutyczna Korespondent Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku Fastryga Płaskuda 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wielka czwórka Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu