Niecodzienny upominek

Niecodzienny upominek

Autorzy: Jacek Skowroński Maria Ulatowska

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.90 zł

Cyklu Szczepankowskiego część druga…

Miłość, która rozpoczęła się nad jeziorem. Niespodziewany syn… i upominek, wieszczący szczęśliwe zakończenie całej opowieści.

Pewien list sprzed wielu, wielu lat… Czy zmieniłby życie adresata, gdyby został przeczytany wcześniej? Czy w życiu Stefana jedynie przemiana z Wiechcia w doktora Bielaka była momentem zwrotnym? A jaki był wpływ pewnego hat-tricka na Adriana, światowej klasy piłkarza, w którego życie wplątała się… macocha?

Historia, która zaczęła się od spotkania dwójki przeuroczych wisusów, Zojki i Krzysia, nad Jeziorem Szczepankowskim, toczy się dalej. Tym razem główne role w opowieści grają nieco starsi bohaterowie: babcia Krystyna i doktor Stefan Bielak. Udowadniają, że miłość nie jest wyłącznie domeną młodych ludzi, a z kart książki bije optymizm i ciepło, znane już setkom tysięcy czytelników, którzy przeczytali trzy tomy "Sosnówki".

Maria Ulatowska - czytelnicy znają ją nie tylko z własnych dziewięciu powieści, których cykl rozpoczęła powieścią "Sosnowe dziedzictwo". W 2014 roku rozpoczęła współpracę z Jackiem Skowrońskim, która trwa nadal i owocuje już siódmą wspólnie napisaną książką.

Jacek Skowroński - autor kilku powieści i opowiadań sensacyjno-kryminalnych.

Podróżując razem, zwiedzili Europę, Azję, Afrykę i Amerykę. Nie było ich na razie tylko w Australii, ale mają nadzieję to odrobić. Dlaczego piszą razem? Bo chcą i lubią, i słyszą, że wychodzi im to nieźle.

Copyright © Maria Ulatowska, Jacek Skowroński, 2018

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© Ben Baeb/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-505-3

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

…i gdy człowiek wejdzie w las, to nie wie,

czy ma lat pięćdziesiąt, czy dziewięć,

patrzy w las jak w śmieszny rysunek…

Kronika olsztyńska

Konstanty Ildefons Gałczyński, 1950 r.

Czytelnikom,

którzy tęsknią do Sosnówki

i proszą o powrót do tamtych klimatów

Rozdział I

STEFAN

Czy można mieć dwa życia? A w zasadzie nawet trzy?

Stefan był lekarzem już drugi raz. W poprzednim życiu – szanowany chirurg ogólny, bardzo dobry i uznany, specjalizował się w trudnych operacjach związanych ze schorzeniami dróg żółciowych. Ale usuwał także wyrostki robaczkowe, pęcherzyki żółciowe, przepukliny pachwinowe i brzuszne; wycinał mniejsze i większe guzy w obrębie tkanek miękkich organizmu. Pracował w olsztyńskim szpitalu, pacjentów przyjmował także w jednej z prywatnych klinik lekarskich. Prawie zawsze były do niego kolejki. Polecano go sobie.

Potem świat mu się zawalił, gdy pewna dziewczynka umarła na stole operacyjnym1, i choć nie było w tym ani grama winy Stefana, ten po trosze sobie przypisywał odpowiedzialność za to, co się stało. Odszedł ze szpitala, z prywatnej przychodni i w ogóle z zawodu. Rzucił się w alkohol i prawie całkowicie zniszczył sobie życie. Opamiętanie przyszło niemalże w ostatniej chwili i w zasadzie przypadkiem. Postanowił zmienić swoje życie, a przynajmniej oczyścić je z nałogu. Pozbył się wszystkich dóbr doczesnych, pieniądze ulokował w banku, nie interesując się już stanem swego konta. Znalazł w lesie dwadzieścia kilometrów od Olsztyna starą chałupkę, obsprawił ją, jak mógł, i tym sposobem doktor Stefan Bielak przestał istnieć dla świata.

Wyhodował sobie włosy do ramion, gęste i pozwijane w kędziorki, zapuścił bujną brodę i tylko fakt, że mył się dokładnie, odróżniał go od „czarnego luda”. Żywił się rybami i rakami, bo chatka stała nad leśnym jeziorem. Zbierał jagody i grzyby, oczywiście czasami robił jakieś zakupy w okolicznych sklepach. Nie polował, bo wolał zwierzęta od ludzi. Ludzi, rzecz jasna, nie jadał.

Zawsze miał dobrą sylwetkę, a w tym jego leśnym życiu jeszcze zmężniał, wyszczuplał, nabrał kondycji. Bez problemu rąbał drewno do swojej przedpotopowej kuchenki, nie sprawiało mu kłopotu przyniesienie kilku wiader wody na podstawowe potrzeby. Został Wiechciem i całkiem spodobało mu się to przezwisko nadane przez okolicznych mieszkańców. Jedynym przejawem luksusu, na jaki sobie pozwolił, było niskie łóżko z dobrym materacem i stary wygodny fotel. Funkcję stołu pełniła szeroka dębowa deska, oparta na dwóch pieńkach. Obok stały jeszcze dwa pniaki, służące jako krzesła dla ewentualnych gości. Którzy zresztą do niego nie zachodzili. W charakterze stałych mieszkańców, jednakże tymczasowych, chatkę współzamieszkiwały Miks i Maks, dwa małe liski, znalezione i uratowane przez Wiechcia od śmierci głodowej. Miał więc z kim rozmawiać, dla kogo żyć.

Aż pewnego razu w jego życie wniknęły dwie ludzkie młode istoty, Zojka i Krzyś.

Pojawili się bez zaproszenia, niechcący powodując wydarzenie, które zadecydowało o dalszym losie Wiechcia. Lub doktora Stefana Bielaka. Trauma, którą chciał wyrwać ze swego życia, jednak w dalszym ciągu w nim tkwiła, a widok dziewczynki tak bardzo podobnej – według niego – do tamtej, która zmarła mu na stole operacyjnym, spowodował, że w jakimś odruchu nawiedzającej go czasami rozpaczy sięgnął po alkohol. Dzieci, ich reakcja, zaufanie i przyjaźń, pomogły mu jednak zatrzymać się przed krokiem dzielącym jego obecne życie od tego, które właśnie zmieniał, i w zasadzie prawie mu się to udało.

Mam jednak w życiu szczęście, stwierdził, wspominając dalszy ciąg tej historii, a mianowicie uratowanie małej chińskiej wychowanicy szczepankowskiego ośrodka dla sierot, prowadzonego przez ludzi, którzy dzięki poznanym niespodziewanie dzieciakom zostali jego przyjaciółmi; następnie zaś podjęcie pracy w szpitalu w Biskupcu i powrotną przemianę – teraz z Wiechcia w Stefana. Wszystko tak szczęśliwie się ułożyło, myślał, ciesząc się z szansy, jaką otrzymała w życiu Zojka, teraz dzieci mogą, na szczęście, dostać od losu więcej niż wówczas, gdy on był w wieku swojej małej przyjaciółki. Zamknął oczy, a przed powiekami pojawił mu się obraz piaszczystej plaży w Jelitkowie, który to widok był najpiękniejszym wspomnieniem z jego dzieciństwa.

Przypomniał sobie opowieść starszego brata, Helmuta, jak w ogóle doszło do tego, że oni obydwaj pojawili się na świecie. Sam Stefan prawie już nie pamiętał ojca, oczywiście niczego też o jego życiu nie wiedział. Dopiero Helmut wyjawił mu to i owo. Jeśli w ogóle można wierzyć bratu… Który opowiadał, że gdy w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym ich ojciec, Jan, poznał Zofię Kruczek, pracownicę poczty, nie przypuszczał nawet, że się z nią ożeni. A jednak tak się stało, rok później. Długo nie mieli dzieci i Jan, który ciągle myślał o sobie jako o Johannie Brühlu, ale w końcu musiał się przyzwyczaić do swej obecnej spolszczonej tożsamości, pogodził się już z brakiem potomka. Przyszło mu to tym łatwiej, że choć znosił już brzmienie swego nazwiska, nie zależało mu na tym, żeby powiększyć liczebność Bielaków. Aż tu osiem lat po ślubie żona zaszła w ciążę i urodziła mu syna. Chciała go nazwać Jerzy, gdyż było to wówczas najpopularniejsze imię męskie, Johann jednak (czasami zdecydowanie był Johannem, nie Janem) postanowił, że syn będzie miał na imię Helmut. Jak syn jego brata, może jedyny już żyjący Brühl. W polskich dokumentach – i dla matki – Helmut był wszakże Henrykiem. Dwa lata później Bielakom urodził się drugi syn, któremu tym razem imię nadała Zofia. Nazwała go Stefanem, po swoim ojcu.

Jakoś tak się utarło, że Helmut był ukochanym synkiem tatusia, matka zaś ukradkiem faworyzowała Stefka.

W roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym matka umarła. Stefan był już po studiach i pracował w szpitalu. Nauka, praktyki, staż – wszystko to trwało i trwało, Zofia starała się, jak mogła, aby syn mógł skończyć medycynę i w końcu zostać doktorem. Bywało im ciężko i biednie, ale jakoś dali radę. Stefan do tej pory nie zdołał przejrzeć rzeczy, które zostały po mamie – a było tego dwie małe walizki. Raz tylko do nich zerknął, zobaczył same papiery, plik przewiązanych wstążeczką listów, nawet nie sprawdził od kogo, jakieś świadectwa pracy czy coś w tym stylu. Obejrzenie tego postanowił odłożyć na bliżej nieokreślony czas.

Wszakże jedna koperta leżała oddzielnie. Zauważył ją chyba dlatego, że zobaczył na niej swoje nazwisko. Przyjrzał się pieczątce na znaczku – mimo upływu czasu była wyraźna i doskonale czytelna. Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty piąty rok. Rok śmierci mamy. Moje nazwisko? W papierach mamy? – Stefan zdziwił się mocno. Popatrzył na brzegi koperty. Otwarte, mama więc przeczytała ten list. Dlaczego mi go nie dała? – zastanawiał się. Nie miał jednak ochoty wgłębiać się w jakieś stare tajemnice, nawet nie spojrzał na nazwisko nadawcy. O ile w ogóle zostało podane; nie miał zamiaru sprawdzać. Był smutny, strapiony i cierpiał.

Wtedy chciał tylko odłożyć wszystko w jakiś ciemny kąt, żeby na te pamiątki nie patrzeć. Na razie nie mógł się zdobyć na wyrzucenie zawartości walizeczek, bo tylko to zostało mu po mamie. Nie obchodziło go, kto do niego wtedy napisał, gdyby to było coś ważnego, z pewnością dostałby drugi list. A, machnął ręką, i tak przejrzy wszystko dokładnie, kiedyś…

Nie otwierał już potem tych walizeczek, choć nadal je miał. Nie przejrzał papierów, ale ich nie wyrzucił, po pros­tu były. To jedyne pamiątki, które zostały mu po matce.

A teraz, dumał Wiecheć, rozpoczynam trzecie życie. I mam nadzieję, że ułoży mi się tak, jak zamierzam. Wiechciem już nie jestem, wszyscy dostrzegli moją metamorfozę, ale czy to już tak zostanie? Muszę się zdecydować na pewien krok…

1 Patrz Pewnego lata w Szczepankowie, Maria Ulatowska i Jacek Skowroński, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2018.

Rozdział II

ZOJKA

Prawdziwa córka, siostra czy… zwykła znajda?

Bielańska. – Polonistka, pani Kulawiec, wyczytała kolejne nazwisko z listy obecności.

Jedenastoletnia Zojka siedziała w drugiej ławce, co wcale jej się nie podobało. Wolałaby ulokować się w ostatnim rzędzie. Ale tylko właśnie w drugiej było wolne miejsce, obok pucołowatej dziewczynki, Irminy, o wiecznie niezadowolonym wyrazie twarzy, więc tam wychowawczyni umieściła nową uczennicę. Zojka siedziała z pochyloną głową, usiłując nie zwracać na siebie uwagi. Najchętniej wlazłaby pod ławkę i stamtąd słuchała lekcji. Skoro już musi zostać w tej obcej klasie, to niech przynajmniej wszyscy nie przyglądają jej się, jakby była jakimś dziwolągiem. Jeszcze bardziej pochyliła się nad otwartą na chybił trafił książką do polskiego, kryjąc się przed wzrokiem polonistki za plecami siedzącego z przodu chłopca. Nie czytała jednak podręcznika, pogrążona we włas­nych myślach…

Niemal środek pierwszego semestru był fatalną porą do zmiany miejsca nauki, w tym przypadku jednak problemów było o wiele więcej. Całe swe dotychczasowe życie dziewczynka spędziła w rozmaitych domach dziecka, więc siłą rzeczy chodziła do szkół o różnym poziomie. Przerabiała niby ten sam program, co wszystkie dzieciaki w normalnych szkołach, tyle że częste zmiany miejsca pobytu nie sprzyjały nauce, do tego nowi nauczyciele nie znali zasobu wiedzy dziewczynki ani nie silili się na indywidualne podejście do uczniów.

Wszystko było po trosze jej winą, gdyż z powodu nieustannych ucieczek z różnych placówek zyskała sobie opinię trudnej wychowanki, sprawiającej kłopoty i nierokującej dobrze. Miała dopiero jedenaście lat, ale przeżyła o wiele więcej niż jej rówieśnicy. Ucieczki stały się jej metodą radzenia sobie z niezrozumiałym rygorem, brakiem ciepła i koniecznością dostosowywania się do innych. Zojka urodziła się z takim charakterem, że łaknęła swobody. Uwielbiała piwnice i strychy, nie bała się ciemnych zaułków w parku, wszędzie potrafiła znaleźć sobie kryjówkę i zdobyć coś do jedzenia. Była jednak tylko dzieckiem i prędzej czy później zwracała czyjąś uwagę, dawano znać, komu należy, i znów system opieki społecznej brał ją pod swoje skrzydła.

Opinia ostatniej wychowawczyni brzmiała: „Dziecko jest wyjątkowo nieszczęśliwe i usiłuje wykształcić w sobie instynkt drapieżnika jako postawę obronną. Odrzuca wszystkie wartości, poza tymi, które sobie sama wypracowała – zawsze musi być dzielna, silna i samodzielna. Zawsze staje w obronie krzywdzonego, choćby krzywdzącym był ktoś, kto zjadłby ją na śniadanie. Twierdzi, że nienawidzi ludzi, ale prawda jest taka, że nade wszystko pragnęłaby mieć dużą, jak największą rodzinę. Mówią o tym rysunki i opowiadania, które pisuje niby w tajemnicy, ale »gubi« je w różnych miejscach, jakby chciała, żeby każdy to przeczytał. Bardzo zdolna, bystra, lotna, o nieprzeciętnej inteligencji”.

Nie wiadomo, czym by się to wszystko skończyło, gdyby dziewczynka nie trafiła do ośrodka w Szczepankowie. Tamtejsza szefowa, czyli pani Halina, polubiła ją od pierwszego wejrzenia. Nie wiadomo właściwie dlaczego, może sama była w dzieciństwie podobna do Zojki albo serce podpowiedziało jej właściwy sposób podejścia do dziewczynki. W każdym razie mała sierota otrzymała więcej swobody. Położony nad jeziorem ośrodek otaczały lasy. Dziewczynka wychodziła, dokąd i kiedy chciała. I więcej nie uciekła, nie żeby nie było dokąd, ale po prostu… nie musiała.

Zaraz na wstępie Halina wzięła ją na bok i powiedziała poważnym tonem, jakiego używa się w stosunku do dorosłego:

– Zosiu, jesteś tu najstarsza. Przyjęliśmy cię do naszej rodziny, bo jesteś mądra i wrażliwa. Tak nam cię opisali twoi wychowawcy. Chcemy, żebyś została naszą pomocnicą.

Dziewczynka przestąpiła z nogi na nogę. Halinie, byłej nauczycielce, bystrej obserwatorce i znawczyni psychiki dziecięcej, nie umknął wyraz twarzy dziecka, gdy usłyszało słowo „rodzina”. Do jej ośrodka dzieci nie trafiały dlatego, że były ładne, spokojne i grzeczne. Ostateczne kryterium stanowiła decyzja szefowej. Zojki początkowo nie brano pod uwagę, choć znalazła się w wyselekcjonowanym gronie. Jednak przeważyła opinia byłej wychowawczyni dziewczynki. Dopisała jeszcze na końcu, że osobiście nie znalazła dobrej metody dotarcia do Zojki i żywi wielkie obawy co do jej przyszłości. Tego jednak szefowa nie powiedziała głośno dziewczynce.

– Wiem, że uciekałaś z różnych domów dziecka – kontynuowała Halina. – Od nas nie musisz uciekać. Wystarczy, jeśli powiesz, że nie chcesz tu być. Odwieziemy cię gdzieś indziej. Musisz jednak wziąć pod uwagę, że mimo całej swej zaradności i samodzielności jesteś niepełnoletnia, w związku z czym nie możesz mieszkać sama. Gdziekolwiek trafisz, nikt nie pozwoli ci robić, co chcesz… U nas jest trochę inaczej. Widzisz, żyjemy tutaj trochę jak rozbitkowie na bezludnej wyspie. W dużym stopniu jesteśmy samowystarczalni, tworzymy jedną wielką rodzinę. Każdy ma prawo decydować o swoich sprawach, ale ważne, abyśmy się wspierali, pomagali sobie i dawali z siebie tyle, na ile kogo stać. Rozumiesz?

Dziewczynka, drobna, szczuplutka blondyneczka, patrzyła Halinie prosto w oczy. Jakby chciała wyczytać z nich stopień prawdomówności przemawiającej.

– Rozumiem – odpowiedziała bardzo poważnie.

Najbardziej spodobały jej się słowa Haliny o bezludnej wyspie. Swego czasu przeczytała z wypiekami na twarzy Przygody Robinsona Crusoe oraz Tajemniczą wyspę. Wiedziała, że to nie do końca prawda, ale… od czegóż wyobraźnia? I ona, Zojka właśnie, pokaże wszystkim, że poradzi sobie jak nikt inny! – Zgadzam się i przyjmuję warunki. – Skinęła głową, a Halina uśmiechnęła się serdecznie i wyciągnęła ramiona.

Zojka zawahała się chwilę. Wyglądała, jakby najbardziej na świecie pragnęła wpaść w te zachęcające objęcia. Jednak była przecież dzielna, silna i samodzielna. Wysunęła do przodu podbródek i podała Halinie rękę.

– Tylko jedno. – Przytrzymała dłoń szefowej ośrodka i poinformowała ją o czymś, co było dla niej bardzo ważne. I o czym przypominała dorosłym tyle razy, aż to zapamiętali. – Nie jestem Zosia. Nienawidzę swojego imienia. Jestem Zoja. No, może być Zojka. Ale nie Zosia.

Tak naprawdę nikt nie nadał jej imienia, nawet po urodzeniu, nie miała też nazwiska. Jej matka urodziła dziecko i natychmiast się go zrzekła. Gdy tylko doszła do siebie po porodzie, wypisała się ze szpitala na własne życzenie. Podpisała wszystkie papiery, jakie jej podsunięto, córki nawet nie chciała zobaczyć, i zniknęła na zawsze. Pani Zofia była jej opiekunką na oddziale noworodków, pielęgniarki mówiły więc o małej „ta dziewczynka Zośki” i gdy należało wpisać do dokumentów dane dziecka, imię „Zofia” pojawiło się tam automatycznie. Urodziła się w Szpitalu Bielańskim, nazwisko więc otrzymała mało oryginalne, została Zofią Bielańską.

Odkąd pamiętała, nie lubiła swojego imienia, choć sama nie wiedziała czemu. Być może winne były jakieś utajone wspomnienia, nie wiadomo. Wszak każdy ma coś takiego, co akceptuje bez zastrzeżeń, lub też odwrotnie – przechodzą go dreszcze na samą myśl o tym czymś. Masa psychoanalityków zbiła fortuny na odkrywaniu przyczyn owych fobii, nie docierając często jednak do ich źródeł ani nie znajdując środków zaradczych. Zosi nie badał żaden psychiatra, po prostu któraś z opiekunek zaproponowała kiedyś:

– A może chciałabyś nazywać się Zoja? To takie piękne imię, a przyjaciele wołaliby na ciebie po prostu Zojka.

– Naprawdę jest takie imię? – zainteresowała się z blaskiem w oczach dziewczynka.

– Oczywiście. – Kobieta skinęła głową. – Pochodzi z języka greckiego i oznacza „życie”. Bardzo do ciebie pasuje.

Od tej pory była Zojką i już! Dowiedziała się, że człowiek dorosły może zmienić imię nawet w dokumentach i to było jej pierwsze postanowienie na liście: „Co zrobię, kiedy dorosnę”. Miała taką listę, wyczytała o niej w jakiejś książce. Książki czytała nałogowo, wszystkie, jakie tylko wpadły w jej ręce. To również był powód jej zauważalnej odmienności, ponieważ rówieś­nicy oddawali się bardziej przyziemnym rozrywkom, jak gra w warcaby albo nawet w karty, robili sobie wzajemnie kawały, nierzadko brzydkie, czy tworzyli grupy i grupeczki, w których obowiązywały specjalne reguły. Wszystkie zamknięte społeczności – a sierocińce nie są tu wyjątkiem – mają tendencję do ustanawiania włas­nych hierarchii. Tak się jakoś składało, że Zojka nie pragnęła integrować się z nikim na siłę, więc zwykle stała najniżej w grupie. Bo nie donosiła na innych, nie popalała papierosów w ubikacji, nie robiła specjalnie na złość wychowawcom…

Tylko czytała ukradkiem, czasem w łazience, czasem pod łóżkiem, przy słabym świetle latarki.

Gdy w pierwszym domu dziecka, w którym przebywała, skończyły się wszystkie książki na dostępnej dla niej półce, dziewczynka postanowiła pójść gdzie indziej. Tam, gdzie będzie miała coś więcej do czytania i gdzie będą mądrzejsze dzieci niż te, z którymi teraz musiała mieszkać. Oczywiście nie zawędrowała daleko, był styczeń, samotne, dygoczące z zimna dziecko szybko zainteresowało przechodniów, a policja łatwo ustaliła adres małej uciekinierki. Jednak Zojka postanowiła za wszelką cenę zmienić ów adres i tyle razy uciekała z tego domu dziecka, aż wreszcie przeniesiono ją do innego. W tym drugim wytrzymała pół roku, przeczytała wszystkie książki, jakie tam znalazła, i postanowiła uciec ponownie. Tym razem jednak przygotowała się do ucieczki staranniej i rozsądniej. Po pierwsze – poczekała, aż skończy się rok szkolny. Było lato, dziecko na ulicy mniej dziwiło, a może trafiała na mniej wrażliwych i czułych przechodniów. Pierwszą noc swojej ucieczki spędziła w piwnicy pewnego budynku, po prostu na chybił trafił wślizgnąwszy się na klatkę schodową, skąd na lewo schody prowadziły na górę, na prawo – do piwnic. Spodobało jej się tam, duchów się nie bała, gryzoni także nie. Zresztą gryzoni nie było, a jeśli były, nie niepokoiły dziewczynki. Niestety, szybko zrobiła się głodna. Pieniędzy przecież nie miała, ale była pomysłowa. Weszła do pierwszej kawiarni, jaką znalazła po drodze, i uważnie przesunęła wzrokiem po stolikach. Na jednym z nich stały dwa talerzyki, jeden całkiem pus­ty, drugi z połówką sernika. Zojka przysiadła czujnie, bokiem, na krześle i szybko wpakowała sobie do buzi nadgryzione ciastko. Wybiegła z kawiarni, zanim ktoś zwrócił na nią uwagę. Nie najadła się jednak tym kawałkiem deseru, pomyślała więc, że spróbuje tej samej metody w jakiejś restauracji. Nie wzięła tylko pod uwagę pory dnia; wczesnym przedpołudniem mało kto jada w restauracjach, niczym się więc nie poratowała. A jej obecność tylko budziła niepotrzebne zainteresowanie.

Korzystając z różnych środków transportu publicznego, dotarła do Anina. Zaczęła wędrować uliczkami, przy których stały wille jak z bajki, nigdy takich nie widziała. Otoczone zielenią, z pięknymi fasadami, błyszczącymi szybami okiennymi, przystrzyżonymi trawnikami i artystycznie rozplanowanymi ogrodami. Zaczęła marzyć, że kiedyś zamieszka w takim właśnie domu, nawet jeden sobie wybrała. Stał prawie na uboczu, fragment ogrodzenia sąsiadował ze ścianą lasu.

Była jednak dzieckiem. Samotnym, bez pieniędzy i bliskich. Jeszcze przez parę dni zdołała ukrywać się przed ludzką ciekawością, jedząc co popadnie, ale w końcu zwróciła czyjąś uwagę i wszystko zaczęło się od nowa…

Niedługo po tym wydarzeniu wychowawczyni domu dziecka otrzymała informację, że pewien ośrodek w mazurskim Szczepankowie ogłasza nabór wychowanków. Zgłosiła kandydaturę Zofii Bielańskiej…

– Zofia Bielańska! – powtórzyła głośniej polonistka z wyczuwalną w głosie irytacją, tym razem wymieniając pełne imię i nazwisko.

Skryta za plecami siedzącego przed nią chłopca Zojka zorientowała się raptem, że umilkł zwykły klasowy szum złożony z szeptów i szelestu zeszytów, a reszta uczniów kieruje spojrzenia w jej stronę. Jednak potrzebowała jeszcze chwili, by się zorientować, że pani ją właśnie wyczytała.

– Jestem – powiedziała wreszcie, łowiąc uchem narastające wokół chichoty. – Obecna.

– Miło mi, że raczyłaś nas o tym poinformować. Mam nadzieję, że nie przerwałam ci drzemki? – Słowa polonistki wywołały jeszcze większą wesołość.

Zojka miała ochotę uciec gdzie pieprz rośnie. Po prostu zerwać się, wybiec z klasy, a potem ze szkoły i powędrować, gdzie ją oczy poniosą. Niewiele brakowało, aby tak postąpiła. Tyle że w jakiś nie do końca uświadomiony sposób dotarło do niej, iż byłoby to coś zupełnie innego niż jej poprzednie ucieczki. Bo wtedy jej nieobecność nikogo specjalnie nie martwiła. A teraz miała dom, a w nim kilka osób, którym wyrządziłaby wielką przykrość i zgotowała ogromne zmartwienie, gdyby nie wróciła po lekcjach…

Uniosła więc głowę i powiedziała, patrząc prosto w oczy pani od polskiego:

– Przepraszam. Ja nie spałam.

– Cieszy mnie to niezmiernie… – zaczęła z sarkazmem nauczycielka, lecz Zojka nie zwróciła na to uwagi.

Miała jeszcze coś do powiedzenia, a nie nauczyła się jeszcze sztuki dyplomacji ani tego, że czasem lepiej stulić uszy i nie mówić prawdy. Nie była też przesadnie nieśmiała, tylko kiedy nie miała niczego do powiedzenia na jakiś temat, nie odzywała się po prostu, co wielu ludziom kojarzy się właśnie z nieśmiałością.

Teraz uznała za konieczne stłumić w zarodku rodzące się u pani Kulawiec przekonanie, że w osobie „nowej” będzie miała w klasie jakąś wiecznie rozespaną mimozę.

– Nie lubię swojego nazwiska. Ono nie jest prawdziwe – wyjaśniła Zojka, budząc tym zrozumiałe zdumienie. – Dano mi je w szpitalu, gdzie urodziła mnie matka. I gdzie mnie zostawiła. Potem mieszkałam w różnych domach dziecka. Ostatni był w Szczepankowie, w głębi takiego wielkiego lasu, że nie przeszłoby się przez niego w ciągu jednego dnia. Nad jeziorem z łabędziami i czaplami. Poznałam każde drzewo, wszystkie leśne ścieżki i miejsce, gdzie miały gniazdo orły. Nikomu nie przeszkadzało, że robiłam, co chciałam. Mogłam wychodzić na całe dnie, pływać w jeziorze, siedzieć w swojej kryjówce, zachodzić do ukrytej chatki wujka Wiechcia i bawić się z jego oswojonymi liskami, Miksem i Maksem…

Pani Kulawiec chrząknęła, jakby chciała przerwać monolog nowej uczennicy, ale coś ją powstrzymało. W opowieści dziewczynki kryła się prawda i jakiś czar, które podziałały nawet na surową polonistkę. W klasie ustały chichoty i szepty.

– Wiecie, że miałam oswojoną wronę, Kajkę? Znalazłam ją kiedyś z przetrąconym skrzydłem, pewnie ktoś rzucił w nią kamieniem. Najpierw bała się mnie i płakała, tak ją bolało to skrzydło. Ale przynosiłam jej jedzenie, rozmawiałam z nią i pocieszałam, aż przestała się bać i całkiem wyzdrowiała. Pewnie bym tam została, może na zawsze, ale… – urwała nagle, zawstydzona, że tak się jej rozplątał język w obliczu całej klasy.

Ale dzieciaki już się nie śmiały, słuchały zaciekawione, a kostyczne oblicze nauczycielki nabrało dziwnie łagodnego wyrazu. Bez słowa zdjęła okulary w grubych oprawkach i uśmiechnęła się zachęcająco.

– Co się stało, czemu nie zostałaś? – rozległo się skądś z głębi klasy.

– Bo… – Zojka uciekła wzrokiem gdzieś w stronę okna, przed jej oczyma przewijały się wspomnienia niedawnych wydarzeń. – Na wakacje przyjechał taki jeden chłopak, rok starszy ode mnie, z ojcem. I Olga, dziennikarka. Kajka zaraz ich polubiła, więc ja też… Potem z Krzyśkiem znaleźliśmy stary poniemiecki bunkier. A wujek Wiecheć uratował życie jednej chińskiej dziewczynce z sierocińca. Bo on był kiedyś lekarzem, tylko uciekł od ludzi i zamieszkał w lesie…

– Zaraz – wtrącił się jeden z uczniów – znam jednego Krzyśka, chodzi do naszej szkoły, jest w piątej B. Znam go z pływalni. Ale on się nazywa Biernacki, więc to nie on.

– Właśnie on, to mój brat.

– Jak to, przecież mówiłaś, że mama cię zostawiła i mieszkałaś w domach dziecka? I tam cię nazwali Bielańska, nie Biernacka. Kręcisz coś…

Zojka zacisnęła dłonie i z wysiłkiem stłumiła chęć odburknięcia czegoś nieprzyjemnego.

– Adam i Olga wzięli ślub, a potem zaraz mnie adoptowali. Niedługo też będę się nazywać Biernacka, więc już mało reaguję na nazwisko Bielańska. A z Krzysiem… – ugryzła się w język. Zawarli prawdziwe braterstwo krwi, ale to miało pozostać ich wyłączną tajemnicą. – Jest moim bratem i już.

Nauczycielka stuknęła dziennikiem klasowym w biurko, skupiając na sobie uwagę uczniów.

– Dobrze, Zosiu, opowiedziałaś nam trochę o sobie i na tym poprzestańmy – odezwała się, przecierając okulary. – Myślę, że cała czwarta klasa jest już na tyle dojrzała, aby cię przyjąć i pomagać ci, gdybyś miała z czymś trudności. Prawda?

W odpowiedzi rozległ się chór potakujących głosów. Wprawdzie Zojka chętnie poprosiłaby o nienazywanie jej Zosią, rozumiała jednak, że byłoby to trochę nie na miejscu wobec pani nauczycielki. Co innego reszta klasy, poprosi ich, kiedy się lepiej poznają.

– A ta wrona, Kajka, co się z nią stało? Trzymasz ją gdzieś tutaj? – zapytał któryś z uczniów.

– Dosyć, to lekcja, a nie prywatne spotkanie! Porozmawiacie sobie z nową koleżanką później. – Pani Kulawiec straciła już cierpliwość i uznała, że najwyższy czas przywrócić dyscyplinę. – A teraz wracamy do zajęć. Przegadaliśmy sporo czasu, trudno się mówi. Dziś nie będzie odpytywania z prac domowych.

Rozległo się lekko stłumione westchnienie ulgi. Pani Kulawiec przystąpiła do omawiania ciekawego życia i twórczości pisarza, którego Zojka znała już nieźle z wcześniejszych samodzielnych lektur. Notowała jednak pilnie, czasem zadała pytanie, dowodzące znajomości tematu, bo doświadczenie nabyte w różnych placówkach podpowiadało jej, że nie ma to jak od początku zrobić dobre wrażenie. Miała poczucie, że nawet nieźle jej się udawało. I to nie tylko z polonistką, ale złapała też parę punktów u towarzystwa klasowego.

Była to prawda. Jednak, jak to zwykle bywa, nie do końca… Miała się o tym przekonać niebawem.

Tuż przed dzwonkiem na przerwę polonistka podyktowała temat wypracowania domowego, które należało oddać za trzy dni. Dotyczył niedawnej lektury, toteż nie wzbudził w Zojce żadnego popłochu. Wprawdzie piętą achillesową dziewczynki była ortografia, jednak Olga, jako dziennikarka, miała poprawną pisownię w małym palcu, pracowała więc z Zojką usilnie i systematycznie w domu. Codziennie przygotowywała dla niej krótkie i zabawne dyktanda, a następnie omawiała popełniane przez Zojkę błędy. Prosta metoda okazała się na tyle skuteczna, że dziewczynka coraz pewniej posługiwała się słowem pisanym. Z matematyki miała zadziwiająco niewiele zaległości, do czego przyczynił się wrodzony talent i znakomita pamięć. Z innymi przedmiotami było już różnie, tu jednak najbardziej pomagał Krzyś, gdyż zaledwie w ubiegłym roku przerabiał ten sam materiał, nie zdążył nawet wyrzucić zeszytów z poprzedniej klasy. Odnalezienie się Zojki w nowej szkole oraz integracja z rówieśnikami przebiegały nadspodziewanie pomyślnie. Przynajmniej do tej pory.

Zabrzmiał dzwonek na długą przerwę, dzieciaki zaczęły wybiegać ochoczo, by jak najszybciej zameldować się w szkolnym bufecie albo oddać innym rozrywkom na szkolnych korytarzach czy w świetlicy. Zojka nie znała dobrze budynku ani nie miała jeszcze bliskich koleżanek, toteż nie spieszyła się jak inni. Klasa była prawie pusta, kiedy rozległo się głośne:

– Sandra i Zośka zostają!

Przy drzwiach stało trzech chłopaków. Na pierwszy rzut oka dało się dostrzec, iż stanowią jedną paczkę, a rej wodzi wśród nich ostrzyżony niemal na łyso osobnik z pozostawioną z przodu sterczącą grzywką. Co to za moda? – pomyślała Zojka, której przypomniała się rycina szlachcica z jakiejś książki. Chłopak wyglądał dokładnie tak samo, tylko był ubrany w drogie, markowe ciuchy. Miał złośliwe, osadzone blisko siebie oczka i bawił się najnowszym modelem komórki, chociaż w szkole obowiązywał ścisły zakaz przynoszenia telefonów. Widać, jak wszędzie, byli tu równi i równiejsi. Jego kumple spoglądali to na prowodyra, to w stronę Zojki i jeszcze jednej dziewczynki. Drobniutka brunetka o prostych, pięknie opadających na ramiona włosach z wyrazem dziwnej paniki na twarzy zastygła przy swojej ławce. Zojka zupełnie nie rozumiała sytuacji, może w klasie jest jakaś inna Zosia? Jednak zatrzymała się kilka kroków przed mierzącymi ją wzrokiem chłopakami. Prowodyr zaczekał, aż klasa opustoszeje. Ostatnia wyszła dzieląca z Zojką miejsce w ławce Irmina, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z trzema koleżkami. Chłopak z dziwaczną fryzurą odezwał się luzackim tonem:

– Na imię mam Karol, ale wszyscy znają mnie jako Szajbę. To tak dla twojej informacji.

– I co z tego? – Zojka patrzyła na niego jak na słup z ogłoszeniem w obcym języku.

– Nic… – Wzruszył ramionami, uparcie świdrując ją złośliwymi oczkami. – Przynajmniej póki będziesz grzeczna.

Zojka spotykała już podobnych typków w różnych domach dziecka. Lubili pokazywać „nowym”, gdzie ich miejsce. Wszędzie tworzyły się jakieś paczki, w których wiedli prym samozwańczy przywódcy, często będący pupilami opiekunów. Pomagali utrzymać porządek w grupie, a że przy tym odnosili jakieś prywatne korzyści, po prostu nikt nie chciał zauważać…

– A jeśli nie będę? – spytała naiwnym tonem.

Po twarzy Szajby rozlał się szeroki, pewny siebie uśmiech. Zwrócił się do stojącej jak trusia brunetki o znękanym spojrzeniu.

– Sandra, wytłumacz naszej Zosieńce, co możemy zrobić dziewczynie, która nie wykonuje poleceń. Albo donosi na nas wychowawczyni czy starym. – Zerknął na kumpli. – Bo my nie lubimy skarżypytów i umiemy sobie z nimi radzić, co nie?

Tamci dwaj zarechotali jak na komendę. Dziewczynka o imieniu Sandra chciała coś powiedzieć, jednak Zojka ją ubiegła:

– Szajba? Nawet pasuje. Słuchaj, ucisz tych dwóch głupków, a potem gadaj, o co ci chodzi, bo tylko tracimy czas.

– Walnę ją, dobra? – Jeden z chłopaków ruszył w kierunku „nowej”, ale Szajba złapał go za ramię i przytrzymał. Najwyraźniej lubił być na pierwszym planie i chciał pokazać, że nie potrzebuje wyręki w rozprawie ze zwykłą dziewczyną.

– Odważna jesteś, ale głupia. – Zmrużył wredne oczka. – A teraz słuchaj i dobrze sobie zapamiętaj. W czwartej C to ja rządzę, nie jakiś tam gospodarz klasy. I kiedy chcę czegoś od kogoś, to dostaję. Jasne?

– Nie mam pieniędzy – oświadczyła Zojka. – A nawet gdybym miała…

– Naprawdę jesteś głupia – przerwał jej Szajba. – Czy ja wyglądam na kogoś, komu brakuje forsy? Wiesz, kim jest mój stary?

– Skąd mam wiedzieć?

– Jest posłem. I tak się składa, że załatwił to i owo dla szkoły… Więc nikt mnie tu nie ruszy.

Zojka niejasno kojarzyła, że poseł to ktoś bardzo ważny. Tylko tyle. I zupełnie nie obchodziło jej, że ten typek ma takiego ojca. Stała więc i oczekiwała na ciąg dalszy.

– Sandra odrabia za mnie i chłopaków matmę, a ty będziesz nam pisać wypracowania z polaka – ciągnął Szajba. – Kulawa cię lubi. My mamy lepsze rzeczy do roboty niż czytanie tych durnych lektur.

Wbrew temu, co sądził o niej samozwańczy przywódca klasowy, Zojka nie była głupia. Podobne sytuacje zdarzały jej się wcześniej w domach dziecka, gdzie przebywała. Czasem otwarcie wykorzystywano tam młodszych i słabszych, częściej jednak oddawało się „przysługi”, aby się wkupić do towarzystwa i nie być popychadłem. Wychowawcy, nawet ci najbardziej zaangażowani i kochający swoją pracę, nie wiedzieli o wszystkim, gdyż po prostu nie mogli.

Zojka odwróciła się do dziewczynki, której Szajba kazał zostać w klasie.

– Sandra, naprawdę rozwiązujesz dla nich zadania?

Tamta, z nieszczęśliwym wyrazem twarzy, jedynie skinęła głową.

– A co na klasówkach?

– Ty, mała, nie bądź taka ciekawska – warknął Szajba, jednak nie umiał się powstrzymać przed zaprezentowaniem swojego sprytu: – Załatwiłem, że siedzimy w ostatnim rzędzie… Kumasz?

Zojka zrozumiała, że tam najłatwiej ściągać, lecz w zasadzie miała to gdzieś. Nie bała się Szajby ani jego pogróżek. Taka się już urodziła, że żyła we własnym świecie, a ci, którzy byli jej obojętni, jakby nie istnieli. Bywała w gorszych opresjach, całymi latami czuła się opuszczona i tak samotna, że aż zobojętniała na wszystko. Ale w razie potrzeby potrafiła walczyć o swoją pozycję. Albo uciekała, kryjąc się w piwnicach i na strychach…

Tyle że teraz nie mogła uciec. Nie od Olgi i Krzysia. Kochała ich jak nikogo na świecie. No, może z wyjątkiem Kajki.

– Mała, jak będzie? – zapytał syn pana posła, zniecierpliwiony jej milczeniem.

Zojce przypomniał się Waśka2. Jej wspaniały wielki przyjaciel. Rosjanin, były komandos, obieżyświat, który umiał nawet pilotować helikoptery. Poznali się w Szczepankowie, gdzie przypadkiem wytropił leśną kryjówkę dziewczynki, i nauczył Zojkę paru sztuczek przydatnych do przetrwania w trudnych warunkach. Co on by zrobił na jej miejscu? Och, to jasne, dałby temu chłoptasiowi piękny wycisk i nawet tatuś na Bóg wie jakim stanowisku nie pomógłby Szajbie. Nawet gdyby był samym prezydentem. A wujek Wiecheć co by jej poradził? Chyba powiedziałby, aby zwierzyła się z kłopotów Oldze i Adamowi. Ale stulić uszy i skarżyć się już na samym początku? To nie leżało w jej charakterze.

Zojka spojrzała na stojącą jak ostatnie nieszczęście Sandrę, a potem w złośliwe oczka Szajby i poczuła, że burzy się w niej krew. Ten dureń nie wiedział, z kim ma do czynienia! Była gotowa ruszyć do drzwi, a gdyby któryś z chłopaków choćby jej dotknął, rzuciłaby mu się do oczu i gardła, a wtedy już pomogłoby mu tylko pogotowie. Zmrużyła oczy, spięła się w sobie i zrobiła dwa kroki naprzód, kiedy raptem znów pomyślała o swoich nowych rodzicach… I o bracie. Teraz na pewno by sobie poradziła, ale mimo wszystko przysporzyłaby im zmartwień…

Zatrzymała się w miejscu, pokornie pochyliła głowę i powiedziała jakimś bojaźliwym tonem:

– Dobrze. Napiszę ci wypracowanie.

– Trzy wypracowania – uściślił Szajba. – Przyniesiesz pojutrze, żebyśmy zdążyli sobie przepisać. I jak nie dostaniemy co najmniej czwórek…

– To co? – zapytała, patrząc w podłogę.

– Sandrę zapytaj. I pamiętaj, że wiemy, gdzie mieszkasz i którędy wracasz do domu…

– Nie wiem, czy zdążę napisać aż tyle.

– Mała, nie ściemniaj! – warknął Szajba. – To jakaś tam nadobowiązkowa lektura i zdążyłaś się przyznać Kulawej, że ten durny Cylinder za sto tysięcy przeczytałaś z pięć razy.

– Kapelusz za sto tysięcy – poprawiła go automatycznie.

– No sama widzisz – wzruszył ramionami – możesz pisać z pamięci.

Chłopak uznał sprawę za załatwioną, odwrócił się i w charakterystyczny sposób zastukał w drzwi, których, jak się zaraz okazało, pilnowała od strony korytarza Irmina.

Kiedy zostały same, Zojka spytała:

– Naprawdę ty i inni wszystko za nich robicie?

– Nie wszystko… – odparła niepewnie dziewczynka. Zachichotała jakoś nerwowo. – Oni są dobrzy z wuefu.

– Ja jestem lepsza.

Sandra popatrzyła z powątpiewaniem na drobną postać Zojki, lecz nie wyraziła głośno wątpliwości.

– Sandra, czym ci grozili?

Dziewczynka zawahała się i wreszcie zrobiła palcami ruch naśladujący obcinanie jej pięknych włosów przy samej skórze.

– I nikt nigdy nie przyznał się wychowawczyni czy rodzicom, że musi im robić ściągi i prace domowe?

– Na początku ten i tamten coś powiedział… Była prawie afera, najpierw wywiadówka z uczestnictwem dyrektora, potem wzywali rodziców do szkoły… A jeszcze potem przyjechał tata Karola, Szajby znaczy się. Podobno przepraszał, ale twierdził też, że z uwagi na jego eksponowane stanowisko syn często jest prześladowany i niesłusznie pomawiany, i takie tam…

– I co dalej?

Sandra, nie patrząc na Zojkę, spakowała zeszyty do plecaka.

– Sama widziałaś. Nic się nie zmieniło. Nikt nic nie widzi, nikt nie słyszy… – Ruszyła do wyjścia, ale jeszcze się zatrzymała i obróciła głowę. – Napiszesz im te wypracowania? Lepiej tak zrób, przynajmniej na jakiś czas dadzą ci spokój.

– Przecież powiedziałam, że napiszę.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Rozdział I. STEFAN

Rozdział II. ZOJKA

Rozdział III. KRYSTYNA

Rozdział IV. STEFAN

Rozdział V. ZOJKA

Rozdział VI

Rozdział VII. ŚWIĘTA U BIERNACKICH

Rozdział VIII. STEFAN

Rozdział IX. ROZTERKI, CIĄGLE TE ROZTERKI…

Rozdział X. ZOJKA

Rozdział XI. KONSTANTY

Rozdział XII. ZLECENIE MARZENIE

Rozdział XIII. DOBRY POMYSŁ?

Rozdział XIV. WYWIAD, KTÓREGO NIE BYŁO

Rozdział XV. CELINA

Rozdział XVI. SZCZEPANKOWO

Rozdział XVII. WSPÓLNA PRÓBA? TAK JEST!

Rozdział XVIII. PRZEMILI BLIŹNIACY,

Rozdział XIX. DYPLOMACJA W UJĘCIU ZOJKI

Rozdział XX. COŚ BARDZO WAŻNEGO…

Rozdział XXI. ROZTERKI KRYSTYNY

Rozdział XXII. KSZTAŁTUJE SIĘ PRZYSZŁOŚĆ…

Rozdział XXIII. NOWA BIERNACKA. NARESZCIE!

Rozdział XXIV. TO TY MUSISZ PODJĄĆ DECYZJĘ

Rozdział XXV. OJCIEC I SYN

Rozdział XXVI. KRYSTYNA I STEFAN

Posłowie

2 Waśkę można spotkać po raz pierwszy w powieści Tylko milion Marii Ulatowskiej i Jacka Skowrońskiego, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2017, a następnie w pierwszym tomie cyklu szczepankowskiego.

Spis treści

Rozdział I. STEFAN

Rozdział II. ZOJKA

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Niecodzienny upominek Pewnego lata w Szczepankowie Tylko milion Historia spisana atramentem Pokój dla artysty Autorka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy