Wieczny las. Poza pogonią wielkich miast

Wieczny las. Poza pogonią wielkich miast

Autorzy: Justyna Stoszek

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Edukacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.94 zł

 

Ta książka powstała z miłości do drzew.

Chociaż nasza egzystencja jest zależna od lasów, paradoksalnie jesteśmy dla nich największym zagrożeniem. Rośliny od wieków o nas dbały, lecz dziś to my musimy zadbać o nie, pozostawiając im wolną przestrzeń, w którą nie będziemy ingerować.

Justyna Stoszek, twórczyni żywych rzeźb FOREST FOREVER, to artystka, prekursorka roślinnych instalacji w szkle. Swoje serce oddaje lasom i naturze. Zwraca uwagę na symbiozę, w jakiej żyjemy z roślinami.

W tej książce opowiada historie ludzi, dla których Puszcza Białowieska, las mazurski i las beskidzki są nie tylko miejscem zamieszkania, ale całym życiem. Spójrz na las ich oczami, wsłuchaj się z nimi w szum drzew...

Edycja specjalna. W środku ilustracje autorki do oprawienia!

Re­dak­cja: Pra­cow­nia CO­GI­TO

Ko­rek­ta: Ju­sty­na To­mas

Pro­jekt gra­ficz­ny ma­kie­ty i okład­ki: Ju­sty­na Sto­szek

Opra­co­wa­nie tech­nicz­ne ma­kie­ty: IMK

Opra­co­wa­nie tech­nicz­ne okład­ki: Le­mon Stu­dio

Skład: Ro­bert Ku­pisz

Ilu­stra­cje: Ju­sty­na Sto­szek

Zdję­cia:

Łu­kasz Smu­dziń­ski

Mag­da­le­na Pan­fi­ło­wa

Ju­sty­na Sto­szek

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Bar­ba­ra Jon­kisz

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Ju­sty­na Sto­szek

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-421-0

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Wstęp

Kie­dy bli­scy skła­da­ją mi ży­cze­nia uro­dzi­no­we, za­wsze po­wta­rzam, że nie chcę żyć sto lat. Chcę, by sto, pięć­set, ty­siąc, dzie­sięć ty­się­cy lat żyły drze­wa. Moja ar­ty­stycz­na dro­ga jest dłu­ga. Po­dą­żam nią od dzie­ciń­stwa. I nie jest ona przy­jem­na, mięk­ka, po­lna. Czę­sto jest to stro­ma ścież­ka bie­gną­ca po pio­no­wym zbo­czu na wietrz­ny i lo­do­wa­ty szczyt. Na tej sa­mot­nej dro­dze trzy­ma mnie pra­gnie­nie stwo­rze­nia cze­goś praw­dzi­we­go, pięk­ne­go i waż­ne­go.

Ma­lu­ję i ry­su­ję od dziec­ka. Ro­biąc to, czu­ję się wspa­nia­le. Jed­nak od dzie­ciń­stwa moim miej­scem jest las. Bę­dąc w nim, czu­ję się wy­jąt­ko­wo. Świa­do­mie wy­bra­łam ścież­kę edu­ka­cji ar­ty­stycz­nej, ale się za­wio­dłam. Za­pew­ne dla­te­go, że była to miej­ska ścież­ka, a nie ta… przez las. Je­stem dy­plo­mo­wa­ną ar­tyst­ką. Ma­lar­ką i rzeź­biar­ką. I z tym też czu­ję się do­brze. Może dla­te­go, że jest to wy­ko­na­ne do koń­ca za­da­nie. Te­raz żyję i two­rzę w mie­ście. To trud­ne.

Od dwu­na­stu lat wy­ko­nu­ję żywe rzeź­by, mi­nia­tu­ro­we bios­fe­ry – lasy za­mknię­te w szkle. Ory­gi­nal­ność tego po­my­słu jest spe­cy­ficz­na – zro­bi­łam krok do przo­du, jed­no­cze­śnie się­ga­jąc do prze­szło­ści, do źró­deł. Obu­dzi­łam skry­wa­ną w ludz­kich ser­cach tę­sk­no­tę za bli­sko­ścią na­tu­ry. Fo­rest Fo­re­ver to lasy praw­dzi­we, po­nie­waż są żywe. Są pięk­ne na­tu­ral­nym pięk­nem i waż­ne, bo przy­po­mi­na­ją lu­dziom o za­sa­dach funk­cjo­no­wa­nia przy­ro­dy, o tym, że ich eg­zy­sten­cja jest w ca­ło­ści uza­leż­nio­na od ro­ślin. Szkło zaś, jed­no­cze­śnie twar­de i kru­che, sym­bo­li­zu­je doj­rza­łą oso­bo­wość. We­wnątrz – nie­wiel­ki frag­ment praw­dzi­we­go lasu jako sym­bol na­szej głę­bo­ko skry­wa­nej wraż­li­wo­ści.

Jak bar­dzo zmie­ni­ło i zmę­czy­ło mnie mia­sto, po­czu­łam pod­czas mo­ich le­śnych wy­staw. Wę­dro­wa­łam z kap­su­ła­mi przez trzy pol­skie lasy. Do­pie­ro tam było do­brze. Tam ja i moje mniej­sze lasy by­li­śmy na swo­im miej­scu. Zo­sta­nę jesz­cze w mie­ście przez ja­kiś czas. Te­raz szu­kam mo­jej zie­mi. Mo­je­go lasu.

Kap­su­ły

Po­mysł mi się przy­śnił. Była to wi­zja szkla­nych kap­suł o kształ­tach or­ga­nicz­nych, bio­lo­gicz­nych, przy­po­mi­na­ją­cych kro­plę wody czy bą­bel po­wie­trza. We­wnątrz ro­śli­ny. Zo­ba­czy­łam, jak kap­su­ły za­pa­la­ją się i uno­szą nad zie­mią, nad la­sem, star­tu­ją i lecą w ko­smos. We śnie po­ja­wi­ła się myśl i była to myśl ro­ślin o tym, że opusz­cza­ją Zie­mię, któ­ra prze­sta­ła być dla nich przy­ja­znym miej­scem. W dru­giej czę­ści snu wi­dzia­łam za­gła­dę ludz­ko­ści. Zie­mię su­chą i ja­ło­wą. Lu­dzi umie­ra­ją­cych z gło­du. Wa­la­ją­ce się w pia­sku i na pu­stych be­to­no­wych uli­cach ko­ści. Cha­os.

Obu­dził mnie wła­sny strach. Ob­raz świe­cą­cych w le­sie kap­suł po­zo­stał jed­nak pod po­wie­ka­mi i w gło­wie. Tego dnia przy­szedł do mnie list. Od Lu­cy­ny. Z Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej. Pro­po­zy­cja wy­sta­wy. Za­pro­sze­nie do lasu.

Pa­ko­wa­łam się przed prze­pro­wadz­ką do Bia­ło­wie­ży. Słu­cha­łam au­dy­cji ra­dio­wej, w któ­rej po­wie­dzia­łaś: „Las naj­le­piej so­bie ra­dzi po­zo­sta­wio­ny w spo­ko­ju”. To tak bar­dzo pa­so­wa­ło do sy­tu­acji w Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej. Po­sta­no­wi­łam do Cie­bie na­pi­sać.

Po prze­czy­ta­niu tego li­stu uświa­do­mi­łam so­bie dwie rze­czy: kap­su­ły ze snu to ide­al­ne obiek­ty na le­śną wy­sta­wę, a mój sen to za­pew­ne re­ak­cja na sy­tu­ację w Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej.

Mi­ni­ster­stwo Śro­do­wi­ska za­rzą­dzi­ło ma­so­wą wy­cin­kę drzew w ca­łym kra­ju, w tym na te­re­nach chro­nio­nych, któ­ra trwa­ła od wio­sny 2017 roku. W Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej ten po­grom od­by­wał się pod pre­tek­stem od­pie­ra­nia ata­ku kor­ni­ka na świer­ki. Po­mi­mo pro­te­stu przy­rod­ni­ków, le­śni­ków i na­ukow­ców mi­ni­ster­stwo utrzy­my­wa­ło, że wy­cin­ka jest do­ko­ny­wa­na dla do­bra lasu.

Od­po­wie­dzia­łam Lu­cy­nie, że przy­ja­dę. Opo­wie­dzia­łam jej o swo­im po­my­śle i śnie. Po­wie­dzia­łam, że po­trze­bu­ję tro­chę cza­su, bo już wte­dy wie­dzia­łam, że zre­ali­zo­wa­nie po­my­słu, stwo­rze­nie kształ­tu szkła, któ­ry po­ja­wił się we śnie, nie bę­dzie ła­twe. Wie­le lat wcze­śniej mia­łam po­dob­ny po­mysł, ale nie zna­la­złam huty szkła chęt­nej do współ­pra­cy. Te­raz po­my­śla­łam, że musi się udać, sko­ro oko­licz­no­ści, sen, po­mysł, list, pro­po­zy­cja wy­sta­wy i wi­zja tak się zbie­gły w cza­sie.

Po kil­ku ty­go­dniach mia­łam kry­zys te­le­mar­ke­te­ra. Na myśl o wy­ko­na­niu ko­lej­ne­go te­le­fo­nu chwy­ta­łam się wszel­kich naj­niew­dzięcz­niej­szych i naj­gor­szych, byle in­nych za­jęć. Stra­ci­łam od­por­ność i ba­łam się ko­lej­nej od­mow­nej od­po­wie­dzi w sty­lu:

– Pro­szę pani, my nie wie­my, o co pani cho­dzi.

Po­czą­tek roz­mo­wy z pa­nem Jac­kiem brzmiał po­do­bnie, z tą róż­ni­cą, że po­ja­wi­ło się „ale”, a tuż po nim kon­kret­na pro­po­zy­cja. I tak dzię­ki wspa­nia­ło­myśl­no­ści pana Jac­ka, cięż­kiej pra­cy za­ło­gi huty szkła oraz po­mo­cy mo­ich przy­ja­ciół uda­ło się zre­ali­zo­wać po­mysł le­śnych wy­staw. Pod ko­niec lip­ca 2017 roku wy­ru­szy­li­śmy z kap­su­ła­mi do trzech pol­skich la­sów.

Wy­sta­wy mia­ły cha­rak­ter efe­me­rycz­ny. Je­den las – je­den wie­czór. Je­dy­na oka­zja, by zo­ba­czyć star­tu­ją­ce w ciem­no­ściach, roz­świe­tlo­ne we­wnętrz­nym świa­tłem szkla­ne kap­su­ły wy­peł­nio­ne ro­śli­na­mi.

Dla mnie był to przede wszyst­kim czas spo­tkań z ludź­mi. Wy­sta­wa to mo­ment, kie­dy mogę to, co do tej pory ist­nia­ło we­wnątrz mnie, było moje, zo­ba­czyć na ze­wnątrz. Po­ka­zać in­nym. Two­rze­nie ży­wych rzeźb po­chła­nia­ło moją uwa­gę i wszyst­kie siły przez wie­le mie­się­cy, ale był to pro­ces twór­czy. Nie my­śla­łam wów­czas o tym, po co to ro­bię, dla kogo i co bę­dzie da­lej. Pod­czas wy­sta­wy mo­głam to swo­je skoń­czo­ne dzie­ło zo­ba­czyć oczy­ma in­nych lu­dzi i to było fa­scy­nu­ją­ce.

Lu­dzie, pa­trząc na świe­cą­ce w le­sie kap­su­ły, opo­wia­da­li mi o so­bie, o swo­jej mi­ło­ści do na­tu­ry, wię­zi z la­sem, o swo­im ży­ciu. Jed­nych po­zna­łam w tam­tej chwi­li, z in­ny­mi łą­czy­ła mnie wie­lo­let­nia przy­jaźń, a spo­tka­nie w tej at­mos­fe­rze wy­ge­ne­ro­wa­ło nowy ro­dzaj ma­gii.

Oni pa­trzy­li na moje żywe rzeź­by, a ja pa­trzy­łam na nich i czu­łam, że są dla mnie waż­ni. Czu­łam, jak wie­le nas łą­czy.

Chcia­łam się tym po­dzie­lić. Dla­te­go po­wsta­ła ta książ­ka.

drze­wo, wy­bacz mi,

sta­łam obok

cień twój z moim się po­łą­czył,

kie­dy upa­da­ło

two­je wiel­kie, ziem­sko pięk­ne cia­ło

wy­bacz mi,

że tak sta­łam

w środ­ku sie­bie za­bi­łam tych, któ­rzy Cie­bie za­bi­li

na ze­wnątrz jed­nak

sta­łam nie­po­ru­szo­na,

sta­łam tam, a obok le­ża­ły sple­cio­ne

na­sze dwa cie­nie,

sta­łam

jak ty

drze­wo

300 lat

Gra w ko­ści

Od za­wsze fa­scy­no­wa­ły mnie ko­ści. Nie ba­łam się ich. Ni­g­dy. Na­pi­sa­łam w pa­mięt­ni­ku: „Ko­ści to ży­cie, dla­cze­go lu­dzie się ich boją? Są we­wnątrz nas. Dla­cze­go lu­dzie boją się tego, co jest w nich sa­mych?”. Mia­łam wte­dy dzie­sięć lat. Zbie­ra­łam ko­ści. Cho­wa­łam je, bo nikt tego nie ro­zu­miał. Kie­dy tyl­ko mo­głam, pa­trzy­łam na nie, uno­sząc je wy­so­ko pod słoń­ce. Za­chwy­ca­ły mnie licz­bą pre­cy­zyj­nych de­ta­li. Dla mnie to były naj­pięk­niej­sze for­my rzeź­biar­skie. Znaj­do­wa­łam ko­ści tak, jak­bym je przy­cią­ga­ła. W le­sie, na pu­sty­ni, na po­bo­czu dro­gi, w wy­so­kich An­dach, Pa­ta­go­nii, Astu­rii, Kan­ta­brii czy wresz­cie w Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej.

Z Ewą cho­dzę na spa­ce­ry. Po le­sie. Z psa­mi. Roz­ma­wia­my o wszyst­kim, jak to ko­bie­ty. Roz­ma­wia­my przez te­le­fon, bo Ewa jest da­le­ko – pi­szę te sło­wa z ża­lem, po­nie­waż bra­ku­je mi jej tu­taj, w moim le­sie, bli­sko. Ewa to przy­ja­ciel. Ko­bie­ta, z któ­rą łą­czy mnie mi­stycz­na więź. I my obie wie­my, co mam na my­śli, pi­sząc te wznio­słe sło­wa.

Tam­te­go dnia wę­dro­wa­łam przez kwit­ną­ce wrzo­so­wi­ska. Su­che ga­łę­zie, sza­re, srebr­ne, po­gu­bio­ne przez drze­wa. Bie­li­ły się wśród wrzo­sów jak ko­ści.

Ewa: Las jest dla mnie ele­men­tem na­tu­ry, przy­na­le­ży od za­wsze do Wiel­kiej Mat­ki, dzi­kiej, sza­lo­nej i nie­za­leż­nej. Do dzie­wi­cy, mat­ki i sta­ru­chy. Jest in­stynk­tow­ny, uru­cha­mia w nas to, co pier­wot­ne, ar­che­ty­po­we. Po­zwa­la nam peł­zać, wą­chać i dra­pać, nam, ko­bie­tom z krwi i ko­ści. Mamy go w swo­im ukła­dzie krą­że­nia, las daje schro­nie­nie, ko­bie­ty dają schro­nie­nie, jest bez­piecz­ną uciecz­ką i za­po­mnie­niem. My, ko­bie­ty, je­ste­śmy spe­cja­list­ka­mi od za­po­mi­na­nia się. Las ma w so­bie od­wiecz­ną mą­drość, za­wie­ra ją­dro ży­cia, tak jak każ­da z nas, sióstr, ru­sa­łek, driad. Wy­zwa­la du­szę, po­zwa­la na krzyk, na­mięt­ność i po­ezję. Cza­sem bywa szorst­ki, czu­je­my na so­bie kła­ki, szpo­ny i świsz­czą­cy od­dech, od­po­wia­da­my sza­leń­stwem, wy­ciem do luny, pier­wot­nym na­wo­ły­wa­niem się. Las to ob­raz na­szej psy­chi­ki, na­wie­dza nas w snach, chłosz­cząc ga­łę­zia­mi, gdy za­po­mi­na­my o so­bie. Cza­sem de­li­kat­nie sze­le­ści i pie­ści na­sze zmy­sły, mru­czy­my wte­dy roz­kosz­nie. Od­wiecz­ny straż­nik cy­klu na­ro­dzin – śmier­ci – na­ro­dzin. Umie­ra tyl­ko na chwi­lę póź­ną je­sie­nią tyl­ko po to, by od­ro­dzić się na nowo, po­ru­sza­jąc nas do głę­bi pięk­nem, wi­tal­no­ścią i nie­zmien­no­ścią.

Mą­dra ko­bie­ta ma ze sobą wo­rek ko­ści. To ko­ści przod­kiń, cza­row­nic, wiesz­czek, ma­tek, ko­cha­nek, bo­giń.

Nie znisz­czy ich ogień, nie pod­da­dzą się upły­wo­wi cza­su, po­zo­sta­ją na­szym ma­te­rial­nym do­wo­dem ist­nie­nia na Zie­mi. Są świą­ty­nią du­szy. Cza­sem du­sza może być po­kie­re­szo­wa­na, pod­ła­ma­na, spo­wi­ta w ża­ło­bie. Ko­ści dają du­szy sku­tecz­ną osło­nę, są dla niej zbro­ją, nie­po­ko­na­ną twier­dzą, sank­tu­arium, w któ­rym ona, du­sza, może za­ist­nieć i trwać, póki nie na­stą­pi kres dro­gi. A na­wet i po­tem są. Śla­dy po zła­ma­niach, ra­zach, cię­gach, upad­kach two­rzą hi­sto­rię na­sze­go ży­cia po śmier­ci.

Ja i król

Przy­je­cha­li­śmy do Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej na świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Gru­pa przy­ja­ciół, dzie­ci, psy. Mała chat­ka w Haj­nów­ce. Z pie­cem i dłu­gim sto­łem. Za dnia szli­śmy w las tro­pem żu­brzych od­cho­dów. Li­czy­li­śmy na spo­tka­nie z kró­lem pusz­czy.

Ga­piąc się w śnieg, znaj­do­wa­łam ko­ści, czasz­ki i wiel­kie krze­mie­nie. Ka­rol, mój przy­ja­ciel, po­mógł mi i dzię­ki temu je­den z nich przy­wle­kłam ze sobą i jest przy mnie do dziś. Ciem­no­sza­ro-brą­zo­wa­wy z bia­łym ser­cem.

W pusz­czy wszyst­ko ma coś we­wnątrz, głę­biej. Coś jesz­cze do­dat­ko­we­go w środ­ku. Sta­re to­ro­wi­sko po­ro­śnię­te zie­le­nią. Tory roz­sa­dzo­ne od środ­ka, wy­gię­te na boki przez mło­de brzo­zy, cze­rem­chy, dę­bi­ny. Ten wi­dok mnie uspo­ka­jał. Siła na­tu­ry. Nie damy jej rady. I całe szczę­ście. To siła ży­cia, nie­usta­ją­ca wal­ka.

Wresz­cie przy­pad­kiem sama spo­tka­łam kró­la. W oko­li­cy par­kin­gu, a nie w dzi­czy. W oko­licz­noś­ciach zu­peł­nie nie­ro­man­tycz­nych. Po­ja­wił się w chwi­li, gdy wy­sko­czy­łam na stro­nę. We mgle ma­je­sta­tycz­ny, spo­koj­ny pa­trzył na te moje bez­bron­ne kuc­ki. Prze­żu­wał. Prze­sta­łam i si­kać, i od­dy­chać. Fuk­nię­ciem, mam­la­niem i stęk­nię­ciem coś tam oznaj­mił i od­szedł, a za nim jesz­cze dwa prze­pięk­ne osob­ni­ki lub osob­nicz­ki. We mgle, w ci­szy. Tyl­ko mla­ska­nie i stą­pa­nie. Wil­goć. Może mi się wy­da­wa­ło, ale czu­łam za­pach jego sier­ści. By­łam in­tru­zem, a on nic mi nie zro­bił. Nie chcę my­śleć o lu­dziach, któ­rzy po­tra­fią ta­kiej isto­cie, ta­kie­mu ma­je­sta­to­wi… strze­lić w gło­wę, w ser­ce. Kró­lo­bój­cy. Nie­ste­ty, je­że­li chce­my coś zmie­nić, ura­to­wać to pięk­no, mu­si­my dzia­łać, a tym sa­mym my­śleć i wie­dzieć o ta­kich lu­dziach.

Prze­ję­ta po­bie­głam do wła­sne­go sta­da. Le­d­wie dy­sząc, opo­wie­dzia­łam moim to­wa­rzy­szom, jaka przy­go­da mnie spo­tka­ła. Nie uwie­rzy­li. Stwier­dzi­li, że łżę. Po­są­dzi­li o mi­to­ma­nię. Co ro­bić? Nie mam świad­ków, a król pew­nie ni­ko­mu ni­g­dy nie opo­wie…

Wie­czo­rem pi­li­śmy wino, roz­ma­wia­li­śmy o le­sie. Wró­ży­łam z kart. Pod­czas ko­la­cji wspo­mnia­łam z roz­pę­du, ale de­li­kat­nie:

– A ten żubr, co go spo­tka­łam dzi­siaj…

– Prze­stań, li­to­ści!

Mo­dra cer­kiew

W cza­sie na­sze­go po­by­tu od­pra­wia­no mszę w cer­kwi. Za­pra­gnę­łam w niej uczest­ni­czyć. Szli­śmy dłu­go przez za­nu­rzo­ny w śnież­nych chmu­rach las. Ta świą­ty­nia była ci­cha. Za­spy, bły­ski w śnież­nych za­spach, ko­na­ry w słoń­cu. Ci­sza. A cer­kiew peł­na lu­dzi, mrocz­na, won­na, śpie­wa­ją­ca. Nie chcia­łam stać z boku, wdy­chać za­pa­chu sta­rych palt pa­ru­ją­cych od zi­mo­wej wil­go­ci i ludz­kich od­de­chów po świą­tecz­nym prze­je­dze­niu. Za­uwa­ży­łam drew­nia­ne scho­dy i we­szłam na bal­kon do śpie­wa­ją­cych ko­biet. Czu­łam za­pach dymu, roz­to­pio­nych świec, ró­ża­nych per­fum. Sta­nę­łam bli­sko ba­lu­stra­dy i spoj­rza­łam w dół. To było roz­da­nie kart ta­ro­ta. Po pra­wej męż­czyź­ni, a wśród nich ga­da­ją­cy do sie­bie, taki z uśmie­chem na całą gębę wio­sko­wy głu­piec. Nikt go nie uci­szał, nie ga­pi­li się na nie­go. Peł­na ak­cep­ta­cja. Kar­ta Głu­piec. Po le­wej ko­bie­ty i śmierć – w zwy­czaj­nej drew­nia­nej trum­nie i le­żą­cej w niej mar­twej ko­bie­cie. Kar­ta Śmierć. Na­prze­ciw­ko mnie ka­płan. Kar­ta Ka­płan. Z pra­wej ob­raz ere­mi­ty. Sta­rzec na klęcz­kach, dłu­ga bro­da za­sła­nia­ją­ca jego na­gość. Cia­ło miał bia­łe. Kar­ta Ere­mi­ta. Po po­wro­cie do cha­ty w Haj­nów­ce uło­ży­łam kar­ty, chcąc wy­lo­so­wać tę, któ­ra sym­bo­li­zo­wa­ła w tym ukła­dzie mnie. Kar­ta Ca­ry­ca.

Ewa: Ca­ry­ca jest sa­mot­na. Wiel­bi ją tłum, ona zaś nie może ko­chać ni­ko­go. Taka wy­izo­lo­wa­na do­sko­na­łość, prze­ży­wa­ją­ca męki eg­zy­sten­cji wy­sta­wio­nej na po­kaz. Jej cier­pie­nie jest nie­zmier­ne, ni­g­dy nie może ni­ko­go wy­róż­nić. Do­sko­na­le wie, że wio­sko­wy głu­pek na samą myśl o do­tknię­ciu skraw­ka jej suk­ni głu­pie­je jesz­cze bar­dziej, a na jego licu ma­lu­je się ob­raz nie­skoń­czo­ne­go zdzie­cin­nie­nia. Baby, zmę­czo­ne ro­dze­niem dzie­ci i cią­głym do­ga­dza­niem in­nym, za­zdrosz­czą jej suk­ni, bo­gac­twa i prze­py­chu. Bo nie wie­dzą, że ona za­zdro­ści im. Ce­sa­rzo­wą być, wła­dać ży­ciem i śmier­cią mi­lio­nów pod­da­nych i tym mi­lio­nom od­da­wać się każ­de­go dnia, ze zło­ścią, z czu­ło­ścią, z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi, ma­tiusz­ka, to dla ich do­bra. Na­wet pop ma le­piej, każ­da msza kie­dyś się koń­czy. Za­mknie cer­kiew, pój­dzie do domu spać, po­świn­tu­szyć z żoną, roz­sią­dzie się przed ko­min­kiem i błą­dzi my­śla­mi w siną dal. A ona nie, za­wsze na cen­zu­ro­wa­nym, każ­dy jej krok jest śle­dzo­ny, ruch brwi, cał­kiem nic nie­zna­czą­cy, sze­ro­ko ko­men­to­wa­ny. Jest słu­żeb­ni­cą na­ro­du, cara i nie­na­ro­dzo­ne­go jesz­cze syna. Tyl­ko szep­cze: „Ho­spo­di, spraw, by tym ra­zem był to syn, bo sko­nam”. I ta śmierć chi­cho­czą­ca przy każ­dej jej bo­le­ści, mó­wią­ca ze słod­kim uśmie­chem: „Jesz­cze nie te­raz, ko­cha­na, jesz­cze cię tro­chę po­piesz­czę”. Ten ob­łud­ny sta­ruch, asce­tycz­ny ere­mi­ta, o bia­łym, nie­przy­dat­nym do ni­cze­go cie­le, co ani roz­ko­szy, ani męki nie za­zna­ło. Tyl­ko ko­chan­ko­wie pa­trzą na nią obo­jęt­nie, syci roz­ko­szą śpią.

Sny w pusz­czy

Kanu po­ja­wi­ło się we śnie. Utka­na ze świa­tła i soku li­ści za­po­wiedź no­we­go. Łódź ze mną na po­kła­dzie pły­nę­ła w głąb i pod ko­rze­nie do­tych­czas na­ma­lo­wa­nych drzew. Od­na­le­zio­na w za­głę­bie­niach zie­mi woda mó­wi­ła o cza­sie, któ­ry był i jest mi po­trzeb­ny, o ule­czo­nych emo­cjach i zgo­dzie na sie­bie. Ko­ły­szę się, pły­nę po­przez oce­an liś­ci, ich ko­rze­nie się­ga­ją mo­ich wód. Wód mo­je­go cia­ła. Rze­ki pły­ną­cej w moim cie­le krwi – kie­dyś wzbu­rzo­ne, te­raz są wy­peł­nio­ne siłą. Nie­dłu­go koń­czę czter­dzie­ści pięć lat, nie mogę po­wie­dzieć, że moja peł­nia ozna­cza spo­kój. Jed­nak obec­ny nie­po­kój jest zu­peł­nie od­mien­ny od zna­ne­go mi do­tych­czas. To eks­cy­ta­cja i de­ter­mi­na­cja ba­da­cza. Po­żą­da­nie twór­cy i za­chłan­ność od­kryw­cy. Ra­dość po­dą­ża­ją­cej sta­rą ścież­ką wo­jow­nicz­ki. Je­że­li coś jest pew­ne w tej chwi­li, to tyl­ko to, że idę swo­ją dro­gą.

We śnie le­ża­łam na po­sła­niu z mchu i ga­łę­zi jo­dły, wtu­lo­na w sto­py sta­re­go lasu. Mia­łam po­czu­cie, jak­bym opie­ra­ła gło­wę na ogrom­nych udach ko­bie­ty – pra­pra­pra­pra­pra­bab­ki. Wo­kół mnie tań­czył gąszcz ma­syw­nych, róż­no­zie­lo­nych li­ści. Kanu ni­czym lek­ka, nie­ma­te­rial­na ist­ność uno­si­ło się na ich ta­fli. Wy­god­na i cie­pła łódź za­bra­ła mnie pod ko­rze­nie lasu, pod wodę le­śnych stru­mie­ni i je­zior. Przez cały czas by­łam za­dzi­wia­ją­co świa­do­ma tego, że ta po­dróż od­by­wa się we mnie sa­mej. Du­sił mnie nie­mi­ło­sier­ny strach przed siłą wła­snej głę­bi, przed cza­ją­cą się tam ciem­no­ścią. Moją oso­bi­stą. Jed­no­cze­śnie by­łam na­elek­try­zo­wa­na cie­ka­wo­ścią – czu­łam się jak wiej­skie dziec­ko na wie­deń­skim Pra­te­rze. Kie­dy otwie­ra­łam oczy, prze­ła­mu­jąc lęk, sły­sza­łam dźwięk trza­ska­ją­ce­go wio­sną lodu, a z pod­ziem­nych wód wy­ła­nia­ły się ob­ra­zy – zna­ki. Sym­bo­le – prze­wod­ni­cy.

Obu­dzi­łam się. Na­pa­li­łam w pie­cu. Spoj­rza­łam za okno na to­po­lę bia­łą i wy­sy­sa­ją­ce jej soki bu­kie­ty je­mio­ły. Wy­pi­łam kawę. Po­szłam do lasu. Po­szłam swo­ją dro­gą.

Ewa: Wy­obraź so­bie, że bę­dąc małą dziew­czyn­ką, cho­dzi­łam do lasu peł­ne­go so­sen i ży­wi­cy. By­wa­łam u cio­ci i ta ni­czym bo­gi­ni ziel­na pro­wa­dza­ła mnie po la­sach. Po­tem cho­dzi­łam tam sama. Mat­ka Bo­ska była ukry­ta wśród so­sen, sta­ła na spe­cjal­nie zbu­do­wa­nym po­stu­men­cie z ka­mie­ni. Jej suk­nia była nie­bie­ska, a wo­kół pysz­nił się za­pach ży­wi­cy. Była dla mnie ob­ja­wie­niem, przy­ja­ciół­ką, sio­strą, mat­ką. Ce­le­bro­wa­łam te spo­tka­nia, przy­no­sząc jej w da­rze le­śne kwia­ty, róż­no­rod­ne ziel­ska, któ­rych na­zwy nie zna­łam i nie znam do dziś. Aby do­tknąć jej suk­ni, mu­sia­łam wspiąć się na ska­ły, wca­le nie­zła to była wy­so­kość, a ka­mie­nie cał­kiem gład­kie. I do­ko­ny­wa­łam tego raz za ra­zem, na­gro­dą było uczu­cie sa­crum, do­ty­ku nie­zna­ne­go. Ra­do­ścią dzie­li­łam się z sar­na­mi, nie­bem i sobą samą.

Moja Mat­ka Bo­ska w nie­bie­skiej suk­ni,

a wo­kół trwał las i pach­nia­ło ży­wi­cą.

Mała dziew­czyn­ka pa­trzą­ca wy­so­ko,

do­ty­ka­ją­ca ma­je­sta­tu.

Mi­sty­ka lasu i po­czu­cie bez­kre­su wła­snej pust­ki.

Co­raz bar­dziej lu­bię nie­bie­skie su­kien­ki.

Wra­cam do domu, lasu już na wie­ki

zie­lo­no-nie­bie­skie­go.

Jesz­cze uno­si się ży­wicz­ny za­pach

i czu­ję na so­bie uważ­ne oczy sa­ren.

Jak one trosz­czy­ły się o mnie:

„Tyl­ko nie upad­nij, mała, patrz,

gdzie sta­wiasz nogi”.

Czu­ję nie­bie­skość i nie­bo­skość

swe­go ist­nie­nia.

Od­tam­tąd, do­tąd, do koń­ca lasu.

Na za­wsze zwią­za­na z so­sną, ci­szą, Nią.

Pusz­cza Bia­ło­wie­ska, 8 lip­ca 2017 r.

W cza­sie kie­dy jesz­cze nie przy­szło nam do gło­wy, że po­ja­wi się re­al­ne za­gro­że­nie dla Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej, sta­ry las po­da­ro­wał mi ma­gię. Pod­czas zi­mo­we­go spa­ce­ru od­kry­łam wej­ście do kom­na­ty ta­jem­nic. Mech po­ra­stał ścież­kę, drze­wa, świer­ki po czub­ki. Do­oko­ła bez­względ­na biel śnie­gu, a tu zie­leń aż do nie­ba. W tam­tej chwi­li uro­dzi­ło się we mnie to, co ro­bię do dziś. Mi­nę­ły lata. Lata pra­cy, eks­pe­ry­men­tów, zwąt­pie­nia, stra­chu i ko­lej­nych prób. Aż wresz­cie je­stem w miej­scu, do któ­re­go zmie­rza­łam. Stwo­rzy­łam kap­su­ły ra­tun­ko­we, któ­re za­bio­rą ro­śli­ny z zie­mi z miej­sca dla nich wro­gie­go. We­hi­ku­ły zbu­do­wa­ne są ze szkła. Kie­dy my­śla­łam o tym, jak opi­sać ko­goś, czło­wie­ka czy zja­wi­sko, czy isto­tę, któ­ra ma w so­bie i siłę, i wraż­li­wość. Po­my­śla­łam, że jest jak szkło – twar­da i kru­cha jed­no­cze­śnie. Pusz­cza to sub­tel­ny eko­sys­tem, któ­ry kształ­to­wał się przez set­ki lat – a przez chci­wość i głu­po­tę ludz­ką mógł zgi­nąć w jed­nej chwi­li.

Gen lasu

Lu­cy­na: Po pro­stu przy­je­cha­łam kie­dyś do Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej na wa­ka­cje z przy­ja­ciół­ka­mi. Chcia­ły­śmy ak­tyw­nie spę­dzać czas, wy­po­ży­czy­ły­śmy ro­we­ry. I tak tra­fi­ły­śmy do Sław­ka. Był to fan­ta­stycz­ny ty­dzień wa­ka­cji. Kie­dyś, po­nie­waż przy­je­cha­łam z ko­le­żan­ka­mi le­kar­ka­mi, za­trzy­ma­ły­śmy się przed ośrod­kiem zdro­wia. Bar­dzo mnie za­in­te­re­so­wa­ło, dla­cze­go ten ośro­dek pra­cu­je tyl­ko od 8.00 do 15.00. Nikt nie jest tu zmu­sza­ny do pra­cy do 18.00, tak jak było u nas, w Po­zna­niu. Po­sta­no­wi­łam za­spo­ko­ić swo­ją cie­ka­wość i po pro­stu wtar­gnę­łam do środ­ka. W ten spo­sób po­zna­łam tam­tej­sze pa­nie pie­lę­gniar­ki, a pani dok­tor mia­ła aku­rat czas i wszyst­kie nas trzy za­pro­si­ła na her­ba­tę. Po­ga­wę­dzi­ły­śmy i taki był mój pierw­szy kon­takt z bia­ło­wie­ską służ­bą zdro­wia. Rok póź­niej ja­koś tak się zło­ży­ło, że moje dzie­ci w licz­bie sztuk trzech, już do­ro­słe, wpa­dły na po­mysł, że może by­śmy po­je­cha­li gdzieś ra­zem na wa­ka­cje. I żeby był las i żeby było ak­tyw­nie. Jedź­my do Bia­ło­wie­ży. Wte­dy już wie­dzia­łam, że po ro­we­ry na­le­ży iść do Sław­ka.

Przez ty­dzień przy­cho­dzi­li­śmy co­dzien­nie po te ro­we­ry, a przy oka­zji roz­ma­wia­li­śmy. Za­py­ta­łam Sław­ka, czy mnie pa­mię­ta. Nie bar­dzo mógł so­bie mnie przy­po­mnieć, ale w koń­cu się uda­ło. Stwier­dził osta­tecz­nie, że po­przed­nio by­łam z ko­le­żan­ka­mi. Od­par­łam, że te­raz je­stem z dzieć­mi, na co Sła­wek z wro­dzo­ną so­bie bez­po­śred­nio­ścią spy­tał:

– A gdzie fa­cet?

Od­po­wie­dzia­łam:

– Fa­ce­ta brak.

Ko­niec koń­ców ini­cja­ty­wę prze­ję­ły moje cór­ki. Zor­ga­ni­zo­wa­ły ogni­sko, na któ­re na­tu­ral­nie za­pro­si­ły Sław­ka. Po­tem był wie­czór mu­zycz­ny w Cafe Wa­liz­ka, gdzie w czwart­ki gry­wa­li na gi­ta­rach. Wy­je­cha­łam z Bia­ło­wie­ży z ta­kim mi­łym uczu­ciem. Trzy ty­go­dnie póź­niej Sła­wek przy­je­chał do Po­zna­nia. I tak za­czę­li­śmy krą­żyć po­mię­dzy Po­zna­niem a Bia­ło­wie­żą. Trze­ba było pod­jąć ja­kąś de­cy­zję. Wie­dzia­łam, że Sław­ka nie ru­szę z Bia­ło­wie­ży, bo on ko­cha to miej­sce. W mieś­cie by sko­nał. Moje dzie­ci były już sa­mo­dziel­ne i mo­głam po­my­śleć o zmia­nie. Nie­sa­mo­wi­te było to, że gdy tyl­ko zde­cy­do­wa­łam, że za­py­tam o ja­kąś moż­li­wość pra­cy w Bia­ło­wie­ży, do­kład­nie w tej sa­mej chwi­li ta pani dok­tor, któ­rą po­zna­łam dwa lata wcze­śniej, od­cho­dzi­ła na eme­ry­tu­rę i pra­ca w Bia­ło­wie­ży była od na­stęp­ne­go mie­sią­ca. Na do­da­tek szpi­tal w Haj­nów­ce dra­ma­tycz­nie po­trze­bo­wał le­ka­rza pul­mo­no­lo­ga – moja spe­cjal­ność. Dy­rek­tor szpi­ta­la był go­tów zgo­dzić się na każ­de wa­run­ki, by­le­bym tam przy­szła do pra­cy.

W go­spo­dar­stwie agro­tu­ry­stycz­nym, w któ­rym miesz­ka­łam, prze­by­wa­jąc po raz pier­wszy w Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej, była bar­dzo do­brze za­opa­trzo­na bi­blio­te­ka. Dużo było o bia­ło­wie­skich kli­ma­tach, czy­ta­łam hi­sto­rię Si­mo­ny o Le­chu Wilcz­ku i kie­dyś w nocy pod­czas czy­ta­nia tych opo­wie­ści, kie­dy wy­szłam przed nasz dom, oka­za­ło się, że Lech miesz­ka na­prze­ciw­ko. Spo­ty­ka­łam go w skle­pie czy wy­cho­dząc z domu. No ale, wia­do­mo, nie mia­łam od­wa­gi po­wie­dzieć: „Pa­nie Wil­czek, czy­ta­łam o panu całą noc”. Spa­ce­ro­wa­łam do Dzie­dzin­ki i wi­sia­łam na tym pło­cie. My­śla­łam o tym, co to za pięk­na hi­sto­ria i że się lu­dziom ta­kie rze­czy przy­tra­fia­ją.

I mnie się tak przy­tra­fi­ło. Prze­cież Ka­mien­ne Ba­gno, gdzie te­raz miesz­kam, jest nie­da­le­ko. A Le­chu Wil­czek jest moim pa­cjen­tem.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Kap­su­ły

Pusz­cza bia­ło­wie­ska – Wiel­ka Mat­ka

Lasy Be­ski­dów. Szczę­śli­wy czło­wiek

Las ma­zur­ski. Ko­bie­ty

Epi­log. Za­po­wiedź no­we­go

Po­dzię­ko­wa­nia

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wieczny las. Poza pogonią wielkich miast