Jerzy Giedroyć w 1946 roku

Jerzy Giedroyć w 1946 roku

Autorzy: Sławomir M. Nowinowski

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria

Kategorie: Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 22.80 zł

Rzym, 1946 rok. Niemcy pokonane, okupowane przez aliantów. Polska w nowych granicach określonych przez Stalina. Europa podzielona w Jałcie na strefy wpływów. Rok zero Europy. Czterdziestoletni Jerzy Giedroyć przebywa w Rzymie. Co robić? Przyszłość kraju i Europy pozostaje nieznana. W klasztorze na Awentynie zaczyna od pisania kilkudziesięciu listów dziennie. Dział wód w jego biografii…

Spis treści

* * *

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

* * *

LISTY

Przypisy

Bibliografia

Ilustracje

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Karolinie

Hagiografowie nie lubią łamać schematów. Bohaterowie ich opowieści zwykle najprostszą drogą zdążają do obranego celu, zręcznie omijając czyhające na nich pułapki lub pokusy. Dokładają starań, aby od razu było wiadomo, kto był dobry, a kto zły, kto zawsze miał rację, a kto nigdy mieć jej nie mógł. Proponują czytelnikowi magiczne okulary, dzięki którym bez trudu dostrzeże trajektorie myśli lub naturalną sekwencję zdarzeń. Czasami jednak muszą zaprasować zagniecione kanty życiorysów, a w ostateczności nawet puścić w niepamięć niewygodne fakty. Z perspektywy hagiografów wszystko jest oczywiste, a przynajmniej takie im się zdaje.

Klio natomiast uwielbia paradoksy. Szczególnym sentymentem darzy na przykład wojska, w których nie tylko pachnie prochem, lecz także skrzypią stalówki, klekoczą maszyny do pisania i łomoczą drukarskie prasy. Ma również niezwykłą słabość do ludzi na rozstajach. Zna bowiem konsekwencje nieopatrznego kroku. Zdaje sobie sprawę, jak wiele zależy od przypadku. Nawet wszystko.

Po zakończeniu II wojny światowej Jerzy Giedroyć (tak jeszcze wtedy zapisywał swe nazwisko) znalazł się w sytuacji granicznej. Świadomość tego była dostatecznie silnym motywem, aby zająć się tym właśnie aspektem jego biografii. Wypada dodać, że istniały także inne, choć nie do wszystkich zaraz trzeba się przyznawać. Wystarczy wskazać jeszcze jeden: obecność w zasobach Archiwum Instytutu Literackiego w Paryżu setek, jeśli nie tysięcy listów pisanych i otrzymywanych przez Jerzego Giedroycia w latach 1944–1947. Pozwalają one rozpoznać okoliczności, w jakich dokonał on wyboru, który zdeterminował jego dalsze losy. Uzmysławiają charakter dylematów, jakie przyszło mu rozstrzygać. Dają pewne wyobrażenie o skali emocji, jakie wówczas przeżywał. Dostarczają wreszcie istotnych wiadomości o ludziach, z którymi się przyjaźnił, współpracował, toczył spory.

Korespondencja, zwłaszcza prywatna, to niezwykle sugestywny materiał źródłowy. Zawarty w niej przekaz zwykle nie sprowadza się do prostej wymiany informacji. Nie pozostawia on czytelnika obojętnym, nawet jeśli dystans czasowy pomiędzy napisaniem listu a jego lekturą wynosi kilkadziesiąt lat. Dlatego właśnie w tekście eseju znalazło się tak wiele cytatów z pieczołowicie chronionej w Maisons-Laffitte korespondencji. Umieszczone w aneksie wybrane listy, pisane lub adresowane do pierwszo- i drugoplanowych bohaterów narracji, stanowią jej dopełnienie, a nie tylko ilustrację. W obu wypadkach uwspółcześniono jedynie ortografię oraz interpunkcję, zachowując oryginalną składnię oraz specyficzne zwroty. Zaznaczono wszelkie opuszczenia fragmentów niezwiązanych z meritum poruszanych w książce problemów. Redukcja do niezbędnego minimum aparatu naukowego nie była podyktowana względami oszczędnościowymi, lecz troską o spójność narracji i literackie walory tekstu.

* * *

Miłym obowiązkiem autora jest złożenie wyrazów wdzięczności wszystkim, którzy przyczynili się do wydania książki. Przede wszystkim kieruję je do redaktora „Biblioteki Mnemosyne” Piotra Kłoczowskiego. Gorące podziękowania składam władzom Instytutu Literackiego KULTURA, Wojciechowi Sikorze i Annie Bernhardt, za wyrażenie zgody na publikację wybranych listów z kolekcji korespondencji Jerzego Giedroycia oraz Józefa Czapskiego. Wdzięczny jestem ogromnie opiekunowi Archiwum Józefa i Marii Czapskich w Muzeum Narodowym w Krakowie, Januszowi Nowakowi, a także jego małżonce Marii za „zdeszyfrowanie” nieczytelnych dla zwykłego śmiertelnika, odręcznie pisanych listów autora Prousta w Griazowcu do Jerzego Giedroycia. Za wszechstronną pomoc dziękuję niezrównanemu cicerone po zasobach i zakamarkach Domu „Kultury”, Leszkowi Czarneckiemu. Zawsze też mogłem liczyć na wsparcie Marii Wrede i Renaty Wójcik z Biblioteki Narodowej oraz Rafała Stobieckiego – przyjaciela z łódzkiej Alma Mater. Słowa podziękowania zechce również przyjąć Stanisław Rosiek.

I

Na początku listopada 1945 roku, po kilku miesiącach rozjazdów pomiędzy Londynem, Italią i Bliskim Wschodem, Jerzy Giedroyć zatrzymał się na dłużej w Paryżu. Zamieszkał w okazałym Hôtel Le Charron, przy 15, quai de Bourbon, gdzie kwaterował major Józef Czapski, szef Samodzielnego Wydziału Kultury i Prasy 2 Korpusu Polskiego. Znał go wprawdzie niespełna trzy lata (przed wojną widzieli się ledwo kilka razy), ale już po kilku miesiącach wspólnej służby w szeregach armii generała Władysława Andersa stał mu się równie bliski, jak przedwojenni przyjaciele – Roger Raczyński i Jerzy Niezbrzycki. Za jego sprawą został w czerwcu 1943 kierownikiem Redakcji Czasopism i Wydawnictw Wojskowych Armii Polskiej na Wschodzie, co pozwoliło mu znów spełnić się w roli łowcy literackich talentów i akuszera programów ideowych. Dzięki niemu przeżywał okres intelektualnego rozbudzenia. Wprost „tarzał się w książkach”, na których lekturę w latach trzydziestych, gdy redagował „Bunt Młodych” i „Politykę”, nie miał ani czasu, ani nawet ochoty. Zapewne podzielał też opinię więźnia sowieckiego obozu jenieckiego, piszącego o towarzyszu niewoli: „Bezinteresowny do absurdu, uczciwy jak mieszkaniec Utopii, w osądach i ludzi i rzeczy niezależny od wiatru i chwili – był Czapski przede wszystkim kompasem”1. Autora Wspomnień starobielskich zawsze urzekała śmiałość politycznych wizji przyjaciela, a także konsekwencja, z jaką nawet w skrajnie niekorzystnych warunkach dążył do ich urzeczywistnienia. Łatwo więc dał mu się przekonać, że powinien niezwłocznie przenieść siedzibę podległej mu placówki do jeszcze bardziej reprezentacyjnego gmachu przy wschodnim nabrzeżu Wyspy Świętego Ludwika. Jerzy Giedroyć znalazł tam lokum również dla siebie.

W niczym nie przypominało ono przestronnego apartamentu przy ulicy Brzozowej w Warszawie, który zajmował do 4 września 1939 roku. Wyposażenie skromnego pokoju składało się jedynie z łóżka, szafy oraz etażerki. W miniaturowej kuchence nie zainstalowano nawet palnika gazowego, służyła więc za skład walizek. „Niestety – donosił Zofii Hertz – nie ma tu pieca, jest tylko kominek, ale jeśli nawet okaże się, że jest zdolny do funkcjonowania, to wcale nie jest pewne, czy można w nim palić węglem. W każdym razie jestem zadowolony, gdyż nareszcie mam jakiś własny kąt, mogłem rozpakować graty, których zebrało się nieprawdopodobnie dużo, no i książki, których mam taką masę, że nie włażą do dwóch skrzyń metalowych ogromnych. Jak mi nie przyślecie ze dwóch, trzech skrzynek amunicyjnych, to nie wiem, co będę robił w razie zmiany m[iejsca] p[ostoju]”2. Wszystkie opisane w liście mankamenty pied-à-terre wydają się mało istotne, jeśli zważyć, że znajdowało się ono na poddaszu Hôtel Lambert.

Doprawdy, trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce na inaugurację nowego etapu emigracyjnej epopei Jerzego Giedroycia. Chociaż niezamieszkana od wielu lat rezydencja księcia Adama Jerzego Czartoryskiego mocno podupadła pod względem materialnym, to jednak w aspekcie symbolicznym wciąż nie mógł się z nią równać żaden z „polskich” adresów nad Sekwaną. Jej nowy lokator darzył „niekoronowanego króla Polski” wielką atencją. Rzecz jasna, nie za anachroniczny (już w chwili sformułowania) program uregulowania stosunków społecznych i politycznych w wyzwolonej spod władzy zaborców ojczyźnie. Widział w księciu Adamie prekursora myślenia o Rzeczypospolitej jako istotnym elemencie porządku europejskiego. Cenił za konsekwencję, z jaką przypominał on nie tylko dworom i rządom, lecz także opinii publicznej Starego Kontynentu, że jej prawa zostały pogwałcone. Podziwiał wreszcie za koncept prezentowania polskich dążeń niepodległościowych w szerszym kontekście – walki o wolność ludów i narodów ujarzmionych przez rosyjski imperializm.

Po latach twierdził, że jeszcze przed zakończeniem II wojny światowej nosił się z zamiarem stworzenia wspólnie z Rogerem Raczyńskim i Piotrem Dunin-Borkowskim „małego Hôtel Lambert”, oddziałującego – przede wszystkim przez kontakty towarzyskie – na obce środowiska polityczne. Przedwczesna śmierć obu dyplomatów pokrzyżowała jednak te plany3. Sztych z podobizną Xięcia zaś Jerzy Giedroyć powiesił na poczesnym miejscu w swym gabinecie w Domu „Kultury” przy 91, avenue de Poissy w Maisons-Laffitte. Przez sentyment czy wciąż dla inspiracji?

Publicyści emigracyjnych gazet i periodyków, wydawanych po klęsce wrześniowej we Francji, Wielkiej Brytanii, Italii oraz na Bliskim Wschodzie, nader często nawiązywali do losów dziewiętnastowiecznego wychodźstwa polskiego. Jedni czynili to ku przestrodze. Drudzy, by wpisać własne doświadczenie w bezlitosną „logikę” dziejów ojczystych. Jeszcze inni – z nadzieją na znalezienie recepty pozwalającej uniknąć kolejnej narodowej katastrofy, lub chociażby antidotum pozwalającego na jej przetrwanie. Pod koniec wojny przekonanie o konieczności przejęcia obowiązków, jakie ongiś spoczywały na barkach Wielkiej Emigracji, stało się nagminne. Jednym z nielicznych głosów sprzeciwu wobec skutków terroru tego patriotycznego frazesu był pamflet Olgierda Górki Psychoza „Wielkiej Emigracji”.

„Emigrancka inteligencja obecnej chwili – pokpiwał jego autor – niemal już jest gotowa by rozdzielać między siebie «za życia» posady dziejowe nie tylko Mickiewiczów, Słowackich, ale także Lelewelów, Mochnackich itd. Brak nam na razie hrabiego Krasińskiego, ale sądzę, że i taki z czasem podrośnie”. Historyk (notabene noszący za młodu legionowy mundur) nie potrafił doszukać się analogii pomiędzy wychodźstwami z 1831 i 1939 roku. Wskazywał za to na podobieństwa tego ostatniego z „białą” rosyjską emigracją po roku 1917. Dysponowała ona również pokaźnymi atutami militarnymi, w postaci floty czarnomorskiej kotwiczącej na redzie Bizerty oraz ewakuowanej z Krymu stutysięcznej armii generała Piotra Wrangla. Nie brakowało w niej także ludzi utalentowanych, a nawet cieszących się szacunkiem polityków państw Ententy. „W s z y s t k o t o r o z p ł y n ę ł o s i ę w n i e b y c i e p o l i t y c z n y m w c i ą g u l a t 20 – konstatował – wsiąkło w dziesiątki innych narodowych społeczeństw, pozostawiając na powierzchni politycznej świata grupki starców bez znaczenia i młodzież zwącą się dawnymi Rosjanami, ale solidaryzującą się duchowo z heroizmem czerwonej armii i rolą dziejową Stalina. Gdzieniegdzie, od czasu do czasu, przewija się z tego 2-milionowego świata po bruku warszawskim szlachetna postać tak niepospolicie inteligentnego Fiłosofowa, lub opinia europejska obudziła się na chwilę, na jedną notatkę dziennikarską wobec wiadomości, że tytan rewolucji rosyjskiej Sawinkow, wróciwszy dobrowolnie do Rosji Sowieckiej, rzucił się samobójczo z 4 piętra, gdy straże przeprowadzały go na śledztwo”4.

Śladów lektury Psychozy „Wielkiej Emigracji” próżno szukać w listach i notatkach Jerzego Giedroycia z tego okresu. Zachowany w bibliotece Instytutu Literackiego oprawny rocznik periodyku, na którego łamach artykuł opublikowano, nie może więc służyć za świadectwo znajomości zawartych w nim tez. Nie ulega jednak wątpliwości, że redaktor „Buntu Młodych” i „Polityki” na tyle dobrze poznał w latach trzydziestych dramat „białej” rosyjskiej emigracji, że w połowie następnej dekady nie potrzebował pomocy Olgierda Górki, aby dostrzec w nim groźne memento. Nie zamierzał naśladować desperackich gestów lidera eserowców, choć jego imię zawsze otaczał prywatnym kultem. Za bardziej skuteczne uważał jednak metody działania gospodarza „Domku w Kołomnie”.

Decyzję o pozostaniu na emigracji Jerzy Giedroyć podjął jeszcze w drugiej połowie roku 1944, gdy stało się oczywiste, że Europa Środkowo-Wschodnia znajdzie się w sowieckiej strefie wpływów. Nie miał żadnych złudzeń co do intencji Josifa Wissarionowicza Stalina. Teorię komunizmu uważał za nie do pogodzenia z kulturą europejską, a jego praktykę – za zbrodniczą. O to, jaką postawę winni przyjąć Polacy w tak tragicznym momencie dziejowym, toczył w listach spory z Rogerem Raczyńskim, sprawującym wtedy funkcję posła RP przy emigracyjnym rządzie greckim. Nie trafiały mu do przekonania argumenty przyjaciela, który obawiając się zagłady biologicznej substancji narodu polskiego, opowiadał się za podjęciem próby porozumienia z Kremlem, nawet za cenę przejściowej utraty kresów wschodnich. Nie od razu też skłonny był się z nim zgodzić, gdy przestrzegał przed aktami rozpaczy, które poza „przyjemnością pozy na bohaterstwo” mogą jedynie przyspieszyć sowietyzację Polski. „Samobójstwo – tłumaczył dyplomata – popełnić samemu człowiekowi ostatecznie wolno. Człowiek jest ostatecznie panem w ł a s n e g o losu. Czy się ma prawo r y z y k o w a ć s a m o b ó j s t w o n a r o d u – d l a n a j p i ę k n i e j s z e g o g e s t u to jest pytanie – nad którym warto się zastanowić, i mam wrażenie, że się na nie musi odpowiedzieć – Nie!”5.

W pierwszych dniach sierpnia 1944 roku Jerzy Giedroyć gotów był ponieść śmierć, towarzysząc generałowi Kazimierzowi Sosnkowskiemu w skoku spadochronowym do walczącej stolicy Polski. Nie wierzył w sens, ani tym bardziej w sukces powstania. Uważał jednak, że mit, którym będą się karmiły przyszłe pokolenia, wymaga, aby „obok trupów żołnierzy Armii Krajowej znalazły się także «Poland’y» żołnierzy polskich walczących na Zachodzie”6. Naczelny Wódz nie myślał jednak tymi kategoriami. W listach i dokumentach Jerzego Giedroycia z pierwszych lat powojennych nie ma natomiast nawet nikłego przejawu aprobaty dla prowadzonej w Europie Środkowo- -Wschodniej walki zbrojnej ze Związkiem Sowieckim lub ustanowionymi przez niego reżimami komunistycznymi. „Nie jestem entuzjastą emigracji i prowadzę swoją polityczkę na boku całkowicie niezależnie – wyjaśniał Janowi Frankowskiemu – ale wydaje mi się, że cała emigracja, z wyjątkiem niepoczytalnych jednostek, jest przeciwna jakimkolwiek tendencjom czy odruchom powstańczym”7. W rzeczy samej po hekatombie Warszawy i ogłoszeniu postanowień konferencji jałtańskiej przywódcy wychodźstwa bez rozgłosu zrezygnowali z widniejącego na sztandarach dziewiętnastowiecznej emigracji hasła wiecznej irredenty. Ideą przewodnią miał pozostać legalizm, gwarant zachowania ciągłości władzy państwowej8.

To, że Polacy przebywający na Zachodzie opowiedzą się za nim, uważano za oczywiste. „Ale czy Kraj – pytał w diariuszu Tadeusz Katelbach – po tylu zawodach, mając na co dzień do czynienia z narzuconym reżimem, dochowa wierności legalnemu rządowi nad Tamizą, którego pole działania będzie z natury rzeczy ograniczone? Bo nie chodzi przecież o to, by rząd Arciszewskiego był rządem bezpaństwowców! To sprawa względnie prosta. Ale chodzi o to, żeby ten rząd pozbawiony egzekutywy, spełniający w wolnym świecie rolę ambasadora milczącego z konieczności narodu, był przez niego uznany za jego rząd, pod względem prawnym, ideowym, moralnym, słowem za r z ą d j e d y n y. […] Tak czy owak, musimy być moralnie silni. Bo jeśli się na to nie zdobędziemy, nasz legalizm stanie się rekwizytem «pobożnych życzeń» bezpaństwowców, oderwanych od rodzinnego Kraju, umierających na obcej ziemi w błogim przekonaniu, że do końca pozostali wierni sztandarowi niepodległości Polski”9.

Niezgoda na niewolę ojczyzny była najważniejszym, ale nie jedynym motywem odmowy Jerzego Giedroycia powrotu do Polski. Jego antysowiecka orientacja polityczna nie była bowiem tajemnicą ani przed 17 września 1939 roku, ani po nim, mógł więc spodziewać się represji. Przewidywał wreszcie, że w kraju nie będzie miał żadnej możliwości prowadzenia działalności politycznej. A przecież to głównie ona nadawała sens jego życiu.

Na obwolucie: portret Jerzego Giedroycia ze strony 60 dziennika Józefa Czapskiego, 27 II – 11 V 1947 © Muzeum Narodowe Kraków

Redakcja: Małgorzata Jaworska

Korekta: Maja Przeperska

Projekt graficzny i typograficzny: Janusz Górski

Skład i łamanie: Joanna Kwiatkowska

© Sławomir M. Nowinowski

Listy i ilustracje © Instytut Literacki KULTURA

© wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2017

wydawnictwo słowo/obraz terytoria

sp. z o.o. w upadłości układowej

ul. Pniewskiego 4/1, 80-246 Gdańsk

tel. (058) 345 47 07

fax (058) 520 80 63

e-mail: slowo-obraz@terytoria.com.pl

www.terytoria.com.pl

Gdańsk 2018

ISBN 978-83-7453-504-5

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jerzy Giedroyć w 1946 roku Politycy, dyplomaci i żołnierze. Studia i szkice z dziejów stosunków międzynarodowych w XX i XXI wieku ofiarowane Profesorowi Andrzejowi Maciejowi Brzezińskiemu w 70. rocznicę urodzin W poszukiwaniu innej historii 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław