Białoczarny

Białoczarny

Autorzy: Paul Beatty

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.02 zł

„Ekstrawagancko komiczna wizja amerykańskiego ruchu kulturowego”. – Publishers Weekly

 

Poruszająca, sprawna satyra na kwestie rasowe, a także opowieść o dorastającym Gunnarze Kaufmanie, współczesnym Afroamerykaninie, który nie jest ani trochę typowy. Literacka i uliczna, osobista i wszechstronna, wielokulturowa i wielopokoleniowa, żywiołowa, wciągająca i aktualna epopeja.

Pewnego dnia Gunnar dobitnie i bezpardonowo oznajmia, że nie jest siódmym synem siódmego syna siódmego syna. Co prawda chciałby nim być, ale do tego statusu brakuje mu sześciu braci i trzech wujków, a los, nie dając mu ich, odarł go bezlitośnie z mitologicznego dziedzictwa. I tak właśnie, w sposób niezapomniany, zaczyna się wyboista droga, którą Gunnar wyprawia się w wiek męski.

 

 

„Po zniesieniu niewolnictwa czarni Amerykanie zyskali niewiele wolności. Z naszych nóg spadły kajdany, ale nie poszły w zapomnienie; ciałem udajemy wolnych, ale nasze umysły wciąż są spętane łańcuchami. Powieść Paula Beatty’ego rozkuwa te duchowe kajdany, które nosi wielu z nas. Po lekturze jego odważnej, wręcz zuchwałej prozy spojrzymy na siebie inaczej, a gdy jego postaci zwyciężą w grze o wolność, nie pojadą do jakiegoś parku rozrywki na Florydzie”. – Walter Mosley

 

„Beatty ciągnie cię za ucho w tę komiczną, szaloną jazdę bez trzymanki, tragicznie wykręcającą flaki. Jego synkopujący, dożylny lingwistyczny rytm zwodniczo podkreśla błyskotliwy cynizm i nieustanny nihilizm. Chichot i łzy już się nie wykluczają wzajemnie, gdy Beatty uzbrojony w pióro uwalnia czczą gadaninę z każdego samochwalczego ruchu, postaci, religii, instytucji czy sekty, od afrocentryzmu i białego politycznie poprawnego liberalizmu po akademików i sportowców”. – The San Francisco Review

Tytuł oryginału:

THE WHITE BOY SHUFFLE

Copyright © 1996, Paul Beatty

All rights reserved

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Zdjęcie autora na okładce: © Hannah Assouline

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Bożena Sęk, Katarzyna Wiśniewska, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-755-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Dzidziuś mamusi i może tatusia

1

2

Młody, głupi i z wiecznym pytostojem

3

4

5

6

Własnoręczne wyprzedaże

7

Ucz się dobrze, a nie długo

8

9

…masz być czarny i masz umrzeć

10

11

12

Epilog

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Yvonne Beatty, mojej matki

Prolog

Z jednej strony ten cały numer z mesjaszem to jakaś porażka. Z drugiej – zdołałem obsadzić odwieczny wakat na stanowisku afroamerykańskiego przywódcy. Zniecierpliwieni obywatele drugiego sortu nie muszą już umieszczać anonsów w niedzielnych ogłoszeniach drobnych.

Czarnego demagoga przyjmę od zaraz

Wymagane umiejętności niezbędne do poprowadzenia podzielonego, uciśnionego i wyobcowanego ludu do ziemi obiecanej oraz zdolności komunikacyjne. Uposażenie proporcjonalne do kompetencji. Doświadczenie niekonieczne.

Jako poeta, a zatem ekspert od smutnego przymusu, jestem nadzwyczaj kompetentny. Moja książka, Hydromelanina, sprzedała się w nakładzie stu dwudziestu sześciu milionów egzemplarzy. Słuchają mnie naukowcy, bezdomni i polityczni spiskowcy. Przywódca Czarnej Społeczności? Robota w sam raz dla mnie.

Nie miałem rozmowy kwalifikacyjnej. Dwadzieścia dwa miliony dotychczas niestowarzyszonych dusz powołały mnie do pełnoetatowej służby w roli złego czarownika i rodzica zastępczego członków porzuconego narodu. Karmię ich papką daremności, obnażam nieświadomość, że istnieje coś takiego jak czarna Ameryka, i beznadziejność wysiłków. W zamian dostaję fanatyczne ptasie posłuszeństwo. Dokądkolwiek się udam, długa kolejka czarnych gąsiątek podąża za plastikowym nakręcanym wieszczem, prowadzona sprężyną ku autodestrukcji. Przecinają informacyjną autostradę, za żadne skarby nie rozglądając się na boki. Gdyby jakiś potentat filmowy kupił prawa do ekranizacji mojego życia, w streszczeniu w „TV Guide” przeczytalibyśmy:

W walce o wolność młody poeta przekonuje czarnych Amerykanów, żeby porzucili nadzieję i zabili się w kulminacyjnym katastroficznym momencie. Kupa śmiechu i szalonej zabawy. Odrobina przemocy i wulgaryzmów.

Poszukując równości, czarni próbowali już wszystkiego. Błagaliśmy, buntowaliśmy się, dostarczaliśmy rozrywki, zawieraliśmy mieszane małżeństwa – i ciągle traktuje się nas jak gówno. Nic nie działa, po co więc znosić powolną śmierć z powodu toksycznego uzależnienia i amerykańskiej etyki pracy, gdy można wybrać natychmiastową gratyfikację samobójstwa? Chwalebnie opierając się instynktowi przetrwania, czarni – jak jakieś lemingi – napływają do Hillside w Kalifornii. Codziennie z nadzieją wpatrują się w niebo, w kalifornijskim smogu wyglądając metalicznej atomowej kropki, która będzie miarowo rosnąć, aż wybuchnie jakieś trzysta metrów nad naszymi naturalnymi i przetworzonymi głowami. To będzie Upadek Wyzwolenia. Diabli wezmą knajpy, miejsca w autobusach i specjalne toalety; nasze zbiorowe samobójstwo będzie ostatecznym sit-inem.

Wszyscy tu są, wszelkiej maści czarni Amerykanie, czyniący ostatnie przygotowania przed przenosinami do Elizjum jakieś pięćset lat po naszym przybyciu do tego czyśćca. Elegancki gość, który pracował w korporacyjnej kancelarii i wił się wśród waszych protekcjonalnych wysiłków, by wciągnąć go w small talk, zastanawia się, czy wyłączył kuchenkę, a potem wybucha śmiechem na ten cały absurd. Nieszkodliwy były demokratyczny burmistrz twojego miasta pisze mierny elegijny wiersz, ignorując ten cały absurd. Fajna młoda czarnulka, do której śliniłeś się na wuefie w ósmej klasie, przechadza się po ulicy, patrząc, kogo by tu jeszcze rzucić na kolana. Kobieta, która siedziała obok ciebie, ściskając torebkę, gdy czekałeś rano na autobus, a potem wbiła ci łokieć w splot słoneczny, walcząc o wolne miejsce, zamierza zadzwonić do szefa i do ostatniej chwili gadać pierdoły, a potem wystawić słuchawkę w stronę wybuchu i podsumować: „Jutro nie przyjdę do pracy. Zostanie ze mnie, kurwa, tylko węglowy pyłek. Koniec niewolnictwa, ty jebany krwiopijco”.

Zeszłotygodniowe wydanie „Time’a” nazywa mnie Hebanowym Szczurołapem z Hameln. W „U.S. News & World Report” byłem „prowodyrem etnicznego harakiri”. Historia dopisze moje imię do listy szalonych mesjaszów, którzy siedzą na piekielnej odprawie, gdzie diabeł sprawdza listę obecności: Jim Jones, David Koresh, ten koleś, który prowadził szarżę Lekkiej Brygady, Charles Manson, generał Westmoreland i ja. Te karty to moje wspomnienia, bitewne szczątki przerażonego dezertera w wiecznej wojnie o uprzejmość.

Dzidziuś mamusi i może tatusia

1

Inaczej niż typowy smutnawy biedny prostaczek szlachetny w obliczu rasizmu białej hołoty ożeż czarny bohater magiczny na miarę Pulitzera nie jestem siódmym synem siódmego syna siódmego syna. Chciałbym, ale zrządzeniem losu brakuje mi sześciu braci i trzech wujków. Wodzowie i królowe siedzący na szczycie starego dobrego Kilimandżaro wykluczyli mnie z testamentu. Nic mi nie zapisali, skąpe gnoje. Okrutnie pozbawiając mnie mitologicznego dziedzictwa, moich tubylczych supermocy. Nigdy nie miałem danych od boga zdolności, dzięki którym mógłbym powalić rasistowskich złoczyńców swoją plemienną pieśnią, machnięciem zdobionej koralikami laski czarownika czy srogim spojrzeniem. Może jakiś głupek w rodzinie dał dupy i znieważył staruszków. Wkurwił bóstwa, może za dużo abrakadabry czy coś i proszę – synowie muszą cierpieć za grzechy ojców.

Nazywam się Kaufman, Gunnar Kaufman. Jestem czarnym Orestesem w przeklętym rodzie Atrydów. Za sprawą trwożliwej sekwencji DNA niemrawo podążam śladem długiego szeregu tchórzliwych czarnuchów, Wujów Tomów i przekiepskich wiernych sług. Jestem synem numer jeden bojaźliwego kurewskiego rasisty, który był trzecim synem czarnucha z lizusowskiego, sprzedawczykowskiego rodu, a ten z kolei był rzeczywiście siódmym synem, acz tylko walkowerem. (Dziadek Giuseppe Kaufman położył się na swoim śpiącym starszym bliźniaczym bracie Johannie, udusił go i przywłaszczył sobie upragniony tytuł siódmego syna). Od chwili narodzin rodzice wpajali mi, że powinienem wielbić surrealistyczne wyskoki i prokreacyjne krętactwo moich przodków. Ich śmiałe czyny i wyczyny wuja Toma przekazywano nam podczas wykładów historii, gdy siedzieliśmy przy matczynym stole nad makaronem z serem. Nie ma nic gorszego niż głośny griot, a moja matka była najgłośniejsza.

Mama, Brenda W. Kaufman, samotnie wychowała mnie i siostry po ciężkiej walce o opiekę, po której ojcu został w szyi porcelanowy odłamek z półmiskowych pocisków. Po rozwodzie postanowiła dopilnować, by jej dzieci znały swoich przodków. Jako brooklyńska sierota, która nigdy nie poznała rodziców ani nie widziała na oczy swojego aktu urodzenia, mama uznała za swoje bękarckie korzenie historię patriarchalnej rodziny ojca.

W letnie popołudnia Nicole, Christina i ja siadaliśmy na podłodze przed mamą i śledziliśmy rodowód, sunąc palcami po nabrzmiałych żyłach jej ziemistych nóg. Kładła swoje szkaradne kończyny na poduszkę, a my badaliśmy swój ród, spiłowując z jej stóp twarde jak kamień nagniotki i inne skórne skorupiaki.

Zaczęliśmy od podstaw. Uwaga, dzieci przy pracy. Nicole, moja najmłodsza siostra, którą przezwałem Niewiarygodnie Niezłomnym Wyjcem, rozpoczynała przepytywanie w swoim egocentrycznym stylu, cały czas skrobiąc wzgórek martwego naskórka będący lewą piętą mojej matki.

– Mamooo, czy ja jestem adoptowana?

– Nie, nie jesteś adoptowana. Pokazywałam ci w zeszłym tygodniu rozstępy. Włóż w to trochę wysiłku, na Boga. Ściągnij skórę palcami, jeśli musisz, jasna cholera.

Wtedy Christina, dziecko średnie, której czule nadałem rdzennie amerykańskie imię Palce-w-nozdrzach-kciuk-w-ustach-i-smarki-dosłownie-kurwa-wszędzie, sięgała po emocje, żeby zacieśnić więzy relacji matka–córka.

– A ja i Gunnar?

– Nie.

– Możesz to udowodnić? – pytała zdenerwowana i nieprzekonana Christina, oddychając ciężko. Z jej nozdrzy wypływały bańki gęstego śluzu.

– Które ślady na twoim brzuchu są moje?

– Chrissy, jeśli ktoś jest na tyle durny, żeby się przyznać do ciebie, to uwierz mu na słowo.

– Mamooo…

– Co, Gunnar?

– Stopa ci śmierdzi.

– Lepiej siedź cicho, jeśli nie chcesz wypełniać papierów do szkoły wojskowej.

Ten zaawansowany kurs genealogii Kaufmanów zaczynał się dopiero wtedy, gdy mama wracała z pracy. Zarabiała na nasze utrzymanie, badając nieszczęsnych biedaków pod kątem chorób wenerycznych w darmowej przychodni w East Los Angeles. Pamiętam, jak z rozkoszą układała na stole ostre narzędzia ze stali nierdzewnej i lśniące polaroidy dokumentujące najbardziej zaawansowane przypadki. Polerując wzierniki i cewniki, opowiadała o „kłuciu kutasów” i „przeszukiwaniu pizd”. Przysięgam, że gdzieś w jej nieznanej przeszłości wędrowni minstrele tańczyli cakewalka na oświetlonych świecami scenach teatrów.

Kolacje o dziewiętnastej przypominały lunaparkowe występy z udziałem Mamy Niesamowitej Wariatki. Ocierała tłuste wargi i uczyła nas o potwornościach chorób przenoszonych drogą płciową, serwując tłuczone ziemniaki i zdjęcia chorych cipek. Zadając cios ostateczny, otwierała zestaw profilaktyczny, wyciągała niebieską prezerwatywę i wsadzała do nozdrza zakończony zbiorniczkiem koniec. Następnie siedziała z pomiętym kondomem, który kołysał się jej u nosa i odbijał od brody przy każdej sylabie, zachwalając radości bezpiecznego seksu. Nagle zatykała wolne nozdrze palcem i jednym niuchem wciągała nienawilżaną gumę do nosa. Otwierała usta, wyciągała lepki już kawałek lateksu, podnosiła go tak, by wszyscy mogli zobaczyć, i triumfowała:

– Tadam! A teraz do jedzenia.

Zabawom nie było końca przez cały posiłek. Chociaż nie ma dowodów, że właśnie do niej należy tytuł najgłośniejszego na świecie griota, Księga Rekordów Guinnessa wymienia ją jako najgłośniejszego przełykacza na świecie.

PRZEŁYKANIE. Brenda W. Kaufman (ur. 1955) z Los Angeles nagrała przełknięcia o mocy 47 decybeli (dla porównania: ruchliwa ulica = 70 db, silnik odrzutowca = 130 db), goszcząc 3 maja 1985 roku w programie Davida Lettermana, gdzie piła nowojorską wodę kranową.

W urodziny mamy zawsze oglądam wideo z jej występem. Człowiek o brytyjskim akcencie przystawia jej mikrofon do gardła, gdy ona z zapałem pije czystą wodę ze szklanki. W prawym dolnym rogu ekranu widać wskaźnik głośności, którego igła skacze jak wściekła przy każdym donośnym przełknięciu. Krzyczymy z siostrami jak wariaci, ilekroć igła wskakuje na czerwone pole.

Kiedy po powrocie piła mleko, z dumą kolejno przykładaliśmy palce do podskakującego jabłka Adama. Pomiędzy poszczególnymi łykami mama spytała o pracę domową i polamentowała nad naszymi porażkami edukacyjnymi. Wreszcie odstawiła z hukiem szklankę po mleku, otarła palcem górną wargę i wrzasnęła:

– Widzicie? Nie ma takiej rzeczy, której Kaufman by nie zrobił. Te wasze podręczniki do historii słowem nie wspominają o waszym praprapraprapraprapradziadku od strony ojca, Euripidesie Kaufmanie? A pewnie, ni chu, chu. Rozdajcie te bułeczki, a mama wam opowie o Czarnuchu z kolonii, który sam by się postawił na nogi za sznurówki, gdyby tylko miał buty. Pierwszy z kolorowych, który był kowalem swego losu. Słuchasz mnie, Gunnar?

– Ehe.

– Że co?

– Słucham, mamo.

Mama umiała opowiedzieć wykurwistą historię. Zaczęła od Euripidesa Kaufmana, najmłodszego niewolnika w historii, który kupił sobie wolność. Słyszałem, jak pobrzękują kajdany duchów czarnych Kaufmanów przemykających pod oknami jadalni. Martwe asfalty, które ocierały wysuszone usta i trzymały się za burczące puste brzuchy, wpatrując się w pieczone kurczaki i czekając, aż mama o nich opowie.

Za mały, żeby wytapiać i kuć żelazo w bostońskiej kuźni swojego pana, Euripides zajmował się w niewoli czarną robotą. Gdy już pobiegał na bosaka po miejskim bruku, załatwiając rozmaite sprawy, szukał zajęcia, którym mógłby wypełnić czas próżnowania. Siedząc na trawiastych brzegach rzeki Charles, patrzył, jak żonglerzy wyciągają kasę od sentymentalnych przechodniów. Siedmioletni Euripides dostrzegł źródło dochodu. Ten bystry przedsiębiorczyk pobiegł do domu, nasmarował swoją czarną jak sadza skórę olejem do lampy i usadowił się pod najruchliwszym wejściem do parku Boston Common. Każdy przechadzający się bostończyk, który go mijał, reagował na służalczy uśmiech Euripidesa i lśniącą skórę zatroskanym: „Mogę ci pomóc, chłopcze?”. Na co Euripides odpowiadał: „Zechciałby pan pogłaskać mnie po głowie na szczęście? Sześć pensów”.

Wkrótce Euripides miał stałą klientelę patrycjuszy i konserwatystów, angielskich żołnierzy i milicjantów, którzy przesuwali dłońmi po szczeciniastej czaszce, by zapewnić sobie szczęście i życie pozagrobowe. Pół roku później postanowił zgolić głowę, by zintensyfikować doznania dotykowe klientów, i biznes rozkwitł. Właściciel i eponim Euripidesa szybko się dowiedział, że małe smołowate dziecko swoją pomysłowością przynosi sławę jego warsztatowi. Wkrótce zaczęli do niego napływać klienci, którzy chcieli podkuć konia, a także pogłaskać głowę małego czarnego gnojka. Podjeżdżali, przywiązywali konia do pachołka i mówili: „Cztery nowe podkowy, Chauncy. Gdzie Euripides? Tydzień temu zapomniałem poklepać go po tej szczeciniastej czaszce i stara mnie przyłapała, jak ruchałem czarną dupę na strychu. Chodź no tu, ty łysy talizmanie, ty”.

Pewnego pogodnego wiosennego dnia dziewięcioletni Euripides rozgryzał, ile policzyć za „Jaki milutki” połączone z uszczypnięciem w policzek. Podniósł wzrok i ujrzał czarnego chłopca mniej więcej w swoim wieku, wystawionego na sprzedaż za piętnaście funtów koło straganu z owocami: „Słoneczka, jak już wam upudrują peruki, może w drodze powrotnej skusicie się na kilka pomidorów, główkę sałaty i czarnego dzieciaczka?”. Zmyślny mały biznesmen chciał poznać własną wartość, więc spytał swojego spoconego właściciela o twarzy czarnej od węgla, czy na wolnym rynku jest wart piętnaście funtów. Pan Kaufman zapewnił Euripidesa, że taki bystry bambusek jak on jest wart dwakroć więcej. Na to Euripides sięgnął do torby i rzucił na kowadło trzydzieści funtów zaoszczędzone z interesu głaskania po głowie. Wyszedł z kuźni jako dziewięcioletni wolny człowiek, w ogóle nie zastanawiając się nad kupnem kapelusza. Później został marynarzem, pływał na statkach handlowych i zyskał niespodziewaną sławę, gdyż – jak to ujęła mama – to on stał za masakrą bostońską.

Legenda rodzinna mówi, że 5 marca 1770 roku Euripides Kaufman umiejętnie uchylił się przed przeznaczoną dlań kulą i tak właśnie Crispus Attucks niespodziewanie został męczennikiem w asfaltowym niebie. W tamto historyczne popołudnie Euripides siedział w bostońskim pubie z Crispusem, swoim najlepszym kumplem od dzieciństwa, pijąc pale ale Samuel Adams. Och, wolnym być i czarnym być, dwadzieścia jeden mieć lat, mieć w czubie od chmielu i być maskotką dla białych marynarzy. W swojej wolności Euripides widział jeden minus: nie mógł już inkasować opłaty, gdy miejscowi głaskali go po głowie z protekcjonalnym wigorem.

– Euripidesie, ty czarniutki supłogłowy asfalciku, ile miałeś lat, jak zacząłeś gubić małpią sierść? A może dalej w niej śpisz, żeby w nocy nie marznąć?

Co znaczy te parę smolistych dowcipów między kumplami? My, Kaufmanowie, od pokoleń należymy do czarnuchów, którzy znają się na żartach. Chodziłem kiedyś do ojca, który był rysownikiem w komisariacie Wilshire policji Los Angeles. Jego kumple policjanci stali przy zagraconych biurkach i umierali ze śmiechu nad dowcipami „ilu czarnuchów trzeba”, poklepując się po masywnych plecach i zerkając przez ramię, czy i my z tatą się śmiejemy. I tata zawsze się śmiał. Tak chichotał, że epolety podskakiwały mu jak gąsienice. Ja nigdy się nie śmiałem, dopóki ojciec nie walnął mnie mocno między łopatki. Prostowałem się od ciosu ciężkiej ręki, podbródek odrywał mi się od klatki piersiowej i wyrzucałem kilka chichotów samozhańbienia. Nawet jeśli nie rozumiałem dowcipu.

– Co to znaczy, żeby polizać im usta i przyssać je do ściany?

Później przyglądałem się mojemu ojcu, jak rysuje portrety przestępców pod dyktando ofiar, które używały jego twarzy jako punktu odniesienia.

– Miał grube wargi, nos trochę większy niż pan, ale nozdrza też takie rozdęte.

Tata sprowadzał zbrodniarza do martwej natury i nie odrywając wzroku od szkicownika, napominał mnie, że lepiej, by moja twarz nigdy nie pojawiła się w notesie policjanta. Wysyłał mnie do domu w radiowozie, twarz miałem usmarowaną czarnym węglem, a w uszach wciąż brzmiała mi ojcowska patriotyczna mądrość: „Pamiętaj, Gunnar, Bóg, ojczyzna i śmiech, najlepsze lekarstwo na świecie. Mama dostała czek?”.

Pewnie, że Kaufman sprzedawczyk przyłożył się do wybuchu Amerykańskiej Rewolucji.

Podchmielony i rozbawiony Euripides Kaufman o ustach jak wątróbki zręcznie przekierował szyderstwa swoich kumpli, kolonialnych morskich podżegaczy, na samotnego nastoletniego żołnierza brytyjskiego, który pełnił wartę przed Izbą Gmin pod samą tawerną.

– E, chłopaki, czy to nie ten brytolski łobuz w czerwonym pancerzyku, co to oszukał balwierza Jacka Miltona na drobne za wczorajsze golenie ze strzyżeniem za przyzwoitą cenę?

I z Euripidesem i Crispusem na czele pijany motłoch truchtem pognał na dwór, żeby uważniej przyjrzeć się wskazanemu. Z kuflami w dłoniach otoczyli zdenerwowanego strażnika i zasypali go obelgami. Euripides stał jakiś metr od żołnierza, otaksował go wzrokiem, odwrócił się do kumpli i rzekł:

– Zaiste, to ten herbaciarz prawołamca. Crispusie, mój drogi, zechcesz potwierdzić moje słowa?

Oczy Crispusa, jak oczy mojego ojca, a i samego Euripidesa, zawsze były pierwsze do błagania, ale brakło mu języka w gębie. Spragniony uczuć białej Ameryki, Crispus Attucks spojrzał na mojego praprapraprapraprapradziadka, szukając wskazówki. Następnie powtórzył przykre uwagi Euripidesa Kaufmana prosto w twarz samotnemu attaché angielskiego kapitalizmu spekulacyjnego w Nowym Świecie.

– Ej, ty, nieco oddalony od reszty stada cockneyowski szympansie z błyszczącą różową dupą. Gdzie twoja blada stara? Tuli się do króla Jerzego, głaszcząc jego ciastowaty bandzioch i licząc nasze podatki? No, powiedz coś! Crispus Attucks tylko na to czeka.

Czy dwaj teoretycznie wolni czarni mogli być bardziej libertyńscy? Podsycając skowyt kolonii za niepodległością, czarne bustery czerwonego blasku nadciągającej rakiety. W środku tego słynnego zamieszania ośmielony i opity piwem Euripides dobył penisa i zrobił kałużę moczu przed brygadą brytyjskich posiłków. Wyczuwając, że zbrojny pluton osiągnął punkt krytyczny, krzyknął: „To sobie opodatkujcie!” i sprytnie oddalił się na tyły wzburzonego już tłumu. Smolisty pijany Crispus Attucks został sam na czele przytłaczająco białego tłumu, bełkocząc obelgi pod adresem Korony i grożąc całemu imperium brytyjskiemu swoim drewnianym negrobijem. Wtedy rozbrzmiała słynna już salwa i na brudny bruk z głuchym łoskotem padły ciała.

Amerykańska historia zastała na bostońskiej ulicy martwego Crispusa Attucksa, nie trafiła natomiast na udział Euripidesa Kaufmana. W trakcie późniejszego procesu świadek oskarżenia zeznał, że słyszał, jak żołnierz, który umieścił ołowianą kulę w sercu Crispusa, rzekł z żalem: „Do diaska, zastrzeliłem niewłaściwego czarnucha”. I dobrze, bo gdyby brytyjski żołnierz zastrzelił właściwego czarnucha, siódma klasa mojego Gimnazjum imienia Manischewitza nigdy nie uśmiałaby się z zabawnych synów i cór konfederackiej klasy służebnej. Wszystkich spłodził zaś mój pra-do-siódmej-potęgi-dziadek Euripides Kaufman.

Właśnie w klasie pani Murphy po raz pierwszy ktoś spoza mojej najbliższej rodziny usłyszał opowieści o należnym z urodzenia prawie uniżonych Kaufmanów płci męskiej. W trakcie Miesiąca Historii Czarnych, aby zwrócić uwagę wykorzenionych urwisów na ich niejednorodną czarnuchowość, pani Murphy kazała nam zrobić drzewa genealogiczne. Większość dzieciaków zdołała dotrzeć raptem do dziadków, ale i tak z nieposkromioną dumą przedstawiła ustne streszczenie swojego karykaturalnego amerykańskiego rodowodu. Nikt nie wiedział wystarczająco wiele, by przejmować się nieznajomością historii własnej rodziny, a tym bardziej historii któregokolwiek z czarnych bohaterów na portretach na ścianie.

Siedziałem znudzony pośrodku pierwszego rzędu od drzwi, a kolejne dzieciaki podnosiły w górę drzewa genealogiczne i wygłaszały tę samą mowę: „No więc chłopcy to kółka, a dziewczynki mają trójkątne głowy. To ja. Moich sześć sióstr, mój brat, co nie żyje. Drugi brat, też nie żyje. Moja mama. Mój tata. A to są moi dziadkowie. Dziadek był w Wietnamie i zwariował. Jakieś pytania? Gdzie się urodziła moja mama? Urodziła się w Arkansas i poznała tatę w autobusie Greyhounda. Zakochali się w sobie w San Antonio i on ją wyobracał w łazience w Tucumcari w Nowym Meksyku. No i się urodziłem. Spierdalaj, Denise, nie urodziłem się w żadnym toy toyu”.

Wreszcie pani Murphy wyczytała mnie. Wetknąłem swoje drzewo genealogiczne pod pachę i wyszedłem przed klasę, po drodze dając towarzysko z liścia mojemu kumplowi Jimmy’emu Lopezowi. Podnosząc rękę wysoko nad głowę, rozwinąłem swoje gigantyczne drzewo. Sięgnęło daleko za kolana, a na widok pokoleń zmiętych ludzików trzymających się w czarnych parach za kreskowe ręce klasa jęknęła bezgłośnie.

Zacząłem od góry, od Euripidesa Kaufmana. Czułem na plecach rękę matki, a z moich ust płynęły jej słowa, gdy sztywno jak chuda lalka brzuchomówcy opowiedziałem klasie, jak to Kaufmanowie przenieśli się na Południe, gdy obieżyświat Swen Kaufman, wnuk Euripidesa, wyjechał z Bostonu, mimowolnie zostając jedyną osobą, która kiedykolwiek uciekła w niewolę. Swen bezczelnie marzył o karierze poważnego tancerza, ale jako nie-Anglosas nie miał na to szans. W kręgach poważnych tancerzy nie widziano dla niego miejsca, a lokalne rewie nie mogły wykorzystać „sfrancuziałych dworskich synkop jego ciała” w swoich minstrelskich zmyślnie gejowskich produkcjach. „Zdejmij koronę, bambusie. Pokaż zęby” – tak mówili. Swen się kłaniał i giął w każdych innych okolicznościach, ale kiedy chodziło o taniec, nie szedł na żadną ugodę. Spakował więc w wietrzną noc swoje baletki i na gapę popłynął statkiem handlowym udającym się do Cotton Belt.

Wysiadłszy na wybrzeżu Karoliny Północnej, Swen wyruszył na poszukiwanie wolności artystycznej. Włóczył się po drogach tytoniowych, za pomocą swojej arystokratycznej nowoangielskiej dykcji zbywając ciekawskich zaniepokojonych jego wolnością. Gdy natykał się na lincze, psy gończe i uzbrojone w parasolki bezbronne piękności z Południa, patrzył im pod nogi i jednocześnie zadzierał nosa na tyle wysoko, by zasugerować swoje nienaganne wychowanie. Indagowany, z perfekcyjnym szacunkiem puszczał w ruch swoje „r”.

– Nie jesteś miejscowy, co, chłopaku?

– Nie, prrroszę pana. Zdrrradziły mnie trrrykoty?

– Możemy ci zadać kilka pytań?

– Ależ jak najbarrrdziej, nie widzę przeciwwskazań, doskonale rrrozumiem, że mnie nagabujecie, podejrzewacie, że jestem zbiegłym niewolnikiem. Prrroszę, kontynuujcie.

– Nie jesteś aby Szkotem?

Po trzech dniach wędrówki Swen dotarł na przedmieścia niewielkiego rolniczego miasteczka o nazwie Mercy w Karolinie Północnej. Tam natknął się na pola plantacji Tannenberry, gdzie niewolnicze ręce oporządzały rzędy tytoniu. Wznosząco-opadający rytm motyk i oskardów, a także poważne, niecierpliwe pieśni towarzyszące robotnikom podsunęły mu pomysł na „przełomową” operę taneczną. Wywrotowy utwór, w którym połączy się stoicki ruch pracy przymusowej ze swobodną pewnością siebie arystokratycznych tekstów. Urzeczony możliwościami Swen bez namysłu przeskoczył drewniany płot oddzielający niewolników od wolności. Podniósłszy narzędzie, uśmiechnął się do stojącego obok zdumionego czarnucha i wzruszał feudalną ziemię do zachodu słońca, pragnąc poznać życie niewolników polowych. Pewnie czarni go ostrzegali, ale Swen nie rozumiał ich narzecza. „Te, nie wiem, ktośta, ale jak kceta robić tu za niewolnego, to uważajta, co robita, bo jak pana fpienita, toście trup”. Wreszcie udał się do chaty u pana Toma Tannenberry’ego, zadowolony ze swojego pierwszego dnia niewoli. Ułożył się do snu z brzuchem pełnym świńskich uszu i liści kukurydzy i każdego świtu aż do śmierci budził się jako sługa niekontraktowy.

Początkowo, widząc w niewolniczych chatach dodatkową parę rąk, pan Tom Tannenberry uśmiechem kwitował przychylność losu, wspominając gorsze dni, gdy członków rodziny miał więcej niż niewolników. Nad wiek rozwinięty konfederacki nicpoń ciągnął babcię Veronę za żółtą suknię z krynoliną, wydymając wargi i błagając o własnego czarnucha. Pan Tom wspomniał szyderstwa babki, że czarnuchy nie rosną na drzewach.

W chłodzie dopiero co wstającego poranka Swen Kaufman tanecznym krokiem podążał do pracy. Gdy beztrosko ćwiczył do swojego opus magnum, jego tyczkowata sylwetka wirowała „podskok, na palce, zmiana” w rzednącej mrocznej północnokarolińskiej mgiełce. Niewolnicy go nienawidzili. Pan Tom też zaczął go nienawidzić. Swen wracał z pola szczęśliwy jak nigdy w życiu. Uważał się za tancerza rezydenta, któremu plantacja Tannenberry zapewnia darmowy kwaterunek i wikt, a także mnóstwo miejsca na próby. O zachodzie słońca brudny dziarski przodownik zbiorów bawełny tanecznym krokiem wracał do domu wyprostowany, z głową w górze, jankeski kliper zagubiony na morzu, podnoszący na wiatr palce u stóp.

Pan Tom uznał, że wyrobione bostońskie maniery Swena i skoczna werwa nie służą morale. Jeszcze gorsza była fascynacja widoczna na rozjaśnionym obliczu pani Courtney Tannenberry, gdy słuchała opowieści Swena o jego beztroskich europejskich eskapadach w roli modnego valet noir na posadzie u francuskiego choreografa. Wychowana w północnej Wirginii pani Tannenberry uważała się za miłośniczkę baletu i wielbicielkę sztuki. Przesiadywała pod portykiem rezydencji, wachlując się i tęskniąc za kulturą niezależną od kalendarza robót polowych. Swen ochoczo odgrywał rolę gawędziarza. Zwolniony przez panią z prac polowych, wypełniał jej omdlewającą głowę opowieściami o biesiadach w nadmorskich bistrach w Marsylii, o cudownych narodzinach nowoczesnego tańca w paryskiej Operze, Teatrze Królewskim w Kopenhadze i w słynnym Teatrze Królewskim w Londynie. Omawiali teorie Swena, jak to zawzięta, uparta i śmiała rosyjska psyche pchnęła balet na wyżyny sztuki ekspresjonistycznej. Wykładając swoje poglądy w rytmie podskoków i tanecznych kroków wokół altany, Swen prowadził ironiczne wykłady o wpływie tradycji europejskiej patrycjuszowskiej chełpliwości i afrykańskich rytuałów plemiennych na kotylion Południa. Spragniony realizacji przedstawień, które setki razy odegrał w myślach, obracał i podrywał wysoko w powietrze maleńkie córeczki pani Tannenberry. Pan Tom sobie tego nie życzył i zażądał, żeby Swen się oddalił. Swen odmówił. Jakżeby miał się oddalić, gdy opracowuje choreografię tańca dłoni opartego na zręczności wymaganej do idealnego odrywania kłębków bawełny od łodygi i na zawiłościach techniki szydełkowej jaśnie pani?

Na plantacji Toma Tannenberry’ego mnóstwo czarnuchów wywinęło się od batów, ale baty od pana Toma dostał Swen Kaufman. Demi-plié – pięć batów. Pozycja druga – dziesięć batów. Piruet nad sadzonkami bawełny – piętnaście batów; sól kamienna i whisky na rany. Za przedstawienie Tańca dyskretnego spojrzenia za stajnią należało się lanie, od którego psy zaczęły szczekać, a niewolnicy i jaśniepaństwo nie zmrużyli oka całą noc, nasłuchując skwierczenia Swenowej skóry. W końcu niewolnicy poczuli podziw dla uporu Swena i zaczęli doceniać jego sztukę, ale dopiero gdy Tom Tannenberry wytłukł klasyczny romantyzm z jego stóp i wybił światowy odór z jego ust. Załamany i pokonany Swen leżał na ziemi, z ustami we krwi i twarzą pokrytą pyłem z czerwonej gliny, gdy usłyszał, że czarną gigę może tańczyć, ile dusza zapragnie.

Wyleczył się i tak rzeczywiście zrobił, a wkrótce zakochał się w swojej ulubionej partnerce, Clocindzie Didion. Ślub z nią był jego wielkim przedstawieniem. Pod pretekstem przygotowania wymyślnej ceremonii zaangażował wszystkich niewolników z plantacji do oszałamiającego widowiska. W dniu ślubu tańczyli. Do wtóru cielesnej perkusji i skrzypek druhny, pan młody i goście bawili się na polu. Chodzili po ogrodzeniu, na które wcześniej wielu nie miało śmiałości choćby spojrzeć, a co dopiero go dotknąć. Większość po raz pierwszy zbliżyła się do płotu bardziej niż na dwadzieścia metrów. Widownię stanowiła brzemienna pani Tannenberry i jej cztery córki, przemieszczając się w ślad za przedstawieniem i klaszcząc w stosownych interwałach. W środku uroczystości panie Tannenberry rozradowane trzymały miotłę, gdy szczęśliwi niewolnicy przeskoczyli nad nią, pocałowali się w powietrzu i zostali małżeństwem. W ostatniej scenie dorośli przekazali niezapalone pochodnie dzieciom, a potem położyli się na cmentarzu niewolników obok kopców ziemi i przewalonych kamieni nagrobnych. Dzieci zaglądały przez okna do wnętrza rezydencji, opierając ciągle niezapalone pochodnie na chudych ramionach. Potem one też poszły na cmentarz i położyły się obok rodziców. Pani Tannenberry płakała przez miesiąc, a później w każdą rocznicę królewskiego wesela Clocindy i Swena chodziła na cmentarz.

To wszystko opowiedziałem przed przerwą na lunch. Nad ciastkiem i kakao dzieciaki, które normalnie odpoczywają od matmy, natrząsając się z długości moich portek i robiąc zakłady, którą ze swoich dwóch koszul będę miał na sobie nazajutrz, błagały mnie o ciąg dalszy.

– Co było dalej?

– Dlaczego nie zapalili pochodni?

– Ile to jest sześć pensów na amerykańskie pieniądze?

– A czy Euripides Kaufman znał Jerzego Waszyngtona?

– Co było dalej, gnoju?

Na dźwięk dzwonka pognali do klasy, gdzie pani Murphy siedziała na brzegu biurka. Uczniowie zajęli miejsca na plastikowych pomarańczowych krzesełkach i nachylili się nad ławkami. Nastawili uszu, otworzyli szeroko oczy. Podjąłem opowieść, puchnąc z osobliwej dumy.

Swen i Clocinda Kaufman spłodzili zdumiewająco niewolniczych czarnuchów. Jeden z nich, Franz von Kaufman, nawet wśród niewolników wyróżniał się wazeliniarstwem. Franz von Kaufman w chwili narodzin wyglądał jak typowy czarny dagerotyp Mathew Brady’ego z 1857 roku. Chociaż dopiero co wyłonił się z łona Clocindy, ciemnoczarną skórę miał usianą zmarszczkami i głębokimi bruzdami. Gęsta rozwichrzona siwa czupryna wieńczyła zapadniętą twarz, zaciśnięte usta i posępne żółte, wodniste, cierpiące oczy. Wszyscy wołali go Staruszek Franz von. Pani Tannenberry w ciągu kilku dni po Franzu vonie urodziła Comptona Benjamina Quentina, jedynego męskiego potomka Tannenberrych. Chłopcy używali tego samego łóżeczka i sutków. Już w niemowlęctwie Franza vona w oczy rzucała się jego służalczość. Jeśli mały pan Compton chciał cycek, który akurat ssał Franz von, trącał go, łkał i wył mu w ucho, a Franz von ustępował bez marudzenia. Żadnego zawodzenia ani skowytu. Clocinda szybko się zorientowała, że małe diablę Tannenberrych urodziło się chciwe i niemal ślepe.

Uparty Compton uważał się za śmiałego eksploratora i nie dopuszczał myśli, że słaby wzrok mu w czymkolwiek przeszkodzi. Jedno spojrzenie nos w nos na ciemnoskórego nieodstępnego towarzysza Staruszka Franza vona i panicz Compton już wiedział, że aby zrealizować swoje wzniosłe cele, potrzebuje wiernego sługi. Poprosił ojca o Franza vona, a Tom Tannenberry, pamiętając swoje marzenie o własnym czarnuchu, szybko się zgodził. Gdy Franz von był jeszcze szczenięciem, pan Tom przekazał jego smycz Comptonowi Tannenberry’emu.

– Pamiętaj, synu, obiecałeś się o to troszczyć.

W następnych latach Staruszek Franz von służył Comptonowi jako pies przewodnik, nieodstępny towarzysz i najlepszy przyjaciel. W zagajniku orzechowym bawili się w inkwizycję. W tej zwyrodniałej wersji zabawy w chowanego Franz von tarzał się w wiciokrzewie, po czym odgrywał poganina. Unurzany w ulubionym zapachu panicza Comptona, ukrywał się między orzechowcami, czekając na znalezienie i zbawienie. Niewidomy Torquemada znajdował Franza vona, wyczuwając nosem wyjątkową woń wiciokrzewu i nieumytego ciała niewiernego. Nastawiał ucha na udawane przez Franza vona heretyckie bluźnierstwa i okrzyki wojenne.

– Słyszysz bulgot potoku i szelest liści? To smarkają i kichają bogowie Dixie.

Compton znajdował Franza vona, przywiązywał go do drzewa, płacił plwociną za jego ziemię i duszę, obrzucał go orzechami i nawracał smagłego poganina, recytując biblijne wersy.

Panicz starzał się bardziej niż niewolnik. W wieku dwudziestu pięciu lat Kaufman był tym samym grzecznym Murzynem co zawsze, tyle że wyższym, pogłębiły mu się też zmarszczki wokół oczu i ust. Nie zmądrzał, nie zrobił się bardziej przyziemny ani nie zbrzydła mu służebność. Nowomodne idee wprawiały go w zakłopotanie. Nastoletni Franz von nie rozumiał czarnego gadania o abolicji ani dumy białych ludzi z ich stalowych kanonierek. Przerażały go pisane braille’em książki, których panicz Compton coraz więcej dostawał pocztą. Jak miał czytać paniczowi Comptonowi dzieła Owidiusza i Homera, skoro wspaniałe mity zostały przeobrażone w wypukłe punkty? „Nie nauczysz sztuczek starego czarnucha” – natrząsali się z niego wszyscy Tannenberry. Staruszek Franz von śmiał się z ich wnikliwości i trwał przy boku Comptona, bezpiecznie prowadząc go przez nieliczne pułapki, z którymi musiał się zmierzyć rozpuszczony arystokrata z Południa.

Compton Tannenberry niemal równie łatwo wszedł w przeznaczone mu dorosłe życie. Mieszkańców Mercy niepomiernie dziwił kontrast pomiędzy arystokratycznym chodem wyprostowanego jak struna ślepca a niedbałym szuraniem przygarbionego Franza vona. Często słyszało się, jak biali mówili w obecności Comptona, jak to elegancko się starzeje, jak przechodzi od słodu do zacnej szkockiej. Za plecami panicza Comptona czarnuchy, które harowały na słońcu konfederackiego imperium, mówiły, że panicz Compton się nie zestarzał, tylko ściął się jak zastałe mleko. Biała arogancja zbierała się w nim i gęstniała, rozsiewając kwaśny odór wszędzie, gdziekolwiek się pojawił.

W niedziele chodziło się do kościoła i grało w karty. Po południu Franz von siedział w nielakierowanej ławce w najdalszym kącie anglosaskiego kościoła trójbaptystów. Stamtąd patrzył, jak pastor William Dern wygłasza kazania, w których przechodził od potępienia do zbawienia. Compton Tannenberry nikomu poza Franzem vonem nie pozwalał prowadzić się do ołtarza, gdzie przyjmował komunię. Mocno trzymał go za łokieć, gdy spożywał markową duszę i jeszcze ciepłe ciało Chrystusa. Wieczory spędzali w szacownych salonach Klubu Towarzyskiego dla Dystyngowanych Dżentelmenów w Mercy. Grali w pokera o wysokie stawki, a Franz von siedział u boku Comptona, licytując za niego i wystukując ustalony szyfr na jego ramieniu, żeby wiedział, jakie karty ma w ręku. Panicz szybko wyliczał swoje szanse, a Franz von pokornie zgarniał wygraną od zdumionego dostojnego ziemiaństwa Tar Heel. Oddaliwszy się od stołu, powtarzali zawsze żart, że mieli przewagę, gdyż nikt nie umie czytać w oczach ślepca ani nie odgadnie myśli czarnucha.

Gdy wybuchła wojna secesyjna, Compton z entuzjazmem zgłosił się do wojska. Wiedział, że zostanie odprawiony z kwitkiem, ale miał nadzieję, że przysłuży się Południu jakimiś zdolnościami. W komisji poborowej rzeczywiście powiedzieli Comptonowi, że nie nadaje się do walki, ale jego urodzenie, pokerową twarz i przebiegłość można wykorzystać inaczej. Konfederaci poprosili go o przeprowadzenie ściśle tajnych transakcji wymiany nadwyżki bawełny Południa na opium unionistów, którego rebelianci potrzebowali dla swoich rannych. Wypełniając to zadanie, Compton musiał co dwa tygodnie wsiadać do pociągu z Durham do Waszyngtonu, by spotkać się tam z pazernymi Jankesami. Problem polegał na tym, że Franz von nie mógł towarzyszyć swojemu panu w tych misjach, gdyż chytry czarnuch, choćby tak oddany jak Franz von, oznaczałby niepotrzebne ryzyko.

Pierwsze dwa lata swojej wojny Franz von spędził na walce z lękami separacyjnymi i wiernym czekaniu o 18.15 na przyjazd Hootenanny Choo-Choo z Waszyngtonu. Nigdy nie był tak szczęśliwy jak w chwilach, gdy służył za podnóżek przyjacielowi wsiadającemu do powozu, który zabierał ich z powrotem na plantację Tannenberry.

Była sobota 27 marca 1864 roku. Pociąg z 18.15 wjechał na stację, ale laska panicza Comptona nie wychynęła z wagonu pierwszej klasy. Nie popłynął peronem piskliwy wrzask: „Gdzie mój czarnuch?”. Franz von czekał godzinami, a potem wrócił pustym powozem na plantację. Dlaczego nikt z Tannenberrych nie patrzył mu w oczy, gdy mówił, że panicza Toma nie było w pociągu? Franz von wrócił na stację o 18.15 następnego dnia i wracał tam co dzień do końca życia, wpatrując się w twarz każdego pasażera wysiadającego z pociągu. Nikt nigdy nie zdobył się na to, by powiedzieć Franzowi vonowi, że jego towarzysz i właściciel zmarł, gdy niechcący połknął kostkę opium, wziąwszy ją za jedną z kostek cukru, które wiózł dla Staruszka Franza vona i niezarekwirowanych jeszcze koni.

Wolałbym, by moja haniebna historia urwała się na żałosnym Franzu vonie, wolałbym móc powiedzieć, że po latach posłuszeństwa moi przodkowie skorzystali skwapliwie z dwudziestowiecznej fali czarnej dumy. Siódmoklasiści w milczeniu jedli lunch w stołówce szkolnej. Przy wtórze szelestu papierowych torebek i stłumionych chrupnięć dobywających się z ust pełnych chipsów opowiedziałem historię kolejnego przodka. Wolfgang Kaufman był moim stryjecznym pradziadkiem i niegdyś piastował najwyższe komunalne stanowisko, o jakim mógł marzyć Murzyn w Nashville w Tennessee w latach dwudziestych XX wieku – kierownika Wydziału Segregacji Wizualnej. Mając za muzę Jima Crowa, w parne popołudnia z upaćkaną malarską czapką na głowie malował i rozmieszczał tabliczki TYLKO DLA BIAŁYCH i TYLKO DLA CZARNYCH, które wisiały w niby-publicznych miejscach w całym Nashville. Płacono mu pięć dolarów na godzinę, a że niewielu naszwilskich czarnych zarabiało więcej, Wolfgang był dumny ze swojej sztuki szablonu. Stracił posadę w wyniku roztargnienia: przyłapano go, gdy po załatwieniu satysfakcjonującej dwójeczki wychodził z toalety dla białych. Widok czarnego mężczyzny zapinającego rozporek i wyciągającego gacie ze szpary pośladkowej przerósłby każdą białą kobietę, a na pewno nie zniosła go ta, która w przerażeniu padła zemdlona u jego stóp. Kiedy pani O’Dwyer się ocknęła, Wolfgang nachylał się nad nią, tytułem przeprosin dukając ze skruchą, że w toalecie dla kolorowych nie było papieru. Szybko doszedłszy do siebie i odzyskawszy wrażliwość osoby uprzywilejowanej, pani O’Dwyer uderzyła Wolfganga w błagające wargi i złożyła nań skargę w biurze burmistrza. Jakiś życzliwy miejski urzędnik złagodził mu wyrok i niedługo później czarnuch przeniósł się do Chicago, gdzie z wielkim uśmiechem „Dzięki Ci, Panie” mył podłogi w radiu WGN.

W pewien słoneczny wtorkowy poranek tandetna para komików, gruby i chudy, wtoczyła się do siedziby stacji, by przygotować scenariusz nowego programu. Wolfgang na chwilę przestał wycierać gumową wycieraczką szybę studia, by posłuchać, jak Freeman F. Gosden i Charles J. Correll powtarzają swój ograny repertuar. „Dzisiaj w drodze do stacji przydarzyło mi się coś zabawnego”. Razem z szefami stacji Wolfgang jęknął i zasłonił uszy, wspominając, jak słyszał te barytony, gdy jeszcze zwiewał z domu w Nowym Orleanie. Byli dobrymi parodystami, ale mieli okropny materiał. Wolfgang postanowił pomóc chłopakom. W czasie przerwy wsunął do studia głowę w meloniku, wyjął z ust kawałek cygara i zasugerował zmartwionym Gosdenowi i Correllowi, żeby zjedli z nim lunch. „Posłuchacie prawdziwego geniusza komedii”. Nie mając nic do stracenia, białe chłopaki podążyły z Wolfgangiem do Chicago Circle Cab Company, gdzie grupa taksiarzy siedziała w przerwie na lunch w dyspozytorni, rozmawiając o swoich wadach i o kobietach i opowiadając wesołe, może i odrobinę przesadzone historie o czarnym życiu w wielkim mieście. Onieśmielone białasy siedziały na zderzaku zepsutej taryfy. Żaden z nich nigdy nie zastanawiał się nad egzystencją czarnego społeczeństwa, nie licząc może windziarzy i zamożnych Murzynów, których zdjęcia z rzadka publikowano w „Sun-Timesie”. Tu mężczyźni rozmawiali w niezliczonych dialektach o pełnokrwistym życiu, które dla większości Ameryki było niewidzialne. Obiektem większości żartów był wyedukowany i nieco zahukany taksówkarz Enos,. Najgłośniejszym i najhałaśliwszym z czarnych opowiadaczy był pulchny bezrobotny dandys o imieniu Sandy. Wolfgang uśmiechnął się, gdy radiowe gwiazdy dostrzegły podobieństwa fizyczne i charakterologiczne. Wstał i zaśpiewał w powolnej interpretacji Carry Me Back to Ol’Virginny, a Gosden i Correll pobiegli do stacji z głowami, w których kłębiło się od pomysłów na cotygodniowy program pod tytułem Amos ’n’ Andy. Mdławe białe radio było skazane na pocieszne godziny programu Fibber McGee i Molly, aż Wolfgang Kaufman podstępem przybył im na ratunek. Ameryka zyskała dwie jąkające się rozdygotane ikony; Wolfgang Kaufman dostał dziesięć centów podwyżki.

Siódma klasa pani Murphy, ciągle słuchając jak urzeczona, jednogłośnie zrezygnowała z oglądania Eyes on the Prize, żeby poznać opowieść o Ludwigu Kaufmanie. Syn Wolfganga, mój kuzyn Ludwig, wykorzystał kontakty ojca wypracowane w lichym biznesie mop-i-wiadro, żeby zostać menadżerem pobielonych czarnuchów, którzy zżynali z rythm-and-bluesowej histerii spod znaku Motown. Do jego najpopularniejszych artystów należała Gladys White i Waitress Tips, a także Stevedores, których melodyjny przebój Three Times a Longshoreman narobił trochę szumu na Wschodnim Wybrzeżu. Ludwig najbardziej dumny był ze swojego projektu Four Cops, kwartetu z Los Angeles, który podbił listy przebojów z balladą Reach Out and I’ll Be There Hittin’ You Upside the Head with Nightstick.

Zgubiwszy się w chicagowskim South Side, wytworny Ludwig Kaufman wpadł do Meczetu 27, pytając o drogę do klubu, w którym miał się odbyć występ jego naszywanych cekinami stróżów porządku publicznego. Siedząc z tyłu na składanym metalowym krzesełku, wujek Kaufman chłonął zafascynowany rytmiczną retorykę i styl świątyni, zaintrygował go też potencjał grupy o nazwie Blond Mahometanki. Szybko dopytał, jak może się przyłączyć i skąd wziąć takie muchy i lakierki. Poznawszy się na nim, Czarni Muzułmanie i FBI wyszkolili Ludwiga, żeby został Judaszem Jezusa czarnych nacjonalistów. To właśnie kuzyn Ludwig 21 lutego 1965 roku stanął na środku sali Audubon kilka chwil przed tym, jak Malcolm X miał wygłosić swoją ostatnią mowę, i krzyknął: „Ej, człowieku! Zabieraj ręce z mojej kieszeni”. Osiem miesięcy później policja znalazła jego ciało w Tin Pan Alley. Nie miał na sobie lakierków.

Po szkole brylowałem przy boisku do kickballu, gdzie oparty o metalową siatkę rozwodziłem się nad kuzynem Solveigiem Kaufmanem. Magazyn „Newsweek” zlecił kuzynowi przygotowanie materiału z konferencji prasowej, na której przedstawiono wyniki wznowionego śledztwa w sprawie zabójstwa Martina Luthera. Spotkanie rozpoczęło się od wybrania beneficjenta akcji afirmatywnej, który skorzystał na ruchu Kinga. W telewizji ogólnopaństwowej Solveig odwdzięczył się ruchowi praw obywatelskich. Wstał z długopisem i notatnikiem w ręku i rzekł:

– Nieważne, kim jest James Earl Ray, mniejsza o interwencję FBI, dociekliwe umysły chcą wiedzieć, kim, kurwa, jest Coretta Scott King.

Podstarzała wiekuista wdowa ponownie pojawiła się publicznie na własnym pogrzebie cztery miesiące później. Jedni mówią, że zmarła z przyczyn naturalnych, inni, że popełniła samobójstwo, a jeszcze inni – że zmarła z publicznego wstydu.

W tych kronikach nigdy nie znalazło się miejsce dla występków mojego ojca. Stać mnie było na dystans wobec spierdolin dawniejszych przodków, ale jego słabość rzucała cień na mój wstyd od wschodu do zachodu słońca, całe pokolenia wstecz. Jego historia była moją historią. Grzechem, który kładł się koło mnie i tulił mnie do snu. Rankiem całował mnie w kark, wciskał w dłoń swojego fiuta i prosił o poranne obciąganie. Skup się, czarnuchu.

Pan Rölf Kaufman alias tata wyrósł z rasistowskiej wiejskiej doktryny z Yeehaw w Missisipi. Zamiast pompować podatki od nieruchomości w lokalne szkoły, miasto zagrało na nosie orzeczeniu w sprawie Brown kontra Rada Edukacji i wypełniło integracjonistyczne zalecenia Sądu Najwyższego, dowożąc ciemnoskórych czarnuchów i jasnoskórych czarnuchów do Liceum imienia Dreda Scotta. Jako członek jedynej czarnej rodziny, która miała w zasięgu pieszej wędrówki wyłącznie białe i zasadniczo wieśniackie Liceum imienia Jeffersona Davisa, mój ojciec nawet nie wiedział o istnieniu autobusu dla kolorowych. Stawił się w pierwszy dzień szkoły ubrany w levisy z mankietami, flanelową koszulę oraz czapkę ze skóry szopa à la Daniel Boone i z dyskiem deszyfrującym Kapitana Midnighta. Był tak potulny i niegroźny, że dyrektor pozwolił mu zapisać się do placówki.

Ojciec z rozrzewnieniem wspominał śmiech i zimne piwa Dixie, którymi fetował ze swoją starą dobrą ostatnią klasą makabryczną rekonstrukcję morderstwa Schwernera, Goodmana i Chaneya. Rölf grał Chaneya, dwa dzieciaki z zespołem Downa z klasy integracyjnej obsadziły role nieszczęsnych lewackich Żydów, a za szeryfów robili futboliści w trzech samochodach. Mój ojciec i dwaj „żydowscy” chłopcy jechali Drogą 17 w stronę Meridian, mając na ogonie erzac stróżów prawa. Po kilku kilometrach trąbienia, najeżdżania działaczom na zderzak i rzucania w nich puszkami po piwie, które odbijały się od szyb jak blaszany grad, znudzony fałszywy policjant z Yeehaw zmusił ojca, żeby zatrzymał wóz. Mój ojciec uśmiechnął się blado, gdy rozgrywający mistrz ofensywy Plessy „Wchodzisz” Ferguson stanowczym krokiem podszedł do auta od strony kierowcy. Otworzył drzwi swoimi rękami stypendysty i spytał:

– Co się chichracie, stare gacie?

Reszta brygady zarechotała i przystąpiła do wyciągania przerażonych „aktywistów” z samochodu, po czym kolejno bili po głowie mojego tatę i opóźnione dzieciaki, a następnie zwiesili ich za kostki nad bagnem, które biegło wzdłuż szosy. Później tego samego wieczoru wszyscy aktorzy żywego obrazu spotkali się na polanie za sądem na kilka piw. Lśniące płomienie ogniska oświetlały beczułkę umieszczoną obok grubopnistej sosny zwanej Kołysz Się Lekko. Cienie grubych konarów migotały na refleksyjnych znieczulonych obliczach. Mój ojciec tak się złoił, że stracił przytomność. Ocknął się nagi, z całym ciałem pomalowanym sprayem na biało i twarzą zaślinioną i przyklejoną do drzewa Kołysz Się Lekko. Pobiegł do domu pod gasnącym księżycem Missisipi, z białą skórą swędzącą od asymilacji.

Trzy godziny po otrzymaniu świadectwa ukończenia liceum w 1968 roku tata wstąpił do wojska. Dwa razy był w Wietnamie. Dowódca, wprawiony w euforię jego patriotyzmem, postawił go na czele plutonu szaleńców Czarne Jest Piękne złożonego z wielkomiejskich warchołów. Wypatrując snajperów, prowadził ich na misje typu „znajdź i zniszcz” przez kaleczący gąszcz i słuchał, jak jego ludzie narzekają na intensywne opady i na białych, którzy to czy tamto. Wstąpiwszy do Policji Los Angeles, utyskiwał, że dzicz dżungli niczym się nie różni od tej, w której przyszło mu pracować – „Kiedyś walczyłem z Wietkongiem, teraz walczę z King Kongiem”. Pamiętam, jak pewnego dnia wrócił pijany z imprezy, na której Policja Los Angeles nieoficjalnie zbierała fundusze na adwokatów dla policjantów oskarżonych o brutalność. (Powiedział mi później, że wyświetlano Narodziny narodu, a potem przez dwie bite godziny najważniejsze wydarzenia z zamieszek w Watts). Wziął mnie na kolana i bełkocząc, snuł kombatanckie opowieści. Jak to jego czarny pluton uciekał mu w trakcie patroli, zostawiając go samego na jakimś poletku ryżowym, gdzie musiał w pojedynkę zmierzyć się z całym komunistycznym zagrożeniem. Jak to wpadł na swoich ludzi za strefą zdemilitaryzowaną, gdy bratali się z wrogiem. Na widok skośnookich czarnuchów i czarnych czarnuchów dzielących się racjami żywnościowymi, rozkoszujących się trzaskającym ogniem i spokojną południowoazjatycką nocą, tata wpadł w szał. Zgromił swoich zbuntowanych żołnierzy: „Czy to nie pojebstwo? Goryle z gerylasami. Heloł? Czy wy, kurwa, nie macie, debile, pojęcia, że to jest, kurwa, wróg? Jebana żółta zaraza, a wy, jebani Benedict, Leroy, Robinson, Jefferson, Arnolds, zdradziliście demokrację, która wywiodła was, małpy, z prymitywizmu. Pewnie zresztą jecie psa”. Wietkongczyk dostrzegł zakłopotanie na twarzach czarnych Amerykanów, a porządny kolorowy chłopak z Detroit podniósł karabin i posłał kulkę z M-16 o centymetry od krocza mojego taty, po czym wszyscy amerykańscy żołnierze tylko siedzieli i czekali, aż ich dowódca wykrwawi się na śmierć. Wietnamczyk musiał ich błagać, żeby zabrali tatę do bazy. Ojciec kończył to wyznanie nielogiczną mądrością, która wieńczyła wszystkie nasze rozmowy: „Synu, nigdy się nie zadawaj z białymi kobietami”.

O ile wiem, żaden mężczyzna z Kaufmanów nigdy nie spał z białą kobietą, nie z braku prymitywnej żądzy czy też dla zachowania czystości rasowej, lecz ze strachu. Patrzyłem nieraz, jak tata rozmawia z białymi kobietami, zalewając je potokiem „Tak, proszę pani”, nie patrząc im w oczy, choćby skały srały. Gdyby Pierwsza Dama przeszła koło niego nago z oryginałem Konstytucji przyczepionym do pleców niczym kartka „Kopnij mnie w tyłek”, tata nawet by się nie obejrzał. Ostatnie, co chciałby zobaczyć, to obwisły tyłek i jak tłum w kapturach zagania go z powrotem do Czarnuchowa.

W czasie naszych ustalonych sądownie wycieczek na wyścigi bolidów w Pomonie ojciec opowiadał, jak po powrocie z wojny poznał moją matkę na wyścigach samochodów fabrycznych. Zakochali się od pierwszego wejrzenia – jedyni na świecie czarni, którzy znali zwycięzców z ostatnich pięciu lat w Daytonie 500 i rozpoznaliby na ulicy Dona Garlitsa. Potem mnie obejmował i mówił: „Nie sądzisz, że czarne kobiety są egzotyczne?”.

Jeśli wierzyć rodzinnym podaniom, Kaufmanowie to samozapładniający się męski klub. Nie ma wśród nich żadnej urodziwej superwoman. Żadnych poetyckich bohaterek odzianych w królewską kente, rozciągających stąd po księżyc czeki z socjalem. Żadnych ponętnych czarnych kobiet, które mogły krnąbrnemu asfaltowi zasunąć dla porządku z liścia, dorzucając uszczypliwe „Czarnuchu, pliz”. Kobiety, które sprzymierzyły się z dziedzictwem Kaufmanów, są niewidoczne. Ich istnienie i wkład odpadły jak szeroki nos Sfinksa wchłonięte przez mistyka astronomicznej impotencji. Od czasu do czasu imię kobiety drugoplanowo spływało z ust mojej matki jak przypis do przypowieści o jakimś głupku, by zaraz rozproszyć się w warzywnym oparze. Ciocia Joni to wypasione bananowe daiquiri. Zwycięski run Meredith w meczu z Liceum imienia Madame C. J. Walker. Kolekcja płyt Perry’ego Como drugiej żony Giuseppego, Amy. Kuzynka Madge, która miała karnację w kolorze babki maczanej w mleku. Tym wszystkim rolom epizodycznym zawsze towarzyszyło matczyne cmokanie i dementi: „Zresztą nieważne” albo: „Mniejsza z tym”. Zastanawiałem się, gdzie moi przodkowie znaleźli czarne kobiety o takich imionach jak Joni, Meredith czy Amy. Kim były te kobiety? Czy były słabsze od swoich mężczyzn, czy też stanowiły podpory czarnych rodzin? Całymi godzinami wertowałem albumy ze zdjęciami, przerażony, że moim przeznaczeniem jest ślub z czarną absolwentką mormońskiego Uniwersytetu Brighama Younga, z jakąś Mary Jo, i funkcja rzecznika Coors Brewing Company. Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale ja chociaż troszkę chciałem się poturlać w dół zboczem.

2

Moje najdawniejsze wspomnienia płyną na fali ciepłej, pokrzepiającej ponadczasowości wiatru Santa Ana, niosąc mnie po obsadzonych palmami ulicach Santa Monica. Ja i biali chłopcy, Steven Pierce, Ryan Foggerty i David Schoenfeld wyznawaliśmy sobie tajemnice i dzieliliśmy się gumą balonową. Nasza przyjaźń kwitła dzięki temu, że mieszkaliśmy blisko siebie, mieliśmy łatwe do zapamiętania numery telefonów, a Ryan zawsze miał dość kasy, żeby wystarczyło dla wszystkich. Byliśmy przyjaciółmi, ale nie postrzegaliśmy siebie jako całości. Nie mieliśmy wrogów, nie rywalizowaliśmy od lat ze straszliwymi Piaskowymi Diabłami z Hermosa Beach ani z Rozpuszczonymi Bachorami Na Pohybel Bogaczom z Brentwood. Nasze konflikty ograniczały się do kłótni z siostrami i umykaniem przed Nadbrzeżnym Patrolem Santa Monica. Ja i moi współspiskowcy w plażowym terroryzmie znosiliśmy niezliczone upomnienia ze strony nadgorliwych funkcjonariuszy, zadowolonych, że przyłapali jednego z nas na jakimś figlu, który zawsze miał zapowiadać dożywocie w towarzystwie wyrzutków społecznych. „Młody człowieku, wyobraź sobie przyszłość za kratami”.

– Za co siedzisz, byku?

– Przybrałem krabami piaskowymi sałatkę ziemniaczaną tej otyłej rodziny krów morskich z Orange County.

– Z premedytacją?

– I to jaką! Cała banda wyciągała się w ciuchach sześć metrów od wody. Turyści. Spierdolili miejscową aurę.

– No, to jest spoko warte kilka lat. Żarcie o szóstej.

Gdy policja odprowadziła mnie do domu „o jeden raz za dużo”, mama kazała mi wstąpić do zuchów, drużyny numer 251, wciskając mnie w uspołeczniający kierat prowadzący ku grupowej inicjacji i uroczystym inauguracjom. Wyrzucono mnie po trzech zbiórkach, bo nie nauczyłem się tekstu ślubowania, ale to doświadczenie już we mnie zostało. To tak, jakby ktoś kazał wilczycy objaśnić znaczenie obozowych mundurków z odznakami w każdym możliwym miejscu, flag i przysiąg. Mój świat słonego powietrza zaczął się dzielić na coraz bardziej skomplikowane dychotomiczne relacje. Na szczęście wciąż pamiętam czas, gdy mój światopogląd nie sprowadzał się do „my kontra oni” ani „my kontra świat”, tylko do „ja i świat”.

Byłem popielatonogim czarnym plażowym obibokiem, na głowie nosiłem nieczesane trapezoidalne afro, a mieszkałem w dwukondygnacyjnym domu na rogu Szóstej i Bay. O poranku serfowałem do upadłego i obserwowałem mewy, które wisiały nad oceanem i wprawnie chwytały frytki, a po południu odpoczywałem, wylegując się na palisandrowym balkonie. Siedząc na krześle turystycznym ze skrzyżowanymi w kostkach pająkowatymi nogami, wertowałem najnowsze albumy Time-Life’u z rodzinnego księgozbioru podręcznego, kupione wysyłkowo na raty. Drapieżcy świata owadów, Wojna lotnicza nad Europą, Strzelaniny dawnego Zachodu. Uwielbiałem czytać o wojnach czerwonych mrówek z czarnymi, pojedynkach na wysokości czterech i pół tysiąca metrów i o jakimś kowboju, „który był taki nikczemny, że kiedyś zastrzelił człowieka za chrapanie”. Z taniego białego radia tranzystorowego, które dostałem od ojca na siódme urodziny, wśród trzasków i chrzęstów leciało sprawozdanie meczu bejsbolowego. Cienki głosik komentatora Dodgersów Chipa Parkera, zaśliniony od zachwytów nad Rustym Lanahanem, co to pomimo zarzutów o napaść na małżonkę ze swoją na maksa amerykańską facjatą nadal jest idolem młodzieży. Gdybym wciąż jeszcze przysięgał na głowę matki, przysiągłbym na głowę matki, że pomiędzy jednym rzutem a drugim słyszałem syk zachodzącego za moimi plecami słońca, które stygło, zanurzając się w Pacyfiku, by udać się na zasłużony odpoczynek. Lubiłem bawić się lśniącymi fotografiami Time-Life’u w gasnącym żółtym świetle. Gdy modląca się modliszka z limonkowej stawała się upiornie biała, a bura wojskowa oliwka bombowca B-26 Marauder zamieniała się w błotnisty ciemny brąz, nadchodziła pora obiadu. Krzyk zagniewanej matki docierał do mnie ponad rykiem samolotów wylatujących z kartki.

– Gunnar, kurwa, nakryj do stołu.

– Dobra, mamo.

Zanim dotarłem do szuflady ze sztućcami, wychyliłem się przez balkon, wbijając wzrok w mrok, i popatrzyłem w stronę odległego o sześć przecznic niemal pustego nabrzeża. Wydłużone cienie poszukiwaczy skarbów na plaży i ich wykrywaczy metalu chybotały na wgłębieniach piasku zasnutego papierowymi kubkami, w nadziei że gdzieś się trafi zagubiona torebka śniadaniowa pełna ćwierćdolarówek skradzionych dawno temu z szuflady w komodzie rodziców. Wieża ratowników numer 26 stoi zasłonięta na noc deskami. Złocisty ratownik o włochatych nogach spieszy do swojego klasycznego garbusa kabrio, ubrany w wiśniowe winylowe szorty i wiatrówkę. Pokrzykuje: „Uwaga! Niebezpieczny prąd odpływowy!” i drży na silnym morskim wietrze. Dwóch lśniących, odzianych w piankę serferów siedzi okrakiem na deskach Day-Glo z włókna szklanego, czekając na ostatnią dobrą falę, żeby zabrała ich do domu. Biegusy bawią się w berka z cofającą się wodą, truchtając tuż poza zasięgiem fal zamierających u ich guzowatych nóg. Ptaki co raz proszą o czas, żeby odetchnąć od oceanu, i wtykają wąskie dzioby w mokry piasek. Słońce przestaje syczeć, chociaż podniecony Chip Parker dalej peroruje o potężnym czarnuszym tyłku lewozapolowego Nathaniela Gallowaya i przechodzi niepostrzeżenie do reklamy szynki Farmera Johna „wędzonej w orzeszniku, tak jak lubicie”.

Światła na stadionie Dodgersów i latarnie uliczne migoczą i jak Santa Monica długa i szeroka posłuszne dzieci machają na dobranoc swoim nieletnim przyjaciołom, gdy mieszkańcy gotują się do przerwy. „Jesse Stewart autuje po trzech strike’ach. I po szóstej rundzie mamy wynik: trzy dla Dodgersów, jeden dla Metsów”. Życie wypełniał mi słodki popcorn, wiwaty na cześć mojej drużyny i napierdalanka z matką.

– Gunnar! Nakryj do stołu!

– Mamo, wiesz co?

– Co?

– Pstro.

– Bardzo śmieszne. Nakryj do stołu albo wyszoruję ci mydłem ten twój niewyparzony jęzor.

Byłem bardzo zabawny, jak to każdy uczeń drugiej klasy, puk-puk-kto-tam-hipopotam, ale śmieszne, ha, ha, ha. Miałem wyczucie czasu, opanowałem zen i sztukę pomniejszania własnych zasług – a to dzięki zalewowi żydowskich stand-uperów w kablówce, którzy robili za żywe tablice chińskiej akupunktury komediowych punktów uciskowych: yin randkowania, yin rodziców, yang codziennych absurdów. Stare teksty Benneta Cerfa i zabawne anegdoty z rozmokłego „Reader’s Digest” babci stanowiły dla mnie jeśli nie I Ching, to co najmniej zbiór hymnów konfucjańskich.

Byłem fajnym czarnym luzakiem. W Santa Monica, jak w większości zasadniczo białych sanktuariów miejskich terenów zdegradowanych, „fajny czarny luzak” to wszechstronny identyfikator używany do odróżnienia nieszkodliwego czarnego mężczyzny od białego młodzieńca przy jednoczesnym zachowaniu poprawnej politycznie semiotyki. Jeśli ktoś planował przyjęcie urodzinowe, zaproszeni zawsze pytali: „Kto będzie?”. I dalej szło mniej więcej tak:

– Shaun, Lance, Gunnar…

– Jaki Gunnar?

– No wiesz, ten fajny czarny luzak.

Niektóre dzieciaki słyną z tego, że śmigają na deskorolce albo jedzą wosk z uszu. Moją mocną stroną była zdolność zachowywania kamiennej twarzy i płatanie śmiałych psikusów. Już we wczesnym dzieciństwie nauczyłem się, że białe dzieciaki uwierzą we wszystko, co mówi ktoś o skórze o odcień ciemniejszej niż mleko czekoladowe. Mówiłem więc łatwowiernym ajriszom, że jestem po części Cyganem i mam wrodzoną zdolność przepowiadania przyszłości. Machając wskazującym palcem lewej ręki jak wahadłem nad ich lepkimi dłońmi, przepowiadałem im długie życie w zdrowiu i dobrobycie. „Będziesz miał wielki dom na wzgórzach. Tu, na linii miłości, jest kort tenisowy. Tu, przy linii życia, lądowisko dla śmigłowców. To gdzie chcesz basen?” Niczego niepodejrzewający naiwniak wskazywał miejsce zwykle w połowie drogi pomiędzy krzyżem mistycznym a linią twórczą, a ja spluwałem mniej więcej w wyznaczonym rejonie. „Masz swój basen”.

Byłem jedynym fajnym czarnym luzakiem w Szkole dla Mieszańców Mulacko-Metyskich, wielokulturowej podstawówce wyłącznie dla białych w Santa Monica. Na pierwszy etap mojej edukacji składała się wielokulturowość dwojga rodzajów: wielokulturowość lekcyjna, która sprowadzała rasę, orientację seksualną i płeć do niespójności, oraz wielokulturowość pozalekcyjna, w której rządziły dzieciaki znające najwięcej dowcipów o Polakach, pedałach i blondynkach. Odbywająca się w klasach edukacja międzykulturowa nie miała szans z zajęciami realizowanymi na podwórku i boiskach, okrutnymi, ale przynajmniej zabawnymi. Jak większość aspektów skoszarowanej kartkówkowej pedagogiki, wielokulturowość urzędowa była wewnętrznie sprzeczna, chociaż jej zamierzenia były dobre.

Moja nauczycielka w trzeciej klasie, pani Cegeny, lubiła nosić tiszert z takim napisem:

Ilekroć miała go na sobie, odnosiłem wrażenie, że zwraca szczególną uwagę na mnie, na Salvadora Aguacalientego (milczącego Latynosa, który musiał szybko wracać do domu w Cinco de Mayo) i Sheilę Watanabe (najgłośniej w historii amerykańskiej edukacji powtarzającą słowa przysięgi na wierność sztandarowi), gdy uważnie wskazywała nam wielokulturową propagandę rozlepioną nad tablicą obok drukowanych i pisanych liter alfabetu: „Słońcu obojętne, jakiego koloru jesteś”.

W gorące dni alarmu smogowego trzeciego stopnia pani Cegeny obwieściła:

– Dzieci, odłóżcie ołówki i wyjmijcie podręczniki. Otwórzcie je na stronie osiemdziesiątej ósmej. Melissa, zacznij, proszę, czytać od słów: „Zabawa ze wschodem słońca i termodynamiką”.

Melissa Schoopmann zaczęła czytać swoim powolnym, nieustępliwym monotonem.

– „Nowicjusze… naukowcy z klasy trzeciej… mogą to uznać za zabawne… ale wschód słońca jest fajny. …Bez niego… ziemia… byłaby równie bez życia… jak katolicki pogrzeb… w deszczowy szary dzień”.

Próbowałem zasnąć, ale było za gorąco, nawet żeby się rozmarzyć. Moja przepocona koszulka Suicidal Tendencies z trasy You Can’t Bring Me Down przylgnęła do warstwy zaporowej brudu na skórze. Melissa ględziła dalej: „Ciemne kolory… takie jak… czarny… absorbują światło… a jasne kolory… takie jak biały… odbijają światło”. Przebiegłem wzrokiem po moich chudych ciemnobrązowych ramionach i odwróciłem się do koleżanki w ławce, Cecilii Peetemeyer, najbledszego dziecka w szkole. Miała tak przejrzystą skórę, że któregoś tygodnia na lekcji zdrowia pani Cegeny pokazała na Cecilii różnice pomiędzy tętnicami, naczyniami włosowatymi a żyłami.

– Cecilio, gorąco ci? – spytałem.

– Nie.

– Cholera.

– Gunnar, powtórz ostatnie słowa Melissy.

– Hm. Powiedziała „hm”. Powiedziała, że ciemne kolory wchłaniają promienie słoneczne w procesie, który nazywa się przewodnictwem i konwekcją, a jaśniejsze kolory widma zwykle zmieniają drogę promieniowania przez odbijanie i refrakcję.

– Dobrze, myślałam, że nie uważasz. Melisso, czytaj dalej, proszę.

Wszystko było wielokulturowe, ale nic nie było wielokulturowe. Klasa opanowywała azjatyckie sposoby liczenia, ucząc się dodawać i odejmować na liczydle, a potem stosowaliśmy te same zasady matematyczne na kalkulatorach Seiko. Gdy podkusiło mnie, by podnieść rękę i spytać naiwnie: „Czy Seiko XL-126 nie pochodzi z tej samej kultury co liczydło?”, pani Cegeny odrzekła: „Nie, to my daliśmy Japończykom tę technologię po drugiej wojnie światowej. Nowoczesna technologia to twór zachodni”. Och. Żeby jeszcze bardziej pokazać mi moje miejsce, Sheila Watanabe zanuciła My country ‘tis of thee, sweet land of liberty na tyle głośno, żeby wszyscy ją słyszeli.

Któregoś roku w czasie Tygodnia Zdrowia pracownicy wydziału zdrowia rozstawili szpital polowy w sali gimnastycznej, by sprawdzić, czy aby na pewno Ameryka ma zapewniony dopływ kierowników średniego stopnia, gotowych prowadzić posiłki żołnierzy pensji minimalnej na ich kapitalistyczne stanowiska bojowe. Penolog rynkowy to fizycznie sprawny penolog. Na patriotyczne wezwanie stawialiśmy się dwójkami: jedna dziewczynka i jeden chłopiec. Allison Abramowitz i Aaron Aaronson szli pierwsi. Mężni wojownicy opuścili nas bez imprezy pożegnalnej, jeśli nie liczyć przerażonych twarzy kolegów z klasy. Dziesięć minut później Allison wróciła cała i zdrowa. Doskoczyła do ławki, usiadła i zakryła dłonią ukradkowy uśmiech „a ja coś wiem, a ty nie”. Kent Munson szybko poprosił o pozwolenie na zaostrzenie ołówka. Upuścił ów ołówek obok Allison i spytał, co się stało. Syknęła: „Nie twoja broszka” i Kent jak niepyszny chyłkiem wrócił na miejsce. Kiedy słynąca z naśladownictwa i z wszawicy Katie Swickler próbowała tej samej techniki, Allison wyszeptała jej coś do ucha. Potem dziewczyny w całej klasie chichotały i uśmiechały się do Katie, dziękując jej za otuchę. Zupełnie jakby komunikowały się swoistą dla płci telepatią, przez co my, chłopcy, zmieszaliśmy się jeszcze bardziej niż zwykle.

Nagle wszedł Aaron Aaronson z twarzą pobladłą jak ściana, trzymając ramiona przyklejone do ciała i z nowym tikiem polegającym na tym, że co dwie sekundy odrzucał głowę do tyłu pod mdląco ostrym kątem. Wszedł do klasy krokiem zombie, zatrzymał się i krzyknął:

– O cholera, chłopaki. Macali mnie po jajach i kazali kaszleć.

Pan Cegeny zignorowała pedofilski komunikat Aarona, wyczytała kolejne dwa nazwiska i wróciła do wykładu o doniosłości życia w społeczeństwie niezwracającym uwagi na kolor skóry.

– Czy ktoś może podać przykład daltonizmu rasowego w amerykańskim społeczeństwie?

Ed Wismer podniósł rękę.

– Sprawiedliwość – powiedział.

– Świetnie. Ktoś jeszcze?

Millicent Offerman, która jako ulubienica nauczycielki zabierała głos bez podnoszenia ręki, krzyknęła:

– Prezydent chyba lubi kolorowych.

– Komuś jeszcze przychodzi do głowy przykład daltonizmu rasowego? Gunnar?

– Psy.

– Wierzę, że psy nie zwracają najmniejszej uwagi na kolor skóry, ale one już się takie rodzą. Dzieci, ważne jest, byśmy oceniali ludzi po czym?

– Po umyśle!

– A nie po czym?

– Po kolorze skóry!

Na pytanie pani Cegeny odpowiedziały głównie soprany. Wiem, że nie należał do nich żaden z chłopięcych altów – chłopców całkowicie pochłaniało przeklinanie faktu, że mieli na sobie dwudniowe gatki. Daltonizm? Miałem nadzieję, że doktor będzie całkowicie ślepy, bo jeśli zobaczy na moich białych gaciach z Montgomery Ward brązowe ślady, to skieruje mnie do placówki kształcenia specjalnego.

W końcu pani Cegeny wyczytała moje nazwisko i wyszedłem. Badała mnie cicha pielęgniarka i lekarz tak stary, że mógłby być współautorem przysięgi Hipokratesa. Zważono mnie i zmierzono. Lekarz puknął mi w kolana gumowym tomahawkiem, a potem poprosił, żebym ściągnął majty. Ignorując plamy, chwycił drżącą i pomarszczoną dłonią moją równie pomarszczoną mosznę. Ani drgnąłem. I to go zaskoczyło.

– Czy ktoś już ci to kiedyś robił, synu?

– Nie.

– Wiesz, co robię, synu?

– Dotyka pan moich jaj.

– A wiesz dlaczego? Kaszlnij.

– Ekh! Żeby ćwiczyć żonglowanie?

– O, widzę, że z ciebie taki fajny czarny luzak. Nie, sprawdzam, czy nie masz przepukliny. Kaszlnij.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Białoczarny Sprzedawczyk 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie