Spirit Animals. Upadek bestii. Pazur żbika. Tom 6

Spirit Animals. Upadek bestii. Pazur żbika. Tom 6

Autorzy: Varian Johnson

Wydawnictwo: Wilga

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.36 zł

Kolejny tom bestsellerowej serii książek dla młodych fanów fantasy!

Przed czwórką Zielonych Płaszczy, Conorem, Meilin, Abeke i Rollanem kolejne wyzwania. Muszą oczyścić się z zarzutów zdrady, by ocalić swoje życie. Czy uda im się przekonać wszystkich o swojej niewinności?

Seria Spirit Animals to idealna propozycja dla miłośników fantastyki i gier komputerowych: aby zagrać wystarczy zalogować się na stronie: www.spiritanimals.com.pl.

Odkryj swojego zwierzoducha i przeżyj niesamowite przygody!

TOM 6

PAZUR ŻBIKA

Varian Johnson

przekład: Bartosz Czartoryski

Tytuł oryginału: Fall of the Beasts. Book 6: The Wildcat’s Claw

Copyright © 2017 by Scholastic Inc.

All rights reserved. Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY, 10012, USA.

SCHOLASTIC, SPIRIT ANIMALS and associated logos are trademarks and/or registered trademarks of Scholastic Inc.

Published in Polish exclusively by Grupa Wydawnicza Foksal by arrangement with Scholastic Inc.

Copyright © for the Polish translation by Bartosz Czartoryski

Wydanie I

Warszawa 2018

Spis treści

Mapa

Dedykacja

1. Lenori

2. Za oceanem

3. Prowincja

4. Targowisko

5. Pamięć o starych przyjaciołach

6. Atak traperów

7. Trunswick

8. Ucieczka przed milicją

9. Wilco potężna

10. Zaczarowany las

11. Wodospad

12. Symbole więzi

13. Bitwa

14. Ryk żbika

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Crystal, która daje nam smakołyki nawet wtedy, gdy jesteśmy niegrzeczni – VJ

1

Lenori

Lenori krążyła po ciasnej komnacie, niewiele większej od zwyczajnej celi, zastawionej lichymi drewnianymi meblami. Odkąd ją pojmano, nie miała kontaktu z Olvanem ani żadnymi innymi Zielonymi Płaszczami. Resztę zabrano do zamku w Zielonej Przystani, gdzie mieli doczekać procesu, ale ona i Olvan zostali w Cytadeli Rady.

Olvan.

Został ukąszony przez kamienną żmiję i większa część jego ciała zamieniła się w skałę. Dzięki Myriam, swojemu tęczowemu ibisowi, Lenori wyczuwała obecność mężczyzny. Przeszywał go ból, ale żył, choć trudno było powiedzieć, jak długo jeszcze.

Nie miała pojęcia, ile pożyją.

Druga Wojna Pożeracza odcisnęła niezatarte piętno na wszystkich narodach, a niszczycielskie rządy Wyrma tylko wzmogły strach. Zielone Płaszcze uratowały świat, lecz zapłaciły za to ogromną cenę. Mimo najlepszych starań ucierpiały rzesze ludzi. Zerif, będąc pod kontrolą Wyrma, korzystał z jego olbrzymiej mocy, aby splądrować krainy, a krwawych bitew nie toczono jedynie w odległych rejonach, jak Stetriol czy Arktyka. Każda osada zdążyła zaznać cierpienia. Sąsiad skoczył do gardła sąsiadowi. Brat zwrócił się przeciwko bratu, matka przeciwko córce, ojciec przeciwko synowi.

Same Zielone Płaszcze zadały prawdziwie bolesne ciosy.

Zerif, uzbrojony w pasożyty Wyrma, przejął kontrolę nad niemal całym zakonem i wypuścił je w świat, aby siały spustoszenie w każdym zakątku globu. Nie było wioski, milicji ani armii, które stawiłyby czoło legionowi Zielonych Płaszczy, kiedy te zaatakowały ze swoimi zwierzoduchami u boku. Dysponując niczym nieograniczoną mocą, Zielone Płaszcze pokazały wszystkim, na co ich stać.

Ludzie się ich bali. Byli rozgniewali. Nieufni. Lenori nie mogła ich obwiniać za to, co czuli.

Razem z Olvanem myśleli, że przychodząc tutaj, na spotkanie z przywódcami narodów, zdołają rozwiać ich wątpliwości i przypomnieć światu, że Zielone Płaszcze pragnęły jedynie pokoju. I nawet zabrali ze sobą Czwórkę Bohaterów Erdasu, z których każdy pochodził z innego kraju, lecz jednoczyła ich przysięga nakazująca posługę i obronę wszystkich krain. Ale kryjący się pośród nich zdrajcy odebrali życie cesarzowi Zhongu, za co winą obarczono prawdziwe Zielone Płaszcze.

Lenori przystawiła ucho do drzwi, chcąc się upewnić, że nikogo nie ma w pobliżu, i usłyszała tylko kapanie wody przez przeciekający dach Cytadeli. Wypuściła Myriam ze stanu pasywnego. Ibis napuszył się i stawiał dumne kroki, strosząc tęczowe pióra i trzęsąc długimi, cienkimi nóżkami.

– Nie czas na popisywanie się, Myriam – powiedziała Lenori. – Musimy odszukać naszych młodych przyjaciół.

Usiadła na kamiennej posadzce i zamknęła oczy. Odepchnęła od siebie zimno bijące od podłogi, strach odosobnienia i obawę o los pozostałych Zielonych Płaszczy. Jej puls zwolnił, ciało odprężyło się. Istnieli tylko: ona, Myriam i Erdas, zjednoczeni.

Ujrzała przed sobą rozmazany obraz. Wysiliła się, próbując nadać krawędziom ostrość, a całej wizji kształt. Zobaczyła przecinający ocean statek. Zaciskając mocniej powieki, dostrzegła Czwórkę Bohaterów ściśniętych w niedużej kajucie. Nie, nie czwórkę. Było ich sześcioro. Zostali niedawno poddani jakiejś próbie – widziała na ich twarzach zmęczenie – ale ewidentnie odczuwali satysfakcję. Skupiła się na Rollanie. Utkwiła wzrok w cienkim, skórzanym rzemieniu na jego szyi.

Serce Ziemi! Odkryli je!

Usłyszała coś w oddali. Echa? Kroki?

Czy groziło im niebezpieczeństwo? Czekała zastawiona pułapka?

Pokręciła głową. Dźwięki te nie dochodziły ze statku. Ktoś zbliżał się do drzwi.

Mrugnęła i jej umysł powrócił do celi. Spojrzała na ibisa, który przycupnął spokojnie obok niej.

– Myriam, wracaj do mnie! Nie chcę, żeby cię zobaczyli.

Tęczowy ibis zniknął w chwili, w której otwarły się ciężkie drewniane drzwi. Do środka weszły Przysięgłe, obie ubrane na czarno. Lenori rozpoznała strażniczkę o krótkich blond włosach, szczególnie że jej mocne ramię oplatała brązowa kamienna żmija. Brunhilda Radosna. To ona zatruła Olvana.

Drugiej wojowniczki nie znała. Tak jak Brunhilda, miała na sobie czarny mundur i mosiężne ochraniacze na nadgarstki i szyję. Lenori rzuciły się w oczy lśniące, krzykliwe pierścienie, które miała na niemal każdym palcu. Długie, brązowe włosy zaplotła w misterny warkocz, przerzucony przez ramię tak, że przypominał zdobiony sznur zwisający z zasłony.

Nieznajoma pstryknęła palcami i do komnaty wszedł służący z tacą zastawioną pieczywem, serami i daktylami. Lenori siłą woli uciszyła brzuch. Od dwóch dni nawet nie widziała jedzenia.

Mężczyzna postawił przed nią tacę i wyszedł. Kobieta z warkoczem zbliżyła się o krok.

– Nie chcesz jeść?

Lenori zachowywała się, jakby jedzenia tam nie było.

– Nie. Chcę zostać uwolniona.

Strażniczka pokręciła głową.

– Nie proś mnie o niemożliwe – odparła. – No dalej, ugryź. Zjedz wszystko. Pofolguj sobie. – Uśmiechnęła się szeroko. – Obiecuję, że nic nie jest nasączone żmijową trucizną.

Lenori splotła dłonie na udach.

– Czego ode mnie chcecie?

– Wiemy, że twoi młodzi przyjaciele są w Amayi – powiedziała strażniczka, zarzucając sobie warkocz na plecy. Zaczęła chodzić po komnacie, jej kroki odbijały się echem od porysowanych kamiennych cegieł. – Niby mały amulet, a kryje takiego kopniaka. Dzieciaki miały szczęście, że udało im się z nim uciec. – Wyciągnęła mieniący się czerwienią miecz, którego klinga błysnęła, gdy padło na nią światło. – Otrzymaliśmy raporty, że znajdują się na pokładzie statku płynącego do Eury. Co tam jest? Kolejny z tych tak zwanych darów?

Lenori patrzyła uparcie przed siebie, milcząc.

Kobieta przyklęknęła, żeby mogły sobie spojrzeć prosto w oczy. Jej orzechowe tęczówki były zimne jak posadzka celi. Położyła miecz na ziemi, tuż przy Lenori, jakby kusząc ją, żeby spróbowała go chwycić.

– Rozumiem, że nie chcesz zdradzić swoich przyjaciół – powiedziała kobieta – ale to tylko dzieci, nie powinny walczyć. Zlituj się nad nimi. Oszczędź im bólu i trudu.

– Dwukrotnie uratowały świat – odparła Lenori. – Powinnaś je docenić.

Strażniczka sprawiała wrażenie, jakby badała swoje ręce, przesuwając opuszkami po niezliczonych pierścieniach. Ten na środkowym palcu zdobiły trzy stożkowate kolce. Przekręciła go tak, że ich czubki skierowały się do wewnątrz jej dłoni. Z kpiącym uśmiechem wymierzyła Lenori policzek. Ta krzyknęła, ale bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Kobieta uderzyła ponownie, mocniej. Lenori zapiekła twarz.

Pierścień zostawił po sobie ślad.

– A ty powinnaś docenić mnie – odpowiedziała kobieta, przesuwając zakrwawiony pierścień na dawne miejsce.

Lenori pozwoliła, aby jej spojrzenie powędrowało ku leżącemu na podłodze mieczowi. Nawet rozważała sięgnięcie po niego, ale się powstrzymała. Była pewna, że dokładnie tego chciała ta kobieta. Lenori nie miała zamiaru dawać jej satysfakcji.

Nie dotknąwszy miecza, kobieta złapała bochenek chleba, oderwała kawałek i włożyła do ust.

– Smaczne – rzekła, podsuwając pieczywo Lenori pod nos. – Przecież chcesz. Pewnie masz halucynacje z głodu.

Lenori pokręciła głową.

Przysięgła westchnęła i odgryzła większy kawałek.

– Dokąd oni zmierzają, Lenori? Czego szukają? Czy jest tam kolejny dar? Tak samo potężny, jak Serce Ziemi? – Kobieta odłożyła bochenek na tackę, podniosła miecz i wstała. – Obiecuję, że jeśli mi pomożesz, nie zrobię im krzywdy i sprowadzę całych i zdrowych – dodała, rzuciwszy okiem na Brunhildę. – Pamiętasz, co przydarzyło się Olvanowi. Nie chcę, aby ten sam los spotkał dzieci.

– Nigdy ich nie znajdziesz – syknęła Lenori.

Po raz pierwszy, odkąd przekroczyła próg komnaty, uśmiech Przysięgłej zrzedł.

– Może kolejne dwa dni bez jedzenia przemówią ci do rozsądku.

Pstryknęła palcami i powrócił służący. Lenori aż skręciło w żołądku, gdy mężczyzna podniósł tacę.

Wojowniczka z warkoczem uniosła dłoń, każąc mu się zatrzymać. Ostrzem miecza odkroiła kawałeczek sera, tak niewielki, że ledwie wypełniłby naparstek.

– Chociaż, po namyśle, czemu miałabyś czegoś nie przekąsić – powiedziała, rzucając ser Lenori.

Ten odbił się jej od nogi i spadł wprost na brudną ziemię. Jego niegdyś nieskazitelną powierzchnię pokryły drobinki kurzu.

– Poznaj moją łaskę. Mogłam zostawić cię z niczym – rzekła Przysięgła, wychodząc z komnaty. – Ale, tak jak ten ser, moja dobroć się kiedyś skończy. Powiedz mi, co chcę wiedzieć, albo przygotuj się na śmierć.

Zatrzasnęła drzwi, zostawiając Lenori w ciszy. Kobieta podniosła kawalątek sera. Ślina nabiegła jej do ust… Teraz, kiedy położyła go sobie na dłoni, pachniał jeszcze lepiej.

Powoli skruszyła ser pomiędzy palcami, aż został z niego pył.

Jej wiarę wystawiono na próbę, lecz się nie ugnie.

Była Zielonym Płaszczem.

Aż do samego końca, bez względu na wszystko.

2

Za oceanem

Conor wyjrzał przez okienko smukłego żaglowca, który przecinał wzburzone wody i parł mimo silnych podmuchów wiatru. Zaokrętowali się w przybrzeżnym miasteczku na północ od Concorby. Dzięki garści monet, które miał Warty – i umiejętnościom negocjacyjnym Rollana – mogli sobie pozwolić na kajutę z czterema kojami i dwie skromne paczki prowiantu. Nie było tam co prawda wystarczająco miejsca dla całej szóstki, żeby się wyspać, ale w tej sytuacji nie mogli być wybredni.

Podchodząc bliżej do okienka, Conor zmrużył oczy, zobaczywszy swoje odbicie na umazanym szkle. Dotknął palcami czoła i przejechał nimi po skórze w miejscu, w którym znajdował się dawniej znak Wyrma. Czarny, spiralny kształt zdążył już zblednąć, ale chłopiec nadal czuł jego siłę. Jego ciężar. Był niewidzialnym brzemieniem, które, jak się obawiał, będzie nosił przez resztę życia.

– Coś ciekawego? – usłyszał.

Uśmiechnięty, odwrócił się. Abeke zawsze poruszała się bezszelestnie, nawet kiedy Uraza, jej lamparcica, znajdowała się w stanie pasywnym, jako tatuaż na ramieniu. Conor wyciągnął przedramię i patrzył na napinające się pod znakiem Briggana mięśnie. Nie znosił przetrzymywać w ten sposób Wielkiego Wilka, lecz misja, którą mieli spełnić, wymagała zwinności i podstępu, nie siły.

Conor znowu spojrzał w dal przez okienko.

– Może to tylko miraż, ale wydaje mi się, że zobaczyłem na horyzoncie ląd.

– Przed chwilą rozmawiałam z kapitanem – odpowiedziała Abeke. – Niebawem dobijemy do portu.

Conor wyszczerzył zęby w uśmiechu. Zielone pola. Błękitne niebo i zimny podmuch na twarzy.

– Myślisz, że uda mi się spotkać z rodziną? – zapytał.Uwielbiał spędzać czas z rodzicami i braćmi. Nie miał nawet nic przeciwko porannemu wstawaniu, aby zaganiać stado albo strzyc owce. Wtedy przypominał też sobie, że jest Zielonym Płaszczem i walczy nie tylko w obronie Erdasu, lecz także najbliższych.

– Moglibyście zjeść prawdziwy eurański posiłek – ciągnął. – Placek pasterski i tak dalej.

Dziewczyna skrzywiła się, co było dla niego wystarczającą odpowiedzią. Przez spotkanie Rollana z matką niemal zostali pojmani w Amayi przez Przysięgłych. Gdyby nie Warty, prawdopodobnie nie zdołaliby się im wymknąć.

Abeke odczytała coś z jego twarzy – być może obawę o rodzinę – bo uśmiechnęła się i powiedziała:

– Może wieści o nagrodzie wyznaczonej za nas przez Przysięgłych nie dotarły jeszcze do wszystkich zakątków Erdasu. A jeśli tak, to, o ile czas pozwoli, będziesz miał okazję spotkać się z rodziną. I miło by było nareszcie zjeść porządny posiłek. – Odwróciła się do śpiących jeszcze przyjaciół. – Powinniśmy obudzić resztę.

– Ty bierzesz Rollana – odparł Conor, pokazując jedną z koi po drugiej stronie kajuty. – Jak się dobrze nie wyśpi, zawsze zrzędzi.

Conor poszedł obudzić Wartego i Ankę. Abeke skierowała się pod przeciwległą ścianę. Warty leżał skulony w pozycji embrionalnej, okryty czerwonym płaszczem. Conor nie miał co do tego pewności, lecz wydawało mu się, że pomrukuje przez sen.

– Warty, wstawaj! – powiedział, szturchając go lekko.

Czerwony Płaszcz ziewnął i przeciągnął się, mrugając złotymi oczyma, ukrytymi za białą maską w kształcie kociego pyska. Warty spróbował się podnieść, lecz nie potrafił złapać równowagi na kołyszącym się statku i powoli na powrót opadł na płaski materac.

– Było mnie obudzić, jak dobijemy do lądu – marudził.

Conor pokręcił głową. Oprócz wyostrzonych zmysłów i nadzwyczajnej siły Warty przejął po swoim dawnym zwierzoduchu niechęć do wody (oraz czarny ogon, o którym wolał nie rozmawiać) i chłopak zastanawiał się, co jeszcze ich towarzysz zyskał po połączeniu ze żbikiem. Oby tylko nie zaczął linieć albo zostawiać po sobie splątane kulki sierści.

Anka wierciła się na koi obok Wartego. A przynajmniej Conor zakładał, że to była ona, bo dzięki swojej mocy kameleona wtopiła się w wypłowiały niebieski koc, którym się przykryła, przez co była niemal niewidoczna. Usiadła, i barwa jej skóry przeszła z bladego błękitu w ciepły brąz, odpowiadający odcieniem deskom ścian kajuty.

Meilin i Rollan już ziewali. Dziewczyna szybko wyskoczyła z łóżka, ale chłopak jeszcze leżał na koi obok, owijając się brązowym płaszczem i zaciskając mocniej powieki. Strój ten wydawał się zbyt ciepły na Amayę, ale akurat przyda mu się w podróży przez Eurę. Zresztą Conor wiedział aż za dobrze, jak zimne potrafią być tutejsze noce, i zastanawiał się, czy przypadkiem nie postąpili zbyt nierozważnie, zostawiając swoje wierne zielone płaszcze przy jednej z amayańskich dróg.

– Nie zwykłem zgadzać się z Wartym, ale w tym przypadku może akurat mieć rację – rzekł Rollan. – Bo może jednak obudzisz nas, kiedy już dotrzemy na miejsce, co?

Meilin nachyliła się i pstryknęła go w ucho.

– Nie chcesz śniadania?

Rollan mruknął.

– Solona flądra i stęchłe suchary. Dziesiąty dzień z rzędu. – Zamarkował uśmiech. – Mniam.

Meilin pstryknęła go raz jeszcze.

– Jadałeś gorzej. Pamiętasz foczy tłuszcz w osadzie Ardu?

– Nawet mi o tym nie przypominaj – powiedział, pocierając ucho. – Wezmę tę rybę.

– Po kolei – wtrąciła się Anka, podnosząc się z łóżka; jej skóra przypominała teraz przezroczystą smugę. – Warty, nadszedł dobry moment, żebyś powiedział nam, co wiesz o kolejnym darze.

Chłopak oparł się o ścianę z rękami założonymi za głową. Wydawał się zadowolony z powodu tego, że ma przed nimi tajemnicę, dodawało mu to pewności siebie. Conor miał nadzieję, że dla swojego dobra Warty naprawdę wie, gdzie znaleźć następny dar. Bo jeśli nie, to Meilin gotowa była wyrzucić go za burtę.

Warty utkwił wzrok w Conorze.

– Pamiętasz opowieści o wielkim eurańskim wojowniku i jego czarnym żbiku? – zapytał.

Conor przytaknął.

– Tyle o ile. Krążyły plotki, że ten żbik był nie mniejszy od Telluna.

– Ba, nawet większy – poprawił go Warty. – Ryk bestii był tak głośny, jak wybuch tysiąca wulkanów. Sierść miał ciemną niczym północne niebo podczas zaćmienia księżyca, a wykute z diamentu pazury i zębiska mogły przebić najtwardszą nawet skałę.

– Założę się, że nie przecięłyby pancerza słynnego amayańskiego Potwora Gila – mruknął Rollan.

Meilin, siedząca przy nim na łóżku, dźgnęła go łokciem w bok.

– Cicho! – syknęła.

– Pamiętam też opowieść o wojowniku dzierżącym potężny miecz – mówił dalej Warty – w którego rękojeści osadzono żółty klejnot, koloru oczu bestii. Jego klinga była ponoć tak ostra, jak pazury owego żbika. – Zamilknął na chwilę. – Dlatego tak go nazywano: Pazur Żbika.

– Ale wiesz, gdzie jest ten miecz? – dopytywała się Abeke.

Warty pokręcił głową.

– Kiedyś w posiadłości Trunswicków mieliśmy jego replikę. Korzystałem z niej podczas wojny, to jest dopóki się nie złamał. To było na tyle, jeśli chodzi o wykucie go z najlepszego trunswickiego żelaza. Tak czy inaczej, mimo że nie był to oryginał, mój ojciec przechowywał różne dzienniki i zapiski na temat naszych miejscowych legend. Była to po trosze jego obsesja. Nasza biblioteka będzie najlepszym miejscem do rozpoczęcia poszukiwań prawdziwego Pazura Żbika.

Conorowi przypomniało się, że kiedyś widział rzeczoną replikę, ale tylko raz, kiedy jeszcze pracował jako służący dla Wartego, który wtedy był rozpieszczonym Devinem Trunswickiem, a on sam prostym synem pasterza. Ależ się wszystko pozmieniało.

– Skoro nie mamy żadnego innego tropu, chyba najlepszym rozwiązaniem będzie udać się do Trunswicku – powiedziała Meilin. Podniosła się z łóżka i zaczęła wymachiwać kijem. – Przy odrobinie szczęścia znajdziemy coś, co doprowadzi nas do prawdziwego miecza.

Conor czuł, że promienieje, i nawet nie starał się tego ukryć. Trunswick! Może jednak uda mu się zobaczyć z rodziną. Mieszkali stosunkowo blisko miasta, góra dzień drogi.

– Potrzebujemy prowiantu – stwierdziła Abeke. – Tutejsza pogoda nam nie odpuści.

– Po drodze do Trunswicku znajduje się sporo placówek handlowych – odparł Warty. – Chyba mam jeszcze wystarczająco pieniędzy, żebyśmy kupili, czego nam trzeba.

– Tak, dziękujemy ci za to – odezwała się Anka. – Po tylu dniach w drodze przyjemnie było przespać się w prawdziwym łóżku.

– Nie dziękuj mi – odpowiedział – tylko Czerwonym Płaszczom. Shane zostawił nam trochę pieniędzy, kiedy… no…

Conorowi ulżyło, że Warty nie dokończył myśli. Abeke odwróciła się do ściany, nie chcąc na nich patrzeć. Shane, były przywódca Czerwonych Płaszczy, zginął, walcząc z Wyrmem. Abeke nie mówiła o tym zbyt często, lecz zależało jej niegdyś na nim.

– Będziemy potrzebować nie tylko ubrań – powiedziała Anka – ale i jedzenia, broni, wyposażenia. – Oparła się o drzwi, stapiając się z obłupanymi drewnem. – Zamiast udać się prosto do Trunswicku, powinniśmy uzupełnić zapasy w siedzibie Czerwonych Płaszczy. Mówiłeś, że to niedaleko, tak?

Warty poprawił kołnierzyk.

– Nie jest to dobry pomysł – odparł.

– Zgadzam się – przytaknęła Abeke. – Musimy znaleźć następny dar najszybciej, jak się da. Im dłużej zwlekamy, tym niebezpieczniej robi się dla nas i pozostałych Zielonych Płaszczy.

Rollan odchrząknął.

– Słuchajcie, nie jestem miłośnikiem Czerwonych Płaszczy, bez urazy, Warty, ale może Anka ma rację. Niegłupio byłoby dostać przyzwoite jedzenie, a przynajmniej coś lepszego niż flądra. I zgarnąć parę strzał dla Abeke. – Spojrzał na Meilin, która dalej wymachiwała kijem. – A może nawet coś z jakimś ostrzem dla Meilin.

Rollan był zmuszony dorzucić miecz Meilin w ramach rozliczenia za podróż. Dziewczyna zabrała go w Amayi jednemu z Przysięgłych i odgrażała się, że przy następnej okazji przeszyje nim Wikama Sprawiedliwego. Choć Meilin po mistrzowsku posługiwała się każdą bronią, Conor i pozostali oddychali nieco spokojniej, kiedy dysponowała potężnym orężem, zwłaszcza jeśli musieli stawić czoło armii tak dużej, jak szeregi Przysięgłych.

Meilin przestała wymachiwać kijem.

– Czerwone Płaszcze to groźni wojownicy – powiedziała niemal z niechęcią – a na naszą szóstkę czyha całe mnóstwo Przysięgłych.

Warty wstał i stanął na środku kajuty.

– Nie po to pomogli nam odeprzeć Przysięgłych w Amayi, żebyśmy teraz zjawili się u nich na progu – powiedział. – Wiemy, że nas śledzą. Ostatnim, czego chcę, jest sprowadzenie całej armii do Czerwonych Płaszczy. Jeśli zawiedziemy, muszą być gotowi bronić Erdasu za nas.

– Ej! Spokojnie, kolego – odparł Rollan. – Chcę od nich tylko doraźnej pomocy. Erdas nie potrzebuje ich całodobowej ochrony. Od tego są Zielone Płaszcze.

– Masz na myśli te Zielone Płaszcze zamknięte w zamku w Zielonej Przystani? – zapytał z przekąsem Warty. – Te uwięzione w Cytadeli?

– Wystarczy – przerwała im Abeke. – Powinniśmy być spoiwem, pamiętacie? Mamy trzymać się razem, a nie wykłócać. – Odwróciła się do Conora. – Coś cichy jesteś. Co myślisz? Czy Warty ma nas zabrać do bazy Czerwonych Płaszczy? – Minęła chwila, zanim Conor się zorientował, że Abeke mówiła do niego. Nadal był zafrasowany toczącą się dyskusją. Jeśli nie uda im się uratować Zielonych Płaszczy, to niebawem mogą zwrócić się przeciwko sobie, przydzieleni do armii ich ojczyzn. Conor przeciwko Abeke. Eura przeciwko Nilo. Naród przeciwko narodowi. Nie ma mowy, by Erdas to przetrwał.

– Jak daleko jest do siedziby Czerwonych Płaszczy? – zapytał.

– Przynajmniej tydzień drogi – odparł Warty. – I to licząc, że będziemy mogli podróżować także za dnia, a nie tylko przemykać chyłkiem nocą.

Conor potarł ramię. Żałował, że nie ma obok niego Briggana. Zawsze był spokojniejszy z wilkiem u boku. Uspokajał go sam dotyk biało-szarej sierści pod gładzącymi ją palcami.

– Nie mamy tyle czasu – powiedział. – Myślę, że powinniśmy udać się bezpośrednio do Trunswicku. Ale jeśli tam niczego nie znajdziemy, wtedy Warty zabierze nas do siedziby Czerwonych Płaszczy i tam opracujemy nowy plan.

Wszyscy pokiwali na zgodę głową. Spoiwo nadal trzymało. Przynajmniej na razie.

– Wystarczy tej gadki – rzucił Rollan, klaszcząc. – Kto ma ochotę na stęchłego krakersa?

*

Po śniadaniu, które niestety składało się bardziej z rybich łusek niż z mięsa, Conor wyszedł na pokład, sprawnie wymijając marynarzy uwijających się przy przygotowaniach do cumowania. Nad morzem zawisła mgła, otoczyła statek i spowolniła załogę. Ziemia zniknęła Conorowi z oczu, ale nie miał wątpliwości, że nadal tam jest.

Usłyszał za sobą trzask pokładowych desek. Odwrócił się i zobaczył idącego ku niemu Wartego.

– Jak na półkota, to nie zachowujesz się zbyt cicho – rzekł Conor. – Powinieneś wziąć kilka lekcji od Abeke.

Warty prychnął na paru majtków, którzy przebiegli obok niego ze spuszczonymi głowami. Odkąd wypłynęli z portu, wszyscy byli podejrzliwi wobec niego; przez swoją maskę i oczy zdecydowanie się wyróżniał. Czerwony Płaszcz co prawda lubił brać udział w podobnych przedstawieniach, ale Conor wiedział, że przeszkadzają mu te ukradkowe spojrzenia. Spędził wystarczająco dużo czasu z Wartym – i Devinem – aby rozpoznać, że coś zalazło mu za skórę.

Warty oparł się o reling, a po chwili, kiedy statkiem szarpnęło, złapał się barierki i wbił pazury w popękane drewno.

– Zbliżamy się – powiedział. – Czuję ziemię, nawet mimo tej słonej wody. – Spojrzał na Conora. – Słuchaj, chciałem ci podziękować za wparcie podczas naszej rozmowy w kajucie.

Tak właściwie Conor nie opowiedział się po niczyjej stronie. Po prostu chciał dostać się do Trunswicku jak najszybciej.

– Kiedy jedliśmy, Abeke wspomniała, że zanim udałeś się do Cytadeli i dołączyłeś do Zielonych Płaszczy, spędziłeś trochę czasu z rodziną – powiedział Warty. – A czy, no, byłeś w mieście?

Conor zaprzeczył.

– Nie, trzymałem się blisko domu. Wycieczka do Trunswicku wydawała mi się nierozważna.

Mimo że Wyrm został pokonany, ludzie pozostali nieufni wobec mundurów, zwłaszcza Zielonych Płaszczy. Dla wielu Eurańczyków nie różnili się oni od Zdobywców, tyle że byli jeszcze potężniejsi.

– Jest chyba coś, o czym powinieneś wiedzieć – zaczął Warty. – Nie… No… Nie mam pojęcia, gdzie są te wszystkie papiery, które mogą nas zaprowadzić do Pazura Żbika.

– Co?

– Bo, rozumiesz, w posiadłości wybuchł pożar. Tylko tak mogliśmy ochronić Dawsona. – Warty pokręcił głową. – Trudno to wyjaśnić. Miałem naprawdę zły dzień.

Conor nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

– Czyli gdzie mamy szukać? – zapytał.

– Przed wyjazdem z miasta mój ojciec prawdopodobnie uratował bibliotekę. A przynajmniej mam taką nadzieję. Pożar nie był szczególnie dotkliwy. Z tego, co widziałem, pochłonął tylko górne komnaty zamku. I chyba zachodnie skrzydła. Może jeszcze kwatery dla służby.

– Im dłużej o tym mówisz, tym gorzej to wszystko wygląda – rzucił Conor, odchodząc. – Muszę powiedzieć pozostałym…

– Nie! Czekaj! – Warty zastąpił mu drogę; mrugał na Conora swoimi kocimi oczyma. – Proszę, nic im nie mów. Chcę, żeby mi ufali.

– Nie zdobędziesz niczyjego zaufania poprzez kłamstwo.

– Rozumiem, tylko… – Pokręcił głową. – Chcę się poczuć jak ktoś ważny. Chcę być…

– Ważny?

Przytaknął.

– Chcę być bohaterem jak wy wszyscy. – Westchnął. – Jestem pewien, że papiery gdzieś tam są.

Conor przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Żałował, że nie widzi twarzy chłopaka. Maska skutecznie ją zasłaniała. Nareszcie Conor pokiwał głową.

– Dobrze. Niech to na razie zostanie między nami. – Spojrzał na mgłę. – Mam tylko nadzieję, że się nie mylisz co do zawartości biblioteki. Cały Erdas na nas liczy.

Tytuł oryginału: Fall of the Beasts. Book 6: The Wildcat’s Claw

Przekład: Bartosz Czartoryski

Redakcja: Ilona Turowska

Korekta: Jolanta Gomółka, Ewa Skibińska

Mapka we wnętrzu książki: Michael Walton

Ilustracja wykorzystana na I stronie okładki: Angelo Rinaldi

Projekt okładki: Charice Silverman i Rocco Melillo pod dyrekcją artystyczną: Keirsten Geise Przygotowanie polskiej wersji okładki na podstawie projektu

oryginalnego: Anna Zboina

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

ul. Domaniewska 48, 02-672 Warszawa

tel. 22 826 08 82, 22 828 98 08

e-mail: biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN: 978-83-280-6205-4

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Spirit Animals. Upadek bestii. Pazur żbika. Tom 6 Spirit Animals. Upadek bestii. T. 3. Powrót 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha