Uwięzieni w raju

Uwięzieni w raju

Autorzy: Xavier Guell

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.05 zł

Praga, 10 sierpnia 1942 roku. Hans Krasa, czeski kompozytor i dyrygent pochodzenia żydowskiego, zostaje aresztowany przez SS i deportowany do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt. Ma 42 lata. Razem z nim trafiają do obozu inni kompozytorzy, tacy jak Gideon Klein, Pavel Haas czy Viktor Ullmann, oraz wielu muzyków i śpiewaków. Nazistowskie władze z Adolfem Eichmannem na czele chcą uczynić z Theresienstadt wzorcowy obóz, za pomocą którego mogłyby pokazać światu, że Żydzi nie są mordowani – wręcz przeciwnie, pozwala im się na prowadzenie ożywionego życia kulturalnego oraz tworzenie i wykonywanie muzyki na najwyższym poziomie.

Hans Krasa i pozostali muzycy nie mają złudzeń co do czekającego ich losu, ale by przeżyć, podejmują diaboliczną grę z nazistami. Muzyka staje się jedynym sposobem na uniknięcie transportu do obozu zagłady w Auschwitz i wzmocnienie więzi pomiędzy tymi, którzy nie mogą zmienić swojego przeznaczenia. W powieści pojawia się jeszcze jedna bohaterka: arystokratka Elizabeth von Leuenberg, jedna z najbardziej cenionych w Rzeszy specjalistek w zakresie genetyki.

Xavier Güell utkał z tych wszystkich postaci niezwykłą opowieść o walce sztuki z barbarzyństwem, o cierpieniu i sposobach na jego przezwyciężenie. To przepiękny hołd złożony muzyce, która wykracza poza zwykłą ludzką wrażliwość. To również głęboka i pełna pasji historia o przeżywaniu miłości tak, jakby nie było jutra. Powieść, której nie chce się wypuszczać z rąk.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

Uwagi końcowe o Uwięzionych w raju

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Los Prisioneros del Paraiso

Redakcja językowa: Agnieszka Niegowska

Projekt okładki: © Magdalena Zawadzka

Ilustracja na okładce:

© MF Illustrator / Shutterstock

© MF Ints Vikmanis / Shutterstock

Korekta: Agnieszka Al-Jawahiri

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © Xavier Güel, 2017

Copyright for the Polish edition

© by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-867-2

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

1

Koła pociągu toczą się z piskiem, aż w końcu zatrzymują się z gwałtownym szarpnięciem.

– Co się stało? – pyta człowiek o pokrytej bruzdami, częściowo zasłoniętej bandażem twarzy, który obudził się przerażony.

– Nie wiem – inny mężczyzna, o niebieskich oczach, odpowiada mu spokojnie i cicho, tak jakby rozmawiał z kimś odległym i niewidzialnym.

Wzdychają. W pobliżu słychać jęczenie starca.

– Gdzie jesteśmy? – pyta ponownie ten pierwszy.

– Chyba przy granicy z Polską, ale nie jestem pewien.

– Która może być godzina?

– Nie mam pojęcia. Nadal jest ciemno. Spróbuję zobaczyć, o co chodzi.

I przepychając się, próbuje przejść do jedynego okienka w wagonie. Jakiś otyły człowiek, przygarbiony niczym kura wydziobująca ziarna, krzyczy z wściekłością:

– Proszę uważać, na Boga!

– Przepraszam, chciałem tylko zobaczyć, co się dzieje – odpowiada mu spokojnie mężczyzna.

W głębi wagonu rozlega się krzyk. Jest to krzyk pełen lęku, który przyprawia pozostałych o gęsią skórkę. Takie krzyki są długie: najpierw słabe, niedosłyszalne, potem stopniowo przybierają na sile, aż zamieniają się w skowyt duszy spowodowany niekontrolowanym lękiem przed wyczuwaną już, nadchodzącą śmiercią. Do tego pierwszego krzyku dołączają kolejne, identyczne, które niosą się, wypełniając całą przestrzeń.

Spokojny mężczyzna dotarł już do lufcika i dostrzega znajomo wyglądający krajobraz. Są na stacji w Náchodzie, tuż przy granicy z Polską. Kilku żołnierzy SS prowadzi grupę więźniów. Oświetlają ich latarkami. Pada śnieg. Piękny czerwonawy księżyc rozświeca płatki, które opadają niczym krople krwi na pokonane głowy deportowanych. Ryki żołnierzy mieszają się z dobywającym się ze środka skowytem. Ta skomponowana wyłącznie z krzyków symfonia odzwierciedla uniwersalny ból. Drugie oblicze Dziewiątej Symfonii Beethovena. Hymn ku czci zniszczenia, grozy, barbarzyństwa, które od niepamiętnych czasów zalewają udręczoną ziemię i udowadniają, że człowiek zawsze był drugiemu człowiekowi wilkiem. „Wyniszczcie się, miliony istnień! To pocałunek śmierci dla całego świata! Nieszczęśni wrogowie, ponad gwieździstym sklepieniem mieszka kochający ojciec. I choćbyście go szukali ponad gwiazdami, nigdy go nie znajdziecie”.

Spokojny mężczyzna wraca na swoje miejsce. Otyły człowiek, który wcześniej go wyklinał, teraz go obejmuje. Widzi, jak jego towarzysz próbuje uspokoić chłopca, który do niego podszedł. Pyta go o imię.

– Mam na imię Merkel. Zgubiłem starszego brata, pewnie jest w innym wagonie. Macie trochę wody?

Dają mu resztkę tego, co zostało w bukłaku. Potem przestraszony chłopiec pyta, dlaczego się zatrzymali.

– Jesteśmy na stacji w Náchodzie, tuż przed granicą – odpowiada mu spokojny mężczyzna niskim, wchodzącym w baryton głosem. – Na zewnątrz są inni więźniowie. Wprowadzą ich do pociągu. Trzymaj się nas. Zaopiekujemy się tobą.

– Zaraz się posikam, nie wytrzymam już – mówi nieco zawstydzony chłopiec.

– Skorzystaj z bukłaka – proponuje mu człowiek z bandażem. – Jest pusty. I tak nie będziemy mogli pić, dopóki nie dojedziemy.

Chłopiec przystawia więc do niego swojego małego członka i oddaje mocz. Drzwi się otwierają. Przerażona wyciem spora grupa więźniów próbuje wsiąść. Żołnierze popychają ich kolbami karabinów.

Z wnętrza wagonu widzą, jak strzelają do jednego, który stawia opór. Pada martwy na miejscu. Odsuwają go. Jakiś żołnierz wchodzi i rozkazuje wszystkim, żeby przycisnęli się do tylnej ściany. To niemożliwe, nie ma miejsca. Żołnierz wyciąga pistolet i strzela na oślep. Jakieś dziecko osuwa się na ręce swego ojca. Ten kładzie się na ziemi przy ciele martwego syna i prosi, by zabić też jego. Żołnierz spełnia tę prośbę. A potem wywleka oba ciała, aż wypadają bezwładnie na pokryty śniegiem peron. Wszyscy z nadludzkim wysiłkiem dociskają się do tylnej ściany wagonu. Mieści się w nim ponad trzydziestu nowych więźniów. Z zewnątrz słychać głos, który mówi:

– Wystarczy. Sprawdźmy, czy w drugim wagonie jest więcej miejsca.

Drzwi zamykają się od drugiej strony. Dwóch przyjaciół i chłopiec stoją przyklejeni do siebie. Milczą, oddychając z trudnością. Ich oddechy łączą się w jeden. Pociąg nadal stoi. To jest nie do wytrzymania. Umrą tu wszyscy przytuleni do siebie.

W sumie – myśli spokojny mężczyzna – umrzeć przytulonym do drugiego człowieka to piękny sposób na śmierć.

– Prawie nie mamy powietrza – wtrąca mężczyzna z bandażem. – Trzeba rozbić szybę w oknie.

– Nie ma jak się tam dostać. Nie można się ruszyć.

Krzyczą do ściskającej się przy oknie grupki:

– Wybijcie szybę! Potrzebujemy powietrza! Wybijcie ją! Wybijcie!…

Pomimo ogólnego hałasu chyba ich zrozumieli. Mężczyzna o cygańskim wyglądzie ściąga koszulę, owija ją wokół dłoni i mocno uderza. Szkło rozbija się i powiew mroźnego, ożywczego powietrza wpada do wagonu. Wciągają je łapczywie, jakby robili to po raz ostatni w życiu. Powszechna wrzawa zamiera w jednej chwili. Wszyscy skupiają się na oddychaniu. Tylko na oddychaniu. Wdychają, wypełniając płuca powietrzem, zatrzymują je w środku, delektując się nim, a następnie wypuszczają krótkimi wydechami. Nagle czują, jak życie znów wkrada się do ich ciał. To powiew nowego życia, które po raz kolejny daje im szansę.

Pociąg nadal stoi. Chłopiec chce coś powiedzieć. Człowiek z bandażem ucisza go energicznym gestem.

2

Otto Zucker, wiceprzewodniczący żydowskiej Rady Starszych obozu koncentracyjnego Theresienstadt, był człowiekiem o wytwornych manierach i inteligentnym spojrzeniu, które wzbudzało we wszystkich zaufanie i spokój. Architekt, inżynier, wybitny muzyk, cechował się niezwykłą pracowitością oraz wyjątkową siłą woli. Nieprzeciętnie odważny, z wielką determinacją stawiał czoła każdemu, nawet największemu problemowi. Mówiło się o nim, że był jedynym Żydem, którego cenił protektor Czech i Moraw, Reinhard Heydrich. Poznali się w drezdeńskiej akademii muzycznej, gdzie obaj byli znakomitymi skrzypkami. I gdyby wojna nie stanęła im na drodze, pewnie nadal utrzymywaliby tę znajomość, w której silny charakter Zuckera dominował nad powierzchowną próżnością Heydricha. Wojna rozdzieliła ich bezpowrotnie, jednak wciąż istniała między nimi swoista zależność z rodzaju tych, które cementować może jedynie pielęgnowana w czasach młodości przyjaźń. Kiedy Zucker został schwytany i skazany na śmierć jako główny organizator ruchu oporu w Pradze, szybka interwencja Heydricha ocaliła go od niechybnej egzekucji. Kara śmierci została zamieniona na przymusowe prace w jednym z obozów koncentracyjnych na Śląsku, gdzie nie przebywał długo – po raz kolejny dzięki swojemu przyjacielowi, który wyciągnął go stamtąd, by skierować go do getta w Pradze. Ku zaskoczeniu swoich podwładnych Heydrich pozwolił, by niestrudzony Zucker powrócił w getcie do dawnej aktywności i znacząco polepszył warunki bytowe jego mieszkańców. Naziści wiedzieli o jego stosunkach z „szefem” i pod żadnym pozorem nie odważyli się go tknąć. Śmierć Heydricha znacząco zmniejszyła wpływy Zuckera. Po raz kolejny był bliski rozstrzelania, lecz Adolf Eichmann, smutny i wiecznie posłuszny urzędnik zawdzięczający władzę Heydrichowi, w hołdzie swojemu nieodżałowanemu zwierzchnikowi wysłał Zuckera do Theresienstadt i mianował go wiceprzewodniczącym tamtejszej Rady.

Mimo niskiego wzrostu proporcjonalna budowa ciała i mocne rysy twarzy sprawiały, że od Zuckera emanował autorytet. Niebieskie świdrujące oczy patrzyły zawsze przed siebie i rozbrajały jego rozmówców. Miał również małe, zwinne i bardzo ekspresywne ręce, idealne do gry na skrzypcach. Jego orli nos odznaczał się na pięknej bladej twarzy o delikatnych ustach, które wzbudzały sympatię zawsze, gdy się uśmiechał. Ale tym, co tak naprawdę zwracało w nim uwagę i dominowało ponad wszystkim innym, był głos. Ciepły, dźwięczny, z szerokim rejestrem delikatnych i żywiołowych tonów, którymi posługiwał się perfekcyjnie, sprawiając, że słuchający go natychmiast poddawali się jego woli. Był również zagorzałym czytelnikiem, znawcą literatury światowej i cenionym specjalistą w dziedzinie twórczości pisarzy rosyjskich, szczególnie Dostojewskiego i Tołstoja. W czasie gdy był wiceprzewodniczącym Rady, zgromadzenia, podczas których czytał Braci Karamazow oraz Wojnę i pokój, gromadziły liczną publikę.

Maleńki pokoik służący Zuckerowi za gabinet znajdował się w budynku B-V, położonym na południowym skraju obozu Theresienstadt. W tym samym bloku mieściły się również pomieszczenia przeznaczone dla przewodniczącego Jakuba Edelsteina oraz pozostałych członków Rady. W gabinecie panował wieczny nieporządek i sztuką było nie potknąć się o porozrzucane po ziemi pudełka, teczki czy papiery. Na dwóch zawalonych książkami regałach wyróżniały się opasłe, oprawione w czerwoną skórę tomy dzieł Kafki. Jedyne okno wychodziło na krematorium, otoczone przez okazałe lipy; przedsionek natury, która szczególnie wiosną i latem była zjawiskowa.

Kiedy dwaj więźniowie obozu, Viktor Ullmann i Hans Krása, weszli do jego gabinetu, Zucker zwrócił się do nich ze szczerym uśmiechem i swoim charakterystycznym głosem powiedział coś, czego mieli już nigdy nie zapomnieć:

– Czekałem na was, drodzy przyjaciele. Usiądźcie. Muszę wam powiedzieć coś bardzo ważnego… To niezwykle pilna kwestia, która z pewnością odmieni wątłą kondycję naszego obozu i pomoże nam lepiej znosić trud, z którym musimy się borykać.

Viktor i Hans usiedli na zdezelowanej szarej sofie i zamienili się w słuch. Zamyślony Zucker okrążył dwukrotnie pomieszczenie, po czym rzekł:

– Panowie, tak już dłużej być nie może. W Theresienstadt znajdują się setki artystów, których musimy chronić. Tak, to nasz obowiązek. – Wyraźnie podkreślił te ostatnie słowa. – Naszym obowiązkiem – powtórzył z emfazą – jest znaleźć sposób na złagodzenie tych koszmarnych warunków bytowych, w jakich się znajdują.

Zrobił pauzę. Viktor i Hans uważnie przysłuchiwali się jego słowom. Po chwili kontynuował:

– Są jeszcze dzieci. Trzeba koniecznie uratować dzieci, znaleźć dla nich jakieś wyjście. Rzekłbym, że to jedyne, co się liczy. My możemy cierpieć, ale one nie. Całymi dniami siedzą zamknięte w barakach, w okropnych warunkach sanitarnych, a dogląda ich nieliczny i niekompetentny personel żeński, który traktuje je z wyjątkową surowością. Nie pobierają żadnych nauk. Nie mogą się bawić. Nie pozwala się im na nic. Tak dłużej być nie może. W żadnym wypadku. – To ostatnie zdanie Zucker powiedział, jakby mówił do siebie, bardzo powoli, niemal niedosłyszalnie. Potem oznajmił energicznie: – Moi przyjaciele… pozwalam sobie tak was nazywać, ponieważ naprawdę uważam was za przyjaciół… wezwałem was tutaj, chcę bowiem, żebyście pomogli mi zawiązać komitet do spraw organizacji wydarzeń kulturalnych. Postanowiłem, że zamienię Theresienstadt w najważniejszy ośrodek artystyczny w naszej biednej i umęczonej Europie. My, Żydzi, pomimo okropnych okoliczności, w jakich się znajdujemy, musimy pokazać światu, że sztuka, kultura, a nade wszystko muzyka są jedynym sposobem, abyśmy się wyratowali przed barbarzyństwem i irracjonalnością. W obecnych okolicznościach nie mam możliwości złagodzić tych straszliwych cierpień, jakich doświadcza nasz lud, ale chcę znaleźć środek, który pozwoliłby, aby przynajmniej w Theresienstadt można było nieco poprawić panujące tu koszmarne warunki życia. Taki jest mój cel i aby go osiągnąć, postanowiłem ruszyć z projektem, który nazwę Freizeitgestaltung, „organizacja czasu wolnego”. Koncerty, konferencje, wystawy, przedstawienia teatralne, operowe…

Hans i Viktor popatrzyli na niego jak na kompletnego szaleńca. Wiceprzewodniczący to zauważył.

– Tak, tak, pewnie myślicie, że postradałem zmysły, ale, uwierzcie mi, tak nie jest. Mamy znakomity kapitał ludzki, którego nie znajdzie się nigdzie indziej. To wybitni artyści, którzy daliby sobie rękę uciąć za to, by pozwolono im wykonywać swój zawód. Sztuka, co sami jako znakomici muzycy bardzo dobrze wiecie, zresztą z tego powodu was tu wezwałem, jest formą życia, jest szczodrością i oddaniem się innym. Powołanie artystyczne jest najbardziej intensywne, silniejsze nawet od powołania religijnego. Prawdziwy artysta po prostu umiera, gdy zabrania mu się tworzyć. Dlatego też będziemy mogli liczyć na setki z nich, a każdy da z siebie wszystko, uczestnicząc w moim projekcie. Rozmawiałem już… nie myślcie, że jesteście pierwsi… z wieloma z nich i są gotowi na to, by bezwarunkowo oddać się w moje ręce i zrobić wszystko, by Freizeitgestaltung odniósł sukces.

Hans, który podczas całej przemowy Zuckera zdawał się spijać jego słowa jak nektar zwiastujący nagłą zmianę ich beznadziejnego położenia, odważył się mu przerwać:

– Doktorze, wydaje mi się, że to wspaniały pomysł, i może pan na nas liczyć, ale pozwolę się spytać… jak naziści mają zatwierdzić taki projekt? Naprawdę pan myśli, że da się ich przekonać? We wszystkich innych obozach, z naprawdę nielicznymi wyjątkami, jakakolwiek żydowska działalność artystyczna jest zabroniona. Co więcej, a wie to pan najlepiej z nas wszystkich, w praskim getcie mieliśmy spore kłopoty z jakąkolwiek pracą.

– Tak, już wiem, do czego pan zmierza – odpowiedział mu Zucker, jakby spodziewał się tego pytania. – Ale proszę, niechże pan pozwoli, bym to ja się tym zajął. – Zamilkł na kilka sekund, patrząc przy tym Hansowi w oczy z uśmiechem, który rozjaśnił jego twarz, po czym dodał: – Rozwiązanie tej kwestii będzie najtrudniejsze. Myślałem o tym dużo i chyba znalazłem sposób. Trzecia Rzesza potrzebuje poprawić swój wizerunek na arenie międzynarodowej. Zaczyna wychodzić na jaw prawda o tym, co dzieje się w obozach koncentracyjnych, choć na razie wszystko to pozostaje jeszcze w sferze plotek. Czerwony Krzyż i inne organizacje międzynarodowe uparcie wnoszą o rozpoznanie in situ sytuacji w obozach. Presja jest coraz większa. Naziści bardzo dobrze wiedzą, że gwałcą wszelkie ustalenia konwencji genewskiej dotyczące traktowania jeńców wojennych. Oczywiście nie ugną się wobec presji i za wszelką cenę będą próbowali zatuszować dowody na wszystkie popełniane przez siebie okropieństwa. Muszą więc znaleźć, jak ja to nazywam, przykrywkę. I chcę, aby tą przykrywką był Theresienstadt. Zobaczycie, że jeszcze na tym skorzystamy. Wszak są oni przedstawicielami kraju, który… jeśli nie liczyć starożytnej Grecji… jest największą ostoją kultury zachodniej. Nie zapominajcie, że Niemcy to ojczyzna Goethego i Beethovena, Bacha i Dürera, Kanta i Händla…

Viktor nie mógł się powstrzymać i chciał coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Poruszyło go do głębi to, co powiedział Zucker. Natychmiast zdał sobie sprawę z jego ogromnej mocy przekonywania i z całej duszy zapragnął zrobić wszystko, aby pomóc mu w tym projekcie. W końcu udało mu się wydusić to, co go niepokoiło:

– Doktorze, ja też uważam, że pańska propozycja jest wspaniała. Może pan na mnie liczyć bez względu na wszystko. Chciałbym jednak spytać, jaki związek ma powstanie Freizeitgestaltung z koniecznością pomocy dzieciom? Moi synowie, Max i Pavel, też są tutaj ze swoją matką. Bardzo się o nich martwię. Odkąd tu przyjechaliśmy, widziałem ich zaledwie kilka razy, bo nie pozwalają mi ich odwiedzać. Proszę mi powiedzieć, co jedno z drugim ma wspólnego?

Na twarzy Zuckera dało się zauważyć zadowolenie z tak zadanego pytania. Podniósł się z fotela i odpowiedział gorliwie:

– To jest właśnie fundamentalna kwestia! To jest główny powód naszego spotkania! Muszę wyznać, że od samego początku wiedziałem, że zareagujecie żywiołowo na mój projekt. Na to właśnie liczyłem. Zresztą, jak już wam wspominałem, wszyscy, z którymi o tym rozmawiałem, są tak samo entuzjastyczni. Ale to was, drodzy moi, potrzebuję podwójnie, bo chcę, żebyście się maksymalnie skoncentrowali i poświęcili całą swoją energię na skomponowanie opery dla dzieci.

– Opery dla dzieci? – powtórzył zaskoczony Hans.

– Tak, opery skierowanej do dzieci, w której występować będą również dzieci. Takiej opery, która może być wystawiona w Theresienstadt i w której weźmie udział jak największa liczba dzieciaków między czwartym a piętnastym rokiem życia. To właśnie będzie najlepszy, jedyny sposób na uratowanie ich od sytuacji, w jakiej się znajdują. I słuchajcie mnie uważnie, bo to niezwykle istotne: opera ta nie może być łatwa w przygotowaniu. Im dłużej będą trwać próby, tym lepiej. Celem jest zajęcie dzieci na możliwie jak najdłuższy czas. Miejcie również na uwadze, że premiera musi koniecznie być wielkim sukcesem, który przyciągnie liczną, głównie dziecięcą widownię, co pozwoli na jak najwięcej przedstawień. W ten sposób będzie ona mogła wyjść poza bramy getta i sprawić, że usłyszy o niej cały kraj.

Zucker tak bardzo się wczuwał w swoje słowa, że musiał na chwilę przerwać, by złapać oddech. Viktor wykorzystał tę chwilę, by się wtrącić:

– Doktorze, wydaje mi się, że to cudowny pomysł. Myślę jednak, że operę powinien skomponować Hans. Jego styl dużo bardziej pasuje do tego projektu.

Hans przerwał swojemu koledze:

– Moglibyśmy napisać ją we dwóch, to żaden problem. Przedyskutujmy to na spokojnie, żeby ustalić, jak najlepiej się do tego zabrać.

– Wspaniale, ustalcie to między sobą – dodał Zucker – ale miejcie na uwadze, że chcę zainaugurować Freizeitgestaltung tą właśnie operą, więc nie macie znów tak wiele czasu. Musi być gotowa najpóźniej za dwa miesiące, by od razu rozpocząć próby. Chyba już wiecie, o co mi chodzi… Dzieci nie mogą tak dalej funkcjonować. Im wcześniej zaczniecie pracować, tym lepiej. A teraz muszę was opuścić. Chcę, żebyście jutro towarzyszyli mi na spotkaniu z komendantem Seidlem. To człowiek, jak będziecie mieli okazję zauważyć, skrajnie próżny. I to właśnie jest jego piętą achillesową, w którą będziemy chcieli uderzyć. Z drugiej zaś strony jest całkowicie zależny od Eichmanna. Moim głównym celem jest dojście właśnie do Eichmanna, ale muszę zaangażować w to Seidla, tak, by myślał, że i on sam może coś na naszym projekcie ugrać. Zobaczymy. Muszę się spieszyć, bo nie chcę się spóźnić na zebranie Rady. Byłbym zapomniał, załatwiłem dla was od dziś lepszy barak. Będziecie razem. To do jutra. Czekam na was punkt jedenasta.

***

Oblicze komendanta obozu Theresienstadt, Siegfrieda Seidla, odpowiadało przyjętemu kanonowi urody aryjskiej: gładkie blond włosy, jasnoniebieskie oczy o turkusowej głębi, prosty nos, lekko uniesione kości policzkowe i świeża, różowa cera. Mimo to, z jakiegoś znanego jedynie kaprysowi natury powodu, nie wywoływało ono spodziewanego wrażenia. Patrząc na niego, można było zadać sobie pytanie, gdzie leży przyczyna braku harmonii w jego rysach, i dopiero po chwili wychodziło na jaw, że winne były temu nazbyt krótkie usta z dwiema małymi czarnymi brodawkami w lewym kąciku. Usta te nie domykały się, nadając twarzy surowy i antypatyczny wyraz. W proporcjonalnym, acz niezbyt okazałym ciele odznaczały się nadzwyczaj białe, ruchliwe dłonie zakończone cienkimi bladymi palcami, na których zawsze błyszczał sporych rozmiarów sygnet ze swastyką.

Siegfried Seidl od zawsze wierzył, że jest powołany do wyższych celów. Wszystko zaczęło się w dzieciństwie, kiedy ojciec wyjaśnił mu pochodzenie jego imienia, opowiadając niezwykłe historie z Pieśni o Nibelungach, których głównym bohaterem był Zygfryd. Jakiś czas później zabrał go również do Bayreuth na przedstawienie tetralogii Wagnera i tam właśnie nastoletni już Siegfried Seidl usłyszał wewnętrzny głos, który podszepnął mu, że jego przeznaczeniem jest muzyka. Zapisał się więc do Konserwatorium Wiedeńskiego, gdzie ukończył pierwszy stopień nauki w klasie fortepianu z wynikiem obiecującym, acz – prawdę mówiąc – niewystarczającym do tego, aby zostać prawdziwym wirtuozem. Seidl marzył jednak, by stać się wielkim kompozytorem i, pomimo swojej naturalnej skłonności do indolencji, z wytrwałością i entuzjazmem poświęcił się realizacji tego celu. Uczył się u Wilhelma Hellreisera, ponownie z dość dobrym rezultatem. Na tyle dobrym, by uwierzyć, że jest w stanie spełnić swoje marzenie.

W tamtych czasach prawdziwą mekką każdego szanującego się adepta kompozycji były kursy prowadzone przez Arnolda Schönberga w berlińskiej Akademii Sztuki i tam też młody Siegfried skierował swoje kroki w nadziei, że stanie się uczniem tak znamienitej persony. Aby dostać się na kursy do Schönberga, należało najpierw zaprezentować własną kompozycję, na podstawie której oceniano poziom kandydata. Seidl przez ponad półtora roku pracował nad wariacjami na fortepian na cztery ręce, opartymi na temacie kuźni ze Złota Renu Wagnera. Poprawiał je niezliczoną ilość razy, aż w końcu był pewien, że udało mu się stworzyć arcydzieło. Opinia Schönberga nie mogła być jednak bardziej druzgocąca: „Odkąd analizuję partytury, nie spotkałem niczego tak pozbawionego duszy. Nie ma pan prawdziwego talentu muzycznego. Proszę niezwłocznie pomyśleć nad innym zajęciem”. Seidl poczuł, jak świat wali mu się na głowę, i uznał werdykt za okrutną zniewagę. Urażony do głębi, postanowił porzucić karierę kompozytora i od tamtego momentu w jego duszy rozpaliła się iskra nienawiści do Schönberga i całej nowej muzyki.

Kiedy tylko porzucił młodzieńcze marzenia, postanowił zapisać się na prawo – jego również nie ukończył za sprawą trudności w skoncentrowaniu się na przedmiotach, którymi nie był w najmniejszym stopniu zainteresowany. Spróbował więc sił w filologii germańskiej, co stało się jego ostateczną porażką akademicką. Cierpliwość rodziców, którzy dysponowali skromnymi środkami finansowymi, skończyła się w obliczu braku wytrwałości i dyscypliny syna, toteż przestali mu przesyłać pieniądze i Seidl błąkał się przez jakiś czas po Austrii i Niemczech, licząc jedynie na łut szczęścia, który mógłby zmienić jego niejasną przyszłość.

Zdarzył się on nagle, kiedy – z nie do końca znanych przyczyn – poznał Adolfa Eichmanna i zaczął służyć pod jego rozkazami w Gestapo. Jego awans w strukturach SS był tyleż szybki, co zaskakujący, wszak wydawało się, że ograniczone talenty nie pomogą mu również w karierze wojskowej. Mimo to po dwóch latach służby Seidl awansował do stopnia kapitana. Pewien przykry incydent mógł obrócić w proch jego dobrą passę: jeden ze współpracowników, zazdrosny o sympatię, jaką darzył go Eichmann, po dokładnym przestudiowaniu drzewa genealogicznego Siegfrieda odkrył, iż jego pradziadek ze strony matki mógł być Żydem… Odkrycie to sprawiło, że Seidl znalazł się pod lupą Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS i tylko szybka interwencja jego protektora, dzięki któremu sprawę zamieciono pod dywan, uchroniła świeżo upieczonego kapitana przed przykrymi konsekwencjami. Po tym fatalnym incydencie Seidl, jako wyróżniający się członek Gestapo, odkrył przyjemność, jaką dawała bezpośrednia władza nad życiem i losem innych. W konsekwencji doszło u niego do zjawiska, które można określić jako „gwałtowną przemianę osobowości”. Do tamtego momentu cechował go raczej mało stanowczy i opieszały charakter, przez który traktował on życie ze swego rodzaju refleksyjną pogardą. A nagle stał się dużo bardziej stanowczy, niecierpliwy i po raz pierwszy w życiu poczuł słodki smak okrucieństwa. Eichmann z zadowoleniem obserwował, jak jego podopieczny, niewątpliwie stosując się do nazistowskiego credo, umacniał swój charakter. Dlatego też zaczął powierzać mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania, aż w końcu zaproponował jedno z najbardziej prestiżowych stanowisk w Rzeszy: komendanturę obozu dla więźniów żydowskich w Theresienstadt.

***

Kiedy w pewien gorący czerwcowy poniedziałek przed południem Otto Zucker, Viktor Ullmann i Hans Krása zjawili się w komendanturze, usłyszeli dobiegające z oddali Wariacje Goldbergowskie Bacha. Sekretarz o skwaszonej minie i wyraźnych problemach z oddychaniem poprowadził ich przez zacieniony korytarz, w którym znajdowało się popiersie Hitlera z brązu oraz nazistowska flaga państwowa. Wszedł z nimi do salonu i powiedział, żeby zaczekali tam, aż komendant postanowi ich przyjąć. Pomieszczenie było przestronne, ale brakowało w nim powietrza i unosił się tam nieprzyjemny zapach stęchlizny. Umeblowanie było skromne, a składał się na nie czarny stół z kilkoma twardymi krzesłami oraz sofa, ustawiona pod jedynym w pokoju oknem, z którego rozciągał się widok na obozowe budynki.

Zucker poczuł nagły spadek ciśnienia. Usiadł na jednym z krzeseł i, pozostając w bezruchu, zamknął oczy. Stojący naprzeciw niego Viktor i Hans pocili się obficie w kurtkach z grubej wełny. Przez uchylone drzwi mogli dostrzec grającego na pianinie Seidla, który co rusz powtarzał z uporem przejście od pierwszej do drugiej wariacji. Końcówka pierwszej szła mu całkiem nieźle, problem pojawiał się na początku drugiej: tam Seidl potykał się, tracił rytm i – nie mogąc już kontynuować – klął i zaczynał od nowa. Nagle pianino ucichło. Chwilę później rozdrażniony Seidl pojawił się w salonie i skierował się w stronę Zuckera. Viktor i Hans podeszli, by się z nim przywitać, ale ten całkowicie ich zignorował i pyszałkowatym tonem powiedział Zuckerowi:

– Panie wiceprzewodniczący, proszę jeszcze nie zamykać list deportacyjnych z tego tygodnia; chcę dodać do nich jeszcze pięćdziesiąt nazwisk. W bloku czwartym wybuchły zamieszki i winni zostaną ukarani. Proszę poinformować o tym Edelsteina, i żeby pan nie zapomniał. No, a co was tu sprowadza? Proszę mieć na uwadze, że nie mam dużo czasu.

Zucker patrzył Seidlowi prosto w oczy, ale niespodziewanie dla samego siebie nadal milczał, przez co napięcie jeszcze wzrosło.

Poirytowany Seidl spytał go:

– Co się dzieje? Źle się pan czuje? Powtarzam, nie mam dużo czasu, więc jeśli nie mogę w niczym pomóc, to mam pilniejsze sprawy do załatwienia.

Hans wystąpił o kilka kroków, tak, by znaleźć się naprzeciw niego, i z całkowitą powagą powiedział:

– Proszę wybaczyć komendancie, ale chciałbym się przedstawić. Nazywam się Hans Krása i jestem kompozytorem. Pozwolę sobie przyznać, że kiedy tu czekaliśmy, przysłuchiwałem się panu. Pańska interpretacja arii z Wariacji Goldbergowskich wydała mi się nadzwyczajna. Absolutnie w tempie: ani zbyt wolno, ani zbyt szybko, wszystko rozwijało się z ogromną naturalnością – mówił, a Seidl patrzył na niego zaskoczony. – Rytm i ekspresja pierwszej wariacji również były bezbłędne i, jeśli mi pan pozwoli, powiem, że według mnie problem w drugiej bierze się z tego, iż atakuje pan mordent od samego e, podczas gdy najlepiej byłoby zacząć od wyższej nuty, od „f”. Proszę spróbować, a zobaczy pan, że wszelkie trudności ustaną. Jeśli pan chce, możemy sprawdzić to od razu.

Nagle komendant stracił całą swoją wyniosłość. Uległy niczym karcone w szkole dziecko, przystał na propozycję. Kiedy znaleźli się przy pianinie, poprosił Hansa, by ten zagrał. Krása był wybitnym pianistą i oczywiście znał Wariacje Goldbergowskie bardzo dobrze. Usiadł powoli, niczym prawdziwy mistrz, poprawił stołek i bezbłędnie zagrał wspomniane takty. Następnie wstał i powiedział:

– Widzi pan, komendancie, tak jest dużo prościej. I, jeśli pozwoli mi pan na jeszcze jedną uwagę, proszę zejść w ostatnim takcie pierwszej wariacji do pianissimo, w ten sposób będzie o wiele łatwiej zaatakować żywiołowe forte z drugiej. Proszę, niech pan sam spróbuje.

Seidl przytaknął bez słowa i zastosował się do wskazówek. Za pierwszym razem ponownie pomylił się przy mordencie. Hans jeszcze raz pokazał mu, jak powinien to zrobić, i po dwóch czy trzech kolejnych próbach w końcu udało mu się osiągnąć zamierzony efekt.

– Brawo, mistrzu! Znalazł pan rozwiązanie! – wykrzyknął z entuzjazmem, gestykulując żwawo. – Nie wiem, dlaczego wcześniej na to nie wpadłem. Wiedziałem, że jest pan znakomitym muzykiem. Byłem na premierze pańskiej symfonii w Paryżu. Znam pana dzieła, nawet akompaniowałem do jednej z pańskich piosenek.

Zucker, któremu przeszła już nagła niedyspozycja, wymienił z Viktorem sarkastyczne spojrzenie i jednocześnie puścił do niego oko. Komendant kontynuował przyjacielskim, jakże odmiennym od poprzedniego tonem:

– Dobrze, panowie, chodźmy w takim razie do salonu. Tam wyjaśnicie mi spokojnie powód waszej wizyty.

Doktor Zucker przedstawił wszystkie swoje argumenty. Jego przemówienie było błyskotliwe, a ton, z jakim zwracał się do komendanta, był serdeczny i wylewny, tak jakby miał go za jednego z najlepszych przyjaciół. Przede wszystkim skupił się na argumentach politycznych, które według niego miały udowodnić że Freizeitgestaltung mógłby przynieść Rzeszy znaczne korzyści. Podkreślił, że do Theresienstadt codziennie trafiała znacząca liczba znakomitych żydowskich artystów z różnych części Europy, zmuszanych do wykonywania prac, do których w żadnym wypadku nie byli przygotowani. Byli bezproduktywni, na co Trzecia Rzesza nie mogła sobie pozwolić. Byłoby – tak powiedział – dużo prościej niezwłocznie się ich wszystkich pozbyć i wymienić na bardziej wykwalifikowanych więźniów. Ale istniało znacznie lepsze rozwiązanie: wykorzystać ich potencjał, spożytkować go tak, aby pokazać lepsze oblicze Rzeszy i udowodnić, że nowe państwo niemieckie nadal jest – być może nawet dużo bardziej niż kiedyś – największą potęgą kulturalną świata. Wszak przeznaczeniem wielkiego narodu niemieckiego od zawsze było krzewienie kultury, co połączone z dumą, jaką przynosiła przynależność do tej lepszej rasy ludzi, wyznaczało jego wiodącą rolę w historii. To misja, którą przyjął on z godnością i odwagą, będąc przykładem i obiektem podziwu wśród innych narodów na świecie.

Zucker kontynuował, przedstawiając coraz to nowe i coraz to bardziej egzaltowane argumenty przemawiające za rolą, jaką mógł odgrywać Freizeitgestaltung w tych przełomowych dla Niemiec chwilach. Nakreślił również szkic wszystkich działów, jakimi chciał zapełnić projekt: sekcja interpretacji muzyki orkiestrowej, chóralnej i kameralnej; odczyty prozy i poezji, przedstawienia teatralne i operowe, koncerty poświęcone muzyce współczesnej, jazzowi i muzyce kabaretowej; wystawy obrazów, rzeźb i architektury; konferencje i sympozja o sztuce, literaturze, filozofii i nauce; pomyślał nawet o sekcji poświęconej rozwojowi fizycznemu: piłka nożna, siatkówka, koszykówka, ping-pong… I z tego wszystkiego można by nakręcić film, który prezentowałoby się za granicą, aby dać świadectwo „cudu z Theresienstadt”, nie tyle za przyzwoleniem Trzeciej Rzeszy, ile za jej namaszczeniem.

Przytłoczony i wyraźnie oszołomiony tymi informacjami Seidl przerwał mu szybko:

– Proszę się uspokoić, panie wiceprzewodniczący, niech pan ostudzi emocje. Pozwolę sobie przypomnieć panu, że Theresienstadt to obóz koncentracyjny, a nie Festiwal Salzburski.

Zucker, który miał już przygotowaną odpowiedź, kontynuował, gestykulując żywiołowo:

– Trafił pan w sedno, komendancie! Właśnie taki jest mój zamiar: przekształcić Theresienstadt w nowy Festiwal Salzburski. Proszę mnie źle nie zrozumieć… – Zamilkł na chwilę, udając, że traci wątek, aby ponownie kontynuować: – Tak, choćby się to wydawało niemożliwe, proszę mi wierzyć, że to mój cel. Już od trzech lat, z powodu wojny, Festiwal Salzburski kurczy się znacząco. Zresztą, wszystkie duże europejskie festiwale są w podobnej sytuacji. Theresienstadt powinien przejąć pałeczkę i ponownie rozpalić znicz kultury, znicz, który w każdej chwili może zgasnąć. – Te ostatnie słowa wypowiedział melodramatycznym tonem, który przynosił mu ogromne sukcesy podczas odczytów, kiedy widział, że publiczność jest mu całkowicie oddana. – To musi być ostateczny dowód na to, że kultura nigdy nie wyginie. I wie pan co, komendancie? Efekt, jaki Theresienstadt, żydowski obóz koncentracyjny, wywoła w wyniszczonej Europie, będzie piorunujący.

Seidl czuł, jak targają nim sprzeczne uczucia: z jednej strony niepohamowany słowotok Zuckera wydawał mu się kompletną bzdurą, poronionym pomysłem bez najmniejszych szans na realizację; z drugiej zaś nie mógł zaprzeczyć, że jakkolwiek niezmiernie skomplikowany, projekt ten był oryginalny. Jeśli wiedziałby, jak go wykorzystać, mógł on się stać wyjątkową okazją w jego karierze. Rutynowa praca w administracji obozowej nie tylko nużyła go, ale także nie dawała szans na osiągnięcie większych korzyści; w najlepszym wypadku przenieśliby go do większego obozu, gdzie wykonywałby podobne zadania. Nie, zdecydowanie nie tego chciał. Jego przymioty pozwalały mu na podejmowanie dużo ważniejszych obowiązków. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że przedstawiony przez Zuckera projekt był szansą, na którą czekał już od dawna. Jedna tylko rzecz niepokoiła chciwego kapitana: ktoś mógł odkryć, iż to nie był jego pomysł. I już sama myśl o takiej ewentualności zjadała go od środka i podawała cały projekt w wątpliwość. Nie ufał Zuckerowi. Jeśli miałby wydać zgodę na ruszenie z przedsięwzięciem, musiał najpierw być pewien, że to jemu zostaną przypisane wszystkie zasługi. Ale jeżeli ostatecznie skończy się to klapą i wszystko obróci się przeciwko niemu? Jak pogodzić możliwość niepewnego sukcesu z ewentualnością prawdopodobnej porażki? Gdyby projekt odniósł sukces, chciał sam spić całą śmietankę, ale jeśli miałby zakończyć się klęską, winny powinien być tylko i wyłącznie Zucker.

Zucker był w stanie już na pierwszy rzut oka odgadnąć wszystkie kalkulacje Seidla. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak w jego wnętrzu rozrastał się zachłanny gad zwany ambicją. Był świadom zagrożeń, jakie wynikały z oddania projektu w ręce słabego, okrutnego i próżnego Seidla. Łatwiej byłoby mu zwrócić się do Eichmanna, szarego biurokraty bez większego talentu, za to z dużo większymi zdolnościami organizacyjnymi. Mógł również dotrzeć do samego Goebbelsa, ministra propagandy, którego poznał w berlińskim domu Heydricha na krótko przed wybuchem wojny. Był jednak pewien, że nazistowskie władze nie pozwoliłyby, aby projekt takiej wagi pochodził od kogoś, kto nie znajdował się w ich szeregach i na dodatek był Żydem. Dlatego właśnie potrzebował Seidla za pośrednika.

Zucker chciał kontynuować rozmowę, kiedy nagle drzwi otworzyły się i do salonu szybko weszła młoda kobieta, która skierowała się w stronę Seidla, mówiąc łagodnym i przekonującym głosem:

– Sidi, wybacz, że wam przeszkadzam, właśnie przyjechałam z Berlina. Podróż była okropna i umieram z głodu. Poprosiłam, żeby podano kolację o wpół do piątej. – Obróciła się i wykrzyknęła: – Boże, jak tu gorąco! Wszystko pozamykane! Tu się nie da oddychać! – Podeszła do okna i otworzyła je na oścież, pozwalając, aby gorące, wczesnopopołudniowe powietrze wypełniło salon. Następnie, niemal niedostrzegalnie przebiegła wzrokiem po więźniach i na jej twarzy, wbrew woli, pojawił się delikatny grymas zdziwienia. Z lekkim drżeniem w głosie dodała: – Sidi, przedstaw mnie twoim znajomym, chciałabym ich poznać.

Od momentu, w którym pojawiła się jego żona, Seidl stał ze spuszczonym wzrokiem, jak gdyby bardzo mu przeszkadzało, że zobaczyła go w takim towarzystwie. Zawsze robił wszystko co w jego mocy, aby jej wizyty w obozie były jak najrzadsze. Chciał odseparować ją od panujących w Theresienstadt brudu i nędzy, bo uważał, że otoczenie to nie było dla niej odpowiednie. Widząc, że nie ma innego wyjścia, skierował się do swoich rozmówców z irytacją:

– Panowie, oto moja żona, Elisabeth von Leuenberg.

Hans, który nigdy nie przepuszczał okazji do zapoznania się z kobietą, wystąpił śmiało i spojrzał jej prosto w oczy.

– Bardzo mi miło. Nazywam się Hans Krása. Cieszę się, że panią poznałem. Wszyscy mówią o pani wyjątkowej urodzie, a teraz widzę, że słowa nie są w stanie jej oddać.

Komendant rzucił mu mordercze spojrzenie, które nie powstrzymało Elisabeth przed odpowiedzią:

– Ja też już o panu słyszałam, panie Krása. Byliśmy z Sidim na premierze pańskiej symfonii w teatrze na Polach Elizejskich w Paryżu. To był wspaniały koncert. Przykro mi, że spotykamy się ponownie w takich okolicznościach. Oby któregoś dnia były one bardziej sprzyjające! – Westchnęła ze smutkiem i zwróciła się do męża: – Nie chcę wam zabierać więcej czasu. Uprzedzę Johannę, że ma wszystko przygotować. – A po chwili dodała: – Bardzo mi było miło panów poznać. Chcę spędzić kilka dni w Theresienstadt. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy.

I, niczym rozświetlający wszystko wokół błysk pioruna, ulotniła się z taką samą prędkością, z jaką się pojawiła.

Nastrój Seidla zmienił się radykalnie.

– Panie wiceprzewodniczący, straciłem już wystarczająco dużo czasu na pańskie banialuki. Moja cierpliwość ma granice. Proszę już nie myśleć o bzdurach i skupić się na swojej pracy w Radzie. Słyszałem, że nie uczestniczy pan we wszystkich zebraniach. Jeśli tak dalej będzie, dołożę starań, by został pan wyrzucony i stał się zwykłym, pozbawionym wszelkich przywilejów więźniem.

Uderzył w dzwonek i po chwili zjawił się ten sam sekretarz, który kilka godzin wcześniej wprowadził ich do salonu. Seidl zwrócił się do niego:

– Spotkanie dobiegło końca. Proszę odprowadzić więźniów do wyjścia.

3

Statyczne, ciepłe popołudniowe światło unosiło się ponad złocistą zielenią drzew, opadając na obozowe dachy. Zucker, widząc rozczarowane miny muzyków, oznajmił:

– Nie dajcie się zwieść Seidlowi. To kanalia, ale nie jest głupi. Siedzi pod pantoflem żony i nie spodobało mu się to, że ją poznaliście. Jestem pewien, że zmieni zdanie. Bardzo dobrze wie, że to, co mu zaproponowałem, może być jego wielką szansą. Przemyśli to w nocy i jutro znów będzie chciał ze mną rozmawiać. Możecie być spokojni.

Viktor był zdumiony tą jego pewnością. Wierzył w słuszność jego idei, ale wrażenia ze spotkania nie dawały powodu do optymizmu. W głowie Hansa natomiast kłębiły się myśli, które nie miały nic wspólnego z projektem Freizeitgestaltung. Od kiedy tylko ujrzał Elisabeth, nie myślał o niczym innym. Zwrócił się do Zuckera z udawaną swobodą:

– Doktorze, jak to możliwe, że Seidl ma za żonę takiego anioła? Zna ją pan? Co może pan o niej powiedzieć?

Zucker, tu już nieco zaniepokojony, odpowiedział mu:

– Ostrożnie, chłopcze. Jest lekarzem, jednym z najtęższych umysłów w dziedzinie inżynierii genetycznej i antropologii fizycznej. Pracuje w Towarzystwie Cesarza Wilhelma w Berlinie jako asystentka doktora Otmara Freiherra von Verschuera. Eksperymentują na ludzkich organach, które dostarczają im z obozów koncentracyjnych. Oczywiście nikt w tej znamienitej instytucji nie pyta, skąd one pochodzą. Nie interesuje ich to.

Ta odpowiedź zdziwiła Hansa. Nie chciał uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał. Wrażenie, jakie wywarła na nim Elisabeth, nie było czysto fizyczne. Spostrzegł w jej twarzy, a szczególnie w jej pięknych melancholijnych oczach, coś niepokojącego, trudnego do określenia. Coś podobnego do iskry miłości i czułości, połączonej ze skruchą i pragnieniem rozwiązania trapiącego ją problemu. Kim była ta kobieta? Dlaczego wydawała mu się tak znajoma, jakby łączyło ich coś, czego nie był w stanie odgadnąć? Nie chcąc dłużej nad tym rozmyślać, zmienił temat:

– Doktorze, chciałbym panu potowarzyszyć. Ciekawi mnie pański plan na rozruch poszczególnych sekcji Freizeitgestaltung.

– Znakomity pomysł, chodźcie ze mną. Omówimy to wspólnie. Bardzo chcę poznać waszą opinię.

– Idźcie przodem – powiedział Viktor. – Chciałbym jeszcze zajrzeć do baraków żeńskich. Nie widziałem moich dzieci od kilku dni.

– Nie można tam wchodzić bez pozwolenia – ostrzegł go Zucker. – Pomogę panu, mam specjalną przepustkę Rady. – Wsadził rękę do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnął małą niebieską karteczkę. – Proszę ją wziąć i pokazać, jak będą pana pytać o glejt. Z tym przejdzie pan bez problemu.

Viktor podziękował mu i skręcił w lewo, w stronę ścieżki prowadzącej do bloku G-VI, gdzie znajdowały się baraki przeznaczone dla kobiet i dzieci. Temperatura wzrosła do trzydziestu trzech stopni. Niebo pociemniało od upału, a niewielkie chmury zaczęły się rozrastać i wieszczyć zbliżający się deszcz. Getto było puste, choć syreny nie ogłosiły jeszcze końca obozowego dnia. Przy bloku J-VI, w którym mieścił się magazyn przedmiotów skonfiskowanych, Viktor natknął się na Gideona Kleina. Ten był jakby nieobecny, patrzył w ziemię i gestykulował w co najmniej dziwaczny sposób.

Do momentu deportacji Gideon Klein, młody pianista i kompozytor, był uważany za jednego z najbardziej obiecujących muzyków w Pradze. Jego lekko dziewczęce rysy oświetlał blask płynący z intensywnie niebieskich oczu. Usta o delikatnych i mięsistych wargach skrywały małe, acz równe zęby, a różowawe policzki unosiły się w szczodrym uśmiechu. Jego nos był prosty i dostojny, co kontrastowało z małymi uszami, na które opadały jasne, gładkie włosy. Miał w zwyczaju nieświadomie przeczesywać je do tyłu. Blade ręce poruszały się nieustannie i były tak wyraziste, że zdawały się mówić, co w połączeniu z mocnym, wpadającym w tenor głosem świadczyło o silnym i zdecydowanym charakterze, który przyciągał wszystkich.

– Co ty tutaj robisz, Viktorze? – wykrzyknął zaskoczony Gideon, ocierając pot z czoła. – Wszyscy są w kopalniach. Mnie wysłali z jakimiś papierami do sekretariatu Rady.

– Idę do baraków żeńskich, chcę zobaczyć się z Annie i chłopcami. Już od jakiegoś czasu nie mam z nimi kontaktu – odpowiedział Viktor, zaniepokojony widokiem wychudzonej twarzy przyjaciela.

– Nie pozwolą ci przejść. Wiesz przecież, że w Theresienstadt wszystko jest zabronione – odrzekł z wyraźnym pesymizmem Gideon.

– Zucker dał mi przepustkę. Mam nadzieję, że to coś da.

– Każde, nawet najmniejsze przewinienie to pewna egzekucja – ciągnął Gideon, nie słuchając wyjaśnień Viktora. – Tyle tutaj absurdalnych zakazów: nie możemy deptać chodników, pisać więcej niż trzydzieści słów miesięcznie, palić, gotować, posiadać leków… Co ci będę mówił, dobrze to wiesz. To prawdziwe piekło. Mam już dość czternastu godzin pracy w kopalni, w okropnym upale, niemal bez jedzenia – zamilkł na chwilę i patrząc niebieskimi oczami w próżnię, dodał zduszonym głosem: – Theresienstadt jest przeznaczone dla pięciu tysięcy osób, a nas jest pięćdziesiąt tysięcy. Tłoczymy się jak sardynki. Całymi dniami harujemy, a w nocy nie mamy żadnej prywatności, leżąc po dwóch, trzech na jednej pryczy. Do tego ten piekielny hałas, który nie daje ci zmrużyć oka, i te wszechobecne pchły, pluskwy i szczury. Ale przysięgam, Viktorze, nie ma dla mnie nic gorszego niż widzieć, jak naziści karmią się naszą desperacją. Jest w ich spojrzeniach coś perwersyjnego, coś, czego nie mogę wyrzucić z głowy.

Viktor, próbując go pocieszyć, ze ściśniętym gardłem powiedział:

– Zukcer przygotowuje projekt, który poprawi naszą sytuację. Na ten moment nie mogę ci wiele wyjaśnić, ale mam nadzieję, że rychło będę miał dla ciebie dobre wieści.

Gideon przypatrywał się Viktorowi przez kilka sekund, a następnie uścisnął go i rozpłakał się. Był to cichy płacz, który po chwili przekształcił się w nerwowy śmiech. Starając się przywrócić do porządku, wziął głęboki wdech i wydukał:

– Viktorze, na Boga, nie zapomnij o mnie. Wszystko jest lepsze od tego, co teraz mamy.

Viktor zwrócił się do niego energicznym, ojcowskim tonem:

– Nie martw się, nie zapomnę. Zawsze starałem ci się pomagać i tak też będzie tym razem. Musisz tylko wytrzymać jeszcze trochę. Powtarzam, sytuacja się zmieni. To tylko kwestia czasu, zaufaj mi.

– Muszę się pospieszyć, jeśli nie chcę mieć problemów z kapo. Nie mogę uwierzyć, że są Żydami jak my – wymamrotał Gideon głosem słabym jak ktoś, kto właśnie skończył długą rekonwalescencję. – Czasami myślę, że są nawet gorsi od nazistów. Zamiast nam pomagać, pomiatają nami, ile wlezie. Kilka dni temu znaleźli skrawki papieru, które schowałem pod łóżkiem. Nocami, kiedy światło księżyca wpada do baraku przez dziurę w dachu, zapisywałem pomysły na nowe trio smyczkowe, które zamierzam skomponować. Ale jak to zrobić bez papieru? Nie wszyscy są jak Mozart, który miał skończone partytury w głowie jeszcze na długo przed ich zapisaniem. Podczas jednej z inspekcji nasi „przyjaciele” odkryli moje notatki i zaczęli mnie lać bez opamiętania. Przysięgam, czerpali z tego przyjemność – mówiąc to, podniósł koszulę i pokazał siniaki pod żebrami. – Nie, nie można bić bliźniego. – Westchnął ponownie niczym zbity pies i zakończył: – No nic, do zobaczenia, Viktorze. Czekam na wieści.

Spotkanie z Gideonem przybiło Viktora. Bardzo go lubił. Spotykali się często w Pradze. Kiedy naziści po zajęciu Czechosłowacji zamknęli wszystkie szkoły wyższe, Gideon musiał przerwać studia. Dzięki Viktorowi zaczął grać koncerty jako pianista, a ten napisał nawet kilka recenzji, w których wychwalał jego zdolności techniczne oraz inteligencję i dojrzałość interpretacji. Niedługo potem zaproponowano Gideonowi stypendium w Royal Academy w Londynie, ale nie mógł wyjechać ze względu na nowe prawo migracyjne. Był jednym z pierwszych deportowanych do Theresienstadt. Po ośmiu miesiącach jego świeża uroda zwiędła przedwcześnie: miał dwadzieścia lat, ale wyglądał na dwa razy więcej. Cień głębokiego smutku zgasił blask jego oczu, a wypisana na twarzy radość ustąpiła miejsca zgorzknieniu i desperacji. Prawdziwe tego powody były dużo głębsze niż sam fakt bycia więźniem – była to niemożność tworzenia muzyki. Viktor przypomniał sobie słowa Zuckera: „Prawdziwy artysta po prostu umiera, gdy zabrania mu się tworzyć”.

Kiedy dotarł do bloku G-VI, pokazał przepustkę czerwononosemu kapo o dziobatej twarzy. Pomimo że do końca pracy w warsztatach brakowało jeszcze trochę czasu, postanowił poczekać na Annie w jej baraku. Powalił go odór przygniłych resztek jedzenia, latryn i potu. Rozejrzał się wokół. Zobaczył kilka kobiet, w większości wychudzonych, zmarniałych, o twarzach wykrzywionych w nieustającym cierpieniu, które bezlitośnie zabrało im najlepsze lata życia. Zwrócił uwagę na kościstą kobietę próbującą karmić dziecko piersią – nie miała mleka, więc niemowlę płakało, zaciskając piąstki. Podeszła do niej inna, prosząc, by ta podała jej oseska. Rozpięła bluzkę, przystawiła dziecko do pełnej mleka piersi i nakarmiła je.

Barak przypominał żywy cmentarz. Rzędy czteropoziomowych legowisk wspartych na drewnianym rusztowaniu wypełniały go od lewej do prawej na całej jego długości. Na każdym poziomie tłoczyły się po cztery więźniarki, przez co każda z nich miała do dyspozycji jedynie niewielki skrawek przestrzeni i gdyby nie koszmarne zmęczenie, jakie czuły po całym dniu pracy, nie byłyby w stanie zmrużyć oka. Ściany były pokryte pleśnią i kruszyły się przy najmniejszym dotknięciu. W tylnej części baraku, niczym nieoddzielone od reszty, znajdowały się rzędy wypełnionych ekskrementami latryn. Nieopodal wydzielono kącik do prania, gdzie w licznych zlewach zalegała brudna woda. Na przymocowanych do ścian sznurkach wisiała cała masa szmat, powiewających niczym upokorzone porażką postrzępione flagi.

Viktor z początku nie był przygnębiony, można nawet rzec, że czuł się dziwnie podniecony. Pomimo niezbyt optymistycznego zakończenia rozmowy z komendantem bezgranicznie wierzył Zuckerowi i był przekonany, że uda im się ruszyć z projektem. Spotkanie z Gideonem potwierdziło konieczność szybkiego wprowadzenia planu w życie. Powoli ogarniała go jednak dziwna słabość: oczy zaczęły mu się zamykać, a ciało stawało się coraz cięższe. Podszedł do kąta, usiadł i schowawszy twarz w dłoniach, wybuchnął płaczem. Był to płacz nerwowy, niekontrolowany, oddający targające nim sprzeczne uczucia: nadzieję i strach, zmęczenie i desperację, tęsknotę… Przypomniał sobie, jak w dzieciństwie ojciec bił go z niezrozumiałych dla niego powodów. Nastrój ojca zmieniał się w mgnieniu oka: potrafił być zarówno czuły, delikatny, jak i szorstki oraz surowy. Viktor nie rozumiał tych wahań i szukał schronienia w ramionach matki. Pomyślał o jej zapachu: słodkim, delikatnym niczym kwiaty wiśni, które w kwietniowe dni roztaczały swoją woń w rodzinnym Cieszynie. Kiedy kwiaty eksplodowały i przemieniały się w mięsiste owoce, zbierał je wraz z matką i kucharką Berthą. Nie dosięgał gałęzi, więc jego zadaniem było odkładać wiśnie, które spadły już na ziemię. Oddzielał te dobre od zepsutych i wrzucał je do dwóch wiklinowych koszy, w których później zanosili je do kuchni. Robili z wiśni dżem. Przywołał w pamięci garnki z wodą, cukier i wiśnie, które wrzały i rozpadały się, a następnie łączyły w kleistą krwistoczerwoną masę, wydzielając słodki zapach. Zapach, którego nigdy już nie zapomni i który już na zawsze będzie kojarzył mu się z matką i w pewnym stopniu z Berthą.

Nagle poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Otworzył oczy i ujrzał Annie i swojego syna Pavla.

Annie, pomimo swojej dość obfitej tuszy, była kobietą jeszcze młodą i ładną. Jej rześka twarz kontrastowała wyraźnie z tymi przedwcześnie powiędłymi obliczami, które Viktor zobaczył po wejściu do baraku. Miała jasne oczy, okrągłe policzki i zmysłowe, wydatne usta. Włosy spinała w kok, o tyle niefortunny, że podkreślał widoczne na jej skroniach pierwsze siwe pasma. Pokaźnych rozmiarów piersi nadawały jej wygląd typowej, tak charakterystycznej dla krajów Południa matki rodziny wielodzietnej. Kontrastowały z tym małe dłonie o nadzwyczaj, jak na okoliczności, w jakich się znajdowała, zadbanych paznokciach. Ubrana była w bardzo brudny i pogrubiający ją niebieski fartuch oraz wysłużone pantofle z dziurą na wysokości dużego palca lewej stopy. Była żoną Viktora od dwunastu lat i wydała na świat czworo dzieci: Maxa, Felicię, Johannesa i Pavla – teraz w wieku, odpowiednio, dziesięciu, ośmiu, sześciu i dwóch lat.

Viktor i Annie patrzyli na siebie przez długą chwilę w milczeniu. Ich spojrzenia mówiły same za siebie. W końcu Annie wykrzyknęła gorzko, wymachując rękami:

– Nie spodziewałam się, że cię tu spotkam! Pavel ma szkarlatynę. Poszłam z nim do ambulatorium i tam mi powiedzieli, że nie mogą nic zrobić i że to, czy wyzdrowieje, zależy tylko od tego, jak silny jest jego organizm. To cała diagnoza! – Przerwał jej nagły atak kaszlu. Z kieszeni fartucha wyciągnęła pomiętą chusteczkę i dwukrotnie splunęła brunatną flegmą. Następnie spuściła wzrok i ciągnęła zrezygnowana: – Musisz zająć się dziećmi, Viktorze. Sytuacja jest bardzo poważna i mogą umrzeć w każdej chwili.

Viktor popatrzył na syna: miał smutną, pokrytą fioletową wysypką buzię, zapadnięte oczy i był wychudzony. Jego ciałkiem wstrząsał suchy kaszel.

– Jak się masz, synku?… – głos załamał mu się, kiedy próbował powstrzymać łzy.

Pavel opuścił rękę, którą trzymał się fartucha matki, i, jak zaczarowany, poszedł przytulić się do ojca.

– Prawie nie dają nam jeść – ciągnęła biała jak ściana Annie, bezskutecznie próbując opanować trzęsące się nogi. – Codziennie to samo: zupa z soczewicy i dwadzieścia pięć gramów ziemniaków na obiad, a na kolację kubek brudnej wody, którą śmią nazywać kawą. Ach, no zapomniałabym: w piątki dodają do zupy garść makaronu i dziesięć gramów cukru – przerwała i zaczęła krążyć wokół Viktora, a następnie krzyknęła, wycofując się z lekkim drżeniem kolan: – Jak mam tym wyżywić dzieci?! Tak nie może być, Viktorze, to jest niemożliwe. Dzieci nie przeżyją, jestem tego pewna. Musisz coś zrobić. Może lepiej będzie, jak zostaną z tobą.

– Wiesz, że nie ma takiej możliwości, Annie – odpowiedział jej zasępiony Viktor.

– W takim razie możesz już się z nimi pożegnać – wykrzyczała głośno Annie, drapiąc jednocześnie bąble na rękach po ugryzieniu pluskiew, które poprzedniej nocy nie dały jej spać.

– A co z Maxem? – zapytał Viktor sucho, ale z wyczuwalną nutką czułości.

Annie po raz pierwszy się ożywiła:

– Możesz być dumny z twojego pierworodnego. Jest wyjątkowo szczodry i wielkoduszny. Wszyscy w baraku go uwielbiają. Przewodzi grupce chłopców w podobnym wieku i są w niego wpatrzeni jak w obrazek. Gdyby nie on, nie wiem, jak byśmy sobie poradzili.

– Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby was stąd zabrać. Sprawy idą ku lepszemu. – Viktor podkreślił to ostatnie zdanie, jakby chciał przekonać sam siebie. – Poznałem wiceprzewodniczącego Rady Starszych, to wspaniały człowiek, i jestem pewien, że może nam pomóc.

– Oby to była prawda, bo jak dotąd nie zrobiłeś zbyt wiele, a ja sama nie mogę…

Annie nagle przerwała i popatrzyła na niego z ukosa, próbując ukryć swoje prawdziwe uczucia. W głębi serca wiedziała, że był dobrym człowiekiem i że zrobiłby wszystko, by im pomóc, ale głęboki zawód brał górę. Odkąd się rozstali, starała się z nim walczyć. Powtarzała sobie, że Viktor jest wielkim artystą z wzniosłymi ideałami i że często przydarzały mu się rzeczy, których nie był w stanie kontrolować. Ale to nie wystarczyło, by pozbyć się wrażenia, że wyrzucił do kosza dwanaście lat małżeństwa i zostawił ich wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowali. Prawdą było, że to ona sama, widząc panujące między nimi napięcie w miesiącach poprzedzających deportację, zaproponowała rozstanie. Popadła w histerię, była nieprzypominającym siebie kłębkiem nerwów, ale nigdy by nie przypuszczała, że ta nieprzemyślana i rzucona naprędce propozycja spotka się z jego aprobatą. Jej zdziwienie było ogromne i kiedy chciała uderzyć się w piersi i wycofać z tego pomysłu, uświadomiła sobie, że jest już za późno. Widziała to wyraźnie w oczach Viktora. Były harde, nieustępliwe i przez długi, zbyt długi czas patrzyły na nią w milczeniu, choć tak naprawdę mówiły wszystko. I nawet jej żarliwe błagania nie zdołały zmienić ich wyrazu. Od tamtej pory czuła urazę, która w miarę upływu czasu, miast maleć, umacniała się.

– O mnie nie musisz się martwić. Ja sobie zawsze jakoś poradzę – powiedziała w końcu, machając ręką ze zniecierpliwieniem. Następnie, patrząc na niego uważnie, poczuła, jak rozczarowanie ustępuje miejsca irytacji, i dodała: – Zajmij się Maxem i Pavlem, jeśli nie chcesz ich szybko stracić.

Nie chciała dłużej o tym rozmawiać. Pociągnęła mocno synka za rękę, odrywając go od ojca, i wzburzona zabrała go ze sobą bez słowa.

***

Salon był jedynym przytulnym pomieszczeniem w komendanturze. Nie był zbyt duży, ale za to dobrze rozplanowany i urządzony we współgrających ze sobą kolorach. Wypełniony książkami i oprawionymi w różnokolorowe okładki partyturami regał z ciemnego drewna zajmował trzy z czterech ścian pokoju. W głębi mieściła się wygodna, szeroka zielona sofa z miękkim, usłanym licznymi poduszkami oparciem. Dokładnie naprzeciwko niej znajdowało się okno, z którego rozpościerał się widok na ogród, a obok stała mahoniowa, pełniąca funkcję barku komoda. Dwie lampy, ustawione po obu stronach sofy, dawały pomieszczeniu przyjemne światło.

Johanna Stein, która była młodą jeszcze więźniarką o bardzo ciemnych włosach i oliwkowej cerze i miała szczęście zostać oddelegowana do służby domowej, weszła z kawą do salonu. Seidl czytał w zamyśleniu przygotowany przez Radę Starszych raport o usprawnieniach kanalizacji w getcie, podczas gdy Elisabeth sprawdzała tekst wystąpienia, które miała wygłosić w Berlinie. Kiedy zobaczyła Johannę, podniosła się, aby pomóc jej zaserwować kawę, i powiedziała miłym tonem:

– Rostbef z kolacji był przepyszny. Jesteś wspaniałą kucharką. Wyjeżdżam pojutrze, ale mam nadzieję, że znajdziemy chwilę na rozmowę.

– Dziękuję, proszę pani. Bardzo się cieszę, że panią widzę. Brakowało nam pani tutaj – odpowiedziała Johanna nerwowo, uśmiechając się po chwili. – Wypakowałam pani rzeczy i ułożyłam stroje w szafie w sypialni. Mam nadzieję, że będzie pani zadowolona.

– Na pewno, Johanno. Zawsze robisz wszystko bezbłędnie. Gdyby nie ty, nie wiem, jak poradziłby tu sobie mój mąż. – Słowa Elisabeth przybrały łagodny ton, lecz po chwili rzekła szorstko: – Zostaw już kawę, ja się tym zajmę.

Johanna dygnęła posłusznie i opuściła salon.

Seidl nadal przeglądał papiery, ale nie mógł się na nich skupić. Serce biło mu szybko, choć nie z emocji, lecz z dziwnego niepokoju, który podpowiadał mu, że pomylił się, wyrzucając tak raptownie Zuckera i tych dwóch muzyków. Ich propozycja mogła być interesująca i nie należało wypuszczać jej z rąk. Stwierdził jednak, że ma jeszcze czas przemyśleć ją na spokojnie i podjąć właściwą decyzję. Podniósł oczy i zobaczył, jak Elisabeth serwuje kawę. Była zjawiskowa. Miała na sobie podkreślającą figurę różową bawełnianą sukienkę. Zwrócił uwagę na jej niebieskie, głębokie niczym morze oczy, soczyste usta i jasne, upięte z tyłu włosy, które odsłaniały świeżą i uroczą twarz.

– Bardzo się cieszę, że przyjechałaś, Elisabeth – powiedział, unosząc głos i zacierając mechanicznie ręce. – Żałuję, że nie mogę przyjąć cię tak, jak na to zasługujesz. Sama wiesz, że dysponuję tutaj ograniczonymi środkami.

– Wiem, Sidi, nie przejmuj się tym – szepnęła Elisabeth, próbując nadać swojemu głosowi czuły ton, po czym podała mu filiżankę kawy. – Szkoda, że mogę zostać tylko dwa dni. W przyszłym tygodniu muszę wygłosić odczyt na kongresie eugenicznym w Berlinie. A będzie tam prawdziwa śmietanka niemieckich lekarzy i naukowców.

– Jeśli chcesz, mogę ci towarzyszyć. Chciałbym cię posłuchać – napomknął niepewnie Seidl, z góry znając odpowiedź.

– Nie, wolałabym, żebyś nie przyjeżdżał – odparła zdecydowanie Elisabeth. – Nie obraź się, ale wolę tam być sama.

Seidl popatrzył na żonę z rezygnacją.

– Kochasz mnie? – spytał nagle.

– Oczywiście, czemu pytasz? – Elisabeth starała się być przekonująca.

– Chciałbym udowodnić ci, że ja też mogę dokonywać wielkich rzeczy – wymamrotał Seidl z nagłą goryczą.

Głos Elisabeth przybrał zmęczony ton:

– Jestem pewna, że już niedługo dostaniesz szansę, to tylko kwestia czasu.

Podeszła do komody i nalała dwa kieliszki koniaku. Nie widywała się z mężem zbyt często, a przy każdym spotkaniu czuła, jakby coś w środku ją od niego odrzucało. Nie było to sprawiedliwe, zważywszy, że Seidl dwoił się i troił, aby ją zadowolić, ale im większy był jego wysiłek, tym bardziej go miała dość. Machnęła gwałtownie ręką, by odpędzić te myśli.

– Tak w ogóle, to o czym rozmawiałeś z Hansem Krásą, kiedy wam przerwałam? – zadała pytanie zmienionym głosem, podając mu kieliszek koniaku i kładąc się na sofie. – To wielki kompozytor, powinieneś mu pomóc.

– A to niby dlaczego, Elisabeth? Podoba ci się jego muzyka, czy może on sam? – wyrzucił Seidl, czując, jak krew napływa mu do twarzy.

– Wiesz, że od dawna podziwiam jego muzykę. To wszystko.

– Nie zapominaj, że może to i wielki kompozytor, ale przede wszystkim Żyd. I dobrze wiesz, jakie jest jego przeznaczenie. Zresztą, dajmy sobie spokój, nie lubię rozmawiać o więźniach. – Seidl uśmiechnął się z udawaną wyniosłością.

Elisabeth nie dawała jednak za wygraną:

– Kiedy naprawdę mnie to interesuje. O czym rozmawialiście?

– O niczym ważnym. Mówili mi o nowym projekcie, zakładającym organizację koncertów i innych wydarzeń…

Elisabeth machnęła ręką.

– Pozwól, że to ja zadecyduję, co wydaje mi się ważne, a co nie. Wiesz, że zawsze daję ci dobre rady.

Seidl poczuł się przyparty do ściany. Streścił jej więc pokrótce założenia projektu, o którym mówili mu Zucker i dwaj kompozytorzy. Oczywiście, w swojej relacji pominął targające nim wątpliwości i chęć skorzystania na ich pomyśle i nadał swojej wypowiedzi kpiący ton, jakby chciał dać do zrozumienia, że sprawa ta nic dla niego nie znaczy.

Elisabeth podniosła się i wyraźnie poruszona okrążyła dwukrotnie pokój. Następnie ponownie usiadła, przeczesała mu dłonią włosy i powiedziała stanowczo:

– Wydaje mi się, że to bardzo atrakcyjna propozycja, Sidi. Myślę, że to może być okazja, na którą tak długo czekaliśmy.

– Tutaj jest bardzo ciężko cokolwiek zmienić – odpowiedział jej sucho Seidl, coraz bardziej skrępowany nieustępliwością żony. – Każda inicjatywa wychodząca poza przyjęte normy musi być zaakceptowana przez niezliczone jednostki administracyjne. Biurokracja jest tak rozbudowana, że czasem myślę, że już lepiej jest siedzieć cicho i nic nie robić.

Elisabeth spojrzała na niego z powagą.

– Martwisz mnie. Co chcesz osiągnąć? Być kapitanem przez całe życie? Wymień jakiegoś komendanta obozu ze stopniem wyższym od twojego. Nie ma takiego, Sidi. Ani jednego. – Zamilkła na chwilę, wzięła łyk koniaku i ciągnęła z pasją: – Krása i Zucker dają ci szansę, na jaką czekałeś. Nie rozumiem, jak możesz tego nie widzieć. Nasz rząd potrzebuje poprawić swój wizerunek na zewnątrz. Potrzebne są pomysły na to, jak tego dokonać. Rewolucja, Sidi, zmienianie świata przez nowe Niemcy nie może odbywać się przy pomocy szarych, krótkowzrocznych urzędników. Borykamy się ze zbyt dużą liczbą biurokratów bez wyobraźni, którzy tylko wykonują rozkazy. To dobrze, że są posłuszni, tak ma być, ale my musimy podjąć ryzyko. – Elisabeth ożywiała się z każdym słowem: – Dokonujemy już tego w medycynie. Jestem dumna z bycia członkiem grupy badawczej, która rozwija kluczowe projekty w zakresie inżynierii genetycznej, antropologii i dziedziczenia biologicznego. Chcemy odkryć sekret życia i za pomocą manipulacji genetycznej umożliwić jak najwięcej ciąż mnogich o cechach aryjskich, by zapewnić czystość rasy u kolejnych pokoleń Niemców. O tym właśnie będę mówić na konferencji w Berlinie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Uwięzieni w raju 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie